Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zwycięzcą będzie ten, kto odważy się poddać swoim pragnieniom
Izabella, której świat runął po zdradzie męża, wylatuje z przyjaciółkami do Włoch, by świętować czterdzieste urodziny. Ma zamiar korzystać z uroków kraju, dać się porwać szaleństwom i wydać trochę pieniędzy w lokalnym kasynie. Spotkanie z tajemniczym, niepokojąco przystojnym Marcello sprawia, że ten plan wchodzi na o wiele wyższy poziom.
Urzekający mężczyzna otwiera przed nią drzwi do świata przesyconego namiętnością, zmysłowością i zakazanymi przyjemnościami. Niespodziewanie wyjazd zaczyna przypominać Izabelli uzależniającą partię pokera, która z każdą chwilą dostarcza jej coraz silniejszych emocji.
Niestety w tej rozgrywce nie da się przewidzieć ruchów wszystkich graczy…
„Full” to odważna, szokująca i przesycona erotyzmem opowieść przełamująca schematy. Historia, w której najskrytsze pragnienia stają się rzeczywistością, a ból miesza się z przyjemnością.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 351
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Kurwa, kiedy?! – krzyknęłam głośno, zarzucając zwinięty wokół włosów ręcznik do tyłu.
Uważnie spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Oto ja, kończąca w tym tygodniu czterdzieści lat. Od roku w statusie rozwódki, bo jak to często w życiu bywa, to, co miało być zgodne i trwałe, zostało zastąpione… młodszym, w rozmiarze „70E”. Witaj w realnym życiu, Izabello!
– Kurwa! – powtórzyłam jeszcze głośniej, opierając mocno ręce o blat umywalki, przybliżyłam się do lustra i przyjrzałam śladom, jakie zostawiło na mojej twarzy dotychczasowe życie.
Pomimo dojrzałego wieku trzeba przyznać, że wciąż wyglądałam bardzo apetycznie. Piękna oliwkowa karnacja, duże niebieskie oczy i gęste kasztanowe włosy. I ten uśmiech… tak, ciągle miałam to coś. Coś, co dwadzieścia lat temu sprawiło, że mój były już mąż robił dla mnie wszystko.
Zamknęłam oczy i jeszcze raz pozwoliłam swojej pamięci przypomnieć mi nasze pierwsze spotkanie. Stałam w piekarni po swoją ulubioną bułkę cynamonkę, gdy chłopak przede mną kupił ostatnią sztukę. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że na głos powiedziałam, to co pomyślałam:
– Serio?! I tak dobrze wyglądasz bez tego cukru! I w ten sposób ten jeden moment i to jedno zdanie zaważyły na moich kolejnych dwudziestu latach życia. Oczywiście finalnie dostałam tego dnia swoją ulubioną bułkę, a wraz z nią cały pakiet: postawnego bruneta o równie niebieskich oczach co moje i niebiańskim uśmiechu…
– Kurwa i na chuj ci były te węglowodany! – warknęłam na siebie.
„Jak to głupia bułka może zniszczyć komuś życie” – pomyślałam, czując, że to nie do końca jednak prawda.
Z Markiem spędziłam piękne lata życia, które zatrzymały we mnie wiele cudownych wspomnień. I to właśnie bolało mnie najbardziej. Chciałam znienawidzić go ze wszystkich sił, ale nie potrafiłam. Co gorsza, gdzieś w głębi serca nadal czułam cichą tęsknotę za wspólnymi chwilami, nie potrafiąc zrozumieć, co takiego wydarzyło się w naszym wspólnym życiu, że któregoś majowego dnia usłyszałam: „Odchodzę”. Na wspomnienie tej chwili poczułam mocne ukłucie w sercu, a łzy zaczęły napływać mi do oczu.
– Nie, kretynko, nie możesz wciąż do tego wracać! Ogarnij się! – Mocno klepnęłam się dłońmi po obu stronach twarzy.
Cofnęłam się o trzy kroki, by tym razem zobaczyć w lustrze pełen obraz siebie.
„Nie jest źle” – pomyślałam. Racjonalne odżywianie, wsparte odpowiednią suplementacją, sport, który od dwóch lat towarzyszy mi wyjątkowo często, jako najlepszy neutralizator stresu, plus całkiem dobre geny spowodowały, że większość ludzi oceniała mnie na dziesięć lat mniej, niż w rzeczywistości miałam.
„Mają rację. Jesteś stara, ale jara”. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Humor dodatkowo poprawiał mi widok stojącego za drzwiami łazienki plecaka.
Nagle poczułam w sobie ogromna falę wdzięczności za to, kto został w moim życiu, a konkretnie moje zwariowane przyjaciółki, które postanowiły z okazji mojej czterdziestki zabrać mnie na kilka dni do Włoch. O tak, kochałam tej kraj. Zawsze chętnie tam wracałam. Ciepło, wąskie uliczki, pyszne jedzenie i jeszcze lepsze wino. Rozmarzyłam się, po czym zerwałam na równe nogi, gdy zobaczyłam na zegarku, że jestem mocno w niedoczasie. Za parę godzin miałam być na lotnisku, a czekało mnie jeszcze dopakowanie plecaka i ogarnięcie samej siebie.
„Jak dobrze, że dałam się namówić na depilację laserową, co za oszczędność czasu” – pomyślałam, siadając na toalecie. „Karina!!! Niech cię szlag! No tak” – przypomniałam sobie ostatni trening na siłowni. Sama prosiłam Karinę – swoją trenerkę personalną – o mocny wycisk, wiedząc, co będę robić we Włoszech. Ciało musiało być dobrze przygotowane na te ilości makaronu i Aperola, które zamierzałam przyjąć w najbliższych dniach.
– Chciałaś, to masz! – powiedziałam sama do siebie, powoli wstając z toalety.
Nie pamiętam już, kiedy ostatnio tak dobrze czułam swoje mięśnie. Jednak pomimo bólu byłam wdzięczna zarówno za Karinę, jak i to, co przez dwa ostatnie lata udało jej się zrobić z moim ciałem. Smukłe nogi, delikatnie umięśnione łydki, które lubiłam eksponować, nosząc szpilki. Do tego podniesione pośladki, zarysowane mięśnie brzucha i te ramiona… zero pelikanów!
– Okej, wybaczam ci, sadystyczna suko! – Zaśmiałam się, podziwiając efekty dwuletniej ciężkiej i zdyscyplinowanej pracy z Kariną.
Pracowałyśmy na tyle ciężko, że dostałam nawet jej „błogosławieństwo” na ten „wyjazd zniszczenia”, jak go nazwała. Zresztą, jak każdy do tej pory wyjazd z dziewczynami, po którym parametry na wadze zawsze się zmieniały. Wiedziałam, że jak wrócę, Karina w tydzień doprowadzi mnie do ładu.
Kolejne godziny minęły mi na dopakowywaniu się z przerwami na stałą wymianę wiadomości z dziewczynami o tym, co zabrać, czego nie, i o tym, jak będzie zajebiście. Bo będzie. Zawsze było. Z tą różnicą, że ta podróż miała stać się kolejnym punktem zwrotnym w moim życiu, tyle że dużo większym niż pojawienie się „70E”.
– Aaa!!! – Na lotnisku przywitały mnie okrzyki radości moich wariatek: Ewki, Jolki i Agi, a zaraz za nimi szał wzajemnych uścisków.
„Dla takich chwil, warto żyć” – pomyślałam, mocno przytulając się do dziewczyn. Po wymianie wzajemnych uścisków, odprawie bagażowej i kontroli celnej z pośpiechem udałyśmy się w swoje ulubione miejsce na lotnisku, które niemal stało się tradycją naszych wspólnych wylotów, czyli Business Class Lounge. W tym momencie wszystkie automatycznie włączałyśmy się w tryb Holiday Reset Time. Po uiszczeniu opłaty i zajęciu naszego stałego miejsca na wygodnej kanapie i fotelach wokół dużego stołu, szybko udałyśmy się w kolejne nasze ulubione miejsce – barek z alkoholem. Po napełnieniu pierwszych kieliszków musującym prosecco dziewczyny mnie otoczyły i nagle całe pomieszczenie wypełniło się dźwiękiem śpiewanego nazbyt głośno Sto lat.
– Ja pierdolę, wszyscy na nas patrzą! Tylko nie mówcie przypadkiem, ile kończę lat, bo zabiję! – próbowałam przekrzyczeć koncert dziewczyn.
– Spoko, Bella, każdy chciałby tak dobrze wyglądać w wieku trzydziestu lat – odpowiedziała, puszczając do mnie oczko, Ewka.
Miała szczęście.
– Twoje zdrowie! – krzyknęła Jolka.
– Do dna! – dodała Aga.
Po jakiejś godzinie i trzech lampkach prosecco byłyśmy już mocno w trybie Holiday. Lubiłyśmy to. Lubiłyśmy przyjeżdżać na lotnisko wcześniej, tak by na spokojnie mieć czas na odpowiednią celebrację naszego wspólnego wyjazdu. To był nasz czas, pełen śmiechu, który niejednokrotnie doprowadzał nas do łez, a innych pasażerów oczekujących na lot – do irytacji. Nigdy się tym nie przejmowałyśmy. Nikt ani nic nie było w stanie zepsuć nam tych chwil, na które zawsze tak niecierpliwie czekałyśmy. Czas resetu. Czas, gdy wszystkie mogłyśmy zapomnieć o swoich problemach, obowiązkach, a część z nas także o osobach, o których chciała zapomnieć. Wśród tych ostatnich byłam właśnie ja. Takie wyjazdy były dla mnie odskocznią od natrętnych myśli związanych z „70E”, tęsknoty za byłym mężem i strachem przed samotnością.
– Czy będę jeszcze kiedyś szczęśliwa…? – zamyśliłam się.
– Wszystko będzie dobrze. – Nagle usłyszałam głos Ewki, która jakby czytała w moich myślach. Ewka mocno mnie przytuliła, po czym wstała z miejsca i podnosząc kolejną lampkę prosecco, wzniosła toast. – Za naszą Bellę i za jej nową, lepszą część życia! Niech będzie pełna niezapomnianych wrażeń, cudownych ludzi, przystojnych facetów z workiem cynamonek i ognistego seksu!!! – Po tych słowach dziewczyny zaczęły głośno krzyczeć i bić brawo.
Nawet ja nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. „Ognistego seksu”… nie pamiętałam już, co znaczy seks, a co dopiero ognisty. Odkąd Marek odszedł, żyłam w celibacie. Nigdy nie podejrzewałabym siebie o taką wstrzemięźliwość, bo zawsze lubiłam seks, ale ból, jaki zadał mi były mąż, był tak dotkliwy, że ostatnie, o czym chciałam myśleć, to inny mężczyzna. Nie zmieniało to faktu, że było mi coraz ciężej. Tęsknota za bliskością, dotykiem, czułością i namiętnością. Nauczyłam się radzić sobie z podnieceniem, opanowując do perfekcji sztukę masturbacji, jednak dawało mi to tylko chwilową przyjemność. W miarę upływu czasu mój poziom frustracji narastał, a ciało buntowało się coraz bardziej. Z rozmyślań nagle wyrwała mnie dziwna cisza. Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazała się męska dłoń trzymająca lampkę jasnozłotego musującego płynu…
– Taki toast wymaga odpowiedniego trunku. – Usłyszałam nad sobą twardy głos.
Spojrzałam wyżej i w tym momencie zrobiło mi się gorąco, a w żołądku dokładnie poczułam ilość wypitego prosecco. Mężczyzna, który stał nade mną, bez wątpienia należał do grupy „samców alfa”. Wiedziałam to, widząc już samą jego dłoń. Masywna, opalona, z szerokim nadgarstkiem i widocznym ciemnym, delikatnym owłosieniem. Mankiet białej koszuli wychodził spod jego marynarki, odsłaniając zegarek świadczący o poczuciu stylu… i raczej niemałym portfelu. I to, w jaki sposób trzymał lampkę, obejmując jej nóżkę dwoma palcami tak, że jej cała górna część pewnie spoczywała w jego dłoni… Wzrokiem powędrowałam wyżej. Brunet z lekko posrebrzanymi włosami na bokach, które tylko dodawały mu męskości, bardzo ciemne, przymrużone oczy, ciemna karnacja, mocno zarysowane zmarszczki i bruzdy nosowo-wargowe, które tak znienawidzone przez kobiety, w jego wypadku były swoistą „biżuterią”. Całość dopełniały pełne usta i ten tajemniczy, trudny do weryfikacji jego intencji uśmiech.
– Dziękuję… chyba… – powiedziałam powoli, przejmując z jego dłoni kieliszek z jasnozłotą zawartością.
Pomału podniosłam się z miejsca, starając się to zrobić w jak najbardziej, biorąc pod uwagę ilość wypitego alkoholu, elegancki sposób. W tym momencie tajemniczy brunet zbliżył się do mnie i dłoń, w której trzymał szkło z tym samym trunkiem, przysunął do mojego kieliszka.
– Za to i za dużo więcej, Izabello…
Serce biło mi zdecydowanie za szybko. „Skąd on tu się wziął? Niemożliwe, żebym go nie zauważyła. Musiał być wystarczająco blisko, skoro usłyszał toast i wie, jak mam na imię” – myśli zaczęły bombardować moją głowę.
– Dziękuję – wydusiłam w końcu z siebie w stronę nieznajomego.
Zaraz potem kelnerka postawiła obok nas otwartą butelkę szampana i trzy dodatkowe kieliszki. Kątem oka dostrzegłam napis na butelce: „Louis Roederer”. „O kurwa” – przeklęłam w myślach. Ostatnio Cristala piłam na swoich dwudziestych ósmych urodzinach w Meksyku, gdy zauroczony mną menadżer klubu, w którym bawiłam się z dziewczynami, sprezentował mi butelkę.
– Bawcie się dobrze – powiedział nieznajomy, podczas gdy kelnerka napełniała kolejne kieliszki.
I zaraz potem odszedł.
– Ja pierdolę – skwitowała zszokowana Ewka. – Co to było? Jakie ciacho! Skąd on się tu wziął?!
– Bella, mogłaś wydusić z siebie coś więcej niż „dziękuję”. Na przykład… „Nie bzykałam się od dwóch lat, może mi pomożesz?” – dorzuciła znana ze swojego poczucia humoru Jolka.
Na ten tekst wszystkie gruchnęłyśmy śmiechem.
– Cicho!!! – krzyknęłam. – Jeszcze usłyszy!
– I dobrze. Może w końcu ktoś by ci pomógł zapomnieć o Mareczku i jego małym ogoneczku – odpowiedziała ponownie Jolka z nieukrywaną odrazą do Marka.
Na co wszystkie ponownie się roześmiałyśmy.
– Matko, Jolka, jesteś niereformowalna – odpowiedziałam zrezygnowana i unosząc kieliszek z Cristalem do góry, przerwałam dyskusję, wymuszając na dziewczynach, by zrobiły to samo.
Po opróżnieniu butelki i rozmowach na temat nieznajomego, który tak szybko jak się pojawił, tak samo i zniknął, w głośnikach usłyszałyśmy komunikat dotyczący numeru naszego lotu i destynacji oraz słowa „Final call”.
– Ja pierdolę! – wrzasnęła Ewka.
– Zawsze to samo – dodała, kiwając głową i zanosząc się śmiechem, Aga.
W rekordowym tempie dotarłyśmy na miejsce, dziękując w duchu, że nasz gatebył bardzo blisko Business Class Lounge.
Będąc już w autobusie, dziewczyny nadal nie mogły odpuścić tematu nieznajomego. Tworzyły różne możliwe scenariusze, kim mógłby być i czym się zajmować. Podkreślały wyjątkowość samego zdarzenia, niczym z romantycznego filmu. I nie omieszkały pominąć miłego gestu, którym było postawienie nam szampana za blisko pięćset euro. Chociaż sama jego osoba budziła już dużo emocji – niezwykle przystojny, postawny mężczyzna około pięćdziesiątki, zjawiający się nie wiadomo skąd i po chwili znikający nie wiadomo gdzie.
– Szkoda, że tak szybko się ulotnił. To mogłaby być ciekawa znajomość – powiedziała Jolka, szturchając mnie łokciem.
– Nie w głowie mi teraz takie znajomości. Nie mam na to totalnie ochoty. Zresztą przystojni faceci zazwyczaj, jak życie pokazuje, mają problem z monogamią, a mnie przelotne romanse w ogóle nie interesują – odparłam stanowczym głosem.
– Dobry romans nie jest zły – podsumowała z przekąsem Jolka.
– Romans to romans – odpowiedziałam tonem kończącym dyskusję.
– Niech ci będzie. Jesteś zwolniona z racjonalnego myślenia przez wzgląd na wydarzenia z ostatnich dwóch lat – zakończyła teatralnie Jolka.
Gdy autobus zatrzymał się blisko samolotu i ludzie rzucili się do wyjścia, ja wciąż dryfowałam w natłoku myśli. Chciałam tego czy nie, tajemniczy mężczyzna mocno mnie zaintrygował. Przez tę krótką chwilę znów poczułam się zauważona, adorowana. Ktoś zwrócił na mnie uwagę i nieważne, czy był to jedynie miły dżentelmeński gest faceta, który po prostu mógł sobie na to pozwolić, czy żywe zainteresowanie moją osobą. Tak czy siak, było to miłe. Nie mogłam też pozostać obojętna na samą postać mężczyzny. Był przystojny. Dojrzały, ale wiek, który zdradzała jego twarz, dodawał mu tylko charakteru. Głos, spojrzenie, uśmiech. To wszystko tworzyło mieszankę wybuchową, a ja miałam dość fajerwerków w ostatnich dwóch latach swojego życia.
Szybko pokiwałam głową, próbując wyrzucić z głowy i myśli obraz nieznajomego. Wysiadłam z autobusu i skierowałam się za Ewką w stronę schodów na przodzie samolotu. Oczywiście po drodze zaliczyłyśmy tradycyjny „przystanek” na selfie na tle samolotu, budząc przewrotne spojrzenia poirytowanych ludzi, którzy już chyba zapomnieli, jak to jest cieszyć się wakacjami z bliskimi osobami.
„Smutne” – pomyślałam, wsiadając za Ewką na pokład samolotu, która mocno „wyrwała” naprzód.
– Jasny gwint! – krzyknęłam, nie zauważywszy progu między schodami a wejściem do samolotu i niemal upadając z tego powodu.
„Co za wstyd”. Czułam spojrzenia stewardes i grzecznościowy uśmiech jednej z nich, która uratowała mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją. Jakby tego było mało, gdy podniosłam głowę, w pierwszym rzędzie samolotu dostrzegłam znajomy uśmiech… To był on, nieznajomy z Bussiness Class Lounge. Oczywiście siedział na miejscu wyodrębnionym dla klasy biznesowej i widocznie rozbawiony patrzył na mnie.
– Widzę, że szampan smakował. – Szeroki uśmiech na jego twarzy powodował, że wyglądał niezwykle uroczo.
– Jak widać – odpowiedziałam wesoło, starając się ukryć głębokie zażenowanie zaistniałą sytuacją.
Czym prędzej przeszłam obok niego, szukając numeru ze swoim miejscem. Okazało się, że siedzę kilka rzędów dalej. Błyskawicznie wrzuciłam plecak na półkę i ulokowałam się na swoim miejscu, próbując wręcz wtopić się w fotel. Nagle usłyszałam z tyłu za siedzeniem mocno rozbawiony głos Ewki:
– Pssst… żyjesz?
– Nic mi nie mów. Co za wstyd. I jeszcze… on. Widziałaś?
– Trudno było nie zauważyć takiego ciacha. Chociaż, jak widać, na tobie zrobił większe wrażenie, skoro zwaliło cię z nóg – Ewka zaczęła się głośno śmiać.
– Bardzo zabawne. Zamyśliłam się i zapomniałam o progu wejściowym do samolotu. Zobaczyłam go dopiero po zrobieniu z siebie ciamajdy roku. – Wypowiadając te słowa, zakryłam twarz rękoma, jakbym chciała się za nimi ukryć.
– Dobra, dobra. Niech ci będzie. Swoją drogą robi się z tego ciekawa historia. Wiesz, że nie wierzę w zbiegi okoliczności – skwitowała zaczepnie Ewka.
– Wiem, ale ja wierzę – skłamałam i szybko zmieniając temat, zaczęłam rozglądać się za dziewczynami.
Kupując bilety, zawsze wybierałyśmy miejsca losowe. Po pierwsze były tańsze, a po drugie każda z nas miała czas na załatwienie swoich spraw, książkę albo po prostu sen. To ostatnie było wyjątkowo ważne w podróży powrotnej, gdy seria zarwanych nocy dawała o sobie znać. Miałyśmy wtedy czas na krótką regenerację przed powrotem do codzienności.
Jolka z Agą siedziały w tylnej części samolotu i machały mi uśmiechnięte. Wiedziałam, że wchodząc tylnym wejściem do samolotu, nie miały możliwości zobaczenia mojego „wypadku” oraz tego, kto siedzi w pierwszym rzędzie. Blisko mnie była tylko Ewka. Nie mogąc dłużej się powstrzymać, lekko się podniosłam, by spojrzeć na miejsce nieznajomego.
Siedział wygodnie, mocno opierając głowę o fotel, tak że mogłam zobaczyć jego ciemne, gęste włosy. Siadając ponownie na swoim miejscu, poczułam, jak fala ciepła przeszywa całe moje ciało.
Lot minął mi na rozmyślaniach o nieznajomym. Cała ta sytuacja z nim związana przypominała mi akcje z filmu. Nie dało się ukryć, że jego postać mocno mnie zaintrygowała i pozwoliła mi poczuć to, czego nie czułam od dawna – pociąg do mężczyzny. Jego widok, spojrzenie i uśmiech powodowały, że niemal czułam pulsowanie całego ciała. Z jednej strony pragnęłam, by ta znajomość się rozwinęła, z drugiej jednak wolałam nigdy więcej już go nie zobaczyć. Ból i poczucie krzywdy, jakiej zaznałam ze strony ukochanego męża, nadal mocno mi doskwierały. Nie wyobrażałam sobie, bym mogła kiedykolwiek jeszcze zaufać jakiemuś mężczyźnie. Z drugiej jednak strony samotność, jaką odczuwałam od ostatnich dwóch lat, stawała się nie do wytrzymania. Brak bliskości, którą tak bardzo lubiłam. Brak seksu. Pomimo sporego zainteresowania, jakie budziłam wśród mężczyzn, nigdy nie potrafiłam podejść do tej sfery życia na zasadzie tymczasowej zabawy, jak to młodzież nazywa – friends with benefits.
Owszem, lubiłam seks. Można powiedzieć, że to jedyna dziedzina życia, w której nigdy do końca nie czułam się spełniona. Mój mąż, który także to lubił, nie pozwalał sobie jednak na polot fantazji. Wszelkie propozycje zabaw erotycznych zawsze wychodziły z mojej inicjatywy i zazwyczaj były kwitowane stwierdzeniem: „Jesteś zboczona”. Z czasem w końcu zaniechałam prób wdrażania w życie swoich fantazji erotycznych, czując, że druga strona w ogóle tego nie potrzebuje. Marek, pomimo regularności stosunków, nie odczuwał nigdy potrzeby eksperymentowania w tej sferze życia. Później wielokrotne, nieudane próby zajścia w ciążę tylko pogorszyły sprawę. Badania, bieganina po lekarzach, towarzyszący temu stres i w końcu diagnoza: Marek nie mógł mieć dzieci. To spowodowało, że coś w nim pękło. I pomimo że nigdy nie obwiniałam go o to, że nie mamy dzieci, wspierając i zapewniając go, że nas dwoje wystarczy, to okazało się niewystarczające. Marek czuł, że mnie zawiódł. Czuł się niekompletny. Seks nadal był częścią naszego życia. Czasem bardziej, czasem mniej. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale nigdy tak, jak tego pragnęłam. Tym bardziej nie potrafiłam zrozumieć motywacji jego zdrady. Seksu na pewno mu nie brakowało. Mojej empatii i zrozumienia też nie. Co w takim razie spowodowało, że postanowił odejść do młodszej od niego o dziesięć lat kobiety, z biustem utrudniającym skupienie uwagi na twarzy i wargami sromowymi zamiast ust?
„Pieprzony glonojad” – zaklęłam w myślach. Marek nigdy nie gustował w tak sztucznych kobietach, dlatego totalnie nie mogłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W końcu zrzuciłam to na kryzys wieku średniego. Jego nieustające przebywanie na siłowni i nadmierne dbanie o siebie tylko to potwierdzały. Tak czy inaczej, nie mogłam tego przeboleć. Zawsze się rozumieliśmy. Może nie byliśmy idealnym małżeństwem, ale sporo rozmawialiśmy, dużo wyjeżdżaliśmy. Nie mając dzieci, mogliśmy pozwolić sobie na skupienie się wyłącznie na sobie. Nasze finanse też miały się całkiem dobrze – on główny programista w znanej firmie, ja właścicielka szkoły językowej. Żyliśmy w dostatku. Żyliśmy wygodnie, a pomimo tego żyliśmy byle jak. Razem, ale osobno. I pomimo że pragnęłam zostać mamą, po poznaniu diagnozy nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, by od niego odejść. I to bolało najbardziej. Świadomie zrezygnowałam z macierzyństwa dla mężczyzny, który kilka lat po tym zrezygnował ze mnie.
– Proszę państwa, powoli zbliżamy się do lądowania… – Z zadumy wyrwał mnie padający z głośników głos stewardesy.
Nawet nie wiedziałam, kiedy minęły te dwie godziny. Lądowanie odbyło się bez żadnych problemów. Jednak na myśl o ponownym przejściu obok nieznajomego dostawałam skurczy żołądka. Na szczęście po wstaniu z miejsca zobaczyłam, że go nie ma. Odetchnęłam z ulgą, zarazem mając nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. „Cudownie”– pomyślałam, przechodząc, tym razem ostrożnie, przez próg samolotu i czując uderzenie gorącego powietrza na twarzy. Uwielbiałam ten klimat.
Razem z Ewką dołączyłyśmy do Agi i Jolki, czekających już w podstawionym na płycie lotniska autobusie. Nie zauważyłam w nim jednak nieznajomego. „Może pasażerowie business class transportowani są inaczej” – pomyślałam.
Z racji tego, że zawsze podróżowałyśmy z bagażem podręcznym, nie musiałyśmy tracić czasu na odbiór bagażu rejestrowanego i szybko udałyśmy się na zewnątrz, na dobrze nam znany przystanek autobusowy. Było już dobrze po dwudziestej drugiej. Nasz autobus miał lada chwila podjechać. Musiałyśmy dostać się na dworzec centralny w Bari, zaledwie pięć minut spacerem od naszego apartamentu. Czekała nas czterdziestopięciominutowa nocna podróż przez miliony przystanków. Autobus zaczął się spóźniać.
– Jak nie przeładowany, to spóźniony. – Aga nie mogła ukryć poirytowania.
– Stai tranquillo! – odpowiedziała w wyraźnie dobrym humorze Jolka. – Mówiłam, żebyś napiła się więcej. Wino w samolocie uderza podwójnie! – Roześmiała się głośno.
Nagle zauważyłyśmy zbliżający się do nas samochód. Duży czarny SUV zatrzymał się tuż obok nas, a przyciemniana szyba powoli zaczęła opadać w dół. Zaraz za nią usłyszałyśmy znany nam męski głos…
– Podwieźć was gdzieś, dziewczyny? – zapytał nieznajomy.
Moje serce stanęło, a dziewczyny nagle ucichły. Jolka, słynąca ze swojej odwagi i przełamywania wszelkich barier, podeszła pewnym krokiem do okna samochodu. Wymieniła kilka zdań z kierowcą, po czym odwróciła się do nas i podniesionym głosem ogłosiła: – Oto nasz szczęśliwy dzień. Mamy podwózkę prosto do apartamentu!
– Zwariowałaś?! Nie znamy go! Może to jakiś psychol. Chuj wie, gdzie nas wywiezie. Może to handlarz kobietami!
– Aga, po pierwsze poznałyśmy go. Facet, co jak co, ale na wariata nie wygląda. Jedzie w tym samym kierunku, to zrozumiałe, że zaoferował nam pomoc. Pewnie głównie ze względu na Bellę. – Jolka puściła oczko w moją stronę. – Po drugie jesteśmy w czwórkę, znamy drogę i będziemy wiedziały, jak coś będzie nie tak. Ta cała sytuacja jest na maksa intrygująca! Jestem ciekawa, jak to się rozwinie. Po trzecie wszystkie dobrze wiemy, że Aga – która próbowała przemówić do rozsądku młodszej koleżance, odciągając ją od samochodu – pracując w laboratorium kryminalistycznym, stałaś się, lekko mówiąc… przewrażliwiona. Wszędzie widzisz widmo zbrodni. Wyluzuj! – wypunktowała Jolka.
– Może i jestem przewrażliwiona, ale to wszystko jest… dziwne. Dobra, ja się dostosuję. Dziewczyny? – Aga czekała na naszą reakcję.
Stałam zamurowana, gdy Jolka już zaczęła kierować się w stronę samochodu. W tym momencie z jego wnętrza wyłonił się nieznajomy.
– Cześć ponownie. Los chyba chce, żebyśmy poznali się lepiej – odparł z uśmiechem na twarzy, zatrzymując wzrok widocznie dłużej na mnie. – Tak się składa, że wybieram się do centrum Bari i mogę was podrzucić. Będzie mi bardzo miło.
– Nam również, o ile koleżanka się wyluzuje i nie zacznie cię szukać pośród poszukiwanych listem gończym przestępców. – Jolka kiwnęła głową w kierunku Agi.
– Ha, ha. – Nieznajomy zaśmiał się i skierował słowa do Agi: – Raczej nie polowałbym na swoje potencjalne ofiary w miejscach objętych monitoringiem, ale jak poczujesz się lepiej, mogę dać ci mój dowód osobisty, byś sprawdziła, czy nigdzie nie figuruję jako poszukiwany.
– Chyba że chcesz zostać w końcu złapany – odpowiedziała z przekorą Aga, podchodząc pod bagażnik samochodu. – Jedźmy już – dodała.
– Bella, siadasz z przodu! – krzyknęła z niemalże szatańskim uśmiechem Ewka, zajmując miejsce z tyłu obok Jolki i Agi.
W tym momencie nieznajomy, nie spuszczając ze mnie oczu, zabrał mój plecak i wraz z innymi zapakował je do bagażnika samochodu. Następnie otworzył drzwi pasażera i gestem zaprosił mnie do środka.
– Zapraszam.
Moje serce waliło, jakby miało zaraz wyskoczyć. Wiedziałam już, że mu się spodobałam, a co gorsza – on spodobał się mi. Był taki męski. Gdy się do niego zbliżyłam, niemal było czuć, jak powietrze wokół nas gęstnieje. Gdy stałam już przy otwartych drzwiach, on głęboko spojrzał mi w oczy. Miałam wrażenie, że stoimy tak przez minutę.
– Dziękuję – w końcu wydusiłam z siebie. Zaraz po tym z zalotnym uśmiechem zapytałam go o imię: – Zanim ruszymy, chciałabym chociaż poznać imię mojego potencjalnego porywacza.
Nieznajomy nachylił się w moim kierunku, tak że mogłam poczuć zapach jego skóry zmieszany z mocnymi korzennymi perfumami, które uwielbiałam.
– Przepraszam za to przeoczenie, Izabello. – Podając mi rękę, dodał: – Marcello.
„Uchwyt jego dłoni jest na tyle mocny, że mając takiego mężczyznę obok siebie na pewno nie upadłabym za progiem samolotu” – pomyślałam, uśmiechając się do siebie.
– Po twoim uśmiechu wnioskuję, że imię ci się podoba?
– Jak większość włoskich imion, dań i win – odpowiedziałam zaczepnie, tym razem ostatecznie wsiadając do samochodu.
Marcello zamknął za mną drzwi i z widocznym uśmiechem skierował się w stronę miejsca kierowcy.
Droga minęła nam w przyjemnej atmosferze. Dziewczyny z tyłu pogrążone były w rozmowie i jakby specjalnie nie angażowały mnie w nią. W tle z głośników leciał jazz, więc mogłam się trochę zrelaksować.
– Tak więc lubisz włoską kuchnię i włoskie wina? – zapytał mnie, zatrzymując się na światłach, Marcello.
– Zgadza się.
– A co byś powiedziała na taki wyjątkowy duet w moim towarzystwie?
– Kusząca propozycja, ale jak widzisz, jestem na wyjeździe z przyjaciółkami, a te wyjazdy żądzą się swoimi prawami. Żadnych facetów!
– Dajemy ci jeden dzień wolnego! W końcu masz urodziny! – dziewczyny krzyknęły niemalże w jednym czasie, tak jakby cały czas przysłuchiwały się naszej rozmowie.
Odwróciłam się do nich ze spojrzeniem pełnym dezaprobaty, ale one nie dawały za wygraną.
– Będziesz miała podwójne urodziny. Jedne z nami, a drugie w iście włoskim stylu. Należy ci się, nie uważasz? – próbowała przekonać mnie Ewka.
– Bardzo dziękuję za troskę, ale jestem dużą dziewczynką i sama potrafię zadecydować, co jest dla mnie odpowiednie – niemal warknęłam, ponownie odwracając się do dziewczyn. – Poza tym każdy wieczór mamy ściśle zaplanowany, zaczynając od jutrzejszego pokera w Bonedze – przypomniałam im. – Tak więc bardzo dziękuję za zaproszenie, Marcello, ale nie tym razem – dodałam.
– Grywasz w pokera? – zapytał, tak jakby w ogóle nie słyszał reszty moich słów.
– Jest najlepsza! – krzyknęła Jolka.
– Amatorsko. Lubimy od czasu do czasu urządzać sobie pokerowe wieczorki z dziewczynami – odpowiedziałam, całkowicie ignorując Jolkę. – W tym roku chciałam pierwszy raz spróbować zagrać w bardziej… profesjonalnym otoczeniu – dodałam.
– No proszę, teraz to dopiero mnie zaintrygowałaś. Włoskie jedzenie, wino i do tego poker… Jestem ciekaw, co jeszcze „grzesznego” lubisz, Izabello – Marcello, wyraźnie zaakcentował słowo „grzesznego”.
Uwodzicielsko się uśmiechnęłam, nie wypowiadając ani słowa. Czy to było w moim zamiarze, czy nie, wyraźnie z nim flirtowałam. Wiedziałam, że prawdopodobnie więcej go nie zobaczę i to dodawało mi odwagi. Marcello w odpowiedzi wręcz zanurzył swój wzrok w moich oczach, nawet nie mrugając. Czułam, że przegrywam w tej grze. Jego pewność siebie, pomimo zakłopotania, w jakie mnie wprawiała, była niesamowicie pociągająca. Jego ciemne jak węgiel oczy mocno błyszczały, a ja starałam się rozgryźć to, co ukrywały.
– Zielone – nagle przerwałam ciszę. Gdy Marcello nie zareagował, powtórzyłam nieco głośniej: – Masz zielone światło!
– To chciałem usłyszeć, Izabello – odpowiedział przyciszonym głosem, a jego spojrzenie spod zmrużonych oczu wskazywało na to, że nie miał na myśli sygnalizatora świetlnego.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc zamilkłam. Resztę drogi wszyscy przejechaliśmy, słuchając muzyki. Gdy dotarliśmy pod budynek, w którym znajdował się nasz apartament, Aga z ulgą odetchnęła. Marcello wyciągnął z bagażnika nasze plecaki i uśmiechając się do Agi, rozbawionym głosem zaakcentował:
– Całe i zdrowe!
Aga w odpowiedzi mocno się uśmiechnęła i teatralnie gestykulując, pokazała, jak bardzo jest z tego powodu szczęśliwa.
Dziewczyny podziękowały za transport, a Ewka gestem kapitulacji pokazała mu, że robiła, co mogła, żebym przyjęła jego zaproszenie. Marcello pożegnał się z dziewczynami i życzył im udanego pobytu. Na koniec podszedł do mnie i pewnym głosem powiedział:
– Do zobaczenia niebawem, Izabello.
Wsiadł do samochodu i odjechał.
Chwilę po tym, jak Marcello odjechał, byłyśmy już w naszym apartamencie. Gdy zajęłyśmy swoje pokoje i łóżka, postanowiłyśmy jak zawsze wyskoczyć na welcome drinka. Było już bardzo późno, więc szybko się odświeżyłyśmy i po chwili zmierzałyśmy już w kierunku naszej ulubionej restauracji. Na szczęście była długo otwarta. Właściciel przywitał nas mocnym uśmiechem i niedługo po tym na naszym stole gościła już pizza prosto z pieca w różnych odsłonach i dzbanek domowego wina. A po nim następny i następny…
– Dlaczego nie chcesz iść z nim na kolację? Tak serio… – zapytała nagle Ewka, a Jolka z Agą przycichły, pokazując tym samym, że też je to nurtuje.
– Bo jestem tu z wami! Poza tym nie znam gościa, nie mówiąc o tym, że jakoś nie w głowie mi randkowanie. Po co zaczynać coś, co nie ma sensu – odpowiedziałam.
– Daj spokój, jeden wieczór niczego nie zmieni, poradzimy sobie, a ty przynajmniej się rozerwiesz. Przecież nikt ci nie każe podchodzić do tego poważnie. Trochę rozrywki by ci się przydało. Ile zamierzasz jeszcze tak żyć? Przecież to nie w twoim stylu. Udręczanie się i ucieczka przed życiem. Jesteś inteligentna, piękna i niezależna. Jesteś wolna! Zacznij w końcu z tego korzystać! – Ewka emocjonalnie wyrzuciła z siebie to, co myślała, a ja wiedziałam, że ma rację.
To nie było w moim stylu. Zawsze byłam tryskającą humorem kobietą, pewną siebie, otwartą na nowe doświadczenia, odważną. Dla mnie słowo „nie” nie istniało. Głową przebijałam beton. Zawsze szukałam rozwiązań, a nie tkwiłam w problemach. „Nie da się? Powiedz to Belli” – tak mnie postrzegano. Pomimo że nie miałam łatwego dzieciństwa. Rodzice zginęli w wypadku, gdy byłam w podstawówce, i gdyby nie starsza siostra, to nie wiem, jak bym to przeżyła. Ale ostatecznie i ona wyleciała do Stanów, by robić karierę w wielkiej firmie farmaceutycznej. Pomimo że dosyć często do siebie dzwoniłyśmy, to nie było to samo, co mieć ją obok. Mocno odczułam jej brak, szczególnie w ostatnich dwóch latach i chociaż rozumiałam, że ma swoją cudowną rodzinę, żałowałam, że nie ma jej tu ze mną.
– Wiem, ale to nie takie proste. Połowę życia spędziłam z facetem, który nagle odszedł. Kurwa! Miał wszystko, a nawet i więcej. Poświęciłam dla niego macierzyństwo. Wszystko… – Łzy samoistnie popłynęły mi po policzkach.
Dziewczyny rzuciły się na mnie i mocno przytuliły. Dolały nam wina do kieliszków i po chwili ból minął. Po zjedzeniu przepysznej pizzy i wypiciu dużej ilości wina wróciłyśmy do apartamentu, po drodze zanosząc się od śmiechu.
Apartament miał dwie sypialnie, dwie łazienki i salon z aneksem kuchennym. Idealny na naszą czwórkę. Jedną sypialnię zajmowałam ja z Ewką, a drugą – Aga z Jolką. Łóżka były na tyle duże, że zapewniały całkowity komfort. Gdy wyszłam spod prysznica i weszłam do łóżka, Ewka już spała. Spojrzałam na nią i poczułam taką wdzięczność za to, że ją mam. Rozumiałyśmy się bez słów. Można powiedzieć, że zastąpiła mi trochę siostrę. Była przy mnie w najtrudniejszych momentach, gdy z siostrą dzieliły mnie tysiące mil. Dobra dusza z barwną osobowością. Poczucie humoru level hard, bezpośredniość i szczerość do bólu – czyli to, co w ludziach ceniłam najbardziej. Była przy mnie, pomimo że z dwójką maluchów nie było jej lekko. Na szczęście jej wyrozumiały i kochający mąż bardzo ją wspierał. „Cudowny człowiek” – pomyślałam, żałując, że ja nie miałam tyle szczęścia co ona. Cieszyłam się jej szczęściem i jak tylko mogłam, pomagałam jej, wcielając się w rolę ukochanej cioci. Dzieciaki mnie uwielbiały. Nie mając swoich dzieci, rozpieszczałam jej. Myślę, że ulokowałam w nich swój niespełniony potencjał matki. Córki mojej siostry też mnie uwielbiały i pomimo że widywaliśmy się dwa, trzy razy w roku, zawsze byłam ich ukochaną ciocią. Czułam się taka niespełniona. Pomimo że wydawać by się mogło, że żyję pełnią życia. Częste podróże, dobre zarobki, czas dla siebie, „kochający” mąż… jakie to wszystko złudne.
Brakowało mi życia rodzinnego, męża, który pozostaje taki sam jak w dniu ślubu, i seksu, który nie staje się z biegiem lat byle jaki. Rutyna zabija. Znałam wiele cudownych małżeństw, które pozwoliły, by zabiła ich zwykłość dnia codziennego. Pod masą obowiązków, także tych wynikających z posiadania dzieci, często zapominali o sobie. Zmęczenie, brak zgodności w kwestiach wychowawczych, wzajemne obwinianie i pretensje, a także lenistwo… „«Uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe» kurwa, jakie to dziś, z punktu widzenia dojrzałej kobiety, wydaje się śmieszne” – podsumowałam w głowie swoje rozmyślania. Naiwnie wierzyłam, że skoro już nie możemy mieć dzieci, to większość problemów małżeńskich nas ominie. Starałam się znaleźć plusy tej sytuacji. A prawda jest taka, że gdy raz zgodzisz się w życiu na bylejakość, to ta bylejakość stanie się twoim życiem. Tak też się stało choćby z naszym seksem. Jak ja mogłam tyle lat, godzić się na przeciętny seks, tłumiąc swój ogromny temperament, a ujście swoich fantazji erotycznych znajdować w dobrych książkach erotycznych i – rzadziej – filmach pornograficznych? Robiłam to tylko po to, żeby zostać ostatecznie zdradzoną.
– Ja pierdolę – powiedziałam z wyrzutem, głośniej, niż chciałam.
Na szczęście Ewka spała jak zabita. Starałam się zasnąć, ale emocje targały mną z całych sił. Nakręciłam się, a miałam do tego tendencję. Musiałam skierować myśli na coś lub kogoś innego. Marcello. Na samą myśl o nim moje ciało reagowało błyskawicznie. Musiałam przyznać, że facet jest mega przystojny, a jego spojrzenie i szelmowski uśmiech rozwalały mnie na atomy. Miał to coś, co zawsze lubiłam w facetach. Pewność siebie i męskość przez duże M, co, patrząc na współczesny trend, jest coraz rzadziej spotykane wśród mężczyzn. Dlatego lubiłam starszych facetów. Pomimo że mój mąż był moim rówieśnikiem, a może właśnie przez to. Dojrzałość wymaga lat doświadczeń. Trudnych doświadczeń. Dlatego to zawsze ja byłam tą dojrzalszą w naszym związku. „Koniec” – pomyślałam, orientując się, że znów wchodzę w tematykę byłego. „Marcello, Marcello, kim jesteś? Kimkolwiek jesteś, miło było cię poznać i szkoda, że nie mogliśmy poznać się lepiej”.
– Nie jestem gotowa… – Wypowiedziawszy to, zasnęłam.
Obudziły mnie rozmowy dziewczyn dobiegające z salonu. Spojrzałam na zegarek. Dziesiąta dwadzieścia. „No to ładnie” – pomyślałam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle spałam. Fakt, że wróciłyśmy bardzo późno, a natłok myśli nie pozwolił mi od razu zasnąć. Powoli wstałam z łóżka, narzuciłam szlafrok, włożyłam japonki i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. „Trzeba się ogarnąć”. Weszłam do salonu przywitać się z dziewczynami. W powietrzu unosił się cudowny zapach kawy, który uwielbiałam.
– Ktoś tu się wyspał. – Ewka przywitała mnie z uśmiechem.
– Ogarniaj szybko tyłek i lecimy na śniadanie, a później plażing. Szkoda dnia – dodała Jolka.
– Masz kawunię. – Aga wręczyła mi do ręki filiżankę świeżo zaparzonej czarnej kawy.
– Dzięki ci wielkie. O niczym innym nie marzyłam. I prawda, wyspałam się, jak nie pamiętam kiedy.
Okazało się, że dziewczyny były na nogach już od godziny, tak więc szybko wskoczyłam pod prysznic, ogarnęłam włosy i delikatny make-up. Z kosmetyków używałam głównie lekkiego kremu BB z dużym filtrem ochronnym i maskary. Moja nienaganna cera, o którą bardzo dbałam od wielu lat, nie wymagała niczego więcej, no może poza opalenizną, którą zamierzałam uzyskać. Za to nigdy nie ruszałam się nigdzie bez maskary. Moje naturalnie długie rzęsy nie wymagały zakładania sztucznych, tylko dobrego wytuszowania w celu ich pogrubienia. Efekt zamykała dobrze dobrana matowa pomadka do ust. Naturalnie i świeżo. Narzuciłam na siebie lekką kremową sukienkę z wiskozy, delikatnie podkreślającą kształty, i białe koturny. Pomimo że byłam wysoka, zawsze lubiłam buty na obcasie. Uważałam, że szpilki powinny być jak poczucie własnej wartości – zawsze wysokie. Na koniec spakowałam do torby najpotrzebniejsze rzeczy, nałożyłam okulary przeciwsłoneczne i byłam gotowa do wyjścia.
Nasz apartament mieścił się na jednej z głównych ulic centrum Bari. Dzięki temu miałyśmy duży wybór knajpeczek. Jedna wyjątkowo do nas pasowała. Piękne, kobiece wnętrze, duże lustra, dużo złota i piękne filiżanki, które uwielbiałam. Glamour – tak, to styl, który najbardziej ceniłam. Chwilę później piłyśmy już pyszną włoską kawę, zajadając croissanty z nadzieniem pistacjowym.
„Co za obłęd” – pomyślałam, rozkoszując się smakiem nadzienia. Po słodkim śniadaniu tradycyjnie przyszedł czas na lampkę prosecco.
– Tak powinno się żyć! – podsumowała Ewka.
Zgadzałam się z nią. Życie jest takie krótkie, a my bezpowrotnie tracimy czas na rzeczy i ludzi, którzy na ten czas nie zasługują. Spalamy się latami, trwając w bylejakości. A lata lecą i lecą.
„Ja pierdolę, jak można sobie to robić. Jak można tak nie szanować swojego życia i czasu, który jest nam dany? Krótkiego czasu. Zamiast po prostu żyć i tym życiem się cieszyć. Oderwać się od przeszłości i skupić się na tym, co jest tu i teraz. Tu i teraz”. Na tę myśl uśmiechnęłam się z wdzięcznością, patrząc się na dziewczyny. Dokładnie tam chciałam być.
– Za nasz kolejny cudowny wyjazd! Za nas! – Podniosłam kieliszek prosecco, a reszta powtórzyła za mną, stukając się kieliszkami.
– Za nas!
Po śniadaniu udałyśmy się na dworzec, by stamtąd ruszyć pociągiem do Monopoli. Uwielbiałyśmy to miejsce. Klimatyczne wąskie uliczki, pełne równie klimatycznych knajpeczek. Do tego bliskość morza. Idealne miejsce na totalny chillout. Zresztą Bari było świetną bazą wypadową do innych miasteczek. Świetna komunikacja kolejowa zapewniała komfort podroży. Bardzo lubiłyśmy się nią przemieszczać, szczególnie tu, a gdy byłyśmy razem, każda podróż mijała szybko. Po niecałej godzinie w pociągu, pochłonięte rozmową, prawie przegapiłybyśmy nasz przystanek. Na szczęście Aga jak zawsze kontrolowała sytuację. Po opuszczeniu dworca skierowałyśmy się w stronę centrum, a zaraz potem nad samo morze. Po drodze obowiązkowo zaliczyłyśmy przystanek na Aperola, drugiego wzięłyśmy na wynos. Unikałyśmy plaż, gdzie o tej porze roku gromadziły się tłumy ludzi. Wybierałyśmy te bardziej kameralne miejsca. Na skałach. Rozkładałyśmy ręczniki i relaksowałyśmy się w słońcu, wsłuchując się w dźwięk fal rozbijających się o kamienie, od czasu do czasu popijając zimnego Aperola.
– Żyć nie umierać – zaakcentowała wyraźnie zadowolonym głosem Ewka, leżąca obok mnie. – Kocham moje dzieci, ale przebywając z nimi na co dzień… Niczego bardziej nie pragnę i na nic bardziej nie czekam niż na te nasze wyjazdy. Kurwaaa, jak ja tego potrzebuję…
– Znam to i rozumiem, ale pamiętaj, będzie lepiej – odpowiedziała pocieszająco Aga.
Aga miała jedno dziecko, dziewięcioletniego Maksa. Zawsze marzyła o dużej rodzinie, jednak Maks okazał się chłopcem z nadpobudliwością psychoruchową. Zawsze i wszędzie było go dużo. Nie można było spuścić go z oczu, bo nagle mógłby się znaleźć na drzewie czy dachu. Chłopak nie akceptował słowa „nie” i przez kilka pierwszych lat po prostu nie lubił spać. Dla niego to była strata czasu. Poza za tym był bardzo kreatywny. Niebezpiecznie bardzo. I to wszystko spowodowało, że stał się dla swoich rodziców najlepszą metodą antykoncepcji.
Uśmiechnęłam się na myśl o tym.
– Czasami już nie daję rady, ale właśnie pocieszam się myślą, że skoro twój Maks wyrósł z tego szaleństwa, to jest spora nadzieja dla moich – odpowiedziała Ewka, na co wybuchłyśmy śmiechem.
– Dlatego ja cieszę się wolnością. Na razie żadnego męża, żadnych dzieci. Tylko przyjemności. Zdrówko! – skwitowała Jolka, znana ze swojego hedonistycznego podejścia do życia.
Uwielbiałam ją. Z jednej strony przypominała mnie – pewna siebie, otwarta na ludzi, bezpośrednia i odważna – z drugiej jednak nie miała tego co ja: pragnienia stabilizacji i silnego kręgosłupa moralnego. Obie lubiłyśmy szaleć, przełamywać bariery, tyle że ja chciałam to robić z tym jedynym. Nie miałam potrzeby przebierania w facetach, chociaż mogłabym, bo zawsze budziłam ich zainteresowanie. Byłoby to jednak niespójne z moim systemem wartości. Czasami nawet tego żałowałam i zazdrościłam Jolce. Przez jej powierzchowne podejście do mężczyzn nigdy przez nich nie cierpiała. Nie mieli nawet czasu i okazji jej zranić. To ona dyktowała warunki. Brała, co chciała, a gdy czuła, że to nie to, po prostu odchodziła. Ja postawiłam na miłość i lojalność. I ta miłość pogrzebała mnie żywcem.
– Poczekaj, jesteś jeszcze młoda. Ledwo przekroczyłaś trzydziestkę. Ale na ciebie też przyjdzie czas, Jolka. A wtedy, gdy ty będziesz siedzieć w pieluchach, nasze dzieci będą już dorosłe. I za to wypiję. Zdrówko! – Śmiejąc się, Ewka uniosła plastikowy kieliszek i stuknęła się z Agą.
– Nigdy w życiu! – odpowiedziała Jolka.
– Pożyjemy, zobaczymy – zakończyła Aga.
Po dwóch godzinach wylegiwania się na słońcu zdecydowałyśmy udać się na obiad. Zajadając się owocami morza, do których idealnie pasowało lekkie białe wino, cieszyłyśmy się jak dzieci z każdej chwili. Po posiłku oczywiście domówiłyśmy kolejną butelkę i pewnie na niej by się nie skończyło, gdyby nie moja interwencja, która miała im przypomnieć, że wieczorem idziemy na pokera, a tam trzeba zachować trzeźwość umysłu. Tak więc po skończeniu drugiej butelki leniwie podniosłyśmy się z miejsca i udałyśmy w kierunku dworca, po drodze robiąc jeszcze przerwę na tradycyjne włoskie lody pistacjowe.
„Gdyby Karina to widziała…” Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym, jak by mnie wtedy skatowała. Pewnie przez tydzień bym nie usiadła.
Zadowolone, najedzone i lekko wstawione, znów siedziałyśmy w pociągu. To był idealny czas na szybką drzemkę regeneracyjną przed intensywną nocą, jaka nas czekała.
Gdy już wylądowałyśmy w apartamencie, było mocno po osiemnastej, co oznaczało, że miałyśmy nieco ponad dwie godziny, żeby się ogarnąć do kolejnego wyjścia. Podłączyłam telefon do ładowarki i odruchowo spojrzałam na powiadomienia. I to był mój błąd. Karina, która dobrze znała historię mojego życia, wysłała mi screena zdjęcia wrzuconego na Instagram kochanki mojego byłego męża. Zdjęcie przedstawiało ją wraz z moim byłym i moją kuzynką w naszym byłym mieszkaniu. Moja kuzynka zawsze lubiła mojego męża, zresztą nie tylko ona. Zawsze trzymaliśmy się razem. Poza tym Marek załatwił pracę jej narzeczonemu, gdy mieli spore problemy finansowe, dlatego nie mogłam mieć do niej pretensji o to, że nadal się trzymają. Jednak opis, jaki widniał pod zdjęciem, które miałam przed sobą, spowodował, że musiałam usiąść, żeby nie upaść: „Z przyszłą Panną Młodą! Już nie możemy się doczekać wspólnej imprezy do białego rana”.
– Nie wierzę, kurwa – powiedziałam na głos.
Rozumiem, że chcąc utrzymywać kontakt z moim eks, poniekąd jest skazana na utrzymywanie kontaktu z tą sztuczną suką, ale zapraszać ich na ślub, na którym ja też mam być, to już przegięcie. Ogarnęła mnie fala gniewu, która po chwili zamieniła się w żal. Łzy napłynęły mi do oczu.
„Nigdy się od tego nie uwolnię” – pomyślałam i łzy popłynęły mi po twarzy. Już miałam wziąć telefon i zadzwonić do Pauliny by powiedzieć jej, że w takim razie rezygnuję z uczestnictwa w zabawie weselnej, ale po chwili namysłu odłożyłam telefon. Lubiłam ją i nie chciałam jej stresować przed ślubem. Widocznie nie miała wyjścia. Ja też dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą, chociaż zamierzałam iść sama. Ale na Boga, to on odszedł, i to do innej. To powinno stanowić różnicę. Powinna zaprosić go samego. Ze względu na mnie. Ale dlaczego? Z litości? W końcu to ja nie potrafiłam uporać się z tą sytuacją, pomimo że minęły już dwa lata. Poza tym moja nieobecność na tym ślubie pokazałaby moją słabość. Nie chciałam tej szmacie dawać takiej satysfakcji.
Sprzeczne myśli bombardowały moją głowę. Miałam dość. Postanowiłam, że nikt, a już szczególnie oni, nie zniszczy mi tego dnia, tej nocy, tego wyjazdu. Szybko otarłam twarz i jak tylko Ewka weszła do pokoju, wyskoczyłam do łazienki, by nie zobaczyła, że coś jest nie tak. Nie miałam ochoty na użalanie się nad sobą. Nie chciałam wracać do przeszłości. Tego dnia chciałam się tylko dobrze bawić. Chociaż na chwilę zapomnieć…
Wskoczyłam pod prysznic i pozwoliłam, by strumień gorącej wody wraz z rozmazanym tuszem do rzęs zmył ze mnie negatywne myśli. Po prysznicu, jeszcze z ręcznikiem na głowie, zaczęłam robić makijaż. Nie lubiłam mocnego make-upu, ale postanowiłam zaszaleć. Z racji tego, że nie umiałam malować nic poza rzęsami, poprosiłam Jolkę o pomoc. Z przyjemnością zrobiła mi piękny makijaż w stylu smokey eye, który jeszcze bardziej podkreślił moje niebieskie oczy. Mocne oczy oznacza delikatne usta. Zawsze lubiłam balans w życiu. Ze wszystkim. Dlatego usta pomalowałam błyszczykiem w kolorze nude. Makijaż wyglądał obłędnie. Z racji na moją świetną cerę wystarczyło nałożyć jedynie lekki krem BB i bronzerem zaznaczyć kości policzkowe. Na koniec Jolka musnęła mnie rozświetlaczem i gotowe. Włosy upięłam tak, jak lubiłam najbardziej – w wysoki koński ogon. Długą kitkę mocno wyprostowałam. Uwielbiałam ten look. Seksowana elegancja. Tak, to określenie najbardziej podkreślało mój styl. Do tego mała czarna wiązana na szyi, odsłaniająca całe plecy, kończąca się w połowie uda, i oczywiście wysokie szpile, które kochałam. Postawiłam na klasyk od Louboutin w lakierowanej czerni. Te czerwone podeszwy… i cena przestawała mieć znaczenie. Prezent od byłego męża na którąś z kolei rocznicę ślubu – powinnam była je wywalić, ale za bardzo je lubiłam.
– Nie chciałeś mnie, to teraz kto inny będzie podziwiał je na mnie – stwierdziłam na głos, wsuwając szpilki na nogi.
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze, które zamontowane było na całej długości szafy znajdującej się w sypialni. Wyglądałam… zjawiskowo.
„Jeżeli kończyć czterdzieści lat, to tylko w takim stylu” – pomyślałam, uśmiechając się do swojego odbicia.
– O ja pierdolę, u la, la – skomentowała mój wygląd Ewka, wchodząc do pokoju.
– Dziś po północy kończę czterdziestkę. To zobowiązuje – odpowiedziałam.
– Nikt by ci nie dał więcej niż trzydzieści. Masz ciało dziewczyny z mądrością kobiety. Doceń to.
– Masz rację. – Mocno ją przytuliłam.
O dwudziestej trzydzieści wszystkie byłyśmy już gotowe i wszystkie wyglądałyśmy zjawiskowo. Do lokalu postanowiłyśmy przejść się spacerkiem. Było to dosyć blisko, ale ze względu na wysokość szpilek musiałyśmy policzyć na spokojne dojście jakieś pół godziny.
Wieczór był bardzo przyjemny. Nie za gorący, ale idealny na małą ilość materiału, jaki miałam na sobie. Tak jak liczyłyśmy, dojście do miejsca zajęło nam równo trzydzieści minut. Oczywiście po drodze nie obyło się bez zaczepek. Budziłyśmy spore zainteresowanie. Cztery kobiety zdjęte niczym z pokazu mody. Pomimo spojrzeń przechodniów czułyśmy się cudownie. To był nasz wieczór. A dokładnie mój.
Gdy dotarłyśmy na miejsce, zobaczyłyśmy wielki podświetlony napis „Bonega”. Budynek prezentował się lepiej niż na zdjęciach. Wyglądał jak wyjęty z głównej ulicy Vegas. Do wejścia głównego prowadził długi czerwony dywan. „Cudownie” – pomyślałam. Uwielbiałam takie akcenty. Żeby wejść na dywan, trzeba było okazać wejściówki i przejść kontrolę ochroniarską. Patrząc na ludzi w kolejce i samochody, którymi podjeżdżali, można było wywnioskować, że jest to miejsce dla elit. Dużo o nim słyszałam. Miejsce owiane tajemnicą. Restauracje, klub nocny i kasyno w jednym. Ale to właśnie było moje marzenie. Dobrze zjeść, zagrać chociaż kilka partyjek w prawdziwym kasynie i wytańczyć się do rana. Lubiłam pokera, ale do tej pory grywałam tylko z przyjaciółmi i rodziną. No i z moim byłym…
Pokiwałam głową na samą myśl o nim, jakby to miało mi pomóc całkowicie wymazać naszą wspólną przeszłość.
Gdy nadeszła nasza kolej, podałam selekcjonerowi „wejściówki”, które zakupiłam rok wcześniej, by mieć pewność, że będą dostępne na ten szczególny dzień. Gdy selekcjoner je przeglądał, czułam, jak stres zalewa moje ciało. Czytałam na forach, że wykupienie wejściówki nie gwarantuje dostania się do środka. Selekcjonerzy kierowali się swoimi ściśle określonymi kryteriami, wpuszczając bądź nie dane osoby do środka. Przez głowę przechodziło mi milion myśli. Do tej pory nie brałam pod uwagę, że mogliby nas nie wpuścić. Pomijając fakt, że na wejściówki wydałam fortunę, nie wyobrażałam sobie, żebym miała się tam nie dostać w dniu urodzin. Z rozmyślań nagle wyrwał mnie selekcjoner, na którego poważnej twarzy błyskawicznie pojawił się uśmiech, a zaraz za nim mówione piękną angielszczyzną słowa:
– Pani Izabella, jubilatka z Polski, i jej trzy przyjaciółki, zgadza się?
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Full
isbn: 978-83-8423-432-7
© Kamila Gródecka-Sobkowiak i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt
jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Białek
korekta: Angelika Kotowska
okładka: Izabela Surdykowska-Jurek
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
