Dziwne miasto - Piotr Osiński - ebook

Dziwne miasto ebook

Piotr Osiński

0,0

Opis

W Warszawie może zdarzyć się dosłownie wszystko

Patryk to nieśmiały i spragniony miłości facet, którego los stawia przed obliczem legendarnej  Złotej Kaczki. Ta spełnia jego marzenie, by stać się boskim łamaczem męskich serc, ale… wymaga czegoś w zamian. Aby zachować nowy wygląd, Patryk musi sprostać (teoretycznie) prostej próbie, która zaważy na jego przyszłości.

Artur, wiecznie zestresowany dziennikarz, poświęca pracy każdą chwilę życia. Zupełnym przypadkiem wzbudza zainteresowanie Zofii, wygłodniałej wampirzycy. Jakby tego było mało, wkrótce staje się celem kolejnej nadprzyrodzonej istoty…

Violetta, choć stuknęła jej już czterdziestka, dopiero teraz jest w stanie przyznać, że podobają jej się kobiety. Chce rozliczyć się z przeszłością i pogodzić z tymi, których skrzywdziła. Nie jest to jednak łatwe, szczególnie że na głowie ma diabły od niedawna władające Warszawą.

Losy całej trójki splatają się w jedną, szaloną (jednakże pełną społecznej wrażliwości!) miejską historię. W tej opowieści do codzienności przenika magia, zaś znana wszystkim stolica gości niesamowite istoty. Odważysz się odwiedzić Dziwne miasto?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 347

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Moim Skrza­tom

CZĘŚĆ PIERWSZA

Złota Kaczka

– No, cześć – po­wie­dział, gdy tyl­ko otwo­rzył drzwi.

– Boże, ale ty je­steś ład­ny!

Nie, nie chcia­łem tego po­wie­dzieć. Wy­rwa­ło się samo. Zresz­tą tyl­ko tyle by­łem w sta­nie z sie­bie wy­krztu­sić. Moje cia­ło za­de­cy­do­wa­ło za mnie. Od­wró­ci­łem się na pię­cie i za­czą­łem w my­ślach przy­wo­ły­wać so­bie dro­gę do win­dy.

– Gdzie ty idziesz? – usły­sza­łem.

Chło­pak zwin­nym ru­chem otwo­rzył drzwi na oścież, wy­chy­lił się i chwy­cił mnie za rękę.

– Za­cze­kaj, sło­dzia­ku!

Prze­szedł mnie dreszcz cha­rak­te­ry­stycz­ny dla uczu­cia, kie­dy przy­da­rza się coś mi­łe­go, ale jed­no­cze­śnie zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­ne­go. I być może dla­te­go, że rzad­ko cze­goś po­dob­ne­go do­świad­cza­łem, pod­da­łem się bez sło­wa. Czu­łem się obez­wład­nio­ny. Jak­by mój or­ga­nizm sam sobą ma­ni­pu­lo­wał.

Chło­pak wcią­gnął mnie do miesz­ka­nia i przyj­rzał mi się uważ­nie.

– No co tak sto­isz, ko­cha­ny? – za­czął za­dzior­nie. – Roz­gość się. Po­znaj­my się w koń­cu po­rząd­nie. – Pu­ścił do mnie oczko.

Te­raz to ja się przyj­rza­łem do­kład­nie jemu. Pierw­szy rzut oka mnie nie zmy­lił – chło­pak był nie­sa­mo­wi­cie pięk­ny. Nie­spe­cjal­nie wy­so­ki, ale szczu­plut­ki i ład­nie zbu­do­wa­ny. Miał na so­bie bia­łą ko­szul­kę, pod któ­rą od­zna­cza­ły się mię­śnie, i do tego czar­ne spodnie dre­so­we, jed­no­cze­śnie luź­ne i opi­na­ją­ce to, co po­win­ny opi­nać. Był boso, czuł się swo­bod­nie. Uśmiech­nię­ta, opa­lo­na twarz zwień­czo­na ciem­ną, mod­nie przy­cię­tą czu­pry­ną świe­ci­ła wręcz obłęd­nie lo­do­wa­tym błę­ki­tem oczu.

– Sia­daj. Może wina? – za­py­tał, po czym bez cze­ka­nia na od­po­wiedź na­peł­nił kie­lisz­ki, wrę­czył mi je­den i przy­siadł się. – No, to mów.

– Co mam mó­wić? – Za­cho­wy­wa­łem się jak de­bil, wciąż bę­dąc w szo­ku wy­wo­ła­nym nie­sa­mo­wi­tą uro­dą chło­pa­ka.

– Może na po­czą­tek, jak masz na­praw­dę na imię – ro­ze­śmiał się.

– No, tak… Pa­tryk… – Bo­ooże­ee, co się ze mną dzie­je.

– Hmmm, to ta­kie ge­jow­skie imię. – Uśmiech­nął się. – Ja je­stem Ma­riusz. Jak co dru­gi fry­zjer. Też ste­reo­ty­po­wo – za­czął się śmiać, a ja po­wo­li wy­lu­zo­wy­wa­łem.

– Je­steś fry­zje­rem? – za­py­ta­łem, żeby tyl­ko nie za­pa­dła mar­twa ci­sza.

– Nie­ee, co ty. Pra­cu­ję w biu­rze. Cho­dzi­ło mi o to, że każ­dy fry­zjer to gej i ta­kie tam… – od­po­wie­dział. Wi­dać było, że taki bzdet­ny small talk go nie in­te­re­su­je. – Dla­cze­go chcia­łeś uciec? – prze­szedł do kwe­stii, któ­ra in­te­re­so­wa­ła go na­praw­dę.

– Boże… – Moje za­że­no­wa­nie się­ga­ło ze­ni­tu. – Wy­my­ślić coś na po­cze­ka­niu czy chcesz usły­szeć praw­dę?

– Praw­dę i tyl­ko praw­dę. – Roz­siadł się wy­god­niej i upił tro­chę wina.

Ja zro­bi­łem to samo, tyle że… opróż­ni­łem cały kie­li­szek. Ten na­tych­miast znów był pe­łen.

– No więc… Od cze­go by tu za­cząć… No wi­dzisz, jak… ja wy­glą­dam. Jak cię zo­ba­czy­łem, od razu po­my­śla­łem, że sam mnie wy­ko­piesz i… ten… Boże, jak to źle brzmi…

– Ale, ko­cha­ny, o czym ty mó­wisz? Moim zda­niem wszyst­ko z tobą w po­rząd­ku. – Zła­pał mnie za ko­la­no i za­czął po­wo­li prze­su­wać rękę w górę.

Po­de­rwa­łem się z ka­na­py.

– Nie za szyb­ko?! – Znów mi się wy­rwa­ło.

W su­mie nie chcia­łem tego po­wie­dzieć, po­wi­nie­nem być pew­ny sie­bie. Ale nie by­łem przy­zwy­cza­jo­ny do za­in­te­re­so­wa­nia dru­giej oso­by.

– Sia­daj – po­wie­dział za­lot­nie i znów po­cią­gnął mnie za rękę. – Oj, ucie­ki­nier z cie­bie…

Kie­dy usia­dłem, kon­ty­nu­ował:

– Ga­da­my na fo­rum mie­siąc. Może fak­tycz­nie się nie zna­my za bar­dzo, w su­mie to swo­je imio­na po­zna­li­śmy do­pie­ro dziś, ale chy­ba już się tro­chę lu­bi­my, co? – Przy­tu­lił się.

Tym ra­zem nie od­sko­czy­łem.

– No, ale wi­dzisz… Mu­sisz mnie zro­zu­mieć. – Boże, jak trud­no mó­wić tak szcze­rze! – Ja się tam za­re­je­stro­wa­łem, bo to fo­rum dla… ta­kich jak ja. My­śla­łem, że może po­znam ko­goś… ta­kie­go jak ja, a tu mi drzwi otwie­ra sam Ado­nis…

– Cha, cha, no bez prze­sa­dy już! – Pa­trzył na mnie ko­kie­te­ryj­nie.

– No, sor­ry – ob­ru­szy­łem się de­mon­stra­cyj­nie. – Ale nie tak so­bie wy­obra­żam ko­goś, kto re­je­stru­je się na „Fo­rum dla Brzy­da­li”! – Boże, jak ta na­zwa strasz­nie brzmi wy­mó­wio­na na głos.

– Oj, ko­cha­ny, ty chy­ba po­trze­bu­jesz te­ra­pii. – Ma­riusz prze­szedł od słów do czy­nów.

Nie wiem jak i nie wiem kie­dy, ale na­gle by­li­śmy zu­peł­nie nadzy. Po­cząt­ko­wo ro­bi­łem wszyst­ko, by za­kryć swo­je fałd­ki i naj­roz­ma­it­sze nie­do­sko­na­ło­ści, ale pod­da­łem się na wi­dok bo­skie­go cia­ła Ma­riu­sza, któ­re znaj­do­wa­ło się tak bli­sko mo­je­go. Zu­peł­nie jak­by sta­ra­ło się je prze­ko­nać, że nie jest ta­kie brzyd­kie, jak całe ży­cie my­ślę.

Ak­sa­mit­ne po­ca­łun­ki spa­da­ły na moją szy­ję i klat­kę pier­sio­wą, po­wo­du­jąc w mo­jej gło­wie eks­plo­zję sza­leń­stwa. Nie my­śla­łem w ogó­le o tym, czy mam za du­że­go, czy za ma­łe­go pe­ni­sa, czy je­stem za gru­by, czy nie, czy mam pła­ską kla­tę, czy za duże cyc­ki – po pro­stu za­tra­ci­łem się w tym czło­wie­ku.

Czu­łem się do­war­to­ścio­wa­ny i szczę­śli­wy. Kie­dy za­kła­da­łem pre­zer­wa­ty­wę, za­sko­czo­ny w su­mie tym, że jesz­cze pa­mię­tam, jak to się robi, mia­łem wra­że­nie, że sto­ję u bram raju, że za­czy­nam od­zy­ski­wać na­dzie­ję.

Wsze­dłem w nie­go, a wo­kół mnie po­ja­wi­ło się mo­rze pięk­nych kwia­tów, czu­łem się jak ele­ment ży­we­go fil­tru na In­sta­gra­mie. Ide­al­ny po­czą­tek zna­jo­mo­ści, ide­al­ny seks, ide­al­ne… uczu­cie? Czy to moż­li­we, że­bym za­ko­chał się OD PIERW­SZE­GO WEJ­RZE­NIA?!

Ma­riusz był taki tro­skli­wy, cie­pły, za­pro­sił mnie… w sie­bie, trak­tu­jąc, jak­bym był naj­wspa­nial­szy i naj­pięk­niej­szy na świe­cie. Tak, to było to! Dość szyb­ko do­szło z mo­jej stro­ny do uko­ro­no­wa­nia aktu, ale i, być może, po­cząt­ku cze­goś pięk­ne­go, ja­kiejś cu­dow­nej zna­jo­mo­ści. Może na­wet związ­ku? Ach!

***

Obu­dzi­łem się jesz­cze przed wscho­dem słoń­ca, choć w miesz­ka­niu było już cał­kiem ja­sno. Ma­riusz stał opar­ty o ku­chen­ny blat i pa­trzył na mnie, pi­jąc – są­dząc po za­pa­chu – kawę. Nie mo­głem się nie uśmiech­nąć, kie­dy go zo­ba­czy­łem.

– Ma­riusz… – bar­dziej wy­mru­cza­łem, niż po­wie­dzia­łem. – Było tak cu­dow­nie…

Roz­bu­dzi­łem się na­tych­miast. Może to za­pach kawy, a może roz­pie­ra­ją­ce mnie szczę­ście po­de­rwa­ły mnie z po­ście­li i skło­ni­ły do zwie­rzeń.

– Wiesz co, kie­dy re­je­stro­wa­łem się na fo­rum, nie po­my­śla­łem, że spo­tka mnie coś tak ma­gicz­ne­go. Na­wet kie­dy już do cie­bie je­cha­łem, my­śla­łem, że to może nie­naj­lep­szy po­mysł… A tu się oka­za­ło, że moja szczę­śli­wa gwiaz­da jed­nak ist­nie­je… Boże, Ma­riusz, je­steś cu­dow­ny. Ja chy­ba… nie prze­strasz się tyl­ko… za­czy­nam coś do cie­bie czuć!

Kie­dy Ma­riusz usły­szał ostat­nie zda­nie, wy­buch­nął śmie­chem. Nie­ste­ty, ku mo­jej bły­ska­wicz­nej roz­pa­czy, nie był to śmiech ra­do­sny i szcze­ry, a ra­czej grom­ki i jed­no­cze­śnie tak chłod­ny jak błę­kit oczu jego po­sia­da­cza. Jezu, to psy­chol ja­kiś – prze­mknę­ło mi tyl­ko przez myśl.

– Oooke­eej, tego jesz­cze nie było. – Ma­riusz ode­zwał się w koń­cu, ocie­ra­jąc ką­cik oka. – Ty, Kac­pe­rek, sły­sza­łeś zje­ba?

Przy­znam, że by­łem wręcz otu­ma­nio­ny. Do kogo on, na Boga, mó­wił?!

Moja cie­ka­wość zo­sta­ła za­spo­ko­jo­na w tej sa­mej se­kun­dzie. Ku mo­je­mu ogrom­ne­mu prze­ra­że­niu do po­ko­ju wszedł ja­kiś bar­czy­sty fa­cet.

– Wie­dzia­łem, że ta fu­cha bę­dzie zło­tem, ale nie że do­star­czy aż tyle funu! – Ma­riusz mó­wił swo­im no­wym, zim­nym, po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek emo­cji gło­sem. Wczo­raj Dok­tor Jec­kyll1, dziś naj­praw­dziw­szy Mi­ster Hyde.

Osi­łek pa­trzył na mnie tro­chę bez emo­cji, a tro­chę roz­ba­wio­ny.

– No, ciot­ka, ubie­rasz się, bie­rzesz port­fe­lik, zo­sta­wiasz ty­sią­czek za usłu­gę! I wy­pier­da­lasz stąd.

Przy­znam szcze­rze, że mój stan psy­chicz­ny był w tej chwi­li ide­al­nym ob­ra­zem po­wie­dzon­ka, że ko­goś za­mu­ro­wa­ło. Sie­dzia­łem bez ru­chu na roz­ło­żo­nej ka­na­pie, wciąż nagi, le­d­wie za­kry­ty cien­ką koł­drą, za­sta­na­wia­jąc się z roz­dzia­wio­ną gębą, co tu się, kur­wa, wła­śnie od­pier­da­la.

– On chy­ba jest nie tyl­ko brzyd­ki, ale i głu­chy ja­kiś. – Ma­riusz pa­trzył na mnie z wi­docz­nym obrzy­dze­niem.

A Kac­pe­rek ru­szył le­ni­wie w moim kie­run­ku. To mnie otrzeź­wi­ło.

– Cze­kaj­cie – po­wie­dzia­łem, a Kac­pe­rek się za­trzy­mał. – Daj­cie mi ogar­nąć, co tu się dzie­je… – By­łem tak zszo­ko­wa­ny, że nie­sa­mo­wi­te było, że w ogó­le mia­łem siłę, by się ode­zwać.

Mó­wi­łem au­to­ma­tycz­nie, jak ja­kiś ro­bot.

– A więc ty – wska­za­łem na Ma­riu­sza – je­steś tak na­praw­dę mę­ską dziw­ką, któ­ra wy­pi­su­je na fo­rum dla brzyd­kich lu­dzi w po­szu­ki­wa­niu fra­je­rów ta­kich jak ja, któ­rzy tu przyj­dą, w pięć mi­nut się w to­bie buj­ną, wy­ru­cha­ją cię, a po­tem… Nie­spo­dzian­ka! Oka­zu­je się, że to ty ich wy­ru­cha­łeś, bo… bam! I ty­siąc ziko wpa­da wam do kie­szon­ki? A ty – wska­za­łem na Kac­per­ka – je­steś tu ta­kim wy­ki­daj­łą, któ­ry pil­nu­je, by fra­jer za­pła­cił?

Po moim py­ta­niu w po­wie­trzu za­wi­sła ci­sza. Ale nie na dłu­go.

– Może i głu­chy, ale nie głu­pi. – Kac­pe­rek uśmiech­nął się do Ma­riu­sza.

– Bra­vo, bra­vo, bra­vis­si­mo – za­nu­cił Ma­riusz, wy­raź­nie na­pa­wa­jąc się sy­tu­acją. – Niech cię, Pa­try­ku dro­gi, nasz mo­del biz­ne­so­wy nie in­te­re­su­je. Naj­waż­niej­sze jest to, że usłu­ga zo­sta­ła wy­ko­na­na, na­le­ży się za­pła­ta. Masz ty­siąc zło­tych?

– Nie przy so­bie, na kon­cie – od­po­wie­dzia­łem, nie wie­dząc, jak ina­czej mam za­re­ago­wać. Nie dość, że już te­raz czu­łem się jak zbi­ty pies, to za chwi­lę, pa­trząc na ga­ba­ry­ty Kac­per­ka, mo­głem czuć się tak zu­peł­nie w sen­sie do­słow­nym.

– Nie ma pro­ble­mu, Kac­pe­rek jest mo­bil­ny. Ubierz się, pój­dzie­cie ra­zem do ban­ko­ma­tu.

Ni­czym naj­praw­dziw­szy ro­bot tyl­ko grzecz­nie ski­ną­łem gło­wą i za­czą­łem po­wo­li się ubie­rać, zbie­ra­jąc z pod­ło­gi roz­rzu­co­ne wczo­raj rze­czy. Obaj fa­ce­ci pa­trzy­li na moje na­gie, otłusz­czo­ne cia­ło, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku, a ja by­łem zbyt wy­stra­szo­ny, by co­kol­wiek im po­wie­dzieć.

– Ty, pa, jak mu się fiu­tek skur­czył ze stra­chu – rzu­cił Kac­pe­rek.

– Cud, że w ogó­le go wi­dać spod tego brzu­cha – od­parł na to Ma­riusz, na co ja aż za­pło­ną­łem z upo­ko­rze­nia.

Kie­dy by­łem już go­to­wy, usły­sza­łem od Ma­riu­sza tyl­ko krót­kie, iro­nicz­ne „Pa, ko­cha­ny” i ra­zem z Kac­per­kiem zje­cha­li­śmy win­dą na dół.

Po­dróż trwa­ła wie­ki. Ba­łem się, że mój nie­chcia­ny to­wa­rzysz dłu­go nie zo­sta­wi mnie w spo­ko­ju, ale oka­za­ło się, że pa­no­wie mie­li swój biz­ne­sik prze­my­śla­ny na­praw­dę do­brze, bo ban­ko­mat był ja­kąś mi­nu­tę dro­gi od blo­ku Ma­riu­sza. Wy­bra­łem więc z nie­go pie­nią­dze i da­łem je Kac­per­ko­wi.

– Miło się robi z tobą in­te­re­sy – rzu­cił wy­świech­ta­ną for­muł­kę. – Za­nim się po­że­gna­my… Chy­ba nie mu­szę do­da­wać, że pój­ście na psiar­skich to nie jest naj­lep­szy po­mysł? Oczy­wi­ście do od­waż­nych świat na­le­ży, ale mu­sisz mi uwie­rzyć na sło­wo, że je­steś na nas za cien­ki w uszach.

– Ni­g­dzie nie pój­dę, chcę już być po pro­stu w domu – po­wie­dzia­łem zu­peł­nie szcze­rze.

– Do­bra, sze­ro­kiej dro­gi – po­że­gnał się ze mną Kac­pe­rek i po­szedł w stro­nę blo­ku wraz z moim ty­sią­cem i reszt­ka­mi god­no­ści.

Ja sta­łem wciąż w miej­scu, ob­ser­wu­jąc, jak wcho­dzi do bu­dyn­ku.

Kie­dy tyl­ko drzwi się za nim za­mknę­ły, nie wy­trzy­ma­łem i za­czą­łem pła­kać jak dziec­ko.

***

Ma­riusz miesz­kał przy uli­cy Ki­no­wej, ja po dru­giej stro­nie Wi­sły, na Be­mo­wie. Ze­szłe­go wie­czo­ra przy­je­cha­łem tu Ube­rem, te­raz nie wy­obra­ża­łem so­bie wsiąść do ja­kie­go­kol­wiek po­jaz­du. Łzy same na­pły­wa­ły mi do oczu, w ogó­le nie mo­głem się uspo­ko­ić. Nie chcia­łem, by kto­kol­wiek na to pa­trzył. Ko­rzy­sta­jąc z wcze­snej pory i ma­łej licz­by lu­dzi na uli­cach, po­sta­no­wi­łem jak naj­więk­szą część dro­gi przejść pie­szo.

Wy­sze­dłem z Ki­no­wej w Ale­ję Sta­nów Zjed­no­czo­nych, kie­ru­jąc się w stro­nę rze­ki. Prze­chadz­ka była naj­praw­dziw­szym kosz­ma­rem. W mo­jej gło­wie bez prze­rwy, na nowo, w pę­tli roz­gry­wa­ło się to, co mnie przed chwi­lą spo­tka­ło, ale nie tyl­ko – mój wła­sny umysł, jak to czę­sto by­wa­ło w kry­zy­so­wych sy­tu­acjach, ob­ró­cił się prze­ciw­ko mnie i za­czął roz­ta­czać przede mną pa­no­ra­mę bez­na­dziei mo­je­go ży­cia.

Pierw­sze wspo­mnie­nie. Je­stem brzyd­kim, tłu­stym pię­cio­lat­kiem. Do­pie­ro co zmie­ni­łem przed­szko­le i pró­bu­ję wpa­so­wać się w nową gru­pę, ale nikt mnie nie zna, nie lubi, nie je­stem za­pra­sza­ny na uro­dzi­ny. Chłop­cy roz­ma­wia­ją o pił­ka­rzach i au­tach, ale ja do nich nie pa­su­ję. Czu­ję się jed­nym z nich, ale in­nym, bo ja naj­chęt­niej po­sie­dział­bym z dziew­czy­na­mi i po­prze­bie­rał lal­ki. Dziew­czy­ny nie chcą się jed­nak ba­wić, bo i dla nich je­stem obcy. Po tym wspo­mnie­niu do oczu na­pły­nę­ła mi ka­ska­da łez…

A tu ko­lej­ny prze­skok: pod­sta­wów­ka i gim­na­zjum. Lu­dzie za­czy­na­ją się sobą in­te­re­so­wać, łą­czą w pierw­sze pary… Ale nie ja… Nikt nie zwra­ca uwa­gi na gru­be­go brzy­da­la, chy­ba że chce mu do­pie­przyć. Znów łzy i ko­lej­ne wspo­mnie­nie. Li­ceum. Już wiem, że je­stem ge­jem, na­wet uda­ło mi się prze­sko­czyć okres wy­par­cia. Żyję jed­nak w strasz­nym, obez­wład­nia­ją­cym po­czu­ciu, że już za­wsze będę sam. Czu­je się tak nie­atrak­cyj­ny, że prze­sta­ję my­śleć o so­bie jak o czło­wie­ku, boję się ko­mu­kol­wiek po­wie­dzieć o swo­jej orien­ta­cji. Boję się od­rzu­ce­nia. Boję się, że lu­dzie po­my­ślą, że jak w ogó­le mogę okre­ślać się jako homo, he­te­ro czy kto­kol­wiek, sko­ro i tak nikt nie chciał­by mnie tknąć.

Znów za­czą­łem ry­czeć, a mój mózg prze­sko­czył da­lej: stu­dia, pierw­sza pra­ca i pierw­szy raz, po pi­ja­ne­mu. Po pró­bie kon­tak­tu z pro­po­zy­cją dru­gie­go spo­tka­nia wy­wo­ła­ną na­iw­nym my­śle­niem, że coś z tego wyj­dzie, sły­szę, że to był błąd, że, oczy­wi­ście, nie chce mnie ob­ra­żać, ale na trzeź­wo nie je­stem w jego ty­pie. Za­ła­ma­ny wy­outo­wu­ję się w domu. W tym sa­mym mo­men­cie zo­sta­ję z nie­go wy­rzu­co­ny; na szczę­ście mam już swo­je pie­nią­dze, więc szyb­ko uda­je mi się coś wy­na­jąć. Sie­dząc sku­lo­ny w pu­stej ka­wa­ler­ce, obie­cu­ję so­bie, że już ni­g­dy ni­ko­mu nie po­wiem, że je­stem ge­jem.

Za­czy­na się funk­cjo­no­wa­nie w po­twor­nym, pa­ra­no­icz­nym, bez­na­dziej­nym stra­chu, że wszyst­ko się wyda i to znisz­czy mi ży­cie. Zmie­niam pra­cę, za­trud­niam się w war­szaw­skim ra­tu­szu, co tyl­ko wzma­ga we mnie strach, że je­śli wyda się, że je­stem ge­jem, to wszyst­ko stra­cę. Sta­ję się co­raz więk­szym od­lud­kiem, tym bar­dziej że lu­dzie są bez­li­to­śni. Na ja­kiejś fir­mo­wej im­pre­zie sły­szę od za­wia­nej ko­le­żan­ki, że nie dość, że je­stem brzyd­ki, to jesz­cze mało cie­ka­wy…

Za­la­ła mnie ko­lej­na fala roz­pa­czy, ale wspo­mnie­nia ga­lo­po­wa­ły da­lej.

Po ko­lej­nych uszczy­pli­wych ko­men­ta­rzach od oto­cze­nia za­czy­nam się od­chu­dzać. Co schud­nę, to przy­ty­ję, ale w koń­cu uda­je mi się utrzy­mać efekt; nie ma to jed­nak naj­mniej­sze­go wpły­wu na to, jak po­strze­ga­ją mnie inni. Cią­gle je­stem brzyd­ki, ni­ski, nie taki, jak trze­ba. Lata lecą, tech­ni­ka idzie do przo­du, po­wsta­ją Grin­dry i Tin­de­ry, ale w mię­dzy­cza­sie gło­dze­nie prze­ra­dza się w ja­kieś sta­ny de­pre­syj­ne i mu­szę prze­stać. Znów tyję, boję się gdzie­kol­wiek za­ło­żyć kon­to, boję się, że nikt nie bę­dzie za­in­te­re­so­wa­ny.

Cza­sem cho­dzę do ge­jow­skich klu­bów, do któ­rych zda­rza mi się nie zo­stać wpusz­czo­nym, bo trwa im­pre­za za­mknię­ta. Do­brze wiem, że żad­nej im­pre­zy nie ma, a cho­dzi tyl­ko o to, że nie spodo­ba­łem się se­lek­cjo­ne­ro­wi. W cią­gu tych wszyst­kich lat uda­je mi się spo­ra­dycz­nie znaj­do­wać chęt­ne na coś wię­cej oso­by, za każ­dym ra­zem wszyst­ko dzie­je się po pi­ja­ku, a po­tem zero kon­tak­tu. W do­dat­ku przy każ­dej wi­zy­cie tkwię w pa­ra­noi, że ktoś mnie za­uwa­ży i roz­po­zna, i moja ta­jem­ni­ca wyj­dzie na jaw, choć w su­mie mu­siał­bym mieć prze­ogrom­ne­go pe­cha, bo prze­cież mam dwóch zna­jo­mych na krzyż.

W koń­cu w ja­kimś ar­ty­ku­le czy­tam o „Fo­rum dla Brzy­da­li”. Wcho­dzę tam z cie­ka­wo­ści, za­czy­nam ga­dać ze wspa­nia­łym fa­ce­tem. Nie wie­my, jak wy­glą­da­my, ale pi­sze nam się zna­ko­mi­cie, che­mia jest nie­sa­mo­wi­ta. De­cy­du­ję się wy­znać, że je­stem ge­jem, on tak­że się przy­zna­je, uma­wia­my się, a on… oka­zu­je się oszu­stem, któ­ry tak mnie upo­ka­rza. Boże, co za wstyd!

Te wszyst­kie wspo­mnie­nia z każ­dym kro­kiem po­wo­do­wa­ły w moim or­ga­ni­zmie coś na kształt szu­mu. Pul­so­wa­nie, któ­re czu­łem w skro­niach, a wła­ści­wie w każ­dej ko­mór­ce cia­ła. Wie­dzia­łem, że nic nie da się z nim zro­bić, że za­raz roz­sa­dzi mi czasz­kę, ale mój mózg nie od­pusz­czał, wciąż sku­pia­jąc się na wspo­mnie­niu koń­czą­cej się nocy. Jak mo­głem po­my­śleć, że taki ład­ny chło­pak mógł coś we mnie do­strzec?! Chry­ste, co za wstyd! Je­stem nie tyl­ko szpet­ny, lecz tak­że bez­den­nie głu­pi! Ja już ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łem nas ra­zem… Co za wstyd!

Kłąb czar­nych my­śli prze­rwał na­gle moc­niej­szy po­dmuch wia­tru. Nie wie­dzieć kie­dy do­czła­pa­łem na Most Ła­zien­kow­ski. Po mo­jej pra­wej stro­nie roz­cią­ga­ła się im­po­nu­ją­ca syl­we­ta war­szaw­skie­go city. Na se­kun­dę za­po­mnia­łem o tym, co mnie dziś spo­tka­ło. Jak zo­sta­łem wy­ko­rzy… Chry­ste, co za wstyd! Pie­ką­ce upo­ko­rze­nie na nowo wy­peł­ni­ło mój or­ga­nizm. A w gło­wie szum, upo­rczy­wy szum. Niech ktoś to za­trzy­ma, niech ktoś go wy­łą­czy… Ale kto? Je­stem prze­cież sam, za­wsze sam. Tyl­ko ja mogę go uci­szyć.

Z przej­ściem przez ba­rier­kę mo­stu było do­kład­nie tak samo jak z wej­ściem na most – nie wiem, jak tego do­ko­na­łem. Nie wiem, czy ktoś pró­bo­wał mnie ra­to­wać, czy ktoś w ogó­le mnie za­uwa­żył, czy jak zwy­kle by­łem wszyst­kim (w naj­lep­szym wy­pad­ku) obo­jęt­ny. Nie wiem, bo za krót­ko tam sta­łem. Wy­star­czy­ło drob­ne ode­pchnię­cie się, bym, ko­zioł­ku­jąc, bez­wol­nie spa­dał i po se­kun­dzie zde­rzył się z ta­flą wody.

***

Lą­do­wa­nie było twar­de i… su­che.

Więc to tak się umie­ra – po­my­śla­łem, bo­jąc się otwo­rzyć oczy, na wy­pa­dek gdy­by oka­za­ło się, że wo­kół mnie sto­ją ko­tły ze smo­łą, a ja­kiś ro­ga­ty dziad z wi­dła­mi ma za­miar mnie do jed­ne­go z nich za­go­nić. Mimo że ewi­dent­nie czu­łem, że ude­rzy­łem gło­wą o po­wierzch­nię rze­ki albo na­wet o samo dno, z krę­go­słu­pem wszyst­ko było chy­ba okej, bo mia­łem czu­cie w sto­pach. Ogól­nie czu­łem się wręcz nad­spo­dzie­wa­nie do­brze!

W koń­cu otwo­rzy­łem oczy i uj­rza­łem… ce­gla­ne, mi­ster­nie uło­żo­ne skle­pie­nie! Le­ża­łem na pod­ło­dze ja­kie­goś po­miesz­cze­nia, któ­re­go po­sadz­ka była za­la­na wodą. Po­wo­li wsta­łem. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do mnie, że choć wła­śnie pod­nio­słem się z wody, wca­le nie by­łem mo­kry! Co tu się, do cho­le­ry, wy­pra­wia­ło?!

Ro­zej­rza­łem się po sła­bo oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu – to była ko­lej­na dziw­na rzecz, bo trud­no było stwier­dzić, skąd to świa­tło w ogó­le po­cho­dzi. Sala była wiel­ka, przy­po­mi­na­ła ja­kieś nie­koń­czą­ce się pod­zie­mie, ja­kąś piw­ni­cę, któ­rej skle­pie­nie opie­ra­ło się na ce­gla­nych słu­pach. Kie­dyś by­łem na opro­wa­dza­niu po pod­zie­miach war­szaw­skich fil­trów i mia­łem wra­że­nie, że wła­śnie w czymś po­dob­nym się zna­la­złem. Przez chwi­lę nie wie­dzia­łem, co mam ze sobą zro­bić. Wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się nie­rze­czy­wi­ste… Może ja wca­le nie sko­czy­łem z żad­ne­go mo­stu, a ten Ma­riusz mnie czymś na­ćpał i mam ja­kieś ha­lu­cy­na­cje?

Sto­jąc tak bez­czyn­nie, po kost­ki w dziw­nej, su­chej wo­dzie, czu­łem się jak to­tal­ny idio­ta. Za­czą­łem szu­kać ja­kie­goś wyj­ścia. Po­miesz­cze­nie zda­wa­ło się na­praw­dę bez­kre­sne, sze­dłem już dość dłu­go, ale wciąż i wciąż mi­ja­łem ko­lej­ne słu­py, na­dal bę­dąc pod tym sa­mym roz­le­głym skle­pie­niem.

Na­gle za­uwa­ży­łem, że z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem w ta­jem­ni­czej piw­ni­cy robi się co­raz ja­śniej. W koń­cu do­sze­dłem do miej­sca, gdzie słu­pów było mniej, a te, któ­re się tam znaj­do­wa­ły, pod­trzy­my­wa­ły ol­brzy­mią ce­gla­ną ko­pu­łę, pod któ­rą woda była wy­raź­nie głęb­sza – przy­po­mi­na­ła wręcz ja­kieś pod­ziem­ne je­zio­ro. W do­dat­ku ja­śnie­ją­ce, oświe­tla­ją­ce całe oto­cze­nie. Na środ­ku tego je­zio­ra pły­wa­ła so­bie kacz­ka. Tak dziw­na jak wszyst­ko tu­taj, bo cała jak­by ze zło­ta i w… ko­ro­nie!

– Ja je­bię. No jed­nak mam ha­lu­cy­na­cje – po­wie­dzia­łem sam do sie­bie.

– Nie prze­kli­naj – do­bie­gło skądś skrze­kli­we upo­mnie­nie. – Żad­ne ha­lu­cy­na­cje, to zło­to tak świe­ci spod po­wierzch­ni wody!

Ro­zej­rza­łem się gwał­tow­nie, za­sta­na­wia­jąc się, kto to wła­ści­wie mówi.

– Nie roz­glą­daj się jak ja­kiś sza­le­niec. Prze­cież to ja mó­wię!

– Ja, czy­li kto? – By­łem zu­peł­nie zdez­o­rien­to­wa­ny. Wciąż ni­ko­go nie wi­dzia­łem.

– No ja, kacz­ka! – Ze środ­ka je­zio­ra do­bie­gło mnie znie­cier­pli­wie­nie.

Od­wró­ci­łem się i wga­pi­łem w pły­wa­ją­ce stwo­rze­nie.

– Na­praw­dę nie dzi­wi cię zło­te je­zio­ro, ale ga­da­ją­ca kacz­ka już tak? – Ptak rze­czy­wi­ście kła­pał dzio­bem, z któ­re­go wy­do­by­wa­ły się sło­wa.

– Jaaa pie­eer­do­lę­ęę… – Nie mo­głem się po­wstrzy­mać. – Ja się chy­ba bar­dzo moc­no ude­rzy­łem w gło­wę!

– Czło­wie­ku, ty nie ży­jesz! A poza tym mó­wi­łam ci, że­byś nie klął. Je­steś w to­wa­rzy­stwie szlach­cian­ki! Może i obec­nie w nie­naj­bar­dziej do­stoj­nej po­sta­ci, ale jed­nak szlach­cian­ki!

– Jak to nie żyję?! – Zu­peł­nie zi­gno­ro­wa­łem dal­szy wy­wód, sku­pia­jąc się tyl­ko na udzie­lo­nej na po­cząt­ku szo­ku­ją­cej in­for­ma­cji.

– A cze­go się spo­dzie­wa­łeś, ska­cząc z mo­stu? Są­dząc po syl­wet­ce, ra­czej nie pły­wasz so­bie hob­by­stycz­nie.

– No nie! Umar­łem i te­raz całą wiecz­ność bę­dzie mi ci­snąć ga­da­ją­ca kacz­ka?! To jest moje pie­kło?!

– No de­bil. – Kacz­ka zno­wu się znie­cier­pli­wi­ła, za­po­mi­na­jąc przy oka­zji o ma­nie­rach. – Je­steś z War­sza­wy i w ogó­le mnie nie ko­ja­rzysz? Ja­kie pie­kło?! Je­stem Zło­tą Kacz­ką!

Te­raz to już na­praw­dę zba­ra­nia­łem. Po chwi­li wa­ha­nia za­py­ta­łem:

– Do­bra… Je­steś Zło­tą Kacz­ką… I nie je­ste­śmy w pie­kle… To gdzie w ta­kim ra­zie?

– No nie, nie wie­rzę. Ty na­praw­dę nie znasz le­gen­dy o mnie?! No, w pod­zie­miach Zam­ku Ostrog­skich, przy ma­gicz­nym je­zio­rze!

– Oooke­eej… Znam le­gen­dę, ale do te­raz my­śla­łem, że to buj­da. Ale na­wet je­śli nie buj­da, to w jaki spo­sób tra­fi­łem tu pro­sto z Wi­sły?!

– Wi­dzisz, to do­syć skom­pli­ko­wa­ne, za­ha­cza o ma­gię i fi­zy­kę kwan­to­wą, teo­rię względ­no­ści, por­ta­le, cza­kra­my, róż­ne wy­mia­ry i ge­ne­ral­nie teo­rie spi­sko­we. Chy­ba nie mam ocho­ty ci tego wszyst­kie­go tłu­ma­czyć. Ale… – pa­trząc na moją co­raz bar­dziej za­dzi­wio­ną minę, pta­szy­sko wes­tchnę­ło i za­ma­cha­ło zło­ty­mi skrzy­dła­mi – …może rze­czy­wi­ście po­trzeb­ne bę­dzie ja­kieś wy­ja­śnie­nie.

Wpa­try­wa­łem się w Zło­tą Kacz­kę tak in­ten­syw­nie, że aż dziw­ne, że moje spoj­rze­nie nie prze­szy­ło jej na wy­lot. Ta jed­nak de­lek­to­wa­ła się pau­zą, ma­jąc gdzieś moją nie­pew­ność. Kie­dy w koń­cu za­czę­ła kła­pać dzio­bem, aż drgną­łem.

– Otóż na­le­żysz, a ra­czej na­le­ża­łeś, do tych lu­dzi, któ­rym się wy­da­je, że po śmier­ci nic nie ma – za­czę­ła swój wy­wód. – A ta­kie my­śle­nie to du­uuży błąd! Na każ­de­go bo­wiem coś tam cze­ka. Coś tam, bo nie jest oczy­wi­ście tak, że każ­dy, kto umrze, tra­fia przed moje ob­li­cze. Wpraw­dzie per­spek­ty­wa za­rzą­dza­nia ży­ciem i śmier­cią po­ta­jem­nie, z tyl­ne­go fo­te­la, bez wła­ści­wie żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wy­da­je się bar­dzo ku­szą­ca… – roz­ma­rzy­ła się, po czym sama sie­bie ostro przy­wo­ła­ła do po­rząd­ku. – Ale ja nie z tych ka­czek! Do mnie tra­fia­ją ci, któ­rzy uto­ną w Wi­śle. I to tyl­ko na war­szaw­skim od­cin­ku, w do­dat­ku w wy­jąt­ko­wych oko­licz­no­ściach.

Kacz­ka za­wie­si­ła głos i ewi­dent­nie cze­ka­ła, że­bym za­py­tał:

– Ja­kich oko­licz­no­ściach?

– Trze­ba bar­dzo, bar­dzo cze­goś chcieć i za­bić się dla­te­go, że się tego nie ma. Pierw­szy tra­fił tu­taj ten szew­czyk, o któ­rym mówi le­gen­da. Był bar­dzo bied­ny, miał już tego do­syć, chciał być bo­ga­ty, nie wy­cho­dzi­ło, no to się bi­du­lek uto­pił. – Kacz­ka chy­ba nie­zbyt przej­mo­wa­ła się dra­stycz­ny­mi oko­licz­no­ścia­mi, któ­re przed­sta­wia­ła; mó­wi­ła to­nem, jak­by była na plo­tecz­kach u zna­jo­mej hra­bi­ny.

– Nie pa­mię­tam aż ta­kich szcze­gó­łów z tej le­gen­dy! – przy­zna­łem szcze­rze.

– Bo tego tam nie ma! W koń­cu w le­gen­dzie jest tyl­ko ziar­no praw­dy! – Kacz­ka pu­ści­ła do mnie oko.

– No do­brze. – Mimo że cały czas nie wie­rzy­łem, że to wszyst­ko się dzie­je na­praw­dę, ob­sta­wia­jąc albo bar­dzo dziw­ny sen, albo ukry­tą ka­me­rę, albo też re­zul­tat re­ak­cji che­micz­nej za­cho­dzą­cej w moim umie­ra­ją­cym mó­zgu, by­łem cie­kaw, cze­go chce ode mnie Zło­ta Kacz­ka. – Szew­czyk chciał pie­nię­dzy, da­łaś mu sa­kiew­kę i ka­za­łaś wszyst­ko wy­dać na sie­bie – przy­po­mnia­łem so­bie szcze­gó­ły le­gen­dy z dzie­ciń­stwa. – A co chcesz za­pro­po­no­wać mnie? I po co w ogó­le cały ten cyrk?

– Do­brze, od razu do rze­czy, to mi się po­do­ba. – Kacz­ka pod­pły­nę­ła do mnie i za­czę­ła mi się uważ­nie przy­glą­dać. – Za­cznę od koń­ca. Otóż, jak już ci po­wie­dzia­łam, je­stem szlach­cian­ką, do­kład­nie kró­lew­ną. W kacz­kę mnie za­klę­to, bo rze­ko­mo cały czas my­śla­łam tyl­ko o so­bie! I abym mo­gła od­zy­skać daw­ną po­stać i opu­ścić to prze­klę­te miej­sce, mu­szę zna­leźć ja­kie­goś to­piel­ca… Jej, już tak na mnie nie patrz! No do­bra, po­leć­my le­gen­dą: śmiał­ka o do­brym ser­cu, któ­re­go naj­skryt­sze ma­rze­nie mam od­gad­nąć i speł­nić.

– Ale jak ty masz od­gad­nąć moje ma­rze­nie, sko­ro na­wet mnie nie znasz?! – prze­rwa­łem kacz­ce za­dzi­wio­ny.

– O to się nie martw. Wiem o każ­dym, kto tu tra­fi, wy­star­cza­ją­co dużo. To co, zga­du­je­my i speł­nia­my?

– Cze­kaj, cze­kaj, jesz­cze nie po­wie­dzia­łem, że się zga­dzam! Chciał­bym wie­dzieć, ja­kie mam opcje – od­rze­kłem, cią­gle nie­co ob­ra­żo­ny.

– Nie wiem, ale na nic do­bre­go bym nie li­czy­ła… Może i pój­dziesz do tego swo­je­go pie­kła? Tak że ra­dzę przy­jąć wy­cią­gnię­te, życz­li­we skrzy­dło!

Myśl o spę­dze­niu wiecz­no­ści w ko­tle ze smo­łą może i by mnie prze­ra­zi­ła, gdy­by nie to, że zu­peł­nie nie wie­rzy­łem, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę. Przy­szło mi jed­nak do gło­wy, że mój mózg, naj­pew­niej znaj­du­ją­cy się w ja­kiejś prze­dziw­nej śpiącz­ce po upad­ku z wy­so­ko­ści, sam so­bie daje ofer­tę kacz­ki jako re­cep­tę na wy­bu­dze­nie się…

– Do­brze, więc co chcesz mi za­pro­po­no­wać? Cze­go tak bar­dzo chcia­łem przez całe ży­cie? – za­da­łem py­ta­nie.

– Chcia­łeś być bar­dzo przy­stoj­ny i po­do­bać się fa­ce­tom. Da się zro­bić. – Kacz­ka uśmiech­nę­ła się. – Wy­star­czy jed­no moje sło­wo, a obu­dzisz się z po­wro­tem na po­wierzch­ni i wró­cisz do swo­je­go ży­cia, ale jako przy­stoj­niak, ja­kie­go świat nie wi­dział!

Za­pa­dła ci­sza; nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. W koń­cu wy­krztu­si­łem:

– Wszyst­ko faj­nie… Roz­gry­złaś mnie, su­per, gra­tu­lu­ję… Ale w czym tkwi ha­czyk?

Kacz­ka uśmiech­nę­ła się prze­bie­gle.

– Ha­czyk tkwi w tym, mój dro­gi, że nie bę­dziesz się mógł opę­dzić od ad­o­ra­to­rów. Bę­dziesz mógł ro­bić wszyst­ko, na co masz ocho­tę, poza jed­nym je­dy­nym… Dam ci ty­dzień pró­by. W cią­gu tego ty­go­dnia nie mo­żesz od­wza­jem­nić uczu­cia. Je­śli po­wiesz ko­mu­kol­wiek, że go ko­chasz, nie­waż­ne, czy jako pierw­szy, czy od­wza­jem­nia­jąc wy­zna­nie, wszyst­ko się skoń­czy, a ty wró­cisz do swo­je­go par­szy­we­go ży­cia… Po sied­miu dniach, je­śli wy­trzy­masz, zo­sta­niesz w swo­im no­wym, pięk­nym cie­le już na za­wsze. To zna­czy do cza­su, aż się ze­sta­rze­jesz i umrzesz… Ale to już nie moja ro­bo­ta… To jak, zga­dzasz się?

Kacz­ka ewi­dent­ne mia­ła dość tej roz­mo­wy i chcia­ła przejść do re­ali­za­cji pla­nu. I ja, mó­wiąc szcze­rze, rów­nież. Czy to moż­li­we, że­bym rze­czy­wi­ście do­stał dru­gą szan­sę od losu? W su­mie nikt do koń­ca nie wie, jak to wszyst­ko dzia­ła! Może rze­czy­wi­ście są na tym świe­cie rze­czy, któ­re się fi­lo­zo­fom nie śni­ły i mnie wła­śnie taka rzecz spo­tka­ła? Mia­łem jesz­cze tyl­ko jed­no py­ta­nie.

– Ale… ja mam wró­cić do swo­je­go ży­cia, to zna­czy da­lej pra­co­wać w urzę­dzie, znać tych sa­mych lu­dzi i tak da­lej, tyl­ko w no­wym cie­le? Jak to wszyst­ko po­go­dzić? Nie będę mógł się z ni­kim już wię­cej zo­ba­czyć?! Będę mu­siał zmie­nić pra­cę i w ogó­le?

– Ko­cha­ny, a bo ja wiem? Ja i tak od­wa­lam więk­szość ro­bo­ty! Lu­dzie cię nie będą po­zna­wa­li, bo masz być nie do po­zna­nia! Zresz­tą czy ty masz aż tylu zna­jo­mych i tak fan­ta­stycz­ną pra­cę, żeby ich ża­ło­wać? Z ro­dzi­ną to też chy­ba re­la­cje ta­kie ra­czej na­pię­te. Tak że de­cy­duj, czy przyj­mu­jesz wy­zwa­nie.

Kie­dy usły­sza­łem wszyst­kie wa­run­ki, za­wa­ha­łem się. Z dru­giej stro­ny, jaki mia­łem wy­bór? I w za­sa­dzie co ja mia­łem do stra­ce­nia? Może i zmia­na ży­cia nie bę­dzie taka ła­twa, ale je­śli w imię tego mam do­stać to, cze­go za­wsze chcia­łem? I utrzy­mać to na wa­run­kach, któ­re wy­da­wa­ły się wręcz ab­sur­dal­nie ła­twe?! Mam ni­ko­mu nie po­wie­dzieć przez ty­dzień, że go ko­cham? I do­sta­nę za to coś, o czym ma­rzy­łem od za­wsze?

– Zga­dzam się – po­wie­dzia­łem szyb­ko.

– Niech więc się sta­nie! – do­no­śnie od­par­ła kacz­ka.

Po tych sło­wach nie mi­nę­ła chy­ba na­wet se­kun­da, a coś świ­snę­ło, coś bły­snę­ło, coś za­wi­ro­wa­ło i…

***

…za­czą­łem się nie­mi­ło­sier­nie krztu­sić. Zda­łem so­bie spra­wę, że z mych ust pod­czas każ­de­go kaszl­nię­cia try­ska­ła na be­ton nie­przy­jem­na w sma­ku woda, do cia­ła le­pi­ło mi się mo­kre ubra­nie, a ja by­łem na czwo­ra­kach, czu­jąc się jak zbi­ty pies. Co tu się wy­pra­wia­ło?!

Nie wiem, ile do­kład­nie to trwa­ło, ale z każ­dą mi­nu­tą za­czy­na­łem jed­nak czuć się co­raz le­piej. Chy­ba wy­krztu­si­łem już całą wodę i mo­głem prze­ło­żyć się na ple­cy. Nade mną wi­sia­ło naj­zwy­czaj­niej­sze nie­bo; co­raz ja­śniej­sze. Wy­glą­da­ło na to, że wcze­sny ra­nek za­czął ustę­po­wać dniu.

– Prze­pra­szam, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? – usły­sza­łem do­bie­ga­ją­cy z góry głos.

Prze­wró­ci­łem się na bok i spoj­rza­łem w tam­tym kie­run­ku. Na szczy­cie be­to­no­wych schod­ków sta­ła ja­kaś ko­bie­ta w stro­ju do bie­ga­nia. Pa­trzy­ła na mnie z tro­ską i za­cie­ka­wie­niem. – Po­trze­bu­je pan po­mo­cy? Wpadł pan do wody?

Przez chwi­lę nie wie­dzia­łem, o czym mówi. Mimo że do­cho­dzi­łem do sie­bie, wciąż tkwi­ły we mnie reszt­ki oszo­ło­mie­nia. Ro­zej­rza­łem się. Ewi­dent­nie le­ża­łem na brze­gu rze­ki, któ­rej skraj po­ro­śnię­ty był ja­ki­miś przy­pad­ko­wy­mi, nie­wy­so­ki­mi krza­ka­mi. Ja le­ża­łem na be­to­no­wej pły­cie, któ­ra pod­czas pod­wyż­sze­nia sta­nu wody mu­sia­ła być za­kry­ta przez rzecz­ną toń, a nade mną roz­cią­gał się nad­gry­zio­ny zę­bem cza­su be­to­no­wy bul­war. Kil­ka se­kund za­ję­ło mi po­łą­cze­nie fak­tów. Do­tar­ło do mnie, że je­stem nad Wi­słą, na Cy­plu Czer­nia­kow­skim. Rzut be­re­tem od Mo­stu Ła­zien­kow­skie­go, z któ­re­go to wcze­śniej sko­czy­łem…

– Pro­szę pana? Ja chy­ba za­dzwo­nię po ka­ret­kę… – Za dłu­go nie re­ago­wa­łem i ko­bie­ta na po­waż­nie się za­nie­po­ko­iła; już się­ga­ła do kie­sze­ni po te­le­fon i za­czę­ła scho­dzić w moim kie­run­ku.

– Nie, nie, pro­szę nie dzwo­nić! – wy­krztu­si­łem w koń­cu, a mych uszu do­biegł przy­jem­ny, ba­so­wy głos. – Jak ja dziw­nie mó­wię! – Nie mo­głem się po­wstrzy­mać.

– Pan się mu­siał moc­no ude­rzyć. Przy­je­dzie po­go­to­wie i spraw­dzą… – Ko­bie­ta już wy­bie­ra­ła nu­mer.

– Nie, na­praw­dę nie trze­ba! – W se­kun­dę po­de­rwa­łem się na nogi. Jesz­cze tyl­ko po­go­to­wia mi tu bra­ko­wa­ło. Nie zwa­ża­jąc na to, jak prze­dziw­nie (i nie­sa­mo­wi­cie sek­sow­nie!) brzmi mój głos, wy­my­śli­łem na po­cze­ka­niu ja­kąś hi­sto­ryj­kę. – Wi­dzi pani, ja się tak głu­pio za­ło­ży­łem z kum­pla­mi… że prze­pły­nę Wi­słę wpław z tam­te­go brze­gu. I po pro­stu so­bie te­raz od­po­czy­wa­łem.

Ko­bie­ta pa­trzy­ła na mnie jak na to­tal­ne­go idio­tę, ale scho­wa­ła te­le­fon.

– Prze­cież mógł pan so­bie zro­bić krzyw­dę! Taki fa­cet, a coś so­bie musi udo­wad­niać! – Z za­że­no­wa­niem krę­ci­ła gło­wą.

Pa­trzy­łem na nią i nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Co ma na my­śli, mó­wiąc „taki fa­cet”? Pod­ry­wa mnie?! Mnie się ta­kie rze­czy nie zda­rza­ją! Lecz ona jest nie tyl­ko za­że­no­wa­na, lecz tak­że ewi­dent­nie za­in­te­re­so­wa­na. Te spoj­rze­nia… Co ja mam zro­bić?! Co tu się dzie­je?! Nic to, po pro­stu trze­ba się uśmiech­nąć.

Ko­bie­ta na­tych­miast od­wza­jem­ni­ła mój uśmiech.

– Oj, pro­szę pana. – Po­gro­zi­ła mi pal­cem. – Ta­kie głu­pie po­pi­sy to nie jest spo­sób na ko­bie­ty – za­śmia­ła się. – Ale do­brze, dam panu nu­mer. Pro­szę na­tych­miast wra­cać do domu i się prze­brać, a po­tem za­dzwo­nić i dać znać, że wszyst­ko okej. Ma pan jak za­pi­sać?

Kom­plet­nie zszo­ko­wa­ny się­gną­łem do kie­sze­ni, z któ­rej wy­ją­łem prze­mo­czo­ny te­le­fon. Ja­kimś cu­dem dzia­łał, a więc od­blo­ko­wa­łem go i po­da­łem nie­zna­jo­mej. Ta wpi­sa­ła mi się jako Ania, za­ło­po­ta­ła rzę­sa­mi, po czym od­bie­gła, kil­ku­krot­nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Nie, nie, nie, nie, to wszyst­ko się nie dzie­je! Czy ja wła­śnie na­praw­dę zdo­by­łem nu­mer ja­kiejś la­ski, na­wet tego nie chcąc?! Mnie ta­kie rze­czy nie spo­ty­ka­ją, je­stem nie­atrak­cyj­nym ge­jem! Przy­da­rzył mi się przy­kry in­cy­dent z mę­ską pro­sty­tut­ką, za­ła­ma­łem się, sko­czy­łem z mo­stu, uro­iłem so­bie ja­kąś Zło­tą Kacz­kę i uda­ło mi się wy­czoł­gać na brzeg. Tyle. Może ta la­ska ma ja­kiś syn­drom opie­kun­ki i leci na wszyst­ko, co po­trze­bu­je po­mo­cy? Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby spo­tka­nie ze Zło­tą Kacz­ką przy­da­rzy­ło mi się na­praw­dę. To nie­moż­li­we, bym te­raz za­je­bi­ście wy­glą­dał i był ła­ma­czem serc wsze­la­kich…

O kur­wa! To JEST MOŻ­LI­WE!!!

Na­wet nie wiem, kie­dy włą­czy­łem przed­nią ka­mer­kę w te­le­fo­nie. Pa­trzy­łem niby na sie­bie, ale… no nie. Z ekra­nu spo­glą­dał na mnie naj­przy­stoj­niej­szy, naj­bar­dziej po­cią­ga­ją­cy i in­try­gu­ją­cy fa­cet, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Wło­sy blond, oczy nie­bie­skie, mę­ska szczę­ka, twarz po­cią­gła i de­li­kat­ny, kil­ku­dnio­wy za­rost!!! Boże!!!

Te­le­fon wy­padł mi z ręki. Za­czą­łem jak osza­la­ły ob­ma­cy­wać się po ca­łym cie­le. Nogi ja­kieś dłuż­sze, brzuch twar­dy, wy­czu­wal­ne mię­śnie, roz­wi­nię­ta klat­ka pier­sio­wa!!! Na Boga, co tu się wła­śnie wy­da­rzy­ło?!

***

Kie­dy wsze­dłem do miesz­ka­nia, na­tych­miast za­czą­łem zrzu­cać z sie­bie prze­mo­czo­ne ubra­nie. Gdzieś mia­łem wzglę­dy zdro­wot­ne, ja po pro­stu mu­sia­łem zo­ba­czyć się nago! Z lu­stra spo­glą­dał na mnie chy­ba sam Bradd Pitt skrzy­żo­wa­ny z Apol­li­nem. Oka­za­ło się, że nie tyl­ko twarz mia­łem ide­al­ną; całe moje cia­ło było maj­stersz­ty­kiem! By­łem wy­so­kim, zna­ko­mi­cie (ale nie­prze­sad­nie) zbu­do­wa­nym fa­ce­tem z pięk­nym, sek­sow­nym ty­łecz­kiem. Nie dość, że kla­tę mia­łem jak u pi­ra­ta, to jesz­cze i ma­cze­ta była ni­cze­go so­bie! Ba, na­wet sto­py mia­łem per­fek­cyj­ne, choć ta­kie ze­sta­wie­nie wcze­śniej wy­da­wa­ło mi się oksy­mo­ro­nem.

Jak urze­czo­ny wpa­try­wa­łem się w swo­je od­bi­cie, oglą­da­jąc się z każ­dej moż­li­wej stro­ny. Wy­rwa­ło mnie… kwa­ka­nie do­cho­dzą­ce z mo­je­go te­le­fo­nu! Do­pa­dłem urzą­dze­nia skry­wa­ją­ce­go się w po­rzu­co­nych w przed­po­ko­ju spodniach i za­sko­czo­ny od­kry­łem, że to alarm po­cho­dzą­cy z apli­ka­cji… Gol­den­Duck!

– Css­so to je­eest?!

By­łem tak zdzi­wio­ny, że aż po­wie­dzia­łem to na głos (ja­kiż sek­sow­ny głos!), bo ta­kiej apki ni­g­dy u sie­bie nie in­sta­lo­wa­łem. A ta nie ro­bi­ła w za­sa­dzie nic in­ne­go poza wy­świe­tla­niem na ca­łym ekra­nie wiel­kie­go mi­nut­ni­ka, któ­ry od­li­czał w dół, wska­zu­jąc obec­nie sto sześć­dzie­siąt sześć go­dzin, pięć­dzie­siąt dzie­więć mi­nut i pięt­na­ście se­kund. Nad zmie­nia­ją­cy­mi się licz­ba­mi wid­niał je­den ma­leń­ki em­ble­mat przed­sta­wia­ją­cy sche­ma­tycz­ny ry­su­nek, a w za­sa­dzie kon­tur zło­tej kacz­ki w ko­ro­nie.

– Jak ona mi to za­in­sta­lo­wa­ła?!

Szok trwał, ale do­tar­ło do mnie, że apka po­ka­zu­je, ile cza­su zo­sta­ło do koń­ca mo­jej pró­by, i naj­wy­raź­niej co go­dzi­nę emi­tu­je ka­czy alarm. Czy to wszyst­ko dzia­ło się na­praw­dę?

Z cie­ka­wo­ści spró­bo­wa­łem usu­nąć apli­ka­cję, ale te­le­fon wy­świe­tlił tyl­ko ko­mu­ni­kat, że taka ope­ra­cja jest nie­do­zwo­lo­na. Bo­jąc się, że za­raz za karę zo­sta­nę z po­wro­tem za­mie­nio­ny w ka­ry­ka­tu­rę czło­wie­ka, po pro­stu wy­ci­szy­łem dźwięk w te­le­fo­nie. W su­mie taki mi­nut­nik był cał­kiem przy­dat­ny.

Do­tar­ło do mnie, że cały czas sto­ję nago w przed­po­ko­ju, po­sta­no­wi­łem więc coś na sie­bie wło­żyć i ze­brać my­śli. Ro­zej­rza­łem się po miesz­ka­niu. Wszyst­ko było do­kład­nie ta­kie samo jak wcze­śniej, poza go­spo­da­rzem. To ro­dzi­ło pierw­szy pro­blem. Kie­dy mia­łem na so­bie prze­mo­czo­ne ubra­nie, na­wet nie zwró­ci­łem na to uwa­gi, ale ża­den z mo­ich ła­chów na mnie nie pa­so­wał. Nie cho­dzi­ło o to, że rze­czy były brzyd­kie, ale po pro­stu w jed­nych miej­scach za duże, w in­nych zgo­ła za małe. No tak, w koń­cu nowy ja był znacz­nie wyż­szy, szczu­plej­szy, a na brzu­chu nie miał na­wet gra­ma zbęd­ne­go tłusz­czu. Nic dziw­ne­go, że we wszyst­kim, co mia­łem do dys­po­zy­cji, wy­glą­da­łem jak ubo­gi krew­ny do­na­sza­ją­cy ubra­nie po star­szym bra­cie. Chcąc nie chcąc, za­ło­ży­łem po pro­stu – te­raz znacz­nie za duże – bok­ser­ki i w mia­rę pa­su­ją­cy do nich szla­frok. Za­pa­rzy­łem kawę i za­czą­łem ją są­czyć, opadł­szy na krze­sło przy ku­chen­nym sto­le.

Po­wo­li do­cie­ra­ło do mnie, że – jak­kol­wiek nie­sa­mo­wi­cie to brzmia­ło – to wszyst­ko dzia­ło się na­praw­dę. Wy­pa­da­ło­by więc chy­ba opra­co­wać ja­kiś plan dzia­ła­nia. Pierw­sza myśl: nie wy­cho­dzić z domu. Dzię­ki temu unik­nął­bym wszel­kich sy­tu­acji, w któ­rych mógł­bym wy­znać ko­muś mi­łość, a choć pod­czas spo­tka­nia z kacz­ką my­śla­łem, że to bła­host­ka, to jed­nak po za­sta­no­wie­niu się uzna­łem, że za­gro­że­nie było re­al­ne, bio­rąc pod uwa­gę, że jesz­cze kil­ka go­dzin temu za­bu­ja­łem się w chło­pa­ku w za­sa­dzie do­pie­ro co po­zna­nym, a kie­dy oka­zał się oszu­stem, po pro­stu się za­bi­łem. By­łem nie­co nie­sta­bil­ny emo­cjo­nal­nie…

– Skur­wy­syn je­ba­ny – za­klą­łem na samo wspo­mnie­nie Ma­riu­sza, po­ka­zu­jąc środ­ko­wy pa­lec Bogu du­cha win­ne­mu po­wie­trzu. – Że­byś mnie te­raz zo­ba­czył, śmie­ciu! Ale już nie dla psa kieł­ba­sa!

Jak z pro­cy wy­rwa­łem do sa­lo­nu, w któ­rym na ła­wie le­żał mój lap­top. Szyb­ko za­lo­go­wa­łem się na „Fo­rum dla Brzy­da­li” i bły­ska­wicz­nie po­usu­wa­łem wszyst­kie roz­mo­wy, po czym usu­ną­łem kon­to, po­sta­na­wia­jąc jed­no­cze­śnie, że o przy­krej przy­go­dzie zwią­za­nej z Ma­riu­szem i Kac­per­kiem mu­szę jak naj­szyb­ciej za­po­mnieć i w peł­ni sko­rzy­stać z otrzy­ma­nej od losu szan­sy. Ale w za­sa­dzie po co ja to usu­ną­łem? Może trze­ba było wszyst­ko sko­pio­wać i iść na po­li­cję? Tyle że wte­dy mu­siał­bym ze­znać, że je­stem ge­jem; w do­dat­ku ja te­raz w za­sa­dzie nie ist­nia­łem!

Znów po­bie­głem do przed­po­ko­ju i z – wciąż mo­krych – le­żą­cych na pod­ło­dze spodni tym ra­zem wy­ją­łem port­fel. Ze zdję­cia w do­wo­dzie spoj­rzał na mnie sta­ry, szpet­ny ja. A więc na­wet wy­le­gi­ty­mo­wać bym się nie mógł… Ta myśl na­gle roz­to­czy­ła przed moim lę­kli­wym umy­słem strasz­ną wi­zję: je­stem prze­pięk­ny, ale mu­szę prze­mo­de­lo­wać całe swo­je ży­cie, je­śli mam być no­wym sobą już na za­wsze. Co z pra­cą? Co z kre­dy­tem na miesz­ka­nie? Co z są­sia­da­mi? Jak wy­tłu­ma­czyć im taką prze­mia­nę?

Cho­ler­ny dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Za­ło­żę się, że szew­czyk nie miał ta­kich pro­ble­mów i nie mu­siał się ni­ko­mu tłu­ma­czyć z na­głe­go przy­pły­wu zło­ta! Że­bym i ja nie miał pro­ble­mów, zu­peł­nie roz­sąd­ną de­cy­zją bę­dzie po­ko­rzy­sta­nie z no­we­go ży­cia i zde­cy­do­wa­nie, czy mi się ono po­do­ba. Może je­stem tak bez­na­dziej­ny, że mimo no­wej po­wło­ki ża­den fa­cet na mnie nie po­le­ci, a w ta­kim wy­pad­ku może nie ma sen­su wy­wra­cać so­bie ży­cia do góry no­ga­mi? Je­śli taki czar­ny sce­na­riusz oka­zał­by się praw­dzi­wy, mógł­bym na­wet ja­kiejś przy­pad­ko­wej oso­bie wy­znać mi­łość i, je­śli tyl­ko zmiesz­czę się w cza­sie, to wszyst­ko wró­ci do – może i brzyd­kiej – ale przy­naj­mniej zna­nej nor­my. Chy­ba pierw­szy raz w ży­ciu ucie­szy­łem się, że nie mam zna­jo­mych i kon­tak­tu z ro­dzi­ną. Dwa pro­ble­my przy­naj­mniej z gło­wy.

Ana­li­zo­wa­łem swo­ją sy­tu­ację na róż­ne spo­so­by, z róż­nych per­spek­tyw i na­wet nie za­uwa­ży­łem, że Gol­den­Duck po­ka­zu­je już tyl­ko sto sześć­dzie­siąt czte­ry go­dzi­ny.

Fuck, na­praw­dę zmar­no­wa­łem tyle cza­su na za­mar­twia­nie się? Czas na mę­ską de­cy­zję, trze­ba wyjść z domu, w koń­cu było so­bot­nie przed­po­łu­dnie, a to ozna­cza­ło, że nie­uchron­nie zbli­żał się so­bot­ni wie­czór – ide­al­na oka­zja, by za­pre­zen­to­wać się świa­tu! Po­sta­no­wi­łem, że wszyst­ki­mi głu­po­ta­mi – jak po­ten­cjal­na zmia­na toż­sa­mo­ści czy szu­ka­nie no­wej pra­cy – po­mar­twię się po­tem, a tym­cza­sem trze­ba dzia­łać.

Przede wszyst­kim ni­ko­mu nie mo­głem po­wie­dzieć, co mi się przy­da­rzy­ło – kacz­ka wpraw­dzie ta­kie­go wa­run­ku mi nie dała, ale je­śli za­cznę o tym roz­po­wia­dać, to całą moją pró­bę spę­dzę w ka­fta­nie w Twor­kach! Na­tych­miast na­pi­sa­łem ma­ila do pra­cy, że po­trze­bu­ję ode­brać w nad­cho­dzą­cym ty­go­dniu za­le­gły urlop (waż­ne spra­wy ro­dzin­ne), mo­dląc się jed­no­cze­śnie, by szef, jak od­czy­ta go w po­nie­dzia­łek, nie pró­bo­wał do mnie wy­dzwa­niać, bo na­wet po gło­sie by mnie nie po­znał.

Na­stęp­nie szyb­ko coś prze­ką­si­łem, wzią­łem prysz­nic i wy­bra­łem kil­ka ciu­chów, w któ­rych wy­glą­da­łem naj­mniej pod­le, aby móc wyjść na mia­sto w po­szu­ki­wa­niu ciu­chów, w któ­rych będę wy­glą­dał olśnie­wa­ją­co. Stwier­dzi­łem, że być może przy­da mi się po­moc, bo – choć po­dej­rze­wa­łem, że we wszyst­kim będę wy­glą­dał świet­nie – faj­nie, by ktoś za­przy­jaź­nio­ny do­ra­dził mi, w czym będę wy­glą­dał naj­le­piej. Pro­blem tyl­ko w tym, że ja ni­ko­go ta­kie­go nie mia­łem… Ale za­wsze moż­na spró­bo­wać mieć.

Sam sobą za­sko­czo­ny, chwy­ci­łem za te­le­fon i wy­bra­łem nu­mer.

– Ania? Cześć, tu­taj Pa­tryk, po­zna­li­śmy się dziś na bul­wa­rze… A ja się cie­szę, że ode­bra­łaś… Słu­chaj, chciał­bym się z tobą spo­tkać i po­ga­dać, po­trze­bo­wał­bym też two­jej rady na za­ku­pach… Tak, tak, ubra­nio­wych… Za go­dzi­nę pod Zło­ty­mi Ta­ra­sa­mi? Su­per!

1 Uważ­ny czy­tel­nik wy­ła­pie w tej książ­ce drob­ne nie­ści­sło­ści, na przy­kład w pi­sow­ni na­zwisk. Na­le­ży jed­nak pa­mię­tać, że coś, co jest nie­po­praw­ne w jed­nym świe­cie, może być jak naj­bar­dziej po­praw­ne w in­nym (przyp. aut.).

***

Ob­sta­wie­ni ze wszyst­kich stron tor­ba­mi z ciu­cha­mi, sie­dzie­li­śmy w Star­buck­sie przy Emi­lii Pla­ter i wci­na­li­śmy cia­sto, po­pi­ja­jąc je kawą. Wraz z prze­mia­ną fi­zycz­ną na­bra­łem chy­ba ja­kiejś nie­sa­mo­wi­tej in­tu­icji do lu­dzi, bo Anka oka­za­ła się nie tyl­ko wspa­nia­łą za­ku­po­wą po­ma­gier­ką, lecz tak­że prze­sym­pa­tycz­ną oso­bą, z du­żym po­ten­cja­łem na przy­ja­ciół­kę.

– Zdra­dzę ci, że jak mi po­wie­dzia­łeś, że je­steś ge­jem, to taki smu­tek mnie ogar­nął! Kie­dy dzwo­ni­łeś, to aż mi ser­ce za­bi­ło moc­niej, a tu taka przy­kra nie­spo­dzian­ka! – mó­wi­ła za­wa­diac­kim to­nem.

Do­pie­ro te­raz mo­gli­śmy po­ga­dać, bo – nie li­cząc mo­je­go szcze­re­go wy­zna­nia już na po­cząt­ku spo­tka­nia – wpa­dli­śmy w taki wir za­ku­pów, że poza wy­mia­ną uwag na te­mat mo­jej nie­sa­mo­wi­tej atrak­cyj­no­ści i ubrań nie za­mie­ni­li­śmy ani sło­wa.

– Sam sie­bie za­sko­czy­łem, że tak od razu się wy­outo­wa­łem. Zwy­kle tak szyb­ko tego nie ro­bię.

– No tak, Pol­ska. – Prze­wró­ci­ła tyl­ko ocza­mi. – Ale nie­sa­mo­wi­cie cie­szę się, że aku­rat te­raz ze­chcia­łeś zmie­nić styl z po­mo­cą nie­zna­jo­mej oso­by, bo poza tym, że świet­nie wy­glą­dasz, to je­steś też me­ga­faj­ny. – Uśmiech­nę­ła się.

– Co ja ci mogę po­wie­dzieć: vis-à-vis  – zdo­by­łem się na ję­zy­ko­wy żar­cik, ale prze­sła­nie było jak naj­bar­dziej szcze­re.

Anka była pięk­na, wy­spor­to­wa­na, no i do­sko­na­le się ubie­ra­ła. Na na­sze spo­tka­nie przy­szła w szma­rag­do­wej su­kien­ce okra­szo­nej nut­ką nie­wy­mu­szo­nej ele­gan­cji; chy­ba my­śla­ła, że to bę­dzie rand­ka, więc wy­jąt­ko­wo się po­sta­ra­ła.

– A sko­ro już wie­my, że się lu­bi­my, to może wy­pró­bu­je­my mój nowy look i pój­dzie­my do ja­kie­goś klu­bu na pod­ryw? – za­py­ta­łem.

– Boże, jaka ja je­stem cza­sem tępa! – Anka strze­li­ła się ręką w czo­ło. – Tak mnie te za­ku­py za­afe­ro­wa­ły, że za­po­mnia­łam ci sama za­pro­po­no­wać… Ja mam ta­kie­go przy­ja­cie­la, Jo­na­sza, któ­ry szu­ka so­bie te­raz fa­ce­ta. Me­ga­przy­stoj­ny i me­ga­faj­ny, jak ty. Nie lubi me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, szu­ka ana­lo­go­wo, więc jak moż­na się do­my­ślić, bez więk­szych suk­ce­sów. Może po­szli­by­śmy we tro­je do Gla­mu?

Gdy­bym był w tej sa­mej sy­tu­acji przed prze­mia­ną, w tej chwi­li po­biegł­bym z tymi wszyst­ki­mi za­ku­pa­mi do domu, aby jak naj­pięk­niej się wy­szy­ko­wać, a po dro­dze jesz­cze na wszel­ki wy­pa­dek na­był­bym pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy. Ale te­raz w mo­jej gło­wie za­wył alarm. Dla bez­pie­czeń­stwa przez cały ty­dzień po­wi­nie­nem so­bie po­zwo­lić co naj­wy­żej na ja­kiś lek­ki flirt, aby nie ku­sić losu. A tu od razu rand­ka! Z dru­giej stro­ny tak bar­dzo chcia­łem dzi­siaj wyjść! No i dzię­ki Ance w koń­cu nie mu­siał­bym iść sam.

– Hmmm, okej, brzmi faj­nie, ale ja nie wiem, czy chcę się te­raz wią­zać… – klu­czy­łem w mia­rę dy­plo­ma­tycz­nie.

– Oczy­wi­ście, spo­tka­nie bez żad­nych zo­bo­wią­zań. Nie spodo­ba­cie się so­bie, to się wię­cej nie zo­ba­czy­cie.

– W ta­kim ra­zie dzwoń do nie­go – oznaj­mi­łem i uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko.

Oka­za­ło się, że Jo­nasz ma wol­ny week­end i chęt­nie wy­bie­rze się na im­pre­zę. Umó­wi­li­śmy się na dwu­dzie­stą dru­gą, kie­dy to Glam do­pie­ro otwie­rał swo­je po­dwo­je i po­win­no być jesz­cze mało lu­dzi, dzię­ki cze­mu bę­dzie moż­na przez chwi­lę na spo­koj­nie po­ga­dać.

– Jed­na proś­ba – po­wie­dzia­ła na po­że­gna­nie Anka, kie­dy już wy­cho­dzi­ła ode mnie po ak­cji po­mo­cy do­tasz­cze­nia mi­lio­na to­reb. Mu­szę przy­znać, że ku­pi­łem o wie­le wię­cej, niż pla­no­wa­łem… – Nie py­taj Jo­na­sza o pra­cę, okej? Niech sam ci po­wie.

– Boże, jest płat­nym za­bój­cą czy kimś ta­kim?! – pod­eks­cy­to­wa­łem się i prze­ra­zi­łem jed­no­cze­śnie.

– Wręcz od­wrot­nie. – Anka uśmiech­nę­ła się. – Ale nic ci nie po­wiem. Nie chcę, że­byś je­chał uprze­dzo­ny, a Jo­nasz ma nosa i wy­czu­je, że już wiesz. A le­piej mieć czy­stą kar­tę, bo może być z was faj­na par­ka. Tak że ty go nie py­taj o pra­cę, a ja mu nie wspo­mnę, że od cza­su do cza­su lu­bisz so­bie po­pły­wać w Wi­śle, bo za­ło­ży­łeś się z ko­le­ga­mi. – Pu­ści­ła do mnie oko, a ja się za­czer­wie­ni­łem.

Swat­ka się zna­la­zła! Mo­gła w ogó­le nie po­ru­szać te­ma­tu. Może i nie za­punk­to­wał­bym u Jo­na­sza, ale przy­naj­mniej nie de­ner­wo­wał­bym się tak jak te­raz…

***

O go­dzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej moja ma­gicz­na apka wska­zy­wa­ła sto pięć­dzie­siąt dwie go­dzi­ny. W za­sa­dzie nie wiem, po co na nią zer­ka­łem, w koń­cu mia­łem jesz­cze coś ta­kie­go jak po­czu­cie cza­su i nie wy­da­wa­ło mi się, aby w cią­gu jed­ne­go dnia mi­nął cały ty­dzień, choć bio­rąc pod uwa­gę ma­gicz­ne oko­licz­no­ści, w któ­rych się zna­la­złem, wszyst­ko było moż­li­we. Moż­li­we było też, że kacz­ka, zna­jąc moją ner­wo­wą na­tu­rę, zro­bi­ła mi wspa­nia­ły żar­cik, bym nie mógł się do koń­ca wy­lu­zo­wać i cały czas pa­trzył w ten cho­ler­ny ekran.

Wy­lu­zo­wa­ny czy nie, od­czu­wa­łem duże zmia­ny, ja­kie za­szły wo­bec mnie w tak zwa­nym od­bio­rze spo­łecz­nym. Z Ube­ra wy­sia­dłem przy Pla­cu Trzech Krzy­ży, do Gla­mu był stąd ka­wa­łek pie­cho­tą. Ce­lo­wo nie za­ma­wia­łem auta z do­wo­zem pod sam lo­kal, bo po pierw­sze uzna­łem, że spóź­nie­nie się jest w do­brym to­nie, a po dru­gie cał­kiem nie­źle się wy­szy­ko­wa­łem, więc chcia­łem zo­ba­czyć, czy ktoś w ogó­le zwró­ci na mnie uwa­gę. Spa­cer spraw­dził się tu ide­al­nie; w za­sa­dzie nie doj­rza­łem żad­nej gło­wy, któ­ra by się za mną nie obej­rza­ła. Był to dla mnie tak nie­sa­mo­wi­cie przy­jem­ny szok, że mógł­bym iść Żu­ra­wią wiecz­nie. Ja­kieś dwa­dzie­ścia po dzie­sią­tej by­łem już jed­nak pod wą­ski­mi drzwia­mi do Gla­mu.

Ochro­niarz, któ­ry wcze­śniej w ogó­le nie zwra­cał na mnie uwa­gi, ewen­tu­al­nie je­śli aku­rat nie chciał mnie wpu­ścić, bo „im­pre­za za­mknię­ta”, mało nie prze­wró­cił się na mój wi­dok. Nie chciał wziąć ode mnie kasy za wej­ście! Bar­dzo wy­mow­nie pa­trząc, wrę­czył mi za to swo­ją wi­zy­tów­kę! Ja od­wza­jem­ni­łem się tyl­ko uprzej­mym ski­nie­niem gło­wy – wszak by­łem prze­cież umó­wio­ny na dole. Ale przy­naj­mniej dzię­ki tej sy­tu­acji uzy­ska­łem od­po­wiedź na wiecz­nie kłę­bią­ce się w mej gło­wie py­ta­nie, czy ochro­nia­rze w Gla­mie też są z bran­ży…

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Dziw­ne mia­sto

isbn: 978-83-8423-375-7

© Piotr Osiń­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Alek­san­dra Płot­ka

ko­rek­ta: MAQ PRO­JECTS

okład­ka: Kry­stian Że­la­zo

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.