Demony woli. Ostatnia sprawa Rolanda - Róża Lewanowicz - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Demony woli. Ostatnia sprawa Rolanda ebook i audiobook

Róża Lewanowicz

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Roland Stebnicki, najsłynniejszy detektyw zwany „polskim Sherlockiem Holmesem”, ginie w tragicznych okolicznościach. Po jego śmierci wychodzi na jaw, że za fasadą sukcesu kryły się tajemnice i ogromne długi. Te przechodzą teraz na jego brata bliźniaka, Zbyszka. Pragmatyczny księgowy, stroniący od ludzi i daleki od bohaterskich zapędów, zostaje wciągnięty w sprawę, która mogła kosztować Rolanda życie. Gdy Zbyszek odkrywa, że ostatnie śledztwo brata wciąż nie zostało zamknięte, szybko okazuje się, że niebezpieczeństwo nie zniknęło, zmieniło tylko cel.

„Demony Woli. Ostatnia sprawa Rolanda” to miejski kryminał z nutą psychologicznego napięcia, w którym wiele skrywa zarówno Warszawa, jak i jej mieszkańcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 370

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 20 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł: De­mony Woli. Ostat­nia sprawa Ro­landa

Co­py­ri­ght © Róża Le­wa­no­wicz, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mo­nika Drob­nik

Re­dak­cja: Marta Kładź-Ko­cot

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-934-1

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S | Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

I.

Mu­szę cof­nąć się do po­czątku. Do na­prawdę po­cząt­ko­wego po­czątku – cza­sów przed moim uro­dze­niem, kiedy to zmu­szony by­łem dzie­lić łono umę­czo­nej ży­ciem matki, żony al­ko­ho­lika, z bra­tem bliź­nia­kiem. Na szczę­ście nie było to jedno ło­ży­sko, bo by­li­śmy bliź­nię­tami dwu­ja­jo­wymi. Uff, że tak się wy­rażę. Przez więk­szą część ży­cia nie chcia­łem wy­glą­dać jak mój brat. Nie chcia­łem mieć w so­bie nic, co przy­po­mi­na­łoby jego, choćby kształtu pa­znok­cia na ma­łym palcu u le­wej stopy.

By­li­śmy różni pod każ­dym wzglę­dem, ale z nas dwóch to brat był tym, który bie­rze wię­cej. Już od chwili na­ro­dzin na nim sku­piała się uwaga ca­łego oto­cze­nia. Ja wy­sko­czy­łem z ciała matki zdrowy i od­cho­wany – on le­dwo prze­żył tę pro­ce­durę, otrzy­mu­jąc marne pięć punk­tów w skali Ap­gar. Ob­ja­wił się jako mały, wy­chu­dzony szczu­rek, który wy­glą­dał, jakby po­trze­bo­wał je­dy­nie bia­łej trumny i gra­ba­rza z ło­patą. Od­ra­to­wali gnojka, ale moim kosz­tem. Od tej chwili mało kto przej­mo­wał się mną i mo­imi pro­ble­mami, bo te nędzne ochłapy tro­ski i uwagi, które matka mo­gła wy­krze­sać ze swo­jego za­lęk­nio­nego serca, skie­ro­wane były na Ro­landa.

Tak, mój brat do­stał na imię Ro­land… a ja Zby­szek. Zby­szek Steb­nicki. No to już te­raz wie­cie, że je­stem bra­tem bliź­nia­kiem TEGO Ro­landa Steb­nic­kiego. I pew­nie mó­wi­cie zdu­mieni: „To on miał brata?! Brata bliź­niaka?!”. Ano miał.

Za­sko­czę was. Miał też sio­strę, Martę. Miał ro­dzi­ców, a na­wet psa i cho­mika. Ale wszy­scy oni już nie żyją. Zo­sta­łem tylko ja… o ile prze­trwam to, w co po­śmiert­nie wpa­ko­wał mnie mój brat.

Za­pewne za­wsze was dzi­wiło, dla­czego Ro­land miał na imię Ro­land, a nie na przy­kład Adam albo Grze­siek. Wiem, że wielu fa­nów mo­jego brata było prze­ko­na­nych, że to po pro­stu pseu­do­nim, który miał przy­cią­gnąć uwagę. Cho­ciaż nie… tak mó­wili tylko jego za­go­rzali prze­ciw­nicy. Zresztą te­raz to już nie ma zna­cze­nia. Idio­tyczne imię wy­ni­kało z faktu, że matka chciała nadać jego ist­nie­niu więk­szy sens, niż miało ono na­prawdę. Zo­ba­czyła stwo­rze­nie na skraju śmierci i po­my­ślała, że jak uho­no­ruje je czymś nie­zwy­kłym, to bę­dzie mniej ża­ło­sne. Spoj­rzała w ka­len­darz – była po­łowa wrze­śnia – i olśniło ją. Ro­land nie wziął się więc z ro­man­tycz­nej ry­cer­skiej opo­wie­ści, bo moja matka nie miała po­ję­cia o jej ist­nie­niu, ale z przy­padku. Po­dob­nie jak moje szare imię Zby­szek. Za­wsze gdy my­ślę o so­bie, wi­dzę sza­ro­ści. Szare imię, szary czło­wiek, szary za­wód, szare ży­cie.

Je­stem księ­go­wym. A mój brat był ogól­no­pol­skim bła­znem. Nie na­zy­wa­łem go de­tek­ty­wem, bo uwa­ża­łem, że stał się przede wszyst­kim pa­ja­cem ba­wią­cym ga­wiedź w spo­sób, który we mnie bu­dził nie­smak, a na­wet od­ruch wy­miotny.

Ten po­dział ról – na księ­go­wego i bła­zna – był lo­giczną kon­ty­nu­acją na­szej do­mo­wej sy­tu­acji. Całe ży­cie sku­piało się wo­kół pi­cia ojca i nie­do­łę­stwa matki. Ro­land bła­zno­wał, ro­bił sztuczki, po­pi­sy­wał się swo­imi licz­nymi ta­len­tami, z któ­rych pra­wie ża­den nie zna­lazł od­zwier­cie­dle­nia w wy­uczo­nym za­wo­dzie, a wszystko po to, by udo­bru­chać chle­ją­cego wódę ojca. Na przy­kład żon­glo­wał róż­nymi przed­mio­tami, re­la­cjo­nu­jąc przy tym, czego do­wie­dział się o na­szych są­sia­dach, ob­ser­wu­jąc ich ostat­nie za­cho­wa­nia. Za­wsze tra­fiał ze swo­imi wnio­skami i umiał prze­wi­dzieć, czy ja­kaś para się roz­sta­nie z po­wodu nie­wier­no­ści, czy ko­goś za­mkną za okra­da­nie piw­nic, a na­wet czy ktoś wkrótce umrze, bo jego lub jej zdro­wie nie jest wcale tak do­bre, jak by się mo­gło wy­da­wać. Ukła­dał swoje opo­wie­ści w krót­kie wier­szyki, a nie­kiedy śpie­wał, fał­szu­jąc przy tym nie­mi­ło­sier­nie.

Mu­szę przy­znać – dzięki tym za­bie­gom nasz stary uspo­ka­jał się; za­sia­dał w roz­wa­lo­nym fo­telu z bu­telką w dłoni i śmiał się z gło­śno. Wtedy nas nie bił, przez chwilę nie klął, tylko za­pa­dał się w so­bie, a gdy bra­ko­wało mu już sił na śmiech, wcho­dził w dziwny stan za­wie­sze­nia, który nie był ani snem, ani ja­ką­kol­wiek ak­tyw­no­ścią.

Kiedy oj­ciec nie sza­lał za bar­dzo, na przy­kład gdy oglą­dał wy­stępy Ro­landa, ja mo­głem za­jąć się resztą. Głów­nie cho­dziło o to, żeby w domu były ja­kieś pie­nią­dze, bo prze­cież trzeba było coś jeść. Wzią­łem więc na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za wy­dzie­ra­nie matce wszyst­kiego, co za­ro­biła albo do­stała w opiece spo­łecz­nej, a na­stęp­nie po­dzie­le­nie tego w sen­sowny spo­sób na cały mie­siąc. Były to za­da­nia nie­bez­pieczne. Stary bił mocno, a ja by­łem cią­gle za mały, żeby mu do­sta­tecz­nie od­dać – na to przy­szedł czas póź­niej. Za­nim uro­sły mi mię­śnie, na­uczy­łem się ra­chun­ków. Uwiel­biam li­czyć, pla­no­wać bu­dżet albo ro­bić bi­lans. Na­dal daje mi to po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i kon­troli, bo w dzie­ciń­stwie tylko w tym jed­nym je od­naj­do­wa­łem.

Ra­chun­ko­wość nie kła­mie, nie plą­cze się w emo­cjach. Pie­nią­dze są albo ich nie ma. Nie wie­rzę w karty kre­dy­towe, w coś, co daje ułudę po­sia­da­nia, tak jak wódka da­wała złu­dze­nie szczę­ścia mo­jemu sta­remu. Moja dziew­czyna… to zna­czy moja była wście­kała się na mnie o to po­dej­ście do ży­cia. Przy­znaję – nie ku­po­wa­łem jej ciu­chów, bo uwa­ża­łem, że nie po­trze­buje ko­lej­nej pary ko­za­ków czy pią­tego bia­łego swe­tra; nie za­bie­ra­łem do dro­gich re­stau­ra­cji, skoro to samo, a na­wet lep­sze, mo­gli­śmy zjeść w domu za dzie­się­cio­krot­nie mniej­szą kwotę; stro­ni­łem od roz­ry­wek, od tych wszyst­kich noc­nych im­prez, po któ­rych moi ko­le­dzy bali się spraw­dzać stan konta. Ewka mó­wiła, że je­stem nu­dzia­rzem, że nie umiem ko­rzy­stać z ży­cia, że za­ko­puję się w gro­bie jesz­cze przed śmier­cią. Ni­gdy nie zro­zu­miała, że w tym wła­śnie od­naj­dy­wa­łem swoje szczę­ście: kiedy wie­dzia­łem, że do­my­kam bu­dżet i wcho­dzę w nowy mie­siąc albo rok spo­kojny w kwe­stiach fi­nan­so­wych.

I ten spo­kój ode­brał mi nie kto inny, jak tylko mój ro­dzony, sa­mo­lubny brat.

Były mo­menty, gdy zda­wało mi się, że zro­bił to wszystko ce­lowo, prze­my­ślał stra­te­gię i tak po­kie­ro­wał wy­da­rze­niami, że zna­la­złem się w miej­scu, w któ­rym ni­gdy nie chcia­łem być – z dłu­gami, ko­mor­ni­kiem na karku, z dziw­nymi ludźmi i ich jesz­cze dziw­niej­szymi pro­ble­mami. Mam już za sobą naj­więk­szą falę gniewu, a na­wet nie­na­wi­ści do tego gnoja… Mu­sia­łem jed­nak te wy­ma­ga­jące wy­siłku emo­cje zo­sta­wić na lep­szą oka­zję, bo trzeba było ze­brać się w so­bie i po­sprzą­tać cały syf, jaki Ro­land po­zo­sta­wił po swo­jej śmierci.

Jego śmierć…

W za­sa­dzie wy­da­wało mi się, że sa­mym fak­tem swo­jej śmierci na­ro­bił wy­star­cza­jąco dużo za­mie­sza­nia w moim ży­ciu i że już go­rzej być nie może.

Za­pewne każdy pa­mięta, czym się zaj­mo­wał, gdy usły­szał o śmierci Ro­landa Steb­nic­kiego. Każdy wie, co po­czuł w tym mo­men­cie, ja­kie to wy­warło na nim wra­że­nie… W tej chwili wszy­scy zjed­no­czyli się w bólu, cała Pol­ska po­grą­żyła się w ko­lej­nej na­ro­do­wej ża­ło­bie po swoim bo­ha­te­rze, na­szym wła­snym, pry­wat­nym Sher­locku Hol­me­sie, który miał tę prze­wagę nad po­sta­cią z książki, że nie był po­sta­cią z książki, ale naj­praw­dziw­szym ge­niu­szem z krwi i ko­ści.

Hi­ste­ria, która opa­no­wała nasz kraj po śmierci Ro­landa, ze­pchnęła na boczne tory wszyst­kie inne sprawy. Ale o tym prze­cież nie mu­szę wam mó­wić. Nie­stety ze­pchnęła też i mnie ra­zem z moją oso­bi­stą ża­łobą i jej kon­se­kwen­cjami.

Któ­re­goś dnia, ja­kiś mie­siąc po po­grze­bie, w któ­rym nie uczest­ni­czy­łem, po­czu­łem się źle. Na tyle źle, że mu­sia­łem wyjść z pracy, zo­sta­wia­jąc nie­do­koń­czone roz­li­cze­nie. Wró­ci­łem do miesz­ka­nia, dzie­lo­nego jesz­cze wtedy z Ewką, i zro­zu­mia­łem, że już ni­gdy go nie zo­ba­czę. NI­GDY! Mo­głem nie­na­wi­dzić swo­jego brata z ca­łego serca, mógł mnie de­ner­wo­wać i mier­zić, a jed­nak był bliź­nia­kiem, z któ­rym kie­dyś dzie­li­łem jedno łono, moim je­dy­nym krew­nym. A tym­cza­sem po jego śmierci w me­diach nie po­ja­wiła się ani jedna wzmianka o mnie, o na­szych ro­dzi­cach, o Mar­cie albo cho­ciaż o na­szym upo­śle­dzo­nym umy­słowo psie. Nikt nie przy­szedł z kon­do­len­cjami, nie za­py­tał mnie, jak się czuję… Jak­bym nie ist­niał.

Ty­go­dniami nie mo­głem się po­zbie­rać, więc ucie­ka­łem w pracę. Kiedy wra­ca­łem do domu, do­bi­jało mnie glę­dze­nie Ewki, jej uty­ski­wa­nia, na­rze­ka­nie na ja­kość na­szego związku.

– Ja wiem, że umarł ci brat – ode­zwała się kie­dyś. Stała nade mną, opie­ra­jąc dło­nie na bio­drach. – Ale, do ja­snej cho­lery, mógł­byś się ogar­nąć i zro­bić coś ze sobą.

Wtedy ude­rzyła mnie myśl, że ona mo­głaby dać mi nieco wspar­cia od sie­bie, skoro jest tą moją „na­rze­czoną”, i na­wet jej to po­wie­dzia­łem, ale to było jak do­le­wa­nie oliwy do ognia. Wy­daje mi się, że tego wie­czora pa­dło o kilka słów za dużo. Wy­pro­wa­dziła się. Ale po­tem do­tarło do mnie, że i tak by to zro­biła. Szu­kała tylko pre­tek­stu, żeby uwol­nić się od naj­więk­szego nu­dzia­rza w Pol­sce.

Nie opła­ki­wa­łem Ro­landa w kla­syczny spo­sób – żeby to zro­bić, mu­siał­bym się przy­znać, że pła­czę po nim – po pro­stu źle się czu­łem. Bo­lała mnie głowa, nie mo­głem spać albo wła­śnie spa­łem ca­łymi dniami i nie po­tra­fi­łem nic zro­bić. Odej­ście Ewki nie za­nie­po­ko­iło mnie na tyle, by in­ter­we­nio­wać, ale gdy mój stan za­czął od­bi­jać się na pracy, uzna­łem, że trzeba dzia­łać. Po raz pierw­szy od szkoły pod­sta­wo­wej po­sze­dłem do le­ka­rza, zwy­kłego in­ter­ni­sty, cho­ciaż pry­wat­nego, żeby dał mi coś, co szybko po­może mi być znów ta­kim sa­mym Zbysz­kiem jak wcze­śniej. On jed­nak po kilku mi­nu­tach wy­wiadu za­py­tał bez­na­mięt­nie:

– Czy w ostat­nim cza­sie wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego w pana ży­ciu?

– Ale… w ja­kim sen­sie?

– Czy prze­żył pan coś trau­ma­tycz­nego? Ja­kiś wy­pa­dek, czy­jąś śmierć…

– Mój brat umarł. Ale nie by­li­śmy ze sobą bli­sko. – Mimo wszystko uwa­ża­łem, że to nie ma aż ta­kiego związku.

Le­karz spoj­rzał na mnie i mruk­nął coś pod no­sem.

– Jest pan w ża­ło­bie – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nym to­nem, po­chy­la­jąc się nad kartą in­for­ma­cyjną. – I w do­datku ma pan de­pre­sję. Mogę prze­pi­sać leki, ale lep­sza chyba bę­dzie te­ra­pia.

Oczy­wi­ście nie po­sze­dłem na żadną te­ra­pię. Wie­cie, ile kosz­tują se­sje te­ra­peu­tyczne? No wła­śnie. A wie­cie, ile się czeka do spe­cja­li­sty pań­stwo­wego? Bez ko­men­ta­rza.

Nie dał mi le­ków, a czu­łem się źle i zbli­żał się ostatni dzień kwiet­nia, co dla każ­dego biura ra­chun­ko­wego ozna­cza go­rący okres. Po pro­stu nie mo­głem so­bie po­zwo­lić na żadne zwol­nie­nia ani tym bar­dziej na za­męt w gło­wie – mu­sia­łem być sku­piony i su­mien­nie wy­ko­ny­wać swoje obo­wiązki. Sze­dłem więc w co­raz gor­szym na­stroju uli­cami War­szawy, uża­la­jąc się nad sobą i po­grą­ża­jąc w jesz­cze czar­niej­szych my­ślach, gdy wpa­dłem na sta­rego zna­jo­mego, któ­rego zda­wały się zsy­łać Nie­biosa… tyle że ja w żadne Niebo nie wie­rzę.

Ojca Ra­fała, do­mi­ni­ka­nina, zna­łem jesz­cze jako księ­dza Ro­mu­alda z na­szej pa­ra­fii na Pra­dze. Uczył nas re­li­gii, o ile udało się nam tra­fić na jego lek­cje. Ja uczy­łem się zna­ko­mi­cie – w prze­ci­wień­stwie do Ro­landa – ale re­li­gię omi­ja­łem sze­ro­kim łu­kiem i nie przej­mo­wa­łem się oceną z tego przed­miotu, na­wet je­śli zna­cząco ob­ni­żała moją śred­nią. Jed­nak wie­ści na te­mat Romka, jak na niego mó­wiono, do­cie­rały do mo­ich uszu za sprawą matki i są­sia­dek-de­wo­tek. Mó­wiono, że prze­żył na­wró­ce­nie i że wstą­pił do ja­kie­goś za­konu. Dla mnie te hi­sto­rie brzmiały jak to­talna bzdura, bo skoro ktoś jest już księ­dzem, to chyba nie ma się na co na­wra­cać. Ale gdy wpa­dłem na niego na rogu Mio­do­wej i Dłu­giej, mu­sia­łem przy­znać, że zro­bił na mnie zde­cy­do­wa­nie lep­sze wra­że­nie niż dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej w szkole.

Oj­ciec Ra­fał sta­nął na­prze­ciwko mnie i za­darł głowę, żeby ze zdu­mie­niem spoj­rzeć na moją twarz. W pierw­szej chwili go nie roz­po­zna­łem, ale on od razu wie­dział, kim je­stem.

– Zby­szek! – Mógł­bym przy­siąc, że się ucie­szył. – Zby­szek Steb­nicki. To na­prawdę ty! Po­zna­jesz mnie? To ja, ksiądz Ro­mek. Te­raz je­stem Ra­fa­łem, przy­ją­łem ta­kie imię po na­ło­że­niu ha­bitu.

Po­tem po­szło gładko. Zło­żył mi szczere kon­do­len­cje z po­wodu śmierci brata – czego nikt do tej pory nie zro­bił – a ja nie­opatrz­nie wy­ga­da­łem się, z ja­kim pro­ble­mem by­łem u le­ka­rza.

– Hmm… – Po­gła­dził się po bro­dzie. – Te­ra­pia? To cie­kawe, bo tak się składa, że ja je­stem te­ra­peutą.

– Od czego? – wy­pa­li­łem, par­ska­jąc zło­śli­wym śmie­chem.

– No… skoń­czy­łem stu­dia i pro­wa­dzę prak­tykę. Zresztą, stąd moje obecne imię. Ra­fał ozna­cza, że Bóg uzdra­wia, a ja mu po­ma­gam, jak mogę.

– Yyy… A to tak można?

– Można, można. – Po­ki­wał głową i zła­pał mnie za ło­kieć. – Chodź do mnie do klasz­toru, po­roz­ma­wiamy.

Oka­zało się, że oj­czu­lek miał cał­kiem le­galny ga­bi­net, w któ­rym przyj­mo­wał pa­cjen­tów i w do­datku brał za to pie­nią­dze.

– Dużo ksiądz bie­rze? – za­py­ta­łem, kiedy po­sa­dził mnie na zgrab­nym fo­telu w skrom­nie urzą­dzo­nym po­miesz­cze­niu.

– Dużo – przy­znał, na­le­wa­jąc wodę do czaj­nika. – Te­ra­peuci to zdziercy.

– A co na to wa­sza wiara?

Ro­ze­śmiał się ci­cho.

– Mam paru pa­cjen­tów, od któ­rych nie biorę pie­nię­dzy, bo ich nie stać, a po­trze­bują pil­nie wspar­cia. Jak ro­zu­miem, ty też masz ten pro­blem.

Po­ru­szy­łem się nie­spo­koj­nie na miej­scu, roz­wa­ża­jąc, co po­wi­nie­nem od­po­wie­dzieć. Nie lu­bi­łem kła­mać, ale mó­wić, że je­stem sknerą, też nie chcia­łem.

– Ja… ekhm… je­stem księ­go­wym i…

– Księ­go­wym?! – Ra­fał aż pod­sko­czył z wra­że­nia. – To wspa­niale! A roz­li­czył­byś mi PIT za tam­ten rok? Mam taki ba­ła­gan w pa­pie­rach, że to aż grzech. W ze­szłym roku wszystko zro­bi­łem źle i przeor gro­ził kon­se­kwen­cjami, je­śli się to po­wtó­rzy.

– Mogę roz­li­czyć. – Wzru­szy­łem lekko ra­mio­nami. – Je­śli ksiądz ze mnie za dużo nie ze­drze.

Za­kon­nik mach­nął ręką.

– Nic od cie­bie nie we­zmę, tylko, na Boga, ura­tuj moją grzeszną skórę od ko­lej­nej „roz­mówki” z prze­orem. No, ale po­wiedz mi o tym twoim pro­ble­mie. Mó­wisz, że le­karz stwier­dził, że je­steś w ża­ło­bie, tak?

– No tak… – przy­zna­łem nie­chęt­nie, od­bie­ra­jąc od ojca Ra­fała ku­bek z kawą. – Ale ja nie wiem, czy fak­tycz­nie o to cho­dzi.

– Więc po­wiedz, jaki jest twój punkt wi­dze­nia?

Do­prawdy rzadko się zda­rzało, żeby ktoś py­tał o MÓJ punkt wi­dze­nia, więc przez do­bre dwie mi­nuty nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć.

Oj­ciec Ra­fał nie iry­to­wał się moim mil­cze­niem. Jego po­stawa mó­wiła, że mnie cał­ko­wi­cie ro­zu­mie i wpiera. Czu­łem się nie­swojo, zwłasz­cza że pa­mię­ta­łem tego czło­wieka w zu­peł­nie in­nej od­sło­nie, ale po chwili moje ciało roz­luź­niło się i nie­po­kój ule­ciał ze mnie ni­czym po­wie­trze z ba­lona.

– Ja… no cóż. Czuję gniew.

Ci­sza.

– Je­stem wście­kły na tego ma­łego gnojka. Mó­wię „ma­łego”, bo za­wsze go trak­to­wa­łem jak młod­szego bra­ciszka, po któ­rym trzeba sprzą­tać i który wy­maga opieki. No i on umarł.

Tym ra­zem ci­sza miała moc po­ra­ża­nia.

– Czuję się… mam wra­że­nie… od­no­szę ta­kie głu­pie wra­że­nie, że nie mam już po co żyć, skoro on nie żyje. A to prze­cież bez sensu! – Zde­ner­wo­wa­łem się sam na sie­bie. – Jak można tak my­śleć o kimś, z kim nie wi­dzia­łem się od kilku lat, z kim nic mnie już nie łą­czyło? To w ogóle nie ma sensu. Dla­czego moja psy­chika mia­łaby tak za­re­ago­wać?

– Bo jest cał­kiem zdrowa – stwier­dził spo­koj­nie za­kon­nik. – Tylko bar­dzo smutna.

– Ale to mi­nie?

– Ja ci nie dam ta­kiej gwa­ran­cji.

Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, nie ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wa­łem od te­ra­peuty. Więc gniew prze­nio­słem na niego.

– Hmm… Wie ksiądz co? W su­mie do­brze, że się wi­dzimy. Ksiądz wie, że je­stem nie­wie­rzący? Przez księ­dza.

Oj­ciec Ra­fał uśmiech­nął się smutno i po­ki­wał głową.

– Nie ty pierw­szy mi to mó­wisz.

– I co? I można z tym ot tak so­bie żyć?

– Ła­two nie jest. Ale mów da­lej. Chcę wie­dzieć wszystko.

– Co niby? – Skrzy­wi­łem się. – Mam mó­wić o tym, jak ksiądz ka­zał nam ko­chać ro­dzi­ców i ich czcić, na­wet je­śli to skoń­czeni idioci? W mó­zgu się mi po­prze­sta­wiało od tego… ga­da­nia. Albo mó­wił o sza­cunku do star­szych, a zwłasz­cza do du­chow­nych, bez więk­szego po­wodu, tylko dla­tego, że no­szą ha­bit. Za co mia­łem księ­dza sza­no­wać? Za łaj­da­cze­nie się i chla­nie wódy po knaj­pach z ko­le­gami na­uczy­cie­lami? A może za ro­mans z pa­nią Jolą od mu­zyki?

– Mamy z Jolą syna.

– Co?!

– Jola dwa­dzie­ścia je­den lat temu uro­dziła mi syna, Do­mi­nika.

Za­tkało mnie na mo­ment.

– I co z nim?

– Wszystko do­brze. – Oj­ciec Ra­fał wzru­szył lekko ra­mio­nami. – Jak się uro­dził, po­je­cha­łem do szpi­tala i Jola wy­znała, że miała sen, żeby go na­zwać Do­mi­nik. We mnie coś wtedy się zmie­niło. My­śla­łem na­wet o rzu­ce­niu ka­płań­stwa, ale… Zbyszku, po­wiem ci, że na­tury czło­wieka nie oszu­kasz i lo­ko­mo­tywa po as­fal­cie nie po­je­dzie. Nie za­znamy szczę­ścia tam, gdzie nie na­sze miej­sce. Na­roz­ra­bia­łem, spro­wa­dzi­łem na świat nowe ży­cie i za­częło do mnie do­cie­rać, że coś mu­szę zro­bić ze swoim wła­snym. Coś, co sprawi, że mój syn nie bę­dzie się mnie wsty­dził.

– I dla­tego zo­stał ksiądz za­kon­ni­kiem?

– To był długi pro­ces, okropna walka ze sobą. Ale ten Do­mi­nik nie da­wał mi spo­koju i po­my­śla­łem, że coś jest na rze­czy. – Uśmiech­nął się z roz­rzew­nie­niem i spoj­rzał przez okno.

– No ale co z nim? Zo­sta­wił go ksiądz? Tego Do­mi­nika.

– Nie! Skądże! Przeor po­wie­dział, że mu­szę sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia i za­pew­nić mu byt. Stąd ten po­mysł z te­ra­peutą. Część kasy od­daję do klasz­toru, a resztę Do­mi­ni­kowi.

Opa­dłem zre­zy­gno­wany na opar­cie fo­tela i za­sę­pi­łem się.

– Faj­nie… – wy­mam­ro­ta­łem.

– Co mó­wisz?

– Nic. Faj­nie mieć od­po­wie­dzial­nego ojca.

– Za­pew­niam cię, że nie jest ła­two być sy­nem księ­dza. To jak piętno dla dziecka, na­wet je­śli się sta­rasz mu to ja­koś wy­na­gro­dzić.

– A ja za­pew­niam księ­dza, że więk­szym pięt­nem jest być sy­nem al­ko­ho­lika, ta­kiego jak mój stary.

I chyba na tym skoń­czy­li­śmy wtedy na­szą roz­mowę. Oj­ciec Ra­fał dał mi swoje pa­piery – to­talny ra­chun­kowy bur­del. Wró­ci­łem do domu i po­czu­łem, że może jed­nak ja­koś to wszystko zniosę.

Za­po­mnia­łem tylko o jed­nym ma­łym szcze­góle, który był o wiele gor­szy niż naj­gor­sza de­pre­sja. I była to moja wina…

II.

Naj­pierw przy­szło pi­smo z ZUS-u. W pierw­szej chwili w ogóle nie zro­zu­mia­łem, o co cho­dzi. Otwo­rzy­łem ko­pertę już na po­czcie i ga­pi­łem się w kartkę z otwartą gębą.

Pi­smo sta­no­wiło, że mam za­pła­cić za­le­głe składki z od­set­kami, które… odzie­dzi­czy­łem po swoim bra­cie. Kwota opie­wała na dzie­więt­na­ście ty­sięcy zło­tych!

Od razu ru­szy­łem w stronę od­działu ZUS przy Wro­cław­skiej, bo nie mia­łem da­leko, rap­tem kil­ka­set me­trów. Zna­łem tam kilka pra­cow­nic, więc po­sta­no­wi­łem wci­snąć się w ko­lejkę bez po­bie­ra­nia nu­merka, po­mimo bar­dzo gę­stego tłumu ocze­ku­ją­cych.

Mu­sia­łem to prze­cież wy­ja­śnić. To nie mo­gła być prawda!

A jed­nak była…

Wró­ci­łem do domu ni­czym zbity pies. Sie­dzia­łem bar­dzo długo na ka­na­pie, wciąż z kurtką na grzbie­cie, trzy­ma­jąc ko­pertę z pi­smem w za­ci­śnię­tej dłoni.

– Fi­gu­ru­jesz jako je­dyny spad­ko­bierca – wy­ja­śniła mi Ba­sia, z którą za­ła­twia­łem nie­jedną sprawę dla mo­jego biura. Wi­dzia­łem w jej oczach współ­czu­cie, które wcale mi się nie po­do­bało. – Urząd od razu cię ści­gnął, jak tylko mi­nęło pół roku… No, wiesz…

Wtedy zro­zu­mia­łem. Za­wa­li­łem sprawę od­rzu­ce­nia spadku, bo nie mia­łem po­ję­cia, że je­stem… by­łem je­dy­nym krew­nym Ro­landa. Ostatni z rodu. W ogóle o tym nie po­my­śla­łem, jakby spy­chana do pod­świa­do­mo­ści ża­łoba od­jęła mi ro­zum, który za­zwy­czaj funk­cjo­no­wał pra­wi­dłowo w kwe­stiach fi­nan­so­wych. A urzędy my­ślą od razu, kiedy idzie o kasę.

Wiem, co wam cho­dzi po gło­wie: prawo cię chroni w ta­kiej sy­tu­acji, dzie­dzi­czysz z do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza i tak da­lej… Nie­stety, prze­pisy chro­niące spad­ko­bier­ców we­szły w ży­cie do­kład­nie rok po śmierci mo­jego brata. Kil­ka­na­ście mie­sięcy za­de­cy­do­wało o tym, że mu­sia­łem bu­lić za wszystko.

Oczy­wi­ście po­my­śla­łem o przy­wró­ce­niu ter­minu, bo mo­głem się tłu­ma­czyć tym, że nie wie­dzia­łem o śmierci brata – nie by­łem na­wet na jego po­grze­bie – ale nikt by tego nie ku­pił. Każdy wie­dział, że zgi­nął. Każdy wie­dział, kiedy i w ja­kich oko­licz­no­ściach się to stało. Mo­ment, kiedy spadł z wy­so­kiego fun­da­mentu i roz­trza­skał so­bie głowę, za­re­je­stro­wało wiele ka­mer, a na­gra­nie zo­stało po­tem obej­rzane i prze­ana­li­zo­wane wie­lo­krot­nie w me­diach głów­nego nurtu i spo­łecz­no­ścio­wych. Mu­siał­bym żyć w ja­skini bez kon­taktu z ludźmi i no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią, żeby o tym nie usły­szeć.

Baśka za­su­ge­ro­wała wy­sto­so­wa­nie pi­sma o roz­ło­że­nie za­dłu­że­nia na raty, co ja sam za­pro­po­no­wał­bym swo­jemu klien­towi w po­dob­nej sy­tu­acji, ale ta myśl wy­wo­łała we mnie silny bunt. Dla­czego mam pła­cić za nie swoje zo­bo­wią­za­nia? Ja ni­gdy się nie spóź­ni­łem z żadną opłatą.

– Bar­dzo mi przy­kro – po­wie­działa Ba­sia, kła­dąc dłoń na moim ra­mie­niu. – Je­śli zde­cy­du­jesz się wnio­sko­wać do na­czel­nika, daj mi znać. Po­mogę ci ze wszyst­kim, tylko pa­mię­taj, że nie masz dużo czasu.

Nie po­trze­bo­wa­łem po­mocy. Sam umia­łem na­pi­sać ta­kie pi­smo i to z za­mknię­tymi oczami. Za­nim jed­nak się na co­kol­wiek zde­cy­do­wa­łem, przy­szło pi­smo z ZGN-u.

Ro­land miał za­dłu­że­nie w czyn­szu i to po­dwój­nie, bo wy­naj­mo­wał na Woli dwa miesz­ka­nia – jedno dla sie­bie, a dru­gie jako sie­dzibę dla swo­jego biura de­tek­ty­wi­stycz­nego. Oka­zało się, że nie pła­cił za nie od kilku mie­sięcy, a i wcze­śniej miał pro­blemy z ter­mi­no­wo­ścią.

Jak to moż­liwe, że te wszyst­kie in­sty­tu­cje tak szybko do mnie do­tarły? – ze­zło­ści­łem się. Zro­zu­mia­łem też, że to pew­nie nie ko­niec i kiedy przy­szło pi­smo z Urzędu Skar­bo­wego, na­wet nie by­łem zdzi­wiony, tylko co­raz bar­dziej roz­draż­niony.

Wtedy też za­czą­łem się in­te­re­so­wać tym, w jaki spo­sób Ro­land wpa­ko­wał się w ta­kie długi. Prze­cież był gwiazdą, wy­stę­po­wał na­wet w te­le­wi­zji, mu­sieli mu pła­cić, a on chyba nie był aż tak głupi, by trwo­nić każdy grosz na głu­poty. Cóż… Wie­dzia­łem z do­świad­cze­nia, że jed­nak był, ale do­piero wi­zyta w urzę­dzie skar­bo­wym na­świe­tliła mi jego sy­tu­ację nieco le­piej.

Przy oka­zji mu­szę nad­mie­nić, że w tam­tym cza­sie sta­ra­łem się o za­trud­nie­nie w tej in­sty­tu­cji. Na­prawdę! I cała iro­nia tej sy­tu­acji po­le­gała na tym, że ma­rzy­łem o by­ciu kimś, kto przy­cze­pił się kie­dyś do mo­jego brata za to, że nie od­pro­wa­dza po­dat­ków za za­ro­bione pie­nią­dze. Tak, to skar­bówka za­in­te­re­so­wała się jego osobą, kiedy co­raz czę­ściej po­ja­wiał się w me­diach. Spraw­dzili jego sta­tus i oka­zało się, że nie jest ni­g­dzie za­trud­niony, nie ma z ni­kim pod­pi­sa­nej umowy i ni­gdy nie zgło­sił żad­nej zło­tówki, którą za­ro­bił. Urząd po­szedł mu na rękę, mó­wiąc, że od­pusz­czą mu mi­nione za­le­gło­ści, je­śli szybko za­re­je­struje dzia­łal­ność i za­cznie nor­mal­nie się roz­li­czać. Zro­bił to, co w su­mie mnie zdzi­wiło, bo on ni­gdy nie umiał za­ła­twić żad­nej sprawy urzę­do­wej, a na­wet pójść z awizo na pocztę. Jed­nak za­ło­że­nie JDG wią­zało się z kon­se­kwen­cjami, jak cho­ciażby ko­niecz­no­ścią pła­ce­nia skła­dek ZUS, czego oczy­wi­ście nie ro­bił. Wy­sta­wiał ja­kieś fak­tury, ale ni­gdy nie od­pro­wa­dził z nich po­datku. Nie roz­li­czył na­wet ostat­niego PIT-u.

W kon­se­kwen­cji złych de­cy­zji Ro­landa ja sie­dzia­łem w ga­bi­ne­cie na­czel­nika urzędu skar­bo­wego przy ulicy Po­wstań­ców Ślą­skich w War­sza­wie i słu­cha­łem, że nie mam szans na za­trud­nie­nie w tej in­sty­tu­cji. Na­czel­nik nie po­wie­dział tego wprost, mó­wił je­dy­nie coś o kon­flik­cie in­te­re­sów i ta­kie tam bzdury. Nie­wiele z tego do mnie do­cie­rało, bo by­łem tak wście­kły, że mój mózg za­czął się go­to­wać, a w uszach sły­sza­łem szumy i pi­ski.

Tych kilka dni zruj­no­wało mi ży­cie, a to wciąż nie było naj­gor­szym, co miało mnie spo­tkać. Wsta­wa­łem co rano, wy­ko­ny­wa­łem różne czyn­no­ści, nie do końca bę­dąc ich świa­do­mym, sze­dłem do pracy i wra­ca­łem z niej, czu­jąc, że nic nie ma sensu, a ja sam po­woli prze­staję ist­nieć, ni­czym zni­ka­jący ho­lo­gram.

Trzy­dzie­stego kwiet­nia, w czwar­tek, po­sze­dłem jak za­wsze do pracy, ale kiedy zbli­ży­łem kartę do drzwi wej­ścio­wych biura, nie za­dzia­łała. Za­pu­ka­łem. Przez dłuż­szą chwilę nikt nie otwie­rał, cho­ciaż sły­sza­łem wy­raź­nie, że kilka osób już jest na miej­scu. Spoj­rza­łem w górę. Nad drzwiami mie­li­śmy za­in­sta­lo­waną ka­merę, więc zro­zu­mia­łem, że ce­lowo nie zo­sta­łem wpusz­czony. Serce po­de­szło mi do gar­dła, ale ja­koś opa­no­wa­łem nerwy i wy­ją­łem te­le­fon, żeby za­dzwo­nić do Wieśka, na­szego kie­row­nika.

– Zejdź na dół – po­wie­dział szorstko. – Za­raz do cie­bie przyjdę.

Wie­dzia­łem, w czym rzecz, ale wciąż nie do­pusz­cza­łem do sie­bie tej my­śli.

– Mu­simy się po­że­gnać. – Małe, świ­dru­jące oczka nie pa­trzyły mi pro­sto w twarz. Na­lana twarz szefa zro­biła się jesz­cze bar­dziej czer­wona niż zwy­kle, a na czole po­ja­wiły się kro­ple potu. – Wy­ślemy ci pa­piery do pod­pisu pocztą…

– Mo­żesz to ja­koś uza­sad­nić? Mu­sisz w za­sa­dzie.

– Yyy… tak… ekhm… – chrząk­nął, ale na szczę­ście za­sło­nił dło­nią usta. – Już od dawna się nad tym za­sta­na­wia­li­śmy. Kie­dyś by­łeś pra­cow­ni­kiem ide­al­nym, ale od ja­kie­goś czasu… No, po pro­stu… zje­ba­łeś kilka spraw i od dzi­siaj nie pra­cu­jesz.

– Zwal­niasz mnie te­raz? Kiedy jest naj­wię­cej pracy? – W su­mie nie wiem, czemu za­da­łem to py­ta­nie. Wcale nie mia­łem ochoty pra­co­wać na wy­po­wie­dze­niu w długi ma­jowy week­end.

– Słu­chaj, na­ra­zi­łeś nas na straty. Nie wy­sta­wi­łeś dwóch fak­tur swo­jej klientce, a te­raz Zo­sia od­kryła, że źle roz­li­czy­łeś po­datki dwóm fir­mom. Do­brze, że się zo­rien­to­wała, ina­czej mie­li­by­śmy prze­srane.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Za­ci­sną­łem tylko usta, czu­jąc, jak szybko ucho­dzi ze mnie po­wie­trze.

– Pod­pisz pa­pier za po­ro­zu­mie­niem stron, to nie bę­dziemy ro­bić ci pro­ble­mów.

– Nie! – usły­sza­łem wła­sny głos. – Za­pier­da­la­łem u was pra­wie de­kadę, na­leży mi się trzy­mie­sięczne wy­po­wie­dze­nie.

– Ale…

– Nie wro­bisz mnie w to! – Wy­mie­rzy­łem w jego stronę pa­lec wska­zu­jący, na który spoj­rzał zdzi­wiony. – Ni­czego nie pod­pi­szę. Te­raz wrócę do domu, więc mo­żemy uznać, że to urlop na żą­da­nie. W końcu ni­gdy żad­nego nie bra­łem… A ty się za­sta­no­wisz z sze­fami, czy opłaca ci się iść ze mną do sądu pracy.

Te­raz usta Wieśka za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. Od­dy­chał gło­śno przez nos, ni­czym dzik szy­ku­jący się do ataku. Po chwili jed­nak ski­nął głową.

– Do­bra. Po­ga­dam z nimi, zo­ba­czę, co po­wie­dzą. To i tak nie moja de­cy­zja…

To aku­rat nie była prawda.

– A te­raz od­daj kartę. – Wy­cią­gnął otwartą dłoń.

– Po co, skoro ją dez­ak­ty­wo­wa­łeś? – od­par­łem, po czym wrzu­ci­łem kartę do sto­ją­cego obok drzwi ko­sza na śmieci.

III.

Co się robi, kiedy traci się ro­botę w ta­kich oko­licz­no­ściach? Idzie się do domu albo do knajpy, żeby za­lać smutki wódą? Spo­tyka się z kum­plami? A może szuka się po­cie­chy w ra­mio­nach ko­le­żanki? Oczy­wi­ście nie mia­łem za­miaru zro­bić żad­nej z po­wyż­szych rze­czy; my­śla­łem ra­czej o na­pi­sa­niu pism do wszyst­kich in­sty­tu­cji i urzę­dów, które do­ma­gały się ode mnie pie­nię­dzy, cho­ciaż wciąż nie wie­dzia­łem, co po­wi­nie­nem w nich za­wrzeć. Nie było mi to jed­nak dane, po­nie­waż przed wej­ściem do klatki spo­tka­łem li­sto­no­sza.

– O, jest pan – stwier­dził, zdzi­wiony moim wi­do­kiem. – Wła­śnie mia­łem pi­sać awizo. Z sądu przy­szło… – Spoj­rzał mi pro­sto w oczy, a po­tem pod­su­nął mały ta­blet do zło­że­nia pod­pisu. – Od ko­mor­nika – do­dał, jakby nie do końca do­wie­rzał swoim sło­wom.

Za­bra­łem ko­pertę i bez słowa po­sze­dłem do domu.

Jesz­cze wtedy tego nie wie­dzia­łem, ale była to ta wła­śnie kro­pla, która nie tylko prze­lała czarę go­ry­czy, ale za­po­cząt­ko­wała w moim ży­ciu zmianę, któ­rej ni­gdy bym się nie spo­dzie­wał.

Nie­na­wi­dzi­łem ko­mor­ni­ków są­do­wych. Je­śli był­bym kie­dy­kol­wiek go­tów ko­goś za­bić i po­nieść za to kon­se­kwen­cje bez więk­szego po­czu­cia winy, ofiarą byłby ko­mor­nik – ewen­tu­al­nie jesz­cze sprze­dawca „chwi­ló­wek”. Przez nasz dom prze­wi­nęło się ich kilku i za­wsze ruj­no­wali nam ży­cie, nie ba­cząc na to, że krzyw­dzą dzieci, które ro­bią, co mogą, żeby utrzy­mać w ry­zach cyrk na kół­kach zwany ro­dziną. Nie mie­li­śmy wielu rze­czy na wła­sność, a więk­szość z nich i tak zo­stała nam ode­brana na li­cy­ta­cje ko­mor­ni­cze, na­wet ku­chenka ga­zowa, na któ­rej go­to­wa­li­śmy so­bie z sio­strą ma­ka­ron. We­szli ja­cyś lu­dzie, wy­wa­lili gar­nek do zlewu i wy­nie­śli ku­chenkę, po­zo­sta­wia­jąc pu­ste miej­sce, pełne pa­ję­czyn.

Pi­smo z sądu, zda­wało się, zła­mało mnie do końca. Po­cząt­kowo na­wet nie spraw­dza­łem, czego do­ty­czy, po pro­stu rzu­ci­łem ko­pertę na stół i znów usia­dłem na ka­na­pie. Nie wiem na­wet, jak długo sie­dzia­łem nie­ru­chomo, ga­piąc się w ekran wy­łą­czo­nego te­le­wi­zora, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Ode­bra­łem, ale nie mia­łem siły po­wie­dzieć ani słowa.

– Zby­szek? – ode­zwał się za­nie­po­ko­jony głos ojca Ra­fała. – Je­steś tam?

– Tak, je­stem – wy­mam­ro­ta­łem.

– Co się stało?

– Co? A… nie, nic… ja tylko… ciężki dzień mia­łem.

– Aha… To może nie będę prze­szka­dzał. Za­dzwo­nię póź­niej.

– Nie, mo­żemy roz­ma­wiać.

– No tak… – chrząk­nął ci­cho. – Chcia­łem za­py­tać o to roz­li­cze­nie roczne.

– Skoń­czy­łem i zo­sta­wi­łem pa­pier w urzę­dzie dwa dni temu. Za­ła­twia­łem coś i przy oka­zji… – urwa­łem, czu­jąc, że ucho­dzi ze mnie ży­cie.

– Je­stem ci do­zgon­nie wdzięczny.

– Nie ma za co – od­par­łem ma­chi­nal­nie. – Ale bę­dzie ksiądz mu­siał zro­bić ko­rektę za po­przedni rok.

– Słu­cham?

– Po­da­tek był źle wy­li­czony. Trzeba bę­dzie do­pła­cić.

– O, Boże! – zmar­twił się oj­czu­lek.

– To nic strasz­nego – uspo­ko­iłem go. – Kwota nie jest duża. Wy­star­czy jedno pi­smo i wy­ja­śnie­nie. Le­piej wy­słać to sa­memu, za­nim skar­bówka się zo­rien­tuje.

– Tak, tak! Masz ra­cję. Ojej! – Oj­ciec Ra­fał sap­nął. – No, do­brze. Nie będę cię wię­cej nie­po­koił. Pew­nie masz te­raz mnó­stwo pracy.

– Nie za bar­dzo – wy­rwało mi się.

– Nie?

– Nie – za­śmia­łem się ner­wowo. – Mam pierw­szy wolny week­end ma­jowy od… Nie wiem od kiedy, bo za­wsze pra­co­wa­łem w tym cza­sie.

– Aha… No to może… może wpad­nij do mnie. Przy­nieś te pa­piery i wy­ja­śnij mi, co trzeba zro­bić.

Z nie­zro­zu­mia­łego dla sie­bie po­wodu zgo­dzi­łem się.

IV.

Oj­ciec Ra­fał po­ru­szył się nie­spo­koj­nie w swoim fo­telu, po­krę­cił głową i od­wró­cił na chwilę wzrok.

– No to nie­cie­ka­wie… – stwier­dził ci­cho, ba­wiąc się koń­cówką pa­ska. – Nie­spra­wie­dli­wie.

By­łem za­sko­czony jego re­ak­cją na moją opo­wieść. Po­cząt­kowo wcale nie mia­łem za­miaru zwie­rzać się z cze­go­kol­wiek, ale osta­tecz­nie opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim, co spo­tkało mnie przez ostat­nie kilka dni. Nie spo­dzie­wa­łem się, że na­zwie to nie­spra­wie­dli­wo­ścią, ocze­ki­wa­łem ra­czej ja­kie­goś psy­cho­lo­gicz­nego beł­kotu i py­tań o to, co w związku z tą sy­tu­acją czuję. Przy­znaję, że by­łem na­wet go­towy na kłót­nię.

– Ale czemu od razu cię zwol­nili? – Znów na mnie spoj­rzał. – Kto tak robi i to po tylu la­tach bez­a­wa­ryj­nej pracy?

– Nie wiem… – Wzru­szy­łem lekko ra­mio­nami. – To zna­czy… mnie to nie zdzi­wiło tak bar­dzo.

– Jak to?

– Nie je­stem zbyt lu­biany. Sam ksiądz wie, że po­tra­fię być nie­przy­jemny.

– A, tam! – żach­nął się. – Lu­bić albo nie lu­bić mogą się ko­le­żanki ze szkoły, ale tu mó­wimy o re­la­cjach za­wo­do­wych. Prze­cież chyba wie­dzieli, że prze­cho­dzisz trudne chwile i że po­trze­bu­jesz czasu, żeby dojść do sie­bie.

Za­ci­sną­łem usta, za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łem się na pełną szcze­rość.

– Nikt nie wie­dział, że mam… że zmarł mi brat. Nie mam w zwy­czaju opo­wia­dać ko­mu­kol­wiek o swoim ży­ciu. To po pierw­sze. Po dru­gie, śro­do­wi­sko księ­go­wych zdo­mi­no­wane jest przez ko­biety, które za­cho­wują się wła­śnie jak ko­le­żanki ze szkoły. Czę­sto kwe­stie oso­bi­ste prze­wa­żają nad tymi pro­fe­sjo­nal­nymi.

– Ro­zu­miem – od­parł, a w jego oczach do­strze­głem jesz­cze więk­szą tro­skę, która mocno mnie zi­ry­to­wała.

– Nie lu­bię lu­dzi – wy­zna­łem. – Lu­dzie mnie roz­cza­ro­wali i ro­bią to cały czas.

– Dla­tego zo­sta­łeś księ­go­wym? Liczby i prze­pisy cię nie za­wio­dły?

– My­ślę, że tak. Tak! To może być główny po­wód. One po­mo­gły mi po­czuć, że od­zy­ska­łem kon­trolę nad wła­snym ży­ciem. No, a te­raz… – za­mil­kłem. Czu­łem, jak w moim gar­dle ro­śnie wielka gula, która unie­moż­li­wia mi mó­wie­nie i od­dy­cha­nie.

– Spo­koj­nie. – Oj­ciec Ra­fał uniósł dłoń. – Nie stra­ci­łeś kon­troli i jej nie stra­cisz. Po pro­stu mu­sisz uło­żyć swoje ży­cie na nowo.

Nie mia­łem siły się ode­zwać. Zresztą nie wie­dzia­łem na­wet, co mógł­bym w tam­tej chwili po­wie­dzieć. Przez kilka chwil pró­bo­wa­łem od­zy­skać pa­no­wa­nie nad wła­snym od­de­chem.

– To, co się wy­da­rzyło, jest je­dy­nie wy­bo­jem na dro­dze – stwier­dził oj­ciec Ra­fał. – No, może więk­szym za­krę­tem, który prze­raża, ale za nim znów bę­dzie pro­sta i pewna droga.

Ły­ka­łem, co do mnie mó­wił, cho­ciaż nor­mal­nie nie zgo­dził­bym się z ta­kim ro­zu­mo­wa­niem.

– Nie po­wiem, że wszystko się ułoży – cią­gnął. – Po­wiem, że ty to po­ukła­dasz we wła­ściwy spo­sób.

– Jak niby?! – usły­sza­łem wła­sny głos, pe­łen go­ry­czy i gniewu.

– Po swo­jemu. Tak jak ro­bi­łeś to wcze­śniej, kiedy było źle. Je­śli miał­bym ci coś do­ra­dzić, to tylko tyle, że po­wi­nie­neś wy­ko­rzy­stać to, co w to­bie naj­moc­niej­sze.

– Czyli?

– Co te­raz czu­jesz?

A więc jed­nak pa­dło to cho­lerne py­ta­nie!

– Wście­kłość.

– Świet­nie! – ucie­szył się, a ja zdzi­wi­łem. – Wście­kłość daje dużo siły. Na co naj­bar­dziej się wście­kasz?

– Na ko­mor­nika – od­par­łem bez na­my­słu.

– Więc do­łóż tro­chę ro­zumu i sprytu, a bę­dziesz wie­dział, co masz da­lej zro­bić.

– Ale ja mam ochotę go znisz­czyć. Ko­mor­nika zna­czy się… no, tego, co do mnie na­pi­sał.

– To go zniszcz! Byle bez szkody dla sie­bie.

Znów nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Ski­ną­łem tylko głową.

Było pierw­szo­ma­jowe przed­po­łu­dnie, kiedy opu­ści­łem ga­bi­net Ra­fała. Na ulicy zde­rzy­łem się z grupką mło­dych ko­mu­ni­stów z fla­gami w dło­niach. Śpie­szyli się na po­chód.

De­bile! – prze­szło mi przez myśl.

Ru­szy­łem wolno w stronę domu, mi­ja­jąc ko­lejne przy­stanki tram­wa­jowe i au­to­bu­sowe. Nie wsia­dłem do żad­nego środka trans­portu, mimo że mia­łem kilka razy oka­zję, ale gdy do­tar­łem do skrzy­żo­wa­nia So­li­dar­no­ści z Mły­nar­ską, roz­bo­lały mnie nogi. Przy­sia­dłem pod wiatą przy­stan­kową na kle­ją­cej się od piwa i in­nych na­po­jów ławce i po­pa­dłem w za­dumę.

W tym mo­men­cie nie czu­łem wście­kło­ści, za to do­pa­dło mnie po­czu­cie bez­sensu ca­łego mo­jego ist­nie­nia.

Po co się sta­rać, skoro jedno ta­kie wy­da­rze­nie mo­gło znisz­czyć każdy wy­si­łek, jaki wło­ży­łem w od­bu­dowę ży­cia zruj­no­wa­nego przez do­ro­słych, któ­rzy byli kie­dyś za nas od­po­wie­dzialni? Po co w ogóle pró­bo­wać wy­do­by­wać się z ba­gna, skoro ono i tak prę­dzej czy póź­niej znów wy­cią­gnie po mnie swoje łapy?

By­łem zmę­czony. Mia­łem trzy­dzie­ści sześć lat i by­łem wy­koń­czony wła­sną eg­zy­sten­cją. Zro­zu­mia­łem, że aż do tam­tej chwili ży­łem w na­pię­ciu, ale i w na­dziei, że to się nie wy­da­rzy, że nie przyj­dzie ktoś, kto za­bie­rze mi spo­kój, po­czu­cie kon­troli, a przede wszyst­kim pie­nią­dze. Oj­ciec cią­gle mi je kradł, a po­tem Ro­land na ży­cze­nie ojca… Stary mu­siał się na­pić, więc gdy zo­rien­to­wał się, że je­den z jego sy­nów cza­sem coś po szkole za­robi, ze wszyst­kich sił sta­rał się każdy za­ro­biony grosz mu ode­brać. Tak, był zło­dzie­jem. Zwy­kłym pier­do­lo­nym zło­dzie­jem! A dzień jego śmierci był jed­nym z lep­szych w moim ży­ciu.

Sie­dzia­łem na tym przy­stanku dość długo, aż za­częło bur­czeć mi w brzu­chu; dla­tego gdy pod­je­chał ko­lejny au­to­bus, wsia­dłem do niego i wró­ci­łem do domu. Zro­bi­łem so­bie kilka ka­na­pek i usia­dłem przy stole. Przed sobą roz­ło­ży­łem wszyst­kie pi­sma, ja­kie ostat­nio do mnie przy­szły, i przy­glą­da­łem się im, prze­żu­wa­jąc chleb. Za­nim skoń­czy­łem jeść, w gło­wie mia­łem za­ry­so­wany plan dzia­ła­nia.

V.

Wie­czo­rem za­dzwo­nił Wie­siek. Sły­sza­łem do­cho­dzące z od­dali od­głosy roz­mów, więc do­my­śli­łem się, że cią­gle był w biu­rze.

– Nie pod­pi­szesz za po­ro­zu­mie­niem stron? – Trudno było po­wie­dzieć, czy py­tał, czy ra­czej stwier­dzał.

– Jesz­cze nie zwa­rio­wa­łem – od­par­łem, ba­wiąc się pi­lo­tem od te­le­wi­zora. Sie­dzia­łem roz­wa­lony na ka­na­pie z pi­wem w ręku i oglą­da­łem ja­kiś głupi se­rial, czyli ro­bi­łem do­kład­nie to, co nie le­żało w mo­jej na­tu­rze.

– No, do­bra – stęk­nął. – Przy­ślemy ci wy­po­wie­dze­nie, ale nie mu­sisz przy­cho­dzić do pracy. Wiesz, co to ozna­cza?

– Mhm, do­my­ślam się. Mi­ni­malna kra­jowa bez do­dat­ków.

– Wła­śnie… – Jego głos nie brzmiał zbyt pew­nie. – No, OK… To… na ra­zie.

– A, cze­kaj! – Przy­po­mniało mi się.

– Tak?

– Chcia­łem cię o coś za­py­tać, ale pry­wat­nie.

– No?

– Opo­wia­da­łeś kie­dyś o no­ta­riuszce, z którą za­ła­twia­łeś po­świad­cze­nie dzie­dzi­cze­nia po śmierci matki.

– Yyy… No, tak… To moja ku­zynka, We­ro­nika. A co?

– Dasz mi do niej na­miar? Mó­wi­łeś, że to so­lidna firma.

Mo­głem nie lu­bić Wie­sława, ale ża­den stary wyga księ­gowy nie na­jąłby byle ja­kiego praw­nika. Poza tym wy­czu­łem w jego za­cho­wa­niu de­li­katne po­czu­cie winy, więc przy­pusz­cza­łem, że będę mógł li­czyć na bar­dziej pre­fe­ren­cyjne wa­runki. I nie po­my­li­łem się.

Jesz­cze tego sa­mego wie­czora no­ta­riusz za­dzwo­niła do mnie We­ro­nika We­iss.

– Wiem, że jest późno, ale do­piero skoń­czy­łam pracę, a ju­tro od rana znów to samo, więc… – tłu­ma­czyła się.

– Nie ma sprawy. Cie­szę się, że pani za­dzwo­niła. – Zer­k­ną­łem na ze­ga­rek, było dzie­sięć po dwu­dzie­stej dru­giej. – Nie są­dzi­łem, że no­ta­riu­sze też pra­cują w długi week­end.

– A, tak! – za­śmiała się. – Ale to chyba też pra­co­ho­lizm. Wie­siek mó­wił, że po­trze­buje pan po­mocy.

– Po­trze­buję do­brego no­ta­riu­sza. Wi­dzi pani, pół roku temu zmarł mój brat…

– Och, przy­kro mi. – Brzmiała szcze­rze.

– Dzię­kuję. Cóż… Nie­stety umknął mi fakt, że je­dyne, co dzie­dzi­czę, to jego liczne długi.

– Ojej! Fa­tal­nie! I mi­nęło pół roku?

– Zga­dza się. I nie mogę na­wet uda­wać, że do­wie­dzia­łem się o jego śmierci póź­niej.

– Hmm… – wes­tchnęła i przez chwilę nic nie mó­wiła. – No ale do­brze by­łoby spraw­dzić, czy jed­nak miał ja­kiś ma­ją­tek. Miał coś?

– Poza re­pu­ta­cją – nic. Wszystko, co zo­stało po na­szych ro­dzi­cach i sio­strze, od­dał mnie. To zna­czy zrzekł się tego, bo chciał… Twier­dził, że to re­kom­pen­sata za pewne jego dzia­ła­nia.

– Aha, aha. I to od­było się ofi­cjal­nie?

– Tak. Dzięki temu… ma­jąt­kowi mo­głem ku­pić miesz­ka­nie, a ra­czej szyb­ciej spła­cić kre­dyt.

– Jeju, żeby go pan te­raz nie stra­cił! Trzeba dzia­łać i to szybko. No, do­bra. To może… Niech pan po­zbiera wszyst­kie do­ku­menty, zwłasz­cza z miesz­ka­nia brata…

– Jesz­cze tam nie by­łem – przy­zna­łem, czu­jąc ucisk w żo­łądku.

– No, to ko­niecz­nie trzeba tam iść! Pro­szę za­bez­pie­czyć każdy moż­liwy pa­pier i jak pan bę­dzie miał to wszystko, pro­szę przyjść do mnie na Złotą z ak­tem zgonu, za­świad­cze­niem o nu­me­rze PE­SEL i ostat­nim miej­scem za­mel­do­wa­nia brata. Ja zajmę się resztą. Naj­waż­niej­sze to usta­lić, czy coś z jego ma­jątku można jesz­cze spie­nię­żyć i spła­cić te długi. Z ak­tem zgonu może pan iść do ban­ków.

Nie przy­pusz­cza­łem, by Ro­land miał konto, na któ­rym były pie­nią­dze, ale i tak za­pi­sa­łem so­bie tę uwagę w no­tat­kach. Roz­ma­wia­li­śmy jesz­cze dłuż­szą chwilę, głów­nie o ro­dza­jach na­leż­no­ści, ja­kie na mnie spa­dły, a po­tem roz­łą­czy­łem się i po­sze­dłem spać. Mia­łem za­miar wy­po­cząć, by po­zo­stałe dni week­endu spę­dzić na dal­szym ob­my­śla­niu dal­szej stra­te­gii dzia­ła­nia. Nie­stety nie było mi to dane, po­nie­waż ciężko się roz­cho­ro­wa­łem.

Mu­si­cie wie­dzieć, że ja ni­gdy nie cho­ro­wa­łem. W dzie­ciń­stwie prze­sze­dłem kilka pod­sta­wo­wych cho­rób, ty­po­wych dla tego okresu ży­cia, ale po­tem ani razu nie mu­sia­łem brać wol­nego z po­wo­dów zdro­wot­nych. Te­raz też nie mu­sia­łem, wszak mnie zwol­nili, a jed­nak od­czu­wa­łem silny dys­kom­fort psy­chiczny, wi­dząc, jak moje ciało od­ma­wia po­słu­szeń­stwa.

Obu­dził mnie po­tworny ból gar­dła. W pierw­szej chwili nie mo­głem zro­zu­mieć, co się dzieje. Pa­trzy­łem na po­grą­żony w ciem­no­ści po­kój, mru­ga­łem po­wie­kami i ma­so­wa­łem szyję, która wy­da­wała się nieco obrzęk­nięta. Jed­nak kiedy moim cia­łem wstrzą­snęły silne dresz­cze, po­ją­łem, że nad­cho­dzi coś po­waż­niej­szego. Oba­wia­łem się, że będę miał go­rączkę, ale za ja­kiś czas za­cznę czuć się le­piej, nie przy­pusz­cza­łem jed­nak, że to nie fi­zyczne do­le­gli­wo­ści będą naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące.

W po­koju było na­dal ciemno, ale jego twarz wi­dzia­łem bar­dzo do­kład­nie. Stał nade mną i ga­pił się tym swoim za­mglo­nym od wódy wzro­kiem.

– Zby­niu – usły­sza­łem dawno nie­sły­szany głos, wy­ra­ża­jący ni to pre­ten­sję, ni to bła­ga­nie.

Oj­ciec chwiał się i ma­chał jedną ręką, a w dru­giej trzy­mał bu­telkę z pi­wem, któ­rego uży­wał do „le­cze­nia” kaca. Mógł­bym przy­siąc, że czu­łem smród go­rzały wy­do­by­wa­jący się z jego pasz­czy, lecz naj­gor­sze były oczy, świe­cące w mroku czer­wo­nym bla­skiem.

Od­dy­cha­łem ciężko, nie mo­gąc się ru­szyć.

Czy to sen, czy ja na­prawdę go wi­dzę? Mam ha­lu­cy­na­cje spo­wo­do­wane wy­soką go­rączką, a może umar­łem i tra­fi­łem do miej­sca, do któ­rego tra­fił mój nie­ży­jący oj­ciec?

Za­mkną­łem oczy, co wcale nie przy­szło mi ła­two. Po chwili od­zy­ska­łem wła­dzę nad resztą ciała, więc na­cią­gną­łem koł­drę pod brodę i le­ża­łem nie­ru­chomo. By­łem roz­pa­lony i ma­rzy­łem o łyku chłod­nej wody, ale na­dal czu­łem jego obec­ność w po­koju.

Udało mi się za­snąć, bo kiedy znów otwo­rzy­łem oczy, na dwo­rze sza­rzało. Z tru­dem unio­słem się na łok­ciu i się­gną­łem po sto­jącą obok łóżka bu­telkę z wodą. Gar­dło wciąż mnie bo­lało, więc prze­ły­ka­nie sta­no­wiło nie­mały pro­blem, na tyle duży, że za­czą­łem roz­wa­żać umó­wie­nie się do le­ka­rza.

Może po­trze­buję an­ty­bio­tyku? – prze­szło mi przez myśl. Wtedy znów go usły­sza­łem.

– Zby­niu. – Tym ra­zem brzmiał, jakby był roz­ba­wiony.

Unio­słem lekko głowę i z prze­ra­że­niem do­strze­głem go sie­dzą­cego w ką­cie po­koju. Zaj­mo­wał sze­roki fo­tel z plu­szo­wym obi­ciem. Fo­tel, na któ­rym spę­dzał więk­szość swo­jego pi­jac­kiego ży­cia. Fo­tel, ja­kiego nie mia­łem w swoim domu i ni­gdy nie za­mie­rza­łem mieć.

Jego oczy na­dal świe­ciły na czer­wono, jakby był dziką be­stią na­po­tkaną na le­śnym szlaku nocą, a nie wspo­mnie­niem czło­wieka.

Nie­stety, po­ja­wiał się w moim po­koju przez ko­lejne dwa dni, za­wsze wtedy, gdy czu­łem się go­rzej, jakby sta­no­wił do­dat­kowy ele­ment mo­jego udrę­cze­nia. Przez cały ten czas nie umia­łem oce­nić, na ile by­łem przy­tomny, a na ile śni­łem bar­dzo re­alne sny. Nikt się ze mną nie kon­tak­to­wał, co wcale nie było dziwne, bio­rąc po uwagę fakt, że aku­rat był długi week­end i że nie ota­cza­łem się ni­gdy żad­nymi zna­jo­mymi. Mógł­bym umrzeć w tym swoim miesz­ka­niu na Be­mo­wie i do­piero smród roz­kła­da­ją­cego się ciała za­alar­mo­wałby są­sia­dów.

– Albo i nie – szep­ną­łem do sie­bie, śmie­jąc się pod no­sem.

My­śla­łem, że będę chory długo. Nie mia­łem żad­nych le­ków w domu, mało pi­łem, nic nie ja­dłem i wciąż prze­śla­do­wał mnie mar­twy oj­ciec z twa­rzą be­stii… Jed­nak w po­nie­dzia­łek nad ra­nem „od­wie­dził” mnie ktoś jesz­cze.

– Zby­chu!

Po­czu­łem szarp­nię­cie za ra­mię. Otwo­rzy­łem oczy i uj­rza­łem nad sobą twarz Ro­landa.

– Co?! – burk­ną­łem ze zło­ścią, za­po­mi­na­jąc o tym, że mój brat nie żył od pół roku i że od lat się z nim nie wi­dzia­łem oso­bi­ście.

– Wsta­waj!

Chcia­łem od­wi­nąć się nie­przy­ja­znym ge­stem albo sło­wem i na­wet mach­ną­łem ręką, ale zła­pa­łem je­dy­nie za­tę­chłe po­wie­trze w swoim miesz­ka­niu. Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy i z ulgą stwier­dzi­łem, że je­stem sam, a w do­datku nie mam go­rączki i czuję się zde­cy­do­wa­nie le­piej. Do­tkną­łem szyi i spró­bo­wa­łem prze­łknąć ślinę. Wszystko wy­da­wało się zmie­rzać we wła­ściwą stronę, więc po­woli usia­dłem na łóżku i opu­ści­łem stopy na chłodną pod­łogę.

Po­kój wi­ro­wał lekko przed mo­imi oczami i bar­dzo chciało mi się pić. Pod­nio­słem bu­telkę sto­jącą obok łóżka. Była pu­sta, więc mu­sia­łem wstać i iść do kuchni po kra­nówkę, roz­my­śla­jąc jed­no­cze­śnie o tym, że nie mam nic do je­dze­nia. Kiedy by­łem w przed­po­koju, ktoś za­pu­kał do drzwi.

W po­nie­dzia­łek rano? – zdzi­wi­łem się.

Mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy po­wi­nie­nem w ogóle spraw­dzać, kto się do mnie do­bija. Na pewno nie był to nikt zna­jomy, a ja nie wy­glą­da­łem naj­le­piej i na­wet nie mia­łem na so­bie spodni. Mimo wszystko cie­ka­wość zwy­cię­żyła i po chwili na­my­słu otwo­rzy­łem.

– To my! – po­wie­działa dziew­czyna z dłu­gim brą­zo­wym war­ko­czem, prze­rzu­co­nym przez ra­mię.

– Słu­cham? – By­łem nie­mal pe­wien, że na­dal mam ha­lu­cy­na­cje.

Trzy młode osoby stały na progu mo­jego miesz­ka­nia – dwóch wy­so­kich chło­pa­ków i dłu­go­włosa pa­nienka o wy­glą­dzie pen­sjo­narki. Nie wy­glą­dali groź­nie, ale obok ich nóg le­żały ja­kieś to­bołki, które wzbu­dzały we mnie lekki nie­po­kój.

– No… dzwo­ni­li­śmy… – po­wie­działa pa­nienka nie­pew­nie, zer­ka­jąc na ko­le­gów. – Roz­ma­wia­li­śmy w week­end.

– O czym?

– O wy­naj­mie. Dla nas.

W pierw­szym od­ru­chu chcia­łem za­trza­snąć im drzwi przed no­sami, do­my­śla­jąc się, że po­my­lili miesz­ka­nia. Wie­dzia­łem, że są­sie­dzi z pię­tra wy­żej re­gu­lar­nie wy­naj­mo­wali po­koje stu­den­tom i ta trójka naj­pew­niej tam nie do­tarła z ja­kie­goś po­wodu. Jed­nak ów od­ruch mi­nął, kiedy do­strze­głem w tej sy­tu­acji pewną szansę dla sie­bie.

– Aha… – po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się grać nieco na zwłokę. – Ja­sne… Tylko że ja je­stem nieco nie­dy­spo­no­wany.

– Och! – wy­rwało się ca­łej trójce z mło­dych piersi.

– No. – Po­ki­wa­łem smęt­nie głową. – Mia­łem w week­end grypę czy coś, więc na­wet nie pa­mię­tam na­szej… roz­mowy.

– Ojej! – pi­snęło dziew­czę. – I co te­raz? My na­prawdę po­trze­bu­jemy…

– Nie po­wie­dzia­łem, że wam nie wy­najmę – prze­rwa­łem jej. – Tylko że je­stem nieco w proszku. Wejdź­cie. – Zro­bi­łem im przej­ście do przed­po­koju. – Duży po­kój po pra­wej.

Kiedy za­my­ka­łem za nimi drzwi, po­my­śla­łem, że w ten wła­śnie spo­sób nie­winne ofiary tra­fiają w szpony zbo­czeń­ców i se­ryj­nych mor­der­ców.

– Na ra­zie mogę wam za­pro­po­no­wać ten po­kój – po­wie­dzia­łem. – Jest więk­szy, więc się po­mie­ści­cie. No i ma bal­kon.

– Jest świetny – stwier­dziła dziew­czyna, po czym po­trzą­snęła głową i wy­cią­gnęła dłoń. – Ewe­lina je­stem.

– Zby­szek.

W jej oczach za­go­ścił nie­po­kój, ale po se­kun­dzie znów była ra­do­sna i pełna uf­no­ści.

– To Ra­dek i Prze­mek. I na­prawdę, ale to na­prawdę po­trze­bu­jemy tego miesz­ka­nia… po­koju…

Unio­słem dłoń.

– Mogę wy­na­jąć całe miesz­ka­nie, ale przez tę cho­robę po pro­stu nie da­łem rady prze­nieść się do… na… na Wolę.

Oczy­wi­ście, że na Wolę! Tam były miesz­ka­nia zaj­mo­wane przez Ro­landa.

– To nic! – Ewe­lina mach­nęła ręką. – Na ra­zie zo­sta­niemy tu­taj. On… Prze­mek ju­tro pi­sze ma­turę i po pro­stu mu­simy nad nim po­pra­co­wać, żeby zdał.

– Ma­turę? – zdzi­wi­łem się, pa­trząc na Prze­mka, który nie wy­da­wał się aż tak młody.

– Mhm. Je­ste­śmy z jed­nej miej­sco­wo­ści, znamy się od za­wsze, ale on cho­dził do tech­ni­kum, a w do­datku ki­blo­wał je­den rok, więc…

– To bar­dzo miło z wa­szej strony, że chce­cie mu po­móc – za­uwa­ży­łem uprzej­mie, si­ląc się na uśmiech. – Więc za­mier­za­cie się tu uczyć?

– Oj, tak! – sap­nęła dziew­czyna. – Do na­szej se­sji jesz­cze tro­chę zo­stało, więc na ra­zie się nim zaj­miemy.

– Obie­ca­li­śmy jego ma­mie – do­dał Ra­dek, ki­wa­jąc głową.

Prze­mek wciąż mil­czał, a na jego twa­rzy do­strze­głem smu­tek zmie­szany z re­zy­gna­cją.

– Więc nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak po­zwo­lić wam sku­pić się na na­uce. – Ko­lejny wy­mu­szony uśmiech spra­wił, że po­czu­łem de­li­katny skurcz w żu­chwie. – A ja mu­szę się w końcu ubrać. Prze­pra­szam, że tak pa­ra­duję tu w bie­liź­nie przed wami.

– Spoko gatki – mruk­nął Prze­mek. – Lu­bię bok­serki w kratkę. Mam tylko ta­kie.

Za­nim zdą­ży­łem coś od­po­wie­dzieć, Ewe­lina pac­nęła go w ra­mię.

– Ty nie myśl o krat­kach, tylko o pol­skim – burk­nęła.

– W po­rządku, zo­sta­wię was i zajmę się swo­imi spra­wami. Po­tem do­mó­wimy szcze­góły.

– A, wła­śnie! – przy­po­mniało się Ewe­li­nie, która się­gnęła do torby. – Czynsz za pierw­szy mie­siąc plus umó­wiona kau­cja. Dzię­ku­jemy, że zgo­dził się pan na kau­cję za je­den mie­siąc. Za­zwy­czaj wy­naj­mu­jący chcą za dwa albo na­wet trzy.

– Yyy… tak… – za­cu­ka­łem się na chwilę, bio­rąc od niej plik bank­no­tów. – Nie ma pro­blemu.

W ten spo­sób nie mu­sia­łem usta­lać wy­so­ko­ści czyn­szu, wy­star­czyło prze­li­czyć kwotę, jaką do­sta­łem, i po­dzie­lić ją na dwa. Zresztą wszy­scy troje, a zwłasz­cza dziew­czyna, wy­glą­dali na ta­kich, któ­rych nie trzeba go­nić za za­le­głe na­leż­no­ści.

Chcia­łem coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale oni za­jęli się sobą i w jed­nej chwili prze­stali w ogóle zwra­cać na mnie uwagę.

Nie­je­den z was za­pewne głowi się, jak to moż­liwe, że za­pro­si­łem na­jem­ców do nie­przy­go­to­wa­nego miesz­ka­nia. Otóż moje miesz­ka­nie i tak przy­po­mi­nało skromny aka­de­mik, jak to ujęła kie­dyś jedna z mo­ich dziew­czyn. Nie było w nim ni­czego, co za­kwa­li­fi­ko­wał­bym jako zbędne. Dla­tego ci mło­dzi lu­dzie mo­gli od razu roz­pa­ko­wać to­bołki i za­jąć się swo­imi spra­wami.

Wy­sze­dłem z po­koju, ści­ska­jąc w dłoni pie­nią­dze. Chcia­łem iść po port­fel, żeby je za­raz po­li­czyć i scho­wać, ale ktoś znów za­pu­kał do drzwi wej­ścio­wych.

Zdę­bia­łem.

Może to są­sie­dzi z pię­tra wy­żej przy­szli po swo­ich skra­dzio­nych na­jem­ców?

Obej­rza­łem się w stronę po­koju z bal­ko­nem, ale stu­denci nie in­te­re­so­wali się ni­czym in­nym poza sobą, więc za­mkną­łem drzwi i po­sze­dłem zer­k­nąć przez wi­zjer.

Oj­ciec Ra­fał!?

Otwo­rzy­łem, ale nie zdą­ży­łem nic po­wie­dzieć, bo ksiądz wy­dał z sie­bie ci­chy okrzyk.

– Boże! Jak ty wy­glą­dasz?! – za­wo­łał, mie­rząc mnie wzro­kiem z góry na dół.

– Co? Ale... co ksiądz tu robi?

– Jak to co? Dzwo­ni­łem do cie­bie w so­botę i po­wie­dzia­łeś, że je­steś bar­dzo chory. Po­dobno nie masz co jeść, więc obie­ca­łem, że cię od­wie­dzę dziś, bo wczo­raj było święto i nie dał­bym rady. Na­prawdę się mar­twi­łem i wi­dzę, że mia­łem po­wody.

– Aha... – Sta­łem z roz­dzia­wioną gębę, a gdy chcia­łem po­dra­pać się po gło­wie, zo­rien­to­wa­łem się, że w jed­nej dłoni wciąż trzy­ma­łem pu­stą bu­telkę na wodę. – To… pro­szę wejść. Ja mam… mam tu pewną sy­tu­ację – po­wie­dzia­łem szep­tem, po czym wyj­rza­łem na ko­ry­tarz, spraw­dza­jąc, czy ktoś tam nie stoi i nie pod­słu­chuje.

– Co się stało? – za­py­tał Ra­fał, także szep­tem.

– Ukra­dłem są­sia­dowi z góry na­jem­ców.

– Co zro­bi­łeś? – Ksiądz spoj­rzał na mnie zdu­miony, a po­tem pod­niósł dłoń i do­tknął mo­jego czoła.

– Chodźmy do po­koju, to wy­ja­śnię…

Nie zdą­ży­łem jed­nak zro­bić kroku, bo Prze­mek otwo­rzył drzwi i sta­nął jak wryty na wi­dok do­mi­ni­ka­nina w bia­łym ha­bi­cie.

– O, wła­śnie! – za­wo­ła­łem z uda­wa­nym en­tu­zja­zmem. – To je­den z tych na­jem­ców, o któ­rych mó­wi­łem. A to ksiądz Ra­fał.

– Oj­ciec – po­pra­wił mnie du­chowny, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie.

– A… miło mi – wy­du­kał Prze­mek, a zza jego ple­ców wy­ło­niły się głowy jego przy­ja­ciół. – Je­stem Prze­mek i… będę tu miesz­kał.

– Świet­nie! To może mi opo­wiedz­cie wię­cej o so­bie, co? – za­pro­po­no­wał oj­ciec Ra­fał. – A Zby­szek się w tym cza­sie ubie­rze.

– No, tak… – Spoj­rza­łem na gołe nogi i co­raz bar­dziej zmar­z­nięte stopy. – Do­bry po­mysł.

Wpa­dłem do ma­łego po­koju i przy­mkną­łem za sobą drzwi, ale i tak sły­sza­łem wszystko, co się działo. Prze­mek po­szedł do ła­zienki, a ksiądz za­czął re­gu­larne prze­słu­cha­nie po­zo­sta­łej dwójki.

– To bę­dzie­cie tu so­bie miesz­kać u Zby­sia, tak? – za­py­tał wielce uprzej­mym gło­sem.

– Tak – od­parła Ewe­lina. – Mu­simy przy­go­to­wać ko­legę do ma­tury.

– Tro­chę późno, co? – za­śmiał się.

– Le­piej późno niż wcale. A oj­ciec skąd zna pana Zbyszka?

– O, uczy­łem go w szkole re­li­gii. Znam go od bar­dzo dawna. To po­rządny czło­wiek. Po­wiedz­cie mi… kto szuka miesz­ka­nia na wy­na­jem w maju? Coś się pew­nie nie­mi­łego wy­da­rzyło, co?

– No, nie­stety – mruk­nęła dziew­czyna. – Po­przedni wła­ści­ciel ka­zał się nam wy­pro­wa­dzić przed dłu­gim week­en­dem. Z dnia na dzień.

– Oj, przy­kro mi.

– No… Wró­ci­li­śmy do domu i oka­zało się, że nasz przy­ja­ciel pi­sze ma­turę i jest, de­li­kat­nie mó­wiąc, w le­sie z na­uką, więc…

– Po­sta­no­wi­li­ście mu po­móc. To bar­dzo szla­chetne. No, my­ślę, że tu bę­dzie wam do­brze. – Ostat­nie zda­nie nie zo­stało wy­po­wie­dziane zbyt pew­nym to­nem. – Na­le­ży­cie do ja­kie­goś dusz­pa­ster­stwa aka­de­mic­kiego? Bo je­śli nie, to za­pra­szam do nas na Freta.

– Yyy… Zo­ba­czymy… Bar­dzo chęt­nie. Dzię­ku­jemy.

– Tak… ekhm… – Ra­dek chrząk­nął. – Dzię­ku­jemy.

Ubrany i ucze­sany zja­wi­łem się w przed­po­koju. Ra­fał uśmiech­nął się na mój wi­dok i uniósł trzy­maną w dłoni płó­cienną torbę.

– Przy­nio­słem ci coś do­brego do je­dze­nia – po­in­for­mo­wał.

– Chcia­łem po­je­chać za­ła­twić sprawę miesz­ka­nia Ro­landa…

– Nie, nie! – prze­rwał mi, ki­wa­jąc pal­cem. – Naj­pierw coś zjesz.

– Niech pan coś zje. – Ewe­lina kiw­nęła głową. – Wy­gląda pan bar­dzo blado. My wra­camy do na­uki.

Za­pro­wa­dzi­łem Ra­fała do kuchni i za­mkną­łem za nami drzwi. Ksiądz po­sta­wił torbę na bla­cie i za­czął wyj­mo­wać przy­nie­sione pro­dukty. Na stole po­ja­wiła się bu­telka miodu pit­nego.

– To so­bie zro­bisz na go­rąco przed snem. Naj­le­piej z przy­pra­wami, żeby się le­piej spało. Więc? Czemu mó­wi­łeś, że ich ukra­dłeś?

– Bo chyba tak było. Za­kła­dam, że chcieli wy­na­jąć od są­siada z góry, ale u nas pię­tra i drzwi są dziw­nie ozna­czone, lu­dzie się czę­sto mylą.

– Coś po­dob­nego? – par­sk­nął, wyj­mu­jąc pęto kieł­basy i ciemny chleb.

– Czy we­dług wiary ka­to­lic­kiej to grzech?

– Nie mam po­ję­cia – przy­znał, chi­cho­cząc. – Daj ta­lerz i nóż. Zro­bię ci ka­napkę, a ty wstaw wodę na her­batę. Mnie zrób kawę. No i co? Uda­łeś Greka i ich za­pro­si­łeś do sie­bie?

– Do­kład­nie tak. Za­pła­cili mi za mie­siąc z góry, a ksiądz wie, że te­raz u mnie z kasą może być kru­cho.

– No, tak… – wes­tchnął, kro­jąc chleb. – Na­syp mi wię­cej tej kawy. Strasz­nie mnie po­ranny pa­cjent wy­nu­dził.

– Po­my­śla­łem, że je­śli uda mi się prze­jąć miesz­ka­nie Ro­landa, dłu­go­trwały wy­na­jem może mi bar­dzo po­móc.

– Ro­zu­miem. I chcesz te­raz je­chać to za­ła­twić?

– Tak. Pod­jadę do ZGN i po­ga­dam z ludźmi.

– Po­jadę z tobą – za­ko­mu­ni­ko­wał zde­cy­do­wa­nym to­nem.

– Na­prawdę? – Moja dłoń za­wi­sła z czaj­ni­kiem nad ku­chenką. – Czemu?

– Bo mam prze­czu­cie, że przyda ci się wspar­cie – od­parł, wy­dy­ma­jąc usta. – Pod­po­wiada mi to do­świad­cze­nie.

Chleb i wę­dlina były bar­dzo smaczne, a ja bar­dzo głodny, więc szybko na­peł­ni­łem pu­sty żo­łą­dek. Oj­ciec Ra­fał po­sło­dził mi her­batę mio­dem, a sam de­lek­to­wał się mocną jak sie­kiera, nie­sło­dzoną plujką, którą mu przy­go­to­wa­łem.

– Wie ksiądz, ja w ogóle nie pa­mię­tam na­szej roz­mowy – po­wie­dzia­łem mię­dzy jed­nym kę­sem chleba a dru­gim.

– Ja­kiej roz­mowy?

– No, tej te­le­fo­nicz­nej. W ogóle nie ko­ja­rzę, że­bym z kimś roz­ma­wiał.

– Nie dzi­wię się. Brzmia­łeś fa­tal­nie. Zresztą ode­bra­łeś do­piero za trze­cim albo czwar­tym ra­zem.

– Se­rio? – zmarsz­czy­łem brwi. – Kiedy to było?

– W so­botę wie­czo­rem. Nie­stety przeor nie po­zwo­lił mi je­chać do cie­bie w nie­dzielę, bo było za dużo pracy, su­ge­ro­wał, że­bym wy­słał po­go­to­wie, ale osta­tecz­nie nie za­dzwo­ni­łem ni­g­dzie… Może nie­słusz­nie.

– Cóż… Jak wi­dać, nic mi nie jest. – Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

– Nie po­wie­dział­bym. Wy­glą­dasz nie­cie­ka­wie.

– Nie­cie­ka­wie to się czu­łem jesz­cze tej nocy. Nad ra­nem za­częły wra­cać mi siły. W su­mie… sam nie wiem, czemu za­cho­ro­wa­łem i czemu mi prze­szło.

Ra­fał przyj­rzał mi się z za­in­te­re­so­wa­niem.

– A co wy­da­rzyło się wcze­śniej? – za­py­tał.

– Jak to co? Stra­ci­łem pracę, wpa­dłem w nie swoje długi… Same przy­jem­no­ści.

– Jed­nak kiedy ostat­nio cię wi­dzia­łem, nie by­łeś aż tak zmar­no­wany – za­uwa­żył. – Dla­tego py­tam, co wy­da­rzyło się bez­po­śred­nio przed ta­jem­ni­czym za­cho­ro­wa­niem?

Mimo że nie mia­łem za­miaru z ni­kim dzie­lić się czym­kol­wiek z tego, co mnie spo­tkało, opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim: o te­le­fo­nie z pracy, o roz­mo­wie z no­ta­riuszką, o pierw­szych ob­ja­wach cho­roby, a także o tym, co pod­czas niej wi­dzia­łem i sły­sza­łem.

Du­chowny nie sko­men­to­wał tych re­we­la­cji. Sie­dział z lekko opusz­czoną głową, którą co chwilę ki­wał, ga­piąc się w fusy w szklance.

– A Ro­land? – za­py­tał po chwili krót­kiego mil­cze­nia. – Jak wy­glą­dał w tym przy­wi­dze­niu?

– Nor­mal­nie.

– Nie tak jak oj­ciec, z dziw­nymi oczami?

– Nie. – Pró­bo­wa­łem do­szu­kać się w jego gło­sie nuty iro­nii, ale jej nie usły­sza­łem. – Wy­glą­dał jak Ro­land. Był… On za­wsze przy­po­mi­nał matkę i jej ro­dzinę. Chudy, z po­cią­głą twa­rzą i za­ko­lami nad czo­łem, jak u wujka Zenka. Mu­siał się cie­pło ubie­rać, bo cią­gle mu było zimno, ale to chyba przez brak mię­śni i tkanki tłusz­czo­wej.

– Ty przy­po­mi­nasz bar­dziej ojca, prawda?

– Nie­stety… – Po­czu­łem, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. Od­ru­chowo od­wró­ci­łem wzrok. – Pa­trzę w lu­stro i wi­dzę tego... gnoja.

– Ale był cał­kiem przy­stojny.

– Wy­gląd to nie wszystko. To nic w za­sa­dzie. Nie wiem, czemu lu­dzie tak sku­piają się na ze­wnętrz­nej sko­ru­pie, jakby to miało ja­kieś zna­cze­nie.

Oj­ciec Ra­fał wes­tchnął ci­cho, spoj­rzał na mnie z tro­ską i ski­nął głową.

– Zbie­rajmy się – po­wie­dział, kle­piąc mnie po dłoni. – Po po­łu­dniu mam ko­lej­nych pa­cjen­tów.

VI.

Wie­dzia­łem, na któ­rym przy­stanku mu­szę wy­siąść, ale nie zna­łem do­kład­nej drogi doj­ścia do biura Za­kła­dów Go­spo­darki Nie­ru­cho­mo­ściami na Woli. Oka­zało się, że oj­ciec Ra­fał wie, jak na­leży iść.

– By­łem tam już kie­dyś – wy­ja­śnił zdaw­kowo i przy­śpie­szył kroku.

Do­tar­li­śmy na miej­sce dość szybko, aż chwi­lami bra­ko­wało mi tchu. Nie pro­si­łem jed­nak księ­dza, żeby zwol­nił – bar­dzo chcia­łem mieć tę wi­zytę za sobą. Za­pu­ka­łem do pierw­szych drzwi, wsze­dłem i za­py­ta­łem, gdzie mogę za­ła­twić za­le­gło­ści po zmar­łym bra­cie, który zaj­mo­wał lo­kale ko­mu­nalne. Zo­sta­łem po­kie­ro­wany do kon­kret­nego po­koju i znów za­pu­ka­łem. Po to­nie, ja­kim wy­po­wie­dziano „pro­szę” za drzwiami, do­my­śli­łem się, że to może nie być miła roz­mowa.

– Dzień do­bry – przy­wi­ta­łem się uprzej­mie.

Oj­ciec Ra­fał był tuż za mną, ale nie wcho­dził do środka. W kilku sło­wach opo­wie­dzia­łem, po co przy­sze­dłem, a dwie sie­dzące na­prze­ciwko sie­bie ko­biety spoj­rzały po so­bie wy­mow­nie.

– No, to musi pan za­pła­cić, ina­czej wy­ślemy sprawę do ko­mor­nika – wy­ce­dziła jedna z nich, ga­piąc się na mnie znad oku­la­rów. – W za­sa­dzie nie wiem, czy już nie wy­sła­ły­śmy. Kry­siu, spraw­dzisz?

Ale Kry­sia nie zdą­żyła ni­czego spraw­dzić, bo do po­koju wkro­czył ksiądz Ra­fał i chrząk­nął gło­śno.

– Ekhm… Szczęść Boże! – ode­zwał się, wpra­wia­jąc ko­biety w osłu­pie­nie. – Mój przy­ja­ciel nie wy­ra­ził się dość ja­sno, bo nie czuje się dziś naj­le­piej, no i… wciąż jest w ża­ło­bie po bra­cie. Ro­zu­mie­cie, moje dro­gie? Brat to był ostatni krewny, jaki mu zo­stał. Ostatni! – Uniósł pa­lec wska­zu­jący, żeby pod­kre­ślić zna­cze­nie swo­ich słów. – Nie do­dał więc, że on chce w tym miesz­ka­niu za­miesz­kać i pła­cić czynsz re­gu­lar­nie i… je­śli pa­nie po­zwolą, po­woli spła­cać po­wstałą za­le­głość.

– Ale… – Oku­lar­nica wy­raź­nie stra­ciła ani­musz. Zer­k­nęła na ko­le­żankę, która tylko wzru­szyła ra­mio­nami i wró­ciła do prze­glą­da­nia swo­ich pa­pie­rów. – Ale żeby ktoś tam za­miesz­kał, to musi być de­cy­zja ad­mi­ni­stra­cyjna.

– Pro­szę pani… – Oj­ciec Ra­fał po­krę­cił głową z iry­ta­cją, która moim zda­niem była uda­wana. Pod­szedł do biurka i oparł dło­nie na bla­cie, przez co jego twarz zna­la­zła się bli­sko twa­rzy z oku­la­rami. – Sy­tu­acja wy­gląda na­stę­pu­jąco. Zby­szek, mój były uczeń, po­siada wła­sne miesz­ka­nie i nie ma szans na miesz­ka­nie ko­mu­nalne. Ale! Je­śli wy­naj­mie swoje lo­kum za ładną sumkę, bę­dzie miał pie­nią­dze, żeby spła­cać na­leż­no­ści brata. Tylko że wtedy musi gdzieś miesz­kać, a za­łożę się, że miesz­ka­nie po Ro­lan­dzie, któ­rego też uczy­łem, stoi na­dal pu­ste. Mylę się?

Ko­bieta uśmiech­nęła się krzywo i lekko po­krę­ciła głową.

– Wła­śnie! Za­nim ma­china ad­mi­ni­stra­cyjna ru­szy, dług uro­śnie i nikt nie bę­dzie za­do­wo­lony.

Urzęd­niczka za­mru­gała po­wie­kami. Przez chwilę pa­trzyła na księ­dza z otwar­tymi ustami, a po­tem opu­ściła wzrok i za­częła prze­kła­dać le­żące na biurku pa­piery.

– No… ja nie wiem… – za­częła. – Gdyby to się wy­dało…

– Ale co? Że ktoś spłaca długi?

– No, nie… – za­śmiała się ner­wowo. – Ale bez tej de­cy­zji…

– Je­stem bez­ro­botny – wy­rwało mi się, choć nie do końca wiem dla­czego. – W czwar­tek stra­ci­łem pracę i ten wy­na­jem to mój je­dyny za­ro­bek.

– No. – Oj­ciec Ra­fał po­ki­wał głową. – Miał de­pre­sję i go wy­wa­lili, bo ni­kogo nie ob­cho­dziło, że źle się czuje. Mu­simy dzia­łać szybko.

– Aha… – Ko­bieta po­pra­wiła oku­lary, wy­pro­sto­wała się i spoj­rzała na ekran kom­pu­tera. – To bę­dzie po­trzebny akt zgonu i po­świad­cze­nie dzie­dzi­cze­nia.

W tam­tym mo­men­cie mu­sia­łem bar­dzo mocno ugryźć się w ję­zyk, żeby nie po­wie­dzieć cze­goś na­prawdę brzyd­kiego.

– Przy­nie­sie – za­pew­nił Ra­fał. – Wszystko za­ła­twi i przy­nie­sie wam, co trzeba.

– Dziś mogę za­pła­cić czynsz za maj – usły­sza­łem wła­sny głos.

Obie pa­nie spoj­rzały na mnie jed­no­cze­śnie, a w ich oczach do­strze­głem wy­raźne oży­wie­nie.

– Tak? – Oku­lar­nica sta­rała się brzmieć neu­tral­nie.

– Tak, niech się to ja­koś do­brze za­cznie – wy­mam­ro­ta­łem.

Oj­ciec Ra­fał obej­rzał się i pu­ścił do mnie oko. Od tej chwili roz­mowa wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej.

Oka­zało się, że pani Kry­sia miała w swo­jej szu­fla­dzie klu­cze do miesz­ka­nia zaj­mo­wa­nego przez Ro­landa. Do obu miesz­kań.

– Są­sie­dzi mó­wili, że woda się leje, więc trzeba było otwo­rzyć i wy­mie­nić za­mek – wy­ja­śniła, po czym mach­nęła ręką. – Nic się nie lało. Pa­ni­ko­wali.

Przy oka­zji za­su­ge­ro­wała, że­bym za­jął więk­sze z miesz­kań, któ­rego Ro­land uży­wał jako biura.

– Po co pła­cić za dwa? – za­świer­go­tała. – Ju­tro po­pro­szę ko­goś ze wspól­noty, żeby po­mógł prze­nieść me­ble do tego du­żego, a w tym dru­gim zrobi się re­mont za ja­kiś czas. Co ty na to, Zo­siu?

Zo­sia, czyli sie­dząca na­prze­ciwko oku­lar­nica, ski­nęła głową.

Za­pła­ci­łem w ka­sie czynsz za ko­lejny mie­siąc z pie­nię­dzy od swo­ich na­jem­ców. Do­wie­dzia­łem się, że mogę na­pi­sać pi­smo o umo­rze­nie od­se­tek i roz­ło­że­nie na do­godne raty za­le­gło­ści zro­bio­nych przez brata. Oku­lar­nica za­su­ge­ro­wała, że­bym nie kon­tak­to­wał się z ad­mi­ni­stra­cją wspól­noty miesz­ka­nio­wej, tylko ra­czej bez­po­śred­nio z nimi, gdyby działo się coś „nie­po­ko­ją­cego”.

– Pa­nie, które tam pra­cują, nie są zbyt miłe – po­wie­działa i obie urzęd­niczki za­chi­cho­tały.

A gdzie są? – prze­szło mi przez myśl.

– Ro­zu­mie pan, że nie po­win­ny­śmy tego ro­bić, prawda? – Kry­styna spoj­rzała na mnie z po­wagą, kiedy zbie­ra­li­śmy się do wyj­ścia.

– Tak, ro­zu­miem to do­sko­nale – od­par­łem.

Ski­nęła głową i wró­ciła do swo­jej pa­pie­ro­lo­gii.

Wy­szli­śmy z Ra­fa­łem przed bu­dy­nek. Ksiądz za­darł lekko głowę i spoj­rzał na mnie, mru­żąc oczy.

– Da­lej księ­dza nie lu­bię – wy­pa­li­łem, od­wra­ca­jąc wzrok z nie­chę­cią.

Do­mi­ni­ka­nin wy­buch­nął śmie­chem i po­kle­pał mnie po ra­mie­niu.

– A ja lu­bię twoją szcze­rość – od­parł. – Wrócę do sie­bie, a ty idź za­raz do tego miesz­ka­nia i za­cznij dzia­łać. No i zjedz coś po­rząd­nego. Cią­gle je­steś blady.

– Czemu ksiądz tu ze mną przy­szedł? – Czu­łem, że mu­szę za­dać wresz­cie to py­ta­nie.

– Ja to czemu? Nie mo­głem po­zwo­lić, że­byś wła­do­wał się do tego gniazda żmij nie­przy­go­to­wany. – Uśmiech­nął się, wi­dząc moje zdez­o­rien­to­wa­nie. – Znam tro­chę tę in­sty­tu­cję. Jola pra­co­wała po róż­nych urzę­dach, kiedy ode­szła ze szkoły, więc wiele opo­wia­dała, a poza tym cza­sami zda­rzało się nam za­ła­twiać lu­dziom w po­trze­bie lo­kale ko­mu­nalne albo so­cjalne i wtedy na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łem się, z czym mamy tu do czy­nie­nia. No i… sam mó­wi­łeś, że nie je­steś naj­więk­szym mi­ło­śni­kiem lu­dzi. Trudno prze­wi­dzieć, jak skoń­czy­łaby się ta kon­fron­ta­cja, gdy­byś przy­szedł bez skrzy­dło­wego.

Chcąc nie chcąc, za­śmia­łem się ci­cho i po­krę­ci­łem głową.

– My­ślę, że nie cho­dzi o to, że ich nie lu­bisz – do­dał. – A o to, że nie ro­zu­miesz, w ja­kich pa­ra­dyg­ma­tach ope­ruje więk­szość z nich. Ty za­wsze by­łeś do bólu lo­giczny, dla­tego praca z licz­bami jest taka przy­jemna, a lu­dzie nie ba­zują na lo­gice. No, nic… – wes­tchnął ci­cho. – Bę­dziemy w kon­tak­cie, bo je­stem cie­kaw, jak da­lej po­to­czą się twoje sprawy. A! No i li­czę, że da­lej bę­dziesz wspie­rał mnie radą w kwe­stiach księ­go­wych.

VII.

Na miej­sce do­tar­łem pie­szo, po­słu­gu­jąc się Go­ogle Maps w ko­mórce. Mu­sia­łem też za­py­tać jed­nego prze­chod­nia, gdzie kon­kret­nie jest wej­ście do wła­ści­wej klatki.

By­łem w tym miej­scu po raz pierw­szy w ży­ciu i gdy wsze­dłem po­mię­dzy bu­dynki usy­tu­owane przy ulicy Rin­gel­bluma, po­czu­łem się tak, jak­bym w ogóle nie był w War­sza­wie. Sta­łem przez chwilę na po­dwórku, krę­cąc się wo­kół wła­snej osi, nie mo­gąc zro­zu­mieć, co ta­kiego jest w tym miej­scu, co nie pa­suje do reszty mia­sta. W końcu po­ją­łem, że było tam bar­dzo ci­cho, jakby ota­cza­jące mnie bloki tłu­miły ha­łasy do­bie­ga­jące z kilku nie­zwy­kle ru­chli­wych ar­te­rii wo­kół. Po­my­śla­łem, że to cał­kiem przy­jemna oko­lica, w po­rów­na­niu z moim be­mow­skim ad­re­sem, gdzie przez całą dobę sły­sza­łem sa­mo­chody, tram­waje, a na do­da­tek la­ta­jące na okrą­gło awio­netki z po­bli­skiego lot­ni­ska. Jed­nak same bloki nie zro­biły na mnie już tak do­brego wra­że­nia, także dla­tego, że sta­no­wiły po­zba­wioną sensu plą­ta­ninę, w któ­rej trudno mi było na­wi­go­wać.

Sta­ną­łem przed klatką pod ad­re­sem Rin­gel­bluma 2 i za­wa­ha­łem się. Wy­ją­łem z kie­szeni klu­cze i do­piero wtedy zda­łem so­bie sprawę z tego, że nie mam jak wejść do środka, bo bra­kuje mi pestki do do­mo­fonu, ale za­nim zdą­ży­łem na do­bre się zmar­twić, ktoś wy­szedł z bloku. Zła­pa­łem drzwi i wsze­dłem.