Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Missy i Doug spędzają relaksujący wieczór na leśnej polanie, do czasu kiedy ich spokój zostaje zakłócony przez nieoczekiwanego gościa. Psychopata w masce świni morduje chłopaka, a dziewczynie ledwo udaje się ujść z życiem. Od tej pory zaczyna się polowanie, którego stawką jest przetrwanie. Kim jest morderca nazywany „Świniarzem” i jakie mroczne sekrety skrywa? Czy Missy uda się przeżyć i rozwikłać tę śmiertelną zagadkę? Tomasz Czarny i Michał Ferek przedstawiają „Dom ze skóry”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 92
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ta książka zawiera sceny i tematy, które są obrzydliwe, bulwersujące i brutalne, dlatego też nie jest przeznaczona dla osób, które mogłyby się poczuć z tego powodu dotknięte. Czytasz na własną odpowiedzialność.
Tytuł: Dom ze skóry
Autorzy: Tomasz Czarny, Michał Ferek
Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2025
Copyright © Tomasz Czarny, Michał Ferek 2025
Dom Horroru,
ul. Gorlicka 66/26
51-314 Wrocław
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Redakcja i korekta: Alicja Milewicz
Projekt okładki: Professor Brutality
Ilustracja na tylnej okładce: Maciek Klimek
Liternictwo: DigitalArt Fire Rafał Brzozowski
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wrocław 2025
ISBN 978-83-67342-80-3
www.domhorroru.pl
facebook.com/domhorroru
instagram.com/domhorroru
Ilustracja: Maciek Klimek
– Naprawdę nigdy nie jarałaś? – zapytał Doug. Siedzieli w starym fordzie Douga zaparkowanym przy drodze przecinającej las.
– Nigdy, Doug. Ale chcę spróbować. Wiesz, jak jest. Ojciec nie daje mi spokoju, kiedy pije. Muszę po prostu trochę wyluzować – Doug nabijał właśnie cybuch wielkiej fajki wodnej najlepszą marihuaną w Maryland.
– Wiem, twój stary jest na maksa pojebany. Rozumiem, że pije, ale tego, że czepia się ciebie o wszystko już nie.
– Nic na to nie poradzę. Po prostu ma już taki charakter. Gdybyś pił tyle bimbru co on, na pewno zachowywałbyś się podobnie.
– Pewnie tak, dlatego palę stare dobre zioło. To mnie uspokaja i luzuje mi majty. Wszechświat nie przytłacza mnie wtedy tak bardzo.
Missy popatrzyła przez szybę i zamyśliła się. Nagle zrobiło jej się smutno.
– Hej, co jest? – zapytał.
– Sama nie wiem. Martwię się tym, że gdy palenie mi się spodoba, to się w to wciągnę. Myślę też o naszych wspólnych znajomych, którzy przedawkowali fentanyl. Oni mieli dopiero po szesnaście lat, Doug. Strasznie za nimi tęsknię. To chyba nie był dobry pomysł.
Doug przysunął się do niej i odgarnął włosy z jej twarzy.
– Hej, Missy. Nie musisz palić, jeśli nie chcesz. Spoko. Wrzuć na luz.
Doug miał wrażenie, że Missy zaraz się rozpłacze.
– Wiesz, ja… ciągle widzę ich twarze w moich snach. Słyszę ich głosy, śmiech…
– Wiem, skarbie. Fentanyl to najgorsze gówno. Też cholernie mi ich brakuje, szczególnie Mad Mike’a i Tommy’ego. Byli moimi najlepszymi kumplami.
– Nigdy nie kusiło cię, żeby spróbować?
Doug odłożył na chwilę bonga i popatrzył jej prosto w oczy.
– Nigdy, kochanie. Przysięgam. Nieraz widziałem jak robili sobie zastrzyki, tu, w lesie, a później to całkowicie ich zabierało. Wyglądali wtedy jak te wszystkie żywe trupy z Kensington w Philly. To było zajebiście przerażające. Prosiłem ich, żeby przestali, groziłem, że w końcu wszystkim o tym powiem, ale oni mnie nie słuchali. To było silniejsze od nich. Mam ich teraz na sumieniu.
– Och, skarbie, przynajmniej próbowałeś. Nie zadręczaj się tym.
– Ciągle wydaje mi się, że za mało zrobiłem. Mogłem więcej.
– Oni wybrali swoją drogę. A jeśli ktoś raz ją wybierze, to nie ma z niej powrotu. Ale trzeba próbować.
– Masz rację. Zaczynali od oksykodonu, a skończyli na fentanylu. A teraz gryzą ziemię. Dlatego chyba nie chcę, żebyś paliła nawet trawkę. Tym bardziej, że nie wiadomo, jak zareaguje twój organizm, każdy jest przecież inny.
– Ej, nie przesadzaj. Nie rób ze mnie od razu narkomanki, okej?
Doug podrapał się po głowie.
– Ale wiesz… możesz mieć pewne predyspozycje…
Missy przewróciła oczami.
– Bo co, mój ojciec pije?
– Dokładnie, Miss.
W samochodzie zapadła niezręczna cisza.
– Wiesz co? Pieprz się i daj tego bonga!
– Ej, nie możesz się teraz naćpać, żeby zrobić mi na złość. To przynosi pecha, dziewczyno.
– Stul się już i daj ognia.
Missy podniosła z fotela fajkę wodną, podpaliła zioło i mocno się zaciągnęła.
– Ej, spokojnie, mała! Nie chcę, żebyś mi się tu porzygała. Co prawda to wrak, ale na chodzie – Doug uśmiechnął się szelmowsko i przejął od niej fajkę, podczas gdy Missy kaszlała jakby dostała ataku astmy. – Widzę, że nieźle cię sponiewiera!
Przejął od niej faję, podpalił cybuch i zaciągnął się, by później powoli wypuścić dym z płuc. Missy przejęła od niego „szklanego potwora” i sztachnęła się znowu. Kaszel powrócił.
– Jezu, Doug, daj mi coś do picia zanim zejdę!
Doug sięgnął za fotel i jego dłoń wróciła z czteropakiem zimnego Budweisera.
– Mam tu coś dla nas – otworzył puszkę i ściągnął kolejnego bucha. – Poczekaj, nastawię coś fajnego, daj mi chwilę.
Za moment w głośnikach rozległy się pierwsze dźwięki Speak to Me / Breath Pink Floyd.
Missy poczuła jak odpływa. Czuła się, jakby nagle ktoś zdjął z jej klatki piersiowej wielki ciężar, który zadomowił się tam już na dobre. Miała wrażenie, że muzyka otula ją z każdej strony, a dźwięk jest panoramiczny, ale było to przecież niemożliwe, bo stary ford nie miał za skarby świata takiego sprzętu. Muzyka przepływała przez całe jej ciało, przez każdy nerw i każdy por skóry. Missy napiła się piwa.
– Dobrze się czujesz? – zapytał Doug. Missy była tak rozmarzona, że nawet nie zwróciła uwagi na pytanie swojego chłopaka, albo go nie usłyszała.
– Hej, Miss? Nie odpłynęłaś za bardzo?
Missy czuła jakby język i wargi skręciły jej się w rulon, a suchość w ustach i gardle zaczęła ją autentycznie przerażać. Pociągnęła łyk piwa.
– Co mówiłeś, Doug? – Missy stała się, jakby to powiedzieć, czarująca. Cieszyło ją wszystko, była po prostu zachwycona, czego najlepszy wyraz stanowiły jej rozciągnięte, chińskie oczka i taki sam uśmiech.
– Czuję się taka… sama nie wiem? Leniwa? Znużona? – odpowiedziała Missy.
– Cholercia, ale się upaliłaś, laska! – Doug wybuchnął śmiechem.
– To wszystko wydaje mi się takie dziwne…
– To znaczy co?
– Mój ojciec, śmierć naszych przyjaciół, to zadupie w którym mieszkamy. Wszystko.
Missy wodziła palcem po zaparowanej szybie auta.
– Po prostu za mocno się upaliłaś. Zdarza się. Następnym razem będzie lepiej – Doug się roześmiał i położył dłoń na jej ramieniu. – A co do ojca… Rozmawiałaś z nim? Prosiłaś go, żeby zaczął się leczyć?
– Za każdym razem kiedy zaczynam rozmowę, wścieka się i udaje, że ten problem go nie dotyczy. Pije coraz więcej. On praktycznie nie trzeźwieje, Doug.
W oczach Missy pojawiły się łzy.
– Nie chcę cię martwić, ale może on właśnie wybrał swoją drogę, Miss. Może chce się zapić na śmierć, jak moja matka…
– Dlaczego to wszystko musi być tak pojebane, Doug?
Doug ściągnął chmurkę.
– Nie wiem, Missy. Po prostu tak jest i już.
– Chciałabym stąd uciec. Uciec jak najdalej stąd.
– A weźmiesz mnie ze sobą?
Missy rozmarzyła się.
– Pewnie, że cię wezmę, głuptasie. W ogóle co to za pytanie? Napijmy się za to, żeby nasz plan wypalił.
– Racja! Napijmy się!
Stuknęli się puszkami tak mocno, że piwo aż się spieniło. Doug obniżył się w fotelu, przymknął oczy, otworzył szybę i zapalił papierosa.
– Zawsze chciałem wyrwać się z tej dziury.
– Tylko z czego byśmy żyli gdzie indziej?
– Znaleźć pracę to żaden problem. Na pewno na początku byłoby ciężko, grunt, żeby się nie poddawać.
– Tak, ja zostałabym kelnerką, później aktorką albo modelką, a ty…
– A ja stworzyłbym grę komputerową sławną na cały świat! To moja przyszłość!
– Panie przyszłościowcu, właśnie żar spadł ci na jajka! – powiedziała Missy, parskając śmiechem, a Doug zerwał się tak energicznie z fotela, że aż uderzył głową w podsufitkę.
– No pięknie. Nie ma to jak dziura w nowych spodniach. Kurwa.
– Nie przejmuj się tak. Nie jest tak wielki, żeby miał się przez nią przecisnąć.
Doug wziął głęboki oddech i rzucił tylko:
– Bardzo śmieszne.
Zaczął padać deszcz. Krople uderzały miarowo w dach i szyby samochodu.
– Chodź tu do mnie, głuptasie – Missy przyciągnęła chłopaka do siebie i pocałowała. Najpierw delikatnie, później już całkiem namiętnie.
– I jak ci się to podoba? – powiedziała, a Doug się uśmiechnął.
– No bardzo mi się podoba.
Nie czekając dłużej, przywarli do siebie i namiętnie się całowali. Dłonie Douga szybko znalazły drogę do piersi Missy. Jej dłonie także nie próżnowały, miętosząc twardy materiał dżinsów w kroku Douga.
– Jesteś zajebista, wiesz?
– Wiem. Ty też
– To dobrze.
Oboje się roześmiali.
Nagle coś zaniepokoiło Missy.
– Słyszałeś to?
– Niby co?
– Ciii… przycisz muzykę na chwilę – Doug miał wrażenie, że Missy go wkręca.
– Daj spokój, Missy. Nie dam się na to nabrać – powiedział Doug.
– Możesz przyciszyć to pieprzone radio? – W jednej chwili Missy zrobiła się nerwowa.
– O co ci chodzi, skarbie? Słyszysz jakieś głosy w swojej głowie? Niektórzy tak mają jak się nawalą – Doug wyciszył Floydów.
Puk, puk, puk.
Missy i Doug usłyszeli pukanie w boczną szybę samochodu.
– Kurwa, kto to, Doug? – zapytała spanikowana Missy. – A jeśli to gliny?
– Co gliny robiłyby na takim zadupiu? Nie wierzę.
– Schowaj bonga pod siedzenie, idioto! – powiedziała Missy. Wpatrywała się w okno, wytężając wzrok, ale nie widziała na zewnątrz nic oprócz wszechobecnego mroku. Pukanie rozległo się tym razem z drugiej strony auta.
– Otwieramy? – spytał Doug. Jemu też nie było do śmiechu.
– Nie wiem. Boję się.
Doug powoli otworzył drzwi od swojej strony. Nikogo nie było. Poczuł, jak na skórze wychodzi mu gęsia skórka.
– Kurwa, nikogo nie tam nie ma.
Po chwili rozległo się pukanie gdzieś z tyłu auta.
– Już ja ci pokażę, łajzo! – Doug zerwał się na równe nogi z fotela, spod którego wyciągnął łyżkę do opon. Zacisnął na niej palce tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Wyskoczył z samochodu jak z procy, prosto w mrok.
– Doug, zwariowałeś! Uważaj na siebie!Missy słyszała tylko szelest liści pod stopami Douga, a w sercu poczuła niepokój. Macki strachu powoli zaciskały się…. Zastanawiała się czy wyjść z samochodu, ale za bardzo się bała. Wiedziała jedno: to na pewno nie policja. A co jeśli im się to wszystko przywidziało? Jeśli mieli jakieś słuchowe omamy? Ale obydwoje? To zdawało się zbyt dziwne nawet jak na nich…
Z zapartym tchem czekała na powrót Douga. Zaczęła się już niecierpliwić.
– Doug? – rzuciła pytanie w mrok, ale odpowiedział jej tylko jesienny wiatr.
Już miała wychodzić z samochodu, gdy wtem:
– Buuuu!
Doug pojawił się w drzwiach, bębniąc palcami o dach.
– Przestraszyłem cię? Nikogo tam nie ma!
Missy myślała, że serce wyskoczy jej z piersi. Strach błyskawicznie ją oszołomił, podnosząc adrenalinę do poziomu maksimum.
– Zwariowałeś, dupku? Niech cię szlag! Palant – Missy ledwo zdążyła wypowiedzieć te słowa, gdy usłyszała głuche tąpnięcie.
– Przestań się wydurniać, ty świrusie – zapaliła lampkę w samochodzie i zobaczyła Douga z białkami wywróconymi do góry. W jego szyi znajdowało się ostrze siekiery. Krew tryskała niczym z fontanny, zachlapując wszystko dookoła, w tym twarz przerażonej Missy. Doug osunął się na ziemię. Po lesie poniósł się krzyk.
Oczom Missy ukazała się postać w masce świni ubrana w rzeźnicki fartuch. Missy krzyczała ile sił w płucach. Mężczyzna wpatrywał się w nią, wycierając palcami krew skapującą z ostrza siekiery. Poruszał głową w lewo i prawo, jakby zastanawiał się kim jest Missy i co ma z nią zrobić. Missy w końcu się ocknęła i ruszyła do ucieczki. – Ratunku! Pomocy! – zszokowana, potykała się raz po raz o swoje nogi, biegnąc przez mrok. Odwróciła się, by spojrzeć jak daleko udało jej się uciec. Morderca wciąż tam stał, lecz za chwilę rzucił się za nią w pogoń. Missy płakała i wzywała pomocy na zmianę, biegnąc ile sił w nogach.
On zabił Douga! Zamordował go!
To jedyne o czym myślała. Przed oczami widziała martwą twarz Douga i krew sikającą z jego szyi jak z zarzynanej świni. Za sobą słyszała kroki mordercy. To był wielki facet. Pomyślała, że mógłby ją obezwładnić jednym uderzeniem z otwartej dłoni.
Las, morderca, krew…
To wszystko działo się tak szybko. Stan w jakim się znajdowała też nie pomagał. Nogi sprawiały wrażenie jakby były z ołowiu. Kompletnie straciła orientację, nie miała pojęcia w którą stronę biec. Nie dopuszczała do siebie myśli, że już nigdy nie zobaczy Douga. Nie poczuje ciepła jego rąk, jego zapachu, błysku w oczach. Nie mogła się teraz rozkleić, bo wiedziała, że to wiązałoby się z niechybną, szybką śmiercią.
Deszcz padał coraz mocniej. Błagała los, aby udało jej się dotrzeć do szosy. Może wtedy udałoby się jej zatrzymać jakiś samochód i wezwać pomoc.
Ilustracja: Maciek Klimek
Jake siedział w barze „U Lilly” i zastanawiał się nad sensem swojego życia. Deszcz bębnił o szyby, a w restauracji nie roiło się jakoś od klientów, można było swobodnie zatopić się w myślach. Wydawało mu się , że awans na detektywa spełni jego ambicje i marzenia, ale na razie w całym stanie nie popełniono żadnego morderstwa, co w zasadzie powinno go cieszyć. Ludzie handlowali narkotykami, bimbrem, gwałcili i sprzedawali swoje ciała, ale morderstwa zdarzały się tutaj rzadko. Przynajmniej te, które figurowały w statystykach.
Jak patrzył na przejeżdżające samochody i czuł, jak życie przecieka mu przez palce. Nieraz samotność dawała mu się we znaki. Z najbliższej rodziny został mu już tylko Rudy, złoty golden retriever, który dotrzymywał mu towarzystwa w mieszkaniu, które otrzymał w spadku po rodzicach.
Przemyślenia Jake’a przerwała kelnerka w kraciastym fartuchu, która dolała mu z uśmiechem kolejną porcję kawy. Jake skinął głową, wpatrując się w nienaturalnie wyludnioną uliczkę Harvest Creek.
Miasteczko nieprzekraczające liczby tysiąca mieszkańców zdawało się wymierać.W ponure, jesienne dni ten odsetek wyraźnie wzrastał, jakby ktoś zrzucił na nie przytłaczającą klątwę. Wydawało się, że podupadające Harvest Creek swój złoty okres miało już za sobą. Zyski kopali węgla stawały się coraz mniejsze. – Niegdyś przez całą dolinę Georges przechodziły szerokie żyły pokładów tego surowca. Ludzie przyjeżdżali tu z samego Teksasu i północnozachodnich stanów, aby wydobywać to, co podarowywała natura u podnóża zachodnich Appalachów. Wielu mieszkańców zostało bez środków do życia, kiedy kilka okolicznych wyrobisk zalano wodami rzeki Nord Branch Potomak. Nieczynne sztolnie do dziś odstraszają wszechogarniającą pustką, a teren, który w przeszłości nazywano „Big Vein” stał się symbolem upadku wymierającego społeczeństwa.
Smutni, wyjeżdżający na wschód mieszkańcy, zdawali się być jedną z najbardziej przytłaczających grup robotniczych w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki. Mieszkali w szeregowych domach z początku XX wieku, na których łopotały rozprute amerykańskie flagi. Domy obijano pożółkłym sidingiem, a niewypielęgnowane trawniki dawały jasną odpowiedź na temat stanu gospodarczego Harvest Creek.
Główną arterię miasteczka stanowiły dwie uliczki, skrzyżowanie Road Pick i Heaven Road przy którym słupy telefoniczne obsiadywały ciemne jak noc kruki; drewniany kościół Baptystów stał naprzeciwko baru „U Lilly”, a jedyny sklep spożywczy (jak i z narzędziami) należał do rodziny Beckertów, którzy budzili w miasteczku szacunek.Jake wpatrywał się pustym wzrokiem w upstrzoną kroplami szybę. Nad miasteczkiem unosiły się jasne obłoki ocierające się o najwyższy szczyt doliny Georges Creek, górę Dans.
Dopił kawę i spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma wieczorem, a na zewnątrz hulał wiatr, niosąc po jezdni rozsypujący się dywan z żółtych tych liści. Miał już wracać do domu, gdy do baru weszło dwóch osiłków.
Znał ich i doskonale zdawał sobie sprawę, czym się zajmują. Byli lokalnymi, wytatuowanymi rzezimieszkami, wieśniakami nie znającymi nawet początku alfabetu.
Pędzili bimber i handlowali nim, do tego jeden z nich parał się dilerką.
Byli tego dnia głośni, a stojących przy stole bilardowym mężczyzn pogonili z hukiem; śmiali się, kiedy odbierali im kije. Grozili i przeklinali kelnerkę, kiedy ta śmiała zwrócić im uwagę o zachowaniu jakichkolwiek norm społecznych. Wyśmiali ją i kazali przynieść kilka kufli ciemnego, spienionego trunku – kobieta przystała na ich prośbę, wpatrując się w Jake’a, który w żaden sposób nie reagował – zdawał się być nieobecny, wpatrzony w sennie przejeżdżające samochody.
Przez niemal pół godziny mężczyźni uderzali w bile i popijali coraz większe ilości lokalnego piwa. Rozbijali szkło o parkiet, a nawet próbowali sprowokować Jake’a wyzwiskami i docinkami, lecz ten wpatrywał się w zegarek i nie dawał im się sprowokować.
Był w innym świecie, oderwany od rzeczywistości.
Przed ósmą wieczorem Jake zaczął szykować się do wyjścia. Poprawił pluszowy kołnierz kurtki i zatrzymał dłoń na kaburze. Ten niespodziewany ruch zauważyli wieśniacy – nie zareagowali, nie wywołali też awantury, jakby momentalnie oprzytomnieli, mając na uwadze swoje niecne występki.
– Jakby coś się działo, daj mi znać – rzucił do kelnerki i grzecznie się ukłonił. Razem z oparami dymu papierosowego z mdłej mieszanki „Kentucky” wyszedł z baru. Na zewnątrz lało jak z cebra, a żwirowy parking napełniał się brunatnymi kałużami. Wiejąca ze wschodu bryza nanosiła liście z pobliskiego rezerwatu, a samo powietrze zdawało się mrozić krew żyłach, jakby coś niesłychanie niepokojącego miało niebawem wydarzyć się w sennym Harvest Creek. Przeszedł do ubłoconego błotem forda ram i ostatni raz spojrzał na witrynę baru. Panowała w nim względna cisza przerywana wyłącznie odgłosami zapchanej rynny; „Lilly”, pieprzona drewniana mordownia wyglądała wówczas jak ostatni przystanek do Piekła, w którym zatrzymują się ci, którym nie po drodze do spełnienia marzeń.
Mężczyźni się uspokoili , a kelnerka zamiatała szkło, wpatrzona w porysowany parkiet.
Jake wsiadł ciężko do półciężarówki, wsadził do ust wymiętolonego newporta i odpalając warczący silnik ruszył w kierunku domu, który okazywał się być jedynym, dusznym azylem w te nieprzyjemne, zimne i mokre dni.
Jake nastawił swoją ulubioną stację radiową i włączył wycieraczki, deszcz zacinał niemiłosiernie. Niech to szlag, pomyślał. Miał brać zakręt, ale wydawało mu się, że zobaczył coś na drodze, jakiś kształt. Instynktownie przyhamował i zmrużył oczy, ale nie był pewien co widzi. Człowiek? Zwierzę? Nie miał pojęcia, deszcz lał zbyt mocno, ograniczając widoczność do minimum. Spojrzał we wsteczne lusterko; szosa za nim była pusta. Odkręcił szybę i wychylił głowę na zewnątrz. To co zobaczył, zmroziło mu krew żyłach, a papieros wypadł mu z ust. Dodał gazu i wyrwał do przodu. Co, do kurwy nędzy?, pomyślał.
Na jezdni znajdowała się młoda, półnaga dziewczyna. Była cała przemoczona i trzęsła się jak osika. Jake wyskoczył z pickupa i podbiegł do niej.
– Co ci się stało? Jesteś ranna? – zapytał wpatrując się w jej twarz, na której malowało się przerażenie. – Możesz iść? – zapytał, ale dziewczyna nie odpowiadała. Czuł, że jest już cały mokry. Wziął ją pod ramię i posadził obok siebie w wozie. Woda ciekła z niej niemiłosiernie , ale nie wydawała się być ranna. Chciał wezwać przez radio pogotowie, ale pomyślał, że będzie szybciej, gdy sam zawiezie ją do szpitala.
– Ktoś cię skrzywdził? – wiedział, że była w szoku, a wtedy język potrafi odmówić posłuszeństwa. Kątem oka zlustrował ją, czy aby czasem nie posiadała przy sobie jakiejś broni. Mogła być przecież pacjentką, która uciekła z Minor Hill, zakładu dla obłąkanych znajdującego się niedaleko.
– Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz. Zawiozę cię teraz do szpitala, jesteś bezpieczna, jestem policjantem – Jake wyciągnął odznakę, aby pokazać ją dziewczynie. Wyglądała, jakby trochę się uspokoiła.
– On zabił Douga! – krzyknęła nagle. Jake aż zahamował.
– Kto? – zapytał, patrząc na nią.
– Nie wiem, nie wiem, nie wiem, nie wiem! – Missy wpadła w panikę. – On zabije nas wszystkich!
– Uspokój się! Kto? Kto zabije nas wszystkich? – zapytał Jake, próbując ją uspokoić, ale z marnym skutkiem.
– Morderca! Zabił Douga! Gonił mnie, ale uciekłam! – krzyczała Missy.
– Spokojnie, jesteś już bezpieczna. Nic ci nie grozi – powiedział Jake. Widział jak bardzo była roztrzęsiona, jak bardzo się bała.
– Centrala, tu Jake – powiedział Jake przez policyjne radio. – Potrzebne posiłki. Okolice lasu przy szosie osiemdziesiąt sześć. Poszukiwany uzbrojony, prawdopodobnie zamaskowany mężczyzna. Do zabezpieczenia ciało w lesie. Odbiór – Radio najpierw zarzęziło, by później wypluć z siebie głos.
– Jake, słyszymy cię. Przyjęłam, wysyłam wsparcie.
– Zabieram pokrzywdzoną do szpitala. Bez odbioru – powiedział Jake.
– Teraz na pewno się nie wymknie – rzucił w stronę Missy, która zaczęła płakać.
– Mój chłopak… on nie żyje… zabił go… – powiedziała Missy.
– Jesteś tego pewna? Może jednak jakoś udało mu się przeżyć?
– On go zabił! Nie rozumiesz? Nikomu mnie udałoby się przeżyć takiej masakry! – krzyknęła Missy. – Musimy tam wrócić, jego ciało…
– Teraz pojedziemy do szpitala. Policjanci już są w drodze, na pewno wzięli ze sobą psy tropiące. Zajmą się tym – powiedział stanowczo Jake. Resztę drogi spędzili w ciszy. Missy nie miała ochoty już rozmawiać. Spoglądała na krajobrazy za oknem, a z jej oczu płynęły łzy. Zrobiło jej się zimno. Jake zauważył to we wstecznym lusterku.
– Na siedzeniu obok ciebie jest moja kurtka, załóż ją – zaproponował. Missy chętnie skorzystała z tej propozycji. Gdy dojechali na miejsce, Jake wysiadł z samochodu i pomógł Missy wysiąść. Cała się trzęsła, była w szoku. Objął ją ramieniem i poprowadził w stronę izby przyjęć.
– Niech mnie, co stało się tej małej? – pielęgniarka w dyżurce nie kryła zaskoczenia i swojej ciekawości.
– Uszanowanie – powiedział Jake, pukając w swój kapelusz. – Mam tu poszkodowaną, proszę się nią zająć. Na pytania i odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas.
– Nie zostawiaj mnie tutaj samej… – poprosiła Missy. Złapała dłoń Jake’a i popatrzyła na niego oczami pełnymi strachu.
– Spokojnie, będziesz miała tu dobrą opiekę. Powiedz oddziałowej, kogo z twojej rodziny ma zawiadomić. Muszę dorwać tego sukinsyna.
– Siostro, to moja wizytówka. Nazywam się Jake Vanderberg. Jestem detektywem z wydziału zabójstw. Proszę, aby informowano mnie na bieżąco o stanie zdrowia pacjentki. Do zobaczenia – Jake ukłonił się i wyszedł ze szpitala. Zapalił newporta i pomyślał, że w miasteczku prawdopodobnie grasuje morderca.
Jake pojechał na posterunek i zdał relację ze wszystkiego, czego był świadkiem.
– Prawie wjechałem w tę małą, poruczniku, mówię panu. Na początku pomyślałem, że to prostytutka pobita przez klienta, ale prawda okazała się zupełnie inna – powiedział Jake.
– No cóż, sprawdzamy to, ale przeczesywanie lasu po ciemku i to w taką pogodę nie należy do najłatwiejszych. Psy sprowadzimy dopiero rano. Morderca w naszym miasteczku? Nie wierzę, to jakieś pieprzone bzdury – powiedział porucznik Marino.
– Ja też nie, ale takie rzeczy się zdarzają. Nie wyglądało, żeby ta dziewczyna kłamała, albo była wariatką. Ktoś ją sprawdził? – zapytał Jake. Porucznik podniósł z biurka notatnik i założył stare, sfatygowane okulary.
– Missy Scott. Nie notowana w bazie. Żadnych problemów z prawem. Na razie tyle – odpowiedział porucznik Marino.
– A więc możemy wykluczyć to, że jest wariatką lub po prostu kłamie – podsumował Jake. Zadzwonił telefon stojący na biurku. Porucznik Marino podniósł słuchawkę.
– Aha, jesteście pewni? Dobra, szukajcie dalej do odwołania – powiedział porucznik i odłożył słuchawkę telefonu na widełki.
– Nasi znaleźli w lesie samochód. Stary Ford Capri. Musimy zasięgnąć języka u tej całej Missy. Ciała nie ma, mordercy zresztą też – powiedział porucznik.
– Nie chciałem tak od razu wyciągać z niej wszystkiego, była w szoku. Przyjdzie na to czas. Najgorzej byłoby, gdyby zamknęła się w sobie, wtedy nic by już nam nie powiedziała. Porucznik Marino wyciągnął papierosa i poczęstował Jake’a.
– Na mój nos cuchnie mi tu gównem, Jake. Jednym wielkim gównem, w które wdepnęliśmy – porucznik Marino zaciągnął się papierosem.
– Nie będę się upierał, że tak nie jest, poruczniku.
– Wygląda na to, że będziesz miał szansę się wykazać, choć nie jestem z tego faktu jakoś szczególnie zadowolony – powiedział porucznik Marino. Podszedł do okna i spojrzał przez żaluzję na widok znajdujący się za oknem. – Kto wie, co czai się w tych lasach? Dałem dwóch ludzi do pilnowania panny Missy Scott w szpitalu. Mam nadzieję, że nie wykręci żadnego numeru.
Tomasz Czarny – wrocławianin, twórca literackiego horroru. Autor powieści: Do piekła i z powrotem, Siostra, współautor powieści: Folk, Leśne ostępy, Nowoczesna niewolnica, zbiorów opowiadań Trylogia gniewu, Ofiarologia, Sekrety, Bracia w hardcorze (współautor), nowel Patusy,Mickey & Mo (współautor), tomików wierszy Myśli samobójcze oraz Nieobecność. Publikował w Stanach Zjednoczonych, Czechach i Hiszpanii.
Fan książkowego i filmowego horroru oraz muzyki metalowej. Miłośnik psów, dobrej kuchni, podróży i gór.
Michał Ferek – mieszkaniec Stargardu, rocznik ‚88. Autor powieści z gatunku horroru ekstremalnego. Zadebiutował w 2021 roku powieścią Żabi król. Autor powieści: Wyspa rozkładu, Konstrukt i Pakt milczenia. Miłośnik boksu, psów, amerykańskiej kultury i jej legend.