Full - Kamila Gródecka-Sobkowiak - ebook

Opis

Zwycięzcą będzie ten, kto odważy się poddać swoim pragnieniom

Izabella, której świat runął po zdradzie męża, wylatuje z przyjaciółkami do Włoch, by świętować czterdzieste urodziny. Ma zamiar korzystać z uroków kraju, dać się porwać szaleństwom i wydać trochę pieniędzy w lokalnym kasynie. Spotkanie z tajemniczym, niepokojąco przystojnym Marcello sprawia, że ten plan wchodzi na o wiele wyższy poziom.

Urzekający mężczyzna otwiera przed nią drzwi do świata przesyconego namiętnością, zmysłowością i zakazanymi przyjemnościami. Niespodziewanie wyjazd zaczyna przypominać Izabelli uzależniającą partię pokera, która z każdą chwilą dostarcza jej coraz silniejszych emocji.

Niestety w tej rozgrywce nie da się przewidzieć ruchów wszystkich graczy…

„Full” to odważna, szokująca i przesycona erotyzmem opowieść przełamująca schematy. Historia, w której najskrytsze pragnienia stają się rzeczywistością, a ból miesza się z przyjemnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 351

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
1
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Bozena_1952

Z braku laku…

Niczym nie zaskakuje...kto dużo czyta ten wie, że to wszystko już było.
00



Wstęp

– Kur­wa, kie­dy?! – krzyk­nę­łam gło­śno, za­rzu­ca­jąc zwi­nię­ty wo­kół wło­sów ręcz­nik do ty­łu.

Uważ­nie spoj­rza­łam na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Oto ja, koń­czą­ca w tym ty­go­dniu czter­dzie­ści lat. Od ro­ku w sta­tu­sie roz­wód­ki, bo jak to czę­sto w ży­ciu by­wa, to, co mia­ło być zgod­ne i trwa­łe, zo­sta­ło za­stą­pio­ne… młod­szym, w roz­mia­rze „70E”. Wi­taj w re­al­nym ży­ciu, Iza­bel­lo!

– Kur­wa! – po­wtó­rzy­łam jesz­cze gło­śniej, opie­ra­jąc moc­no rę­ce o blat umy­wal­ki, przy­bli­ży­łam się do lu­stra i przyj­rza­łam śla­dom, ja­kie zo­sta­wi­ło na mo­jej twa­rzy do­tych­cza­so­we ży­cie.

Po­mi­mo doj­rza­łe­go wie­ku trze­ba przy­znać, że wciąż wy­glą­da­łam bar­dzo ape­tycz­nie. Pięk­na oliw­ko­wa kar­na­cja, du­że nie­bie­skie oczy i gę­ste kasz­ta­no­we wło­sy. I ten uśmiech… tak, cią­gle mia­łam to coś. Coś, co dwa­dzie­ścia lat te­mu spra­wi­ło, że mój by­ły już mąż ro­bił dla mnie wszyst­ko.

Za­mknę­łam oczy i jesz­cze raz po­zwo­li­łam swo­jej pa­mię­ci przy­po­mnieć mi na­sze pierw­sze spo­tka­nie. Sta­łam w pie­kar­ni po swo­ją ulu­bio­ną buł­kę cy­na­mon­kę, gdy chło­pak przede mną ku­pił ostat­nią sztu­kę. Do dziś nie wiem, jak to się sta­ło, że na głos po­wie­dzia­łam, to co po­my­śla­łam:

– Se­rio?! I tak do­brze wy­glą­dasz bez te­go cu­kru! I w ten spo­sób ten je­den mo­ment i to jed­no zda­nie za­wa­ży­ły na mo­ich ko­lej­nych dwu­dzie­stu la­tach ży­cia. Oczy­wi­ście fi­nal­nie do­sta­łam te­go dnia swo­ją ulu­bio­ną buł­kę, a wraz z nią ca­ły pa­kiet: po­staw­ne­go bru­ne­ta o rów­nie nie­bie­skich oczach co mo­je i nie­biań­skim uśmie­chu…

– Kur­wa i na chuj ci by­ły te wę­glo­wo­da­ny! – wark­nę­łam na sie­bie.

„Jak to głu­pia buł­ka mo­że znisz­czyć ko­muś ży­cie” – po­my­śla­łam, czu­jąc, że to nie do koń­ca jed­nak praw­da.

Z Mar­kiem spę­dzi­łam pięk­ne la­ta ży­cia, któ­re za­trzy­ma­ły we mnie wie­le cu­dow­nych wspo­mnień. I to wła­śnie bo­la­ło mnie naj­bar­dziej. Chcia­łam znie­na­wi­dzić go ze wszyst­kich sił, ale nie po­tra­fi­łam. Co gor­sza, gdzieś w głę­bi ser­ca na­dal czu­łam ci­chą tę­sk­no­tę za wspól­ny­mi chwi­la­mi, nie po­tra­fiąc zro­zu­mieć, co ta­kie­go wy­da­rzy­ło się w na­szym wspól­nym ży­ciu, że któ­re­goś ma­jo­we­go dnia usły­sza­łam: „Od­cho­dzę”. Na wspo­mnie­nie tej chwi­li po­czu­łam moc­ne ukłu­cie w ser­cu, a łzy za­czę­ły na­pły­wać mi do oczu.

– Nie, kre­tyn­ko, nie mo­żesz wciąż do te­go wra­cać! Ogar­nij się! – Moc­no klep­nę­łam się dłoń­mi po obu stro­nach twa­rzy.

Cof­nę­łam się o trzy kro­ki, by tym ra­zem zo­ba­czyć w lu­strze pe­łen ob­raz sie­bie.

„Nie jest źle” – po­my­śla­łam. Ra­cjo­nal­ne od­ży­wia­nie, wspar­te od­po­wied­nią su­ple­men­ta­cją, sport, któ­ry od dwóch lat to­wa­rzy­szy mi wy­jąt­ko­wo czę­sto, ja­ko naj­lep­szy neu­tra­li­za­tor stre­su, plus cał­kiem do­bre ge­ny spo­wo­do­wa­ły, że więk­szość lu­dzi oce­nia­ła mnie na dzie­sięć lat mniej, niż w rze­czy­wi­sto­ści mia­łam.

„Ma­ją ra­cję. Je­steś sta­ra, ale ja­ra”. Uśmiech­nę­łam się do swo­je­go od­bi­cia. Hu­mor do­dat­ko­wo po­pra­wiał mi wi­dok sto­ją­ce­go za drzwia­mi ła­zien­ki ple­ca­ka.

Na­gle po­czu­łam w so­bie ogrom­na fa­lę wdzięcz­no­ści za to, kto zo­stał w mo­im ży­ciu, a kon­kret­nie mo­je zwa­rio­wa­ne przy­ja­ciół­ki, któ­re po­sta­no­wi­ły z oka­zji mo­jej czter­dziest­ki za­brać mnie na kil­ka dni do Włoch. O tak, ko­cha­łam tej kraj. Za­wsze chęt­nie tam wra­ca­łam. Cie­pło, wą­skie ulicz­ki, pysz­ne je­dze­nie i jesz­cze lep­sze wi­no. Roz­ma­rzy­łam się, po czym ze­rwa­łam na rów­ne no­gi, gdy zo­ba­czy­łam na ze­gar­ku, że je­stem moc­no w nie­do­cza­sie. Za pa­rę go­dzin mia­łam być na lot­ni­sku, a cze­ka­ło mnie jesz­cze do­pa­ko­wa­nie ple­ca­ka i ogar­nię­cie sa­mej sie­bie.

„Jak do­brze, że da­łam się na­mó­wić na de­pi­la­cję la­se­ro­wą, co za oszczęd­ność cza­su” – po­my­śla­łam, sia­da­jąc na to­a­le­cie. „Ka­ri­na!!! Niech cię szlag! No tak” – przy­po­mnia­łam so­bie ostat­ni tre­ning na si­łow­ni. Sa­ma pro­si­łam Ka­ri­nę – swo­ją tre­ner­kę per­so­nal­ną – o moc­ny wy­cisk, wie­dząc, co bę­dę ro­bić we Wło­szech. Cia­ło mu­sia­ło być do­brze przy­go­to­wa­ne na te ilo­ści ma­ka­ro­nu i Ape­ro­la, któ­re za­mie­rza­łam przy­jąć w naj­bliż­szych dniach.

– Chcia­łaś, to masz! – po­wie­dzia­łam sa­ma do sie­bie, po­wo­li wsta­jąc z to­a­le­ty.

Nie pa­mię­tam już, kie­dy ostat­nio tak do­brze czu­łam swo­je mię­śnie. Jed­nak po­mi­mo bó­lu by­łam wdzięcz­na za­rów­no za Ka­ri­nę, jak i to, co przez dwa ostat­nie la­ta uda­ło jej się zro­bić z mo­im cia­łem. Smu­kłe no­gi, de­li­kat­nie umię­śnio­ne łyd­ki, któ­re lu­bi­łam eks­po­no­wać, no­sząc szpil­ki. Do te­go pod­nie­sio­ne po­ślad­ki, za­ry­so­wa­ne mię­śnie brzu­cha i te ra­mio­na… ze­ro pe­li­ka­nów!

– Okej, wy­ba­czam ci, sa­dy­stycz­na su­ko! – Za­śmia­łam się, po­dzi­wia­jąc efek­ty dwu­let­niej cięż­kiej i zdy­scy­pli­no­wa­nej pra­cy z Ka­ri­ną.

Pra­co­wa­ły­śmy na ty­le cięż­ko, że do­sta­łam na­wet jej „bło­go­sła­wień­stwo” na ten „wy­jazd znisz­cze­nia”, jak go na­zwa­ła. Zresz­tą, jak każ­dy do tej po­ry wy­jazd z dziew­czy­na­mi, po któ­rym pa­ra­me­try na wa­dze za­wsze się zmie­nia­ły. Wie­dzia­łam, że jak wró­cę, Ka­ri­na w ty­dzień do­pro­wa­dzi mnie do ła­du.

Ko­lej­ne go­dzi­ny mi­nę­ły mi na do­pa­ko­wy­wa­niu się z prze­rwa­mi na sta­łą wy­mia­nę wia­do­mo­ści z dziew­czy­na­mi o tym, co za­brać, cze­go nie, i o tym, jak bę­dzie za­je­bi­ście. Bo bę­dzie. Za­wsze by­ło. Z tą róż­ni­cą, że ta po­dróż mia­ła stać się ko­lej­nym punk­tem zwrot­nym w mo­im ży­ciu, ty­le że du­żo więk­szym niż po­ja­wie­nie się „70E”.

1. Pierw­sze spo­tka­nie

– Aaa!!! – Na lot­ni­sku przy­wi­ta­ły mnie okrzy­ki ra­do­ści mo­ich wa­ria­tek: Ew­ki, Jol­ki i Agi, a za­raz za ni­mi szał wza­jem­nych uści­sków.

„Dla ta­kich chwil, war­to żyć” – po­my­śla­łam, moc­no przy­tu­la­jąc się do dziew­czyn. Po wy­mia­nie wza­jem­nych uści­sków, od­pra­wie ba­ga­żo­wej i kon­tro­li cel­nej z po­śpie­chem uda­ły­śmy się w swo­je ulu­bio­ne miej­sce na lot­ni­sku, któ­re nie­mal sta­ło się tra­dy­cją na­szych wspól­nych wy­lo­tów, czy­li Bu­si­ness Class Lo­un­ge. W tym mo­men­cie wszyst­kie au­to­ma­tycz­nie włą­cza­ły­śmy się w tryb Ho­li­day Re­set Ti­me. Po uisz­cze­niu opła­ty i za­ję­ciu na­sze­go sta­łe­go miej­sca na wy­god­nej ka­na­pie i fo­te­lach wo­kół du­że­go sto­łu, szyb­ko uda­ły­śmy się w ko­lej­ne na­sze ulu­bio­ne miej­sce – ba­rek z al­ko­ho­lem. Po na­peł­nie­niu pierw­szych kie­lisz­ków mu­su­ją­cym pro­sec­co dziew­czy­ny mnie oto­czy­ły i na­gle ca­łe po­miesz­cze­nie wy­peł­ni­ło się dźwię­kiem śpie­wa­ne­go na­zbyt gło­śno Sto lat.

– Ja pier­do­lę, wszy­scy na nas pa­trzą! Tyl­ko nie mów­cie przy­pad­kiem, ile koń­czę lat, bo za­bi­ję! – pró­bo­wa­łam prze­krzy­czeć kon­cert dziew­czyn.

– Spo­ko, Bel­la, każ­dy chciał­by tak do­brze wy­glą­dać w wie­ku trzy­dzie­stu lat – od­po­wie­dzia­ła, pusz­cza­jąc do mnie oczko, Ew­ka.

Mia­ła szczę­ście.

– Two­je zdro­wie! – krzyk­nę­ła Jol­ka.

– Do dna! – do­da­ła Aga.

Po ja­kiejś go­dzi­nie i trzech lamp­kach pro­sec­co by­ły­śmy już moc­no w try­bie Ho­li­day. Lu­bi­ły­śmy to. Lu­bi­ły­śmy przy­jeż­dżać na lot­ni­sko wcze­śniej, tak by na spo­koj­nie mieć czas na od­po­wied­nią ce­le­bra­cję na­sze­go wspól­ne­go wy­jaz­du. To był nasz czas, pe­łen śmie­chu, któ­ry nie­jed­no­krot­nie do­pro­wa­dzał nas do łez, a in­nych pa­sa­że­rów ocze­ku­ją­cych na lot – do iry­ta­cji. Ni­g­dy się tym nie przej­mo­wa­ły­śmy. Nikt ani nic nie by­ło w sta­nie ze­psuć nam tych chwil, na któ­re za­wsze tak nie­cier­pli­wie cze­ka­ły­śmy. Czas re­se­tu. Czas, gdy wszyst­kie mo­gły­śmy za­po­mnieć o swo­ich pro­ble­mach, obo­wiąz­kach, a część z nas tak­że o oso­bach, o któ­rych chcia­ła za­po­mnieć. Wśród tych ostat­nich by­łam wła­śnie ja. Ta­kie wy­jaz­dy by­ły dla mnie od­skocz­nią od na­tręt­nych my­śli zwią­za­nych z „70E”, tę­sk­no­ty za by­łym mę­żem i stra­chem przed sa­mot­no­ścią.

– Czy bę­dę jesz­cze kie­dyś szczę­śli­wa…? – za­my­śli­łam się.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze. – Na­gle usły­sza­łam głos Ew­ki, któ­ra jak­by czy­ta­ła w mo­ich my­ślach. Ew­ka moc­no mnie przy­tu­li­ła, po czym wsta­ła z miej­sca i pod­no­sząc ko­lej­ną lamp­kę pro­sec­co, wznio­sła to­ast. – Za na­szą Bel­lę i za jej no­wą, lep­szą część ży­cia! Niech bę­dzie peł­na nie­za­po­mnia­nych wra­żeń, cu­dow­nych lu­dzi, przy­stoj­nych fa­ce­tów z wor­kiem cy­na­mo­nek i ogni­ste­go sek­su!!! – Po tych sło­wach dziew­czy­ny za­czę­ły gło­śno krzy­czeć i bić bra­wo.

Na­wet ja nie mo­głam po­wstrzy­mać się od śmie­chu. „Ogni­ste­go sek­su”… nie pa­mię­ta­łam już, co zna­czy seks, a co do­pie­ro ogni­sty. Od­kąd Ma­rek od­szedł, ży­łam w ce­li­ba­cie. Ni­g­dy nie po­dej­rze­wa­ła­bym sie­bie o ta­ką wstrze­mięź­li­wość, bo za­wsze lu­bi­łam seks, ale ból, ja­ki za­dał mi by­ły mąż, był tak do­tkli­wy, że ostat­nie, o czym chcia­łam my­śleć, to in­ny męż­czy­zna. Nie zmie­nia­ło to fak­tu, że by­ło mi co­raz cię­żej. Tę­sk­no­ta za bli­sko­ścią, do­ty­kiem, czu­ło­ścią i na­mięt­no­ścią. Na­uczy­łam się ra­dzić so­bie z pod­nie­ce­niem, opa­no­wu­jąc do per­fek­cji sztu­kę ma­stur­ba­cji, jed­nak da­wa­ło mi to tyl­ko chwi­lo­wą przy­jem­ność. W mia­rę upły­wu cza­su mój po­ziom fru­stra­cji na­ra­stał, a cia­ło bun­to­wa­ło się co­raz bar­dziej. Z roz­my­ślań na­gle wy­rwa­ła mnie dziw­na ci­sza. Pod­nio­słam wzrok, a mo­im oczom uka­za­ła się mę­ska dłoń trzy­ma­ją­ca lamp­kę ja­sno­zło­te­go mu­su­ją­ce­go pły­nu…

– Ta­ki to­ast wy­ma­ga od­po­wied­nie­go trun­ku. – Usły­sza­łam nad so­bą twar­dy głos.

Spoj­rza­łam wy­żej i w tym mo­men­cie zro­bi­ło mi się go­rą­co, a w żo­łąd­ku do­kład­nie po­czu­łam ilość wy­pi­te­go pro­sec­co. Męż­czy­zna, któ­ry stał na­de mną, bez wąt­pie­nia na­le­żał do gru­py „sam­ców al­fa”. Wie­dzia­łam to, wi­dząc już sa­mą je­go dłoń. Ma­syw­na, opa­lo­na, z sze­ro­kim nad­garst­kiem i wi­docz­nym ciem­nym, de­li­kat­nym owło­sie­niem. Man­kiet bia­łej ko­szu­li wy­cho­dził spod je­go ma­ry­nar­ki, od­sła­nia­jąc ze­ga­rek świad­czą­cy o po­czu­ciu sty­lu… i ra­czej nie­ma­łym port­fe­lu. I to, w ja­ki spo­sób trzy­mał lamp­kę, obej­mu­jąc jej nóż­kę dwo­ma pal­ca­mi tak, że jej ca­ła gór­na część pew­nie spo­czy­wa­ła w je­go dło­ni… Wzro­kiem po­wę­dro­wa­łam wy­żej. Bru­net z lek­ko po­sre­brza­ny­mi wło­sa­mi na bo­kach, któ­re tyl­ko do­da­wa­ły mu mę­sko­ści, bar­dzo ciem­ne, przy­mru­żo­ne oczy, ciem­na kar­na­cja, moc­no za­ry­so­wa­ne zmarszcz­ki i bruz­dy no­so­wo-war­go­we, któ­re tak znie­na­wi­dzo­ne przez ko­bie­ty, w je­go wy­pad­ku by­ły swo­istą „bi­żu­te­rią”. Ca­łość do­peł­nia­ły peł­ne usta i ten ta­jem­ni­czy, trud­ny do we­ry­fi­ka­cji je­go in­ten­cji uśmiech.

– Dzię­ku­ję… chy­ba… – po­wie­dzia­łam po­wo­li, przej­mu­jąc z je­go dło­ni kie­li­szek z ja­sno­zło­tą za­war­to­ścią.

Po­ma­łu pod­nio­słam się z miej­sca, sta­ra­jąc się to zro­bić w jak naj­bar­dziej, bio­rąc pod uwa­gę ilość wy­pi­te­go al­ko­ho­lu, ele­ganc­ki spo­sób. W tym mo­men­cie ta­jem­ni­czy bru­net zbli­żył się do mnie i dłoń, w któ­rej trzy­mał szkło z tym sa­mym trun­kiem, przy­su­nął do mo­je­go kie­lisz­ka.

– Za to i za du­żo wię­cej, Iza­bel­lo…

Ser­ce bi­ło mi zde­cy­do­wa­nie za szyb­ko. „Skąd on tu się wziął? Nie­moż­li­we, że­bym go nie za­uwa­ży­ła. Mu­siał być wy­star­cza­ją­co bli­sko, sko­ro usły­szał to­ast i wie, jak mam na imię” – my­śli za­czę­ły bom­bar­do­wać mo­ją gło­wę.

– Dzię­ku­ję – wy­du­si­łam w koń­cu z sie­bie w stro­nę nie­zna­jo­me­go.

Za­raz po­tem kel­ner­ka po­sta­wi­ła obok nas otwar­tą bu­tel­kę szam­pa­na i trzy do­dat­ko­we kie­lisz­ki. Ką­tem oka do­strze­głam na­pis na bu­tel­ce: „Lo­uis Ro­ede­rer”. „O kur­wa” – prze­klę­łam w my­ślach. Ostat­nio Cri­sta­la pi­łam na swo­ich dwu­dzie­stych ósmych uro­dzi­nach w Mek­sy­ku, gdy za­uro­czo­ny mną me­na­dżer klu­bu, w któ­rym ba­wi­łam się z dziew­czy­na­mi, spre­zen­to­wał mi bu­tel­kę.

– Baw­cie się do­brze – po­wie­dział nie­zna­jo­my, pod­czas gdy kel­ner­ka na­peł­nia­ła ko­lej­ne kie­lisz­ki.

I za­raz po­tem od­szedł.

– Ja pier­do­lę – skwi­to­wa­ła zszo­ko­wa­na Ew­ka. – Co to by­ło? Ja­kie cia­cho! Skąd on się tu wziął?!

– Bel­la, mo­głaś wy­du­sić z sie­bie coś wię­cej niż „dzię­ku­ję”. Na przy­kład… „Nie bzy­ka­łam się od dwóch lat, mo­że mi po­mo­żesz?” – do­rzu­ci­ła zna­na ze swo­je­go po­czu­cia hu­mo­ru Jol­ka.

Na ten tekst wszyst­kie gruch­nę­ły­śmy śmie­chem.

– Ci­cho!!! – krzyk­nę­łam. – Jesz­cze usły­szy!

– I do­brze. Mo­że w koń­cu ktoś by ci po­mógł za­po­mnieć o Ma­recz­ku i je­go ma­łym ogo­necz­ku – od­po­wie­dzia­ła po­now­nie Jol­ka z nie­ukry­wa­ną od­ra­zą do Mar­ka.

Na co wszyst­kie po­now­nie się ro­ze­śmia­ły­śmy.

– Mat­ko, Jol­ka, je­steś nie­re­for­mo­wal­na – od­po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na i uno­sząc kie­li­szek z Cri­sta­lem do gó­ry, prze­rwa­łam dys­ku­sję, wy­mu­sza­jąc na dziew­czy­nach, by zro­bi­ły to sa­mo.

Po opróż­nie­niu bu­tel­ki i roz­mo­wach na te­mat nie­zna­jo­me­go, któ­ry tak szyb­ko jak się po­ja­wił, tak sa­mo i znik­nął, w gło­śni­kach usły­sza­ły­śmy ko­mu­ni­kat do­ty­czą­cy nu­me­ru na­sze­go lo­tu i de­sty­na­cji oraz sło­wa „Fi­nal call”.

– Ja pier­do­lę! – wrza­snę­ła Ew­ka.

– Za­wsze to sa­mo – do­da­ła, ki­wa­jąc gło­wą i za­no­sząc się śmie­chem, Aga.

W re­kor­do­wym tem­pie do­tar­ły­śmy na miej­sce, dzię­ku­jąc w du­chu, że nasz ga­tebył bar­dzo bli­sko Bu­si­ness Class Lo­un­ge.

Bę­dąc już w au­to­bu­sie, dziew­czy­ny na­dal nie mo­gły od­pu­ścić te­ma­tu nie­zna­jo­me­go. Two­rzy­ły róż­ne moż­li­we sce­na­riu­sze, kim mógł­by być i czym się zaj­mo­wać. Pod­kre­śla­ły wy­jąt­ko­wość sa­me­go zda­rze­nia, ni­czym z ro­man­tycz­ne­go fil­mu. I nie omiesz­ka­ły po­mi­nąć mi­łe­go ge­stu, któ­rym by­ło po­sta­wie­nie nam szam­pa­na za bli­sko pięć­set eu­ro. Cho­ciaż sa­ma je­go oso­ba bu­dzi­ła już du­żo emo­cji – nie­zwy­kle przy­stoj­ny, po­staw­ny męż­czy­zna oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, zja­wia­ją­cy się nie wia­do­mo skąd i po chwi­li zni­ka­ją­cy nie wia­do­mo gdzie.

– Szko­da, że tak szyb­ko się ulot­nił. To mo­gła­by być cie­ka­wa zna­jo­mość – po­wie­dzia­ła Jol­ka, sztur­cha­jąc mnie łok­ciem.

– Nie w gło­wie mi te­raz ta­kie zna­jo­mo­ści. Nie mam na to to­tal­nie ocho­ty. Zresz­tą przy­stoj­ni fa­ce­ci za­zwy­czaj, jak ży­cie po­ka­zu­je, ma­ją pro­blem z mo­no­ga­mią, a mnie prze­lot­ne ro­man­se w ogó­le nie in­te­re­su­ją – od­par­łam sta­now­czym gło­sem.

– Do­bry ro­mans nie jest zły – pod­su­mo­wa­ła z prze­ką­sem Jol­ka.

– Ro­mans to ro­mans – od­po­wie­dzia­łam to­nem koń­czą­cym dys­ku­sję.

– Niech ci bę­dzie. Je­steś zwol­nio­na z ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia przez wzgląd na wy­da­rze­nia z ostat­nich dwóch lat – za­koń­czy­ła te­atral­nie Jol­ka.

Gdy au­to­bus za­trzy­mał się bli­sko sa­mo­lo­tu i lu­dzie rzu­ci­li się do wyj­ścia, ja wciąż dry­fo­wa­łam w na­tło­ku my­śli. Chcia­łam te­go czy nie, ta­jem­ni­czy męż­czy­zna moc­no mnie za­in­try­go­wał. Przez tę krót­ką chwi­lę znów po­czu­łam się za­uwa­żo­na, ad­o­ro­wa­na. Ktoś zwró­cił na mnie uwa­gę i nie­waż­ne, czy był to je­dy­nie mi­ły dżen­tel­meń­ski gest fa­ce­ta, któ­ry po pro­stu mógł so­bie na to po­zwo­lić, czy ży­we za­in­te­re­so­wa­nie mo­ją oso­bą. Tak czy siak, by­ło to mi­łe. Nie mo­głam też po­zo­stać obo­jęt­na na sa­mą po­stać męż­czy­zny. Był przy­stoj­ny. Doj­rza­ły, ale wiek, któ­ry zdra­dza­ła je­go twarz, do­da­wał mu tyl­ko cha­rak­te­ru. Głos, spoj­rze­nie, uśmiech. To wszyst­ko two­rzy­ło mie­szan­kę wy­bu­cho­wą, a ja mia­łam dość fa­jer­wer­ków w ostat­nich dwóch la­tach swo­je­go ży­cia.

Szyb­ko po­ki­wa­łam gło­wą, pró­bu­jąc wy­rzu­cić z gło­wy i my­śli ob­raz nie­zna­jo­me­go. Wy­sia­dłam z au­to­bu­su i skie­ro­wa­łam się za Ew­ką w stro­nę scho­dów na przo­dzie sa­mo­lo­tu. Oczy­wi­ście po dro­dze za­li­czy­ły­śmy tra­dy­cyj­ny „przy­sta­nek” na sel­fie na tle sa­mo­lo­tu, bu­dząc prze­wrot­ne spoj­rze­nia po­iry­to­wa­nych lu­dzi, któ­rzy już chy­ba za­po­mnie­li, jak to jest cie­szyć się wa­ka­cja­mi z bli­ski­mi oso­ba­mi.

„Smut­ne” – po­my­śla­łam, wsia­da­jąc za Ew­ką na po­kład sa­mo­lo­tu, któ­ra moc­no „wy­rwa­ła” na­przód.

– Ja­sny gwint! – krzyk­nę­łam, nie za­uwa­żyw­szy pro­gu mię­dzy scho­da­mi a wej­ściem do sa­mo­lo­tu i nie­mal upa­da­jąc z te­go po­wo­du.

„Co za wstyd”. Czu­łam spoj­rze­nia ste­war­des i grzecz­no­ścio­wy uśmiech jed­nej z nich, któ­ra ura­to­wa­ła mnie przed upad­kiem i to­tal­ną kom­pro­mi­ta­cją. Jak­by te­go by­ło ma­ło, gdy pod­nio­słam gło­wę, w pierw­szym rzę­dzie sa­mo­lo­tu do­strze­głam zna­jo­my uśmiech… To był on, nie­zna­jo­my z Bus­si­ness Class Lo­un­ge. Oczy­wi­ście sie­dział na miej­scu wy­od­ręb­nio­nym dla kla­sy biz­ne­so­wej i wi­docz­nie roz­ba­wio­ny pa­trzył na mnie.

– Wi­dzę, że szam­pan sma­ko­wał. – Sze­ro­ki uśmiech na je­go twa­rzy po­wo­do­wał, że wy­glą­dał nie­zwy­kle uro­czo.

– Jak wi­dać – od­po­wie­dzia­łam we­so­ło, sta­ra­jąc się ukryć głę­bo­kie za­że­no­wa­nie za­ist­nia­łą sy­tu­acją.

Czym prę­dzej prze­szłam obok nie­go, szu­ka­jąc nu­me­ru ze swo­im miej­scem. Oka­za­ło się, że sie­dzę kil­ka rzę­dów da­lej. Bły­ska­wicz­nie wrzu­ci­łam ple­cak na pół­kę i ulo­ko­wa­łam się na swo­im miej­scu, pró­bu­jąc wręcz wto­pić się w fo­tel. Na­gle usły­sza­łam z ty­łu za sie­dze­niem moc­no roz­ba­wio­ny głos Ew­ki:

– Pssst… ży­jesz?

– Nic mi nie mów. Co za wstyd. I jesz­cze… on. Wi­dzia­łaś?

– Trud­no by­ło nie za­uwa­żyć ta­kie­go cia­cha. Cho­ciaż, jak wi­dać, na to­bie zro­bił więk­sze wra­że­nie, sko­ro zwa­li­ło cię z nóg – Ew­ka za­czę­ła się gło­śno śmiać.

– Bar­dzo za­baw­ne. Za­my­śli­łam się i za­po­mnia­łam o pro­gu wej­ścio­wym do sa­mo­lo­tu. Zo­ba­czy­łam go do­pie­ro po zro­bie­niu z sie­bie cia­maj­dy ro­ku. – Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, za­kry­łam twarz rę­ko­ma, jak­bym chcia­ła się za ni­mi ukryć.

– Do­bra, do­bra. Niech ci bę­dzie. Swo­ją dro­gą ro­bi się z te­go cie­ka­wa hi­sto­ria. Wiesz, że nie wie­rzę w zbie­gi oko­licz­no­ści – skwi­to­wa­ła za­czep­nie Ew­ka.

– Wiem, ale ja wie­rzę – skła­ma­łam i szyb­ko zmie­nia­jąc te­mat, za­czę­łam roz­glą­dać się za dziew­czy­na­mi.

Ku­pu­jąc bi­le­ty, za­wsze wy­bie­ra­ły­śmy miej­sca lo­so­we. Po pierw­sze by­ły tań­sze, a po dru­gie każ­da z nas mia­ła czas na za­ła­twie­nie swo­ich spraw, książ­kę al­bo po pro­stu sen. To ostat­nie by­ło wy­jąt­ko­wo waż­ne w po­dró­ży po­wrot­nej, gdy se­ria za­rwa­nych no­cy da­wa­ła o so­bie znać. Mia­ły­śmy wte­dy czas na krót­ką re­ge­ne­ra­cję przed po­wro­tem do co­dzien­no­ści.

Jol­ka z Agą sie­dzia­ły w tyl­nej czę­ści sa­mo­lo­tu i ma­cha­ły mi uśmiech­nię­te. Wie­dzia­łam, że wcho­dząc tyl­nym wej­ściem do sa­mo­lo­tu, nie mia­ły moż­li­wo­ści zo­ba­cze­nia mo­je­go „wy­pad­ku” oraz te­go, kto sie­dzi w pierw­szym rzę­dzie. Bli­sko mnie by­ła tyl­ko Ew­ka. Nie mo­gąc dłu­żej się po­wstrzy­mać, lek­ko się pod­nio­słam, by spoj­rzeć na miej­sce nie­zna­jo­me­go.

Sie­dział wy­god­nie, moc­no opie­ra­jąc gło­wę o fo­tel, tak że mo­głam zo­ba­czyć je­go ciem­ne, gę­ste wło­sy. Sia­da­jąc po­now­nie na swo­im miej­scu, po­czu­łam, jak fa­la cie­pła prze­szy­wa ca­łe mo­je cia­ło.

Lot mi­nął mi na roz­my­śla­niach o nie­zna­jo­mym. Ca­ła ta sy­tu­acja z nim zwią­za­na przy­po­mi­na­ła mi ak­cje z fil­mu. Nie da­ło się ukryć, że je­go po­stać moc­no mnie za­in­try­go­wa­ła i po­zwo­li­ła mi po­czuć to, cze­go nie czu­łam od daw­na – po­ciąg do męż­czy­zny. Je­go wi­dok, spoj­rze­nie i uśmiech po­wo­do­wa­ły, że nie­mal czu­łam pul­so­wa­nie ca­łe­go cia­ła. Z jed­nej stro­ny pra­gnę­łam, by ta zna­jo­mość się roz­wi­nę­ła, z dru­giej jed­nak wo­la­łam ni­g­dy wię­cej już go nie zo­ba­czyć. Ból i po­czu­cie krzyw­dy, ja­kiej za­zna­łam ze stro­ny uko­cha­ne­go mę­ża, na­dal moc­no mi do­skwie­ra­ły. Nie wy­obra­ża­łam so­bie, bym mo­gła kie­dy­kol­wiek jesz­cze za­ufać ja­kie­muś męż­czyź­nie. Z dru­giej jed­nak stro­ny sa­mot­ność, ja­ką od­czu­wa­łam od ostat­nich dwóch lat, sta­wa­ła się nie do wy­trzy­ma­nia. Brak bli­sko­ści, któ­rą tak bar­dzo lu­bi­łam. Brak sek­su. Po­mi­mo spo­re­go za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie bu­dzi­łam wśród męż­czyzn, ni­g­dy nie po­tra­fi­łam po­dejść do tej sfe­ry ży­cia na za­sa­dzie tym­cza­so­wej za­ba­wy, jak to mło­dzież na­zy­wa – friends with be­ne­fits.

Ow­szem, lu­bi­łam seks. Moż­na po­wie­dzieć, że to je­dy­na dzie­dzi­na ży­cia, w któ­rej ni­g­dy do koń­ca nie czu­łam się speł­nio­na. Mój mąż, któ­ry tak­że to lu­bił, nie po­zwa­lał so­bie jed­nak na po­lot fan­ta­zji. Wszel­kie pro­po­zy­cje za­baw ero­tycz­nych za­wsze wy­cho­dzi­ły z mo­jej ini­cja­ty­wy i za­zwy­czaj by­ły kwi­to­wa­ne stwier­dze­niem: „Je­steś zbo­czo­na”. Z cza­sem w koń­cu za­nie­cha­łam prób wdra­ża­nia w ży­cie swo­ich fan­ta­zji ero­tycz­nych, czu­jąc, że dru­ga stro­na w ogó­le te­go nie po­trze­bu­je. Ma­rek, po­mi­mo re­gu­lar­no­ści sto­sun­ków, nie od­czu­wał ni­g­dy po­trze­by eks­pe­ry­men­to­wa­nia w tej sfe­rze ży­cia. Póź­niej wie­lo­krot­ne, nie­uda­ne pró­by zaj­ścia w cią­żę tyl­ko po­gor­szy­ły spra­wę. Ba­da­nia, bie­ga­ni­na po le­ka­rzach, to­wa­rzy­szą­cy te­mu stres i w koń­cu dia­gno­za: Ma­rek nie mógł mieć dzie­ci. To spo­wo­do­wa­ło, że coś w nim pę­kło. I po­mi­mo że ni­g­dy nie ob­wi­nia­łam go o to, że nie ma­my dzie­ci, wspie­ra­jąc i za­pew­nia­jąc go, że nas dwo­je wy­star­czy, to oka­za­ło się nie­wy­star­cza­ją­ce. Ma­rek czuł, że mnie za­wiódł. Czuł się nie­kom­plet­ny. Seks na­dal był czę­ścią na­sze­go ży­cia. Cza­sem bar­dziej, cza­sem mniej. Cza­sem le­piej, cza­sem go­rzej, ale ni­g­dy tak, jak te­go pra­gnę­łam. Tym bar­dziej nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć mo­ty­wa­cji je­go zdra­dy. Sek­su na pew­no mu nie bra­ko­wa­ło. Mo­jej em­pa­tii i zro­zu­mie­nia też nie. Co w ta­kim ra­zie spo­wo­do­wa­ło, że po­sta­no­wił odejść do młod­szej od nie­go o dzie­sięć lat ko­bie­ty, z biu­stem utrud­nia­ją­cym sku­pie­nie uwa­gi na twa­rzy i war­ga­mi sro­mo­wy­mi za­miast ust?

„Pie­przo­ny glo­no­jad” – za­klę­łam w my­ślach. Ma­rek ni­g­dy nie gu­sto­wał w tak sztucz­nych ko­bie­tach, dla­te­go to­tal­nie nie mo­głam zro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. W koń­cu zrzu­ci­łam to na kry­zys wie­ku śred­nie­go. Je­go nie­usta­ją­ce prze­by­wa­nie na si­łow­ni i nad­mier­ne dba­nie o sie­bie tyl­ko to po­twier­dza­ły. Tak czy ina­czej, nie mo­głam te­go prze­bo­leć. Za­wsze się ro­zu­mie­li­śmy. Mo­że nie by­li­śmy ide­al­nym mał­żeń­stwem, ale spo­ro roz­ma­wia­li­śmy, du­żo wy­jeż­dża­li­śmy. Nie ma­jąc dzie­ci, mo­gli­śmy po­zwo­lić so­bie na sku­pie­nie się wy­łącz­nie na so­bie. Na­sze fi­nan­se też mia­ły się cał­kiem do­brze – on głów­ny pro­gra­mi­sta w zna­nej fir­mie, ja wła­ści­ciel­ka szko­ły ję­zy­ko­wej. Ży­li­śmy w do­stat­ku. Ży­li­śmy wy­god­nie, a po­mi­mo te­go ży­li­śmy by­le jak. Ra­zem, ale osob­no. I po­mi­mo że pra­gnę­łam zo­stać ma­mą, po po­zna­niu dia­gno­zy na­wet przez chwi­lę nie po­my­śla­łam o tym, by od nie­go odejść. I to bo­la­ło naj­bar­dziej. Świa­do­mie zre­zy­gno­wa­łam z ma­cie­rzyń­stwa dla męż­czy­zny, któ­ry kil­ka lat po tym zre­zy­gno­wał ze mnie.

– Pro­szę pań­stwa, po­wo­li zbli­ża­my się do lą­do­wa­nia… – Z za­du­my wy­rwał mnie pa­da­ją­cy z gło­śni­ków głos ste­war­de­sy.

Na­wet nie wie­dzia­łam, kie­dy mi­nę­ły te dwie go­dzi­ny. Lą­do­wa­nie od­by­ło się bez żad­nych pro­ble­mów. Jed­nak na myśl o po­now­nym przej­ściu obok nie­zna­jo­me­go do­sta­wa­łam skur­czy żo­łąd­ka. Na szczę­ście po wsta­niu z miej­sca zo­ba­czy­łam, że go nie ma. Ode­tchnę­łam z ulgą, za­ra­zem ma­jąc na­dzie­ję, że jesz­cze kie­dyś się spo­tka­my. „Cu­dow­nie”– po­my­śla­łam, prze­cho­dząc, tym ra­zem ostroż­nie, przez próg sa­mo­lo­tu i czu­jąc ude­rze­nie go­rą­ce­go po­wie­trza na twa­rzy. Uwiel­bia­łam ten kli­mat.

Ra­zem z Ew­ką do­łą­czy­ły­śmy do Agi i Jol­ki, cze­ka­ją­cych już w pod­sta­wio­nym na pły­cie lot­ni­ska au­to­bu­sie. Nie za­uwa­ży­łam w nim jed­nak nie­zna­jo­me­go. „Mo­że pa­sa­że­ro­wie bu­si­ness class trans­por­to­wa­ni są ina­czej” – po­my­śla­łam.

Z ra­cji te­go, że za­wsze po­dró­żo­wa­ły­śmy z ba­ga­żem pod­ręcz­nym, nie mu­sia­ły­śmy tra­cić cza­su na od­biór ba­ga­żu re­je­stro­wa­ne­go i szyb­ko uda­ły­śmy się na ze­wnątrz, na do­brze nam zna­ny przy­sta­nek au­to­bu­so­wy. By­ło już do­brze po dwu­dzie­stej dru­giej. Nasz au­to­bus miał la­da chwi­la pod­je­chać. Mu­sia­ły­śmy do­stać się na dwo­rzec cen­tral­ny w Ba­ri, za­le­d­wie pięć mi­nut spa­ce­rem od na­sze­go apar­ta­men­tu. Cze­ka­ła nas czter­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­to­wa noc­na po­dróż przez mi­lio­ny przy­stan­ków. Au­to­bus za­czął się spóź­niać.

– Jak nie prze­ła­do­wa­ny, to spóź­nio­ny. – Aga nie mo­gła ukryć po­iry­to­wa­nia.

– Stai tra­nqu­il­lo! – od­po­wie­dzia­ła w wy­raź­nie do­brym hu­mo­rze Jol­ka. – Mó­wi­łam, że­byś na­pi­ła się wię­cej. Wi­no w sa­mo­lo­cie ude­rza po­dwój­nie! – Ro­ze­śmia­ła się gło­śno.

Na­gle za­uwa­ży­ły­śmy zbli­ża­ją­cy się do nas sa­mo­chód. Du­ży czar­ny SUV za­trzy­mał się tuż obok nas, a przy­ciem­nia­na szy­ba po­wo­li za­czę­ła opa­dać w dół. Za­raz za nią usły­sza­ły­śmy zna­ny nam mę­ski głos…

– Pod­wieźć was gdzieś, dziew­czy­ny? – za­py­tał nie­zna­jo­my.

Mo­je ser­ce sta­nę­ło, a dziew­czy­ny na­gle uci­chły. Jol­ka, sły­ną­ca ze swo­jej od­wa­gi i prze­ła­my­wa­nia wszel­kich ba­rier, po­de­szła pew­nym kro­kiem do okna sa­mo­cho­du. Wy­mie­ni­ła kil­ka zdań z kie­row­cą, po czym od­wró­ci­ła się do nas i pod­nie­sio­nym gło­sem ogło­si­ła: – Oto nasz szczę­śli­wy dzień. Ma­my pod­wóz­kę pro­sto do apar­ta­men­tu!

– Zwa­rio­wa­łaś?! Nie zna­my go! Mo­że to ja­kiś psy­chol. Chuj wie, gdzie nas wy­wie­zie. Mo­że to han­dlarz ko­bie­ta­mi!

– Aga, po pierw­sze po­zna­ły­śmy go. Fa­cet, co jak co, ale na wa­ria­ta nie wy­glą­da. Je­dzie w tym sa­mym kie­run­ku, to zro­zu­mia­łe, że za­ofe­ro­wał nam po­moc. Pew­nie głów­nie ze wzglę­du na Bel­lę. – Jol­ka pu­ści­ła oczko w mo­ją stro­nę. – Po dru­gie je­ste­śmy w czwór­kę, zna­my dro­gę i bę­dzie­my wie­dzia­ły, jak coś bę­dzie nie tak. Ta ca­ła sy­tu­acja jest na mak­sa in­try­gu­ją­ca! Je­stem cie­ka­wa, jak to się roz­wi­nie. Po trze­cie wszyst­kie do­brze wie­my, że Aga – któ­ra pró­bo­wa­ła prze­mó­wić do roz­sąd­ku młod­szej ko­le­żan­ce, od­cią­ga­jąc ją od sa­mo­cho­du – pra­cu­jąc w la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym, sta­łaś się, lek­ko mó­wiąc… prze­wraż­li­wio­na. Wszę­dzie wi­dzisz wid­mo zbrod­ni. Wy­lu­zuj! – wy­punk­to­wa­ła Jol­ka.

– Mo­że i je­stem prze­wraż­li­wio­na, ale to wszyst­ko jest… dziw­ne. Do­bra, ja się do­sto­su­ję. Dziew­czy­ny? – Aga cze­ka­ła na na­szą re­ak­cję.

Sta­łam za­mu­ro­wa­na, gdy Jol­ka już za­czę­ła kie­ro­wać się w stro­nę sa­mo­cho­du. W tym mo­men­cie z je­go wnę­trza wy­ło­nił się nie­zna­jo­my.

– Cześć po­now­nie. Los chy­ba chce, że­by­śmy po­zna­li się le­piej – od­parł z uśmie­chem na twa­rzy, za­trzy­mu­jąc wzrok wi­docz­nie dłu­żej na mnie. – Tak się skła­da, że wy­bie­ram się do cen­trum Ba­ri i mo­gę was pod­rzu­cić. Bę­dzie mi bar­dzo mi­ło.

– Nam rów­nież, o ile ko­le­żan­ka się wy­lu­zu­je i nie za­cznie cię szu­kać po­śród po­szu­ki­wa­nych li­stem goń­czym prze­stęp­ców. – Jol­ka kiw­nę­ła gło­wą w kie­run­ku Agi.

– Ha, ha. – Nie­zna­jo­my za­śmiał się i skie­ro­wał sło­wa do Agi: – Ra­czej nie po­lo­wał­bym na swo­je po­ten­cjal­ne ofia­ry w miej­scach ob­ję­tych mo­ni­to­rin­giem, ale jak po­czu­jesz się le­piej, mo­gę dać ci mój do­wód oso­bi­sty, byś spraw­dzi­ła, czy ni­g­dzie nie fi­gu­ru­ję ja­ko po­szu­ki­wa­ny.

– Chy­ba że chcesz zo­stać w koń­cu zła­pa­ny – od­po­wie­dzia­ła z prze­ko­rą Aga, pod­cho­dząc pod ba­gaż­nik sa­mo­cho­du. – Jedź­my już – do­da­ła.

– Bel­la, sia­dasz z przo­du! – krzyk­nę­ła z nie­mal­że sza­tań­skim uśmie­chem Ew­ka, zaj­mu­jąc miej­sce z ty­łu obok Jol­ki i Agi.

W tym mo­men­cie nie­zna­jo­my, nie spusz­cza­jąc ze mnie oczu, za­brał mój ple­cak i wraz z in­ny­mi za­pa­ko­wał je do ba­gaż­ni­ka sa­mo­cho­du. Na­stęp­nie otwo­rzył drzwi pa­sa­że­ra i ge­stem za­pro­sił mnie do środ­ka.

– Za­pra­szam.

Mo­je ser­ce wa­li­ło, jak­by mia­ło za­raz wy­sko­czyć. Wie­dzia­łam już, że mu się spodo­ba­łam, a co gor­sza – on spodo­bał się mi. Był ta­ki mę­ski. Gdy się do nie­go zbli­ży­łam, nie­mal by­ło czuć, jak po­wie­trze wo­kół nas gęst­nie­je. Gdy sta­łam już przy otwar­tych drzwiach, on głę­bo­ko spoj­rzał mi w oczy. Mia­łam wra­że­nie, że sto­imy tak przez mi­nu­tę.

– Dzię­ku­ję – w koń­cu wy­du­si­łam z sie­bie. Za­raz po tym z za­lot­nym uśmie­chem za­py­ta­łam go o imię: – Za­nim ru­szy­my, chcia­ła­bym cho­ciaż po­znać imię mo­je­go po­ten­cjal­ne­go po­ry­wa­cza.

Nie­zna­jo­my na­chy­lił się w mo­im kie­run­ku, tak że mo­głam po­czuć za­pach je­go skó­ry zmie­sza­ny z moc­ny­mi ko­rzen­ny­mi per­fu­ma­mi, któ­re uwiel­bia­łam.

– Prze­pra­szam za to prze­ocze­nie, Iza­bel­lo. – Po­da­jąc mi rę­kę, do­dał: – Mar­cel­lo.

„Uchwyt je­go dło­ni jest na ty­le moc­ny, że ma­jąc ta­kie­go męż­czy­znę obok sie­bie na pew­no nie upa­dła­bym za pro­giem sa­mo­lo­tu” – po­my­śla­łam, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

– Po two­im uśmie­chu wnio­sku­ję, że imię ci się po­do­ba?

– Jak więk­szość wło­skich imion, dań i win – od­po­wie­dzia­łam za­czep­nie, tym ra­zem osta­tecz­nie wsia­da­jąc do sa­mo­cho­du.

Mar­cel­lo za­mknął za mną drzwi i z wi­docz­nym uśmie­chem skie­ro­wał się w stro­nę miej­sca kie­row­cy.

Dro­ga mi­nę­ła nam w przy­jem­nej at­mos­fe­rze. Dziew­czy­ny z ty­łu po­grą­żo­ne by­ły w roz­mo­wie i jak­by spe­cjal­nie nie an­ga­żo­wa­ły mnie w nią. W tle z gło­śni­ków le­ciał jazz, więc mo­głam się tro­chę zre­lak­so­wać.

– Tak więc lu­bisz wło­ską kuch­nię i wło­skie wi­na? – za­py­tał mnie, za­trzy­mu­jąc się na świa­tłach, Mar­cel­lo.

– Zga­dza się.

– A co byś po­wie­dzia­ła na ta­ki wy­jąt­ko­wy du­et w mo­im to­wa­rzy­stwie?

– Ku­szą­ca pro­po­zy­cja, ale jak wi­dzisz, je­stem na wy­jeź­dzie z przy­ja­ciół­ka­mi, a te wy­jaz­dy żą­dzą się swo­imi pra­wa­mi. Żad­nych fa­ce­tów!

– Da­je­my ci je­den dzień wol­ne­go! W koń­cu masz uro­dzi­ny! – dziew­czy­ny krzyk­nę­ły nie­mal­że w jed­nym cza­sie, tak jak­by ca­ły czas przy­słu­chi­wa­ły się na­szej roz­mo­wie.

Od­wró­ci­łam się do nich ze spoj­rze­niem peł­nym dez­apro­ba­ty, ale one nie da­wa­ły za wy­gra­ną.

– Bę­dziesz mia­ła po­dwój­ne uro­dzi­ny. Jed­ne z na­mi, a dru­gie w iście wło­skim sty­lu. Na­le­ży ci się, nie uwa­żasz? – pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mnie Ew­ka.

– Bar­dzo dzię­ku­ję za tro­skę, ale je­stem du­żą dziew­czyn­ką i sa­ma po­tra­fię za­de­cy­do­wać, co jest dla mnie od­po­wied­nie – nie­mal wark­nę­łam, po­now­nie od­wra­ca­jąc się do dziew­czyn. – Po­za tym każ­dy wie­czór ma­my ści­śle za­pla­no­wa­ny, za­czy­na­jąc od ju­trzej­sze­go po­ke­ra w Bo­ne­dze – przy­po­mnia­łam im. – Tak więc bar­dzo dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie, Mar­cel­lo, ale nie tym ra­zem – do­da­łam.

– Gry­wasz w po­ke­ra? – za­py­tał, tak jak­by w ogó­le nie sły­szał resz­ty mo­ich słów.

– Jest naj­lep­sza! – krzyk­nę­ła Jol­ka.

– Ama­tor­sko. Lu­bi­my od cza­su do cza­su urzą­dzać so­bie po­ke­ro­we wie­czor­ki z dziew­czy­na­mi – od­po­wie­dzia­łam, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc Jol­kę. – W tym ro­ku chcia­łam pierw­szy raz spró­bo­wać za­grać w bar­dziej… pro­fe­sjo­nal­nym oto­cze­niu – do­da­łam.

– No pro­szę, te­raz to do­pie­ro mnie za­in­try­go­wa­łaś. Wło­skie je­dze­nie, wi­no i do te­go po­ker… Je­stem cie­kaw, co jesz­cze „grzesz­ne­go” lu­bisz, Iza­bel­lo – Mar­cel­lo, wy­raź­nie za­ak­cen­to­wał sło­wo „grzesz­ne­go”.

Uwo­dzi­ciel­sko się uśmiech­nę­łam, nie wy­po­wia­da­jąc ani sło­wa. Czy to by­ło w mo­im za­mia­rze, czy nie, wy­raź­nie z nim flir­to­wa­łam. Wie­dzia­łam, że praw­do­po­dob­nie wię­cej go nie zo­ba­czę i to do­da­wa­ło mi od­wa­gi. Mar­cel­lo w od­po­wie­dzi wręcz za­nu­rzył swój wzrok w mo­ich oczach, na­wet nie mru­ga­jąc. Czu­łam, że prze­gry­wam w tej grze. Je­go pew­ność sie­bie, po­mi­mo za­kło­po­ta­nia, w ja­kie mnie wpra­wia­ła, by­ła nie­sa­mo­wi­cie po­cią­ga­ją­ca. Je­go ciem­ne jak wę­giel oczy moc­no błysz­cza­ły, a ja sta­ra­łam się roz­gryźć to, co ukry­wa­ły.

– Zie­lo­ne – na­gle prze­rwa­łam ci­szę. Gdy Mar­cel­lo nie za­re­ago­wał, po­wtó­rzy­łam nie­co gło­śniej: – Masz zie­lo­ne świa­tło!

– To chcia­łem usły­szeć, Iza­bel­lo – od­po­wie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem, a je­go spoj­rze­nie spod zmru­żo­nych oczu wska­zy­wa­ło na to, że nie miał na my­śli sy­gna­li­za­to­ra świetl­ne­go.

Nie wie­dzia­łam, co od­po­wie­dzieć, więc za­mil­kłam. Resz­tę dro­gi wszy­scy prze­je­cha­li­śmy, słu­cha­jąc mu­zy­ki. Gdy do­tar­li­śmy pod bu­dy­nek, w któ­rym znaj­do­wał się nasz apar­ta­ment, Aga z ulgą ode­tchnę­ła. Mar­cel­lo wy­cią­gnął z ba­gaż­ni­ka na­sze ple­ca­ki i uśmie­cha­jąc się do Agi, roz­ba­wio­nym gło­sem za­ak­cen­to­wał:

– Ca­łe i zdro­we!

Aga w od­po­wie­dzi moc­no się uśmiech­nę­ła i te­atral­nie ge­sty­ku­lu­jąc, po­ka­za­ła, jak bar­dzo jest z te­go po­wo­du szczę­śli­wa.

Dziew­czy­ny po­dzię­ko­wa­ły za trans­port, a Ew­ka ge­stem ka­pi­tu­la­cji po­ka­za­ła mu, że ro­bi­ła, co mo­gła, że­bym przy­ję­ła je­go za­pro­sze­nie. Mar­cel­lo po­że­gnał się z dziew­czy­na­mi i ży­czył im uda­ne­go po­by­tu. Na ko­niec pod­szedł do mnie i pew­nym gło­sem po­wie­dział:

– Do zo­ba­cze­nia nie­ba­wem, Iza­bel­lo.

Wsiadł do sa­mo­cho­du i od­je­chał.

2. Ba­ri

Chwi­lę po tym, jak Mar­cel­lo od­je­chał, by­ły­śmy już w na­szym apar­ta­men­cie. Gdy za­ję­ły­śmy swo­je po­ko­je i łóż­ka, po­sta­no­wi­ły­śmy jak za­wsze wy­sko­czyć na we­lco­me drin­ka. By­ło już bar­dzo póź­no, więc szyb­ko się od­świe­ży­ły­śmy i po chwi­li zmie­rza­ły­śmy już w kie­run­ku na­szej ulu­bio­nej re­stau­ra­cji. Na szczę­ście by­ła dłu­go otwar­ta. Wła­ści­ciel przy­wi­tał nas moc­nym uśmie­chem i nie­dłu­go po tym na na­szym sto­le go­ści­ła już piz­za pro­sto z pie­ca w róż­nych od­sło­nach i dzba­nek do­mo­we­go wi­na. A po nim na­stęp­ny i na­stęp­ny…

– Dla­cze­go nie chcesz iść z nim na ko­la­cję? Tak se­rio… – za­py­ta­ła na­gle Ew­ka, a Jol­ka z Agą przy­ci­chły, po­ka­zu­jąc tym sa­mym, że też je to nur­tu­je.

– Bo je­stem tu z wa­mi! Po­za tym nie znam go­ścia, nie mó­wiąc o tym, że ja­koś nie w gło­wie mi rand­ko­wa­nie. Po co za­czy­nać coś, co nie ma sen­su – od­po­wie­dzia­łam.

– Daj spo­kój, je­den wie­czór ni­cze­go nie zmie­ni, po­ra­dzi­my so­bie, a ty przy­naj­mniej się ro­ze­rwiesz. Prze­cież nikt ci nie ka­że pod­cho­dzić do te­go po­waż­nie. Tro­chę roz­ryw­ki by ci się przy­da­ło. Ile za­mie­rzasz jesz­cze tak żyć? Prze­cież to nie w two­im sty­lu. Udrę­cza­nie się i uciecz­ka przed ży­ciem. Je­steś in­te­li­gent­na, pięk­na i nie­za­leż­na. Je­steś wol­na! Za­cznij w koń­cu z te­go ko­rzy­stać! – Ew­ka emo­cjo­nal­nie wy­rzu­ci­ła z sie­bie to, co my­śla­ła, a ja wie­dzia­łam, że ma ra­cję.

To nie by­ło w mo­im sty­lu. Za­wsze by­łam try­ska­ją­cą hu­mo­rem ko­bie­tą, pew­ną sie­bie, otwar­tą na no­we do­świad­cze­nia, od­waż­ną. Dla mnie sło­wo „nie” nie ist­nia­ło. Gło­wą prze­bi­ja­łam be­ton. Za­wsze szu­ka­łam roz­wią­zań, a nie tkwi­łam w pro­ble­mach. „Nie da się? Po­wiedz to Bel­li” – tak mnie po­strze­ga­no. Po­mi­mo że nie mia­łam ła­twe­go dzie­ciń­stwa. Ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku, gdy by­łam w pod­sta­wów­ce, i gdy­by nie star­sza sio­stra, to nie wiem, jak bym to prze­ży­ła. Ale osta­tecz­nie i ona wy­le­cia­ła do Sta­nów, by ro­bić ka­rie­rę w wiel­kiej fir­mie far­ma­ceu­tycz­nej. Po­mi­mo że do­syć czę­sto do sie­bie dzwo­ni­ły­śmy, to nie by­ło to sa­mo, co mieć ją obok. Moc­no od­czu­łam jej brak, szcze­gól­nie w ostat­nich dwóch la­tach i cho­ciaż ro­zu­mia­łam, że ma swo­ją cu­dow­ną ro­dzi­nę, ża­ło­wa­łam, że nie ma jej tu ze mną.

– Wiem, ale to nie ta­kie pro­ste. Po­ło­wę ży­cia spę­dzi­łam z fa­ce­tem, któ­ry na­gle od­szedł. Kur­wa! Miał wszyst­ko, a na­wet i wię­cej. Po­świę­ci­łam dla nie­go ma­cie­rzyń­stwo. Wszyst­ko… – Łzy sa­mo­ist­nie po­pły­nę­ły mi po po­licz­kach.

Dziew­czy­ny rzu­ci­ły się na mnie i moc­no przy­tu­li­ły. Do­la­ły nam wi­na do kie­lisz­ków i po chwi­li ból mi­nął. Po zje­dze­niu prze­pysz­nej piz­zy i wy­pi­ciu du­żej ilo­ści wi­na wró­ci­ły­śmy do apar­ta­men­tu, po dro­dze za­no­sząc się od śmie­chu.

Apar­ta­ment miał dwie sy­pial­nie, dwie ła­zien­ki i sa­lon z anek­sem ku­chen­nym. Ide­al­ny na na­szą czwór­kę. Jed­ną sy­pial­nię zaj­mo­wa­łam ja z Ew­ką, a dru­gą – Aga z Jol­ką. Łóż­ka by­ły na ty­le du­że, że za­pew­nia­ły cał­ko­wi­ty kom­fort. Gdy wy­szłam spod prysz­ni­ca i we­szłam do łóż­ka, Ew­ka już spa­ła. Spoj­rza­łam na nią i po­czu­łam ta­ką wdzięcz­ność za to, że ją mam. Ro­zu­mia­ły­śmy się bez słów. Moż­na po­wie­dzieć, że za­stą­pi­ła mi tro­chę sio­strę. By­ła przy mnie w naj­trud­niej­szych mo­men­tach, gdy z sio­strą dzie­li­ły mnie ty­sią­ce mil. Do­bra du­sza z barw­ną oso­bo­wo­ścią. Po­czu­cie hu­mo­ru le­vel hard, bez­po­śred­niość i szcze­rość do bó­lu – czy­li to, co w lu­dziach ce­ni­łam naj­bar­dziej. By­ła przy mnie, po­mi­mo że z dwój­ką ma­lu­chów nie by­ło jej lek­ko. Na szczę­ście jej wy­ro­zu­mia­ły i ko­cha­ją­cy mąż bar­dzo ją wspie­rał. „Cu­dow­ny czło­wiek” – po­my­śla­łam, ża­łu­jąc, że ja nie mia­łam ty­le szczę­ścia co ona. Cie­szy­łam się jej szczę­ściem i jak tyl­ko mo­głam, po­ma­ga­łam jej, wcie­la­jąc się w ro­lę uko­cha­nej cio­ci. Dzie­cia­ki mnie uwiel­bia­ły. Nie ma­jąc swo­ich dzie­ci, roz­piesz­cza­łam jej. My­ślę, że ulo­ko­wa­łam w nich swój nie­speł­nio­ny po­ten­cjał mat­ki. Cór­ki mo­jej sio­stry też mnie uwiel­bia­ły i po­mi­mo że wi­dy­wa­li­śmy się dwa, trzy ra­zy w ro­ku, za­wsze by­łam ich uko­cha­ną cio­cią. Czu­łam się ta­ka nie­speł­nio­na. Po­mi­mo że wy­da­wać by się mo­gło, że ży­ję peł­nią ży­cia. Czę­ste po­dró­że, do­bre za­rob­ki, czas dla sie­bie, „ko­cha­ją­cy” mąż… ja­kie to wszyst­ko złud­ne.

Bra­ko­wa­ło mi ży­cia ro­dzin­ne­go, mę­ża, któ­ry po­zo­sta­je ta­ki sam jak w dniu ślu­bu, i sek­su, któ­ry nie sta­je się z bie­giem lat by­le ja­ki. Ru­ty­na za­bi­ja. Zna­łam wie­le cu­dow­nych mał­żeństw, któ­re po­zwo­li­ły, by za­bi­ła ich zwy­kłość dnia co­dzien­ne­go. Pod ma­są obo­wiąz­ków, tak­że tych wy­ni­ka­ją­cych z po­sia­da­nia dzie­ci, czę­sto za­po­mi­na­li o so­bie. Zmę­cze­nie, brak zgod­no­ści w kwe­stiach wy­cho­waw­czych, wza­jem­ne ob­wi­nia­nie i pre­ten­sje, a tak­że le­ni­stwo… „«Uczy­nię wszyst­ko, co w mo­jej mo­cy, aby na­sze mał­żeń­stwo by­ło zgod­ne, szczę­śli­we i trwa­łe» kur­wa, ja­kie to dziś, z punk­tu wi­dze­nia doj­rza­łej ko­bie­ty, wy­da­je się śmiesz­ne” – pod­su­mo­wa­łam w gło­wie swo­je roz­my­śla­nia. Na­iw­nie wie­rzy­łam, że sko­ro już nie mo­że­my mieć dzie­ci, to więk­szość pro­ble­mów mał­żeń­skich nas omi­nie. Sta­ra­łam się zna­leźć plu­sy tej sy­tu­acji. A praw­da jest ta­ka, że gdy raz zgo­dzisz się w ży­ciu na by­le­ja­kość, to ta by­le­ja­kość sta­nie się two­im ży­ciem. Tak też się sta­ło choć­by z na­szym sek­sem. Jak ja mo­głam ty­le lat, go­dzić się na prze­cięt­ny seks, tłu­miąc swój ogrom­ny tem­pe­ra­ment, a uj­ście swo­ich fan­ta­zji ero­tycz­nych znaj­do­wać w do­brych książ­kach ero­tycz­nych i – rza­dziej – fil­mach por­no­gra­ficz­nych? Ro­bi­łam to tyl­ko po to, że­by zo­stać osta­tecz­nie zdra­dzo­ną.

– Ja pier­do­lę – po­wie­dzia­łam z wy­rzu­tem, gło­śniej, niż chcia­łam.

Na szczę­ście Ew­ka spa­ła jak za­bi­ta. Sta­ra­łam się za­snąć, ale emo­cje tar­ga­ły mną z ca­łych sił. Na­krę­ci­łam się, a mia­łam do te­go ten­den­cję. Mu­sia­łam skie­ro­wać my­śli na coś lub ko­goś in­ne­go. Mar­cel­lo. Na sa­mą myśl o nim mo­je cia­ło re­ago­wa­ło bły­ska­wicz­nie. Mu­sia­łam przy­znać, że fa­cet jest me­ga przy­stoj­ny, a je­go spoj­rze­nie i szel­mow­ski uśmiech roz­wa­la­ły mnie na ato­my. Miał to coś, co za­wsze lu­bi­łam w fa­ce­tach. Pew­ność sie­bie i mę­skość przez du­że M, co, pa­trząc na współ­cze­sny trend, jest co­raz rza­dziej spo­ty­ka­ne wśród męż­czyzn. Dla­te­go lu­bi­łam star­szych fa­ce­tów. Po­mi­mo że mój mąż był mo­im ró­wie­śni­kiem, a mo­że wła­śnie przez to. Doj­rza­łość wy­ma­ga lat do­świad­czeń. Trud­nych do­świad­czeń. Dla­te­go to za­wsze ja by­łam tą doj­rzal­szą w na­szym związ­ku. „Ko­niec” – po­my­śla­łam, orien­tu­jąc się, że znów wcho­dzę w te­ma­ty­kę by­łe­go. „Mar­cel­lo, Mar­cel­lo, kim je­steś? Kim­kol­wiek je­steś, mi­ło by­ło cię po­znać i szko­da, że nie mo­gli­śmy po­znać się le­piej”.

– Nie je­stem go­to­wa… – Wy­po­wie­dziaw­szy to, za­snę­łam.

Obu­dzi­ły mnie roz­mo­wy dziew­czyn do­bie­ga­ją­ce z sa­lo­nu. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Dzie­sią­ta dwa­dzie­ścia. „No to ład­nie” – po­my­śla­łam. Nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio ty­le spa­łam. Fakt, że wró­ci­ły­śmy bar­dzo póź­no, a na­tłok my­śli nie po­zwo­lił mi od ra­zu za­snąć. Po­wo­li wsta­łam z łóż­ka, na­rzu­ci­łam szla­frok, wło­ży­łam ja­pon­ki i spoj­rza­łam na swo­je od­bi­cie w lu­strze. „Trze­ba się ogar­nąć”. We­szłam do sa­lo­nu przy­wi­tać się z dziew­czy­na­mi. W po­wie­trzu uno­sił się cu­dow­ny za­pach ka­wy, któ­ry uwiel­bia­łam.

– Ktoś tu się wy­spał. – Ew­ka przy­wi­ta­ła mnie z uśmie­chem.

– Ogar­niaj szyb­ko ty­łek i le­ci­my na śnia­da­nie, a póź­niej pla­żing. Szko­da dnia – do­da­ła Jol­ka.

– Masz ka­wu­nię. – Aga wrę­czy­ła mi do rę­ki fi­li­żan­kę świe­żo za­pa­rzo­nej czar­nej ka­wy.

– Dzię­ki ci wiel­kie. O ni­czym in­nym nie ma­rzy­łam. I praw­da, wy­spa­łam się, jak nie pa­mię­tam kie­dy.

Oka­za­ło się, że dziew­czy­ny by­ły na no­gach już od go­dzi­ny, tak więc szyb­ko wsko­czy­łam pod prysz­nic, ogar­nę­łam wło­sy i de­li­kat­ny ma­ke-up. Z ko­sme­ty­ków uży­wa­łam głów­nie lek­kie­go kre­mu BB z du­żym fil­trem ochron­nym i ma­ska­ry. Mo­ja nie­na­gan­na ce­ra, o któ­rą bar­dzo dba­łam od wie­lu lat, nie wy­ma­ga­ła ni­cze­go wię­cej, no mo­że po­za opa­le­ni­zną, któ­rą za­mie­rza­łam uzy­skać. Za to ni­g­dy nie ru­sza­łam się ni­g­dzie bez ma­ska­ry. Mo­je na­tu­ral­nie dłu­gie rzę­sy nie wy­ma­ga­ły za­kła­da­nia sztucz­nych, tyl­ko do­bre­go wy­tu­szo­wa­nia w ce­lu ich po­gru­bie­nia. Efekt za­my­ka­ła do­brze do­bra­na ma­to­wa po­mad­ka do ust. Na­tu­ral­nie i świe­żo. Na­rzu­ci­łam na sie­bie lek­ką kre­mo­wą su­kien­kę z wi­sko­zy, de­li­kat­nie pod­kre­śla­ją­cą kształ­ty, i bia­łe ko­tur­ny. Po­mi­mo że by­łam wy­so­ka, za­wsze lu­bi­łam bu­ty na ob­ca­sie. Uwa­ża­łam, że szpil­ki po­win­ny być jak po­czu­cie wła­snej war­to­ści – za­wsze wy­so­kie. Na ko­niec spa­ko­wa­łam do tor­by naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, na­ło­ży­łam oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne i by­łam go­to­wa do wyj­ścia.

Nasz apar­ta­ment mie­ścił się na jed­nej z głów­nych ulic cen­trum Ba­ri. Dzię­ki te­mu mia­ły­śmy du­ży wy­bór knaj­pe­czek. Jed­na wy­jąt­ko­wo do nas pa­so­wa­ła. Pięk­ne, ko­bie­ce wnę­trze, du­że lu­stra, du­żo zło­ta i pięk­ne fi­li­żan­ki, któ­re uwiel­bia­łam. Gla­mo­ur – tak, to styl, któ­ry naj­bar­dziej ce­ni­łam. Chwi­lę póź­niej pi­ły­śmy już pysz­ną wło­ską ka­wę, za­ja­da­jąc cro­is­san­ty z na­dzie­niem pi­sta­cjo­wym.

„Co za obłęd” – po­my­śla­łam, roz­ko­szu­jąc się sma­kiem na­dzie­nia. Po słod­kim śnia­da­niu tra­dy­cyj­nie przy­szedł czas na lamp­kę pro­sec­co.

– Tak po­win­no się żyć! – pod­su­mo­wa­ła Ew­ka.

Zga­dza­łam się z nią. Ży­cie jest ta­kie krót­kie, a my bez­pow­rot­nie tra­ci­my czas na rze­czy i lu­dzi, któ­rzy na ten czas nie za­słu­gu­ją. Spa­la­my się la­ta­mi, trwa­jąc w by­le­ja­ko­ści. A la­ta le­cą i le­cą.

„Ja pier­do­lę, jak moż­na so­bie to ro­bić. Jak moż­na tak nie sza­no­wać swo­je­go ży­cia i cza­su, któ­ry jest nam da­ny? Krót­kie­go cza­su. Za­miast po pro­stu żyć i tym ży­ciem się cie­szyć. Ode­rwać się od prze­szło­ści i sku­pić się na tym, co jest tu i te­raz. Tu i te­raz”. Na tę myśl uśmiech­nę­łam się z wdzięcz­no­ścią, pa­trząc się na dziew­czy­ny. Do­kład­nie tam chcia­łam być.

– Za nasz ko­lej­ny cu­dow­ny wy­jazd! Za nas! – Pod­nio­słam kie­li­szek pro­sec­co, a resz­ta po­wtó­rzy­ła za mną, stu­ka­jąc się kie­lisz­ka­mi.

– Za nas!

Po śnia­da­niu uda­ły­śmy się na dwo­rzec, by stam­tąd ru­szyć po­cią­giem do Mo­no­po­li. Uwiel­bia­ły­śmy to miej­sce. Kli­ma­tycz­ne wą­skie ulicz­ki, peł­ne rów­nie kli­ma­tycz­nych knaj­pe­czek. Do te­go bli­skość mo­rza. Ide­al­ne miej­sce na to­tal­ny chil­lo­ut. Zresz­tą Ba­ri by­ło świet­ną ba­zą wy­pa­do­wą do in­nych mia­ste­czek. Świet­na ko­mu­ni­ka­cja ko­le­jo­wa za­pew­nia­ła kom­fort po­dro­ży. Bar­dzo lu­bi­ły­śmy się nią prze­miesz­czać, szcze­gól­nie tu, a gdy by­ły­śmy ra­zem, każ­da po­dróż mi­ja­ła szyb­ko. Po nie­ca­łej go­dzi­nie w po­cią­gu, po­chło­nię­te roz­mo­wą, pra­wie prze­ga­pi­ły­by­śmy nasz przy­sta­nek. Na szczę­ście Aga jak za­wsze kon­tro­lo­wa­ła sy­tu­ację. Po opusz­cze­niu dwor­ca skie­ro­wa­ły­śmy się w stro­nę cen­trum, a za­raz po­tem nad sa­mo mo­rze. Po dro­dze obo­wiąz­ko­wo za­li­czy­ły­śmy przy­sta­nek na Ape­ro­la, dru­gie­go wzię­ły­śmy na wy­nos. Uni­ka­ły­śmy plaż, gdzie o tej po­rze ro­ku gro­ma­dzi­ły się tłu­my lu­dzi. Wy­bie­ra­ły­śmy te bar­dziej ka­me­ral­ne miej­sca. Na ska­łach. Roz­kła­da­ły­śmy ręcz­ni­ki i re­lak­so­wa­ły­śmy się w słoń­cu, wsłu­chu­jąc się w dźwięk fal roz­bi­ja­ją­cych się o ka­mie­nie, od cza­su do cza­su po­pi­ja­jąc zim­ne­go Ape­ro­la.

– Żyć nie umie­rać – za­ak­cen­to­wa­ła wy­raź­nie za­do­wo­lo­nym gło­sem Ew­ka, le­żą­ca obok mnie. – Ko­cham mo­je dzie­ci, ale prze­by­wa­jąc z ni­mi na co dzień… Ni­cze­go bar­dziej nie pra­gnę i na nic bar­dziej nie cze­kam niż na te na­sze wy­jaz­dy. Kur­wa­aa, jak ja te­go po­trze­bu­ję…

– Znam to i ro­zu­miem, ale pa­mię­taj, bę­dzie le­piej – od­po­wie­dzia­ła po­cie­sza­ją­co Aga.

Aga mia­ła jed­no dziec­ko, dzie­wię­cio­let­nie­go Mak­sa. Za­wsze ma­rzy­ła o du­żej ro­dzi­nie, jed­nak Maks oka­zał się chłop­cem z nad­po­bu­dli­wo­ścią psy­cho­ru­cho­wą. Za­wsze i wszę­dzie by­ło go du­żo. Nie moż­na by­ło spu­ścić go z oczu, bo na­gle mógł­by się zna­leźć na drze­wie czy da­chu. Chło­pak nie ak­cep­to­wał sło­wa „nie” i przez kil­ka pierw­szych lat po pro­stu nie lu­bił spać. Dla nie­go to by­ła stra­ta cza­su. Po­za za tym był bar­dzo kre­atyw­ny. Nie­bez­piecz­nie bar­dzo. I to wszyst­ko spo­wo­do­wa­ło, że stał się dla swo­ich ro­dzi­ców naj­lep­szą me­to­dą an­ty­kon­cep­cji.

Uśmiech­nę­łam się na myśl o tym.

– Cza­sa­mi już nie da­ję ra­dy, ale wła­śnie po­cie­szam się my­ślą, że sko­ro twój Maks wy­rósł z te­go sza­leń­stwa, to jest spo­ra na­dzie­ja dla mo­ich – od­po­wie­dzia­ła Ew­ka, na co wy­bu­chły­śmy śmie­chem.

– Dla­te­go ja cie­szę się wol­no­ścią. Na ra­zie żad­ne­go mę­ża, żad­nych dzie­ci. Tyl­ko przy­jem­no­ści. Zdrów­ko! – skwi­to­wa­ła Jol­ka, zna­na ze swo­je­go he­do­ni­stycz­ne­go po­dej­ścia do ży­cia.

Uwiel­bia­łam ją. Z jed­nej stro­ny przy­po­mi­na­ła mnie – pew­na sie­bie, otwar­ta na lu­dzi, bez­po­śred­nia i od­waż­na – z dru­giej jed­nak nie mia­ła te­go co ja: pra­gnie­nia sta­bi­li­za­cji i sil­ne­go krę­go­słu­pa mo­ral­ne­go. Obie lu­bi­ły­śmy sza­leć, prze­ła­my­wać ba­rie­ry, ty­le że ja chcia­łam to ro­bić z tym je­dy­nym. Nie mia­łam po­trze­by prze­bie­ra­nia w fa­ce­tach, cho­ciaż mo­gła­bym, bo za­wsze bu­dzi­łam ich za­in­te­re­so­wa­nie. By­ło­by to jed­nak nie­spój­ne z mo­im sys­te­mem war­to­ści. Cza­sa­mi na­wet te­go ża­ło­wa­łam i za­zdro­ści­łam Jol­ce. Przez jej po­wierz­chow­ne po­dej­ście do męż­czyzn ni­g­dy przez nich nie cier­pia­ła. Nie mie­li na­wet cza­su i oka­zji jej zra­nić. To ona dyk­to­wa­ła wa­run­ki. Bra­ła, co chcia­ła, a gdy czu­ła, że to nie to, po pro­stu od­cho­dzi­ła. Ja po­sta­wi­łam na mi­łość i lo­jal­ność. I ta mi­łość po­grze­ba­ła mnie żyw­cem.

– Po­cze­kaj, je­steś jesz­cze mło­da. Le­d­wo prze­kro­czy­łaś trzy­dziest­kę. Ale na cie­bie też przyj­dzie czas, Jol­ka. A wte­dy, gdy ty bę­dziesz sie­dzieć w pie­lu­chach, na­sze dzie­ci bę­dą już do­ro­słe. I za to wy­pi­ję. Zdrów­ko! – Śmie­jąc się, Ew­ka unio­sła pla­sti­ko­wy kie­li­szek i stuk­nę­ła się z Agą.

– Ni­g­dy w ży­ciu! – od­po­wie­dzia­ła Jol­ka.

– Po­ży­je­my, zo­ba­czy­my – za­koń­czy­ła Aga.

Po dwóch go­dzi­nach wy­le­gi­wa­nia się na słoń­cu zde­cy­do­wa­ły­śmy udać się na obiad. Za­ja­da­jąc się owo­ca­mi mo­rza, do któ­rych ide­al­nie pa­so­wa­ło lek­kie bia­łe wi­no, cie­szy­ły­śmy się jak dzie­ci z każ­dej chwi­li. Po po­sił­ku oczy­wi­ście do­mó­wi­ły­śmy ko­lej­ną bu­tel­kę i pew­nie na niej by się nie skoń­czy­ło, gdy­by nie mo­ja in­ter­wen­cja, któ­ra mia­ła im przy­po­mnieć, że wie­czo­rem idzie­my na po­ke­ra, a tam trze­ba za­cho­wać trzeź­wość umy­słu. Tak więc po skoń­cze­niu dru­giej bu­tel­ki le­ni­wie pod­nio­sły­śmy się z miej­sca i uda­ły­śmy w kie­run­ku dwor­ca, po dro­dze ro­biąc jesz­cze prze­rwę na tra­dy­cyj­ne wło­skie lo­dy pi­sta­cjo­we.

„Gdy­by Ka­ri­na to wi­dzia­ła…” Wzdry­gnę­łam się na sa­mą myśl o tym, jak by mnie wte­dy ska­to­wa­ła. Pew­nie przez ty­dzień bym nie usia­dła.

Za­do­wo­lo­ne, na­je­dzo­ne i lek­ko wsta­wio­ne, znów sie­dzia­ły­śmy w po­cią­gu. To był ide­al­ny czas na szyb­ką drzem­kę re­ge­ne­ra­cyj­ną przed in­ten­syw­ną no­cą, ja­ka nas cze­ka­ła.

Gdy już wy­lą­do­wa­ły­śmy w apar­ta­men­cie, by­ło moc­no po osiem­na­stej, co ozna­cza­ło, że mia­ły­śmy nie­co po­nad dwie go­dzi­ny, że­by się ogar­nąć do ko­lej­ne­go wyj­ścia. Pod­łą­czy­łam te­le­fon do ła­do­war­ki i od­ru­cho­wo spoj­rza­łam na po­wia­do­mie­nia. I to był mój błąd. Ka­ri­na, któ­ra do­brze zna­ła hi­sto­rię mo­je­go ży­cia, wy­sła­ła mi scre­ena zdję­cia wrzu­co­ne­go na In­sta­gram ko­chan­ki mo­je­go by­łe­go mę­ża. Zdję­cie przed­sta­wia­ło ją wraz z mo­im by­łym i mo­ją ku­zyn­ką w na­szym by­łym miesz­ka­niu. Mo­ja ku­zyn­ka za­wsze lu­bi­ła mo­je­go mę­ża, zresz­tą nie tyl­ko ona. Za­wsze trzy­ma­li­śmy się ra­zem. Po­za tym Ma­rek za­ła­twił pra­cę jej na­rze­czo­ne­mu, gdy mie­li spo­re pro­ble­my fi­nan­so­we, dla­te­go nie mo­głam mieć do niej pre­ten­sji o to, że na­dal się trzy­ma­ją. Jed­nak opis, ja­ki wid­niał pod zdję­ciem, któ­re mia­łam przed so­bą, spo­wo­do­wał, że mu­sia­łam usiąść, że­by nie upaść: „Z przy­szłą Pan­ną Mło­dą! Już nie mo­że­my się do­cze­kać wspól­nej im­pre­zy do bia­łe­go ra­na”.

– Nie wie­rzę, kur­wa – po­wie­dzia­łam na głos.

Ro­zu­miem, że chcąc utrzy­my­wać kon­takt z mo­im eks, po­nie­kąd jest ska­za­na na utrzy­my­wa­nie kon­tak­tu z tą sztucz­ną su­ką, ale za­pra­szać ich na ślub, na któ­rym ja też mam być, to już prze­gię­cie. Ogar­nę­ła mnie fa­la gnie­wu, któ­ra po chwi­li za­mie­ni­ła się w żal. Łzy na­pły­nę­ły mi do oczu.

„Ni­g­dy się od te­go nie uwol­nię” – po­my­śla­łam i łzy po­pły­nę­ły mi po twa­rzy. Już mia­łam wziąć te­le­fon i za­dzwo­nić do Pau­li­ny by po­wie­dzieć jej, że w ta­kim ra­zie re­zy­gnu­ję z uczest­nic­twa w za­ba­wie we­sel­nej, ale po chwi­li na­my­słu odło­ży­łam te­le­fon. Lu­bi­łam ją i nie chcia­łam jej stre­so­wać przed ślu­bem. Wi­docz­nie nie mia­ła wyj­ścia. Ja też do­sta­łam za­pro­sze­nie z oso­bą to­wa­rzy­szą­cą, cho­ciaż za­mie­rza­łam iść sa­ma. Ale na Bo­ga, to on od­szedł, i to do in­nej. To po­win­no sta­no­wić róż­ni­cę. Po­win­na za­pro­sić go sa­me­go. Ze wzglę­du na mnie. Ale dla­cze­go? Z li­to­ści? W koń­cu to ja nie po­tra­fi­łam upo­rać się z tą sy­tu­acją, po­mi­mo że mi­nę­ły już dwa la­ta. Po­za tym mo­ja nie­obec­ność na tym ślu­bie po­ka­za­ła­by mo­ją sła­bość. Nie chcia­łam tej szma­cie da­wać ta­kiej sa­tys­fak­cji.

Sprzecz­ne my­śli bom­bar­do­wa­ły mo­ją gło­wę. Mia­łam dość. Po­sta­no­wi­łam, że nikt, a już szcze­gól­nie oni, nie znisz­czy mi te­go dnia, tej no­cy, te­go wy­jaz­du. Szyb­ko otar­łam twarz i jak tyl­ko Ew­ka we­szła do po­ko­ju, wy­sko­czy­łam do ła­zien­ki, by nie zo­ba­czy­ła, że coś jest nie tak. Nie mia­łam ocho­ty na uża­la­nie się nad so­bą. Nie chcia­łam wra­cać do prze­szło­ści. Te­go dnia chcia­łam się tyl­ko do­brze ba­wić. Cho­ciaż na chwi­lę za­po­mnieć…

Wsko­czy­łam pod prysz­nic i po­zwo­li­łam, by stru­mień go­rą­cej wo­dy wraz z roz­ma­za­nym tu­szem do rzęs zmył ze mnie ne­ga­tyw­ne my­śli. Po prysz­ni­cu, jesz­cze z ręcz­ni­kiem na gło­wie, za­czę­łam ro­bić ma­ki­jaż. Nie lu­bi­łam moc­ne­go ma­ke-upu, ale po­sta­no­wi­łam za­sza­leć. Z ra­cji te­go, że nie umia­łam ma­lo­wać nic po­za rzę­sa­mi, po­pro­si­łam Jol­kę o po­moc. Z przy­jem­no­ścią zro­bi­ła mi pięk­ny ma­ki­jaż w sty­lu smo­key eye, któ­ry jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślił mo­je nie­bie­skie oczy. Moc­ne oczy ozna­cza de­li­kat­ne usta. Za­wsze lu­bi­łam ba­lans w ży­ciu. Ze wszyst­kim. Dla­te­go usta po­ma­lo­wa­łam błysz­czy­kiem w ko­lo­rze nu­de. Ma­ki­jaż wy­glą­dał obłęd­nie. Z ra­cji na mo­ją świet­ną ce­rę wy­star­czy­ło na­ło­żyć je­dy­nie lek­ki krem BB i bron­ze­rem za­zna­czyć ko­ści po­licz­ko­we. Na ko­niec Jol­ka mu­snę­ła mnie roz­świe­tla­czem i go­to­we. Wło­sy upię­łam tak, jak lu­bi­łam naj­bar­dziej – w wy­so­ki koń­ski ogon. Dłu­gą kit­kę moc­no wy­pro­sto­wa­łam. Uwiel­bia­łam ten lo­ok. Sek­so­wa­na ele­gan­cja. Tak, to okre­śle­nie naj­bar­dziej pod­kre­śla­ło mój styl. Do te­go ma­ła czar­na wią­za­na na szyi, od­sła­nia­ją­ca ca­łe ple­cy, koń­czą­ca się w po­ło­wie uda, i oczy­wi­ście wy­so­kie szpi­le, któ­re ko­cha­łam. Po­sta­wi­łam na kla­syk od Lo­ubo­utin w la­kie­ro­wa­nej czer­ni. Te czer­wo­ne po­de­szwy… i ce­na prze­sta­wa­ła mieć zna­cze­nie. Pre­zent od by­łe­go mę­ża na któ­rąś z ko­lei rocz­ni­cę ślu­bu – po­win­nam by­ła je wy­wa­lić, ale za bar­dzo je lu­bi­łam.

– Nie chcia­łeś mnie, to te­raz kto in­ny bę­dzie po­dzi­wiał je na mnie – stwier­dzi­łam na głos, wsu­wa­jąc szpil­ki na no­gi.

Spoj­rza­łam na swo­je od­bi­cie w lu­strze, któ­re za­mon­to­wa­ne by­ło na ca­łej dłu­go­ści sza­fy znaj­du­ją­cej się w sy­pial­ni. Wy­glą­da­łam… zja­wi­sko­wo.

„Je­że­li koń­czyć czter­dzie­ści lat, to tyl­ko w ta­kim sty­lu” – po­my­śla­łam, uśmie­cha­jąc się do swo­je­go od­bi­cia.

– O ja pier­do­lę, u la, la – sko­men­to­wa­ła mój wy­gląd Ew­ka, wcho­dząc do po­ko­ju.

– Dziś po pół­no­cy koń­czę czter­dziest­kę. To zo­bo­wią­zu­je – od­po­wie­dzia­łam.

– Nikt by ci nie dał wię­cej niż trzy­dzie­ści. Masz cia­ło dziew­czy­ny z mą­dro­ścią ko­bie­ty. Do­ceń to.

– Masz ra­cję. – Moc­no ją przy­tu­li­łam.

O dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści wszyst­kie by­ły­śmy już go­to­we i wszyst­kie wy­glą­da­ły­śmy zja­wi­sko­wo. Do lo­ka­lu po­sta­no­wi­ły­śmy przejść się spa­cer­kiem. By­ło to do­syć bli­sko, ale ze wzglę­du na wy­so­kość szpi­lek mu­sia­ły­śmy po­li­czyć na spo­koj­ne doj­ście ja­kieś pół go­dzi­ny.

Wie­czór był bar­dzo przy­jem­ny. Nie za go­rą­cy, ale ide­al­ny na ma­łą ilość ma­te­ria­łu, ja­ki mia­łam na so­bie. Tak jak li­czy­ły­śmy, doj­ście do miej­sca za­ję­ło nam rów­no trzy­dzie­ści mi­nut. Oczy­wi­ście po dro­dze nie oby­ło się bez za­cze­pek. Bu­dzi­ły­śmy spo­re za­in­te­re­so­wa­nie. Czte­ry ko­bie­ty zdję­te ni­czym z po­ka­zu mo­dy. Po­mi­mo spoj­rzeń prze­chod­niów czu­ły­śmy się cu­dow­nie. To był nasz wie­czór. A do­kład­nie mój.

Gdy do­tar­ły­śmy na miej­sce, zo­ba­czy­ły­śmy wiel­ki pod­świe­tlo­ny na­pis „Bo­ne­ga”. Bu­dy­nek pre­zen­to­wał się le­piej niż na zdję­ciach. Wy­glą­dał jak wy­ję­ty z głów­nej uli­cy Ve­gas. Do wej­ścia głów­ne­go pro­wa­dził dłu­gi czer­wo­ny dy­wan. „Cu­dow­nie” – po­my­śla­łam. Uwiel­bia­łam ta­kie ak­cen­ty. Że­by wejść na dy­wan, trze­ba by­ło oka­zać wej­ściów­ki i przejść kon­tro­lę ochro­niar­ską. Pa­trząc na lu­dzi w ko­lej­ce i sa­mo­cho­dy, któ­ry­mi pod­jeż­dża­li, moż­na by­ło wy­wnio­sko­wać, że jest to miej­sce dla elit. Du­żo o nim sły­sza­łam. Miej­sce owia­ne ta­jem­ni­cą. Re­stau­ra­cje, klub noc­ny i ka­sy­no w jed­nym. Ale to wła­śnie by­ło mo­je ma­rze­nie. Do­brze zjeść, za­grać cho­ciaż kil­ka par­ty­jek w praw­dzi­wym ka­sy­nie i wy­tań­czyć się do ra­na. Lu­bi­łam po­ke­ra, ale do tej po­ry gry­wa­łam tyl­ko z przy­ja­ciół­mi i ro­dzi­ną. No i z mo­im by­łym…

Po­ki­wa­łam gło­wą na sa­mą myśl o nim, jak­by to mia­ło mi po­móc cał­ko­wi­cie wy­ma­zać na­szą wspól­ną prze­szłość.

Gdy na­de­szła na­sza ko­lej, po­da­łam se­lek­cjo­ne­ro­wi „wej­ściów­ki”, któ­re za­ku­pi­łam rok wcze­śniej, by mieć pew­ność, że bę­dą do­stęp­ne na ten szcze­gól­ny dzień. Gdy se­lek­cjo­ner je prze­glą­dał, czu­łam, jak stres za­le­wa mo­je cia­ło. Czy­ta­łam na fo­rach, że wy­ku­pie­nie wej­ściów­ki nie gwa­ran­tu­je do­sta­nia się do środ­ka. Se­lek­cjo­ne­rzy kie­ro­wa­li się swo­imi ści­śle okre­ślo­ny­mi kry­te­ria­mi, wpusz­cza­jąc bądź nie da­ne oso­by do środ­ka. Przez gło­wę prze­cho­dzi­ło mi mi­lion my­śli. Do tej po­ry nie bra­łam pod uwa­gę, że mo­gli­by nas nie wpu­ścić. Po­mi­ja­jąc fakt, że na wej­ściów­ki wy­da­łam for­tu­nę, nie wy­obra­ża­łam so­bie, że­bym mia­ła się tam nie do­stać w dniu uro­dzin. Z roz­my­ślań na­gle wy­rwał mnie se­lek­cjo­ner, na któ­re­go po­waż­nej twa­rzy bły­ska­wicz­nie po­ja­wił się uśmiech, a za­raz za nim mó­wio­ne pięk­ną an­gielsz­czy­zną sło­wa:

– Pa­ni Iza­bel­la, ju­bi­lat­ka z Pol­ski, i jej trzy przy­ja­ciół­ki, zga­dza się?

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Full

isbn: 978-83-8423-432-7

© Ka­mi­la Gró­dec­ka-Sob­ko­wiak i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt

ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu

wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: An­ge­li­ka Ko­tow­ska

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.