Dziewczyny które miał na myśli - Kazimierz Kyrcz Jr. - ebook

Dziewczyny które miał na myśli ebook

Kazimierz Kyrcz Jr

3,6

Opis

W zasnutym smogiem Krakowie grasuje seryjny morderca prostytutek. Sebastian Bednarski, przytłoczony problemami osobistymi policjant, próbuje rozwikłać zagadkową sprawę. W tym samym czasie pewien witrażysta natyka się w Lasku Wolskim na zwłoki młodej samobójczyni, a jego życie komplikuje się, gdy poznaje atrakcyjną, neurotyczną malarkę. Losy obcych sobie ludzi zaczynają się splatać w zaskakujący sposób…

„W brawurowo poprowadzonej fabule Kazimierz Kyrcz nie sili się na retusz i aplikowanie znieczulenia czytelnikowi. Lektura uświadamia nam prędko, że motywy prowadzące ku zbrodni towarzyszą każdemu z nas. Nie każdy przekracza niewidzialną granicę. A czasem nie spostrzega, kiedy ją przekroczył…” – Jacek Skowroński

„Kraków w wersji Kyrcza staje się miastem zaludnionym przez dziwaków, ekscentryków, psychopatów, manipulantów – wymieniać można jeszcze długo... Nikt tu nie jest niewinny, za to każdy ma do ukrycia – lub i odkrycia – mroczną stronę swojej osobowości” – Ksenia Olkusz

„Można polecić tę pozycję z czystym sumieniem nie tylko miłośnikom kryminałów i opowieści mrożących krew w żyłach. «Dziewczyny, które miał na myśli» to pozycja świetnie napisana, trzymająca w napięciu, skrząca się wartką akcją i błyskotliwymi dialogami, choć jednocześnie skłaniająca do refleksji nad naturą człowieka i kondycją społeczeństwa” – Rafał Dębski

O Autorze:
KAZIMIERZ KYRCZ JR – oficer krakowskiej Policji. W 2004 roku ukazał się zbiór opowiadań grozy „Piknik w piekle“, który napisał z Dawidem Kainem. Dwa lata później na księgarskich półkach pojawiła się jego kontynuacja „Horrorarium“. Ukoronowaniem tej współpracy był zbiór „Chory, chorszy, trup“. Jego opowiadania znalazły się w licznych antologiach, m.in.: „Księga strachu”, „Pokój do wynajęcia”, „Białe szepty”, „Czarna kokarda”, „City 1 i 2”, „15 blizn”. Współpraca z Robertem Cichowlasem zaowocowała zbiorem opowiadań „Twarze szatana“ oraz powieściami: „Siedlisko“, „Koszmar na miarę“ i „Efemeryda“. Ponadto razem z Łukaszem Radeckim opublikował zbiór opowiadań „Lek na lęk“. W 2009 roku na podstawie opowiadania, które napisał z Łukaszem Śmiglem, powstał anglojęzyczny film krótkometrażowy „Head to Love“ wyreżyserowany przez Vana Kassabiana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja i korektaJudyta Wajszczak

Projekt graficzny okładki, skład i łamanieAgnieszka Kielak

Fotografia na okładcefotolia.com

© Copyright by POCISK magazyn literacko-kryminalny, Warszawa 2017 © Copyright by Kazimierz Kyrcz Jr., Warszawa 2017

Wydanie pierwsze ISBN: 9788363842543

Wydawca POCISK magazyn literacko-kryminalny Imprint wydawnictwa Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 205 03-475 Warszawa tel. 22 115 77 59 [email protected]

Dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected]

Przestępcy często są genialni albo raczej może ułomni. Uszkodzeni, puści w środku.

Część I

Rozdział 1

Jeżeli nie jesteś zdolny widzieć więcej ponad to, co widzialne, nie możesz zobaczyć niczego.

Ruth Bernhard

W aparacie zostało jeszcze trochę nienaświetlonej kliszy, a wyjątkowo słoneczna jak na listopad pogoda aż się prosiła o nadrobienie zaległości, postanowiłem więc wyskoczyć na spacer do Lasku Wolskiego. Przechadzając się wśród otulonych pożółkłymi liśćmi drzew i krzewów, nie mogłem się nadziwić, że spośród miliona krakusów tylko nieliczni korzystają z atrakcji oferowanych przez okolice naszego miasta. Nie, żebym cierpiał z tego powodu, bo było mi to na rękę. Przy pierwszej sposobności skręciłem z asfaltowej alejki, żeby zagłębić się w gęstwinę. Od czasu do czasu, trafiając do jakiegoś szczególnie urokliwego zakątka, przystawałem, by utrwalić go za pomocą olympusa. Przewędrowałem tak kilometr, może dwa, gdy moją uwagę zwrócił wbijający się klinem w wielobarwne otoczenie ciemny kształt. Zaciekawiony, podszedłem bliżej i zorientowałem się, że widzę wisielca. Czy raczej, sądząc po stroju i fryzurze, martwą dziewczynę. Miała na sobie czarne legginsy i kurtkę, z kieszeni której smętnie zwisała nakrapiana złotymi cętkami jasnozielona chustka.

Tak to już jest z kobietami – pomyślałem. Nie lubią rozstawać się z ulubionymi ciuchami nawet wtedy, gdy żegnają się z tym światem.

Rozejrzałem się uważnie wokół. W dobie Wardęgi i podobnych mu oszołomów, człowiek nigdy nie może być pewny, czy właśnie go nie wkręcają. Nie dostrzegłem żadnych przyczajonych żartownisiów, więc sięgnąłem do kieszeni po komórkę. Nic z tego, zostawiłem ją przecież na stole w kuchni… Skoro nie mogłem zadzwonić na policję, postanowiłem pstryknąć kilka fotek. Po siódmej skończył się film.

Drepcząc wokół znaleziska, w którymś momencie nadepnąłem na zagrzebaną w liściach płócienną torbę. Schyliłem się i zajrzałem do środka. Nic specjalnego. Jakaś książka, tusz do rzęs, paczka podpasek, szminka, długopis… Wziąłem do ręki notes zagryzmolony charakterem pisma, którego nie powstydziłby się lekarz. Podpis właścicielki był nieczytelny, ale zanotowała swój wiek – lat siedemnaście – co akurat udało mi się odcyfrować bez problemu. Na trzech pierwszych stronach nie trafiłem na nic ciekawego, ot – zwykłe zapiski typu co, gdzie i jak załatwić. Potem zaczęły się mętne dywagacje o ogólnej bylejakości podyktowanej przez pospolite gusta społeczeństwa konsumpcyjnego. Skargi na brak perspektyw i kiepskie klimaty w szkole przeplatały się z utyskiwaniami na niemożność poznania kogoś wartościowego… Skąd my to znamy.

Pod wpływem impulsu schowałem notes do kieszeni, po czym spojrzałem w górę.

Tak, wiele przemawiało za tym, że na stryczku kołysze się prawdziwa dziewczyna. Pytanie, czy sama założyła go sobie na szyję, czy została do tego zmuszona? Drzewo wydawało się zbyt wysokie, żeby człowiek mógł się na nie wspiąć bez niczyjej pomocy, chociaż kto wie?

Trup był w dość dobrym stanie: żadnych zapadniętych policzków, wywieszonego języka, galaretowatej substancji wylewającej się z oczodołów… Pociągnąłem nosem, choć oczywiście nie łudziłem się, że w ten sposób uzyskam jakiekolwiek informacje.

Dlaczego?

Prawie pięć lat temu przytrafiła mi się akcja, która na dobre wykluczyła mnie z grona wąchaczy. W tamtych czasach prawie codziennie szlajałem się po knajpach. Do moich ulubionych należała Czarna Galera, mieszcząca się przy jednej z uliczek przylegających do Rynku. Zawijane schody ze stopniami obitymi blachą prowadziły w czeluść wypełnioną dudniącą muzyką i dymem, niekoniecznie papierosowym. Ciemno, duszno, gwarno, śmierdząco.

Zwykle upijałem się tam w towarzystwie jakiejś przygodnie poznanej dziuni, kiedy zaś dopadało mnie przygnębienie, siadywałem na antresoli, by patrząc z góry na pozostałych bywalców, pisać dadaistyczne wiersze. Wybór gatunku nie wynikał ze świadomego wyboru, stanowił raczej smutną konieczność. Po prostu w ówczesnym stanie mojego umysłu żadna inna metoda tworzenia nie wchodziła w grę. Wypijałem kolejne kieliszki kamikadze, marząc, że kiedyś będę upijał się nieziemsko drogim absyntem. Planów na wzbogacenie się miałem mnóstwo, jedne bardziej nierealne od drugich. Chciałem zostać wziętym reżyserem, laureatem literackiej Nagrody Nobla czy, w ostateczności, popularnym muzykiem. Poza wymyślaniem sposobów wydania tej wirtualnej kasy nie robiłem absolutnie nic, co przybliżałoby mnie do jej zdobycia.

Niepostrzeżenie zacząłem uważać Czarną Galerę za swój okręt i przystań w jednym. Poznałem wszystkie kąty lokalu i wszystkich barmanów, wiedziałem, który jaką muzykę preferuje – doszło do tego, że potrafiłem bezbłędnie przewidzieć, która piosenka zostanie puszczona w następnej kolejności. Krótko mówiąc: byłem u siebie.

Klientela Galery składała się głównie z emocjonalnych rozbitków: rozwodników, alkoholików i ćpunów, w towarzystwie których czułem się znakomicie. Pewnego razu, wychodząc na świeże powietrze, minąłem na schodach niczym niewyróżniającego się kolesia. Burknął: „Cześć, stary”, a ja automatycznie odpowiedziałem na pozdrowienie. Dopiero na zewnątrz dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, kim jest ten gość. Snułem się po Rynku, z coraz większą irytacją grzebiąc w zakamarkach pamięci, aż w końcu bum! Zorientowałem się, że znam go z widzenia, bo przesiadywał w Czarnej równie często, co ja. Ta myśl nieco mnie otrzeźwiła. Czy nie za dużo tego knajpianego splinu?

Powinienem był wtedy przystopować, lecz zamiast tego wróciłem do Galery, przygruchałem sobie całkiem niezłą sztunię i dwie godziny później wychodziliśmy stamtąd, żeby poszukać bardziej romantycznego lokalu.

Po drodze wdałem się w utarczkę z nieznajomym, który przechodząc, trącił mnie łokciem. Od słowa do słowa („Ty chuju złamany, jak leziesz!”, „Ciąg się, frajerze! Chcesz wpierdol?!”) nawiązaliśmy nić porozumienia. Nawiasem mówiąc, choć ostatnia cytowana kwestia została wypowiedziana przeze mnie, to ja oberwałem.

Popychacz, najwyraźniej również amator starych aparatów fotograficznych, cofnął się o pół kroku, zakręcił młynka przywiązanym do skórzanego paska urządzeniem i spuścił je na moją głowę niczym maczugę. Oczywiście zaraz potem zwiał, zostawiając dogorywającą ofiarę na chodniku.

Ciekło mi z nosa. Żadne tam smarki czy krew. Płyn mózgowordzeniowy. Na szczęście dziewczynie, którą poznałem w Galerze, wystarczyło rozumu, by zadzwonić na pogotowie. Karetka zawiozła mnie na ostry dyżur. Gdyby nie natychmiastowa operacja, nie mógłbym opowiedzieć wam tej historii.

Od tamtej pory nie rozróżniam zapachów i smaków. Zostałem pozbawiony odpowiedzialnych za te sprawy zmysłów raz na zawsze. To przemeblowanie percepcji wywołało w mojej psychice szereg zmian. O dziwo, w większości pozytywnych. Dzięki temu wykazuję niedostępny zwykłym śmiertelnikom spokój ducha. Inaczej mówiąc, mam wzmożoną tolerancję na stres i z gruntu filozoficzne podejście do wszystkiego, szczególnie do seksu.

Dość o tym. Kiedy zmęczony wycieczką wbiłem na chatę, odezwała się leżąca na stole w kuchni komórka. Nikt nie dzwonił, nie był to też esemes, lecz przypomnienie o jedzeniu. Ludziom w mojej sytuacji bardzo łatwo, w zasadzie automatycznie, zmniejsza się łaknienie. Trzeba się jakoś ratować.

Cóż, tym razem posiłek musiał poczekać. Owszem, nie byłem w nastroju na roztrząsanie powodów, które skłoniły dziewczynę z Lasku Wolskiego do targnięcia się na swoje życie. Miałem wystarczająco dużo problemów ze sobą, żeby jeszcze przejmować się obcymi. Ale coś musiałem z tym fantem zrobić, no nie?

Tak szybko jak tylko się dało wywołałem film, przygotowałem odbitki, zapakowałem je do koperty i ruszyłem na spotkanie z machiną sprawiedliwości. Komisariat obsługujący teren Lasku Wolskiego mieścił się na Królewskiej. Przed kamienicą stał zdezelowany radiowóz, przy którym kręciło się dwóch mundurowych. Widocznie zastanawiali się, czy wsiadać do tego rupiecia, czy raczej wybrać bezpieczniejszą wersję, pełniąc służbę per pedes. Minąłem ich i wszedłem do pogrążonej w półmroku klatki schodowej. Bure ściany, gdzieniegdzie przetykane wciśniętymi w nie popękanymi luksferami, nie świadczyły najlepiej o kondycji finansowej włodarzy budynku. Na wysokim parterze urządzono prowizoryczną poczekalnię z kilkoma krzesłami, zajętymi co do jednego przez interesantów. Za oknem na wprost znajdowała się dyżurka. Podszedłem bliżej i zapukałem w szybę.

Policjant podniósł głowę znad sterty papierów i tuż przy uchu usłyszałem najpierw chropowaty szmer, potem zaś wydobywające się z głośniczka pytanie:

– Słucham pana, w jakiej sprawie?

– Ja… – Nagle zapomniałem języka w gębie. Widząc zniecierpliwioną minę mundurowego, dokończyłem byle jak, żeby mieć najgorsze za sobą. – Znalazłem trupa.

Na dźwięk ostatniego słowa cisza, która panowała w poczekalni, stała się niemal namacalna.

– Co? Co pan znalazł?! – Teraz przyszła pora na to, żeby dyżurny zrobił z siebie przygłuchego idiotę.

– Trupa, a konkretnie powieszoną kobietę – odpowiedziałem, tym razem znacznie głośniej. – W samym środku Lasku Wolskiego.

Rozdział 2

Mimo błyszczących oczu zwłoki miały w sobie zbyt wiele realizmu, by jakakolwiek igraszka świateł mogła długo powodować ułudę.

Lucius Shepard

Z ciekawością rozglądałem się po pokoju przesłuchań. Sufit pokryty nalotem papierosowego dymu, jedno brudne okno ze zwisającymi strzępami firanki, zawalony papierami regał, szafa pancerna, która wyglądała jakby zaliczyła już kilka zderzeń z pociągiem, dwa krzesła, zdezelowane biurko z nie pierwszej młodości monitorem i popielniczka ukryta pod rozsypującą się górą petów. Ot i wszystko.

Klapnąłem na wskazanym krześle, po czym, zachęcony przez policjanta o przekrwionych oczach i prawdopodobnie nieświeżym oddechu, opowiedziałem, co sprowadziło mnie na komisariat.

– Czemu od razu pan tego nie zgłosił? – Siedzący za biurkiem mężczyzna nie silił się na uprzejmości. Widocznie wykraczało to poza zakres jego obowiązków. Albo po prostu wstał dziś lewą nogą.

– Nie zabrałem ze sobą komórki, no i na początku nie byłem pewien, czy to rzeczywiście trup.

– Nie był pan pewien? – powtórzył z niedowierzaniem. Odkaszlnął, jakby coś utkwiło mu w gardle. – Nie rozumiem.

– Bo wie pan, panie…

– Sebastian jestem. – Zmiękł niespodziewanie, jakby anioł stróż podpowiedział mu, że nie jestem jego wrogiem. – Sebastian Bednarski.

– Borys – wyciągnąłem rękę, którą uścisnął bez wahania. Mocno, po męsku. – Widzisz, miałem wypadek, po którym straciłem umiejętność odczuwania zapachów i smaków.

– O rany! – westchnął policjant. – A myślałem, że to ja mam problemy…

– Eee, nie jest aż tak źle! Można się przyzwyczaić. – Wzruszyłem lekko ramionami i palnąłem bez zastanowienia: – Nie obraź się, ale dość obskurnie tu macie.

– No – przytaknął. – Niedoinwestowani jesteśmy. Dlatego robię za dobrego i złego glinę.

– Czyli ciągniesz na dwa etaty.

– Dokładnie. Nie będzie ci przeszkadzało, jak zajaram? – spytał, wyjmując z szuflady biurka zmiętą paczkę pall malli. Stuknął w jej spód i wyciągnął ku mnie.

– Skąd – odparłem ze smutkiem. – Dzięki. Rzuciłem, bo przestały mi smakować.

– Ano tak, racja.

Zapalił z wyraźnym zadowoleniem i rozsiadł się wygodniej, rozkładając przed sobą zdjęcia, które przyniosłem, i czekając na szczegóły opowieści. Tyle że nie miałem za dużo do powiedzenia. Zrelacjonowałem moją wycieczkę, wątpliwości co do natury znaleziska, no i zadeklarowałem, że mogę dostarczyć jeszcze klisze fotografii.

– Nie będzie takiej potrzeby – odparł, na koniec zadając kilka prostych pytań, by upewnić się, że wszystko zrozumiał, jak należy.

Spisanie moich zeznań zajęło mu dziesięć, może piętnaście minut. Obserwowałem śmigające po klawiaturze palce i mimowolnie zastanawiałem się, jak długo dochodził do takiej wprawy.

Z wydrukowaniem protokołu było trochę problemów, bo drukarka dwa razy się zacięła. Wreszcie Sebastian przekopiował plik na pendrive’a i wyszedł z pokoju na poszukiwanie sprawnego sprzętu. Dłuższą chwilę go nie było, a kiedy wrócił, dał mi wydruk do przeczytania i poprosił, abym pojechał z nim do Lasku Wolskiego. Miałem wskazać miejsce, w którym znalazłem wisielca.

Chyba podejrzewał, że będę się wzbraniał, ale przecież, do cholery, wiedziałem, że i tak mnie to nie ominie. Kiwnąłem więc tylko głową na znak, że nie mam nic przeciwko.

Najpierw czekaliśmy na technika kryminalistycznego, który nie wiedzieć czemu jechał na komisariat aż z Nowej Huty, później utknęliśmy w korku na Piastowskiej. Efekt był taki, że gdy wieczór kładł się coraz dłuższymi cieniami na wszystkim wokół, my wciąż pałętaliśmy się wśród drzew, daremnie wypatrując wisielca.

– Może lepiej wezwiemy psiarczyka z burkiem od trupów? – rzucił sarkastycznie technik. W swoim pojęciu uważał się zapewne za mózgowca, tyle że jego mętne oczka świadczyły o czymś wręcz przeciwnym.

– Taa… I będziemy bujać się z nim do jutra – warknął Sebastian. – Poradzimy sobie.

Miał rację. Nie minęło pięć minut, a nasze poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. Wisielec nadal dyndał na drzewie. No i rzeczywiście okazał się wisielcem płci żeńskiej. Bednarski zadzwonił do oficera dyżurnego, żeby przysłał kogoś, kto odwiezie mnie z powrotem pod komendę, i po trzech kolejnych kwadransach moja przygoda z wymiarem sprawiedliwości wreszcie się skończyła.

Przynajmniej na jakiś czas.

* * *

Poprosiłem policjantów, żeby zostawili mnie na przystanku autobusowym, podziękowałem za podwózkę, po czym wstąpiłem na zaległe zakupy do delikatesów. Wybierając produkty, kierowałem się różnymi przesłankami. Pamięcią tego, co kiedyś lubiłem, okresami przydatności – poza chlebem nigdy nie kupowałem niczego, co trzeba by zjeść szybciej niż w ciągu tygodnia – no i walorami estetycznymi. Tego dnia zwróciłem uwagę na słoiczek dżemu z pomarańczy. Producent reklamował go jako niskosłodzony. Premium dla koneserów smaku. To akurat niespecjalnie do mnie przemawiało. Ważniejsza była zakrętka przyozdobiona reprodukcją Promiennego zachodu słońca Wojciecha Weissa. Większość obrazu wypełniała górująca nad polną drogą kula słońca i układające się w kształt krzyża promienie. W porównaniu do oryginału tonacja reprodukcji została wyraźnie złagodzona, pozbawiona tej sugestii nieuchronnie nadciągającej nocy, która w pejzażu Weissa oziębia i wyostrza kolory, nasycając je szafirami i fioletami. Nie przeszkadzało mi to. Pesymizmu miałem w sobie pod dostatkiem, jeśli nie w nadmiarze.

W kolejce przede mną stała kobieta przed pięćdziesiątką, za nią zaś dziewczyna koło dwudziestki.

– Pani coś kupuje? – spytała ją sprzedawczyni, otwierająca właśnie dodatkową kasę.

– Ja jestem z tą panią – wyjaśniła dziewczyna, wskazując na klientkę przed sobą.

– Może to będzie moja druga synowa – wtrąciła z dumą starsza.

– A ilu ma pani synów? – zainteresowała się nieopatrznie kasjerka.

– Jednego.

Ups.

Wyłożyłem zawartość koszyka na taśmę, zapłaciłem i z wypełnioną reklamówką wyszedłem ze sklepu. Niebo zapaskudziły granatowe chmury, zaczęło mżyć, więc czym prędzej schroniłem się pod wiatę. Poza mną była tam tylko dziewczyna na wózku inwalidzkim. Upiornie blada, tak szczupła, że aż zabiedzona, nie tyle prezentująca brak uśmiechu, co jego stanowcze zaprzeczenie – z pewnością znacie ten typ. Patrzyła na mnie jak na psychopatę, choć nic złego jej nie zrobiłem, nawet o tym nie myślałem. Mżawka przeszła w regularną ulewę, zmuszając nas do pozostania na miejscu. Męczyłem się niemiłosiernie, błagając o autobus. Traf chciał, że rozglądając się za ratunkiem, znalazłem pozostawioną przez kogoś bezpłatną gazetkę. Przeglądałem ją nieśpiesznie, udając zainteresowanie i z rzadka zerkając na kaleką dziewczynę. Powód jej niechęci stał się dla mnie jasny dopiero wtedy, gdy trafiłem na artykuł o kolejnych wyczynach Szpikulca.

Cholera, czy ja wyglądam na seryjnego zabójcę?!

Zmiąłem gazetę i demonstracyjnie wyrzuciłem do kosza.

Dziewczyna nie zareagowała; przyjąłem to ze stoickim spokojem, w czym wydatnie pomógł zatrzymujący się przede mną autobus.

Na moście Grunwaldzkim przesiadłem się na przecinak. Drzwi w pierwszym wagonie były zepsute, więc co przystanek usłużny żul otwierał je dla wsiadających, natomiast motorniczy wychodził z tramwaju i ręcznie je zamykał. Tym sposobem mój powrót do domu przekształcił się w prawdziwą epopeję.

Właśnie wtedy zdecydowałem, że muszę kupić sobie auto, które da mi niezależność.

Tydzień później stałem się szczęśliwym posiadaczem dziesięcioletniej furgonetki.

Rozdział 3

Nie układało mu się z kobietami, to bezsporny fakt. Zresztą nie tylko z kobietami. Innych aspektów jego życia także nie dałoby się zaliczyć do udanych. Sebastian Bednarski stanowił typowy okaz pechowca, któremu średnio raz na kwartał nie starczało na rachunki, który ciągle gubił jakieś dokumenty i – co najgorsze – prawie od dekady musiał zajmować się zniedołężniałym ojcem. Zero życia osobistego i zero widoków na przyszłość, poza koniecznością spłacania kredytu konsolidacyjnego.

Nie był lubiany przez przełożonych. Nie dlatego, że źle wypełniał swoje obowiązki. Chodziło raczej o jego wiecznie niezadowoloną minę i o to, że czasami w ich obecności nie umiał ugryźć się w język, wyjaśniając, że ZKL jest skrótem od „zarządzania kapitałem ludzkim”, a nie od „zajebać kurwa ludzi”.

Bednarski kochał wtorki, czwartki i soboty, łudząc się, że koniec końców skreśli szóstkę. To uczucie pozostawało wciąż nieodwzajemnione.

Co istotne, problemy podkomisarza nikogo nie obchodziły, o ile zdążył w terminie zapłacić alimenty. Jeśli choć trochę się z nimi spóźniał, Marta, jego eks, natychmiast bombardowała go pełnymi inwektyw telefonami. Nic dziwnego, że wolał unikać tego pandemonium. Jednak nie zawsze mu się udawało. Jak choćby dziś. Na kwadrans przed planowaną pobudką rozległ się natarczywy dzwonek telefonu. Szósta pięć, jak w mordę strzelił.

Przecierając jedną ręką powieki, drugą sięgnął po słuchawkę, podniósł ją, upuścił i znów złapał.

– Tak? – wydyszał, klnąc w duchu niewidocznego rozmówcę. Czyżby znowu ogłosili próbny alarm?

– Kiedy dostanę za tamten miesiąc?! – usłyszał zamiast powitania. – Mam złożyć sprawę do komornika?!

Zdolności negocjacyjne Marty nie były czymś, co przynosiło jej chlubę. Zdecydowanie.

– Niedługo. Wiesz, że prześlę ci kasę.

– Ale kiedy?! Za wiedzę nie można niczego kupić!

– Jutro. Pożyczę od kogoś i zapłacę! – warknął, czując, że jeszcze moment, a zacznie krzyczeć.

– Stara śpiewka! Na chlanie ci nie brakuje!

Wdusił przycisk przerywający połączenie tak mocno, że omal nie złamał telefonu.

Zabiję tę dziwkę, kiedyś ją zabiję – pomyślał, zdając sobie doskonale sprawę, że nigdy nie odważy się na realizację tego marzenia.

Znów to samo. Pogróżki i pretensje. Albo dla odmiany, pretensje i pogróżki. Cóż ją, do kurwy nędzy, obchodziło jego picie czy niepicie? Od lat nie byli małżeństwem, zresztą na pewno miała już następnego popychacza. Powinna sobie odpuścić!

Inna sprawa, że od samego początku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ma nierówno pod sufitem.

Za pierwszym razem, gdy w chwilę po stosunku spytała, czy chce sobie pooglądać, nie zrozumiał, o czym mówi.

– Pooglądać? – upewnił się, próbując zapalić papierosa. – Co pooglądać?

– Nas. – Z lubieżnym uśmiechem spojrzała w stronę meblościanki i dopiero wtedy Sebastian zauważył filujące w półmroku oko kamery.

– Nagrywałaś nas, jak uprawiamy seks?

– Jasne, co w tym złego?

Niespecjalnie podobało mu się filmowe hobby nowej partnerki, ale trzeba przyznać, że na tamtym etapie ich znajomości nie miało to dla niego większego znaczenia. Ważniejsze było to, że świetnie spisywała się w łóżku. Uwielbiała ostre pieprzenie, z hardkorowymi eksperymentami, elementami sado-maso, takimi jak przyduszanie czy skórzane wdzianka…

Zresztą, po jakimś czasie te filmiki uratowały mu dupę. Otóż po początkowym etapie wzajemnej fascynacji, głównie zresztą erotycznej, w ich związek wkradła się proza dnia codziennego. Po pojawieniu się córki doszły problemy finansowe i zazdrość. Psuło się między nimi, psuło, aż całkiem zdechło. Czego Marta za cholerę nie chciała przyjąć do wiadomości. Nachodziła go w pracy, szpiegowała, posunęła się nawet do tego, że wynajęła detektywa, który miał zgromadzić dowody jego niewierności. A koniec końców oskarżyła go o znęcanie, na dowód prawdziwości swoich zeznań dołączając obdukcję, zgodnie z którą stwierdzono rozległe zasinienia pod piersiami.

Miał przesrane. Tyle tylko, że wiedział, skąd te zasinienia się wzięły. Były śladami po sznurze. Tak, zgadza się – czasami sama prosiła, żeby ją związał. Mocno, jak wieprzka.

Szczęście w nieszczęściu, że Bednarski miał dość przytomności umysłu, by skopiować część tych filmików. Pokazał je w sądzie i uzyskał uniewinnienie. Swoje jednak przeżył. Co gorsze, wcale nie wyglądało na to, żeby przeszłość miała się kiedykolwiek od niego odpierdolić. Niestety.

Klnąc pod nosem, wsunął stopy w kapcie, które od dawna prosiły się o kosz na śmieci. Nago poczłapał do łazienki, opróżnił pęcherz i umył zęby, taksująco przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. Krótkie jasne włosy, trochę rzednące na przedzie, choć daleko mu jeszcze było do łysiny, stanowiącej zmorę większości jego kumpli; kształtna głowa i owalna twarz, w której uwagę zwracały zwłaszcza obdarzone przenikliwym spojrzeniem niebieskie oczy. No i nos o ponadnormatywnej wielkości, według ekspertów zdradzający ponadnormatywnej wielkości wacka. Co miało zarówno dobre, jak i złe strony – na przykład problemy z zakupem odpowiednich prezerwatyw. W kioskach i na stacjach benzynowych sprzedawali jedynie standardowe, w seks-shopach tych z nadrukiem „my size” praktycznie też nie szło dostać, bo ponoć słaby był na nich zarobek. Zostawało zamawianie przez internet, no i czujność, żeby nie zapomnieć o uzupełnieniu zapasów…

Osiem. W skali od jednego do dziesięciu dałby sobie osiem, a może nawet osiem i pół.

Zadowolony z efektów lustracji wszedł do kabiny prysznicowej, gdzie pod strumieniem wody oddał się temu, co Kevin Spacey w American Beauty nazwał najlepszym momentem dnia. Tak, on też uważał, że potem będzie już tylko gorzej. I miał ku temu solidne podstawy.

Pierwszą stację codziennej drogi krzyżowej stanowiła podszyta obawami wizyta w pokoju rodziciela. Z jednej strony Bednarski bał się, że senior umrze w nocy, z drugiej – że nie umrze nigdy.

Żył. Żył i chrapał, śliniąc się obficie. Zrządzeniem losu telefon od Marty nie wyrwał go z objęć najlitościwszego z bogów.

Zegar w kuchni wskazywał szóstą trzydzieści trzy, gdy parzył sobie pierwszą tego dnia kawę. Obowiązkowo fusiarę, wszak rozpuszczalna jest dla pedałów. Zapalił pall malla, pofuczał nad nim, po czym zgasił go w najeżonej niedopałkami popielniczce.

Bezrefleksyjnie, bo o tej porze jego szare komórki zwykle jeszcze nie działały, przygotował śniadanie dla ojca i dla siebie. Porcję starego schował pod szklaną, przezroczystą pokrywkę, która kiedyś, za życia matki, służyła do nakrywania ciast. Swoje kanapki zawinął w papier i włożył do plecaka.

Znów zajrzał do pokoju ojca. Widząc, że ten dalej śpi, po cichu wyszedł z mieszkania. Nie musiał aż tak bardzo troszczyć się o seniora, przynajmniej z rana, bo koło dziewiątej pojawiała się kobieta z opieki społecznej, żeby pomóc mu w najtrudniejszych do wykonania czynnościach. Zresztą, tak szczerze, czy z siedemdziesiątką na karku jakakolwiek czynność jest łatwa?

Po południu przejmie pałeczkę od pracownicy MOPS-u i aż do następnego poranka będzie musiał ją dzierżyć, celebrując w towarzystwie wyklinającego na wszystko dziadygi swą samotność.

No, właśnie, samotność – pomyślał podkomisarz. Ciekawe, gdzie są moje koleżanki ze studiów, gdzie te fajne dupencje, które na imprezach w akademiku stukały się, z kim popadnie? Rozproszyły się, sporządniały, zbrzydły… Albo, co gorsza, okazały się lesbami. Fakt faktem, że raz na jakiś czas Cecylia zapraszała go na małe rżniątko, ale przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Takie i podobne niewesołe pytania nawiedzały Bednarskiego podczas wyprawy na komisariat. W środku galareta, na zewnątrz – jak przystało na twardego gliniarza – pokerowa twarz. Co dałoby mu użalanie się nad sobą? Nic, poza złośliwymi docinkami naczelnika.

Przecinak nadjechał z elegancją ostatniego pociągu do Auschwitz. Skojarzenie o tyle uzasadnione, że wsiadając musiał nieomal rozpychać się łokciami. Prężąc się i wyginając, dotarł na tył wagonu. Tam, nieco oszołomiony ilością i zapachem innych pasażerów, zapatrzył się na widoki za oknem. Choć widoki to raczej zbyt wykwintne określenie tego, co oferowała krakowska rzeczywistość. Wąskie chodniki, na których zalegały pamiątki po wyprowadzanych na spacer czworonogach, wyprane z kolorów fasady kamienic, przechodnie o twarzach płaskich jak kserokopie. Niby normalka, ale tego akurat dnia powodowała w nim odruchy wymiotne.

Wysiadł pod Bagatelą. Na fasadzie pobliskiego budynku umieszczono tablicę z napisem „Modne towary”. Jakby na potwierdzenie prawdziwości reklamy, z bramy wyszła laseczka w rozpiętym płaszczu, garsonce i butach, które na oko kosztowały co najmniej tysiaka.

Jestem zmęczony, kurewsko zmęczony – pomyślał. Mam dość. Gdybym mógł położyć się do wyra, przespałbym tydzień albo dwa, jak jebany niedźwiedź, jak… – dotarł do Placu Inwalidów, wciąż nie znajdując satysfakcjonującego porównania.

Dyżur zaczynał o ósmej. Podpisał się na liście obecności o siódmej pięćdziesiąt osiem, kiwnął głową do schodzącego ze służby kumpla i pomaszerował do swego pokoju. Albo celi, jak nazywał go w chwilach zwątpienia.

Ledwie zdążył włączyć komputer i sprawdzić pocztę, a pomocnik oficera dyżurnego zaanonsował pierwsze zgłoszenie – kradzież portfela z dokumentami.

Sebastian nie przejął się tym, że czeka go robota. Sporządzenie kwitów na durną kieszonkę nie wymagało intelektualnego wysiłku. Luz. Odepchnął fotel na kółkach, wstał z siedziska, po czym ruszył na dół.

Kobieta, która kręciła się przy okienku, mogła liczyć sobie dwadzieścia osiem, góra trzydzieści lat. Ubrana w sięgające połowy ud futro, pod którym nosiła jaskrawoczerwony obcisły sweterek z dużym dekoltem, krótką, choć nie za krótką czarną spódniczkę i wzorowane na esesmańskich oficerki, prezentowała się co najmniej apetycznie. Zwłaszcza, że miała ładną buzię, ponętne krągłości w odpowiednich miejscach i ciemnoszare, hipnotyzujące oczy, w których można by bez problemu utonąć.

Z perfekcyjną całością gryzły się nieco włosy, czy raczej ich śnieżnobiała barwa. Musiały być farbowane, bo przecież niemożliwe, żeby ktokolwiek osiwiał w tak młodym wieku.

Niezła sztuka – przyznał w zaciszu swego umysłu. Ciekawe, kto ją pieprzy?

Niezależnie od odpowiedzi na to skądinąd kluczowe pytanie, podkomisarz przedstawił się i poprosił, żeby poszła za nim.

Sebastian rzadko doświadczał tego uczucia, ale tym razem go dopadło. Zażenowanie. Wstyd spowodowany tym, w jakich warunkach przyjmował ludzi, nieważne – pokrzywdzonych, świadków czy podejrzanych. Czy znajomych, bo nie opuszczało go niejasne wrażenie, że gdzieś już tę pannę widział.

– Proszę spocząć. – Podsunął dziewczynie krzesło, lecz sam nie usiadł. Przejął od niej futro i po dżentelmeńsku odwiesił na chwiejący się w rogu kanciapy metalowy wieszak typu kaktus. Przez chwilę walczył ze sobą, w końcu jednak zadał pytanie, które w innym przypadku pewnie nie przyszłoby mu nawet do głowy: – Napije się pani czegoś? Kawy, herbaty?

– Ma pan może coś zimnego? Wodę?

– Zimnego? Oczywiście, momencik. – Bez pukania otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju, którego obaj użytkownicy przebywali akurat na długotrwałym L4, napełnił porcelanowy kubek wodą z dystrybutora, i postawił go na biurku.

– Bardzo dziękuję.

Pierwsze lody zostały przełamane.

– Więc z czym mamy problem? – zainteresował się, siadając wreszcie w swoim fotelu.

– Nie zgłaszałabym tego, panie…

– Proszę zwracać się do mnie po prostu „Sebastian”.

– Dobrze, pa… Sebastianie – uśmiechnęła się promiennie, komentując w ten sposób swe przejęzyczenie. – A ja mam na imię Oliwia. Z mojej torebki skradziono portfel z dokumentami i kartą kredytową. Kartę zablokowałam, ale straciłam też dowód osobisty i prawo jazdy… Boję się, że ktoś może się nimi posługiwać.

– Czy poza tym w portfelu były jakieś pieniądze?

– No, trochę. Nie wiem dokładnie.

– Około?

– Trzy, może cztery tysiące.

– Rozumiem – zauważył Bednarski, choć tak naprawdę nie rozumiał, jak można równowartość jego pensji określać mianem „trochę”. No chyba, że jest się obrzydliwie bogatym.

Splótł dłonie w geście podpatrzonym u jednego z prezenterów telewizyjnych.

– W jakich nominałach? – Widząc zdziwienie malujące się na twarzy rozmówczyni, wyjaśnił: – Muszę pytać o takie szczegóły, taka procedura.

– Przeważnie po sto i dwieście złotych.

– W porządku, zacznę spisywać protokół – mówiąc to, odwrócił się do monitora i podwójnym kliknięciem myszy otworzył plik oznaczony jako „zawiadomienie”. – Proszę podać nazwisko.

– Holwant. Oliwia Holwant.

Na dźwięk tych słów zamarł z rękoma zawieszonymi nad klawiaturą.

– Ta Oliwia Holwant? – wykrztusił, spoglądając na nią z mieszaniną podziwu i niedowierzania.

– Jeśli masz na myśli malarkę, to tak, ta.

Jasna dupa – pomyślał, w zadumie gładząc się po policzku. Ale numer!

Odetchnął głęboko, po czym stwierdził z przekonaniem:

– Strasznie się cieszę, że mogłem cię poznać. Twoje obrazy są genialne! Mają w sobie piękno, no i taki… podskórny niepokój. Cholera! Znajomi nie uwierzą!

– Mnie też jest miło. – Znów błysnęła tym uśmiechem, za który wielu dałoby się pokroić. – Tylko mi głupio, że przychodzę z takimi pierdołami… Na pewno macie milion poważniejszych spraw.

– Przecież od tego właśnie jesteśmy. Jak to mawiają: służba nie drużba… Ostatnio zresztą jakoś mam szczęście do artystów.

– Naprawdę?

– Tak. Kilka dni temu taki sympatyczny gość, zawodowy witrażysta, znalazł w Lasku Wolskim powieszoną dziewczynę.

– Słyszałam o tym. Co za tragedia!

– To fakt. Przykra sprawa.

– Zaraz, zaraz… Powiedziałeś „witrażysta”? Chryste, co za zbieg okoliczności! – Malarka aż wyprostowała się na krześle. – Szukam właśnie dobrego witrażysty! A pamiętasz może, jak się nazywał? Dałbyś mi na niego namiary?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.