Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Roland Stebnicki, najsłynniejszy detektyw zwany „polskim Sherlockiem Holmesem”, ginie w tragicznych okolicznościach. Po jego śmierci wychodzi na jaw, że za fasadą sukcesu kryły się tajemnice i ogromne długi. Te przechodzą teraz na jego brata bliźniaka, Zbyszka. Pragmatyczny księgowy, stroniący od ludzi i daleki od bohaterskich zapędów, zostaje wciągnięty w sprawę, która mogła kosztować Rolanda życie. Gdy Zbyszek odkrywa, że ostatnie śledztwo brata wciąż nie zostało zamknięte, szybko okazuje się, że niebezpieczeństwo nie zniknęło, zmieniło tylko cel.
„Demony Woli. Ostatnia sprawa Rolanda” to miejski kryminał z nutą psychologicznego napięcia, w którym wiele skrywa zarówno Warszawa, jak i jej mieszkańcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 370
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Demony Woli. Ostatnia sprawa Rolanda
Copyright © Róża Lewanowicz, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik
Redakcja: Marta Kładź-Kocot
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-934-1
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Gyldendal Astra/Gyldendal A/S | Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
I.
Muszę cofnąć się do początku. Do naprawdę początkowego początku – czasów przed moim urodzeniem, kiedy to zmuszony byłem dzielić łono umęczonej życiem matki, żony alkoholika, z bratem bliźniakiem. Na szczęście nie było to jedno łożysko, bo byliśmy bliźniętami dwujajowymi. Uff, że tak się wyrażę. Przez większą część życia nie chciałem wyglądać jak mój brat. Nie chciałem mieć w sobie nic, co przypominałoby jego, choćby kształtu paznokcia na małym palcu u lewej stopy.
Byliśmy różni pod każdym względem, ale z nas dwóch to brat był tym, który bierze więcej. Już od chwili narodzin na nim skupiała się uwaga całego otoczenia. Ja wyskoczyłem z ciała matki zdrowy i odchowany – on ledwo przeżył tę procedurę, otrzymując marne pięć punktów w skali Apgar. Objawił się jako mały, wychudzony szczurek, który wyglądał, jakby potrzebował jedynie białej trumny i grabarza z łopatą. Odratowali gnojka, ale moim kosztem. Od tej chwili mało kto przejmował się mną i moimi problemami, bo te nędzne ochłapy troski i uwagi, które matka mogła wykrzesać ze swojego zalęknionego serca, skierowane były na Rolanda.
Tak, mój brat dostał na imię Roland… a ja Zbyszek. Zbyszek Stebnicki. No to już teraz wiecie, że jestem bratem bliźniakiem TEGO Rolanda Stebnickiego. I pewnie mówicie zdumieni: „To on miał brata?! Brata bliźniaka?!”. Ano miał.
Zaskoczę was. Miał też siostrę, Martę. Miał rodziców, a nawet psa i chomika. Ale wszyscy oni już nie żyją. Zostałem tylko ja… o ile przetrwam to, w co pośmiertnie wpakował mnie mój brat.
Zapewne zawsze was dziwiło, dlaczego Roland miał na imię Roland, a nie na przykład Adam albo Grzesiek. Wiem, że wielu fanów mojego brata było przekonanych, że to po prostu pseudonim, który miał przyciągnąć uwagę. Chociaż nie… tak mówili tylko jego zagorzali przeciwnicy. Zresztą teraz to już nie ma znaczenia. Idiotyczne imię wynikało z faktu, że matka chciała nadać jego istnieniu większy sens, niż miało ono naprawdę. Zobaczyła stworzenie na skraju śmierci i pomyślała, że jak uhonoruje je czymś niezwykłym, to będzie mniej żałosne. Spojrzała w kalendarz – była połowa września – i olśniło ją. Roland nie wziął się więc z romantycznej rycerskiej opowieści, bo moja matka nie miała pojęcia o jej istnieniu, ale z przypadku. Podobnie jak moje szare imię Zbyszek. Zawsze gdy myślę o sobie, widzę szarości. Szare imię, szary człowiek, szary zawód, szare życie.
Jestem księgowym. A mój brat był ogólnopolskim błaznem. Nie nazywałem go detektywem, bo uważałem, że stał się przede wszystkim pajacem bawiącym gawiedź w sposób, który we mnie budził niesmak, a nawet odruch wymiotny.
Ten podział ról – na księgowego i błazna – był logiczną kontynuacją naszej domowej sytuacji. Całe życie skupiało się wokół picia ojca i niedołęstwa matki. Roland błaznował, robił sztuczki, popisywał się swoimi licznymi talentami, z których prawie żaden nie znalazł odzwierciedlenia w wyuczonym zawodzie, a wszystko po to, by udobruchać chlejącego wódę ojca. Na przykład żonglował różnymi przedmiotami, relacjonując przy tym, czego dowiedział się o naszych sąsiadach, obserwując ich ostatnie zachowania. Zawsze trafiał ze swoimi wnioskami i umiał przewidzieć, czy jakaś para się rozstanie z powodu niewierności, czy kogoś zamkną za okradanie piwnic, a nawet czy ktoś wkrótce umrze, bo jego lub jej zdrowie nie jest wcale tak dobre, jak by się mogło wydawać. Układał swoje opowieści w krótkie wierszyki, a niekiedy śpiewał, fałszując przy tym niemiłosiernie.
Muszę przyznać – dzięki tym zabiegom nasz stary uspokajał się; zasiadał w rozwalonym fotelu z butelką w dłoni i śmiał się z głośno. Wtedy nas nie bił, przez chwilę nie klął, tylko zapadał się w sobie, a gdy brakowało mu już sił na śmiech, wchodził w dziwny stan zawieszenia, który nie był ani snem, ani jakąkolwiek aktywnością.
Kiedy ojciec nie szalał za bardzo, na przykład gdy oglądał występy Rolanda, ja mogłem zająć się resztą. Głównie chodziło o to, żeby w domu były jakieś pieniądze, bo przecież trzeba było coś jeść. Wziąłem więc na siebie odpowiedzialność za wydzieranie matce wszystkiego, co zarobiła albo dostała w opiece społecznej, a następnie podzielenie tego w sensowny sposób na cały miesiąc. Były to zadania niebezpieczne. Stary bił mocno, a ja byłem ciągle za mały, żeby mu dostatecznie oddać – na to przyszedł czas później. Zanim urosły mi mięśnie, nauczyłem się rachunków. Uwielbiam liczyć, planować budżet albo robić bilans. Nadal daje mi to poczucie bezpieczeństwa i kontroli, bo w dzieciństwie tylko w tym jednym je odnajdowałem.
Rachunkowość nie kłamie, nie plącze się w emocjach. Pieniądze są albo ich nie ma. Nie wierzę w karty kredytowe, w coś, co daje ułudę posiadania, tak jak wódka dawała złudzenie szczęścia mojemu staremu. Moja dziewczyna… to znaczy moja była wściekała się na mnie o to podejście do życia. Przyznaję – nie kupowałem jej ciuchów, bo uważałem, że nie potrzebuje kolejnej pary kozaków czy piątego białego swetra; nie zabierałem do drogich restauracji, skoro to samo, a nawet lepsze, mogliśmy zjeść w domu za dziesięciokrotnie mniejszą kwotę; stroniłem od rozrywek, od tych wszystkich nocnych imprez, po których moi koledzy bali się sprawdzać stan konta. Ewka mówiła, że jestem nudziarzem, że nie umiem korzystać z życia, że zakopuję się w grobie jeszcze przed śmiercią. Nigdy nie zrozumiała, że w tym właśnie odnajdywałem swoje szczęście: kiedy wiedziałem, że domykam budżet i wchodzę w nowy miesiąc albo rok spokojny w kwestiach finansowych.
I ten spokój odebrał mi nie kto inny, jak tylko mój rodzony, samolubny brat.
Były momenty, gdy zdawało mi się, że zrobił to wszystko celowo, przemyślał strategię i tak pokierował wydarzeniami, że znalazłem się w miejscu, w którym nigdy nie chciałem być – z długami, komornikiem na karku, z dziwnymi ludźmi i ich jeszcze dziwniejszymi problemami. Mam już za sobą największą falę gniewu, a nawet nienawiści do tego gnoja… Musiałem jednak te wymagające wysiłku emocje zostawić na lepszą okazję, bo trzeba było zebrać się w sobie i posprzątać cały syf, jaki Roland pozostawił po swojej śmierci.
Jego śmierć…
W zasadzie wydawało mi się, że samym faktem swojej śmierci narobił wystarczająco dużo zamieszania w moim życiu i że już gorzej być nie może.
Zapewne każdy pamięta, czym się zajmował, gdy usłyszał o śmierci Rolanda Stebnickiego. Każdy wie, co poczuł w tym momencie, jakie to wywarło na nim wrażenie… W tej chwili wszyscy zjednoczyli się w bólu, cała Polska pogrążyła się w kolejnej narodowej żałobie po swoim bohaterze, naszym własnym, prywatnym Sherlocku Holmesie, który miał tę przewagę nad postacią z książki, że nie był postacią z książki, ale najprawdziwszym geniuszem z krwi i kości.
Histeria, która opanowała nasz kraj po śmierci Rolanda, zepchnęła na boczne tory wszystkie inne sprawy. Ale o tym przecież nie muszę wam mówić. Niestety zepchnęła też i mnie razem z moją osobistą żałobą i jej konsekwencjami.
Któregoś dnia, jakiś miesiąc po pogrzebie, w którym nie uczestniczyłem, poczułem się źle. Na tyle źle, że musiałem wyjść z pracy, zostawiając niedokończone rozliczenie. Wróciłem do mieszkania, dzielonego jeszcze wtedy z Ewką, i zrozumiałem, że już nigdy go nie zobaczę. NIGDY! Mogłem nienawidzić swojego brata z całego serca, mógł mnie denerwować i mierzić, a jednak był bliźniakiem, z którym kiedyś dzieliłem jedno łono, moim jedynym krewnym. A tymczasem po jego śmierci w mediach nie pojawiła się ani jedna wzmianka o mnie, o naszych rodzicach, o Marcie albo chociaż o naszym upośledzonym umysłowo psie. Nikt nie przyszedł z kondolencjami, nie zapytał mnie, jak się czuję… Jakbym nie istniał.
Tygodniami nie mogłem się pozbierać, więc uciekałem w pracę. Kiedy wracałem do domu, dobijało mnie ględzenie Ewki, jej utyskiwania, narzekanie na jakość naszego związku.
– Ja wiem, że umarł ci brat – odezwała się kiedyś. Stała nade mną, opierając dłonie na biodrach. – Ale, do jasnej cholery, mógłbyś się ogarnąć i zrobić coś ze sobą.
Wtedy uderzyła mnie myśl, że ona mogłaby dać mi nieco wsparcia od siebie, skoro jest tą moją „narzeczoną”, i nawet jej to powiedziałem, ale to było jak dolewanie oliwy do ognia. Wydaje mi się, że tego wieczora padło o kilka słów za dużo. Wyprowadziła się. Ale potem dotarło do mnie, że i tak by to zrobiła. Szukała tylko pretekstu, żeby uwolnić się od największego nudziarza w Polsce.
Nie opłakiwałem Rolanda w klasyczny sposób – żeby to zrobić, musiałbym się przyznać, że płaczę po nim – po prostu źle się czułem. Bolała mnie głowa, nie mogłem spać albo właśnie spałem całymi dniami i nie potrafiłem nic zrobić. Odejście Ewki nie zaniepokoiło mnie na tyle, by interweniować, ale gdy mój stan zaczął odbijać się na pracy, uznałem, że trzeba działać. Po raz pierwszy od szkoły podstawowej poszedłem do lekarza, zwykłego internisty, chociaż prywatnego, żeby dał mi coś, co szybko pomoże mi być znów takim samym Zbyszkiem jak wcześniej. On jednak po kilku minutach wywiadu zapytał beznamiętnie:
– Czy w ostatnim czasie wydarzyło się coś szczególnego w pana życiu?
– Ale… w jakim sensie?
– Czy przeżył pan coś traumatycznego? Jakiś wypadek, czyjąś śmierć…
– Mój brat umarł. Ale nie byliśmy ze sobą blisko. – Mimo wszystko uważałem, że to nie ma aż takiego związku.
Lekarz spojrzał na mnie i mruknął coś pod nosem.
– Jest pan w żałobie – powiedział zdecydowanym tonem, pochylając się nad kartą informacyjną. – I w dodatku ma pan depresję. Mogę przepisać leki, ale lepsza chyba będzie terapia.
Oczywiście nie poszedłem na żadną terapię. Wiecie, ile kosztują sesje terapeutyczne? No właśnie. A wiecie, ile się czeka do specjalisty państwowego? Bez komentarza.
Nie dał mi leków, a czułem się źle i zbliżał się ostatni dzień kwietnia, co dla każdego biura rachunkowego oznacza gorący okres. Po prostu nie mogłem sobie pozwolić na żadne zwolnienia ani tym bardziej na zamęt w głowie – musiałem być skupiony i sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Szedłem więc w coraz gorszym nastroju ulicami Warszawy, użalając się nad sobą i pogrążając w jeszcze czarniejszych myślach, gdy wpadłem na starego znajomego, którego zdawały się zsyłać Niebiosa… tyle że ja w żadne Niebo nie wierzę.
Ojca Rafała, dominikanina, znałem jeszcze jako księdza Romualda z naszej parafii na Pradze. Uczył nas religii, o ile udało się nam trafić na jego lekcje. Ja uczyłem się znakomicie – w przeciwieństwie do Rolanda – ale religię omijałem szerokim łukiem i nie przejmowałem się oceną z tego przedmiotu, nawet jeśli znacząco obniżała moją średnią. Jednak wieści na temat Romka, jak na niego mówiono, docierały do moich uszu za sprawą matki i sąsiadek-dewotek. Mówiono, że przeżył nawrócenie i że wstąpił do jakiegoś zakonu. Dla mnie te historie brzmiały jak totalna bzdura, bo skoro ktoś jest już księdzem, to chyba nie ma się na co nawracać. Ale gdy wpadłem na niego na rogu Miodowej i Długiej, musiałem przyznać, że zrobił na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie niż dwadzieścia lat wcześniej w szkole.
Ojciec Rafał stanął naprzeciwko mnie i zadarł głowę, żeby ze zdumieniem spojrzeć na moją twarz. W pierwszej chwili go nie rozpoznałem, ale on od razu wiedział, kim jestem.
– Zbyszek! – Mógłbym przysiąc, że się ucieszył. – Zbyszek Stebnicki. To naprawdę ty! Poznajesz mnie? To ja, ksiądz Romek. Teraz jestem Rafałem, przyjąłem takie imię po nałożeniu habitu.
Potem poszło gładko. Złożył mi szczere kondolencje z powodu śmierci brata – czego nikt do tej pory nie zrobił – a ja nieopatrznie wygadałem się, z jakim problemem byłem u lekarza.
– Hmm… – Pogładził się po brodzie. – Terapia? To ciekawe, bo tak się składa, że ja jestem terapeutą.
– Od czego? – wypaliłem, parskając złośliwym śmiechem.
– No… skończyłem studia i prowadzę praktykę. Zresztą, stąd moje obecne imię. Rafał oznacza, że Bóg uzdrawia, a ja mu pomagam, jak mogę.
– Yyy… A to tak można?
– Można, można. – Pokiwał głową i złapał mnie za łokieć. – Chodź do mnie do klasztoru, porozmawiamy.
Okazało się, że ojczulek miał całkiem legalny gabinet, w którym przyjmował pacjentów i w dodatku brał za to pieniądze.
– Dużo ksiądz bierze? – zapytałem, kiedy posadził mnie na zgrabnym fotelu w skromnie urządzonym pomieszczeniu.
– Dużo – przyznał, nalewając wodę do czajnika. – Terapeuci to zdziercy.
– A co na to wasza wiara?
Roześmiał się cicho.
– Mam paru pacjentów, od których nie biorę pieniędzy, bo ich nie stać, a potrzebują pilnie wsparcia. Jak rozumiem, ty też masz ten problem.
Poruszyłem się niespokojnie na miejscu, rozważając, co powinienem odpowiedzieć. Nie lubiłem kłamać, ale mówić, że jestem sknerą, też nie chciałem.
– Ja… ekhm… jestem księgowym i…
– Księgowym?! – Rafał aż podskoczył z wrażenia. – To wspaniale! A rozliczyłbyś mi PIT za tamten rok? Mam taki bałagan w papierach, że to aż grzech. W zeszłym roku wszystko zrobiłem źle i przeor groził konsekwencjami, jeśli się to powtórzy.
– Mogę rozliczyć. – Wzruszyłem lekko ramionami. – Jeśli ksiądz ze mnie za dużo nie zedrze.
Zakonnik machnął ręką.
– Nic od ciebie nie wezmę, tylko, na Boga, uratuj moją grzeszną skórę od kolejnej „rozmówki” z przeorem. No, ale powiedz mi o tym twoim problemie. Mówisz, że lekarz stwierdził, że jesteś w żałobie, tak?
– No tak… – przyznałem niechętnie, odbierając od ojca Rafała kubek z kawą. – Ale ja nie wiem, czy faktycznie o to chodzi.
– Więc powiedz, jaki jest twój punkt widzenia?
Doprawdy rzadko się zdarzało, żeby ktoś pytał o MÓJ punkt widzenia, więc przez dobre dwie minuty nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Ojciec Rafał nie irytował się moim milczeniem. Jego postawa mówiła, że mnie całkowicie rozumie i wpiera. Czułem się nieswojo, zwłaszcza że pamiętałem tego człowieka w zupełnie innej odsłonie, ale po chwili moje ciało rozluźniło się i niepokój uleciał ze mnie niczym powietrze z balona.
– Ja… no cóż. Czuję gniew.
Cisza.
– Jestem wściekły na tego małego gnojka. Mówię „małego”, bo zawsze go traktowałem jak młodszego braciszka, po którym trzeba sprzątać i który wymaga opieki. No i on umarł.
Tym razem cisza miała moc porażania.
– Czuję się… mam wrażenie… odnoszę takie głupie wrażenie, że nie mam już po co żyć, skoro on nie żyje. A to przecież bez sensu! – Zdenerwowałem się sam na siebie. – Jak można tak myśleć o kimś, z kim nie widziałem się od kilku lat, z kim nic mnie już nie łączyło? To w ogóle nie ma sensu. Dlaczego moja psychika miałaby tak zareagować?
– Bo jest całkiem zdrowa – stwierdził spokojnie zakonnik. – Tylko bardzo smutna.
– Ale to minie?
– Ja ci nie dam takiej gwarancji.
Szczerze powiedziawszy, nie takiej odpowiedzi oczekiwałem od terapeuty. Więc gniew przeniosłem na niego.
– Hmm… Wie ksiądz co? W sumie dobrze, że się widzimy. Ksiądz wie, że jestem niewierzący? Przez księdza.
Ojciec Rafał uśmiechnął się smutno i pokiwał głową.
– Nie ty pierwszy mi to mówisz.
– I co? I można z tym ot tak sobie żyć?
– Łatwo nie jest. Ale mów dalej. Chcę wiedzieć wszystko.
– Co niby? – Skrzywiłem się. – Mam mówić o tym, jak ksiądz kazał nam kochać rodziców i ich czcić, nawet jeśli to skończeni idioci? W mózgu się mi poprzestawiało od tego… gadania. Albo mówił o szacunku do starszych, a zwłaszcza do duchownych, bez większego powodu, tylko dlatego, że noszą habit. Za co miałem księdza szanować? Za łajdaczenie się i chlanie wódy po knajpach z kolegami nauczycielami? A może za romans z panią Jolą od muzyki?
– Mamy z Jolą syna.
– Co?!
– Jola dwadzieścia jeden lat temu urodziła mi syna, Dominika.
Zatkało mnie na moment.
– I co z nim?
– Wszystko dobrze. – Ojciec Rafał wzruszył lekko ramionami. – Jak się urodził, pojechałem do szpitala i Jola wyznała, że miała sen, żeby go nazwać Dominik. We mnie coś wtedy się zmieniło. Myślałem nawet o rzuceniu kapłaństwa, ale… Zbyszku, powiem ci, że natury człowieka nie oszukasz i lokomotywa po asfalcie nie pojedzie. Nie zaznamy szczęścia tam, gdzie nie nasze miejsce. Narozrabiałem, sprowadziłem na świat nowe życie i zaczęło do mnie docierać, że coś muszę zrobić ze swoim własnym. Coś, co sprawi, że mój syn nie będzie się mnie wstydził.
– I dlatego został ksiądz zakonnikiem?
– To był długi proces, okropna walka ze sobą. Ale ten Dominik nie dawał mi spokoju i pomyślałem, że coś jest na rzeczy. – Uśmiechnął się z rozrzewnieniem i spojrzał przez okno.
– No ale co z nim? Zostawił go ksiądz? Tego Dominika.
– Nie! Skądże! Przeor powiedział, że muszę stanąć na wysokości zadania i zapewnić mu byt. Stąd ten pomysł z terapeutą. Część kasy oddaję do klasztoru, a resztę Dominikowi.
Opadłem zrezygnowany na oparcie fotela i zasępiłem się.
– Fajnie… – wymamrotałem.
– Co mówisz?
– Nic. Fajnie mieć odpowiedzialnego ojca.
– Zapewniam cię, że nie jest łatwo być synem księdza. To jak piętno dla dziecka, nawet jeśli się starasz mu to jakoś wynagrodzić.
– A ja zapewniam księdza, że większym piętnem jest być synem alkoholika, takiego jak mój stary.
I chyba na tym skończyliśmy wtedy naszą rozmowę. Ojciec Rafał dał mi swoje papiery – totalny rachunkowy burdel. Wróciłem do domu i poczułem, że może jednak jakoś to wszystko zniosę.
Zapomniałem tylko o jednym małym szczególe, który był o wiele gorszy niż najgorsza depresja. I była to moja wina…
II.
Najpierw przyszło pismo z ZUS-u. W pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiałem, o co chodzi. Otworzyłem kopertę już na poczcie i gapiłem się w kartkę z otwartą gębą.
Pismo stanowiło, że mam zapłacić zaległe składki z odsetkami, które… odziedziczyłem po swoim bracie. Kwota opiewała na dziewiętnaście tysięcy złotych!
Od razu ruszyłem w stronę oddziału ZUS przy Wrocławskiej, bo nie miałem daleko, raptem kilkaset metrów. Znałem tam kilka pracownic, więc postanowiłem wcisnąć się w kolejkę bez pobierania numerka, pomimo bardzo gęstego tłumu oczekujących.
Musiałem to przecież wyjaśnić. To nie mogła być prawda!
A jednak była…
Wróciłem do domu niczym zbity pies. Siedziałem bardzo długo na kanapie, wciąż z kurtką na grzbiecie, trzymając kopertę z pismem w zaciśniętej dłoni.
– Figurujesz jako jedyny spadkobierca – wyjaśniła mi Basia, z którą załatwiałem niejedną sprawę dla mojego biura. Widziałem w jej oczach współczucie, które wcale mi się nie podobało. – Urząd od razu cię ścignął, jak tylko minęło pół roku… No, wiesz…
Wtedy zrozumiałem. Zawaliłem sprawę odrzucenia spadku, bo nie miałem pojęcia, że jestem… byłem jedynym krewnym Rolanda. Ostatni z rodu. W ogóle o tym nie pomyślałem, jakby spychana do podświadomości żałoba odjęła mi rozum, który zazwyczaj funkcjonował prawidłowo w kwestiach finansowych. A urzędy myślą od razu, kiedy idzie o kasę.
Wiem, co wam chodzi po głowie: prawo cię chroni w takiej sytuacji, dziedziczysz z dobrodziejstwem inwentarza i tak dalej… Niestety, przepisy chroniące spadkobierców weszły w życie dokładnie rok po śmierci mojego brata. Kilkanaście miesięcy zadecydowało o tym, że musiałem bulić za wszystko.
Oczywiście pomyślałem o przywróceniu terminu, bo mogłem się tłumaczyć tym, że nie wiedziałem o śmierci brata – nie byłem nawet na jego pogrzebie – ale nikt by tego nie kupił. Każdy wiedział, że zginął. Każdy wiedział, kiedy i w jakich okolicznościach się to stało. Moment, kiedy spadł z wysokiego fundamentu i roztrzaskał sobie głowę, zarejestrowało wiele kamer, a nagranie zostało potem obejrzane i przeanalizowane wielokrotnie w mediach głównego nurtu i społecznościowych. Musiałbym żyć w jaskini bez kontaktu z ludźmi i nowoczesną technologią, żeby o tym nie usłyszeć.
Baśka zasugerowała wystosowanie pisma o rozłożenie zadłużenia na raty, co ja sam zaproponowałbym swojemu klientowi w podobnej sytuacji, ale ta myśl wywołała we mnie silny bunt. Dlaczego mam płacić za nie swoje zobowiązania? Ja nigdy się nie spóźniłem z żadną opłatą.
– Bardzo mi przykro – powiedziała Basia, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Jeśli zdecydujesz się wnioskować do naczelnika, daj mi znać. Pomogę ci ze wszystkim, tylko pamiętaj, że nie masz dużo czasu.
Nie potrzebowałem pomocy. Sam umiałem napisać takie pismo i to z zamkniętymi oczami. Zanim jednak się na cokolwiek zdecydowałem, przyszło pismo z ZGN-u.
Roland miał zadłużenie w czynszu i to podwójnie, bo wynajmował na Woli dwa mieszkania – jedno dla siebie, a drugie jako siedzibę dla swojego biura detektywistycznego. Okazało się, że nie płacił za nie od kilku miesięcy, a i wcześniej miał problemy z terminowością.
Jak to możliwe, że te wszystkie instytucje tak szybko do mnie dotarły? – zezłościłem się. Zrozumiałem też, że to pewnie nie koniec i kiedy przyszło pismo z Urzędu Skarbowego, nawet nie byłem zdziwiony, tylko coraz bardziej rozdrażniony.
Wtedy też zacząłem się interesować tym, w jaki sposób Roland wpakował się w takie długi. Przecież był gwiazdą, występował nawet w telewizji, musieli mu płacić, a on chyba nie był aż tak głupi, by trwonić każdy grosz na głupoty. Cóż… Wiedziałem z doświadczenia, że jednak był, ale dopiero wizyta w urzędzie skarbowym naświetliła mi jego sytuację nieco lepiej.
Przy okazji muszę nadmienić, że w tamtym czasie starałem się o zatrudnienie w tej instytucji. Naprawdę! I cała ironia tej sytuacji polegała na tym, że marzyłem o byciu kimś, kto przyczepił się kiedyś do mojego brata za to, że nie odprowadza podatków za zarobione pieniądze. Tak, to skarbówka zainteresowała się jego osobą, kiedy coraz częściej pojawiał się w mediach. Sprawdzili jego status i okazało się, że nie jest nigdzie zatrudniony, nie ma z nikim podpisanej umowy i nigdy nie zgłosił żadnej złotówki, którą zarobił. Urząd poszedł mu na rękę, mówiąc, że odpuszczą mu minione zaległości, jeśli szybko zarejestruje działalność i zacznie normalnie się rozliczać. Zrobił to, co w sumie mnie zdziwiło, bo on nigdy nie umiał załatwić żadnej sprawy urzędowej, a nawet pójść z awizo na pocztę. Jednak założenie JDG wiązało się z konsekwencjami, jak chociażby koniecznością płacenia składek ZUS, czego oczywiście nie robił. Wystawiał jakieś faktury, ale nigdy nie odprowadził z nich podatku. Nie rozliczył nawet ostatniego PIT-u.
W konsekwencji złych decyzji Rolanda ja siedziałem w gabinecie naczelnika urzędu skarbowego przy ulicy Powstańców Śląskich w Warszawie i słuchałem, że nie mam szans na zatrudnienie w tej instytucji. Naczelnik nie powiedział tego wprost, mówił jedynie coś o konflikcie interesów i takie tam bzdury. Niewiele z tego do mnie docierało, bo byłem tak wściekły, że mój mózg zaczął się gotować, a w uszach słyszałem szumy i piski.
Tych kilka dni zrujnowało mi życie, a to wciąż nie było najgorszym, co miało mnie spotkać. Wstawałem co rano, wykonywałem różne czynności, nie do końca będąc ich świadomym, szedłem do pracy i wracałem z niej, czując, że nic nie ma sensu, a ja sam powoli przestaję istnieć, niczym znikający hologram.
Trzydziestego kwietnia, w czwartek, poszedłem jak zawsze do pracy, ale kiedy zbliżyłem kartę do drzwi wejściowych biura, nie zadziałała. Zapukałem. Przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał, chociaż słyszałem wyraźnie, że kilka osób już jest na miejscu. Spojrzałem w górę. Nad drzwiami mieliśmy zainstalowaną kamerę, więc zrozumiałem, że celowo nie zostałem wpuszczony. Serce podeszło mi do gardła, ale jakoś opanowałem nerwy i wyjąłem telefon, żeby zadzwonić do Wieśka, naszego kierownika.
– Zejdź na dół – powiedział szorstko. – Zaraz do ciebie przyjdę.
Wiedziałem, w czym rzecz, ale wciąż nie dopuszczałem do siebie tej myśli.
– Musimy się pożegnać. – Małe, świdrujące oczka nie patrzyły mi prosto w twarz. Nalana twarz szefa zrobiła się jeszcze bardziej czerwona niż zwykle, a na czole pojawiły się krople potu. – Wyślemy ci papiery do podpisu pocztą…
– Możesz to jakoś uzasadnić? Musisz w zasadzie.
– Yyy… tak… ekhm… – chrząknął, ale na szczęście zasłonił dłonią usta. – Już od dawna się nad tym zastanawialiśmy. Kiedyś byłeś pracownikiem idealnym, ale od jakiegoś czasu… No, po prostu… zjebałeś kilka spraw i od dzisiaj nie pracujesz.
– Zwalniasz mnie teraz? Kiedy jest najwięcej pracy? – W sumie nie wiem, czemu zadałem to pytanie. Wcale nie miałem ochoty pracować na wypowiedzeniu w długi majowy weekend.
– Słuchaj, naraziłeś nas na straty. Nie wystawiłeś dwóch faktur swojej klientce, a teraz Zosia odkryła, że źle rozliczyłeś podatki dwóm firmom. Dobrze, że się zorientowała, inaczej mielibyśmy przesrane.
Nie odpowiedziałem. Zacisnąłem tylko usta, czując, jak szybko uchodzi ze mnie powietrze.
– Podpisz papier za porozumieniem stron, to nie będziemy robić ci problemów.
– Nie! – usłyszałem własny głos. – Zapierdalałem u was prawie dekadę, należy mi się trzymiesięczne wypowiedzenie.
– Ale…
– Nie wrobisz mnie w to! – Wymierzyłem w jego stronę palec wskazujący, na który spojrzał zdziwiony. – Niczego nie podpiszę. Teraz wrócę do domu, więc możemy uznać, że to urlop na żądanie. W końcu nigdy żadnego nie brałem… A ty się zastanowisz z szefami, czy opłaca ci się iść ze mną do sądu pracy.
Teraz usta Wieśka zacisnęły się w wąską kreskę. Oddychał głośno przez nos, niczym dzik szykujący się do ataku. Po chwili jednak skinął głową.
– Dobra. Pogadam z nimi, zobaczę, co powiedzą. To i tak nie moja decyzja…
To akurat nie była prawda.
– A teraz oddaj kartę. – Wyciągnął otwartą dłoń.
– Po co, skoro ją dezaktywowałeś? – odparłem, po czym wrzuciłem kartę do stojącego obok drzwi kosza na śmieci.
III.
Co się robi, kiedy traci się robotę w takich okolicznościach? Idzie się do domu albo do knajpy, żeby zalać smutki wódą? Spotyka się z kumplami? A może szuka się pociechy w ramionach koleżanki? Oczywiście nie miałem zamiaru zrobić żadnej z powyższych rzeczy; myślałem raczej o napisaniu pism do wszystkich instytucji i urzędów, które domagały się ode mnie pieniędzy, chociaż wciąż nie wiedziałem, co powinienem w nich zawrzeć. Nie było mi to jednak dane, ponieważ przed wejściem do klatki spotkałem listonosza.
– O, jest pan – stwierdził, zdziwiony moim widokiem. – Właśnie miałem pisać awizo. Z sądu przyszło… – Spojrzał mi prosto w oczy, a potem podsunął mały tablet do złożenia podpisu. – Od komornika – dodał, jakby nie do końca dowierzał swoim słowom.
Zabrałem kopertę i bez słowa poszedłem do domu.
Jeszcze wtedy tego nie wiedziałem, ale była to ta właśnie kropla, która nie tylko przelała czarę goryczy, ale zapoczątkowała w moim życiu zmianę, której nigdy bym się nie spodziewał.
Nienawidziłem komorników sądowych. Jeśli byłbym kiedykolwiek gotów kogoś zabić i ponieść za to konsekwencje bez większego poczucia winy, ofiarą byłby komornik – ewentualnie jeszcze sprzedawca „chwilówek”. Przez nasz dom przewinęło się ich kilku i zawsze rujnowali nam życie, nie bacząc na to, że krzywdzą dzieci, które robią, co mogą, żeby utrzymać w ryzach cyrk na kółkach zwany rodziną. Nie mieliśmy wielu rzeczy na własność, a większość z nich i tak została nam odebrana na licytacje komornicze, nawet kuchenka gazowa, na której gotowaliśmy sobie z siostrą makaron. Weszli jacyś ludzie, wywalili garnek do zlewu i wynieśli kuchenkę, pozostawiając puste miejsce, pełne pajęczyn.
Pismo z sądu, zdawało się, złamało mnie do końca. Początkowo nawet nie sprawdzałem, czego dotyczy, po prostu rzuciłem kopertę na stół i znów usiadłem na kanapie. Nie wiem nawet, jak długo siedziałem nieruchomo, gapiąc się w ekran wyłączonego telewizora, kiedy zadzwonił telefon. Odebrałem, ale nie miałem siły powiedzieć ani słowa.
– Zbyszek? – odezwał się zaniepokojony głos ojca Rafała. – Jesteś tam?
– Tak, jestem – wymamrotałem.
– Co się stało?
– Co? A… nie, nic… ja tylko… ciężki dzień miałem.
– Aha… To może nie będę przeszkadzał. Zadzwonię później.
– Nie, możemy rozmawiać.
– No tak… – chrząknął cicho. – Chciałem zapytać o to rozliczenie roczne.
– Skończyłem i zostawiłem papier w urzędzie dwa dni temu. Załatwiałem coś i przy okazji… – urwałem, czując, że uchodzi ze mnie życie.
– Jestem ci dozgonnie wdzięczny.
– Nie ma za co – odparłem machinalnie. – Ale będzie ksiądz musiał zrobić korektę za poprzedni rok.
– Słucham?
– Podatek był źle wyliczony. Trzeba będzie dopłacić.
– O, Boże! – zmartwił się ojczulek.
– To nic strasznego – uspokoiłem go. – Kwota nie jest duża. Wystarczy jedno pismo i wyjaśnienie. Lepiej wysłać to samemu, zanim skarbówka się zorientuje.
– Tak, tak! Masz rację. Ojej! – Ojciec Rafał sapnął. – No, dobrze. Nie będę cię więcej niepokoił. Pewnie masz teraz mnóstwo pracy.
– Nie za bardzo – wyrwało mi się.
– Nie?
– Nie – zaśmiałem się nerwowo. – Mam pierwszy wolny weekend majowy od… Nie wiem od kiedy, bo zawsze pracowałem w tym czasie.
– Aha… No to może… może wpadnij do mnie. Przynieś te papiery i wyjaśnij mi, co trzeba zrobić.
Z niezrozumiałego dla siebie powodu zgodziłem się.
IV.
Ojciec Rafał poruszył się niespokojnie w swoim fotelu, pokręcił głową i odwrócił na chwilę wzrok.
– No to nieciekawie… – stwierdził cicho, bawiąc się końcówką paska. – Niesprawiedliwie.
Byłem zaskoczony jego reakcją na moją opowieść. Początkowo wcale nie miałem zamiaru zwierzać się z czegokolwiek, ale ostatecznie opowiedziałem mu o wszystkim, co spotkało mnie przez ostatnie kilka dni. Nie spodziewałem się, że nazwie to niesprawiedliwością, oczekiwałem raczej jakiegoś psychologicznego bełkotu i pytań o to, co w związku z tą sytuacją czuję. Przyznaję, że byłem nawet gotowy na kłótnię.
– Ale czemu od razu cię zwolnili? – Znów na mnie spojrzał. – Kto tak robi i to po tylu latach bezawaryjnej pracy?
– Nie wiem… – Wzruszyłem lekko ramionami. – To znaczy… mnie to nie zdziwiło tak bardzo.
– Jak to?
– Nie jestem zbyt lubiany. Sam ksiądz wie, że potrafię być nieprzyjemny.
– A, tam! – żachnął się. – Lubić albo nie lubić mogą się koleżanki ze szkoły, ale tu mówimy o relacjach zawodowych. Przecież chyba wiedzieli, że przechodzisz trudne chwile i że potrzebujesz czasu, żeby dojść do siebie.
Zacisnąłem usta, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Ostatecznie zdecydowałem się na pełną szczerość.
– Nikt nie wiedział, że mam… że zmarł mi brat. Nie mam w zwyczaju opowiadać komukolwiek o swoim życiu. To po pierwsze. Po drugie, środowisko księgowych zdominowane jest przez kobiety, które zachowują się właśnie jak koleżanki ze szkoły. Często kwestie osobiste przeważają nad tymi profesjonalnymi.
– Rozumiem – odparł, a w jego oczach dostrzegłem jeszcze większą troskę, która mocno mnie zirytowała.
– Nie lubię ludzi – wyznałem. – Ludzie mnie rozczarowali i robią to cały czas.
– Dlatego zostałeś księgowym? Liczby i przepisy cię nie zawiodły?
– Myślę, że tak. Tak! To może być główny powód. One pomogły mi poczuć, że odzyskałem kontrolę nad własnym życiem. No, a teraz… – zamilkłem. Czułem, jak w moim gardle rośnie wielka gula, która uniemożliwia mi mówienie i oddychanie.
– Spokojnie. – Ojciec Rafał uniósł dłoń. – Nie straciłeś kontroli i jej nie stracisz. Po prostu musisz ułożyć swoje życie na nowo.
Nie miałem siły się odezwać. Zresztą nie wiedziałem nawet, co mógłbym w tamtej chwili powiedzieć. Przez kilka chwil próbowałem odzyskać panowanie nad własnym oddechem.
– To, co się wydarzyło, jest jedynie wybojem na drodze – stwierdził ojciec Rafał. – No, może większym zakrętem, który przeraża, ale za nim znów będzie prosta i pewna droga.
Łykałem, co do mnie mówił, chociaż normalnie nie zgodziłbym się z takim rozumowaniem.
– Nie powiem, że wszystko się ułoży – ciągnął. – Powiem, że ty to poukładasz we właściwy sposób.
– Jak niby?! – usłyszałem własny głos, pełen goryczy i gniewu.
– Po swojemu. Tak jak robiłeś to wcześniej, kiedy było źle. Jeśli miałbym ci coś doradzić, to tylko tyle, że powinieneś wykorzystać to, co w tobie najmocniejsze.
– Czyli?
– Co teraz czujesz?
A więc jednak padło to cholerne pytanie!
– Wściekłość.
– Świetnie! – ucieszył się, a ja zdziwiłem. – Wściekłość daje dużo siły. Na co najbardziej się wściekasz?
– Na komornika – odparłem bez namysłu.
– Więc dołóż trochę rozumu i sprytu, a będziesz wiedział, co masz dalej zrobić.
– Ale ja mam ochotę go zniszczyć. Komornika znaczy się… no, tego, co do mnie napisał.
– To go zniszcz! Byle bez szkody dla siebie.
Znów nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Skinąłem tylko głową.
Było pierwszomajowe przedpołudnie, kiedy opuściłem gabinet Rafała. Na ulicy zderzyłem się z grupką młodych komunistów z flagami w dłoniach. Śpieszyli się na pochód.
Debile! – przeszło mi przez myśl.
Ruszyłem wolno w stronę domu, mijając kolejne przystanki tramwajowe i autobusowe. Nie wsiadłem do żadnego środka transportu, mimo że miałem kilka razy okazję, ale gdy dotarłem do skrzyżowania Solidarności z Młynarską, rozbolały mnie nogi. Przysiadłem pod wiatą przystankową na klejącej się od piwa i innych napojów ławce i popadłem w zadumę.
W tym momencie nie czułem wściekłości, za to dopadło mnie poczucie bezsensu całego mojego istnienia.
Po co się starać, skoro jedno takie wydarzenie mogło zniszczyć każdy wysiłek, jaki włożyłem w odbudowę życia zrujnowanego przez dorosłych, którzy byli kiedyś za nas odpowiedzialni? Po co w ogóle próbować wydobywać się z bagna, skoro ono i tak prędzej czy później znów wyciągnie po mnie swoje łapy?
Byłem zmęczony. Miałem trzydzieści sześć lat i byłem wykończony własną egzystencją. Zrozumiałem, że aż do tamtej chwili żyłem w napięciu, ale i w nadziei, że to się nie wydarzy, że nie przyjdzie ktoś, kto zabierze mi spokój, poczucie kontroli, a przede wszystkim pieniądze. Ojciec ciągle mi je kradł, a potem Roland na życzenie ojca… Stary musiał się napić, więc gdy zorientował się, że jeden z jego synów czasem coś po szkole zarobi, ze wszystkich sił starał się każdy zarobiony grosz mu odebrać. Tak, był złodziejem. Zwykłym pierdolonym złodziejem! A dzień jego śmierci był jednym z lepszych w moim życiu.
Siedziałem na tym przystanku dość długo, aż zaczęło burczeć mi w brzuchu; dlatego gdy podjechał kolejny autobus, wsiadłem do niego i wróciłem do domu. Zrobiłem sobie kilka kanapek i usiadłem przy stole. Przed sobą rozłożyłem wszystkie pisma, jakie ostatnio do mnie przyszły, i przyglądałem się im, przeżuwając chleb. Zanim skończyłem jeść, w głowie miałem zarysowany plan działania.
V.
Wieczorem zadzwonił Wiesiek. Słyszałem dochodzące z oddali odgłosy rozmów, więc domyśliłem się, że ciągle był w biurze.
– Nie podpiszesz za porozumieniem stron? – Trudno było powiedzieć, czy pytał, czy raczej stwierdzał.
– Jeszcze nie zwariowałem – odparłem, bawiąc się pilotem od telewizora. Siedziałem rozwalony na kanapie z piwem w ręku i oglądałem jakiś głupi serial, czyli robiłem dokładnie to, co nie leżało w mojej naturze.
– No, dobra – stęknął. – Przyślemy ci wypowiedzenie, ale nie musisz przychodzić do pracy. Wiesz, co to oznacza?
– Mhm, domyślam się. Minimalna krajowa bez dodatków.
– Właśnie… – Jego głos nie brzmiał zbyt pewnie. – No, OK… To… na razie.
– A, czekaj! – Przypomniało mi się.
– Tak?
– Chciałem cię o coś zapytać, ale prywatnie.
– No?
– Opowiadałeś kiedyś o notariuszce, z którą załatwiałeś poświadczenie dziedziczenia po śmierci matki.
– Yyy… No, tak… To moja kuzynka, Weronika. A co?
– Dasz mi do niej namiar? Mówiłeś, że to solidna firma.
Mogłem nie lubić Wiesława, ale żaden stary wyga księgowy nie nająłby byle jakiego prawnika. Poza tym wyczułem w jego zachowaniu delikatne poczucie winy, więc przypuszczałem, że będę mógł liczyć na bardziej preferencyjne warunki. I nie pomyliłem się.
Jeszcze tego samego wieczora notariusz zadzwoniła do mnie Weronika Weiss.
– Wiem, że jest późno, ale dopiero skończyłam pracę, a jutro od rana znów to samo, więc… – tłumaczyła się.
– Nie ma sprawy. Cieszę się, że pani zadzwoniła. – Zerknąłem na zegarek, było dziesięć po dwudziestej drugiej. – Nie sądziłem, że notariusze też pracują w długi weekend.
– A, tak! – zaśmiała się. – Ale to chyba też pracoholizm. Wiesiek mówił, że potrzebuje pan pomocy.
– Potrzebuję dobrego notariusza. Widzi pani, pół roku temu zmarł mój brat…
– Och, przykro mi. – Brzmiała szczerze.
– Dziękuję. Cóż… Niestety umknął mi fakt, że jedyne, co dziedziczę, to jego liczne długi.
– Ojej! Fatalnie! I minęło pół roku?
– Zgadza się. I nie mogę nawet udawać, że dowiedziałem się o jego śmierci później.
– Hmm… – westchnęła i przez chwilę nic nie mówiła. – No ale dobrze byłoby sprawdzić, czy jednak miał jakiś majątek. Miał coś?
– Poza reputacją – nic. Wszystko, co zostało po naszych rodzicach i siostrze, oddał mnie. To znaczy zrzekł się tego, bo chciał… Twierdził, że to rekompensata za pewne jego działania.
– Aha, aha. I to odbyło się oficjalnie?
– Tak. Dzięki temu… majątkowi mogłem kupić mieszkanie, a raczej szybciej spłacić kredyt.
– Jeju, żeby go pan teraz nie stracił! Trzeba działać i to szybko. No, dobra. To może… Niech pan pozbiera wszystkie dokumenty, zwłaszcza z mieszkania brata…
– Jeszcze tam nie byłem – przyznałem, czując ucisk w żołądku.
– No, to koniecznie trzeba tam iść! Proszę zabezpieczyć każdy możliwy papier i jak pan będzie miał to wszystko, proszę przyjść do mnie na Złotą z aktem zgonu, zaświadczeniem o numerze PESEL i ostatnim miejscem zameldowania brata. Ja zajmę się resztą. Najważniejsze to ustalić, czy coś z jego majątku można jeszcze spieniężyć i spłacić te długi. Z aktem zgonu może pan iść do banków.
Nie przypuszczałem, by Roland miał konto, na którym były pieniądze, ale i tak zapisałem sobie tę uwagę w notatkach. Rozmawialiśmy jeszcze dłuższą chwilę, głównie o rodzajach należności, jakie na mnie spadły, a potem rozłączyłem się i poszedłem spać. Miałem zamiar wypocząć, by pozostałe dni weekendu spędzić na dalszym obmyślaniu dalszej strategii działania. Niestety nie było mi to dane, ponieważ ciężko się rozchorowałem.
Musicie wiedzieć, że ja nigdy nie chorowałem. W dzieciństwie przeszedłem kilka podstawowych chorób, typowych dla tego okresu życia, ale potem ani razu nie musiałem brać wolnego z powodów zdrowotnych. Teraz też nie musiałem, wszak mnie zwolnili, a jednak odczuwałem silny dyskomfort psychiczny, widząc, jak moje ciało odmawia posłuszeństwa.
Obudził mnie potworny ból gardła. W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć, co się dzieje. Patrzyłem na pogrążony w ciemności pokój, mrugałem powiekami i masowałem szyję, która wydawała się nieco obrzęknięta. Jednak kiedy moim ciałem wstrząsnęły silne dreszcze, pojąłem, że nadchodzi coś poważniejszego. Obawiałem się, że będę miał gorączkę, ale za jakiś czas zacznę czuć się lepiej, nie przypuszczałem jednak, że to nie fizyczne dolegliwości będą najbardziej przerażające.
W pokoju było nadal ciemno, ale jego twarz widziałem bardzo dokładnie. Stał nade mną i gapił się tym swoim zamglonym od wódy wzrokiem.
– Zbyniu – usłyszałem dawno niesłyszany głos, wyrażający ni to pretensję, ni to błaganie.
Ojciec chwiał się i machał jedną ręką, a w drugiej trzymał butelkę z piwem, którego używał do „leczenia” kaca. Mógłbym przysiąc, że czułem smród gorzały wydobywający się z jego paszczy, lecz najgorsze były oczy, świecące w mroku czerwonym blaskiem.
Oddychałem ciężko, nie mogąc się ruszyć.
Czy to sen, czy ja naprawdę go widzę? Mam halucynacje spowodowane wysoką gorączką, a może umarłem i trafiłem do miejsca, do którego trafił mój nieżyjący ojciec?
Zamknąłem oczy, co wcale nie przyszło mi łatwo. Po chwili odzyskałem władzę nad resztą ciała, więc naciągnąłem kołdrę pod brodę i leżałem nieruchomo. Byłem rozpalony i marzyłem o łyku chłodnej wody, ale nadal czułem jego obecność w pokoju.
Udało mi się zasnąć, bo kiedy znów otworzyłem oczy, na dworze szarzało. Z trudem uniosłem się na łokciu i sięgnąłem po stojącą obok łóżka butelkę z wodą. Gardło wciąż mnie bolało, więc przełykanie stanowiło niemały problem, na tyle duży, że zacząłem rozważać umówienie się do lekarza.
Może potrzebuję antybiotyku? – przeszło mi przez myśl. Wtedy znów go usłyszałem.
– Zbyniu. – Tym razem brzmiał, jakby był rozbawiony.
Uniosłem lekko głowę i z przerażeniem dostrzegłem go siedzącego w kącie pokoju. Zajmował szeroki fotel z pluszowym obiciem. Fotel, na którym spędzał większość swojego pijackiego życia. Fotel, jakiego nie miałem w swoim domu i nigdy nie zamierzałem mieć.
Jego oczy nadal świeciły na czerwono, jakby był dziką bestią napotkaną na leśnym szlaku nocą, a nie wspomnieniem człowieka.
Niestety, pojawiał się w moim pokoju przez kolejne dwa dni, zawsze wtedy, gdy czułem się gorzej, jakby stanowił dodatkowy element mojego udręczenia. Przez cały ten czas nie umiałem ocenić, na ile byłem przytomny, a na ile śniłem bardzo realne sny. Nikt się ze mną nie kontaktował, co wcale nie było dziwne, biorąc po uwagę fakt, że akurat był długi weekend i że nie otaczałem się nigdy żadnymi znajomymi. Mógłbym umrzeć w tym swoim mieszkaniu na Bemowie i dopiero smród rozkładającego się ciała zaalarmowałby sąsiadów.
– Albo i nie – szepnąłem do siebie, śmiejąc się pod nosem.
Myślałem, że będę chory długo. Nie miałem żadnych leków w domu, mało piłem, nic nie jadłem i wciąż prześladował mnie martwy ojciec z twarzą bestii… Jednak w poniedziałek nad ranem „odwiedził” mnie ktoś jeszcze.
– Zbychu!
Poczułem szarpnięcie za ramię. Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą twarz Rolanda.
– Co?! – burknąłem ze złością, zapominając o tym, że mój brat nie żył od pół roku i że od lat się z nim nie widziałem osobiście.
– Wstawaj!
Chciałem odwinąć się nieprzyjaznym gestem albo słowem i nawet machnąłem ręką, ale złapałem jedynie zatęchłe powietrze w swoim mieszkaniu. Otworzyłem szerzej oczy i z ulgą stwierdziłem, że jestem sam, a w dodatku nie mam gorączki i czuję się zdecydowanie lepiej. Dotknąłem szyi i spróbowałem przełknąć ślinę. Wszystko wydawało się zmierzać we właściwą stronę, więc powoli usiadłem na łóżku i opuściłem stopy na chłodną podłogę.
Pokój wirował lekko przed moimi oczami i bardzo chciało mi się pić. Podniosłem butelkę stojącą obok łóżka. Była pusta, więc musiałem wstać i iść do kuchni po kranówkę, rozmyślając jednocześnie o tym, że nie mam nic do jedzenia. Kiedy byłem w przedpokoju, ktoś zapukał do drzwi.
W poniedziałek rano? – zdziwiłem się.
Miałem wątpliwości, czy powinienem w ogóle sprawdzać, kto się do mnie dobija. Na pewno nie był to nikt znajomy, a ja nie wyglądałem najlepiej i nawet nie miałem na sobie spodni. Mimo wszystko ciekawość zwyciężyła i po chwili namysłu otworzyłem.
– To my! – powiedziała dziewczyna z długim brązowym warkoczem, przerzuconym przez ramię.
– Słucham? – Byłem niemal pewien, że nadal mam halucynacje.
Trzy młode osoby stały na progu mojego mieszkania – dwóch wysokich chłopaków i długowłosa panienka o wyglądzie pensjonarki. Nie wyglądali groźnie, ale obok ich nóg leżały jakieś tobołki, które wzbudzały we mnie lekki niepokój.
– No… dzwoniliśmy… – powiedziała panienka niepewnie, zerkając na kolegów. – Rozmawialiśmy w weekend.
– O czym?
– O wynajmie. Dla nas.
W pierwszym odruchu chciałem zatrzasnąć im drzwi przed nosami, domyślając się, że pomylili mieszkania. Wiedziałem, że sąsiedzi z piętra wyżej regularnie wynajmowali pokoje studentom i ta trójka najpewniej tam nie dotarła z jakiegoś powodu. Jednak ów odruch minął, kiedy dostrzegłem w tej sytuacji pewną szansę dla siebie.
– Aha… – powiedziałem, starając się grać nieco na zwłokę. – Jasne… Tylko że ja jestem nieco niedysponowany.
– Och! – wyrwało się całej trójce z młodych piersi.
– No. – Pokiwałem smętnie głową. – Miałem w weekend grypę czy coś, więc nawet nie pamiętam naszej… rozmowy.
– Ojej! – pisnęło dziewczę. – I co teraz? My naprawdę potrzebujemy…
– Nie powiedziałem, że wam nie wynajmę – przerwałem jej. – Tylko że jestem nieco w proszku. Wejdźcie. – Zrobiłem im przejście do przedpokoju. – Duży pokój po prawej.
Kiedy zamykałem za nimi drzwi, pomyślałem, że w ten właśnie sposób niewinne ofiary trafiają w szpony zboczeńców i seryjnych morderców.
– Na razie mogę wam zaproponować ten pokój – powiedziałem. – Jest większy, więc się pomieścicie. No i ma balkon.
– Jest świetny – stwierdziła dziewczyna, po czym potrząsnęła głową i wyciągnęła dłoń. – Ewelina jestem.
– Zbyszek.
W jej oczach zagościł niepokój, ale po sekundzie znów była radosna i pełna ufności.
– To Radek i Przemek. I naprawdę, ale to naprawdę potrzebujemy tego mieszkania… pokoju…
Uniosłem dłoń.
– Mogę wynająć całe mieszkanie, ale przez tę chorobę po prostu nie dałem rady przenieść się do… na… na Wolę.
Oczywiście, że na Wolę! Tam były mieszkania zajmowane przez Rolanda.
– To nic! – Ewelina machnęła ręką. – Na razie zostaniemy tutaj. On… Przemek jutro pisze maturę i po prostu musimy nad nim popracować, żeby zdał.
– Maturę? – zdziwiłem się, patrząc na Przemka, który nie wydawał się aż tak młody.
– Mhm. Jesteśmy z jednej miejscowości, znamy się od zawsze, ale on chodził do technikum, a w dodatku kiblował jeden rok, więc…
– To bardzo miło z waszej strony, że chcecie mu pomóc – zauważyłem uprzejmie, siląc się na uśmiech. – Więc zamierzacie się tu uczyć?
– Oj, tak! – sapnęła dziewczyna. – Do naszej sesji jeszcze trochę zostało, więc na razie się nim zajmiemy.
– Obiecaliśmy jego mamie – dodał Radek, kiwając głową.
Przemek wciąż milczał, a na jego twarzy dostrzegłem smutek zmieszany z rezygnacją.
– Więc nie pozostaje mi nic innego, jak pozwolić wam skupić się na nauce. – Kolejny wymuszony uśmiech sprawił, że poczułem delikatny skurcz w żuchwie. – A ja muszę się w końcu ubrać. Przepraszam, że tak paraduję tu w bieliźnie przed wami.
– Spoko gatki – mruknął Przemek. – Lubię bokserki w kratkę. Mam tylko takie.
Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, Ewelina pacnęła go w ramię.
– Ty nie myśl o kratkach, tylko o polskim – burknęła.
– W porządku, zostawię was i zajmę się swoimi sprawami. Potem domówimy szczegóły.
– A, właśnie! – przypomniało się Ewelinie, która sięgnęła do torby. – Czynsz za pierwszy miesiąc plus umówiona kaucja. Dziękujemy, że zgodził się pan na kaucję za jeden miesiąc. Zazwyczaj wynajmujący chcą za dwa albo nawet trzy.
– Yyy… tak… – zacukałem się na chwilę, biorąc od niej plik banknotów. – Nie ma problemu.
W ten sposób nie musiałem ustalać wysokości czynszu, wystarczyło przeliczyć kwotę, jaką dostałem, i podzielić ją na dwa. Zresztą wszyscy troje, a zwłaszcza dziewczyna, wyglądali na takich, których nie trzeba gonić za zaległe należności.
Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale oni zajęli się sobą i w jednej chwili przestali w ogóle zwracać na mnie uwagę.
Niejeden z was zapewne głowi się, jak to możliwe, że zaprosiłem najemców do nieprzygotowanego mieszkania. Otóż moje mieszkanie i tak przypominało skromny akademik, jak to ujęła kiedyś jedna z moich dziewczyn. Nie było w nim niczego, co zakwalifikowałbym jako zbędne. Dlatego ci młodzi ludzie mogli od razu rozpakować tobołki i zająć się swoimi sprawami.
Wyszedłem z pokoju, ściskając w dłoni pieniądze. Chciałem iść po portfel, żeby je zaraz policzyć i schować, ale ktoś znów zapukał do drzwi wejściowych.
Zdębiałem.
Może to sąsiedzi z piętra wyżej przyszli po swoich skradzionych najemców?
Obejrzałem się w stronę pokoju z balkonem, ale studenci nie interesowali się niczym innym poza sobą, więc zamknąłem drzwi i poszedłem zerknąć przez wizjer.
Ojciec Rafał!?
Otworzyłem, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo ksiądz wydał z siebie cichy okrzyk.
– Boże! Jak ty wyglądasz?! – zawołał, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół.
– Co? Ale... co ksiądz tu robi?
– Jak to co? Dzwoniłem do ciebie w sobotę i powiedziałeś, że jesteś bardzo chory. Podobno nie masz co jeść, więc obiecałem, że cię odwiedzę dziś, bo wczoraj było święto i nie dałbym rady. Naprawdę się martwiłem i widzę, że miałem powody.
– Aha... – Stałem z rozdziawioną gębę, a gdy chciałem podrapać się po głowie, zorientowałem się, że w jednej dłoni wciąż trzymałem pustą butelkę na wodę. – To… proszę wejść. Ja mam… mam tu pewną sytuację – powiedziałem szeptem, po czym wyjrzałem na korytarz, sprawdzając, czy ktoś tam nie stoi i nie podsłuchuje.
– Co się stało? – zapytał Rafał, także szeptem.
– Ukradłem sąsiadowi z góry najemców.
– Co zrobiłeś? – Ksiądz spojrzał na mnie zdumiony, a potem podniósł dłoń i dotknął mojego czoła.
– Chodźmy do pokoju, to wyjaśnię…
Nie zdążyłem jednak zrobić kroku, bo Przemek otworzył drzwi i stanął jak wryty na widok dominikanina w białym habicie.
– O, właśnie! – zawołałem z udawanym entuzjazmem. – To jeden z tych najemców, o których mówiłem. A to ksiądz Rafał.
– Ojciec – poprawił mnie duchowny, uśmiechając się niepewnie.
– A… miło mi – wydukał Przemek, a zza jego pleców wyłoniły się głowy jego przyjaciół. – Jestem Przemek i… będę tu mieszkał.
– Świetnie! To może mi opowiedzcie więcej o sobie, co? – zaproponował ojciec Rafał. – A Zbyszek się w tym czasie ubierze.
– No, tak… – Spojrzałem na gołe nogi i coraz bardziej zmarznięte stopy. – Dobry pomysł.
Wpadłem do małego pokoju i przymknąłem za sobą drzwi, ale i tak słyszałem wszystko, co się działo. Przemek poszedł do łazienki, a ksiądz zaczął regularne przesłuchanie pozostałej dwójki.
– To będziecie tu sobie mieszkać u Zbysia, tak? – zapytał wielce uprzejmym głosem.
– Tak – odparła Ewelina. – Musimy przygotować kolegę do matury.
– Trochę późno, co? – zaśmiał się.
– Lepiej późno niż wcale. A ojciec skąd zna pana Zbyszka?
– O, uczyłem go w szkole religii. Znam go od bardzo dawna. To porządny człowiek. Powiedzcie mi… kto szuka mieszkania na wynajem w maju? Coś się pewnie niemiłego wydarzyło, co?
– No, niestety – mruknęła dziewczyna. – Poprzedni właściciel kazał się nam wyprowadzić przed długim weekendem. Z dnia na dzień.
– Oj, przykro mi.
– No… Wróciliśmy do domu i okazało się, że nasz przyjaciel pisze maturę i jest, delikatnie mówiąc, w lesie z nauką, więc…
– Postanowiliście mu pomóc. To bardzo szlachetne. No, myślę, że tu będzie wam dobrze. – Ostatnie zdanie nie zostało wypowiedziane zbyt pewnym tonem. – Należycie do jakiegoś duszpasterstwa akademickiego? Bo jeśli nie, to zapraszam do nas na Freta.
– Yyy… Zobaczymy… Bardzo chętnie. Dziękujemy.
– Tak… ekhm… – Radek chrząknął. – Dziękujemy.
Ubrany i uczesany zjawiłem się w przedpokoju. Rafał uśmiechnął się na mój widok i uniósł trzymaną w dłoni płócienną torbę.
– Przyniosłem ci coś dobrego do jedzenia – poinformował.
– Chciałem pojechać załatwić sprawę mieszkania Rolanda…
– Nie, nie! – przerwał mi, kiwając palcem. – Najpierw coś zjesz.
– Niech pan coś zje. – Ewelina kiwnęła głową. – Wygląda pan bardzo blado. My wracamy do nauki.
Zaprowadziłem Rafała do kuchni i zamknąłem za nami drzwi. Ksiądz postawił torbę na blacie i zaczął wyjmować przyniesione produkty. Na stole pojawiła się butelka miodu pitnego.
– To sobie zrobisz na gorąco przed snem. Najlepiej z przyprawami, żeby się lepiej spało. Więc? Czemu mówiłeś, że ich ukradłeś?
– Bo chyba tak było. Zakładam, że chcieli wynająć od sąsiada z góry, ale u nas piętra i drzwi są dziwnie oznaczone, ludzie się często mylą.
– Coś podobnego? – parsknął, wyjmując pęto kiełbasy i ciemny chleb.
– Czy według wiary katolickiej to grzech?
– Nie mam pojęcia – przyznał, chichocząc. – Daj talerz i nóż. Zrobię ci kanapkę, a ty wstaw wodę na herbatę. Mnie zrób kawę. No i co? Udałeś Greka i ich zaprosiłeś do siebie?
– Dokładnie tak. Zapłacili mi za miesiąc z góry, a ksiądz wie, że teraz u mnie z kasą może być krucho.
– No, tak… – westchnął, krojąc chleb. – Nasyp mi więcej tej kawy. Strasznie mnie poranny pacjent wynudził.
– Pomyślałem, że jeśli uda mi się przejąć mieszkanie Rolanda, długotrwały wynajem może mi bardzo pomóc.
– Rozumiem. I chcesz teraz jechać to załatwić?
– Tak. Podjadę do ZGN i pogadam z ludźmi.
– Pojadę z tobą – zakomunikował zdecydowanym tonem.
– Naprawdę? – Moja dłoń zawisła z czajnikiem nad kuchenką. – Czemu?
– Bo mam przeczucie, że przyda ci się wsparcie – odparł, wydymając usta. – Podpowiada mi to doświadczenie.
Chleb i wędlina były bardzo smaczne, a ja bardzo głodny, więc szybko napełniłem pusty żołądek. Ojciec Rafał posłodził mi herbatę miodem, a sam delektował się mocną jak siekiera, niesłodzoną plujką, którą mu przygotowałem.
– Wie ksiądz, ja w ogóle nie pamiętam naszej rozmowy – powiedziałem między jednym kęsem chleba a drugim.
– Jakiej rozmowy?
– No, tej telefonicznej. W ogóle nie kojarzę, żebym z kimś rozmawiał.
– Nie dziwię się. Brzmiałeś fatalnie. Zresztą odebrałeś dopiero za trzecim albo czwartym razem.
– Serio? – zmarszczyłem brwi. – Kiedy to było?
– W sobotę wieczorem. Niestety przeor nie pozwolił mi jechać do ciebie w niedzielę, bo było za dużo pracy, sugerował, żebym wysłał pogotowie, ale ostatecznie nie zadzwoniłem nigdzie… Może niesłusznie.
– Cóż… Jak widać, nic mi nie jest. – Wzruszyłem ramionami.
– Nie powiedziałbym. Wyglądasz nieciekawie.
– Nieciekawie to się czułem jeszcze tej nocy. Nad ranem zaczęły wracać mi siły. W sumie… sam nie wiem, czemu zachorowałem i czemu mi przeszło.
Rafał przyjrzał mi się z zainteresowaniem.
– A co wydarzyło się wcześniej? – zapytał.
– Jak to co? Straciłem pracę, wpadłem w nie swoje długi… Same przyjemności.
– Jednak kiedy ostatnio cię widziałem, nie byłeś aż tak zmarnowany – zauważył. – Dlatego pytam, co wydarzyło się bezpośrednio przed tajemniczym zachorowaniem?
Mimo że nie miałem zamiaru z nikim dzielić się czymkolwiek z tego, co mnie spotkało, opowiedziałem mu o wszystkim: o telefonie z pracy, o rozmowie z notariuszką, o pierwszych objawach choroby, a także o tym, co podczas niej widziałem i słyszałem.
Duchowny nie skomentował tych rewelacji. Siedział z lekko opuszczoną głową, którą co chwilę kiwał, gapiąc się w fusy w szklance.
– A Roland? – zapytał po chwili krótkiego milczenia. – Jak wyglądał w tym przywidzeniu?
– Normalnie.
– Nie tak jak ojciec, z dziwnymi oczami?
– Nie. – Próbowałem doszukać się w jego głosie nuty ironii, ale jej nie usłyszałem. – Wyglądał jak Roland. Był… On zawsze przypominał matkę i jej rodzinę. Chudy, z pociągłą twarzą i zakolami nad czołem, jak u wujka Zenka. Musiał się ciepło ubierać, bo ciągle mu było zimno, ale to chyba przez brak mięśni i tkanki tłuszczowej.
– Ty przypominasz bardziej ojca, prawda?
– Niestety… – Poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Odruchowo odwróciłem wzrok. – Patrzę w lustro i widzę tego... gnoja.
– Ale był całkiem przystojny.
– Wygląd to nie wszystko. To nic w zasadzie. Nie wiem, czemu ludzie tak skupiają się na zewnętrznej skorupie, jakby to miało jakieś znaczenie.
Ojciec Rafał westchnął cicho, spojrzał na mnie z troską i skinął głową.
– Zbierajmy się – powiedział, klepiąc mnie po dłoni. – Po południu mam kolejnych pacjentów.
VI.
Wiedziałem, na którym przystanku muszę wysiąść, ale nie znałem dokładnej drogi dojścia do biura Zakładów Gospodarki Nieruchomościami na Woli. Okazało się, że ojciec Rafał wie, jak należy iść.
– Byłem tam już kiedyś – wyjaśnił zdawkowo i przyśpieszył kroku.
Dotarliśmy na miejsce dość szybko, aż chwilami brakowało mi tchu. Nie prosiłem jednak księdza, żeby zwolnił – bardzo chciałem mieć tę wizytę za sobą. Zapukałem do pierwszych drzwi, wszedłem i zapytałem, gdzie mogę załatwić zaległości po zmarłym bracie, który zajmował lokale komunalne. Zostałem pokierowany do konkretnego pokoju i znów zapukałem. Po tonie, jakim wypowiedziano „proszę” za drzwiami, domyśliłem się, że to może nie być miła rozmowa.
– Dzień dobry – przywitałem się uprzejmie.
Ojciec Rafał był tuż za mną, ale nie wchodził do środka. W kilku słowach opowiedziałem, po co przyszedłem, a dwie siedzące naprzeciwko siebie kobiety spojrzały po sobie wymownie.
– No, to musi pan zapłacić, inaczej wyślemy sprawę do komornika – wycedziła jedna z nich, gapiąc się na mnie znad okularów. – W zasadzie nie wiem, czy już nie wysłałyśmy. Krysiu, sprawdzisz?
Ale Krysia nie zdążyła niczego sprawdzić, bo do pokoju wkroczył ksiądz Rafał i chrząknął głośno.
– Ekhm… Szczęść Boże! – odezwał się, wprawiając kobiety w osłupienie. – Mój przyjaciel nie wyraził się dość jasno, bo nie czuje się dziś najlepiej, no i… wciąż jest w żałobie po bracie. Rozumiecie, moje drogie? Brat to był ostatni krewny, jaki mu został. Ostatni! – Uniósł palec wskazujący, żeby podkreślić znaczenie swoich słów. – Nie dodał więc, że on chce w tym mieszkaniu zamieszkać i płacić czynsz regularnie i… jeśli panie pozwolą, powoli spłacać powstałą zaległość.
– Ale… – Okularnica wyraźnie straciła animusz. Zerknęła na koleżankę, która tylko wzruszyła ramionami i wróciła do przeglądania swoich papierów. – Ale żeby ktoś tam zamieszkał, to musi być decyzja administracyjna.
– Proszę pani… – Ojciec Rafał pokręcił głową z irytacją, która moim zdaniem była udawana. Podszedł do biurka i oparł dłonie na blacie, przez co jego twarz znalazła się blisko twarzy z okularami. – Sytuacja wygląda następująco. Zbyszek, mój były uczeń, posiada własne mieszkanie i nie ma szans na mieszkanie komunalne. Ale! Jeśli wynajmie swoje lokum za ładną sumkę, będzie miał pieniądze, żeby spłacać należności brata. Tylko że wtedy musi gdzieś mieszkać, a założę się, że mieszkanie po Rolandzie, którego też uczyłem, stoi nadal puste. Mylę się?
Kobieta uśmiechnęła się krzywo i lekko pokręciła głową.
– Właśnie! Zanim machina administracyjna ruszy, dług urośnie i nikt nie będzie zadowolony.
Urzędniczka zamrugała powiekami. Przez chwilę patrzyła na księdza z otwartymi ustami, a potem opuściła wzrok i zaczęła przekładać leżące na biurku papiery.
– No… ja nie wiem… – zaczęła. – Gdyby to się wydało…
– Ale co? Że ktoś spłaca długi?
– No, nie… – zaśmiała się nerwowo. – Ale bez tej decyzji…
– Jestem bezrobotny – wyrwało mi się, choć nie do końca wiem dlaczego. – W czwartek straciłem pracę i ten wynajem to mój jedyny zarobek.
– No. – Ojciec Rafał pokiwał głową. – Miał depresję i go wywalili, bo nikogo nie obchodziło, że źle się czuje. Musimy działać szybko.
– Aha… – Kobieta poprawiła okulary, wyprostowała się i spojrzała na ekran komputera. – To będzie potrzebny akt zgonu i poświadczenie dziedziczenia.
W tamtym momencie musiałem bardzo mocno ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć czegoś naprawdę brzydkiego.
– Przyniesie – zapewnił Rafał. – Wszystko załatwi i przyniesie wam, co trzeba.
– Dziś mogę zapłacić czynsz za maj – usłyszałem własny głos.
Obie panie spojrzały na mnie jednocześnie, a w ich oczach dostrzegłem wyraźne ożywienie.
– Tak? – Okularnica starała się brzmieć neutralnie.
– Tak, niech się to jakoś dobrze zacznie – wymamrotałem.
Ojciec Rafał obejrzał się i puścił do mnie oko. Od tej chwili rozmowa wyglądała zupełnie inaczej.
Okazało się, że pani Krysia miała w swojej szufladzie klucze do mieszkania zajmowanego przez Rolanda. Do obu mieszkań.
– Sąsiedzi mówili, że woda się leje, więc trzeba było otworzyć i wymienić zamek – wyjaśniła, po czym machnęła ręką. – Nic się nie lało. Panikowali.
Przy okazji zasugerowała, żebym zajął większe z mieszkań, którego Roland używał jako biura.
– Po co płacić za dwa? – zaświergotała. – Jutro poproszę kogoś ze wspólnoty, żeby pomógł przenieść meble do tego dużego, a w tym drugim zrobi się remont za jakiś czas. Co ty na to, Zosiu?
Zosia, czyli siedząca naprzeciwko okularnica, skinęła głową.
Zapłaciłem w kasie czynsz za kolejny miesiąc z pieniędzy od swoich najemców. Dowiedziałem się, że mogę napisać pismo o umorzenie odsetek i rozłożenie na dogodne raty zaległości zrobionych przez brata. Okularnica zasugerowała, żebym nie kontaktował się z administracją wspólnoty mieszkaniowej, tylko raczej bezpośrednio z nimi, gdyby działo się coś „niepokojącego”.
– Panie, które tam pracują, nie są zbyt miłe – powiedziała i obie urzędniczki zachichotały.
A gdzie są? – przeszło mi przez myśl.
– Rozumie pan, że nie powinnyśmy tego robić, prawda? – Krystyna spojrzała na mnie z powagą, kiedy zbieraliśmy się do wyjścia.
– Tak, rozumiem to doskonale – odparłem.
Skinęła głową i wróciła do swojej papierologii.
Wyszliśmy z Rafałem przed budynek. Ksiądz zadarł lekko głowę i spojrzał na mnie, mrużąc oczy.
– Dalej księdza nie lubię – wypaliłem, odwracając wzrok z niechęcią.
Dominikanin wybuchnął śmiechem i poklepał mnie po ramieniu.
– A ja lubię twoją szczerość – odparł. – Wrócę do siebie, a ty idź zaraz do tego mieszkania i zacznij działać. No i zjedz coś porządnego. Ciągle jesteś blady.
– Czemu ksiądz tu ze mną przyszedł? – Czułem, że muszę zadać wreszcie to pytanie.
– Ja to czemu? Nie mogłem pozwolić, żebyś władował się do tego gniazda żmij nieprzygotowany. – Uśmiechnął się, widząc moje zdezorientowanie. – Znam trochę tę instytucję. Jola pracowała po różnych urzędach, kiedy odeszła ze szkoły, więc wiele opowiadała, a poza tym czasami zdarzało się nam załatwiać ludziom w potrzebie lokale komunalne albo socjalne i wtedy na własnej skórze przekonałem się, z czym mamy tu do czynienia. No i… sam mówiłeś, że nie jesteś największym miłośnikiem ludzi. Trudno przewidzieć, jak skończyłaby się ta konfrontacja, gdybyś przyszedł bez skrzydłowego.
Chcąc nie chcąc, zaśmiałem się cicho i pokręciłem głową.
– Myślę, że nie chodzi o to, że ich nie lubisz – dodał. – A o to, że nie rozumiesz, w jakich paradygmatach operuje większość z nich. Ty zawsze byłeś do bólu logiczny, dlatego praca z liczbami jest taka przyjemna, a ludzie nie bazują na logice. No, nic… – westchnął cicho. – Będziemy w kontakcie, bo jestem ciekaw, jak dalej potoczą się twoje sprawy. A! No i liczę, że dalej będziesz wspierał mnie radą w kwestiach księgowych.
VII.
Na miejsce dotarłem pieszo, posługując się Google Maps w komórce. Musiałem też zapytać jednego przechodnia, gdzie konkretnie jest wejście do właściwej klatki.
Byłem w tym miejscu po raz pierwszy w życiu i gdy wszedłem pomiędzy budynki usytuowane przy ulicy Ringelbluma, poczułem się tak, jakbym w ogóle nie był w Warszawie. Stałem przez chwilę na podwórku, kręcąc się wokół własnej osi, nie mogąc zrozumieć, co takiego jest w tym miejscu, co nie pasuje do reszty miasta. W końcu pojąłem, że było tam bardzo cicho, jakby otaczające mnie bloki tłumiły hałasy dobiegające z kilku niezwykle ruchliwych arterii wokół. Pomyślałem, że to całkiem przyjemna okolica, w porównaniu z moim bemowskim adresem, gdzie przez całą dobę słyszałem samochody, tramwaje, a na dodatek latające na okrągło awionetki z pobliskiego lotniska. Jednak same bloki nie zrobiły na mnie już tak dobrego wrażenia, także dlatego, że stanowiły pozbawioną sensu plątaninę, w której trudno mi było nawigować.
Stanąłem przed klatką pod adresem Ringelbluma 2 i zawahałem się. Wyjąłem z kieszeni klucze i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam jak wejść do środka, bo brakuje mi pestki do domofonu, ale zanim zdążyłem na dobre się zmartwić, ktoś wyszedł z bloku. Złapałem drzwi i wszedłem.
