Dotyk Szamana - Milcarz Arun - ebook

Dotyk Szamana ebook

Milcarz Arun

4,5

Opis

Najnowsza powieść Aruna Milcarza, laureata nagrody Magellana 2016 za debiutancką książkę pt. "Czad. W poszukiwaniu straconego..."

Tomasz, uznany, młody naukowiec, pragnąc uciec przed wyrzutami sumienia spowodowanymi samobójczą śmiercią swego ojca, przyjmuje zaproszenie na kongres psychologiczny we Władywostoku. Decydując się na podróż koleją transsyberyjską nie wie, że będzie przyczyną wypadku, który w efekcie doprowadzi go do konfrontacji z jednym z najmocniejszych buriackich szamanów. To zdarzenie zmusi ich obu do przewartościowania swych skrajnie odmiennych światopoglądów, a szamańskie rytuały na dobre połączą ich losy. Od tej chwili życie naukowca jak i Buriata już nigdy nie będzie tym, czym było do tej pory.

Z jednej strony książka skierowana jest do czytelników lubiących wykraczać ponad dawno ustalone schematy gatunkowe, jak i do tych, którzy są niejako znudzeni standardową powieścią psychologiczną, podróżniczą, czy też zwykłym thrillerem. Dotyk Szamana to inteligentne połączenie tych trzech gatunków, z domieszką filozofii, ezoteryki i socjologii. Fabuła powieści oparta na solidnej, terenowej dokumentacji buriackiego szamanizmu, sporządzonej przez samego autora, będzie ucztą dla czytelnika stawiającego na rzetelność i wyobraźnię, a przy tym nie stroniącego od poszukiwań odpowiedzi na pytania dotyczące naszych przodków, czy też celowości śmierci.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 201

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © by Arun Milcarz 2020

Redakcja/ autor tytułu

Błażej Kusztelski

Skład i łamanie

Maciej Torz

Projekt okładki

Klaudia Piwowarczyk

[email protected]

Obraz użyty do projektu okładki

olej na desce, wymiary 32x24 cm

Radosław Perlak

Druk

PRINT GROUP Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

ul. Księcia Witolda 7-9

71-063 Szczecin

książkę wydrukowano na papierze CREAM

Fundacja Alchemik Sendivius

Wydawnictwo Alchemik

Gorzeń Górny 46, 34-100 Wadowice

[email protected]

www.alchemiksendivius.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-957632-1-2

I

Tomasz z ulgą przyglądał się, jak trumna powoli znika w idealnie wyprofilowanym grobie. Gdy już znajdowała się w połowie drogi do miejsca wiecznego spoczynku, raptem jedna z lin podtrzymujących jej spód ześlizgnęła się, zrywając wieko, sama zaś skrzynia swym wezgłowiem z impetem uderzyła o spód grobu. Zszokowani niespodziewanym widokiem nieboszczyka krewni zamarli w bezruchu. Widok twarzy zakrzepłej w pośmiertnym stężeniu doszczętnie Tomasza przeraził. Po raz pierwszy od lat swój wzrok skrzyżował na dłużej z surowym obliczem ojca. I choć przecież była to twarz martwa, jednak zwrócona wyraźnie w stronę syna, jakby wpatrzona w niego. Winowajca, którym ewidentnie okazał się pracownik zakładu pogrzebowego, nie czekając na cokolwiek, wskoczył do grobu, ułożył ciało jak należy i z nadludzką niemal siłą na powrót zawarł wieko trumny. Drugi z grabarzy pchnął ją na tyle mocno, że wróciła do swej poziomej pozycji, a trzeci z kolei podał rękę jednemu i drugiemu, aby obaj mogli sprawnie wydostać się na zewnątrz. Wstrzymujący do tej pory oddech żałobnicy, wreszcie mogli odetchnąć z ulgą, a zdezorientowana matka, ścisnąwszy syna mocniej za rękę, jako pierwsza rzuciła garść ziemi na wierzch milczącej, drewnianej skrzyni. Po chwili grabarz zaczął czynić swoją powinność.

Dziwna rzecz, ale do tego momentu zamiast o ojcu myślał Tomasz wyłącznie o tych, którzy jego śmierci niejako towarzyszyli: o lekarzu stwierdzającym zgon, sanitariuszu odprawiającym zwłoki do kostnicy, specu od pośmiertnego makijażu, czterech opuszczających trumnę grabarzach i o księdzu, który składał „ciało naszego brata w grobie” i ufał, że „Chrystus wskrzesi go, gdy tylko powróci na Ziemię w chwale”. No i jeszcze o tym niewielkim tłumku wokół mogiły – członkach rodziny i znajomych, którzy zechcieli przybyć na cmentarz w samo południe tego gorącego majowego dnia. Jednak w miarę ubywania ziemi z leżącej obok dołu pryzmy, z każdą minutą ubywało także żałobników. Matka szepcząc, że wypadek z trumną to był znak, wciąż nie zwalniała uścisku z przedramienia syna, a on sam poczuł, że nie może tak po prostu sobie pójść, nie może zostawić matki samej.

Musiał przyznać, że owe trzy dni od chwili zgonu ojca to ze strony firmy pogrzebowej kawał dobrej roboty. Odetchnął z ulgą na myśl o tym, że jest już prawie po wszystkim. Przy organizacji pochówku nie musiał kiwnąć nawet palcem, a teraz w duchu cieszył się, że życie za chwilę wróci do normy. Zerknął na swoją matkę. Chciał wierzyć, że jej płacz nie jest wynikiem bólu po stracie. Popłakuje, bo tak nakazuje zwyczaj, bo nagle rozpadła się swoista współzależność, która trzymała ją i ojca w małżeńskich dybach od ponad czterdziestu lat. Na nim, Tomaszu, spoczywał obowiązek wygłoszenia mowy pogrzebowej, a więc podkreślenia zalet zmarłego, jego szczególnych cech charakteru, niebywałych dokonań tudzież osiągnięć rodzicielskich. I choć zdarzało mu się już nieraz wygłaszać uroczyste laudacje, jednak w tym akurat przypadku obawiał się swych reakcji. Na przykład – że może coś pójść nie tak, że jego mowa nie wypadnie dość przekonująco, że zdradzi w niej swe prawdziwe, negatywne uczucia albo jeszcze gorzej, publicznie okaże swą zimną wobec ojca obojętność. W ostatniej chwili zrezygnował, tłumacząc się przygnębieniem i bólem głowy, co rzecz jasna nie było prawdą, o czym oboje z matką doskonale wiedzieli.

Od chwili wyprowadzki z domu rodzinnego aż do niedawna nie łączyło go z ojcem nic, prawie nic. Oczywiście oprócz długo kultywowanej wzajemnej niechęci, lecz właśnie owo „prawie” nie dawało mu teraz spokoju. I choć udało mu się wymigać od pożegnalnej mowy, zastanawiał się, w jaki sposób uniknąć udziału w stypie, która prędzej czy później niechybnie zamieni się w żenującą próbę wskrzeszenia ojca, by na chwilę ożył we wspomnieniach. By przez chwilę powróciła jego młodość, kiedy jeszcze miał niespożyte chęci i marzenia, które można było zapamiętać. A gdy już żałobnicy skończą ze wspomnieniami, przejdą do tego, co tu i teraz. Z pomocą półsłówek, niby mimochodem, zaczną drążyć i podpytywać, będą doszukiwać się tego, co między niedopowiedzeniami, będą rozgrzebywać i analizować bezpośrednie i pośrednie przyczyny śmierci. Był jeszcze jeden powód, dla którego Tomasz tak bardzo chciał wymiksować się ze stypy. Umówił się ze swoją ładną studentką, a w zestawieniu z młodością i urodą nawet śmierć własnego ojca wypadała mało przekonująco. Kiedy jednak matka wciąż nie puszczała jego przedramienia, wiedział już, że dzisiejsza randka nie wypali.

Wypadek na cmentarzu stał się gorącym tematem stypy. Podczas obiadu żałobnicy długo komentowali niefortunne zdarzenie, wyrażając się bez ogródek nawet nie tyle o pracowniku firmy, ile raczej o firmie pogrzebowej, która go zatrudniała. Pojawiły się także propozycje żądania odszkodowania, napiętnowania w mediach, a nawet nakazania wyrzucenia pechowego grabarza z pracy. O samym zmarłym niewiele się mówiło, nie było na to czasu.

Tomasz w milczeniu obserwował, jak życie po raz kolejny traktuje śmierć. Jak bardzo jest ona obca wszystkim tym, którzy chcieliby wierzyć, że jest coś dalej, choć nie bardzo wiedzą co. Przysłuchiwał się wszystkiemu bez większego zainteresowania, dyskretnie spoglądając na zegarek. Miał ochotę się napić, ale nie tutaj. Nie chciał dawać nadziei temu sklejonemu na potrzebę chwili towarzystwu na miłą pogawędkę. Wiedział, że nie pałają sympatią do niego, prawie czterdziestoletniego cynika, patologicznie bezdzietnego kawalera. Już dawno przestali zadawać mu pytania na temat ożenku, rodziny, domu, na temat tego wszystkiego, wokół czego przeważnie kręciło ich własne życie. Z jednej strony gardzili nim, z drugiej zaś czuli dla niego szacunek. W końcu to on, a nie oni, osiągnął sukces, to z jego, a nie z ich zdaniem się liczono. Tak czy owak Tomasz doskonale zdawał sobie sprawę ze swej społecznej dysfunkcji i co gorsza nie miał zamiaru nic z tym zrobić. Lubił swoje kawalerskie, beztroskie życie i nie chciał zamieniać je na inne. Stypa nie trwała długo. Kiedy temat pogrzebu do cna się wyczerpał, goście zaczęli dyskretnie spoglądać na zegarki. Wszyscy przecież doskonale zdawali sobie sprawę, że w przypadku tego rodzaju imprezy nie będzie żadnych dalszych perspektyw. Ponadto każdy z żałobników miał swoje, dobrze zaplanowane życie i pogrzeb był jedynie niechcianym wyłomem w ich harmonogramie codziennych działań.

Matkę Tomasza odwiozła taksówka, on sam z kolei wsiadł do drugiej, lecz już po niespełna kilku minutach nakazał taksówkarzowi zatrzymać się i wszedł do sklepu z monopolem.

– Jeśli jeszcze raz pan mnie obrazi, to więcej pana nie obsłużę. – Ekspedientka sklepu spojrzała z niechęcią na lekko kolebiącego się staruszka.

– Ja, obraziłem? Kiedy? Panią chyba popierdoliło.

Kiedy Tomasz wspomniał kierowcy taksówki o zasłyszanej wymianie zdań, ten tylko kurtuazyjnie się uśmiechnął, jakby słyszał podobne historie dziesiątki razy. Mrugnął jednak porozumiewawczo do Tomasza, gdy ten dyskretnie przechylał dopiero co odbezpieczoną setkę wódki.

– Niech się pan nie krępuje. Wolę, proszę pana, klientów, którzy piją alkohol niż tych nabuzowanych gówniarzy, co to im się tak ręce od tych redbuli trzęsą, że nie są w stanie ugryźć kebaba, żeby nie rozpieprzyć go po całym aucie. Istna plaga. Oczy rozbiegane, ręce roztrzęsione. Jak tak się im przyglądam, to nigdy nie wiem, czy to zwykły klient, czy jakiś oszołom z bombą w plecaku. Alkohol, proszę pana, to inna sprawa. W zależności od sytuacji albo podnosi na duchu, albo smuci, albo skłania do przemyślenia tego lub tamtego, a po tych redbulach, panie, to z tego co widzę, myśli za życiem nie nadążają.

Gdy wchodził na trzecie piętro swojej kamienicy wciąż zastanawiał się nad słowami kierowcy. Czy pił z radości albo smutku, czy też po to, by podnieść się na duchu? Tak do końca przecież nie wiedział. Był za to pewien, że lubił swój dom, jego układ i wystrój niepodyktowany małżeńskim kompromisem, jak to miało miejsce w przypadku większości jego kolegów. Przestrzenny salon, a w nim sofa, dwa fotele, stolik i dobry sprzęt audio. Spory aneks kuchenny z lodówką, zmywarką, kilkoma podstawowymi półkami i drewnianym stołem. Sypialnia, której prawie całą powierzchnię zajmowało ogromne, wielkości amerykańskiego cadilaca, łóżko. Gabinet z biurkiem i ścianą książek. No i jeszcze łazienka z dużą narożną wanną, a obok garderoba, gdzie jak leci upchane było wszystko, co luzem walało się po domu. Żadnych zdobień, ornamentów, serwetek, narzut, obrazów, niczego, co przyciągałoby roztocza i kurz. Nawet ściany pomalowane były białą, zmywalną farbą. Raz w tygodniu przychodziła ta sama od lat sprzątaczka, pani Rozalia, odpowiedzialna za porządek w mieszkaniu. I choć było tego na tyle mało, że bez wysiłku mógł posprzątać sobie sam, szybko zrozumiał, że aby zrobić to naprawdę dobrze, potrzeba dystansu, który uwalniał od sentymentów związanych z pozbywaniem się zbędnych rzeczy. Zanim na stałe ją przyjął, zdążył odprawić z kwitkiem z tuzin innych kobiet. W przeciwieństwie do swych poprzedniczek pani Rozalia posiadała tak niebywale fotograficzną pamięć, że tylko lśniące blaty i świeżo wyprana odzież mogła świadczyć o jej niedawnej tu obecności. Wszystko oprócz bałaganu pozostawione było w pierwotnym położeniu. Swymi „bezinwazyjnymi” wizytami idealnie wpasowywała się w sterylną przestrzeń, na punkcie której Tomasz miał niemałego świra. Pamiętał dokładnie dzień, kiedy ten „świr” się w nim obudził.

O ile z astmą od dzieciństwa żył za pan brat, alergia na kurz i roztocza spadła na niego jak grom z jasnego nieba dekadę temu, pewnego słonecznego, majowego dnia. Lekarze, jak to często bywa w ich zwyczaju, jego dolegliwość ujęli zwięźle: choroba cywilizacyjna. Jedyne co ich zdaniem można było na nią zaradzić, to ją zaakceptować. Przepisali mu jakieś tabletki i wysłali do diabła. Z niewiedzy na temat przyczyny choroby wynikł niepokój, a właściwie lęk przed potencjalnym następstwem alergii, przed nerwicą natręctw. Doskonale zdawał sobie sprawę, że połączenie astmy i alergii to mieszanka wybuchowa, która prędzej czy później może wpędzić go w jakiś do tej pory niezidentyfikowany chorobowy twór. Od tamtej pory nie rozstawał się z inhalatorem, bez którego nie ruszał się nawet na krok. I choć szczerze nie chciał, siłą rzeczy zaczął unikać wpadających przez okno słonecznych promieni, w których nie można było nie dostrzec wirujących cząsteczek kurzu. Od tamtej pory coraz częściej łapał się na tym, że zanim zdecyduje się gdziekolwiek usiąść, muska to miejsce wewnętrzną stroną dłoni. Choć czynił to niejako automatycznie, pocieszał się, że robi to z pełną świadomością, że za każdym razem, kiedy to się dzieje, zdaje sobie sprawę, że to właśnie się dzieje.

Tomasz nastawił gramofon, rozsiadł się wygodnie na sofie, wziął spory łyk lodowatej wódki i wsłuchując się w pierwsze takty VII symfonii „Leningradzkiej” Dymitra Szostakowicza, zaczął od niechcenia przeglądać stertę zaległej korespondencji. Najwyższy stan skupienia osiągał, wsłuchując się właśnie w ten rodzaj muzycznej ekspresji. Choć lubił zachodni pop, czuł jednak w sobie jakiś szczególny, niewytłumaczalny pociąg do rosyjskich klasyków. Miał tak od dziecka, od chwili gdy zaczął rozróżniać i reagować na dźwięki. Muzyka ta wywoływała w nim wzruszenie i tajemniczą, trudną do zdefiniowania nostalgię. Gdy już alkohol miło rozluźnił mu ciało, a w głośnikach zaczęły wybrzmiewać ostatnie frazy adagia, pośród sterty śmieciowej poczty natknął się na pięknie tłoczoną kopertę z rzędem idealnie przyklejonych u szczytu znaczków, które dodatkowo podbite były idealnie okrągłymi stemplami. Całość tworzyła tak pełną i doskonałą kompozycję, że pomimo wzbierającej ciekawości, nie miał śmiałości rozerwać koperty. Upłynęła jeszcze chwila, zanim wygrzebał z szuflady odpowiedni nóż, dopełnił alkoholem szkło i powtórnie zasiadł na sofie. Z początku myślał, że to miłosne wyznanie dziewczyny ze studenckiej, uczelnianej wymiany. Nie pasował mu jednak pewien szczegół zawarty w tytule adresata. Przed imieniem wykaligrafowany był jego tytuł naukowy „dr hab.”, co zdawało się wykluczać list miłosny.

*

Przystrojony w kiście sztucznych kwiatów mercedes zajechał na wielki parking przed salę bankietową. Lekko zniecierpliwiony pan młody, stojący w otoczeniu swych bliskich znajomych, podszedł do drzwi samochodu i zdecydowanym ruchem pociągnął za klamkę. Na wyrost poważna panna młoda dumnie wysunęła w jego stronę prawą stopę, na którą on klękając, nałożył lśniący, złoty trzewik. Teraz już w pełni uśmiechnięta dziewczyna mogła podać mężowi dłoń i ruszyć wraz z całym orszakiem ku rozwartym drzwiom sali. Gdy na nią weszli, głośno szurający krzesłami biesiadnicy natychmiast powstali ze swych miejsc. Batar znalazł się tu niejako w zastępstwie swojego nie cierpiącego tego typu imprez ojca. Choć dla chłopaka była to niecodzienna okazja do wyrwania się z domu, ukradkiem ziewając, udawał, że wsłuchuje się w niekończącą się przemowę matki pana młodego. Doskonale wiedział, że to dopiero początek, że zanim prawdziwa zabawa ruszy na całego, upłynie jeszcze kilka nudnych godzin, podczas których zostanie wygłoszona setka identycznych, nie kończących się toastów, które z kolei w swym finale przeobrażą się w bardziej lub mniej udane próby odśpiewania długich, tradycyjnych pieśni. Akurat w tym momencie kobieta na głos układała życiowy plan swojemu synowi i jego wybrance. Pragnęła, aby został wybitnym oficerem, a jej synowa, zanim ukończy dopiero co rozpoczęte studia, najpierw dała jej gromadkę pięknych, zdrowych wnucząt. Gdy skończyła, pan młody, którego imienia Batar nie zapamiętał, przy akompaniamencie chudego keybordzisty odśpiewał swej matce w rewanżu „O sole mio”. To właśnie dzięki temu keybordziście nudne jak flaki z olejem toasty przeplatane były nieśmiertelnymi hitami w stylu Boney M. czy Albano i Rominy Power. Udawało mu się wtedy ściągać na parkiet sporą część z niemalże czterystu wciąż jeszcze trzeźwych gości.

Batar nie ruszał się z miejsca, cierpliwie czekając, aż wreszcie nadejdzie ten właściwy moment, kiedy zgodnie z tradycją goście ze strony rodziny panny młodej opuszczą salę, a puste stoły zostaną wyniesione. Wtedy klawiszowiec przeistoczy się w didżeja, a parkiet wreszcie zapełni się ludźmi w jego wieku. W przeciwieństwie do swoich podpitych już kumpli chłopak nie przepadał za alkoholem. Jego zdaniem oprócz zaćmienia i utraty kontroli nad ciałem i umysłem nie można się było niczego innego po nim spodziewać. Sącząc jedynie wino, nie miał szans nadążyć za zmieniającym się stanem świadomości wlewających w siebie wódkę kolegów, przez co czuł się coraz bardziej osamotniony. Gdy raptem poprzez zgiełk rozmów do jego uszu doszły strzępki aksamitnego, kobiecego głosu, który – w przeciwieństwie do głosów większości swych poprzedniczek – nie życzył pannie młodej szczęścia w małżeństwie, gromadki zdrowych, rumianych dzieci czy też pięknego domu, ale ukończenia studiów i znalezienia dobrej pracy. Ten głos emanował tajemniczym magnetyzmem, który natychmiast nakazał Batarowi przedrzeć się przez okalający go pierścień rozbawionych kolegów i ruszyć w jego stronę.

Pech chciał, że był to właśnie moment, kiedy do wyjścia poderwała się połowa sali, cała rodzina panny młodej. Choć więc Batar z całych sił próbował nie stracić z oczu pleców właścicielki aksamitnego głosu, to jednak gdy wreszcie dopchał się do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stała, dziewczyny już tam nie było. Chłopak wybiegł na zewnątrz, jednak po zmroku niewiele można było dostrzec. Miotając się pośród zaparkowanych samochodów, podbiegał na chybił trafił to do jednego, to do drugiego, do każdego, który właśnie opuszczał parking, aż wreszcie zrezygnowany powrócił na salę.

– Batar, mój bracie, coś ty taki smutny, napijesz się ze mną?! – rzucił do niego przez stół jego kumpel Walerij.

– Dawaj!!! – Nie zastanawiając się, Batar wychylił do dna pierwszy tego wieczoru kieliszek wódki.

*

Szedł pewnym, nieśpiesznym, trochę nonszalanckim krokiem, jakim zwykli chodzić uznani wykładowcy, uznani nie tyle w oczach swego koleżeńskiego uczelnianego grona, co bardziej w oczach wybrednej studenckiej społeczności. To od ich poparcia bądź jego braku zależał poniekąd autorytet akademika, bo to oni przyznawali mu, bądź nie, swoistą „nagrodę publiczności”. Jemu przyznali. Mijana na korytarzu młodzież chętnie go pozdrawiała i nie wynikało to wcale z jego wysokiego statusu. Pozdrawiali go tak po prostu, z sympatii. Darzyli go szacunkiem jako wykładowcę, lubili zaś jako człowieka, który nie mając żadnych rodzinnych zobowiązań, dysponował całą masą pozaregulaminowego czasu na rozmowę, na cierpliwe wysłuchanie ich problemów, na wymianę poglądów, na to wszystko, na co brakowało czasu ich własnym rodzicom.

Tomasz miał w tym swój interes. nie był przecież samarytaninem. Zawsze więcej uwagi poświęcał swoim studentkom, najbardziej zaś tym, które w rodzinnym domu z różnych przyczyn nie miały nikogo, kto zechciałby je wysłuchać. W końcu trafiały na niego, swego wykładowcę. Nic nie mógł poradzić na to, że wyglądał na mężczyznę do wzięcia. Tak przynajmniej wyglądało to z zewnątrz. Był przecież przystojnym, zawodowo spełnionym singlem. Nie jego wina, że wybrane studentki nie wierzyły mu, kiedy głośno im mówił o swym świadomym wyborze kawalerskiej drogi, i gdy bliska znajomość kończyła się z powodu braku z jego strony perspektyw dla związku. Z reguły wyrzucały mu uczuciowy autyzm, brak inicjatywy i wszystko to, co w takich sytuacjach dyktuje kobiecie rozczarowanie i urażona duma. Obarczając Tomasza winą, obarczały nią siebie, gdyż skoro on się do niej nie poczuwał, to ktoś ją poczuć musiał. Relacja miłosna nie znosiła pustki i jeśli już nie można było wypełnić jej prawdziwą miłością, to wciąż pozostawała wina.

Jego historie z kobietami, z czego doskonale zdawał sobie sprawę, były powierzchowne i przewidywalne, a psychologia społeczna, którą wykładał, tylko utwierdzała go w słuszności swoich działań. Akceptował, a wręcz lubił swą samotność. Ponad wszystko przedkładał życiową przestrzeń i nie wyobrażał sobie kompromisu, na który siłą rzeczy musiałby się zgodzić, aby życie we dwójkę nie stało się z czasem kulą u nogi. Kiedy zaczynał interesować się psychologią, drażnił go pierwszy człon jej nazwy „psyche – dusza”. Teraz już wiedział, że duszy tak naprawdę w nazwie nigdy nie było, a to czego się jego dziadkowie przez całe życie w sobie doszukiwali, to nic innego jak zwykły mit, stworzony na potrzeby uwiarygodnienia swego człowieczeństwa. Z jednej strony cieszył się, że nauka skutecznie wyparła z niego cały ten wierzeniowy folk, z drugiej zaś przyglądając się w lustrze odbiciu swej ironicznej twarzy cynika, czuł, że zaczynało mu czegoś brakować, czegoś co wykraczałoby poza dobrze mu znane fakty i logikę. Nie wierząc w wiecznego boga, siłą rzeczy nie mógł dawać wiary w wieczną miłość. Za to pokładał nadzieję w tej sezonowej, wietrznej, która według słów poety trwa od wiosny do jesieni i która ulatuje wraz ze spadającymi z drzew liśćmi i odlatującymi za morza kluczami dzikich gęsi. Z poczucia uczciwości, a nie wyrachowania, jak to miały w zwyczaju określać go byłe dziewczyny, związki z nimi nazywał prawdziwymi romansami. Na początku wcale im to nie przeszkadzało, ba, często z lubością przyrównywały swój romans do „Prawdziwego romansu” Quentina Tarantino. Szybko jednak film odchodził w zapomnienie, a „romans” z dnia na dzień stawał się jedynie coraz bardziej uwierającym je rzeczownikiem.

Tomasz zmierzał w stronę gabinetu rektora środkiem szerokiego gotyckiego korytarza. Jeszcze wczoraj wieczorem myślał, że zadzwoni do szefa w sprawie przedłużenia o dzień lub dwa okolicznościowego urlopu. Jednak sprawy, z którą teraz do niego zmierzał, nie można było załatwić ot tak po prostu, przez telefon. W przeciwieństwie do często rozdrażnionych jego naturalnym luzem kolegów akademików, rektor autentycznie go lubił. Wynikało to z faktu, że od dawna obaj stali mocno na swych niezachwianych pozycjach i niczego nie musieli sobie nawzajem udowadniać. Cechą, która ich łączyła, było zaangażowanie i oddanie sprawom uczelni. Rektor zawsze mógł liczyć na Tomasza, dającego z siebie – z racji bycia kawalerem – dużo więcej niż inni, dlatego też, choć doskonale orientował się w sytuacji, przymykał oko na „prawdziwe romanse” swojego wykładowcy. Prawdę mówiąc, Tomasz imponował mu tym swoim rozmiękczającym kobiece serca, niezobowiązującym stylem bycia. Może widział w nim siebie sprzed lat, a może zanim zdecydował się na założenie rodziny, sam chciał być kiedyś taki.

– Panie Tomaszu, bardzo mi przykro z powodu śmierci pana ojca.... – Rektor wstając z miejsca, zaczął zapinać marynarkę.

– Dziękuję za pamięć, panie rektorze, ale ja nie w tej sprawie. – Tomasz łagodnie uciął, kładąc na blacie jego biurka pięknie zdobioną kopertę.

Znał ten gabinet doskonale. Bywał tu wiele razy, dlatego też zamiast na wskazanym przez szefa krześle, usiadł na całkiem wygodnym, stojącym od zawsze w rogu gabinetu, wyłysiałym fotelu. Początkowo zmieszany nieco pryncypał na widok listu odetchnął z ulgą i natychmiast bez słowa zagłębił się w jego lekturze. Tomasz przyglądał się, jak jego strapiona twarz z sekundy na sekundę zaczynała nabierać wigoru i blasku. Szef unikał pogrzebów, jak tylko mógł, i chociaż wypadało, nie pojawił się także na pogrzebie Tomasza ojca. Gdyby nie ten list, byłby zmuszony do wymyślenia naprędce jakiegoś mniej lub bardziej wiarygodnego alibi. Jego zdaniem, aby istniał sens wzięcia udziału w cmentarnej ceremonii, pogrzeb swym rozmachem powinien przypominać wesele. Miał na myśli należyty zmarłemu szacunek za to, że odchodząc, pozostawił na Ziemi kawał własnej historii. W innym przypadku jedyną osobą, która nie powinna czuć zażenowania z wzięcia udziału w tym quasi rytuale, jak zwykł nazywać współczesny pogrzeb, powinien być sam nieboszczyk. W przeciwieństwie do szefa Tomasz nie przywiązywał żadnej wagi do tego rytuału. Dla niego ciało było tylko ciałem, które nie zasługiwało na miano fetyszu, nad którym warto by się rozczulać. Skoro nie niosło w sobie nic ponad doczesność życia, musiało się kiedyś pod jego ciężarem ugiąć, zapaść i przestać istnieć. W przeciwnym razie, gdyby ciało niosło w sobie coś więcej niż brzemię fizycznego cierpienia, byłoby doskonalsze, odporniejsze, mniej zniszczalne. Tomasz przyglądał się szefowi, który nie odrywając wzroku od lektury listu, przez dłuższą chwilę w milczeniu potakująco kiwał głową.

– No cóż, mogę tylko panu pogratulować, panie Tomaszu. To dla naszej uczelni, i przede wszystkim dla mnie, duże wyróżnienie. Z mojej strony ma pan zielone światło.

*

Tegoroczne sianokosy były inne od poprzednich, chociażby od tych zeszłorocznych. Postępująca susza w przeciwieństwie do rolników zbierała z sezonu na sezon coraz większy plon. Trawa na stepie z roku na rok rosła coraz słabiej. Między często pojedynczymi już tylko źdźbłami czerniało wypalone słońcem ściernisko, które już nigdy niczego nie miało urodzić. Od dawna nienawilżana deszczem gleba zasklepiała się coraz bardziej, stając się coraz twardszą i mniej dostępną. Powoli zamieniała się w beton rodzący już tylko kamienie, które co i rusz wciskając się w zęby kosiarki, na całe godziny zatrzymywały jej pracę w polu. Jeszcze nie dalej jak rok temu, za każdym razem kiedy się to działo, Batar klął, ciskając przy tym narzędziami o ziemię. Jednak tego lata ani razu nie dał się sprowokować. Jego myśli ulatywały zupełnie gdzie indziej. Był wdzięczny niewdzięcznej naturze, że dzięki niej, zamiast machać widłami, może częściej pogrzebać sobie przy wciąż psującej się maszynie i nawet ojciec, który co jakiś czas podjeżdżał na kontrolę, nie był w stanie wyprowadzić go z równowagi. W przeciwieństwie do lat poprzednich, tego lata było mu wszystko jedno, czy owce i krowy będą miały siano na zimę, czy nie. Jego myśli wciąż krążyły wokół Sarany, dziewczyny z wesela, właścicielki aksamitnego głosu, którą udało mu się poznać zaledwie kilka dni temu.

Od tamtej imprezy musiał upłynąć jeszcze dobry tydzień, zanim Batar zdecydował się wskoczyć na motor i w tajemnicy przed wszystkimi udać na jej poszukiwania. Przez ten czas nie był do końca pewny, czy gra jest warta świeczki, czy jest sens tropić kogoś, kogo się ledwie raz widziało, kogoś, kto może ma już w życiu wszystko jak trzeba poukładane. Jej głos był przecież tak pewny siebie. Jednak mijały kolejne dni, a myśl o dziewczynie nie słabła. Nierozwikłana tajemnica przyciągała siłą niezaspokojonej ciekawości, która zawładnęła umysłem Batara bez reszty i w końcu wcale nie mógł się już od niej wyzwolić. Gdy pędził motocyklem przez step do domu nowożeńców, a wiatr mierzwił mu włosy, wyobrażał sobie, jak on z tajemniczą nieznajomą jadą razem, hen przed siebie, tam gdzie nikt ich nie zna, gdzie nikt za nich nie decyduje, gdzie życie jest nową, nieznaną wyspą. Jednak na miejscu okazało się, że spóźnił się o dzień, że para młoda, która mogła mu pomóc w ustaleniu tożsamości dziewczyny, właśnie wyjechała w podróż poślubną. W jednej chwili jego młodzieńcze rozczarowanie wybuchło niepohamowaną rozpaczą, równą tej, która objawia się po stracie kogoś naprawdę bliskiego. Gdy zrezygnowany wracał do siebie, naraz uświadomił sobie siłę, którą niosła w sobie owa rozpacz. Niosła tę wyjątkową, nierozpoznaną do tej pory tęsknotę za kimś, kto choć całkiem dla niego nieznany, po raz pierwszy w życiu był mu tak bliski. Wiedział, że na przekór wszystkiemu, na przekór całemu światu, musi tę dziewczynę odnaleźć, choćby tylko po to, aby spojrzeć jej w oczy.

Zahamował, otarł łzy i zawrócił. Jeździł od jurty do jurty, od jednej rodziny do drugiej. Tam gdzie było trzeba, kłamał, tam gdzie nie, mówił szczerze, powołując się na swe uczucia. Opisując innym dziewczynę, sam sobie się dziwił, jak wiele o niej wie. Znał długość jej włosów, wzrost, jej przypuszczalny wiek, a nawet jej sposób chodzenia. A przecież widział ją tylko przez chwilę z profilu. Jadąc w deszczu, poczuł, że ogarnia go nagła wątpliwość w jej faktyczne istnienie. Może to nic innego jak jego własna potrzeba stworzyła dziewczynę w jego własnym umyśle. Może jej postać nie była nikim realnym, a jedynie ułudą wynikłą z potrzeby miłości. A jednak wiara w jej istnienie powoli czyniła cuda. Dzięki niej właścicielka aksamitnego głosu z minuty na minutę stawała się coraz bardziej realna. Potwierdzali to napotkani po drodze ludzie. Ich powściągliwe na co dzień oblicza nagle ożywiały się, po czym solidarnie zerkały w tym samym kierunku. A więc jechał prowadzony wskazówkami ludzi, prawie się nie zatrzymując. Robił to tylko wtedy, gdy już naprawdę nic nie widział, gdy trzeba było przetrzeć zalane deszczem oczy, odgarnąć klejące się do twarzy włosy, rozprostować zesztywniałe ramiona. Aż w końcu dostrzegł na horyzoncie tę właściwą jurtę, dom Sarany.

Zbliżając się do niej, układał w swojej głowie jakieś zgrabne powitanie, coś czym mógłby przed nią zabłyszczeć. A jednak rozbuchane emocje, które pomimo zimna i deszczu uderzały w chłopaka falami gorąca, skutecznie nokautowały w jego umyśle wszelki gramatyczny porządek słów. Kompletnie przemoczony stanął pod jej drzwiami i przez dłuższą chwilę nie wiedział co dalej. W końcu badawczo przyłożył ucho do drzwi i zaczął nasłuchiwać, gdy wtem drzwi się otwarły i Batar całym sobą wpadł na wychodzącą z domu dziewczynę.

– A ty kto? – Przestraszona odepchnęła chłopaka.

– Ja? – Zaskoczony spłonął czerwienią. – Batar... Batar Szagdyrow. – Nazwisko wyrzekł prawie szepcząc, jakby się go wstydził.

– Syn tego Szagdyrowa? – Dziewczyna wybuchnęła serdecznym śmiechem.

– Tak, tego. – odburknął urażony, a jednocześnie zły na siebie, gdyż zdradził to, co najbardziej chciał zataić.

– Jesteś cały mokry. Przypłynąłeś tutaj wpław? – Dziewczyna nie przestawała się naigrawać.

– Taaak, wpłaaaaw. – Dopiero teraz, gdy emocje w nim opadły, broda zaczęła mu drżeć z zimna.

– Wejdź, ogrzej się. Mamo, mamy gościa. Nie zgadniesz kogo. – Dziewczyna rozwierając szerzej drzwi, ukazała matce zziębniętą sylwetkę chłopaka.

*

Minęły trzy dni od dnia pogrzebu, zanim Tomasz zdecydował się odwiedzić matkę. Przez te dni skutecznie odsuwał od siebie tę myśl. Żył nadzwyczaj aktywnie, dużo aktywniej niż normalnie, a gdy tylko dopadał go wyrzut, że zamiast jechać do niej, czyta, zalicza treningi w swoim klubie fitness, pływa, jeździ rowerem, pakuje się do podróży, natychmiast wstępował do swego ulubionego baru i tam rozwiewał wszelkie wątpliwości. Wyglądało to tak, jakby swą niecodzienną aktywnością chciał wypełnić pustkę po stracie. Jednak prawda była zupełnie inna. Tomasz nie chciał wrócić do swego rodzinnego domu, gdyż lękał się reakcji matki. Od lat żyła z ojcem w dobrze sprawdzonej, milczącej koegzystencji, w jakiej żyje się od chwili, kiedy ludzie nie mają już sobie nic do zaoferowania, a są zbyt słabi, żeby od siebie odejść. Wiedział, że matka odczuwa smutek, lecz był to smutek daleki od uczucia rozpaczy po stracie kogoś naprawdę bliskiego. A nawet gdyby było inaczej, niż było, nie potrafiłby jej pocieszyć. O ile znał się na pocieszaniu obcych młodych ludzi, to kompletnie gubił się w dawaniu otuchy osobom bliskim. Jedyne co przychodziło mu wtedy na myśl, to banały w tylu „czas leczy rany, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, wszystko będzie dobrze”. Choć była to bolesna refleksja, czuł, że owo „dobrze” nastało dopiero teraz, po śmierci ojca. A jednak było grubo za wcześnie, żeby jego matka potrafiła dopuścić do siebie tę myśl. Nie po tylu latach uzależnienia i rezygnacji z siebie, nie po tylu latach życia w cieniu cichego, „za zamkniętymi drzwiami”, dyktatora, przed którym wciąż musiała się kajać, a wszelkie słuszne pretensje wykrzykiwać... w myślach. Musiało jeszcze upłynąć sporo czasu, żeby przywykła do nowej sytuacji, że raz na zawsze skończyły się poniżające ją pytania, na które musiała udzielać natychmiastowych odpowiedzi, że wreszcie przestała być służącą, która na tacy niosła swojemu mężowi to, co sama ugotowała, upiekła, zaparzyła. ON zawsze miał przecież dużo ważniejsze sprawy na głowie niż te związane z prowadzeniem domu, wychowaniem dziecka czy zaangażowaniem w codzienne, przyziemne życie.

Będąc już psychologiem, Tomasz zaczął zastanawiać się, w jaki sposób można by temu zaradzić, co można by zrobić z tą istną plagą pseudorodzinnych układów, co uczynić, by na co dzień miły, towarzyski mężczyzna, gdy tylko wróci do domu, nie zamieniał się w doskonałego psychopatę. Wraz z jego śmiercią pojawiła się szansa, że jego matka odbuduje po latach siebie, swoją godność, swoje życie. Idąc do niej, oswajał się z myślą, że po raz pierwszy od lat podczas rozmowy nie będzie musiała ściszać głosu, przymykać drzwi, by nie przeszkadzać, nie będzie zmuszona przekazywać swych prawdziwych poglądów między słowami. Jej dotychczasowe życie można było przyrównać do życia partyzanta, życia w pełnej konspiracji, życia na wojennej ścieżce. Teraz to wszystko nagle miało się skończyć, tak jak nagle skończyło się życie jej męża, który wcale nie miał umrzeć. Wiedział o tym tylko on, Tomasz, jego matka mogła co najwyżej się tego domyślać i właśnie tego się teraz obawiał.

Pierwszą zmianą, która go zaskoczyła po wejściu do jej mieszkania, były nie zamknięte na patent drzwi. Nigdy przedtem się to nie zdarzało. Ojciec nigdy nie pozwoliłby, aby zamek choć na chwilę był nieprzekręcony. Nie ufał domofonom, sąsiadom, miejscu, w którym od lat zamieszkiwał, a telewizja, której był zagorzałym fanem, tylko go w tym utwierdzała. Matka wprost przeciwnie. Była ufna i otwarta, za co często ją rugał. Twierdził, że jej ufność w stosunku do otoczenia to nic innego jak prowokacja i demonstracja przeciwko niemu. Ten pierwszy symptom, te niezamknięte drzwi, bardzo Tomasza ucieszyły. To oznaczało, że po tylu latach haniebnej dyktatury matka nie poddała się, nie udało się staremu jej złamać. Nauczyła się być giętka, lecz niezłomna, a przez to bardzo czujna i spostrzegawcza. I ta właśnie myśl zaniepokoiła Tomasza, w chwili gdy przekraczał próg jej kuchni.

– O, jesteś. Zjesz coś? Herbaty? – Odświętnie ubrana czekała na niego oparta o blat kuchennego stołu.

– Dzięki, nie jestem głodny, może coś zimnego do picia. – Zerknąwszy na nią, zadziwiony jej niecodziennym, eleganckim strojem, zaczął bardziej wnikliwie przyglądać się kuchni w poszukiwaniu kolejnych, namacalnych zmian.

– Sprawdź, może jest jeszcze piwo. Odkąd go nie ma... pozbyłam się z lodówki zbędnych rzeczy. – Westchnęła ze smutkiem, ale i z ulgą. – Trzeba było trochę tu uprzątnąć. Za dużo tego było. – Końcówka jej wypowiedzi zabrzmiała bardzo wymownie.

Dopiero teraz, nie mogąc znaleźć szklanki, dostrzegł zmiany w ustawieniu kuchennej zastawy, jak i niektórych sprzętów agd.

– Nie, nie tam, tam – wskazała na półkę. – Sprzątając, trochę poprzestawiałam. Taka profilaktyka przed sklerozą. Podobno to działa. – Uśmiechając się smutno, wyręczyła syna i sama sięgnęła po szklankę.

Wiedział, że to tylko wymówka, że nie potrafiąc tak od razu znaleźć swojego miejsca w nowym życiowym rozdaniu, szukała jakiegokolwiek tymczasowego zajęcia. W ten sposób oswajała samotność i uciekała od myśli o wspólnej z ojcem przeszłości. Nie znajdując w lodówce piwa, Tomek pokiwał z rozczarowaniem głową, co nie uszło uwagi matki.

– Może byś odpoczął od tej pracy, od tych barów i gdzieś na chwilę wyjechał... Widziałam ciekawe oferty, są oszczędności... Ja też od tylu lat nigdzie... – Nie wiedziała, w jaki sposób powiedzieć mu, że o niego się martwi i że wreszcie po latach nadarza się okazja, by nadrobić stracony, przez wieczne poświęcenie ojcu, wspólny czas.

– Tak, masz rację, przyda mi się zmiana miejsca, zmiana klimatu... Ty przecież byłaś kiedyś w Rosji, w tej dalekiej Rosji. – Tomek zatrzaskując drzwi lodówki, postanowił szybko uciąć temat wspólnego wyjazdu.

Na te słowa matka opadła na krzesło i jak zahipnotyzowana wbiła wzrok w zaokienną przestrzeń. Zapadła kompletna cisza i tylko kuchenny zegar swym tykaniem ani na chwilę nie przestawał rozmieniać czasu na drobne. Pierwszy i ostatni raz o Rosji matka opowiadała mu, kiedy był małym chłopcem, więcej nigdy już o niej nie wspominała. Z jej opowieści zapamiętał jedynie, że była to daleka, bardzo daleka wycieczka, że było pięknie. Ileś lat później, na początku liceum, gdy trzeba było wybrać dodatkowy język, zasugerowała mu język rosyjski. Jednak dopiero teraz, podczas tej jak makiem zasiał ciszy, przypomniał sobie niedokończoną myśl jego matki sprzed lat, z czasów kiedy był tamtym, małym chłopcem: „Było tam pięknie, bardzo pięknie, aż do chwili...”.

– Minęło tyle czasu... nie ma o czym mówić. – Wyraźnie coś sobie przypominając, miękko ucięła.

– Ale co się tam wydarzyło? – Zaintrygowany jej wymijającą odpowiedzią chciał koniecznie od niej to coś wyciągnąć.

Po raz kolejny zapadła cisza. Jednak tym razem przeładowana ciężarem, pełna napięcia cisza, z której mogła wyniknąć tylko gorzka prawda.

– Synu, to może najpierw ty mi powiesz, co tutaj się wydarzyło. – Podnosząc nieśpiesznie wzrok na Tomasza, wyrzekła te słowa najłagodniej, jak tylko pozwalały jej na to zduszone w głębi emocje.