Devilish Enemy - Vanessa Dolińska - ebook
NOWOŚĆ

Devilish Enemy ebook

Vanessa Dolińska

4,0

274 osoby interesują się tą książką

Opis

Król nielegalnych wyścigów staje się jej wrogiem numer 1. 

Siedemnastoletnia Valencia Briven wraca po roku nieobecności do rodzinnego miasta w Minnesocie. Dowiaduje się od przyjaciółki Katherine, że znajomych ekscytuje pojawienie się króla nielegalnych wyścigów samochodowych Declana Laurosse’a. Dziewczyna kompletnie nie rozumie tego zamieszania.

Wkrótce też się okazuje, że Kat spotyka się z Reidem Feeldem, chłopakiem, z którym łączy Valencię trudna przeszłość. Zdenerwowana dziewczyna opuszcza lekcje i udaje się do baru, gdzie poznaje Rune’a Mitchella. I to właśnie on wprowadza ją do świata nielegalnych wyścigów.

Podczas imprezy po jednym z nich poznaje słynnego Declana Laurosse’a, od razu jednak zaczyna pałać do niego niechęcią. Nie ma pojęcia, że ich drogi zetną się jeszcze nie raz, a chłopak mocno namiesza w jej życiu.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                 Opis pochodzi od wydawcy.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 691

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (14 ocen)
8
1
3
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
xmrskx

Całkiem niezła

Autorka chyba wrzuciła serię Hell i Liars do blendera. Historia nie jest zła, ale jest zbyt dużo podobieństw aby to był przypadek. Jak ktoś lubi czytać jedno i to samo tylko z innymi imionami to będzie zadowolony
21
Bubis0812

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna książka . Czekam na kolejną część
10
Kasiula1111

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, świetna, czekam na 2 tom:)
10



Copyright © for the text by Vanessa Dolińska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Iwona Wieczorek-Bartkowiak

Korekta: Karina Przybylik, Martyna Rolirad, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-953-5 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OSTRZEŻENIE

Zanim zaczniesz czytać Devilish Enemy, chciałabym Cię uprzedzić, że jest to powieść skierowana do czytelników, którzy ukończyli szesnaście lat. Sięgając po nią, musisz mieć na uwadze, że zawarte w niej treści są trudne, mogą wywoływać silne poruszenie emocjonalne i niepokój.

W książce znajdziesz wątki dotyczące stalkingu, traum, trudnych wspomnień, nielegalnych wyścigów, a także przemocy emocjonalnej i fizycznej, jak również zabójstw. Chcę, żebyś Ty, czytelniku, wiedział, że wszystko, co tutaj znajdziesz, jest fikcją i wytworem mojej wyobraźni, nie pochwalam żadnych szkodliwych zachowań zawartych w tekście i uważam, że absolutnie nie należy ich powielać.

Jeśli jesteś osobą wrażliwą i wiesz, że wymienione wyżej tematy mogą wywołać u Ciebie dyskomfort, proszę, odłóż tę historię dla własnego dobra.

Jeśli mimo tego wciąż tutaj jesteś, zapraszam Cię do historii Valencii Briven i Declana Laurosse’a.

Miłej lektury.

Tę książkę dedykuję mojej siostrze Madzi.Byłaś dla mnie oparciem, gdy przechodziłam cięższe chwile. Dziękuję, że wspierałaś mnie przez całą tę drogę.Kocham Cię.

PROLOG

Wszystko zaczęło się w chwili, gdy wróciłam do przeszłości.

Gdybym tylko postanowiła zostać w Miami i nie wracać do rodzinnego miasta, moje życie potoczyłoby się prawdopodobnie inaczej, a ja oszczędziłabym sobie bólu – zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Nie przypuszczałam jednak, że sprawy nabiorą tempa i pojawią się kolejne przeszkody. Wyjeżdżając z Minneapolis, wierzyłam, że dawne demony już mnie nie dogonią. Myliłam się. Po powrocie wszystko tylko się nasiliło.

Gdybym wtedy odmówiła chłopakowi z baru i nie pojawiła się na tej imprezie, być może nigdy bym cię nie poznała, nie odkryłabym, czym jest życie bez zasad, bez ograniczeń, które kiedyś wydawały mi się konieczne.

Na początku nienawidziłam tego, co się wtedy działo, ciebie, sytuacji, a nawet siebie samej. A potem, nie wiedzieć kiedy, wszystko zaczęło się zmieniać.

Może dlatego, że z tobą świat wyglądał inaczej, a może po prostu miałeś w sobie coś, czego wtedy potrzebowałam, choć sama nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Jedno wiem na pewno – odkąd wróciłam, nic już nie było takie jak wcześniej.

Ale przecież nie zawsze może być tak pięknie, jakbyśmy chcieli, prawda?

Gdyby nie ta impreza, może wszystko byłoby łatwiejsze.

ROZDZIAŁ 1

Otuliłam się ramionami, rozglądając się w poszukiwaniu czarnej Hondy mojej mamy. Miała się tu zjawić lada chwila, a ja zmarzłam po kilkunastu minutach spędzonych na zewnątrz. Chłodne powietrze pozwalało mi się rozluźnić i zdecydowanie wolałam to uczucie od hałasu, który panował wewnątrz lotniska. Potrzebowałam ciszy, której brakowało mi w Miami.

Przez cały rok pobytu u ciotki czułam się spięta. Przyjechałam do niej, żeby przemyśleć pewne sprawy, i chociaż miałam zostać dłużej, to jej zrzędzenie okazało się nie do wytrzymania, więc postanowiłam wrócić do rodzinnego miasta. Do mamy i siostry. Zdążyłam się za nimi stęsknić, zwłaszcza że rzadko dzwoniły, miały swoje problemy na głowie. Każda z nas skupiała się na swoim życiu, co chyba wyszło nam na dobre.

Po pewnym czasie dostrzegłam nadjeżdżający z oddali samochód mamy, a uśmiech sam wypłynął mi na usta. Auto zatrzymało się kilka metrów dalej, a mama wysiadła, odgarniając z oczu swoje kruczoczarne włosy. Zaraz za nią pojawiła się drobna brunetka, jej młodsza wersja – moja siostra. Rzuciłam się w ich stronę biegiem, a sekundę później obie wciągnęły mnie w mocny, niemal duszący uścisk. Ciepło ich ramion otuliło mnie i dopiero wtedy poczułam, że wreszcie naprawdę wróciłam do domu.

– Myślałam, że zostaniesz dłużej.

Na usta Cloe wdarł się zadziorny uśmiech, a ona sama przyjrzała mi się z uwagą. Nie byłyśmy bliźniaczkami, ale też niewiele nas różniło pod względem wyglądu. Cloe była ode mnie starsza o dwa lata i miała zielone oczy, podczas gdy moje były brązowe. Miała też mocniejsze rysy twarzy, czego zawsze skrycie jej zazdrościłam. W końcu była pierwszym dzieckiem i odziedziczyła najlepsze geny.

– Narzekasz, że się pospieszyłam? – Ułożyłam dłoń na sercu, udając urażoną. Nie żałowałam powrotu. Mieszkanie u ciotki było raczej torturą niż przyjemnością. Prawdopodobnie przez to, że próbowała mną rządzić i rozkazywała mi na każdym kroku, czego nienawidziłam.

– Wiesz, przydałaby się jeszcze chwila spokoju. – Przewróciła teatralnie oczami, a mama roześmiała się na jej słowa. Ja sama też uśmiechnęłam się na ten widok.

– Zmartwię cię, Cloe, bo już nigdzie się nie wybieram.

Dziewczyna wydęła usta w udawanym niezadowoleniu, po czym jej twarz rozjaśniła ta charakterystyczna, pełna życia ekspresja. Uwielbiałam jej energię. Zawsze była promienna, gdy ja ledwie znajdowałam w sobie siłę na cokolwiek. Byłam postrzegana przez rówieśników jako ta gorsza siostra. Mama zawsze powtarzała, że jesteśmy sobie równe i nic ani nikt nie powinien nas poróżnić, ale ludzie i tak mieli wyrobione zdanie na nasz temat. To nieuniknione i mnie wcale nie przeszkadzało, w jaki sposób mnie odbierano. Prawdę mówiąc, miałam to w głębokim poważaniu i wszyscy doskonale o tym wiedzieli.

– Dobra, dziewczyny, wsiadajcie do samochodu. Ochłodziło się i na pewno zmarzłaś – zwróciła się do mnie z troską. Wrzuciła moją walizkę do bagażnika i machnięciem ręki zagoniła nas do pojazdu. Szybko wpakowałam się na miejsce pasażera z przodu, uśmiechając się zwycięsko do siostry, która wystawiła w moją stronę środkowy palec i z nieskrywanym niezadowoleniem usiadła na tylnym siedzeniu.

Oparłam czoło o szybę i zamyśliłam się.

Teraz wszystko będzie prostsze…

Jak się okazało, los miał inne plany.

Po powrocie do domu od razu zamknęłam się w pokoju. Tęskniłam za nim, a przez to, że nie przyjeżdżałam w odwiedziny, zdążyłam zapomnieć, jak bardzo go uwielbiałam. Wreszcie miałam szansę odpocząć po całym dniu podróży i złapać chwilę spokoju. Cieszyło mnie, że znów leżę na swoim łóżku, zawsze wydawało mi się najwygodniejsze na świecie. Mój pokój był zwyczajny i niczym się nie różnił od pokoi innych nastolatek, ale po prostu był mój. Gdy tylko zaczęłam się rozluźniać, poczułam wibracje telefonu. Na ekranie zobaczyłam imię mojej przyjaciółki.

Katherine:

O ile nie mam zwidów, wstawiłaś na relację zdjęcie z samolotu.

Zaśmiałam się, odczytawszy wiadomość. Nie powiedziałam jej, że wracam, mimo że od mojego wyjazdu rozmawiałyśmy naprawdę często, więc jej zdziwienie było całkowicie zrozumiałe. Katherine zawsze była na bieżąco z tym, co wrzucałam na media społecznościowe. Chciała wiedzieć o wszystkim, co się u mnie zdarzyło, na wypadek, gdybym o czymś jej nie wspomniała.

Ja:

Dobrze widziałaś. Piękne widoki za oknem, prawda?

Katherine:

I nic mi nie powiedziałaś, że wracasz!? Kobieto, musimy się spotkać. Teraz!

Ja:

Jestem zmęczona po podróży. Może jutro?

Katherine:

Nie ma opcji! Muszę ci opowiedzieć, co się ostatnio wydarzyło. Szykuj się, zaraz będę.

Katherine była uparta, dlatego nie widziałam sensu, by próbować się z nią wykłócać. Lubiła mieć wszystko pod kontrolą i zawsze dużo się rządziła, a kiedy coś nie szło po jej myśli, robiła wszystko, żeby ostatecznie było tak, jak zaplanowała. W tym akurat byłyśmy do siebie podobne, bo ja również nie dawałam sobą dyrygować, co prowadziło do częstych spięć, gdy obie uparcie forsowałyśmy własne racje. Nie miałam ani siły, ani ochoty wdawać się w kolejną dyskusję, a poza tym… i tak nie miałam nic lepszego do roboty, więc zgodziłam się na spotkanie. Podczas mojej nieobecności Katherine dzwoniła do mnie regularnie i wypytywała o każdy szczegół z mojego życia, ale sama rzadko mówiła, co działo się tutaj. Może dlatego, że nie chciałam tego słuchać, w końcu wyjechałam, żeby się odciąć. Teraz jednak byłam cholernie ciekawa, co ma mi do powiedzenia.

Zeskoczyłam z łóżka i weszłam do łazienki znajdującej się po lewej stronie pomieszczenia. Sam pokój nie był duży, ale też nie mały. Na ścianie po prawej ustawiłam duże łóżko z białą, drewnianą ramą. Toaletka znajdowała się obok dużego okna, a szafa zajmowała miejsce tuż przy drzwiach. Ściany miały odcień lawendy, dzięki czemu wnętrze wydawało się wyjątkowo przytulne. Wszystkie meble były w kolorach bieli z elementami czerni, co idealnie ze sobą współgrało.

Przyjrzałam się sobie w lustrze i poprawiłam włosy. Miałam na sobie jedynie lekki makijaż – odrobinę korektora i tusz do rzęs – tylko musnęłam usta błyszczykiem, który zgarnęłam z półki. Potem wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę salonu. Na kanapie leżała Cloe i oglądała Shreka. Uwielbiała bajki dla dzieci i czasami dla towarzystwa też lubiłam je obejrzeć, choć zdecydowanie bardziej wolałam horrory. Nigdy nie traktowałam kreskówek jak czegoś przeznaczonego wyłącznie dla najmłodszych, potrafiły być o wiele ciekawsze niż większość filmów młodzieżowych.

– Spotykam się dzisiaj z Katherine. Wrócę wieczorem – oznajmiłam mamie, wchodząc do kuchni.

Pod moją nieobecność w domu niewiele się zmieniło. Szafki w odcieniach grafitu kontrastowały z jasnym, niemal srebrnym blatem, szare kafle na podłodze wciąż dawały to kojące uczucie chłodu. Metalowe garnki i srebrne przybory lśniły w świetle wpadającym przez okno, a kilka porcelanowych kubków w odcieniach bieli i szarości pozostawiono na blacie. Kuchnia jak zawsze dawała mi poczucie domowej przytulności. Mama odwróciła się do mnie z łyżką w ręku. Gotowała coś w garnku, ale oderwała się, by na mnie spojrzeć.

– Dokąd idziecie? – zapytała zaciekawiona.

Wzruszyłam ramionami, bo w sumie nie miałam pojęcia. Katherine często działała bez planu i wymyślała coś na ostatnią chwilę.

– Nie wiem. Katherine po prostu chciała się spotkać, a znając ją, pewnie wymyśli coś dopiero po drodze – mruknęłam, kradnąc z tacki pokrojoną marchewkę. Wrzuciłam ją do ust i z uśmiechem wyszłam z kuchni.

– Nie wracaj za późno! – poprosiła mama.

– Wrócę przed dziesiątą. – Założyłam trampki i narzuciłam na ramiona czarną kurtkę.

– Kup mi coś słodkiego! – dobiegł mnie głos siostry. Wychyliłam się zza ściany i spojrzałam na Cloe, wygodnie rozsiadła się na kanapie.

– Kupię ci rózgę! – odkrzyknęłam i wybiegłam z domu, nie dając jej czasu na odpowiedź.

Już z progu dostrzegłam nadjeżdżające niebieskie Audi przyjaciółki. Zatrzymała się przed moim domem i zatrąbiła dwa razy. Prychnęłam śmiechem i podbiegłam do samochodu. Wsiadłam na miejsce pasażera i od razu skierowałam swój wzrok na dziewczynę. Zmieniła się przez ten rok – jej włosy były dłuższe, sięgały za ramiona, a z jednej strony pojawiło się różowe pasemko. Miała na sobie różową sukienkę i czarną katanę. Tylko ona potrafiła wyglądać jednocześnie jak chodzący chaos i bogini. Katherine zawsze lubiła się wyróżniać, a moda była jej pasją. Bardzo często ubierała się w eleganckie, dopracowane stylizacje i doskonale wiedziała, że przyciąga tym spojrzenia. O to jej chodziło, bo kochała, gdy inni skupiali na niej swoją uwagę.

Jej niebieskie oczy rozbłysły na mój widok, a chwilę później przyciągnęła mnie do uścisku. Odwzajemniłam go, a ona objęła mnie ramionami tak mocno, że na moment zabrakło mi tchu.

– Nawet nie wiesz, jak tęskniłam. Colin poświęcał więcej czasu przypadkowym gościom niż mnie, a bez ciebie było naprawdę nudno. – Zaśmiałam się na wzmiankę o naszym przyjacielu. Colin ciągle powtarzał, że w końcu sobie kogoś znajdzie, ale zwykle kończyło się to katastrofą. Raz poszedł na randkę z jakimś chłopakiem, po czym upił się i obrzygał mu spodnie. Nie rozmawiali od tamtej pory. – Nie żebym na niego narzekała, ale naprawdę nic innego nie robił.

– Może stwierdził, że musi się bardziej skupić na polowaniu na nowych chłopaków.

Katherine prychnęła i wyjechała na ulicę.

– Dokąd jedziemy? – zapytałam, bo w dalszym ciągu nie znałam odpowiedzi na to pytanie.

Przyjaciółka posłała mi tylko szeroki uśmiech i przyspieszyła.

– Do galerii, a niby dokąd? Myślisz, że zabrałabym cię do jakiegoś nudnego parku? – parsknęła, a ja zgromiłam ją wzrokiem.

– Ej, ale ja lubię parki! – Pogroziłam jej palcem. Zawsze ciągnęło mnie w takie miejsca, zwłaszcza do tego jednego, tuż naprzeciwko mojego domu. Nikt tamtędy nie przechodził, bo uważano, że w parku straszy, ale to były plotki. Po prostu wyróżniał się tym, że był dość zalesiony i zacieniony, przez co mógł wydawać się przerażający. Mnie jednak ten klimat odpowiadał. Często przychodziłam tam, gdy potrzebowałam pobyć sama i poukładać sobie różne rzeczy w głowie. Nikt mi wtedy nie przeszkadzał.

– Sorry, zapomniałam. – Skrzywiła się, a ja rozsiadłam się wygodniej w fotelu. Doskonale wiedziała, jak bardzo lubię to miejsce, ale Katherine bez drobnego dogryzania nie byłaby sobą. Już dawno się do tego przyzwyczaiłam. Bardziej zdziwiłoby mnie, gdyby tym razem nic nie skomentowała.

– No już, bo ci uwierzę.

– Nieważne. Widziałam, że w galerii są wyprzedaże, i stwierdziłam, że możemy upolować fajne perełki. – Jej twarz aż promieniała na wzmiankę o promocji. Uwielbiała takie okazje, a przed moim wyjazdem zawsze chodziłyśmy do galerii razem, żeby później wrócić do domu z rękami pełnymi toreb.

Myślałam, że tym razem sprawi mi to taką samą przyjemność jak kiedyś, ale się myliłam. Było inaczej i czułam to całą sobą od momentu, w którym przekroczyłam próg swojego domu.

Po kilku godzinach zakupów siedziałyśmy znów w samochodzie dziewczyny i jechałyśmy w stronę jej domu. Podejrzewałam, że Katherine odwali coś w galerii, ale nie spodziewałam się, że nastąpi to tak szybko. Minęło niecałe pół godziny, a ona już zdążyła wdać się w kłótnię z jakąś babką, której spodobała się ta sama bluzka. Żadna nie zamierzała odpuścić, więc skończyło się na szarpaninie, a ja stałam z boku i obserwowałam ten cyrk z rozbawieniem. Nie miałam najmniejszej ochoty uczestniczyć w walce o jakiś kawałek głupiego materiału, ale przynajmniej Katherine zapewniła mi niezłą rozrywkę już pierwszego dnia.

Nagle moja przyjaciółka gwałtownie skręciła i zerknęła na mnie ukradkiem.

– Mogłam jej wyrwać tę bluzkę – westchnęła i pokręciła głową z zawodem.

– Gdybyś tylko miała jak. Przez ciebie wywalili nas ze sklepu. – Obrzuciłam ją gniewnym spojrzeniem, bo prawie załatwiła nam zakaz wstępu. Z nią takie sytuacje były na porządku dziennym i nawet jeśli zdążyłam się do tego przyzwyczaić, czasem wciąż potrafiła mnie zirytować.

– A miałam jej odpuścić? Przecież i tak by nie pasowała tej starej jędzy.

– Katherine!

– No co? Wcale nie była taka młoda – oburzyła się.

– Boże, dlaczego ja? – jęknęłam, odchylając głowę do tyłu.

– Nie przesadzaj. – Machnęła na mnie ręką, a ja swoim zwyczajem przewróciłam oczami. Nie potrafiłam się jednak powstrzymać i wybuchłam śmiechem, a Katherine dołączyła do mnie sekundę później. Po chwili spoważniała i zerknęła przelotnie w moją stronę. – Będziesz znów chodzić na basen, tak jak przed wyjazdem? – zapytała niezbyt zadowolona. Nie przepadała za moimi zajęciami, bo zbyt często zabierały mi czas, przez co nie mogłyśmy się spotykać.

– Taaa, mama mnie już zapisała, bo stwierdziła, że dobrze wpływa to na moją kondycję i koncentrację – prychnęłam. Nie zauważyłam, żeby cokolwiek się zmieniło, ale w sumie nie miałam nic do gadania. Nie byłam na nią zła, bo lubiłam ten sport i dobrze to wiedziała, ale czasami naprawdę nie miałam ochoty na treningi i uważałam, że potrzebuję chwili przerwy. Mama stwierdziła jednak, że im szybciej wrócę do pływania, tym lepiej dla mnie. Szczerze mówiąc, nie przepadałam za ludźmi z tych zajęć. Każdy działał mi na nerwy, a ja nie miałam najmniejszej potrzeby, żeby nawiązywać z nimi jakieś relacje. Była jedna dziewczyna, Scarlett, z którą się dogadywałam, i to mi w zupełności wystarczało.

Katherine wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, nie znam się, ale dobrze chociaż, że to lubisz. Gorzej by było, gdybyś jednak nie lubiła. – Spojrzała na mnie spod swoich wymalowanych tuszem rzęs. Najwyraźniej liczyła, że przyznam jej rację, ale tylko parsknęłam śmiechem na jej minę.

Katherine wjechała na swoją posesję, minęła bramę i zatrzymała samochód w samym ogródku, a kiedy zgasiła silnik, obie wysiadłyśmy z auta i weszłyśmy do jej domu. Zdjęłam buty oraz kurtkę i odłożyłam torby z zakupami na podłogę przy ścianie, a sekundę później rozłożyłam się na kanapie w salonie. Katherine zostawiła swoje rzeczy przy moich i zajęła miejsce obok mnie.

– Więc? Miałaś opowiedzieć, co się działo pod moją nieobecność – przypomniałam, a na twarzy przyjaciółki od razu pojawił się szeroki uśmiech.

– Wszystko ci powiem, ale najpierw przyniosę chipsy i mrożoną kawę. Miałam być na diecie już od tygodnia, ale coś mi ewidentnie nie wychodzi. – Wstała i ruszyła w kierunku kuchni, gdzie zaczęła przyrządzać napoje.

– Po co ci dieta? Przecież wyglądasz jak bogini – zauważyłam szczerze. I to nie była żadna przesada. Przyciągała spojrzenia wszędzie, gdzie się pojawiła, i to nie tylko chłopaków, choć tych akurat było zawsze wyjątkowo dużo.

– Bo mi się w życiu nudzi. Uznałam, że dobre odżywianie da mi jakiś cel i coś, na czym mogłabym się skupić… ale nie potrafiłam się dzisiaj oprzeć cheeseburgerowi z McDonalda – zaśmiała się, wrzucając do szklanek kostki lodu.

– Mogłam się tego spodziewać. Zawsze się to tak kończy – sarknęłam.

Katherine zaczęła coś mamrotać pod nosem, wyraźnie poirytowana, po czym odwróciła się na pięcie i wróciła do salonu z dwiema szklankami mrożonej kawy i paczką chipsów wciśniętą pod pachę.

– Nieee, no bez przesady. – Usiadła obok mnie i zastanawiała się nad czymś chwilę. – No może jednak, ale życie jest tylko jedno – fuknęła w końcu, otwierając paczkę Laysów i wsypując je do miski.

Zaśmiałam się i przyjęłam od niej szklankę z zimnym napojem.

– Nieważne, do rzeczy. Kiedy byłaś w Miami, pojawił się tu pewien chłopak. Nie byle jaki rzecz jasna – zaznaczyła i upiła łyk swojej kawy, a ja patrzyłam na nią z zainteresowaniem. – Na początku wmawiałam sobie, że coś mi się przywidziało, bo jakie były szanse, że zjawi się w Minnesocie? – Zapadła chwila ciszy, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy mam jej coś odpowiedzieć, czy to zignorować. W końcu nie wiedziałam, o kim mówi. – No właśnie, nikłe. Dlatego gdy zobaczyłam, że jakaś laska wstawiła na Instagramie swoje zdjęcie z nim na tle opuszczonego magazynu przy autostradzie, to aż zbladłam. Jest legendą. Słynny Declan Laurosse. Niekwestionowany król nielegalnych wyścigów w całych Włoszech. – Na dźwięk imienia, które wypowiedziała Katherine, uniosłam brwi.

Słyszałam o Declanie zarówno przed, jak i po moim wyjeździe, było o nim głośno dosłownie wszędzie. Podobno jeszcze żaden przeciwnik z nim nie wygrał, przez co narobił sobie wrogów. Ja jednak nie byłam nim nigdy tak zafascynowana jak moja przyjaciółka. Uważałam, że się wywyższał, wystarczyło obejrzeć nagrania, które ludzie wrzucali do Internetu. Patrząc na to, jak traktował innych, łatwo było stwierdzić, że jest aroganckim dupkiem. Katherine uważała jednak inaczej i gadała o nim jak najęta.

– Krążą plotki, że przyjechał do Minnesoty, żeby skonfrontować się ze swoim rywalem, który ostatnio przebywa u nas w mieście. Nie wiem, ile z tego jest prawdą, ale jeśli coś, to musimy dowiedzieć się, kiedy będzie wyścig. Zawsze chciałam zobaczyć go na żywo! W dodatku jest Włochem, a tacy są najlepsi! – wrzasnęła, a ja aż musiałam zakryć uszy dłońmi, żeby nie ogłuchnąć.

– To idiota, Katherine. Nie wiem, co każdy w nim widzi – westchnęłam, na co ona oczywiście przewróciła oczami.

– A ty wiecznie swoje. On wygląda jak bóg. To uosobienie ideału każdej dziewczyny.

– Nie dla mnie – wtrąciłam, kręcąc głową, a ona machnęła ręką, zbywając mój przytyk.

– Skoro ty nie chcesz, to ja chętnie go przygarnę  – zadeklarowała i wrzuciła sobie do ust garść chipsów. Zsunęła się niżej na kanapie i spojrzała na mnie rozmarzona. – Katherine Laurosse. Przecież to brzmi pięknie. – Jej oczy aż rozbłysły, gdy zestawiła swoje imię z jego nazwiskiem.

Powstrzymywałam się od wybuchu śmiechu, żeby nie zrujnować jej nastroju. Nie lubiłam Declana, irytował mnie, mimo że nie znałam go osobiście. Wystarczało tylko to, że jego profil wyświetlał mi się co jakiś czas na Instagramie lub TikToku, co dobitnie mnie wkurzało. Nie zliczę, ile razy resetowałam przez niego aplikację. Kiedyś słyszałam też plotki, że podobno był zamieszany w zabójstwo, ale nie wiedziałam, ile w tym prawdy, i nie chciałam się w to zagłębiać.

Nie byłam zadowolona z tego, że przebywa teraz w naszym mieście, ale podejrzewałam, że i tak nigdy się na niego nie natkniemy, więc zwyczajnie przestałam się tym przejmować.

– Raczej żenująco. Znajdziesz sobie kogoś bardziej wartościowego. – Puściłam do niej oczko, a ona, naburmuszona, założyła ręce na piersi.

– To w sumie dobrze, że mamy inny gust, bo przynajmniej nie pokłócimy się o chłopaka. – Uśmiechnęła się podstępnie, a ja wywróciłam oczami, przystawiając szklankę do ust. – W każdym razie – kontynuowała z przejęciem – widziałam w necie filmik, na którym laski na imprezie rzucały się na niego jak na wyprzedaże w butikach. Zazdroszczę, że go spotkały. On ma już dwadzieścia jeden lat. Ale my niedługo kończymy osiemnaście, więc taka różnica wieku nie powinna mu chyba przeszkadzać, co nie? – westchnęła, spoglądając w sufit. Boże, zlituj się nad nią.

Ja miałam taki problem, że nie ufałam mężczyznom. Wszyscy wydawali mi się tacy sami, zapatrzeni w siebie, przekonani, że kobiety są tylko od sprzątania, gotowania i pieprzenia. Nie od tego, żeby je kochać, słuchać czy traktować jak równe sobie. Nie chciałam im pokazywać, że coś czuję, bo wiedziałam, że dla większości to nie ma znaczenia. Kiedyś lubiłam, gdy obdarzali mnie uwagą, ale teraz w ogóle mi na tym nie zależy. Katherine miała inaczej. Ona się tym nie przejmowała, po prostu żyła chwilą.

– Dobra, Katherine. Co za dużo, to niezdrowo. Pogadajmy o czymś innym niż tylko o nim. – Roześmiałam się, a ona po chwili narzekań się zgodziła.

Zaczęła opowiadać, że zmienili nauczycielkę od matematyki na jeszcze gorszą niż poprzednia. Od razu zrzedła mi mina, kiedy przypomniałam sobie, że w poniedziałek, czyli za całe dwa dni, wracam do szkoły. Ostatni rok zaliczyłam w Miami, jednak teraz znów miałam wrócić do swojej grupy.

Że też musiała wybrać akurat ten temat.

Kiedy weszłam na dziedziniec, od razu poczułam znajomy chłód powietrza. Wydawało się ciężkie, a ja nie mogłam się pozbyć dziwnego napięcia, które narastało we mnie od rana. Budynek liceum wyglądał tak samo jak zawsze. Jasne ściany, niebieskie poręcze, żółte drzwi i wielki baner z wilkiem nad wejściem – nic się tu nie zmieniło. Może tylko trawa była trochę bardziej sucha, niż pamiętałam. Do drzwi wejściowych prowadził długi chodnik wykonany z kostki brukowej, a na lewo znajdował się parking, gdzie uczniowie zostawiali swoje samochody. Z prawej strony słychać było koszykarzy, którzy trenowali przed zajęciami. Ich okrzyki mieszały się z muzyką dochodzącą z głośnika, a nieco dalej cheerleaderki ćwiczyły układ, przekrzykując się głośno, chociaż nie dało się wyłapać ich słów. Przeszłam obok kilku uczniów, którzy się do mnie uśmiechnęli, więc z grzeczności odwzajemniłam ten gest, choć wcale nie czułam radości na ich widok. Niektórych nawet nie kojarzyłam, ale najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało.

Z oddali dostrzegłam Katherine stojącą przed wejściem do szkoły. Machała do mnie z szerokim uśmiechem, więc od razu ruszyłam w jej stronę, zauważyłam przy tym, że była w zadziwiająco dobrym humorze. Modliłam się w duchu, żeby nie oznaczało to niczego głupiego. Przez te dwa dni przed moim powrotem do szkoły mało pisałyśmy, bo obie byłyśmy zajęte sobą, dlatego nie wiedziałam, co dokładnie się u niej działo.

Zatrzymałam się przed przyjaciółką, która nie dała mi nawet chwili na złapanie oddechu, natychmiast przyciągnęła mnie do siebie, lokując w swoich ramionach. Gdy w końcu się odsunęłam, odruchowo zlustrowałam ją wzrokiem – tego dnia postawiła na białe materiałowe spodnie z szeroką nogawką i pudroworóżową, przylegającą do jej ciała koszulę. Do tego dodała srebrną biżuterię, co świetnie się ze sobą komponowało.

– Jeśli zaczniesz gadać o Declanie, odejdę i nie wrócę. – Posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie. Tamtego wieczoru wspomniała o nim jeszcze z co najmniej pięć razy i miałam już serdecznie dość.

– Rozmów o nim ciężko uniknąć, ale dobra, postawię sobie wyzwanie. – Wyszczerzyła się, a ja zmarszczyłam brwi, znów dostrzegając tę promieniującą z niej radość.

– Jasne, już to widzę. Masz dziwnie dobry humor, ale to raczej nie na widok szkoły. – Założyłam ręce na piersi i przeniosłam ciężar ciała na jedną nogę.

– A czy ja kiedykolwiek cieszyłam się na widok szkoły? Nigdy. 

Na te słowa parsknęłam z rozbawieniem, rozglądając się w poszukiwaniu naszego przyjaciela. Nigdzie go nie widziałam, choć zwykle czekał tu na nas. Katherine szybko wyjaśniła mi sytuację:

 – Colina nie będzie. Wyjechał do ciotki tydzień temu i będzie dopiero jutro – westchnęła, a ja skinęłam głową.

Szkoda, naprawdę chciałam się z nim zobaczyć. No trudno, zrobię mu niespodziankę jutro. O ile Katherine nie zdążyła mu już wszystkiego wyćwierkać o moim powrocie. Wątpiłam też, żeby widział moją relację; rzadko zaglądał na Instagrama.

– Myślałam, że jej nie lubi – nawiązałam do jego ciotki, Colin często narzekał, że denerwuje go to, że cały czas gada i nie daje mu spokoju.

– Bo nie lubi, ale stwierdził, że potrzebuje przerwy od szkoły, choć dopiero zaczął się wrzesień. – Mina Katherine jasno wskazywała na to, że nie podobała jej się nieobecność przyjaciela. Mnie też średnio to odpowiadało, ale doskonale go rozumiałam. Sama rok temu często wagarowałam.

Katherine zaczęła się rozglądać po dziedzińcu, aż w końcu na jej twarz wpłynęło zawstydzenie, a ona z nieśmiałym uśmiechem spuściła głowę. Zmarszczyłam brwi z podejrzliwością. Odwróciłam się, spodziewając się zobaczyć coś niepokojącego, ale niczego takiego nie dostrzegłam. Coś tutaj nie gra.

– Dobra, mów, o co tu biega. Dlaczego jesteś taka szczęśliwa? Bardzo chętnie przyjmę twoją energię, bo widzę, że masz jej aż w nadmiarze. – Popatrzyła na mnie, starając się ukryć uśmiech.

– Wczoraj napisał do mnie chłopak i tak wyszło, że spotkaliśmy się na kawie. – Uniosłam brwi z lekkim rozbawieniem; to nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. Katherine lubiła przebierać w chłopakach, a ponieważ była ładna, miała dużo kandydatów. – Wiem, że może ci się to nie spodobać, ale uwierz, że naprawdę fajnie mi się z nim gadało. – Zmrużyłam oczy, nie rozumiejąc do końca, o co jej chodzi.

– Dlaczego to miałoby mi się nie spodobać? Przecież nie mam problemu z tym, że spotykasz się z różnymi chłopakami – przypomniałam, a ona zagryzła wargę i zaczęła nerwowo bawić się palcami.

– Tylko że… to Reid. – Jej głos był ledwie szeptem, ale to wystarczyło, by ziemia osunęła mi się spod nóg, a żołądek zwinął w supeł.

Wszystkie dźwięki wokół nagle ucichły. W mojej głowie rozbrzmiewało tylko jedno słowo – imię, które wypowiedziała Katherine.

Ona umawiała się z Reidem Feeldem.

Z Reidem Feeldem.

Starałam się poukładać w głowie to, co mi powiedziała, mając nadzieję, że się przesłyszałam, ale nic na to nie wskazywało. O ile zawsze cieszyłam się jej szczęściem, tym razem nie mogłam tego poprzeć. Byłam wściekła. Dlaczego musiała wybrać akurat jego? Dlaczego umówiła się z kimś, kto od lat był naszym wspólnym wrogiem?

– Powiedz, że sobie żartujesz – poprosiłam niemal błagalnym tonem, patrząc na nią z zadziwiającym spokojem.

Kiedy wpatrywała się uparcie w czubki swoich butów i przez dłuższą chwilę nie wydobyła z siebie ani słowa, z moich ust wyrwało się krótkie, niedowierzające parsknięcie.

– To brzmi jak nieśmieszny żart.

– Nie przesadzasz?

– A nie pamiętasz, co robił? Jak wykorzystywał inne dziewczyny? Obiecywał im wierność, a potem i tak zaliczał kolejne i porzucał je, gdy tylko udało mu się dopiąć swego. On je krzywdził, Katherine. Nie wmówisz mi, że uwierzyłaś w jego uroczą manipulację, jesteś na to za mądra – próbowałam jej jakoś przemówić do rozsądku, ale wyglądała, jakby dla niej to wszystko było… normalne. Reid był wrogiem wielu uczniów w naszej szkole, głównie przez to, że bez skrupułów wykorzystywał dziewczyny. Mało tego, wiecznie wagarował, spóźniał się z zaliczeniami i pakował w bójki, więc nic dziwnego, że nauczyciele mieli go serdecznie dość. Nieważne jednak, co by się wydarzyło, zawsze sprawnie obracał to tak, by to on wychodził na tego poszkodowanego.

Nauczyciele wiedzieli o jego postępowaniu, ale nie wyrzucono go, ponieważ pochodził z zamożnej rodziny, a jego rodzice załatwiali wszystko kasą. Przekupili dyrektora, żeby pozwolił mu zostać, dlatego wciąż chodził z nami do szkoły. Nie byłam zadowolona z tego powodu, ale jedyne, co mogłam zrobić, to omijać go szerokim łukiem. I tak też robiłam. Nie chciałam, żeby Katherine została przez niego skrzywdzona. Była moją przyjaciółką, widok jej złamanego serca zawsze sprawiał, że sama czułam się równie okropnie.

– Ale on jest naprawdę sympatyczny, a mi się podoba! – jęknęła przeciągle, a ja złapałam się za głowę.

No chyba jej mózg przegrzało.

– Przestań pieprzyć głupoty! Czegoś się pewnie nażarłaś i bredzisz od rzeczy – syknęłam i rozejrzałam się wokół, upewniając, czy aby na pewno nikt nas nie podsłuchiwał. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ktoś to usłyszał. Przecież wzięliby ją za puszczalską.

– Niczego się nie nażarłam, mówię poważnie, Val. Uszanuj moją decyzję, pro…

– Nie! Nie ma takiej opcji! Colin pomyśli, że zwariowałaś, gdy to usłyszy. – Niemal krzyknęłam, na co Katherine się spięła.

– To nie moja wina! To się po prostu stało!

– Katherine, proszę cię, opanuj się, bo skończysz jak te wszystkie dziewczyny, które się z nim umawiały! Chcesz tego? – Postawiłam krok w jej stronę, ale natychmiast się cofnęła. Na jej twarzy malowała się złość. Czekałam, aż odpowie na moje pytanie, ale wyglądało na to, że wcale nie zamierza. – Próbowałam cię przed nim ostrzec, ale ty nie zwracasz na to uwagi. Jeśli skończy się jak zawsze, nie przychodź do mnie z płaczem – zaznaczyłam, lekko ściszając głos, na co ona uniosła podbródek.

– Nie martw się. Na pewno nie zwrócę się do ciebie. – Uśmiechnęła się krzywo, z wyraźną ironią, a potem odwróciła się i odeszła.

Już wiedziałam, że przez jakiś czas nie będziemy ze sobą rozmawiać, ale nie zamierzałam błagać o to, żeby się pogodzić.

Mogłam się domyśleć, jak to wszystko się potoczy. W dodatku, tak jak mówiłam, chciałam się trzymać jak najdalej od Reida, a to oznaczało, że będę musiała unikać także jej.

Wpatrywałam się w miejsce, w którym zniknęła jej sylwetka, jeszcze długo po tym, jak odeszła. Dopiero dzwonek na lekcje wyrwał mnie z odrętwienia. Zacisnęłam usta, czując, jak wszystko we mnie pulsuje złością i rozczarowaniem.

Nie. Nie dam rady dziś udawać, że wszystko jest w porządku.

Postanowiłam, że odpuszczę sobie następne lekcje. Jeszcze tylko brakowało, żebym spotkała ją na korytarzu albo, co gorsza, w klasie. Nie myślałam długo, odwróciłam się i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku bramy, modląc się, by nikt mnie nie zatrzymał. Przez zachowanie Katherine odechciało mi się wszystkiego.

Wyszłam poza teren szkoły i rozejrzałam się jeszcze dookoła, by mieć pewność, że nikt nie zwraca na mnie uwagi. Następnie przeszłam na drugą stronę ulicy i skręciłam w jedną z uliczek, kierując się prosto do baru. Gdy tylko zobaczyłam duże, szklane drzwi, od razu weszłam do środka i rozejrzałam się po wnętrzu. W lokalu było schludnie i przytulnie. Ściany pokrywała ciemnoniebieska farba, a stoliki, krzesła i blat barowy utrzymano w odcieniach bieli. Wokół porozwieszano neonowe światełka, które nadawały fajnego klimatu. Na półkach za barem stały rzędy różnego rodzaju alkoholi – liczyłam, że chociaż na chwilę pozwolą mi odciągnąć myśli od tego, co się wydarzyło. Wiedziałam, że to tylko próba chwilowej ucieczki. Przychodziłam tu z Katherine, kiedy miałyśmy gorsze chwile, niby dla poprawy nastroju, ale żadna z nas w to nie wierzyła. Zresztą i tak wolałyśmy imprezy, bo tam łatwiej było odreagować.

Usiadłam na stołku przed barem i oparłam się o blat łokciami. Barman o brązowych, kręconych włosach i bladej karnacji pojawił się w mgnieniu oka. Wyraźnie widziałam na jego twarzy zadowolenie. Lubił mnie jako klientkę, bo zawsze, gdy przychodziłam, zostawiałam u niego sporo kasy na przekąskach i moktajlach. Jego zadowolenie było chyba jedyną rzeczą, którą wtedy naprawdę kupowałam.

– Co podać? – Uśmiechnął się, biorąc do ręki kieliszek. Odwzajemniłam uśmiech i przesunęłam wzrokiem po stojących za nim butelkach. – Dziś bez koleżanki? – zapytał, obracając naczynie w dłoni.

Poczułam, jak w środku coś we mnie drgnęło z irytacji. Naprawdę, ten barman potrafił działać mi na nerwy za każdym razem, gdy tu przychodziłam.

– A co, stęskniłeś się? – rzuciłam oschlej, niż zamierzałam. Domyślałam się, że chodziło o kasę, choć kiedyś Katherine go podrywała. Nic z tego nie wyszło, ale czasem dostawałyśmy od niego darmowe napoje, więc przynajmniej to było na plus.

Loczek wzruszył ramionami.

– Podaj Virgin Coladę. Mam ochotę na kokosa.

Chłopak skinął głową i od razu zaczął przyrządzać drink, a ja oparłam głowę na dłoni i obserwowałam jego działania. Nie trwało to jednak długo. W pewnym momencie ktoś usiadł na stołku obok. Zerknęłam kątem oka i zobaczyłam blondyna z tatuażami na przedramionach. Mógł być lekko po dwudziestce. Miał na sobie czarne dżinsy i białą koszulkę na ramiączkach, co razem wyglądało… dziwnie.

Chyba za długo mu się przyglądałam, bo w końcu odwrócił głowę w moją stronę, a ja, udając, że się mu nie przyglądam, sięgnęłam szybko po szklankę, którą podsunął mi barman, i wsunęłam słomkę do ust.

– Co taka piękna dziewczyna robi sama w takim miejscu? – usłyszałam jego mocny głos tuż obok.

Odwróciłam się do niego, a on wyszczerzył się szeroko, prezentując cały rząd zębów, jakby właśnie wygrał los na loterii.

– A co może robić? – zapytałam, ale nie oczekiwałam odpowiedzi.

On tylko się zaśmiał i przechylił kieliszek z jakimś alkoholem. Jakoś mało mnie interesowało, co sobie popijał, ale wyglądało to na jakiś rodzaj wina.

– Nie wiem, ty mi powiedz. Czekasz może na kogoś?

– Tak. Na wybawiciela. – Wymusiłam nieznaczny uśmiech i ponownie przyłożyłam usta do słomki. Wyglądał na sympatycznego, ale moje nastawienie do płci przeciwnej w dalszym ciągu pozostawało niezmienne, nawet jeśli był atrakcyjnym mężczyzną.

Zajęłam się ponownie swoim napojem, ale on chyba nie zamierzał się poddawać.

– Jestem Rune. – Przedstawił się, wyciągając dłoń w moją stronę.

Spojrzałam na nią, zastanawiając się chwilę, bo w końcu nie było to nic złego i do niczego mnie nie zobowiązywało. Po namyśle postanowiłam odpuścić, choć raz, bo jakie były szanse, że akurat okaże się zjebem?

– Valencia, miło cię poznać. – Uścisnęłam jego dłoń i uśmiechnęłam się lekko.

– Ładne imię. Mam nadzieję, że przyjdziesz jutro. – Poruszył zabawnie brwiami.

Zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc, o czym mówi. Wyglądało na to, że albo wypił za dużo alkoholu, albo się naćpał, a ja mu kogoś przypominałam, bo nigdzie się z nim nie umawiałam, szczególnie, że dopiero co go poznałam.

– Eee… chyba mnie z kimś pomyliłeś. – Zaśmiałam się z zakłopotaniem.

Zaprzeczył ruchem głowy, najwyraźniej zdziwiony tym, że nie wiem, o co chodzi.

– Z nikim cię nie pomyliłem. Jutro jest organizowana impreza u Bringstona, na której odbędą się wyścigi samochodowe. Będę brał w nich udział, więc chciałbym, żeby taka piękna dziewczyna jak ty mi kibicowała. – Znów ukazał rząd zębów, a potem wychylił kolejny kieliszek wina.

Nie potrafiłam ukryć zdziwienia. Czyli właśnie rozmawiałam z jednym z uczestników wyścigów. Przyznam, że ta informacja zrobiła na mnie wrażenie.

Chwilę się zastanawiałam, zanim na moje usta wkradł się diabelski uśmiech. Impreza, i to jeszcze z wyścigami, brzmiało jak coś idealnego dla mnie.

– Dobra, niech będzie – zgodziłam się, a w jego oczach zauważyłam iskierki zadowolenia.

– Super, to wpisz mi swój numer, a ja wyślę ci wiadomość odnośnie do jutra.

Chwyciłam jego komórkę, którą wystawił w moją stronę, i posłusznie zrobiłam to, o co mnie poprosił. W tym samym momencie poczułam wibracje mojego telefonu, więc wyjęłam go i odczytałam wiadomość.

Mama:

Dlaczego nie ma cię w szkole? Masz nieobecność, a to dopiero pierwszy dzień!

Natychmiast odstawiłam swojego drinka, czując narastającą panikę. Nie spodziewałam się, że mama tak szybko się zorientuje. W dodatku liczyłam na to, że mi odpuści, ale na to się nie zapowiadało. Wiedziałam, że gdy tylko wrócę do domu, dostanę od niej niezłą pogadankę. Od razu wzięłam się za odpisywanie, by jak najszybciej jakoś załagodzić sytuację.

Ja:

Zestresowałam się i tak jakoś wyszło. Jutro pójdę.

Mama:

Oczywiście, że pójdziesz. Wracaj do domu.

Westchnęłam głęboko i schowałam urządzenie do kieszeni. Gdy uniosłam wzrok, zauważyłam, że Rune uważnie mi się przygląda. Zacisnęłam usta w wąską kreskę.

– Coś się stało? – zapytał, jakby zmartwiony, a ja od razu pokręciłam głową.

– Nie, ale muszę wracać do domu. – Zeskoczyłam ze stołka i położyłam na blacie pieniądze za napój, którego i tak nie dokończyłam.

Rune również wstał, a ja wtedy zorientowałam się, że był ode mnie sporo wyższy, więc podejrzewałam, że miał około metra osiemdziesiąt wzrostu.

– Mogę cię odwieźć, jeśli chcesz – zaproponował, towarzysząc mi, gdy szłam w kierunku wyjścia.

– Dzięki, ale poradzę sobie. – Niby nie spodziewałam się po nim niczego niepokojącego, ale wypił sporo alkoholu, więc nie było opcji, abym zgodziła się na podwózkę. Wyszłam na zewnątrz i oparłam się o ścianę lokalu. Wybrałam numer mojego ulubionego taksówkarza i gdy tylko odebrał połączenie, podałam mu adres. Był chłopakiem po dwudziestce, dlatego miałam z nim koleżeńską relację.

Rune stanął obok mnie, a ja zerknęłam na niego kątem oka.

– Jesteś inna niż wszystkie dziewczyny, wiesz? Wyczułem to od razu, gdy zobaczyłem cię przy barze.

– Czyli nie zjawiłeś się tam przypadkiem? – Na moje usta pchał się uśmiech, który za wszelką cenę próbowałam ukryć. A myślałam, że to ja pierwsza zwróciłam na niego uwagę.

Rune odpalił sobie papierosa i zaciągnął się dymem. Zaśmiał się i pokręcił głową.

– Nie, pierwszy cię zauważyłem. – Przysunął opakowanie w moją stronę, a ja wyciągnęłam jednego papierosa, którego sekundę później mi odpalił. – Opowiem ci coś. Jeśli chodzi o wyścigi, to na początku byłem do dupy, zajmowałem ostatnie miejsca, ale z czasem nabrałem wprawy, wypracowałem technikę. Byłem najlepszy w całym Cleveland przez dobre dwa lata, ale kiedy dowiedziałem się o jutrzejszym wyścigu tu, w Minneapolis, nie mogłem odrzucić zaproszenia.

Wypuściłam dym z ust, słuchając z uwagą. Nigdy o nim nie słyszałam, więc najwyraźniej nie było o jego dokonaniach zbyt głośno.

 – Kojarzysz Declana Laurosse’a, prawda? – zapytał, a ja w momencie wyprostowałam się jak struna.

Zdziwiło mnie to, że tak nagle o nim wspomniał.

– Tak, a co z nim?

– Jutro mamy wyścig. Pokażę gnojowi, gdzie jest jego miejsce. – Rune w jednej chwili spochmurniał, jakby samo wspomnienie o Declanie wzbudzało w nim sprzeczne emocje.

Wyglądało na to, że za nim nie przepadał. Podejrzewałam, że mogło kiedyś dojść do jakiejś konfrontacji między nimi. Nic mu nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam nawet, jak powinnam zareagować.

Po chwili zauważyłam nadjeżdżającą taksówkę, więc pożegnałam się z chłopakiem i wsiadłam do samochodu, nakazując kierowcy odwieźć mnie do domu. Przez całą drogę rozmyślałam nad tym, co powiedział Rune. Chciałam iść na imprezę i zamierzałam to zrobić, ale najgorsze było to, że dotąd byłam przekonana, iż szansa na spotkanie Declana jest znikoma. Teraz jednak zaczynała gwałtownie rosnąć.

W mojej głowie nagle odtworzyła się rozmowa z Katherine, kiedy wspominała, że Declan wrócił, żeby zmierzyć się ze swoim rywalem.

Czyżby chodziło właśnie o Rune’a?

ROZDZIAŁ 2

W nocy spałam jak zabita. Powrót do swojego łóżka był chyba jedną z lepszych rzeczy, które spotkały mnie w ostatnim czasie, a nie było ich wiele. Nie mogłam jednak długo nacieszyć się snem, bo mama obudziła mnie i stała nade mną do momentu, aż zebrałam się do szkoły. Dała mi jasno do zrozumienia, że tym razem mi nie odpuści, i mimo że nie miałam w ogóle ochoty, by opuszczać pokój, nie sprzeczałam się z nią. I tak nie była w dobrym humorze, podejrzewałam, że Cloe mogła ją czymś zdenerwować. Ostatnio ciągle się sprzeczały.

Ten dzień był koszmarny. Nie mogłam się skupić na tym, co mówili nauczyciele, dlatego siedziałam i tylko udawałam, że ich słucham. Chociaż przespałam całą noc, byłam niewyspana i wyssana z życia, więc wszyscy myśleli, że zarwałam nockę, bo właściwie zasypiałam na siedząco. Przed wyjazdem byłam bardziej żywiołowa, ale jak się okazuje, rok w innym miejscu potrafi zmienić człowieka. W dodatku nie pomagał mi fakt, że ciągle przypominałam sobie wczorajszą kłótnię z Katherine. Widywałam ją na lekcjach i podczas przerw, ale słowem się do siebie nie odezwałyśmy, posyłałyśmy sobie tylko nienawistne spojrzenia. Może i było to dziecinne, ale nie zamierzałam pierwsza wyciągać ręki do zgody. Dobrze wiedziała, że podjęła złą decyzję, ale na siłę próbowała się tego wyprzeć. Problem w tym, że człowieka się nie zmieni, jeśli sam nie będzie tego chciał, a Reid nie wyglądał na takiego, któremu przeszkadzałoby jego zachowanie.

Westchnęłam, przymknęłam powieki i położyłam głowę na ławce. To była ostatnia lekcja, ale dłużyła mi się niemiłosiernie, kiedy z niecierpliwością odliczałam sekundy do dzwonka. Jeszcze dwa lata temu chodziłam do tej szkoły razem z Cloe, ale kiedy skończyła ostatnią klasę, znalazła sobie pracę. Część zarobionych pieniędzy oddawała mamie na opłaty, choć nigdy nie brakowało nam pieniędzy. Miała dwadzieścia lat, więc mogła o sobie decydować, ale mama postawiła jej warunek, że skoro nie zamierza iść na studia, a chce pozostać pod jej dachem, to musi dokładać się do opłat. Zgodziła się i teraz pracowała jako kelnerka w jakiejś restauracji, dlatego większość dnia spędzała poza domem. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić już rok temu.

Kiedy wreszcie zadzwonił dzwonek na przerwę, zadowolona spakowałam się i wyszłam z sali, kierując się prosto na stołówkę. Tam miał czekać na mnie Colin, który od samego rana zasypywał mnie wiadomościami o tym, jak bardzo się cieszy, że wróciłam i że znów będziemy mogli się widywać. Chodziliśmy razem tylko na niektóre lekcje, a przerwy mieliśmy dość zajęte, więc nie było jeszcze okazji, żeby się spotkać. Liczyłam tylko na to, że przy stoliku z Colinem nie zastanę Katherine. Wolałam nie znajdować się w jej pobliżu do momentu, aż się ogarnie, choć nie zapowiadało się, żeby to miało nastąpić w najbliższym czasie.

Szłam długim, zatłoczonym przez uczniów korytarzem i starałam się ignorować gwar rozmów, który wypełniał przestrzeń. Szum głosów odbijał się od ścian, potęgując tylko moje zmęczenie, które coraz bardziej dawało o sobie znać. Skupiłam się więc na celu – stołówce, do której zmierzałam szybkim krokiem. Gdy w końcu dotarłam na miejsce i pchnęłam duże, szklane drzwi, odebrałam jedzenie i od razu odwróciłam się w stronę naszego stolika. Zacisnęłam w złości palce na tacy, gdy tylko zauważyłam blondynkę rozmawiającą swobodnie z naszym przyjacielem. Nie wiedziałam, dlaczego w ogóle liczyłam na to, że jej tu nie będzie, skoro to zawsze było nasze miejsce.

Postanowiłam ją zignorować. Odrzuciłam włosy na plecy i ruszyłam w ich stronę, starając się wyglądać na bardziej pewną siebie, niż się czułam. Katherine była odwrócona do mnie tyłem, więc mnie nie zauważyła, ale za to Colin już tak. Od razu uśmiechnął się szeroko i przywołał mnie gestem dłoni. Moja przyjaciółka widząc jego entuzjazm, najwyraźniej domyśliła się, o kogo chodzi, bo powoli odwróciła się w moją stronę z kamienną, nieprzeniknioną miną.

– A już liczyłam na to, że się tu nie zjawisz – westchnęła z przesadnym żalem i wstała, zabierając swoją tacę.

Przechyliłam głowę i posłałam jej fałszywy uśmiech. Kątem oka dostrzegłam, że Colin nagle zamilkł i przyglądał nam się w skupieniu. Nie powiedziała mu. To było widać po jego twarzy, kompletnie nie rozumiał, skąd ta nagła zmiana jej nastroju.

– Oj, uwierz, że też się o to modliłam. Niestety nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli.

Katherine odwzajemniła mój wymuszony grymas, a ja miałam ochotę nią potrząsnąć, żeby się ogarnęła. Starałam się opanować wzbierającą we mnie złość, bo ostatnie, czego potrzebowałam, to urządzać scenę na środku stołówki. Choć i tak czułam już na nas wzrok niektórych uczniów.

Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Katherine nie widziała w swojej decyzji ani grama złego. Nie chciało mi się wierzyć w to, że naprawdę myślała, że Reid się dla niej zmieni. Przecież to było bezgranicznie głupie.

– Chociaż tyle, że mam zdolność przemieszczania się. Nie będę musiała z tobą siedzieć przy jednym stoliku – burknęła i odwróciła się do mnie plecami.

Zawsze była wesoła i pełna energii, ale od kiedy pojawił się Reid, miałam wrażenie, że wysysał z niej to, co najlepsze. Zachowywała się inaczej, jakby ktoś zmusił ją do tej nagłej przemiany. I było to po niej widać.

Odprowadziłam Katherine wzrokiem, obserwując, jak dosiada się do stolika Reida, gdzie siedziało już kilka innych osób. Objął ją ramieniem, a ona wyszczerzyła się szeroko, jakby naprawdę sprawiało jej to radość. Ale znałam ją zbyt dobrze, gdzieś w głębinie musiały kłębić się wątpliwości. Byłam pewna, że moja reakcja w jakiś sposób na nią wpłynęła, choć oczywiście nigdy by się do tego nie przyznała.

Wzruszyłam ramionami i zajęłam miejsce naprzeciwko Colina. Dostrzegłam, że jego włosy były nieco jaśniejsze i krótsze niż rok temu, a na twarzy pojawiło się kilka nowych piegów. Uśmiechnęłam się, ale on spojrzał na mnie zdezorientowany.

– Co tu się właśnie odwaliło? – zapytał, a z mojej twarzy odpłynął promienny wyraz.

Wciągnęłam powietrze, próbując zebrać myśli, po czym ponownie uniosłam wzrok na przyjaciela. Na jego twarzy wciąż malował się lekki szok po naszej krótkiej, ale wyjątkowo napiętej wymianie zdań.

– Katherine zaczęła umawiać się z Reidem. Pokłóciłam się z nią o to wczoraj i teraz jej odwala.

Odsunęłam od siebie tackę z jedzeniem. Nagle straciłam apetyt. Jedzenie i tak było byle jakie – kanapka, owoc, sok – ale teraz nawet na to nie mogłam patrzeć.

Wzdrygnęłam się, kiedy Colin nagle zaczął krztusić się przeżuwanym jabłkiem. Wytrzeszczyłam oczy i nachyliłam się, by poklepać go dłonią po plecach. Kiedy się uspokoił, odsunęłam się, obserwując, jak odkłada owoc na tackę.

– Żartujesz sobie ze mnie? – zapytał, niemal krzycząc, na co zgromiłam go wzrokiem. Wiedziałam, że nie będzie z tego zadowolony, podobnie jak ja nie byłam.

– A wyglądam, jakbym żartowała? – Uniosłam brwi i odwróciłam się w stronę stolika, gdzie siedziała Katherine.

Colin też spojrzał w ich kierunku, a jego twarz natychmiast się wykrzywiła.

– To niemożliwe. Przecież sama kiedyś mówiła, że nigdy nie umówiłaby się z taką osobą. On idzie do łóżka z każdą laską, która mu się nawinie – prychnął, kręcąc głową, a ja tylko westchnęłam i wyjęłam komórkę z kieszeni, by przejrzeć Instagram.

To wydawało się być ciekawsze od całego tego zamieszania.

– Jak widzisz, jednak na niego leci. Mam tylko nadzieję, że się z nim nie prześpi, bo jeśli to zrobi, jej nazwisko znajdzie się w jego pamiętniku, na liście lasek zaliczonych w ciągu ostatnich miesięcy, a wątpię, że chce być jedną z nich.

Mimo tej kłótni z Katherine wciąż mi na niej zależało i nie chciałam, żeby została zraniona przez tego idiotę. Zdecydowanie na to nie zasługiwała, ale widocznie musiał nieźle namieszać w jej głowie.

Colin przytaknął na moje słowa, zerkając jeszcze raz w stronę Katherine, a potem wracając spojrzeniem do mnie.

– Nie jest głupia, raczej wie, w co się pakuje. W każdym razie nic z tym nie zrobisz, bo to jej wybór. Znasz ją przecież i wiesz, że jest uparta. Powinna uczyć się na błędach. Pozostaje mieć nadzieję, że w porę się ocknie.

Colin zawsze był tym rozsądniejszym z całej naszej trójki i gdy chodziło o podejmowanie poważniejszych decyzji, zawsze zwracałyśmy się do niego. Choć i on miał swoje epizody szaleństwa, wtedy rzucał wszystko i robił coś kompletnie nieprzemyślanego.

Zgodziłam się z Colinem i po chwili ciszy uniosłam telefon, ustawiając go tak, by uchwycił w kadrze nas dwoje. Uśmiechnęliśmy się szeroko do obiektywu i pokazaliśmy palce ułożone w literę „V”. Zrobiłam parę fotek i zaczęłam je od razu przeglądać.

– Nie rozumiem tego, co on robi ze swoim życiem, i że te wszystkie dziewczyny się na to zgadzają. Zniszczył sobie przyszłość – mruknął Colin, bawiąc się swoją kanapką.

– Wątpię, żeby jakakolwiek laska w tej szkole chciała stracić z nim dziewictwo. W końcu zdążył już zaliczyć większą część dziewczyn. Aż trudno uwierzyć, że zrobiły to dobrowolnie… – powiedziałam, patrząc na niego spod rzęs i obserwując, jak unosi na mnie wzrok i mruży powieki.

– Czekaj. Czy ty sugerujesz, że on je do tego zmusza? – zapytał podejrzliwie.

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale jedyne, co zdołałam zrobić, to wzruszyć ramionami. Colin rozszerzył oczy, jakbym właśnie powiedziała mu, że jednorożce istnieją. 

– Wiesz, że jeśli to prawda i któraś z dziewczyn się wygada, policja w końcu się skapnie. Myślisz, że mu się oberwie? – posłał mi dociekliwe spojrzenie.

Ściągnęłam brwi i skrzyżowałam ręce na piersi, patrząc na niego z politowaniem. Dobra, jednak nie zawsze używał mózgu.

– Myślisz, że się wygadają? A co, jeśli im grozi? Na pewno nie pozwoliłby im tego nigdzie zgłosić, a groźby to dość skuteczny sposób, jeśli ktoś naprawdę chce kogoś uciszyć. Często stosowałam tę metodę na Cloe, gdy czegoś potrzebowałam. Choć zazwyczaj kończyło się to odwetem – prychnęłam, przybliżając palcami zdjęcie, które zrobiłam. Podobało mi się, dlatego uniosłam wzrok na Colina i uśmiechnęłam się pewnie. – Mogę je wrzucić na Insta? – Wysunęłam w jego stronę telefon ze zdjęciem, na co on tylko skinął głową, ledwo rzucając na nie okiem. Pokręciłam głową i nie skomentowałam tego. Oby potem nie miał o to pretensji.

– Któraś w końcu to zrobi, przecież nie będą wiecznie siedzieć cicho – skwitował brunet, a ja w tym czasie oznaczyłam przyjaciela w opisie i wstawiłam zdjęcie.

Schowałam telefon i gdy uniosłam spojrzenie na Colina, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Jego mina wyrażała wszystko. Szok, zdezorientowanie, zniesmaczenie, a nawet niedowierzanie. Usta miał lekko rozchylone, brwi ściągnięte, więc odwróciłam się, spoglądając w miejsce, któremu się przyglądał. I natychmiast tego pożałowałam. Zdecydowanie wolałabym jednak tego nie widzieć, ale było już za późno.

Widok, który ukazał się moim oczom, zmroził mi krew w żyłach i sprawił, że serce na moment przestało bić. Katherine stała oparta o ścianę przy wejściu na stołówkę, zupełnie jakby pozowała do jakiegoś chorego zdjęcia, a Reid opierał się jedną ręką o ścianę tuż przy niej, z tą swoją arogancką pewnością siebie, której nie znosiłam od pierwszego dnia. Drugą dłonią przeciągnął po jej różowym pasemku, obracając je między palcami. Patrzył na nią tym swoim obleśnym spojrzeniem, jakby właśnie zdobył trofeum, którego wszyscy mieli mu zazdrościć. Przez kilka sekund nie mogłam się ruszyć, zesztywniało mi całe ciało, a w głowie huczało jedno wielkie „co, do cholery?!”. W pewnym momencie jego dłoń zsunęła się z włosów Katherine na jej szyję i zanim zdążyłam się zastanowić nad tym, co się dzieje, przyciągnął ją do siebie i pocałował tak gwałtownie i bez skrępowania, jakby chciał wszystkim pokazać swoją wyższość i to, jak bardzo dziewczyny go „kochają”.

Miałam wrażenie, że powietrze w stołówce zgęstniało, rozmowy ucichły, a ja czułam, jak coś we mnie zaczyna się gotować. Mieszanina złości i bezradnego zdziwienia zalewała mi żołądek. Może i przesadzałam. W końcu ludzie w tej szkole migdalili się po kątach, jakby to był sport drużynowy. Ale stołówka? Miejsce, gdzie ludzie chcą po prostu zjeść? To zdecydowanie nie było miejsce na takie rzeczy.

Wzrok każdego z obecnych skierowany był prosto na nich. Miny większości uczniów wyrażały obrzydzenie oraz zażenowanie. Niektórzy wychodzili, inni wyciągali telefony i nagrywali całe zdarzenie. Reid ewidentnie namieszał Katherine w głowie, i to porządnie. To było dla mnie najbardziej niezrozumiałe, bo ona zawsze miała swoje granice. Choć spotykała się z wieloma chłopakami, nigdy nie pozwalała, żeby ktoś traktował ją jak ozdobę czy zdobycz. Tym razem pokazała się z innej strony, co tylko potęgowało ciekawość i zdziwienie obserwatorów.

Ja również przyglądałam im się z zaciśniętymi zębami, aż w pewnym momencie Reid oderwał się od Katherine, odwrócił się i wbił wzrok prosto we mnie. Uśmiechnął się podstępnie tym swoim podłym, triumfującym uśmieszkiem. W jednej sekundzie poczułam, że brakuje mi tchu. Gardło zacisnęło się nieprzyjemnie, a serce uderzało o klatkę piersiową z taką siłą, iż obawiałam się, że zaraz eksploduje. Błyskawicznie odwróciłam się z powrotem do Colina, pragnęłam wymazać z głowy obraz tych oczu wbijających się w moje. Przyjaciel spojrzał na mnie pytająco.

– Dlaczego on się na ciebie tak gapi? – zapytał, a ja pokręciłam głową, bo sama nie miałam pojęcia.

Nigdy nie chciałam, żeby Reid choćby zauważył moje istnienie. Zwłaszcza on.

– Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Muszę stąd wyjść, idziesz ze mną? – Zerwałam się na równe nogi z zamiarem, by jak najszybciej wydostać się z tego budynku. Czułam się cholernie źle, co Colin od razu zauważył.

– Chciałbym, ale mam jeszcze historię. – Wygiął usta w podkówkę, jakby właśnie ktoś odebrał mu szansę na ucieczkę z tonącego statku.

Zacisnęłam usta w wąską kreskę i wzruszyłam ramionami.

– No trudno, to do jutra! – Uśmiechnęłam się i ruszyłam do wyjścia.

Nie spoglądałam w stronę Reida. Nie musiałam, żeby mieć pewność, że odprowadzał mnie właśnie wzrokiem. Czułam na sobie jego obleśne spojrzenie, które za wszelką cenę starałam się ignorować. Podejrzewałam, że Katherine mogła mu coś nagadać na mój temat, dlatego teraz obserwował mnie, układając sobie w głowie jakieś chore pomysły, jak mnie upokorzyć albo sprowokować.

Wyszłam poza teren szkoły i udałam się w stronę swojego domu. Nie mieszkałam daleko, więc spokojnie mogłam pokonać tę trasę pieszo, choć zawsze miałam opcję autobusu. Czasami wolałam się po prostu przejść i przewietrzyć po kilku godzinach słuchania ciągłego gadania nauczycieli.

Dopiero kiedy znajdowałam się już w pobliżu domu, poczułam, że w końcu mogę w pełni odetchnąć. Po wejściu do środka zdjęłam buty i ruszyłam do kuchni. Mama stała przy blacie z kubkiem w dłoni, oparta biodrem o szafkę. Na mój widok uśmiechnęła się promiennie.

– Cześć, kochanie. Jak było w szkole? – zapytała, upijając łyk swojego napoju.

Odsunęłam krzesło przy stole, usiadłam i oparłam brodę na dłoni.

– Okropnie. Katherine coś odwaliło i zaczęła umawiać się z naszym wspólnym wrogiem. Nie odzywamy się do siebie – westchnęłam, a mama ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Na pewno to tylko chwilowa sprzeczka. Pogodzicie się, zanim się obejrzysz. – Znów posłała mi uśmiech, zapewne myśląc, że tym poprawi mi humor.

Naprawdę chciałabym, żeby to było takie proste.

– Nie zapowiada się na to, ale dzięki za wiarę. Cloe jest w pracy, prawda? – zapytałam, choć w sumie spodziewałam się, że odpowiedź będzie twierdząca.

– Nie, dziś ma wolne, ale wyszła z koleżankami na miasto, więc pewnie wróci wieczorem.

Skinęłam głową. Nagle przypomniałam sobie o dzisiejszej imprezie, a uśmiech mimowolnie wkradł mi się na usta.

– Mamooo? – przeciągnęłam lekko, z wyraźnym wahaniem. Mama właśnie wyciągała garnek z szafki, ale zatrzymała się w pół ruchu i spojrzała na mnie z miną, która mówiła jasno: „co ty znowu kombinujesz?”. Przeczuwała, że zapytam o coś, co może jej się nie spodobać. – Dziś wieczorem jest impreza. Mogłabym na nią pójść? Proszę. – Ułożyłam dłonie w geście błagania, a ona podparła ręce na swoich biodrach i westchnęła.

A więc jest szansa, że się zgodzi.

– Jest środek tygodnia. Następnego dnia pewnie nie poszłabyś do szkoły.

– A jeśli przysięgnę, że pójdę, to się zgodzisz?

Mama przyglądała mi się chwilę uważnie, aż w końcu machnęła ręką. Uśmiechnęłam się zwycięsko i wstałam od stołu.

– Ale najpierw musisz zjeść obiad. Bez niego nigdzie nie pójdziesz. – Zagroziła mi palcem z rozbawieniem, na co swoim zwyczajem przewróciłam oczami.

Nie byłam jakoś szczególnie głodna, ale nie protestowałam.

Po obiedzie resztę dnia spędziłam w pokoju, wymieniając wiadomości z Colinem. Próbowałam go namówić, żeby poszedł ze mną na imprezę, ale on odmawiał, zbijając wszystkie moje argumenty.

Colin:

Pójdziemy razem kiedy indziej.

Ja:

A dlaczego nie dzisiaj?

Colin:

Bo jestem umówiony na randkę…

Ja:

AHA? Z KIM?

Colin:

Dowiesz się, jak okaże się być spoko gościem. A teraz idę się ogarniać, bo została mi niecała godzina. Tobie też to polecam, jest 5:13.

Ja:

Niewdzięcznik! To tylko wymówka!

Colin:

Też cię kocham.

Nie zdążyłam odłożyć telefonu, a już przyszła kolejna wiadomość. Tym razem nie od Colina.

Nieznany:

Cześć, Val, to ja, Rune. Będę po ciebie o 6, gdzie będziesz czekać?

Na moje usta wpłynął delikatny uśmiech, a sekundę później zaczęłam wpisywać odpowiedź.

Ja:

Przed barem, wiesz, tym z wczoraj.

Odpowiedział emotką kciuka, więc szybko odłożyłam telefon i zsunęłam się z łóżka. Podeszłam do szafy i kucnęłam, rozrzucając ubrania w poszukiwaniu jednej konkretnej sukienki. Po jakiejś minucie w końcu ją znalazłam. Była to sukienka na ramiączkach, sięgająca połowy uda. Jej ciemnoczerwony materiał mienił się w świetle, co sprawiało, że wyglądała wyjątkowo. Była zdecydowanie jedną z moich ulubionych. Gdy tylko się w nią przebrałam, poprawiłam makijaż i sięgnęłam po czerwoną torebkę z szafy, do której schowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Już miałam wychodzić z pokoju, ale w ostatniej chwili odwróciłam się i podeszłam do toaletki. Z szuflady wyciągnęłam gaz pieprzowy, który również wpakowałam do torebki, po czym zeszłam na dół. Zawsze lepiej mieć coś do samoobrony.

W korytarzu założyłam białe buty na płaskiej podeszwie. Nie wyobrażałam sobie przetańczyć całej imprezy w szpilkach, dlatego postawiłam na wygodę.

Mamy nie było w domu. Dostała wezwanie do pracy, dlatego zostawiła mnie samą jakąś godzinę temu. Zgarnęłam klucze z komody i wychodząc z domu, zamknęłam drzwi na klucz. Ruszyłam chodnikiem, mijając po drodze park, który miałam dosłownie na wyciągnięcie ręki. Od momentu powrotu nie miałam jeszcze okazji do niego wejść, co planowałam wkrótce zmienić.

Przyspieszyłam kroku, bo zbliżała się już szósta. Przeszłam szybko na drugą stronę ulicy, a gdy skręciłam za róg, ujrzałam szarego Astona. Podeszłam do samochodu i wsiadłam na miejsce pasażera.

– Ślicznie wyglądasz, Val – skomentował Rune, obrzucając mnie badawczym spojrzeniem.

Odruchowo naciągnęłam swoją sukienkę niżej.

– Dzięki, możemy ruszać?

Roześmiał się, ale skinął głową i odjechał sprzed baru.

– Chcesz, żebym wytłumaczył ci zasady wyścigów? – Poczułam na sobie jego wzrok, więc i ja na niego spojrzałam.

– Znam zasady.

Rune uniósł brwi w zdziwieniu.

– Skąd? Z tego co wiem, to nasi nie organizowali tu jeszcze wyścigów. 

Pokiwałam mu głową, bo to akurat była prawda. Dziś miał się odbyć pierwszy wyścig w tej okolicy, dlatego nie mogłam się doczekać, aż dojedziemy na miejsce.

– Bo nie organizowali. Będziesz miał szansę stać się królem Minneapolis, jeśli wygrasz z… Declanem. – Przerwałam na moment, wypowiadając jego imię przez zaciśnięte zęby. Przypomniałam sobie, że on też tam będzie. Dostrzegłam, jak knykcie Rune’a bieleją pod wpływem siły, z jaką zaciskał palce na kierownicy.

– Z łatwością – mruknął, ale miałam wrażenie, że powiedział to bardziej do siebie niż do mnie.

Przez resztę drogi się do siebie nie odzywaliśmy, bo Rune wyglądał, jakby miał ochotę coś rozwalić. Podejrzewałam, że było to spowodowane wzmianką o Declanie, ale nie czułam potrzeby, by zagłębiać się w szczegóły.

– Dobrze, słodka, już prawie jesteśmy. Widzisz? – Wskazał palcem na dom, a raczej na willę z basenem i trasą wyścigową.

Domyśliłam się, że była ona udostępniana ludziom na wynajem. Wyglądała nawet na taką, szczególnie ze względu na tor. Poczułam wzbierającą we mnie ekscytację, przez co nawet nie zareagowałam na to, jak mnie nazwał, choć było to dość dziwne.

– No trudno nie zauważyć tak hucznej imprezy – zaśmiałam się.

I to była prawda. Impreza była ogromna, masa ludzi bawiła się zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Muzyka przebijała się do moich uszu, mimo zamkniętych szyb, a i tak słyszałam ją wyraźnie. Nie zamierzałam kłamać – cholernie się ekscytowałam. Dziś miałam zaliczyć największą imprezę w swoim życiu, bo jak dotąd chodziłam na znacznie mniejsze wydarzenia. Dlatego pojawiła się też we mnie obawa. Że narobię sobie kłopotów. A tego nie chciałam. Konsekwencje zabawy na imprezie z wyścigami mogły okazać się surowe i musiałam mieć to na uwadze.

Chłopak zaparkował na podjeździe i zgasił silnik, a potem odwrócił się w moją stronę. Chwilę mi się przyglądał, zanim przysunął się, próbując złączyć nasze usta w pocałunku. Zareagowałam jednak wystarczająco szybko, zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej.

– Ale ładne światełka! Idziemy zobaczyć? – wyrzuciłam z siebie pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy, byle tylko odwrócić jego uwagę od tego, co przed chwilą chciał zrobić.

Rozumiałam, że mogłam mu się spodobać, ale nie dawałam mu żadnych sygnałów, że chciałabym posunąć się o krok dalej. Prawdę mówiąc, nawet o tym nie pomyślałam, przecież ledwo go znałam, właściwie nie zdążyliśmy się jeszcze poznać. A ja mimo wszystko nie miałam zaufania do mężczyzn. Nic też nie wskazywało na to, aby miało się to szybko zmienić.

Od Rune’a biła dziś jakaś dziwna energia, której wczoraj nie wyczułam. Wydawał mi się wtedy naprawdę w porządku, jednak teraz miałam wrażenie, że coś się w nim zmieniło. Nie wiedziałam co, ale podejrzewałam, że niebawem się dowiem. W końcu nie da się długo ukrywać swojej prawdziwej twarzy, prawda?

Tak bardzo się myliłam.

Są ludzie, którzy maskowanie mają opanowane do perfekcji, bo robią to każdego dnia.

Rune patrzył na mnie jak na wariatkę, kiedy opowiadałam mu, jak piękne są te światełka i jak uroczo migoczą. Szczerze, nie interesowało mnie to, ale nie przyszło mi nic lepszego do głowy.

– Chodźmy na imprę! – krzyknęłam, wyskakując z samochodu. Chłopak wyszedł zaraz za mną i od razu stanął u mojego boku, jakby się bał, że zniknę mu w tłumie. Razem ruszyliśmy w stronę tańczących ludzi.

Od wejścia na posesję rzucał się w oczy ogromny budynek w biało-szarych barwach. Dookoła pełno było roślin, ozdób i świateł, dzięki czemu miejsce wyglądało wręcz zjawiskowo. Z głośników dudniła głośna muzyka. Sporo osób bawiło się w basenie przed domem. Kilkoro leżało na pontonach w kształcie pączków albo pizzy, inni odbijali piłkę wodną. Zdecydowana większość tańczyła, piła lub robiła rzeczy, których ja nie zamierzałam robić.

Kilka metrów od budynku znajdowała się trasa wyścigowa. Była podświetlana lampami solarnymi, które ciągnęły się na całej długości. Trasa miała kształt okręgu, a pośrodku znajdowała się mała budka, w której porozwieszano karteczki z nazwiskami kierowców biorących udział w wyścigu. Wiedziałam sporo o wyścigach, dlatego nie musiałam się niepotrzebnie nad tym głowić.

Chwilę obserwowałam otoczenie, przyglądając się wszystkiemu z uwagą, aż nagle ktoś podsunął mi pod nos niebieski kubeczek z jakimś napojem. Spojrzałam najpierw na kubek, potem na Rune’a, który uśmiechał się do mnie zachęcająco. Nie miałam jednak ochoty zaczynać imprezy od alkoholu, więc tylko pokręciłam głową.

– Nie, dzięki. Nie chcę się upijać na samym początku imprezy – prychnęłam, a Rune wzruszył ramionami i bez wahania wlał w siebie cały swój napój. Spojrzałam na niego sceptycznie, po czym ponownie odwróciłam wzrok w kierunku toru wyścigowego. Nie była to moja pierwsza impreza z nielegalnymi wyścigami, bywałam na takich w Miami, jednak miałam wrażenie, że na ten dzień wszyscy tu czekali. I wolałam udawać, że nie wiem z jakiego powodu.

– Dobre podejście. Widzę, że nie możesz się doczekać wyścigu – dorzucił po chwili, więc uniosłam na niego wzrok. Zmrużyłam oczy, zastanawiając się nad tym, czy stwierdził to tylko po tym, że patrzyłam akurat w kierunku toru.

Skinęłam mu jednak głową, choć nie była to cała prawda. Nie czekałam jedynie na to.

– Trochę tak. Jestem ciekawa, czy będzie się różnił od innych, na których byłam – przyznałam szczerze.

W Miami wyścigi wyglądały zupełnie inaczej. Nie były przeprowadzane z taką agresją, jaką widziałam na niektórych filmikach w internecie. Tam ludzie ścigali się ostro, ale jednak z jakimś minimalnym poczuciem granic. A tutaj… tutaj niektórzy byli gotowi wjechać komuś w bok tylko po to, żeby go spowolnić. Nie było to dla mnie normalne.

– No to dziś się przekonasz. – Chłopak się uśmiechnął, po czym wystawił dłoń w moją stronę. – Zapraszam ślicznotkę do tańca.

Rune wyglądał zabawnie, stojąc w takiej pozycji, aż trudno było mi się nie uśmiechnąć. Zanim mu odpowiedziałam, pozwoliłam mu jeszcze chwilę tak postać. W końcu jednak się poddałam i chwyciłam jego dłoń. Pociągnął mnie w stronę tańczących ludzi, a chwilę później poruszaliśmy się w rytm muzyki.

Z głośników leciało Physical od Dua Lipy, a część ludzi kołysała się w powolnych rytmach, zupełnie niepasujących do pędzącego po parkiecie tłumu. Ja za to podskakiwałam, kręciłam się, śmiałam i pozwalałam, by taniec całkowicie mnie pochłonął. Dawno nie byłam na dobrej imprezie, a ta zapowiadała się wspaniale, czułam, że moje zadowolenie i ekscytacja rosną z każdą chwilą. Rune był cały czas na wyciągnięcie ręki, nie opuszczał mnie na krok i doskonale czułam na sobie jego wzrok, ale nie wiedziałam, jak to interpretować. Z jednej strony starałam się go ignorować, ale z drugiej nie mogłam, bo wydawał mi się on jakby… natarczywy?

Może przesadzałam, nie wiem, ale czułam się dziwnie.

– Byłaś kiedyś w związku?

W jednej sekundzie całe moje ciało się napięło. Przymknęłam oczy, starając się, żeby tego nie zauważył. Na szczęście stał za mną, więc nie mógł dostrzec mojej reakcji.