Dziedzictwo snu - Kurek Joanna - ebook

Dziedzictwo snu ebook

Kurek Joanna

0,0

Opis

Co, jeśli twoja choroba nie ma medycznego wytłumaczenia?
Co, jeśli koszmary nie są snem, tylko zapisanym w ciele wspomnieniem czegoś, czego umysł nie potrafi pojąć?

Nina prowadziła zwyczajne życie, dopóki nie zaczęła bez powodu podupadać na zdrowiu. Siniaki, bezsenność i włosy, które siwieją w jedną noc – to wszystko sprawia, że lekarze rozkładają ręce, a współczesna medycyna zawodzi.

Jedyną odpowiedzią okazują się stare wierzenia, zapomniane legendy i dziedzictwo, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Gdy granica między snem a jawą zaczyna się zacierać, Nina trafia do świata pełnego istot, sekretów i niebezpiecznej magii.

Bo nie każda magia chce ratować.
Nie każdemu można zaufać.
A sny bywają bramą, z której nie każdy wraca.

„Dziedzictwo snu” to mroczna romantasy o miłości wystawionej na próbę, o wyborach, które kosztują więcej, niż się wydaje, i o przeznaczeniu zapisanym we krwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 248

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dziedzictwo snu

Joanna Kurek

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Strona 9

Strona 10

Strona 11

Strona 12

Strona 13

Strona 14

Strona 15

Rozdział 1

Kolejna nieprzespana noc

Wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze. Zbyt duża flanelowa piżama idealnie współgrała z rozczochranymi włosami i różową szczoteczką w ustach. Widok podobny do tego, który każdy z nas widzi codziennie z rana. Powoli szczotkując zęby, starałam się nie przyglądać swojej wychudzonej twarzy. Wiedziałam, że mam duże cienie pod oczami i że cera nie wygląda zdrowo. Od jakiegoś miesiąca z dnia na dzień stawała się ona coraz bardziej ziemista i blada. Przypominała trupią maskę. Byłam nawet z tym problemem w salonie kosmetycznym. Wydałam majątek na różne zabiegi oraz specyfiki, ale te nie przyniosły żadnego efektu. Przypomniałam sobie słowa kobiety, wypowiedziane podczas jednej z licznych kuracji: „Może to coś poważniejszego. Powinnaś się skonsultować z lekarzem”. Nie chciałam tego słuchać, ale czułam, że muszę coś zrobić. Znikałam w oczach.

Bałam się lekarzy. Bardzo. Po licznych namowach Marka zebrałam się jednak na odwagę i postanowiłam zrobić podstawowe badania. Mój wygląd zaczął mnie tak niepokoić, że pozwoliłam wbić sobie igłę, by pobrać krew, a mam paniczny lęk przed tym zabiegiem. Oprócz źle wyglądającej twarzy schudłam też drastycznie, a ciało zaczęło się pokrywać siniakami niewiadomego pochodzenia. Dlatego moje zdziwienie było ogromne, gdy się okazało, że według wyników badań nic mi nie jest. Lekarz po przejrzeniu ich wszystkich stwierdził, że taka po prostu moja uroda. Pff!

Mimowolnie odtworzyłam w głowie ostatnią konsultację w jego gabinecie: „Wszystko jest w normie. Może to stres?”. Stres?! Czy naprawdę mogłam aż tak bardzo się stresować, żeby moje ciało wyglądało, jakbym wróciła z wojny? Powoli zaczynało brakować mi słów, by wytłumaczyć zaistniałą sytuację napotykanym ludziom. Bo jak wyjaśnić taki wygląd?

Marek wszedł do łazienki, ziewając i drapiąc się po swoim wysportowanym, płaskim brzuchu. Jego poranne wydanie było dla mnie najseksowniejsze. Wolałam go zdecydowanie bardziej zaspanego, przypominającego niedźwiadka niż Marka pracoholika, ze wzrokiem rekina i w idealnie skrojonym czarnym garniturze.

– Cześć, piękna – powiedział ochrypłym głosem. Oparł się ręką o framugę białych drzwi, a drugą zasłonił usta, aby ukryć kolejne ziewnięcie. – Jak się spało?

Wskazałam na szczoteczkę i machnęłam dłonią w jego stronę.

– Tak, mi się spało dobrze – odpowiedział ze śmiechem i poczochrał moje rude włosy. – Zapowiada się pracowity dzień. Maraton spotkań zaczynamy o dziesiątej. Myślę, że powinienem być wolny gdzieś tak – spojrzał na drogi zegarek na lewej ręce – o dziewiętnastej. Może wybierzemy się na jakąś fajną kolację? Mam ochotę na dobrą włoską kuchnię.

Wyplułam pastę i wypłukałam usta.

– Gdybym tylko miała coś, co zakryje te siniaki, to z chęcią – prychnęłam i dałam mu pstryczka w nos. – Inaczej ludzie pomyślą, że mnie bijesz.

Złapał za moją rękę.

– Znowu coś się pojawiło? Pokaż. – Zaczął uważnie ją oglądać.

– Nie martw się – powiedziałam najłagodniejszym głosem, jaki zdołałam wydobyć. – Tym razem tylko cztery nowe na nogach i jeden na brzuchu. Spokojnie, nie bolą.

Widziałam, jak z wściekłości zaciska zęby. Wiedziałam, jak bardzo nienawidzi braku kontroli. Po chwili walki z emocjami spojrzał zrezygnowany w lustro i zabrał się do odświeżania zarostu. Był wyraźnie zły na los i na to, co mnie spotyka. Zrezygnowana zaczęłam zaplatać włosy w warkocz.

– Słuchaj, spróbujmy jeszcze raz – wysilił się na najłagodniejszy ton. – Wiem, że nie lubisz lekarzy, ale mama zna profesora ze Stanów. Nie musisz robić badań – dodał szybko – tylko się z nim spotkajmy i pokażmy te wyniki, które już zrobiłaś. Może on coś zauważy – zakończył i zrobił oczy szczeniaczka.

Wiedział, że one zawsze na mnie działają.

– Zobaczymy – odpowiedziałam bez entuzjazmu i poszłam się ubrać.

– Pogadam z matką! – krzyknął za mną z łazienki.

Tego dnia postawiłam na długą, zwiewną sukienkę z rękawami do łokci. Był to idealny kompromis między upalną pogodą za oknem a moim posiniaczonym ciałem. Na stopy wsunęłam wygodne klapki i wyszłam z domu. Mieszkaliśmy w pięknej, zielonej okolicy w samym centrum zatłoczonego miasta. Drzewa i bliskość natury zawsze wpływały na mnie kojąco. Moje stanowisko pracy znajdowało się w pobliskiej kawiarni. Nie potrafiłam pracować w domu. Dom miał służyć tylko do odpoczynku. Pomagało nam to z Markiem zachować harmonię między życiem zawodowym a prywatnym. Ustaliłam z właścicielką kawiarni, że wynajmę od niej mały stolik z tyłu, przy oknie, i będę przy nim pracować oraz zamawiać kawę. Zgodnie z naszą umową miejscówka była zawsze do mojej dyspozycji w godzinach od siódmej rano do około trzeciej po południu. Nikomu to nie przeszkadzało, a przemiłej starszej pani zawsze przydawały się ekstra pieniądze. Dodatkowo robiłam za darmową reklamę, bo dzięki mojej obecności przechodzący obok ludzie odnosili wrażenie, że lokal cieszy się powodzeniem.

W swojej pracy wyjątkowo ceniłam sobie swobodę i elastyczność oraz możliwość wykonywania jej z dowolnego miejsca – jak chociażby przy stoliku w kawiarni. Zawodowo zajmowałam się korektą różnego rodzaju tekstów. Czasami pisałam również artykuły na zamówienie lub jako ghost writer pomagałam w tworzeniu książek. Może nie przeżywałam ekscytujących przygód, ale pieniądze z tego były całkiem dobre i mogłam działać w godzinach, które mi odpowiadały, więc nie narzekałam. Nikt też nie stał mi nad głową.

Redagowanie książki dla dzieci o słoniku Mikołaju przerwał mi telefon. Spojrzałam na ekran. Dzwonił Marek.

– Cześć, kochanie, co tam?

– No cześć, słuchaj… – zaczął, a ja już wiedziałam, że jest czymś podekscytowany, bo jak zawsze w takim stanie jego głos robił się lekko piskliwy – rozmawiałem z matką.

– Yhm – mruknęłam bez wyrazu.

– Udało jej się umówić na dziś wieczorem wizytę u tego profesora.

– Rozumiem, że nasza kolacja została odwołana?

– Nie – odparł stanowczo. – Kolacja będzie po wizycie.

– Czyli nie ma opcji, że się z tego wykręcę?

– W żadnym razie – zaśmiał się. – Czuję, że on pomoże. Bądź gotowa o siedemnastej.

– Ale mówiłeś, że masz spotkania do dziewiętnastej – zauważyłam zdezorientowana.

– Odwołałem kilka ostatnich. Ty jesteś najważniejsza.

Wizyta u profesora Władysława Jagody przebiegła inaczej, niż się spodziewałam. Przyjął nas u siebie w domu położonym na obrzeżach Warszawy. Pięknym, przedwojennym budynku z dwiema białymi jak kreda kolumnami przy wejściu i dużym ogrodem na tyłach pełnym kolorowych kwiatów. Przypominał jeden z tych dworków szlacheckich, o których czyta się w książkach historycznych. Zdziwiłam się, że profesor, który zarabia naprawdę dobre pieniądze, nie zdecydował się na coś nowocześniejszego. Na coś, co na pewno byłoby dla niego wygodniejsze. Moje zdziwienie zniknęło jednak w momencie, w którym zobaczyłam pana Władysława. Wyglądał jak stereotypowy profesor. Miał siwe włosy oraz krótką brodę, a jego brązowe jak czekolada oczy spoglądały na nas zza małych, śmiesznych okularów w złotych oprawkach. Nosił garnitur w drobną zieloną kratę i z daleka czułam jego zapach. Pachniał fiołkami. Przypominał mi Pana Kleksa z bajki dla dzieci. Idealnie pasował do tego starego domostwa.

Ugościł nas herbatą ziołową oraz ciasteczkami lawendowymi, gdy zasiedliśmy w salonie. Pomieszczenie było przepięknie urządzone. Na licznych stolikach stały doniczki z kwiatami. Ściany w stonowanych odcieniach zostały przyozdobione starymi obrazami olejnymi. Pośród nich udało mi się rozpoznać jedno z dzieł Vincenta van Gogha. Znajdowały się tu nawet te śmieszne wiktoriańskie kozetki z nogami w kształcie lwich łap i z pięknymi jedwabnymi poduszkami wyszywanymi złotymi nićmi. Po chwili przebywania w tym miejscu zorientowałam się, że nie tylko profesor pachniał fiołkami, lecz także cały dworek.

Na początku rozmawialiśmy o jego pracy i zainteresowaniach. Okazało się, że jest ekspertem w dziedzinie medycyny holistycznej i często współpracuje z lekarzami z innych krajów. Szczególnie lubił działać z amerykańskimi ekspertami. Czułam, że Marek miał nadzieję, że to spotkanie przyniesie nam jakieś rozwiązanie. Liczył na przełom.

Profesor wziął do ręki przyniesione przez nas dokumenty i studiował je uważnie, ze zmarszczonym czołem, które zaczęło przypominać zbocze skalistej góry. Przerzucał kartki i przyglądał się zdjęciom, wydając przy tym liczne pomruki. Odezwał się dopiero po upływie pół godziny.

– Panienka wybaczy – spojrzał mi głęboko w oczy – ale nie jestem w stanie pomóc.

– Panie profesorze… – zaczął natychmiast Marek.

– Niech pan nie przerywa, jeśli łaska – zwrócił się do mojego partnera. – Ja nie mogę pomóc, ale proszę, aby panienka spotkała się z moim bratem.

– Czym zajmuje się pański brat? – wtrącił się znowu mój ukochany.

Profesor zrugał go spojrzeniem.

– Panienko – chwycił mnie za rękę swoją bardzo zimną pomarszczoną dłonią – przykro mi to mówić, ale obawiam się, że współczesna medycyna nic tu nie pomoże. Dlatego doradzam spotkanie z moim bratem i wypróbowanie terapii medycyny tradycyjnej. Choć niektórzy wolą ją nazywać medycyną alternatywną. Stanisław Jagoda jest dyplomowanym historykiem oraz farmaceutą. Zna się na ziołach, zarówno ich tradycyjnym zastosowaniu, jak i na alternatywnych metodach ich wykorzystania. Z całego serca wierzę, że on panience pomoże.

– Spróbujemy – zadecydował za mnie Marek.

– Panie Władysławie – zaczęłam niepewnie. – Czy pan naprawdę wierzy w praktyki brata?

– Kochanie – szepnął mój chłopak i pod stołem ścisnął mnie za rękę.

– Nic nie szkodzi, panie Marku – odpowiedział ze spokojem profesor. – Rozumiem, że panienka nie chciała mnie urazić, tylko jest ciekawa. Ciekawość to dobra cecha…

– Więc? – przerwałam mu.

– Panienko, jestem osobą oddaną nauce i badaniom. Wiele lat poświęciłem na zgłębianie wiedzy ze starych ksiąg w bibliotekach, uczestniczyłem też w licznych seminariach. Jednak z pełnym szacunkiem dla metod empirycznych i racjonalnych stanowiących bez wątpienia fundament naszego świata – tutaj przerwał, by wziąć łyk herbaty – jestem otwarty na możliwość istnienia magii oraz wszelkiego rodzaju zjawisk nadprzyrodzonych, które bada mój brat.

Na widok mojej zdziwionej miny profesor zrobił pauzę. Następnie westchnął i zaczął tłumaczyć.

– Nauka polega na odkrywaniu otaczającej nas rzeczywistości. Jesteśmy w stanie tego dokonać dzięki systematycznym obserwacjom, eksperymentom i licznym, naprawdę licznym weryfikacjom i dyskusjom. Jednakże nasze postrzeganie świata z czasem ewoluuje. Zmienia się za każdym razem, gdy odkrywamy nowe dowody na potwierdzenie istniejących teorii. Wiele zjawisk, które kiedyś uważano za nadprzyrodzone, znalazło proste naukowe wyjaśnienie. Przykładem takiej sytuacji są choćby choroby powodowane przez wirusy, o których w średniowieczu nic nie wiedziano. Niemniej nadal istnieją obszary wykraczające poza nasze obecne możliwości poznawcze. Magia i zjawiska nadprzyrodzone stanowią nierozłączną część ludzkiej kultury i historii. Są obecne w mitologiach, religiach i folklorze różnych kultur. Odrzucanie ich bez odpowiedniego zbadania byłoby sprzeczne z ideą nauki samej w sobie. Musimy się dowiedzieć, czy to tylko legendy, czy może w tych zawiłych opowieściach ukryty jest lek na raka. – Upił znów łyk herbaty i na zakończenie dodał: – Taką specjalizację wybrał mój brat i jest naprawdę ekspertem w swojej niszy. A ja wspieram go w jego badaniach.

Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w głowę. Nigdy nie wierzyłam w magię, zioła, bogów, demony i tym podobne zjawiska. Uważałam, że życie kończy się w momencie, kiedy umiera mózg i tyle. Jakim cudem ziółka i śpiewy miałyby wyleczyć moje dolegliwości, a medycyna nie? Naukowcy opracowali przecież tyle leków – tabletki, syropy, zastrzyki. Czyżby przyszła teściowa chciała zrobić mi żart? Jeśli tak, to się jej udało. Gorzej, że Marek nalegał, by pójść też na wizytę i do Stanisława Jagody.

Był widocznie poruszony spotkaniem z profesorem. Przez resztę wieczoru z twarzy nie schodził mu uśmiech. Wiedziałam, że w przeciwieństwie do mnie wierzy w nadprzyrodzone rzeczy. Całą kolację mówił tylko o tym, abyśmy jak najszybciej pojechali do pana Stanisława, jak bardzo chciał go poznać oraz że on na pewno mnie uzdrowi. Ja pozostawałam jednak sceptyczna. Nie wierzyłam w jego umiejętności.

Kolejne tygodnie mijały nam w napiętej atmosferze. On nalegał, a ja się opierałam. Temat pana Jagody stał się powodem licznych kłótni w naszym domu.

Rozdział 2

Biały to też kolor

Obudziłam się gwałtownie o trzeciej w nocy. Byłam roztrzęsiona i spocona. Lepka piżama przywarła do mojego ciała niczym druga skóra. Oddychałam ciężko. To znowu się działo. W moich snach pojawiały się dziwne, przerażające obrazy, których jednak po otwarciu oczu nie pamiętałam. Wiedziałam tylko, że każdej kolejnej nocy jest tylko gorzej i gorzej. Czułam się wykończona.

Napiłam się wody z listkami melisy, którą Marek na moją prośbę zawsze przygotowywał wieczorem i zostawiał koło łóżka. Napój ten miał mnie uspokoić w przypadku koszmarów. Spojrzałam czule na chłopaka. Spał jak dziecko, z rozczochranymi włosami. Wyglądał na młodszego, niż jest w rzeczywistości. Mój kochany brunet. Gdyby mnie teraz zobaczył, byłby przerażony. Postanowiłam więc zrobić wszystko, aby go nie wybudzić z tego błogiego snu.

Wstałam powoli, ale natychmiast poczułam, jak bardzo kręci mi się w głowie. Dla bezpieczeństwa postanowiłam dostać się do łazienki na klęczkach. W ten sposób miałam przynajmniej pewność, że nie runę na podłogę z dużej wysokości lub – co byłoby jeszcze gorsze – że nie uderzę o kant jakiejś szafki. Dojście do toalety zajęło mi dłuższą chwilę, ale nagroda w postaci dotknięcia zimnych kafelków zrekompensowała mi poniesiony trud. Teraz mogłam na spokojnie zobaczyć, czy pojawiło się coś nowego na moim ciele. Zaczęłam uważnie oglądać skórę, poczynając od rąk. Szczęście w nieszczęściu zauważyłam tylko połamane paznokcie. Na nogach odkryłam kilka świeżych siniaków. Nic do czego bym już nie przywykła. Sprawdziłam brzuch i on też był w porządku. Rozpięłam przyklejoną do skóry bluzkę, aby zobaczyć w lustrze swoje plecy. Musiałam mocno się uszczypnąć, bo w odbiciu patrzyła na mnie srebrnowłosa kobieta. Osiwiałam w jedną noc.

Oszołomiona wlokłam się jak ślimak z powrotem do sypialni. Jedyną różnicą między mną a ślimakiem stanowiło to, że ja nie zostawiałam za sobą śladów. Jeszcze, pomyślałam. Zarazmogę zacząć krwawić z niewiadomych miejsc.

Zatrzymałam się w progu.

– Kochanie. – Przez lekko uchylone drzwi zawołałam Marka.

Brak odzewu.

– Misiu – spróbowałam trochę głośniej.

Nadal brak reakcji.

– Kochanie!

Tym razem odpowiedziało mi mruknięcie.

– MAREK!

Obudził się, usiadł i przetarł oczy.

– Co się dzieje? – zapytał zaspany. – Czemu stoisz za drzwiami?

– Musisz mi pomóc, bo nie wiem, czy nie oszalałam – odparłam smutno.

– Co się dzieje, kwiatuszku? – Wstał z łóżka.

– STÓJ! – krzyknęłam. – Najpierw mnie wysłuchaj. Nie chcę, żebyś się przestraszył albo zszedł na zawał.

– Okej… – zgodził się wyraźnie zdezorientowany. Usiadł ciężko na skraju materaca.

– No więc – zaczęłam ze łzami w oczach – wydaje mi się, że osiwiałam.

– Kochanie, nie żartuj sobie – powiedział z czułością w głosie. – Nie da się tak raptem osiwieć – tłumaczył.

– Właśnie, że się da! – zawołałam głosem zbuntowanego dziecka, a łzy wielkie jak ziarna grochu spadły na podłogę. – Pamiętasz Koszmar z ulicy Wiązów? Tam dziewczyna osiwiała w jedną noc! – powiedziałam z wyrzutem.

– To tylko film. Kochanie, na pewno masz omamy, to przez zmęczenie. Od dłuższego czasu się nie wysypiasz. Chodź – wyciągnął do mnie rękę – pokaż mi, proszę.

Uchyliłam powoli drzwi i weszłam do pokoju.

– Kurwa – sapnął Marek. – Jedziemy do szpitala.

Wsiadałam do auta trzęsąc się przeraźliwie z zimna. Ucieszyłam się zatem, że narzeczony, znając mnie, bez słowa podgrzał mi fotel. Udaliśmy się na najbliższy SOR, gdzie w rejestracji przywitały nas dwie starsze panie. W formularzu przyjęcia wskazałam Marka jako osobę kontaktową. Nadal nie byliśmy małżeństwem, a wolałam być pewna, że w razie czego uzyska dostęp do wszystkich danych. Szpital wyglądał jak każdy inny i dla mnie był tak samo przerażający. Stare, wypłowiałe, niebieskie kafelki na podłodze, zapach lizolu, a wokół jęczący z bólu ludzie. W poczekalni nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Twarde plastikowe krzesło wbijało się w obolałe ciało. Ukochany kupił mi nawet wykreślanki, bym mogła zająć czymś głowę, ale niewiele to pomogło. Oczy miałam załzawione, przez co literki zlewały się w jedno. On za to co chwila wychodził na papierosa. Obiecał, że rzuci, ale w tej chwili nie miałam mu tej słabości za złe. Upłynęło kilka godzin, zanim przyszła moja kolej. Badanie krwi, podłączenie kroplówki, przydzielenie łóżka i kolejne godziny czekania. Około godziny dziewiątej rano podszedł do mnie lekarz, który, jak miałam nadzieję, zapoznał się z całą moją dokumentacją. Marek dopilnował, abyśmy ją ze sobą zabrali.

– Pani Nina Kołodziej? – spytał.

– Tak, to ja – odpowiedziałam, starając się brzmieć uprzejmie, choć zdenerwowanie mi tego nie ułatwiało.

Lekarz był zmęczonym czterdziestolatkiem o twarzy chomika. Jego okrągłe policzki kontrastowały z długimi jasnymi włosami spiętymi w koński ogon. Okruszki na koszuli wskazywały, że przed chwilą zjadł śniadanie. W kanapce na pewno był majonez, o czym świadczyła tłusta plama na fartuchu.

– Badania krwi nie wykazują, aby na coś pani chorowała. Mogę? – Wskazał na moją głowę, a ja przytaknęłam. – Jednakże tak szybkie siwienie jest niecodzienne. – Mówiąc to, przyglądał się włosom. – Czy przeżyła pani ostatnio jakiś duży stres?

– Raczej nie – odpowiedziałam szczerze. – Oprócz nocnych koszmarów i pojawiających się siniaków nic się w moim życiu nie zmieniło.

– Yhm – mruknął pod nosem i usiadł przy blacie obok.

Marek z niepokojem spojrzał na lekarza.

– No cóż, zapoznałem się z pani dokumentacją. Nie ma pani niedoboru witamin, wyniki badań nie wskazują na jakiekolwiek zaburzenia hormonalne czy choroby autoimmunologiczne. Podejrzewam, że przyczyną tego nagłego osiwienia jest Zespół Marii Antoniny.

Spojrzeliśmy na siebie z Markiem zdziwieni, a lekarz kontynuował:

– To rzadkie, wręcz ekstremalnie rzadkie zjawisko, gdy w bardzo krótkim czasie włosy nagle robią się siwe. Pojawia się zazwyczaj na skutek traumy lub szoku. – Spojrzał na mnie i poprawił okulary. – Choć w pani przypadku stwierdzam, że wywołał je raczej przewlekły stres spowodowany ciągłymi badaniami oraz pojawiającymi się siniakami niewiadomego pochodzenia. – Upił łyk kawy. – Nazwa zespołu pochodzi od francuskiej królowej Marii Antoniny, której włosy podobno zbielały w noc przed egzekucją. – Kolejny łyk kawy. – Do tej pory odnotowano niecałe sto takich przypadków na całym świecie. Istnieje kilka hipotez wyjaśniających to zjawisko, ale żadna nie została w pełni potwierdzona. Jedną jest teoria telogen effluvium. To stan, w którym stres powoduje nagłą utratę pigmentu we włosach. Inna sugeruje zachodzenie specyficznych autoimmunologicznych lub hormonalnych reakcji w organizmie. Ale tak naprawdę to wszystko tylko założenia.

– Czy możemy coś z tym zrobić? Czy moje włosy wrócą do poprzedniego koloru? – zapytałam z nadzieją. Lubiłam swój naturalnie miedziany odcień.

– Niestety nie. Nic już z tym nie zrobimy. Jedyne, co mogę, to polecić jakiś wyjazd dla wyciszenia. Może all inclusive w ciepłym kraju? Zaraz przygotuję dla pani wypis – podsumował i wyszedł.

Chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

– Kochanie, chyba już nie będziesz się kłócić i zgodzisz się na wizytę u pana Stanisława? – zapytał Marek, trzymający mnie za rękę. – Nie chcę cię stracić. – Pocałował grzbiet mojej dłoni.

– Dobrze – odparłam zmęczona. – Umów nas na najbliższy termin.

Mimo sceptycyzmu uznałam, że nie zaszkodzi spróbować. Jeżeli mój stan był tak zły, że w jedną noc doprowadził mnie do osiwienia, to pan Stanisław niewiele będzie mógł już zepsuć. A może jednak jakimś cudem mi pomoże? Marek szczerze w to wierzył. Nie chciałam już dłużej się z nim kłócić i przysparzać mu kolejnych problemów. I tak na pewno był zmęczony zamartwianiem się o mnie. Profesor wspominał, że jego brat mieszka gdzieś na Mazurach, a trochę świeżego powietrza wyjdzie zarówno mi, jak i Markowi na dobre.

Rozdział 3

Halo, jest tam kto?

Dostanie się na wizytę do pana Stanisława nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Mężczyzna nie używał telefonu, a jeśli już, to tylko w ostateczności. Ostateczność wedle jego rozumowania oznaczała wezwanie pogotowia lub pomocy, ewentualnie rozmowę z rodziną pod postacią jego brata Władysława. Był bardziej przyzwyczajony do kontaktowania się ze światem zewnętrznym za pomocą laptopa. Choć taka próba kontaktu z nim też do najłatwiejszych nie należała.

W mojej głowie pojawiła się wizja pana Stanisława jako indiańskiego szamana tańczącego wokół ogniska i nadającego znaki dymne do pana Władysława. Nie ukrywam, poprawiła mi humor. Podzieliłam się nią przez telefon z Markiem, który, gdy tylko wrócił z pracy, rozebrał się, włożył śmieszną przepaskę na biodra zrobioną z mojego starego zamszowego szala, do włosów przyczepił sobie pióro orła, które zostało po jednej z naszych wycieczek, i przemówił:

– Witaj, księżniczko Roztańczona Mucho, jestem do usług.

Widok jego nagiej klatki piersiowej z namalowanymi szminką znakami wywołał motyle w moim brzuchu.

– Witaj, Biegający z Dzikimi Kurami – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Siedziałam na podłodze na wygodnych poduszkach i segregowałam skarpetki. – Co byś zjadł na obiad?

– Co tylko sobie życzysz, mogę upolować kilka kur i kukurydzę! – Nie wiadomo skąd wyciągnął tasak i trzymał go w jednej dłoni, a drugą przyłożył do oczu, jakby faktycznie wypatrywał drobiu u nas w mieszkaniu.

– Mam lepszy pomysł – powiedziałam tajemniczo i posłałam mu całusa, bo jak go tu nie kochać.

Tego dnia, po upojnym i dzikim zbliżeniu – które mimo mojego zmęczenia trwało dłużej niż zazwyczaj – jedliśmy zamówioną pizzę i popijaliśmy Colą Zero. Zmęczeni i z pełnymi brzuchami leżeliśmy wygodnie w sypialni i oglądaliśmy Tańczącego z wilkami. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie mieliśmy okazji go zobaczyć. Już było za co podziękować panu Stanisławowi.

Następnego dnia Marek był jeszcze bardziej zmotywowany, aby się z nim skontaktować. Wcześniej próbował przez telefon, jednak odpowiadała automatyczna sekretarka. Dla pewności, jak przystało na rekina biznesu, zadzwonił jeszcze z dwóch różnych numerów, ale to też zakończyło się w ten sam sposób. Uznał więc, że dziś postawi na Skype’a, WhatsApp oraz inne internetowe komunikatory. Pan Władysław podczas wizyty dał nam wszelkie możliwe namiary na brata, tak więc Marek w trakcie przerw między spotkaniami próbował nawiązać kontakt za ich pośrednictwem. Próby te trwały kilka kolejnych dni. Wiadomości były dostarczane bezproblemowo, jednak pozostawały nieodczytane. Przez ten czas nie pojawiły się u mnie żadne nowe symptomy, które mogłyby nas zaniepokoić. Życie toczyło się dalej.

Po upływie tygodnia zauważyłam, że frustracja Marka wywołana brakiem odzewu ze strony Stanisława Jagody osiągnęła niebezpiecznie wysoki poziom. Liczba wypalanych przez niego papierosów się podwoiła, więcej czasu spędzał też na rowerku treningowym w sypialni.

Wieczorem, po dwóch godzinach ujeżdżania jednośladowego rumaka, przyszedł cały spocony do kuchni i zapowiedział:

– Robię ostatnie podejście. Piszę dziś do niego dziesięć e-maili. Jeżeli w ciągu tygodnia na żaden nie odpowie, to upieczesz coś pysznego i pójdziemy z wizytą do profesora Władysława. – Włożył palce do trzymanej przeze mnie misy.

– Dobrze. – Uśmiechnęłam się i dałam mu po łapach drewniana łyżką, którą mieszałam krem do przygotowywanego właśnie ciasta.

Jak obiecał, tak też zrobił, przez co tydzień mijał nam w lekko nerwowej atmosferze. Wolałam go nie drażnić, gdy był taki sfrustrowany. Przynosiłam mu tylko do rowerka ptysie czy inne przekąski. Marek, tak jak i cała rodzina Gawlaków, kochał słodycze, a ja miałam niemały talent kulinarny. Była to jedna z nielicznych moich cech, które jego mama zaakceptowała. A krytykowała mnie w istocie za wszystko. Za to jak wyglądam, jak się wypowiadam, jak pracuję. Jednak nigdy nie powiedziała złego słowa o moich wypiekach. Pani Gawlak nie wiedziała jeszcze, że osiwiałam. Marek zapewniał mnie, że mój nowy kolor włosów mu nie przeszkadza, wręcz podobam mu się w nim jeszcze bardziej. Chciałam w to wierzyć, ale mało kto chce się chwalić siwą narzeczoną. Byłam natomiast pewna, że mama chłopaka tego nie zaakceptuje. Przejrzałam strony z perukami i znalazłam kilka zbliżonych kolorem do mojego naturalnego. Dla bezpieczeństwa zamówiłam trzy, z czego każda miała inny styl. Nie wiedziałam, ile zechcemy to ukrywać. Sama nadal nie pogodziłam się ze swoim wyglądem.

Tak jak przypuszczaliśmy, nie otrzymaliśmy żadnej informacji od pana Stanisława, więc mama Marka na jego prośbę umówiła nas ponownie na wizytę w weekend u profesora Jagody.

Rozdział 4

Czerwone maki

Nie potrafiłam się zdecydować, jakie ciasto upiec dla profesora. Był to starszy pan, więc na początku chciałam postawić na nieśmiertelne polskie klasyki, takie jak sernik czy karpatka. Jednak im dłużej nad tym myślałam, tym większe ogarniało mnie zwątpienie. Może jednak coś lżejszego? Zajęta przeglądaniem notatnika z przepisami, usłyszałam dzwonek do drzwi, który wywołał niespodziewane uczucie niepokoju.

Było piątkowe popołudnie. Zdecydowanie za wcześnie na Marka, a nikogo innego się nie spodziewałam. Pomyślałam, że to może kurier, o którym ukochany zapomniał mnie poinformować. Choć jak dotąd taka sytuacja nie miała nigdy miejsca. Marek zawsze mnie uprzedzał, że spodziewa się przesyłki. Pracowałam w kawiarni obok, więc zawsze mogłam ją odebrać. Westchnęłam i podeszłam powoli do drzwi. Spojrzałam przez wizjer, ale nikogo nie zobaczyłam. Otworzyłam z rozmachem, liczyłam, że dzięki temu zyskam przewagę nad nieznajomym. Pusto. Spojrzałam w dół. Na wycieraczce leżał duży bukiet z polnych maków owinięty granatowym papierem, do którego był doczepiony liścik z pięknie wykaligrafowaną złotymi literami notatką. Zdezorientowana zamknęłam drzwi. Z bukietem w dłoni zadzwoniłam do Marka. Odebrał po dwóch sygnałach.

– Co się dzieje? – zapytał z wyraźnym napięciem.

– Ktoś zostawił na wycieraczce bukiet z liścikiem „Chcę pomóc”. Boję się – odparłam trzęsącym się głosem.

– Zaczekaj. – Zamilkł na moment, po czym dodał: – Przyjadę do domu, ale resztę dnia spędzę w gabinecie. Odstaw kwiaty do osobnego pomieszczenia. Muszę się im przyjrzeć. Będę za dwadzieścia minut. – I się rozłączył.

Byliśmy wyjątkowo wyczuleni na takie sytuacje. Mało osób wiedziało, gdzie dokładnie mieszkamy. Ceniliśmy sobie prywatność. Pojawienie się bukietu z tak dziwną notatką wywołało w nas niepokój. Niepokój, który rósł z każdą minutą. Kwiaty wstawiłam do starego kryształowego wazonu i zaniosłam do gabinetu, który znajdował się najdalej od kuchni i w dodatku miał drzwi zamykane na klucz. Po upewnieniu się, że bukiet stoi w bezpiecznym miejscu, dokładnie umyłam dłonie i zabrałam się do przygotowywania ciasta. Padło na szarlotkę z bezą. Monotonne czynności mnie uspokajały. Robiłam coś, co znałam, coś, co nigdy mnie nie zawiodło. Uspokajająca jednostajna mantra. Kiedy przeszłam do wyrabiania masy, w drzwiach pojawił się mój narzeczony.

– Gdzie te kwiaty? – zapytał i cmoknął mnie w czoło.

– W gabinecie – odpowiedziałam.

Moje serce mimowolnie się uspokoiło. Jego obecność wpływała na mnie kojąco. Nie lubiłam w sytuacjach stresowych być sama. Marek był wysoki, dobrze zbudowany i zawsze spokojny. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Był moją kotwicą. Wchodząc do gabinetu, skupiał się na telefonie komórkowym. Zamknął za sobą drzwi, zza których słyszałam tylko dźwięki klikania oraz soczyste przekleństwa. Dopiero wieczorem odważyłam się do niego zajrzeć. Najpierw jednak przygotowałam jego ulubioną herbatę oraz ciasteczka, które zrobiłam przy okazji pieczenia szarlotki.

– Ktoś ma ochotę na przekąskę? – zapytałam, gdy weszłam z tacą.

– Aniele, jak ty o mnie dbasz – westchnął Marek i chwycił ciastko. – Co do kwiatów, to zwykłe maki. Nie znalazłem na nich żadnych śladów. Ktoś chyba chciał cię przestraszyć – dodał.

– Pewnie twoja matka – mruknęłam pod nosem.

– Niewykluczone – odparł smutno.

– W takim razie nie pozwolę im się zmarnować. Lądują u nas w sypialni! – powiedziałam z uśmiechem.

Nadal czułam lekki niepokój. Wiedziałam, że jego matka nie akceptuje mnie w stu procentach, nie sądziłam jednak, aby była zdolna do takiego żartu. To nie w jej stylu. Mimo wszystko noc przed wizytą u profesora była jedną z najspokojniejszych od dłuższego czasu. Nie miałam koszmarów ani nie obudziłam się z krzykiem na ustach. Rano odkryłam, że to pierwszy raz od trzech miesięcy bez nowych siniaków. Odpowiednio uczciliśmy to z Markiem.

W mojej głowie spokojny wypoczynek połączył się mimowolnie z kwiatami i tajemniczą notką od nieznajomego.

Rozdział 5

Wizyty niekoniecznie towarzyskie

Do dworku wyruszyliśmy przed godziną jedenastą. Postanowiliśmy, że nie będę zasłaniała siwych włosów. Mogły pomóc w przekonaniu Władysława do okazania nam jeszcze większego wsparcia. Liczyliśmy na jego empatię. W końcu historia osoby, która osiwiała w jedną noc, powinna na niego podziałać. Jakkolwiek na to patrzeć, to mała tragedia, szczególnie dla tak młodej kobiety.

Marek, jak w każdy weekend, poczuł wstręt do eleganckich rzeczy. Miał dość koszul, garniturów i lakierowanych pantofli. Postawił na prostotę – dresowe szorty, podkoszulek z Elmo z Ulicy Sezamkowej oraz kolorowe klapki. W takim stroju nie wyglądał na swoje ponad trzydzieści lat. Bardziej przypominał dorastającego nastolatka. Ja natomiast włożyłam długą kwiecistą sukienkę, a włosy zaplotłam w warkocz, w który wsunęłam kwiat maku. W szampańskich humorach – i z upieczoną wczoraj szarlotką – wsiedliśmy do samochodu.

Za dnia dworek wyglądał jeszcze piękniej, niż to zapamiętałam. Nocne niebo podczas pierwszej wizyty nie pozwoliło mi zauważyć jego prawdziwego uroku. Elewacja została wykonana z ciepłego beżowego kamienia. Miała lekko chropowatą fakturę, a gdzieniegdzie porastał ją ciemnozielony bluszcz, który wyglądał, jakby otulał domostwo ramionami i chronił je przed całym złem zewnętrznego świata. Dodawało to budynkowi wyjątkowo romantycznego charakteru, który tak bardzo pasował do profesora.

Przy wejściu do domu wznosiły się dwie białe kolumny. Dziś mogłam zauważyć, że są ozdobione misternymi żłobieniami o geometrycznych kształtach. Służyły głównie do podtrzymywania uroczego gzymsu, nad którym rozpościerał się balkon z kutego, lekko zardzewiałego już żelaza. Był za to uroczo porośnięty herbacianymi różami. Pośród nich udało mi się rozpoznać również płatki niebieskiego bławatka. Kwiaty swoim słodkim zapachem od progu wprowadzały gości profesora w dobry nastrój. Drzwi wejściowe wykonane zostały z ciemnego i solidnego drewna czarnego dębu. Były proste, bez zbędnych ozdobników. Jedyne urozmaicenie stanowiły dwie mosiężne kołatki w kształcie głowy lwa. Skorzystaliśmy z nich, by zapukać.

Otworzyła nam pani opiekująca się domem. Przekazałam jej ciasto, które obiecała za chwilę podać do kawy. Zaprosiła nas również do ogrodu, gdzie czekał już profesor. A ogród otaczający dom okazał się prawdziwym rajem. Kręte ścieżki wyłożone dużymi kamieniami rzecznymi wiły się pośród bujnej roślinności. Pełno było też zakątków z kolorowymi kwiatami. Momentalnie przypomniały mi się scenerie z Tajemniczego ogrodu, który czytałam w szkole. Róże, lilie, hortensje i lawenda przesycały powietrze słodkim zapachem, który mieszał się z aromatem świeżo skoszonej trawy. W centralnej części znajdował się niewielki staw otoczony kwitnącymi liliami wodnymi. Szemrały też sztuczne strumyki doprowadzające wodę do zbiornika, a żyjące w nich żaby umilały czas swoimi odgłosami. Zauważyłam nawet pływające beztrosko kolorowe ryby.

Pod wielkim wiekowym drzewem stała altana. Spod jej dachu spływały białe zasłony, które lekko falowały na wietrze i tworzyły ściany tej drewnianej konstrukcji. To tam zauważyliśmy profesora, więc podeszliśmy do niego pospiesznie. Pan Władysław był ubrany w lnianą koszulę i kremowe spodnie zaprasowane w kant. Na głowie miał słomiany kapelusz, a pod szyją jedwabną apaszkę w fiołki. Siedział przy dużym stole wykonanym z tego samego drewna co altana. Na blacie znajdowały się przeróżne książki, artykuły papiernicze, notatniki i przybory do pisania. W jednym rzędzie ułożone zostały trzy rodzaje atramentu. Obok prawej ręki profesora stał duży, pięknie zdobiony kubek. Podejrzewałam, że tak jak ostatnio staruszek miał w nim herbatę ziołową. Był tak zajęty pracą, że nie zauważył naszej obecności. Popatrzyliśmy na siebie zdezorientowani, po czym Marek przemówił:

– Dzień dobry, panie Władysławie, byliśmy umówieni na jedenastą.

– Tak, tak, pamiętam – odparł profesor bez podnoszenia wzroku znad kartek. – Siadajcie, już kończę. Pani Bożenka przyniesie za chwilę kawę.

– I upieczone przeze mnie ciasto – wtrąciłam zadowolona z siebie.

– Tak, tak – wymruczał pod nosem.

Gosposia przyniosła kawę oraz pokrojoną szarlotkę dokładnie pięć minut po naszym przywitaniu się z profesorem. Była drobną kobietą w średnim wieku, wyróżniała ją wyjątkowo szczupła talia oraz plecy wyprostowane tak, jakby ktoś przywiązał jej do nich kij. Brązowe włosy upięła starannie w niski kok. Fryzura ta nadawała jej wygląd starej angielskiej pokojówki. Miała łagodne rysy, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, i ciepłe, piwne oczy, które błyszczały spokojem i życzliwością. Nosiła proste, praktyczne ubranie – czarną klasyczną sukienkę do kolan. Wokół pasa przewiązała haftowany biały fartuszek.

Pani Bożena zgarnęła ze stołu rzeczy profesora i z gracją oraz pewnością siebie rozkładała zastawę. Kawę postanowiła podać nam w przepięknych, wiekowych, porcelanowych filiżankach. Każda była w kształcie kielicha innego kwiatu i ozdobiona barokowymi motywami, takimi jak pulchne amorki na chmurkach. Do filiżanki dostaliśmy talerzyk i złotą łyżeczkę. Resztę kompletu stanowiły cukiernica, mlecznik oraz dzbanek z zaparzoną kawą. Ciasto zostało nam zaserwowane na – jak podejrzewałam – równie wiekowej kryształowej paterze.

Po rozłożeniu wszystkiego pani Bożena kiwnęła głową i bez słowa odeszła w stronę domu. Dopiero teraz profesor skończył przeglądać dokument, nad którym pracował, i na nas spojrzał.

– O matko! – krzyknął na mój widok i poprawił okulary. – Najmocniej przepraszam, nie chciałem przestraszyć, ale czy panienka zrobiła coś z włosami?

Był wyjątkowo uprzejmy. Większość ludzi nie wybrnęłaby gładko z takiego nietaktu na czyjś widok.

– Panie Władysławie, jest ze mną coraz gorzej – westchnęłam, a Marek złapał mnie za rękę. – Osiwiałam w jedną noc.

– No niedobrze, niedobrze, tak nie powinno być – mówił, potrząsając własną siwą głową.

– Na dodatek ponieśliśmy klęskę w próbie kontaktu z pana bratem – podjął mój narzeczony. – A naprawdę wierzę, że on może nam pomóc.

– Na pewno, na pewno – potwierdził profesor, zajęty słodzeniem kawy. – Niech pomyślę… – Sięgnął po notatnik w grubej czerwonej oprawie. – Tutaj zapisuję wszystkie informacje od brata. – Polizał palec i zaczął powoli przewracać strony. Każda zaczynała się datą. – No tak – westchnął po przeczytaniu ostatniego wpisu i odłożył notatnik na stertę książek obok. – On za tydzień wróci z Australii. Będzie się ze mną kontaktował we wtorek, to umówię dla panienki spotkanie – zaproponował.

– Byłabym wdzięczna. – Podałam mu na talerzu kawałek mojej szarlotki. – A co pana brat robi w Australii?

– Stanisław zainteresował się ostatnio historią oraz wierzeniami Aborygenów. Pod wpływem nagłego przypływu pozytywnej energii kupił bilety i wyjechał. – Wziął kęs ciasta i skomentował: – Pyszne. Panienka sama piekła?

– Tak, sama – wtrącił się Marek. – A czy zamierzał badać coś konkretnego? – zapytał zaciekawiony. Zawsze lubił takie tematy.

– Wiem, że jednym z jego celów było dokładne zwiedzenie regionu Kimberley. Zafascynowała go legenda o wandjina.

– Co to za legenda? – Nagle mnie również zaczęło to ciekawić.

Profesor upił łyk kawy i z wyraźnym zadowoleniem na twarzy kontynuował:

– Nie jestem specjalistą w tych tematach. Od brata wiem tylko, że wandjina są uważane za duchy przodków. Według wierzeń stworzyły świat i wszystko, co w nim jest. Legenda mówi, że przybyły z nieba podczas Czasu Snu. Czym jest ten czas, nie pytajcie, bo nie wiem. Stworzyły przyrodę, ludzi oraz wszelkie inne formy życia. Podobno kontrolują deszcz i pogodę, co jest niezwykle ważne dla przetrwania ludności żyjącej w tamtym suchym klimacie. W regionie, do którego pojechał mój brat, znajduje się wiele malowideł przedstawiających te duchy. Mówił mi, że niektóre z dzieł mają ponad cztery tysiące lat, ale są starannie pielęgnowane przez społeczności aborygeńskie, które regularnie je odnawiają, aby utrzymać duchową więź z przodkami. – Ochoczo wziął kawałek ciasta do ust i ukontentowany ciągnął opowieść: – Wandjina są w nich przedstawiane jako postacie bez ust, za to z dużymi, wyłupiastymi oczami. Zawsze otacza je swojego rodzaju aureola. Ma ona symbolizować chmury deszczowe, czyli jeden z obszarów ich zainteresowań. Aborygeni z regionu Kimberley prowadzą różne ceremonie z nimi związane. Jedne dotyczą rytuału deszczu, inne natomiast mają zapewnić opiekę nad ziemią czy ludźmi. A opowieści o tych duchach starszyzna plemienia przekazuje ustnie. Zawierają one jednak nie tylko mityczne elementy, lecz także praktyczne nauki dotyczące egzystowania w harmonii z naturą, bo każde pokolenie powinno prowadzić życie zgodnie z tymi regułami.

Dopiero teraz zauważyłam, że Marek zaczął notować w telefonie wszystko, co mówi profesor.

– To fascynujące – przyznał chłopak. – Ile czasu pan Stanisław spędził w Australii?

– Za tydzień minie miesiąc, odkąd mieszka w wiosce aborygeńskiej.

Dalsza rozmowa upłynęła na ciągłych pytaniach Marka do profesora dotyczących działalności Stanisława, historii domu czy medycyny. Po godzinie, gdy kawa i ciasto się skończyły, pan Władysław powiedział:

– Moi drodzy, bardzo miło mi się rozmawia, ale niestety muszę was przeprosić. Mam dziś recenzje artykułów do przygotowania, a czas biegnie nieubłaganie. Obiecuję we wtorek odezwać się z informacją o terminie wizyty u mojego brata.

Grzecznie się pożegnaliśmy i ruszyliśmy do samochodu, a profesor poprawił złote okulary i sięgnął po odłożone na początku naszej wizyty papiery.

W drodze do domu zatrzymaliśmy się w trzech różnych miejscach. Pierwszą lokalizację wybrałam ja. Podjechaliśmy do pobliskiej kwiaciarni, gdzie zakupiłam bukiet z maków. Nie wiedziałam, czy sobie wmawiam fakt, że dzięki nim tak dobrze przespałam noc, czy faktycznie tak było, ale uznałam, że nie zaszkodzi mieć ich w sypialni. Drugi postój zarządził Marek. Wstąpiliśmy do księgarni, w której przez pół godziny szukał interesującej go książki. Podejrzewałam, co wybierze po takim spotkaniu. Oczywiście legendy i tradycje aborygeńskie. Ja przy okazji nabyłam kilka świeczek o zapachu fiołków. Lubiłam je palić, a mój zapas powoli się kończył. Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy, była hinduska restauracja, gdzie zamówiliśmy obiad na wynos.

Copyright

Dziedzictwo snu

Copyright © Joanna Kurek

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

książka ISBN 978-83-7995-886-3

ebook ISBN 978-83-7995-887-0

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Joanna Błakita

Korekta: Anna Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl