Dom ze szkła - Pekkanen Sarah - ebook + książka

Dom ze szkła ebook

Pekkanen Sarah

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Idealna rodzina czy idealne kłamstwo?

Młoda niania – wypadła przez okno czy może ktoś ją wypchnął? Dziewięcioletnia dziewczynka, która zbiera ostre przedmioty i uparcie milczy. Prawniczka, która ma za zadanie odkryć, kto w tej rodzinie jest ofiarą, a kto mordercą. Ale jak ustalić prawdę, kiedy wszyscy kłamią?

Od chwili, gdy Stella Hudson, sądowa rzeczniczka interesu dziecka, przekracza bramę pozłacanego domu Barclayów, dociera do niej, że sprawa śmierci opiekunki dziewięcioletniej Rose jest bardziej złożona, niż się spodziewała. Dom sprawia upiorne wrażenie: plastikowy, bez jednego odłamka szkła, z mieszkańcami, którzy desperacko strzegą jego tajemnicy.

Wszyscy są podejrzani o morderstwo opiekunki. Matka, ojciec, babka, partner niani. A może nawet Rose? Czy osoba, którą Stella ma chronić, jest tą, której powinna się wystrzegać?

Wow, bardzo mi się podobało! Nie chciałam, żeby książka się kończyła, tak dobrze mi się ją czytało, ale nie mogłam się oderwać! Dom ze szkła to fascynujący thriller, pełen niespodzianek i intrygujących postaci.

Freida McFadden

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 422

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Piramida40

Nie oderwiesz się od lektury

Swietna.
00



Tytuł oryginału House of Glass

Copyright © 2024 by Sarah Pekkanen All rights throughout the world are reserved to Proprietor Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładkiRadosław Stępniak

Skład i łamanie Andrzej Komendziński

Materiały graficzne wykorzystane w projekcie okładki Shutterstock / Juta; kosmofish; Atria Borealis

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-68242-54-6

2026.1

Gorzka Czekolada jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Grupa Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, nabywasz książki legalnie i nie udostępniasz ich publicznie, np. w Internecie. Dziękujemy za to, że w ten sposób wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować ich książki.

Dla Jamie Desjardins – z wdzięcznością

Trzeba mieć na uwadze, że igraszki dzieci

to nie są igraszki i oceniać je jako ich

najpoważniejsze zatrudnienia.

MICHEL DE MONTAIGNE, Próby,księga I, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wtorki o 16:30. To u niej rutyna.

Stoję na pokrytym mazią fragmencie chodnika przy ruchliwym skrzyżowaniu Szesnastej i K, obserwuję zbliżających się przechodniów.

Moja nowa klientka pojawi się tu za siedem minut.

Właściwie nie muszę się z nią dziś spotykać. Wystarczy, że ją sobie obejrzę i określę, czy będę w stanie z nią współpracować. Na tę myśl odruchowo kulę ramiona, jak gdyby moje ciało instynktownie dążyło do pozycji embrionalnej.

Mogłabym odmówić wzięcia tej sprawy. Mogłabym też stwierdzić, że nie jestem w stanie zachować neutralności z uwagi na medialny szum wokół podejrzanej śmierci opiekunki wynajętej przez jej rodzinę, który już wpłynął na mój osąd.

Ale wtedy okłamałabym Charlesa, który jest dla mnie prawie jak ojciec.

– Wiesz, że nie znoszę prosić o przysługi, Stello – stwierdził w zeszłym tygodniu, siedząc naprzeciwko mnie w naszej ulubionej włoskiej restauracji. Jednym ruchem nadgarstka rozwinął ciężką białą serwetkę, a gwałtowny szelest podkreślił wagę słów.

Może chciał mi przypomnieć, że przez te wszystkie lata naszej znajomości nigdy o nic mnie nie poprosił?

– Nie wiem, czy dam radę jej pomóc – powiedziałam Charlesowi.

– Tylko ty możesz jej pomóc. Musisz być jej głosem, Stello.

Nie ma opcji, żebym odmówiła człowiekowi, który zapewnił mi karierę, poprowadził mnie do ołtarza i pozwolił się wypłakać, gdy moje małżeństwo się rozpadło. Właśnie dlatego tu czekam.

Moja nowa klientka nie zauważy mnie: trzydziestoośmioletniej brunetki w czarnej sukience i botkach do kolan, niby to zajętej telefonem, jak połowa ludzi w tej części Waszyngtonu.

Za dwie minuty powinna się zjawić.

Gdy blade październikowe słońce chowa się za chmurą i ciepło znika z otoczenia, za mną rozdziera się nosowy dźwięk klaksonu. Niemal wyskakuję z siebie.

Odwracam się gwałtownie, piorunując wzrokiem kierowcę, a gdy znowu się skupiam, moja klientka wyłania się zza rogu kilkanaście metrów dalej. Ma na sobie niebieski sweter zapięty pod szyję, jej rude loki rozsypują się na ramionach, a twarz pozostaje nieprzenikniona.

Jest filigranowa, jeszcze drobniejsza, niż się spodziewałam. Wydaje się raczej siedmio- niż dziewięciolatką.

Jej matka – wysoka, o surowej aparycji i z torebką wartą więcej niż niektóre auta – ściska dłoń mojej klientki, gdy zbliżają się do celu: budynku z szarego kamienia z adresem dyskretnie wypisanym na mosiężnej tabliczce. W środku znajduje się gabinet najlepszego psychiatry dziecięcego w stolicy.

Za kilka chwil znikną za drzwiami i pochłonie je ten budynek.

To tylko dziecko – przypominam samej sobie. Dziecko, które w ciągu ostatniego miesiąca przeszło więcej niż niektórzy ludzie przez całe życie.

Jestem dobra w mojej pracy. Może strategie i techniki, które sobie wypracowałam, pozwolą mi sobie z tym poradzić. Raz to ja oddam przysługę Charlesowi – dla odmiany.

Mała Rose Barclay przystaje kilka kroków przed wejściem do budynku psychiatry. Puszcza dłoń matki i wskazuje swój but. Pani Barclay kiwa głową, zdejmuje przyduże okulary przeciwsłoneczne i chowa je do etui, a tymczasem Rose się pochyla.

Mrużę oczy, wykręcam szyję.

Ludzie przepływają obok Rose jak woda obmywająca skałę, ale chyba nikt nie zwraca uwagi na to, co robi dziewczynka.

Rose wcale nie poprawia klamry czarnego lakierka w klasycznym stylu, jak wcześniej przypuszczałam.

Jej lewa dłoń ucieka w bok. Czegoś szuka.

Jakaś siła ciągnie mnie naprzód, do niej.

Wszystko dzieje się tak szybko, że niemal dobiega końca, nim się zorientuję, co zrobiła. Gdybym patrzyła z innego kąta, z drugiej strony ulicy albo z budynku – niczego bym nie zauważyła.

Rose prostuje się, lewą dłoń wsuwa do kieszonki swetra, a prawą sięga po dłoń matki.

Dowód znika, bezpiecznie ukryty.

Ale ja go widziałam. Wiem, co ta niepozorna dziewczynka podniosła z chodnika i schowała w kieszeni.

Odłamek tłuczonego szkła, w kształcie przypominającym sztylet, z groźnie zaostrzonym końcem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Moja pierwsza zasada dotycząca spotkań z nowymi klientami brzmi: spotykamy się na ich terenie.

Czasem to oznacza skatepark albo sąsiednie krzesła w salonie manicure, albo ogródek, gdzie klient rzuca piłeczkę tenisową swojemu goldenowi. Zazwyczaj pojawia się jedzenie. Na początku klienci rzadko kiedy chcą się zwierzać, a jedzenie pizzy lub nachosów daje przestrzeń, żeby milczeć.

Nigdy ich nie naciskam podczas tego pierwszego spotkania. Ono służy zdobyciu zaufania.

Zazwyczaj kiedy spotykam się z klientami, całe ich niegdysiejsze zaufanie do dorosłych jest w strzępach.

Kiedy sędziowie orzekający w sprawach rozwodowych mierzą się z najpaskudniejszymi, najbardziej skomplikowanymi przypadkami – takimi, w których zdaje się nie istnieć dobre rozwiązanie – desygnują do działania kogoś takiego jak ja: kuratora procesowego albo rzecznika interesu dziecka. Ponieważ właśnie dzieci reprezentuję.

Specjalizuję się w nastolatkach. Nigdy nie współpracuję z klientami poniżej dwunastego roku życia. Ale Charles – albo raczej sędzia Huxley, bo tak jest szerzej znany – chce, żebym złamała tę zasadę. Jedna z jego koleżanek po fachu jest przewodniczącą składu sędziowskiego w sprawie Barclayów – i ma problem ze znalezieniem przedstawiciela dla Rose.

Po raz ostatni spoglądam na szary budynek, w którym zaledwie kilka chwil wcześniej zniknęła Rose. Znajduje się w bezpiecznym miejscu, pod opieką wyszkolonej specjalistki. Jej matka też tam jest.

Co zatem sądzi ta dziewczynka, przed kim zamierza się bronić odłamkiem szkła przypominającym nóż?

Mój Uber zatrzymuje się na krawężniku.

– Stella? – pyta kierowca, a ja kiwam głową i siadam z tyłu.

Kierowca podkręca radio, z głośników płynie modulowany głos reporterki. Czuję ulgę, że mężczyzna nie próbuje nawiązać rozmowy. Muszę się zebrać w sobie, zanim dotrę do następnego punktu, kolejnego biurowca nieopodal katedry narodowej. To spotkanie będzie prywatne.

Wyglądam przez okno, a kierowca zmierza na północ, manewrując po zatłoczonych ulicach i mamrocząc pod nosem przekleństwa, gdy utyka za Teslą zaparkowaną w niedozwolonym miejscu.

Mam w głowie za dużo wszystkiego, kilkanaście rozbrzęczanych oderwanych myśli. Sięgam po telefon i piszę SMS-a do Marca, mojego już prawie byłego męża, ale go nie wysyłam. Marco wie, że niedługo przyjadę, a sam się nie spóźni. Jak wszyscy partnerzy w prestiżowej kancelarii ma dzień pracy podzielony na sześciominutowe bloki taryfikacyjne, a to sprawia, że doskonale kontroluje czas.

Wysiadam z Ubera równo o piątej po południu i ruszam do nijakiego ceglanego budynku, który widział już aż nadto złamanych serc.

Omijam windę i wchodzę po schodach na trzecie piętro, po czym do małej poczekalni przed gabinetem 402. Marco już tam czeka, rozparty wygodnie na krześle, i uśmiecha się do czegoś w telefonie.

Na jego widok wciąż brak mi tchu. Włoskie korzenie ujawniają się w postaci lśniących ciemnych włosów, opalonej karnacji i oczu, które w promieniach słońca przybierają kolor bursztynu. Mamy tak podobną kolorystykę, że niejednokrotnie pytano nas, czy aby nie jesteśmy spokrewnieni.

„Jesteśmy starym dobrym małżeństwem, które się do siebie upodabnia” – żartował kiedyś Marco.

Teraz wstaje, kładzie mi dłoń na ramieniu, pochyla się i muska ustami mój policzek. Zaczynam go obejmować, ale nim mi się to uda, on się odsuwa.

Oboje odzywamy się równocześnie i to nasze słowa się splatają, nie ciała.

– Cóż za niespodziewane spotkanie! – próbuję zażartować.

Marco częstuje mnie waszyngtońskim klasykiem:

– Nie było korków?

Wskazuje niski stolik, na którym leżą już dwa komplety dokumentów, a na nich identyczne niebieskie długopisy.

– Lakshmi przyniosła już papiery.

Mrugam gwałtownie. To wszystko dzieje się tak szybko.

– Czyli wystarczy, że to podpiszemy?

Marco kiwa głową i wręcza mi komplet dokumentów.

W przeciwieństwie do rozwodów, z którymi stykam się w pracy, ten nasz jest najbardziej zgodny, jak się da. Największy rozdźwięk mieliśmy, gdy Marco nalegał, że zostawi mi domek szeregowy nieopodal metra, który razem kupiliśmy. Oboje znamy przyczynę: on teraz zarabia dwadzieścia razy lepiej niż ja. Przyjęłam dom, ale uparłam się, żeby to on wziął nasz drogi ekspres do kawy. Może na to nie wygląda, ale było to wielkie poświęcenie; uwielbiam dobrą kawę.

Waham się, po czym skrobię swoje nazwisko na ostatniej stronie papierów rozwodowych. Kiedy podnoszę wzrok, Marco już zamyka długopis.

Lakshmi wchodzi do poczekalni.

– Cześć, Stello. Wszystko załatwiliście?

Kiwam głową i uciekam wzrokiem przed jej współczującym spojrzeniem. To ostatni krok, nim nasze małżeństwo przestanie istnieć. Lakshmi wypełni dokumenty, a potem otrzymam list z decyzją o rozwodzie bez orzekania o winie.

Wodzę wzrokiem po pudełku z chusteczkami stojącym na stoliczku. Obok niego znajduje się posążek lecącego orła z rozpostartymi skrzydłami. Domyślam się, że to symboliczne zestawienie: chusteczki na opłakanie końca jakiegoś etapu, orzeł jako metafora nadziei na przyszłość.

Pobraliśmy się z Markiem w mroźny zimowy dzień niemal dekadę temu, krótko po tym, jak zaczął padać pierwszy śnieg. Zanim jeszcze wypowiedziałam słowa przysięgi, w które wierzyłam całym sercem, wiedziałam, że tak skończymy.

Pytanie brzmiało tylko: kiedy.

ROZDZIAŁ TRZECI

Marco i ja zajmujemy stołki przy barze w prostej meksykańskiej knajpie w Tenleytown. Jak zawsze po dżentelmeńsku odsuwa mi siedzisko, zanim sam usiądzie.

Odkąd poznaliśmy się na prawie na Uniwersytecie Waszyngtona, tworzyliśmy listę ulubionych restauracji w całym mieście. To miejsce się na niej nie zmieściło, ale mają tu dobre margarity i to wygodna opcja. Poza tym Marco dał mi do zrozumienia, że nie może zostać na kolację.

Zamawiamy po margaricie on the rocks, na ostro, bez soli. Barman stawia przed nami drinki, a razem z nimi koszyk chrupiących chipsów i miseczkę ciepłej salsy.

Obserwuję, jak jeden z pracowników tnie limonki nożykiem, którego ostrze bez trudu przebija się przez zieloną skórkę. Nożyk jest niewiele większy od odłamka szkła, który Rose Barclay schowała do kieszeni.

– To zawsze robota męża – mówi Marco, kontynuując rozmowę, którą rozpoczęliśmy po drodze. – To Ian Barclay wpadł z nianią. Była w drugim miesiącu ciąży, prawda?

– Około szóstego tygodnia.

– Czyli próbował się pozbyć problemu.

– Żona też miała niejeden motyw – protestuję. – Zazdrość. Wściekłość. Poza tym to Beth Barclay zarządza kasą. A jeśli niania przyszła do niej z szantażem albo żądaniem alimentów?

– Więc dlaczego Beth nie zabiła i męża, i niani? – pyta Marco. – Oboje ją zdradzili.

Wzruszam ramionami, zanurzając chipsa w salsie.

– Zbrodnie w afekcie nie są logiczne. Jeśli ona to zrobiła, to raczej nie planowała morderstwa. Są na to bardziej subtelne sposoby niż wypchnięcie ofiary przez okno na drugim piętrze.

Milknę i żałuję lekkomyślnie rzuconych słów, gdy przypominam sobie puste spojrzenie Rose. Była wtedy w ogródku, pomagała babci zrywać pomidory. Być może widziała nianię lecącą z okna. Usłyszała zabójczy odgłos czaszki roztrzaskującej się na kamiennym tarasie.

– Oboje rodzice byli w domu, prawda? To które z nich ma lepsze alibi? – dopytuje Marco.

W ciągu kilku miesięcy od śmierci niani ucichł medialny zgiełk, ale nadal dysponuję starymi wycinkami z gazet dotyczącymi tego, co policja nazwała „śmiercią w podejrzanych okolicznościach”. Przez ostatnie dni robiłam research, więc mówię Marcowi, co wiem: Beth Barclay twierdziła, że była w swoim gabinecie na pierwszym piętrze i pisała mejla do współczłonków zarządu Kennedy Center. Z głośników komputera płynęła muzyka klasyczna, jak zwykle podczas pracy – Beth zapewniała, że muzyka musiała zagłuszyć odgłos szyby pękającej piętro wyżej. Policji udało się ustalić, że Beth rzeczywiście wysłała mejla mniej więcej w momencie upadku niani.

Mąż Beth, Ian, rozmawiał przez telefon z pracownikiem swojej firmy projektującej ogrody. Jego domowe biuro znajduje się na drugim końcu korytarza względem biura żony. Podczas rozmów używa słuchawek wyciszających dźwięki z otoczenia. Twierdzi, że nic nie słyszał, póki nie zakończył połączenia i nie dotarły do niego krzyki jego matki. Również ten fakt został potwierdzony przez policję.

Oboje Barclayowie obstawili się prawnikami, gdy tylko stało się jasne, że policja ich podejrzewa. Odmówili poddania się badaniu wariografem, jak podały liczne źródła prasowe. Niedawno policja zakończyła czynności śledcze, a to znaczyło, że sprawa trafiła do archiwum.

A teraz Barclayowie toczą walkę o prawną i rzeczywistą opiekę nad Rose.

– Powiedzmy, że to ty wypchnęłaś nianię przez okno. Jak szybko zdołasz dotrzeć od tego okna na drugim piętrze do któregoś z biur na pierwszym? – rozważa głośno Marco, a potem się uśmiecha. – Ale kogo ja o to pytam. Wiem, że ty to ustalisz.

Też się uśmiecham i smutek, który czułam w gabinecie mediatorki, powoli gaśnie. Zawsze dyskutowałam z Markiem o moich sprawach. Jego opanowanie i skłonność do rozważań to dwie z wielu jego wspaniałych cech. Może nie mamy już wspólnego domu ani wspólnego życia, jednak wciąż mamy coś innego: głęboką przyjaźń. Trwałe porozumienie. Inną miłość.

– Jeszcze jednego drinka? – pyta barman.

Spoglądam na kieliszek i odkrywam, że wypiłam całą margaritę.

– Jasne.

Kieliszek Marca jest niemal pełny.

To nie w jego stylu. Marco uwielbia dobre drinki.

Marszczę brwi, zwracając uwagę na kolejne detale. Robię dokładnie to, czego się nauczyłam w pracy prawniczki, gdy właściwie wszyscy, których spotykałam, kłamali, żeby potwierdzić swoją wersję wydarzeń – albo swoje urojenia. Szukam tego, co niewypowiedziane. Szukam znaków.

Bębni palcami o drewniany bar. Nie poluzował krawata, a z reguły robi to po pracy. Zamiast skorzystać z wygiętego zachęcająco oparcia stołka siedzi wyprostowany jak struna.

Język jego ciała zdradza to, czego nie mówią słowa: waży coś w głowie.

Próbuję wybadać, skąd ten niepokój.

– W pracy wszystko w porządku?

Marco wzrusza ramionami.

– Jest dobrze. Wiesz, jak zwykle.

Marco nie czerpie poczucia własnej wartości z umów na ośmiocyfrowe kwoty. Większej dumy dostarcza mu praca pro bono na rzecz kobiet doświadczających przemocy domowej i przekazywanie sporej części pensji na fundację pomagającą gorzej sytuowanym dzieciom. Ma serce dla ludzi. Dla rodziny.

To jedna z tych rzeczy, które najbardziej w nim kocham. Kiedy się pobraliśmy, zyskałam nie tylko Marca. Od samego początku w swoje kręgi wciągnęła mnie jego wielka włosko-amerykańska rodzina, gdzie wszyscy gadają jeden przez drugiego, stoły uginają się pod ciężarem jedzenia, ktoś stale dolewa ci wina, żartobliwie się kłócimy, a śmiech co rusz przetacza się falami.

Jeśli to nie praca martwi Marca, to może chodzi o jego rodzinę. Jego starsza siostra jest w ciąży, ma urodzić czwarte dziecko. To ciąża wysokiego ryzyka z uwagi na jej cukrzycę, ale o ile mi wiadomo, wszystko było w porządku. Jego matce dokuczają ostatnio bóle w klatce piersiowej. Lekarze ją zbadali i orzekli, że to od wzdęć. Ale lekarze nie są nieomylni.

– Niedługo siedemdziesiąte urodziny mamy – próbuję. – Nadal są plany na ten lokal w Little Washington?

Marco bębni palcami szybciej. Bingo.

– Hm, no tak... W sumie liczyłem, że możemy o tym pogadać.

Moje serce przyspiesza, bije staccato w takt palców Marca.

Jego matka od dawna mówiła o świętowaniu okrągłych urodzin w rozchwytywanej jedynej w stolicy restauracji z trzema gwiazdkami Michelin. Rezerwację zrobiła niemal rok temu. Wprawdzie ojciec Marca zmarł krótko po naszym ślubie, ale ma tam być cała czwórka jego rodzeństwa razem z małżonkami.

Też zostałam zaproszona. Wciąż uważają mnie za rodzinę.

Szykuję się niespokojnie na jego kolejne słowa.

– Poznałem kogoś – mówi. Z pamięci wypływa mi obraz, jak uśmiechał się do swojego telefonu, kiedy weszłam do poczekalni u mediatorki. I to, jak odrzucił zaproszenie na kolację.

Nie powiedziałby mi o tym, gdyby to nie było na poważnie – na tyle poważnie, że kobieta, którą chce zabrać ze sobą na wyczekiwaną kolację, nie jest mną, byłą żoną wciąż nazywającą „mamą” swoją eksteściową.

Łatwo dodać dwa do dwóch. Niezależnie od tego, ile osób zmieści się przy stole, na nas obie nie będzie dość miejsca.

Marco już znalazł tę nadzieję, którą obiecywała figurka orła w gabinecie mediatorki.

Nie mam do niego pretensji. Od naszej separacji minął ponad rok.

Robię to, co muszę. Uśmiecham się, podtrzymując kontakt wzrokowy. Nie pozwalam sobie na jeden zdradziecki tik czy ruch. Praca nauczyła mnie, jak przekonująco kłamać.

– Cieszę się waszym szczęściem. – Wznoszę kieliszek w geście toastu. – Szczęściara z niej. Zabierz ją na te urodziny. Kiedy indziej podrzucę twojej mamie prezent.

Marco się uśmiecha i wreszcie rozluźnia ciało.

– Dziękuję za wyrozumiałość.

W dniu naszego ślubu byłam tak zakochana, że sądziłam, iż zdołamy pokonać każdą przeszkodę. Istniało jednak coś, co do czego nie byliśmy w stanie znaleźć kompromisu. Coś, co w miarę upływu czasu stawało się coraz głębszą i szerszą przepaścią.

Marco chciał mieć dzieci.

Ja nie. Co więcej, nie mogłam ich mieć. Fizycznie ani emocjonalnie.

Któryś z terapeutów powiedział mi kiedyś, że ludzie, którzy mają za sobą takie dzieciństwo jak ja, zazwyczaj wybierają jedną z dwóch dróg. Albo próbują być dla swoich dzieci takim rodzicem, jakiego sami dla siebie by pragnęli, albo w ogóle unikają dzieci.

Marco liczył, że zmienię zdanie co do macierzyństwa. Ja liczyłam, że wystarczy nasza miłość.

Umykam wzrokiem i spoglądam na nóż przecinający kolejną limonkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki