Dearest Clementine - Lex Martin - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dearest Clementine ebook i audiobook

Lex Martin

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Mimo młodego wieku Clementine niejednokrotnie doświadczyła w swoim życiu ogromnego bólu. Zdrada chłopaka oraz patologiczne zachowanie jednego z wykładowców odcisnęły na jej psychice i osobowości niezatarte piętno. Po tych traumatycznych przeżyciach dziewczyna staje się cyniczna, zdystansowana i przekonana, że miłość to przepis na katastrofę. Konsekwentnie buduje wokół siebie mur nie do przebicia.

Wszystko zmienia się w momencie, gdy poznaje Gavina, przystojnego opiekuna domu studenckiego. Już podczas ich pierwszego spotkania w powietrzu wyczuwalne jest napięcie, którego nie sposób zignorować. Chłopak jest cierpliwy, empatyczny i przede wszystkim zdeterminowany, by dotrzeć do serca swojej wybranki.

"Dearest Clementine" to osadzony we współczesności romans young adult. Lex Martin snuje przejmującą opowieść o zaufaniu i przepracowywaniu głębokich traum z przeszłości. Autorka sprawnie balansuje między humorem a powagą, zapewniając czytelnikom emocjonalny rollercoaster!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 429

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 21 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Domalewska

Oceny
4,2 (21 ocen)
10
8
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DzoanaBa86

Dobrze spędzony czas

super
00
Dziara83

Całkiem niezła

jest ok 3.8/5☆
00
bierdonka21

Nie polecam

Moze i spodoba sie jakiejś nasolatce....
00
Belladonna79

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam ❤️
00
Kamcia88

Nie oderwiesz się od lektury

Miło wrócić do tej historii po dluzszym czasie. polecam
00



Fragment

Ty­tuł: De­arest Cle­men­tine

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka Ka­lus

Co­py­ri­ght © Lex Mar­tin, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Stu­dio Edi­tio

Ko­rekta: Stu­dio Edi­tio

ISBN 978-91-8098-994-7

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla Matta i mo­ich ma­łych niedź­wiad­ków,je­ste­ście moi na całe dłu­gie i szczę­śliwe ży­cie

Ni­gdy nie jest za późno na to,by stać się tym, kim mo­głeś się stać.– Geo­rge Eliot

ROZ­DZIAŁ 1

Bez­myśl­nie kre­ślę pió­rem kółka na mar­gi­ne­sie dzien­nika i ga­pię się przez okno za­ku­rzo­nej świe­tlicy.

Wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łam, żeby po­czuć się pew­niej, my­ślę, a jed­no­cze­śnie sta­ram się, by zde­ner­wo­wa­nie nie za­pu­ściło ko­rzeni w moim brzu­chu.

Z ko­ry­ta­rza do­biega mnie od­głos pisz­czą­cych kó­łek, po­tem sły­szę jęk i ło­mot upa­da­ją­cej na pod­łogę wa­lizki.

– Cze­kaj, co się sta­nie, gdy wy­buch­nie po­żar? Je­ste­śmy na sie­dem­na­stym pię­trze – mówi ja­kaś dziew­czyna, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. Czyli po­cho­dzi z Po­łu­dnia.

Po­cie­sza ją ni­ski mę­ski głos:

– Wiem, że je­ste­śmy wy­soko, ale nie ko­rzy­staj z windy. Ostat­nie, czego chcesz, to utknąć po­mię­dzy pię­trami. Spraw­dzę każdy po­kój, by mieć pew­ność, że zo­sta­łaś ewa­ku­owana.

Nie sły­szę dal­szego ciągu tej roz­mowy, po­nie­waż w ko­ry­ta­rzu po­ja­wiają się dwie dziew­czyny.

– A niech to! Opie­kun na­szego aka­de­mika to nie­złe cia­cho! – mówi dziew­czyna w let­niej su­kience, tasz­cząca wy­pchaną torbę. – Cie­kawe, czy ma dziew­czynę.

– Pew­nie jest na ostat­nim roku lub na stu­diach ma­gi­ster­skich, kre­tynko. Nie masz u niego szans – mówi ta druga, a jej ak­cent ła­go­dzi wy­dźwięk słów.

Ni­gdy nie le­cia­łam na opie­kuna, stu­denta ostat­niego roku, któ­remu płacą za to, by miał oko na dzie­ciaki. Na pierw­szym roku tę funk­cję peł­nił Tao, który miał metr sześć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu i był za­pa­trzony w Je­zusa. To nie moja bajka.

Trudno mi so­bie wy­obra­zić, kto mógłby chcieć zo­stać opie­ku­nem aka­de­mika. Tao bez prze­rwy zaj­mo­wał się ja­ki­miś ża­ło­snymi ła­ma­gami i wo­ził je do szpi­tala, gdy coś so­bie po­ła­mały. Ni­gdy nie za­po­mnę jego miny, kiedy zna­lazł moją przy­ja­ciółkę Sarę, która le­żała nie­przy­tomna z prze­pi­cia i miała zła­maną kostkę. Nie wiem, jak udało jej się zwy­mio­to­wać na wszyst­kie cztery ściany swo­jego po­koju, za­nim ze­szła na dół.

Stu­kam pió­rem w kartkę i wiercę się na krze­śle.

Przez ostat­nie trzy mie­siące sta­ra­łam się sku­pić, wziąć się za bary z róż­nymi po­my­słami, ale udało mi się je­dy­nie za­peł­nić no­tes psy­cho­de­licz­nymi ry­sun­kami.

Do cho­lery, to musi się udać.

Od­dy­cham głę­boko i moje noz­drza ata­kuje za­pach zle­ża­łych che­eto­sów.

Bę­dzie do­brze, je­śli tylko uda mi się znowu wró­cić do co­dzien­nego pi­sa­nia. Ro­bi­łam to już wcze­śniej.

Po­wta­rzam so­bie te same bzdury w na­dziei, że w końcu coś za­sko­czy. Przez całe lato sta­ra­łam się my­śleć po­zy­tyw­nie, nie tra­cić wiary, ale nie jest ła­two.

Moje ko­lano za­czyna po­dry­gi­wać z ner­wów, jed­nak tuż przed na­dej­ściem kry­zysu pod­ska­kuję na dźwięk czy­je­goś głosu.

– Moja droga, ty mi nie wy­glą­dasz na pierw­szaka.

Lekko od­wra­cam głowę i ką­tem oka wi­dzę go opar­tego o fu­trynę. Opie­kuna aka­de­mika.

– Bo nim nie je­stem – mó­wię bez en­tu­zja­zmu.

– To co ro­bisz w War­ren To­wers? To zna­czy, co spra­wia, że do­bro­wol­nie tu prze­by­wasz? Mnie za to płacą. Ja­kie jest twoje wy­tłu­ma­cze­nie?

Wiem, że żar­tuje. Jed­nak nie mam na­stroju do żar­tów.

– Po pro­stu szu­kam bia­łego szumu – mó­wię i wra­cam do swo­jego no­tesu. Czuję na so­bie jego wzrok, ob­le­wam się ru­mień­cem. – Słu­chaj, nie je­stem psy­cholką, je­śli do tego zmie­rzasz. Po pro­stu szu­kam in­spi­ra­cji.

Za­pi­suję ja­kieś przy­pad­kowe słowa, ma­jąc na­dzieję, że któ­reś z nich wy­cią­gnie mnie z nie­mocy twór­czej: wa­lizki, przy­stojny OA, kon­domy, die­te­tyczna cola, pączki.

Sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na in­ten­syw­ność jego spoj­rze­nia, pa­trzę przez prze­szkloną ścianę.

Za­wsze uwiel­bia­łam ten wi­dok. Bo­ston wi­bruje ko­lo­rem pa­lo­nej sjeny – bru­nat­nego pia­skowca ogrze­wa­nego sierp­nio­wym słoń­cem. Bluszcz po­ra­sta­jący mury fa­luje na wie­trze wie­ją­cym znad rzeki Char­les i spra­wia, że mam ochotę po­bie­gać.

Aż mnie za­tyka na myśl o tym, ile wy­da­rzyło się od czasu, gdy za­czy­na­łam tu na­ukę. Trzy lata temu, sie­dząc na tym sa­mym krze­śle, wpa­dłam na po­mysł swo­jej pierw­szej książki. I mam na­dzieję, że wpadnę na ko­lejny.

Rzut oka na ze­ga­rek spra­wia, że czuję się, jak­bym przy­jęła cios w brzuch. W ta­kim tem­pie, je­śli nie we­zmę się w garść, ni­gdy nie na­pi­szę ko­lej­nej książki. Mu­szę się sku­pić. Nikt nie opłaci mo­ich ra­chun­ków, a Uni­wer­sy­tet Bo­stoń­ski nie cacka się z bied­nymi ma­łymi bo­gacz­kami − w do­ku­men­tach je­stem obrzy­dli­wie bo­gatą córką dwojga dup­ków z pierw­szej pięć­setki naj­bo­gat­szych lu­dzi we­dług „For­tune”. Nie­stety, do mo­ich ro­dzi­ców ni­gdy nie do­tarło, że po­winni choć tro­chę in­te­re­so­wać się moim cho­ler­nym ży­ciem.

Nie wiem, co zro­bi­łam, żeby tak ich wkur­wić. W tej chwili to nie ma żad­nego zna­cze­nia. Wnio­sek jest je­den: po­trze­buję pie­nię­dzy. Pronto.

Tylko jedno może mnie ura­to­wać. Pew­nego pięk­nego dnia, gdy będą sprzy­jać mi gwiazdy i los, za­cznę pi­sać jak sza­lona. Pod ko­niec pierw­szego roku tak się stało, gdy do­sta­łam pi­smo z biura kwe­stora, z któ­rego do­wie­dzia­łam się, że za­le­gam dwa­dzie­ścia ty­sia­ków.

Czyż to nie iro­nia losu, że moja po­wieść, w któ­rej opi­suję naj­bar­dziej po­ni­ża­jące chwile swo­jego ży­cia, po­mo­gła mi po­kryć zo­bo­wią­za­nia?

Nie udało mi się na­pi­sać ni­czego rów­nie do­brego jak Po­wiedz, że to nie­prawda. To moja je­dyna książka, szczę­śliwy los na lo­te­rii, który po­mógł mi wyjść z dłu­gów. Chyba na­wet nie mu­sia­łam. To, co za­częło się jako ckliwe za­pi­ski w dzien­niku, ukształ­to­wa­łam w opo­wieść, która ja­kimś cu­dem wsko­czyła na li­sty be­st­sel­le­rów i stała się hi­tem.

Opie­kun aka­de­mika chrząka i od­rywa mnie od mo­ich my­śli.

– Są­dzi­łaś, że znaj­dziesz in­spi­ra­cję tu­taj, w aka­de­miku dla pierw­sza­ków?

Nie mu­szę na niego pa­trzeć, żeby wie­dzieć, że się uśmie­cha.

Jak, do cho­lery, można usły­szeć uśmiech?, na­bija się mój we­wnętrzny głos.

– I co, udało ci się? – Śmieje się.

W końcu omia­tam go wzro­kiem i aż ści­ska mnie w dołku. Jest wy­soki, ma ciemne, po­tar­gane włosy, które opa­dają mu na twarz. Wpa­truje się we mnie zie­lo­nymi oczami. Dziew­czyny miały ra­cję. Rze­czy­wi­ście jest przy­stojny. Uśmie­cha się olśnie­wa­jąco, a mnie aż robi się słabo na myśl, jaki musi mieć ape­tyczny sze­ścio­pak.

Och, na li­tość bo­ską, weź się w garść, Clem.

Przy­gry­zam dolną wargę, aż czuję ból, i po­now­nie wle­piam wzrok w swój no­tes.

– Nie – mó­wię, pra­gnąc zy­skać wię­cej czasu na pi­sa­nie. – Nie mam szczę­ścia do in­spi­ra­cji.

Za­ci­skam zęby i za­czy­nam ry­so­wać kółka. Nie zwra­ca­jąc uwagi na szybko bi­jące serce, które − mam na­dzieję − sza­leje tak tylko przez wzgląd na ko­lejny ra­chu­nek za stu­dia i nie ma nic wspól­nego z tym so­bo­wtó­rem Henry’ego Ca­villa, prze­glą­dam strony no­tesu, de­spe­racko pra­gnąc zna­leźć w nim coś, co po­może mi się po­zbie­rać.

On wciąż stoi w drzwiach.

– Przy oka­zji, mam na imię Ga­vin.

– Miło cię po­znać – od­po­wia­dam bez prze­ko­na­nia i, dzia­ła­jąc jakby na au­to­pi­lo­cie, za­czy­nam pa­ko­wać swoje rze­czy, choć jest na to zbyt wcze­śnie.

Cho­lera. Kurwa jego mać! Nie mo­żesz wyjść. Nic jesz­cze nie wy­my­śli­łaś!

– A… ty…?

– A ja wy­cho­dzę. – Mój we­wnętrzny głos wzdy­cha z dez­apro­batą. Co z cie­bie za suka, Clem.

– Cóż, nie o to mi cho­dziło. – Jest roz­ba­wiony.

Za­rzu­cam torbę na ra­mię.

– Wiem, o co ci cho­dziło – mó­wię i pod­no­szę wzrok, po­nie­waż on blo­kuje mi drogę wyj­ścia.

Jest wyż­szy, niż są­dzi­łam… i do­brze zbu­do­wany…

Wku­rza mnie to, że moje serce bije jesz­cze wście­klej w chwili, gdy wy­czu­wam cy­tru­sowy za­pach jego wody ko­loń­skiej. Szczycę się tym, że je­stem no­wo­cze­sną dziew­czyną, nie­po­trze­bu­jącą fa­ceta, zwłasz­cza ta­kiego, który je­dy­nie zła­mie jej serce. Wo­bec po­wyż­szego staję się co­raz bar­dziej po­iry­to­wana tym, że ten fa­cet ze swoim uśmiesz­kiem spra­wia, że czuję mo­tyle w brzu­chu za­cho­wu­jące się jak ka­mi­ka­dze.

Wzdy­cham prze­sad­nie gło­śno i cze­kam, aż usu­nie się z drogi, a jed­no­cze­śnie przy­glą­dam się jego bi­cep­som roz­py­cha­ją­cym się pod T-shir­tem.

Prze­stań. Mu. Się. Przy­glą­dać.

Kręcę głową, wy­mi­jam go i ru­szam w stronę windy. Na­ci­skam gu­zik i cze­kam całe trzy se­kundy, za­nim wci­skam go po­now­nie.

– Wiesz, je­ste­śmy na sie­dem­na­stym pię­trze. To może tro­chę po­trwać. – Jego głos do­biega zza mo­ich ple­ców. – Wy­daje mi się, że bę­dziesz miała dość czasu, żeby po­wie­dzieć mi, jak się na­zy­wasz. – Znowu się śmieje, wi­docz­nie nie prze­szka­dza mu to, że całą sobą su­ge­ruję, żeby się od­pie­przył.

To nic nie zna­czy. To nie ma zna­cze­nia, że nie wpa­dłaś dzi­siaj na ża­den po­mysł.

Z ner­wów ści­ska mnie w żo­łądku, roz­wa­żam już zej­ście po scho­dach, kiedy drzwi windy się otwie­rają, a ja czuję ulgę roz­le­wa­jącą się po ciele. Nie wiem, dla­czego stąd ucie­kam, ale to ro­bię.

Wcho­dzę do windy i się od­wra­cam. Okrop­nie sek­sowny OA przy­gląda mi się, opie­ra­jąc się o ścianę z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na sze­ro­kiej klatce pier­sio­wej. Na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują, a on unosi brwi.

Gdy drzwi za­czy­nają się za­my­kać, czuję wy­rzuty su­mie­nia.

No do­brze.

– Clem. Mam na imię Cle­men­tine.

Drzwi się za­my­kają, ale wcze­śniej za­uwa­żam jego uśmiech.

* * *

Stę­chły za­pach bu­dynku, w któ­rym miesz­kam, ude­rza mnie w noz­drza, gdy wspi­nam się po scho­dach. Wszy­scy stoją wo­kół stołu wy­ko­na­nego z koła od wozu, a Jenna, trzy­ma­jąc ręce na bio­drach, stara się ochro­nić swoją zdo­bycz z wy­prze­daży ga­ra­żo­wej. Dłu­gie do ra­mion blond włosy ze­brała w ster­czący ku­cyk, na po­liczku ma ślady ku­rzu.

– Clem, chodź i mi po­móż – mówi ze słod­kim ak­cen­tem z Ka­ro­liny Po­łu­dnio­wej, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. – Uwa­żasz, że jest okropny? Ja nie. Są­dzę, że ma swój cha­rak­ter.

Har­per stoi obok Jenny i wzro­kiem błaga mnie, bym wzięła jej stronę. Zdej­muje oku­lary i ma­suje na­sadę nosa, po czym od­suwa z twa­rzy ko­smyk ciem­no­kasz­ta­no­wych wło­sów. Mam szczę­ście, że jest moją pry­watną te­ra­peutką. Jej oj­ciec to znany na ca­łym świe­cie psy­chia­tra, a ona pew­nego dnia mu do­równa.

Dzielę po­kój z Har­per od dru­giego se­me­stru pierw­szego roku, gdy oka­zało się, że żadna z nas nie jest w sta­nie miesz­kać z do­tych­cza­so­wymi współ­lo­ka­tor­kami w War­ren To­wers. Wtedy też za­przy­jaź­ni­ły­śmy się z Jenną, która po­dob­nie jak ja stu­diuje kre­atywne pi­sa­nie. Szczę­śli­wym tra­fem na dru­gim roku na­sze małe trio za­miesz­kało ra­zem w god­nym po­zaz­drosz­cze­nia apar­ta­men­cie przy Bay State Road, gdzie stoją naj­oka­zal­sze bu­dynki z czer­wo­nego pia­skowca. Od tego czasu trzy­mamy się ra­zem.

Oprócz Har­per i Jenny nikt tu­taj nie zna praw­dzi­wej mnie. Nikt nie wie, że kie­dyś odzie­dzi­czę pier­dy­liony do­la­rów. Fun­dusz po­wier­ni­czy i port­fele ak­cji przy­no­szą osza­ła­mia­jące sumy. Nie lu­bię jed­nak, gdy lu­dzie pa­trzą na mnie jak na zma­nie­ro­waną mi­lio­nerkę.

Poza tym te pie­nią­dze nie są moje, więc ich nie chcę. Zwłasz­cza je­śli mu­sia­ła­bym płasz­czyć się przed matką. Tego nie do­czeka się do usra­nej śmierci.

Har­per chrząka, żeby przy­cią­gnąć moją uwagę, a ja przy­po­mi­nam so­bie, że mam przy­jąć rolę eg­ze­ku­tora.

– Jenno, nie mamy na to miej­sca w no­wym miesz­ka­niu – mó­wię w na­dziei, że uda jej się to wy­tłu­ma­czyć w bez­bo­le­sny spo­sób. – W tym roku nasz sa­lon jest mały.

Nie mó­wię jej, że przez całe lato pla­no­wa­ły­śmy pu­ścić stół z dy­mem.

– Ko­cha­nie – wtrąca z re­zy­gna­cją Ryan, chło­pak Jenny – może by­śmy go na ra­zie za­brali do mnie? Wsta­wimy go do ga­rażu, a za rok go za­bie­rzesz.

Mimo że nim po­gar­dzam, wiem, że tak na­prawdę to świetny chło­pak.

– Poza tym mamy do­bre wspo­mnie­nia z nim zwią­zane. – Daje jej po­ro­zu­mie­waw­cze znaki brwiami, a ja od­no­szę wra­że­nie, że za­raz się po­rzy­gam.

– Ohyda! – krzy­czy Har­per. – Dla­czego nie ogra­ni­czy­cie swo­jej ak­tyw­no­ści sek­su­al­nej do sy­pialni jak inni lu­dzie?

– Nie da się, gdy twoja dziew­czyna jest taka sek­sowna. – Ryan po­chyla się i ca­łuje Jennę, pod­czas gdy ona chi­cho­cze jak za­du­rzona na­sto­latka.

Na szczę­ście dzwoni do­mo­fon, więc Ryan prze­ska­kuje przez pu­dła i bie­gnie do drzwi, żeby za­pła­cić do­stawcy pizzy. Znaj­du­jemy pa­pie­rowe ta­le­rze i sia­damy na pod­ło­dze w sa­lo­nie.

Gdy koń­czymy je­dze­nie i ogar­nia nas bło­gie zmę­cze­nie, ode­chciewa nam się tej gów­nia­nej prze­pro­wadzki do in­nego miesz­ka­nia na kam­pu­sie.

Znu­żona Har­per pod­nosi szklankę z na­po­jem.

– Za ostatni rok. – Pod­no­simy swoje kubki. – Za Ry­ana, żeby wy­prze­dał wszyst­kie bi­lety na swoje kon­certy.

Chło­pak pusz­cza oko, jest dumny ze swo­ich sce­nicz­nych osią­gnięć, na­wet te­raz tro­chę za­dziera nosa.

– Za Jennę, żeby była rów­nie za­do­wo­lona w sy­pialni, lecz nieco cich­sza – wy­li­cza Har­per.

Jenna strzela do niej z palca, ale robi to ze śmie­chem. Har­per zwraca się do mnie:

– Za Clem, żeby na­pi­sała ko­lejny be­st­sel­ler.

Jej słowa wzbu­dzają we mnie za­równo na­dzieję, jak i strach. Cały czas mo­dlę się, żeby prze­ła­mać złą passę i znowu za­cząć pi­sać.

Ryan prze­chyla swój ku­bek w moją stronę.

– Dasz mi kie­dyś prze­czy­tać tę twoją książkę?

Od­po­wiedź jest ła­twa.

– Nie są­dzę. – Uno­szę jedną brew, gdy on udaje roz­cza­ro­wa­nie. Aha, na pewno chciałby prze­czy­tać moją książkę dla na­sto­la­tek.

Jenna wtrąca się, żeby do­koń­czyć to­ast:

– I za Har­per, żeby my­liła się co do mo­ich freu­dow­skich prze­ję­zy­czeń!

Ze śmie­chem trą­camy się kub­kami.

Jenna prze­rywa wzno­sze­nie to­a­stu i ma­cha rę­kami, roz­pry­sku­jąc na­pój po pod­ło­dze.

– Nie za­po­mi­naj­cie, że ju­tro wie­czo­rem Ryan wy­stę­puje w Eu­pho­rii. – Jenna jest szcze­gólną gro­upie sto­jącą w pierw­szym rzę­dzie i roz­bie­ra­jącą wzro­kiem swo­jego chło­paka, wo­ka­li­stę grupy Tra­gic Pa­ra­dox. – Mają świet­nego no­wego gi­ta­rzy­stę.

Po­chyla się, żeby po­ca­ło­wać Ry­ana, jed­nak szybki ca­łus w usta zmie­nia się w coś wię­cej, więc ra­zem z Har­per za­czy­namy ję­czeć. Ryan się od­suwa, ale za­raz za­czyna ob­ma­cy­wać swoją dziew­czynę.

– Za­wsze je­steś ta­kim per­we­rem? – py­tam, po­sy­ła­jąc mu w za­mie­rze­niu po­gar­dliwe spoj­rze­nie, ale on tylko zło­śli­wie się uśmie­cha.

Jenna w ogóle nie jest zmie­szana tym, że przed chwilą zła­pał ją za pierś. Ma­canki w miej­scu pu­blicz­nym stały się dla niej co­dzien­no­ścią, po­dob­nie jak do­kładne re­wi­zje na lot­ni­sku.

On na­dal pa­trzy na mnie z sze­ro­kim, głu­pim uśmie­chem. Kręcę głową.

– Je­steś od­porny na moje moce, co nie?

– No ra­czej. – Wzru­sza ra­mio­nami.

– Ni­gdy nie udało mi się cie­bie prze­stra­szyć.

– Fakt, za to wszy­scy moi kum­ple srają w ga­cie ze stra­chu. – Głasz­cze mnie po wło­sach, jak­bym była dziec­kiem, więc na po­waż­nie roz­wa­żam zdzie­le­nie go w łeb. – Dla­czego je­steś taka wredna, Cle­men­tine?

Od­su­wam się i wzru­szam ra­mio­nami.

– Jak ci prze­szka­dza cie­pło, to wy­pier­da­laj z kuchni.

– Po pro­stu po­trze­bu­jesz god­nego sie­bie prze­ciw­nika.

Za­uwa­żam błysk w jego oku. Do tego fa­ceta ni­gdy nic nie do­ciera.

– Nie, nie pró­buj swa­tać mnie z żad­nym ze swo­ich ża­ło­snych kum­pli.

– Clem?

– Co?

– Nie zro­zum mnie źle. – Unosi jedną brew. – Ale czy ty je­steś les­bijką? – W obron­nym ge­ście unosi ręce, za­nim zdążę szy­der­czo się ro­ze­śmiać. – Nie mam nic prze­ciwko, je­śli je­steś. Nie osą­dzam cię i na­prawdę uwa­żam, że to by­łoby cał­kiem sek­sowne.

– Pier­dol się, Ryan.

– Nie by­ła­byś taka spięta, gdy­byś choć raz po­szła z kimś do łóżka.

– A kto mówi, że nie po­szłam?

Tak jest za­wsze. Spo­ty­kam spoj­rze­nie Har­per, która krzywi się z nie­sma­kiem. Wie, jak tego nie­na­wi­dzę.

– Clem nic na to nie po­ra­dzi, że więk­szość fa­ce­tów nie jest w sta­nie spro­stać jej stan­dar­dom – mówi Jenna, zbie­ra­jąc na­sze pa­pie­rowe ta­le­rze.

– Dzięki. – Nie cho­dziło o to, że z ni­kim się nie uma­wia­łam. Po pro­stu zre­zy­gno­wa­łam z po­szu­ki­wa­nia fa­ceta, który nie byłby po­pier­dzie­lony. Nie zdra­dzałby. Nie byłby stal­ke­rem. Tak, fa­ceci są po­wa­leni.

Ryan marsz­czy brwi.

– Już od ja­kie­goś czasu cho­dzę z Jenną i przez ten czas nie mia­łaś żad­nego chło­paka. To po­pie­przone. Wszy­scy moi kum­ple śli­nią się do cie­bie, a i ja są­dzę, że gdy­byś się z kimś zwią­zała, ludzki ga­tu­nek od­niósłby ko­rzyść.

Bar­dzo śmieszne. Moje geny nie wy­dają się nie­zwy­kłe. Je­stem ra­czej ni­ska, mam dłu­gie, ja­sne włosy i nie­bie­skie oczy. Lu­dzie mó­wią, że Jenna i ja mo­gły­by­śmy po­da­wać się za sio­stry, ale ona ma je­dwa­bi­ste i gład­kie włosy, a ja dłuż­sze i fa­lo­wane. Gdy­bym chciała wy­glą­dać tak sza­łowo jak Jenna, kiedy wstaje z łóżka, mu­sia­ła­bym spę­dzić pół dnia z su­szarką w ręce. To nie dla mnie.

Je­dyne, co działa na moją ko­rzyść, to za­mi­ło­wa­nie do bie­ga­nia i wspi­na­czki, więc przy­naj­mniej żadna z mo­ich czę­ści ciała przez ja­kiś czas nie zwięk­szy swo­jej ob­ję­to­ści.

Ryan wska­zuje mnie pal­cem i chy­trze się uśmie­cha.

– To, że z ni­kim się nie uma­wiasz, za­pewne ozna­cza, że nie­na­wi­dzisz męż­czyzn. Mam ra­cję? Wszyst­kich oprócz mnie.

Robi minę szcze­niaczka, pod­czas gdy Jenna gru­cha do niego.

Rany bo­skie.

– Nie nie­na­wi­dzę męż­czyzn. Nie­na­wi­dzę prze­wi­dy­wal­nych fa­ce­tów. – Nie wiem, co dzi­siaj wstą­piło w Ry­ana. Po­wi­nien wie­dzieć, że le­piej ze mną nie za­czy­nać.

– Wiesz co, dziew­czyno? Po­win­naś cho­dzić z na­lepką ostrze­gaw­czą – żar­tuje Ryan. – Nie­wła­ściwa ob­sługa może do­pro­wa­dzić do urazu lub śmierci.

– Do­brze, za­cznijmy więc od cie­bie – mó­wię i udaję, że ude­rzam go w brzuch.

* * *

Bay State Road po­ra­stają klony i bujny bluszcz. Wi­dok jest tak ładny, że można by go wy­słać na pocz­tówce do domu. Gdy­bym tylko wy­sy­łała do domu pocz­tówki.

Na­sze miesz­ka­nie na ten rok znaj­duje się do­kład­nie jedną prze­cznicę od Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego. Cho­ciaż czuję się wy­koń­czona, a na ulicy jest pełno stu­den­tów i aut za­par­ko­wa­nych w dwóch rzę­dach, nie­mal pod­ska­kuję z ra­do­ści, pa­trząc na na­sze nowe lo­kum.

Har­per, Jenna i ja we­szły­śmy po scho­dach i otwo­rzy­ły­śmy drzwi no­wego miesz­ka­nia.

– Za­sta­nówmy się, jak po­dzie­limy się po­ko­jami. – Har­per ma prak­tyczne po­dej­ście.

Nasz apar­ta­ment znaj­duje się na gó­rze trzy­pię­tro­wego bu­dynku i jest tro­chę więk­szy niż po­zo­stałe miesz­ka­nia sze­re­gowca, lecz to wciąż aka­de­mik.

Od frontu mamy nie­wiel­kie wspólne po­miesz­cze­nie, z któ­rego wcho­dzi się do trzech po­koi – jed­nego dla dwóch osób i dwóch po­je­dyn­czych. Za­uwa­żam ła­zienkę. Cztery dziew­czyny dzie­lące jedną ła­zienkę to nic za­baw­nego.

– Dani bę­dzie miesz­kała ze mną – mówi Jenna – dla­tego biorę ten po­dwójny po­kój od frontu.

I tak przez więk­szość czasu po­miesz­kuje u Ry­ana, więc nie po­trze­buje pry­wat­no­ści.

Je­stem za­do­wo­lona, że to nie mnie przyj­dzie dzie­lić po­kój z nową dziew­czyną.

Ta­kie są nie­do­god­no­ści zwią­zane z miesz­ka­niem na te­re­nie kam­pusu. Cho­ciaż jest też sporo za­let. Sys­tem wy­boru miesz­ka­nia opiera się na lo­so­wa­niu, dla­tego nie wzięto pod uwagę tego, że chcia­ły­by­śmy miesz­kać we trzy, i przy­dzie­lono nam miesz­ka­nie dla czte­rech osób. Mo­gły­śmy cze­kać, aż przy­ślą nam ja­kąś współ­lo­ka­torkę lub same ko­goś zna­leźć. Jenna przy­sięga, że po­lu­bimy Dani, ale ja wstrzy­muję się z oceną, po­nie­waż ostroż­no­ści ni­gdy dość. Zwłasz­cza je­śli jest się w mo­jej sy­tu­acji.

Pró­buję nie rzu­cać się w oczy, po­nie­waż prasa z roz­ko­szą dru­ko­wa­łaby moje na­zwi­sko na pierw­szych stro­nach bru­kow­ców. Mój brat bliź­niak kilka razy zna­lazł się w ta­kiej sy­tu­acji, ale Jax do­brze czuje się w świe­tle re­flek­to­rów, bo dzięki nim może za­li­czyć każdą la­skę, która wpad­nie mu w oko.

Moim ce­lem jest spo­kojne ży­cie, cho­ciaż cza­sami bywa nudno. Bóg mi świad­kiem, że do­świad­czy­łam już dość dra­ma­tów.

Po­doba mi się spo­kój, więc swoją książkę opu­bli­ko­wa­łam pod pseu­do­ni­mem. Za nic w świe­cie nie przy­zna­ła­bym się do po­rażki, która stała się in­spi­ra­cją dla tej po­wie­ści.

Har­per pa­trzy na mnie py­ta­jąco, więc wzru­szam ra­mio­nami. Za­pła­ci­łam za po­je­dyn­czy po­kój, cho­ciaż to dla mnie duży wy­da­tek, ale nie je­stem w sta­nie pi­sać, je­śli ktoś obok mnie ogląda Glee.

– Mo­żesz za­jąć ten, który ci się bar­dziej po­doba. Ja będę szczę­śliwa, je­śli tylko nie zo­stanę zmu­szona do po­now­nego miesz­ka­nia z Evą Ri­chard­son – mó­wię i wzbu­dzam śmiech.

Eva, moja współ­lo­ka­torka, z którą miesz­ka­łam na pierw­szym roku, wredna dziew­czyna na­le­żąca do żeń­skiego sto­wa­rzy­sze­nia stu­den­tek, zmie­niła moje ży­cie w pie­kło i spra­wiła, że spik­nę­łam się z Har­per.

Sły­chać kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze, więc od­wra­camy się i wi­dzimy za­sa­pa­nego Ry­ana.

– Cho­lera. Nie mo­gły­ście do­stać po­koju na pierw­szym lub dru­gim pię­trze? – Gdy wcho­dzi na szczyt scho­dów, pod­rzuca pu­dła, żeby le­piej je chwy­cić.

– Ju­tro wie­czo­rem sta­wiamy drinki i ko­la­cję – mó­wię, za­bie­ra­jąc od niego jedno pu­dło. – Poza tym to cena, jaką pła­cisz za moż­li­wość cho­dze­nia z jedną z naj­ład­niej­szych dziew­czyn na kam­pu­sie. Pod­czas prze­pro­wadzki mu­sisz być na­szym ro­bo­lem. Weź się w garść, chło­pie.

Wzdy­cha i przy­ta­kuje.

– Masz ra­cję.

No do­bra, może nie wszy­scy fa­ceci są po­wa­leni.

ROZ­DZIAŁ 2

Na­stęp­nego dnia wszystko mnie boli, jak­bym zo­stała sko­pana przez śred­niej wiel­ko­ści trzodę chlewną, więc nie mam naj­mniej­szej ochoty iść do pracy. Je­stem jedną z asy­sten­tek kie­row­nika w kam­pu­so­wej księ­garni. To po­żą­dane sta­no­wi­sko wśród stu­den­tów, po­nie­waż przy­słu­gują na nim zniżki na książki, ubra­nia, a co naj­waż­niej­sze – rów­nież na kawę. Księ­gar­nia ma trzy pię­tra, zaj­muje po­łowę prze­cznicy i znaj­duje się w niej wszystko z Bar­nes & No­ble i Star­bucksa, a także pod­sta­wowe ele­menty wy­po­sa­że­nia aka­de­mi­ków oraz ubra­nia. Nad­gor­liwi ro­dzice mogą wy­po­sa­żyć gów­niane po­ko­iki swo­ich po­ciech, za­pła­cić kro­cie za pod­ręcz­niki, a na­wet ku­pić ja­kiś dur­no­waty ku­bek dla babci.

Uwiel­biam swoją pracę. Za­zwy­czaj. Sta­nowi dla mnie od­skocz­nię, spra­wia, że nie za­my­kam się w so­bie, co jest moją ty­pową re­ak­cją na stres. Te­raz nad­ciąga naj­go­ręt­szy okres roku.

Za­ję­cia za­czy­nają się za kilka dni, więc mu­szę ra­dzić so­bie z prze­peł­nio­nym ma­ga­zy­nem. Po­trze­buję pie­nię­dzy – niech mnie szlag trafi, je­śli za­dzwo­nię do matki po po­moc – więc do­daję so­bie ener­gii, pi­jąc po­dwójne latte, i przy­go­to­wuję się na cze­ka­jące mnie za­da­nia.

Sprze­daż książki przy­nio­sła mi sporo pie­nię­dzy, ale stu­diuję na jed­nej z naj­droż­szych uczelni w kraju, która mie­ści się w jed­nym z naj­droż­szych miast w Sta­nach, więc moja sy­tu­acja fi­nan­sowa nie jest do­bra. Matka płaci cze­sne za mo­jego brata, który na szczę­ście stu­diuje po dru­giej stro­nie ulicy na Bo­ston Col­lege, więc nie mu­szę go co­dzien­nie oglą­dać i przy­po­mi­nać so­bie, ja­kie ma fory w ro­dzi­nie.

Pi­szę krótką wia­do­mość do Jenny. Tłu­ma­czę, że nie je­stem w sta­nie przyjść na wy­stęp Ry­ana, i obie­cuję wy­su­płać tro­chę kasy, żeby ku­pić mu kilka drin­ków w za­mian za po­moc przy prze­pro­wadzce.

Jenna od­pi­suje: Ro­zu­miem, ale i tak je­steś zdzirą. Szkoda, że cię nie bę­dzie! Chcia­łam, że­byś po­znała Mur­phy’ego, no­wego gi­ta­rzy­stę. Przy­stoj­niak.

Od­po­wia­dam jej ze śmie­chem: Prze­stań mnie wra­biać!

Jenna: Za­ro­śnie ci cipka i bę­dziesz mu­siała iść na za­bieg chi­rur­giczny, żeby móc jej uży­wać.

Ja: Nie martw się. Mam ubez­pie­cze­nie. I po­moc­ni­ków na ba­te­rie, któ­rzy mnie nie zdra­dzają ani nie stal­kują. To osta­teczny ar­gu­ment!

No do­bra, nie mam ubez­pie­cze­nia. Ani wi­bra­tora. Czuję się tro­chę głu­pio, że skła­ma­łam, ale Jenna zu­peł­nie nie ro­zu­mie, dla­czego nie chcę się z ni­kim uma­wiać, a ja nie mam ochoty na to, żeby jej się tłu­ma­czyć. Po­now­nie.

Jenna: Do­bra. Po­zwolę ci nie przyjść dziś wie­czo­rem, ale pod JED­NYM wa­run­kiem.

Ja: ?

Jenna: Dasz mi wolną rękę, że­bym mo­gła za­pla­no­wać twoje uro­dziny w przy­szły week­end. CARTE BLAN­CHE.

Ja: Ostro się tar­gu­jesz. A jak po­wiem nie?

Jenna: To masz dzie­sięć mi­nut, żeby wziąć dupę w troki i przyjść na kon­cert.

Ja: Ale z cie­bie suka. Do­brze. Masz te uro­dziny.

Jenna: Ko­cham Cię! Nie pra­cuj do późna.

Krę­cąc głową, od­kła­dam te­le­fon i biorę się za ro­botę.

Kiedy koń­czę in­wen­turę, jest już po pół­nocy. Ken­more Squ­are za­peł­nił się stu­den­tami idą­cymi na Lans­do­wne Street, gdzie znaj­duje się kil­ka­na­ście ba­rów, lecz ja skrę­cam w Bay State Road, a prze­cznica, przy któ­rej stoi mój bu­dy­nek, jest ciemna. Dwie la­tar­nie nie świecą, więc mi­mo­wol­nie przy­spie­szam kroku. W końcu stoję przed drzwiami.

Czuję ulgę, wi­dząc Har­per sie­dzącą na ka­na­pie i roz­ma­wia­jącą przez te­le­fon.

– Je­steś sama? – py­tam, gdy się roz­łą­cza.

– Tak, Jenna po­szła do Ry­ana. Wiesz, co się z nimi dzieje po kon­cer­tach – od­po­wiada, wy­wra­ca­jąc oczami. – Dani wy­szła na mia­sto z przy­ja­ciółmi.

Pod­no­szę koc, któ­rym jest okryta, mosz­czę się obok niej i oglą­damy te­le­wi­zję z wy­ci­szo­nym dźwię­kiem. Kie­dyś bę­dziemy mu­siały za­jąć się kar­to­nami usta­wio­nymi pod ścia­nami, ale je­stem zbyt pad­nięta, żeby o tym my­śleć. Te­raz, gdy usia­dłam, czuję, jak bolą mnie nogi, a zmę­cze­nie opa­no­wuje całe moje ciało.

– Jak było? – py­tam.

– Ze­spół wy­padł świet­nie, ale Kade, ten wielki ku­tas, cały czas mnie ob­ła­piał.

Kade jest bęb­nia­rzem w ze­spole. To syn ja­kie­goś po­li­tyka i wy­daje mu się, że wszystko mu wolno. Fa­ceci tacy jak on, z pie­niędzmi i wła­dzą, po­zba­wieni re­spektu dla norm spo­łecz­nych, są nie­bez­pieczni, o czym sama bo­le­śnie się prze­ko­na­łam.

– Ja pier­dzielę.

– Mam gdzieś to, że mu się po­do­bam. Jak jesz­cze raz po­łoży łapy na moim tyłku, to po­ża­łuje.

Har­per nie ma tak oczy­wi­stej urody jak Jenna, ale jest osza­ła­mia­jąca na swój ory­gi­na­lny spo­sób. Po­nadto to jedna z nie­licz­nych osób czu­ją­cych się do­brze we wła­snej skó­rze, które znam. A na do­da­tek stu­diuje psy­cho­lo­gię i z roz­ko­szą grze­bie mi w gło­wie, kiedy po­trze­buję jej po­mocy.

– Co za ob­lech. Nie wiem, dla­czego Ryan się z nim przy­jaźni.

Siada wy­god­niej.

– Ale ten nowy gi­ta­rzy­sta jest cudny. I ślicz­niutki!

– No wła­śnie sły­szę. – Ni­gdy nie wi­dzia­łam fa­ceta, ale – jak wi­dać – wpadł Har­per w oko. To już coś.

– Za­mie­rzasz rzu­cić swo­jego ko­cha­sia dla niego?

– No wiesz!

* * *

Je­stem. Taką. Idiotką.

Z to­rebki wyj­muję spis za­jęć na ten rok. Wsa­dzi­łam tam tę kartkę w maju i szybko o niej za­po­mnia­łam. Czy­tam na­zwy przed­mio­tów: mity grec­kie i rzym­skie w li­te­ra­tu­rze, psy­cho­lo­gia, pi­sa­nie ro­man­sów i ma­te­ma­tyka sto­so­wana.

Przez trzy lata od­ra­cza­łam dwie rze­czy – obo­wiąz­kowy kurs ma­te­ma­tyki (po­nie­waż je­stem ma­te­ma­tycz­nie nie­do­ro­zwi­nięta) oraz za­pi­sa­nie się na to, co – jak przy­pusz­cza­łam – bę­dzie moim ulu­bio­nym przed­mio­tem, czyli pi­sa­nie po­wie­ści young adult z pro­fe­sor Gol­ding. Ze­szłej wio­sny była na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim i nie wy­kła­dała w dru­gim se­me­strze, więc tej je­sieni mam ostat­nią szansę, żeby tra­fić na jej za­ję­cia. Wie­rzę, że po­mogą mi zna­leźć po­my­sły do książki.

Ści­ska mi się żo­łą­dek, gdy po­now­nie czy­tam li­stę przed­mio­tów.

Ja­kim trzeba być ge­niu­szem, żeby do­piero te­raz uświa­do­mić so­bie, że przy­pad­kowo za­pi­sa­łam się na pi­sa­nie ro­man­sów?

Wi­zja tego, że pro­fe­sor Gol­ding bie­rze mnie pod swoje skrzy­dła, szybko roz­pływa się przed mo­imi oczami.

Szanse na to, że na jej za­ję­ciach po­zo­stało miej­sce dla jesz­cze jed­nej stu­dentki, są ta­kie same jak na zna­le­zie­nie w Bo­sto­nie ulicy bez dziur w as­fal­cie.

Jesz­cze je­den wy­kła­dowca uczy pi­sa­nia young adult, ale na pierw­szym roku do­stał są­dowy za­kaz zbli­ża­nia się do mnie, więc prę­dzej za­mar­z­łoby pie­kło, niż za­pi­sa­ła­bym się na je­den z pie­przo­nych kur­sów pro­wa­dzo­nych przez niego.

Mia­łam całe lato, całe cho­lerne lato, żeby to za­uwa­żyć, ale w ogóle nie wpa­dłam na to, żeby spoj­rzeć na spis przed­mio­tów i spraw­dzić, czy wszystko się zga­dza. Pew­nie za­uwa­ży­łam tylko frag­ment pi­sa­nie po­wie­ści i za­ło­ży­łam, że jest tak, jak po­winno być. Ja pier­dolę.

Przez dzie­sięć mi­nut w peł­nym sku­pie­niu po­rów­ny­wa­łam moją kartę re­je­stra­cyjną z ka­ta­lo­giem za­miesz­czo­nym w in­ter­ne­cie i za­uwa­ży­łam, że nu­mery kur­sów z young adult i pi­sa­nia ro­man­sów są pra­wie iden­tyczne. Jed­nak nie­dzielny wie­czór po Świę­cie Pracy nie jest od­po­wied­nim cza­sem na ta­kie olśnie­nia, po­nie­waż i tak nic nie wskó­ram, do­póki nie za­czną się za­ję­cia.

Kurwa!

O dzie­sią­tej rano we wto­rek ko­niecz­nie mu­szę się na­pić. Szota. Może te­qu­ili. Nie je­stem pi­jaczką, ale wi­dok tłumu stu­den­tów sto­ją­cych pod salą i pró­bu­ją­cych się za­pi­sać na kurs YA pro­wa­dzony przez Gol­ding spra­wia, że czuję się po­ko­nana. Dwa razy spraw­dzam go­dziny jej dy­żu­rów i po­sta­na­wiam spo­tkać się z nią po za­ję­ciach, po czym idę na pi­sa­nie ro­man­sów.

Wy­wra­cam oczami. Nie­na­wi­dzę ro­man­sów.

Mam prze­rą­bane.

* * *

Spóź­ni­łam się dzie­sięć mi­nut, ale w końcu do­tar­łam. Wcho­dzę, spusz­czam głowę, żeby stać się nie­wi­dzialna, i sia­dam na jed­nym z ostat­nich wol­nych miejsc. Sala jest wielka i pęka w szwach, co mnie dziwi, po­nie­waż po­winni tu być tylko stu­denci ostat­niego roku pi­sa­nia.

Pro­fe­sor Mar­ce­aux prze­cha­dza się na prze­dzie sali i cmoka, pa­trząc na nas. Nie zdą­ży­łam jesz­cze spoj­rzeć na plan za­jęć, a już jedna ze stu­den­tek za­daje py­ta­nie:

– Jaka jest róż­nica po­mię­dzy Pięć­dzie­się­cioma twa­rzami Greya a ro­man­sem? – pyta dziew­czyna z pierw­szego rzędu.

Do­my­ślam się, że wszy­scy chcieli o to za­py­tać, po­nie­waż robi się har­mi­der. Czy je­stem je­dyną, która nie prze­czy­tała Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy Greya?

Mar­ce­aux za­trzy­muje się w pół kroku.

– Do­sko­nałe py­ta­nie. Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze, Ana, główna bo­ha­terka Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy, za­sta­na­wia się, czy chce być ule­gła Chri­stia­nowi, więc cała opo­wieść kręci się wo­kół kon­fliktu sek­su­al­nego, który spra­wia, że książkę na­leży przy­pi­sać do ga­tunku po­wie­ści ero­tycz­nych. Weźmy rów­nież pod uwagę styl. W ro­man­sie mó­wimy ko­chać się lub upra­wiać seks. Wy­daje mi się, że ra­czej nie po­wiemy pie­przyć się – mówi, uno­sząc brwi, a stu­denci za­czy­nają się śmiać.

Jezu. Czy mu­simy mó­wić o sek­sie? Czy ro­mans nie może do­ty­czyć nie­od­wza­jem­nio­nej mi­ło­ści i smut­nych spoj­rzeń? Odro­biny ma­ca­nek po pi­jaku gdzieś w sza­fie?

Wy­kła­dow­czyni ma silny fran­cu­ski ak­cent i gdy prze­cha­dza się przed nami, prze­suwa oku­lary w szyl­kre­to­wych opraw­kach na czu­bek głowy. Znowu cmoka.

– Nie uży­ła­bym rów­nież słów ta­kich jak pe­nis czy łech­taczka. Bę­dzie­cie mu­sieli wy­my­ślić ja­kieś za­bawne eu­fe­mi­zmy, żeby je za­stą­pić.

Stu­denci za­czy­nają szep­tać, kilka dziew­czyn chi­cho­cze.

Po jaką cho­lerę mam wy­my­ślać za­bawny eu­fe­mizm do słowa pe­nis? Nie za­mie­rzam go pi­sać. Ni­gdy.

Jest mi nie­do­brze.

Chło­pak sie­dzący obok mnie do­tyka mo­jego łok­cia.

– Mogę ci z tym po­móc – szep­cze, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie. – Z tymi eu­fe­mi­zmami.

– Spa­daj, dupku. – Bły­ska­wicz­nie się pa­kuję i wy­bie­gam z sali. Pro­fe­sorka coś do mnie mówi, gdy za­trza­skują się za mną drzwi. Se­kundę póź­niej sły­szę gło­śny śmiech.

Gdy wra­cam do domu, pęka mi łeb. Póź­nym po­po­łu­dniem przy­cho­dzi Jenna i robi wiel­kie oczy na mój wi­dok.

– Chry­ste Pa­nie, Clem, co się z tobą działo na za­ję­ciach?

– Ja­kich za­ję­ciach? – Jedną nogę zgi­nam w ko­la­nie i przy­sia­dam na niej na ławce pod wy­ku­szo­wym oknem.

– Z ro­mansu. Nie wi­dzia­łaś, jak do cie­bie ma­cha­łam z tyłu sali? – Ma­cha rę­kami, jakby chciała za­de­mon­stro­wać.

– O Boże, ty też na to cho­dzisz?

– Tak! Dla­czego ucie­kłaś?

– Żar­tu­jesz so­bie? Nie będę cho­dziła na za­ję­cia pi­sa­nia o sek­sie.

Marsz­czy czoło.

– One nie są o sek­sie. Prze­ga­pi­łaś resztę wy­kładu. Po­wie­działa, że w ro­man­sie seks jest sprawą dru­go­rzędną, a naj­waż­niej­szą jest mi­łość. Seks może być jej czę­ścią, ale cho­dzi o szer­szą per­spek­tywę.

Obej­muję głowę dłońmi i ma­suję pul­su­jące skro­nie.

– A co z tymi za­ję­ciami z young adult, na które tak bar­dzo chcia­łaś cho­dzić? – pyta, prze­mie­rza­jąc po­kój.

Ję­czę i za­my­kam oczy.

– Po­my­li­łam się pod­czas re­je­stra­cji na za­ję­cia ze­szłej wio­sny i przy­pad­kowo wy­bra­łam ro­mans.

– Pech. – Robi so­bie kawę i siada obok mnie w wy­ku­szu.

Otwie­ram oczy i pa­trzę na nią.

– Jenna, nie je­stem osobą, która lubi wy­my­ślać za­bawne eu­fe­mi­zmy opi­su­jące czę­ści ciała. To nie dla mnie.

– Cóż, może to znak, no wiesz, żeby spró­bo­wać no­wych rze­czy i wziąć byka za rogi.

Te­raz ja marsz­czę czoło. Daję radę być suką, ale nie wiem, czy mam w so­bie dość od­wagi. Ostat­nim ra­zem coś na­prawdę od­waż­nego zro­bi­łam na pierw­szym roku i do tej pory od­czu­wam tego skutki.

Może dla­tego na­dal nie mogę pi­sać.

Jenna sztur­cha mnie łok­ciem, pró­bu­jąc mnie po­cie­szyć.

– Uśmiech­nij się. Przy­go­tuję coś na­prawdę za­baw­nego na twoje przy­ję­cie uro­dzi­nowe.

– Su­per. Cie­szy mnie to, je­śli tylko nie będę mu­siała wy­my­ślać eu­fe­mi­zmów do słowa pe­nis.

Na jej twa­rzy ma­luje się roz­cza­ro­wa­nie.

– Szkoda, psu­jesz za­bawę.

Może i tak, ale dzięki temu czuję się bez­piecz­niej.

ROZ­DZIAŁ 3

Nie mam po­my­słu ani na książkę, ani na to, jak do­stać się na za­ję­cia z YA. Cze­kam na jesz­cze jedną złą wia­do­mość, bo gów­niane wie­ści za­wsze cho­dzą trój­kami.

Bła­ga­łam pro­fe­sor Gol­ding, żeby po­zwo­liła mi przy­cho­dzić na swoje za­ję­cia, ale wrę­czyła mi tylko li­stę re­zer­wo­wych, która cią­gnęła się na dwie strony. Scho­wa­łam więc dumę do kie­szeni i prze­pro­si­łam pro­fe­sor Mar­ce­aux za to, że wy­bie­głam z jej wy­kładu. Po­wie­dzia­łam jej, że to był na­gły wy­pa­dek, i prze­mil­cza­łam, że pra­wie umar­łam, kiedy usły­sza­łam łech­taczka.

I te­raz wła­śnie my­ślę nad eu­fe­mi­stycz­nymi okre­śle­niami łech­taczki, ta­kimi jak mo­ty­lek, gu­zi­czek, myszka, pą­czuś.

O Boże.

Przed oczami staje mi nie­po­żą­dany ob­raz. Wkłada dłoń po­mię­dzy jej de­li­katne uda i głasz­cze jej pul­su­ją­cego mo­tylka.

Jezu. Niech mnie ktoś za­strzeli, je­śli kie­dy­kol­wiek na­pi­szę to w ja­kiejś książce.

Go­dzę się na to, że w tym se­me­strze będę brała udział w idio­tycz­nych za­ję­ciach z pi­sa­nia ro­man­sów, i wy­bie­ram się na za­kupy do księ­garni. Za­kra­dam się w na­dziei, że nie za­go­nią mnie do ro­boty, ale kiedy pod­cho­dzę do kasy, ką­tem oka za­uwa­żam jego. Tego pier­dzie­lo­nego zła­masa.

Serce o mało nie wy­rwie mi się z piersi, krew pły­nie szyb­ciej w ca­łym moim ciele. Z tru­dem ła­pię od­dech i pierw­sze, co przy­cho­dzi mi do głowy, to ukryć się za kasą.

Chyba mnie nie za­uwa­żył. Pro­szę. Odejdź. Stąd.

Dziew­czyna sto­jąca przy ka­sie wraca z prze­rwy. Jej buty po­ja­wiają się przede mną, za­raz po­tem mnie za­uważa. Robi wiel­kie oczy. Unosi jedną brew, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co jej sze­fowa robi pod ladą. Po dru­giej stro­nie stołu sły­szę głos Ja­sona Whe­elera, mo­jego pro­fe­sora z za­jęć kre­atyw­nego pi­sa­nia na pierw­szym roku.

– Becca, je­śli bę­dziesz zwra­cała na mnie uwagę, zmiaż­dżę ci zę­bami kość udową.

Gapi się przez chwilę, unosi drugą brew na wy­so­kość pierw­szej, po czym od­suwa się i pro­stuje, więc znowu wi­dzę tylko jej stopy.

– Dzień do­bry, pro­fe­so­rze Whe­ele­rze. Czy to wszystko?

Boże, jak ona szcze­bio­cze.

– Tak, dzię­kuję, skar­bie.

Chce mi się rzy­gać, gdy sły­szę ten jego gładki, ak­sa­mitny, za­srany głos. Albo sko­pać mu jaja, a po­tem się zrzy­gać.

Kasa pisz­czy, gdy Becca ska­nuje za­kupy Whe­elera.

– Czy ja cię znam, moja droga? – pyta.

No i pro­szę.

Becca chi­cho­cze.

– Uczył mnie pan li­te­ra­tury bry­tyj­skiej kilka lat temu. Je­stem za­sko­czona, że pan pa­mięta.

– Je­steś zbyt ładna, żeby cię za­po­mnieć.

Rzyg.

– Ro­bisz ma­gi­sterkę na an­gli­styce?

Dziew­czyna za­pewne po­twier­dza ski­nie­niem głowy.

– Wspa­niale – do­daje Whe­eler.

– Jak mi­nęło panu lato? – pyta dziew­czyna, ko­ły­sząc się na pię­tach.

– Spę­dzi­łem je w Lon­dy­nie. Było fan­ta­stycz­nie. Wró­ci­łem do­piero kilka dni temu.

Becca śmieje się, cho­ciaż nie było w tym nic śmiesz­nego.

Whe­eler mówi coś, czego nie je­stem w sta­nie usły­szeć. Po czym do­daje:

– Przyjdź do mnie, je­śli bę­dziesz miała ja­kiś pro­blem. Z przy­jem­no­ścią ci po­mogę.

Co za ob­le­śny typ.

Wie­dzia­łam, że wróci na za­ję­cia je­sie­nią, ale nie by­łam przy­go­to­wana na jego wi­dok. Spusz­czam wzrok i za­uwa­żam, że za­czę­łam po­cie­rać nad­gar­stek. Za­my­kam oczy i głę­boko od­dy­cham, żeby wziąć się w garść. Kiedy je otwie­ram, wi­dzę, że Becca ukuc­nęła na­prze­ciw mnie.

– Po­szedł, cho­ciaż nie mam po­ję­cia, dla­czego się przed nim scho­wa­łaś. Jest cudny! Ko­cha­łam się w nim na pierw­szym roku.

– Prze­pra­szam, że po­stra­szy­łam cię prze­gry­zie­niem nogi. – Nie za­mie­rza­łam wbi­jać zę­bów w jej udo. – On i ja mamy złe wspo­mnie­nia.

– Och, dał ci złą ocenę, tak? – Wy­dyma usta.

– Coś w tym stylu. – Nie­zu­peł­nie o to cho­dzi. Gdy opusz­cza mnie pa­ra­liż, mogę po­krę­cić głową. – Becca?

Przy­klęka, żeby znowu na mnie po­pa­trzeć.

– Nie cho­dziło o złą ocenę. – Prze­ły­kam ślinę, pró­bu­jąc po­zbyć się guli z gar­dła. – To zły czło­wiek. Jest… nie­bez­pieczny. – Chcę jej po­wie­dzieć, żeby trzy­mała się z dala od niego, ale nie mogę wy­du­sić z sie­bie tych słów.

Pa­trzy na mnie, jak­bym mó­wiła w ob­cym ję­zyku. Kilka dziew­czyn pod­cho­dzi do kasy, ich roz­mowa prze­rywa kło­po­tliwą ci­szę.

Becca zerka na nie, po czym zwraca się do mnie:

– Nie wiem, co o tym my­śleć, ale w po­rządku.

Nie mam jak jej wy­ja­śnić swo­jego oso­bli­wego za­cho­wa­nia, po­nie­waż jedna z klien­tek pyta, gdzie znaj­dzie or­ga­ni­zer na pi­loty do za­wie­sze­nia przy łóżku, więc Becca od­dala się, żeby po­móc jej szu­kać.

Nie wiem, jak długo tam sie­dzę, pró­bu­jąc uspo­koić od­dech i trzę­sące się ręce. Z za­my­śle­nia wy­rywa mnie sy­gnał przy­cho­dzą­cego SMS-a: Nie za­po­mnij ku­pić ogu­mie­nia!

Wia­do­mość od Jenny przy­po­mi­na­jąca mi o tym za­da­niu jest jak wi­sienka na tor­cie tego po­pie­przo­nego dnia.

Cze­kam jesz­cze dzie­sięć mi­nut, żeby mieć pew­ność, że Whe­eler po­szedł, po czym wy­cho­dzę, z każ­dym kro­kiem czu­jąc na­si­la­jący się ból głowy. Po­win­nam iść na si­łow­nię, żeby wy­po­cić na­pię­cie, ale naj­pierw mu­szę na­peł­nić akwa­rium.

Nie, nie cho­dzi o rybki.

– Mój le­karz prze­pi­sał mi ja­kąś maść na za­pa­le­nie dzią­seł – mówi star­szy męż­czy­zna, zwra­ca­jąc się do far­ma­ceuty, gdy cze­kam w ko­lejce do okienka.

Nie ma nic złego w ku­po­wa­niu pre­zer­wa­tyw. To pod­sta­wowy pro­dukt jak chleb i mleko. To tylko nie­wielki ka­wa­łek gumy okry­wa­jący mę­skie przy­ro­dze­nie. Nie po­win­nam się wsty­dzić, prawda?

Dziś rano Jenna uświa­do­miła so­bie, że na­sze akwa­rium z pre­zer­wa­ty­wami jest pu­ste, i pra­wie do­stała ataku serca. Po­tem była zbyt wy­koń­czona, żeby pójść i uzu­peł­nić za­pasy, więc po­wie­dzia­łam, że ja to zro­bię. W końcu jest pią­tek. Nie mogę po­zwo­lić, by pe­nis zna­lazł się w sy­tu­acji pod­bram­ko­wej i nie mógł jej wy­ko­rzy­stać. Ża­den czło­nek nie prze­mknie się bez gumki pod­czas mo­jej warty.

Biorę głę­boki od­dech, nie zwra­cam uwagi na pot po­ja­wia­jący się pod mo­imi pa­chami.

Och, jak tu go­rąco.

Gor­sze od sa­mego ku­po­wa­nia gu­mek jest to, że mu­szę po­pro­sić o po­da­nie mi opa­ko­wa­nia w roz­mia­rze maksi. I nie ma­łego opa­ko­wa­nia, lecz do­słow­nie ogrom­nego, by star­czyło dla Ry­ana.

Jenna i jej chło­pak pa­rzą się jak wy­głod­niałe psy, a skoro już sły­sza­łam z ob­sce­nicz­nych krzy­ków, jaki jest wiel­gachny, wiem, że po­win­nam po­pro­sić o roz­miar dla gi­ganta.

Kiedy staję przed okien­kiem, wy­pi­nam pierś. Je­stem no­wo­cze­sną dziew­czyną. Dam radę.

– Po­pro­szę naj­więk­sze opa­ko­wa­nie pre­zer­wa­tyw Tro­jan Ma­gnum w roz­mia­rze XL – mó­wię ci­cho, słowa brzmią obco w mo­ich ustach.

Far­ma­ceutka nie­znacz­nie unosi brwi i sięga po duże, błysz­czące pu­dełko. No wi­dzisz, nie było tak źle, mó­wię so­bie. Lecz za­raz sły­szę gwiz­da­nie do­cho­dzące z tyłu.

– Ma­leńka, gdzieś ty była przez całe moje ży­cie?

Spi­nam się, ale po chwili tylko wy­wra­cam oczami.

– Se­rio? Na­prawdę masz taki pod­ryw? – mam­ro­czę. Uni­kam wzro­kiem dwóch fa­ce­tów sto­ją­cych za mną i się­gam do to­rebki, żeby wy­jąć port­fel.

– Och, chodź tu­taj, sło­dziutka. Nie od­trą­caj mnie. Mam coś spe­cjal­nego dla do­brze wy­po­sa­żo­nych dziew­czyn.

Zło­śliwy chi­chot spra­wia, że do­staję gę­siej skórki.

– No wiesz, jak chcesz spraw­dzić ja­kość, mogę zor­ga­ni­zo­wać dla cie­bie przy­miarkę. Po­do­bno mam wspa­niały okaz.

Po­daję pie­nią­dze i od­wra­cam się do niego. Du­pek jest wy­soki i zbu­do­wany jak kul­tu­ry­sta. Otwie­ram sze­roko oczy i idę ku niemu, mru­ga­jąc rzę­sami jak la­lu­nia, za którą mnie uważa. Przy­gry­zam usta i mie­rzę go wzro­kiem, przy­glą­dam się jego sze­ro­kim ra­mio­nom, po czym spusz­czam wzrok na to miej­sce. Chi­cho­czę jak zdzira i z uśmie­chem pa­trzę mu w oczy.

– Jak miło, że mi to za­pro­po­no­wa­łeś, bo je­steś tak zbu­do­wany!

Uśmie­cha się od ucha do ucha, jakby sły­szał to już nie­jed­no­krot­nie.

– Za­pewne co­dzien­nie pod­no­sisz cię­żary, co ozna­cza, że mu­sisz so­bie coś kom­pen­so­wać, więc te ma­leń­stwa – mó­wię, dum­nie po­trzą­sa­jąc pu­deł­kiem prąż­ko­wa­nych, na­wil­ża­nych gu­mek – są ra­czej da­leko poza twoim za­się­giem.

Do­piero gdy kum­pel dupka wy­bu­cha śmie­chem, uświa­da­miam so­bie, że skądś go znam, ale ma czapkę z dasz­kiem na­su­niętą na oczy, więc nie wi­dzę jego twa­rzy. Cho­lera. Gdzie ja go wi­dzia­łam?

Po chwili stwier­dzam, że nic mnie to nie ob­cho­dzi, i wzdy­cham, pa­trząc na za­cze­pia­ją­cego mnie plat­fusa. Nieco zbladł, znik­nął też jego uśmiech.

– Suka – mówi du­pek pod no­sem, a ja za­rzu­cam torbę na ra­mię i wy­cho­dzę.

Kręcę głową. Ktoś po­wi­nien mu po­wie­dzieć, że to nie było ob­raź­liwe. I że nie jest zwłasz­cza wtedy, gdy znie­chę­cam do sie­bie ta­kich dup­ków.

* * *

– Chyba cię po­srało, je­śli są­dzisz, że za­łożę to na sie­bie. – Prze­glą­dam się w lu­strze. Na­le­żąca do Jenny ob­ci­sła jak druga skóra srebrna kiecka nie po­zo­sta­wia nic wy­ob­raźni. Ma głę­bo­kie wy­cię­cie z tyłu i de­kolt, więc wy­glą­dam na gołą. – Nie ma mowy.

Na­wet gdy roz­pusz­czam włosy, żeby okryć się nimi jak zbroją, na­dal po­ka­zuję za dużo ciała.

– Oj, prze­stań! – Jenna wy­dyma usta. Prosi mnie swo­imi wiel­kimi piw­nymi oczami.

Po­lu­bi­łam Jennę w chwili, gdy się po­zna­ły­śmy, kiedy po­wie­działa mi, że po­mię­dzy przed­nimi zę­bami mam ka­wa­łek bro­kułu. Trudno zna­leźć tak bez­po­śred­nią przy­ja­ciółkę, ale wciąż nie mogę uwie­rzyć, że ta cienka bi­bułka otu­la­jąca moje ciało jest od­po­wied­nim stro­jem do wyj­ścia do lu­dzi.

Jenna kle­pie mnie w ra­mię.

– Za­wio­dłaś nas na ca­łej li­nii w ostat­nią so­botę. Po­wie­dzia­łaś po­tem, że mam carte blan­che w ten week­end. Carte. Blan­che.

– Czy prze­bra­nie mnie za pro­sty­tutkę jest jed­nym z two­ich ce­lów?

Prze­su­wam dłońmi po cien­kim ma­te­riale i zwi­jam się ze wstydu, że ktoś mnie zo­ba­czy w ta­kim stroju.

– Wy­glą­dasz osza­ła­mia­jąco, je­śli chcesz wie­dzieć – mówi Har­per i rzuca się na moje łóżko. – Masz za­bój­cze ciało, a po­nadto ko­lor su­kienki spra­wia, że twoje oczy są bar­dziej szare niż nie­bie­skie.

Jenna wska­zuje Har­per.

– Wi­dzisz, ona ni­gdy nie kła­mie. Pro­szę, za­trzy­maj tę su­kienkę! Po­wie­dzia­łaś, że nie masz w co się ubrać. Nie mogę jej zwró­cić, a na mnie nie leży tak do­brze. W skle­pie wy­glą­dała le­piej, a kiedy za­ło­ży­łam ją w domu, za­uwa­ży­łam, że moja skóra ma w niej zie­lon­kawy od­cień. A ty ja­kimś cu­dem wy­glą­dasz na opa­loną. Nie­na­wi­dzę cię, ty zdziro.

Nie mogę się po­wstrzy­mać i za­czy­nam się śmiać. Mówi prawdę – nie mam w co się ubrać.

Kładę dłoń na bio­drze, wy­su­wam ło­kieć i pry­cham.

– Za­mknij się, bo do­sta­niesz w łeb.

Chi­cho­cze, pod­czas gdy ja od­wra­cam głowę i spraw­dzam w lu­strze, jak wy­glą­dam z tyłu.

– Cóż, za­nim wyjdę w tym do lu­dzi, mu­szę znać na­sze plany.

– Idziemy na ko­la­cję do Ry­ana. Przyj­dzie rów­nież Jax!

Jax to moja druga po­łowa. Uro­dzi­li­śmy się w od­stę­pie trzech mi­nut. Je­stem pod wra­że­niem tego, że Jen­nie udało się ode­rwać mo­jego brata bliź­niaka od jego dru­żyny pił­kar­skiej i od la­ski mie­siąca. Od pew­nego czasu nie je­ste­śmy so­bie bli­scy, ale i tak sta­ram się cho­dzić na jego me­cze.

Jenna trąca mnie bio­drem.

– A po­tem idziemy po­tań­czyć i być może coś jesz­cze za­pla­no­wa­łam. – Składa ręce, przez co wy­gląda, jakby za­mie­rzała kla­skać z ra­do­ści.

– Nie­po­trzeb­nie tak się wy­si­lasz. Ja na­wet nie lu­bię ob­cho­dzić uro­dzin. Sama wiesz.

Robi wiel­kie oczy.

– Ty i Jax koń­czy­cie dwa­dzie­ścia je­den lat. To ważna oka­zja! Na­leży ją od­po­wied­nio uczcić, co ozna­cza, że mu­sisz wy­glą­dać sek­sow­nie, bo to bę­dzie twój wie­czór.

– Je­steś pewna, że nie zo­stanę aresz­to­wana za ob­na­ża­nie się w miej­scu pu­blicz­nym? – py­tam Har­per.

Śmieje się i kręci głową.

– No do­brze. Niech bę­dzie.

* * *

Je­stem za­sko­czona ilo­ścią je­dze­nia i tym, że po­ja­wiły się tłumy dziw­nych lu­dzi – kil­koro znam z pracy. Jest Ryan z nie­któ­rymi kum­plami z ze­społu, a także kilka gro­upies. Robi się jesz­cze dziw­niej, kiedy przy­cho­dzi mój brat i po­łowa dru­żyny pił­kar­skiej z Bo­ston Col­lege. Po­win­nam za­ło­żyć ko­szulkę z na­pi­sem Przy­ja­ciele nie po­zwa­lają swoim przy­ja­cio­łom stu­dio­wać na BC. Stu­denci Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego biorą to na po­waż­nie.

– Cześć, nu­dziaro – mówi Jax, uwal­nia się od swo­jej dziew­czyny i po­chyla się, żeby mnie ob­jąć.

– Cześć, fra­je­rze. – Uśmie­cham się, przy­tu­la­jąc się do niego. – Nie wi­dzia­łam cię od czwar­tego lipca. Już my­śla­łam, że po­rwała cię ja­kaś ro­syj­ska su­per­mo­delka.

– Nie­stety nie. By­łem za­jęty piłką.

Jax wita się z Jenną i Har­per. Po kilku mi­nu­tach roz­mowy o tym, co u kogo sły­chać, Jenna pro­wa­dzi mnie i Jaxa do stołu za­sta­wio­nego kil­ku­na­stoma szo­tami.

– Mu­simy wznieść to­ast za bliź­niaki! – krzy­czy Jenna, a wszy­scy wi­wa­tują.

Kim są ci lu­dzie? Roz­glą­dam się i wi­dzę Kade’a, bęb­nia­rza z ze­społu Ry­ana, roz­ma­wia­ją­cego z kimś, kogo chyba już gdzieś wi­dzia­łam. Fa­cet jest wy­soki, do­brze zbu­do­wany. Ma ciemną fla­ne­lową ko­szulę za­ło­żoną na opięty pod­ko­szu­lek. Jest przy­stojny, wręcz za­bój­czo przy­stojny. Gdy to stwier­dzam, na­tych­miast sku­piam swoją uwagę na wódce, żeby uspo­koić mo­tyle w brzu­chu, które nie wia­domo, skąd się tam wzięły.

Jenna na­chyla się do mnie z uśmie­chem.

– Wiem, że zwy­kle nie pi­jesz, ale uwierz mi, chcesz wy­chy­lić kilka szo­tów, za­nim za­czniemy grę.

Przed na­dej­ściem wio­sny nie mo­głam pić. Nie mie­sza się al­ko­holu i le­ków prze­ciw­lę­ko­wych. Te­raz jed­nak już ich nie za­ży­wam, więc prze­ma­wia do mnie po­mysł przy­tę­pie­nia zmy­słów przed nie­znaną mi kom­pro­mi­tu­jącą za­bawą wy­my­śloną przez Jennę. Się­gam po kie­li­szek.

– Zdro­wie – mó­wię i wy­chy­lam za­war­tość.

– Dzwo­nili do cie­bie ro­dzice? – pyta Jax, gdy cze­kamy, aż Jenna zdra­dzi, ja­kie sza­lone za­bawy wy­my­śliła na ten wie­czór.

– Nie. – Ni­gdy nie dzwo­nią. Mój brat pyta, bo chyba ma na­dzieję usły­szeć inną od­po­wiedź. – A do cie­bie?

– Nie. Roz­ma­wia­łem z mamą kilka ty­go­dni temu i mó­wiła coś o po­ka­zie psów, więc za­pewne wy­je­chała z mia­sta. A tata… cóż.

Ja­kież to słod­kie, ma­mie bra­kuje czasu, bo po­dró­żuje, ale oboje wiemy, że to ra­czej kłam­stwo. A nasz oj­ciec jest jak am­pu­to­wana koń­czyna, co do któ­rej wciąż mamy na­dzieję, że od­ro­śnie. Prawda jest taka, że oboje są stu­pro­cen­to­wymi dup­kami, in­te­re­su­ją­cymi się bar­dziej pracą, psami czem­pio­nami i po­ka­zami aut niż wła­snymi dziećmi.

– Daj mi roz­pi­skę swo­ich me­czów. Chcę cza­sem zo­ba­czyć cię w ak­cji.

Kiedy do­ra­sta­li­śmy, tylko ja przy­cho­dzi­łam mu ki­bi­co­wać. Na­szym ro­dzi­com ni­gdy się to nie uda­wało. Zdo­był wszyst­kie moż­liwe na­grody i wy­róż­nie­nia oraz pełne sty­pen­dium na Bo­ston Col­lege, a nasi sta­rzy za­pewne nie wie­dzą na­wet, na ja­kiej gra po­zy­cji.

– Prze­ślę e-ma­ilem. – Chrząka i wkłada ręce do kie­szeni. – Wiesz, hm, Da­ren wciąż o cie­bie pyta.

Mrużę oczy.

– Prze­stań.

Spo­gląda na mnie zna­cząco.

– Dla­czego lu­dzie za­kła­dają, że na­dal się w nim ko­cham? – mó­wię szep­tem. – Jax, to już hi­sto­ria.

– Se­rio? Prze­cież po­tem z ni­kim się nie uma­wia­łaś.

– Mo­żesz mó­wić tro­chę gło­śniej? Ci lu­dzie tam pod ścianą mo­gli nie usły­szeć. – Ob­rzu­cam go po­iry­to­wa­nym spoj­rze­niem i wy­chy­lam ko­lej­nego szota. – Sy­piał z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, po­nie­waż ja wi­docz­nie ka­za­łam mu zbyt długo cze­kać na seks. Wy­bacz, ale ra­czej nie za­ufam mu po­now­nie.

Wzdryga się, chce coś po­wie­dzieć, ale Jenna nam prze­rywa, żeby ogło­sić, że za­pla­no­wała dla nas nie­spo­dziankę:

– Ju­bi­latka musi za­ło­żyć ten na­szyj­nik z cu­kier­ków i po­trze­buje wa­szej po­mocy, chło­paki, po­nie­waż nie do­sta­nie nie­sa­mo­wi­tego pre­zentu od swo­ich współ­lo­ka­to­rek, do­póki nie zje­cie z niej wszyst­kich sło­dy­czy. – Jenna chi­cho­cze.

Gdy uświa­da­miam so­bie, czego ode mnie wy­maga, po­sta­na­wiam udu­sić ją go­łymi rę­kami. Jax pa­trzy na mnie i śmieje się, ale Jenna ma rów­nież coś dla niego.

– Ju­bi­lat, któ­rego nie­któ­rzy z was znają jako gwiazdę fut­bolu z BC, musi do­stać dwa­dzie­ścia je­den ca­łu­sów. Dziew­czyny, je­śli zde­cy­du­je­cie się go po­ca­ło­wać, na­lep­cie na jego ko­szuli jedną z tych na­kle­jek w kształ­cie serca, bo ina­czej wasz ca­łus nie bę­dzie się li­czył.

Mój brat od razu za­pa­lił się do za­bawy, za­uwa­żył ja­kąś ładną dziew­czynę i po­szedł w jej kie­runku. Od­wra­cam się i wi­dzę, że Kade zmie­rza w moją stronę z dra­pież­nym bły­skiem w oku. Cho­lera. Znowu bę­dzie pró­bo­wał mnie wy­ry­wać. Czy on się ni­gdy nie na­uczy? Jego oj­ciec jest wła­ści­cie­lem po­łowy stanu, a on po pro­stu chce mnie do­dać do swo­jego ka­ta­logu zdo­by­czy.

– Cle­men­tine, wy­glą­dasz dzi­siaj olśnie­wa­jąco – mówi i do­tyka dło­nią mo­ich wło­sów. – Po­su­wał­bym cię bez końca.

Rzu­cam mu obo­jętne spoj­rze­nie i strą­cam jego dłoń.

– Od­puść so­bie, Kade. Już kie­dyś od­by­li­śmy po­do­bną roz­mowę. – Chcę odejść, ale ła­pie mnie za rękę z taką siłą, że chyba zo­staną mi si­niaki.

– Zo­stań moją dziew­czyną. Obie­cuję, że bę­dzie ci ze mną do­brze. Chcę po­sma­ko­wać two­jego cu­kie­reczka, przez cały rok nie my­ślę o ni­czym in­nym.

Skąd on się na­uczył ta­kiej gadki? Z by­cia dup­kiem dla po­cząt­ku­ją­cych?

– Prze­pra­szam, ale mamy pe­wien pro­blem. – Staję z nim twa­rzą w twarz. Mie­rzę nie­całe sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, więc gó­ruje nade mną, ale chcę pod­kre­ślić to, co za­mie­rzam po­wie­dzieć. – Dupki nie są w moim ty­pie. A gdy­byś nie zro­zu­miał, co mam na my­śli, to wiedz, że kwa­li­fi­ku­jesz się jako du­pek. – Na­stęp­nie wy­szar­puję rękę i od­cho­dzę. Boże, te­raz mam ochotę wziąć prysz­nic, by zmyć jego do­tyk z sie­bie.

Pod­cho­dzę do stołu z drin­kami i staję na­prze­ciw Wy­so­kiego, Ogo­rza­łego Przy­stoj­niaka, który opiera się o ścianę, trzy­ma­jąc rękę w kie­szeni.

– Znam cię – mó­wię, się­ga­jąc po Ab­so­lut, i pró­buję od­na­leźć w pa­mięci oko­licz­no­ści wcze­śniej­szego spo­tka­nia.

– Tak, znasz.

Och, ale ma sek­sowny głos.

Uśmie­cha się lekko, a ja zmu­szam się do ode­rwa­nia wzroku od jego ust.

– Mógł­byś od­świe­żyć moją pa­mięć? Skąd się znamy?

– Skar­bie, ła­miesz mi serce, mó­wiąc, że mnie nie pa­mię­tasz.

Igno­ruję dreszcz prze­szy­wa­jący moje ciało na dźwięk słowa skar­bie, wzru­szam ra­mio­nami i sku­piam się na kie­liszku z szo­tem, który jest te­raz moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Męż­czy­zna ma słabo sły­szalny ak­cent z Po­łu­dnia. Dla­czego w ogóle za­sta­na­wiam się nad jego ak­cen­tem… i jego ustami… tymi peł­nymi war­gami…? Wzdry­gam się, za­sta­na­wia­jąc, gdzie po­działo się moje silne po­sta­no­wie­nie, żeby uni­kać przy­stoj­nych fa­ce­tów.

Jenna do­pada mnie ze śmie­chem.

– Clem, to jest Mur­phy, nowy gi­ta­rzy­sta Ry­ana. Mur­phy, to jest moja cu­do­wna współ­lo­ka­torka, Cle­men­tine.

Za­do­wo­lona z tego, że przed­sta­wiła nas so­bie, Jenna znika w tłu­mie, a ja rzu­cam okiem na Pana Sek­sow­nego.

Tłu­ma­czę to so­bie ko­niecz­no­ścią przy­po­mnie­nia, skąd go znam, ale szcze­rze mó­wiąc, chcę po­pa­trzeć, jaki jest przy­stojny. Ciemne, lekko fa­lo­wane włosy, mu­śnięta słoń­cem skóra, osza­ła­mia­jąco zie­lone oczy, sze­ro­kie ra­miona. Wow. Wow. Wow. Przy­ła­puję się na tym, że ob­li­zuję usta.

Po chwili kręcę głową.

– To nie jest twoje imię.

Wy­ciąga do mnie rękę.

– Na­zy­wam się Ga­vin Mur­phy. Wspa­niale móc cię ofi­cjal­nie po­znać, Cle­men­tine.

Gdy po­daję mu rękę, wra­cają wspo­mnie­nia.

– Je­steś opie­ku­nem w War­ren To­wers.

Szcze­rzy zęby i jest przy tym uro­czy. Ma do­łeczki w po­licz­kach. Mu­szę się pil­no­wać, żeby się nie ga­pić. Za­czy­nam skła­niać się ku stwier­dze­niu, że przyj­ście tu­taj nie było ta­kim złym po­my­słem, ale w tej chwili chło­pak od­zywa się po­now­nie:

– A ty ku­pu­jesz pre­zer­wa­tywy w roz­mia­rze XL.

Krew od­pływa z mo­jej twa­rzy, za­bie­ram swoją rękę.

– Słu­cham?

Śmieje się, a ja stoję spa­ra­li­żo­wana. Po­trze­buję chwili, żeby sko­ja­rzyć.

– To ty by­łeś z tym fra­je­rem w ap­tece – mó­wię chra­pli­wie.

– Po pro­stu sta­łem tam w ko­lejce. Nie mam po­ję­cia, kim jest ten fa­cet z ma­łym ku­ta­sem, któ­rego praw­do­po­dob­nie po­gnę­bi­łaś tak, że po­szedł na te­ra­pię.

Być może je­stem wy­jąt­kowo prze­wraż­li­wiona, po­nie­waż są moje uro­dziny i spo­ży­łam wię­cej al­ko­holu niż w ciągu ostat­nich lat, ale okno moż­li­wo­ści, które z po­czątku uchy­lało się w jego stronę, na­gle za­trza­snęło się z hu­kiem. Mrużę oczy i uśmie­cham się iro­nicz­nie.

– Cóż, oszczędź so­bie wy­sił­ków, po­nie­waż ty rów­nież masz małe szanse – mó­wię, wy­chy­lam szota i od­cho­dzę. Du­pek.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej roz­ma­wiam z bra­tem na ta­ra­sie za do­mem, gdy pod­cho­dzi do nas Har­per.

– Mu­szę cię ostrzec. Jenna pla­nuje ka­ra­oke, za­nim pój­dziemy do klubu.

– Okej – prze­cią­gam to słowo. – Jenna nie po­trafi śpie­wać, więc bę­dzie za­baw­nie.

– Ona nie ma za­miaru sama śpie­wać. Chce wy­cią­gnąć cie­bie na scenę.

– Cho­lera. Chyba nie je­stem dość pi­jana na ta­kie atrak­cje.

Har­per śmieje się i roz­gląda po ogro­dzie, gdzie stoją im­pre­zo­wi­cze.

– Masz ładny głos, więc uda­waj, że je­steś pod prysz­ni­cem, i wy­ob­raź so­bie, że wszy­scy są nadzy. To zna­czy, może oprócz two­jego brata, po­nie­waż to by­łoby ob­le­śne.

Jax unosi brwi.

– To jest ob­le­śne. – Śmieję się.

– Nie ma nic ob­le­śnego w tym, że je­stem goły – mówi.

Har­per wy­wraca oczami i trąca mnie łok­ciem.

– Uda­waj, że nic nie wiesz – mówi szep­tem – po­nie­waż Jenna bar­dzo się stara, żeby to była nie­spo­dzianka. Po pro­stu nie chcia­łam, aby cię to przy­tło­czyło.

– Dzięki. Za­pa­mię­tam to so­bie.

Jenna chyba wy­czuła nas szó­stym zmy­słem, po­nie­waż zbliża się ku nam z chy­trym uśmie­chem.

– Jesz­cze jedna nie­spo­dzianka, ju­bi­latko!

Bie­rze mnie pod ra­mię i cią­gnie z po­wro­tem do sa­lonu.

Ką­tem oka wi­dzę Ga­vina roz­ma­wia­ją­cego ze swo­imi przy­ja­ciółmi. Ja­kaś wy­soka ru­do­włosa la­ska opiera się o niego i śmieje pro­wo­ka­cyj­nie. Szep­cze mu coś do ucha i kła­dzie dłoń na jego mostku, a mnie za­lewa fala go­rąca.

Wy­gląda na wy­lu­zo­wa­nego i pew­nego sie­bie. Za­łożę się, że to taki typ, który wszystko już so­bie za­pla­no­wał – swoją ka­rierę, per­fek­cyjną żonę, dwu­pię­trowy dom na Cape Cod i gol­den re­trie­vera. Praw­do­po­dob­nie znaj­dzie so­bie dziew­czynę po­do­bną do tej − dłu­go­nogą flir­ciarę z krą­gło­ściami.

Kiedy ze mną roz­ma­wiał, by­łam słodka i cza­ru­jąca. Kiedy za­żar­to­wał, od­gry­złam mu głowę.

Ty­powe.

Pie­przyć to. A co mnie to, do cho­lery, ob­cho­dzi, z kim roz­ma­wia?

Spo­gląda na mnie, a ja od­wra­cam wzrok.

– Moja Clem za­raz dla was za­śpiewa! – krzy­czy Jenna, a ja otrzą­sam się ze swo­ich my­śli, gdy wkłada mi mi­kro­fon do ręki. – Jaką chcesz pio­senkę?

Wzru­szam ra­mio­nami i mó­wię, żeby sama wy­brała. Za­czyna się You Know I’m No Good Amy Wi­ne­ho­use. Uśmie­cham się. Już ona mnie zna.

Gdy śpie­wam, czuję na so­bie jego wzrok, a kiedy za­czyna się re­fren, na­bie­ram od­wagi i spo­glą­dam w jego stronę.

That’s ri­ght, Mr. Per­fect. I’m tal­king to you. Be­cause I’d ne­ver fit in your per­fect lit­tle world1.

Nie wiem, czego spo­dzie­wa­łam się z jego strony, ale wi­dzę, że ką­cik jego ust unosi się do góry w krzy­wym uśmie­chu. Na­gle czuję, że bar­dziej zde­ner­wo­wała mnie jego re­ak­cja niż śpie­wa­nie przed tymi wszyst­kimi ludźmi.

Kiedy koń­czę, jest tak ci­cho, że sły­chać ze­gar na ścia­nie, za­sta­na­wiam się więc, czy na­prawdę za­śpie­wa­łam tak bez­na­dziej­nie, lecz po chwili wszy­scy za­czy­nają krzy­czeć i kla­skać.

A niech to. Może po­win­nam czę­ściej to ro­bić.

1 Tak jest, Pa­nie Ide­alny. To do cie­bie mó­wię. Ni­gdy nie będę pa­so­wać do two­jego ma­łego ide­al­nego świata (ang.).

ROZ­DZIAŁ 4

Nie lu­bię, jak ktoś mnie po­trąca. Ani. Tro­chę.

Pa­mię­tam, że wy­szli­śmy od Ry­ana i uda­li­śmy się do klubu… a po­tem ta­niec pod wi­ru­ją­cymi świa­tłami… i jesz­cze kilka szo­tów.

– Jest na­wa­lona. Kurwa.

Sły­szę, jak lu­dzie mó­wią o mnie, jak­bym nie stała tuż obok nich. No do­bra, opie­ram się o ko­goś, ale pra­wie stoję.

Jenna coś mówi, ale jej głos jest znie­kształ­cony.

– …chcia­łam pójść do Ry­ana, a Har­per już wy­szła do swo­jego chło­paka. Cho­lera. Nie są­dzi­łam, że się tak ubz­dryn­goli. Ni­gdy nie wi­dzia­łam, żeby tyle piła.

– Mogę ją za­brać do domu – mówi ja­kiś zna­jomy mę­ski głos.

– Se­rio? – Jest ci­cho, tylko mi dzwoni w uszach. Znowu ktoś mnie po­py­cha, a po­tem sły­szę brzę­cze­nie klu­czy. – Ufam, że nie tkniesz mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki ani jej nie po­rwiesz. Le­piej, żeby jej zdję­cie nie po­ja­wiło się na cho­ler­nym kar­to­nie mleka.

– Nie martw się. Nie kręcą mnie pi­jane la­ski.

Świat się prze­kręca, gdy ktoś za­rzuca so­bie moją rękę na ra­mię. A po­tem tracę stycz­ność z pod­ło­żem.

– Je­steś lekka. Trzy­maj się, skar­bie.

* * *

Tak ład­nie pach­nie. Przy­tknę­łam nos do jego cie­płej i gład­kiej szyi i mam ochotę wtu­lić się w niego.

– Ni­gdy nie piję – mam­ro­czę, przy­su­wa­jąc twarz do jego ciała. Kiedy otwie­ram oczy, uświa­da­miam so­bie, że je­ste­śmy w sa­lo­nie mo­jego miesz­ka­nia, a ja spo­czy­wam w ra­mio­nach Ga­vina.

– Ja­sne, wła­śnie wi­dzę. Cle­men­tine, który to twój po­kój?

Wska­zuję, mam na­dzieję, wła­ściwy kie­ru­nek. Drzwi się otwie­rają, on kła­dzie mnie na łóżku i wy­suwa się z mo­ich ra­mion. Po­kój ko­ły­sze się i przez al­ko­ho­lową mgłę do­ciera do mnie myśl, że po­do­bało mi się, gdy mnie tu­lił.

– Nie od­chodź. Jest mi zimno. Je­steś cie­pły i ład­nie pach­niesz.

Śmieje się i omiata mnie wzro­kiem.

– Na pewno chcesz, że­bym zo­stał? Przez cały wie­czór su­ge­ro­wa­łaś, że mam się od­pie­przyć.

– Po pro­stu zo­stań. Je­stem ze­psuta. – Pa­dam na łóżko.

On zdej­muje mi buty, a ja zwi­jam się w kłę­bek, gdy okrywa mnie ko­cem. Po­kój za­czyna wi­ro­wać.

– Dla­czego je­steś ze­psuta?

Po­doba mi się jego głos. Jest taki sek­sowny.

– Bo bra­kuje mi czę­ści.

– Gdzie się po­gu­biły?

To ła­twe.

– W BC.

Po­now­nie się śmieje i za­kłada ko­smyk wło­sów za moje ucho.

– Zje­dli wszyst­kie cu­kierki z two­jego na­szyj­nika – mówi ci­cho.

– To było obrzy­dliwe. Je­den fa­cet mnie po­li­zał. Co za du­pek.

Mil­czy, a po­tem ję­czy.

– Clem, nie mów mi o fa­ce­tach li­żą­cych twoją szyję. – To za­bawne, że tak mu za­leży. Do­piero co go po­zna­łam.

– Nie do­sta­łeś cu­kierka.

– A mia­łem na niego ochotę.

– Na­prawdę? – Je­stem tak zmę­czona, że zie­wam.

– Tak.

Po kil­ku­na­stu se­kun­dach mu­szę mu jesz­cze coś po­wie­dzieć.

– Wiesz, one nie były dla mnie.

Mil­czy. Chyba nie wie, o czym mó­wię.

– Te pre­zer­wa­tywy były do akwa­rium.

– Akwa­rium?

Chcę mu wy­ja­śnić, że mamy wspólne akwa­rium wy­peł­nione kon­do­mami, a Jenna miała alarm pe­ni­sowy, ale nie mogę ze­brać słów. Mogę je­dy­nie drżeć.

– Jest mi zimno i wszystko wi­ruje – mó­wię. Od­po­wiada mi ci­sza. Za­sta­na­wiam się, czy ten piękny męż­czy­zna, któ­rego ob­ser­wo­wa­łam przez cały wie­czór i przy któ­rym uda­wa­łam, że go igno­ruję, już wy­szedł. Czuję jed­nak, jak ma­te­rac się za­pada, gdy kła­dzie się na wą­skim łóżku za mną i przy­tula mnie do swo­jego umię­śnio­nego ciała. Obej­muje mnie w pa­sie, a ja od­prę­żam się, czu­jąc jego cie­pło, i za­my­kam oczy.

– Prze­pra­szam, że wcze­śniej by­łem ta­kim dup­kiem – szep­cze mi do ucha.

– To zna­czy?

Leży przy mnie, ale mam wra­że­nie, że roz­ma­wiamy we śnie. Może już za­snę­łam i to mi się śni, więc choć raz w ży­ciu mogę przy­znać, co czuję.

– Te pre­zer­wa­tywy. Wie­dzia­łem, że nie są dla cie­bie. Każdy fa­cet na kam­pu­sie wie, że z ni­kim nie cho­dzisz. Chcia­łem, hm… być za­bawny. Nie za­mie­rza­łem cię ob­ra­zić.

Nie wiem dla­czego, ale za­czy­nam chi­cho­tać.

– Cho­dzi o to, że mam tylko je­den tryb. Tryb suki.

– O tym nie wie­dzia­łem.

– Że je­stem suką?

– Nie, że umiesz chi­cho­tać. Po­doba mi się.

Świat wi­ruje wol­niej. W ciem­no­ści głę­boki od­dech Ga­vina brzmi hip­no­tycz­nie, jego rytm mnie uspo­kaja.

– Ja też cię pa­mię­tam. – Jego usta znaj­dują się przy moim uchu, a cie­pło jego od­de­chu spra­wia, że po­now­nie drżę.

– Z War­ren To­wers?

– Nie. – Wpa­so­wuje się we mnie, jego sze­ro­kie ra­miona do­ty­kają mo­ich ple­ców, obej­muje mnie rę­kami. Jest przy­jem­nie. – Z se­mi­na­rium dy­plo­mo­wego z li­te­ra­tury na pierw­szym roku.

Je­stem wciąż mocno na­wa­lona, więc po­trze­buję chwili, żeby ze­brać my­śli.

– To było dawno temu i cho­dziło nas tam bar­dzo dużo. Jak mo­żesz mnie pa­mię­tać?

Śmieje się, a jego ciało pod­ska­kuje.

– Chyba nie zda­jesz so­bie sprawy z tego, że trudno cię za­po­mnieć.

Moje serce trze­po­cze, od­dech przy­spie­sza i mam na­dzieję, że on tego nie za­uważa, ale gdy sły­szę, że par­ska śmie­chem, wiem, że jed­nak za­uwa­żył.

– Clem, nie martw się. Dużo dzi­siaj wy­pi­łaś. Za­pewne ju­tro już nie bę­dziesz pa­mię­tała na­szej roz­mowy.

Wąt­pię. Świat znowu za­czyna wi­ro­wać.

– Ga­vin?

– Tak?

– Je­śli za­po­mnę, to przy­po­mnisz mi?

Przy­ciąga mnie bli­żej sie­bie, co jest jego od­po­wie­dzią na moją prośbę.

* * *

Kiedy się bu­dzę, moje łóżko jest pu­ste. Czuję roz­cza­ro­wa­nie, a za­raz po­tem mdło­ści. Gra­molę się do ła­zienki i w samą porę na­chy­lam się nad muszlą klo­ze­tową.

Łu­pie mnie głowa, chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej wró­cić do łóżka, ale przy­po­mi­nam so­bie tego ob­le­śnego fa­ceta w klu­bie, który po­li­zał mnie po szyi, więc pra­gnę wy­ką­pać się w li­zolu.

Za­miast tego wy­bie­ram jed­nak prysz­nic, ale za­nim do­cie­ram do ła­zienki, nie mogę zna­leźć żad­nej ko­szuli w po­koju, bo po­łowa mo­ich rze­czy znaj­duje się na­dal w kar­to­nach. Owi­jam się więc ręcz­ni­kiem i za­bie­ram parę czar­nych bok­se­rek, które będą mu­siały mi wy­star­czyć do chwili, gdy po­zbędę się kaca i będę w sta­nie przej­rzeć swoje rze­czy.

Prysz­nic spra­wia mi ból. Cho­ciaż świet­nie jest stać się czy­stą, czuję, że za chwilę znowu się po­rzy­gam. Opie­ram się o ścianę pod prysz­ni­cem i drżę pod cie­płą wodą, do­póki nie mi­jają mdło­ści.

Czy wy­my­śli­łam so­bie, że Ga­vin zo­stał tu na noc?

Od­dy­cham głę­boko, by się uspo­koić. W mo­jej gło­wie tłuką się wszyst­kie szcze­góły na jego te­mat, ja­kie znam. Jest świet­nym mu­zy­kiem i opie­ku­nem w aka­de­miku. Po­maga za­gu­bio­nym stu­dent­kom pierw­szego roku prze­trwać na uczelni. Kła­dzie się na ły­żeczkę. Za­je­bi­ście pach­nie.

Wy­wra­cam oczami.

Nie po­win­nam po­zwa­lać so­bie na my­śle­nie o nim. Nie mogę po­now­nie dać się znisz­czyć.

Wy­cho­dząc spod prysz­nica, za­kła­dam bie­li­znę i su­szę włosy. Po­tem za­wią­zuję ręcz­nik na piersi. Ście­ram parę i ga­pię się na moje od­bi­cie w lu­strze. Wy­glą­dam okrop­nie. Mam pod­bie­gnięte krwią oczy, moja skóra jest zie­mi­sta. Chwilę zaj­muje mi zmy­cie ma­ki­jażu, który zmie­nił mnie w szopa pra­cza i idę do swo­jego po­koju.

Na­gle po­ty­kam się o coś twar­dego. Krzy­wię się, czu­jąc ból. Gdy pod­no­szę wzrok, za­uwa­żam trzech fa­ce­tów sie­dzą­cych na ka­na­pie i ga­pią­cych się na mnie w chwili, gdy opada okry­wa­jący mnie ręcz­nik. Nie mogę się ru­szyć, serce bije mi jak osza­lałe, do­póki do głowy nie do­ciera ko­mu­ni­kat, że nic mi nie jest. Tylko stoję pół­naga.

– Kto, do kurwy nę­dzy, zo­sta­wił tę de­sko­rolkę pod drzwiami? – war­czę. – Chce­cie ko­goś za­bić? – Na­dal ga­pią się na mnie, więc pod­no­szę ręcz­nik i za­rzu­cam go so­bie na ra­mię. W dro­dze do mo­jego po­koju wrzesz­czę: – Co? Ni­gdy nie wi­dzie­li­ście cyc­ków? Ja­koś to prze­ży­je­cie!

Gło­śno trza­skam drzwiami, od czego głowa boli mnie jesz­cze bar­dziej.

Jest pra­wie po­łu­dnie. Do­bry Boże, nie wie­rzę, że mu­szę dzi­siaj iść do pracy. Co ja so­bie my­śla­łam? Prze­su­wam kar­tony po po­koju, aż w końcu znaj­duję ja­kieś ubra­nia i wyj­muję dżinsy oraz ko­szulkę.

Przez ścianę sły­szę Ry­ana.

– Ko­cha­nie, nie wku­rzaj się, ale wi­dzie­li­śmy gołą Clem.

– Nie była goła – mówi inny głos. – No może nie cał­kiem goła.

Kto tam był? Ryan, Kade i… Ga­vin. Kurwa.

Po kilku mi­nu­tach ktoś puka do mo­ich drzwi.

– Clem, ko­cha­nie, to ja. Mogę wejść? – pyta Jenna (za­okrą­gla sa­mo­gło­ski, mó­wiąc z po­łu­dnio­wym ak­cen­tem). Drzwi się otwie­rają, w szpa­rze po­ja­wia się jej głowa. Je­stem do po­łowy ubrana, więc zerka na ba­ła­gan w kar­to­nach i wcho­dzi do środka. – Wszystko do­brze?

Przy­kła­dam dłoń do czoła.

– Prze­pra­szam, że na­pa­sto­wa­łam two­jego chło­paka.

Śmieje się ci­cho i za­myka za sobą drzwi.

– Nie szko­dzi. Je­stem prze­ko­nana, że speł­ni­łaś jedną z jego fan­ta­zji. – Jenna jest tak przy­zwy­cza­jona do gro­upies pod­czas wy­stę­pów Ry­ana, że nie­wiele ją ru­sza. Je­dyne, o co dba, to żeby wra­cał z nią do domu. – Mam ci przy­nieść coś na ból głowy?

Po­ta­kuję i po­ty­kam się na sło­wach, które chcę wy­po­wie­dzieć:

– Czy… hm… czy Ga­vin zo­stał tu na noc? – py­tam, bo­jąc się od­po­wie­dzi.

– Tak, skar­bie. Ale przy­sięga, że był dżen­tel­me­nem. Wy­daje mi się, że wię­cej zo­ba­czył, gdy wy­szłaś z ła­zienki chwilę temu niż przez całą noc. – Śmieje się, a mnie co­raz bar­dziej boli głowa, co, jak są­dzę, ma zwią­zek z tym, że ro­bię się czer­wona jak bu­rak. – Był na­prawdę ko­chany. Niósł cię na rę­kach dwie prze­cznice, po­ło­żył do łóżka, a rano przy­niósł ci śnia­da­nie.

Serce mi staje. Chyba za­uwa­żyła moją minę.

– Ojej – mówi i przy­tula mnie do sie­bie – nie rób z tego cze­goś wiel­kiego. To świetny fa­cet, pew­nie cię lubi, ale nie są­dzę, że bę­dzie cię nę­kał czy ro­bił coś rów­nie głu­piego.

– Nie o to cho­dzi. – Krew pul­suje mi w uszach.

– Mogę ci coś do­ra­dzić? – Na jej twa­rzy wi­dzę au­ten­tyczną tro­skę. – Nie od­rzu­caj go. Wiem, że bo­isz się zbli­żyć do ko­goś po­now­nie, ale wy­daje mi się, że on jest do­brym fa­ce­tem. No i nie­złe z niego cia­cho. Przez cały wie­czór nie mógł ode­rwać od cie­bie oczu, cho­ciaż cały czas go od­trą­ca­łaś.

Cho­wam twarz w dło­niach.

– By­łam dla niego taką suką. Jak to moż­liwe, że chce mieć ze mną do czy­nie­nia…?

– Jak mo­żesz tak mó­wić? Je­steś prze­piękną ko­bietą i wspa­niałą pi­sarką. Nie bądź dla sie­bie taka nie­miła. A te­raz się ubierz, wyjdź stąd i zjedz z nami śnia­da­nie. Przy­się­gam, że chło­paki na­wet nie wspo­mną o tym, że wi­dzieli cię gołą.

Jenna ma taką minę, jakby w tej chwili chciała pójść do nich i za­gro­zić, że ich po­za­bija, je­śli spra­wią, że uznam ją za kłam­czu­chę. Uśmie­cham się z tru­dem.

– Chcia­łam po­dzię­ko­wać ci za przy­ję­cie. Prze­szłaś samą sie­bie. Czy Jax do­tarł cało do domu?

Krzywi się.

– Ja­sne, ja­kaś mo­delka w wi­śnio­wym mu­stangu za­brała go z klubu. Być może zo­ba­czymy jego zdję­cie na któ­rejś z plot­kar­skich stron.

Wy­wra­cam oczami.

– Cały mój brat.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej, kiedy wcho­dzę do sa­lonu, wszy­scy milkną. Chcia­łam być to­wa­rzy­ska i zjeść z przy­ja­ciółmi, ale nie mogę. Serce wali mi jak sza­lone i ob­le­wam się zim­nym po­tem. Drżą mi ręce, może od nad­miaru al­ko­holu, może z ner­wów, nie je­stem pewna.

– Mu­szę iść do pracy. – To je­dyne, na co je­stem w sta­nie się zdo­być.

W tej chwili Ryan pod­rywa się z ka­napy i chwyta mnie w niedź­wie­dzie ob­ję­cia.