Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Thriller psychologiczny o oszustwach, nadużywaniu władzy i przemocy systemowej...
JULIE to samotna matka chłopca, którego ojciec przebywa aktualnie w więzieniu. Wbrew swojej woli zostaje objęta nadzorem ośrodka opieki społecznej. Konsultant na początku wydaje się niezwykle czarujący, a kobieta jest zadowolona z tej współpracy. Do momentu, aż mężczyzna zaczyna oczekiwać czegoś w zamian. Ze strachu przed utratą syna Julie czuje się zmuszona mu ulec.
CELINE jest zdesperowana. Już nie może się widywać z córką. Jej były mąż, obecnie pracownik opieki społecznej, przez lata wielokrotnie oskarżał kobietę o przemoc i molestowanie, a teraz także o próbę uprowadzenia dziecka. Celine zna jednak jego tajemnice, dlatego decyduje się śledzić mężczyznę, by zgromadzić dowody i go zdemaskować – chociaż wie, że to śmiertelnie niebezpieczne przedsięwzięcie.
LINDA niedawno straciła pracę w Policyjnej Służbie Wywiadowczej i trafia do zwykłego, małego komisariatu. Tam przydzielono ją do sprawy pewnej samotnej matki. Szybko okazuje się, że to poważniejszy i znacznie bardziej skomplikowany przypadek, niż początkowo sądziła.
„Diabeł, którego znasz” to drugi tom serii thrillerów psychologicznych Lisy Holmfjord ukazujących mroczne oblicze instytucji, które przede wszystkim powinny pomagać pokrzywdzonym. Pierwszy tom cyklu, „Śmierć to tylko chwila”, cieszył się dużym zainteresowaniem czytelników i słuchaczy.
Lisa Holmfjord przez długi czas była dyrektorką Duńskiego Stowarzyszenia Kobiet i działa na rzecz równouprawnienia, przestrzegania praw człowieka i przeciwdziałania przemocy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 522
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Djævlen du kender
Przekład z języka duńskiego: Agata Lubowicka
Copyright © Lisa Holmfjord, 2026
This edition: © Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Justyna Kukian
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-218-2
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Word Audio Publishing International/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.wordaudio.se
Środa31 sierpnia 2011
1
Droga Celine,
jak wiesz, zazwyczaj nie odpowiadam na Twoją korespondencję. Tym razem muszę jednak zdementować ostatnie kłamstwa, jakoby to za moją zgodą wyjechałaś z Lærke, a później miałbym donieść na Ciebie służbom socjalnym.
Nigdy nie wyraziłbym zgody na wyjazd Lærke w trakcie roku szkolnego. Zanim zdecydowałaś się na ten nierozsądny krok, powinnaś była przemyśleć konsekwencje.
Dla dobra Lærke proszę Cię, abyś poszukała pomocy. Nie jesteś zdrowa. Widzę zmiany, które w Tobie zaszły, tak samo jak widzi je Lærke.
Nasze małżeństwo było udane. Prywatnie też to przyznawałaś. Byłaś ze mną szczęśliwa. Byłaś szczęśliwa, kiedy zapewniłem Ci pomoc psychiatryczną w okresie ciąży. Byłaś szczęśliwa aż do dnia, w którym ponownie zachorowałaś i zaczęłaś oskarżać mnie o przemoc. A przecież było dokładnie na odwrót. Nadal mam protokół z izby przyjęć po Twojej napaści na mnie.
Celine, nigdy nie stosowałem przemocy ani wobec Ciebie, ani wobec nikogo innego. Merete, moja przyszła żona, może to potwierdzić. Nadaję się na męża i jestem troskliwym ojcem.
Oboje wiemy, że to ja podjąłem decyzję o rozstaniu. I że bardzo ciężko to zniosłaś. Najpierw było Ci przykro, później miałaś do mnie żal, a obecnie działasz w sposób mściwy i wyrachowany.
A wszystko to mimo że zostawiłem Ci mieszkanie w nadzwyczaj atrakcyjnym i zmodernizowanym (przeze mnie) segmencie w Tåstrup – w nadziei, że po rozwodzie dojdziemy do porozumienia w sprawie Lærke. Niestety nigdy się to nie udało.
Opiekuję się naszą córką od prawie trzech lat. Lærke czuje się ze mną dobrze. Jest radosną i bystrą dziewczynką i tak powinno pozostać.
Dlatego, droga Celine, proszę Cię: opamiętaj się. Naucz się oddzielać własne potrzeby od potrzeb Lærke. Krzywdzisz ją, nie dostrzegając nikogo poza sobą.
Z wyrazami szacunku
Henrik
Julie oddała telefon Henrikowi.
– Nie odpisała – powiedział. – Ale mogę się założyć, że już obmyśla zemstę.
Julie miała ochotę wyjść do kuchni na papierosa.
Zapadła cisza.
Siedzieli obok siebie na sofie. Ona ze skrzyżowanymi nogami, on z jedną nogą na kanapowej poduszce, ułożoną pod takim kątem, że kolano lekko dotykało uda Julie. Zawsze tak siedział, kiedy się spotykali – zwrócony przodem do niej i odpowiednio blisko.
Nie było w tym żadnych ukrytych zamiarów. Jak sam wyjaśnił, należał do osób lubiących bliskość fizyczną – i Julie z czasem do tego przywykła.
Wciąż mówił o swojej byłej żonie.
Julie zerknęła w stronę uchylonych drzwi balkonowych. Poprawiła gumkę spinającą w kucyk jej jasnoblond włosy, wsłuchana w dziecięce głosy dobiegające z placu zabaw i uznała, że odbierze Madsa zaraz po szkole. Nie było sensu, żeby zostawał w świetlicy, skoro mogli wybrać się na plażę i popływać w morzu. Poczuła przypływ zadowolenia na myśl o tym, jak zachwycony będzie jej syn.
– Muszę zapalić – oznajmiła, odwracając się do Henrika.
Uśmiechnął się i położył miękko dłoń na ramiączku jej koszulki. Jego palce delikatnie gładziły nagie ramię.
– Wiem, że nie powinienem opowiadać ci tego wszystkiego. Ale… nie daje mi to spokoju.
– Nic się nie stało – odparła i zerwała się z sofy, chwytając kubek ze stołu. – Może twoja była żona po prostu coś źle zrozumiała w związku z tym wyjazdem?
– Proszę cię, Julie. – W jego głosie zabrzmiał wyrzut, chociaż dołeczki w policzkach nieco go złagodziły. Pokręcił głową, jakby powiedziała coś naprawdę naiwnego.
– Po prostu chodzi mi o to, że… – Julie powoli upiła łyk kawy. Nie miała prawa zadawać pytań, mieszać się w prywatne życie Henrika. W rzeczywistości czuła się nieswojo, gdy podczas ich spotkań schodził na temat relacji z eksżoną. Nigdy nie wiedziała, jak powinna zareagować. Bo on tego od niej oczekiwał. Że zareaguje. Że będzie go słuchać i uczestniczyć w rozmowie. Nie odstawiła kubka, kiedy znów usiadła na sofie. – Może po przeczytaniu twojego mejla Celine zrozumie, że dla dobra waszej córki powinniście ze sobą współpracować?
– To wykluczone. Celine obchodzi tylko ona sama. Potrafi być naprawdę wredna, jeśli coś nie idzie po jej myśli. – Spojrzenie Henrika posmutniało. – Po rozwodzie moje życie zmieniło się w piekło. Było tak źle, że rozważałem ucieczkę za granicę. Miałem załatwione fałszywe paszporty i przygotowaną podręczną torbę z gotówką. Wiem, że wydaje się to przesadnie dramatyczne. I szalone. – Dołeczki znów pojawiły się w jego policzkach, kiedy kręcił głową. – Ale atmosfera była wówczas tak napięta, że czułem się przytłoczony. Zorganizowałem nawet kryjówkę, gdzie wszystko czekało gotowe.
Julie pokiwała głową i upiła duży łyk kawy.
– Wysłałem go też jej adwokatowi – dodał Henrik, przeczesując palcami włosy.
Przez moment miała wrażenie, że coś jej umknęło, że zamyśliła się i straciła wątek. Zauważył to.
– Mejl – powiedział. – Wysłałem go adwokatowi.
– Aha. – Dopiła resztkę kawy. – I co odpowiedział?
– Jesteś taka słodka. – Posłał jej krzywy uśmiech. Ten sam, który zwykle wydawał się czarujący, ale który w tej chwili przede wszystkim ją zirytował.
Henrik znowu położył dłoń na jej ramieniu.
– Adwokat nie może odpowiedzieć. Ale przynajmniej wie już, że Celine jest krętaczką. Dostał całą korespondencję mejlową, więc zapoznał się z jej wszystkimi psychopatycznymi oskarżeniami. – Pieszczotliwie ścisnął ramię Julie, zanim z westchnieniem cofnął dłoń. – Celine zatruwa mi życie. Od początku przypisuje mi różne potworności. Po jednym z jej kłamstw musiałem nawet wypowiedzieć pracę w Valby. To czysta przemoc psychiczna – dodał ściszonym głosem.
Julie pokiwała głową ze współczuciem.
Henrik nie spuszczał z niej wzroku.
– Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo teraz jestem tutaj.
Odsunęła się od niego dyskretnie i uciekła wzrokiem, ale zaraz znów spojrzała mu w oczy, które wciąż uporczywie ją śledziły.
– No co? – rzuciła z lekkim grymasem.
Roześmiał się.
– Byłaby z ciebie niezła terapeutka, Julie. Spójrz tylko, jak szybko się przed tobą otwieram. Ale tak być nie może.
– Aha. Czemu nie? – Dała się złapać na jego żartobliwy ton i odstawiła kubek na stół. Głód nikotynowy wywoływał niepokój w całym ciele.
Jego spojrzenie stało się szelmowskie, dołeczki się pogłębiły.
– Czy to taki trick, którego używasz, żeby nie mówić o sobie?
Zamaskowała zmieszanie szerokim uśmiechem.
– Następnym razem nie może tak być. – Zaśmiał się i mrugnął go niej porozumiewawczo. – To ja jestem psychologiem.
Nadal uśmiechnięta pokręciła głową, ogarnięta nagłym poczuciem winy. Obserwowała jego klatkę piersiową, która unosiła się miarowo i opadała pod obcisłą koszulką. Czuła się nieswojo, kiedy się z nią droczył, jakby istniał między nimi jakiś poufały żart, którego sensu jeszcze nie zdołała rozgryźć.
Ujął jej dłoń w swoją. Była się miękka i ciepła.
– Wszystko w porządku?
Uniosła wzrok.
– Oczywiście – odparła, po czym wysunęła dłoń, żeby znowu poprawić kucyk.
Henrik czasami potrafił czytać w jej myślach, co zawsze budziło w niej lekki niepokój. I chociaż rzadko myślała o nim źle, nachodziły ją wyrzuty sumienia. Bo on tyle z siebie dawał. Troszczył się o nią. Słuchał. Nikt podobny do niego tego nie robił. Wszystko inne było tylko głupimi drobiazgami. Znów spojrzała w stronę drzwi balkonowych. Na podwórku panowała teraz cisza. Słońce bawiło się łapaczem snów. Mads przyniósł go w zeszłym tygodniu, upierając się, że ma zawisnąć na balkonie i wyłapywać wszystkie koszmary, zanim zdołają się zakraść do środka.
Henrik odchrząknął.
Znowu poczuła na sobie jego wzrok.
– Dobrze, zatem o ile pamiętam, rozmawialiśmy o Mortenie, zanim zeszliśmy na manowce – odezwał się znowu. – Chcesz przećwiczyć ze mną twoją rozmowę z Madsem?
– Nie trzeba. Powiedziałam mu o tym wczoraj. – Od uśmiechu czuła napięcie w żuchwie. Naprawdę potrzebowała teraz zapalić.
Henrik pokiwał wolno głową.
– Na szczęście przyjął to zaskakująco dobrze – dodała szybko, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Właściwie to nawet cieszy się na te odwiedziny u ojca w więzieniu. Mam wrażenie, że traktuje to trochę jak wycieczkę do Tivoli.
– Przecież nie ma w tym nic zabawnego. – Jego zwykle czarująca twarz spoważniała, a spojrzenie nabrało tej władczej nuty, której Julie nie znosiła.
– Jakoś to będzie. Mads dobrze to znosi. Wolę, żeby uważał to za coś ekscytującego, niż żeby płakał.
Henrik ciężko wciągnął powietrze.
– W byciu więźniem nie ma nic ekscytującego, Julie.
– Może i nie, ale to nie Mads siedzi za kratkami, tylko jego ojciec.
– Właśnie dlatego nie powinien traktować tego jak coś, do czego warto dążyć.
– Do cholery, on wcale tego nie robi! – Ze złością potrząsnęła głową.
Zmarszczki na czole Henrika powoli się wygładziły.
– Głęboki wdech, Julie – powiedział, po czym demonstracyjnie zaczerpnął tchu i położył dłoń na jej ramieniu. – Złość to nic złego. Trzeba tylko uważać, żeby nie przerodziła się w coś destrukcyjnego. – Jego palce zataczały delikatne kółka na jej nagich plecach, na wysokości łopatek, wywołując łaskotki.
Wiedziała, że nie ma sensu protestować. Wzięła głęboki oddech. I jeszcze jeden, bo Henrik nie spuszczał z niej wzroku.
– O, właśnie tak – dodał z zadowoleniem, po czym przeniósł dłoń na jej udo i lekko je poklepał. – Nie musisz od razu się jeżyć.
Julie upomniała się w duchu, że spotkania z Henrikiem to najlepsze, co kiedykolwiek zaproponował jej urząd gminy. Henrik wierzył w nią, gdy sama w siebie nie wierzyła. Upewniał ją w tym, że jest dla Madsa dobrą matką. Był wspaniały pod każdym względem – pod warunkiem, że nie doprowadzał jej do szału. Albo nie zaczynał mówić o swojej szurniętej eks.
Mogła trafić naprawdę znacznie gorzej.
2
Ten mejl nie został napisany do niej. Został napisany do wszystkich innych osób, ale tylko ona to dostrzegała. Celine obrzuciła ostatnim spojrzeniem wydruk korespondencji, który podał jej adwokat nad swoim kilometrowym biurkiem, po czym zgniotła papier i rzuciła go z powrotem siedzącemu naprzeciwko mężczyźnie.
– Henrik łże jak z nut.
Rasmus Hedevang przyglądał się jej w milczeniu ze swojego skórzanego fotela po drugiej stronie stojącego między nimi kolosa.
Poruszyła się niespokojnie na skórzanym fotelu – zbyt niskim w stosunku do biurka i sprawiającym, że patrząc na adwokata, musiała kierować wzrok ku górze.
– To dzięki mnie mogliśmy zamieszkać w Tåstrup, żeby było jasne. Segment przy Espens Vænge należy wyłącznie do mnie, nie jest to żaden prezent od niego. Rodzice zapisali mnie do spółdzielni mieszkaniowej KAB, kiedy jeszcze byłam dzieckiem – wyjaśniła i uniosła podbródek. Powstrzymała się od dodania, że wszystko w tym przeklętym domu tak bardzo przypominało jej o Henriku, że każdego dnia bolał ją od tego brzuch. Lærke była jedynym powodem, dla którego wciąż nie spaliła tego wszystkiego do fundamentu.
Hedevang pokiwał wolno głową, najwyraźniej nie czując żadnej potrzeby, by podtrzymywać tę rozmowę.
Celine skrzyżowała ramiona na piersi.
– Henrik chce przeciągnąć pana na swoją stronę. Dlatego wysyła panu te mejle. Dąży do tego, żeby wszyscy się ode mnie odwrócili.
Adwokat nadal się nie odzywał.
– Czy słusznie odnoszę wrażenie, że wszystko, o czym tutaj mówię, nic pana nie obchodzi?
Twarz mężczyzny nareszcie ożyła, gdy jedna brew uniosła się wysoko.
– Cóż, jak już wcześniej pani mówiłem, mejle pani eksmałżonka zasadniczo mnie nie interesują. Martwią mnie natomiast pani mejle do niego. – Hedevang wygładził wydruk w sposób, od którego żołądek podszedł jej do gardła. – Czemu znowu grozi pani uprowadzeniem waszej córki?
– Napisałam tylko, że gdybym naprawdę chciała ją uprowadzić, tak jak on twierdzi, nigdy by nas nie odnalazł. – Celine rozłożyła ręce. – Na litość boską, pojechałyśmy tylko do Lalandii. Henrik mnie oszukał, byliśmy wcześniej umówieni. – Przyglądała się twarzy adwokata, instynktownie wiedząc, że traci czas. Mimo to spróbowała zaapelować do jego znikomej empatii. – Henrik oszukuje wszystkich. Nikt nie ma pojęcia, do czego jest zdolny. Kiedyś podał mi dużą dawkę silnego leku, przez co trafiłam do szpitala.
Brew adwokata znalazła się kilka centymetrów od linii włosów.
– Ma pani na myśli pobyt na oddziale zamkniętym?
– Nie. Chodzi mi o sytuację, kiedy podkradł mi Oxycontin i dodał do czerwonego wina – odpowiedziała bezbarwnym głosem. – Poza tym nie przebywałam na oddziale zamkniętym. Mogłam stamtąd wyjść w każdej chwili.
– Hmm… – Brew Hedevanga zjechała z powrotem w dół. – Czemu w ogóle zażywała pani tak silny lek przeciwbólowy jak Oxycontin?
– Spadłam ze schodów z pierwszego piętra i miałam operowany kręgosłup.
– I to, że zażyła pani zbyt dużą dawkę, było winą pani męża?
Celine energicznie pokiwała głową.
– Wsypał mi lek do wina. Po prostu to wiem. Obudziłam się w szpitalu. Potem przez kilka miesięcy nie pozwalał mi widywać się z Lærke.
– Czyli twierdzi pani, że były mąż panią otruł, żeby mógł…
– Owszem, właśnie to mówię – przerwała mu. – Żeby mógł zabrać Lærke.
Adwokat przeciągle westchnął.
– I może pani udowodnić, że właśnie tak było?
Napięła żuchwę, zacisnęła szczęki, aż poczuła ból.
Hedevang odpowiedział za nią.
– Nie, prawda? Być może zmyśliła pani tę historię na poczekaniu. Czegoś takiego nie możemy wykorzystać w sądzie. Już pani o tym mówiłem.
– Henrik naprawdę to zrobił. Nie mam wątpliwości, że to jego sprawka. Bardzo uważałam z dawkowaniem tego leku.
– Ale sytuacja wygląda obecnie tak, że nie ma pani żadnych dowodów na potwierdzenie swoich oskarżeń. Ma je natomiast pani eksmąż.
– Nie, jeśli chodzi o zarzut porwania. Mieliśmy umowę.
– Ustną umowę, o której nie słyszał nikt oprócz pani. – Hedevang uniósł dłonie, układając je jak szale wagi i przesunął nimi asymetrycznie w górę i w dół. Potem pochylił się w przód, oparł przedramiona o blat biurka i splótł dłonie. – Chyba pani rozumie, że jesteśmy w naprawdę kiepskim położeniu. Ryzykuje pani całkowitą utratą prawa do opieki nad córką.
Celine wbiła wzrok w adwokata.
– Nie można do tego dopuścić.
– Nie, i na szczęście może da się to powstrzymać, zawierając ugodę.
– Ugodę?
– Prawnie wiążącą umowę między nami i drugą stroną i to najlepiej jeszcze przed sprawą sądową, bo nasze szanse są niewielkie. Ale to oznacza, że będziemy musieli ustąpić w niektórych ważnych punktach.
Celine zmarszczyła czoło.
– Nie zmusi mnie pan, żebym przyznała, że próbowałam uprowadzić Lærke.
– Nie, ale możemy zaproponować kontakty nadzorowane przez pewien czas, aż wszyscy się przekonają, że nie zamierza pani znowu porwać córki.
– Ja jej wcale nie porwałam! – Celine uderzyła całą dłonią o biurko. – Czy pan w ogóle słucha tego, co mówię?
Adwokat najpierw wlepił wzrok w jej dłoń, później go uniósł i pochwycił jej spojrzenie.
– Powinna pani również powściągnąć tego rodzaju wybuchy agresji.
– Nie jestem agresywna. Jestem sfrustrowana.
– Możliwe. – Hedevang pokiwał głową. –Ale wcześniej wykazywała pani zachowania przemocowe.
Prychnęła.
– Henrik miał powierzchowne skaleczenie na brwi po tym, jak trafił go pilot do telewizora. Na izbie przyjęć przyklejono mu plaster i dostał papier, który teraz wykorzystuje przeciwko mnie.
– A doniesienie na policję z powodu stalkingu? – Hedevang ciężko wciągnął powietrze.
– To on zaczął! – krzyknęła piskliwie i westchnęła, po czym dodała już bardziej opanowanym tonem, bo sama słyszała, że jej głos zabrzmiał jak u przedszkolaka. – Po tym, jak skonfrontowałam go z lokalizatorem GPS, który odkryłam pod swoim samochodem, zaczął twierdzić, że to ja zamontowałam urządzenie pod jego autem. – Jej głos znowu podniósł się o oktawę. – Chryste, poszedł z tym od razu na policję. Z moimi odciskami palców.
Spojrzenie Hedevanga wyrażało teraz rezygnację.
– Czyli to były mąż panią śledził, a nie na odwrót. To właśnie pani twierdzi?
– Tak.
– A pani nigdy go nie śledziła?
Celine pokręciła głową.
– Ale go pani nęka.
– Nieprawda.
– Proszę pani. – W głosie adwokata słychać było zmęczenie. – Chyba pani nie zaprzeczy, że ciągle do niego dzwoni i wysyła wiadomości?
– Mógłby mi pozwolić porozmawiać z Lærke. To wszystko, o co proszę.
– Decyzję o zawieszeniu kontaktów wydał organ administracji państwowej i musi to pani zaakceptować. – Hedevang westchnął. – Proszę posłuchać. Naprawdę bardzo ciężko pracuję nad tym, by odzyskała pani prawo do spotkań z córką, ale żeby się to powiodło, trzeba przestrzegać przepisów.
– Jakich przepisów?
– Na przykład, że przestanie pani wydzwaniać do byłego męża. I do córki.
Celine przygryzła policzek, powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś niemiłego. Nie przepadała za Rasmusem Hedevangiem i żałowała, że nie zmieniła adwokata, kiedy był na to czas. Dzięki temu nie musiałaby siedzieć w jego mahoniowym biurze i być traktowana jak idiotka. Wlepiła wzrok w ścianę za jego plecami udekorowaną pretensjonalnymi dyplomami i świadectwami oprawionymi w szkło i ramki. Ten mężczyzna był równie zadowolony z siebie co Henrik.
– Czyli mówi pan, że to on ma decydować o tym, do kogo mogę dzwonić? – Celine prychnęła. – Kiedy byliśmy małżeństwem, Henrik żądał dostępu do mojego telefonu i kasował wszystkie kontakty, które mu się nie podobały.
– Co pani eksmąż robił w czasie, gdy byliście małżeństwem, nie jest istotne dla sprawy. – Hedevang rozplótł dłonie i rozłożył ręce. – Proszę panią, by nie dzwoniła pani do byłego męża i córki do dnia rozprawy. Umowa stoi?
Celine zamknęła oczy i potarła dłonią czoło. Może rzeczywiście będzie najlepiej, jeśli zaczeka z wyjaśnieniem Lærke, jak się sprawy mają, do momentu, aż córka do niej wróci. Otworzyła oczy, spojrzała na adwokata.
– Kiedy więc odbędzie się rozprawa?
Hedevang odchylił się na oparcie fotela, skupił wzrok na jej twarzy.
– Została przewidziana na dwudziestego czwartego października.
Zapadła cisza na kilka sekund, w trakcie której Celine upewniła się, że się nie przesłyszała.
– Za dwa miesiące? – Uniosła się lekko z siedziska i uderzyła dłonią o biurko, tym razem niezbyt mocno, dała tylko wyraz swojej frustracji. – Nie mam zamiaru czekać tak długo. Po prostu nie mogę…
Adwokat uniósł głos.
– Będzie pani musiała. Nie jesteście jedynymi osobami, które potrzebują sądu do rozwiązania swoich konfliktów – powiedział i zacisnął węzeł krawata. – Radzę pani przyjąć propozycję ugody. Wtedy szybko się uporamy z całą sprawą.
Celine robiła wszystko, żeby zachować spokój. Naprawdę starała się być lepszym człowiekiem i podporządkowywać się żądaniom Henrika. Przestała nawet stawiać mu opór po tym, co się stało w Valby. Nie powinna była doprowadzać do jego zwolnienia. Zatrudnienie detektywa było beznadziejnie głupim pomysłem. W ostatecznym rozrachunku tylko pogorszyło jej sytuację. Spojrzała w dół na swoje zaciśnięte dłonie. Przygryzła policzek tak mocno, że aż poczuła krew, po czym znowu uniosła głowę.
– Jak pani sądzi, czy powinniśmy zaproponować im tę ugodę? – Spojrzenie Hedevanga stało się filuterne, jak u pośrednika nieruchomości zachwalającego ruinę do kapitalnego remontu.
– Nie – odparła. – Nie będę więcej zginać karku.
– W takim razie mam nadzieję, że go pani nie skręci – odparł adwokat. Wyglądał, jakby potrzebował tabletki na ból głowy. Celine mogła to zrozumieć. Czasami miała wrażenie, że jest bliska utraty zmysłów. Czuła się tak, jakby krzyczała z głębi jakiejś czarnej dziury, podczas gdy wszyscy inni ludzie chodzili niewzruszenie w świetle dnia, głusi z wyboru.
Hedevang zaczął zbierać rozrzucone na biurku papiery, nie patrząc w jej stronę. Dopiero gdy wstała z fotela, obrzucił ją przelotnym spojrzeniem, wyciągnął ku niej rękę i pożegnał ją pojedynczym, zdecydowanym uściskiem dłoni.
Brakowało jej powietrza. Chciała wciągać je do płuc, ale zatrzymywało się w połowie drogi, jak gdyby coś stało na przeszkodzie, by mogła je napełnić do końca.
Czuła się zagubiona i zaczynała przyzwyczajać się do tego stanu.
Piątek2 września 2011
3
Niedostateczna higiena jamy ustnej. Julie odłożyła na blat kuchenny kartkę od szkolnego stomatologa. Kurwa mać, szorowała mu zęby co wieczór. Tylko rankiem mogła o tym zapomnieć. Chwyciła pudełko z drugim śniadaniem, podeszła do stołu i patrzyła, jak syn napycha pulchne policzki płatkami czekoladowymi.
– Kończ już, Mads – powiedziała, po czym wzięła pilota, wycelowała go w gościa telewizji śniadaniowej, pozwalając, by pokój wypełniły odgłosy mlaskania. Była na siebie zła, że zgodziła się na spotkanie w urzędzie gminy o tak wczesnej porze. Zamiast tego miałaby ochotę się wykąpać i może przespać się kilka godzin. Zmęczenie już zdążyło wywołać pierwsze oznaki migreny. Zeszłą noc znowu spędziła w pracy, a wątpiła, żeby w ciągu dnia udało jej się zamknąć oczy na dłużej niż krótką chwilę.
– Mads, do cholery. Musimy już iść.
Chłopiec uniósł miskę do ust i wysiorbał jasnobrązowe mleko wraz z ostatnimi płatkami.
Julie wrzuciła pudełko z drugim śniadaniem do tornistra i wyciągnęła go przed siebie, tak że syn musiał tylko wsunąć ramiona pod szelki.
– Mamo, kto zbudował świat?
– No chodź już, Mads – powiedziała. Wypchnęła chłopca na klatkę schodową i zamknęła drzwi za nimi obojgiem.
– Czy zbudowali go urzędnicy z gminy?
– Kochanie, są na to za głupi.
Chwyciła syna za rękę i zerknęła ku sąsiednim drzwiom, chociaż Kenni, jej sąsiad, nigdy nie wstawał tak wcześnie. Ten biedaczyna, który mieszkał ze swoją starą matką i jeździł Fordem Mustangiem trzymanym w jednym z nielicznych, lecz rozchwytywanych podziemnych garaży przy osiedlu Olafgården, miał zwyczaj obserwować klatkę schodową przez judasza, gotowy obrzucić Julie stekiem wyzwisk, jak tylko się pojawi. Poza starym samochodem była to zapewne jedyna rozrywka w jego żałosnym życiu. Zaczął tak robić, odkąd pewnego wieczoru zjawił się w jej klubie wraz z grupą ludzi z Europy Wschodniej i zamówił szampana oraz kobiety, które miały im go podać. Zachowywał się jak jakaś szycha, chociaż widać było z daleka, że jest nikim i tylko wynajęto go w charakterze opiekuna. Kiedy przyszli, Julie skończyła już występ i pomagała Tanyi w barze. Kenni próbował przywołać ją skinieniem dłoni do stolika, ale ona nie była dziewczyną od serwowania szampana. Ustąpiła dopiero, gdy ochroniarz położył jej dłoń na ramieniu. Następnego dnia Kenni zaprosił ją na kawę. Odmówiła przyjaznym tonem. Na samym początku. Później kazała mu spieprzać, i typ się wściekł. Jego fiut nie był widać dość duży, by znieść odmowę.
Pospiesznie opuściła klatkę schodową. Powietrze było zimne i przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna wrócić po kurtkę dla syna, ale zrobiło się zbyt późno, więc pociągnęła Madsa za sobą ku Sirgræsvej. Szkolne podwórko pokonała truchtem, żeby zdążyć na czas.
Nicoline powitała ich przed klasą spojrzeniem, które zatrzymało się zbyt długo na zegarku. Julie oceniła, że ona i nauczycielka są mniej więcej w tym samym wieku, chociaż wychowawczyni Madsa ubierała się tak, jakby utknęła w latach pięćdziesiątych. „Rockabilly”, oznajmiła uroczyście na pierwszym zebraniu z rodzicami, jak gdyby jej styl był czymś absolutnie wyjątkowym.
– Zmykaj do klasy, Mads. Muszę porozmawiać z twoją mamą – powiedziała nauczycielka, wykrzywiając delikatnie czerwone usta, po czym przeniosła spojrzenie z chłopca na Julie.
Mads otoczył ramionami biodra matki i mocno się jej uczepił.
– Kocham cię, mamo.
Julie pochyliła się i ucałowała go we włosy, zanim chłopiec obrócił się i ruszył w stronę sali.
Nicoline zagrodziła mu drogę z uśmiechem tak fałszywym jak naszyjnik z pereł, który miała na szyi.
– Pamiętałeś, żeby zabrać piórnik?
Mads pokiwał głową, ale mimo to nauczycielka kazała mu zajrzeć do tornistra, zanim pozwoliła mu przejść. Następnie odwróciła się ku Julie, wciąż z tym swoim fałszywym uśmiechem, i odezwała się protekcjonalnym tonem, jakby przemawiała do jednego ze swoich uczniów.
– Musimy porozmawiać o godzinach, w których Mads chodzi spać. Podczas lekcji trudno mu usiedzieć na swoim miejscu. I ciągle ziewa.
– Czyli mówi pani, że Mads przeszkadza innym, ale równocześnie prawie zasypia?
Nicoline odchrząknęła.
– Sądzę, że pomogłoby, gdyby wcześniej kładł się do łóżka.
Julie przyglądała się uważnie jej protekcjonalnej twarzy.
– Może się nudzi? Sądzę, że pomogłoby, gdyby miał więcej wyzwań podczas lekcji. – Posłała nauczycielce najpromienniejszy ze swoich uśmiechów i obróciła się na pięcie. Szybkim krokiem pomaszerowała do wyjścia. Kurwa. Teraz będzie żyła w lęku przed kolejnym zawiadomieniem do gminy, tym razem zwierającym kłamstwo o tym, że Mads się nie wysypia, a ją, jego matkę, nic to nie obchodzi. Nie mogła do tego dopuścić. Była śmiertelnie zmęczona tym wiecznym węszeniem gminnych urzędników w jej życiu prywatnym. Zapaliła papierosa, chociaż nadal znajdowała się na podwórku dla najmłodszych dzieci, i szybko się stamtąd oddaliła, zanim ktoś ją zobaczył. Zastanawiała się, co powinna powiedzieć podczas spotkania. Jeśli w ogóle miała im coś do powiedzenia. Signe zawsze udawała, że wszystko ustalają wspólnie, chociaż każda z nich wiedziała, jak jest naprawdę. Ale Julie nie miała nic przeciwko temu teatrzykowi, dopóki nie przynosił szkody Madsowi.
Wzdrygnęła się na zimnym wietrze. A przecież pogodynka telewizji śniadaniowej zapowiadała cudownie gorący, późnoletni dzień. Powinna była jednak wrócić po tę kurtkę. Jeszcze tego by brakowało, gdyby do gminy poszło zawiadomienie, że jej syn chodzi za cienko ubrany.
Kiedy wzywano ją do Wydziału Pomocy Rodzinie, Julie czuła się tak, jakby podchodziła do egzaminu. Strach przed oblaniem jako matka był wszechobecny, ale krył się zwłaszcza pod takimi słowami jak „współpraca”, „opieka”, „troska” i „interwencja”.
Jako samotna matka notowana w rejestrze karnym i z gównianą pracą Julie była notorycznie na przegranej pozycji. Zaciągnęła się po raz ostatni, wyrzuciła papierosa i przebiegła między autami przez Amager Landevej.
Wznosił się przed nią główny budynek urzędu zbudowany w stylu modernizmu klasycznego. Kiedyś marzyła o zostaniu architektką. Ale marzenia to jedno, a rzeczywistość – drugie. Ludzie jej pokroju rzadko zostawali architektami. Mimo to nadal pociągały ją minimalistyczne budynki takie jak siedziba Urzędu Gminy Tårnby z inspirowaną architekturą japońską konstrukcją dachową, która niemal unosiła się w powietrzu nad budynkiem. Julie brzydziła się jednak tym, co znajdowało się w środku. No, może z wyjątkiem Henrika.
4
Celine siedziała na łóżku Lærke i słuchała sygnału dzwonienia, dopóki nie włączyła się poczta głosowa. Nie mogę odebrać telefonu, więc powiedz coś albo wyślij esemesa, mówiła wesoło córka. Celine przerwała połączenie. Wzięła do rąk poduszkę i przycisnęła twarz do końskiego motywu na poszewce. Wciąż czuła zapach dziewczynki. Materiał nasiąkł łzami i Celine odłożyła poduszkę na miejsce z nagłej obawy, że zapach wywietrzeje z powodu wilgoci. Spojrzała ku oknu. Słońce świeciło bezlitośnie, padało na pomalowany słoik na parapecie, sprawiając, że cały się jarzył. Rasmus Hedevang nic nie rozumiał. Lærke była jej córką i potrzebowały siebie nawzajem. Sędzia też musiał to zrozumieć. Każdy inny scenariusz byłby zbyt okrutny. Dotknęła szorstkiej powierzchni nad wezgłowiem. Lærke sama wybrała ten kolor. Jasny fiolet. Pomalowanie pokoju trwało dwie godziny. Na szczęście Henrik nie towarzyszył im podczas zakupów w markecie budowlanym. Celine znowu się rozpłakała. Były mąż nienawidził jej łez, teraz mogła ryczeć tyle, ile chciała, i kiedy chciała. Popłakała nad tym trochę dłużej. Potem się zezłościła i wybrała jego numer.
– Chcę się z nią zobaczyć – powiedziała, zanim zdążył się odezwać.
– Zdajesz sobie sprawę, że ocierasz się o policyjny zakaz zbliżania? – Ton z początku był twardy, ale później zabrzmiała w nim nuta litości. – Przestań do nas dzwonić. I przestań, na Boga, pisać te wiadomości. Tylko sobie szkodzisz tym głupim zachowaniem.
– Oszukałeś mnie, okłamałeś. – Zaczęła panicznie łapać oddech, wargi drżały. Próbowała spokojnie oddychać, napełnić płuca powietrzem, ale było to niemożliwe. Znowu się rozpłakała. – Jak możesz robić to Lærke? Krzywdzisz ją tak samo jak mnie.
– Celine, weź się w garść. Powiedziałem w swoim mejlu wszystko, co miałem ci do powiedzenia.
– Jesteś obrzydliwym skurwysynem! – krzyknęła do mikrofonu.
– Dłużej tego nie zniosę. – Westchnął. – Przestań nas nękać.
– Henrik, pozwól mi z nią porozmawiać tylko przez dwie minuty. Chcę ją przeprosić.
Wciągnął ciężko powietrze.
– Proszę cię – nalegała.
– Twoja córka nie chce z tobą rozmawiać. Tym porwaniem podkopałaś ostatnią resztkę jej zaufania. Porozmawiaj ze swoim adwokatem. My już z tobą skończyliśmy.
– Nie! – wrzasnęła do telefonu. – Wcale nie skończyliśmy.
– Jesteś chora, Celine.
– A co powiesz o sobie? Sypiasz ze swoimi klientkami.
– Znowu do tego wracamy? Celine, na litość boską. Jak to możliwe, że doprowadziłaś się do takiego stanu? Idź do psychiatry.
Połączenie zostało przerwane.
Otworzyła usta i wrzasnęła, wykrzyczała z siebie wszystko, całe nieszczęście, całą wściekłość i rozpacz. Drapało ją w gardle. Krzyczała, aż ochrypła, nie zważając na to, czy słyszą ją sąsiedzi. Była o krok od histerii, a Henrik tylko czekał, by zepchnąć ją za krawędź przepaści. Nie zamierzała pozwolić mu zwyciężyć.
Pohamowała się i otarła łzy z policzków. Zwróciła uwagę na dawną szmatkę przytulankę Lærke zawiązaną wokół szyi jednego z jej misiów. Córka nie bawiła się nimi już od dawna, ale upierała się, by wciąż siedziały na kołdrze, chociaż mogłyby wywołać radość w innym czułym dziecięcym sercu. Celine odwiązała szmatkę i przypomniała sobie, jak Henrik potrafił odebrać jej Lærke, kiedy jeszcze karmiła ją piersią. Czasem odjeżdżał z rozpłakanym dzieckiem, innym razem Celine musiała go błagać z krzykiem, by ją oddał. Wtedy wolno jej było płakać, i szybko się nauczyła, że to lepsze, niż zaogniać sytuację.
Mówił, że córka nie może oddychać, kiedy Celine przyciska jej główkę do piersi. Mówił, że karmienie piersią jest zbyt niebezpieczne. Nie ufał jej. Dlatego przeszli na karmienie butelką. Mleko i tak ledwo wypływało z jej piersi.
Celine podążyła do kuchni zdecydowanym krokiem i wyrzuciła szmatkę przytulankę do śmieci.
Ciche piknięcie telefonu powiadomiło ją o nowym esemesie.
Droga Celine, martwię się o Ciebie. Ale muszę chronić naszą córkę. Więc jeśli znowu będziesz nam grozić, będę musiał skontaktować się z policją. Nie zostawiasz mi innego wyboru. Serdeczności, Henrik
Rzuciła komórką, tak że urządzenie przejechało po blacie kuchennym. Potem poszła do łazienki i odkręciła zimną wodę. Ochlapała nią twarz, wzięła ręcznik, uniosła głowę i dostrzegła w lustrze swoje żałosne odbicie. Wyprostowała się i wolną ręką zmierzwiła włosy, jak gdyby miało to przydać witalności wyniszczonej Celine w lustrze. Ciągłe pozostawanie w pozycji obronnej wykończyło ją psychicznie i fizycznie, ciągłe przewidywanie nieszczęść, które mogły się zdarzyć, kiedy najmniej się tego spodziewała. Usunęła palcami resztki tuszu spod oczu i wróciła do kuchni. Dziś był ich wspólny piątek. O tej porze powinna odebrać Lærke ze szkoły. W drodze do domu rozmawiałyby o wszystkim, co muszą zdążyć zrobić do niedzieli. Celine nie miała siły spędzać samotnie kolejnego weekendu. Chwyciła komórkę i wysłała esemesa do matki, po czym pokonała schody na piętro i spakowała torbę.
Któregoś razu pojechała do ośrodka interwencji kryzysowej. Lærke miała wtedy cztery lata. Stały na dworze przez pół godziny, ale nigdy nie zapukały do drzwi. Na koniec Celine zadzwoniła do ojca, który po nie przyjechał.
To było wiosną 2005 roku. Rodzice wzięli kredyt pod zastaw swojego domu, żeby opłacić adwokata specjalizującego się w sprawach rozwodowych.
Przekręciła klucz w zamku, nacisnęła klamkę, żeby się upewnić, że drzwi są zamknięte i pośpieszyła do swojego Forda Taunusa z nikłą nadzieją, że akumulator nie zawiedzie. Zaczepiła pas bezpieczeństwa o mały metalowy haczyk, który zamontowała awaryjnie obok zdezolowanej klamry. Po kilku naciśnięciach na pedał i dwóch próbach uruchomienia silnika auto w końcu ożyło. Było to raczej zasługą braku deszczu niż jej zręczności. Celine obrzuciła wzrokiem ciemne niebo.
Ruszyła przed siebie i wjechała na autostradę E21. Z nogą na pedale gazu oddalała się coraz bardziej od Vestegnen, od wszystkiego, co przypominało jej o Henriku.
Kiedy zjeżdżała z autostrady na Ørestad, deszcz spadł ciężkimi kroplami na przednią szybę, utrudniając widoczność. Celine wlekła się tempem ślimaka, aż skręciła w lewo w Ryumgårdsvej, gdzie deszcz ustał tak raptownie, jak się zaczął. Zaparkowała przed należącą do jej rodziców willą z czerwonej cegły i przez jakiś czas siedziała za kierownicą. Czuła potrzebę, by znaleźć się wśród ludzi, którzy jednoznacznie trzymali jej stronę i nazywali Henrika człowiekiem bezwartościowym i samolubnym. Ludzi, którzy nienawidzili go tak zażarcie jak ona. Tylko przez weekend. Mimo to już teraz odczuwała niepokój i była gotowa się wycofać. Bo to niczego nie zmieniało. Rzeczywistość pozostanie tak samo okrutna, jak była.
Błysnęło. Potem rozległ się grzmot.
Chwyciła torbę i wyszła z samochodu. Deszcz znowu zaczął padać. Szybkim krokiem przeszła przez furtkę, minęła wypielęgnowane malwy i otworzyła drzwi. W jednym pokoi matka zaśmiała się z czegoś na cały głos. Na blacie w kuchni parzyła się herbata i leżały słodkie wypieki z piekarni.
Ciepły zapach spokoju sprawił, że Celine się rozluźniła. Chociaż nawet w tym miejscu nie mogła czuć się spokojna. Nie było tu tak bezpiecznie jak kiedyś, po tym jak Henrik dostał pracę w urzędzie gminy w Tårnby.
Na zewnątrz zadudnił kolejny grzmot.
5
– Nie pij już więcej coli. – Julie zabrała synowi butelkę i postawiła ją na stole, zanim ponownie przebiegła wzrokiem po remizie strażackiej po drugiej stronie więziennego ogrodzenia.
Był to ponury widok, który nie stał się lepszy, kiedy się rozpadało. Wnętrza sali widzeń też nie nazwałaby wesołym. Chociaż służby więzienne dokładały starań, by uczynić pomieszczenia do rodzinnych spotkań przytulnymi, goście nie zawsze obchodzili się w wyposażeniem delikatnie. Stół, przy którym siedzieli Julie i Mads, pokrywały rysunki, z krzeseł zaczynała odłazić czerwona farba. W rogu stała kuchnia do zabawy z Ikei, ale tylko z jednym garnkiem i plastikową podstawką. Reszty musiała dokonać wyobraźnia. Jedynie łazienka wydawała się zadbana i niezdewastowana. Głównie dlatego, że jej stalowe wyposażenie zostało przykręcone do białych wykafelkowanych powierzchni.
Julie nie mogła się doczekać, kiedy za godzinę opuści to miejsce. Obserwowała syna, który rysował coś na kartce kredkami świecowymi znalezionymi na stole. Jego krótkie nóżki dyndały w powietrzu pod krzesłem. Signe znów chciała odbyć z nim rozmowę sam na sam. Julie nie rozumiała, czemu miało to służyć, skoro już spotykała się z Henrikiem. Ale Signe nalegała. Więc na tym stanęło. W następną środę doradczyni socjalna miała zjawić się w szkole i zabrać go jak na przesłuchanie na oczach jego wszystkich kolegów. „To czysta formalność”, powiedziała Signe, żeby móc zapisać to w aktach. Julie proponowała, że sama przyprowadzi Madsa do urzędu. Ogarniało ją zdenerwowanie na samą myśl o tym, że Nikoline skorzysta z okazji, by poskarżyć się Signe, jak tylko ją zobaczy. Ale rozmowa musiałaodbyć się w szkole, więc ostatecznie umówiły się, że będzie tak, jak chce Signe.
Julie głośno westchnęła. Syn spojrzał na nią z uniesioną brwią. Pogłaskała go po głowie, kręcąc wolno głową.
– Wszystko w porządku, kochanie – powiedziała. – Jestem tylko zmęczona.
Chłopiec wrócił do rysowania.
Coś długo nie przyprowadzali Mortena. Julie ziewnęła. Brakowało jej tlenu. W pomieszczeniu było gorąco i duszno, a czas dłużył się w nieskończoność.
Po drugiej stronie szyby pojawił się błysk. Kilka sekund później rozległ się grzmot, który wprawił wszystko w lekkie drżenie. Puls Julie gwałtownie podskoczył. Nienawidziła burzy.
W zamku zazgrzytały klucze.
Mads zerwał się z krzesła.
– Tata! – Pobiegł w tamtą stronę.
Strażnik zamknął drzwi za Mortenem, który pochylił się i oplótł Madsa wytatuowanymi ramionami.
– Co tam, szkrabie? – powiedział, po czym podniósł chłopca i podszedł do Julie z uwagą wciąż skupioną na synu, który szeptał mu coś do ucha. – Ja też za tobą tęskniłem. – Pocałował go w czoło, po czym delikatnie pogładził włosy Julie swoją szorstką dłonią. – Myślisz, że mama też za mną tęskniła?
Mads z zapałem pokiwał głową.
– Czyli nie znalazła sobie nowego chłopaka?
Chłopiec wzruszył ramionami.
– Co ty, kurwa, wygadujesz? – Julie przewróciła oczami. – Weź się ogarnij.
– Daj spokój – odparł Morten ze znaczącym uśmieszkiem. Postawił Madsa na podłodze, po czym klapnął ciężko na krzesło. – Powiedziałem to tylko dla żartu. – Odsunął trochę krzesło, żeby zrobić miejsce dla swoich szerokich ud. – Co cię dzisiaj ugryzło?
– Nie chcę, żebyś mu gadał takie brednie.
Uniósł ręce na znak, że się poddaje.
– Po prostu się cieszę, że widzę swoją rodzinę, okej?
– Nie jestem twoją rodziną, Morten. Mads tak, ale ja nie jestem częścią tego rachunku.
Westchnął ciężko.
– Julie, co się dzieje?
– Nic. – Zmusiła się do uśmiechu, chociaż czuła, że zaraz się udusi. – Jestem zmęczona, nie wyspałam się po pracy.
– Kochanie, harujesz jak wół. Czy ta babcia z góry nadal opiekuje się Madsem?
Julie przytaknęła skinieniem głowy.
– Nie boisz się, że nagle kopnie w kalendarz?
– Chryste. Nie przesadzaj.
– No co, starzy ludzie umierają, czy tego chcemy, czy nie. Mówiłem ci, że moja matka chętnie się nim zajmie.
– Mads nie będzie chodził do tej wiedźmy. Ona non stop karmi go bzdurami na mój temat.
– Na pewno nie jest aż tak źle.
– A właśnie, że kurwa jest.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu, obserwując chłopca, który znowu zajął się rysowaniem.
– Tato – odezwał się Mads, nie odrywając wzroku od kartki, na której właśnie kolorował słońce. – Henrik mówi, że niedługo będę rysował tak dobrze jak mama.
– Kim jest Henrik?
Morten spojrzał na nią spode łba.
– Konsultant rodzinny. O nim ci też, kurwa, mówiłam. – Przewróciła oczami, a później pokręciła głową.
– I jak długo będziesz go mieć na karku?
Wzruszyła ramionami.
– Właśnie się dowiedziałam, że muszę się z nim spotykać przez kolejne trzy miesiące.
– A ty nie masz nic przeciwko temu?
Znowu wzruszyła ramionami.
– Robię, co mi każą.
– Dobrze wygląda? Niezłe z niego ciacho? – Morten wysunął agresywnie podbródek.
– Nie – skłamała.
Grzmot burzy na sekundę wprawił szybę w drżenie. Julie się wzdrygnęła.
Mads obrzucił ją krótkim, ale czujnym spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na Mortena.
– Mama nie lubi burzy – oznajmił. – Ale mnie jest wszystko jedno. – Podał ojcu rysunek. – Nie boję się niczego, prawda, mamo?
– Jesteś najodważniejszym chłopcem na świecie – potwierdziła Julie.
– Tak jak twój tata. – Morten pogładził go po włosach. – Nie potrafimy zbyt pięknie rysować, ale za to jesteśmy odważni.
Chłopiec pokiwał głową.
– Bo ty się nie boisz przestępców, którzy tutaj mieszkają?
– Ha! Szkrabie, to oni boją się mnie. Robią w gacie ze strachu – powiedział Morten i naprężył muskuły obu ramion ku uciesze własnej i syna.
Julie westchnęła. Znów wyjrzała przez okno. Lało teraz jak z cebra. Niebo było tak mroczne jak jej nastrój. Czuła w brzuchu coś na kształt twardego supła, rodzaj drzemiącej paniki, która tylko czekała, by wybuchnąć. I którą potęgowała każda nowa inicjatywa narzucana jej przez Signe.
Przyglądała się zdeformowanemu światu po drugiej stronie ociekającej deszczem szyby i pomyślała, że może to tylko zmęczenie wytrąca ją z równowagi. Wiedziała jednak, że tak nie jest. Świat poza tymi murami był takim samym więzieniem jak to, w którym się właśnie znajdowała. Tylko tam jej kraty miały postać pseudodobrowolnych środków zaradczych podejmowanych przez gminnych urzędników.
To sprawiało, że miała ochotę krzyczeć.
6
Celine stała na mokrej trawie na końcu ogrodu, obserwując przez lornetkę teatralną rodzinę siedzącą przy stole jadalnianym. Henrik i Lærke. Merete i jej syn. Nikt nic nie mówił, tylko raz wargi chłopca się poruszyły. Lærke się roześmiała. Merete upomniała syna i śmiech zamarł. Dzieci wróciły do jedzenia. Podglądanie ich było na swój sposób fascynujące. Wszyscy razem wyglądali na normalną rodzinę o nienagannych manierach, lecz Celine wiedziała, co się dzieje wewnątrz Merete, wiedziała, że ma wyostrzone wszystkie zmysły, by nie dopuścić do żadnych błędów. Bo chociaż Henrik był w tej chwili niezwykle spokojny, w następnej mógł eksplodować gniewem.
Podobnie to wyglądało, gdy on i Celine mieszkali razem. Ale to nie ciche kolacje były w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze były te wieczory, kiedy Henrik wracał wcześniej z pracy i pomagał jej w kuchni. „Zbyt grubo obierasz ziemniaki”, krytykował, „za mało solisz, lejesz za dużo oleju, nie te przyprawy, zbyt mocno przypiekasz befsztyki”. Powtarzał to w nieskończoność, aż coś się naprawdę nie udawało i triumfował. Obecnie Celine gotowała tylko wtedy, gdy miała u siebie Lærke. W pozostałe dni jadła kanapki przy blacie w kuchni i zamawiała jedzenie na wynos, kiedy było ją na to stać.
Henrik i Lærke zamieszkali w Rødovre z Merete i jej synem zeszłej jesieni. Niedługo po tym, jak wyprowadzili się od Tove. A teraz znów wszystko wskazywało na nadchodzące rozstanie. W drodze powrotnej z Lalandii Lærke zwierzyła się matce, że chyba kolejny raz zmieni szkołę. Serce Celine krwawiło, kiedy w spojrzeniu dziecka dostrzegła pogodzenie się z losem nomadki. Tak rozpaczliwie pragnęła przytulić córkę i szepnąć, że wszystko będzie dobrze, że nigdy jej nie opuści, bez względu na to, co się stanie. Ale teraz mogła tylko stać na tyłach domu w mokrym od deszczu ogrodzie i obserwować Lærke z dystansu. Nie rozmawiały ze sobą od dnia, kiedy zajechały pod dom i czekali tam na nich policja i komornik. Było to dla nich obu wstrząsające przeżycie. I ten koszmar trwał. Najrozsądniej byłoby siedzieć z założonymi rękami i czekać na rozprawę. Gdyby ją tutaj nakryto, konsekwencje byłyby straszne. Celine jednak nie mogła czekać. Dlatego zamiast zostać na noc u rodziców, opuściła ich dom niedługo po przyjeździe. Zaparkowała swój samochód na Espens Vænge i pojechała rowerem do wypożyczalni AVIS, gdzie wynajęła Fiata Punto. Bała się ryzykować, chociaż jej mechanik przed dwoma tygodniami poinformował ja, że lokalizator GPS na podwoziu nie był wymieniany przez ostatnie lata i najprawdopodobniej nie działał.
W obserwowanym przez nią salonie wstawano właśnie do stołu. Merete zbierała talerze, Henrik jej pomagał. Lærke zniknęła wraz z chłopcem.
Celine nie miała powodu, by dalej tutaj sterczeć. Wróciła do samochodu, usiadła za kierownicą i spróbowała skupić myśli na nielicznych dobrych rzeczach w swoim życiu, które potrafiła sobie przypomnieć, chociaż płacz ściskał jej gardło. Włożyła kluczyk do stacyjki i miała właśnie odbić od krawężnika, kiedy drzwi frontowe się otworzyły i na schody wyszedł Henrik. Prędko zgasiła silnik, zsunęła się z fotela i ukryła za kierownicą, przerażona, że zostanie przyłapana na gorącym uczynku. Serce wyrywało jej się z piersi, jak gdyby próbowało samodzielnej ucieczki, podczas gdy mężczyzna powolnym krokiem przeciął ulicę, zmierzając ku swojemu Oplowi. Właśnie tu i teraz ktoś powinien go załatwić, pomyślała Celine i poczuła przyjemny deszcz.
Henrik uruchomił silnik i wkrótce tylne światła jego auta zniknęły na końcu ulicy. Celine policzyła do pięciu, po czym przekręciła kluczyk i podążyła jego śladem. Dawno go nie śledziła, ale wspomnienie o jego obrzydliwym mejlu do Rasmusa Hedevanga ponownie wznieciło w niej gniew. Henrik był mistrzem w robieniu z niej idiotki. Czasem miała wrażenie, że jest niepokonany. Ale byłaby to prawda zbyt bolesna do udźwignięcia.
Henrik był po prostu dobry w tych swoich gierkach.
A ona czuła wściekłość.
Wjechali na Roskildevej prowadzącą do centrum Kopenhagi.
– Jestem największym błędem twojego życia – powiedziała w kierunku ciemnego Opla przed sobą. Zaśmiałaby się, gdyby to wszystko nie było tak cholernie smutne.
7
– Musisz stanąć za barem. – Radic, szef Julie i właściciel klubu patrzył na jej odbicie w lustrze, kiedy wkładała koszulkę przez głowę.
– Nie stanę za żadnym pieprzonym barem – odparła, gdy twarz Julie pojawiła się w wycięciu na głowę. – Powinnam była skończyć o dwunastej, po moim występie. A jest już, kurwa, wpół do pierwszej, i właśnie wychodzę do domu.
– Julie, dostaniesz podwójną stawkę. Jest piątek, proszę, pomóż mi – powiedział z silnym bałkańskim akcentem. – Molly poszła do chorego dziecka. Cholerne duńskie prawo pracy. – Radic dodał coś, co Julie interpretowała jako wiązankę przekleństw z jego rodzimego kraju.
Chwyciła swoje jeansy.
– Plus tysiak do ręki, wtedy zostanę do czwartej.
– Umowa stoi. – Radic posłał jej jeden ze swoich rzadkich uśmiechów.
Julie spięła włosy w kucyk i szybko sprawdziła makijaż w lustrze, zanim wyszła z przebieralni za sceną prosto w ciemną, zatłoczoną salę klubową, której ściany były obwieszone lustrami i wytapetowane welurem w kolorze ciemnego bordo. Kiedy Radic przejął cały interes, dawne minimalistyczne wnętrze, które było znacznie bardziej cool i osobiście wybrane przez Julie dla poprzedniego właściciela, zostało zastąpione czymś, co przypominało klub striptizerski rodem z lat siedemdziesiątych. Klienci to jednak uwielbiali.
Czuła na piersi dudnienie basów, a głos Joego Cockera chrypiał: You can leave your hat on. Julie pokręciła głową na ten nieoryginalny wybór muzyki, który w pełni pasował do beznadziejnego show prezentowanego na scenie. Swietłana była wciąż zbyt niedoświadczona i po wykonaniu strażaka zbyt szybko wylądowała na podłodze, a następujący po nim hip hold w ogóle jej nie wyszedł. Ale mężczyźni z obleśnymi uśmiechami siedzący wokół sceny i ci z uwagą skupioną na swoich drinkach i dziewczynach serwujących szampana niczego nie zauważyli. Swietłana porzuciła teraz rurę i wiła się na podłodze. Radic będzie musiał sporo wybulić, jeśli chce, żeby Julie poświęciła swój czas na wytrenowanie nowych tancerek.
Weszła za bar i dołączyła do Tanyi zajętej przygotowywaniem szampanów dla dwóch przebierających nogami dziewczyn. Nowych i z pewnością niezrzeszonych w żadnym związku zawodowym. Julie miała wątpliwości, czy w ogóle mówiły po duńsku.
– Fuck, ale się cieszę, że zostałaś. Klienci są dziś totalnie nabuzowani! – zawołała Tanya, przekrzykując muzykę, po czym posłała obie dziewczyny do grupki dokazujących mężczyzn. Następnie podeszła do niej i dodała już trochę ciszej. – Na końcu baru siedzi facet, który mówi, że cię zna. – Pokazała głową w tamtą stronę, zanim zaczęła obsługiwać jakiegoś Niemca.
Julie całą zmroziło. Henrik uśmiechnął się do niej i uniósł szklankę z piwem na powitanie. I jeszcze mrugnął. Wściekła się, podeszła do niego szybkim krokiem.
– Co ty tu robisz, do jasnej cholery?
Ukazały się jego dołeczki.
– Byłem na spotkaniu Stowarzyszenia Psychologicznego i zaszedłem do tego klubu. – Uniósł piwo do ust i pociągnął łyk. – Nie miałem pojęcia, że tutaj pracujesz, dopóki nie zobaczyłem cię na scenie. Słowo skauta.
– I mimo to uznałeś, że powinieneś zostać i się przywitać?
– To chyba nie jest zabronione? – Zrobił zaskoczoną minę.
Potrząsnęła głową i zaczęła obsługiwać pijanego Duńczyka, który machał tysiąckoronowym banknotem włożonym między palec wskazujący a środkowy, prosząc o gin z tonikiem.
– Także dla ciebie, ślicznotko.
– Dziękuję, kochanie. Jesteś milutki – powiedziała. Schwyciła banknot, wcisnęła go do kieszeni i wydała klientowi resztę. Potem znów odwróciła się do Henrika.
– To nie w porządku, że pojawiasz się w moim miejscu pracy.
Podniósł puste dłonie, jakby się poddawał.
– Przepraszam. To nie było zamierzone. Nie wiedziałem, że to twój klub. Proszę, wybacz mi.
– Dobra, zapomnijmy o tym – odparła i się uśmiechnęła. Rozgniewanie Henrika nie przyniosłoby niczego dobrego.
Napił się piwa, skinął głową w stronę Swietłany, która właśnie zrzuciła majtki.
– Ty nie tańczyłaś nago.
– Nie. Ja tańczę lepiej.
– Szkoda – stwierdził. – Bo świetnie to wygląda, kiedy twoje mięśnie są napięte do granic możliwości, a ty kręcisz się wokół rury.
Skrzywiła się, ale Henrik zdawał się nie zauważać, że poczuła się przez niego niekomfortowo, tylko ciągnął dalej na tę samą nutę.
– To było niesamowite, kiedy zsunęłaś się na ziemię do pozycji szpagatu. Jesteś diabelsko giętka. Morten jest chyba mega zadowolony. – Zaśmiał się i dopił resztkę piwa. – Nachodzi mnie myśl, że trzymanie głowy między twoimi udami jest dość ryzykowne, jeśli się wściekniesz w trakcie seksu.
Patrzyła na niego, nie będąc w stanie zmusić się do uśmiechu.
– Chodzi mi o to, że skoro potrafisz utrzymać się na rurze tylko dzięki sile swoich ud, z pewnością możesz też udusić mężczyznę, który miał pecha utknąć między nimi. – Spojrzał na nią poważnym wzrokiem. Potem się roześmiał. – Daj spokój, Julie. Jaja sobie robię.
Przewróciła oczami i zaczęła obsługiwać nowego klienta. Kiedy mężczyzna dostał swoje zamówienie, odwróciła się ku Henrikowi, który z szelmowskim spojrzeniem podał jej pustą szklankę. – Czy mógłbym prosić o starannie nalane piwo z beczki?
– Mogę ci dać piwo. Żeby dostać starannie nalane, musisz poszukać innego lokalu.
Znowu się zaśmiał. Potem spoważniał.
– Nie powiedziałem tych wszystkich rzeczy, żebyś czuła się zakłopotana. Wiem, że to było słabe. Po prostu niesamowicie mi zaimponowałaś.
– Wporzo – skłamała, po czym chwyciła szklankę, nalała do niej piwa i odstawiła ją na bar.
Henrik wziął szklankę do ręki.
– Ale bardzo pięknie wyglądałaś, zwłaszcza gdy zarzucałaś swoimi blond włosami. Powinnaś zawsze nosić je rozpuszczone. Do twarzy ci z tym. – Uniósł szklankę do ust i upił łyk, po czym ją odstawił, otarł pianę z górnej wargi i rzucił na bar dwustukoronowy banknot. – Signe mówi, że przedłużyli nasze spotkania o trzy miesiące. – Kiedy Julie sięgnęła po pieniądze, położył dłoń na jej dłoni i spojrzał jej w oczy. – Odpowiada ci ta umowa?
– Naturalnie. – Zabrała rękę. – Jesteś dla mnie wsparciem. Pod warunkiem, że nie pojawiasz się niezapowiedziany w mojej pracy.
Na jego twarzy znów ukazały się dołeczki.
– Cieszę się, że tak mówisz. To znaczy, nie chodzi mi o to ostatnie, tylko o tę część, że dalej chcesz się ze mną widywać.
Podeszła do kasy, wzięła z niej resztę i położyła ją na barze. Henrik ponownie schwycił jej dłoń.
– Odwieźć cię do domu, kiedy skończysz?
– Serio? – Uniosła brew. – Przyjechałeś autem? Ile piw wypiłeś?
– Za wiele. – Zaśmiał się. – Obiecuję, że pojedziemy taksówką, pani policjantko. – Poklepał ją po dłoni, zanim zdążyła ją cofnąć.
Powoli przyzwyczajała się do jego dotyku. Na samym początku drętwiała za każdym razem, ale Henrik zdawał się tego nie zauważać i zachowywał się tak, jakby nic się nie stało, przez co Julie miała wyrzuty sumienia, że źle go zrozumiała. Była to tylko przyjazna dłoń na jej biodrze, delikatne ściśnięcie ramienia, palec gładzący ją po policzku. Odwiedziny w jej miejscu pracy. To tylko Henrik, o nic mu nie chodziło.
Przecież pracował w urzędzie gminy.
Czwartek8 września 2011
8
Celine ledwie zdążyła włożyć kluczyk do zamka w przednich drzwiach Taunusa, gdy została rzucona na karoserię jak podczas uderzenia huraganu, przez co o mały włos nie wypuściła z rąk reklamówki ze świecznikami od Pieta Heina.
Obróciła się i napotkała rozwścieczone spojrzenie Henrika.
Przysunął twarz zupełnie blisko jej twarzy.
– Masz przestać mnie śledzić – warknął, po czym od niej odskoczył, kiedy rozsunęły się automatyczne drzwi na parking podziemny i ukazała się w nich para ludzi.
– Zostaw mnie w spokoju – powiedziała głośno, mając nadzieję, że tamci przyjdą jej z pomocą. – Bo zacznę krzyczeć!
Spojrzał na nią ze odrazą.
– Kiedy w końcu do ciebie dotrze, że masz przestać mnie stalkować?
– Mam prawo iść do centrum handlowego – odparła, ze strachu z trudem łapiąc oddech. Wiedziała, czemu on tutaj jest. Chodziło o zeszły piątek. Powinna była zostać w aucie, a nie iść za nim aż do samego klubu. Postąpiła nieostrożnie. I głupio.
Gdzieś niedaleko trzasnęły drzwi samochodowe, rozległ się warkot silnika. Znowu byli sami.
Twarz Henrika znów zbliżyła się do jej twarzy.
– Trzymaj się ode mnie z daleka, Celine. Dla własnego dobra.
Syczący szept przywołał w niej wspomnienia ciągnących się godzinami przesłuchań, które Henrik prowadził przez całe ich małżeństwo. Celine odwróciła się i otworzyła drzwi, ale nagle została pchnięta na samochód, kiedy Henrik zwalił się na nią całym ciałem. Czuła jego dłoń na potylicy, uderzając czołem o krawędź drzwi.
Poczerniało jej przed oczami. Przez moment nie wiedziała, co się dzieje. Gdy doszła do siebie, stała pochylona, patrząc na reklamówkę z prezentem urodzinowym. Musiała wypaść jej z ręki. Celine dotknęła skroni i zobaczyła, że ma czerwone palce.
– Czemu to zrobiłeś? – Wyprostowała się, pokazując mu krew.
– Potknęłaś się. Przestań zwalać na mnie. – Chwycił ją lekko za ramię i wyjął z tylnej kieszeni chusteczkę higieniczną.
– Czy wszystko w porządku? – usłyszała z oddali męski głos.
– Mam wszystko pod kontrolą, ale dziękuję panu – odpowiedział Henrik przyjaźnie i uniósł wolną dłoń.
Celine chciała się odwrócić, ale jego druga dłoń wciąż oparta na jej klatce piersiowej przytrzymała ją przy samochodzie.
Patrzył na nią z pozorną troską, przykładając chusteczkę do rany.
– Tylko spróbuj rozkręcić teraz jakąś dramę, a już nigdy nie zobaczysz Lærke.
– Zgłoszę to na policję – wyszeptała. Jej oczy wypełniły się łzami, chociaż próbowała je powstrzymać. Pociągnęła nosem.
– Słyszałaś, co powiedziałem? Żadnej dramy. – Nareszcie ją puścił.
Podniosła reklamówkę z betonowej podłogi. Popatrzyła na niego.
– Zgłoszę to! – wrzasnęła. – Tym razem ci się nie upiecze!
Na jego zrelaksowanej twarzy pojawiły się dołeczki.
– Co ja mam z tobą zrobić, Celine? Jesteś głupsza niż pies.
– Powiem, że na mnie napadłeś. – Przeciągnęła mocno paznokciami po jego policzku z zamiarem unicestwienia dołeczków.
Odtrącił jej rękę gwałtownym ruchem, po czym pokręcił głową z wyrazem zmęczenia na twarzy.
– Cóż, w takim razie będziesz miała o czym opowiadać na policji – powiedział, po czym obrócił się, cofnął o dwa kroki i zaatakował. Nie zdążyła nawet unieść rąk. Rzucił nią o samochód z taką siłą, że karoseria wgniotła się z metalicznym dźwiękiem, a z płuc Celine uleciało całe powietrze. Osunęła się na ziemię. Zwijała się z bólu na brudnej betonowej posadzce, nie mogąc oddychać.
– Wstawaj. Jesteś żałosna.
Próbowała się odczołgać, ale uniemożliwiał to przeraźliwy ból w lewym braku. Chciała krzyczeć, ale po uderzeniu o samochód wciąż nie mogła zaczerpnąć tchu.
– Celine, nie wygłupiaj się. Weź mnie za rękę. – Złapał ją za lewe ramię i szarpnął.
Przeszył ją tak ostry ból, że przez moment wszystko pociemniało jej przed oczami. Pozwoliła się podnieść, by choć trochę ulżyć cierpieniu.
Henrik otrzepał jej kolana z brudu, podniósł reklamówkę ze świecznikami, którą odrzuciło na bok i wręczył ją jej bez słowa. Dobrze, że jednak zdecydowała się na świeczniki, pomyślała z ulgą. A nie kryształowe kieliszki, które matka również zapisała na urodzinowej liście życzeń.
Henrik pomógł jej usiąść na fotelu kierowcy.
– Czyli chyba jesteśmy kwita – powiedział i zatrzasnął drzwi.
Z rany nadal sączyła się krew. A ból w barku był nie do zniesienia.
Henrik zachowywał się tak, jakby puściły mu ostatnie hamulce. Jakby czuł się wszechmocny. Wcześniej nigdy nie stosował przemocy, nie w taki sposób. Patrzyła na niego, kiedy szedł spokojnym krokiem do swojego samochodu jak każdy inny człowiek.
9
– Proszę, proszę, kogo my tutaj mamy?
Julie podniosła głowę z zaskoczeniem na dźwięk radosnego głosu Henrika.
– Co ty tutaj robisz?
– Zakładam, że to samo co ty. – Puścił do niej oczko. – Więc o ile nie zatrudniłaś się w bibliotece, zakładam, że wolno mi tutaj przebywać.
– Jasne. – Uśmiechnęła się i spojrzała w stronę Madsa, który bawił się na drewnianym samolocie razem z jakimś obcym chłopcem. – Po prostu zdenerwowałam się, czy aby nie zapomniałam o naszym spotkaniu.
Pokręcił głową.
– Widzimy się dopiero jutro.
– Co się stało? – Wskazała zadrapanie na jego twarzy.
Dotknął policzka.
– Kot należący do jednej z moich rodzin. Drapieżny skurczybyk.
– Auć – skomentowała Julie, po czym spuściła wzrok na leżącą przed nią książki The BIG Lab, którą właśnie czytała, gdy zjawił się Henrik. On jednak zdawał się nie dostrzegać aluzji. Dopiero gdy usiadł na krześle obok niej, pokazał książkę palcem.
– Twój regał jest pełen takich tytułów, więc po co czytasz je jeszcze w bibliotece?
Wzruszyła ramionami.
– Miałam do wyboru to albo jakiś magazyn dla kobiet – odparła i skinęła głową w stronę stojaka z najnowszymi numerami kolorowych czasopism o dietach, jesiennej modzie i poradach dotyczących fitnessu. Darowała sobie długą opowieść o tym, jak w dzieciństwie chodziła między bibliotecznymi regałami i otwierała książki w przypadkowych miejscach. Uwielbiała czytać, ale w jej domu rodzinnym się tego nie robiło. Jej matka nabyła kiedyś na targu staroci w Ullerup kilka starych numerów „Reader’s Digest”. Zbierały jedynie kurz na regale, chociaż nie były prawdziwymi książkami, tylko grubymi zeszytami z tłumaczeniami artykułów popularnonaukowych. To właśnie z jednego z nich Julie dowiedziała się, czym jest architektura. Później biblioteczny regał z numerem siedemdziesiąt jeden był jej stałą przystanią. Ale tego wszystkiego nie powiedziała Henrikowi, który siedział obok niej ze swoimi dołeczkami w policzkach i świeżym zadrapaniem na twarzy, przyglądając się jej tak uważnie, że aż poczuła dyskomfort i uciekła spojrzeniem w książkę.
– Często tutaj przychodzisz?
Znowu podniosła głowę. Zapytał ją tak, jakby byli obcymi ludźmi, którzy spotkali się barze.
– Mają tutaj dobry kącik zabaw dla dzieci, a poza tym to przyjemne i darmowe miejsce – odparła.
Położył dłoń na jej ramieniu.
– To, co się stało w zeszły piątek. W klubie. To nie było w porządku. Kiedy cię dostrzegłem, powinienem był stamtąd wyjść.
Przytaknęła skinieniem głowy.
– I nie powinienem był nigdy mówić tych wszystkich żenujących rzeczy, które powiedziałem. Byłem wstawiony. Mam nadzieję, że potrafisz mi wybaczyć.
– Wszystko w porządku, Henrik. Nic się nie stało.
– Cieszę się, że tak mówisz. – Zdjął dłoń z jej ramienia.
Podeszła do nich jedna z bibliotekarek.
– Henrik, co ty tutaj robisz?
– Cześć, Bente. – Wstał i uściskał bibliotekarkę na przywitanie. – Miałem nadzieję, że cię spotkam. Chciałem porozmawiać o szczegółach imprezy halloweenowej.
– Do Halloween zostało jeszcze dużo czasu. – Kobieta się zaśmiała.
– Cóż, tak samo jak do momentu, gdy moje rodziny się zmotywują. To też trochę trwa.
Bente znowu się zaśmiała i zerknęła ja Julie.
– Czy…
– To jest Julie. Ona i Mads też są moją rodziną – wyjaśnił, po czym odciągnął bibliotekarkę od stolika. – Jeśli chodzi o tę imprezę, to…
Julie spojrzała na Madsa, który pobiegł do interaktywnej podłogi. Próbowała nauczyć go w nią grać, ale był za mały, żeby zrozumieć zasady, i tylko skakał po kwadratowych polach, które zaczynały się świecić.
– Wybacz. – Henrik znowu usiadł obok niej.
– Co mam wybaczyć?
– Że nam przerwano. – Uśmiechnął się szeroko. – Bente to gaduła. Zanim zacząłem pracować w Tårnby, sądziłem, że bibliotekarki to nudne, ciche istoty. Ale nie Bente. Nie tutaj, w bibliotece głównej. To miejsce kipi życiem i zabawą.
Julie przytaknęła. Przewróciła stronę książki.
– Czy to nie jestGóra z Ørestad? – Henrik wskazał palcem całostronicowe zdjęcie budynku.
Julie znowu skinęła głową.
– W dwa tysiące ósmym roku zdobyła nagrodę za najlepszy projekt mieszkaniowy podczas Światowego Festiwalu Architektury w Barcelonie.
– Cóż za niezwykły zbieg okoliczności – skomentował.
– Zbieg okoliczności? – Spojrzała na niego zdezorientowana.
– Tak, że spotkaliśmy się tutaj akurat dzisiaj, bo… No po prostu… Czytasz właśnie tę książkę, a… – Henrik zamilkł i wziął ja za rękę. Patrzył na nią poważnym wzrokiem.
– Co takiego? – Z uśmiechem wysunęła dłoń z jego dłoni.
– Mam dla ciebie niespodziankę. – Powiedział to tak nagle, że Julie wstrzymała oddech, podczas gdy on dalej na nią patrzył z przekornym uśmieszkiem.
– Tak? – odparła niepewnie.
Upłynęło kilka sekund, podczas których Henrik wciąż siedział w milczeniu, po czym jednym ruchem, niczym iluzjonista, wyciągnął z tylnej kieszeni jakąś ulotkę i wręczył ją Julie.
Przyjęła ją z wahaniem.
NAJLEPSZA EUROPEJSKA ARCHITEKTURA – głosił napis biegnący w poprzek zdjęcia na pierwszej stronie. Julie otworzyła ulotkę i przebiegła wzrokiem tekst.
Nagroda Unii Europejskiej w dziedzinie architektury współczesnej. Wystawa stworzona przez Fundació Mies van der Rohe z Barcelony ukazuje twórczą i architektoniczną jakość, która charakteryzuje obecnie architekturę europejską…
Julie przeczytała uważnie ulotkę, po czym spojrzała na Henrika, nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.
– Czy to nie dziwne? – Uśmiechnął się szeroko. – Zamierzałem dać ci to jutro, ale przyszedłem tutaj i cię spotkałem… – urwał i zerknął na jej książkę.
– Tak, ale nadal nie rozumiem.
Mrugnął do niej porozumiewawczo.
– Wybierzemy na wycieczkę – oznajmił. – W Duńskim Centrum Architektury pracuje mój bliski przyjaciel, Preben Hvid. Będzie tam na nas czekał w sobotę o dwudziestej drugiej.
– Czemu? – wyrwało się jej.
W spojrzeniu Henrika błysnął zawód, ale dołeczki w policzkach zostały.
– Sądziłem, że się ucieszysz. – Poruszył się lekko na krześle.
– I się cieszę. – Ujęła jego rękę. – Naprawdę. Ale czemu to robisz?
– Bo mam ochotę, Julie. – Ścisnął jej dłoń.
– To miło z twojej strony. Ale nie wiem, czy znajdę kogoś do opieki nad Madsem.
– Ta staruszka z góry pewnie się ucieszy z towarzystwa.
Julie zareagowała śmiechem na tę propozycję.
– Edith? Ma na imię Edith. Mówisz teraz jak Morten.
– Wypraszam sobie – odparł, wyraźnie niezadowolony z porównania.
– Zapytam ją. – Julie energicznie pokiwała głową. – Jestem pewna, że chętnie się nim zajmie, jakiś nie będzie miała innych planów.
– To dobrze, bo bardzo chcę cię tam zabrać.
Uśmiechnęła się.
Henrik nagle spoważniał.
– Mam też oczywiście pewien ukryty zamiar w związku z tym zaproszeniem.
Julie wstrzymała oddech, patrząc na jego pozbawioną mimiki twarz. Przyglądał się jej przez długie, milczące sekundy w taki sam sposób, jak wtedy, gdy przechodził w tryb terapeuty. Te błyskawiczne zmiany między poważnym a przyjacielskim tonem rozmowy zawsze ją dezorientowały.
– Mam taki plan, żebyś zaczęła studia architektoniczne – powiedział w końcu. – Wszystko inne to marnowanie twojego talentu.
Julie spojrzała na dłoń, którą trzymała, obserwowała kciuk gładzący jej skórę, podczas gdy Henrik ciągnął ściszonym głosem.
– Chcę spełnić twoje marzenie. Ale to zaproszenie jest przede wszystkim niezobowiązującym prezentem ode mnie dla ciebie.
Nie odrywała wzroku od poruszającego się kciuka, czuła jego dotyk na skórze i odrazę, na którą Henrik nie zasługiwał.
10
Celine wrzasnęła, kiedy lekarz nastawiał jej bark.
– Przez ten tydzień proszę ograniczyć ruch. Żadnej gry w rugby ani kolejnych upadków w parkingach podziemnych – oznajmił, puszczając do niej oko, po czym skinął głową w stronę pielęgniarki przytrzymującej Celine za zdrową kończynę. – Soraya zabandażuje pani ramię i da jakieś leki przeciwbólowe do domu.
Pielęgniarka podała jej chusteczkę higieniczną, a tymczasem lekarz zniknął za drzwiami wahadłowymi. Kobieta zgasiła ostre, zimne światło lampy operacyjnej nad leżanką, tak że w pomieszczeniu pozostało jedynie łagodne światło przenikające przez matowe okna.
Celine otarła oczy, podczas gdy jej ramię zostało zabandażowane i zawieszone na temblaku. Przyglądała się wytrenowanym dłoniom pielęgniarki, aż nagle ścisnęło ją w gardle. Na myśl o tym, co Henrik mógłby zrobić, gdyby naprawdę odkrył, że go śledzi, panika uderzyła ją jak pięść wymierzona prosto w brzuch.
– Pani Sorayo – zwróciła się do pielęgniarki. – Dobrze zapamiętałam, że tak pani na imię?
Kobieta przytaknęła.
– Mogłabym dostać do domu trochę więcej środków przeciwbólowych, żebym nie musiała żebrać u lekarza rodzinnego przed weekendem?
Pielęgniarka patrzyła na nią ze źle skrywaną podejrzliwością.
Celine uśmiechnęła się i znowu wytarła oczy papierową chusteczką.
