Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
116 osób interesuje się tą książką
Uważaj, z kim zawierasz umowy, bo mogą one odmienić całe Twoje życie.
Emma Hill jest wiedźmą, która potrafi ukraść niemal wszystko. Kiedy wpada w ręce okrutnego hrabiego i trafia do lochów, jedyną szansą na ratunek okazuje się desperacki pakt. Zostaje uwolniona… tylko po to, by odkryć, że złożyła przysięgę pradawnej istocie.
Cena wolności została jasno określona: Emma ma pięć dni, by wykraść jajo gryfa.
Problem w tym, że nikt jeszcze nie dokonał czegoś takiego.
Co gorsze do wykonania misji Emmie przydzielono Torusa Ursusa, zmiennokształtnego wojownika, który lata temu zniszczył jej życie. Teraz ich drogi zostały magicznie splecione: jeśli jedno z nich zginie… drugie podzieli ten los. Aby przeżyć, będą musieli zaufać sobie nawzajem.
W świecie pełnym potężnej magii, mrocznych sekretów i niebezpiecznych istot każdy krok przybliża ich do gniazda gryfa… i do prawdy o sobie.
„Ostatnie zlecenie” to pełna napięcia nowelka romantasy o wrogach zmuszonych do współpracy, pradawnej magii, niebezpiecznej misji i uczuciach, które rodzą się tam, gdzie nie powinny.
Nowelka z Kolekcji zmiennokształtnych Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 131
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ostatnie zlecenie
Joanna Kurek
Wydawnictwo Inanna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Ciche chrobotanie przy moim uchu wybudziło mnie z błogiego, bezbolesnego snu. Z trudem podniosłam opuchniętą powiekę i zauważyłam małego, brudnego szczurka jedzącego resztki mojego wczorajszego posiłku. O ile to coś można było nazwać posiłkiem. Całe ciało mnie bolało i zdałam sobie sprawę, że nie do końca pamiętam to, co się właściwie wydarzyło. Świadomość zaburzeń pamięci mnie przerażała. Poczułam, jak serce zaczyna mi szybciej bić, a zimny pot razi moje poranione plecy. Wszystkie ostatnie dni zlewały mi się w jeden niewyraźny obraz brudu, smrodu i rozpaczy. Podniosłam się na łokciach, starając się usiąść na kopie zgniłego siana, która służyła mi za łóżko i jedyny, z braku lepszego słowa, mebel w pomieszczeniu. Próbowałam lekko rozmasować dłonie, zdrętwiałe od hamujących moje moce kajdan. Zostawiały one na mojej skórze brzydkie, czerwone pręgi. Wiedziałam, że będą się one tylko pogarszać z każdym dniem tutaj.
Z zamyślenia nad moją beznadziejną sytuacją wyrwał mnie nagle gryzoń towarzyszący mi tego dnia w celi. Podbiegł i teraz przyglądał mi się uważnie swoimi czarnymi jak węgiel oczami, a następnie usiadł i podał mi trzymaną w pyszczku zwiniętą kartkę. Zwierzę miało ciemnobrązowe futro, okrągłe uszy i długi, pokaleczony od walki ogon. Wyraźnie czekał na moją reakcję. Powoli wyciągnęłam w jego stronę trzęsącą się dłoń i przyjęłam przyniesiony mi podarunek. Rozłożyłam delikatnie mały, brudny papierek. Kartka okazała się krótką notatką zawierającą obietnicę ratunku w zamian za bliżej nieokreśloną przysługę. Na podjęcie decyzji wystarczyła mi sekunda. Wiedziałam doskonale, że kolejnego dnia tortur mogę nie przeżyć, a każdą umowę można jakoś obejść, prawda? Kiwnęłam twierdząco głową do zwierzęcia i poczułam, jak moje brudne, lepkie włosy unosi podmuch magii, a skóra na rękach piecze niczym przypalana żywym ogniem. Cieszyłam się, że za kratami trwa prawdziwa ulewa, dzięki czemu mój krzyk z bólu był słabiej słyszalny przez ciężkie, stalowe drzwi. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Cała spocona spojrzałam na swoją lewą dłoń i po jej wewnętrznej stronie ujrzałam wypalony znak przysięgi.
Obudziłam się kilka godzin później z obolałą dłonią i pulsującą w skroniach migreną. Pewnie byłabym dłużej nieprzytomna, gdyby nie przeraźliwy hałas za drzwiami. Wyraźnie słyszałam szczęk broni oraz przyspieszone kroki straży. Co jakiś czas rozlegał się też okropny krzyk. Wzięłam oddech i spróbowałam wstać, jednak świat nieubłaganie wirował mi przed oczami. Odgłosy walki stawały się coraz głośniejsze, a mnie przepełniał prawdziwy, czysty niepokój. Czy to jest dzień, w którym umrę? Rozejrzałam się za czymś do obrony, jednak nie licząc ścian z mokrego, wilgotnego kamienia, drewnianej miski na jedzenie, siana i kajdan, którymi byłam przykuta, nic nie miałam w swojej celi. Przeklinałam w duszy łańcuch, przez który nie mogłam sięgnąć do mojej mocy ani nawet do drewnianej miski. Nabrałam głęboko powietrza, gdy usłyszałam, jak strażnik padł tuż za zamkniętymi drzwiami, a one otworzyły się z wyraźnym skrzypieniem.
W progu stał wielki jak dąb mężczyzna i patrzył na mnie swoimi przenikliwymi, brązowymi oczami. Cała jego twarz i ubranie oblepione były świeżą krwią, podobnie jak topór, który trzymał w prawej dłoni. Celę momentalnie wypełnił żelazny zapach świeżej posoki, a mnie zebrało się na wymioty. Mężczyzna uśmiechnął się i zrobił dwa kroki w moim kierunku, a ja instynktownie cofnęłam się i oparłam o zimną ścianę. Jej chłód był dla mnie otrzeźwiający; momentalnie podniosłam głowę wysoko. Skoro mam odejść z tego świata, to dojdę z godnością.
– Nie zjem cię, wiedźmo – odezwał się, wierzchem dłoni ścierając sobie z oczu krew. – Zgodnie ze złożoną przysięgą mam cię dostarczyć do mojego pana. Całą i zdrową.
– Torus?! – zawołałam, rozpoznawszy mężczyznę po głosie.
– Emma?! – zapytał, zaciskając mocniej dłoń w pięść.
– To przez ciebie tu jestem! – krzyknęłam, bezskutecznie szarpiąc kajdanami.
– Uspokój się, paniusiu. Mam cię tylko dostarczyć do mojego pana – powtórzył.
– Gdybyś mnie nie okradł, nie spotkałoby mnie to.
– Nie spotkałoby cię to, gdybyś grała uczciwie. – Wziął głęboki oddech, uspokajając nerwy. – To nie czas na to. Zaraz tu będzie reszta straży.
Mężczyzna podszedł do mnie i jednym pewnym ruchem przeciął niewolące mnie kajdany. Broń, której używał, najpewniej miała w sobie jakieś elementy magicznych stworzeń lub została wykuta przez ludzi gór. Inaczej nie przecięłaby takiego zaklęcia. Jeżeli tak, to nie chciałam wiedzieć, ile musiał za nią zapłacić albo, co gorsza, czym musiał zapłacić. Po uwolnieniu rąk momentalnie poczułam wzrastającą we mnie moc, a towarzyszący mi dotąd ból zaczął ustępować. Popatrzyłam na swoje brudne dłonie i powoli poruszyłam palcami. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
– No dobrze. Idziemy – rzucił, a następnie pochylił się, próbując wziąć mnie na ręce.
– Bez żadnych takich! Dam radę sama!
– Tak? – zapytał z uniesioną brwią, po czym lekko mnie popchnął, a ja upadłam z plaskiem na zimną, kamienną podłogę. – Tak myślałem. Schowaj swoją dumę do kieszeni, bo inaczej nie wyjdziemy stąd żywi.
Podał mi rękę, by pomóc mi wstać, a ja niechętnie ją przyjęłam. W tym jednym miał rację – najważniejsze jest wyjść stąd żywym. Wzięłam głęboki oddech i niechętnie pozwoliłam się wziąć na ręce. Znałam swoje ograniczenia i wiedziałam, że minie kilka godzin, nim będę miała wystarczająco dużo siły, by samodzielnie iść, jednak moja duma nie mogła tego przeżyć. Każdy cal mojego ciała kipiał ze złości, gdy niósł mnie jeden z moich kluczowych konkurentów w branży. Przeklęty Torus Ursus. Cholera jego mać!
– Śmierdzisz – skomentowałam.
– Ty też fiołkami nie pachniesz – odparł z przekąsem.
O dziwo, wyjście z więzienia nie sprawiło nam jakichś większych problemów. Ciemne, wilgotne korytarze zostały przyozdobione licznymi zmasakrowanymi zwłokami strażników, oświetlanymi tylko przez sporadycznie porozstawiane olejowe lampy. Wiedziałam, że Torus, jako zmiennokształtny niedźwiedź, ma dużo siły. Nie raz widziałam też miejsca zleceń, do których docierał przede mną. Nigdy nie widziałam natomiast takiego niedbalstwa z jego strony jak teraz. Nie próbował nawet jakoś zatuszować tej masakry. Ta świadomość zaczęła powodować u mnie strach przed tym, kto jest jego panem i komu ja właśnie złożyłam niemą przysięgę.
Moja cela znajdowała się prawie na samym końcu podłużnego budynku. Dalej były wyłącznie pomieszczenia przeznaczone do brutalnych przesłuchań. Oczywiście, musiałam trafić do możliwie najgorszego miejsca. Nawet gdy nie byłam torturowana, to słyszałam wyraźnie krzyki osób przeżywających katusze. Podwójna katorga, nie ma co. Nie uważałam jednak, aby tortury były dla mnie odpowiednim wymiarem kary. Nic takiego nie zrobiłam. W końcu nikogo nie zabiłam, tylko pozyskałam coś dla mojego zleceniodawcy. Gdybym wiedziała, że ten przedmiot jest aż tak cenny, na pewno podwoiłabym stawkę. A tak wyszłam na zwykłego jelenia.
Im bliżej byliśmy wyjścia z budynku, tym otoczenie wyglądało coraz bardziej cywilizowanie. Zimne, mokre kamienne ściany zmieniły się na ściany pokryte pięknymi, kwiecistymi tapetami i przyozdobione licznymi złotymi świecznikami. Każdy z nich sprawiał wrażenie wykonanego przez wysokiej klasy specjalistę. Wyryte w nich były małe aniołki, zwierzęta czy nawet konstelacje gwiazd. Podłoga, po której szliśmy, zmieniła się z kamiennej na pokrytą czerwoną wykładziną o misternym wzorze tkanym złotą nicią. Jakbym znalazła się w jednym z podmiejskich pałaców. Mijane przez nas drzwi również się przeobraziły. Zamiast grubych, brudnych i stalowych widziałam teraz zachwycające, wykonane z jasnego drewna i czułam, że wszystkie są zabezpieczone magią. Wokół roznosił się też urzekający zapach drogich perfum.
Masakra strażników nie dotarła do tej części budynku, jednak oprócz nas nie dostrzegłam tu też nikogo żywego. Wzbudziło to mój niepokój i mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest reszta straży. Strach podszedł mi do gardła, gdy okazało się, że za zakrętem czeka na nas tuzin uzbrojonych po zęby mężczyzn z samym hrabią na czele. Za nimi majaczyły już tylko ogromne wrota prowadzące na zewnątrz. Przeklęłam w myślach, wiedząc, że właśnie tu się kończy moja obietnica wolności.
– Dokąd pan zabiera moją więźniarkę? – zapytał hrabia swoim słodkim jak miód głosem.
Jak zawsze był ubrany nienagannie, w błękitne jak niebo spodnie i czarną jak węgiel jedwabną koszulę. W stolicy mówili, że ma blisko trzysta lat, a mimo to wyglądał na góra czterdzieści. Swoją przystojną twarz zawsze nosił gładko ogoloną, a długie, zadbane blond włosy spinał z tyłu głowy niebieską wstążką. Jednak największą uwagę zwracały jego świecące na żółto oczy z podłużnymi, czerwonymi źrenicami.
– Zgodnie ze złożoną mojemu panu przysięgą ma ona odzyskać wolność – powiedział bardzo spokojnie Torus.
– Bardzo ciekawe – odparł hrabia, teatralnie rozkładając ręce. – Tak się składa, że ta oto wiedźma wkradła się do jednego z moich skarbców i ukradła coś bardzo dla mnie cennego. Dopóki nie powie, gdzie znajduje się owa rzecz, będzie moim więźniem.
– Szanowny hrabio, mój pan dotrzymuje złożonych obietnic. Jeżeli twierdzi, że ona odzyska dziś wolność, to tak będzie – odezwał się i wtedy zobaczyłam, jak Torus ściska w dłoni jakiś amulet.
Nagle pomiędzy nami a hrabią zmaterializowała się mała, złota skrzynia wysadzana dużymi jak jajka czerwonymi kamieniami. Hrabia oczywiście nie był na tyle głupi, aby sam do niej podejść i ją otworzyć. Wysłał do tego zadania młodego, mającego na oko jakieś dwadzieścia lat, strażnika. Zacisnęłam mocno powieki, bo nie chciałam być świadkiem tego, co się za chwilę wydarzy. Zbyt dobrze znałam te skrzynki pułapki. W końcu od wielu lat sama je rozbrajałam. Mijały sekundy, a ja jednak nie usłyszałam żadnego huku, trzasku czy krzyku. Otworzyłam ostrożnie jedno oko i zobaczyłam zszokowaną minę hrabiego pochylającego się nad zawartością skrzynki.
– Jeżeli moje cudeńko wróciło do domu, to możesz sobie ją zabrać – powiedział, nie patrząc na nas. – Już nie jest mi potrzebna.
Nie mogłam uwierzyć, że przedmiot tak łatwo wrócił do hrabiego. Wiedziałam, że mój zleceniodawca nie będzie z tego powodu pocieszony. Nadal nie rozumiałam, jak to się stało. Przecież zabezpieczyłam go najlepszym zaklęciem, jakie opracowałam. Gdy tylko przeszliśmy przez wrota i oddaliliśmy się dobry kilometr od posiadłości, Torus pozwolił mi stanąć na ziemi. Chłód zielonej, soczystej trawy na moich nagich stopach orzeźwiał zniewalająco, jednak w głowie nadal analizowałam sytuację, która wydarzyła się przed momentem. Spojrzałam mężczyźnie w oczy.
– Kim, do cholery, jest twój pan?
– Zobaczysz.
Szliśmy przez gęsty, zielony las, ledwo widoczną ścieżką. Cała była pokryta trawą, a jedynie liczne drobne kamienie wskazywały na to, że jest czasami uczęszczana. Oprócz nas nie widziałam ani nie słyszałam tu żadnego zwierzęcia czy człowieka. Panowała niepokojąca, wręcz głucha cisza. Nawet wiatr przestał dawać o sobie znać. Promienie słońca co jakiś czas padały na moją zmęczoną twarz, pieszcząc ją delikatnie. Kroczyliśmy obok siebie, żadne z nas nie pozwoliłoby, aby to drugie szło za nim. Łączyła nas zbyt długa historia, abyśmy nie wiedzieli, czym to się skończy. Z chęcią pozabijalibyśmy się nawzajem. Nawet teraz, gdy musiał przyprowadzić mnie całą i zdrową, a ja byłabym głupia, narażając się osobie, której złożyłam przysięgę, korciło mnie, by przyłożyć mu w plecy mocnym zaklęciem.
Torusa poznałam, gdy dołączyłam do swojej pierwszej gildii. Było to dobre dziesięć lat temu. Wówczas byłam młodą, ambitną wiedźmą potrzebującą się wykazać i pragnącą dorobić się szybko niemałej fortuny. Zlecenia były przeróżne, dzięki czemu nie szło się nudzić w tej pracy. Moje zdolności też raczej sprzyjały takiemu zajęciu, niż przeszkadzały. Dzięki wrodzonej mocy mogłam przenosić przedmioty przez ściany, usypiać wrogów czy wystrzeliwać z dłoni deszcz piorunów. Rodzina oczywiście się odwróciła, twierdząc, że przynoszę im wstyd. Według nich powinnam zająć się tym, czym oni – sprzedażą magicznych eliksirów. Twierdzili, że nazwisko Hill do czegoś zobowiązuje.
Członkowie gildii szybko zastąpili mi rodzinę, i kiedy wszystko zaczęło się układać po mojej myśli, pojawił się Torus. Od razu zwrócił na siebie moją uwagę i poczułam, że coś mnie do niego przyciąga. Był inny niż reszta. Ponadprzeciętnie wysoki, o posturze rozłożystego dębu. Brązowe, szorstkie włosy zdawały się żyć własnym życiem. Jego przystojną twarz z miodowymi, miłymi oczami zawsze zdobił kilkudniowy zarost. Nosił się prosto. Przeważnie miał na sobie skórzane spodnie i lnianą koszulę wiązaną na rzemyk. Tak samo jak dzisiaj. Był uprzejmy, jednak gdy się wkurzył, w kącikach jego ust pojawiała się piana. Nikt nie widział, kim jest, skąd pochodzi i ile ma lat, ale przynosił zyski, a to wystarczyło, aby nikt nie drążył tematu. Wykonaliśmy razem kilka misji, nawet dobrze się dogadując, aż pewnego dnia zaczął robić wszystko, by utrudnić mi zadanie. Zniszczył mi reputację, przez niego straciłam swoją pozycję w gildii. Zaczął bezpodstawnie oskarżać mnie o kradzieże i o działanie na szkodę organizacji. Nie znałam powodów jego postępowania. Tak naprawdę nie były mi one potrzebne, by moja sympatia do niego przerodziła się w swojego rodzaju niechęć pomieszaną z chęcią zemsty. A z czasem w czystą nienawiść.
– Już jesteśmy. Poczekaj chwilę, muszę aktywować portal – powiedział oschle i podszedł do dwóch dużych kamieni.
Nie zamierzałam na to odpowiadać. Chciałam jak najszybciej pozbyć się jego towarzystwa, więc portal, mimo że ich nie lubię, wydał mi się dobrą opcją. Usiadłam wygodnie na przewróconym nieopodal pniu, po czym założyłam nogę na nogę i rozejrzałam się po okolicy. Polana, na której się znajdowaliśmy, aż pulsowała od mocy. Zdziwiło mnie to, że nigdy wcześniej tu nie byłam, a przecież dobrze znałam te tereny. Po jakichś dziesięciu minutach mężczyźnie wreszcie udało się otworzyć portal, a mnie nie spodobał się jego wygląd.
Pomiędzy dwoma ogromnymi kamieniami pojawiły się drzwi. Były wysokie na ponad trzy metry i szerokie na dwa, wykonane z dziwnego, czarnego drewna, jakiego do tej pory nie widziałam. Ich powierzchnię pokrywały różne wyryte znaki, a rogi zostały obite żywym srebrem. Podeszłam bliżej, by lepiej im się przyjrzeć. Przejechałam po nich ręką, po czym cofnęłam się jak oparzona. Spod drzwi zaczęły się wydostawać kłęby intensywnie fioletowego dymu.
– Służysz czarnoksiężnikowi?! – zapytałam zszokowana.
– Żeby to był tylko czarnoksiężnik – zakpił, patrząc w dal, a drzwi zaczęły się uchylać.
Przejście przez nie sprawiło mi fizyczny ból. Czułam, jak ta przeraźliwa fioletowa moc próbuje mnie złamać. Jak wdziera się do każdego zakamarka mojego umysłu, wymagając ode mnie uległości. Po kilku sekundach tortur moje stopy dotknęły zimnej, marmurowej posadzki. Zaczerpnęłam głęboko powietrza, ale uderzyła mnie nieprzyjemna, ostra woń. Spojrzałam na mojego towarzysza, całą twarz miał spoconą, a jego mina nie świadczyła o radości przebywania w tym miejscu.
– Którędy? – wydyszałam ciężko. Chciałam mieć to już za sobą.
– Prosto i w lewo.
Wygładziłam rękami brudną, bordową spódnicę, poprawiłam czarną bluzkę i przygładziłam dłońmi poszarpany warkocz. Nabrałam jeszcze raz powietrza i z uniesioną wysoko głową zaczęłam iść przed siebie. Z każdym krokiem wyczuwałam zwiększającą się niebezpieczną moc. Czymkolwiek był ten czarnoksiężnik, drastycznie przewyższał mnie swoją magią. Poczułam, jak wymiociny podchodzą mi do gardła, gdy otworzyły się przede mną drzwi, a za nimi czekał on.
Sala była przestronnym pomieszczeniem utrzymanym w ciemnej tonacji. Na ścianach pomalowanych na wszystkie odcienie fioletu wisiały liczne dzieła sztuki. Były tu zarówno drogocenne obrazy, jak i piękne rzeźby. Przez środek sali ciągnął się haftowany czerwony dywan prowadzący do niewielkiego wzniesienia na końcu sali. Całość oświetlały alchemiczne kule unoszące się w powietrzu. Zaczęłam powoli iść przed siebie. Krok za krokiem, starając się uspokoić walące w mojej piersi serce. Na wzniesieniu znajdował się wielki, czarny tron ozdobiony mnóstwem ludzkich czaszek, a na nim siedziała osoba, z którą łączyła mnie teraz przysięga.
Był to najprawdziwszy ciemny elf. Postać, o której do tej pory tylko czytałam w starych podaniach. Postać, o której stara niania opowiadała mi historie, siedziała teraz wyprostowana, trzymając w ręku złoty puchar i patrząc na mnie przeszywająco. Był on niewyobrażalnie wręcz szczupły, z jasną jak śnieg cerą. Spod fioletowych, spływających kaskadami do samej ziemi włosów wystawała para zaostrzonych jak noże uszu ozdobionych licznymi złotymi kolczykami. Miał czarne oczy, z białkami i źrenicami zlewającymi się w jedno. Był przerażający, a jeszcze straszniejsza była moc, którą od niego wyczuwałam.
– No nareszcie, wiedźmo. Długo kazałaś na siebie czekać. – Jego głos brzmiał jak stal podczas szlifowania.
– Pretensje miej raczej do swojego psa, a nie do mnie.
– Jaka pyskata. – Zacmokał ze smakiem.
– Powiedziałabym, że raczej asertywna.
– Nie ciekawi cię, kim jestem? – zapytał, kołysząc w dłoni trzymanym kieliszkiem.
– Zapewne i tak za chwilę mi to powiesz. A kim ja jestem, to pewnie wiesz, bo sam zawarłeś ze mną umowę.
– Już cię lubię. Jestem Izopor.
– Ten z książek dla dzieci? – zapytałam, chcąc potwierdzić moje przypuszczenia.
– Ten sam – powiedział, po czym mocno pociągnął nosem. – Idź się umyj. Śmierdzisz. Psujesz mi smak wina. Wróć za godzinę. Torus – zwrócił się do stojącego pod ścianą mężczyzny. – Ty też się umyj, bo śmierdzisz niedźwiedziem, i przyprowadź ją tu z powrotem. Idźcie już.
Wyszliśmy bez słowa i tak samo bez słowa zostałam zaprowadzona do jednego z pokojów znajdujących się piętro wyżej. Nadal byłam oszołomiona odkryciem, kim jest osoba, która mnie uratowała. I coraz bardziej zaczynałam się martwić zawartą umową. Na początku podejrzewałam, że będzie to zwykły mag czy druid, a nie czarnoksiężnik. I do tego chodząca legenda. W bajkach dla dzieci, które opowiadała mi niania, Izopor był zawsze tym złym. Tym, którego należy się obawiać. Gdy dorosłam, czytałam o nim na kilku pergaminach, w których historie były tak krwawe, że musiałam ratować się wiadrem, by nie pobrudzić podłogi. Pomimo swojej niechęci do Torusa nie byłam w stanie zrozumieć, jak mógł się wplątać we współpracę z kimś takim. To musiało być gorsze niż tortury, które przeszłam. Za nic nie chciałabym być na jego miejscu.
Pomieszczenie, do którego zostałam zaprowadzona, było niewielkim pokojem podzielonym na dwie części przez misternie zdobiony parawan. Z jednej strony znajdowały się skromne łóżko, biurko i mała skrzynia na ubrania. Na posłaniu leżały szkarłatna pościel i zestaw damskich ubrań. Z drugiej strony parawanu zobaczyłam dużą, drewnianą wannę napełnioną gorącą wodą oraz stołek, na którym leżało kilka kosmetyków i ręcznik. Gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, szybko zrzuciłam z siebie brudne ubrania i weszłam do wody, wydając mimowolnie jęk zadowolenia.
Po tak długim czasie w niewoli miałam nareszcie chwilę, aby wyczyścić się i przyjrzeć swojemu ciału. Przez ostatni czas bardzo schudłam, przez co moja talia stała się bardzo wyraźna, tak samo jak kości obojczyków i kości policzkowe. Skóra nabrała ziemistego, nieprzyjemnego odcienia, a moje długie włosy, o które zawsze dbałam, przypominały związane witki wierzby. Ciężko było przyglądać się odbiciu okazującemu taki obraz. Postarzałam się o dobre pięć lat. Umyłam się i postanowiłam, że zaplotę włosy w koronę, abym nie widziała, jak bardzo są zniszczone. Dodatkowo dawało mi to pewność, że nikt mnie za nie złapie w przypadku jakieś walki lub ucieczki. Byłam również wdzięczna swojej magii, że zaraz po uwolnieniu niezwłocznie wyleczyła wszelkie obrażenia wewnętrzne i zewnętrzne spowodowane torturami. Dzięki, Hailx – chociaż tyle.
Po długiej kąpieli przebrałam się w przygotowane dla mnie ubrania. Były to wygodne buty do jazdy konnej wiązane aż pod samo kolano, do tego wąskie, materiałowe spodnie w kolorze bordowym, biała koszula i skórzana kamizelka z miejscem na kilka niewielkich noży. Nie był to mój styl, ale nie wyglądałam w tym jakoś szczególnie dziwnie. Dziwnie zaczęło się robić dopiero, kiedy przyszedł po mnie Torus. Miał on na sobie dokładnie taki sam komplet. Najwyraźniej jego też to zaskoczyło, ale nic nie powiedział, tylko podniósł swoje krzaczaste brwi.
Teraz gdy nie był brudny i cały we krwi, przypominał mi mężczyznę, którego kiedyś uważałam za bliskiego przyjaciela, dla którego kiedyś byłam gotowa skoczyć w ogień. Teraz sama bym go tam najchętniej wepchnęła. Przyjrzałam mu się uważnie. Od naszego poprzedniego spotkania jedynie przybyło mu kilka zmarszczek. Nadal był tak samo nieziemsko przystojny i nadal z nieznanych powodów chciał zniszczyć moje życie.
Ostatnie zlecenie
Copyright © Joanna Kurek
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-924-2
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Paulina Kalinowska
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
