Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
27 osób interesuje się tą książką
Nie miał prawa istnieć. A jednak oddychał, żył… i czekał.
Schorowany książę Mamoru spędził szesnaście lat zamknięty w klanie. Teraz otrzymuje szansę — warunek, który może na zawsze odmienić jego los. Trafia do Akademii Niebiańskiego Lotosu, gdzie młodzi przedstawiciele siedmiu narodów przygotowują się do egzaminów na gwardzistę. Tam staje się łatwym celem szyderstw i pogardy rówieśników.
W tym samym czasie do akademii docierają szepty o Plugawcu, zwiastunie nadchodzącej wojny. Mamoru nie interesuje się jednak tajemnicami, które narastają wokół niego. Ma tylko jedno pragnienie: udowodnić wszystkim, że zasługuje na szacunek.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 615
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © B.M. Goździewska, 2025
Projekt okładki i ilustracje: Agnieszka Zawadka
Redakcja: Dominika Szymańska
Korekta: Anna Godlewska
e-book: JENA
ISBN 978-83-68432-54-1
Wydawca
tel. 512 087 075
e-mail: [email protected]
www.bookedit.pl
facebook.pl/BookEditpl
instagram.com/bookedit.pl
Niniejsza książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Całość ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Skąpana we krwi pierworodnych
Nosząca pod sercem życie
Spłodzi nowe dziecię
Pierwsza – krew ziemi – podaruje wytrzymałość
Druga – krew wody – doda życia
Trzecia – krew powietrza – udzieli ochrony
Czwarta – krew ognia – wzmocni siłę
Piąta – krew błyskawicy – zapewni szybkość
Szósta – krew światła – przyzna wiedzę
Siódma
Ostatnia
Krew ciemności podeśle cierpliwość
Złączone razem stworzą na nowo, co zapomniane
Porządek dwójki zostanie przerwany
Dobro i zło znów zawalczą
Lecz zapomną,
że w tym samym dniu, kiedy dzieci rodzą się martwe…
jedno z nich zapłacze.
– Długo będziesz to powtarzał? – zapytała poirytowana Takara.
Od ponad dwóch godzin słuchała rytuału. W przeciwieństwie do Hikage – swojego partnera – nie wierzyła w żadne słowo.
Mężczyzna zbliżył się do niej wolnym krokiem. Zarost podkreślał mocno zarysowaną szczękę, włosy i oczy w kolorze smoły kontrastowały z bladą skórą, a mięśnie wystawały spod atramentowych szat ze złotymi zdobieniami. Szkarłatna krew spływała mu po ramionach. Na rękach trzymał ich trzyletnią, śpiącą córkę. Nie miała pojęcia, że znajdują się w jednym z najświętszych miejsc na świecie.
Skalna grota ciągnęła się daleko. Na jej końcu woda wydrążyła małe jezioro, w którym Takara brała kąpiel. Tafla dawno przestała być czysta i zgęstniała od ilości krwi. W powietrzu unosił się smród rozkładających się ciał sześciorga dzieci, w wieku od trzeciego miesiąca do szesnastego roku życia, które leżały na skraju jeziora. Każde z nich urodziło się w innym narodzie i z odmienną bramą żywiołu.
Brakowało ostatniego elementu – ich córki. Pierworodnej z Narodu Ciemności.
– Będę to powtarzał, dopóki rytuał nie zostanie dopełniony.
– A może przeciągasz śmierć córki? Zrezygnowałeś z wielkiego planu?
– Nigdy z niego nie zrezygnuję.
– To nie czekaj. Zabij ją. – Takara uniosła rękę, a krew spłynęła jej po przedramieniu. Przeciągnęła językiem po skórze, nie odrywając przy tym wzroku od mężczyzny. – Nie mogę się doczekać, aż do mnie dołączysz.
Hikage uśmiechnął się zawadiacko. Podszedł do niej z córką na rękach. Ledwie zdążył się pochylić, a Takara chwyciła go za kark i pocałowała namiętnie. Potem odepchnęła się od brzegu, robiąc mu miejsce.
– Tato? – Dziewczynka przetarła piąstką oko. – Gdzie jesteśmy?
– O nic się nie martw. Rodzice nigdy nie zapomną twego poświęcenia.
Jednym mocnym ruchem skręcił jej kark. Dziewczynka bezwładnie opadła. Znikąd w jego dłoni pojawił się sztylet. Podciął córce gardło, a ciało ułożył na skraju jeziora. Gdy pierwsza kropla wpadła do źródła, woda rozbłysła jasną czerwienią.
Potężna energia, która przy tym powstała, wyczuwalna była w sąsiadujących narodach. Hikage roześmiał się głośno, a echo poniosło się po grocie. Jego sztylet i ubrania zniknęły w powietrzu. Nagi wskoczył do źródła i chwycił mocno Takarę, dociskając jej biodra do swoich. Tej nocy zamierzali kochać się, dopóki nie spłodzą potomka.
Kroki rozbrzmiały w pomieszczeniu, kiedy służąca weszła do sypialni. Jednym sprawnym ruchem rozsunęła kotary, a jaskrawe słońce dnia wpadło do pomieszczenia. Mamoru jęknął niezadowolony i zakrył się kołdrą po sam czubek głowy.
– Książę, pora wstawać. – Usłyszał znad pierzyny. – Za godzinę zacznie się śniadanie.
Mruknął niezrozumiale, nasłuchując kobiety. Od lat robiła to samo. Zatrzymywała się przy parawanie i zawieszała na nim czyste ubrania, wolną dłonią posyłała ogień do kominka, a następnie podchodziła do stolika, gdzie znikąd w jej rękach pojawiał się dzbanek ze świeżą wodą. Odstawiała go na blat i wychodziła bez słowa.
Tym razem było jednak inaczej.
– Mam wiadomość od prawowitego spadkobiercy Błyskawicy – oznajmiła.
Na te słowa drgnął niekontrolowanie pod pościelą.
– Po południu odbędzie się pojedynek pokazowy. Po nim masz pójść do gabinetu władcy.
Młodzieniec rozbudził się natychmiast. Usiadł gwałtownie, zrzucając z siebie kołdrę.
– Mam do niego iść?! – wykrzyknął, ale ujrzał tylko ciemną szatę służącej opuszczającą pomieszczenie.
W szoku patrzył na zamknięte drzwi. Najwidoczniej po miesiącu nieobecności prawowity spadkobierca Błyskawicy postanowił powrócić do klanu.
Mamoru wstał z łóżka, a stopy zanurzyły się w brązowym dywanie. Nerwowo krążył po komnacie, drapiąc się po brodzie. Ojciec nigdy nie miał dla niego czasu. Nawet podczas posiłku nie patrzył w jego stronę.
Czego zatem chciał?
Próbował sobie przypomnieć, czy czegoś nie nabroił lub czy o czymś nie zapomniał. Ojciec trzymał się mocno ustalonych zasad. Łamanie ich zawsze źle się kończyło. Odrzucił jednak tę myśl. O swoim nieposłuszeństwie dowiadywał się od służących, którzy często sami na niego donosili.
Zatrzymał się przed parawanem z nikłą nadzieją, że źle zrozumiał służącą. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na fioletową szatę, aby rozwiać te wątpliwości. Złote nici błyszczały w świetle dnia, a wizytowy strój sugerował, że władca Błyskawicy powraca dziś do domu. Mamoru opuszkami palców dotknął delikatnego materiału.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał, unosząc wzrok na herb klanu Burzowej Chmury, który wyszyto na tkaninie. Figury geometryczne układały się w chmurę z piorunami.
Zagryzł wargę i odwrócił wzrok. Pech chciał, że trafił na stojące w kącie lustro. Miał na sobie białą koszulę z długimi rękawami i proste fioletowe spodnie opadające do kostek. Pomimo ubrań spostrzegł, że znów schudł. Przez brak ćwiczeń i chorobę, która nękała go od narodzin, nie nabrał odpowiedniej masy mięśniowej.
Może władca Błyskawicy zamierzał przypomnieć mu, jakim był odmieńcem? Skrzywił się na wspomnienie epitetów, jakimi raczył go ojciec: za chudy, za niski, za blady, nawet kolor oczu miał nieodpowiedni. I to ciągłe porównywanie do starszych braci…
W gniewie zmarszczył brwi. Oni często opuszczali dom, a potem opowiadali, co zobaczyli i jakie spotkały ich przygody. W tym czasie on tkwił w klanie i marzył, aby wyjść poza mury. Było to niesprawiedliwe. Zazdrościł rodzeństwu wolności oraz tego, że władca Błyskawicy znajdował dla nich…
Zbladł, gdy dotarło do niego, dlaczego miał stawić się w gabinecie. Kilka tygodni temu poprosił ojca o przepustkę do Akademii Niebiańskiego Lotosu – jego ostatniej szansy na normalność.
Z podenerwowania zadrżały mu ręce, a żołądek się ścisnął. W takim stanie nie da rady nic przełknąć. Podszedł do szafy i wyciągnął zwykłe, luźne szaty. Przebrał się pośpiesznie, a następnie podbiegł do biurka, wygrzebując z niego pergamin i węgiel.
Zamarł, patrząc na przybory do rysowania. Co jeżeli ktoś doniósł ojcu, że podejmuje się tak haniebnej czynność jak szkicowanie? Przecież księciu nie przystoi sięgać po przedmioty dla nisko urodzonych, a co dopiero robić to samo co oni. Ostatnim razem, gdy nakryto go na szkicowaniu, został uderzony batem. Gdyby matki nie było w pobliżu…
Z trudem przełknął ślinę. Ojciec pierwszy raz wymierzył mu karę osobiście. Pamiętał tamtą lekcję zbyt dobrze i nie potrzebował powtórki. Ale nie potrafił porzucić szkicowania. Była to jego ostoja. Jedyna rzecz, do której chętnie wracał i która dawała mu wytchnienie od ciągłego rozmyślania, ile pozostało mu czasu, zanim choroba zabierze go na inny świat.
Wahał się, co zrobić. Mógł posłusznie pójść na śniadanie i modlić się, aby ze stresu nie zwymiotować na podłogę, lub udać się w swoje ulubione miejsce i uspokoić skołatane serce.
Żółć jak na złość podeszła do gardła, wybierając za niego, co powinien uczynić. Zacisnął palce na przyborach do rysowania i wybiegł z komnaty, zanim służący zauważą, że spóźnił się na rodzinny posiłek.
Mamoru rozsiadał się wygodnie na gałęzi. Prędko wypatrzył dorosłe wiryje z młodymi znajdujące się po drugiej stronie wysokiego, pięciometrowego muru.
Dokładnie odwzorował ich nienaturalnie długi pysk i krótkie, przednie łapy. Czarno-brązową sierść uwiecznił krótkimi ruchami, starając się oddać jej kolor. Obraz był dynamiczny – samiec przykucnął przy norze, czekając na swą ofiarę. W międzyczasie młode biegały wokół matki. W ten sposób stworzył małe arcydzieło, na widok którego się uśmiechnął…
A potem grzmot uderzył w pobliżu. Mamoru chwycił się drzewa, o mało z niego nie spadając. Z niepokojem spojrzał na błysk. Tuż po tym usłyszał wiwaty.
– Cholera – przeklął pod nosem.
Rysowanie tak go pochłonęło, że nie zauważył zbliżającej się pory obiadowej. Przez jego gapiostwo ojciec będzie miał kolejny pretekst, aby mówić, że był nieodpowiedzialny.
Zwinnie zebrał wszystko, co miał przy sobie, i ruszył przed siebie. Wybiegł spomiędzy drzew i przeskoczył most zrobiony z cegły. Rośliny zdobiące barierki zaczęły żółknąć, zwiastując nadchodzącą jesień.
Zwolnił dopiero, gdy spomiędzy pni zobaczył światło błyskawic. Przeczesał palcami włosy, poprawił szatę i ruszył przed siebie. W obrębie pola treningowego wycięto roślinność i wysypano na nią żwir. Zgromadzeni skupieni byli na pojedynku, dzięki czemu Mamoru z łatwością wtopił się w tłum. Przesunął się w prawo, aby móc lepiej widzieć ojca. Krótkie spojrzenie wystarczyło, aby znieruchomiał.
Błysk pioruna rozbłysnął, uderzając o podłoże. Najstarszy brat Mamoru, pierwszy książę Norio, skutecznie blokował uderzenia, cofając się do krawędzi areny. Ciosy padały jeden za drugim, przez co nie miał możliwości ataku – wystarczył mały krok, by przekroczyć linię dzielącą żwir od trawy.
Nagle jednak Norio uśmiechnął się pod nosem. Energię błyskawicy skumulował w rękach i uderzył w przeciwnika z obu otwartych dłoni. Trzeci książę Satoshi w ostatniej chwili zasłonił się i zaparł nogami o ziemię. Siła uderzenia odepchnęła go do tyłu. Norio nie czekał – w trzech szybkich ruchach stanął przed bratem i wyprowadził kopnięcie z boku. Satoshi przeturlał się po żwirze, unikając ciosu, a następnie wstał. Bracia popatrzyli sobie w oczy i ustawili się bokiem do siebie. Satoshi jedną rękę opuścił luźno wzdłuż ciała, a drugą zgiął w łokciu tak, że pięść znajdowała się na wysokości biodra.
Norio zaś zacisnął obydwie dłonie. Pierwszą rękę, jak brat, ułożył przy biodrze. Drugą uniósł na równi z barkiem.
Wokół nich pojawiły się błyskawice, które znikały w akompaniamencie cichych trzasków. Widownia wstrzymała oddech. Podłoże zdawało się drżeć od mocy. Napięcie stale rosło.
Ruszyli. Mamoru zasłonił ręką twarz i zrobił krok do tyłu. Poczuł, że żwir z areny doleciał do jego stóp. Nic więcej się jednak nie stało. Na polu walki pojawiła się trzecia osoba i wykręciła młodszemu z braci rękę.
– Puszczaj mnie!
Satoshi szarpnął ręką, ale natychmiast tego pożałował. Drugi książę Jun tylko mocniej ją wykręcił. Norio stanął w bezpiecznej odległości i otrzepał kurz z ramion.
– To miał być pojedynek pokazowy – przemówił Jun łagodnym, ale stanowczym głosem. – Sądzę, że oczekiwania widzów zostały wystarczająco zaspokojone. Zatem, prawowity spadkobierco, skończmy to, zanim twoi synowie pozabijają się nawzajem.
Wśród zgromadzonych rozbrzmiał gwar niezadowolenia. Ich ojciec stał niewzruszony. Elementy złota na fioletowej szacie błyszczały w blasku słońca.
– Sądziłem, że tylko ty potrafisz zepsuć zabawę – powiedział Azumi do ucha Mamoru – a tu proszę. Takie rozczarowanie.
Mamoru spojrzał na kuzyna obojętnie. O pół roku młodszy chłopak wykrzywił usta w grymasie, przez co wyglądał, jakby dopiero co zjadł najkwaśniejszą rzecz na świecie.
– Zważaj na słowa – odparł, z powrotem spoglądając na braci.
Chłopak splótł dłonie za plecami, a brodę trzymał tak wysoko, jak wysokie było jego ego.
– A co takie beztalencie jak ty może mi zrobić?
Mamoru nie dał wyprowadzić się z równowagi.
– To beztalencie jest księciem.
Władca uniósł lewą dłoń. Szum niezadowolenia znikł, nastała cisza.
– Na dziś wystarczy. – Ruszył w kierunku drewnianych zabudowań. Tuż za nim podążyła najbliżej stojąca rodzina.
Azumi, zamiast odejść, stanął przed Mamoru. Nienagannie ułożone włosy świeciły od nadmiaru żelu. Zawsze nosił idealnie wyprasowane i dopasowane szaty.
– Bez statusu jesteś nikim – syknął mu w twarz.
Czwarty książę zadarł wysoko głowę, patrząc mu w oczy.
– Myślisz, że się boję?
– Po…
– Azumi, marsz do siebie! – Mamoru zerknął przez ramię. Wujek Takeo stał za jego plecami i groźnie patrzył na syna. – Jeżeli w tej chwili nie pójdziesz ze mną, każę przygotować bat. Zrozumiano?
Azumi zląkł się na samą myśl.
– Tak, ojcze – powiedział drżącym głosem i ruszył za rodzicem.
Mamoru odetchnął z ulgą, dziękując wujowi za pomoc. Wolał nie wdawać się w niepotrzebne spory. Gdyby doszło do pojedynku, to z pewnością by przegrał.
Kiedy wujek z Azumim zniknęli wśród drzew, ruszył na spotkanie z rodzeństwem.
– Nie musiałeś mnie tak mocno trzymać! – powiedział oburzony Satoshi.
Na tle jego ciemnych włosów wyróżniały się białe pasemka, na widok których babcia dostawała szału. Jednakże to Mamoru najczęściej słyszał, że był odmieńcem z powodu szarych oczu, które uważano za nienaturalne. Ten głęboki odcień zimnej stali przypominał wszystkim o pustym rdzeniu i klątwie Plugawca.
– Musiałem. To miał być pokaz, a ty próbowałeś użyć całej mocy.
– Wielkie mi halo. Nieraz tu kogoś poniosło!
– Jun ma rację – wtrącił Norio. – Twoje rany nie zagoiły się do końca. Musisz na siebie uważać.
– Kolejny przewrażliwiony. – Satoshi pokręcił rękami do przodu, a następnie podskoczył parę razy, podciągając nogi do klatki piersiowej. – Widzicie? – Napiął w ich kierunku biceps. – Jestem cały i zdrowy. A ty… – wskazał dłonią na brata – …boisz się przegranej. Dlatego jest ci na rękę, że przerwano pojedynek.
– Z pewnością. Wmawiaj sobie tak dalej.
Mamoru się uśmiechnął, słysząc kłótnię. Nie zdążył podejść, a Satoshi ujrzał go i oplótł mocno ramionami.
– Mamoru, ty żyjesz! Już myśleliśmy, że ojciec zamknął cię w obrzydłej celi.
– Przestań się wydurniać – powiedział Norio. Gdy chłopak niechętnie wypuścił Mamoru z uścisku, dodał: – Masz liście we włosach.
Mamoru rozczochrał dłońmi niesforne kosmyki. Mimo to Norio i tak wyciągnął z nich żółtawy listek.
Jun przyglądał mu się dokładnie, krzyżując ramiona na piersi.
– Gdzie byłeś?
– I co to za strój? – Satoshi pociągnął za złoty pasek przewiązany wokół jego bioder.
Szata rozsunęła się na boki, ukazując białą kamizelkę zapinaną fioletowymi klamrami. Ciemne spodnie zwężały się na łydkach. Różniły się znacznie od tych noszonych przez braci – ich fioletowe spodnie, brudne po sparingu, luźno opadały na ziemię, zakrywając krótkie, skórzane buty.
– Byłem zajęty. – Mamoru wyrwał bratu pasek z dłoni. Zaczął wiązać go ponownie wokół bioder.
– Niby czym? – zapytał Jun.
– Nieważne.
– Podobno nie zjawiłeś się na śniadaniu – rzekł Norio.
– Wolę jadać w samotności, niż ponownie słuchać babci – skłamał gładko.
– Te opowieści to nasza historia – pouczył go Jun.
– I chcecie mi powiedzieć, że w nie wierzycie?
Dwaj najstarsi bracia skrzywili się, a Satoshi spojrzał gdzieś w bok i zaczął pogwizdywać.
– Tak myślałem. – Kiedy nikt nie miał mu nic do powiedzenia, dodał: – Więc nie pouczajcie mnie, bo to nie wy musieliście słuchać tej starej wariatki tysiące razy!
– Mamoru! – zganił go natychmiast Jun. – To nasza babcia!
– Ha, ha! Moja krew. – Satoshi zarzucił mu rękę na ramiona i przyciągnął do siebie. Puścił go nagle i obydwaj zrobili krok w bok. Mała błyskawica przemknęła między nimi i zniknęła parę metrów dalej.
Norio stał z wyciągniętą dłonią. Lodowate spojrzenie przerażało, a mocno zaciśnięta szczęka i chłodny wyraz twarzy sprawiały, że swoją postawą mógłby konkurować z niejednym władcą.
– Kin to starsza osoba – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Na dodatek nasza babcia. Nie chcę słyszeć, jak mówisz „stara wariatka” – przeniósł wzrok na Satoshiego – ani widzieć poparcia takiego zachowania. Zrozumieliście?
Najmłodsi zerknęli na siebie.
– Tak jest! – wykrzyknęli jednocześnie. Złączyli nogi i pochylili głowy. Rzadko się zdarzało, aby Norio ich ganił. Ta rola zdecydowanie należała do Juna, który klasnął dwa razy, zwracając na siebie uwagę.
– Koniec tej zabawy.
– Sprzeciwiasz mi się?
– Tak – odparł znudzony, nie bojąc się tej subtelnej groźby Norio. – Zapewne na nas czekają. Zbierajcie się, bo znów nam się dostanie.
Satoshiego nie zadowoliła ta informacja.
– Dlaczego zawsze musisz mieć rację…
– Nie marudź. – Norio pociągnął go w kierunku szat rozrzuconych na skraju pola treningowego. – Pogadamy w źródłach, jak zawsze. Pamiętacie?
– Równo po zachodzie słońca – odpowiedział Mamoru.
Drugi i czwarty książę ruszyli wolnym krokiem do jadalni.
– Jun – zaczął Mamoru, gdy pozostała dwójka nie zdążyła ich dogonić. – Powiedz innym, że udałem się do ojca.
– Jak to? Mamoru!
Krzyknął za nim, ale czwarty książę nie zamierzał się tłumaczyć. Musiał przekonać ojca do swoich racji, bo już nie chodziło wyłącznie o upragnioną wolność i pokazanie rodzinie, że należy mu się szacunek. Przez chorobę przepaść pomiędzy nim a rodzeństwem urosła do ogromnych rozmiarów. I jeżeli czegoś nie zrobi, to na zawsze pozostanie tym młodszym, chorowitym bratem, którym trzeba się opiekować.
Stukot butów roznosił się po drewnianych panelach, gdy Mamoru kroczył do gabinetu ojca. Kierował się do największej budowli, której przód zdobił złoty herb klanu Burzowej Chmury. Znajdował się na fioletowym płótnie pomiędzy oknami na pierwszym piętrze, skąd każdy mógł go ujrzeć. Przy drzwiach z ciemnego drewna stało dwóch gwardzistów ubranych w dopasowane stroje. Na jego widok nakryli dłońmi pięści i pokłonili się, wołając:
– Witaj, czwarty książę!
Kiwnął im głową i wszedł do środka. Nigdzie nie dało się usłyszeć służby, gdy wchodził na pierwsze piętro. Skierował się prosto do gabinetu ojca na samym końcu korytarza. Zapukał trzy razy, zanim pociągnął za klamkę.
Pierwszym, co zobaczył, były dokumenty wypełniające półki od ziemi do sufitu. Na blacie biurka leżał stos ułożony ze zwojów, a trzy pędzle, razem z pojemnikiem na czarną farbę do pisania, ustawiono równo z brzegiem. Pieczęć używana przez prawowitego spadkobiercę – złote pudełeczko z podłużną rączką – przedstawiała herb klanu Burzowej Chmury. Nikt nie miał prawa podważyć pisma, na którym została odbita.
Haiden siedział na fotelu za biurkiem. Splótł razem palce, uprzednio kładąc łokcie na blacie.
– Wiesz, czemu tu jesteś?
– Tak, ojcze.
Pewność siebie nagle z niego uleciała. W końcu ostatnia rozmowa, jaką odbył z ojcem, nie trwała więcej niż pięć minut. Poprosił go wtedy o reprezentowanie narodu w Akademii Niebiańskiego Lotosu, lecz do tej pory nie uzyskał odpowiedzi. Mamoru rozumiał poniekąd, skąd ta zwłoka – wszyscy rodzili się z energią w rdzeniu i razem z nią umierali, kiedy wygasała. On natomiast jako jedyny na świecie żył bez aktywnych bram i przewodów, przez co w oczach innych był dziwadłem.
W końcu bez nich nie kontrolował żadnego żywiołu. To dyskwalifikowało go jako członka akademii, ale i tak ze wszystkich sił pragnął pokazać ojcu, że był wart tytułu księcia. Tylko że ten sam człowiek, u którego szukał uznania, mógł jednym zdaniem zniweczyć jego marzenia.
– Nie zgadzam się.
Mamoru otworzył usta, ale szybko je zamknął, widząc uniesioną dłoń.
– Nie ma dyskusji. – A potem wziął pierwszy z brzegu pergamin i rozwinął go, kończąc temat.
Mamoru wbił paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni.
– Ojcze, błagam, daj mi przepustkę – powiedział przez zaciśnięte zęby. Szesnaście lat spędził w klanie! Spojrzał prosto w oczy władcy, nie zamierzając się poddać. – Satoshi rozwinął żywioł błyskawicy w Akademii Niebiańskiego Lotosu. Wierzę, że też mi się uda.
– Twój brat to inna kwestia. Dorównywał uczniom z Akademii Błyskawicy.
– To nie moja wina, że zakazałeś mi do niej iść.
– Powinieneś dziękować, że dożyłeś do dnia dzisiejszego.
– Tchórz!
Parę niekontrolowanych iskier pojawiło się obok Haidena. Mamoru się tym nie przejął. W końcu obraził go jedną z najgorszych obelg, jaką można było powiedzieć władcy. Nie zamierzał na tym poprzestać.
– Tak bardzo boisz się, co powiedzą inni? Że zamknąłeś mnie tu jak jakąś księżniczkę? Nie jestem już dzieckiem! Wyślij mnie do akademii!
Haiden zastukał palcami o drewniany blat. Iskry znikły, gdy skierował wzrok na góry za oknem. Trwali tak w pustych dźwiękach stukania, a każde uderzenie palca o biurko brzmiało jak wyrok.
– Niech będzie – oznajmił Haiden po dłuższej chwili – lecz mam trzy warunki.
Serce Mamoru zabiło szybciej.
– Ojcze, zrobię wszystko! – powiedział bez zastanowienia.
– Po pierwsze, jeżeli Hitoshi uzna, że w jakikolwiek sposób hańbisz nasz klan, wracasz do domu.
– Tak jest! – wykrzyknął.
Mamoru słyszał o opiekunie Błyskawicy od starszych braci. Opowiadali o nim jako wymagającym i surowym nauczycielu. Wystarczyło, że będzie się dobrze zachowywał, a Hitoshi nie powie nic na jego niekorzyść.
– Po drugie, jeżeli nie zdasz, nie dostaniesz drugiej szansy, aby wrócić do akademii.
– Tak jest.
– Po trzecie… – Haiden się zawahał. – …jeżeli nie pobudzisz rdzenia żywiołu do egzaminu teoretycznego, opuścisz nasz klan.
Mamoru nagle zrobiło się gorąco i duszno jednocześnie.
– C-c-c… – Przez drżącą szczękę nie potrafił się wysłowić. Z osłupieniem wpatrywał się w ojca i nie wierzył w to, co usłyszał.
– Opuścisz klan, jeżeli do egzaminu teoretycznego nie pobudzisz rdzenia żywiołu.
Zimny pot oblał Mamoru. Oblizał spierzchnięte wargi i przełknął ślinę. Gula znajdująca się w gardle opadła niżej, prosto na serce, nakreślając na nim głęboką ranę.
Prawowity spadkobierca wyciągnął rękę przed siebie. Na biurku pojawiła się kamienna tabliczka wielkości dłoni. Wypisane na niej zostało pozwolenie i zgoda na reprezentowanie Narodu Błyskawicy. Przez małą dziurkę u dołu przepasano wstążki koloru złotego, fioletowego oraz białego. Splątano je razem i mocno związano.
Żadnej rady, żadnego słowa wsparcia czy otuchy. Tak, jakby rozmawiali o codziennych sprawach, a nie o tym, że za parę tygodni Mamoru przestanie być jego synem. Nie chciał nawet potwierdzenia, czy pójdzie do akademii po usłyszeniu trzeciego warunku. Jak niespodziewany grzmot z jasnego nieba do Mamoru doszła najszczersza prawda – ojciec zgodził się tak łatwo, ponieważ od dawna to planował. Decyzja została podjęta bez niego, a zegar tykał. Tylko on, jak ostatnia sierota, dowiedział się na końcu.
Dziesięć tygodni – tyle mu pozostało, zanim przestanie mieć rodzinę i dom.
Masahiro musiał zapalić.
Pogładził brodę długimi palcami. Kręgosłup dokuczał mu tępym bólem, gdy szukał w komodzie fajki w kształcie głowy smoka. Kiedy ją znalazł, nabił do środka zioła, które zapłonęły od jednego ruchu ręki. Zaciągnął się, a potem wypuścił z ust i nosa kłęby dymu. Upierdliwe rzeczy zaczęły go denerwować jeszcze bardziej, a problemy kłębiły się wokół jak ciemnoszary dym.
Pukanie przerwało jego rozmyślenia. Służka Nobu z klanu Błysku uchyliła drzwi najciszej, jak potrafiła. Miała na sobie luźną, fioletową szatę przepasaną wąskim pasem wokół bioder. W rękach trzymała drewnianą tacę z białą porcelaną.
– Połóż to na stoliku.
Po wykonaniu polecenia Nobu ostrożnie przelała zieloną herbatę do filiżanki. Drzwi otworzyły się nagle z takim hukiem, że czajnik wypadł z jej rąk, a Masahiro zakrztusił się dymem, kaszląc głośno.
W wejściu stanął czwarty książę. Włosy miał potargane, jego pierś unosiła się i opadała w szybkim tempie, a policzki zaróżowiły się od szaleńczego biegu.
– Dziadku! Musimy porozmawiać! – Wkroczył do komnaty, nie czekając na pozwolenie. Wzrokiem błądził pomiędzy Masahiro a Nobu. Po paru szybkich oddechach zacisnął palce na kamiennej tabliczce. – Dziadku, to pilne. – Zrobił sztywny krok do przodu.
Masahiro pierwszy raz widział go tak zniecierpliwionego.
– Zostaw nas samych – zwrócił się do kobiety, gasząc fajkę.
– Mam najpierw posprzątać?
– Tak. Mój wnuk i tak musi ochłonąć.
Zerknął na Mamoru, którego szczęka mocno się zacisnęła. Jak przystało na księcia, nie sprzeciwił się i czekał, wrząc w środku od emocji.
Masahiro wskazał ręką na fotel, przez oparcie którego przerzucono grube futro. Mamoru natychmiast się w nim rozsiadł, pośpieszając służkę wzrokiem. Były władca w tym czasie schował fajkę do pudełka i otworzył okno na oścież, pozwalając wylecieć dymowi na zewnątrz.
W oddali ujrzał błysk fioletowego światła. Mała kropka na tle niebieskiego nieba zaczęła nabierać kształtów. Masahiro wyciągnął rękę. Kiedy duchowy motyl stabilnie na niej stanął, rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pojawił się papierowy rulon związany fioletowo-złotym rzemieniem.
Zgrabnym, pochyłym pismem zostało napisane:
Narada zwierzchników odbędzie się za trzydzieści minut.
Prawowity spadkobierca, Haiden z klanu Burzowej Chmury
Pod podpisem widniała pieczęć ich klanu. Masahiro zamknął oczy, a gdy je otworzył, papier płonął w jego dłoni. Ogień lekko łaskotał mu skórę.
Mamoru uważnie go obserwował. Zapewne domyślił się, od kogo był list.
– Ochłonąłeś?
– Przepraszam, nie powinienem tak wpadać.
Zmęczenie biegiem zdawało się odejść w niepamięć. Mamoru utkwił wzrok w przedmiocie, który trzymał w dłoni.
– Dobrze, że sam to zrozumiałeś. – Masahiro rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciwko. – To jaki jest powód twojego wzburzenia?
Chłopak widocznie się spiął i gwałtownie położył tabliczkę na stoliku, który ich rozdzielał. Masahiro nie spodziewał się ujrzeć tam pieczęci przywódcy klanu oraz zgody na wyjazd do Akademii Niebiańskiego Lotosu.
– Dlaczego ojciec dał mi pozwolenie – zapytał Mamoru – skoro nie zamierzał puścić mnie do akademii?
– Widocznie go przekonałeś. Nie rozumiem jednak, czemu jesteś taki niezadowolony. Chciałeś dostać szansę i ją masz. Czyżbyś zmienił zdanie?
Nie spodobał mu się gniew, jaki ujrzał we wzroku wnuka.
– Od kiedy ojciec rozmyśla nad wyrzuceniem mnie z klanu? Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Kto jeszcze o tym wie? Matka na pewno nie, lecz co z moimi braćmi?
Głos Mamoru, stanowczy i bez emocji, stawał się coraz bardziej nerwowy z każdym kolejnym pytaniem. Knykcie pobielały od zaciskania palców na szacie w okolicach kolan, a ramiona drżały.
– Powoli. – Masahiro zerknął na pudełko z fajką. To była chwila, w której pragnął zapalić. – Powoli – powtórzył znacznie ciszej, dodając sobie odwagi. Tę rozmowę powinien przeprowadzić ojciec, lecz, jak zwykle, Haiden uciekał od problemu i poszedł na łatwiznę, zostawiając go samego. – Opowiedz wszystko od początku, a odpowiem na każde twoje pytanie.
Mamoru westchnął cierpiętniczo, zanim zaczął mówić. Nie pominął żadnego słowa – ze szczegółami relacjonował, co wydarzyło się kilka minut temu. Masahiro raz w głosie wnuka słyszał zawód, raz złość, a innym razem obojętność. Rozmowa zdawała się pomóc mu poukładać parę spraw w głowie. Przyglądał się temu w ciszy, palcami przeczesując długą brodę.
– Ojcu bardzo na tobie zależy. Nie potrafi tylko tego pokazać.
– Dziadku, możesz przestać? – Mamoru wyprostował się w fotelu, krzyżując ręce na piersi. – Nie przyszedłem tu po to, aby słuchać, jak ojciec bardzo mnie kocha! Mam własne zdanie na jego temat. Kto jeszcze o tym wie?
– Twój ojciec nie wtajemniczył nikogo więcej. Uważam to za słuszny krok, więc lepiej, aby tak pozostało. Niepotrzebna jest kolejna kłótnia i podział rodziny.
– Nikomu nie powiem. Masz moje słowo – odparł Mamoru pewnie. – Tylko… Jak długo ojciec nad tym rozmyślał?
– Od czterech, może pięciu lat. Ja dowiedziałem się o tym stosunkowo niedawno.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś?
– Prawowity spadkobierca zabronił.
Mamoru zacisnął palce na materiale szaty.
– Prawowity spadkobierca zabronił – przedrzeźnił go. – Więc tak po prostu pogodziłeś się z tym, że wyrzuci mnie z klanu? Bo prawowity spadkobierca tak powiedział?
– Przykro mi, Mamoru. Dobrze wiesz, jakie panują zasady. Nie możemy sprzeciwić się prawowitemu spadkobiercy.
– Do prawowitego spadkobiercy należy ostatnie słowo! – Wstał gwałtownie na równe nogi. – Gdyby chciał… Gdyby naprawdę chciał, nie znalazłbym się w tej sytuacji!
– Mamoru, usiądź. W innym przypadku będę musiał uznać rozmowę za zakończoną.
Nastolatek zacisnął mocno zęby. Wziął jednak głęboki oddech i opadł na fotel, nie spuszczając wzroku z dziadka.
– Na prawowitym spadkobiercy spoczywa bardzo trudne zadanie – powiedział spokojnie Masahiro. – Musi zrobić wszystko, aby żywioł błyskawicy nie wygasł. To sprawia, że musi podejmować trudne dla niego decyzje.
Mamoru prychnął.
– Nawet kosztem rodziny? I własnego klanu, który niby tak kocha?
– Tak. Nie znaczy to, że jest z tego dumny i pogodził się z tą sytuacją. Nie zostaniesz z tym sam, jednakże dużo rzeczy zależy od ciebie. Przez te kilka tygodni musisz się przygotować. Znajdziemy schronienie, ale to od…
– Po co mi schronienie? – Zmarszczył brwi.
Masahiro odwrócił wzrok.
– Dziadku, kazałeś mi się przygotować. – Mamoru z nerwów oblizał spierzchnięte wargi. – Jak mam to zrobić, nie znając prawdy?
Z trudem wypuścił powietrze z płuc. Robił się za stary na takie rozmowy.
– W porządku.
Mamoru miał rację. Zrobili mu krzywdę. Od najmłodszych lat obchodzili się z nim, jakby był kruchszy od porcelany, ale o wiele od niej cenniejszy. Nie znał świata, nie miał przyjaciół… a za dziesięć tygodni pozostanie sam. Bez pomocy innych nie przetrwa w tym okrutnym świecie, w którym rządziła siła, a najgorsze miało dopiero nadejść.
– Jak dobrze wiesz, moją matkę i rodzeństwo wygnano z klanu – zaczął. – Po niecałym miesiącu zostali zamordowani. – Widząc szeroko otworzone oczy wnuka, kontynuował: – Do tej pory nie wiem, co się wydarzyło tamtego dnia. Zapewne zabił ich ktoś, kto miał uraz do klanu. Takich osób nie brakuje.
– Przecież przestali należeć do rodziny spadkobierców, gdy zostali wygnani – zauważył natychmiast książę.
– Przestali mieć prawa i status, lecz to nie sprawiło, że wymazali swoje pochodzenie.
Mamoru widocznie przełknął ślinę, rozumiejąc, do czego zmierzał.
– Więc… Co? Jak stracę możliwość noszenia rodzinnego herbu, to będzie polował na mnie wróg klanu?
– Niewykluczone.
– I jednocześnie stanę się bezklanowcem?
– Tak.
Wnuk zdawał się zdruzgotany tą informacją. Opuszczenie klanu to nie tylko utrata wpływów, domu i pieniędzy. To nieprzespane noce, odosobnienie i nieustanne oglądanie się za siebie.
Masahiro wstał z fotela.
– Muszę iść.
Mamoru również wstał. Masahiro położył mu dłoń na ramieniu.
– Musisz być teraz silny.
– Nie martw się, dziadku. – Nastolatek zrobił dwa kroki w tył, przez co ręka Masahiro opadła bezwładnie wzdłuż ciała. – Lepiej idź. Ja sobie poradzę.
Nie dane mu było wypowiedzieć chociażby jednego słowa. Wnuk wyszedł, a Masahiro musiał się śpieszyć na zebranie, które niebawem się zacznie.
Witaj, Masahiro!
Były władca skinął służącym, którzy przemierzali korytarz. Otworzył kamienne drzwi znajdujące się na samym krańcu rezydencji. W sali narad zapadło milczenie, a cztery pary oczu zwróciło się ku niemu. Był ostatnim przybyłym.
Setki świec i pochodni oświetlały twarze zgromadzonych. Haiden, najstarszy syn Masahiro, zerknął w kierunku otwieranych drzwi, a potem skoncentrował się na makiecie Seiki leżącej na kamiennym stole. Przy nim stało młodsze rodzeństwo – Chinatsu i Takeo. Obydwoje mieli ciemne włosy i jasną karnację.
Masahiro przemierzył pokój i stanął obok swojej żony. To miejsce od lat należało do niego i nikt nie odważył się go zająć.
– Skoro wszyscy się zebrali, zacznijmy. – Głos Haidena rozniósł się po sali narad. – Ojcze, mógłbyś? – Westchnął przeciągle.
Prawowity spadkobierca Błyskawicy miał zdecydowanie za dużo na głowie, dlatego dawno temu postanowił podzielić obowiązki między innych członków klanu. On, jako były władca, zajmował się gwardzistami na terenie klanu. Pilnował ich szkoleń, obowiązków i dyscypliny. Było mu to na rękę, bo rzadko opuszczał tereny posiadłości, a w razie konieczności zastępowała go Kin.
Za kolejne grupy gwardzistów odpowiadało rodzeństwo władcy. Chinatsu – jako druga w kolejności do tronu i matka dwójki małych dzieci – kontrolowała gwardzistów na terenie Narodu Błyskawicy. Wyjeżdżała często, szczególnie w kierunku granic z wrogimi krainami. Takeo natomiast był prawą ręką władcy i odpowiadał za specjalne misje, do których wybierał zaufanych ludzi.
– Przez ostatnie miesiące nikt nie opuścił ani nie zawitał do klanu Burzowej Chmury – powiedział Masahiro.
Haiden przeniósł wzrok na resztę zebranych. Odczekał parę chwil, zanim zadał kolejne pytanie:
– Chinatsu, jak sytuacja?
– W porządku. – Wyprostowała się sztywno, patrząc na brata. – Nie zauważyliśmy wrogich jednostek przekraczających nasze granice. Burze na wschodnim krańcu zerwały parę dachów, ale sytuacja jest opanowana. Tylko ludzie gadają o powrocie Plugawca, człowieka władającego siedmioma dominującymi bramami. Takie tam bzdety.
– Plotki szybko do nas dotarły – zauważył Takeo.
Haiden spojrzał na młodszego brata.
– Co masz na myśli?
– Dostaliśmy zawiadomienie od prawowitego spadkobiercy Goku z klanu Wiszących Skał. Prosi o pomoc przy kretożmijach, które wkroczyły na ich teren. I kilka dni temu dostałem raport. Kiedy nasi gwardziści dotarli na miejsce, po zwierzętach nie było żadnego śladu. Zastali zrabowane wioski i rannych, lecz zniszczenia nie przypominały ataku kretożmij. Byli tam też inni gwardziści. Z Narodu Wody.
Wszyscy drgnęli na tę informację. Tubylcy Wody rzadko podejmowali kroki poza ich własnym terenem. Musieli mieć zatem ważny powód.
– Nie wiemy, czemu tam przebywali, ale gwardziści dowiedzieli się, że od kilku miesięcy w Narodzie Powietrza, tuż przy granicy z Ciemnością, znikają ludzie. Okoliczni mieszkańcy mówią, że osoby zaginione dołączyły do człowieka władającego siedmioma żywiołami. Paru zarzeka się, że widziało, jak starszy mężczyzna i młody chłopak niszczą wioski. Nikt nie miał dowodów, dlatego podjąłem decyzję o zakończeniu misji, żeby skonsultować z tobą dalsze kroki.
– Niech to! – Kin uderzyła pięścią w stół. – To musi być Hikage!
– Nie mamy pewności – zauważył Masahiro, odsuwając się delikatnie od żony z obawy, że wyładuje na nim swoją złość.
– Dokładnie, to plotki – zawtórowała Chinatsu. – Ludzie stale mówią dziwne rzeczy.
Kin spojrzała na nią hardo.
– Oj, głupia córo. W plotkach zawsze jest ziarno prawdy, tylko trzeba je dobrze wyłuskać.
– Dość. – Prawowity spadkobierca zmierzył rodzinę stalowym wzrokiem. – Czy ludzie mówili, jakim żywiołem władał mężczyzna? – zwrócił się do Takeo, kończąc dyskusję.
– Powiadali, że władał siedmioma.
– Jeżeli plotki rzeczywiście są prawdziwe – zastanowił się Masahiro – to z całą pewnością siedmioma żywiołami włada ten młodszy.
– Zgadza się – przytaknął Haiden. – Tamta tragedia miała miejsce prawie siedemnaście lat temu. Pasowałoby to do opisu.
– Przecież to tylko plotki – powtórzyła Chinatsu.
– Plotki czy nie, moja drogo siostro, to nie zmienia faktu, że siedemnaście lat temu zamordowano córkę naszego brata.
– Dla rytuału siedmiu bram – dodała znacznie ciszej Kin.
Dreszcz przeszedł Masahiro po kręgosłupie. Rytuał siedmiu bram był zakazany, a o jego istnieniu wiedziały tylko rodziny spadkobierców. Podczas Pierwszej Wojny Wielki Twórca poświęcił się w trakcie walki z Plugawcem i podarował swoim uczniom część swej mocy, by ta nie przepadła wraz z jego śmiercią. Od tamtej pory nie wolno było łączyć ze sobą żywiołów.
Jednakże siedemnaście lat temu porwano i zabito pierworodnych z siedmiu różnych narodów. Wierzono, że jeżeli matka z nienarodzonym dzieckiem wejdzie do źródła nasączonego ich krwią, to żywioły znów będą zagrożone.
Haiden ponownie spojrzał na znajdującą się na stole makietę i palcem dotknął jednego punktu. Święte miejsce, które mógł odwiedzić każdy, lecz nikt nie odważyłby się wyruszyć tam w pojedynkę. Ziemie niczyje, nienależące do nikogo, były bardziej niebezpieczne niż wrogo nastawione klany. Żadne prawo tam nie obowiązywało.
Znajdywały się w kilku miejscach. Haiden wskazywał na centrum mapy, gdzie zajmowały największy obszar, a ich granice stykały się z czterema narodami – Błyskawicy, Ciemności, Światła oraz Ziemi.
– Jeżeli usłyszycie o atakach na wioski, natychmiast mnie powiadomcie.
Wszyscy zgromadzeni drgnęli, słysząc stanowczy głos prawowitego spadkobiercy.
– Bądźcie ostrożni i nie róbcie nic pochopnie. Musimy zdobyć więcej informacji, nim podejmiemy poważniejsze kroki. To wszystko może być przypadkiem. Takeo, o świcie chcę widzieć w swoim gabinecie sześciu ludzi. Wyślę ich do reszty prawowitych spadkobierców z wiadomością. Wybierz takich, którzy nie zawiodą.
Młodszy z braci przytaknął od razu.
Haiden machnął ręką.
– Możecie odejść.
Nikt nie ważył się sprzeciwić. W milczeniu wyszli z sali narad, wracając do własnych obowiązków. Jedynie Masahiro pozostał na miejscu.
Haiden wyprostował się, patrząc na ojca.
– Długo zamierzasz tak stać?
Były władca odchrząknął i przeczesał brodę palcami. Nie wiedział, jak zacząć temat.
– Chodzi o Mamoru – wydusił w końcu.
– Zapomniałem mu powiedzieć, aby nikomu nie mówił. – W jego głosie dało się wyczuć bezsilność.
– Domyślił się, że o wszystkim wiem. Nie spodziewałem się jednak, że zgodzisz się na wysłanie go do Akademii Niebiańskiego Lotosu.
Haiden pochylił się tylko nad makietą.
– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Masahiro. – On nie da sobie tam rady. Nie ma rangi, brak mu doświadczenia w walce i nie dysponuje wystarczającymi umiejętnościami.
Prawowity spadkobierca długo milczał, nim powiedział:
– Wiem. Ale śmierć tam będzie dla niego lepsza.
– Czy ty siebie słyszysz? – Nie dowierzał, wpatrując się w syna. – Jak takie słowa mogły opuścić twe usta?! Twoją córkę zamordowano… a ty ot tak skazujesz syna na śmierć?
– Właśnie dlatego to robię.
Masahiro widział, jak jego ramiona drżą. Haiden zamrugał parę razy, aby odgonić łzy napływające do oczu.
– Nie chcę, aby błagał o litość! Nie chcę, aby skończył jak moja córka! Nie chcę całe życie myśleć o tym, że nie mogłem, jak należy, pochować własnego syna!
– Haiden. – Przeszedł na drugą stronę stołu, zbliżając się do niego. – Może uda nam się…
– Nie uda! Próbowaliśmy wszystkiego. Radziliśmy się najlepszych medyków i kapłanów. Nie ma dla niego żadnej nadziei. Lepiej będzie, jeżeli mój syn zginie honorowo w akademii jako członek naszego klanu. Zrozum. – Haiden zacisnął palce na jego szacie. – Pozwól mi pochować go jako mego syna. Na naszych ziemiach. Nie zniosę myśli, że nawet za parę tygodni zostanie mi to odebrane.
Haiden rozluźnił uścisk, pozwalając rękom opaść wzdłuż ciała. Masahiro otworzył usta, ale ból w oczach syna sprawił, że nie potrafił odnaleźć żadnych słów. Mógł tylko bezradnie patrzeć, jak najbliżsi cierpią, nie rozumiejąc, czemu los był dla niego tak okrutny.
Promienie słońca rzucały długie cienie, pomału pogrążając klan w ciemnościach nocy. Mamoru wolno kroczył w kierunku własnych komnat, pustym wzrokiem spoglądając na kamienną tabliczkę trzymaną w dłoni. Myślał o dziadku, który przez te wszystkie lata zastępował mu ojca. Czuł do niego ogromny żal i był przekonany, że nie zrobi nic, aby mu pomóc, gdy ojciec wyda rozkaz, aby opuścił klan.
Mamoru schował przepustkę do akademii za pazuchę ubrania. Pochodnie zapalały się jedna za drugą, rzucając jasne światło na drewniane tarasy. Przyśpieszył kroku, chcąc jak najszybciej mieć za sobą kąpiel w źródle.
Dwie wysokie sylwetki stały przy parterowym, podłużnym domu. Mamoru od razu rozpoznał dwóch najstarszych braci. Stanął zaledwie dwa kroki za ich plecami.
– Chyba go nie ma. – Trzeci z braci zaglądał do komnaty przez kwadratowe okno, próbując ujrzeć jakikolwiek ruch w środku.
– Długo…?
Urwał. Uchylił się w ostatniej chwili. Serce załomotało mu w piersi, gdy kilka włosów zostało przyciętych i opadało na deski. Gdyby nie refleks, Mamoru leżałby zakrwawiony na podłodze.
Spojrzał na miecz. Klinga z powyginanym ostrzem przypominała kształtem błyskawicę. Mamoru przeniósł powoli wzrok na Norio, który wydawał się w większym szoku niż on sam. Jun i Satoshi zamarli w bezruchu.
Na czole pierwszego księcia pojawiła się zmarszczka. Oczy przestały wyrażać strach, przeobrażając się w niebezpieczne iskry, które naelektryzowały powietrze wokół nich.
– Oszalałeś!? – Miecz zniknął. – Ile razy mam mówić, abyś tak nie podchodził?!
– Zapomniałem – zaśmiał się nerwowo, drapiąc po karku.
Norio chwycił palcami przód jego szaty i nim potrząsnął.
– Zapomniałeś? Idioto! Mogłem cię zabić!
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po ciele Mamoru, gdy odczuł mrowienie mocy brata, nad którą w złości nie panował.
– Norio. – Jun położył dłoń na jego ramieniu, a palce drugiej zacisnął na nadgarstku. – Nic się nie stało.
– Ale mogło!
Satoshi przystanął obok.
– Opanuj błyskawice, bo sparaliżujesz nam brata.
Pierwszy książę rozluźnił uścisk, zauważając, co uczynił. Napięcie znikło i Mamoru poczuł, jakby stado mrówek przebiegało mu po ciele.
– Dobrze się czujesz? – zapytał Norio, zmieniając ton na łagodniejszy.
– W porządku. – Mamoru zacisnął i rozprostował palce, próbując pozbyć się tego okropnego uczucia. – Spokojnie, nie umrę od tego – dodał ze śmiechem, widząc strach w oczach brata. Zdążył przyzwyczaić się, że ktoś przypadkowo używał na nim wyładowania. Uczucie co prawda nieprzyjemne i potrafiło sparaliżować mięśnie na kilka godzin, ale nikt od tego nie umierał.
Norio mu się pokłonił.
– Przepraszam. Nie powinienem tak reagować.
– Daj spokój – powiedział Jun. – To nie twoja wina.
– A właśnie, że jego – prychnął Satoshi. – Jest zakaz używania broni na terenie klanu.
– W czasie zagrożenia życia to nie obowiązuje.
– A kto mu zagrażał? Mamoru nie ma energii w rdzeniu. – Otworzył szeroko oczy, zdając sobie sprawę z tego, co powiedział. Powoli przeniósł wzrok na najmłodszego. – Ups?
Mamoru przymknął powieki i wypuścił wstrzymywane powietrze, mając serdecznie dość tego dnia. Brak energii w rdzeniu od zawsze traktowano jako temat tabu.
– Jakie ups? – Norio złapał dłonią za kark trzeciego księcia i pociągnął go w dół, aby pokłonił się przed bratem. – Przeproś.
– Dobra, dobra. – Mamoru uniósł ręce w uspokajającym geście, mając dość tej farsy. – Przestańcie i chodźmy już.
Nie czekając na odpowiedź, skierował się na taras. Pozostali bracia spojrzeli na siebie, a następnie podążyli za nim oświetloną pochodniami drogą. Była dość krótka i kończyła się za budynkami należącymi do kapłana i medyka. Rodzice specjalnie podarowali Mamoru pokoje tak blisko – jego przypadłość sprawiła, że chcieli, aby uzdrowiciele mogli w każdej chwili zareagować, gdyby choroba dała o sobie znać. W niewielkiej odległości znajdowały się także komnaty Satoshiego, który wpadał w kłopoty częściej niż ktokolwiek inny w klanie, a ilość bandaży, jaką zużywał, przypadała na jedną osobę rocznie.
Mamoru zachwiał się, gdy Satoshi potrącił go ramieniem, biegnąc. Chłopak odwrócił się, szczerząc od ucha do ucha.
– Wybacz!
Pokazał tym samym, że nie było mu przykro. Popisywał się, gnając jak najszybciej w dół schodów. Zostawiał za sobą świetliste kule, które, wisząc w powietrzu, oświetlały drogę reszcie. Były charakterystyczne wyłącznie dla żywiołu światła. Silne błyskawice, potrzebujące wyładowania, nie dawały uformować się na tak długo. Ubrania Satoshiego znikły, kiedy z pluskiem wskoczył do parującej wody.
Pozostali bracia zeszli schodami na sam dół doliny, gdzie znajdowało się gorące źródło należące wyłącznie do ich dyspozycji. Otaczały je skały. Woda była przezroczysta i stała nieruchomo, a para unosiła się nad taflą.
Jun i Norio szybko dołączyli do Satoshiego, pozbawiając się ubrań w ten sam sposób. Brak energii w rdzeniu żywiołu nie pozwalał Mamoru nabyć tej umiejętności, przez co własnoręcznie musiał się rozebrać.
Gdy się zanurzył, poczuł, jak gorąca woda rozluźnia jego spięte mięśnie i koi je od wszelakich ran. Źródło miało zdrowotne właściwości – sprawiało, że organizm szybciej wracał do pełnej sprawności.
Wynurzył się, odgarniając mokre włosy do tyłu, i oparł się o krawędź źródła pomiędzy Norio a Satoshim. Gwiazdy i księżyc świeciły wysoko, rozjaśniając ciemne sklepienie nieba.
– Mamoru, naprawdę nam przykro.
– Hmm? – Spojrzał na Juna, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
– Ale może to i lepiej. Mógłbyś zginąć, a tu jesteś przynajmniej bezpieczny.
Norio pokrzepiająco poklepał go po ramieniu.
– Będzie dobrze, młody.
– O czym wy mówicie?
Dopiero po paru sekundach stało się jasne.
– Mamoru – zaczął Jun – wiemy, że nie będziesz reprezentować narodu w Akademii Niebiańskiego Lotosu, ale to naprawdę nie koniec świata.
– Dokładnie! – wykrzyknął radośnie Satoshi, uderzając pięścią w taflę wody. Ochlapał tym wszystkich naokoło. – Zawsze będziesz naszym młodszym bratem.
– Dziękuję? – Mamoru bardziej zapytał, niż powiedział. – Ale nie potrzebuję tego. Dostałem pozwolenie od ojca.
Bracia zaniemówili. Spojrzeli na siebie niepewni, czy dobrze zrozumieli wypowiedź. Pierwszy otrząsnął się Satoshi.
– Tak! Słyszałeś to, Norio! – Wyciągnął rękę do brata. – Wygrałem zakład! Dawaj moje monety.
Mamoru uniósł brew.
– Znów się o mnie założyliście?
Satoshi złożył dłonie, splatając ze sobą palce. Spojrzał na niego niewinnym wzrokiem i mrugnął parę razy.
– Tylko troszeczkę. Chyba nie masz nam tego za złe?
– Niemożliwe. – Norio nie dowierzał. – Czemu masz taki posępny wyraz twarzy? Nie cieszysz się?
W innej sytuacji zapewne tryskałby radością, lecz rany były zbyt świeże.
– Zawsze mam taki wyraz twarzy – odburknął.
– Wcale nie – wtrącił Jun.
– Dawaj moje monety!
Mamoru westchnął i odwrócił się, sięgając do swoich ubrań. Wymacał ręką pozwolenie od ojca i podał je najstarszemu bratu, ucinając dalszą kłótnię.
– Ja też chcę zobaczyć! – Satoshi nachylił się do Norio. – Brawo! Wiedziałem, że się uda.
– Pokażcie to. – Jun wyrwał z rąk najstarszego brata pozwolenie. Zaczął przyglądać się przedmiotowi. – To jest podrobione?
– Pieczęć i pozwolenie z pewnością są prawdziwe – oznajmił Norio.
– To dawaj monety!
Norio pokręcił głową, lecz dotrzymał słowa, i mały worek zawiązany sznurkiem pojawił się w jego dłoni. Rzucił nim niedbale do rąk młodszego. Satoshi potrząsnął nim, sprawdzając wagę.
– Zgadza się. – Wyszczerzył zęby. Sakiewka rozpłynęła się w powietrzu.
Jun wstał, widocznie zły. Woda zaczęła spływać po jego umięśnionym torsie.
– To nie czas na głupoty. Natychmiast muszę porozmawiać z ojcem.
– Niby po co? – zapytał Mamoru.
– Jak to po co? Przecież nie możesz się tam udać. Zginiesz tam!
– Przesadzasz – odparł znudzony Satoshi. – Powinieneś się cieszyć, że Mamoru będzie nas reprezentował, a nie lecisz na skargę do ojca.
– Nie będę wchodził z tobą w dyskusję.
W jednej chwili w jego ręce pojawił się ręcznik. Odwrócił się z zamiarem odejścia.
Norio również wstał.
– Idę z tobą.
– Ty też? – skomentował niezadowolony Satoshi.
Mamoru przyglądał się tej sytuacji jak we śnie. Ocuciły go dopiero ciemne szaty na ich ciałach.
– Jun! – Wstał. – Oddaj moją przepustkę!
Satoshi chwycił za jego nadgarstek, zanim zdołał się oddalić.
– Nie warto.
Próbował się wyrwać, ale chłopak tylko wzmocnił uścisk.
– Muszę to odzyskać.
– Sam go zwróci i jeszcze ojciec strzeli mu kazanie. Już to nawet słyszę. – Wzdrygnął się na samo wyobrażenie.
– Siedzisz w gorącej wodzie, więc nie możesz mieć dreszczy!
– A może mogę? – Satoshi wystawił mu język, po czym się zaśmiał ze swojego żartu.
Mimowolnie uśmiech ozdobił twarz Mamoru. Opadł z powrotem na miejsce, ochlapując brata.
– Ej! Zrobiłeś to specjalnie!
– Może.
Zasłonił dłońmi twarz, gdy fala wody poleciała w jego kierunku. Zaśmiał się i natychmiast mu oddał. Dopiero po paru minutach się uspokoili i wyciągnęli w źródle, nasłuchując własnych oddechów, od czasu do czasu zagłuszanych wyciem zwierzyny rozchodzącym się w górach.
– Mamoru.
– Co jest?
Satoshi wyszczerzył zęby w uśmiechu. W jego dłoniach pojawił się gliniany słój, zakorkowany drewnianym korkiem. Wygrawerowane litery „W” oraz „D” nachodziły na siebie, tworząc skrót od…
– Wesoły Dzbanek? – Mamoru rozejrzał się, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu.
Wesoły Dzbanek był trunkiem o wysokiej jakości. Dopiero kończąc dwadzieścia jeden lat, pozwalano go posmakować. Za rozpijanie nieletniego w klanie Burzowej Chmury karano gorzej niż za picie jako nieletni, jednak Satoshi nic nigdy sobie z tego nie robił. Mamoru dobrze pamiętał swój pierwszy Wesoły Dzbanek. Miał wtedy trzynaście lat i za wiele nie kojarzył z tamtego dnia, lecz od tamtej pory obydwaj pili dość regularnie w swoim towarzystwie.
Satoshi odkorkował gliniany słój, upił z niego trochę i krzywiąc się, podał młodszemu. Mamoru pociągnął spory łyk. Smak owoców, imbiru, karmelu i czegoś, czego nie potrafił zidentyfikować, rozniosło się po jego kubkach smakowych. Płyn zaczął palić go w gardle, ale uczucie to migiem zniknęło.
Pili na zmianę, wymieniając się spostrzeżeniami na różne, nic nieznaczące tematy. Po opróżnieniu połowy słoju Satoshi stał się poważny.
– Czas na radę od starszego brata! – Policzki zaróżowiły mu się od nadmiaru alkoholu, a oczy błyszczały. – W Akademii Niebiańskiego Lotosu musisz starać się dziesięć razy bardziej od innych… Nie. Cofam to. Musisz starać się sto razy bardziej od innych. Norio i Jun tego nie rozumieją. – Pokiwał głową, sam się ze sobą zgadzając. Pociągnął kolejny łyk Wesołego Dzbanka i podał słój Mamoru. – Oni tylko czekają, aby nas zdeptać, zniszczyć, pogrążyć.
– Jacy oni? – Upił łyk. Miał zdecydowanie lepszą tolerancję na alkohol niż brat.
Satoshi przywołał go do siebie palcem. Mamoru spełnił prośbę, a ten z niewiadomych przyczyn zaczął szeptać, jakby za którymś z kamieni miał czaić się szpieg ojca.
– Wszyscy – syknął. – Rodziny spadkobierców. Uduchowieni. Niedostrzegalni. Nawet nasz klan. Oni czekają, aż podwinie nam się noga, dlatego musisz uważać. W akademii ogarną, że jest z tobą coś nie tak. A wtedy nie będziesz miał tam życia.
Mamoru nie spodziewał się usłyszeć takich słów. To nie tak, że nie wiedział, co go czeka – już dawno temu przekalkulował, że minie od trzech do pięciu dni, zanim wszystkie plotki o nim zostaną potwierdzone. Wolał nie myśleć, co będzie po tym czasie.
Satoshi się odsunął.
– Brachu, nie przejmuj się. – Klepnął go mocno w ramię. – Gdybyś miał jakieś pytania, to śmiało.
– W sumie mam jedno. – Wypił kolejny łyk i podał słój. – Nigdy o tym nie wspomniałeś. Skąd wiedziałeś, że masz też predyspozycje do bramy błyskawicy?
Satoshi zachłysnął się popijanym trunkiem i głośno zakaszlał. Nagle zamilkł, rękę z Wesołym Dzbankiem oparł o pobliskie skały, a błysk w oku zaczął przypominać ten ojca, gdy analizował sytuację. Dokładnie zlustrował sylwetkę Mamoru, przez co młodszy poczuł się nieswojo. Dobrze znał własne ciało – mięśnie zarysowywały kontury, lecz wiele brakowało mu do rodzeństwa.
– Zostanie to między nami? – zapytał Satoshi po dłuższym czasie.
– Nigdy nie zdradziłem naszych tajemnic.
– Byłem w takiej samej sytuacji. – Zdawało się, jakby całkowicie wytrzeźwiał.
Mamoru kiwnął głową ze zrozumieniem, ale zacisnął wargi, myśląc, jak bardzo brat był w błędzie, porównując ich do siebie.
– Nie wiedziałem, że mam drugą dominującą bramę. Miałem naturalny talent do światła i znałem też każdy ruch towarzyszący żywiołowi błyskawicy. Sądziłem, że nie mam szans na rozbudzenie drugiego żywiołu, ale w akademii pomogła mi pewna osoba. Powiedziała, że skoro odziedziczyłem żywioł światła po prababci, to tym bardziej powinienem mieć żywioł błyskawicy po rodzicach. I pewnego dnia po prostu się udało.
– Przecież mogłeś umrzeć, trenując inną bramę niż dominującą.
– Odezwał się hipokryta. Co tak na mnie patrzysz? Sam prosiłeś mnie o zdradzenie sekwencji kroków światła. Myślisz, że nie domyśliłem się, dlaczego nie poprosiłeś mnie o nauczenie błyskawicy? Pewnie wykradłeś tajniki ze skarbca. Sam zrobiłem kiedyś to samo. – Zaśmiał się głośno, przypominając tamtą sytuację.
– Dobra. Masz mnie – przyznał Mamoru szczerze. – Tylko nie mów nikomu, bo zaraz każdy wpadnie w panikę.
– Nikomu nie powiem. Możesz być tego pewien. – Wolną ręką poklepał go po głowie. – A ojcem się nie przejmuj. Od młodych lat wiemy, że Jun i Norio to jego pupilki.
Mamoru odebrał mu słój i wypił kilka łyków naraz.
Satoshi miał rację. Dziś ojciec pokazał prawdzie oblicze. Mamoru jednak nie wyobrażał sobie stracić rodziny. Kochał nadopiekuńczą matkę. Kochał braci, chociaż mu dogryzali. Kochał dziadka opowiadającego mu przeróżne historie. Kochał góry i klimat panujący w klanie. Kochał pozostałych członków rodziny, pomimo że zawsze na nich narzekał.
I kochał ojca. Pomimo że bardzo go skrzywdził, pragnął pokazać mu, że w klanie Burzowej Chmury było dla niego miejsce.
Tylko jak sprawić, aby niemożliwe stało się możliwe? I to w tak krótkim czasie?
Nadszedł moment wyjazdu do Akademii Niebiańskiego Lotosu. Mamoru włożył purpurową szatę ze złotymi elementami, która została zawieszona na drewnianym parawanie. Proste rękawy luźno opadały mu wzdłuż rąk, herb klanu połyskiwał na plecach, a jasny pas obwiązał mocno wokół bioder. Zarzucił na plecy wcześniej przygotowany plecak i wyszedł z komnaty prosto na deszcz. Nałożył kaptur na głowę i ruszył, stawiając ostrożnie kroki, aby nie pośliznąć się na mokrej ścieżce. Intensywny deszcz zmieniał ją i schody w płynące strumienie.
Nie zamierzał się z nikim żegnać. Rodzina dobrze wiedziała, o której była zbiórka. Co trzy lata procedura wyglądała tak samo. Poza nim będzie sześcioro przedstawicieli, opiekun i czterech eskortujących ich gwardzistów.
Skierował się na pastwiska wysunięte na wschód klanu. Groty w górach wykorzystano jako legowiska dla smoków burzy. Jak najszybciej udał się do jednej z nich. W środku zrzucił z głowy kaptur.
W skałach wyżłobiono wiele wnęk, które wyłożono gałęziami, liśćmi i mchem. Smoki uwielbiały się w nich wylegiwać, ale dziś większość z nich opuściła to miejsce, by szybować wśród błyskawic. Pozostały tylko te, które przygotowano do długiej podróży.
Nie zwracając na nikogo uwagi, Mamoru ruszył wzdłuż legowisk. Ledwie zrobił kilka kroków, a nadepnął na gałąź. Trzask łamania wydobył się spod buta, echem roznosząc się po jaskini. Spojrzał na nią z żalem, obwiniając się za to, co się zaraz wydarzy.
Smoki podniosły głowy i zaryczały, otwierając paszcze. Jeden z nich, stojący blisko Mamoru, rozłożył poszarpane skrzydła. Pojawiły się na nich małe błyskawice, gotowe do wystrzelenia.
– Już, już, spokojnie.
Norio rozłożył ręce na boki, zasłaniając brata. Smok, widząc znajomą twarz, złożył skrzydła, ale nadal czujnie wpatrywał się w zagrożenie.
– To jeden z naszych. Znasz go przecież.
Stworzenie łypnęło groźnie na Mamoru.
– Nic ci nie grozi. – Norio poklepał go po grzbiecie. Dopiero wtedy smok rozluźnił mięśnie i uderzył łbem o ramię pierwszego księcia, domagając się pieszczoty. Jego śliskie, czarne łuski zaczęły mienić się na fioletowo, kiedy przysunął się bliżej światła.
– W porządku?
Poczuł dłoń na ramieniu. Obok niego stanął Jun, którego włosy naelektryzowały się od nerwowych smoków. Pas w jego szacie zwierzchniej poluzował się znacząco, ale nie na tyle, aby ukazać ubrania pod spodem.
– Nic mi nie jest. – Mamoru zrzucił dłoń z ramienia. Dalej był obrażony za jego zachowanie w gorących źródłach. – Przepraszam za kłopot – dodał szybko, widząc niezadowolone spojrzenia osób w pobliżu.
– Daj spokój. – Norio wciąż poklepywał zadowolonego smoka po szyi. – Nie twoja wina.
Mamoru potarł nos, czując lekkie zażenowanie. To jego wina. Urodził się bez energii w rdzeniu, a przez to wiele zwierząt nie wyczuwało jego obecności, podobnie jak ludzie.
– Co tu robicie, tak właściwie? – zmienił niewygodny temat.
– Przyszliśmy się pożegnać. – Norio podszedł bliżej. Smok z powrotem ułożył się na legowisku. – Skoro rodzice nie zamierzają tego zrobić, to chociaż w nas miej wsparcie.
– I chciałem oddać twoją własność. – Jun podał Mamoru tabliczkę z pozwoleniem od prawowitego spadkobiercy.
– Najwyższa pora.
Nie ukrywał niezadowolenia. Natychmiast schował tabliczkę za pazuchę z obawy, że brat znów mu ją zabierze.
– A co do rodziców, to lepiej, że ich nie ma – zwrócił się do Norio. – Ojciec nie odzywa się do mnie, odkąd dał mi zgodę na reprezentowanie klanu, a matka znowu rozpacza całymi dniami.
– Chcą dobrze – powiedział Jun. – A ojciec zabronił matce tu przyjść z obawy, że siłą nie pozwoli ci polecieć do akademii. Albo, co gorsza, poleci z tobą.
– Naprawdę mogliby przestać. Nie mam pięciu lat.
– Ale nie jesteś też dorosły – spostrzegł Norio.
Mamoru zacisnął wargi i spojrzał w bok, na najdalszy kąt. Nie było sensu wdawać się w dyskusję i rozstawać się w niezgodzie.
– A gdzie jest Satoshi? – Przeszukał wzrokiem grotę, ale nigdzie nie znalazł trzeciego księcia. Gdyby tak się zastanowić, nie miał z nim kontaktu od dnia, kiedy zaprowadził go pijanego do komnaty.
Norio skrzyżował ręce na piersi.
– Nie wiesz?
– O?
– Jest na misji. Nikt nie chciał powędrować do Narodu Ognia z listem dla prawowitego spadkobiercy, więc wysłali naszego brata.
– Znasz go. – Jun wzruszył ramionami. – Zgodził się i to bez jakichkolwiek pytań.
Mamoru wydało się to podejrzane.
– Coś się dzieje?
Listy wysłano za pomocą duchowych motyli. Tworzono je przy użyciu energii, która zmieniała papier w małe stworzenie. Osobiście dostarczano wiadomości tylko w przypadku ściśle tajnych informacji lub jeżeli ktoś chciał mieć pewność, że wiadomość zostanie dostarczona oraz przeczytana.
Norio rozejrzał się dyskretnie, sprawdzając, czy był poza zasięgiem innych uszu.
– Nie mamy pojęcia – wyszeptał. – Ojciec zbył nas, tłumacząc, że najważniejsze jest twoje przygotowanie do akademii. Dziś wieczorem mamy się spotkać i wtedy dowiemy się więcej. Ale wyjawił, że ma to coś wspólnego ze zgromadzeniem prawowitych spadkobierców i chce, abym mu towarzyszył.
– Zgromadzenie prawowitych spadkobierców? – dopytał Mamoru. – Przecież ono odbywa się raz do roku. Po co robić je wcześniej?
Norio wzruszył ramionami.
– Nie wiem.
Mamoru zamyślił się, drapiąc po brodzie. Popatrzył w sobie znany tylko punkt. Musiało wydarzyć się coś poważnego, skoro zgromadzenie prawowitych spadkobierców zwołano przed terminem – właściwie to nie potrafił sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek zwołano je wcześniej, ale dalsze pytanie braci nie miało sensu. Nigdy nie powiedzieli mu nic konkretnego.
– Nie przejmuj się tym. Musisz teraz skupić się na akademii.
– Jun ma rację – przyznał Norio. – Pierwsze tygodnie to nuda. Sama teoria. Może trochę powalczycie, ale za to kolejne miesiące będą o wiele bardziej ekscytujące. A to, czego się tam nauczysz, zaważy na twojej przyszłości.
– Trafiłeś w sedno – odparł Mamoru z rozbawieniem na myśl, że bracia nie mieli świadomości, jaki ten czas był decydujący.
– Jakbyś miał problem, to od razu do nas pisz.
– Nie potrafię stworzyć duchowego motyla – odparł sceptycznie.
– To nie problem! – przekazał Jun. – Możesz zgłosić się do opiekuna albo do kogokolwiek z Narodu Błyskawicy, a oni zrobią resztę.
– Zapamiętam. – Poklepał go po ramieniu. Nie miał zamiaru skorzystać z żadnej z tych możliwości. – Wybaczcie, ale muszę iść. Jak wróci Satoshi, to pożegnajcie go ode mnie.
– Jasne. Nie zapomnij o nas.
– Uważaj na siebie!
– Dobrze, mamo – odparł z przekąsem na słowa drugiego księcia i odszedł do grupki osób zbierających się przy wyjściu z jaskini.
Przedstawiciele narodu mieli fioletowe ubrania ze srebrnymi elementami. Poza Mamoru tylko jedna osoba nosiła złote elementy – Azumi. Mdliło go na samą myśl, że będzie musiał spędzić z nim rok w akademii.
Poza kuzynem rozpoznał także opiekuna – wysokiego, barczystego mężczyznę o nieprzyjemniej twarzy. Ściągnięte brwi sprawiały, że wyglądał na wściekłego. Mamoru nie zdziwiłby się, gdyby naprawdę tak było. Sam nie chciałby pilnować bandy nastolatków.
Najbliżej opiekuna Błyskawicy stali chłopak z szerokimi barkami i dziewczyna z krótkimi włosami. Uczęszczali do Akademii Pioruna i z dwa, może trzy, razy Mamoru widział ich w klanie na dodatkowych naukach u wuja Takeo. Reszty przedstawicieli nie znał. Dwie dziewczyny wyglądały na lekko podenerwowane. Za to ostatni kandydat – wysoki, o mocnej muskulaturze – splótł palce rąk z tyłu pleców.
Z pewnością trenowali lata i władca musiał widzieć ich umiejętności, zanim dał im zgodę na wyjazd.
A on?
Miał rok, aby im dorównać, ale żeby to zrobić, wcześniej musiał rozbudzić energię w rdzeniu żywiołu, zdać egzamin teoretyczny i postarać się, aby ojciec nie wyrzucił go z klanu. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej stawało się to abstrakcyjne i niemożliwe do wykonania.
Podróż do akademii zajęła im dwa dni. W tym czasie Mamoru nie odzywał się do nikogo, a gdy smok dotknął łapami podłoża, natychmiast zeskoczył z jego grzbietu. Zwierzę odwróciło łeb i prychnęło. Kłęby pary wyleciały z nozdrzy, jakby odtrącało natrętnego owada.
Młodzieniec zacisnął mocniej palce na pasku od plecaka. Nie bardzo wiedział, co zrobić, więc spojrzał na innych przedstawicieli. W przeciwieństwie do niego oni poklepywali smoki po grzbiecie. Niektórzy rozmawiali, podekscytowani tym, co czeka ich w akademii.
Grupka gapiów również się znalazła. Widok smoka burzy był czymś rzadkim i nawet w Narodzie Błyskawicy niewielu miało okazję rzucić na nie okiem.
– Czwarty książę.
Mamoru odwrócił się do kuzyna, który stanął za jego plecami. Ubranie oraz perfekcyjnie ułożone włosy nie wskazywały na to, aby przeleciał tak wiele kilometrów razem z nim.
Azumi spiął ramiona i odchrząknął, widząc uniesioną brew księcia.
– Nie lubię cię – rzekł.
– Och! – Mamoru położył dłoń na sercu. – Dobrze, że dodałeś słowo „nie”, bo inaczej dostałbym zawału.
– Nie żartuj sobie.
– Wybacz, drogi kuzynie, lecz to ty przyszedłeś do mnie, więc jeśli tyle miałeś mi do zakomunikowania, to nie marnuj więcej mojego czasu. – Odwrócił się z zamiarem odejścia, ale zatrzymał się po słowach:
– Udawajmy, że się nie znamy.
Mamoru zaintrygował taki obrót sprawy.
– To będzie dość trudne ze względu na nasze pokrewieństwo. – Wskazał na złote nici na rękawie, sugerujące, że pochodzili z rodziny spadkobierców.
– Po prostu nie wchodźmy sobie w drogę – poprawił się chłopak pośpiesznie, zerkając, czy ktoś na nich nie patrzył.
O to chodzi – pomyślał Mamoru. Azumi tak bardzo dbał o reputację, że wolał nie być kojarzony z kimś takim jak on.
– Jeżeli nie będziesz wchodził mi w drogę, przestaniesz ze mnie szydzić oraz nie będziesz rozpowiadać bzdur na mój temat, to możesz być spokojny. Na pewno podczas pobytu tutaj nie będę zawracał głowy komuś takiemu jak ty.
– Nie powiesz nic prawowitemu spadkobiercy?
Mamoru poczuł, jak w środku kipi ze złości. W rodzinnym klanie każdy myślał, że z byle jaką bzdurą latał do rodziców.
– Nie powiem nic nikomu – odparł. – Możesz być tego pewny.
Azumi przytaknął na znak zgody i ruszył do grupki chłopaków z ich narodu.
– Mentor Hitoshi zabierze nas do naszych komnat – powiedział oschle, przechodząc obok.
Mamoru odprowadził go wzrokiem. Nie wiedział, czy miał traktować to jako podziękowanie, czy po prostu zaczynał działać na ludzi we współczujący sposób.
Wykorzystując chwilę wolnego czasu, rozejrzał się wokół. Naród Powietrza niewiele różnił się od sąsiadującego z nim Narodu Błyskawicy. Teren z górzystego zmienił się w gładsze pagórki, a gęsty las pokrywał ziemię. Sama Akademia Niebiańskiego Lotosu zapierała dech w piersiach. Architektura znacznie różniła się od tej, w której dorastał. Wszystko w klanie Burzowej Chmury było proste, kwadratowe, trójkątne i mocne zaostrzone – kształty proste jak fundament miały przypominać o podstawach walki. Natomiast tu spostrzegł wiele zawijasów, nieścisłości, a coś, co wydawało się znajome, z bliska okazywało się całkowicie obce.
Mentor Hitoshi zawołał ich do siebie. Kiedy stanęli przed opiekunem, rozległ się gwizd, a smoki poszybowały do góry. Gwardzista z eskorty zagwizdał drugi raz, wkładając dwa palce do ust, a zwierzęta na komendę skierowały się do domu.
– Za mną!
Nie patrząc, czy przedstawiciele podążają za nim, Hitoshi ruszył do największego budynku w oddali.
Mamoru nie potrafił napatrzeć się na detale wyrzeźbione w murach. Zawijas wychodził z zawijasa, a kreski rozchodziły się w różne strony, pnąc się w górę. Ramy okien również ozdobiono, ale o wiele delikatniej, jakby mocniejsza rysa mogła zburzyć idealny wizerunek. Ściana zdawała się rzucać wyzwanie Mamoru, a każdy detal wołał: nie jesteś w stanie nas naszkicować!
Książę był gotów przyjąć wyzwanie tu i teraz, ale cierpliwie musiał poczekać, aż pozostanie sam w komnacie. Wykorzysta ten czas, aby dokładnie przyjrzeć się szczegółom.
Nie zauważył, kiedy znaleźli się przy drzwiach prowadzących do środka. Kilka stopni, kamienna balustrada po bokach i szeroko otwarte drzwi zapraszały do środka. Hol wydał mu się jednak o wiele bardziej godny, aby zająć miejsce na pergaminie. Tysiące świec ułożonych na stelażach zawieszono pod sam sufit. Oświetlały pomieszczenie, nadając mu elegancji. Ściany z granitu, podobnie jak na zewnątrz, zostały ozdobione zawijasami. Kroki rozniosły się echem po pustym pomieszczeniu. Mamoru najbardziej zaintrygowały schody – szerokie, obite błękitnym dywanem, dochodziły do półpiętra, a następnie rozchodziły się na lewo i prawo, prowadząc do dwóch oddzielnych skrzydeł budynku. To ku nim się skierowali.
Ocknął się dopiero, kiedy do rąk wciśnięto mu wąską tabliczkę. Większość miejsca na niej zajmowały cztery cyfry: jeden, sześć, cztery, siedem.
– Nie rób wstydu – syknął Azumi, odchodząc od niego jak najdalej.
Inni przedstawiciele zaczęli przyglądać się Mamoru, który, wzywany kilkukrotnie, nie zareagował na słowa opiekuna Błyskawicy. Widział nieprzychylne spojrzenia, ale nikt nie odważył się zwrócić mu uwagi. W końcu był synem samego prawowitego spadkobiercy. Za to mentor Hitoshi z niezadowoleniem pokręcił głową, zapisując na pergaminie kilka słów.
– Do oficjalnego rozpoczęcia macie wolne – powiedział stanowczym głosem. – Nie ważcie się spóźnić. Rozejść się!
– Tak jest! – odkrzyknęli chórem, robiąc ukłon przed opiekunem.
Ruszyli na schody i skręcili w prawo, w odmiennym kierunku niż ich opiekun. Wąski korytarz wypełniony był szeregiem drzwi. Wyryte na nich cyfry odpowiadały tym na tabliczkach. Mamoru znalazł swoje dopiero na samym końcu. Pchnięciem otworzył je na całą szerokość.
Rozwarła się przed nim komnata wielkości jednej piątej tej, w której sypiał w klanie. Błękit i brąz przeważały nad resztą barw. Duże, pojedyncze okno znajdowało się na wprost wejścia. Najbardziej zaskoczyły go dwa łóżka ustawione w różnych kątach pomieszczenia oraz widok krzątającego się przy jednym z nich młodzieńca.
Błękitna szata Narodu Powietrza bez żadnych wzorów opadała chłopakowi do kostek. Widniał na niej wyszyty brązowy herb klanu, lecz pukiel włosów zasłaniał kształt. Mamoru z zaskoczeniem zrozumiał, że miał dzielić komnatę z kimś z rodziny niedostrzegalnych. Było to dość rzadkim zjawiskiem w Akademii Niebiańskiego Lotosu.
Młodzieniec miał pociągłą twarz i był zdecydowanie za szczupły jak na swój wzrost. Szaty na nim zwisały, co podkreślała tkanina przepasana w pasie i szerokie, rozciągnięte rękawy.
Na widok Mamoru zdawał się zaniemówić. Zmarszczył nos, a w niebieskich oczach nagle pojawiły się iskierki radości. Jego usta wykrzywił szeroki uśmiech.
– Nie wierzę! Jesteś moim współlokatorem, prawda? Ale mam szczęście! W tym roku tylko siedem osób pochodzi z rodziny spadkobierców, a to mi trafił się zaszczyt mieć pokój z jednym z nich! – Mocno przy tym gestykulował. Wysoki ton podrażnił nieprzyzwyczajone do hałasu uszy Mamoru, jednakże nie potrafił przerwać wywodu współlokatora, który ciągnął dalej: – To będzie udany rok! Kim jesteś?! A nie, czekaj! Nic nie mów! Niech sam zgadnę! W tym roku ma być dwóch chłopaków pochodzących z rodziny spadkobierców władających błyskawicą! Jeden to bratanek prawowitego spadkobiercy! Drugi podobno jest czwartym synem samego prawowitego spadkobiercy… chociaż nikt do końca nie jest pewien, czy on naprawdę istnieje. Sam prawowity spadkobierca o nim nie wspomina! Plotki mówią, że nie ma energii w rdzeniu żywiołu. – Zaśmiał się. – Ale czekaj… – Podszedł do niego na wyciągnięcie ręki i ponownie zmarszczył nos. Jego oczy otworzyły się szeroko, gdy zrobił krok do tyłu. W zdumieniu zakrył dłonią usta. – Nie wierzę! To ty! – Wskazał na niego palcem.
Mamoru stał bez ruchu i nie wiedział, jak się zachować. Z monologu najbardziej uderzyły go słowa: „Sam prawowity spadkobierca o nim nie wspomina!”. Nie dał po sobie poznać bólu i przybrał na twarzy wyraz obojętności.
– Czyli te plotki to prawda? Nie masz aktywnych bram? Nie masz rangi? Nie potrafisz panować nad żywiołami? Te kolczyki na prawym uchu, czy to prawda, że każdy z książąt Błyskawicy ma określoną ilość w zależności od tego, którym bratem jest? Jak masz na imię? A gdzie moje maniery? – Pokłonił się, wyciągając dłonie do przodu. Palcami zakrył zaciśniętą pięść. – Uczeń Arata z klanu Mgły – przedstawił się, po czym zapadła cisza.
Mamoru wykonał ten sam gest w kierunku współlokatora. Nigdy nie spotkał się z tak haniebnym, głośnym człowiekiem. Niejedna osoba z rodziny spadkobierców skarciłaby chłopaka za takie zachowanie.
Polubił go.
– Czwarty książę, Mamoru z klanu Burzowej Chmury.
Obaj wyprostowali się, patrząc sobie w oczy. Twarz Mamoru rozluźniła się, gdy mówił:
– Nie wiem dokładnie, o jakich plotkach mówisz, ale nie mam energii w rdzeniu i nie potrafię używać żywiołów. A te kolczyki… – urwał i odruchowo dotknął palcami prawego ucha, przejeżdżając po zimnym metalu.
Złote kolczyki w kształcie pierścienia przebijały chrząstkę. Na ten pomysł wpadł Satoshi, kiedy Mamoru ukończył pięć lat. Pomimo młodego wieku bardzo dobrze zapamiętał gniew ojca. Siedem uderzeń batem. Tylko jego ominęła kara, którą do tej pory uważał za niesprawiedliwą.
– Każdy z braci ma ilość kolczyków w zależności od kolejności przyjścia na świat – powiedział po namyśle. – Dlatego mam cztery. Jeśli pominąłem jakieś pytanie, to wybacz, ale zadajesz ich zbyt wiele w jednym momencie.
– To ja przepraszam. Zawsze mówią mi, że za dużo gadam. – Arata zaśmiał się nerwowo. – Ale chyba odpowiedziałeś na wszystko. Jeszcze raz miło mi poznać.
– Mnie również. To moje posłanie? – Wiedział, że łóżko należało do niego, ale z grzeczności zapytał.
– Tak, książę, ale jeżeli chcesz, możemy się zamienić.
Mamoru podszedł do łóżka, rzucając na niego plecak.
– Nie ma takiej potrzeby.