Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W Warszawie może zdarzyć się dosłownie wszystko
Patryk to nieśmiały i spragniony miłości facet, którego los stawia przed obliczem legendarnej Złotej Kaczki. Ta spełnia jego marzenie, by stać się boskim łamaczem męskich serc, ale… wymaga czegoś w zamian. Aby zachować nowy wygląd, Patryk musi sprostać (teoretycznie) prostej próbie, która zaważy na jego przyszłości.
Artur, wiecznie zestresowany dziennikarz, poświęca pracy każdą chwilę życia. Zupełnym przypadkiem wzbudza zainteresowanie Zofii, wygłodniałej wampirzycy. Jakby tego było mało, wkrótce staje się celem kolejnej nadprzyrodzonej istoty…
Violetta, choć stuknęła jej już czterdziestka, dopiero teraz jest w stanie przyznać, że podobają jej się kobiety. Chce rozliczyć się z przeszłością i pogodzić z tymi, których skrzywdziła. Nie jest to jednak łatwe, szczególnie że na głowie ma diabły od niedawna władające Warszawą.
Losy całej trójki splatają się w jedną, szaloną (jednakże pełną społecznej wrażliwości!) miejską historię. W tej opowieści do codzienności przenika magia, zaś znana wszystkim stolica gości niesamowite istoty. Odważysz się odwiedzić Dziwne miasto?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moim Skrzatom
– No, cześć – powiedział, gdy tylko otworzył drzwi.
– Boże, ale ty jesteś ładny!
Nie, nie chciałem tego powiedzieć. Wyrwało się samo. Zresztą tylko tyle byłem w stanie z siebie wykrztusić. Moje ciało zadecydowało za mnie. Odwróciłem się na pięcie i zacząłem w myślach przywoływać sobie drogę do windy.
– Gdzie ty idziesz? – usłyszałem.
Chłopak zwinnym ruchem otworzył drzwi na oścież, wychylił się i chwycił mnie za rękę.
– Zaczekaj, słodziaku!
Przeszedł mnie dreszcz charakterystyczny dla uczucia, kiedy przydarza się coś miłego, ale jednocześnie zupełnie niespodziewanego. I być może dlatego, że rzadko czegoś podobnego doświadczałem, poddałem się bez słowa. Czułem się obezwładniony. Jakby mój organizm sam sobą manipulował.
Chłopak wciągnął mnie do mieszkania i przyjrzał mi się uważnie.
– No co tak stoisz, kochany? – zaczął zadziornie. – Rozgość się. Poznajmy się w końcu porządnie. – Puścił do mnie oczko.
Teraz to ja się przyjrzałem dokładnie jemu. Pierwszy rzut oka mnie nie zmylił – chłopak był niesamowicie piękny. Niespecjalnie wysoki, ale szczuplutki i ładnie zbudowany. Miał na sobie białą koszulkę, pod którą odznaczały się mięśnie, i do tego czarne spodnie dresowe, jednocześnie luźne i opinające to, co powinny opinać. Był boso, czuł się swobodnie. Uśmiechnięta, opalona twarz zwieńczona ciemną, modnie przyciętą czupryną świeciła wręcz obłędnie lodowatym błękitem oczu.
– Siadaj. Może wina? – zapytał, po czym bez czekania na odpowiedź napełnił kieliszki, wręczył mi jeden i przysiadł się. – No, to mów.
– Co mam mówić? – Zachowywałem się jak debil, wciąż będąc w szoku wywołanym niesamowitą urodą chłopaka.
– Może na początek, jak masz naprawdę na imię – roześmiał się.
– No, tak… Patryk… – Booożeee, co się ze mną dzieje.
– Hmmm, to takie gejowskie imię. – Uśmiechnął się. – Ja jestem Mariusz. Jak co drugi fryzjer. Też stereotypowo – zaczął się śmiać, a ja powoli wyluzowywałem.
– Jesteś fryzjerem? – zapytałem, żeby tylko nie zapadła martwa cisza.
– Nieee, co ty. Pracuję w biurze. Chodziło mi o to, że każdy fryzjer to gej i takie tam… – odpowiedział. Widać było, że taki bzdetny small talk go nie interesuje. – Dlaczego chciałeś uciec? – przeszedł do kwestii, która interesowała go naprawdę.
– Boże… – Moje zażenowanie sięgało zenitu. – Wymyślić coś na poczekaniu czy chcesz usłyszeć prawdę?
– Prawdę i tylko prawdę. – Rozsiadł się wygodniej i upił trochę wina.
Ja zrobiłem to samo, tyle że… opróżniłem cały kieliszek. Ten natychmiast znów był pełen.
– No więc… Od czego by tu zacząć… No widzisz, jak… ja wyglądam. Jak cię zobaczyłem, od razu pomyślałem, że sam mnie wykopiesz i… ten… Boże, jak to źle brzmi…
– Ale, kochany, o czym ty mówisz? Moim zdaniem wszystko z tobą w porządku. – Złapał mnie za kolano i zaczął powoli przesuwać rękę w górę.
Poderwałem się z kanapy.
– Nie za szybko?! – Znów mi się wyrwało.
W sumie nie chciałem tego powiedzieć, powinienem być pewny siebie. Ale nie byłem przyzwyczajony do zainteresowania drugiej osoby.
– Siadaj – powiedział zalotnie i znów pociągnął mnie za rękę. – Oj, uciekinier z ciebie…
Kiedy usiadłem, kontynuował:
– Gadamy na forum miesiąc. Może faktycznie się nie znamy za bardzo, w sumie to swoje imiona poznaliśmy dopiero dziś, ale chyba już się trochę lubimy, co? – Przytulił się.
Tym razem nie odskoczyłem.
– No, ale widzisz… Musisz mnie zrozumieć. – Boże, jak trudno mówić tak szczerze! – Ja się tam zarejestrowałem, bo to forum dla… takich jak ja. Myślałem, że może poznam kogoś… takiego jak ja, a tu mi drzwi otwiera sam Adonis…
– Cha, cha, no bez przesady już! – Patrzył na mnie kokieteryjnie.
– No, sorry – obruszyłem się demonstracyjnie. – Ale nie tak sobie wyobrażam kogoś, kto rejestruje się na „Forum dla Brzydali”! – Boże, jak ta nazwa strasznie brzmi wymówiona na głos.
– Oj, kochany, ty chyba potrzebujesz terapii. – Mariusz przeszedł od słów do czynów.
Nie wiem jak i nie wiem kiedy, ale nagle byliśmy zupełnie nadzy. Początkowo robiłem wszystko, by zakryć swoje fałdki i najrozmaitsze niedoskonałości, ale poddałem się na widok boskiego ciała Mariusza, które znajdowało się tak blisko mojego. Zupełnie jakby starało się je przekonać, że nie jest takie brzydkie, jak całe życie myślę.
Aksamitne pocałunki spadały na moją szyję i klatkę piersiową, powodując w mojej głowie eksplozję szaleństwa. Nie myślałem w ogóle o tym, czy mam za dużego, czy za małego penisa, czy jestem za gruby, czy nie, czy mam płaską klatę, czy za duże cycki – po prostu zatraciłem się w tym człowieku.
Czułem się dowartościowany i szczęśliwy. Kiedy zakładałem prezerwatywę, zaskoczony w sumie tym, że jeszcze pamiętam, jak to się robi, miałem wrażenie, że stoję u bram raju, że zaczynam odzyskiwać nadzieję.
Wszedłem w niego, a wokół mnie pojawiło się morze pięknych kwiatów, czułem się jak element żywego filtru na Instagramie. Idealny początek znajomości, idealny seks, idealne… uczucie? Czy to możliwe, żebym zakochał się OD PIERWSZEGO WEJRZENIA?!
Mariusz był taki troskliwy, ciepły, zaprosił mnie… w siebie, traktując, jakbym był najwspanialszy i najpiękniejszy na świecie. Tak, to było to! Dość szybko doszło z mojej strony do ukoronowania aktu, ale i, być może, początku czegoś pięknego, jakiejś cudownej znajomości. Może nawet związku? Ach!
***
Obudziłem się jeszcze przed wschodem słońca, choć w mieszkaniu było już całkiem jasno. Mariusz stał oparty o kuchenny blat i patrzył na mnie, pijąc – sądząc po zapachu – kawę. Nie mogłem się nie uśmiechnąć, kiedy go zobaczyłem.
– Mariusz… – bardziej wymruczałem, niż powiedziałem. – Było tak cudownie…
Rozbudziłem się natychmiast. Może to zapach kawy, a może rozpierające mnie szczęście poderwały mnie z pościeli i skłoniły do zwierzeń.
– Wiesz co, kiedy rejestrowałem się na forum, nie pomyślałem, że spotka mnie coś tak magicznego. Nawet kiedy już do ciebie jechałem, myślałem, że to może nienajlepszy pomysł… A tu się okazało, że moja szczęśliwa gwiazda jednak istnieje… Boże, Mariusz, jesteś cudowny. Ja chyba… nie przestrasz się tylko… zaczynam coś do ciebie czuć!
Kiedy Mariusz usłyszał ostatnie zdanie, wybuchnął śmiechem. Niestety, ku mojej błyskawicznej rozpaczy, nie był to śmiech radosny i szczery, a raczej gromki i jednocześnie tak chłodny jak błękit oczu jego posiadacza. Jezu, to psychol jakiś – przemknęło mi tylko przez myśl.
– Oookeeej, tego jeszcze nie było. – Mariusz odezwał się w końcu, ocierając kącik oka. – Ty, Kacperek, słyszałeś zjeba?
Przyznam, że byłem wręcz otumaniony. Do kogo on, na Boga, mówił?!
Moja ciekawość została zaspokojona w tej samej sekundzie. Ku mojemu ogromnemu przerażeniu do pokoju wszedł jakiś barczysty facet.
– Wiedziałem, że ta fucha będzie złotem, ale nie że dostarczy aż tyle funu! – Mariusz mówił swoim nowym, zimnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem. Wczoraj Doktor Jeckyll1, dziś najprawdziwszy Mister Hyde.
Osiłek patrzył na mnie trochę bez emocji, a trochę rozbawiony.
– No, ciotka, ubierasz się, bierzesz portfelik, zostawiasz tysiączek za usługę! I wypierdalasz stąd.
Przyznam szczerze, że mój stan psychiczny był w tej chwili idealnym obrazem powiedzonka, że kogoś zamurowało. Siedziałem bez ruchu na rozłożonej kanapie, wciąż nagi, ledwie zakryty cienką kołdrą, zastanawiając się z rozdziawioną gębą, co tu się, kurwa, właśnie odpierdala.
– On chyba jest nie tylko brzydki, ale i głuchy jakiś. – Mariusz patrzył na mnie z widocznym obrzydzeniem.
A Kacperek ruszył leniwie w moim kierunku. To mnie otrzeźwiło.
– Czekajcie – powiedziałem, a Kacperek się zatrzymał. – Dajcie mi ogarnąć, co tu się dzieje… – Byłem tak zszokowany, że niesamowite było, że w ogóle miałem siłę, by się odezwać.
Mówiłem automatycznie, jak jakiś robot.
– A więc ty – wskazałem na Mariusza – jesteś tak naprawdę męską dziwką, która wypisuje na forum dla brzydkich ludzi w poszukiwaniu frajerów takich jak ja, którzy tu przyjdą, w pięć minut się w tobie bujną, wyruchają cię, a potem… Niespodzianka! Okazuje się, że to ty ich wyruchałeś, bo… bam! I tysiąc ziko wpada wam do kieszonki? A ty – wskazałem na Kacperka – jesteś tu takim wykidajłą, który pilnuje, by frajer zapłacił?
Po moim pytaniu w powietrzu zawisła cisza. Ale nie na długo.
– Może i głuchy, ale nie głupi. – Kacperek uśmiechnął się do Mariusza.
– Bravo, bravo, bravissimo – zanucił Mariusz, wyraźnie napawając się sytuacją. – Niech cię, Patryku drogi, nasz model biznesowy nie interesuje. Najważniejsze jest to, że usługa została wykonana, należy się zapłata. Masz tysiąc złotych?
– Nie przy sobie, na koncie – odpowiedziałem, nie wiedząc, jak inaczej mam zareagować. Nie dość, że już teraz czułem się jak zbity pies, to za chwilę, patrząc na gabaryty Kacperka, mogłem czuć się tak zupełnie w sensie dosłownym.
– Nie ma problemu, Kacperek jest mobilny. Ubierz się, pójdziecie razem do bankomatu.
Niczym najprawdziwszy robot tylko grzecznie skinąłem głową i zacząłem powoli się ubierać, zbierając z podłogi rozrzucone wczoraj rzeczy. Obaj faceci patrzyli na moje nagie, otłuszczone ciało, nie odwracając wzroku, a ja byłem zbyt wystraszony, by cokolwiek im powiedzieć.
– Ty, pa, jak mu się fiutek skurczył ze strachu – rzucił Kacperek.
– Cud, że w ogóle go widać spod tego brzucha – odparł na to Mariusz, na co ja aż zapłonąłem z upokorzenia.
Kiedy byłem już gotowy, usłyszałem od Mariusza tylko krótkie, ironiczne „Pa, kochany” i razem z Kacperkiem zjechaliśmy windą na dół.
Podróż trwała wieki. Bałem się, że mój niechciany towarzysz długo nie zostawi mnie w spokoju, ale okazało się, że panowie mieli swój biznesik przemyślany naprawdę dobrze, bo bankomat był jakąś minutę drogi od bloku Mariusza. Wybrałem więc z niego pieniądze i dałem je Kacperkowi.
– Miło się robi z tobą interesy – rzucił wyświechtaną formułkę. – Zanim się pożegnamy… Chyba nie muszę dodawać, że pójście na psiarskich to nie jest najlepszy pomysł? Oczywiście do odważnych świat należy, ale musisz mi uwierzyć na słowo, że jesteś na nas za cienki w uszach.
– Nigdzie nie pójdę, chcę już być po prostu w domu – powiedziałem zupełnie szczerze.
– Dobra, szerokiej drogi – pożegnał się ze mną Kacperek i poszedł w stronę bloku wraz z moim tysiącem i resztkami godności.
Ja stałem wciąż w miejscu, obserwując, jak wchodzi do budynku.
Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, nie wytrzymałem i zacząłem płakać jak dziecko.
***
Mariusz mieszkał przy ulicy Kinowej, ja po drugiej stronie Wisły, na Bemowie. Zeszłego wieczora przyjechałem tu Uberem, teraz nie wyobrażałem sobie wsiąść do jakiegokolwiek pojazdu. Łzy same napływały mi do oczu, w ogóle nie mogłem się uspokoić. Nie chciałem, by ktokolwiek na to patrzył. Korzystając z wczesnej pory i małej liczby ludzi na ulicach, postanowiłem jak największą część drogi przejść pieszo.
Wyszedłem z Kinowej w Aleję Stanów Zjednoczonych, kierując się w stronę rzeki. Przechadzka była najprawdziwszym koszmarem. W mojej głowie bez przerwy, na nowo, w pętli rozgrywało się to, co mnie przed chwilą spotkało, ale nie tylko – mój własny umysł, jak to często bywało w kryzysowych sytuacjach, obrócił się przeciwko mnie i zaczął roztaczać przede mną panoramę beznadziei mojego życia.
Pierwsze wspomnienie. Jestem brzydkim, tłustym pięciolatkiem. Dopiero co zmieniłem przedszkole i próbuję wpasować się w nową grupę, ale nikt mnie nie zna, nie lubi, nie jestem zapraszany na urodziny. Chłopcy rozmawiają o piłkarzach i autach, ale ja do nich nie pasuję. Czuję się jednym z nich, ale innym, bo ja najchętniej posiedziałbym z dziewczynami i poprzebierał lalki. Dziewczyny nie chcą się jednak bawić, bo i dla nich jestem obcy. Po tym wspomnieniu do oczu napłynęła mi kaskada łez…
A tu kolejny przeskok: podstawówka i gimnazjum. Ludzie zaczynają się sobą interesować, łączą w pierwsze pary… Ale nie ja… Nikt nie zwraca uwagi na grubego brzydala, chyba że chce mu dopieprzyć. Znów łzy i kolejne wspomnienie. Liceum. Już wiem, że jestem gejem, nawet udało mi się przeskoczyć okres wyparcia. Żyję jednak w strasznym, obezwładniającym poczuciu, że już zawsze będę sam. Czuje się tak nieatrakcyjny, że przestaję myśleć o sobie jak o człowieku, boję się komukolwiek powiedzieć o swojej orientacji. Boję się odrzucenia. Boję się, że ludzie pomyślą, że jak w ogóle mogę określać się jako homo, hetero czy ktokolwiek, skoro i tak nikt nie chciałby mnie tknąć.
Znów zacząłem ryczeć, a mój mózg przeskoczył dalej: studia, pierwsza praca i pierwszy raz, po pijanemu. Po próbie kontaktu z propozycją drugiego spotkania wywołaną naiwnym myśleniem, że coś z tego wyjdzie, słyszę, że to był błąd, że, oczywiście, nie chce mnie obrażać, ale na trzeźwo nie jestem w jego typie. Załamany wyoutowuję się w domu. W tym samym momencie zostaję z niego wyrzucony; na szczęście mam już swoje pieniądze, więc szybko udaje mi się coś wynająć. Siedząc skulony w pustej kawalerce, obiecuję sobie, że już nigdy nikomu nie powiem, że jestem gejem.
Zaczyna się funkcjonowanie w potwornym, paranoicznym, beznadziejnym strachu, że wszystko się wyda i to zniszczy mi życie. Zmieniam pracę, zatrudniam się w warszawskim ratuszu, co tylko wzmaga we mnie strach, że jeśli wyda się, że jestem gejem, to wszystko stracę. Staję się coraz większym odludkiem, tym bardziej że ludzie są bezlitośni. Na jakiejś firmowej imprezie słyszę od zawianej koleżanki, że nie dość, że jestem brzydki, to jeszcze mało ciekawy…
Zalała mnie kolejna fala rozpaczy, ale wspomnienia galopowały dalej.
Po kolejnych uszczypliwych komentarzach od otoczenia zaczynam się odchudzać. Co schudnę, to przytyję, ale w końcu udaje mi się utrzymać efekt; nie ma to jednak najmniejszego wpływu na to, jak postrzegają mnie inni. Ciągle jestem brzydki, niski, nie taki, jak trzeba. Lata lecą, technika idzie do przodu, powstają Grindry i Tindery, ale w międzyczasie głodzenie przeradza się w jakieś stany depresyjne i muszę przestać. Znów tyję, boję się gdziekolwiek założyć konto, boję się, że nikt nie będzie zainteresowany.
Czasem chodzę do gejowskich klubów, do których zdarza mi się nie zostać wpuszczonym, bo trwa impreza zamknięta. Dobrze wiem, że żadnej imprezy nie ma, a chodzi tylko o to, że nie spodobałem się selekcjonerowi. W ciągu tych wszystkich lat udaje mi się sporadycznie znajdować chętne na coś więcej osoby, za każdym razem wszystko dzieje się po pijaku, a potem zero kontaktu. W dodatku przy każdej wizycie tkwię w paranoi, że ktoś mnie zauważy i rozpozna, i moja tajemnica wyjdzie na jaw, choć w sumie musiałbym mieć przeogromnego pecha, bo przecież mam dwóch znajomych na krzyż.
W końcu w jakimś artykule czytam o „Forum dla Brzydali”. Wchodzę tam z ciekawości, zaczynam gadać ze wspaniałym facetem. Nie wiemy, jak wyglądamy, ale pisze nam się znakomicie, chemia jest niesamowita. Decyduję się wyznać, że jestem gejem, on także się przyznaje, umawiamy się, a on… okazuje się oszustem, który tak mnie upokarza. Boże, co za wstyd!
Te wszystkie wspomnienia z każdym krokiem powodowały w moim organizmie coś na kształt szumu. Pulsowanie, które czułem w skroniach, a właściwie w każdej komórce ciała. Wiedziałem, że nic nie da się z nim zrobić, że zaraz rozsadzi mi czaszkę, ale mój mózg nie odpuszczał, wciąż skupiając się na wspomnieniu kończącej się nocy. Jak mogłem pomyśleć, że taki ładny chłopak mógł coś we mnie dostrzec?! Chryste, co za wstyd! Jestem nie tylko szpetny, lecz także bezdennie głupi! Ja już oczami wyobraźni widziałem nas razem… Co za wstyd!
Kłąb czarnych myśli przerwał nagle mocniejszy podmuch wiatru. Nie wiedzieć kiedy doczłapałem na Most Łazienkowski. Po mojej prawej stronie rozciągała się imponująca sylweta warszawskiego city. Na sekundę zapomniałem o tym, co mnie dziś spotkało. Jak zostałem wykorzy… Chryste, co za wstyd! Piekące upokorzenie na nowo wypełniło mój organizm. A w głowie szum, uporczywy szum. Niech ktoś to zatrzyma, niech ktoś go wyłączy… Ale kto? Jestem przecież sam, zawsze sam. Tylko ja mogę go uciszyć.
Z przejściem przez barierkę mostu było dokładnie tak samo jak z wejściem na most – nie wiem, jak tego dokonałem. Nie wiem, czy ktoś próbował mnie ratować, czy ktoś w ogóle mnie zauważył, czy jak zwykle byłem wszystkim (w najlepszym wypadku) obojętny. Nie wiem, bo za krótko tam stałem. Wystarczyło drobne odepchnięcie się, bym, koziołkując, bezwolnie spadał i po sekundzie zderzył się z taflą wody.
***
Lądowanie było twarde i… suche.
Więc to tak się umiera – pomyślałem, bojąc się otworzyć oczy, na wypadek gdyby okazało się, że wokół mnie stoją kotły ze smołą, a jakiś rogaty dziad z widłami ma zamiar mnie do jednego z nich zagonić. Mimo że ewidentnie czułem, że uderzyłem głową o powierzchnię rzeki albo nawet o samo dno, z kręgosłupem wszystko było chyba okej, bo miałem czucie w stopach. Ogólnie czułem się wręcz nadspodziewanie dobrze!
W końcu otworzyłem oczy i ujrzałem… ceglane, misternie ułożone sklepienie! Leżałem na podłodze jakiegoś pomieszczenia, którego posadzka była zalana wodą. Powoli wstałem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że choć właśnie podniosłem się z wody, wcale nie byłem mokry! Co tu się, do cholery, wyprawiało?!
Rozejrzałem się po słabo oświetlonym pomieszczeniu – to była kolejna dziwna rzecz, bo trudno było stwierdzić, skąd to światło w ogóle pochodzi. Sala była wielka, przypominała jakieś niekończące się podziemie, jakąś piwnicę, której sklepienie opierało się na ceglanych słupach. Kiedyś byłem na oprowadzaniu po podziemiach warszawskich filtrów i miałem wrażenie, że właśnie w czymś podobnym się znalazłem. Przez chwilę nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Wszystko wydawało mi się nierzeczywiste… Może ja wcale nie skoczyłem z żadnego mostu, a ten Mariusz mnie czymś naćpał i mam jakieś halucynacje?
Stojąc tak bezczynnie, po kostki w dziwnej, suchej wodzie, czułem się jak totalny idiota. Zacząłem szukać jakiegoś wyjścia. Pomieszczenie zdawało się naprawdę bezkresne, szedłem już dość długo, ale wciąż i wciąż mijałem kolejne słupy, nadal będąc pod tym samym rozległym sklepieniem.
Nagle zauważyłem, że z każdym kolejnym krokiem w tajemniczej piwnicy robi się coraz jaśniej. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie słupów było mniej, a te, które się tam znajdowały, podtrzymywały olbrzymią ceglaną kopułę, pod którą woda była wyraźnie głębsza – przypominała wręcz jakieś podziemne jezioro. W dodatku jaśniejące, oświetlające całe otoczenie. Na środku tego jeziora pływała sobie kaczka. Tak dziwna jak wszystko tutaj, bo cała jakby ze złota i w… koronie!
– Ja jebię. No jednak mam halucynacje – powiedziałem sam do siebie.
– Nie przeklinaj – dobiegło skądś skrzekliwe upomnienie. – Żadne halucynacje, to złoto tak świeci spod powierzchni wody!
Rozejrzałem się gwałtownie, zastanawiając się, kto to właściwie mówi.
– Nie rozglądaj się jak jakiś szaleniec. Przecież to ja mówię!
– Ja, czyli kto? – Byłem zupełnie zdezorientowany. Wciąż nikogo nie widziałem.
– No ja, kaczka! – Ze środka jeziora dobiegło mnie zniecierpliwienie.
Odwróciłem się i wgapiłem w pływające stworzenie.
– Naprawdę nie dziwi cię złote jezioro, ale gadająca kaczka już tak? – Ptak rzeczywiście kłapał dziobem, z którego wydobywały się słowa.
– Jaaa pieeerdolęęę… – Nie mogłem się powstrzymać. – Ja się chyba bardzo mocno uderzyłem w głowę!
– Człowieku, ty nie żyjesz! A poza tym mówiłam ci, żebyś nie klął. Jesteś w towarzystwie szlachcianki! Może i obecnie w nienajbardziej dostojnej postaci, ale jednak szlachcianki!
– Jak to nie żyję?! – Zupełnie zignorowałem dalszy wywód, skupiając się tylko na udzielonej na początku szokującej informacji.
– A czego się spodziewałeś, skacząc z mostu? Sądząc po sylwetce, raczej nie pływasz sobie hobbystycznie.
– No nie! Umarłem i teraz całą wieczność będzie mi cisnąć gadająca kaczka?! To jest moje piekło?!
– No debil. – Kaczka znowu się zniecierpliwiła, zapominając przy okazji o manierach. – Jesteś z Warszawy i w ogóle mnie nie kojarzysz? Jakie piekło?! Jestem Złotą Kaczką!
Teraz to już naprawdę zbaraniałem. Po chwili wahania zapytałem:
– Dobra… Jesteś Złotą Kaczką… I nie jesteśmy w piekle… To gdzie w takim razie?
– No nie, nie wierzę. Ty naprawdę nie znasz legendy o mnie?! No, w podziemiach Zamku Ostrogskich, przy magicznym jeziorze!
– Oookeeej… Znam legendę, ale do teraz myślałem, że to bujda. Ale nawet jeśli nie bujda, to w jaki sposób trafiłem tu prosto z Wisły?!
– Widzisz, to dosyć skomplikowane, zahacza o magię i fizykę kwantową, teorię względności, portale, czakramy, różne wymiary i generalnie teorie spiskowe. Chyba nie mam ochoty ci tego wszystkiego tłumaczyć. Ale… – patrząc na moją coraz bardziej zadziwioną minę, ptaszysko westchnęło i zamachało złotymi skrzydłami – …może rzeczywiście potrzebne będzie jakieś wyjaśnienie.
Wpatrywałem się w Złotą Kaczkę tak intensywnie, że aż dziwne, że moje spojrzenie nie przeszyło jej na wylot. Ta jednak delektowała się pauzą, mając gdzieś moją niepewność. Kiedy w końcu zaczęła kłapać dziobem, aż drgnąłem.
– Otóż należysz, a raczej należałeś, do tych ludzi, którym się wydaje, że po śmierci nic nie ma – zaczęła swój wywód. – A takie myślenie to duuuży błąd! Na każdego bowiem coś tam czeka. Coś tam, bo nie jest oczywiście tak, że każdy, kto umrze, trafia przed moje oblicze. Wprawdzie perspektywa zarządzania życiem i śmiercią potajemnie, z tylnego fotela, bez właściwie żadnej odpowiedzialności wydaje się bardzo kusząca… – rozmarzyła się, po czym sama siebie ostro przywołała do porządku. – Ale ja nie z tych kaczek! Do mnie trafiają ci, którzy utoną w Wiśle. I to tylko na warszawskim odcinku, w dodatku w wyjątkowych okolicznościach.
Kaczka zawiesiła głos i ewidentnie czekała, żebym zapytał:
– Jakich okolicznościach?
– Trzeba bardzo, bardzo czegoś chcieć i zabić się dlatego, że się tego nie ma. Pierwszy trafił tutaj ten szewczyk, o którym mówi legenda. Był bardzo biedny, miał już tego dosyć, chciał być bogaty, nie wychodziło, no to się bidulek utopił. – Kaczka chyba niezbyt przejmowała się drastycznymi okolicznościami, które przedstawiała; mówiła tonem, jakby była na ploteczkach u znajomej hrabiny.
– Nie pamiętam aż takich szczegółów z tej legendy! – przyznałem szczerze.
– Bo tego tam nie ma! W końcu w legendzie jest tylko ziarno prawdy! – Kaczka puściła do mnie oko.
– No dobrze. – Mimo że cały czas nie wierzyłem, że to wszystko się dzieje naprawdę, obstawiając albo bardzo dziwny sen, albo ukrytą kamerę, albo też rezultat reakcji chemicznej zachodzącej w moim umierającym mózgu, byłem ciekaw, czego chce ode mnie Złota Kaczka. – Szewczyk chciał pieniędzy, dałaś mu sakiewkę i kazałaś wszystko wydać na siebie – przypomniałem sobie szczegóły legendy z dzieciństwa. – A co chcesz zaproponować mnie? I po co w ogóle cały ten cyrk?
– Dobrze, od razu do rzeczy, to mi się podoba. – Kaczka podpłynęła do mnie i zaczęła mi się uważnie przyglądać. – Zacznę od końca. Otóż, jak już ci powiedziałam, jestem szlachcianką, dokładnie królewną. W kaczkę mnie zaklęto, bo rzekomo cały czas myślałam tylko o sobie! I abym mogła odzyskać dawną postać i opuścić to przeklęte miejsce, muszę znaleźć jakiegoś topielca… Jej, już tak na mnie nie patrz! No dobra, polećmy legendą: śmiałka o dobrym sercu, którego najskrytsze marzenie mam odgadnąć i spełnić.
– Ale jak ty masz odgadnąć moje marzenie, skoro nawet mnie nie znasz?! – przerwałem kaczce zadziwiony.
– O to się nie martw. Wiem o każdym, kto tu trafi, wystarczająco dużo. To co, zgadujemy i spełniamy?
– Czekaj, czekaj, jeszcze nie powiedziałem, że się zgadzam! Chciałbym wiedzieć, jakie mam opcje – odrzekłem, ciągle nieco obrażony.
– Nie wiem, ale na nic dobrego bym nie liczyła… Może i pójdziesz do tego swojego piekła? Tak że radzę przyjąć wyciągnięte, życzliwe skrzydło!
Myśl o spędzeniu wieczności w kotle ze smołą może i by mnie przeraziła, gdyby nie to, że zupełnie nie wierzyłem, że to wszystko dzieje się naprawdę. Przyszło mi jednak do głowy, że mój mózg, najpewniej znajdujący się w jakiejś przedziwnej śpiączce po upadku z wysokości, sam sobie daje ofertę kaczki jako receptę na wybudzenie się…
– Dobrze, więc co chcesz mi zaproponować? Czego tak bardzo chciałem przez całe życie? – zadałem pytanie.
– Chciałeś być bardzo przystojny i podobać się facetom. Da się zrobić. – Kaczka uśmiechnęła się. – Wystarczy jedno moje słowo, a obudzisz się z powrotem na powierzchni i wrócisz do swojego życia, ale jako przystojniak, jakiego świat nie widział!
Zapadła cisza; nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu wykrztusiłem:
– Wszystko fajnie… Rozgryzłaś mnie, super, gratuluję… Ale w czym tkwi haczyk?
Kaczka uśmiechnęła się przebiegle.
– Haczyk tkwi w tym, mój drogi, że nie będziesz się mógł opędzić od adoratorów. Będziesz mógł robić wszystko, na co masz ochotę, poza jednym jedynym… Dam ci tydzień próby. W ciągu tego tygodnia nie możesz odwzajemnić uczucia. Jeśli powiesz komukolwiek, że go kochasz, nieważne, czy jako pierwszy, czy odwzajemniając wyznanie, wszystko się skończy, a ty wrócisz do swojego parszywego życia… Po siedmiu dniach, jeśli wytrzymasz, zostaniesz w swoim nowym, pięknym ciele już na zawsze. To znaczy do czasu, aż się zestarzejesz i umrzesz… Ale to już nie moja robota… To jak, zgadzasz się?
Kaczka ewidentne miała dość tej rozmowy i chciała przejść do realizacji planu. I ja, mówiąc szczerze, również. Czy to możliwe, żebym rzeczywiście dostał drugą szansę od losu? W sumie nikt do końca nie wie, jak to wszystko działa! Może rzeczywiście są na tym świecie rzeczy, które się filozofom nie śniły i mnie właśnie taka rzecz spotkała? Miałem jeszcze tylko jedno pytanie.
– Ale… ja mam wrócić do swojego życia, to znaczy dalej pracować w urzędzie, znać tych samych ludzi i tak dalej, tylko w nowym ciele? Jak to wszystko pogodzić? Nie będę mógł się z nikim już więcej zobaczyć?! Będę musiał zmienić pracę i w ogóle?
– Kochany, a bo ja wiem? Ja i tak odwalam większość roboty! Ludzie cię nie będą poznawali, bo masz być nie do poznania! Zresztą czy ty masz aż tylu znajomych i tak fantastyczną pracę, żeby ich żałować? Z rodziną to też chyba relacje takie raczej napięte. Tak że decyduj, czy przyjmujesz wyzwanie.
Kiedy usłyszałem wszystkie warunki, zawahałem się. Z drugiej strony, jaki miałem wybór? I w zasadzie co ja miałem do stracenia? Może i zmiana życia nie będzie taka łatwa, ale jeśli w imię tego mam dostać to, czego zawsze chciałem? I utrzymać to na warunkach, które wydawały się wręcz absurdalnie łatwe?! Mam nikomu nie powiedzieć przez tydzień, że go kocham? I dostanę za to coś, o czym marzyłem od zawsze?
– Zgadzam się – powiedziałem szybko.
– Niech więc się stanie! – donośnie odparła kaczka.
Po tych słowach nie minęła chyba nawet sekunda, a coś świsnęło, coś błysnęło, coś zawirowało i…
***
…zacząłem się niemiłosiernie krztusić. Zdałem sobie sprawę, że z mych ust podczas każdego kaszlnięcia tryskała na beton nieprzyjemna w smaku woda, do ciała lepiło mi się mokre ubranie, a ja byłem na czworakach, czując się jak zbity pies. Co tu się wyprawiało?!
Nie wiem, ile dokładnie to trwało, ale z każdą minutą zaczynałem jednak czuć się coraz lepiej. Chyba wykrztusiłem już całą wodę i mogłem przełożyć się na plecy. Nade mną wisiało najzwyczajniejsze niebo; coraz jaśniejsze. Wyglądało na to, że wczesny ranek zaczął ustępować dniu.
– Przepraszam, czy wszystko w porządku? – usłyszałem dobiegający z góry głos.
Przewróciłem się na bok i spojrzałem w tamtym kierunku. Na szczycie betonowych schodków stała jakaś kobieta w stroju do biegania. Patrzyła na mnie z troską i zaciekawieniem. – Potrzebuje pan pomocy? Wpadł pan do wody?
Przez chwilę nie wiedziałem, o czym mówi. Mimo że dochodziłem do siebie, wciąż tkwiły we mnie resztki oszołomienia. Rozejrzałem się. Ewidentnie leżałem na brzegu rzeki, której skraj porośnięty był jakimiś przypadkowymi, niewysokimi krzakami. Ja leżałem na betonowej płycie, która podczas podwyższenia stanu wody musiała być zakryta przez rzeczną toń, a nade mną rozciągał się nadgryziony zębem czasu betonowy bulwar. Kilka sekund zajęło mi połączenie faktów. Dotarło do mnie, że jestem nad Wisłą, na Cyplu Czerniakowskim. Rzut beretem od Mostu Łazienkowskiego, z którego to wcześniej skoczyłem…
– Proszę pana? Ja chyba zadzwonię po karetkę… – Za długo nie reagowałem i kobieta na poważnie się zaniepokoiła; już sięgała do kieszeni po telefon i zaczęła schodzić w moim kierunku.
– Nie, nie, proszę nie dzwonić! – wykrztusiłem w końcu, a mych uszu dobiegł przyjemny, basowy głos. – Jak ja dziwnie mówię! – Nie mogłem się powstrzymać.
– Pan się musiał mocno uderzyć. Przyjedzie pogotowie i sprawdzą… – Kobieta już wybierała numer.
– Nie, naprawdę nie trzeba! – W sekundę poderwałem się na nogi. Jeszcze tylko pogotowia mi tu brakowało. Nie zważając na to, jak przedziwnie (i niesamowicie seksownie!) brzmi mój głos, wymyśliłem na poczekaniu jakąś historyjkę. – Widzi pani, ja się tak głupio założyłem z kumplami… że przepłynę Wisłę wpław z tamtego brzegu. I po prostu sobie teraz odpoczywałem.
Kobieta patrzyła na mnie jak na totalnego idiotę, ale schowała telefon.
– Przecież mógł pan sobie zrobić krzywdę! Taki facet, a coś sobie musi udowadniać! – Z zażenowaniem kręciła głową.
Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, co powiedzieć. Co ma na myśli, mówiąc „taki facet”? Podrywa mnie?! Mnie się takie rzeczy nie zdarzają! Lecz ona jest nie tylko zażenowana, lecz także ewidentnie zainteresowana. Te spojrzenia… Co ja mam zrobić?! Co tu się dzieje?! Nic to, po prostu trzeba się uśmiechnąć.
Kobieta natychmiast odwzajemniła mój uśmiech.
– Oj, proszę pana. – Pogroziła mi palcem. – Takie głupie popisy to nie jest sposób na kobiety – zaśmiała się. – Ale dobrze, dam panu numer. Proszę natychmiast wracać do domu i się przebrać, a potem zadzwonić i dać znać, że wszystko okej. Ma pan jak zapisać?
Kompletnie zszokowany sięgnąłem do kieszeni, z której wyjąłem przemoczony telefon. Jakimś cudem działał, a więc odblokowałem go i podałem nieznajomej. Ta wpisała mi się jako Ania, załopotała rzęsami, po czym odbiegła, kilkukrotnie oglądając się za siebie.
Nie, nie, nie, nie, to wszystko się nie dzieje! Czy ja właśnie naprawdę zdobyłem numer jakiejś laski, nawet tego nie chcąc?! Mnie takie rzeczy nie spotykają, jestem nieatrakcyjnym gejem! Przydarzył mi się przykry incydent z męską prostytutką, załamałem się, skoczyłem z mostu, uroiłem sobie jakąś Złotą Kaczkę i udało mi się wyczołgać na brzeg. Tyle. Może ta laska ma jakiś syndrom opiekunki i leci na wszystko, co potrzebuje pomocy? Przecież to niemożliwe, żeby spotkanie ze Złotą Kaczką przydarzyło mi się naprawdę. To niemożliwe, bym teraz zajebiście wyglądał i był łamaczem serc wszelakich…
O kurwa! To JEST MOŻLIWE!!!
Nawet nie wiem, kiedy włączyłem przednią kamerkę w telefonie. Patrzyłem niby na siebie, ale… no nie. Z ekranu spoglądał na mnie najprzystojniejszy, najbardziej pociągający i intrygujący facet, jakiego kiedykolwiek widziałem. Włosy blond, oczy niebieskie, męska szczęka, twarz pociągła i delikatny, kilkudniowy zarost!!! Boże!!!
Telefon wypadł mi z ręki. Zacząłem jak oszalały obmacywać się po całym ciele. Nogi jakieś dłuższe, brzuch twardy, wyczuwalne mięśnie, rozwinięta klatka piersiowa!!! Na Boga, co tu się właśnie wydarzyło?!
***
Kiedy wszedłem do mieszkania, natychmiast zacząłem zrzucać z siebie przemoczone ubranie. Gdzieś miałem względy zdrowotne, ja po prostu musiałem zobaczyć się nago! Z lustra spoglądał na mnie chyba sam Bradd Pitt skrzyżowany z Apollinem. Okazało się, że nie tylko twarz miałem idealną; całe moje ciało było majstersztykiem! Byłem wysokim, znakomicie (ale nieprzesadnie) zbudowanym facetem z pięknym, seksownym tyłeczkiem. Nie dość, że klatę miałem jak u pirata, to jeszcze i maczeta była niczego sobie! Ba, nawet stopy miałem perfekcyjne, choć takie zestawienie wcześniej wydawało mi się oksymoronem.
Jak urzeczony wpatrywałem się w swoje odbicie, oglądając się z każdej możliwej strony. Wyrwało mnie… kwakanie dochodzące z mojego telefonu! Dopadłem urządzenia skrywającego się w porzuconych w przedpokoju spodniach i zaskoczony odkryłem, że to alarm pochodzący z aplikacji… GoldenDuck!
– Cssso to jeeest?!
Byłem tak zdziwiony, że aż powiedziałem to na głos (jakiż seksowny głos!), bo takiej apki nigdy u siebie nie instalowałem. A ta nie robiła w zasadzie nic innego poza wyświetlaniem na całym ekranie wielkiego minutnika, który odliczał w dół, wskazując obecnie sto sześćdziesiąt sześć godzin, pięćdziesiąt dziewięć minut i piętnaście sekund. Nad zmieniającymi się liczbami widniał jeden maleńki emblemat przedstawiający schematyczny rysunek, a w zasadzie kontur złotej kaczki w koronie.
– Jak ona mi to zainstalowała?!
Szok trwał, ale dotarło do mnie, że apka pokazuje, ile czasu zostało do końca mojej próby, i najwyraźniej co godzinę emituje kaczy alarm. Czy to wszystko działo się naprawdę?
Z ciekawości spróbowałem usunąć aplikację, ale telefon wyświetlił tylko komunikat, że taka operacja jest niedozwolona. Bojąc się, że zaraz za karę zostanę z powrotem zamieniony w karykaturę człowieka, po prostu wyciszyłem dźwięk w telefonie. W sumie taki minutnik był całkiem przydatny.
Dotarło do mnie, że cały czas stoję nago w przedpokoju, postanowiłem więc coś na siebie włożyć i zebrać myśli. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Wszystko było dokładnie takie samo jak wcześniej, poza gospodarzem. To rodziło pierwszy problem. Kiedy miałem na sobie przemoczone ubranie, nawet nie zwróciłem na to uwagi, ale żaden z moich łachów na mnie nie pasował. Nie chodziło o to, że rzeczy były brzydkie, ale po prostu w jednych miejscach za duże, w innych zgoła za małe. No tak, w końcu nowy ja był znacznie wyższy, szczuplejszy, a na brzuchu nie miał nawet grama zbędnego tłuszczu. Nic dziwnego, że we wszystkim, co miałem do dyspozycji, wyglądałem jak ubogi krewny donaszający ubranie po starszym bracie. Chcąc nie chcąc, założyłem po prostu – teraz znacznie za duże – bokserki i w miarę pasujący do nich szlafrok. Zaparzyłem kawę i zacząłem ją sączyć, opadłszy na krzesło przy kuchennym stole.
Powoli docierało do mnie, że – jakkolwiek niesamowicie to brzmiało – to wszystko działo się naprawdę. Wypadałoby więc chyba opracować jakiś plan działania. Pierwsza myśl: nie wychodzić z domu. Dzięki temu uniknąłbym wszelkich sytuacji, w których mógłbym wyznać komuś miłość, a choć podczas spotkania z kaczką myślałem, że to błahostka, to jednak po zastanowieniu się uznałem, że zagrożenie było realne, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka godzin temu zabujałem się w chłopaku w zasadzie dopiero co poznanym, a kiedy okazał się oszustem, po prostu się zabiłem. Byłem nieco niestabilny emocjonalnie…
– Skurwysyn jebany – zakląłem na samo wspomnienie Mariusza, pokazując środkowy palec Bogu ducha winnemu powietrzu. – Żebyś mnie teraz zobaczył, śmieciu! Ale już nie dla psa kiełbasa!
Jak z procy wyrwałem do salonu, w którym na ławie leżał mój laptop. Szybko zalogowałem się na „Forum dla Brzydali” i błyskawicznie pousuwałem wszystkie rozmowy, po czym usunąłem konto, postanawiając jednocześnie, że o przykrej przygodzie związanej z Mariuszem i Kacperkiem muszę jak najszybciej zapomnieć i w pełni skorzystać z otrzymanej od losu szansy. Ale w zasadzie po co ja to usunąłem? Może trzeba było wszystko skopiować i iść na policję? Tyle że wtedy musiałbym zeznać, że jestem gejem; w dodatku ja teraz w zasadzie nie istniałem!
Znów pobiegłem do przedpokoju i z – wciąż mokrych – leżących na podłodze spodni tym razem wyjąłem portfel. Ze zdjęcia w dowodzie spojrzał na mnie stary, szpetny ja. A więc nawet wylegitymować bym się nie mógł… Ta myśl nagle roztoczyła przed moim lękliwym umysłem straszną wizję: jestem przepiękny, ale muszę przemodelować całe swoje życie, jeśli mam być nowym sobą już na zawsze. Co z pracą? Co z kredytem na mieszkanie? Co z sąsiadami? Jak wytłumaczyć im taką przemianę?
Cholerny dwudziesty pierwszy wiek. Założę się, że szewczyk nie miał takich problemów i nie musiał się nikomu tłumaczyć z nagłego przypływu złota! Żebym i ja nie miał problemów, zupełnie rozsądną decyzją będzie pokorzystanie z nowego życia i zdecydowanie, czy mi się ono podoba. Może jestem tak beznadziejny, że mimo nowej powłoki żaden facet na mnie nie poleci, a w takim wypadku może nie ma sensu wywracać sobie życia do góry nogami? Jeśli taki czarny scenariusz okazałby się prawdziwy, mógłbym nawet jakiejś przypadkowej osobie wyznać miłość i, jeśli tylko zmieszczę się w czasie, to wszystko wróci do – może i brzydkiej – ale przynajmniej znanej normy. Chyba pierwszy raz w życiu ucieszyłem się, że nie mam znajomych i kontaktu z rodziną. Dwa problemy przynajmniej z głowy.
Analizowałem swoją sytuację na różne sposoby, z różnych perspektyw i nawet nie zauważyłem, że GoldenDuck pokazuje już tylko sto sześćdziesiąt cztery godziny.
Fuck, naprawdę zmarnowałem tyle czasu na zamartwianie się? Czas na męską decyzję, trzeba wyjść z domu, w końcu było sobotnie przedpołudnie, a to oznaczało, że nieuchronnie zbliżał się sobotni wieczór – idealna okazja, by zaprezentować się światu! Postanowiłem, że wszystkimi głupotami – jak potencjalna zmiana tożsamości czy szukanie nowej pracy – pomartwię się potem, a tymczasem trzeba działać.
Przede wszystkim nikomu nie mogłem powiedzieć, co mi się przydarzyło – kaczka wprawdzie takiego warunku mi nie dała, ale jeśli zacznę o tym rozpowiadać, to całą moją próbę spędzę w kaftanie w Tworkach! Natychmiast napisałem maila do pracy, że potrzebuję odebrać w nadchodzącym tygodniu zaległy urlop (ważne sprawy rodzinne), modląc się jednocześnie, by szef, jak odczyta go w poniedziałek, nie próbował do mnie wydzwaniać, bo nawet po głosie by mnie nie poznał.
Następnie szybko coś przekąsiłem, wziąłem prysznic i wybrałem kilka ciuchów, w których wyglądałem najmniej podle, aby móc wyjść na miasto w poszukiwaniu ciuchów, w których będę wyglądał olśniewająco. Stwierdziłem, że być może przyda mi się pomoc, bo – choć podejrzewałem, że we wszystkim będę wyglądał świetnie – fajnie, by ktoś zaprzyjaźniony doradził mi, w czym będę wyglądał najlepiej. Problem tylko w tym, że ja nikogo takiego nie miałem… Ale zawsze można spróbować mieć.
Sam sobą zaskoczony, chwyciłem za telefon i wybrałem numer.
– Ania? Cześć, tutaj Patryk, poznaliśmy się dziś na bulwarze… A ja się cieszę, że odebrałaś… Słuchaj, chciałbym się z tobą spotkać i pogadać, potrzebowałbym też twojej rady na zakupach… Tak, tak, ubraniowych… Za godzinę pod Złotymi Tarasami? Super!
1 Uważny czytelnik wyłapie w tej książce drobne nieścisłości, na przykład w pisowni nazwisk. Należy jednak pamiętać, że coś, co jest niepoprawne w jednym świecie, może być jak najbardziej poprawne w innym (przyp. aut.).
***
Obstawieni ze wszystkich stron torbami z ciuchami, siedzieliśmy w Starbucksie przy Emilii Plater i wcinaliśmy ciasto, popijając je kawą. Wraz z przemianą fizyczną nabrałem chyba jakiejś niesamowitej intuicji do ludzi, bo Anka okazała się nie tylko wspaniałą zakupową pomagierką, lecz także przesympatyczną osobą, z dużym potencjałem na przyjaciółkę.
– Zdradzę ci, że jak mi powiedziałeś, że jesteś gejem, to taki smutek mnie ogarnął! Kiedy dzwoniłeś, to aż mi serce zabiło mocniej, a tu taka przykra niespodzianka! – mówiła zawadiackim tonem.
Dopiero teraz mogliśmy pogadać, bo – nie licząc mojego szczerego wyznania już na początku spotkania – wpadliśmy w taki wir zakupów, że poza wymianą uwag na temat mojej niesamowitej atrakcyjności i ubrań nie zamieniliśmy ani słowa.
– Sam siebie zaskoczyłem, że tak od razu się wyoutowałem. Zwykle tak szybko tego nie robię.
– No tak, Polska. – Przewróciła tylko oczami. – Ale niesamowicie cieszę się, że akurat teraz zechciałeś zmienić styl z pomocą nieznajomej osoby, bo poza tym, że świetnie wyglądasz, to jesteś też megafajny. – Uśmiechnęła się.
– Co ja ci mogę powiedzieć: vis-à-vis – zdobyłem się na językowy żarcik, ale przesłanie było jak najbardziej szczere.
Anka była piękna, wysportowana, no i doskonale się ubierała. Na nasze spotkanie przyszła w szmaragdowej sukience okraszonej nutką niewymuszonej elegancji; chyba myślała, że to będzie randka, więc wyjątkowo się postarała.
– A skoro już wiemy, że się lubimy, to może wypróbujemy mój nowy look i pójdziemy do jakiegoś klubu na podryw? – zapytałem.
– Boże, jaka ja jestem czasem tępa! – Anka strzeliła się ręką w czoło. – Tak mnie te zakupy zaaferowały, że zapomniałam ci sama zaproponować… Ja mam takiego przyjaciela, Jonasza, który szuka sobie teraz faceta. Megaprzystojny i megafajny, jak ty. Nie lubi mediów społecznościowych, szuka analogowo, więc jak można się domyślić, bez większych sukcesów. Może poszlibyśmy we troje do Glamu?
Gdybym był w tej samej sytuacji przed przemianą, w tej chwili pobiegłbym z tymi wszystkimi zakupami do domu, aby jak najpiękniej się wyszykować, a po drodze jeszcze na wszelki wypadek nabyłbym pierścionek zaręczynowy. Ale teraz w mojej głowie zawył alarm. Dla bezpieczeństwa przez cały tydzień powinienem sobie pozwolić co najwyżej na jakiś lekki flirt, aby nie kusić losu. A tu od razu randka! Z drugiej strony tak bardzo chciałem dzisiaj wyjść! No i dzięki Ance w końcu nie musiałbym iść sam.
– Hmmm, okej, brzmi fajnie, ale ja nie wiem, czy chcę się teraz wiązać… – kluczyłem w miarę dyplomatycznie.
– Oczywiście, spotkanie bez żadnych zobowiązań. Nie spodobacie się sobie, to się więcej nie zobaczycie.
– W takim razie dzwoń do niego – oznajmiłem i uśmiechnąłem się szeroko.
Okazało się, że Jonasz ma wolny weekend i chętnie wybierze się na imprezę. Umówiliśmy się na dwudziestą drugą, kiedy to Glam dopiero otwierał swoje podwoje i powinno być jeszcze mało ludzi, dzięki czemu będzie można przez chwilę na spokojnie pogadać.
– Jedna prośba – powiedziała na pożegnanie Anka, kiedy już wychodziła ode mnie po akcji pomocy dotaszczenia miliona toreb. Muszę przyznać, że kupiłem o wiele więcej, niż planowałem… – Nie pytaj Jonasza o pracę, okej? Niech sam ci powie.
– Boże, jest płatnym zabójcą czy kimś takim?! – podekscytowałem się i przeraziłem jednocześnie.
– Wręcz odwrotnie. – Anka uśmiechnęła się. – Ale nic ci nie powiem. Nie chcę, żebyś jechał uprzedzony, a Jonasz ma nosa i wyczuje, że już wiesz. A lepiej mieć czystą kartę, bo może być z was fajna parka. Tak że ty go nie pytaj o pracę, a ja mu nie wspomnę, że od czasu do czasu lubisz sobie popływać w Wiśle, bo założyłeś się z kolegami. – Puściła do mnie oko, a ja się zaczerwieniłem.
Swatka się znalazła! Mogła w ogóle nie poruszać tematu. Może i nie zapunktowałbym u Jonasza, ale przynajmniej nie denerwowałbym się tak jak teraz…
***
O godzinie dwudziestej drugiej moja magiczna apka wskazywała sto pięćdziesiąt dwie godziny. W zasadzie nie wiem, po co na nią zerkałem, w końcu miałem jeszcze coś takiego jak poczucie czasu i nie wydawało mi się, aby w ciągu jednego dnia minął cały tydzień, choć biorąc pod uwagę magiczne okoliczności, w których się znalazłem, wszystko było możliwe. Możliwe było też, że kaczka, znając moją nerwową naturę, zrobiła mi wspaniały żarcik, bym nie mógł się do końca wyluzować i cały czas patrzył w ten cholerny ekran.
Wyluzowany czy nie, odczuwałem duże zmiany, jakie zaszły wobec mnie w tak zwanym odbiorze społecznym. Z Ubera wysiadłem przy Placu Trzech Krzyży, do Glamu był stąd kawałek piechotą. Celowo nie zamawiałem auta z dowozem pod sam lokal, bo po pierwsze uznałem, że spóźnienie się jest w dobrym tonie, a po drugie całkiem nieźle się wyszykowałem, więc chciałem zobaczyć, czy ktoś w ogóle zwróci na mnie uwagę. Spacer sprawdził się tu idealnie; w zasadzie nie dojrzałem żadnej głowy, która by się za mną nie obejrzała. Był to dla mnie tak niesamowicie przyjemny szok, że mógłbym iść Żurawią wiecznie. Jakieś dwadzieścia po dziesiątej byłem już jednak pod wąskimi drzwiami do Glamu.
Ochroniarz, który wcześniej w ogóle nie zwracał na mnie uwagi, ewentualnie jeśli akurat nie chciał mnie wpuścić, bo „impreza zamknięta”, mało nie przewrócił się na mój widok. Nie chciał wziąć ode mnie kasy za wejście! Bardzo wymownie patrząc, wręczył mi za to swoją wizytówkę! Ja odwzajemniłem się tylko uprzejmym skinieniem głowy – wszak byłem przecież umówiony na dole. Ale przynajmniej dzięki tej sytuacji uzyskałem odpowiedź na wiecznie kłębiące się w mej głowie pytanie, czy ochroniarze w Glamie też są z branży…
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Dziwne miasto
isbn: 978-83-8423-375-7
© Piotr Osiński i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Aleksandra Płotka
korekta: MAQ PROJECTS
okładka: Krystian Żelazo
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
