Gdy krzywe jest proste - Edward Zyman - ebook

Gdy krzywe jest proste ebook

Edward Zyman

0,0

Opis

W życiu jak w matematyce: jeżeli idzie za łatwo, zapewne robisz coś źle.

Siedemnastoletnia Caroline Prajs urodziła się w Kanadzie. W wieku dwunastu lat wyjechała wraz z rodzicami do Polski. Jest więc dość rzadkim przypadkiem emigrantki, której sytuacja stanowi odwrócenie losów znacznej części współczesnej polskiej młodzieży. „Gdy krzywe jest prosteto wartka, pełna uroku, humoru i wzruszeń opowieść o relacjach rodzinnych młodej bohaterki i jej trudnej adaptacji do odmiennych warunków i nowego środowiska.

Żywa narracja i dowcipne dialogi wprowadzają czytelnika w świat życiowych problemów nastolatków oraz niełatwe dylematy ich pierwszych młodzieńczych miłości

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 239

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Edward Zyman

Gdy krzywe jest proste

Powieść dla młodzieży

EDWARD ZYMAN

GDY KRZYWE JEST PROSTE

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2011-2015

Redakcja: Joanna Ślużyńska

Korekta: Natalia Szczepkowska, Robert Wieczorek

Redakcja techniczna: zespół RW2010

Okładka Copyright © Mateusz Ślużyński

zdjęcie na okładce © mirabella / Fotolia.com

Copyright © Edward Zyman 2011

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2011-2015

Wydanie I

ISBN 978-83-63111-45-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy: [email protected]

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Nazywam się Caroline Prajs

Mam siedemnaście lat i nazywam się Caroline Prajs. Właśnie tak: Caroline, a nie Karolina. To nie fanaberia ani bezmyślne naśladowanie mody. W dokumentach stoi czarno na białym Caroline, bo urodziłam się w Toronto, a tam, w Kanadzie, imię Karolina byłoby dla urzędnika co najmniej dziwne. Tak jak dziwna wydała się Caroline w Zielonej Górze. Gdy mama przyprowadziła mnie po raz pierwszy do szkoły podstawowej, sekretarka wpisała przy moim nazwisku Karolina, a dowiedziawszy się, że pisownia mojego imienia jest inna, pobiegła do dyrektora.

– U nas pani córka będzie Karoliną – rzekła po powrocie głosem nieznoszącym sprzeciwu.

W efekcie rozmowę z dyrektorem odbyła także mama i okazało się, że pozostanę jednak Caroline. Z moją młodszą siostrą Casandrą, w domu nazywaną Kaśką, która również urodziła się w Toronto, problemu już nie było, podobnie jak nie będzie z Calinką, czyli Całką, która przyszła na świat w Zielonej Górze. Ich imiona na tle popularnych dzisiaj Armand, Iwett, Karen, Lorett, Meliss, Mirelli czy Scholastyk niczym specjalnym się nie wyróżniają i moje siostry mogłyby równie dobrze nazywać się Priscilla czy Vanessa.

Mama, Iwona Prajs, ładna szatynka, która – jak sama mówi – przez nieuwagę kilka lat temu przekroczyła czterdziestkę, jest osobą utkaną z zaskakujących przeciwieństw. Skłonna do wzruszeń, wykazuje jednocześnie niezwykłą przedsiębiorczość i konsekwencję w działaniu. Przebijającym z każdego jej spojrzenia i gestu subtelności oraz empatii towarzyszy mocny, wręcz stalowy charakter oraz przekonanie, że nie ma problemów nie do rozwiązania. To zapewne szczególnie spodobało się naszemu tatce, wtedy jeszcze młodemu emigrantowi, którego głęboka niechęć do komunistycznej Polski i wrodzona ciekawość świata zaprowadziły w początkach lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku najpierw do jednego z obozów dla uchodźców na terenie Niemiec, a później na drugą półkulę, do typowego dla Ameryki Północnej miasta, jakim jest Calgary. Tam pewnej niedzieli po mszy, w której uczestniczyli wszyscy nowo przybyli (kościół był najważniejszym sponsorem i organizatorem ich życia w nowej ojczyźnie) poznał inteligentną, zgrabną i wyróżniającą się niebanalną urodą oraz ostrym jak brzytwa dowcipem panienkę. Iwona w pierwszej chwili w sposób programowy nie zwróciła na niego uwagi (to znaczy zwróciła, ale nie dała tego po sobie poznać), wyznawała bowiem zasadę, że zbyt przystojnych chłopców należy omijać z daleka, bo są niepoprawnymi amantami, którym nie należy ułatwiać ich niecnego procederu. Wszystko to wiem z długich rozmów z mamą, która do dzisiaj lubi powracać do swego kilkunastoletniego pobytu w Kanadzie. Pojawiła się w niej w 1983 roku jako niespełna dwudziestoletnia dziewczyna, wraz z rodzicami i bratem Piotrkiem. Ponoć dziadek Janek, wzięty dziennikarz i autor wielu książek, nigdy nie myślał o emigracji, ale po roku internowania, nie wierząc, by Polska w najbliższych latach mogła stać się normalnym krajem, zdecydował się na wyjazd. Chociaż nie była to wyłącznie jego decyzja. Podczas jednego ze spotkań z rodziną, której pozwolono na widzenie w obozie w Nowym Łupkowie w Bieszczadach, zapytał najpierw babcię, a później mamę i jej brata, co sądzą o ewentualnym opuszczeniu kraju. Babcia zamarła w niemym przerażeniu, mama – która dwa razy zdała egzamin wstępny, rok po roku, i dwa razy nie została przyjęta na studia (ze względu na „działalność polityczną ojca”) – nie zgłosiła sprzeciwu, natomiast piętnastoletniemu Piotrkowi wyjazd jawił się jako najwspanialsza przygoda życia, czemu dał wyraz spontaniczną eksplozją radości. Obecny podczas widzenia oficer służby bezpieczeństwa obdarzył go pełnym wdzięczności uśmiechem.

– Niech pan nie triumfuje – zwrócił się do niego dziadek. – To zaledwie teoretyczne rozważania.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknął skwapliwie esbek. – Chciałbym tylko poinformować, że jeśli podejmą państwo decyzję o emigracji, cała rodzina otrzyma paszporty w trybie przyśpieszonym.

I rzeczywiście, dotrzymał obietnicy; paszporty były gotowe do odbioru po tygodniu od złożenia wniosku o wyjazd, choć dziadek jeszcze przez kolejne dwa miesiące przebywał w więzieniu. Wszystko to wiem również dzięki mamie, a mówiąc precyzyjniej – dzięki jej pamiętnikom, które pewnego dnia odkryłam przypadkowo podczas odgruzowywania piwnicy i rozpakowywania nietkniętych od chwili przyjazdu z Kanady paczek. W jednej z nich, wśród pożółkłych już nieco papierów, znalazłam gęsto zapisaną, pełną skreśleń kartkę papieru w kratkę. Był to brudnopis listu podpisany imieniem mamy. Zaczęłam czytać.

Kochany Tatusiu!

Jest to mój pierwszy list w życiu, jaki piszę do Ciebie. Nigdy przedtem nie było takiej potrzeby, znajdowałeś się przecież zawsze obok mnie. Poza tym nie miałam wystarczająco dużo odwagi, by napisać do Ciebie cokolwiek. Wiedziałam, jak surowym jesteś krytykiem, a mój styl był daleki od doskonałości. Zdecydowanie bardziej wolałam prowadzić z Tobą długie rozmowy w pokoju wypełnionym książkami. Żartowałeś często, że to najbardziej zaludniony pokój świata. Dzisiaj widzę, jak silny ślad rozmowy te pozostawiły w mojej psychice. Za każdym razem, gdy mam jakiś problem, zadaję sobie pytanie: co Ty byś zrobił w podobnej sytuacji? Jakiej udzieliłbyś mi rady?

Tak naprawdę nie bardzo wiem, od czego zacząć. Moje życie dziś to jeden wielki problem, z którym nie mogę sobie poradzić. Najbardziej martwi mnie zbliżająca się matura. Teraz Twojej pomocy brak mi najbardziej. Jak jest z matematyką, nie będę się rozpisywać, bo to moja pięta achillesowa, którą dobrze znasz. Bardzo chciałabym Ci zadać wiele pytań dotyczących polskiego i historii. Pozwoliłyby mi one uporządkować moją wiedzę, która przypomina bogaty, ale mocno zaniedbany czy raczej nieuporządkowany ogród. Niemal codziennie zasypiam z obawą, że moi wspaniali wychowawcy wiedzą o tym i nie dopuszczą mnie do matury. Alegdy budzę się rano, przestaję się mazgaić i biorę ostro do pracy.

Tatusiu, tak bardzo mi brak Ciebie i Twojego głosu. Czasami mam wrażenie, że zapomniałam, jak wyglądasz, a już zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić Ciebie z brodą, o której wspomniałeś w swoim ostatnim liście.

Często zamykam się w bibliotece i przeglądam książki, które były całym Twoim światem. Ostatnio przeczytałam po raz kolejny Twoją uroczą, pełną zabawnych sytuacji i dowcipnych dialogów opowieść o naszej rodzinie oraz książeczkę z wierszami dla dzieci. Choć staram się utrzymać swoje emocje na wodzy, podczas lektury rozbeczałam się jak dziecko. Na szczęście nikt tego nie widział, bo Piotrek był na podwórku, a mama jeszcze nie wróciła z pracy.

Dopiero teraz, gdy jesteś od nas tak daleko, wiem ile było prawdy w Twoich słowach. Ciągle rozpamiętuję nasze rozmowy, słyszę Twój głos i staram się patrzeć na świat, na to, co nas dzisiaj otacza, Twoimi oczami. Często czuję się winna i mam do siebie pretensje o to, że byłam zbyt zajęta swoimi sprawami. Przecież wiedziałam dobrze, że gdy tylko zapukam do Twojego pokoju, z uśmiechem oderwiesz się od swoich zajęć i z uwagą mnie wysłuchasz. Że nigdy nie zlekceważysz moich trosk i kłopotów.

Jak przyjadę z mamą, uściskam Cię gorąco, a Ty mi powiesz, co myślisz o moich planach.Chciałabym studiować filologię polską, psychologię albo pedagogikę.W głębi duszy wiem, co mi doradzisz, ale chciałabym bardzo usłyszeć to od Ciebie.

Mam sporo innych pytań, ale nie chcę zanudzać Cię moimi problemami, bo tam, gdzie jesteś, masz przecież wiele swoich. Piotrek wydoroślał, ale jemu także bardzo brak Ciebie. Gdybyś był w domu, może mniej interesowałby się piłką, a bardziej – nauką.

Mama jest naprawdę wyjątkowa. Nigdy nie podejrzewałam, że znajdzie w sobie tyle siły. Powiedziała mi kiedyś, że to dlatego, że Ty jesteś taki dzielny. Jestem z Ciebie dumna i kocham Cię bardzo. Do szybkiego zobaczenia.

Twoja Iwonka

Czytałam ten list ze ściśniętym sercem. Dopiero on uświadomił mi, co się tak naprawdę stało w Polsce w nocy z dwunastego na trzynastego grudnia 1981 roku. Dotychczas tamte dramatyczne wydarzenia odbierałam bezosobowo, jako jedno z historycznych wydarzeń, które stanowiło doświadczenie poprzednich pokoleń. Czytając słowa mamy, poczułam, że to są też moje przeżycia i problemy, że ja jestem tą osiemnastoletnią dziewczyną, którą we własnym kraju brutalnie oddzielono na rok od ojca, co tak bardzo zmieniło losy całej rodziny.

Wracam jednak do pierwszego spotkania moich rodziców na obczyźnie. Urażony w swej młodzieńczej dumie przystojny Jarek – któremu wówczas z całą pewnością nie przyszło do głowy, że z ostentacyjnie ignorującą go panną w niezbyt dalekiej przyszłości będzie miał aż trójkę uroczych (określenie mamy) dzieci – podjął wyzwanie. Postanowił mianowicie, że ta ledwie tolerująca go nieznajoma dziewczyna musi zostać jego żoną. I dopiął swego. Wyznał jej to kiedyś po latach, stwierdzając, że gdyby podczas pierwszego spotkania potraktowała go inaczej, mniej obcesowo, pewnie nigdy nie byliby razem.

– A więc jesteśmy zupełnie przypadkowym małżeństwem – skwitowała to zaskakujące wyznanie mama i rzuciła w tatkę trzymaną w ręce lalką Barbie. „Przygodny” mąż schwycił ją zgrabnie w locie.

– Ale jakiż to był wyjątkowo szczęśliwy przypadek – odpowiedział z uśmiechem, co natychmiast rozładowało nadciągającą burzę.

Znowu poleciałam w dygresję, a jeszcze przecież nie dokończyłam portretu mamy. W relacjach z naszą trójką nigdy nie odwołuje się do prymitywnego argumentu siły i nie mnoży bezmyślnych zakazów, uważając, że znacznie skuteczniej działa mądra perswazja. Może dlatego żadnej z nas nie przyszło nigdy do głowy, by lekceważyć jej polecenia. Choć trzyma nas krótko, jest naszym prawdziwym przyjacielem. Kiedy zachowujemy się nieznośnie, nazywa nas wyjątkowo męczącymi dziećmi, co jest najprawdziwszą prawdą. Z kolei nasz tatko, Jarosław Prajs, to wysoki, postawny blondyn o wyjątkowych umiejętnościach. Polegają one na tym, że jako technik budowlany potrafi zrobić wszystko.

Po przyjeździe z Kanady zamieszkaliśmy najpierw w centrum Zielonej Góry, w wynajętym mieszkaniu, w którym siedzieliśmy sobie niemal na głowie, ale już po kilku miesiącach przenieśliśmy się do Drzonkowa, gdzie na pięknym, ustronnym osiedlu domków jednorodzinnych, niemal w samym lesie, tatko wypatrzył działkę z rozpoczętą budową. Wspólnie z przyjacielem szybko ukończyli dom i wkrótce mogliśmy zamieszkać we własnym gniazdku, co było nie tylko moim marzeniem. Urządzeniem domu zajęła się mama, z zawodu projektantka wnętrz. Po powrocie do Polski została wprawdzie księgową, ale to już zupełnie inna historia, o której opowiem nieco później.

Piesa to boli

Pierwszy okres w Polsce był dla mnie prawdziwą drogą przez mękę. W szkole, w której pojawiłam się w drugim półroczu czwartej klasy, łapałam się na tym, że myślę wciąż po angielsku, a język polski krył w sobie tak wiele zasadzek, że bałam się go bardziej niż matematyki, która stanowiła dla mnie zawsze jedną wielką pułapkę, czy raczej labirynt bez wyjścia. Było to oczywiste, bo matematyka w równoległej klasie w Kanadzie to raczej zabawa niż nauka. Polska szkoła wyprzedzała tę moją w Milton o epokę. Poza tym mówiłam z dziwnym, ciężkim akcentem, myliłam przypadki, rodzaje i końcówki. Zwroty typu „widziałam dwa dzieci” czy „piesa boli, jak go ciągnąć za ogon” znajdowały się u mnie na porządku dziennym. Choć nauczyciele okazywali mi wiele serca, czułam się w szkole przeraźliwie obco. Tym bardziej, że mimo dramatycznych wysiłków, w pierwszym roku z trudem dawałam sobie radę.

– To nie powód do rozpaczy, Carolciu – uspokajała mnie mama. – Po pierwsze nawet gdybyś musiała powtarzać klasę, nie byłaby to żadna tragedia, takie sytuacje zdarzały się najlepszym. A po drugie im intensywniej popracujesz teraz, tym lepsze plony zbierzesz w następnych latach.

Wywód mamy wydawał się logiczny, ale moje samopoczucie poprawił w niewielkim stopniu. Każdego wieczora, zasypiając z głową pełną niespokojnych myśli, marzyłam o jak najszybszym powrocie do Kanady. Początkowo czytałam niemal wyłącznie książki po angielsku, które przywiozłam z Toronto, oraz oglądałam na okrągło moje ulubione filmy, głównie zabawne bajki Disneya. W telewizji odruchowo szukałam kanałów anglojęzycznych. W ogóle świat, który roztaczał się za oknem, niespecjalnie mnie interesował. Mama była załamana. Starała się mnie pocieszać na wszelkie sposoby, ale zdawała sobie sprawę z nieskuteczności swoich wysiłków. Zdecydowanie mniejsze kłopoty sprawiała Casandra, dla której nowy świat posiadał znacznie więcej zalet niż wad. Tatko uspokajał mamę, twierdząc, że adaptacja do nowych warunków, zwłaszcza w moim wieku, nigdy nie jest bezbolesna i że wkrótce wszystko się unormuje. „To tylko kwestia czasu, kochanie” – mówił i ze zdwojoną energią podejmował wysiłki, by załatwić podstawowe dla rodziny sprawy bytowe. A ja byłam ciągle i tu, i tam. Bardziej nawet tam niż tu. Ponieważ początkowo nie mieliśmy komputera, a tym bardziej internetu, pisałam do moich szkolnych przyjaciół w Kanadzie długie listy, na które, poza jednym wyjątkiem, nie dostawałam żadnych odpowiedzi. Okazało się, że pokonywanie tak znacznych odległości przy pomocy konwencjonalnej poczty jest praktycznie niemożliwe. Po kilku latach, gdy już mogłam słać maile – nie było do kogo. Czas zrobił swoje. Zresztą polska codzienność pozostawiała mi coraz mniej czasu na rozpamiętywanie przeszłości. A jednak mimo wszystko dość długo swój pobyt w Zielonej Górze traktowałam jako ciekawy epizod, stanowiący odstępstwo od normy, czyli Kanady. Byłam niemal w stu procentach przekonana, że któregoś dnia wydarzy się coś niezwykłego i wylądujemy na lotnisku w Toronto. Mijały jednak dni, tygodnie, miesiące i lata, a Toronto Pearson International Airport nie przybliżało się do mnie ani o milimetr. Jednak Kanada, jak się miało okazać później, nie zniknęła z mojego życia całkowicie.

Moja przyjaciółka Jolka, Gregory Peck i przede wszystkim Machej

Wszystko zaczęło się niewinnie. Najpierw przy śniadaniu mama spytała mnie, co zamierzam robić podczas wakacji. Zdziwiłam się. Na początku stycznia wakacyjne plany były dla mnie czymś tak odległym jak, by użyć obrazowego określenia, problem życia na Marsie czy technika rozmnażania się pierwotniaków. Odpowiedziałam zatem, że jeszcze nie wiem i dopijając pośpiesznie herbatę, pobiegłam na przystanek. Tu czekała już na mnie mocno zaniepokojona i przemarznięta Jolka.

– Niewiele brakowało, a obejrzałybyśmy autobus od tyłu! – prychała gniewnie. – Czy ty nigdy nie nauczysz się punktualności?

– Nauczę, nauczę – próbowałam udobruchać przyjaciółkę. – Zawsze z rana mam jednak kłopoty z Tytusem.

– Kłopoty z Tytusem, też mi wymówka.

– Wiem, wiem, nie przepadasz za psami.

– Carola, to nie ma nic do rzeczy. Myślę po prostu o tym, że nie jesteś w tym pięknym domu sama.

– To prawda. Ale nie sądzisz chyba, że Tytusa wyprowadzi na spacer wiecznie zapracowana mama albo mój ścigający się z czasem tatko?

– Carola, nie cierp za miliony. Są jeszcze Casandra i Calinka.

– Zgoda na Casandrę, ale z Całką to już naprawdę przegięłaś. Przecież to jeszcze szkrab.

W tym momencie zza zakrętu wypadł autobus. Gdy podjechał na przystanek, wsiadłyśmy. W środku huczało jak w ulu.

– Cześć, bliźniaczki! Miałyście kolorowe sny? – Gregory Peck przywitał nas ze śmiechem, szarmancko ustępując nam miejsca.

– Przestań się wygłupiać – skarciła go Jolka. – Czyżbyś sądził, że jesteśmy w wieku przedemerytalnym?

– Dlaczego przed?

Jolka zamachnęła się trzymaną w ręku torbą, ale chłopak zrobił zgrabny unik.

– No, moja droga, kontroluj się. Byłaby to zbrodnia z premedytacją. – Uśmiech nie schodził mu z ust.

– Być może, ale każdy sąd by mnie uniewinnił.

– A to dlaczego?

– Nie słyszałeś? Jest specjalny program rządowy dotowany z funduszy unijnych. – Jola zrobiła śmiertelnie poważną minę.

– Program? Jaki?

– Bezwzględnej likwidacji aktorskich falsyfikatów.

Parsknęłam głośnym śmiechem.

– No, Jureczku. – Siedzący obok Marek oderwał wzrok od książki. – Chyba powinieneś unikać z Jolą walki wręcz. Sugeruję metodę hetmana Czarnieckiego.

– Mam umykać przed kobietą?! – Jurek vel Gregory Peck wykonał teatralny gest. – Przenigdy!

– A zatem wróżę ci mroczną przyszłość, choć z drugiej strony wedle Ajschylosa „cierpienie jest nauką” – stwierdził filozoficznie Marek i ponownie pogrążył się w lekturze.

Po kilkunastu minutach autobus wjechał w wąskie uliczki centrum Zielonej Góry. Dzień zapowiadał się niezwykle obiecująco. Na niebie nie było najmniejszej chmurki. Styczeń tego roku przechodził samego siebie: puszystą białą kołdrą otulił całe miasto, a z przykrytych śniegiem drzew i krzewów wyczarował prawdziwie baśniowy krajobraz. Jedynym mankamentem tej sielanki był widniejący w perspektywie parkowej alejki gmach naszej poczciwej budy. A w niej czekał na nas przede wszystkim Machej, matematyczny geniusz, który obok kosmicznej wręcz wiedzy dysponował niezachwianą pewnością, że perły swego błyskotliwego talentu rzuca przed nieprzyzwoicie leniwe wieprze, wykonując bezsensowny trud klasycznego Syzyfa. Obiektywnie rzecz biorąc, jego osąd, nie licząc wyjątków, pokrywał się z rzeczywistością w sposób idealny. Matematycznymi orłami nie byliśmy. Używając terminologii ornitologicznej, nie kwalifikowaliśmy się nawet do rodziny matematycznych wróbli, a naszą wiedzę – z zakresu układów równań, funkcji kwadratowych, wymiernych i trygonometrycznych, ciągów liczb, rachunku pochodnych, zagadek planimetrii et cetera – najtrafniej oddawała wdzięczna liczba zero, inaczej mówiąc null, totalna pustka, bezdenna nicość.

Machej mierzył nas swym krogulczym wzrokiem. Spod jego gęstej, siwej, prawdziwie lwiej grzywy patrzyły na nas czujne oczy bezlitosnego egzekutora. Wciśnięci w ławki najchętniej zapadlibyśmy się pod ziemię, założyli czapki niewidki, poddali zabiegowi dematerializacji na czas trwania lekcji, która za każdym razem wracała do nas w koszmarnych, paraliżujących snach.

– I kto nam dzisiaj zaśpiewa jak z nut? – Machej przemierzał palcem listę nazwisk w dzienniku, a każdy z nas czuł niemal fizycznie ostrze jego zimnego lancetu. – Sądzę, a nawet jestem absolutnie pewny, że marzy o tym przyszłość polskiego filmu, pan Jerzy Cezary Mikoś, Gregorym Peckiem zwany. Prosimy najuprzejmiej do tablicy!

Jurek, uniósłszy się lekko, wyszeptał zbolałym głosem:

– Uczyniłbym to jak najchętniej, panie psorze, ale jestem dziś wyjątkowo niedysponowany. Od dwóch dni cierpię na nieznośną migrenę i, niestety, nie zdołałem powtórzyć materiału.

– Ależ to prawdziwy pech, mój panie. – Matematyk sięgnął do górnej kieszonki marynarki, z której wyjął ulubionego Watermana, po czym nachylił się nad dziennikiem i z pietyzmem wpisał przy nazwisku cierpiącego na ból głowy ucznia najbardziej popularną w klasie notę. – Jeśli w najbliższym czasie ta przykra dolegliwość nie ustąpi, maturę będzie pan mógł obejrzeć co najwyżej w dzienniku telewizyjnym. Jeśli, rzecz jasna, któryś z dziennikarzy zdecyduje się pofatygować do naszej, znanej nie tylko w Zielonej Górze, ale także w całej Polsce, kuźni matematycznych kadr.

Wysoka, smukła sylwetka Gregory’ego Pecka zapadła w czeluść ławki.

– No, a kogo teraz poprosimy do tablicy? Ostatnio azjatycka grypa odebrała możliwość publicznego zademonstrowania swej gruntownej wiedzy matematycznej panu Stefanowi Kocikowi, ale dzisiaj, na szczęście, widzimy go w jak najlepszym zdrowiu – ironizował dalej Machej. – Nie mylę się, prawda?

Stefan pokręcił przecząco swą ogoloną na zero głową.

– Niestety, panie psorze, pańskie rozpoznanie nie jest zbyt precyzyjne. Pojawiły się nieprzewidziane powikłania – rzekł zmaltretowanym głosem.

– Domyślam się, że musi to być coś niezwykle poważnego, skoro informując nas o tym, nie jest pan w stanie dźwignąć swego doczesnego jestestwa.

Stefan wstał i wyznał najspokojniej:

– Rzeczywiście, wszystkie członki odmawiają mi posłuszeństwa.

Machej był wyraźnie ubawiony.

– Jestem niemal pewien – powiedział, unosząc wskazujący palec prawej dłoni – że podobne, pełne galanterii i wyszukanych argumentów oświadczenia usłyszę od tych wszystkich, których zechcę dzisiaj w naiwności swojej odpytać. Nie mylę się, prawda?

Przypuszczenie profesora potwierdziliśmy z największą gorliwością.

– W tej sytuacji dalsze odpytywanie mija się z celem – stwierdził ze stoickim spokojem Machej i przystąpił do wyjaśniania pasjonujących właściwości funkcji wymiernych. Jego znudzony, przeniknięty rezygnacją głos świadczył sugestywnie o tym, że jakiekolwiek złudzenia, iż przyswoimy sobie przekazywane przez niego informacje, są mu całkowicie obce. Z wyraźną ulgą przyjął metaliczny głos dzwonka kończącego lekcję, po czym majestatycznym krokiem, nic nie widząc i nic nie słysząc, opuścił klasę.

Wakacyjne dylematy

– Wiesz, ty to masz słodkie życie. – Jolka, której zrelacjonowałam moją dzisiejszą rozmowę z mamą, nie ukrywała zazdrości. – Starsi pytają cię już w styczniu o wakacyjne plany; u mnie jest to nie do pomyślenia. Mam obowiązek robić to, co mi każą. Jadą na Mazury, więc ja muszę z nimi. Wybierają się w góry – ciągną mnie ze sobą. Zamarzy im się wyjazd do Wiednia, Paryża czy Madrytu – nie mam wyboru, muszę wraz z nimi uprawiać turystykę zagraniczną, poznawać nowe kraje i miasta, edukować się, jak mówi głowa rodu Ungerów.

– Wiedeń, Paryż, Madryt... rzeczywiście masz powody do zmartwień. Wyobrażam sobie, co by to było, gdyby zaoferowali ci w trybie przymusowym na przykład Hawaje albo Antyle. Czarna rozpacz...

Jolka popatrzyła na mnie swoimi zielonymi, wiecznie zdziwionymi oczyma.

– Nie drwij, przecież wiesz, o co mi chodzi.

– Nie wiem.

– Jak to: nie wiesz? Nie przyszło ci do głowy, że może ja już nie jestem małą dziewczynką z pierwszej klasy i mogę mieć własne pragnienia? Własne plany, jak i z kim spędzić wakacje?

Wreszcie do mnie dotarło.

– A więc o to chodzi, nie potrafisz nawet na parę dni rozstać się ze swym ukochanym. To rzeczywiście poważny problem.

– Żebyś wiedziała.

– Nie dramatyzuj, żyjemy w XXI wieku, w czasie wielkiej rewolucji informatycznej, masz internet, Skype’a, telefon komórkowy, możesz słać niestrudzenie esemesy – bezlitośnie znęcałam się nad przyjaciółką.

– Carola, o czym ty mówisz? Tak jakbym słyszała swoją mamę albo jeszcze lepiej babcię, która nie odrywa wzroku od telewizora. Wychowawczyni się znalazła. – Jolka była szczerze zmartwiona.

– No dobrze – ulitowałam się nad nią. – Powiedz wreszcie, o co chodzi.

– Jarek jedzie na cały lipiec z przyjaciółmi w Bieszczady... takie wczasy w siodle – wyjaśniła.

– I ty byś oczywiście chciała jechać z nim.

– No właśnie. – Kiwnęła głową z rezygnacją. – Ale w mojej sytuacji to tylko senne marzenie. Starsi nigdy się nie zgodzą. Nawet nie mam odwagi im o tym powiedzieć.

Od pół godziny siedziałyśmy w „Hebanie”, naszej ulubionej pijalni czekolady przy Sobieskiego, i napychałyśmy się jabłecznikiem na gorąco z lodami waniliowymi. Jolkę najwyraźniej zaintrygowało pytanie mojej mamy, na które ja właściwie nie zwróciłam uwagi. Odkąd zerwałam z Jackiem, który zaprosił na studniówkę jakieś ryże czupiradło z Technikum Ekonomicznego, było mi wszystko jedno, jak spędzę wakacje. Zostanę w Zielonej Górze, by opiekować się młodszymi siostrami i pomagać mamie w domu, czy też wyjadę dokądkolwiek – nie robiło mi różnicy. Dopiero teraz, smakując pyszności najlepszego cukiernika w mieście, uświadomiłam sobie, że pytanie mamy nie pojawiło się ot tak sobie. Coś się za tym niewątpliwie kryło, ale nie miałam najmniejszego pojęcia co.

– No i co mi radzisz? – Jolka grzebała bezmyślnie widelczykiem w resztkach jabłecznika. – Powiedzieć im o tym?

– Masz nadzieję, że cię puszczą?

– Wykluczone!

– Dlaczego tak sądzisz?

– Sama nie wiem, ale tak będzie.

– Ale dlaczego? – upierałam się przy swoim pytaniu. – Dałaś im jakiś powód? Nadużyłaś ich zaufania? Przecież twoi rodzice to ludzie otwarci, nowocześni i jeszcze stosunkowo młodzi; staruszek szanowany powszechnie doktor medycyny, mamuśka najlepszy w Zielonej Górze wyrwiząb.

– To wszystko prawda, ale...

– Jakie ale? – wpadłam jej w słowo.

– Takie, że oni wciąż mnie traktują jak słodkiego bobaska, którego trzeba karmić, pieścić, przewijać, a ja mam już prawie siedemnaście lat. Za rok matura, potem studia, przecież mama przez cały czas nie może trzymać mnie pod kloszem.

– No właśnie!

Jolka popatrzyła na mnie mało przytomnym wzrokiem.

– Co właśnie? – spytała.

– A to, że nie mogą – przypomniałam jej własne słowa. – Musisz im delikatnie powiedzieć, że jesteś już prawie dorosła, czego oni zdają się nie zauważać.

– Wspaniała rada, moja przyjaciółko, tylko jak mam to zrobić?

– Tutaj, niestety, nikt ci nie może pomóc – stwierdziłam. – Ten wysiłek musisz wziąć na siebie. Im mądrzej to zrobisz, tym większa szansa, że potraktują cię jak partnera, a nie jak dziecko, które cały czas trzeba trzymać za rączkę. Ale, ale – spojrzałam na zegarek – zagadałyśmy się. Spadamy, za chwilę mamy autobus.

Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje:

Aneta Rzepka: SONATA O MARZENIACH

Znajdę cię w wielkim mieście, wśród zwykłych zmagań...

Czasem nawet porządna, miła, dobra dziewczyna zrobi coś niemądrego. Natalia Klimek wraca wzburzona z wywiadówki. Nauczycielka poinformowała ją, że jej córka, klasowy skarbnik, przywłaszczyła sobie pieniądze, wpłacone przez kolegów na ubezpieczenie. Natalia nie wierzy, nie mieści jej się to w głowie, ale... Iza przyznaje się do kradzieży. Zarazem odmawia odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobiła. Co się za tym wszystkim kryje? Jaką rolę odegrała w całej sprawie kapryśna Dominika? Czy pomoże kuzynce pozbyć się etykietki złodziejki? Zwłaszcza że Izie tak bardzo zależy na dobrej opinii w oczach Łukasza...

Izę i Dominikę dzieli bardzo wiele. Jedna jest osobą życzliwą, otwartą na świat, potrafiącą czerpać radość z małych rzeczy. Druga to egoistka, która lubi błyszczeć i nie zważa, kogo zrani w drodze do celu. A jednak obie szukają w życiu tego samego: miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa; obie wierzą w spełnienie marzeń, nawet jeśli się z tym nie zdradzają.

Aneta Rzepka: MAGIA KASZTANA

Nie wierzysz w talizmany? Nie musisz. Wystarczy, że pozwolisz działać magii...

Po śmierci rodziców życie Kamili całkowicie się zmienia. Musi opuścić dom, przyjaciół, ukochaną wieś i przeprowadzić się do stolicy, by zamieszkać z ciotką, której nie zna. Ma nadzieję, że kiedyś wróci do domu, ale świat pędzi do przodu, pozbawiając ją złudzeń. W pokonywaniu codziennych trudności pomaga jej... kasztan i uczucie do chłopaka o kasztanowych oczach.

Małgosia jest realistką twardo stąpającą po ziemi. Kocha, mocno i szczerze, niestety bez wzajemności. A układ koleżeński to dla niej za mało. Próbując uciec przed uczuciem, pakuje się w spore kłopoty. Ofiarowany przez przyjaciółkę kasztan budzi uśmiech niedowierzania, lecz wbrew rozsądkowi przyjmuje talizman, bo kto wie... Magia kasztana to powieść o codzienności, w którą wplątała się czarodziejska nić nadziei...

Edward Zyman: GDY KRZYWE JEST PROSTE

W życiu jak matematyce: jeżeli idzie za łatwo, zapewne robisz coś źle.

Siedemnastoletnia Caroline Prajs urodziła się w Kanadzie. W wieku dwunastu lat wyjechała wraz z rodzicami do Polski. Jest więc dość rzadkim przypadkiem emigrantki, której sytuacja stanowi odwrócenie losów znacznej części współczesnej polskiej młodzieży. „Gdy krzywe jest proste” to wartka, pełna uroku, humoru i wzruszeń opowieść o relacjach rodzinnych młodej bohaterki i jej trudnej adaptacji do odmiennych warunków i nowego środowiska.

Żywa narracja i dowcipne dialogi wprowadzają czytelnika w świat życiowych problemów nastolatków oraz niełatwe dylematy ich pierwszych młodzieńczych miłości.

Joanna Łukowska: WYBORY

Gdy dorastasz, rodzice wciąż traktują cię jak dziecko, zarazem każą ci podejmować życiowe decyzje.

Wybory to zbiór siedmiu pełnych ciepła i humoru nowelek, opowiadających o dorastaniu, przyjaźni, miłości i podejmowaniu decyzji: tych błahych i tych na całe życie. Coś dla młodszych i starszych, dla dziewcząt i chłopaków, dla wszystkich, którzy nie wstydzą się swoich uczuć.

Tytułowe „Wybory” to historia rozgrywki między prymuską Zosią a nonszalanckim Antkiem Romanem, dwojga imion, z których jedno jest nazwiskiem. Oboje, nieco wbrew sobie, zostają wmanewrowani w wybory na przewodniczącego samorządu szkolnego. Kto wygra? A może inne wybory okażą się dużo ważniejsze…

Kolejne opowiadania o znamiennych tytułach zapewnią czytelnikom wiele emocji i zaskakujących point: „Pyzo, wróć”, „Dziennik, pryszcze i cudze sekrety”, „Działka, moja zmora”, „Wakacje w siodle”, „Korepetycje z przyjaźni”, „Smok i dziewica”.

Emma Popik: TAJEMNICE EMILKI

Zadawaj pytania i szukaj odpowiedzi.

Tajemnice Emilki to opowieść o wrażliwej, ciekawej świata dziewczynce, która nawet nie podejrzewa, jak wiele zmieni w jej życiu jedno wydarzenie, jeden sekret. Emilka zaczyna inaczej postrzegać świat wokół siebie. Próbując rozwikłać zagadkę kociąt, poznaje tajemnice innych. Zaczyna zadawać pytania, których wcześniej nie zadawała. I widzi rzeczy, na które przedtem nie zwracała uwagi.

Kto porzucił kotki pod płotem? Kim są sieroty europejskie? Czemu chłopcy się biją? Dlaczego bibliotekarz w ciepły dzień chodzi w szaliku? Kto mieszka w dzikim sadzie? Kto rozmawiał pod oknami dziwnie trzaskającym głosem? Co ukrywa Babcia? A Jolka? Co znaczy grzeczność Nuli? Jaki naprawdę jest Aki? Co trzyma w swojej wielkiej torebce pani Rysia? Może dobre wychowanie? Czy bliźnięta mogą być zupełnie do siebie niepodobne?

Wiele pytań zaprząta Emilkę, która podąża od jednej przygody do drugiej, od jednego sekretu do drugiego. Niepostrzeżenie kształtuje się charakter Emilki – staje się coraz silniejsza, odważniejsza i pewniejsza siebie. Zdobywa wiedzę, jak odmawiać, gdy nie chce czegoś zrobić, i jak nie przejmować się tym, na co nie ma wpływu.

Joanna Łukowska: PAŃSTWO TAMICKIE

Kraina niezwyczajnej codzienności

Powieść obyczajowa w dwudziestu epizodach, które łączy para bohaterów – młode małżeństwo, wchodzące w dorosłe życie na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Zaczyna się od „ślubu z rozsądku”, czyli... dla mieszkania. Takie były czasy, że osobie samotnej przysługiwała zaledwie kawalerka, a małżeństwu „aż” M3. Sporo humoru w codzienności, czasem zaskakujący finał, trochę wzruszeń i smutku, trochę grozy, odrobina magii... Jak to w życiu.

Bohaterami są ludzie, duzi i mali, zwierzęta, duchy oraz święci. Książka, która bawi, wzrusza i pokrzepia. To patchworkowa opowieść, w której kolejne rozdziały są jak kolorowe kawałki kołdry – każdy inny, ale razem tworzą zgrabną i ciepłą całość.

Joanna Łukowska: Z KRAINY KUCYKÓW

Jak to w stadzie

Zbiorek czterech opowiadań dla dzieci. W rolach głównych występują dzieci, kucyki i duże konie. Opowiadania o dziewczynce, która cicho mówiła, czy o chłopcu, który obraził się na cały świat – to piękne i mądre przypowieści. Bo w Krainie kucyków zawsze znajdzie się jakiś koń, mały lub duży, dzięki któremu wszystko dobrze się kończy albo wszystko się dobrze... zaczyna.

Bohaterowie tych opowiadań to żywe myślące istoty z własnymi problemami. Czasem wstają lewą przednią nogą i mają zły humor, czasem nie sprawdzają się w roli „przywódcy stada”, czasem są przez to stado odrzucane. A czasem potrafią wykazać się wielką odwagą i wielkim sercem. Mowa o kucykach czy o dzieciach? Sama się przekonaj. Sam przeczytaj i sprawdź. A jak nie umiesz jeszcze czytać, poproś kogoś, żeby ci poczytał na głos.

Polecamy wszystkim mamom, tatusiom, babciom, dziadkom, nauczycielom, przede wszystkim zaś dzieciom! Taka lektura od czasu do czasu przyda się każdemu.

Aneta Rzepka: RENISOWE OPOWIEŚCI

Renisowe opowieści to cykl ośmiu baśniowych historii. Ich bohaterem jest Renis, który nigdy nie poznał swoich rodziców. Wychował się wśród wilków, pod troskliwą opieką przybranej matki. Miał szczęśliwe dzieciństwo, ale zawsze był inny, słabszy od braci, wrażliwszy, skłonny do przyjaźni z małymi zwierzętami. Odkrywszy prawdę o swoim pochodzeniu, szuka odpowiedzi na pytania: kim jest, kim chce być, co jest dla niego ważne. Pomagają mu w tym ci, których kocha i szanuje, oraz ci, za których jest odpowiedzialny.

Renisa spotyka niezwykłe wyróżnienie: jego nauczycielem zostaje Atus, legendarny wilk-samotnik. Czy jego mądre rady pomogą mu zaakceptować samego siebie? Czy pokonując codzienne trudności, odkryje, że w jego piersi bije wilcze serce, choć nie urodził się wilkiem? Czy odnajdzie w końcu szczęście?

Katarzyna Woźniak: SKRZYDŁA AZRAELA

To opowieść o czterech przyjaciołach, mieszkających w internacie o zaostrzonym rygorze wychowawczym. Każdego dnia chłopcy podejmują walkę nie tylko z szkolnymi problemami, ale również z własnymi kompleksami i złymi wspomnieniami. W odnalezieniu spokoju ducha wspiera ich nowo przybyły do szkoły nauczyciel. Stosując nietradycyjne metody nauczania, wprowadza w życie szkoły nieco światła i nadziei. Kiedy uczniowie zaczynają wierzyć we własne siły i lepsze jutro, dochodzi... Przeczytajcie! Pierwsza część książki to przede wszystkim zbiór obrazów, w których bohaterowie doskonalą się i zbierają doświadczenie. Rozliczenie z nauk wieku dziecięcego następuje w drugiej części powieści.