Diler - Jagoda Dewerenda - ebook
NOWOŚĆ

Diler ebook

Jagoda Dewerenda

4,6

389 osób interesuje się tą książką

Opis

Olivia studiuje na wydziale prawa Uniwersytetu Nowojorskiego. Jej marzenia są dość proste – ukończyć studia i zacząć wymarzoną karierę. Jedno wyjście do klubu zmienia wszystko. Gdy pada pierwsze słowo pomiędzy nią a Asherem, jej los jest już przesądzony.

Dziewczyna bezwiednie wkracza do świata narkotyków, wymuszeń i broni. Jej codzienność może już nie wrócić na dawne tory.

Zagubiona próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie, o którym nie ma pojęcia. To rzeczywistość, w której by zyskać szacunek, należy strzelać ludziom między oczy, a nie w plecy. Rzeczywistość, w której słowo „mafia” ma ogromne znaczenie. Rzeczywistość, w której pożądanie jest mylone z uczuciem.

Olivia zadaje sobie fundamentalne pytanie o to, jak może czuć się bezpiecznie w ramionach człowieka, na którego widok inni trzęsą się ze strachu.

Przepychanka o władzę i ludzkie życie jest adrenaliną, która napędza wielu do skrajności.

 

Wiesz, może nie chodzi o to, co myślą ludzie albo jak cię postrzegają, może chodzi o to, jak ty widzisz samą siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 328

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (26 ocen)
19
4
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Pełna zwrotów akcji historia,dzięki temu czyta się jednym tchem❤️❤️
30
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

Trzyma w napięciu do ostatniej strony. Mroczna historia, niebezpieczny bohater, sekrety, które nie pozwalają spokojnie odłożyć książkę. Polecam
30
Patryszka1811

Nie oderwiesz się od lektury

wciągająca historia nie oderwiesz od niej :)
10
79monia

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna czy ktoś wie kiedy bedzie 2 część ?
10
Basia_K1978

Nie oderwiesz się od lektury

super
10



Copyright © by Jagoda DewerendaCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja:Kinga Szelest

Korekta: Adriana Rak

Projekt okładki: Adam Buzek

Zdjęcie na okładce, przy nagłówkach i na drugiej stronie: Gemini AI

Zdjęcie na ostatniej stronie: © by Joe/Pixabay

Zdjęcie wewnątrz okładki: © by Ramon Perucho/Pixabay

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie

ISBN 978-83-8464-054-8

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Ku pamięci Elżbiety HanusMamo, za to, że obdarzyłaś mnie wieczną miłościąDziękuję

Od autorki

Pamiętajmy, to tylko fikcja literacka. W żaden sposób nie popieram przemocy zarówno fizycznej, jak i psychicznej.

Prolog

Olivia

Stoję i patrzę w oczy, które jeszcze niedawno obiecywały miłość. Teraz nie ma nic.

Bezdenna pustka. Czuję, że zaczynam się trząść, sama nie wiem, czy ze strachu, czy dlatego że umieram, bo moje serce roztrzaskuje się na kawałki. Stoi niczym posąg – zimny, twardy, nie do ruszenia.

Mam wrażenie, że cała ta sytuacja to jakiś głupi żart. Zamykam oczy, bardzo chcę, aby to był sen. Nie jestem w stanie wytrzymać tego napięcia.

Czuję się ogłuszona. Przez łzy, które zalewają moje oczy, widzę tylko ruch ręki. Już mam krzyknąć, ale ostatnie, co koduję, to huk wystrzału.

Ciemność mnie pochłania.

To już? Tak wygląda koniec?

Rozdział 1

Olivia

Lubię oglądać wirujące płatki śniegu. Pogoda może i nie rozpieszcza, ale biały puch mi to wynagradza. Biorę głęboki wdech i rozkoszuję się zimnem rozchodzącym się po płucach.

Na dzisiaj koniec zajęć.

Ulżyło mi, wreszcie zaczyna się weekend. Satysfakcjonują mnie studia prawnicze, ale to ciężka harówka. Przystaję przed budynkiem i czekam na Beth.

Beth studiuje literaturę, również na Uniwersytecie Nowojorskim, i jesteśmy w tym samym wieku. Zapałałyśmy do siebie sympatią od pierwszych studenckich dni. Obie jesteśmy z małych miejscowości. Obie stałyśmy tu ze wzrokiem wystraszonej łani pierwszego dnia. Faktycznie, mogłyśmy wyglądać, jakbyśmy patrzyły na światła nadjeżdżającego auta.

Nasza relacja ukształtowała się naturalnie, mamy wiele wspólnych zainteresowań. Dobra książka czy film cieszą nas równie mocno, co niektórych cotygodniowe imprezy. Właściwie to nie szalejemy za dużo.

Mamy szczęście wynajmować razem małe mieszkanko. Dzięki pracom dorywczym i stypendiom wiążemy koniec z końcem, od czasu do czasu rodzice nas trochę wspomagają i tak się to kręci. Jestem świadoma, że mamy duży fart.

– O czym tak myślisz? – Beth szturcha mnie w ramię.

– A, o niczym konkretnym, trochę się zawiesiłam.

– To się zaktualizuj i chodźmy do domu. – Puszcza mi oczko.

Rusza tym swoim zamaszystym krokiem, a jej blond kitka sięgająca ramion zaczyna się kołysać na boki. Może i jesteśmy nudziarami, ale wyglądamy niczego sobie.

Beth ma dość pociągłą twarz, zielone oczy i blond włosy. Przyjemną dla oka figurę klepsydry. Jest paru zainteresowanych, ale na razie nikt nie wygrał z Angelem z Tessy d’Urberville. Jak przystało na osobę studiującą literaturę, jest ona oczywiście romantyczką.

Fizycznie różnimy się dość mocno. Ja mam włosy w kolorze mlecznego brązu, sięgające pasa, dość okrągłą buzię i niebieskie oczy. Jesteśmy podobnego wzrostu, ale ja mam pełniejsze biodra. Nie bujam też w obłokach aż tak jak moja przyjaciółka. Kierunek studiów zobowiązuje.

Wzdychając, ruszam za moją towarzyszką. Nasze mieszkanie znajduje się blisko. Dystans pomiędzy uczelnią a domem pokonujemy z uśmiechem, tworząc plany na weekend.

Ledwo weszłyśmy, a już kieruję się do kuchni, by nastawić wodę na herbatę. Przemarzłyśmy, mimo urokliwej atmosfery pogoda daje w kość.

Nasze małe lokum to może nie jakieś cuda, ale nam wystarcza. Dwie niewielkie sypialnie i salon połączony z aneksem kuchennym. Największa batalia jest o łazienkę. Obowiązuje jedna zasada – kto pierwszy, ten lepszy.

– To jak, Olivia? Decydujemy się? – Współlokatorka przypatruje mi się uważnie.

– Nie wiem, a chce nam się iść? – Zastanawiam się.

– No możemy chociaż udawać, że mamy po dwadzieścia dwa lata. – Wybucha śmiechem.

– W punkt.

– Vinnie mówił, o której będzie w Massive?

Stary, dobry Vincent. No może nie taki stary. To nasz przyjaciel, który jest podobną fajtłapą do nas. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu we trójkę, śmiejąc się i pijąc tanie piwo. Od tego roku akademickiego jednak Vince nie kontynuuje nauki.

Z tego powodu intensywność naszych spotkań zmalała.

W przeciwieństwie do nas on jest z Nowego Jorku. Wiemy również, że jego sytuacja rodzinna daleka jest od tego, co ludzie biorą za standard. Po śmierci ojca, który zawsze gorliwie wspierał jego zapał do nauki, stwierdził, że musi pomóc w domu. Od tamtego czasu widujemy się sporadycznie.

Teraz wygląda na to, że sytuacja się poprawia. Jakiś czas temu zaczął nas zapraszać do klubu. Zawsze tego samego – Massive. Opowiada, że udało mu się znaleźć dobrze płatną pracę i wychodzi na prostą. Twierdzi, że studia już mu się do niczego nie przydadzą.

Tak jak wspominałam – jako że jesteśmy nudziarami, to jedyna możliwość, byśmy wyszły do ludzi. Inaczej pewnie się nie zmobilizujemy.

– Zakładam, że tak jak zwykle. Pewnie około dwudziestej.

– Dobra, ale napisz mu, że jutro wpadniemy. Dzisiaj liczę już tylko na miskę popcornu, ciepłą piżamkę i film.

– Ty to jesteś rozrywkowa – mruczy B.

– Ej, przyganiał kocioł garnkowi. – Celuję w nią palcem.

Wieczór jest przyjemny. Nabieramy sił i odprężamy się przy winie, oglądając ulubione filmy.

Budzik, cholerny budzik. Moje oczy nie chcą się otworzyć, a nie wiem, gdzie leży ten głupi telefon. Zapomniałam wczoraj wyłączyć alarm.

Patrzę na godzinę, szósta czterdzieści – no pięknie. Sama jestem sobie winna. Jak już uda mi się dosięgnąć cholerstwo, to widzę wiadomość.

Vince: Hej, nie będzie mnie dzisiaj w Massive. Uprzedziłem, że wy będziecie. Wejście na mój koszt. Bawcie się dobrze. Do zobaczenia.

Mój mózg chyba nie zaczął działać jeszcze na właściwych falach. O której on to napisał? O piątej rano, chyba zwariował. Co on robił o tej godzinie na nogach, i to jeszcze myśląc o klubie…

Olewam temat i kładę się dalej spać. Bez przesady, sobota jest.

O dziewiątej trzydzieści czuję się zdecydowanie bardziej rześka. Słyszę, że Beth już chodzi po mieszkaniu.

Wywlekam się z mojego pokoju. Pierwsze, co robię, to kieruję się po kawę. Nie wiem, jak Beth to robi, ale siedzi już przy stole, jedząc śniadanie.

Widzę się w lustrze, ja wyglądam jak gówno. Ona je śniadanie i przegląda coś w telefonie.

– Zostawiłam ci parę kanapek w lodówce.

I nagle dzień staje się piękny.

– Dziękuję, jesteś najlepsza – mówię entuzjastycznym tonem. To znaczy entuzjastycznym jak na poranek.

Zerka na mnie znad kubka z herbatą i kiwa głową z politowaniem. Siadam naprzeciwko i również chwytam za telefon. Widzę wiadomość od Vince’a, którą rano zignorowałam.

– Ej, dziwna sprawa. Odzywał się do ciebie Vinnie?

– Nie, a co? – Nawet nie podnosi wzroku znad telefonu.

– Napisał do mnie o piątej rano, że nie będzie go dzisiaj w klubie, ale my mamy wejście za free.

To już przyciąga jej uwagę.

– O piątej rano? – powątpiewa. – Chyba ostro zabalował.

– No tak, też stwierdziłam, że to dziwne.

– Napisał, dlaczego go nie będzie?

– Nie.

– To co, my korzystamy z zaproszenia, tak jak wcześniej mówiłyśmy?

– Myślę, że tak skoro, taki był plan.

Klub Massive poznałyśmy już całkiem dobrze. Byłyśmy tam parę razy, zawsze jednak towarzyszył nam przyjaciel. To będzie pierwszy raz, gdy zjawimy się same.

Klub nie jest jakimś bardzo eleganckim miejscem. Przychodzą do niego ludzie w różnym wieku, biedni i bogaci. Strefa VIP to strefa szara. Tak ją nazywamy z Beth. Podobno dzieją się tam dziwne rzeczy, więc staramy się omijać te loże z daleka.

Mimo wszystko grają dobrą muzykę, a my od czasu do czasu, jak już nam się przypomni, ile mamy naprawdę lat, lubimy trochę poskakać na parkiecie. Raczej nikt nas nigdy nie zaczepia, myślę, że Vincent zniechęca potencjalnych adoratorów.

– Tak czy siak jest wcześnie. – Ziewam. – Mamy jeszcze sporo czasu. Jak spożytkujemy resztę dnia?

Przyjaciółka drapie się po brodzie.

– Mam odłożone trochę zaskórniaków. Może przejdziemy się na małe zakupy?

Buzia mi się uśmiecha. Lubię chodzić na zakupy i oczywiście lubię ładne rzeczy. Niestety, mój portfel już nie jest takim fanem tego typu wypadów.

– Dobra, ale nie pozwól mi się spłukać do końca. Wal prosto z mostu, jak będę przesadzała.

– Okej – mówi z błyskiem w oku.

– Skubana, pewnie byś się nie zawahała.

Ruszam dupsko z krzesła i idę doprowadzić się do stanu względnej używalności, aby wyjść na miasto z Beth.

Jesteśmy już chyba w piętnastym sklepie, wszędzie mi się coś podobało, ale jednocześnie szkoda mi kasy. Ostatecznie decydujemy się, aby kupić sobie po nowej kiecce na wieczór.

Blondynka wyglądała ekstra w czerwonej przylegającej sukience na szerokich ramiączkach. Nawet ja patrzę na nią z uznaniem w oczach.

Długo nie mogę się zdecydować, ale w końcu wychodzę z przymierzalni w małej czarnej na cienkich ramiączkach, przewiązanych na krzyż na plecach. To, co ją wyróżnia, to błysk. Na materiale są maleńkie srebrne drobinki, które mienią się w zależności od tego, jak pada światło.

– O la, la, nieźle, Livie.

– Dzięki, nie jest trochę za krótka?

– No co ty, jest w sam raz.

No nie wiem, uda i tyłek wydają mi się ogromne.

Nie jestem przekonana, ale raz się żyje.

Pijemy jeszcze kawę w centrum i wracamy do domu, żeby zacząć się szykować na wyjście. Jedna łazienka nam tego nie ułatwia – nigdy. Prawo dżungli decyduje, że ja wchodzę jako pierwsza. Ma się tę siłę w rękach.

O dziewiętnastej trzydzieści stoję przed lustrem w sypialni. Do sukienki dobieram klasyczne czarne szpilki. Oczywiście nie zwariowałam i do torby wkładam czarne Converse’y na zmianę, wiem, że wytrzymam maksymalnie godzinę w wysokich obcasach.

Na powieki nakładam cień i staram uzyskać się coś na kształt smokey eyes. Włosy prostuję i zostawiam rozpuszczone. Są jak naturalna warstwa ochronna. Nie czuję się dzięki nim obnażona. Całość prezentuje się naprawdę dobrze. Jestem gotowa.

– Uber już jedzie. Będzie za dziesięć minut na dole! – woła moja przyjaciółka przez drzwi.

Po chwili mamy na sobie płaszcze i ramię w ramię ruszamy na nocną przygodę.

Przed klubem jest spora kolejka. Z Vinnie’em zawsze podchodziliśmy do ochroniarzy i po zamienieniu przez panów paru słów wchodziliśmy bez czekania. Nie jesteśmy przekonane, czy dzisiaj będzie tak samo. Podchodzimy do rosłych osobników.

– Hej, nie wiem, czy nas pamiętacie, ale czasami przychodzimy tu z kolegą Vincentem i nas wpuszczacie – zaczynam niepewnie i trochę z dupy strony.

Zacinam się jednak i nie wiem, co powiedzieć dalej. Oni też niespecjalnie wyglądają na przejętych. Wtedy wkracza Beth.

– Zostałyśmy przez niego poinformowane, że uregulował nasze wejście. Możemy to zrobić od razu czy mamy stać w tej kolejce? – Wskazuje kciukiem za siebie.

– Uregulował, mówisz? – zaczepia ją dryblas numer jeden.

– Tak.

– Stary, ja je kojarzę, faktycznie przychodzą tu z Vinnie’em. Sprawdzę to. – Dryblas numer dwa wygląda na bardziej chętnego do pomocy.

Tak też stoimy chwilę w tych naszych szpilkach na mrozie.

– Dobra, jest, mogą wejść. Sprawdziłem, załatwione.

– Czyli faktycznie za nas zapłacił? – dopytuję się.

– Można to tak nazwać. – Puszczają nam oczko i podciągają czerwoną wstęgę, abyśmy mogły przejść.

Przechodzimy na druga stronę, a ja odwracam się jeszcze, żeby na nich zerknąć. Ten głupkowaty uśmieszek na ich twarzach nie daje mi spokoju.

Beth ciągnie mnie za rękę i ruszamy do szatni.

Mam dziwne przeczucie co do tej nocy.

Rozdział 2

Olivia

Po przekroczeniu progu sali uderza w nas pulsująca muzyka. Wszędzie jest sporo ludzi, dosłownie tłumy. Gdybyście chcieli potańczyć w tym momencie na parkiecie, to czulibyście się jak szprotki w puszce.

Zgodnie stwierdzamy, że najlepiej będzie zacząć od baru. Ruszamy żwawym krokiem, żeby nas nie stratowali.

Siadamy na hokerach.

– To od czego zaczynamy? – B. patrzy na mnie wyczekująco.

– Od czego zaczynamy? Raczej co dzisiaj pijemy, nie zamierzam mieszać – mówię z pełnym przekonaniem.

Beth tylko wywraca oczami. Ponieważ z doświadczenia wie, że moje przekonanie może topnieć z każdym drinkiem.

– Dobra, niech ci będzie. Mojito? – Wyszczerza się, bo wie, że to uwielbiam.

– Biorę.

Dwa drinki później moje dziwne przeczucie odchodzi w zapomnienie. Siedzimy przy barze i całkiem miło leci nam czas. Śmiejemy się i żartujemy. Ciekawe doświadczenie, ludzie, którzy podchodzą do baru, a zwłaszcza mężczyźni, chętnie podłapują nasz humor i urządzamy sobie krótkie pogawędki.

Teraz to już nawet wiem, że barman ma na imię Patric, co robi w wolnym czasie i że jest zabawny.

– Myślisz, że to już ten czas? – Beth patrzy na mnie z tym swoim krzywym uśmieszkiem.

– Prawdopodobnie nigdy nie będę gotowa – mówię z żałością w głosie.

– To chodź, pokażmy im, jak to się robi.

Zaskakuje mnie ta ekspresją, więc nie mam wyjścia, muszę wstać i iść za nią na parkiet.

Tańczymy razem, kołyszemy się w rytm, śpiewamy i kręcimy biodrami. Utwory zlewają się ze sobą. Jest nawet coś magicznego w tej chwili.

Nagle ktoś chwyta mnie za dłoń i chce odwrócić w swoją stronę. Machinalnie patrzę na człowieka stojącego obok mnie.

– Hej. – Dobiega mnie gładki głos.

– No hej. – Patrzę pytająco na nieznajomego.

– Może przyłączycie się z koleżanką do naszego stolika? – Nieznajomy raczy mnie śnieżnobiałym uśmiechem.

Mam jednak wrażenie, że nie dosięga jego oczu.

Patrzę w kierunku, który wskazuje.

W strefie VIP siedzi jeszcze trzech innych mężczyzn. Nie wyglądają jednak na takich wzbudzających zaufanie, prawdopodobnie są też sporo starsi od nas.

Przyklejam swój firmowy uśmiech i grzecznie odmawiam.

– No nie daj się prosić, nie gryziemy. – Coś w rodzaju dziwnego rechotu wydostaje się z jego ust.

Patrzę na niego. Niby ma porządny garnitur, białą koszulę, rozpiętą lekko u góry, drogi zegarek i czuć od niego drogie perfumy, ale nie wzbudza mojego zaufania. Jak tak się przyjrzeć jego dość przystojnej twarzy, to widać, że wzrok ma rozbiegany. I wtedy to do mnie dociera – facet jest naćpany. To wzbudza już moją większą determinację.

Wyrywam swoją dłoń z jego uścisku.

– Nie szukamy towarzystwa, możesz dać nam spokój?

Patrzę błagalnie w stronę Beth, ale ona chyba ma urojenia, że występuje w Dirty Dancing.

– Zapytajmy w takim razie twoją koleżankę. – Patrzy na moją pląsającą przyjaciółkę.

Ona o dziwo, odwraca się z bojową miną.

– Koleżanki nie trzeba o nic pytać. Słyszałeś. Ty wracasz do kolegów, a nas zostawiasz w spokoju. Nie potrzebujemy towarzystwa.

Czuję coś na kształt dumy, że jednak nie zostawiła mnie samej na pastwę losu, tylko wcześniej się przysłuchiwała.

– Spokojnie, cukiereczku, nie denerwuj się tak – ciągnie dziwny typ.

– Myślę, że jestem w stanie cię przekonać. – Robi krok w stronę Beth.

Nienawidzę mężczyzn, którzy sami siebie uważają za bogów. Ewidentnie jego ego szybuje gdzieś pod chmurami.

Obie stoimy w pozycji bojowej, gotowe pokazać idiocie, gdzie raki zimują. Jego głupkowaty uśmiech nagle znika.

Już myślę, że tak go wystraszyłyśmy naszym podejściem, ale okazuje się, że patrzy ponad naszymi głowami.

Myślę, że „konsternacja” to najlepsze określenie na opisanie tej sytuacji.

Obie jak na zawołanie odwracamy się, by zobaczyć, co też tak bardzo przyciąga jego uwagę.

Jakieś pół metra za nami stoi inny mężczyzna. Całkowite przeciwieństwo ważniaka przed nami.

Wysoki, jakieś sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Wygląda trochę jak chmura gradowa. Stoi na szeroko rozstawionych nogach, lekko pochylony. Czarne jeansy, czarne adidasy i ciemnoszara bluza wkładana przez głowę.

Kaptur ma naciągnięty na głowę, co nie pozwala za bardzo zobaczyć jego twarzy. Oprócz szczęki z lekkim zarostem nie widać nawet oczu.

I tak po prostu stoi i prawdopodobnie patrzy na tego dziwnego typka.

Spojrzenia moje i Beth spotykają się. Sprawdzam, czy coś z tego rozumie, ale jej rozdziawiona buzia mówi mi wszystko… Nie ma pojęcia, co się dzieje.

Prawdziwy szok przychodzi wtedy, gdy zakapturzony jegomość się odzywa.

– Narzucasz się paniom, Walt?

Ma bardzo spokojny głos.

– Nie, to była tylko luźna propozycja. – Walt przełyka ślinę.

– W takim razie spierdalaj z tą luźną propozycją do swoich elegancików.

– Jasne, przepraszam, B…

Zakapturzony podnosi dłoń i zabrania mu się odzywać. Tyle go widzieli. Walt odwraca się na pięcie i w naprawdę szybkim tempie się oddala.

Szukam go jeszcze wzrokiem, ale ani on, ani jego koledzy już nawet nie zerkają w naszą stronę.

W tym momencie cała nasza uwaga skupia się na tym wysokim mężczyźnie. Dalej stoi jakby nigdy nic. Chociaż jego poza jest chyba trochę swobodniejsza.

– Więc? – zaczynam.

– Więc co?

– No nie wiem, dlaczego nam pomogłeś?

Moja przyjaciółka też się pewnie zastanawia, co się dzieje. Jest dziwnie milcząca, to znak, że sobie teraz wszystko analizuje.

– Może usiądziecie przy barze jak wcześniej? Wyglądałyście, jakbyście się dobrze bawiły.

Czy on nas obserwuje? Jest dziwnie w cholerę.

Ciągnę Beth za łokieć i faktycznie kierujemy się w stronę baru, żeby dalej nie tkwić na środku parkietu. Koleś w bluzie idzie za nami.

Zamawiam kolejne dwa drinki i patrzę pytająco na nieznajomego.

– Nie, dzięki.

– Dobra.

Tak sobie siedzimy, Beth, która kontempluje i milknie na wieki, i ja, która błądzę wzrokiem między ziemią a tym dziwnym typem.

– Dzięki za pomoc, nie musimy cię tu trzymać jak strażnika. I tak już jesteśmy wdzięczne.

Coś na kształt półuśmiechu pojawia się na jego ustach.

– W porządku.

– A właściwie to z kim mamy do czynienia? – pytam z lekką obawą.

Prostuje się i sięga dłonią do kaptura. Mam wrażenie, że dostanę zawału.

Ściąga go powoli, a ja widzę przenikliwe zielone oczy wpatrujące się we mnie.

– Możesz mi mówić Asher.

Rozdział 3

Olivia

Asher. Powtarzam to imię parokrotnie w myślach. Zielonooki mężczyzna wciąż na mnie zerka.

– Olivia. – Wyciągam dłoń. – To jest Beth. – Wskazuję na przyjaciółkę.

– Asher? – dopytuje się B.

– Tak – odpowiada krótko i zwięźle.

– Masz może jakieś nazwisko? – naciska.

– Wystarczy Asher. – Jego wzrok kieruje się na nią. Robi się niezręcznie.

– W porządku. – Ściągam znowu na siebie jego uwagę i uśmiecham się.

– Wspominałeś wcześniej, że dobrze się tu bawiłyśmy. – Wskazuję na bar. – Widziałeś nas? – pytam zaintrygowana.

Trudno wyczytać coś z jego wyrazu twarzy. Wydaje się za to zainteresowany moim ciałem. Jego wzrok ślizga się po mnie. Sunie spojrzeniem od stóp, przez biodra i brzuch, po okolicę piersi. Czuję się skrępowana i prawdopodobnie spory rumieniec zaczyna pojawiać się na moich policzkach. On spokojnie przenosi wzrok na moją twarz i zauważając mój dyskomfort, lekko się uśmiecha.

– Tak, widziałem. Ale dopiero teraz patrzę naprawdę.

Czuję się trochę oszołomiona, zerkam na Beth, by sprawdzić, czy podziela moje zdanie. Chyba nie, marszczy brwi i przysłuchuje się nam w milczeniu.

– Dlatego nam pomogłeś? – Jestem ciekawa.

– Nie, miałem w tym interes. Dobrze się stało, nie lubię tego fiuta Walta. – Pierwsze oznaki ożywienia pojawiają się na jego twarzy.

Czuję się skonsternowana, nie wiem, jak się zachować. Nagle robię się bardzo zmęczona, adrenalina spada, a ja jestem wypompowana.

Odwracam się do Patrica i wołam go. Chcę go poprosić o rachunek za dwa ostatnie drinki.

– Zbieramy się, Beth? – pytam, mając nadzieję na twierdzącą odpowiedź.

– Tak, mam dość na dzisiaj i chyba całe przyszłe półrocze.

– Patric, daj nasz rachunek i spadamy. Beth, zamów Ubera, proszę.

Asher w dalszym ciągu stoi z nami i obserwuje sytuację. Czuję jego obecność tuż za plecami, gdy się rozliczam. Patric jak na zawołanie podnosi głowę i patrzy na naszego towarzysza. Stara się to ukryć, ale widać, że zaczęły mu się trząść ręce.

To nie jest przypadek. Kolejna dziwna reakcja. To powoduje, że moje serce zaczyna odczuwać dziwny strach. Co to za człowiek.

Nie mogę się ruszyć, bo nie chcę się o niego otrzeć.

– Możesz się przesunąć? Chciałabym przejść – mówię lekko, odwracając głowę.

– Mógłbym. – Trzyma mnie w niepewności.

– To się przesuń – wyrzuca moja koleżanka.

Prawdopodobnie nie wyłapuje tego co ja. W myślach proszę ją o nieprowokowanie żadnej agresywnej sytuacji. Nie znamy mężczyzny, to, że nam pomógł i jest przystojny, jeszcze nie znaczy, że nie jest świrem.

Prycha. Serio prycha jak rozkapryszona panna. I robi dwa kroki w tył.

– Możemy porozmawiać bez tego gestapo przy twoim boku? – pyta, gdy się odwracam.

Ma bardzo przekonujące spojrzenie.

– Yyyy, no, tak, tylko że my się już zbieramy – zaczynam się motać.

Asher zerka kątem oka na koleżankę.

Ta wyrzuca ręce w górę.

– No dobra, poczekam przy szatni.

Odwraca się w moją stronę usatysfakcjonowany.

– Alee! – krzyczy jeszcze. – Jeśli nie przyjdzie w ciągu dziesięciu minut, to tu wrócę – mówi z wyczuwalną groźbą w głosie.

– Jasne.

Beth rusza do szatni, a moje oczy wędrują za nią. Czuję gulę w gardle.

Na moim podbródku pojawiają się męskie palce.

– No, to słucham.

– Wiem, że przychodzisz tu co jakiś czas.

– Tak, zdarza mi się, ale nigdy wcześniej cię nie widziałam.

– Ten facet, z którym tu przychodzisz, to dla ciebie ktoś bliski? Chłopak?

Trochę bezpośrednie pytanie, ale mimo wszystko rozśmiesza mnie to, że ktoś mógł pomyśleć o mnie i Vinnie’em jak o parze. Tym bardziej że zawsze była z nami Beth.

– Widzę, że jesteś dość zorientowany. Nie, Vinnie nie jest moim chłopakiem. To przyjaciel.

– Dlaczego dzisiaj jesteście bez swojego przyjaciela?

Słowo „przyjaciel” jest przesiąknięte sarkazmem. Ten facet zaczyna mnie wkurzać.

– Miał swoje sprawy.

– Jakie? – Jego spojrzenie wwierca się we mnie.

– Nie wiem, nie śledzę go – mówię już bardzo poirytowana.

– Nie wiesz. No dobra. To skoro to nie jest twój chłopak, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zostawiła mi swój numer.

To oficjalne – facet ma rozdwojenie jaźni. Nie wiem, jak to świadczy o mnie, ale muszę przyznać, że jednocześnie ma w sobie jakiś magnetyzm.

– Nie wiem, właściwie się nie znamy – zaczynam się wykręcać.

– No to jakoś trzeba się poznać, nie sądzisz? – Zniża głos.

Nie wiem, co zrobić, z jednej strony chcę tego, a z drugiej typ mnie trochę przeraża. Chociaż to tylko numer.

Chyba faktycznie właśnie tak się poznaje ludzi.

Beth zaczyna się wyłaniać zza ściany i iść w naszym kierunku. Ubrana jest już w płaszcz, a w ręce trzyma moje okrycie. To już? Dziesięć minut minęło?

– Więc? – ponagla mnie.

– Nie bądź tchórzem, Olivio.

Sposób, w jaki wypowiada moje imię, sprawia, że prawie się zapowietrzam.

– Aj, dobra. Zapisuj.

Wyciąga swój telefon i notuje ciąg cyfr.

– Muszę iść, naprawdę – dodaję pospiesznie.

Cała jego uwaga skupia się na mnie. Już mam się odwrócić i odejść, gdy czuję chwyt na ręce. Ponownie tego wieczoru. Tym razem Asher unosi moją dłoń i delikatnie całuje wnętrze mojego nadgarstka.

Czuję się oniemiała, nie pasuje to do mężczyzny w bluzie z kapturem.

– Więc idź, Livie.

W tym momencie dostaję prawdopodobnie miniudaru.

– Pa.

Następnie zostaję pociągnięta w stronę wyjścia, gdzie czeka już na nas wóz.

Wychodząc, odwracam się jeszcze w jego kierunku, a wtedy widzę, jak podaje mały woreczek foliowy jakiemuś typkowi w garniturze.

W co ty się wpakujesz? – myślę i przymykam powieki na własną głupotę.

Beth wręcz zaciąga mnie do Ubera. Jej gniewne spojrzenie nie zwiastuje niczego dobrego.

– Czego chciał?

– A tak… pogadać na spokojnie. Bez tej dezaprobaty w twoich oczach. – Uśmiecham się do niej. Chcę trochę rozluźnić atmosferę.

– I o czym tak na spokojnie rozmawialiście? – drąży.

– Jezu, daj mi spokój. Serio, nic takiego. Kojarzy, że chodzimy tam czasami z Vinnie’em. I właściwie to tyle.

Jego impertynenckie pytania zostawiam dla siebie.

– No to albo jest zajebiście spostrzegawczy, albo jest psychopatą. Może to stalker?

– Proszę cię, za daleko. – Przewracam oczami.

– Mówisz, kojarzył Vinnie’ego? – kontynuuje przesłuchanie.

– Tak.

Reszta drogi mija nam w milczeniu. Docieramy do domu chwilę po drugiej w nocy. Mam już serdecznie dość tego wieczoru. Marzę tylko o łóżku i mięciutkiej poduszce. Nie odzywam się już do przyjaciółki, nie zrozumiałaby, dlaczego dałam mu swój numer. Sama nie wiem, po co to zrobiłam.

Teraz moje myśli są bardziej racjonalne. Dochodzę do wniosku, że najlepiej o tym zapomnieć, pewnie nigdy się nie odezwie. Już otwieram drzwi mojego pokoju, gdy słyszę głos mojej współlokatorki.

– Skoro on zna naszego przyjaciela, to może Vincent będzie znał jego.

– Nie wiem, może tak być – mówię już na odczepnego.

– Spróbuję się z nim jutro skontaktować i popytać o jego znajomości w Massive.

– Jak chcesz, ja zamierzam zostawić ten temat za sobą. Dobranoc, padam.

– Jasne, ja też lecę z nóg. Do jutra.

Z ulgą zamykam drzwi swojej sypialni. Opieram głowę o nie i wzdycham. Jedyne, na co mnie teraz stać, to przebranie się w piżamę i zmycie makijażu płynem, który mam przy łóżku. Prysznic i mycie zębów muszą poczekać do jutra.

Jak tylko czuję poduszkę pod głową, zaczynam odlatywać, alkohol i tańce też zrobiły swoje. Już prawie zasypiam, gdy słyszę dźwięk SMS-a.

Niechętnie i z lekką obawą wyciągam telefon spod poduszki. Wyświetla się wiadomość od nieznanego numeru.

Śpij dobrze, Olivio. Do zobaczenia niebawem.

Nie ma podpisu. Ale ja wiem, kto napisał.

Daje mi jasny znak, że to nie koniec. Zasypiam z dziwną lekkością w sercu i uśmiechem na ustach.

Ostatnia myśl przed zaśnięciem?

Wpadłam.

Rozdział 4

Boss

– Szefie, staram się to ogarnąć. Jestem pewien, że to on, tylko nie złapałem go jeszcze za rękę.

Cwany jest.

– Nie wkurwiaj mnie, Zack. Od miesiąca słyszę to twoje pierdolenie.

Przysięgam, zaraz eksploduję. Jakiś nic nieznaczący chujek podpierdala mi towar, a on się, kurwa, stara to ogarnąć.

– To ja muszę się tu osobiście fatygować, bo ty nie potrafisz ogarnąć jednego jebanego klubu.

Massive to nie całe miasto czy dzielnica, tylko jeden klub. Przynajmniej według wersji dla niego chodzi tylko o jeden klub. Tak czy siak nawet nie jest na szczycie naszej listy, to nie Gold czy Katharsis.

– Przepraszam, szefie.

Śmiech na sali. Chłop jak dąb, a kuli się teraz jak wystraszone dziecko. Młody jest, ale bez przesady.

– Zack, w takim tempie nigdy nie znajdziesz innego miejsca w rodzinie. To, że jestem twoim wujkiem, nic ci nie pomoże. Jak to spierdolisz…

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Odjebię go i po sprawie. Powiemy, że to on.

– To tak nie działa, młody. Taką zdradę trzeba napiętnować. Dawać przykład innym. Rodziny się nie zdradza, zwłaszcza naszej. Ty musisz się wykazać.

Zaccary przełyka ślinę. Widać, że jest wystraszony.

Ja pierdolę, co ja z nim mam. Pewnie nie jest świadomy nawet połowy rzeczy, które dzieją się wokół niego.

– Wiesz, że gdybyś był kimś innym, twój czas dobiegłby końca? – pytam cicho. – Co o nim wiesz oprócz tego, że teraz zapadł się pod ziemię?

– Nazywa się Vincent Caligari. Zazwyczaj bywa tu sam i podlega bezpośrednio mnie.

– I co jeszcze? To mało.

– Od czasu do czasu przychodzi tu z dwoma dupeczkami.

Jest to jakiś punkt zaczepienia.

– A klienci? Zawsze ci sami? Nic podejrzanego? Nikt się nie skarżył?

Powszechnie wiadomo, że Massive jest nasze.

– Musimy się do niego dostać – warczę.

Wskazuję na młodego palcem i mówię, żeby się wziął do roboty, ja również zamierzam odrobić swoje lekcje.

Wychodząc, trzaskam drzwiami. Moich dwóch ludzi czeka na korytarzu biura w klubie, który jest teraz pusty. Za wcześnie na klientów.

Gdy idę, pracownicy spuszczają wzrok, wolą nie patrzeć mi w oczy. Boją się tego, co mogliby w nich zobaczyć. Po drodze do mojego Jaguara wybieram numer do kogoś, kto mi się teraz przyda.

– Tak? – Słyszę.

– Potrzebuję każdej informacji na temat Vincenta Caligariego. Na już.

Nie potrzeba odpowiedzi.

No to chyba zaczynamy grę.

Asher

Dawno nie byłem w terenie. Sprawdzam, czy moja broń jest wszędzie tam, gdzie powinna. Pod bluzą mam dwa gnaty, jeden za paskiem od spodni, na łydce nóż. Przeciętni ludzie prawdopodobnie inaczej szykują się w sobotni wieczór na wyjście do klubu.

Ta mała mnie nie zaskoczy, ale przezorny zawsze ubezpieczony.

Na ten wieczór jest jeden cel – Olivia Statham i Bethany Williams.

Patrzę na zdjęcie uśmiechniętej brunetki. Biedna, jeszcze nie wie, co ją czeka. Za samo zadawanie się z tym kutasem Vincentem powinna mieć karę. Myśli, że jest w stanie przede mną uciec. Znalazłbym parę sposobów na uprzykrzenie jej życia.

Wiem o nich wszystko.

Olivia ma dwadzieścia dwa lata i studiuje prawo na Nowojorskim Uniwersytecie. Jedyna córka państwa Stathamów. Urodzona w Annsville. Ma stypendium i dorabia w kawiarni bądź wyprowadzając psy.

Sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, niebieskie oczy, brunetka, włosy do łopatek. Brak znaków szczególnych. Średni z niej kierowca, bo ma już parę mandatów za chujowe parkowanie.

Nie była nigdy w związku. Miała jedynie chłopaka w liceum.

Bethany ma dwadzieścia dwa lata i studiuje literaturę, również na Uniwersytecie Nowojorskim. Córka Williamsów. Ma dwie siostry i brata. Prawdopodobnie chciała się wyrwać z tej pełnej chaty. Najstarsza z rodzeństwa. Brak prawa jazdy. Zero związków. Sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, blond włosy do ramion i niebieskie oczy.

Mam przed sobą jeszcze całe mnóstwo informacji na ich temat, ale to nieistotne. Liczy się ich relacja z Vincentem.

Oprócz informacji, że studiowali na jednym uniwerku, i paru wspólnych zdjęć na portalach społecznościowych to nie ma za dużo materiałów. On jest ciekawą zagadką, a wydawał się taki przewidywalny.

Vincent Caligari ma dwadzieścia trzy lata i sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Syn Davida i Cariny Caligarich. Urodzony w Nowym Jorku. Najmłodszy z trojga rodzeństwa. Ma brata i siostrę. Ciemnobrązowe włosy i piwne oczy. W domu się nie przelewało. To jest dla mnie dziwne, zważywszy na jego ojca.

Mimo wszystko to bardzo mało informacji. I to jest najbardziej podejrzane.

Moją uwagę ponownie przyciąga zdjęcie brunetki. Wydaje się taka niepozorna, taka niewinna.

Patrzę na zegarek, dwudziesta – w sam raz na łowy.

Naciągam kaptur na głowę i idę do Massive.

One jeszcze nie wiedzą, że im się przyglądam. Po początkowo zagubionej minie Olivii nie ma śladu. Nie ma też śladu Vincenta. Jest to dla mnie zaskoczenie i zagadka.

Dlaczego zapadłeś się pod ziemię, Vinnie?

Podczas ich obserwowania udaje mi się ubić parę interesów. Trzeba wiedzieć, co się dzieje. Ludzie to najlepsze źródło wiedzy. Kiedy nie wiedzą, z kim rozmawiają, to powiedzą wszystko.

Po chwili są już na parkiecie i tańczą.

Na długo zostanie mi ten obraz w pamięci. Blondynka jest dobra, ale ta druga – czysta sensualność. Delektuję się widokiem.

Nagle obraz się zmienia i zostaję razem z nią wyrwany z transu.

Jakiś kutas trzyma ją za rękę i nie chce puścić. Widać, że sytuacja jest dla niej niekomfortowa.

Podchodzę trochę bliżej i widzę chuja Waltera Browna. Śmieć ma się za boga, podczas gdy robi tylko za popychadło swojego ojca, Christiana Browna, współwłaściciela sieci hoteli.

Jego głowa się unosi i w tym momencie facet mnie zauważa. Zaraz narobi w te swoje drogie spodnie.

Czas na show.

Rozdział 5

Olivia

Rano wydarzenia minionej nocy jakby wyblakły. Gdy promienie słoneczne wpadają przez okno, zapominam o tej ciężkiej atmosferze. Przeciągam się i jestem gotowa zacząć nowy dzień.

Jednym okiem zerkam na zegarek, no dobra, może pół dnia, bo już południe. Chyba faktycznie musiałam odespać emocje.

Po porządnym posiłku i ciepłym prysznicu czuję się pełna energii. To właściwie dobrze się składa, bo muszę powtórzyć parę zagadnień przed jutrzejszymi zajęciami. Już mam się zebrać od stołu, żeby posprzątać, gdy z pokoju wypada Beth.

W jej wypadku mogło być lepiej. Podpuchnięte oczy, siano na głowie i lekki odór alkoholowy. Dziwne, po tylu godzinach spania powinna się lepiej zregenerować.

Odsuwam krzesło i chwytam za talerz. Jeszcze chwilę krzątam się po kuchni, gdy przyjaciółka robi sobie kawę. Czekam, aż powie, co ma do powiedzenia. Ewidentnie ją nosi.

– Livie, nie mogę przestać myśleć o tym, co się wczoraj stało. – Marszczy brwi.

No tak, dla mnie może i dzisiaj zaświeciło słońce, dla Beth ewidentnie nie.

– Najlepiej zrobimy, nie wracając do tematu. – Uśmiecham się serdecznie, żeby poczuła, że naprawdę tak myślę.

– Nie da się tak. Jak możesz nie być ciekawa, co tam się wczoraj odjebało?

Jest autentycznie zdziwiona.

– Nie wiem, czy chcę wiedzieć. Wiesz, myślę, że…

Nie daje mi dokończyć, tylko wchodzi w zdanie.

– Pisałam i dzwoniłam w nocy do Vinnie’ego, chciałam, żeby jakoś zareagował.

– Serio? Nie dajesz ludziom spać, żeby zaspokoić ciekawość? I liczyłaś na jakąś błyskotliwą reakcję akurat od niego?

– Serio. I nic dalej nie wiem, bo nie raczył odebrać ani odpisać na żadną z moich wiadomości. Przeczytał tylko pierwszą i tyle. Złamas.

– Daj spokój. Właściwie jakby pomyślał, że dzieje się coś złego, to po tych wiadomościach by się odezwał. Spróbujemy się z nim skontaktować wieczorem.

Dla mnie jest to koniec tematu. Blondynka rzuca mi tylko niezadowolone spojrzenie i wraca do swojego pokoju.

Zamierzam wykorzystać to niedzielne popołudnie, ponieważ przez dwa następne weekendy mam pracować w kawiarni. Nawet lubię tę pracę. Jest generalnie dorywcza, więc mam czas poświęcić się studiom. Jest jednak grudzień, zbliża się przerwa świąteczna, ludzie chętnie spotykają się ze znajomymi. Tym sposobem mam więcej pracy.

Nie przyznałam się przed Beth, że mnie również zastanawia sytuacja z Vinnie’em. Oprócz tego ostatniego SMS-a, który do mnie wysłał – zero kontaktu. Z drugiej strony nie musi nam się spowiadać.

Jak już usiadłam do nauki, to trudno mi się oderwać. Chcę się specjalizować w prawie handlowym. Nikogo nie zdziwię, mówiąc, że po studiach marzy mi dobra posada w korpo. Nie jestem z tych, co idą na prawo karne, a potem w imię idei będą ścigać zwyrodnialców.

Prawo handlowe jest spokojniejsze w moim mniemaniu. Może nie ma fajerwerków, ale nie chcę się użerać z półświatkiem tego miasta.

Na koniec dnia cały ten zapas energii, którą wcześniej miałam, wyparowuje. Za dużo czasu siedziałam przy tych moich księgach.

Stać mnie jeszcze tylko na odpalenie serialu na Netflixie. Okazuje się, że kostiumowe też są świetne. Przy końcówce odcinka zaczynam już odlatywać. Krążę na granicy jawy i rzeczywistości, kiedy z tego błogiego stanu wyrywa mnie dźwięk telefonu.

Serce bije mi szybciej, gdy sięgam po komórkę. Staram się nie myśleć o tym facecie. Naprawdę, chcę to uciąć w zarodku. Mimo wszystko zapisałam sobie jego numer. Drżącą ręką chwytam telefon i odblokowuję.

A.: Nie odezwałaś się do mnie.

No co za tupet. Ja się miałam odzywać? On chciał mój numer.

Ja: Tak jak i ty do mnie. Dobry wieczór, Asher.

Trzy kropeczki pojawiają się w polu. Pisze coś.

A.: Mój błąd. Zobaczymy się?

Oszczędny w słowach. No i co teraz? Nie wiem sama, wszystko, co wydarzyło się w nocy, wydaje się śmieszne, ale co, jeżeli mi się to nie przywidziało?

Ja: Nie wiem, czy jest sens.

Pogram z nim trochę na zwłokę.

A.: Jeżeli czujesz, że chcesz się spotkać, to jest sens. Jeżeli nie, to zwyczajnie powiedz. Nie lubię niedomówień, Olivio.

Jezu, musi być taki racjonalny?

Z pięć minut wpatruję się w wyświetlacz i nadal nic nie wiem.

Kolejne piknięcie.

A.: Boisz się? Nie daj się zamknąć we własnej wyobraźni.

Sprawia, że czuję się irracjonalnie. Skąd może wiedzieć, co myślę? W końcu się decyduję.

Ja: Jutro nie mogę, mam zajęcia od rana. Cały ten tydzień może być dla mnie trudny.

A.: Przyjdź w weekend do Massive, skoro tak.

Ja: Może odniosłeś inne wrażenie, ale nie chodzę do klubów co tydzień. To nie do końca mój styl.

A.: Właśnie to pomyślałem – że tam nie pasujesz.

Dobra, robi się znowu dziwnie.

Ja: W sobotę pracuję w Bunny. To kawiarnia niedaleko uczelni. Kończę o dwudziestej, potem będę wolna.

Tym razem to ja czekam chwilę na odpowiedź. Czuję, że dłoń, którą trzymam telefon, się spociła.

Denerwuję się, nie wiem, czemu ten facet wzbudza we mnie tyle emocji.

A.: W porządku. Przyjdę po Ciebie.

Ja: Ostrzegam, nie pójdę do klubu.

A.: Nie zmuszam. Do zobaczenia.

Ja: Do zobaczenia.

Jeżeli to był flirt, to w najdziwniejszym wydaniu w moim życiu. Właściwie dobrze się składa, że mam jeszcze tydzień. Przemyślę sprawę i w razie czego będę mogła się z tego wykręcić. Staram się tego za bardzo nie analizować. Rozbudzam się przez to.

Leżę i wpatruję się w sufit. Niedobrze, myśli galopują jak szalone. Nagle w jednej z nich znajduje się Vinnie. Właśnie, Vinnie.

Ponownie chwytam za telefon. Tym razem nie bawię się w SMS-y, od razu wybieram numer.

Jeden sygnał, drugi, trzeci. Już mam się rozłączyć zrezygnowana, kiedy słyszę jakiś szelest po drugiej stronie.

– Vinnie? Halo?

Słyszę odchrząknięcie.

– Hej, Livie.

Spływa na mnie ogromna ulga, kiedy go słyszę. Przez to gadanie Beth samej zaczyna mi odwalać.

– Jezu, czemu nie odbierałeś wcześniej? Beth próbowała się z tobą skontaktować wczoraj – wyrzucam z lekką naganą w głosie.

– Wiem, przepraszam.

– Przeczytałeś o wczorajszej sytuacji? Mówiła, że opisała ci, co działo się w klubie.

– Tak, chujowo wyszło. Wiem. Nie chciałem, żeby spotkały was jakieś nieprzyjemności. Przepraszam.

– Stary, spoko, przecież nie masz nas w dowodzie. To się mogło zdarzyć każdemu.

– Niby tak.

– Vinnie, znasz jakiegoś Ashera z Massive?

– Yyyy nie. Czemu?

– Tak się przedstawił facet, który nam pomógł.

– Jak wyglądał? – Da się usłyszeć lekkie spięcie w głosie.

– Wysoki, ciemne włosy, bardzo krótkie.

Mam wrażenie, że zaczyna sapać.

– Co jeszcze? – pyta zdenerwowany.

– Był ubrany w bluzę z kapturem i czarne spodnie. Chyba jeansy, trudno powiedzieć, ciemno było.

Jakby uleciała z niego para.

– A to nie, to nie kojarzę nikogo takiego.

– No dobra. Dlaczego nie mogłeś z nami pójść?

– Rozłożyło mnie, było fatalnie.

– To nie mogłeś nam tego powiedzieć? Tylko wysyłasz wiadomości po nocach.

– Luz, następnym razem powiem.

– To co, może w tygodniu wpadniesz do nas w jakiś wieczór to pogadamy? – pytam już w luźniejszej atmosferze.

– Zobaczymy, młoda. Będziemy w kontakcie. Ucałuj Beth.

– Ej, jestem tylko trochę młodsza od ciebie, staruchu. Ucałuję, Trzymaj się, pa.

Szczerze mówiąc, ulżyło mi po tej rozmowie. Nie usłyszałam niczego w stylu „Wiej, Olivio, bo Asher to świr”.

Tym razem zasypiam, przykładając głowę do poduszki, bo jestem o wiele spokojniejsza.

Rozdział 6

Olivia

Od zeszłego weekendu zrobiło się trochę dziwnie. Myślę, że jest parę elementów składających na tę sytuację.

Po pierwsze powiedziałam Beth, że mam zamiar zobaczyć się z Asherem w sobotę. Można sobie wyobrażać, jakimi epitetami mnie obrzuciła. Generalnie rzecz biorąc, to jej się nie dziwię. Nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego się z nim zobaczę. Zagościła we mnie jakaś chora ciekawość.

Po drugie Vinnie odezwał się jeszcze ze dwa razy, wymigał się od kolejnego spotkania, które ostatnio zaproponowałam. Beth wspominała, że też z nim rozmawiała, ale bez żadnych konkretów.

Z racji tego, że przyjaciółka swoją dezaprobatę okazuje milczeniem, nie mogę się z nią podzielić natłokiem myśli, jaki mam przed sobotą. Prawdopodobnie i tak usłyszałabym, że jestem jebnięta.

Tak więc żyję sobie w swoim małym świecie aż do kolejnego weekendu.

Moja zmiana w Bunny zaczyna się od dwunastej. Muszę powiedzieć, że wybierając ubrania do pracy i robiąc makijaż, spędzam dużo więcej czasu niż standardowo. Nie mam pojęcia, co będziemy robić, jak już Asher po mnie przyjdzie.

O ile przyjdzie.

To kolejna sprawa, która wydaje mi się trochę podejrzana. Dlaczego się nie odezwał od niedzieli?

Zazwyczaj jeżeli chcesz się z kimś umówić, to szukasz kontaktu czy chociażby potwierdzenia spotkania.

Moja mama twierdzi, że w takich sytuacjach wychodzi ze mnie prawnicza natura. Zawsze muszę wiedzieć, jak i dlaczego.

Wkładam czarne obcisłe rurki i białą koszulkę z półokrągłym dekoltem oraz długimi rękawami, a na to kremowy sweter z grubym splotem. Włosy spinam w kucyk. Czuję się dobrze.

Parę godzin później moje myślenie się lekko zmienia. Nie wiem, co się tym ludziom dzisiaj stało, ale jakby nigdy kawy nie pili. Krążę między stolikami i zbieram zamówienia. Ruch jest tak duży, że trzeba ściągnąć dodatkową osobę. Nawet szef wyszedł ze swojej kanciapy, żeby kroić ciasta. Może to już powoli ta przedświąteczna atmosfera.

W końcu wielu ludzi wyjeżdża na święta. Pewnie chcą spotkać się jeszcze ze znajomymi i życzyć udanej przerwy bożonarodzeniowej.

Jeżeli chodzi o mnie, to nie wyobrażam sobie, żebym nie mogła być z rodziną w tym czasie.

O dziewiętnastej robi się lżej. Zaczynamy już nawet porządki, bo po wizycie takiej liczby gości powstał niezły rozgardiasz.

– Dobrze, że do mnie zadzwoniliście – mówi Katie, z którą pracuję już od dłuższego czasu.

– Nie było innej możliwości, sama widziałaś, co tu się odjebało.

Czuję się wykończona.