Dearest Dandelion - Lex Martin - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dearest Dandelion ebook i audiobook

Lex Martin

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

47 osób interesuje się tą książką

Opis

Dani, młoda i ambitna studentka marketingu, po bolesnym rozstaniu oraz serii głębokich upokorzeń postanawia wreszcie odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Tworzy listę wyzwań, których zrealizowanie ma jej pomóc w odzyskaniu psychicznej równowagi. Pierwszym z nich jest wytatuowanie Gwiazdy Polarnej, symbolu niezależności.

Niebawem na drodze dziewczyny staje Jax Avery – przystojny sportowiec z bogatej rodziny, unikający zobowiązań i traktujący każdą relację jak ulotną przygodę. Skupiony na własnej karierze, nie przejmuje się uczuciami innych. Kiedy los niespodziewanie krzyżuje ich ścieżki, między tą dwójką rodzi się wyjątkowa więź.

"Dearest Dandelion" to romans young adult opowiadający o dorastaniu i trudnym wchodzeniu w dorosłość. Lex Martin łączy lekką, dynamiczną narrację z emocjonalną głębią, pokazując, że miłość, choć czasem bywa ryzykowna, może stać się impulsem do zmian.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 370

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Domalewska & Mikołaj Sierociuk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: De­arest Dan­de­lion

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka Ka­lus

Co­py­ri­ght © Lex Mar­tin, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Stu­dio Edi­tio

Ko­rekta: Stu­dio Edi­tio

ISBN 978-91-8098-992-3

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla Matta i mo­ich ma­łych niedź­wiad­ków

Je­śli nie wal­czysz o to, co ko­chasz, nie płacz za tym, co tra­cisz.

– Au­tor nie­znany

Pro­log

Dani

Kiedy Tra­vis splata swoje palce z mo­imi, do­staję gę­siej skórki. Za­my­kam oczy i biorę się w garść.

– Je­steś pewna, że chcesz to zro­bić, Dani? – Jest zde­ner­wo­wany, cho­ciaż to on mnie na to na­mó­wił. – Bę­dzie bo­lało. Bar­dzo.

Brady wy­bu­cha śmie­chem.

– Prze­stań ją stra­szyć, go­ściu.

Brady jest sek­sowny, ma twarde mię­śnie i groźne ta­tu­aże. Wiem, że wła­śnie gapi się na moje ob­na­żone plecy. Jest poza moją ligą.

Oczy­wi­ście to je­dyny spo­sób, by fa­cet taki jak on mnie do­ty­kał.

Prze­ły­ka­jąc ślinę, po­ta­kuję i przy­trzy­muję ko­szulę przy piersi.

– Zróbmy to. Nie stchó­rzę.

Od­ro­bi­łam za­da­nie, spraw­dzi­łam, ja­kie jest naj­bar­dziej opty­malne miej­sce, na­czy­ta­łam się o bólu, me­to­dach i tak da­lej. Te­raz mu­szę już tylko zde­cy­do­wać się na ten ostatni ważny krok. To bę­dzie rok ro­bie­nia róż­nych rze­czy po raz pierw­szy.

– Co za dziew­czyna. Obie­cuję, że będę de­li­katny. – Brady od­suwa się ode mnie, roz­lega się brzę­cze­nie, ale za­raz cich­nie.

Tra­vis ści­ska mnie moc­niej.

– Gdyby twoja mama się do­wie­działa, że to ro­bisz, za­bi­łaby mnie – szep­cze, po­chy­la­jąc się nade mną.

Wy­su­wam rękę z dłoni mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, żeby go trzep­nąć.

– Co się z tobą dzieje? Nie pora na gadki o mo­jej ma­mie.

Dłoń w czar­nej rę­ka­wiczce prze­suwa się po moim ra­mie­niu, Brady od­chyla ra­miączko mo­jego czar­nego ko­ron­ko­wego sta­nika. Tak, do cho­lery, za­ło­ży­łam sek­sowną bie­li­znę.

– Po­czu­jesz zimno – mówi ci­cho.

Spi­nam mię­śnie, a on śmieje się pod no­sem.

– Skar­bie, roz­luź­nij się. To nie jest mój pierw­szy raz. – Głos Brady’ego brzmi tak uwo­dzi­ciel­sko, że aż czuję dresz­cze. Ta­tu­aży­sta po­woli na­ciera moją skórę, po­wie­trze wy­peł­nia woń al­ko­holu. – Do­brze się tobą zajmę. To, co so­bie wy­obra­żasz, jest gor­sze niż rze­czy­wi­stość. Za­ufaj mi. Z po­czątku bę­dzie bo­lało, ale przy­wyk­niesz do tego. Bę­dziesz czuła dys­kom­fort tylko przez kilka dni.

Ja pier­dzielę. Na­prawdę to ro­bię.

Zer­kam przez ra­mię i pa­trzę mu w oczy. Brady uśmie­cha się, czuję mo­tyle w brzu­chu. Uci­ska pal­cem mój mię­sień czwo­ro­boczny.

– Tu­taj? – pyta.

Po­ta­kuję, za­my­kam oczy i kładę brodę na opar­ciu krze­sła.

– Jest na­prawdę piękny. – Stuka w prze­zro­czy­stą kartkę z wzo­rem.

– To Gwiazda Po­larna. Że­bym umiała od­na­leźć swoją drogę – mó­wię bar­dziej do sie­bie niż do niego.

Brady przy­kłada pa­pier do mo­jej skóry i za­czyna po­cie­rać. Po­tem znowu sły­szę bzy­cze­nie i igła wnika w moją skórę.

Roz­dział 1

Trzy ty­go­dnie póź­niej

Dani

Opusz­kiem palca do­ty­kam wy­ta­tu­owa­nej li­nii na ra­mie­niu. Pa­mięć mię­śni pro­wa­dzi moją rękę do osi prze­cię­cia pół­nocy i po­łu­dnia, gdzie mam na­dzieję od­na­leźć rów­no­wagę. Bez­pieczny port. Sta­bi­li­za­cję.

Czuję ją w ko­ściach. Na­dzieję. Gdy za­czy­nam po­wta­rzać so­bie swoją mo­ty­wa­cyjną gadkę, na mo­ich ustach po­ja­wia się uśmiech.

Staje się peł­niej­szy… aż na­gle moja nowa współ­pra­cow­nica kła­dzie przede mną stos pa­pie­rów.

Laura po­syła mi me­cha­niczny uśmiech.

– Mam już plany na week­end, więc zo­sta­wiam to to­bie. Jako stu­dentka mar­ke­tingu po­win­naś się w tym do­brze od­na­leźć.

Za­ję­cia na uczelni jesz­cze się nie roz­po­częły, a ona już się ze mną dro­czy. Przy­gry­zam po­li­czek i pró­buję uło­żyć do­ku­menty na biurku.

Laura i ja je­ste­śmy no­wymi asy­stent­kami pro­fe­sora Zin­zera. Tej je­sieni bę­dziemy ko­or­dy­no­wać prace wszyst­kich stu­den­tów w pra­cowni i przy­go­to­wy­wać ma­te­riały na jego za­ję­cia. Do pro­wa­dze­nia swo­jego biura za­wsze za­trud­nia jedną stu­dentkę sztuki i jedną stu­dentkę za­rzą­dza­nia. Dzięki temu, że mój naj­lep­szy przy­ja­ciel Tra­vis stu­dio­wał u Zin­zera w po­przed­nim se­me­strze, mia­łam prze­wagę nad in­nymi i po­ko­na­łam wielu kan­dy­da­tów ubie­ga­ją­cych się o tę ro­botę.

Wkła­dam stos do­ku­men­tów do torby. Już się nie uśmie­cham.

– Zin po­trze­buje ich na po­nie­dzia­łek – szcze­bio­cze Laura.

In­nymi słowy, po­trze­buje ich na po­nie­dzia­łek po dłu­gim week­en­dzie z oka­zji Święta Pracy.

Za­ci­skam zęby.

Lau­rze na­wet odro­binę nie jest głu­pio, że zrzu­ciła to na mnie. Za­rzuca włosy na ra­mię.

– Dzięki, Dani – mówi. Aż się wzdry­gam, sły­sząc nie­zbyt sub­telny kom­ple­ment. – Je­steś taka… miła.

Gdy­bym była po­sta­cią z ko­miksu, z uszu bu­cha­łaby mi para. Żad­nego słowa bar­dziej nie nie­na­wi­dzi­łam. Je­śli jesz­cze raz usły­szę od ko­goś, że je­stem miła, nie zdzierżę tego. „Miła” spra­wia, że czuję się od­rzu­cona. Po­py­chana. Igno­ro­wana.

Kiedy by­łam dziec­kiem, są­dzi­łam, że po pro­stu mam do­bre ma­niery. Co, do cho­lery, jest złego w tym, że ktoś jest uprzejmy? Ale te­raz wi­dzę, że taki opis czło­wieka nie pa­suje do Bo­stonu, gdzie wszy­scy są znacz­nie bar­dziej ner­wowi. Środ­kowy Za­chód jest bar­dziej przy­ja­zny. Gdy ktoś na cie­bie wpad­nie w Chi­cago, mówi „prze­pra­szam”. Tu­taj prze­klina i spy­cha cię z drogi. Przy­zwy­cza­iłam się do szyb­szego tempa ży­cia, ale to nie ozna­cza, że mogę być ta­kim po­py­cha­dłem.

Mama po­wie­dzia­łaby „pier­dol się miło”. Chi­cho­czę pod no­sem. Jest bar­dziej wul­garna od po­łowy chło­pa­ków w szkole.

Do­my­ślam się, że tak się dzieje, kiedy umiera się z po­wodu na­czy­nia­ko­mię­śniaka.

Śmiech za­miera na mo­ich ustach, mru­gam oczami, żeby po­zbyć się przy­tła­cza­ją­cych mnie emo­cji, które po­ja­wiają się, ile­kroć my­ślę o ma­mie. Wal­czyła z ca­łych sił, żeby żyć, na­wet gdy stra­ciła wszyst­kie włosy i obie piersi. I po­ko­nała go. Przy­naj­mniej na ra­zie.

Kiedy wcho­dzę do mo­jego po­koju w aka­de­miku, na­dal my­ślę o tym, co chcia­ła­bym po­wie­dzieć Lau­rze. Dla­czego ni­gdy nie umiem zna­leźć od­po­wied­nich słów we wła­ści­wej chwili? Pa­trząc na stos do­ku­men­tów uło­żo­nych na biurku, czuję się tak sfru­stro­wana, że aż boli mnie żo­łą­dek. Przez cały week­end będę uzie­miona i za­miast się roz­pa­ko­wy­wać, będę przy­go­to­wy­wać bro­szury dla pro­fe­sora.

Moje spoj­rze­nie pada na mur z kar­to­nów usta­wiony w ma­łym po­ko­iku, który dzielę z dziew­czyną po­znaną w ze­szłym se­me­strze. Jenna jest prze­za­bawna. Cho­dzi­ły­śmy ra­zem na za­ję­cia z so­cjo­lo­gii. Były tak nudne, że, żeby się ro­ze­rwać, pi­sa­ły­śmy do sie­bie pi­kantne ese­mesy i spraw­dza­ły­śmy, która pierw­sza wy­buch­nie śmie­chem. Za­wsze wy­gry­wała. No tak, wy­kła­dowca mnie znie­na­wi­dził. Ale gdy Jenna pi­sała: „Chcę udła­wić się Twoim gru­bym ku­ta­sem”, nie mo­głam się po­wstrzy­mać i re­cho­ta­łam.

Jej po­łu­dniowy za­śpiew i per­fek­cyjne blond włosy z po­czątku od­rzu­cają czło­wieka. Naj­pierw my­ślisz so­bie, że jest sztywną suką, ale ona po chwili cię obej­muje i za­cho­wuje się, jak­by­ście znały się od lat. Nie mam po­ję­cia, jak za­przy­jaź­niła się z na­szą współ­lo­ka­torką Clem. Wi­dzia­łam ją tylko raz, ale dziew­czyna spra­wia wra­że­nie zim­nej jak góra lo­dowa. He­loł, wy­wró­ciła oczami, kiedy za­py­ta­łam ją, czy po­do­bały jej się Pa­mięt­niki wam­pi­rów.

Mu­szę za­ła­twić kilka spraw. W dro­dze do drzwi wyj­ścio­wych za­trzy­muję się przed lu­strem, żeby przy­gła­dzić dłu­gie włosy. Przy­po­mi­nam z wy­glądu swoją mamę.

Każdy mi mówi, że wy­glą­dam tak samo jak ona, gdy była młoda. Mam zie­lone oczy, ja­sną cerę i ciem­no­brą­zowe włosy z ró­żo­wymi pa­sem­kami, które po­far­bo­wa­łam w ze­szłym mie­siącu, a dzięki Vic­to­ria’s Se­cret mam wy­pu­kło­ści w od­po­wied­nich miej­scach.

Po­sta­na­wiam nie ro­bić ma­ki­jażu, biorę kurtkę i wy­cho­dzę.

Po­dróż me­trem trwa krótko, a kiedy do­cie­ram na po­wierzch­nię, mu­szę osło­nić oczy przed po­po­łu­dnio­wym słoń­cem. Cze­ka­jąc na zie­lone świa­tło, bez­wied­nie ga­pię się na fa­ceta, który pró­buje wy­nieść dzie­sięć pu­de­łek pizzy przez drzwi re­stau­ra­cji kilka kro­ków ode mnie. Pod­cho­dzę do niego, na­ci­skam klamkę i otwie­ram przed nim drzwi. Ką­tem oka wi­dzę ja­sne włosy dziew­czyny prze­my­ka­ją­cej przez re­stau­ra­cję, a po se­kun­dzie sły­szę jej chi­chot.

– Mam na­dzieję, że dasz radę zjeść te wszyst­kie pizze z ko­le­gami – mówi na przy­de­chu. Nie wiem, czy pró­buje być sek­sowna, czy za­sa­pała się, bie­gnąc w jego stronę.

Wy­wra­cam oczami, ale wciąż stoję i przy­trzy­muję drzwi. Chło­pak przy­ci­ska ra­mię do szyby i wy­bu­cha śmie­chem.

– Je­stem pe­wien, że damy radę. Dzię­kuję, hm…

– Ta­mara.

– Ta­maro. Dzięki.

Przez szybę wi­dzę, jak dziew­czyna wy­ma­chuje ja­kąś kartką.

– Masz, za­dzwoń do mnie, je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał do­dat­ko­wych ust do tego… je­dze­nia. – Spo­sób, w jaki wy­ma­wia słowo „usta” su­ge­ruje, że nie mówi o pizzy. Ob­le­cha.

Jej syl­wetka znika za chło­pa­kiem, który trzyma ręce na sto­sie kar­to­nów, więc nie wi­dzę, czy bie­rze od niej kar­teczkę, ale po chwili pro­stuje się, jakby coś go za­sko­czyło.

Gdy dziew­czyna po­ja­wia się w za­sięgu mo­jego wzroku, ma pu­ste ręce. Okej, chyba wsu­nęła swój nu­mer te­le­fonu do kie­szeni jego spodni.

W po­rządku.

Chło­pak od­chrzą­kuje, za­nim od­zywa się do blon­dynki:

– Dzięki, la­leczko.

Kiedy po­now­nie wy­cho­dzi na chod­nik, mogę mu się po raz pierw­szy przyj­rzeć. Ma oku­lary prze­ciw­sło­neczne typu awia­tor, więc nie wi­dzę jego oczu, ale cała reszta jest cał­kiem sek­sowna. Jest wy­soki i szczu­pły. Cerę ma w od­cie­niu ja­snego kar­melu, jakby czę­sto prze­by­wał na słońcu. Jego ja­sno­brą­zowe włosy wy­glą­dają jak ucze­sane wia­trem. Pod ko­szulką prężą się twarde bi­cepsy, od któ­rych nie mogę ode­rwać oczu.

Za mną za­trzy­muje się SUV.

– Po­spiesz się, Jax. Nie mam za­miaru ro­bić jesz­cze jed­nego kółka – krzy­czy chło­pak z auta.

Jax śmieje się i od­wraca. W końcu mnie za­uważa i prze­chyla głowę. Znowu od­chrzą­kuje.

– Prze­pra­szam, że za­blo­ko­wa­łem wej­ście. Straszny ze mnie du­pek.

Mru­gam.

Uśmie­cha się do mnie, a mnie wy­daje się, że nie­biosa się roz­stą­piły, po­nie­waż jest tak za­je­bi­ście piękny. Pa­trze­nie na niego aż boli, ale za­nim je­stem w sta­nie ze­brać się na od­wagę, żeby coś po­wie­dzieć, jego kum­pel wci­ska klak­son. Jax pa­trzy na SUV-a, a po­tem na mnie, uśmie­cha się po­now­nie i od­cho­dzi.

O nie! By­łoby miło, gdy­bym zdo­łała coś po­wie­dzieć, gdy na­stęp­nym ra­zem za­gada do mnie za­bój­czo przy­stojny fa­cet.

Roz­dział 2

Jax

Mu­zyka dudni ze sto­ją­cego za mną ste­reo, ale po po­po­łu­dnio­wym tre­ningu je­stem zbyt zmę­czony, żeby się od­wró­cić i ją ści­szyć. Par­skam śmie­chem.

– Go­ściu, twoja sio­stra się upiła.

Sammy sie­dzi roz­wa­lona na krze­śle ze swoją ma­giczną kulą nu­mer 8 i gapi się na nią, jakby za­bawka znała wszyst­kie od­po­wie­dzi. Mój współ­lo­ka­tor, a jej brat Nick, rzuca tylko na nią okiem, po czym wraca do swo­ich kart.

– Na­wet nie myśl o pie­prze­niu mo­jej sio­stry, Jax.

Ude­rzam go w ra­mię.

– Ty dupku. Wiesz, że są dwa ro­dzaje dziew­czyn, któ­rych ni­gdy nie ty­kam – młod­sze sio­stry i współ­lo­ka­torki.

Nick unosi jedną brew.

– Wi­dzia­łem współ­lo­ka­torki two­jej sio­stry. Żad­nej ni­gdy nie wzią­łeś w ob­roty?

– Żar­tu­jesz so­bie? Clem urwa­łaby mi jaja i we­pchnęła je do gar­dła, gdy­bym do któ­rejś się zbli­żył. Ota­cza je opieką. – Co by o niej nie mó­wić, moja sio­stra bliź­niaczka jest na­rwana.

Nie wspo­mi­nam o nie­szczę­snym pierw­szym roku stu­diów.

Sammy hi­ste­rycz­nie się śmieje i po­trząsa swoją kulą.

– Czy jest ja­kiś fa­cet, który po­ko­cha mnie na za­wsze? – Zerka w czarny trój­kąt na dole kuli. Pro­mie­nieje, czy­ta­jąc od­po­wiedź. – Z całą pew­no­ścią.

Wy­wra­ca­jąc oczami, biorę duży łyk piwa i prze­glą­dam wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie. Kelly, Ja­mie, Emma. Go­rące la­ski. Ka­tie. La­nie. Jesz­cze go­ręt­sze.

My­ślami wra­cam do dziew­czyny sto­ją­cej przed piz­ze­rią, tej, która po po­łu­dniu przy­trzy­mała mi drzwi. Nie wiem, dla­czego o niej my­ślę. Była piękna, ale bez ma­ki­jażu wy­glą­dała na bar­dzo młodą. Nie­winną i wiel­ko­oką.

Nie mój typ.

Za­sta­na­wiam się nad waż­niej­szymi ży­cio­wymi pro­ble­mami, ta­kimi jak roz­miar piersi, ale woda plu­ska­jąca w tej głu­piej kuli działa na mnie roz­pra­sza­jąco i od­rywa mnie od pla­no­wa­nia week­endu. Prze­chy­lam bu­telkę w stronę Sammy.

– Sam, z przy­kro­ścią mu­szę ci po­wie­dzieć, że to gówno zna­czy. Mam na­dzieję, że o tym wiesz, po­nie­waż za bar­dzo cię lu­bię, by po­zwo­lić ci my­śleć, że jest tu ja­kiś per­fek­cyjny fa­cet. – Młod­sza sio­stra Nicka cho­dzi do li­ceum i jest dość ładna, ale musi zmą­drzeć, bo ja­kiś ku­tas, taki jak ja, zła­mie jej serce. Ale to nie będę ja.

Pusz­cza moje słowa mimo uszu i wstrząsa kulą.

– Czy jest ja­kaś ide­alna dziew­czyna dla Jaxa Avery’ego, która sprawi, że prze­sta­nie się kur­wić? – Mruży oczy i od­czy­tuje od­po­wiedź, która po­ja­wia się na po­wierzchni. – Z pew­no­ścią tak.

Nick par­ska śmie­chem.

– Ile wy­pi­łaś? Oj­ciec sko­pie mi dupę, jak ju­tro wró­cisz do domu z ka­cem. – Wraca do swo­ich kart i do­daje pod no­sem: – Bo mu­sisz być pi­jana, skoro uwa­żasz, że to jest pi­sane Ja­xowi.

Sammy ma czkawkę, ję­czy, jakby coś ją bo­lało. Od­wraca się w moją stronę.

– Czy od­czu­wasz pustkę? Chciał­byś zna­leźć ja­kiś sens?

Ta dziew­czyna po­winna prze­stać oglą­dać tyle bab­skich fil­mów.

Biorę ko­lejną bu­telkę.

– To ma sens. Ozna­cza, że mogę po­dy­mać bez zo­bo­wią­zań. To piękna rzecz.

Robi taką minę, jak­bym na­srał jej na ta­lerz. Nie mam siły wy­ja­śniać, dla­czego związki są złym po­my­słem, ale gdyby tylko mo­gła przez dwie mi­nuty po­pa­trzeć na mo­ich ro­dzi­ców, sta­nę­łaby po mo­jej stro­nie.

Się­gam po ka­wa­łek pizzy, igno­ru­jąc ból w piersi.

– O któ­rej mamy ju­tro spo­tka­nie dru­żyny? Nick ze­zuje w moją stronę.

– O trze­ciej, ale ty po­wi­nie­neś być wcze­śniej. Sły­sza­łem, że tre­ner Pat­ter­son to twar­dziel.

– Dam radę. – Na­dal prze­glą­dam wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie, roz­my­śla­jąc o tym, jak spę­dzić ko­lejne dwa­dzie­ścia cztery go­dziny, za­nim piłka cał­ko­wi­cie zdo­mi­nuje moje ży­cie. Za­sta­na­wiam się nad Ka­tie na dzi­siej­szy wie­czór i może La­nie na ju­tro po po­łu­dniu.

Mam już za­dzwo­nić do Ka­tie, kiedy nad­cho­dzi ja­kaś wia­do­mość. Na­ta­sha. Jesz­cze le­piej. Je­ste­śmy przy­ja­ciółmi z bo­nu­sem. Ale bez przy­jaźni.

Co ro­bisz wie­czo­rem?

Od­pi­suję, nie kry­jąc uśmie­chu: Będę cię pie­przył, aż za­czniesz wy­krzy­ki­wać moje imię.

Nie mija mi­nuta, gdy przy­cho­dzi od­po­wiedź:

Do­sko­nale. Będę za dwa­dzie­ścia mi­nut.

Sammy wzdy­cha, pa­trząc na mnie po­nad sto­łem, jakby wie­działa, co pla­nuję.

– Pew­nego dnia ja­kaś dziew­czyna sko­pie ci ty­łek, Jax. Mam na­dzieję, że to zo­ba­czę.

Dla­czego na­sto­latka po­ucza mnie na te­mat seksu?

– Nie ma szans, dzie­ciaku. Nie zwiążę się z żadną.

Już dawno się tego na­uczy­łem. Dziew­czyny są jak piwo. Mają uświet­nić sobą waż­niej­sze rze­czy.

***

Wci­skam gu­zik te­le­fonu i ekran się roz­świe­tla. Zo­stało tylko czter­dzie­ści pięć mi­nut do tre­ningu. Cho­lera. Przy­po­mi­nam so­bie ostrze­że­nie Nicka, że po­wi­nie­nem być wcze­śniej. Dla­czegotre­ningod­bywasięwśrodkudnia?Naj­le­piejćwi­czy mi się z sa­mego rana.

Od wczo­raj­szego wie­czoru mam zły hu­mor. Na­ta­sha i ja nie mo­gli­śmy wpaść w nasz zwy­kły rytm. Tak, oboje do­szli­śmy, ale mu­sia­łem się na­pra­co­wać.

Na­ta­sha to ro­syj­ska mo­delka, która ma pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i za­zwy­czaj wie, co lu­bię. Znamy się od roku. Nasz układ się spraw­dza. Spo­ty­kamy się, pi­jemy drinka lub dwa, tro­chę się po­śmie­jemy, pie­przymy się i idziemy każde w swoją stronę. Nie jest wy­lewna i jest bo­gata, więc mam pew­ność, że nie leci na mój fun­dusz po­wier­ni­czy. Nie mam po­ję­cia, dla­czego je­stem te­raz taki skwa­szony.

Mój na­strój jesz­cze się po­gar­sza, gdy na­sila się od­głos sior­ba­nia. Spo­glą­dam w dół i sta­ram się po­skro­mić gniew.

– La­leczko? Mu­simy koń­czyć. – Nie mam pa­mięci do imion.

„La­leczka” wiele uprasz­cza. Pa­suje do każ­dej. Tara, Tammy czy może Ta­mara pod­nosi wzrok i pró­buje się uśmiech­nąć z ustami peł­nymi mnie.

Boże, je­stem dup­kiem.

Wyj­muję ku­tasa z jej ust, uwa­ża­jąc na rząd błysz­czą­cych zę­bów, i cho­wam go w dżin­sach.

– Prze­pra­szam, Jax. – Ucieka oczami w bok. Kładę ręce na jej ra­mio­nach i po­ma­gam jej wstać. Nie każda dziew­czyna po­trafi ro­bić la­skę, choć jest to coś, czego po­winni uczyć w szko­łach obok sma­że­nia na­le­śni­ków. Dwie bar­dzo ważne umie­jęt­no­ści.

– Nie przej­muj się. Nie wie­dzia­łem, że jest tak późno. Może uda­łoby nam się spo­tkać in­nym ra­zem. – A może nie.

Aż za­świe­ciły jej się oczy. Zmu­szam się, żeby się uśmiech­nąć i ją przy­tu­lić, po czym biorę klu­czyki ze sto­lika.

Pod­cho­dzę do drzwi i do­strze­gam to w jej oczach. Chce, że­bym ją po­ca­ło­wał. Nie ma mowy. To nie ma nic wspól­nego z tym, jak ro­biła mi la­skę, i ma wiele wspól­nego z tym, jak śli­niła się na wi­dok mo­jego bmw M-5 Hur­ri­cane. Nie­mal wi­dzę sym­bole do­lara w jej oczach. Nie po­trze­buję ta­kich kom­pli­ka­cji. Co prawda do­piero za­czy­nam stu­dia praw­ni­cze, ale mogę się dok­to­ry­zo­wać z uni­ka­nia dziuń na­pa­lo­nych na kasę. Po­chy­lam się, żeby mu­snąć ustami jej po­li­czek, i dzię­kuję moim pier­do­lo­nym szczę­śli­wym gwiaz­dom, że je­ste­śmy u niej w miesz­ka­niu, po czym sal­wuję się ucieczką.

Gdy tylko do­cie­ram do mo­jej oazy sa­mot­no­ści, włą­czam mu­zykę i ru­szam z pi­skiem opon. Sil­nik mru­czy, a ja roz­ko­szuję się tym dźwię­kiem. Trzy­sta ty­sięcy, które za niego da­łem, to była oka­zja. Matka miała od­mienne zda­nie, ale kogo to ob­cho­dzi? Ma u mnie dług, któ­rego ni­gdy nie zdoła spła­cić.

Moje cacko w oka­mgnie­niu roz­pę­dza się do trzy­stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę. Ja­dąc po Chest­nut Hill, nie je­stem w sta­nie roz­wi­nąć jego moż­li­wo­ści, ale i tak do­cie­ram na te­ren kam­pusu w re­kor­do­wym cza­sie. Bo­ston Col­lege znaj­duje się za­le­d­wie trzy ki­lo­me­try od mo­jego domu, ale leży w sa­mym środku pod­miej­skiego pie­kła. Spo­kojne uliczki. Wy­ma­ni­kiu­ro­wane traw­niki. Za­dbane ma­muśki. Spa­ce­ro­wi­cze i inne gówno. Dla­czego uczel­nia nie może stać w po­bliżu Fen­way, jak uni­we­rek mo­jej sio­stry? Ża­łuję, że nie wzią­łem prysz­nica na bo­isku pił­kar­skim. W tym upale nie­do­brze mi się robi od za­pa­chu dam­skich per­fum na mo­jej skó­rze.

Tre­ner Pat­ter­son stoi przed try­bu­nami, na któ­rych za­siada reszta mo­jej dru­żyny, trzyma ręce skrzy­żo­wane na piersi, jakby był na­szym wła­ści­cie­lem. I chyba nim jest, przy­naj­mniej przez kilka ko­lej­nych mie­sięcy. Do tej pory dru­żynę pro­wa­dził stary asy­stent tre­nera, ten tu­taj pod­pi­sał umowę w ze­szłym ty­go­dniu.

– Jax Avery, miło wi­dzieć, że wresz­cie do nas do­łą­czy­łeś. Je­stem na czas, więc, do cho­lery, nie wiem, w czym pro­blem.

– Masz być dzie­sięć mi­nut przed roz­po­czę­ciem tre­ningu, w prze­ciw­nym ra­zie je­steś spóź­niony – war­czy, jakby czy­tał w mo­ich my­ślach.

Sta­ram się nie wy­wra­cać oczami i sia­dam obok Nicka, który szy­der­czo się uśmie­cha.

– Mó­wi­łem ci, że­byś był wcze­śniej – szep­cze.

– Mu­sia­łem jesz­cze za­li­czyć ob­cią­ganko. To źró­dło mo­jej nad­ludz­kiej siły. – Pod­no­szę rękę i na­pi­nam mię­śnie, kiedy roz­lega się gwiz­dek tre­nera.

– Słu­chaj­cie. Nie jest ta­jem­nicą, dla­czego zo­sta­łem za­trud­niony przez tę szkołę. W ze­szłym roku by­li­ście o włos od zwy­cię­stwa w mi­strzo­stwach. I co się stało? Po­łowa z was schlała się na wie­czór przed me­czem.

Ja nie. Nie pi­łem. Nie je­stem idiotą.

– A druga po­łowa zo­stała przy­ła­pana z la­skami w ich aka­de­miku o dru­giej w nocy. Więk­szość z tych mi­łych pań zo­stała za­wie­szona.

Okej, przy­znaję się do winy. Kto mógł wie­dzieć, że w aka­de­miku dziew­czyn obo­wią­zują tak re­stryk­cyjne re­guły?

– Pro­po­nuję, że­by­ście prze­stali my­śleć tym, co ma­cie po­mię­dzy no­gami, i li­czyli się z ludźmi, na któ­rych ma­cie wpływ. Na­leży zro­bić krok do przodu i się­gnąć po pierw­szą lo­katę. Kiedy w maju przy­szłego roku ukoń­czy­cie stu­dia, mam na­dzieję, że uj­rzę w was męż­czyzn, a nie ma­łych chłop­ców, któ­rzy za bar­dzo sku­piają się na so­bie, żeby my­śleć lo­gicz­nie. – Wzdy­cha i do­daje: – Je­stem prze­ko­nany, że wszy­scy wie­dzą, iż ten se­zon jest dłuż­szy. Me­cze roz­strzy­ga­jące od­będą się po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, co ozna­cza, że pod­czas prze­rwy świą­tecz­nej mu­si­cie się przy­czaić. Ma­cie się za­ko­pać pod zie­mię, bo je­śli do­wiem się, że zde­mo­lo­wa­li­ście ja­kiś po­kój ho­te­lowy w ośrodku wy­po­czyn­ko­wym, to wy­la­tu­je­cie. Bez mru­gnię­cia okiem.

Wszy­scy mil­czą, ale wiem, że chło­paki tylko cze­kają, aż tre­ner odej­dzie, żeby dać upust emo­cjom. Na­tych­miast uznają, że to był ja­kiś pie­przony żart.

Pat­ter­son prze­cha­dza się przez ja­kąś mi­nutę, po czym za­trzy­muje się przede mną i czeka na kon­takt wzro­kowy z mo­jej strony.

– Ko­niec z ole­wa­niem. Czas wy­ho­do­wać jaja i stać się od­po­wie­dzial­nym. Je­śli są­dzisz, że nie wy­le­cisz, bo je­stem tu nowy, to bar­dzo się my­lisz. Weź się w garść albo won. – Śmieje się, ale wiem, że nie jest mu do śmie­chu. – Nie będę trzy­mał was za rączki, cze­kał, aż wam się od­bije, i pod­cie­rał tył­ków. Tym niech zaj­mują się wa­sze mamy.

Ha, ha. Nie zna mo­jej matki.

Pat­ter­son ude­rza ręką w pod­kładkę na do­ku­menty.

– Wiem, że więk­szość z was chce grać pro­fe­sjo­nal­nie. Ma­cie ku temu nie­złe za­datki, więc w tym roku po­win­ni­śmy zdo­być mi­strzo­stwo, pod wa­run­kiem że bę­dzie­cie sku­piać się na tym, co naj­waż­niej­sze.

Oto jest py­ta­nie, co nie? Co jest naj­waż­niej­sze? Chciał­bym wie­dzieć.

Roz­dział 3

Dani

Po po­łu­dniu pró­buję się ro­ze­rwać i spo­ty­kam się z Tra­vi­sem, ale prawda jest taka, że do po­nie­działku będę miała urwa­nie dupy.

Mam ochotę na­ko­pać Lau­rze. Oczy­wi­ście tego nie zro­bię, ale mu­szę na­uczyć się aser­tyw­no­ści, w prze­ciw­nym wy­padku bę­dzie mnie wy­ko­rzy­sty­wała przez cały rok. Teo­re­tycz­nie wiem, jak to zro­bić. W prak­tyce nie je­stem pewna, czy zdo­będę się na od­wagę.

Na przy­kład wczo­raj nie po­tra­fi­łam wy­krztu­sić słowa do tego przy­stoj­niaka! Uśmie­cha się do mnie, a ja stoję jak słup soli. Stu­diuję na świet­nej uczelni i mam wy­soką śred­nią ocen. Można by przy­pusz­czać, że po­sia­dam ja­kieś umie­jęt­no­ści ję­zy­kowe.

Tra­vis jest nie­za­do­wo­lony, od­kąd wy­szli­śmy ze stu­dia ta­tu­ażu.

Chce mi się z tego śmiać. Kiedy kilka ty­go­dni temu zro­bi­łam so­bie ta­tuaż, Tra­vis rów­nież za­pra­gnął dziary. Ale dzi­siaj stchó­rzył, więc ja da­łam so­bie zro­bić pier­cing. Sztur­cham go bio­drem i strą­cam z chod­nika.

– Na­dal po­żą­dasz Brady’ego, prawda?

Od­wraca się w moją stronę, czarne włosy opa­dają mu na twarz.

– Co mnie zdra­dziło?

– To tylko prze­czu­cie. Szkoda, że Brady nie gra w two­jej dru­ży­nie.

– Ci do­brzy ni­gdy nie grają.

– Wy­da­wało mi się, że buja się w to­bie. – Tra­vis po­syła mi swój cha­rak­te­ry­styczny krzywy uśmiech, a ja kręcę głową. Wy­daje mu się, że po­do­bam się każ­demu fa­ce­towi.

– Brady jest już męż­czy­zną. Ma chyba dwa­dzie­ścia pięć czy sześć lat. Co naj­mniej. A ja do­piero skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia. Poza tym on jest cały umię­śniony i sek­sowny. Nie ma szans, żeby się mną in­te­re­so­wał.

Ko­lej Tra­visa na krę­ce­nie głową i pa­trze­nie na mnie, jak­bym była sza­lona.

Ale to nie wszystko. Cho­ciaż Brady jest przy­stojny, nie mogę prze­stać my­śleć o chło­paku z re­stau­ra­cji. Jax. Cho­lera. Na­wet jego imię jest sek­sowne. Je­den jego uśmiech, a ja już zdej­muję majtki przez głowę. To wła­śnie kara za to, że pa­trzy­łam z góry na dziew­czynę, która dała mu swój nu­mer.

Tra­vis sztur­cha mnie łok­ciem.

– By­łaś pod­nie­cona, gdy Brady po­ło­żył na to­bie dło­nie?

– Tak, do­póki mnie nie dźgnął igłą. Dwa razy. – Po­pra­wiam ra­miączko sta­nika. – Jak my­ślisz, czy one… są ładne? – Nie umiem mó­wić o pier­cingu i się przy tym nie ru­mie­nić.

Tra­vis wy­mija star­szą pa­nią idącą w prze­ciw­nym kie­runku, spo­gląda na mnie i prze­lot­nie omiata wzro­kiem moje piersi.

– Są sza­łowe i cu­downe.

– Nie wy­glą­dam z nimi jak me­nelka? – py­tam bez za­sta­no­wie­nia, ale przy­naj­mniej py­ta­nie jest szczere.

– Pew­nie, że nie.

Po­doba mi się, że od­po­wiedź pada bez na­my­słu.

– Czyli chcia­ła­byś jesz­cze wię­cej mo­dy­fi­ka­cji ciała? Świet­nie z tym wy­glą­dasz.

Uśmie­cham się. Tra­vis za­wsze spra­wia, że czuję się piękna. Na pierw­szym roku miesz­ka­li­śmy na tym sa­mym pię­trze i od razu się ze sobą skum­plo­wa­li­śmy. Przez ostat­nie dwa lata by­li­śmy nie­mal nie­roz­łączni. Jest śliczny, ma czarne włosy i oczy ko­loru cze­ko­lady. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel jest wy­soki i smu­kły. To taki typ my­śli­ciela. Wszy­scy chłopcy go uwiel­biają. Ja też. Wy­pła­ki­wa­łam się na jego ra­mie­niu, gdy wio­sną ze­rwa­łam z Re­idem.

– Poza tym je­śli ktoś tu jest me­ne­lem, to ra­czej ja. Pa­mię­tasz? – Po­now­nie mnie sztur­cha. – Je­steś zbyt nie­winna, żeby zo­stać me­nelką.

Może na tym po­lega mój pro­blem. Fa­ceci po­strze­gają mnie jako grzeczną i miłą dziew­czynkę.

Głę­boko wzdy­cham.

– My­ślisz, że to dla­tego Reid prze­stał się mną in­te­re­so­wać?

– Reid prze­stał się tobą in­te­re­so­wać, bo jest de­bi­lem. To, że prze­spał się z twoją współ­lo­ka­torką parę go­dzin po roz­sta­niu z tobą, po­twier­dza tę tezę. A ty prze­cież nie by­łaś dzie­wicą. Po pro­stu nie wska­ku­jesz do łóżka każ­demu fa­ce­towi na świe­cie.

Wiem, że nie je­stem brzydka, nie je­stem też osobą, która ocze­kuje kom­ple­men­tów, ale fa­ceci wi­dzą we mnie dziew­czynę z są­siedz­twa, więc ra­czej nie przy­cią­gam ta­kich, któ­rych chcia­ła­bym za­trzy­mać na dłu­żej w łóżku. Ra­czej tych, któ­rzy wolą szybki nu­me­rek. Reid nie był wy­jąt­kiem. To dla­tego by­łam tak zszo­ko­wana ze­szłej wio­sny, gdy zo­ba­czy­łam, że wy­myka się z po­koju Ash­ley go­dzinę po tym, jak usły­sza­łam od­głosy porno do­cho­dzące zza drzwi. Przy­znaję, że ze­rwa­li­śmy ze sobą kilka dni wcze­śniej, ale mimo wszystko. Mdli mnie na myśl o tym, co krzy­czała. Moc­niej! O, Boże, tak, pieprz mnie moc­niej!

Są­dzi­łam, że po­de­rwała któ­re­goś z chło­pa­ków, na któ­rych miała oko. Co za na­iw­ność, jesz­cze jej ki­bi­co­wa­łam, cie­sząc się, że zna­la­zła ja­kie­goś na­pa­lo­nego go­ścia. Ale gdy drzwi się otwo­rzyły, uj­rza­łam w nich mo­jego by­łego chło­paka z go­łym tor­sem, roz­pię­tymi dżin­sami le­d­wie trzy­ma­ją­cymi się na jego bio­drach i jesz­cze na wpół na­brzmia­łym pe­ni­sem wy­brzu­sza­ją­cym się pod spodniami. Bra­ko­wało mu na­wet przy­zwo­ito­ści, by oka­zać za­że­no­wa­nie. Za­miast tego spoj­rzał na mnie w taki spo­sób, jakby chciał mi za­ko­mu­ni­ko­wać, że to ja je­stem pro­ble­mem, a nie on. Ja!

Boże, mam na­dzieję, że uda­wała.

Kiedy oglą­dam ta­kie sceny w fil­mach, po­rzu­cona ko­chanka za­wsze mówi coś bły­sko­tli­wego, żeby zra­nić fa­ceta i po­ka­zać mu, co stra­cił. Ale nie ja. Mnie ode­brało mowę. Nie wy­krztu­si­łam ani słowa. Na­dal mam ochotę strze­lić so­bie w łeb za to, że nic nie po­wie­dzia­łam.

W za­sa­dzie pra­wie w ogóle nie od­zy­wa­łam się do szczę­śli­wej pary, ile­kroć ich ra­zem wi­dzia­łam. Na­tu­ral­nie roz­pra­szał mnie wi­dok Re­ida pró­bu­ją­cego po­ma­so­wać ję­zy­kiem jej dziurki w no­sie. Trzeba przy­znać, że Ash­ley jest wy­soka i olśnie­wa­jąca. Ja przy niej je­stem pig­me­jem, więc ab­so­lut­nie nie wi­nię jej, że zwró­cił na nią uwagę. Ale czy na­prawdę mu­szą ro­bić ta­kie rze­czy na mo­ich oczach? W końcu cho­dzi­łam z nim przez pra­wie rok.

#Co­Za­Strata

Kiedy na­tknę­łam się na nich w ze­szłym ty­go­dniu, są­dzi­łam, że to już prze­szłość. Ale wtedy ona oskar­żyła mnie, że gdy wy­pro­wa­dza­łam się w po­przed­nim se­me­strze, ukra­dłam jej na­szyj­nik. Udało mi się za­le­d­wie wy­krztu­sić kilka słów, za­zgrzy­tać zę­bami i po­fan­ta­zjo­wać o tym, że wy­mie­rzam jej cios pro­sto w nerkę.

Tra­vis i ja zbli­żamy się do pie­karni, więc po­sta­na­wiam za­trzy­mać się, żeby coś zjeść. Za­pach chleba na za­kwa­sie spra­wia, że bur­czy mi w brzu­chu i w jed­nej chwili prze­staję my­śleć o tym dupku, moim by­łym.

Sia­damy w bok­sie i skła­damy za­mó­wie­nie, po czym otwie­ram mój dzien­nik.

– Sprawy nu­mer je­den i dwa: zro­bione! – Wyj­muję z torby neo­no­wo­ró­żowy pi­sak i od­ha­czam dwa punkty.

– Masz li­stę? – Wy­czu­wam w gło­sie Tra­visa szy­der­stwo, które pod­kre­ślają jego unie­sione brwi.

Po­sy­łam mu zna­czący uśmiech.

– Ma mi przy­po­mi­nać, co mam zro­bić, że­bym się nie po­gu­biła.

– Mogę ją zo­ba­czyć?

– Już wiesz, co na niej jest, a gdy zo­ba­czysz ją na wła­sne oczy, bę­dziesz się na mnie wy­ży­wał.

Mimo to sięga po no­tes i cią­gnie go do sie­bie jak bul­dog, aż nie pusz­czam. Przy­glą­dam mu się, kiedy spoj­rze­niem omiata stronę.

– Zro­bić so­bie ta­tuaż, prze­bić so­bie coś, pójść z kimś na jedną noc. – Tra­vis pod­nosi oczy znad kartki. – Po­win­naś za­cząć od trze­ciego punktu. Wię­cej za­bawy. A poza tym nie wiąże się z bó­lem. No chyba, że lu­bisz.

Jego brwi uno­szą się jesz­cze wy­żej, a ja wy­bu­cham śmie­chem.

– Chyba ra­czej cho­dzi o sa­mo­po­zna­nie, a ja jak dziecko do­piero sta­wiam pierw­sze kroki. A przy­naj­mniej taki mia­łam za­miar.

Tra­vis czeka, aż kel­nerka po­stawi na­sze sa­łatki, a gdy ko­bieta od­cho­dzi, po­chyla się w moją stronę.

– Punk­tów je­den i dwa nie na­zwał­bym dzie­cię­cymi kro­kami – mówi ci­cho, sięga po mój pi­sak i coś za­pi­suje na kartce.

– Hej, nie po­zwo­li­łam ci tam pi­sać. – Nikt, na­prawdę nikt, nie ma prawa pi­sać w moim dzien­niku. To w po­ło­wie pa­mięt­nik, w po­ło­wie szki­cow­nik. Nie ma tam ni­czego, o czym Tra­vis by nie wie­dział.

– Za późno – oznaj­mia śpiew­nym i uro­czy­stym to­nem, który pa­suje do jego za­do­wo­lo­nej miny.

Czy­tam na głos punkt czwarty.

– Za­tań­czyć na ba­rze. – Kręcę głową. – Tra­vis, to ta­kie ku­rew­skie.

Pry­cha.

– To ty chcesz przy­god­nego seksu.

Roz­glą­dam się po re­stau­ra­cji i rzu­cam w niego grzanką.

– Mo­żesz mó­wić ci­szej? To nie do końca tak, że chcę dać się prze­le­cieć. Po pro­stu…

– Wiem. Twój były cię wkur­wił i chcesz wy­czy­ścić konto. Ja­kiś go­rący ogier na pewno po­może – mówi, chwy­ta­jąc moją dłoń.

– Ro­zu­miem, że Reid jest dup­kiem, ale czy na­prawdę musi cho­dzić z Ash­ley? – Na samą myśl o tym, jak roz­grze­wali do czer­wo­no­ści jej łóżko, na­dal mam ochotę wy­dłu­bać im oczy tę­pym ołów­kiem.

– Żyj i się ucz, kotku. Wi­dzisz, nie mu­sisz już mar­twić się su­kami, po­nie­waż te­raz wiesz, czego się spo­dzie­wać. Po­win­naś uwa­żać na te, które wy­dają się przy­ja­zne.

– Głę­bo­kie prze­my­śle­nia.

– Wciąż nie mogę uwie­rzyć, że nie da­łaś im po­pa­lić.

– A co mia­łam po­wie­dzieć? „Ash­ley, by­łaś świetną współ­lo­ka­torką, do­póki nie za­czę­łaś sy­piać z fa­ce­tem, z któ­rym cho­dzi­łam przez dzie­sięć mie­sięcy?” – Zgnia­tam ser­wetkę i znowu kręcę głową. – Wiesz, że nie spraw­dzam się pod­czas kon­fron­ta­cji.

Tra­vis lekko wy­pina pierś.

– Z przy­jem­no­ścią sko­pał­bym jego prze­bie­głą dupę. I tak je­steś dla niego zbyt do­bra. Za­słu­guje na tę durną blon­dynę. Reid miał być pew­nia­kiem, kimś sta­łym na pięć lat oraz przy­szłość z pla­nem eme­ry­tal­nym. W sfe­rze seksu co prawda nie było trzę­sie­nia ziemi, ale wy­da­wało mi się, że wza­jem­nie się sza­nu­jemy i przy­jaź­nimy. By­łam idiotką, są­dząc, że to się li­czy.

– Na zdzi­ro­wate la­ski za­wsze go­towe na ob­cią­ganko.

Na do­miar złego Ash­ley wy­pro­wa­dziła się ra­zem z na­szą współ­lo­ka­torką, przez co w ostat­niej chwili mu­sia­łam zor­ga­ni­zo­wać so­bie kąt do spa­nia na trzeci rok stu­diów. Gdyby Jenna nie spy­tała mnie, czy chcia­ła­bym za­miesz­kać z nią i jej przy­ja­ciół­kami, nie wiem, co bym zro­biła.

Sprawa z Ash­ley do­pro­wa­dziła do tego, że stre­suję się na myśl, że mam za­miesz­kać z kimś no­wym.

Jenna jest za­bawna, ale w za­sa­dzie nie za do­brze się znamy. Kilka razy wy­głu­pia­ły­śmy się w kla­sie i parę razy ra­zem się uczy­ły­śmy.

Je­śli mam być szczera, tro­chę oba­wiam się Clem. Har­per wy­daje się miła, ale roz­ma­wia­łam z nią przez dwie mi­nuty. Po­nadto cała ich trójka jest na ostat­nim roku i przy­jaź­nią się od po­czątku stu­diów. Ja je­stem nowa.

– Dla­czego nie mogę po pro­stu za­miesz­kać z tobą? Czemu mu­szę miesz­kać z ob­cymi? – py­tam po­mię­dzy kę­sami je­dze­nia.

– Po­nie­waż ży­jemy w pu­ry­tań­skim spo­łe­czeń­stwie, które oba­wia się, że mój pe­nis cię zde­pra­wuje, a ich wa­giny nie – wzdy­cha Tra­vis.

Par­skam śmie­chem i za­nim zdążę za­sło­nić usta, pluję ka­wał­kami sa­łaty.

Tra­vis chwyta moją drugą rękę.

– Za­wsze mo­żesz przyjść i zo­stać u mnie na parę dni, je­śli coś nie bę­dzie po two­jej my­śli. Wiem, że Za­chodni Kam­pus nie jest tak od­jaz­dowy, jak sze­re­gowce przy Bay State Road, ale ile­kroć zmę­czysz się nad­mia­rem es­tro­genu, bę­dziesz mo­gła od­sap­nąć w CasadeTra­vis.

On i ja mamy czę­ściowe sty­pen­dia na za­kwa­te­ro­wa­nie i wy­ży­wie­nie, ale tylko wtedy, gdy miesz­kamy w kam­pu­sie. Są­dzę, że świet­nie by nam się ra­zem miesz­kało, ale nie ma szans na to, by było nas stać na czynsz w tej oko­licy.

– Dzięki. Je­steś naj­lep­szy. Je­stem pewna, że bę­dzie do­brze. – Mam na­dzieję. Po­now­nie rzu­cam w niego grzanką. – Za­re­zer­wuj dla mnie so­botni wie­czór, do­brze?

– Pew­nie. A co?

– Jenna robi im­prezę, a skoro nie znam żad­nej z jej przy­ja­ció­łek, po­trze­buję wspar­cia. Chcą iść na Lans­downe Street, a prze­cież tam są twoje te­reny ło­wiec­kie.

Ca­ges, klub na­le­żący do jego wujka, jest jed­nym z naj­mod­niej­szych lo­kali w oko­li­cach parku Fen­way, który cią­gnie się wzdłuż wschod­niej czę­ści kam­pusu. Od­kąd za­czę­li­śmy stu­dia, jest to na­sze ulu­bione miej­sce spo­tkań. Do­dat­kową ko­rzy­ścią jest to, że jego wu­jek po­zwala nam wcho­dzić za darmo.

– Chęt­nie. – Tra­vis unosi wi­de­lec do ust, ale za­trzy­muje się w pół drogi. – Może przy oka­zji od­ha­czymy ko­lejny punkt na two­jej li­ście. – Mruga do mnie, a ja wy­wra­cam oczami.

O, Boże. Mam na­dzieję, że mówi o tańcu na ba­rze.

Roz­dział 4

Jax

Za­sta­na­wiam się nad tym przez cały czas, gdy bie­gam po bo­isku. Dla­czego, do cho­lery, nie do­sze­dłem po po­łu­dniu? Kogo ob­cho­dzi, że jej tech­nika wy­maga więk­szej wprawy? Uwaga dziew­czyny sku­piona na moim ku­ta­sie po­winna wy­star­czyć do peł­nej sa­tys­fak­cji. A jed­nak wczo­raj w nocy z Na­ta­shą rów­nież nie wszystko po­szło po mo­jej my­śli.

Pró­buję ode­pchnąć od sie­bie obawę, że coś ze mną jest nie w po­rządku. Może przy­szedł czas, że­by­śmy z Na­ta­shą zna­leźli so­bie no­wych part­ne­rów do seksu. Pie­prze­nie to pie­prze­nie. Pro­sta sprawa. Bio­lo­giczna. Nie po­trzeba do tego żad­nej fi­lo­zo­fii.

Pot spływa mi po twa­rzy, pie­cze w oczy. Tre­ner Pat­ter­son daje nam po­pa­lić. Wszy­scy je­ste­śmy w do­brej kon­dy­cji po przed­se­zo­no­wych tre­nin­gach, ale dzi­siej­szy za­pier­dol ma na celu uświa­do­mie­nie nam, kto tu rzą­dzi.

Gdy do­cie­ram do domu, ma­rzę je­dy­nie o wej­ściu pod prysz­nic, a po­tem wy­pi­ciu piwa przed te­le­wi­zo­rem. Kiedy na te­le­fon przy­cho­dzi wia­do­mość, nie­zbyt chęt­nie spo­glą­dam na ekran. Kilka mi­nut póź­niej ko­mórka za­czyna dzwo­nić i nie chce prze­stać.

– Tak trudno to ogar­nąć? To, że nie od­po­wia­dam, ozna­cza, że masz spier­da­lać – mam­ro­czę do te­le­fonu.

– Nie pier­dol, Avery – mówi ze śmie­chem mój naj­lep­szy kum­pel Da­ren. Przy­jaź­nimy się od uro­dze­nia. Jest jak brat. Kiedy do­ra­sta­li­śmy, by­li­śmy są­sia­dami i prak­tycz­nie miesz­ka­li­śmy w swo­ich do­mach, ale jego ro­dzice, w prze­ci­wień­stwie do mo­ich, nie mieli go w du­pie. Po­dej­rze­wam, że to z tego po­wodu te­raz uzna­wany jest za szla­chet­nego oby­wa­tela, pod­czas gdy ja po­ja­wiam się je­dy­nie w kro­nice to­wa­rzy­skiej na szó­stej stro­nie ma­ga­zynu „Post”.

No tak, w tym mie­ście Da­ren czyni cuda. By­łoby to strasz­nie wkur­wia­jące, gdyby on sam nie był tak fajny.

Tylko raz coś sta­nęło po­mię­dzy nami – to, że wy­dy­mał moją sio­strę, a ja pra­wie zła­ma­łem mu za to szczękę. Za­pewne bym to zro­bił, gdyby dwóch go­ści nie od­cią­gnęło mnie od niego. Ta sprawa pra­wie znisz­czyła na­szą przy­jaźń, ale obaj tra­fi­li­śmy do Bo­ston Col­lege, on na peł­nym sty­pen­dium za osią­gnię­cia w fut­bolu, ja w piłce noż­nej, i ja­koś się po­go­dzi­li­śmy. No, pra­wie.

– Wy­cho­dzisz gdzieś wie­czo­rem? – pyta.

– Je­stem zbyt zmę­czony. Po­sie­dzę w domu.

– To ku­pię coś do je­dze­nia. Wpadnę i po­gramy w Callof Duty. – To ty­powe dla Da­rena Slo­ana, że nie pyta, co o tym są­dzę.

Go­dzinę póź­niej przy­bie­ramy toż­sa­mość gra­czy i ja wy­pru­wam mu flaki moim ka­ra­bi­nem sztur­mo­wym AK-12.

– Kurwa! – krzy­czy w stronę mo­ni­tora.

Cie­sząc się wy­graną, roz­sia­dam się wy­god­nie na sfa­ty­go­wa­nej skó­rza­nej ka­na­pie i szcze­rzę zęby w uśmie­chu. Nie je­stem idiotą. Wiem, że dawno już mi­nęły czasy, kiedy da­wa­łem so­bie radę z Da­re­nem, więc cie­szę się chwilą i roz­ko­szuję tym, że wir­tu­al­nie mu do­ko­pa­łem. Kie­dyś by­li­śmy so­bie równi, ale od­kąd za­czę­li­śmy stu­dia, on zro­bił się na­pa­ko­wany, gra­jąc w fut­bol ame­ry­kań­ski, pod­czas gdy ja schu­dłem od bie­ga­nia za piłką.

– Pipa. – Po pro­stu mu­szę się z nim po­dro­czyć.

– Pipa roz­po­zna inną pipę.

– Je­śli o tym mowa, to gdzie po­działa się twoja przy­czepa dziś wie­czo­rem?

Da­ren gło­śno wzdy­cha, ale za­miast sta­nąć w obro­nie tej suki, tylko wzru­sza ra­mio­nami. Cho­dzi z Ve­ro­nicą, od­kąd ze­rwał z moją sio­strą. Cały czas się łu­dzę, że pew­nego dnia do­trze do niego, że Ve­ro­nica kręci z nim tylko dla­tego, że jest bo­gaty, nie mó­wiąc o tym, że jest naj­lep­szym roz­gry­wa­ją­cym w BC. Jed­nak ich ostatni po­ważny kry­zys miał miej­sce dwa lata temu, więc za­czy­nam się mar­twić, że może na­wet po­ślu­bić tę cipę. Nie wiem dla­czego. Trak­tuje go jak gówno. Je­śli to ma być praw­dziwa mi­łość, to trzy­maj­cie mnie od niej z da­leka.

– Co pla­nu­jesz na uro­dziny? – pyta, jedną ręką re­se­tu­jąc grę, a drugą się­ga­jąc po piwo.

– Idę na im­prezę na Uni­wer­sy­tet Bo­stoń­ski, a po­tem do Ca­ges przy Lans­downe. Po­wi­nie­neś do­łą­czyć. – Nie mó­wię, kto tam bę­dzie. Je­stem pe­wien, że on wie.

Wy­gląda, jakby przez chwilę roz­wa­żał tę pro­po­zy­cję, po czym wzru­sza ra­mio­nami.

– Nie mogę się szla­jać przed koń­cem se­zonu. Tre­ner urwałby mi jaja, gdy­bym za­ba­lo­wał. – Da­ren jest po­waż­nym kan­dy­da­tem do Tro­feum He­ismana. Za­pie­prza jak sza­lony. Na samą myśl o tym czuję się zmę­czony. – Ale wio­sną je­dziemy na Maui. Ja sta­wiam. Spóź­niony pre­zent uro­dzi­nowy. Co ty na to?

– Su­per. Za­bierz mnie z Bo­stonu. Osza­leję, je­śli w tym roku bę­dzie tyle śniegu, co w ze­szłym.

Pau­zuję grę, żeby na­ło­żyć so­bie do­kładkę je­dze­nia na ta­lerz, i wła­śnie w tej chwili sły­szę krzyk.

– Cho­lera. To znowu oni – ję­czę. Po­wód sto pierw­szy, żeby ni­gdy się nie że­nić: Han­nah i Greg. Wska­zuję na ścianę. Od dwóch lat, czyli od­kąd wpro­wa­dzi­łem się tu­taj z Nic­kiem na dru­gim roku stu­diów, są mo­imi są­sia­dami. – Roz­wo­dzą się.

Kiedy kilka mi­nut póź­niej ktoś puka do drzwi, za­sko­czony Da­ren unosi brwi.

– No go­ściu, mam na­dzieję, że nie masz nic wspól­nego z ich pro­ble­mami.

– Pieprz się. Nie ty­kam mę­ża­tek. – Przy­po­mina mi się roz­mowa, którą od­by­łem wczo­raj wie­czo­rem z moim współ­lo­ka­to­rem. Okej, za­tem są trzy ro­dzaje la­sek, któ­rych nie ty­kam. Może je­stem dup­kiem, ale nie je­stem to­tal­nym de­bi­lem.

Otwie­ram drzwi i wi­dzę Han­nah z za­pła­kaną czte­ro­let­nią córką Chloe.

– Wszystko w po­rządku? – Nie mó­wię, że sły­sza­łem wrza­ski, cho­ciaż ona za­pewne o tym wie.

Han­nah po­twier­dza ski­nie­niem i ociera bu­zię ma­łej rę­ka­wem swe­tra.

– Mogę cię o coś pro­sić, Jax? Czy ze­chciał­byś po­pil­no­wać Chloe? Przez ja­kąś go­dzinę?

– Nie ma pro­blemu. – Biorę dziew­czynkę na ręce. – Cześć, Chloe, wiesz co? Na­gra­łem ten pro­gram, który tak ci się po­doba. Ten o księż­niczce, która roz­ma­wia ze zwie­rzę­tami.

W jed­nej chwili za­dziera główkę.

– Jej wy­so­tość Zo­sia? – Nie wy­ma­wia K, przez co jest jesz­cze roz­kosz­niej­sza.

– Chyba tak. Chodź, po­pro­simy mo­jego ko­legę, żeby ją dla cie­bie włą­czył.

Na jej buźce po­ja­wia się uśmiech, gdy sta­wiam ją na pod­ło­dze. Od razu za­czyna wspi­nać się na ka­napę.

– Dzięki, Jax. – Han­nah wy­gląda, jakby ka­mień spadł jej z serca. Kilka razy pil­no­wa­łem jej córki, kiedy mu­siała coś za­ła­twić na mie­ście. – Źle się czuję z tym, że słu­cha na­szych kłótni – mówi ci­szej. – Bar­dzo ci dzię­kuję, że chcesz się nią za­jąć. Przy­rze­kam, że upiekę ci górę cia­stek.

Uśmie­cham się.

– Ni­gdy nie od­ma­wiam, gdy ktoś pro­po­nuje je­dze­nie, ale na­prawdę nie mu­sisz. To grzeczna dziew­czynka. Przyjdź po nią, jak bę­dziesz mo­gła. Bez po­śpie­chu.

Han­nah po­woli za­myka oczy.

– Je­stem twoją dłuż­niczką. – Od­wraca się i wcho­dzi do swo­jego miesz­ka­nia.

Kiedy sia­dam na ka­na­pie, oka­zuje się, że Da­ren już zna­lazł bajkę Chloe, lecz dziew­czynka sie­dzi sku­lona w naj­dal­szym ką­cie ka­napy.

– Chloe, je­steś głodna? Chcesz coś zjeść?

– Tat, pro­szę – mówi.

Kładę na ta­lerz ka­napkę, do szklanki na­le­wam soku i sta­wiam przed nią. Sięga po je­dze­nie z uśmie­chem. Skła­mał­bym, mó­wiąc, że nie mam sła­bo­ści do tego dziecka. Jest za­bawna, słodka i szczera, czyli taka jak więk­szość dziew­czy­nek, za­nim do­ro­sną i staną się nie do znie­sie­nia.

– Chloe, to mój przy­ja­ciel Da­ren.

Od­gryza kęs ka­napki i ma­cha do niego.

– Jats, mo­żemy znowu zro­bić fort? Jat stoń­czy się Zo­sia?

– Pew­nie. Mo­żemy na­wet po­ba­wić się w księż­niczkę i ry­ce­rza. Oczy­wi­ście ty bę­dziesz księż­niczką. A ja ry­ce­rzem. Dzi­siaj na­wet bę­dziesz mo­gła jeź­dzić konno.

Śmieję się, gdy do Da­rena do­ciera, że moja czte­ro­let­nia są­siadka za­raz owi­nie go so­bie wo­kół palca.

Go­dzinę póź­niej sły­szę, że ktoś otwiera drzwi wej­ściowe.

– Co tu się, do cho­lery, wy­pra­wia, Jax? – Nic­kowi nie jest do śmie­chu.

– Nie prze­kli­naj – wo­łam. – Przy­szła do nas Chloe.

W chwili, w któ­rej wy­glą­dam zza po­duszki, Chloe i Da­ren za­czy­nają szarżę zza ka­napy.

– Za­bić smoka! – krzy­czy Da­ren, wio­ząc Chloe na ple­cach.Dziecko pisz­czy, jej śmiech spra­wia mi ogromną przy­jem­ność.

Chloe dźga mo­jego współ­lo­ka­tora mie­czem z fo­lii alu­mi­nio­wej, a on po­syła mi mor­der­cze spoj­rze­nie.

– To jest ten na­gły wy­pa­dek? – wy­bu­cha.

– No a jak? Mu­sie­li­śmy mieć smoka. Ja je­stem ry­ce­rzem. Da­ren ko­niem. To ja­sne, że po­trzeba nam było jesz­cze jed­nej osoby.

Nick po­chyla się i głasz­cze Chloe po ja­snych wło­sach.

– Cześć, słodka. Ba­wisz się z wuj­kiem Ja­xem?

– Aha. – Uśmie­cha się. – Już zdo­by­li­śmy za­met.

– Do­bra ro­bota. – Po­syła jej uśmiech, po czym roz­gląda się po po­koju, żeby oce­nić roz­miar strat. Na dłu­żej za­trzy­muje się na swoim kocu i po­dusz­kach, któ­rych po­trze­bo­wa­łem do zbu­do­wa­nia fortu.

– Wy­bacz. – Wzru­szam ra­mio­nami. – Tak jak mó­wi­łem, na­gły wy­pa­dek.

Do­my­ślam się, że na końcu ję­zyka ma ja­kieś prze­kleń­stwo, ale w tej chwili Chloe chwyta go za mały pa­lec i po­syła mu ten swój uśmiech, więc mam pew­ność, iż już jest ku­piony.

Nick wzdy­cha i przy­kuca.

– A gdzie jest nora smoka, Chloe?

Dziew­czynka wska­zuje kuch­nię i za­czyna kla­skać, cie­sząc się, że Nick chce włą­czyć się do za­bawy.

– Znowu mam za­ło­żyć rę­ka­wice ku­chenne? Ostat­nim ra­zem świet­nie uda­wały pa­zury smoka.

– Tat! Za­łóż rę­ta­wice!

Kiedy Chloe kryje się w swo­jej for­tecy, od­cią­gam Nicka na stronę.

– Prze­pra­szam. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana, bo Han­nah i Greg darli się na sie­bie. Chcia­łem ją roz­we­se­lić.

– Ro­zu­miem. – Za­uważa, że mam na so­bie pe­le­rynę Bat­mana i wy­bu­cha śmie­chem. – Na­prawdę da­jesz z sie­bie wszystko.

– Idź na ca­łość – żar­tuję.

– To je­dyna dziew­czyna, któ­rej udało się zdo­być twoje serce, a ma do­piero cztery lata. – Kle­pie mnie w plecy.

– Ale jak tu się nie za­ko­chać? Poza tym nie za­słu­guje na to wszystko, co dzieje się wo­kół niej. Więc je­śli po­tra­fię ją roz­we­se­lić, to czemu nie? W końcu mogę się na coś przy­dać.

Nick od­wraca się, żeby spoj­rzeć mi pro­sto w oczy.

– Je­steś do­brym czło­wie­kiem, Jax.

– Pieprz się.

Śmieje się, a ja ude­rzam go w ra­mię, po czym lecę po­móc Chloe ufor­ty­fi­ko­wać jej za­mek.

– Chloe – krzy­czę – tylko ty mo­żesz za­bić smoka. Wsia­daj na ko­nia, prze­jedź przez fosę, a ja po­mogę ci wy­gnać be­stię z ja­skini.

Chciał­bym, żeby wszyst­kie ko­biety można było tak ła­two zro­zu­mieć. Jed­nak ich mo­ty­wa­cje ni­gdy nie są tak pro­ste.

Roz­dział 5

Dani

Ni­czego nie ża­łuj. Są­dzi­łam, że słowa mo­jej mamy to ostat­nia rzecz, jaka może przyjść mi do głowy, gdy ty­dzień póź­niej stoję przed du­żym lu­strem w bu­tiku przy New­bury Street. Wąt­pię jed­nak, żeby miała wła­śnie to na my­śli.

– Jak się za­kręcę, bę­dzie mi wi­dać dupę. – Spo­co­nymi dłońmi pró­buję za­pa­no­wać nad war­stwami ja­skra­wo­ró­żo­wego tiulu, który unosi się pod krótką czarną spód­nicą.

Tra­vis kuca przede mną i mruży jedno oko.

– Nie wi­dzę dupy, o któ­rej mó­wisz, ale może uda mi się coś temu za­ra­dzić. – Za­dziera mi spód­nicę, jakby czuł się ura­żony, że ma­te­riał za­sła­nia mu wi­dok. – Słonko, nie zro­zum mnie źle, ale te szorty są na­prawdę sek­sowne. – Kle­pie mnie w ty­łek, aż pod­ska­kuję. – Może cza­sem warto bły­snąć dupą.

– Nie są­dzisz, że Brit­ney ża­ło­wała tego, że po­ka­zała pipę?

– Ale ty prze­cież nie pój­dziesz na ca­łość. Nie wi­dać ci na­wet warg sro­mo­wych.

Krę­cąc się wkoło, zbli­żam się do niego i ude­rzam go w ra­mię.

– Fuj!

Śmieje się i roz­ciera rękę.

– No co? Prze­cież spę­dzi­łaś tyle czasu u ko­sme­tyczki, która zaj­mo­wała się tymi re­jo­nami. Mo­gła­byś te­raz nimi tro­chę po­świe­cić.

Za­kry­wam twarz i ję­czę.

– Pro­szę, nie roz­ma­wiajmy już ni­gdy o de­pi­la­cji bra­zy­lij­skiej. Bo­lało jak skur­wy­syn.

Za­sła­nia usta i robi wiel­kie oczy.

– Wow. Udało mi się spro­wo­ko­wać cię do po­wie­dze­nia słowa na „K”. Punkt dla Tra­visa!

– Nie mo­żesz już mnie na­ma­wiać na ko­lejne za­biegi ko­sme­tyczne.

Chwyta pa­smo mo­ich dłu­gich ciem­nych wło­sów, na­wija je na pa­lec, pod­nosi do nosa i wą­cha. Dzi­wak.

Unosi jedną brew.

– Są­dzę, że dziś wie­czo­rem po­win­naś wy­kre­ślić punkt trzeci ze swo­jej li­sty. Za­tań­czysz ze mną i spró­bu­jemy na­mie­rzyć dla cie­bie naj­lep­szego fa­ceta. Na­tu­ral­nie, je­śli bę­dzie ge­jem, to ja będę przy­nętą.

Na myśl o jed­no­ra­zo­wym nu­merku ro­bię się ner­wowa. Nie cho­dzi o ta­kie nerwy jak wtedy, gdy na wi­dok sek­sow­nego go­ścia mam ki­siel w majt­kach, lecz o zde­ner­wo­wa­nie i strach przed nie­zna­jo­mym, który nie wia­domo kim się okaże. Pój­ście z pierw­szym lep­szym to za­wsze ry­zyko. Zna­jąc swoje szczę­ście, skoń­czę z fa­ce­tem, który kiep­sko ca­łuje i ma fe­tysz na punk­cie ob­fi­cie owło­sio­nych ko­biet.

– Jak miło z two­jej strony, że chcesz mnie za­stą­pić w ra­zie ko­niecz­no­ści – mó­wię do Tra­visa.

– Na co ma się ho­mo­sek­su­al­nych przy­ja­ciół?

Od­wra­cam się i wy­dy­mam dolną wargę.

– Jaka szkoda, że nie je­steś he­tero. By­li­by­śmy wspa­niałą parą.

Przy­tula mnie do swo­jej piersi.

– Wiem. By­li­by­śmy do­sko­nali. Mo­gli­by­śmy na­wet cho­dzić na randki w ubra­niach tego sa­mego ko­loru.

– To by­łoby świetne!

– Co nie? – Od­gar­nia włosy z twa­rzy. – A tak przy oka­zji, dziś wie­czo­rem nie py­taj fa­ceta, jak ma na imię. Nie chcesz się z nim wią­zać, więc nie przy­zwy­cza­jaj się do niego. – Gdy to mówi, wszystko wy­daje się ta­kie pro­ste. Tra­vis wy­pusz­cza mnie z ob­jęć i zdej­muje ko­szulkę z wie­szaka. Po­daje mi ją. – Masz, przy­mierz.

Zdej­muję pod­ko­szu­lek i wci­skam się w ma­leńki top na cien­kich ra­miącz­kach. Przy­ja­ciel po­maga mi wsu­nąć ciuch pod pa­sek spód­nicy, po czym ca­łuje mnie w czu­bek głowy.

– Ocie­kasz sek­sem. Masz wiel­kie cycki w tym ró­żo­wym sta­niku z push-upem.

– To ilu­zja optyczna. Je­stem drobna, więc pro­por­cjo­nal­nie wy­dają się duże. – Kiedy upra­wia­łam gim­na­stykę, nie­na­wi­dzi­łam swo­ich cyc­ków. Te­raz nie są ta­kie złe.

Gdy się prze­bie­ram i z po­wro­tem za­kła­dam dżinsy i pod­ko­szu­lek, Tra­vis przy­kłada spód­niczkę do sie­bie, więc wy­bu­cham śmie­chem.

– Za­mie­rzasz pójść jako drag? – By­łaby z niego śliczna dziew­czyna, po­nie­waż jest ślicz­nym chło­pa­kiem, ale wiem, że nie cią­gnie go w tę stronę.

Wy­wraca oczami i od­daje mi ubra­nia.

Spo­glą­dam na metkę z ceną i ża­łuję, że to zro­bi­łam.

– Cho­lera. Ale dro­gie. Co przy­po­mina mi, że po­win­nam ci po­dzię­ko­wać za wkrę­ce­nie mnie do pracy. Pro­fe­sor Zin­zer jest za­chwy­ca­jący, a praca w tym miej­scu zmusi mnie do tego, że­bym zro­biła coś z po­my­słami za­no­to­wa­nymi w no­te­sie. Chyba bę­dzie mi się tam po­do­bało. – Je­dy­nym pro­ble­mem jest moja głu­pia ko­le­żanka z pracy, która już trak­tuje mnie jak po­py­cha­dło. Cie­szę się jed­nak, że będę mo­gła się tam po­krę­cić i na­siąk­nąć kre­atyw­no­ścią wy­działu sztuki.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Skoro nie udało mi się na­mó­wić cię do zmiany kie­runku, to przy­naj­mniej spró­buję pod­dać cię pra­niu mó­zgu. Nie mam po­ję­cia, dla­czego pre­fe­ru­jesz za­da­wa­nie się ze sztyw­nia­kami w gar­ni­tu­rach.

Nikt nie ro­zu­mie mo­jego wy­boru stu­diów, na­wet mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Do li­cha, cza­sami sama sie­bie nie ro­zu­miem. Nie­źle mi idzie na za­ję­ciach, ale stu­dia nie wstrzą­sają moim świa­tem w po­sa­dach tak jak sztuka. Ale co, do cho­lery, mo­gła­bym ro­bić jako ma­gi­ster sztuki?

Po skoń­czo­nym za­rzą­dza­niu będę mo­gła zna­leźć ja­kieś za­trud­nie­nie.

Wi­dzia­łam, jak mama za­ła­mała się po odej­ściu taty. Nie, dzięki. Jak naj­bar­dziej in­te­re­sują mnie fa­ceci, randki, mi­łość i na­miętny seks, ale jest jedna rzecz, jaką mu­szę dla sie­bie zro­bić, i zro­bię ją po swo­jemu.

***

Kilka go­dzin póź­niej gło­śna mu­zyka wpra­wia moje ciało w wi­bra­cje. Za­sta­na­wiam się, co ja so­bie, do cho­lery, my­śla­łam. Tra­vis wciąż po­wta­rza, że nikt się nie gapi, i tylko dla­tego nie ucie­kam ani nie cho­wam się pod stół. Ta­niec na ba­rze ja­kimś dziw­nym tra­fem prze­ro­dził się w wi­cie się w klatce, a ja od dwu­dzie­stu mi­nut pró­buję się przy­go­to­wać do tego emo­cjo­nal­nie.

– Wy­glą­dasz oszo­ła­mia­jąco, la­ska. – Od­dech Tra­visa pach­nie so­kiem po­ma­rań­czo­wym i wódką. – Uwiel­biam pod­wiązki. – Kła­dzie dłoń na moim udzie i po­ciąga za wstążkę pod­trzy­mu­jącą poń­czo­chy, a ja od­ga­niam jego rękę.

– Wy­glą­dam jak dziwka. – Kiedy się przy­go­to­wy­wa­łam w za­ci­szu miesz­ka­nia przy­ja­ciela, te ciu­chy wy­da­wały się od­po­wied­nie na oka­zję – prze­brać się, sza­leć na par­kie­cie w zwa­rio­wa­nym stroju i za­po­mnieć się na chwilę – te­raz jed­nak nie je­stem prze­ko­nana. Poza try­ko­tami, które no­si­łam, gdy upra­wia­łam gim­na­stykę, ni­gdy nie po­ka­zy­wa­łam tyle ciała. Mu­szę jed­nak przy­znać, że po­do­bają mi się buty typu Mary Jane, po­nie­waż do­dają mi kilka cen­ty­me­trów.

– Istot­nie, ale to jest za­je­bi­ste – krzy­czy mi pro­sto do ucha moja przy­ja­ciółka Margo, aż za­czyna mi w nim dzwo­nić. – O któ­rej mają przyjść twoje współ­lo­ka­torki?

– Nie wiem do­kład­nie – od­krzy­kuję. – Jesz­cze ich nie wi­dzia­łam.

Po wy­mie­nie­niu kilku wia­do­mo­ści z Jenną uświa­da­miam so­bie w końcu, że dzi­siej­sze wyj­ście zwią­zane jest z dwu­dzie­stymi pierw­szymi uro­dzi­nami Clem. Wszy­scy ich zna­jomi spo­ty­kają się na kilka drin­ków przed wyj­ściem do klubu, ale po­nie­waż ja przy­jaź­nię się tylko z Jenną, po­sta­na­wiam od­pu­ścić so­bie to przy­ję­cie, by unik­nąć nie­zręcz­nej sy­tu­acji.

– Ci­śnie mnie sta­nik – mó­wię, ob­cią­ga­jąc go ni­żej.

– Ale te ku­leczki uszczę­śli­wią dzi­siaj ja­kie­goś fa­ceta. – Margo obej­muje dłońmi moje cycki i ści­ska je, aż krzy­wię się z bólu.

Kręcę głową, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego moja przy­ja­ciółka uważa, że może mnie ob­ma­cy­wać na środku par­kietu. Śmie­jąc się, pod­no­szę głowę i spo­ty­kam się wzro­kiem z… naj­przy­stoj­niej­szym fa­ce­tem, ja­kiego wi­dzia­łam w ży­ciu. O, Je­zu­siczku. Jest wy­soki, szczu­pły i umię­śniony. Ma krót­kie włosy po bo­kach i nieco dłuż­sze na gó­rze. Opa­dają mu na oczy, co zwraca moją uwagę na wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe i wy­datne usta. Jest ubrany w czarną ob­ci­słą ko­szulkę z dłu­gim rę­ka­wem i dżinsy. Są­dząc po iro­nicz­nym uśmie­chu, do­sko­nale wi­dział, jak Margo mnie do­ty­kała.

Boże, wy­daje mi się zna­jomy.

Ga­pię się. On wpa­truje się we mnie.

Moje serce prze­staje bić.

– Mu­szę się na­pić. Ja­kie­goś bar­dzo, bar­dzo moc­nego drinka. – Od­wra­cam się i, wy­mi­ja­jąc tań­czą­cych, idę do baru, za któ­rym urzę­duje Joe, wu­jek Tra­visa. No tak, gdy za­uwa­żam przy­stoj­niaka, ucie­kam, aż się za mną ku­rzy. #Ale­Klasa

Plan na wie­czór? Pić. Dużo. Tań­czyć. Uda­wać, że Pan Sek­sowny nie za­uwa­żył, że Margo ści­skała moje cycki. I przy sprzy­ja­ją­cych wia­trach do­żyć do ju­tra.

– Co so­bie ży­czysz, Dani? – Joe prze­ciera wil­gotny blat i sięga po kie­li­szek do mar­tini. – To co za­wsze?

– Po­pro­szę! – Mu­szę prze­krzy­ki­wać mu­zykę, żeby mnie usły­szał.

Cho­ciaż żadne z nas nie ma jesz­cze dwu­dzie­stu je­den lat, wu­jek Tra­visa wie, że nie zro­bimy nic głu­piego, więc wpusz­cza nas i po­zwala nam wy­pić kilka drin­ków.

Po­daje mi jabł­kowe mar­tini i ma­cha ręką, gdy pró­buję za­pła­cić.

– Bę­dziesz tań­czyła w klatce. Go­rzała na koszt firmy. Uśmie­cham się i po­chy­lam nad ba­rem, żeby po­rwać wi­sienkę z tacy, na któ­rej leżą do­datki.

Krzy­żuje krzep­kie ręce na piersi i kręci głową.

– Nie do­sta­niesz kopa w dupę tylko dla­tego, że je­steś taka śliczna. – Pró­buje zgry­wać twar­dziela, lecz się uśmie­cha. Pusz­czam więc do niego oko i wra­cam do przy­ja­ciół.

Kiedy znaj­duję Margo i Tra­visa, mają skwa­szone miny.

– Co się dzieje? – py­tam i po­cią­gam łyk mo­jego drinka.

Margo sztur­cha mnie łok­ciem i wska­zuje głową ko­goś po dru­giej stro­nie par­kietu.

– Przy­szedł du­pek.

To może ozna­czać tylko jedną osobę. Mo­jego by­łego.

Re­ida.

– Prze­cież nie­na­wi­dzi klu­bów – mó­wię pod no­sem.

O iro­nię za­krawa to, że za­wsze na­zy­wał mnie sztyw­niarą, po­nie­waż to on ni­gdy nie chciał wy­cho­dzić do klu­bów. A te­raz tu przy­szedł, stoi kilka kro­ków da­lej wy­stro­jony w ciemną ko­szulkę polo. Cho­lera. Nie­źle wy­gląda. Po chwili do­łą­cza do niego Ash­ley i wpija się w niego ustami. Na­wet wi­dzę jej ję­zyk, za­nim ich usta się sty­kają. Ohyda.

Wy­pi­jam resztę drinka w na­dziei, że al­ko­hol zmniej­szy ból w mo­jej piersi, i od­wra­cam się w stronę przy­ja­ciół.

– Wy­pi­łam już dwa drinki. Zróbmy to, za­nim stchó­rzę. – Po­nie­waż nic tak nie od­wraca uwagi dziew­czyny od jej by­łego chło­paka, jak wi­cie się w klatce.

Kiedy do­cie­ram do plat­formy, od­wra­cam się i wpa­dam na Tra­visa, który musi mnie przy­trzy­mać, że­bym nie upa­dła. Gdy od­zy­skuję rów­no­wagę, chwyta mnie za ra­miona i po­chyla się nade mną.

– Dani, wiem, że sam wpi­sa­łem to na twoją li­stę, ale je­śli nie chcesz tego ro­bić, nie mu­sisz.

– Nie wy­co­fam się. Na pewno nie wtedy, gdy jest tu ten ku­tas. – Przy­kła­dam usta do jego ucha i szep­czę: – Do­brze wy­glą­dam? – Wy­gła­dzam spód­nicę. O rety, jaka jest krótka.

– Wy­glą­dasz jak cho­dzący seks, a on do­sta­nie skrętu ją­der, kiedy zo­ba­czy twój na­pa­lony ty­łek w tym miej­scu. – Tra­vis kle­pie mnie w pupę i po­ga­nia po schod­kach do góry. Na szczę­ście są jesz­cze cztery inne klatki, więc nie będę główną atrak­cją.

Gdy tu do­tar­li­śmy, wuj Tra­visa po­wie­dział, że jedna z dziew­czyn wzięła wolne, więc mój naj­lep­szy przy­ja­ciel usłuż­nie za­pro­po­no­wał, że mogę wsko­czyć na jej miej­sce. By­łam tu wiele razy, więc wiem, jak dziew­czyny się po­ru­szają, i je­śli tylko nie będę za dużo o tym my­ślała, wszystko po­winno być w po­rządku.

Zna­la­zł­szy się na szczy­cie scho­dów, od­wra­cam się, żeby po­słać Tra­vi­sowi ner­wowy uśmiech. Te­raz albo ni­gdy. Prze­ły­kam ślinę i ża­łuję, że nie wy­pi­łam jesz­cze jed­nego drinka, po czym wcho­dzę do klatki, za­nim zdążę zmie­nić zda­nie.

Za­my­kam oczy, sku­piam się na bi­ciu serca, a na­stęp­nie za­czy­nam po­ru­szać bio­drami i chwy­tam się prę­tów, jakby od nich za­le­żało moje ży­cie. Wszy­scy są za­jęci sobą. Nikt cię nie za­uważy.

Za­wsze by­łam nie­złą tan­cerką, za­pewne jest to za­sługa wie­lo­let­nich tre­nin­gów gim­na­stycz­nych. Mam na­dzieję, że uda mi się od­ha­czyć punkt czwarty na li­ście i się przy tym nie skom­pro­mi­to­wać.

Za­czy­nam się roz­krę­cać. Serce, które wcze­śniej o mało nie wy­rwało mi się z piersi, za­czyna się uspo­ka­jać i do­ciera do mnie rytm mu­zyki. Nade mną pul­sują świa­tła, po­ru­szam bio­drami i wy­pi­nam piersi. Na po­licz­kach mam ru­mieńce, na skó­rze kro­pelki potu.

Na­bie­ram od­wagi i otwie­ram oczy. Z po­czątku pa­trzę tylko na pod­łogę klatki. Do­piero po kilku mi­nu­tach zbie­ram się na od­wagę, żeby spoj­rzeć na tłum. A po­tem ża­łuję, że to zro­bi­łam.

Po­nie­waż gapi się na mnie Pan Sek­sowny.

Fał­szywa skrom­ność to nie moja działka. Margo jest w tym mi­strzy­nią. Po­trafi wa­bić fa­ce­tów i prze­żuć ich, za­nim zo­rien­tują się, co się dzieje.

W za­mro­czo­nym al­ko­ho­lem mó­zgu pada de­cy­zja, by uda­wać, że je­stem nią. Dla­czego nie wy­my­śli­łam tego wcze­śniej? To tylko za­bawa. Nic wiel­kiego. Czemu pod­cho­dzę do tego tak po­waż­nie? Wła­śnie o tym za­wsze mówi moja mama. Je­stem zbyt spięta i sztywna. Na­zbyt miła, do cho­lery. W mo­ich ży­łach za­czyna krą­żyć złość i przy­po­mi­nam so­bie wszyst­kie te chwile, gdy okre­ślano mnie tym sło­wem. Reid mó­wił, że je­stem miła. Pie­przyć miłą.

Pusz­czam oko do Pana Sek­sow­nego i uznaję, że ko­niecz­nie po­trze­buję wię­cej al­ko­holu. Przez boczną ścianę klatki wi­dzę Tra­visa i ge­stem po­ka­zuję mu, że chcę drinka, a on po­ta­kuje. Na­dal tań­czę, kiedy wcho­dzi do klatki z mar­tini, które po­chła­niam jed­nym hau­stem.

– Cho­lera. Po­woli.

– Nie je­stem wy­star­cza­jąco pi­jana, żeby to ro­bić. Staje obok mnie.

– Prze­suń się – mówi z uśmie­chem. – Za­sła­niasz świa­tło re­flek­tora.

Chwyta mnie za bio­dra i od­wraca twa­rzą w stronę tłumu. Na­stęp­nie przy­ciąga mnie do sie­bie i ociera o mnie, aż brak mi tchu.

– My­śla­łam, że nie in­te­re­sują cię dziew­czyny – krzy­czę.

– Chciał­bym móc po­wie­dzieć, że ten drą­gal jest dla cie­bie, ale przed chwilą tań­czy­łem z Eva­nem.

Śmieję się i tań­czę z nim, aż oboje je­ste­śmy zgrzani i spo­ceni. Przy­wie­ram do niego bio­drami i za­rzu­cam mu ręce na szyję, pod­czas gdy on prze­suwa dło­nie w dół mo­jego ciała. Ob­raca mnie twa­rzą w swoją stronę i sztur­cha mnie bio­drami. Okej.

Śmieje się, wi­dząc moją minę.

– Prze­sa­dzi­łem? – szep­cze mi do ucha.

– Ni­gdy nie mia­łam tak dłu­giej gry wstęp­nej z żad­nym fa­ce­tem he­tero.

Znowu się śmieje i ca­łuje mnie w po­li­czek, po czym od­wraca mnie w stronę wi­downi.

– Wielka szkoda, kotku.

Kiedy spo­glą­dam w dół, Pana Sek­sow­nego już nie ma. Kurde.

Szu­kam go, prze­cze­suję wzro­kiem tłum, ale po pół­go­dzi­nie się pod­daję.

Scho­dzę po scho­dach na główny par­kiet. Ucho­dzi ze mnie po­wie­trze, gdy my­ślę o tym, że stra­ci­łam szansę na udany wie­czór. Ale kogo ja oszu­kuję? Na­wet gdy­bym po­roz­ma­wiała z tym fa­ce­tem, to oka­za­łoby się, że ma dziew­czynę. Albo dzie­sięć dziew­czyn. Jest zbyt przy­stojny, żeby był sam.

Za­uwa­żam lukę w tłu­mie tań­czą­cych i po­sta­na­wiam udać się do baru, by uto­pić roz­cza­ro­wa­nie w wódce.

Kiedy się od­wra­cam, wpa­dam pro­sto na Re­ida i Ash­ley.

Roz­dział 6

Jax

Od­kąd do­tar­łem do Ca­ges, od­kle­jam z ko­szuli na­klejki w kształ­cie serc. Wy­da­wa­łoby się, że spodoba mi się za­da­nie po­le­ga­jące na by­ciu ca­ło­wa­nym przez dziew­czyny, żeby za­słu­żyć na uro­dzi­nowy pre­zent. Nie ma nic lep­szego od week­endu na nar­tach w Su­gar­loaf w Ma­ine. Chło­paki wie­dzą, że uwiel­biam ten sport. Dzięki niemu nie mu­szę my­śleć o po­rą­ba­nej szkole. Ale po trze­ciej dziew­czy­nie mia­łem już dość. Ca­ło­wa­nie tylu la­sek przy­pra­wiło mnie o mdło­ści. Na­wet bez ję­zyczka. Nie po­winno tak być – nie­które z nich to świetne la­seczki – ale po kilku eks­cy­ta­cja znik­nęła.

Roz­glą­dam się po pul­su­ją­cym par­kie­cie i nie wi­dzę jesz­cze żad­nych na­szych przy­ja­ciół. Mam wra­że­nie, że Nick mnie opu­ścił dla tej wy­so­kiej dziew­czyny z brac­twa, którą spo­tka­li­śmy po dro­dze. Za­sta­na­wiam się, czy po­wi­nie­nem cze­kać na resztę na­szej grupy, czy może za­mó­wić tak­sówkę do domu, kiedy do­strze­gam pewną la­skę pa­trzącą na swoje na­gie ra­mię.

Ro­bię kilka kro­ków w jej stronę i za­uwa­żam ta­tuaż na jej ple­cach. Przed­sta­wia nie­bie­ską gwiazdę. Dziew­czyna od­wraca się, a ja obej­muję wzro­kiem całą jej syl­wetkę. Jest piękna, drob­nej bu­dowy, ma dłu­gie ciemne włosy, gładką ja­sną cerę i twarz pie­przo­nego anioła.

Serce wali mi w piersi. Na­prawdę wali. Cho­lera.

Jej ko­le­żanka ła­pie ją za cycki i obie wy­bu­chają śmie­chem.

Na­gle ob­rzuca mnie spoj­rze­niem i za­miera w bez­ru­chu. Na twa­rzy mam iro­niczny uśmiech. Nie kryję roz­ba­wie­nia fak­tem, że wi­dzia­łem, jak ją ob­ma­cy­wano na środku klubu.

Ob­raca się do mnie ty­łem i od­cho­dzi, za­nim zdążę do niej za­ga­dać. Hmm, tego się nie spo­dzie­wa­łem.

Pod­ska­kuję, gdy ktoś kle­pie mnie w plecy.

– Hej, go­ściu. Wy­cho­dzę z Tracy – mówi Nick, wska­zu­jąc dłu­go­nogą bru­netkę. – Dasz so­bie radę?

– Spoko. Za chwilę przyjdą po­zo­stali. – Zer­kam na jego la­skę. – Do­brej za­bawy.

Przy­ja­ciel unosi ką­cik ust w uśmie­chu.

– Nie cze­kaj na mnie, Ma­mu­siu. Wiesz, jak lu­bię la­ski z Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego.

Je­śli tylko bę­dzie trzy­mał łapy z dala od mo­jej sio­stry, niech robi, co chce.

– Pew­nie. Do zo­ba­cze­nia ju­tro.

Ru­szam w stronę baru, który stoi przy naj­dal­szej ścia­nie ogrom­nego po­miesz­cze­nia. Wy­pi­łem już kilka szo­tów i nie mam ochoty się dzi­siaj schlać, więc biorę piwo i opie­ram się o ko­lumnę, ob­ser­wu­jąc tłum i szu­ka­jąc dziew­czyny z ta­tu­ażem.

Za­uwa­żam ją kilka mi­nut póź­niej. Jest z przy­ja­ciółmi i zmie­rza w stronę pod­wyż­sze­nia, które znaj­duje się na­prze­ciw baru. Z su­fitu zwisa pięć kla­tek. Ta w środku jest pu­sta, a ładna dziew­czyna wspina się po scho­dach i wcho­dzi do niej, po czym za­czyna się ko­ły­sać.

Boże, jest osza­ła­mia­jąca.

Klatki są ską­pane w ja­snym świe­tle. Ona ma na so­bie coś, co wy­gląda, jakby było żyw­cem wy­jęte z bur­le­ski: pod­wiązki, krótką spód­nicę z tiulu i ob­ci­sły top, który pod­kre­śla jej naj­lep­sze atuty. Jest szczu­pła, lecz pier­sia­sta. Staje mi od sa­mego pa­trze­nia na nią. Do­my­ślam się, że wła­śnie o to cho­dzi.

Prze­cze­suje dło­nią swoje gę­ste włosy, które się­gają jej do po­łowy ple­ców. Wy­gląda jak pin-up girl, po­zuje i po­ru­sza się, jakby po­cho­dziła wprost z mę­skiej fan­ta­zji ero­tycz­nej. We wło­sach ma ko­lo­rowe pa­semka, ale z tej od­le­gło­ści nie wi­dzę, ja­kiego są ko­loru. W końcu otwiera oczy i mógł­bym przy­siąc, że pod zmy­sło­wym ma­ki­ja­żem na jej pięk­nej twa­rzy kryje się nie­win­ność. Coś w niej wy­daje mi się zna­jome, ale nie mogę so­bie przy­po­mnieć, gdzie ją wi­dzia­łem.

Nie­które z dziew­czyn na gó­rze wy­glą­dają głu­pio, lecz ona jest świetną tan­cerką i wie o tym, trzyma się krat i po­ru­sza do rytmu. Sto­jąc tu­taj i pa­trząc na każdy jej ruch, czuję się jak stal­ker.

Mu­zyka cich­nie, po­zo­staje tylko rytm wy­bi­jany przez per­ku­sję. Wła­śnie wtedy mnie za­uważa. Naj­pierw od­wraca wzrok. Czy jest nie­śmiała? Po chwili znowu na mnie zerka i pusz­cza do mnie oko, a na­stęp­nie ob­raca się i kręci bio­drami. Okej, ciek­nie mi ślinka.

Kiedy do jej klatki wcho­dzi wy­soki chło­pak i przy­ciąga ją do sie­bie, przez chwilę mar­twię się, że są ze sobą, ale wy­daje mi się, że dzie­sięć mi­nut temu wi­dzia­łem go, jak kleił się do ja­kie­goś fa­ceta.

Ale to oczy­wi­ste, że są ze sobą bli­sko. Po­ru­szają się tak, jakby od dawna byli part­ne­rami, a jej nie prze­szka­dza, że chło­pak kła­dzie ręce na jej ciele. Ja pier­dolę, niech on bę­dzie ge­jem.

Przy­cho­dzi kilku mo­ich kum­pli, przez chwilę z nimi roz­ma­wiam, ale cały czas zer­kam na jej klatkę.

W końcu robi so­bie prze­rwę i wraca na par­kiet. Zmniej­szam dzie­lący nas dy­stans, gdy pod­cho­dzi do niej ja­kaś para. Ona robi minę wy­ra­ża­jącą coś po­mię­dzy urazą a nie­sma­kiem.

Nie na­my­śla­jąc się ani chwili, staję obok niej i obej­muję ją w pa­sie. Ona aż pod­ska­kuje, ale kiedy za­uważa, że to ja, uśmie­cha się.

– Ach, tu­taj je­steś – mówi, jakby znała mnie od za­wsze.

A po­tem robi coś nie­sa­mo­wi­tego. Pod­nosi rękę, gła­dzi moją twarz, wplata palce w moje włosy i przy­ciąga mnie do sie­bie. Gdy jej usta do­ty­kają mo­ich, wy­daje mi się, że umar­łem i tra­fi­łem do nieba. Są mięk­kie, a kiedy od­suwa się se­kundę póź­niej, mam na ustach smak ja­błek.

– Cześć, ko­cha­nie – mó­wię tak gło­śno, by usły­szeli mnie jej zna­jomi.

Aż błysz­czą jej oczy. Wi­docz­nie po­doba jej się ta gierka. Ob­li­zuje usta, jakby pró­bo­wała po­znać mój smak, po czym obej­muje mnie w pa­sie i od­wraca się do fa­ceta i jego blon­dyny.

Prze­krzy­wia głowę i po­syła im uśmiech.

– Reid, nie mam nic do po­wie­dze­nia to­bie i Ash­ley. Nie mam tego na­szyj­nika. Już ci mó­wi­łam. – Mówi bar­dzo gło­śno, żeby prze­krzy­czeć mu­zykę.

– Da­nielle, by­łaś w moim po­koju, gdy ostatni raz go wi­dzia­łam – skrze­czy Ash­ley.

ManaimięDa­nielle.

– To, że nie pa­mię­tasz, co z nim zro­bi­łaś, nie ozna­cza, że mo­żesz mnie ob­wi­niać.

– By­łaś wku­rzona, że dał go mnie, a nie to­bie. – Jad w gło­sie Ash­ley i spo­sób, w jaki pa­trzy na swoje sztuczne pa­znok­cie i pry­cha, kwa­li­fi­kują ją do miana suki.

Da­nielle wzru­sza ra­mio­nami, wspiera się na mnie, a ja za­rzu­cam rękę na jej ra­mię. Jej drobne ciało ide­al­nie wpa­so­wuje się w moje.

– Ash­ley, chyba za­po­mnia­łaś, że Reid i ja już wtedy ze sobą nie cho­dzi­li­śmy, a ty wsko­czy­łaś mu do jesz­cze cie­płego łóżka. Poza tym uwa­żam, że twój mały móż­dżek i jego krótki fiu­tek czy­nią z was do­braną parę.

Par­skam śmie­chem. Da­nielle pod­nosi na mnie wzrok i po­syła mi uśmiech. Nie mogę się po­wstrzy­mać. Po­chy­lam się i po­now­nie ją ca­łuję.

Roz­dział 7

Dani

Reid i Ash­ley od­cho­dzą, a ja za­tra­cam się w po­ca­łunku. Sto­imy w miej­scu, lu­dzie nas po­trą­cają, ki­wa­jąc się w rytm mu­zyki. Lgnę do niego jak fala roz­bi­ja­jąca się na plaży.

Nie wiem, co mnie opę­tało, żeby ni z tego, ni z owego go po­ca­ło­wać i uda­wać, że je­ste­śmy ra­zem. Być może winę po­nosi jabł­kowe mar­tini. Po pro­stu nie mo­głam znieść ko­lej­nego spo­tka­nia z Re­idem, pod­czas któ­rego ją­ka­ła­bym się jak ja­kiś ma­toł. Czy mi się wy­daje, czy wła­śnie opier­dzie­li­łam swo­jego by­łego? Trudno się my­śli, bę­dąc wtu­loną w tę wspa­niałą istotę. Prze­su­wam dło­nie po jego smu­kłym ciele, wbi­jam opuszki pal­ców w twarde mię­śnie jego klatki pier­sio­wej. Świet­nie pre­zen­tuje się w ubra­niu, lecz na myśl o tym, jak wy­gląda bez niego, moje ciało wy­gina się z roz­ko­szy. Sta­ram się wy­pa­lić w pa­mięci uczu­cie, które mnie prze­peł­nia, gdy go do­ty­kam.

Kiedy w końcu prze­ry­wamy po­ca­łu­nek, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza, przy­glą­damy się so­bie przez chwilę. A po­tem wy­bu­chamy śmie­chem.

– Niech to szlag. – Kładę dłoń na ustach, po­nie­waż ogar­nia mnie za­wsty­dze­nie, że przez ostat­nie pięć mi­nut pró­bo­wa­łam go po­łknąć. – Cześć.

– Cześć. – Uśmie­cha się.

Nie sły­szę go za do­brze, ra­czej czy­tam z ru­chu jego ust, które mogę te­raz po­dzi­wiać, skoro już ode­ssa­łam się od niego.