Diabeł, którego znasz - Lisa Holmfjord - ebook
NOWOŚĆ

Diabeł, którego znasz ebook

Lisa Holmfjord

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Thriller psychologiczny o oszustwach, nadużywaniu władzy i przemocy systemowej...

JULIE to samotna matka chłopca, którego ojciec przebywa aktualnie w więzieniu. Wbrew swojej woli zostaje objęta nadzorem ośrodka opieki społecznej. Konsultant na początku wydaje się niezwykle czarujący, a kobieta jest zadowolona z tej współpracy. Do momentu, aż mężczyzna zaczyna oczekiwać czegoś w zamian. Ze strachu przed utratą syna Julie czuje się zmuszona mu ulec.

CELINE jest zdesperowana. Już nie może się widywać z córką. Jej były mąż, obecnie pracownik opieki społecznej, przez lata wielokrotnie oskarżał kobietę o przemoc i molestowanie, a teraz także o próbę uprowadzenia dziecka. Celine zna jednak jego tajemnice, dlatego decyduje się śledzić mężczyznę, by zgromadzić dowody i go zdemaskować – chociaż wie, że to śmiertelnie niebezpieczne przedsięwzięcie.

LINDA niedawno straciła pracę w Policyjnej Służbie Wywiadowczej i trafia do zwykłego, małego komisariatu. Tam przydzielono ją do sprawy pewnej samotnej matki. Szybko okazuje się, że to poważniejszy i znacznie bardziej skomplikowany przypadek, niż początkowo sądziła.

„Diabeł, którego znasz” to drugi tom serii thrillerów psychologicznych Lisy Holmfjord ukazujących mroczne oblicze instytucji, które przede wszystkim powinny pomagać pokrzywdzonym. Pierwszy tom cyklu, „Śmierć to tylko chwila”, cieszył się dużym zainteresowaniem czytelników i słuchaczy.

Lisa Holmfjord przez długi czas była dyrektorką Duńskiego Stowarzyszenia Kobiet i działa na rzecz równouprawnienia, przestrzegania praw człowieka i przeciwdziałania przemocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 522

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Djævlen du ken­der

Prze­kład z ję­zyka duń­skiego: Agata Lu­bo­wicka

Co­py­ri­ght © Lisa Holm­fjord, 2026

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-218-2

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

Środa31 sierp­nia 2011

1

Droga Ce­line,

jak wiesz, za­zwy­czaj nie od­po­wia­dam na Twoją ko­re­spon­den­cję. Tym ra­zem mu­szę jed­nak zde­men­to­wać ostat­nie kłam­stwa, ja­koby to za moją zgodą wy­je­cha­łaś z Lærke, a póź­niej miał­bym do­nieść na Cie­bie służ­bom so­cjal­nym.

Ni­gdy nie wy­ra­ził­bym zgody na wy­jazd Lærke w trak­cie roku szkol­nego. Za­nim zde­cy­do­wa­łaś się na ten nie­roz­sądny krok, po­win­naś była prze­my­śleć kon­se­kwen­cje.

Dla do­bra Lærke pro­szę Cię, abyś po­szu­kała po­mocy. Nie je­steś zdrowa. Wi­dzę zmiany, które w To­bie za­szły, tak samo jak wi­dzi je Lærke.

Na­sze mał­żeń­stwo było udane. Pry­wat­nie też to przy­zna­wa­łaś. By­łaś ze mną szczę­śliwa. By­łaś szczę­śliwa, kiedy za­pew­ni­łem Ci po­moc psy­chia­tryczną w okre­sie ciąży. By­łaś szczę­śliwa aż do dnia, w któ­rym po­now­nie za­cho­ro­wa­łaś i za­czę­łaś oskar­żać mnie o prze­moc. A prze­cież było do­kład­nie na od­wrót. Na­dal mam pro­to­kół z izby przy­jęć po Two­jej na­pa­ści na mnie.

Ce­line, ni­gdy nie sto­so­wa­łem prze­mocy ani wo­bec Cie­bie, ani wo­bec ni­kogo in­nego. Me­rete, moja przy­szła żona, może to po­twier­dzić. Na­daję się na męża i je­stem tro­skli­wym oj­cem.

Oboje wiemy, że to ja pod­ją­łem de­cy­zję o roz­sta­niu. I że bar­dzo ciężko to znio­słaś. Naj­pierw było Ci przy­kro, póź­niej mia­łaś do mnie żal, a obec­nie dzia­łasz w spo­sób mściwy i wy­ra­cho­wany.

A wszystko to mimo że zo­sta­wi­łem Ci miesz­ka­nie w nad­zwy­czaj atrak­cyj­nym i zmo­der­ni­zo­wa­nym (przeze mnie) seg­men­cie w Tåstrup – w na­dziei, że po roz­wo­dzie doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia w spra­wie Lærke. Nie­stety ni­gdy się to nie udało.

Opie­kuję się na­szą córką od pra­wie trzech lat. Lærke czuje się ze mną do­brze. Jest ra­do­sną i by­strą dziew­czynką i tak po­winno po­zo­stać.

Dla­tego, droga Ce­line, pro­szę Cię: opa­mię­taj się. Na­ucz się od­dzie­lać wła­sne po­trzeby od po­trzeb Lærke. Krzyw­dzisz ją, nie do­strze­ga­jąc ni­kogo poza sobą.

Z wy­ra­zami sza­cunku

Hen­rik

Ju­lie od­dała te­le­fon Hen­ri­kowi.

– Nie od­pi­sała – po­wie­dział. – Ale mogę się za­ło­żyć, że już ob­my­śla ze­mstę.

Ju­lie miała ochotę wyjść do kuchni na pa­pie­rosa.

Za­pa­dła ci­sza.

Sie­dzieli obok sie­bie na so­fie. Ona ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami, on z jedną nogą na ka­na­po­wej po­duszce, uło­żoną pod ta­kim ką­tem, że ko­lano lekko do­ty­kało uda Ju­lie. Za­wsze tak sie­dział, kiedy się spo­ty­kali – zwró­cony przo­dem do niej i od­po­wied­nio bli­sko.

Nie było w tym żad­nych ukry­tych za­mia­rów. Jak sam wy­ja­śnił, na­le­żał do osób lu­bią­cych bli­skość fi­zyczną – i Ju­lie z cza­sem do tego przy­wy­kła.

Wciąż mó­wił o swo­jej by­łej żo­nie.

Ju­lie zer­k­nęła w stronę uchy­lo­nych drzwi bal­ko­no­wych. Po­pra­wiła gumkę spi­na­jącą w ku­cyk jej ja­sno­blond włosy, wsłu­chana w dzie­cięce głosy do­bie­ga­jące z placu za­baw i uznała, że od­bie­rze Madsa za­raz po szkole. Nie było sensu, żeby zo­sta­wał w świe­tlicy, skoro mo­gli wy­brać się na plażę i po­pły­wać w mo­rzu. Po­czuła przy­pływ za­do­wo­le­nia na myśl o tym, jak za­chwy­cony bę­dzie jej syn.

– Mu­szę za­pa­lić – oznaj­miła, od­wra­ca­jąc się do Hen­rika.

Uśmiech­nął się i po­ło­żył miękko dłoń na ra­miączku jej ko­szulki. Jego palce de­li­kat­nie gła­dziły na­gie ra­mię.

– Wiem, że nie po­wi­nie­nem opo­wia­dać ci tego wszyst­kiego. Ale… nie daje mi to spo­koju.

– Nic się nie stało – od­parła i ze­rwała się z sofy, chwy­ta­jąc ku­bek ze stołu. – Może twoja była żona po pro­stu coś źle zro­zu­miała w związku z tym wy­jaz­dem?

– Pro­szę cię, Ju­lie. – W jego gło­sie za­brzmiał wy­rzut, cho­ciaż do­łeczki w po­licz­kach nieco go zła­go­dziły. Po­krę­cił głową, jakby po­wie­działa coś na­prawdę na­iw­nego.

– Po pro­stu cho­dzi mi o to, że… – Ju­lie po­woli upiła łyk kawy. Nie miała prawa za­da­wać py­tań, mie­szać się w pry­watne ży­cie Hen­rika. W rze­czy­wi­sto­ści czuła się nie­swojo, gdy pod­czas ich spo­tkań scho­dził na te­mat re­la­cji z eks­żoną. Ni­gdy nie wie­działa, jak po­winna za­re­ago­wać. Bo on tego od niej ocze­ki­wał. Że za­re­aguje. Że bę­dzie go słu­chać i uczest­ni­czyć w roz­mo­wie. Nie od­sta­wiła kubka, kiedy znów usia­dła na so­fie. – Może po prze­czy­ta­niu two­jego mejla Ce­line zro­zu­mie, że dla do­bra wa­szej córki po­win­ni­ście ze sobą współ­pra­co­wać?

– To wy­klu­czone. Ce­line ob­cho­dzi tylko ona sama. Po­trafi być na­prawdę wredna, je­śli coś nie idzie po jej my­śli. – Spoj­rze­nie Hen­rika po­smut­niało. – Po roz­wo­dzie moje ży­cie zmie­niło się w pie­kło. Było tak źle, że roz­wa­ża­łem ucieczkę za gra­nicę. Mia­łem za­ła­twione fał­szywe pasz­porty i przy­go­to­waną pod­ręczną torbę z go­tówką. Wiem, że wy­daje się to prze­sad­nie dra­ma­tyczne. I sza­lone. – Do­łeczki znów po­ja­wiły się w jego po­licz­kach, kiedy krę­cił głową. – Ale at­mos­fera była wów­czas tak na­pięta, że czu­łem się przy­tło­czony. Zor­ga­ni­zo­wa­łem na­wet kry­jówkę, gdzie wszystko cze­kało go­towe.

Ju­lie po­ki­wała głową i upiła duży łyk kawy.

– Wy­sła­łem go też jej ad­wo­ka­towi – do­dał Hen­rik, prze­cze­su­jąc pal­cami włosy.

Przez mo­ment miała wra­że­nie, że coś jej umknęło, że za­my­śliła się i stra­ciła wą­tek. Za­uwa­żył to.

– Mejl – po­wie­dział. – Wy­sła­łem go ad­wo­ka­towi.

– Aha. – Do­piła resztkę kawy. – I co od­po­wie­dział?

– Je­steś taka słodka. – Po­słał jej krzywy uśmiech. Ten sam, który zwy­kle wy­da­wał się cza­ru­jący, ale który w tej chwili przede wszyst­kim ją zi­ry­to­wał.

Hen­rik znowu po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu.

– Ad­wo­kat nie może od­po­wie­dzieć. Ale przy­naj­mniej wie już, że Ce­line jest krę­taczką. Do­stał całą ko­re­spon­den­cję mej­lową, więc za­po­znał się z jej wszyst­kimi psy­cho­pa­tycz­nymi oskar­że­niami. – Piesz­czo­tli­wie ści­snął ra­mię Ju­lie, za­nim z wes­tchnie­niem cof­nął dłoń. – Ce­line za­truwa mi ży­cie. Od po­czątku przy­pi­suje mi różne po­twor­no­ści. Po jed­nym z jej kłamstw mu­sia­łem na­wet wy­po­wie­dzieć pracę w Valby. To czy­sta prze­moc psy­chiczna – do­dał ści­szo­nym gło­sem.

Ju­lie po­ki­wała głową ze współ­czu­ciem.

Hen­rik nie spusz­czał z niej wzroku.

– Ale nie ma tego złego, co by na do­bre nie wy­szło. Bo te­raz je­stem tu­taj.

Od­su­nęła się od niego dys­kret­nie i ucie­kła wzro­kiem, ale za­raz znów spoj­rzała mu w oczy, które wciąż upo­rczy­wie ją śle­dziły.

– No co? – rzu­ciła z lek­kim gry­ma­sem.

Ro­ze­śmiał się.

– By­łaby z cie­bie nie­zła te­ra­peutka, Ju­lie. Spójrz tylko, jak szybko się przed tobą otwie­ram. Ale tak być nie może.

– Aha. Czemu nie? – Dała się zła­pać na jego żar­to­bliwy ton i od­sta­wiła ku­bek na stół. Głód ni­ko­ty­nowy wy­wo­ły­wał nie­po­kój w ca­łym ciele.

Jego spoj­rze­nie stało się szel­mow­skie, do­łeczki się po­głę­biły.

– Czy to taki trick, któ­rego uży­wasz, żeby nie mó­wić o so­bie?

Za­ma­sko­wała zmie­sza­nie sze­ro­kim uśmie­chem.

– Na­stęp­nym ra­zem nie może tak być. – Za­śmiał się i mru­gnął go niej po­ro­zu­mie­waw­czo. – To ja je­stem psy­cho­lo­giem.

Na­dal uśmiech­nięta po­krę­ciła głową, ogar­nięta na­głym po­czu­ciem winy. Ob­ser­wo­wała jego klatkę pier­siową, która uno­siła się mia­rowo i opa­dała pod ob­ci­słą ko­szulką. Czuła się nie­swojo, kiedy się z nią dro­czył, jakby ist­niał mię­dzy nimi ja­kiś po­ufały żart, któ­rego sensu jesz­cze nie zdo­łała roz­gryźć.

Ujął jej dłoń w swoją. Była się miękka i cie­pła.

– Wszystko w po­rządku?

Unio­sła wzrok.

– Oczy­wi­ście – od­parła, po czym wy­su­nęła dłoń, żeby znowu po­pra­wić ku­cyk.

Hen­rik cza­sami po­tra­fił czy­tać w jej my­ślach, co za­wsze bu­dziło w niej lekki nie­po­kój. I cho­ciaż rzadko my­ślała o nim źle, na­cho­dziły ją wy­rzuty su­mie­nia. Bo on tyle z sie­bie da­wał. Trosz­czył się o nią. Słu­chał. Nikt po­do­bny do niego tego nie ro­bił. Wszystko inne było tylko głu­pimi dro­bia­zgami. Znów spoj­rzała w stronę drzwi bal­ko­no­wych. Na po­dwórku pa­no­wała te­raz ci­sza. Słońce ba­wiło się ła­pa­czem snów. Mads przy­niósł go w ze­szłym ty­go­dniu, upie­ra­jąc się, że ma za­wi­snąć na bal­ko­nie i wy­ła­py­wać wszyst­kie kosz­mary, za­nim zdo­łają się za­kraść do środka.

Hen­rik od­chrząk­nął.

Znowu po­czuła na so­bie jego wzrok.

– Do­brze, za­tem o ile pa­mię­tam, roz­ma­wia­li­śmy o Mor­te­nie, za­nim ze­szli­śmy na ma­nowce – ode­zwał się znowu. – Chcesz prze­ćwi­czyć ze mną twoją roz­mowę z Mad­sem?

– Nie trzeba. Po­wie­dzia­łam mu o tym wczo­raj. – Od uśmie­chu czuła na­pię­cie w żu­chwie. Na­prawdę po­trze­bo­wała te­raz za­pa­lić.

Hen­rik po­ki­wał wolno głową.

– Na szczę­ście przy­jął to za­ska­ku­jąco do­brze – do­dała szybko, uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej. – Wła­ści­wie to na­wet cie­szy się na te od­wie­dziny u ojca w wię­zie­niu. Mam wra­że­nie, że trak­tuje to tro­chę jak wy­cieczkę do Ti­voli.

– Prze­cież nie ma w tym nic za­baw­nego. – Jego zwy­kle cza­ru­jąca twarz spo­waż­niała, a spoj­rze­nie na­brało tej wład­czej nuty, któ­rej Ju­lie nie zno­siła.

– Ja­koś to bę­dzie. Mads do­brze to znosi. Wolę, żeby uwa­żał to za coś eks­cy­tu­ją­cego, niż żeby pła­kał.

Hen­rik ciężko wcią­gnął po­wie­trze.

– W by­ciu więź­niem nie ma nic eks­cy­tu­ją­cego, Ju­lie.

– Może i nie, ale to nie Mads sie­dzi za krat­kami, tylko jego oj­ciec.

– Wła­śnie dla­tego nie po­wi­nien trak­to­wać tego jak coś, do czego warto dą­żyć.

– Do cho­lery, on wcale tego nie robi! – Ze zło­ścią po­trzą­snęła głową.

Zmarszczki na czole Hen­rika po­woli się wy­gła­dziły.

– Głę­boki wdech, Ju­lie – po­wie­dział, po czym de­mon­stra­cyj­nie za­czerp­nął tchu i po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu. – Złość to nic złego. Trzeba tylko uwa­żać, żeby nie prze­ro­dziła się w coś de­struk­cyj­nego. – Jego palce za­ta­czały de­li­katne kółka na jej na­gich ple­cach, na wy­so­ko­ści ło­pa­tek, wy­wo­łu­jąc ła­skotki.

Wie­działa, że nie ma sensu pro­te­sto­wać. Wzięła głę­boki od­dech. I jesz­cze je­den, bo Hen­rik nie spusz­czał z niej wzroku.

– O, wła­śnie tak – do­dał z za­do­wo­le­niem, po czym prze­niósł dłoń na jej udo i lekko je po­kle­pał. – Nie mu­sisz od razu się je­żyć.

Ju­lie upo­mniała się w du­chu, że spo­tka­nia z Hen­ri­kiem to naj­lep­sze, co kie­dy­kol­wiek za­pro­po­no­wał jej urząd gminy. Hen­rik wie­rzył w nią, gdy sama w sie­bie nie wie­rzyła. Upew­niał ją w tym, że jest dla Madsa do­brą matką. Był wspa­niały pod każ­dym wzglę­dem – pod wa­run­kiem, że nie do­pro­wa­dzał jej do szału. Albo nie za­czy­nał mó­wić o swo­jej szur­nię­tej eks.

Mo­gła tra­fić na­prawdę znacz­nie go­rzej.

2

Ten mejl nie zo­stał na­pi­sany do niej. Zo­stał na­pi­sany do wszyst­kich in­nych osób, ale tylko ona to do­strze­gała. Ce­line ob­rzu­ciła ostat­nim spoj­rze­niem wy­druk ko­re­spon­den­cji, który po­dał jej ad­wo­kat nad swoim ki­lo­me­tro­wym biur­kiem, po czym zgnio­tła pa­pier i rzu­ciła go z po­wro­tem sie­dzą­cemu na­prze­ciwko męż­czyź­nie.

– Hen­rik łże jak z nut.

Ra­smus He­de­vang przy­glą­dał się jej w mil­cze­niu ze swo­jego skó­rza­nego fo­tela po dru­giej stro­nie sto­ją­cego mię­dzy nimi ko­losa.

Po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie na skó­rza­nym fo­telu – zbyt ni­skim w sto­sunku do biurka i spra­wia­ją­cym, że pa­trząc na ad­wo­kata, mu­siała kie­ro­wać wzrok ku gó­rze.

– To dzięki mnie mo­gli­śmy za­miesz­kać w Tåstrup, żeby było ja­sne. Seg­ment przy Espens Vænge na­leży wy­łącz­nie do mnie, nie jest to ża­den pre­zent od niego. Ro­dzice za­pi­sali mnie do spół­dzielni miesz­ka­nio­wej KAB, kiedy jesz­cze by­łam dziec­kiem – wy­ja­śniła i unio­sła pod­bró­dek. Po­wstrzy­mała się od do­da­nia, że wszystko w tym prze­klę­tym domu tak bar­dzo przy­po­mi­nało jej o Hen­riku, że każ­dego dnia bo­lał ją od tego brzuch. Lærke była je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­rego wciąż nie spa­liła tego wszyst­kiego do fun­da­mentu.

He­de­vang po­ki­wał wolno głową, naj­wy­raź­niej nie czu­jąc żad­nej po­trzeby, by pod­trzy­my­wać tę roz­mowę.

Ce­line skrzy­żo­wała ra­miona na piersi.

– Hen­rik chce prze­cią­gnąć pana na swoją stronę. Dla­tego wy­syła panu te mejle. Dąży do tego, żeby wszy­scy się ode mnie od­wró­cili.

Ad­wo­kat na­dal się nie od­zy­wał.

– Czy słusz­nie od­no­szę wra­że­nie, że wszystko, o czym tu­taj mó­wię, nic pana nie ob­cho­dzi?

Twarz męż­czy­zny na­resz­cie ożyła, gdy jedna brew unio­sła się wy­soko.

– Cóż, jak już wcze­śniej pani mó­wi­łem, mejle pani eks­mał­żonka za­sad­ni­czo mnie nie in­te­re­sują. Mar­twią mnie na­to­miast pani mejle do niego. – He­de­vang wy­gła­dził wy­druk w spo­sób, od któ­rego żo­łą­dek pod­szedł jej do gar­dła. – Czemu znowu grozi pani upro­wa­dze­niem wa­szej córki?

– Na­pi­sa­łam tylko, że gdy­bym na­prawdę chciała ją upro­wa­dzić, tak jak on twier­dzi, ni­gdy by nas nie od­na­lazł. – Ce­line roz­ło­żyła ręce. – Na li­tość bo­ską, po­je­cha­ły­śmy tylko do La­lan­dii. Hen­rik mnie oszu­kał, by­li­śmy wcze­śniej umó­wieni. – Przy­glą­dała się twa­rzy ad­wo­kata, in­stynk­tow­nie wie­dząc, że traci czas. Mimo to spró­bo­wała za­ape­lo­wać do jego zni­ko­mej em­pa­tii. – Hen­rik oszu­kuje wszyst­kich. Nikt nie ma po­ję­cia, do czego jest zdolny. Kie­dyś po­dał mi dużą dawkę sil­nego leku, przez co tra­fi­łam do szpi­tala.

Brew ad­wo­kata zna­la­zła się kilka cen­ty­me­trów od li­nii wło­sów.

– Ma pani na my­śli po­byt na od­dziale za­mknię­tym?

– Nie. Cho­dzi mi o sy­tu­ację, kiedy pod­kradł mi Oxy­con­tin i do­dał do czer­wo­nego wina – od­po­wie­działa bez­barw­nym gło­sem. – Poza tym nie prze­by­wa­łam na od­dziale za­mknię­tym. Mo­głam stam­tąd wyjść w każ­dej chwili.

– Hmm… – Brew He­de­vanga zje­chała z po­wro­tem w dół. – Czemu w ogóle za­ży­wała pani tak silny lek prze­ciw­bó­lowy jak Oxy­con­tin?

– Spa­dłam ze scho­dów z pierw­szego pię­tra i mia­łam ope­ro­wany krę­go­słup.

– I to, że za­żyła pani zbyt dużą dawkę, było winą pani męża?

Ce­line ener­gicz­nie po­ki­wała głową.

– Wsy­pał mi lek do wina. Po pro­stu to wiem. Obu­dzi­łam się w szpi­talu. Po­tem przez kilka mie­sięcy nie po­zwa­lał mi wi­dy­wać się z Lærke.

– Czyli twier­dzi pani, że były mąż pa­nią otruł, żeby mógł…

– Ow­szem, wła­śnie to mó­wię – prze­rwała mu. – Żeby mógł za­brać Lærke.

Ad­wo­kat prze­cią­gle wes­tchnął.

– I może pani udo­wod­nić, że wła­śnie tak było?

Na­pięła żu­chwę, za­ci­snęła szczęki, aż po­czuła ból.

He­de­vang od­po­wie­dział za nią.

– Nie, prawda? Być może zmy­śliła pani tę hi­sto­rię na po­cze­ka­niu. Cze­goś ta­kiego nie mo­żemy wy­ko­rzy­stać w są­dzie. Już pani o tym mó­wi­łem.

– Hen­rik na­prawdę to zro­bił. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że to jego sprawka. Bar­dzo uwa­ża­łam z daw­ko­wa­niem tego leku.

– Ale sy­tu­acja wy­gląda obec­nie tak, że nie ma pani żad­nych do­wo­dów na po­twier­dze­nie swo­ich oskar­żeń. Ma je na­to­miast pani eks­mąż.

– Nie, je­śli cho­dzi o za­rzut po­rwa­nia. Mie­li­śmy umowę.

– Ustną umowę, o któ­rej nie sły­szał nikt oprócz pani. – He­de­vang uniósł dło­nie, ukła­da­jąc je jak szale wagi i prze­su­nął nimi asy­me­trycz­nie w górę i w dół. Po­tem po­chy­lił się w przód, oparł przed­ra­miona o blat biurka i splótł dło­nie. – Chyba pani ro­zu­mie, że je­ste­śmy w na­prawdę kiep­skim po­ło­że­niu. Ry­zy­kuje pani cał­ko­witą utratą prawa do opieki nad córką.

Ce­line wbiła wzrok w ad­wo­kata.

– Nie można do tego do­pu­ścić.

– Nie, i na szczę­ście może da się to po­wstrzy­mać, za­wie­ra­jąc ugodę.

– Ugodę?

– Praw­nie wią­żącą umowę mię­dzy nami i drugą stroną i to naj­le­piej jesz­cze przed sprawą są­dową, bo na­sze szanse są nie­wiel­kie. Ale to ozna­cza, że bę­dziemy mu­sieli ustą­pić w nie­któ­rych waż­nych punk­tach.

Ce­line zmarsz­czyła czoło.

– Nie zmusi mnie pan, że­bym przy­znała, że pró­bo­wa­łam upro­wa­dzić Lærke.

– Nie, ale mo­żemy za­pro­po­no­wać kon­takty nad­zo­ro­wane przez pe­wien czas, aż wszy­scy się prze­ko­nają, że nie za­mie­rza pani znowu po­rwać córki.

– Ja jej wcale nie po­rwa­łam! – Ce­line ude­rzyła całą dło­nią o biurko. – Czy pan w ogóle słu­cha tego, co mó­wię?

Ad­wo­kat naj­pierw wle­pił wzrok w jej dłoń, póź­niej go uniósł i po­chwy­cił jej spoj­rze­nie.

– Po­winna pani rów­nież po­wścią­gnąć tego ro­dzaju wy­bu­chy agre­sji.

– Nie je­stem agre­sywna. Je­stem sfru­stro­wana.

– Moż­liwe. – He­de­vang po­ki­wał głową. –Ale wcze­śniej wy­ka­zy­wała pani za­cho­wa­nia prze­mo­cowe.

Prych­nęła.

– Hen­rik miał po­wierz­chowne ska­le­cze­nie na brwi po tym, jak tra­fił go pi­lot do te­le­wi­zora. Na izbie przy­jęć przy­kle­jono mu pla­ster i do­stał pa­pier, który te­raz wy­ko­rzy­stuje prze­ciwko mnie.

– A do­nie­sie­nie na po­li­cję z po­wodu stal­kingu? – He­de­vang ciężko wcią­gnął po­wie­trze.

– To on za­czął! – krzyk­nęła pi­skli­wie i wes­tchnęła, po czym do­dała już bar­dziej opa­no­wa­nym to­nem, bo sama sły­szała, że jej głos za­brzmiał jak u przed­szko­laka. – Po tym, jak skon­fron­to­wa­łam go z lo­ka­li­za­to­rem GPS, który od­kry­łam pod swoim sa­mo­cho­dem, za­czął twier­dzić, że to ja za­mon­to­wa­łam urzą­dze­nie pod jego au­tem. – Jej głos znowu pod­niósł się o oktawę. – Chry­ste, po­szedł z tym od razu na po­li­cję. Z mo­imi od­ci­skami pal­ców.

Spoj­rze­nie He­de­vanga wy­ra­żało te­raz re­zy­gna­cję.

– Czyli to były mąż pa­nią śle­dził, a nie na od­wrót. To wła­śnie pani twier­dzi?

– Tak.

– A pani ni­gdy go nie śle­dziła?

Ce­line po­krę­ciła głową.

– Ale go pani nęka.

– Nie­prawda.

– Pro­szę pani. – W gło­sie ad­wo­kata sły­chać było zmę­cze­nie. – Chyba pani nie za­prze­czy, że cią­gle do niego dzwoni i wy­syła wia­do­mo­ści?

– Mógłby mi po­zwo­lić po­roz­ma­wiać z Lærke. To wszystko, o co pro­szę.

– De­cy­zję o za­wie­sze­niu kon­tak­tów wy­dał or­gan ad­mi­ni­stra­cji pań­stwo­wej i musi to pani za­ak­cep­to­wać. – He­de­vang wes­tchnął. – Pro­szę po­słu­chać. Na­prawdę bar­dzo ciężko pra­cuję nad tym, by od­zy­skała pani prawo do spo­tkań z córką, ale żeby się to po­wio­dło, trzeba prze­strze­gać prze­pi­sów.

– Ja­kich prze­pi­sów?

– Na przy­kład, że prze­sta­nie pani wy­dzwa­niać do by­łego męża. I do córki.

Ce­line przy­gry­zła po­li­czek, po­wstrzy­mu­jąc się przed po­wie­dze­niem cze­goś nie­mi­łego. Nie prze­pa­dała za Ra­smu­sem He­de­van­giem i ża­ło­wała, że nie zmie­niła ad­wo­kata, kiedy był na to czas. Dzięki temu nie mu­sia­łaby sie­dzieć w jego ma­ho­nio­wym biu­rze i być trak­to­wana jak idiotka. Wle­piła wzrok w ścianę za jego ple­cami ude­ko­ro­waną pre­ten­sjo­nal­nymi dy­plo­mami i świa­dec­twami opra­wio­nymi w szkło i ramki. Ten męż­czy­zna był rów­nie za­do­wo­lony z sie­bie co Hen­rik.

– Czyli mówi pan, że to on ma de­cy­do­wać o tym, do kogo mogę dzwo­nić? – Ce­line prych­nęła. – Kiedy by­li­śmy mał­żeń­stwem, Hen­rik żą­dał do­stępu do mo­jego te­le­fonu i ka­so­wał wszyst­kie kon­takty, które mu się nie po­do­bały.

– Co pani eks­mąż ro­bił w cza­sie, gdy by­li­ście mał­żeń­stwem, nie jest istotne dla sprawy. – He­de­vang roz­plótł dło­nie i roz­ło­żył ręce. – Pro­szę pa­nią, by nie dzwo­niła pani do by­łego męża i córki do dnia roz­prawy. Umowa stoi?

Ce­line za­mknęła oczy i po­tarła dło­nią czoło. Może rze­czy­wi­ście bę­dzie naj­le­piej, je­śli za­czeka z wy­ja­śnie­niem Lærke, jak się sprawy mają, do mo­mentu, aż córka do niej wróci. Otwo­rzyła oczy, spoj­rzała na ad­wo­kata.

– Kiedy więc od­bę­dzie się roz­prawa?

He­de­vang od­chy­lił się na opar­cie fo­tela, sku­pił wzrok na jej twa­rzy.

– Zo­stała prze­wi­dziana na dwu­dzie­stego czwar­tego paź­dzier­nika.

Za­pa­dła ci­sza na kilka se­kund, w trak­cie któ­rej Ce­line upew­niła się, że się nie prze­sły­szała.

– Za dwa mie­siące? – Unio­sła się lekko z sie­dzi­ska i ude­rzyła dło­nią o biurko, tym ra­zem nie­zbyt mocno, dała tylko wy­raz swo­jej fru­stra­cji. – Nie mam za­miaru cze­kać tak długo. Po pro­stu nie mogę…

Ad­wo­kat uniósł głos.

– Bę­dzie pani mu­siała. Nie je­ste­ście je­dy­nymi oso­bami, które po­trze­bują sądu do roz­wią­za­nia swo­ich kon­flik­tów – po­wie­dział i za­ci­snął wę­zeł kra­wata. – Ra­dzę pani przy­jąć pro­po­zy­cję ugody. Wtedy szybko się upo­ramy z całą sprawą.

Ce­line ro­biła wszystko, żeby za­cho­wać spo­kój. Na­prawdę sta­rała się być lep­szym czło­wie­kiem i pod­po­rząd­ko­wy­wać się żą­da­niom Hen­rika. Prze­stała na­wet sta­wiać mu opór po tym, co się stało w Valby. Nie po­winna była do­pro­wa­dzać do jego zwol­nie­nia. Za­trud­nie­nie de­tek­tywa było bez­na­dziej­nie głu­pim po­my­słem. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku tylko po­gor­szyło jej sy­tu­ację. Spoj­rzała w dół na swoje za­ci­śnięte dło­nie. Przy­gry­zła po­li­czek tak mocno, że aż po­czuła krew, po czym znowu unio­sła głowę.

– Jak pani są­dzi, czy po­win­ni­śmy za­pro­po­no­wać im tę ugodę? – Spoj­rze­nie He­de­vanga stało się fi­lu­terne, jak u po­śred­nika nie­ru­cho­mo­ści za­chwa­la­ją­cego ru­inę do ka­pi­tal­nego re­montu.

– Nie – od­parła. – Nie będę wię­cej zgi­nać karku.

– W ta­kim ra­zie mam na­dzieję, że go pani nie skręci – od­parł ad­wo­kat. Wy­glą­dał, jakby po­trze­bo­wał ta­bletki na ból głowy. Ce­line mo­gła to zro­zu­mieć. Cza­sami miała wra­że­nie, że jest bli­ska utraty zmy­słów. Czuła się tak, jakby krzy­czała z głębi ja­kiejś czar­nej dziury, pod­czas gdy wszy­scy inni lu­dzie cho­dzili nie­wzru­sze­nie w świe­tle dnia, głusi z wy­boru.

He­de­vang za­czął zbie­rać roz­rzu­cone na biurku pa­piery, nie pa­trząc w jej stronę. Do­piero gdy wstała z fo­tela, ob­rzu­cił ją prze­lot­nym spoj­rze­niem, wy­cią­gnął ku niej rękę i po­że­gnał ją po­je­dyn­czym, zde­cy­do­wa­nym uści­skiem dłoni.

Bra­ko­wało jej po­wie­trza. Chciała wcią­gać je do płuc, ale za­trzy­my­wało się w po­ło­wie drogi, jak gdyby coś stało na prze­szko­dzie, by mo­gła je na­peł­nić do końca.

Czuła się za­gu­biona i za­czy­nała przy­zwy­cza­jać się do tego stanu.

Pią­tek2 wrze­śnia 2011

3

Nie­do­sta­teczna hi­giena jamy ust­nej. Ju­lie odło­żyła na blat ku­chenny kartkę od szkol­nego sto­ma­to­loga. Kurwa mać, szo­ro­wała mu zęby co wie­czór. Tylko ran­kiem mo­gła o tym za­po­mnieć. Chwy­ciła pu­dełko z dru­gim śnia­da­niem, po­de­szła do stołu i pa­trzyła, jak syn na­py­cha pulchne po­liczki płat­kami cze­ko­la­do­wymi.

– Kończ już, Mads – po­wie­działa, po czym wzięła pi­lota, wy­ce­lo­wała go w go­ścia te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej, po­zwa­la­jąc, by po­kój wy­peł­niły od­głosy mla­ska­nia. Była na sie­bie zła, że zgo­dziła się na spo­tka­nie w urzę­dzie gminy o tak wcze­snej po­rze. Za­miast tego mia­łaby ochotę się wy­ką­pać i może prze­spać się kilka go­dzin. Zmę­cze­nie już zdą­żyło wy­wo­łać pierw­sze oznaki mi­greny. Ze­szłą noc znowu spę­dziła w pracy, a wąt­piła, żeby w ciągu dnia udało jej się za­mknąć oczy na dłu­żej niż krótką chwilę.

– Mads, do cho­lery. Mu­simy już iść.

Chło­piec uniósł mi­skę do ust i wy­sior­bał ja­sno­brą­zowe mleko wraz z ostat­nimi płat­kami.

Ju­lie wrzu­ciła pu­dełko z dru­gim śnia­da­niem do tor­ni­stra i wy­cią­gnęła go przed sie­bie, tak że syn mu­siał tylko wsu­nąć ra­miona pod szelki.

– Mamo, kto zbu­do­wał świat?

– No chodź już, Mads – po­wie­działa. Wy­pchnęła chłopca na klatkę scho­dową i za­mknęła drzwi za nimi oboj­giem.

– Czy zbu­do­wali go urzęd­nicy z gminy?

– Ko­cha­nie, są na to za głupi.

Chwy­ciła syna za rękę i zer­k­nęła ku są­sied­nim drzwiom, cho­ciaż Kenni, jej są­siad, ni­gdy nie wsta­wał tak wcze­śnie. Ten bie­da­czyna, który miesz­kał ze swoją starą matką i jeź­dził For­dem Mu­stan­giem trzy­ma­nym w jed­nym z nie­licz­nych, lecz roz­chwy­ty­wa­nych pod­ziem­nych ga­raży przy osie­dlu Ola­fgår­den, miał zwy­czaj ob­ser­wo­wać klatkę scho­dową przez ju­da­sza, go­towy ob­rzu­cić Ju­lie ste­kiem wy­zwisk, jak tylko się po­jawi. Poza sta­rym sa­mo­cho­dem była to za­pewne je­dyna roz­rywka w jego ża­ło­snym ży­ciu. Za­czął tak ro­bić, od­kąd pew­nego wie­czoru zja­wił się w jej klu­bie wraz z grupą lu­dzi z Eu­ropy Wschod­niej i za­mó­wił szam­pana oraz ko­biety, które miały im go po­dać. Za­cho­wy­wał się jak ja­kaś szy­cha, cho­ciaż wi­dać było z da­leka, że jest ni­kim i tylko wy­na­jęto go w cha­rak­te­rze opie­kuna. Kiedy przy­szli, Ju­lie skoń­czyła już wy­stęp i po­ma­gała Ta­nyi w ba­rze. Kenni pró­bo­wał przy­wo­łać ją ski­nie­niem dłoni do sto­lika, ale ona nie była dziew­czyną od ser­wo­wa­nia szam­pana. Ustą­piła do­piero, gdy ochro­niarz po­ło­żył jej dłoń na ra­mie­niu. Na­stęp­nego dnia Kenni za­pro­sił ją na kawę. Od­mó­wiła przy­ja­znym to­nem. Na sa­mym po­czątku. Póź­niej ka­zała mu spie­przać, i typ się wściekł. Jego fiut nie był wi­dać dość duży, by znieść od­mowę.

Po­spiesz­nie opu­ściła klatkę scho­dową. Po­wie­trze było zimne i przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy nie po­winna wró­cić po kurtkę dla syna, ale zro­biło się zbyt późno, więc po­cią­gnęła Madsa za sobą ku Sir­græsvej. Szkolne po­dwórko po­ko­nała truch­tem, żeby zdą­żyć na czas.

Ni­co­line po­wi­tała ich przed klasą spoj­rze­niem, które za­trzy­mało się zbyt długo na ze­garku. Ju­lie oce­niła, że ona i na­uczy­cielka są mniej wię­cej w tym sa­mym wieku, cho­ciaż wy­cho­waw­czyni Madsa ubie­rała się tak, jakby utknęła w la­tach pięć­dzie­sią­tych. „Roc­ka­billy”, oznaj­miła uro­czy­ście na pierw­szym ze­bra­niu z ro­dzi­cami, jak gdyby jej styl był czymś ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­wym.

– Zmy­kaj do klasy, Mads. Mu­szę po­roz­ma­wiać z twoją mamą – po­wie­działa na­uczy­cielka, wy­krzy­wia­jąc de­li­kat­nie czer­wone usta, po czym prze­nio­sła spoj­rze­nie z chłopca na Ju­lie.

Mads oto­czył ra­mio­nami bio­dra matki i mocno się jej ucze­pił.

– Ko­cham cię, mamo.

Ju­lie po­chy­liła się i uca­ło­wała go we włosy, za­nim chło­piec ob­ró­cił się i ru­szył w stronę sali.

Ni­co­line za­gro­dziła mu drogę z uśmie­chem tak fał­szy­wym jak na­szyj­nik z pe­reł, który miała na szyi.

– Pa­mię­ta­łeś, żeby za­brać piór­nik?

Mads po­ki­wał głową, ale mimo to na­uczy­cielka ka­zała mu zaj­rzeć do tor­ni­stra, za­nim po­zwo­liła mu przejść. Na­stęp­nie od­wró­ciła się ku Ju­lie, wciąż z tym swoim fał­szy­wym uśmie­chem, i ode­zwała się pro­tek­cjo­nal­nym to­nem, jakby prze­ma­wiała do jed­nego ze swo­ich uczniów.

– Mu­simy po­roz­ma­wiać o go­dzi­nach, w któ­rych Mads cho­dzi spać. Pod­czas lek­cji trudno mu usie­dzieć na swoim miej­scu. I cią­gle ziewa.

– Czyli mówi pani, że Mads prze­szka­dza in­nym, ale rów­no­cze­śnie pra­wie za­sy­pia?

Ni­co­line od­chrząk­nęła.

– Są­dzę, że po­mo­głoby, gdyby wcze­śniej kładł się do łóżka.

Ju­lie przy­glą­dała się uważ­nie jej pro­tek­cjo­nal­nej twa­rzy.

– Może się nu­dzi? Są­dzę, że po­mo­głoby, gdyby miał wię­cej wy­zwań pod­czas lek­cji. – Po­słała na­uczy­cielce naj­pro­mien­niej­szy ze swo­ich uśmie­chów i ob­ró­ciła się na pię­cie. Szyb­kim kro­kiem po­ma­sze­ro­wała do wyj­ścia. Kurwa. Te­raz bę­dzie żyła w lęku przed ko­lej­nym za­wia­do­mie­niem do gminy, tym ra­zem zwie­ra­ją­cym kłam­stwo o tym, że Mads się nie wy­sy­pia, a ją, jego matkę, nic to nie ob­cho­dzi. Nie mo­gła do tego do­pu­ścić. Była śmier­tel­nie zmę­czona tym wiecz­nym wę­sze­niem gmin­nych urzęd­ni­ków w jej ży­ciu pry­wat­nym. Za­pa­liła pa­pie­rosa, cho­ciaż na­dal znaj­do­wała się na po­dwórku dla naj­młod­szych dzieci, i szybko się stam­tąd od­da­liła, za­nim ktoś ją zo­ba­czył. Za­sta­na­wiała się, co po­winna po­wie­dzieć pod­czas spo­tka­nia. Je­śli w ogóle miała im coś do po­wie­dze­nia. Si­gne za­wsze uda­wała, że wszystko usta­lają wspól­nie, cho­ciaż każda z nich wie­działa, jak jest na­prawdę. Ale Ju­lie nie miała nic prze­ciwko temu te­atrzy­kowi, do­póki nie przy­no­sił szkody Mad­sowi.

Wzdry­gnęła się na zim­nym wie­trze. A prze­cież po­go­dynka te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej za­po­wia­dała cu­dow­nie go­rący, póź­no­letni dzień. Po­winna była jed­nak wró­cić po tę kurtkę. Jesz­cze tego by bra­ko­wało, gdyby do gminy po­szło za­wia­do­mie­nie, że jej syn cho­dzi za cienko ubrany.

Kiedy wzy­wano ją do Wy­działu Po­mocy Ro­dzi­nie, Ju­lie czuła się tak, jakby pod­cho­dziła do eg­za­minu. Strach przed ob­la­niem jako matka był wszech­obecny, ale krył się zwłasz­cza pod ta­kimi sło­wami jak „współ­praca”, „opieka”, „tro­ska” i „in­ter­wen­cja”.

Jako sa­motna matka no­to­wana w re­je­strze kar­nym i z gów­nianą pracą Ju­lie była no­to­rycz­nie na prze­gra­nej po­zy­cji. Za­cią­gnęła się po raz ostatni, wy­rzu­ciła pa­pie­rosa i prze­bie­gła mię­dzy au­tami przez Ama­ger Lan­de­vej.

Wzno­sił się przed nią główny bu­dy­nek urzędu zbu­do­wany w stylu mo­der­ni­zmu kla­sycz­nego. Kie­dyś ma­rzyła o zo­sta­niu ar­chi­tektką. Ale ma­rze­nia to jedno, a rze­czy­wi­stość – dru­gie. Lu­dzie jej po­kroju rzadko zo­sta­wali ar­chi­tek­tami. Mimo to na­dal po­cią­gały ją mi­ni­ma­li­styczne bu­dynki ta­kie jak sie­dziba Urzędu Gminy Tårnby z in­spi­ro­waną ar­chi­tek­turą ja­poń­ską kon­struk­cją da­chową, która nie­mal uno­siła się w po­wie­trzu nad bu­dyn­kiem. Ju­lie brzy­dziła się jed­nak tym, co znaj­do­wało się w środku. No, może z wy­jąt­kiem Hen­rika.

4

Ce­line sie­działa na łóżku Lærke i słu­chała sy­gnału dzwo­nie­nia, do­póki nie włą­czyła się poczta gło­sowa. Nie mogę ode­brać te­le­fonu, więc po­wiedz coś albo wy­ślij ese­mesa, mó­wiła we­soło córka. Ce­line prze­rwała po­łą­cze­nie. Wzięła do rąk po­duszkę i przy­ci­snęła twarz do koń­skiego mo­tywu na po­szewce. Wciąż czuła za­pach dziew­czynki. Ma­te­riał na­siąkł łzami i Ce­line odło­żyła po­duszkę na miej­sce z na­głej obawy, że za­pach wy­wie­trzeje z po­wodu wil­goci. Spoj­rzała ku oknu. Słońce świe­ciło bez­li­to­śnie, pa­dało na po­ma­lo­wany słoik na pa­ra­pe­cie, spra­wia­jąc, że cały się ja­rzył. Ra­smus He­de­vang nic nie ro­zu­miał. Lærke była jej córką i po­trze­bo­wały sie­bie na­wza­jem. Sę­dzia też mu­siał to zro­zu­mieć. Każdy inny sce­na­riusz byłby zbyt okrutny. Do­tknęła szorst­kiej po­wierzchni nad wez­gło­wiem. Lærke sama wy­brała ten ko­lor. Ja­sny fio­let. Po­ma­lo­wa­nie po­koju trwało dwie go­dziny. Na szczę­ście Hen­rik nie to­wa­rzy­szył im pod­czas za­ku­pów w mar­ke­cie bu­dow­la­nym. Ce­line znowu się roz­pła­kała. Były mąż nie­na­wi­dził jej łez, te­raz mo­gła ry­czeć tyle, ile chciała, i kiedy chciała. Po­pła­kała nad tym tro­chę dłu­żej. Po­tem się ze­zło­ściła i wy­brała jego nu­mer.

– Chcę się z nią zo­ba­czyć – po­wie­działa, za­nim zdą­żył się ode­zwać.

– Zda­jesz so­bie sprawę, że ocie­rasz się o po­li­cyjny za­kaz zbli­ża­nia? – Ton z po­czątku był twardy, ale póź­niej za­brzmiała w nim nuta li­to­ści. – Prze­stań do nas dzwo­nić. I prze­stań, na Boga, pi­sać te wia­do­mo­ści. Tylko so­bie szko­dzisz tym głu­pim za­cho­wa­niem.

– Oszu­ka­łeś mnie, okła­ma­łeś. – Za­częła pa­nicz­nie ła­pać od­dech, wargi drżały. Pró­bo­wała spo­koj­nie od­dy­chać, na­peł­nić płuca po­wie­trzem, ale było to nie­moż­liwe. Znowu się roz­pła­kała. – Jak mo­żesz ro­bić to Lærke? Krzyw­dzisz ją tak samo jak mnie.

– Ce­line, weź się w garść. Po­wie­dzia­łem w swoim mejlu wszystko, co mia­łem ci do po­wie­dze­nia.

– Je­steś obrzy­dli­wym skur­wy­sy­nem! – krzyk­nęła do mi­kro­fonu.

– Dłu­żej tego nie zniosę. – Wes­tchnął. – Prze­stań nas nę­kać.

– Hen­rik, po­zwól mi z nią po­roz­ma­wiać tylko przez dwie mi­nuty. Chcę ją prze­pro­sić.

Wcią­gnął ciężko po­wie­trze.

– Pro­szę cię – na­le­gała.

– Twoja córka nie chce z tobą roz­ma­wiać. Tym po­rwa­niem pod­ko­pa­łaś ostat­nią resztkę jej za­ufa­nia. Po­roz­ma­wiaj ze swoim ad­wo­ka­tem. My już z tobą skoń­czy­li­śmy.

– Nie! – wrza­snęła do te­le­fonu. – Wcale nie skoń­czy­li­śmy.

– Je­steś chora, Ce­line.

– A co po­wiesz o so­bie? Sy­piasz ze swo­imi klient­kami.

– Znowu do tego wra­camy? Ce­line, na li­tość bo­ską. Jak to moż­liwe, że do­pro­wa­dzi­łaś się do ta­kiego stanu? Idź do psy­chia­try.

Po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane.

Otwo­rzyła usta i wrza­snęła, wy­krzy­czała z sie­bie wszystko, całe nie­szczę­ście, całą wście­kłość i roz­pacz. Dra­pało ją w gar­dle. Krzy­czała, aż ochry­pła, nie zwa­ża­jąc na to, czy sły­szą ją są­sie­dzi. Była o krok od hi­ste­rii, a Hen­rik tylko cze­kał, by ze­pchnąć ją za kra­wędź prze­pa­ści. Nie za­mie­rzała po­zwo­lić mu zwy­cię­żyć.

Po­ha­mo­wała się i otarła łzy z po­licz­ków. Zwró­ciła uwagę na dawną szmatkę przy­tu­lankę Lærke za­wią­zaną wo­kół szyi jed­nego z jej mi­siów. Córka nie ba­wiła się nimi już od dawna, ale upie­rała się, by wciąż sie­działy na koł­drze, cho­ciaż mo­głyby wy­wo­łać ra­dość w in­nym czu­łym dzie­cię­cym sercu. Ce­line od­wią­zała szmatkę i przy­po­mniała so­bie, jak Hen­rik po­tra­fił ode­brać jej Lærke, kiedy jesz­cze kar­miła ją pier­sią. Cza­sem od­jeż­dżał z roz­pła­ka­nym dziec­kiem, in­nym ra­zem Ce­line mu­siała go bła­gać z krzy­kiem, by ją od­dał. Wtedy wolno jej było pła­kać, i szybko się na­uczyła, że to lep­sze, niż za­ogniać sy­tu­ację.

Mó­wił, że córka nie może od­dy­chać, kiedy Ce­line przy­ci­ska jej główkę do piersi. Mó­wił, że kar­mie­nie pier­sią jest zbyt nie­bez­pieczne. Nie ufał jej. Dla­tego prze­szli na kar­mie­nie bu­telką. Mleko i tak le­dwo wy­pły­wało z jej piersi.

Ce­line po­dą­żyła do kuchni zde­cy­do­wa­nym kro­kiem i wy­rzu­ciła szmatkę przy­tu­lankę do śmieci.

Ci­che pik­nię­cie te­le­fonu po­wia­do­miło ją o no­wym ese­me­sie.

Droga Ce­line, mar­twię się o Cie­bie. Ale mu­szę chro­nić na­szą córkę. Więc je­śli znowu bę­dziesz nam gro­zić, będę mu­siał skon­tak­to­wać się z po­li­cją. Nie zo­sta­wiasz mi in­nego wy­boru. Ser­decz­no­ści, Hen­rik

Rzu­ciła ko­mórką, tak że urzą­dze­nie prze­je­chało po bla­cie ku­chen­nym. Po­tem po­szła do ła­zienki i od­krę­ciła zimną wodę. Ochla­pała nią twarz, wzięła ręcz­nik, unio­sła głowę i do­strze­gła w lu­strze swoje ża­ło­sne od­bi­cie. Wy­pro­sto­wała się i wolną ręką zmierz­wiła włosy, jak gdyby miało to przy­dać wi­tal­no­ści wy­nisz­czo­nej Ce­line w lu­strze. Cią­głe po­zo­sta­wa­nie w po­zy­cji obron­nej wy­koń­czyło ją psy­chicz­nie i fi­zycz­nie, cią­głe prze­wi­dy­wa­nie nie­szczęść, które mo­gły się zda­rzyć, kiedy naj­mniej się tego spo­dzie­wała. Usu­nęła pal­cami resztki tu­szu spod oczu i wró­ciła do kuchni. Dziś był ich wspólny pią­tek. O tej po­rze po­winna ode­brać Lærke ze szkoły. W dro­dze do domu roz­ma­wia­łyby o wszyst­kim, co mu­szą zdą­żyć zro­bić do nie­dzieli. Ce­line nie miała siły spę­dzać sa­mot­nie ko­lej­nego week­endu. Chwy­ciła ko­mórkę i wy­słała ese­mesa do matki, po czym po­ko­nała schody na pię­tro i spa­ko­wała torbę.

Któ­re­goś razu po­je­chała do ośrodka in­ter­wen­cji kry­zy­so­wej. Lærke miała wtedy cztery lata. Stały na dwo­rze przez pół go­dziny, ale ni­gdy nie za­pu­kały do drzwi. Na ko­niec Ce­line za­dzwo­niła do ojca, który po nie przy­je­chał.

To było wio­sną 2005 roku. Ro­dzice wzięli kre­dyt pod za­staw swo­jego domu, żeby opła­cić ad­wo­kata spe­cja­li­zu­ją­cego się w spra­wach roz­wo­do­wych.

Prze­krę­ciła klucz w zamku, na­ci­snęła klamkę, żeby się upew­nić, że drzwi są za­mknięte i po­śpie­szyła do swo­jego Forda Tau­nusa z ni­kłą na­dzieją, że aku­mu­la­tor nie za­wie­dzie. Za­cze­piła pas bez­pie­czeń­stwa o mały me­ta­lowy ha­czyk, który za­mon­to­wała awa­ryj­nie obok zdez­o­lo­wa­nej klamry. Po kilku na­ci­śnię­ciach na pe­dał i dwóch pró­bach uru­cho­mie­nia sil­nika auto w końcu ożyło. Było to ra­czej za­sługą braku desz­czu niż jej zręcz­no­ści. Ce­line ob­rzu­ciła wzro­kiem ciemne niebo.

Ru­szyła przed sie­bie i wje­chała na au­to­stradę E21. Z nogą na pe­dale gazu od­da­lała się co­raz bar­dziej od Ve­ste­gnen, od wszyst­kiego, co przy­po­mi­nało jej o Hen­riku.

Kiedy zjeż­dżała z au­to­strady na Øre­stad, deszcz spadł cięż­kimi kro­plami na przed­nią szybę, utrud­nia­jąc wi­docz­ność. Ce­line wle­kła się tem­pem śli­maka, aż skrę­ciła w lewo w Ry­um­gård­svej, gdzie deszcz ustał tak rap­tow­nie, jak się za­czął. Za­par­ko­wała przed na­le­żącą do jej ro­dzi­ców willą z czer­wo­nej ce­gły i przez ja­kiś czas sie­działa za kie­row­nicą. Czuła po­trzebę, by zna­leźć się wśród lu­dzi, któ­rzy jed­no­znacz­nie trzy­mali jej stronę i na­zy­wali Hen­rika czło­wie­kiem bez­war­to­ścio­wym i sa­mo­lub­nym. Lu­dzi, któ­rzy nie­na­wi­dzili go tak za­żar­cie jak ona. Tylko przez week­end. Mimo to już te­raz od­czu­wała nie­po­kój i była go­towa się wy­co­fać. Bo to ni­czego nie zmie­niało. Rze­czy­wi­stość po­zo­sta­nie tak samo okrutna, jak była.

Bły­snęło. Po­tem roz­legł się grzmot.

Chwy­ciła torbę i wy­szła z sa­mo­chodu. Deszcz znowu za­czął pa­dać. Szyb­kim kro­kiem prze­szła przez furtkę, mi­nęła wy­pie­lę­gno­wane malwy i otwo­rzyła drzwi. W jed­nym po­koi matka za­śmiała się z cze­goś na cały głos. Na bla­cie w kuchni pa­rzyła się her­bata i le­żały słod­kie wy­pieki z pie­karni.

Cie­pły za­pach spo­koju spra­wił, że Ce­line się roz­luź­niła. Cho­ciaż na­wet w tym miej­scu nie mo­gła czuć się spo­kojna. Nie było tu tak bez­piecz­nie jak kie­dyś, po tym jak Hen­rik do­stał pracę w urzę­dzie gminy w Tårnby.

Na ze­wnątrz za­dud­nił ko­lejny grzmot.

5

– Nie pij już wię­cej coli. – Ju­lie za­brała sy­nowi bu­telkę i po­sta­wiła ją na stole, za­nim po­now­nie prze­bie­gła wzro­kiem po re­mi­zie stra­żac­kiej po dru­giej stro­nie wię­zien­nego ogro­dze­nia.

Był to po­nury wi­dok, który nie stał się lep­szy, kiedy się roz­pa­dało. Wnę­trza sali wi­dzeń też nie na­zwa­łaby we­so­łym. Cho­ciaż służby wię­zienne do­kła­dały sta­rań, by uczy­nić po­miesz­cze­nia do ro­dzin­nych spo­tkań przy­tul­nymi, go­ście nie za­wsze ob­cho­dzili się w wy­po­sa­że­niem de­li­kat­nie. Stół, przy któ­rym sie­dzieli Ju­lie i Mads, po­kry­wały ry­sunki, z krze­seł za­czy­nała odła­zić czer­wona farba. W rogu stała kuch­nia do za­bawy z Ikei, ale tylko z jed­nym garn­kiem i pla­sti­kową pod­stawką. Reszty mu­siała do­ko­nać wy­ob­raź­nia. Je­dy­nie ła­zienka wy­da­wała się za­dbana i nie­zde­wa­sto­wana. Głów­nie dla­tego, że jej sta­lowe wy­po­sa­że­nie zo­stało przy­krę­cone do bia­łych wy­ka­fel­ko­wa­nych po­wierzchni.

Ju­lie nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy za go­dzinę opu­ści to miej­sce. Ob­ser­wo­wała syna, który ry­so­wał coś na kartce kred­kami świe­co­wymi zna­le­zio­nymi na stole. Jego krót­kie nóżki dyn­dały w po­wie­trzu pod krze­słem. Si­gne znów chciała od­być z nim roz­mowę sam na sam. Ju­lie nie ro­zu­miała, czemu miało to słu­żyć, skoro już spo­ty­kała się z Hen­ri­kiem. Ale Si­gne na­le­gała. Więc na tym sta­nęło. W na­stępną środę do­rad­czyni so­cjalna miała zja­wić się w szkole i za­brać go jak na prze­słu­cha­nie na oczach jego wszyst­kich ko­le­gów. „To czy­sta for­mal­ność”, po­wie­działa Si­gne, żeby móc za­pi­sać to w ak­tach. Ju­lie pro­po­no­wała, że sama przy­pro­wa­dzi Madsa do urzędu. Ogar­niało ją zde­ner­wo­wa­nie na samą myśl o tym, że Ni­ko­line sko­rzy­sta z oka­zji, by po­skar­żyć się Si­gne, jak tylko ją zo­ba­czy. Ale roz­mowa mu­siałaod­być się w szkole, więc osta­tecz­nie umó­wiły się, że bę­dzie tak, jak chce Si­gne.

Ju­lie gło­śno wes­tchnęła. Syn spoj­rzał na nią z unie­sioną brwią. Po­gła­skała go po gło­wie, krę­cąc wolno głową.

– Wszystko w po­rządku, ko­cha­nie – po­wie­działa. – Je­stem tylko zmę­czona.

Chło­piec wró­cił do ry­so­wa­nia.

Coś długo nie przy­pro­wa­dzali Mor­tena. Ju­lie ziew­nęła. Bra­ko­wało jej tlenu. W po­miesz­cze­niu było go­rąco i duszno, a czas dłu­żył się w nie­skoń­czo­ność.

Po dru­giej stro­nie szyby po­ja­wił się błysk. Kilka se­kund póź­niej roz­legł się grzmot, który wpra­wił wszystko w lek­kie drże­nie. Puls Ju­lie gwał­tow­nie pod­sko­czył. Nie­na­wi­dziła bu­rzy.

W zamku za­zgrzy­tały klu­cze.

Mads ze­rwał się z krze­sła.

– Tata! – Po­biegł w tamtą stronę.

Straż­nik za­mknął drzwi za Mor­te­nem, który po­chy­lił się i oplótł Madsa wy­ta­tu­owa­nymi ra­mio­nami.

– Co tam, szkra­bie? – po­wie­dział, po czym pod­niósł chłopca i pod­szedł do Ju­lie z uwagą wciąż sku­pioną na synu, który szep­tał mu coś do ucha. – Ja też za tobą tę­sk­ni­łem. – Po­ca­ło­wał go w czoło, po czym de­li­kat­nie po­gła­dził włosy Ju­lie swoją szorstką dło­nią. – My­ślisz, że mama też za mną tę­sk­niła?

Mads z za­pa­łem po­ki­wał głową.

– Czyli nie zna­la­zła so­bie no­wego chło­paka?

Chło­piec wzru­szył ra­mio­nami.

– Co ty, kurwa, wy­ga­du­jesz? – Ju­lie prze­wró­ciła oczami. – Weź się ogar­nij.

– Daj spo­kój – od­parł Mor­ten ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem. Po­sta­wił Madsa na pod­ło­dze, po czym klap­nął ciężko na krze­sło. – Po­wie­dzia­łem to tylko dla żartu. – Od­su­nął tro­chę krze­sło, żeby zro­bić miej­sce dla swo­ich sze­ro­kich ud. – Co cię dzi­siaj ugry­zło?

– Nie chcę, że­byś mu ga­dał ta­kie bred­nie.

Uniósł ręce na znak, że się pod­daje.

– Po pro­stu się cie­szę, że wi­dzę swoją ro­dzinę, okej?

– Nie je­stem twoją ro­dziną, Mor­ten. Mads tak, ale ja nie je­stem czę­ścią tego ra­chunku.

Wes­tchnął ciężko.

– Ju­lie, co się dzieje?

– Nic. – Zmu­siła się do uśmie­chu, cho­ciaż czuła, że za­raz się udusi. – Je­stem zmę­czona, nie wy­spa­łam się po pracy.

– Ko­cha­nie, ha­ru­jesz jak wół. Czy ta bab­cia z góry na­dal opie­kuje się Mad­sem?

Ju­lie przy­tak­nęła ski­nie­niem głowy.

– Nie bo­isz się, że na­gle kop­nie w ka­len­darz?

– Chry­ste. Nie prze­sa­dzaj.

– No co, sta­rzy lu­dzie umie­rają, czy tego chcemy, czy nie. Mó­wi­łem ci, że moja matka chęt­nie się nim zaj­mie.

– Mads nie bę­dzie cho­dził do tej wiedźmy. Ona non stop karmi go bzdu­rami na mój te­mat.

– Na pewno nie jest aż tak źle.

– A wła­śnie, że kurwa jest.

Sie­dzieli przez chwilę w mil­cze­niu, ob­ser­wu­jąc chłopca, który znowu za­jął się ry­so­wa­niem.

– Tato – ode­zwał się Mads, nie od­ry­wa­jąc wzroku od kartki, na któ­rej wła­śnie ko­lo­ro­wał słońce. – Hen­rik mówi, że nie­długo będę ry­so­wał tak do­brze jak mama.

– Kim jest Hen­rik?

Mor­ten spoj­rzał na nią spode łba.

– Kon­sul­tant ro­dzinny. O nim ci też, kurwa, mó­wi­łam. – Prze­wró­ciła oczami, a póź­niej po­krę­ciła głową.

– I jak długo bę­dziesz go mieć na karku?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Wła­śnie się do­wie­dzia­łam, że mu­szę się z nim spo­ty­kać przez ko­lejne trzy mie­siące.

– A ty nie masz nic prze­ciwko temu?

Znowu wzru­szyła ra­mio­nami.

– Ro­bię, co mi każą.

– Do­brze wy­gląda? Nie­złe z niego cia­cho? – Mor­ten wy­su­nął agre­syw­nie pod­bró­dek.

– Nie – skła­mała.

Grzmot bu­rzy na se­kundę wpra­wił szybę w drże­nie. Ju­lie się wzdry­gnęła.

Mads ob­rzu­cił ją krót­kim, ale czuj­nym spoj­rze­niem, po czym prze­niósł wzrok na Mor­tena.

– Mama nie lubi bu­rzy – oznaj­mił. – Ale mnie jest wszystko jedno. – Po­dał ojcu ry­su­nek. – Nie boję się ni­czego, prawda, mamo?

– Je­steś naj­od­waż­niej­szym chłop­cem na świe­cie – po­twier­dziła Ju­lie.

– Tak jak twój tata. – Mor­ten po­gła­dził go po wło­sach. – Nie po­tra­fimy zbyt pięk­nie ry­so­wać, ale za to je­ste­śmy od­ważni.

Chło­piec po­ki­wał głową.

– Bo ty się nie bo­isz prze­stęp­ców, któ­rzy tu­taj miesz­kają?

– Ha! Szkra­bie, to oni boją się mnie. Ro­bią w ga­cie ze stra­chu – po­wie­dział Mor­ten i na­prę­żył mu­skuły obu ra­mion ku ucie­sze wła­snej i syna.

Ju­lie wes­tchnęła. Znów wyj­rzała przez okno. Lało te­raz jak z ce­bra. Niebo było tak mroczne jak jej na­strój. Czuła w brzu­chu coś na kształt twar­dego su­pła, ro­dzaj drze­mią­cej pa­niki, która tylko cze­kała, by wy­buch­nąć. I którą po­tę­go­wała każda nowa ini­cja­tywa na­rzu­cana jej przez Si­gne.

Przy­glą­dała się zde­for­mo­wa­nemu światu po dru­giej stro­nie ocie­ka­ją­cej desz­czem szyby i po­my­ślała, że może to tylko zmę­cze­nie wy­trąca ją z rów­no­wagi. Wie­działa jed­nak, że tak nie jest. Świat poza tymi mu­rami był ta­kim sa­mym wię­zie­niem jak to, w któ­rym się wła­śnie znaj­do­wała. Tylko tam jej kraty miały po­stać pseu­do­do­bro­wol­nych środ­ków za­rad­czych po­dej­mo­wa­nych przez gmin­nych urzęd­ni­ków.

To spra­wiało, że miała ochotę krzy­czeć.

6

Ce­line stała na mo­krej tra­wie na końcu ogrodu, ob­ser­wu­jąc przez lor­netkę te­atralną ro­dzinę sie­dzącą przy stole ja­dal­nia­nym. Hen­rik i Lærke. Me­rete i jej syn. Nikt nic nie mó­wił, tylko raz wargi chłopca się po­ru­szyły. Lærke się ro­ze­śmiała. Me­rete upo­mniała syna i śmiech za­marł. Dzieci wró­ciły do je­dze­nia. Pod­glą­da­nie ich było na swój spo­sób fa­scy­nu­jące. Wszy­scy ra­zem wy­glą­dali na nor­malną ro­dzinę o nie­na­gan­nych ma­nie­rach, lecz Ce­line wie­działa, co się dzieje we­wnątrz Me­rete, wie­działa, że ma wy­ostrzone wszyst­kie zmy­sły, by nie do­pu­ścić do żad­nych błę­dów. Bo cho­ciaż Hen­rik był w tej chwili nie­zwy­kle spo­kojny, w na­stęp­nej mógł eks­plo­do­wać gnie­wem.

Po­dob­nie to wy­glą­dało, gdy on i Ce­line miesz­kali ra­zem. Ale to nie ci­che ko­la­cje były w tym wszyst­kim naj­gor­sze. Naj­gor­sze były te wie­czory, kiedy Hen­rik wra­cał wcze­śniej z pracy i po­ma­gał jej w kuchni. „Zbyt grubo obie­rasz ziem­niaki”, kry­ty­ko­wał, „za mało so­lisz, le­jesz za dużo oleju, nie te przy­prawy, zbyt mocno przy­pie­kasz bef­sztyki”. Po­wta­rzał to w nie­skoń­czo­ność, aż coś się na­prawdę nie uda­wało i trium­fo­wał. Obec­nie Ce­line go­to­wała tylko wtedy, gdy miała u sie­bie Lærke. W po­zo­stałe dni ja­dła ka­na­pki przy bla­cie w kuchni i za­ma­wiała je­dze­nie na wy­nos, kiedy było ją na to stać.

Hen­rik i Lærke za­miesz­kali w Rødo­vre z Me­rete i jej sy­nem ze­szłej je­sieni. Nie­długo po tym, jak wy­pro­wa­dzili się od Tove. A te­raz znów wszystko wska­zy­wało na nad­cho­dzące roz­sta­nie. W dro­dze po­wrot­nej z La­lan­dii Lærke zwie­rzyła się matce, że chyba ko­lejny raz zmieni szkołę. Serce Ce­line krwa­wiło, kiedy w spoj­rze­niu dziecka do­strze­gła po­go­dze­nie się z lo­sem no­madki. Tak roz­pacz­li­wie pra­gnęła przy­tu­lić córkę i szep­nąć, że wszystko bę­dzie do­brze, że ni­gdy jej nie opu­ści, bez względu na to, co się sta­nie. Ale te­raz mo­gła tylko stać na ty­łach domu w mo­krym od desz­czu ogro­dzie i ob­ser­wo­wać Lærke z dy­stansu. Nie roz­ma­wiały ze sobą od dnia, kiedy za­je­chały pod dom i cze­kali tam na nich po­li­cja i ko­mor­nik. Było to dla nich obu wstrzą­sa­jące prze­ży­cie. I ten kosz­mar trwał. Naj­roz­sąd­niej by­łoby sie­dzieć z za­ło­żo­nymi rę­kami i cze­kać na roz­prawę. Gdyby ją tu­taj na­kryto, kon­se­kwen­cje by­łyby straszne. Ce­line jed­nak nie mo­gła cze­kać. Dla­tego za­miast zo­stać na noc u ro­dzi­ców, opu­ściła ich dom nie­długo po przy­jeź­dzie. Za­par­ko­wała swój sa­mo­chód na Espens Vænge i po­je­chała ro­we­rem do wy­po­ży­czalni AVIS, gdzie wy­na­jęła Fiata Punto. Bała się ry­zy­ko­wać, cho­ciaż jej me­cha­nik przed dwoma ty­go­dniami po­in­for­mo­wał ja, że lo­ka­li­za­tor GPS na pod­wo­ziu nie był wy­mie­niany przez ostat­nie lata i naj­praw­do­po­dob­niej nie dzia­łał.

W ob­ser­wo­wa­nym przez nią sa­lo­nie wsta­wano wła­śnie do stołu. Me­rete zbie­rała ta­le­rze, Hen­rik jej po­ma­gał. Lærke znik­nęła wraz z chłop­cem.

Ce­line nie miała po­wodu, by da­lej tu­taj ster­czeć. Wró­ciła do sa­mo­chodu, usia­dła za kie­row­nicą i spró­bo­wała sku­pić my­śli na nie­licz­nych do­brych rze­czach w swoim ży­ciu, które po­tra­fiła so­bie przy­po­mnieć, cho­ciaż płacz ści­skał jej gar­dło. Wło­żyła klu­czyk do sta­cyjki i miała wła­śnie od­bić od kra­węż­nika, kiedy drzwi fron­towe się otwo­rzyły i na schody wy­szedł Hen­rik. Prędko zga­siła sil­nik, zsu­nęła się z fo­tela i ukryła za kie­row­nicą, prze­ra­żona, że zo­sta­nie przy­ła­pana na go­rą­cym uczynku. Serce wy­ry­wało jej się z piersi, jak gdyby pró­bo­wało sa­mo­dziel­nej ucieczki, pod­czas gdy męż­czy­zna po­wol­nym kro­kiem prze­ciął ulicę, zmie­rza­jąc ku swo­jemu Oplowi. Wła­śnie tu i te­raz ktoś po­wi­nien go za­ła­twić, po­my­ślała Ce­line i po­czuła przy­jemny deszcz.

Hen­rik uru­cho­mił sil­nik i wkrótce tylne świa­tła jego auta znik­nęły na końcu ulicy. Ce­line po­li­czyła do pię­ciu, po czym prze­krę­ciła klu­czyk i po­dą­żyła jego śla­dem. Dawno go nie śle­dziła, ale wspo­mnie­nie o jego obrzy­dli­wym mejlu do Ra­smusa He­de­vanga po­now­nie wznie­ciło w niej gniew. Hen­rik był mi­strzem w ro­bie­niu z niej idiotki. Cza­sem miała wra­że­nie, że jest nie­po­ko­nany. Ale by­łaby to prawda zbyt bo­le­sna do udźwi­gnię­cia.

Hen­rik był po pro­stu do­bry w tych swo­ich gier­kach.

A ona czuła wście­kłość.

Wje­chali na Ro­skil­de­vej pro­wa­dzącą do cen­trum Ko­pen­hagi.

– Je­stem naj­więk­szym błę­dem two­jego ży­cia – po­wie­działa w kie­runku ciem­nego Opla przed sobą. Za­śmia­łaby się, gdyby to wszystko nie było tak cho­ler­nie smutne.

7

– Mu­sisz sta­nąć za ba­rem. – Ra­dic, szef Ju­lie i wła­ści­ciel klubu pa­trzył na jej od­bi­cie w lu­strze, kiedy wkła­dała ko­szulkę przez głowę.

– Nie stanę za żad­nym pie­przo­nym ba­rem – od­parła, gdy twarz Ju­lie po­ja­wiła się w wy­cię­ciu na głowę. – Po­win­nam była skoń­czyć o dwu­na­stej, po moim wy­stę­pie. A jest już, kurwa, wpół do pierw­szej, i wła­śnie wy­cho­dzę do domu.

– Ju­lie, do­sta­niesz po­dwójną stawkę. Jest pią­tek, pro­szę, po­móż mi – po­wie­dział z sil­nym bał­kań­skim ak­cen­tem. – Molly po­szła do cho­rego dziecka. Cho­lerne duń­skie prawo pracy. – Ra­dic do­dał coś, co Ju­lie in­ter­pre­to­wała jako wią­zankę prze­kleństw z jego ro­dzi­mego kraju.

Chwy­ciła swoje je­ansy.

– Plus ty­siak do ręki, wtedy zo­stanę do czwar­tej.

– Umowa stoi. – Ra­dic po­słał jej je­den ze swo­ich rzad­kich uśmie­chów.

Ju­lie spięła włosy w ku­cyk i szybko spraw­dziła ma­ki­jaż w lu­strze, za­nim wy­szła z prze­bie­ralni za sceną pro­sto w ciemną, za­tło­czoną salę klu­bową, któ­rej ściany były ob­wie­szone lu­strami i wy­ta­pe­to­wane we­lu­rem w ko­lo­rze ciem­nego bordo. Kiedy Ra­dic prze­jął cały in­te­res, dawne mi­ni­ma­li­styczne wnę­trze, które było znacz­nie bar­dziej cool i oso­bi­ście wy­brane przez Ju­lie dla po­przed­niego wła­ści­ciela, zo­stało za­stą­pione czymś, co przy­po­mi­nało klub strip­ti­zer­ski ro­dem z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Klienci to jed­nak uwiel­biali.

Czuła na piersi dud­nie­nie ba­sów, a głos Jo­ego Coc­kera chry­piał: You can le­ave your hat on. Ju­lie po­krę­ciła głową na ten nie­ory­gi­na­lny wy­bór mu­zyki, który w pełni pa­so­wał do bez­na­dziej­nego show pre­zen­to­wa­nego na sce­nie. Swie­tłana była wciąż zbyt nie­do­świad­czona i po wy­ko­na­niu stra­żaka zbyt szybko wy­lą­do­wała na pod­ło­dze, a na­stę­pu­jący po nim hip hold w ogóle jej nie wy­szedł. Ale męż­czyźni z ob­le­śnymi uśmie­chami sie­dzący wo­kół sceny i ci z uwagą sku­pioną na swo­ich drin­kach i dziew­czy­nach ser­wu­ją­cych szam­pana ni­czego nie za­uwa­żyli. Swie­tłana po­rzu­ciła te­raz rurę i wiła się na pod­ło­dze. Ra­dic bę­dzie mu­siał sporo wy­bu­lić, je­śli chce, żeby Ju­lie po­świę­ciła swój czas na wy­tre­no­wa­nie no­wych tan­ce­rek.

We­szła za bar i do­łą­czyła do Ta­nyi za­ję­tej przy­go­to­wy­wa­niem szam­pa­nów dla dwóch prze­bie­ra­ją­cych no­gami dziew­czyn. No­wych i z pew­no­ścią nie­zrze­szo­nych w żad­nym związku za­wo­do­wym. Ju­lie miała wąt­pli­wo­ści, czy w ogóle mó­wiły po duń­sku.

– Fuck, ale się cie­szę, że zo­sta­łaś. Klienci są dziś to­tal­nie na­bu­zo­wani! – za­wo­łała Ta­nya, prze­krzy­ku­jąc mu­zykę, po czym po­słała obie dziew­czyny do grupki do­ka­zu­ją­cych męż­czyzn. Na­stęp­nie po­de­szła do niej i do­dała już tro­chę ci­szej. – Na końcu baru sie­dzi fa­cet, który mówi, że cię zna. – Po­ka­zała głową w tamtą stronę, za­nim za­częła ob­słu­gi­wać ja­kie­goś Niemca.

Ju­lie całą zmro­ziło. Hen­rik uśmiech­nął się do niej i uniósł szklankę z pi­wem na po­wi­ta­nie. I jesz­cze mru­gnął. Wście­kła się, po­de­szła do niego szyb­kim kro­kiem.

– Co ty tu ro­bisz, do ja­snej cho­lery?

Uka­zały się jego do­łeczki.

– By­łem na spo­tka­niu Sto­wa­rzy­sze­nia Psy­cho­lo­gicz­nego i za­sze­dłem do tego klubu. – Uniósł piwo do ust i po­cią­gnął łyk. – Nie mia­łem po­ję­cia, że tu­taj pra­cu­jesz, do­póki nie zo­ba­czy­łem cię na sce­nie. Słowo skauta.

– I mimo to uzna­łeś, że po­wi­nie­neś zo­stać i się przy­wi­tać?

– To chyba nie jest za­bro­nione? – Zro­bił za­sko­czoną minę.

Po­trzą­snęła głową i za­częła ob­słu­gi­wać pi­ja­nego Duń­czyka, który ma­chał ty­siąc­ko­ro­no­wym bank­no­tem wło­żo­nym mię­dzy pa­lec wska­zu­jący a środ­kowy, pro­sząc o gin z to­ni­kiem.

– Także dla cie­bie, ślicz­notko.

– Dzię­kuję, ko­cha­nie. Je­steś mi­lutki – po­wie­działa. Schwy­ciła bank­not, wci­snęła go do kie­szeni i wy­dała klien­towi resztę. Po­tem znów od­wró­ciła się do Hen­rika.

– To nie w po­rządku, że po­ja­wiasz się w moim miej­scu pracy.

Pod­niósł pu­ste dło­nie, jakby się pod­da­wał.

– Prze­pra­szam. To nie było za­mie­rzone. Nie wie­dzia­łem, że to twój klub. Pro­szę, wy­bacz mi.

– Do­bra, za­po­mnijmy o tym – od­parła i się uśmiech­nęła. Roz­gnie­wa­nie Hen­rika nie przy­nio­słoby ni­czego do­brego.

Na­pił się piwa, ski­nął głową w stronę Swie­tłany, która wła­śnie zrzu­ciła majtki.

– Ty nie tań­czy­łaś nago.

– Nie. Ja tań­czę le­piej.

– Szkoda – stwier­dził. – Bo świet­nie to wy­gląda, kiedy twoje mię­śnie są na­pięte do gra­nic moż­li­wo­ści, a ty krę­cisz się wo­kół rury.

Skrzy­wiła się, ale Hen­rik zda­wał się nie za­uwa­żać, że po­czuła się przez niego nie­kom­for­towo, tylko cią­gnął da­lej na tę samą nutę.

– To było nie­sa­mo­wite, kiedy zsu­nę­łaś się na zie­mię do po­zy­cji szpa­gatu. Je­steś dia­bel­sko giętka. Mor­ten jest chyba mega za­do­wo­lony. – Za­śmiał się i do­pił resztkę piwa. – Na­cho­dzi mnie myśl, że trzy­ma­nie głowy mię­dzy two­imi udami jest dość ry­zy­kowne, je­śli się wściek­niesz w trak­cie seksu.

Pa­trzyła na niego, nie bę­dąc w sta­nie zmu­sić się do uśmie­chu.

– Cho­dzi mi o to, że skoro po­tra­fisz utrzy­mać się na ru­rze tylko dzięki sile swo­ich ud, z pew­no­ścią mo­żesz też udu­sić męż­czy­znę, który miał pe­cha utknąć mię­dzy nimi. – Spoj­rzał na nią po­waż­nym wzro­kiem. Po­tem się ro­ze­śmiał. – Daj spo­kój, Ju­lie. Jaja so­bie ro­bię.

Prze­wró­ciła oczami i za­częła ob­słu­gi­wać no­wego klienta. Kiedy męż­czy­zna do­stał swoje za­mó­wie­nie, od­wró­ciła się ku Hen­ri­kowi, który z szel­mow­skim spoj­rze­niem po­dał jej pu­stą szklankę. – Czy mógł­bym pro­sić o sta­ran­nie na­lane piwo z beczki?

– Mogę ci dać piwo. Żeby do­stać sta­ran­nie na­lane, mu­sisz po­szu­kać in­nego lo­kalu.

Znowu się za­śmiał. Po­tem spo­waż­niał.

– Nie po­wie­dzia­łem tych wszyst­kich rze­czy, że­byś czuła się za­kło­po­tana. Wiem, że to było słabe. Po pro­stu nie­sa­mo­wi­cie mi za­im­po­no­wa­łaś.

– Wpo­rzo – skła­mała, po czym chwy­ciła szklankę, na­lała do niej piwa i od­sta­wiła ją na bar.

Hen­rik wziął szklankę do ręki.

– Ale bar­dzo pięk­nie wy­glą­da­łaś, zwłasz­cza gdy za­rzu­ca­łaś swo­imi blond wło­sami. Po­win­naś za­wsze no­sić je roz­pusz­czone. Do twa­rzy ci z tym. – Uniósł szklankę do ust i upił łyk, po czym ją od­sta­wił, otarł pianę z gór­nej wargi i rzu­cił na bar dwu­stu­ko­ro­nowy bank­not. – Si­gne mówi, że prze­dłu­żyli na­sze spo­tka­nia o trzy mie­siące. – Kiedy Ju­lie się­gnęła po pie­nią­dze, po­ło­żył dłoń na jej dłoni i spoj­rzał jej w oczy. – Od­po­wiada ci ta umowa?

– Na­tu­ral­nie. – Za­brała rękę. – Je­steś dla mnie wspar­ciem. Pod wa­run­kiem, że nie po­ja­wiasz się nie­za­po­wie­dziany w mo­jej pracy.

Na jego twa­rzy znów uka­zały się do­łeczki.

– Cie­szę się, że tak mó­wisz. To zna­czy, nie cho­dzi mi o to ostat­nie, tylko o tę część, że da­lej chcesz się ze mną wi­dy­wać.

Po­de­szła do kasy, wzięła z niej resztę i po­ło­żyła ją na ba­rze. Hen­rik po­now­nie schwy­cił jej dłoń.

– Od­wieźć cię do domu, kiedy skoń­czysz?

– Se­rio? – Unio­sła brew. – Przy­je­cha­łeś au­tem? Ile piw wy­pi­łeś?

– Za wiele. – Za­śmiał się. – Obie­cuję, że po­je­dziemy tak­sówką, pani po­li­cjantko. – Po­kle­pał ją po dłoni, za­nim zdą­żyła ją cof­nąć.

Po­woli przy­zwy­cza­jała się do jego do­tyku. Na sa­mym po­czątku drę­twiała za każ­dym ra­zem, ale Hen­rik zda­wał się tego nie za­uwa­żać i za­cho­wy­wał się tak, jakby nic się nie stało, przez co Ju­lie miała wy­rzuty su­mie­nia, że źle go zro­zu­miała. Była to tylko przy­ja­zna dłoń na jej bio­drze, de­li­katne ści­śnię­cie ra­mie­nia, pa­lec gła­dzący ją po po­liczku. Od­wie­dziny w jej miej­scu pracy. To tylko Hen­rik, o nic mu nie cho­dziło.

Prze­cież pra­co­wał w urzę­dzie gminy.

Czwar­tek8 wrze­śnia 2011

8

Ce­line le­d­wie zdą­żyła wło­żyć klu­czyk do zamka w przed­nich drzwiach Tau­nusa, gdy zo­stała rzu­cona na ka­ro­se­rię jak pod­czas ude­rze­nia hu­ra­ganu, przez co o mały włos nie wy­pu­ściła z rąk re­kla­mówki ze świecz­ni­kami od Pieta He­ina.

Ob­ró­ciła się i na­po­tkała roz­wście­czone spoj­rze­nie Hen­rika.

Przy­su­nął twarz zu­peł­nie bli­sko jej twa­rzy.

– Masz prze­stać mnie śle­dzić – wark­nął, po czym od niej od­sko­czył, kiedy roz­su­nęły się au­to­ma­tyczne drzwi na par­king pod­ziemny i uka­zała się w nich para lu­dzi.

– Zo­staw mnie w spo­koju – po­wie­działa gło­śno, ma­jąc na­dzieję, że tamci przyjdą jej z po­mocą. – Bo za­cznę krzy­czeć!

Spoj­rzał na nią ze od­razą.

– Kiedy w końcu do cie­bie do­trze, że masz prze­stać mnie stal­ko­wać?

– Mam prawo iść do cen­trum han­dlo­wego – od­parła, ze stra­chu z tru­dem ła­piąc od­dech. Wie­działa, czemu on tu­taj jest. Cho­dziło o ze­szły pią­tek. Po­winna była zo­stać w au­cie, a nie iść za nim aż do sa­mego klubu. Po­stą­piła nie­ostroż­nie. I głu­pio.

Gdzieś nie­da­leko trza­snęły drzwi sa­mo­cho­dowe, roz­legł się war­kot sil­nika. Znowu byli sami.

Twarz Hen­rika znów zbli­żyła się do jej twa­rzy.

– Trzy­maj się ode mnie z da­leka, Ce­line. Dla wła­snego do­bra.

Sy­czący szept przy­wo­łał w niej wspo­mnie­nia cią­gną­cych się go­dzi­nami prze­słu­chań, które Hen­rik pro­wa­dził przez całe ich mał­żeń­stwo. Ce­line od­wró­ciła się i otwo­rzyła drzwi, ale na­gle zo­stała pchnięta na sa­mo­chód, kiedy Hen­rik zwa­lił się na nią ca­łym cia­łem. Czuła jego dłoń na po­ty­licy, ude­rza­jąc czo­łem o kra­wędź drzwi.

Po­czer­niało jej przed oczami. Przez mo­ment nie wie­działa, co się dzieje. Gdy do­szła do sie­bie, stała po­chy­lona, pa­trząc na re­kla­mówkę z pre­zen­tem uro­dzi­no­wym. Mu­siała wy­paść jej z ręki. Ce­line do­tknęła skroni i zo­ba­czyła, że ma czer­wone palce.

– Czemu to zro­bi­łeś? – Wy­pro­sto­wała się, po­ka­zu­jąc mu krew.

– Po­tknę­łaś się. Prze­stań zwa­lać na mnie. – Chwy­cił ją lekko za ra­mię i wy­jął z tyl­nej kie­szeni chu­s­teczkę hi­gie­niczną.

– Czy wszystko w po­rządku? – usły­szała z od­dali mę­ski głos.

– Mam wszystko pod kon­trolą, ale dzię­kuję panu – od­po­wie­dział Hen­rik przy­jaź­nie i uniósł wolną dłoń.

Ce­line chciała się od­wró­cić, ale jego druga dłoń wciąż oparta na jej klatce pier­sio­wej przy­trzy­mała ją przy sa­mo­cho­dzie.

Pa­trzył na nią z po­zorną tro­ską, przy­kła­da­jąc chu­s­teczkę do rany.

– Tylko spró­buj roz­krę­cić te­raz ja­kąś dramę, a już ni­gdy nie zo­ba­czysz Lærke.

– Zgło­szę to na po­li­cję – wy­szep­tała. Jej oczy wy­peł­niły się łzami, cho­ciaż pró­bo­wała je po­wstrzy­mać. Po­cią­gnęła no­sem.

– Sły­sza­łaś, co po­wie­dzia­łem? Żad­nej dramy. – Na­resz­cie ją pu­ścił.

Pod­nio­sła re­kla­mówkę z be­to­no­wej pod­łogi. Po­pa­trzyła na niego.

– Zgło­szę to! – wrza­snęła. – Tym ra­zem ci się nie upie­cze!

Na jego zre­lak­so­wa­nej twa­rzy po­ja­wiły się do­łeczki.

– Co ja mam z tobą zro­bić, Ce­line? Je­steś głup­sza niż pies.

– Po­wiem, że na mnie na­pa­dłeś. – Prze­cią­gnęła mocno pa­znok­ciami po jego po­liczku z za­mia­rem uni­ce­stwie­nia do­łecz­ków.

Od­trą­cił jej rękę gwał­tow­nym ru­chem, po czym po­krę­cił głową z wy­ra­zem zmę­cze­nia na twa­rzy.

– Cóż, w ta­kim ra­zie bę­dziesz miała o czym opo­wia­dać na po­li­cji – po­wie­dział, po czym ob­ró­cił się, cof­nął o dwa kroki i za­ata­ko­wał. Nie zdą­żyła na­wet unieść rąk. Rzu­cił nią o sa­mo­chód z taką siłą, że ka­ro­se­ria wgnio­tła się z me­ta­licz­nym dźwię­kiem, a z płuc Ce­line ule­ciało całe po­wie­trze. Osu­nęła się na zie­mię. Zwi­jała się z bólu na brud­nej be­to­no­wej po­sadzce, nie mo­gąc od­dy­chać.

– Wsta­waj. Je­steś ża­ło­sna.

Pró­bo­wała się od­czoł­gać, ale unie­moż­li­wiał to prze­raź­liwy ból w le­wym braku. Chciała krzy­czeć, ale po ude­rze­niu o sa­mo­chód wciąż nie mo­gła za­czerp­nąć tchu.

– Ce­line, nie wy­głu­piaj się. Weź mnie za rękę. – Zła­pał ją za lewe ra­mię i szarp­nął.

Prze­szył ją tak ostry ból, że przez mo­ment wszystko po­ciem­niało jej przed oczami. Po­zwo­liła się pod­nieść, by choć tro­chę ulżyć cier­pie­niu.

Hen­rik otrze­pał jej ko­lana z brudu, pod­niósł re­kla­mówkę ze świecz­ni­kami, którą od­rzu­ciło na bok i wrę­czył ją jej bez słowa. Do­brze, że jed­nak zde­cy­do­wała się na świecz­niki, po­my­ślała z ulgą. A nie krysz­ta­łowe kie­liszki, które matka rów­nież za­pi­sała na uro­dzi­no­wej li­ście ży­czeń.

Hen­rik po­mógł jej usiąść na fo­telu kie­rowcy.

– Czyli chyba je­ste­śmy kwita – po­wie­dział i za­trza­snął drzwi.

Z rany na­dal są­czyła się krew. A ból w barku był nie do znie­sie­nia.

Hen­rik za­cho­wy­wał się tak, jakby pu­ściły mu ostat­nie ha­mulce. Jakby czuł się wszech­mocny. Wcze­śniej ni­gdy nie sto­so­wał prze­mocy, nie w taki spo­sób. Pa­trzyła na niego, kiedy szedł spo­koj­nym kro­kiem do swo­jego sa­mo­chodu jak każdy inny czło­wiek.

9

– Pro­szę, pro­szę, kogo my tu­taj mamy?

Ju­lie pod­nio­sła głowę z za­sko­cze­niem na dźwięk ra­do­snego głosu Hen­rika.

– Co ty tu­taj ro­bisz?

– Za­kła­dam, że to samo co ty. – Pu­ścił do niej oczko. – Więc o ile nie za­trud­ni­łaś się w bi­blio­tece, za­kła­dam, że wolno mi tu­taj prze­by­wać.

– Ja­sne. – Uśmiech­nęła się i spoj­rzała w stronę Madsa, który ba­wił się na drew­nia­nym sa­mo­lo­cie ra­zem z ja­kimś ob­cym chłop­cem. – Po pro­stu zde­ner­wo­wa­łam się, czy aby nie za­po­mnia­łam o na­szym spo­tka­niu.

Po­krę­cił głową.

– Wi­dzimy się do­piero ju­tro.

– Co się stało? – Wska­zała za­dra­pa­nie na jego twa­rzy.

Do­tknął po­liczka.

– Kot na­le­żący do jed­nej z mo­ich ro­dzin. Dra­pieżny skur­czy­byk.

– Auć – sko­men­to­wała Ju­lie, po czym spu­ściła wzrok na le­żącą przed nią książki The BIG Lab, którą wła­śnie czy­tała, gdy zja­wił się Hen­rik. On jed­nak zda­wał się nie do­strze­gać alu­zji. Do­piero gdy usiadł na krze­śle obok niej, po­ka­zał książkę pal­cem.

– Twój re­gał jest pe­łen ta­kich ty­tu­łów, więc po co czy­tasz je jesz­cze w bi­blio­tece?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Mia­łam do wy­boru to albo ja­kiś ma­ga­zyn dla ko­biet – od­parła i ski­nęła głową w stronę sto­jaka z naj­now­szymi nu­me­rami ko­lo­ro­wych cza­so­pism o die­tach, je­sien­nej mo­dzie i po­ra­dach do­ty­czą­cych fit­nessu. Da­ro­wała so­bie długą opo­wieść o tym, jak w dzie­ciń­stwie cho­dziła mię­dzy bi­blio­tecz­nymi re­ga­łami i otwie­rała książki w przy­pad­ko­wych miej­scach. Uwiel­biała czy­tać, ale w jej domu ro­dzin­nym się tego nie ro­biło. Jej matka na­była kie­dyś na targu sta­roci w Ul­le­rup kilka sta­rych nu­me­rów „Re­ader’s Di­gest”. Zbie­rały je­dy­nie kurz na re­gale, cho­ciaż nie były praw­dzi­wymi książ­kami, tylko gru­bymi ze­szy­tami z tłu­ma­cze­niami ar­ty­ku­łów po­pu­lar­no­nau­ko­wych. To wła­śnie z jed­nego z nich Ju­lie do­wie­działa się, czym jest ar­chi­tek­tura. Póź­niej bi­blio­teczny re­gał z nu­me­rem sie­dem­dzie­siąt je­den był jej stałą przy­sta­nią. Ale tego wszyst­kiego nie po­wie­działa Hen­ri­kowi, który sie­dział obok niej ze swo­imi do­łecz­kami w po­licz­kach i świe­żym za­dra­pa­niem na twa­rzy, przy­glą­da­jąc się jej tak uważ­nie, że aż po­czuła dys­kom­fort i ucie­kła spoj­rze­niem w książkę.

– Czę­sto tu­taj przy­cho­dzisz?

Znowu pod­nio­sła głowę. Za­py­tał ją tak, jakby byli ob­cymi ludźmi, któ­rzy spo­tkali się ba­rze.

– Mają tu­taj do­bry ką­cik za­baw dla dzieci, a poza tym to przy­jemne i dar­mowe miej­sce – od­parła.

Po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu.

– To, co się stało w ze­szły pią­tek. W klu­bie. To nie było w po­rządku. Kiedy cię do­strze­głem, po­wi­nie­nem był stam­tąd wyjść.

Przy­tak­nęła ski­nie­niem głowy.

– I nie po­wi­nie­nem był ni­gdy mó­wić tych wszyst­kich że­nu­ją­cych rze­czy, które po­wie­dzia­łem. By­łem wsta­wiony. Mam na­dzieję, że po­tra­fisz mi wy­ba­czyć.

– Wszystko w po­rządku, Hen­rik. Nic się nie stało.

– Cie­szę się, że tak mó­wisz. – Zdjął dłoń z jej ra­mie­nia.

Po­de­szła do nich jedna z bi­blio­te­ka­rek.

– Hen­rik, co ty tu­taj ro­bisz?

– Cześć, Bente. – Wstał i uści­skał bi­blio­te­karkę na przy­wi­ta­nie. – Mia­łem na­dzieję, że cię spo­tkam. Chcia­łem po­roz­ma­wiać o szcze­gó­łach im­prezy hal­lo­we­eno­wej.

– Do Hal­lo­ween zo­stało jesz­cze dużo czasu. – Ko­bieta się za­śmiała.

– Cóż, tak samo jak do mo­mentu, gdy moje ro­dziny się zmo­ty­wują. To też tro­chę trwa.

Bente znowu się za­śmiała i zer­k­nęła ja Ju­lie.

– Czy…

– To jest Ju­lie. Ona i Mads też są moją ro­dziną – wy­ja­śnił, po czym od­cią­gnął bi­blio­te­karkę od sto­lika. – Je­śli cho­dzi o tę im­prezę, to…

Ju­lie spoj­rzała na Madsa, który po­biegł do in­te­rak­tyw­nej pod­łogi. Pró­bo­wała na­uczyć go w nią grać, ale był za mały, żeby zro­zu­mieć za­sady, i tylko ska­kał po kwa­dra­to­wych po­lach, które za­czy­nały się świe­cić.

– Wy­bacz. – Hen­rik znowu usiadł obok niej.

– Co mam wy­ba­czyć?

– Że nam prze­rwano. – Uśmiech­nął się sze­roko. – Bente to ga­duła. Za­nim za­czą­łem pra­co­wać w Tårnby, są­dzi­łem, że bi­blio­te­karki to nudne, ci­che istoty. Ale nie Bente. Nie tu­taj, w bi­blio­tece głów­nej. To miej­sce kipi ży­ciem i za­bawą.

Ju­lie przy­tak­nęła. Prze­wró­ciła stronę książki.

– Czy to nie jestGóra z Øre­stad? – Hen­rik wska­zał pal­cem ca­ło­stro­ni­cowe zdję­cie bu­dynku.

Ju­lie znowu ski­nęła głową.

– W dwa ty­siące ósmym roku zdo­była na­grodę za naj­lep­szy pro­jekt miesz­ka­niowy pod­czas Świa­to­wego Fe­sti­walu Ar­chi­tek­tury w Bar­ce­lo­nie.

– Cóż za nie­zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści – sko­men­to­wał.

– Zbieg oko­licz­no­ści? – Spoj­rzała na niego zdez­o­rien­to­wana.

– Tak, że spo­tka­li­śmy się tu­taj aku­rat dzi­siaj, bo… No po pro­stu… Czy­tasz wła­śnie tę książkę, a… – Hen­rik za­milkł i wziął ja za rękę. Pa­trzył na nią po­waż­nym wzro­kiem.

– Co ta­kiego? – Z uśmie­chem wy­su­nęła dłoń z jego dłoni.

– Mam dla cie­bie nie­spo­dziankę. – Po­wie­dział to tak na­gle, że Ju­lie wstrzy­mała od­dech, pod­czas gdy on da­lej na nią pa­trzył z prze­kor­nym uśmiesz­kiem.

– Tak? – od­parła nie­pew­nie.

Upły­nęło kilka se­kund, pod­czas któ­rych Hen­rik wciąż sie­dział w mil­cze­niu, po czym jed­nym ru­chem, ni­czym ilu­zjo­ni­sta, wy­cią­gnął z tyl­nej kie­szeni ja­kąś ulotkę i wrę­czył ją Ju­lie.

Przy­jęła ją z wa­ha­niem.

NAJ­LEP­SZA EU­RO­PEJ­SKA AR­CHI­TEK­TURA – gło­sił na­pis bie­gnący w po­przek zdję­cia na pierw­szej stro­nie. Ju­lie otwo­rzyła ulotkę i prze­bie­gła wzro­kiem tekst.

Na­groda Unii Eu­ro­pej­skiej w dzie­dzi­nie ar­chi­tek­tury współ­cze­snej. Wy­stawa stwo­rzona przez Fun­da­ció Mies van der Rohe z Bar­ce­lony uka­zuje twór­czą i ar­chi­tek­to­niczną ja­kość, która cha­rak­te­ry­zuje obec­nie ar­chi­tek­turę eu­ro­pej­ską…

Ju­lie prze­czy­tała uważ­nie ulotkę, po czym spoj­rzała na Hen­rika, nic z tego wszyst­kiego nie ro­zu­mie­jąc.

– Czy to nie dziwne? – Uśmiech­nął się sze­roko. – Za­mie­rza­łem dać ci to ju­tro, ale przy­sze­dłem tu­taj i cię spo­tka­łem… – urwał i zer­k­nął na jej książkę.

– Tak, ale na­dal nie ro­zu­miem.

Mru­gnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Wy­bie­rzemy na wy­cieczkę – oznaj­mił. – W Duń­skim Cen­trum Ar­chi­tek­tury pra­cuje mój bli­ski przy­ja­ciel, Pre­ben Hvid. Bę­dzie tam na nas cze­kał w so­botę o dwu­dzie­stej dru­giej.

– Czemu? – wy­rwało się jej.

W spoj­rze­niu Hen­rika bły­snął za­wód, ale do­łeczki w po­licz­kach zo­stały.

– Są­dzi­łem, że się ucie­szysz. – Po­ru­szył się lekko na krze­śle.

– I się cie­szę. – Ujęła jego rękę. – Na­prawdę. Ale czemu to ro­bisz?

– Bo mam ochotę, Ju­lie. – Ści­snął jej dłoń.

– To miło z two­jej strony. Ale nie wiem, czy znajdę ko­goś do opieki nad Mad­sem.

– Ta sta­ruszka z góry pew­nie się ucie­szy z to­wa­rzy­stwa.

Ju­lie za­re­ago­wała śmie­chem na tę pro­po­zy­cję.

– Edith? Ma na imię Edith. Mó­wisz te­raz jak Mor­ten.

– Wy­pra­szam so­bie – od­parł, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lony z po­rów­na­nia.

– Za­py­tam ją. – Ju­lie ener­gicz­nie po­ki­wała głową. – Je­stem pewna, że chęt­nie się nim zaj­mie, ja­kiś nie bę­dzie miała in­nych pla­nów.

– To do­brze, bo bar­dzo chcę cię tam za­brać.

Uśmiech­nęła się.

Hen­rik na­gle spo­waż­niał.

– Mam też oczy­wi­ście pe­wien ukryty za­miar w związku z tym za­pro­sze­niem.

Ju­lie wstrzy­mała od­dech, pa­trząc na jego po­zba­wioną mi­miki twarz. Przy­glą­dał się jej przez dłu­gie, mil­czące se­kundy w taki sam spo­sób, jak wtedy, gdy prze­cho­dził w tryb te­ra­peuty. Te bły­ska­wiczne zmiany mię­dzy po­waż­nym a przy­ja­ciel­skim to­nem roz­mowy za­wsze ją dez­orien­to­wały.

– Mam taki plan, że­byś za­częła stu­dia ar­chi­tek­to­niczne – po­wie­dział w końcu. – Wszystko inne to mar­no­wa­nie two­jego ta­lentu.

Ju­lie spoj­rzała na dłoń, którą trzy­mała, ob­ser­wo­wała kciuk gła­dzący jej skórę, pod­czas gdy Hen­rik cią­gnął ści­szo­nym gło­sem.

– Chcę speł­nić twoje ma­rze­nie. Ale to za­pro­sze­nie jest przede wszyst­kim nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym pre­zen­tem ode mnie dla cie­bie.

Nie od­ry­wała wzroku od po­ru­sza­ją­cego się kciuka, czuła jego do­tyk na skó­rze i od­razę, na którą Hen­rik nie za­słu­gi­wał.

10

Ce­line wrza­snęła, kiedy le­karz na­sta­wiał jej bark.

– Przez ten ty­dzień pro­szę ogra­ni­czyć ruch. Żad­nej gry w rugby ani ko­lej­nych upad­ków w par­kin­gach pod­ziem­nych – oznaj­mił, pusz­cza­jąc do niej oko, po czym ski­nął głową w stronę pie­lę­gniarki przy­trzy­mu­ją­cej Ce­line za zdrową koń­czynę. – So­raya za­ban­da­żuje pani ra­mię i da ja­kieś leki prze­ciw­bó­lowe do domu.

Pie­lę­gniarka po­dała jej chu­s­teczkę hi­gie­niczną, a tym­cza­sem le­karz znik­nął za drzwiami wa­ha­dło­wymi. Ko­bieta zga­siła ostre, zimne świa­tło lampy ope­ra­cyj­nej nad le­żanką, tak że w po­miesz­cze­niu po­zo­stało je­dy­nie ła­godne świa­tło prze­ni­ka­jące przez ma­towe okna.

Ce­line otarła oczy, pod­czas gdy jej ra­mię zo­stało za­ban­da­żo­wane i za­wie­szone na tem­blaku. Przy­glą­dała się wy­tre­no­wa­nym dło­niom pie­lę­gniarki, aż na­gle ści­snęło ją w gar­dle. Na myśl o tym, co Hen­rik mógłby zro­bić, gdyby na­prawdę od­krył, że go śle­dzi, pa­nika ude­rzyła ją jak pięść wy­mie­rzona pro­sto w brzuch.

– Pani So­rayo – zwró­ciła się do pie­lę­gniarki. – Do­brze za­pa­mię­ta­łam, że tak pani na imię?

Ko­bieta przy­tak­nęła.

– Mo­gła­bym do­stać do domu tro­chę wię­cej środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych, że­bym nie mu­siała że­brać u le­ka­rza ro­dzin­nego przed week­en­dem?

Pie­lę­gniarka pa­trzyła na nią ze źle skry­waną po­dejrz­li­wo­ścią.

Ce­line uśmiech­nęła się i znowu wy­tarła oczy pa­pie­rową chu­s­teczką.