Dawid - Krystyna Jarocka - ebook + książka

Dawid ebook

Jarocka Krystyna

3,0

Opis

Poeta, pasterz, król Izraela – oto Dawid, postać, która od wieków inspiruje artystów, pisarzy, filmowców, historyków i polityków. To także bohater powieści Krystyny Jarockiej, przenoszącej nas do czasów biblijnych – okrutnych, pełnych pasji, gniewu, namiętności i miłości; czasów zdrad, intryg, walk pałacowych między herosami i uzurpatorami, wojownikami i tchórzami. Dzięki autorce biblijne opowieści ożywają, by fascynować swoją barwnością i egzotycznością. Ale za sprawą „Dawida” mamy okazję zagłębić się nie tylko w historię, znaną nam za sprawą Biblii, ale i poznać skomplikowane meandry ludzkiej natury. To także książka o starości, samotności i śmierci, której nieuchronność zmusza króla Dawida do gorzkiego rachunku sumienia i do zawierzenia siebie poezji, gaszącej przeraźliwy egzystencjalny ból umierania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 187

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Sortuj według:
MalgorzataMaria

Całkiem niezła

liczyłam chyba na coś innego niż wspomnienia starca, który lada moment odejdzie z tego świata
00



Opieka redakcyjna

Beata Dobrzyniecka

Redaktor prowadzący

Agnieszka Gortat

Korekta

Słowa na warsztatAgata Czaplarska

Opracowanie graficzne i skład

Piotr Dobrzyński

Projekt okładki

Przemysław Szczepkowski

© Copyright by Krystyna Jarocka 2021© Copyright by Borgis 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2021

ISBN 978-83-67036-08-5

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 Warszawatel. +48 (22) 648 12 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Spis treści

I 7

II 13

III 17

IV 23

V 29

VI 35

VII 39

VIII 43

IX 49

X 53

XI 59

XII 65

XIII 69

XIV 73

XV 77

XVI 83

XVII 89

XVIII 93

XIX 99

XX 105

XXI 109

XXII 113

XXIII 119

XXIV 123

XXV 127

XXVI 133

XXVII 139

XXVIII 145

XXIX 151

XXX 157

XXXI 165

XXXII 169

XXXIII 175

XXXIV 181

XXXV 187

XXXVI 195

XXXVII 199

XXXVIII 203

XXXIX 207

XL 211

XLI 217

I

Leżę w łożu zbyt obszernym teraz na moje wyschnięte i pomarszczone wiekiem ciało. Sulamitka, jedna z całego szeregu dziewcząt, które przysyła mi Batszeba, kręci się bez celu po komnacie, co mnie niewymownie denerwuje. W końcu każę się jej wynosić, by móc spokojnie pomyśleć. Zaraz oczywiście wpada zaniepokojona Batszeba, chce się dowiedzieć, z jakiego to powodu odprawiłem dziewczynę. Nie, nie zobaczy na mojej twarzy upokorzenia! To, że zamiast dzielić ze mną łoże, przysyła mi te wszystkie gładkoskóre dziewczyny, mocno mnie upokarza. Ona oczywiście tłumaczy, że jest już zbyt stara, bym czerpać mógł z jej obecności przyjemność, ale to jej zdanie i myślę, że nieszczere. To ja jestem jej wstrętny ze swoją starością. A ona? Czyż nie wygląda teraz jak drogocenna kamea z tymi wycyzelowanymi rysami twarzy, posrebrzonymi splotami upiętymi kunsztownie na karku? Jest jak jabłko napełnione ciepłem popołudnia, złotoróżowe, aż wargi drętwieją na wspomnienie jego soku. Ale ona tego nie dostrzega. Nie chce dostrzec, że ciało ulegające upływowi czasu poddaje się niepięknej przemianie, ale nie serce. Serce jest ciągle młode, ciągle łaknące uwagi, uczucia, pieszczoty. Wolę więc być tu sam, niż w obecności którejkolwiek z tych dziewcząt, bo przynajmniej nie czuję skrępowania swoim wyglądem i mogę spokojnie oddawać się wspomnieniom. Jestem już w smudze cienia, wiem to i oni wszyscy to wiedzą. Ale serce ciągle jest złaknione miłości, nie seksualnych jedynie doznań, ale miłości. Lecz nigdy o nią nie poproszę. Batszeba, gdyby mnie kochała, odgadłaby sercem, jak mi jest potrzebna, kiedy ogarnia mnie czarność nocy, kiedy szmer piasku w klepsydrze budzi najgorsze wspomnienia. Absalom – zawsze przychodzi mi na myśl on.

I czuję rzewność i rozgoryczenie zarazem, kiedy przypomnę sobie, jak ze zmienioną wściekłością twarzą wpadł do pałacu i począł wrzeszczeć, że Amnon, ten zwyrodnialec, zgwałcił Tamar!

– Ty sam ją do niego zaprowadziłeś! Jesteś taki sam podlec jak on!

Byłem oburzony! Jak on śmiał tak przemawiać do mnie, do ojca? Do swego króla?! Poza tym Tamar ze swoją urodą potrafiła budzić w mężczyznach szaleństwo. Coś nawet powiedziałem w tym guście.

Usiłowałem bronić Amnona, miałem do tego chłopca jako pierworodnego słabość. Był chory, leżał w gorączce, prosił, by Tamar przygotowała mu posiłek. Może w malignie pomylił ją z którąś ze służebnych? Absalom na te słowa chwycił przepięknie cyzelowaną czarę, podarowaną mi ongiś przez Filistynów za pomoc w walkach i która zawsze stała przy moim łożu napełniona winem z miodem, i roztrzaskał ją o mozaikową posadzkę. Tego było już za wiele. Kazałem sługom wyrzucić go za drzwi. Po kilku dniach dowiedziałem się, że wziął do siebie Tamar, ale Amnonowi nie powiedział marnego słowa. Gwoli sprawiedliwości wezwałem syna Achinoam do siebie, by wytłumaczył, dlaczego to zniewolił siostrę, zamiast poprosić mnie o jej rękę. Odrzekł, że pragnął jej od dawna, ale chciał sprawdzić, czy będą ze sobą szczęśliwi, bo różnie to bywa, jak mówią. Czyż miałem go ganić za rozsądek? I co? – spytałem.

– Wydała mi się po tym akcie wstrętna! – odrzekł szczerze. – Znienawidziłem ją w jednej chwili.

Nie dociekałem przyczyn. – Mogłeś ją jednak dyskretnie odesłać – powiedziałem po chwili – a nie wyprawić zszarganą na ulicę, jak zwykłą dziewkę. Przecież to córa królewska.

– Ojcze! – Uklęknął u moich stóp i rzekł: – Nie mogę ci powiedzieć, dlaczego nabrałem do niej wstrętu, ale nie zniósłbym jej dłużej u swego boku. Pchnąłbym się raczej nożem!

Co mogłem zrobić? W jaki sposób zapobiec czemuś, co potoczyło się potem jak lawina? Przez dwa lata Absalom zachowywał się w stosunku do mnie z dystansem, w stosunku do brata – całkiem swobodnie, jakby nic się nie stało. W czasie strzyży owiec wyprawił u siebie ucztę i na niej kazał sługom pochwycić Amnona i go zabić. Doszła mnie wieść, że pozabijał na owej uczcie wszystkich swoich braci, ale okazało się to nieprawdą. Zaraz potem uciekł do swego dziadka Talmeja, do Geszur. Tam pozostał trzy lata i ręce sprawiedliwości nie mogły go dosięgnąć. Jak bolało mnie serce przez te trzy lata. Bolało za oboma. Uciekałem jak zawsze w poezję i muzykę. To był prawdziwy balsam dla duszy i serca. Modliłem się do Najwyższego poezją, jakbym miód lał na swoje rany.

Wołałem:

Odpowiedz na wołanie moje,

Sprawiedliwy Boże mój

W ucisku ulżyłeś mi

Zmiłuj się nade mną…1

I czułem ulgę nie tylko dlatego, że zwracałem się do Pana, ale też dlatego, że słodko w moich uszach dźwięczały struny cytry i słowa, które składałem w modlitwie, zdawały mi się tak piękne, że serce me zalewała błogość, iż jestem ich autorem.

Po trzech latach nieco zelżała boleść za Amnonem i któregoś dnia przy harfie przyszły mi słowa jakby z tchnieniem ducha:

Czy wy, możnowładcy, naprawdę wydajecie wyroki

sprawiedliwe

I czy słusznie sądzicie synów ludzkich?2

I wtedy pomyślałem o Absalomie i jego słusznym gniewie, bo przecież według prawa Amnon zasługiwał swoim czynem na śmierć. Nie na próżno w rozpaczy Tamar posypała sobie głowę popiołem i rozdarła rękawy sukni. Poddała się hańbie i uznała ją, i nie kryła jej przed ludźmi, choć nie było w tym jej winy. Wzruszyły mnie słowa psalmu, który ułożyłem, i zanim przebrzmiały struny harfy, postanowiłem dłużej nie nastawać na Absaloma i pozwoliłem mu wrócić do Jerozolimy. Ze względu jednak na nieutuloną boleść za synem Achinoam, nie pozwoliłem mu przekraczać bram pałacu i poleciłem trzymać się od nas z daleka.

1Ps 4; 2. Wszystkie cytaty pochodzą z Biblii Polskiej 064 BFBS – Warszawa – 1975-IX-50M.

2Ps 58; 2.

II

O Absalomie, Absalomie, ile boleści mi przyczyniłeś! Nie tak bowiem bolała nieufność Saula, któremu po wielekroć udowadniałem swoją lojalność, jak zacięta a ukryta twoja wrogość do mnie. Czy sądzisz, że moja zgoda na twój wyjazd do Hebronu była dziełem Joaba?

Nie! Ufałem ci, ufałem twemu czystemu sercu, mój synu. A ty, skoro się tylko tam znalazłeś, począłeś obmyślać zdradę. A może jeszcze wcześniej, tu w Jerozolimie? O, na pewno tak, skoro odstąpił mnie Achitofel, którego ściągnąłeś z Gilo, by ci służył. Znalazłem się w takiej samej sytuacji jak przed laty, kiedy postawiono mnie przed Goliatem. Gdyby nie moja umiejętność celnego strzelania z procy, nigdy byś się nie zjawił na tym świecie. Teraz też musiałem co rychlej opuścić Jerozolimę, bo miałem pod sobą jedynie wojska zaciężne, Kreteńczyków i Filistynów, a ciebie już zdążono obwołać królem.

Upokorzyłeś mnie, Absalomie, przejmując mój harem i wszystko inne.

Całe szczęście, że zostawiłem ci w Jerozolimie szpiega Chuszaja Arkijczyka. Ten dobrze ci doradzał, żebyś przed rozprawą ze mną ściągnął jak najwięcej wojska, co pozwoliło i mnie na zebranie szyków. Twoje prawa do tronu, które tak pochopnie rozgłosiłeś, spotkały się z klęską. Trzeba było słuchać Achitofela, który ci radził uderzyć na mnie, póki byłem słaby. Ty, nikt inny, tylko ty jesteś winny jego samobójstwa w Gilo!

Teraz leżąc w łożu, przemawiałem do swego syna, jakby jeszcze żył i jakby można było jeszcze odwrócić koleje losu. W czasie marszu z Machanaim (obecne Khirbet Mahneh) aż do ostatniej nocy w lesie Efraima, przed ostateczną rozprawą, pisałem psalmy, w których od skarg na knowania wrogów przechodziłem do próśb o wybawienie mnie z ich mocy, aż do ufności pokładanej w Bogu. I o Adonai, znajdowałem w tych tekstach pociechę, że jeżeli nawet, to nie cały umrę, że pozostaną po mnie słowa, które są nieśmiertelne. Tak. To była największa moja pociecha. Psalm 3 napisałem w lesie, pod tym samym dębem, w który zaplątały się złote włosy mego syna, kiedy uciekał z pola walki po pogromie. O, jak ciężko przeżywałem jego śmierć! Joab, mimo moich próśb, by go oszczędzono, osobiście wbił w niego trzy oszczepy, w wiszącego na drzewie za włosy i bezbronnego! A potem jeszcze ganił mnie ostro za rozpacz z powodu buntownika. Gdzie miał serce ten człowiek?!

Dobrze, że moi kapłani Sadok i Abiatar przekonali na powrót lud do mnie, by uznano mnie królem, ale o wiele bardziej ucieszył mnie fakt, że wódz wojsk Absaloma, Amasa, zajął miejsce Joaba. Tak dokonała się sprawiedliwość! O, jakim pięknym mężczyzną był Absalom. Nie było piękniejszego męża w całej Jerozolimie. Ale zgubiły go włosy.

Mówiono, że zginął, bo się sprzeniewierzył ojcu i trafił do szeolu, ale ja mu przebaczyłem. I wyśpiewałem to przebaczenie na cytrze. I ze mną łkały jej struny tak, że ściskało mi się serce z żalu.

A kiedy wróciłem z triumfem do Jerozolimy, pozwoliłem matce Absaloma powrócić do Geszur, do ojczyzny, by nie musiała ranić sobie oczu i serca moim widokiem.

Warta była tego, by jej współczuć, bo była to niewiasta łagodna i kochająca, nie jak Mikal, która zawsze widziała we mnie tylko pastucha owiec i nie miała zrozumienia dla mojej poezji. Kiedy tańczyłem z radości, przyrównywała mnie do błazna, do trefnisia, nawet wówczas, kiedy byłem już królem! Jej pycha córki Saula była nie do zniesienia. Musiałem ją odesłać, co mi doradzał jej własny brat Jonatan. Makka była łagodna i kochająca jak Abigail, bo pozostałe bardziej służyły, niż kochały, bardziej były służebnicami niż żonami.

Prawdziwą jednak miłośnicą była Batszeba.

III

Któregoś wieczoru, kiedy biedziłem się nad psalmem, który zamierzałem wyśpiewać Panu jako moją modlitwę wieczorną, a struny cytry długo nie współgrały z rytmem słów, spojrzałem w dół z tarasu i ujrzałem niewiastę otoczoną służkami, które lały z dzbanów wodę na jej obnażone ciało. Lampy oliwne rzucały migotliwe, złote blaski na alabaster jej skóry, długie sploty zakrywały jej ramię i pierś, na drugiej obnażonej igrały to róż, to złoto, w zależności od tego, jak przysłaniały lampy krzątające się przy niej dziewczęta. Domyśliłem się, że jest to kąpiel rytualna, ale ona sama zdała mi się jakby boginią, która wyszła ze świata pogan, by przez chwilę cieszyć moje oczy swoją baśniową urodą nimfy. Zaraz też jak w natchnieniu odnalazłem właściwe słowa i tekst zabrzmiał zgodnym rytmem ze strunami cytry. Ogarnęło mnie wzruszenie i poczułem dla niej wdzięczność, jakby ona swoim widokiem pomogła mi dokończyć zamierzone dzieło.

Zaraz też poleciłem słudze, aby zaprosił ją do mnie nazajutrz na kolację. Nie chciałem nic o niej wiedzieć, aby nie spłoszyć pierwszego wrażenia, które przywodziło mi na myśl jej obraz tam na dachu. Była dla mnie tajemniczym zjawiskiem, boginią z pięknej baśni, jedną z tych zaklętych w marmurze postaci, które widywałem u Greków, ożywioną jedynie dla mnie, by cieszyć moje oczy.

Przyszła. Jej posągowa piękność nic nie traciła przystrojona w szaty z muślinu i złotogłowia. Tym bardziej lśniła alabastrowa, nieskazitelna twarz w otoku miedzianych splotów, połyskujących złotem w blasku lamp. Tym bardziej zdawała się tajemnicza. Dwie służki, które jej towarzyszyły, odesłałem do domu, nie życzyłem sobie nikogo w jej obecności. Moje własne służebne, zastawiwszy mały stolik, przy którym siedzieliśmy, również się oddaliły. Pragnąłem sam jej usługiwać.

Z początku czuła się skrępowana, ale w miarę, jak opowiadałem jej, dlaczego postanowiłem ją poznać, opuściła ją nieśmiałość, i poczęliśmy rozmawiać jak dwoje równych sobie ludzi. Spytała, czy nie mógłbym jej zagrać tego psalmu, który wczoraj ukończyłem. W paru słowach oświadczyła mi, że zna moje utwory, odebrała staranne wychowanie i zna się na muzyce i poezji. Toteż kiedy wyśpiewałem moją ufną modlitwę wieczorną, poleciłem słudze, by przyniósł flet, i poprosiłem, by ona zaśpiewała mi coś, co lubi, a ja będę jej akompaniował. Wykonaliśmy więc wspólnie psalm 1, a kiedy śpiewała słodkim głosem:

Będzie on jak drzewo zasadzone

nad strumieniami wód,

Wydające swój owoc we właściwym czasie,

Którego liść nie więdnie,

A wszystko co uczyni, powiedzie się…3

uznałem, że nie wybrała żadnego z moich psalmów przez delikatność, a wyśpiewała właśnie ten, który był dla nas, dla mnie dobrą wróżbą na przyszłość.

I kiedy prowadziłem ją do łoża, nie było to uwiedzenie kobiety, poddanki króla, która nie śmie odmówić mu usług, ale przyzwolenie kobiety oczarowanej mężczyzną, którą łączą te same pragnienia.

Była to czarowna noc. Przyjmowała mnie w siebie nie jak służebnica, ale jak bogini szczodrze darząca swymi łaskami kochanka, wsysała mnie w siebie, otwierając przede mną takie odmęty rozkoszy, którymi nie sposób się nasycić, nie krzycząc. Toteż krzyczałem na cały pałac i nic mnie to nie obchodziło, że ktoś może być tego świadkiem.

Nie potrzebowałem intymności, koniecznej zdawałoby się w takiej sytuacji, mógłbym oddawać się uciechom z nią przed całym dworem, na środku Jerozolimy, przed oczami poddanych. Doznawałem takiego upojenia, że byłem jak w transie. Nigdy wcześniej tego nie przeżyłem, a przecież byłem doświadczonym mężczyzną!

Pozapalałem wszystkie lampy, wszystkie po kątach kaganki i od nowa podziwiałem jej nagość, i od nowa doznawałem ekstazy i w tej euforii zastał nas świt. Pobielił ściany, przyćmił światła lamp i w ich mdłych płomykach, mimo że ją błagałem, by została, odeszła. Czyż mogłem jej nakazać cokolwiek?

Kiedy tylko poczęto się krzątać w pałacu, wybrałem najpiękniejsze bransolety, które mieniły się tęczowo w świetle dnia, i posłałem jej przez sługę z zaproszeniem na dzisiejszy wieczór. Odesłała podarunek bez słowa. Przeżyłem w rozpaczy cały dzień i dzień następny, wreszcie gdy zapadł zmrok, sam poszedłem do jej domu. Jakież było moje zdziwienie, a nawet powiem, nieprzyjemne zaskoczenie, kiedy stanąłem na progu domu Uriasza!

Przecież Uriasz był moim rycerzem! Może to jego siostra? – pocieszałem się.

Przyjęła mnie w małym saloniku, gdzie siedziała, prawdopodobnie grając na harfie, bo kiedy wchodziłem, służebna odstawiała właśnie instrument od hebanowego stołeczka. Staliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu, póki dziewczyna nie wyszła. Patrzyła na mnie ze współczuciem i to współczucie wcale mnie, o dziwo, nie upokarzało.

Po tym smutku w jej oczach poznałem, że nie była siostrą Uriasza, a jego żoną. Jego żoną, córką Eliama, jednego z moich trzydziestu siedmiu rycerzy, i wnuczką Achitofela, mego doradcy, którego rad słuchałem, jakbym słuchał proroka. O, Adonai! Dlaczego ta kobieta stanęła na mojej drodze?! Dlaczego?

– Po co ja cię wezwałem do pałacu? Dlaczego musiałem cię zobaczyć właśnie wtedy z tarasu?!

Nie robiłem jej wyrzutów, że weszła ze mną do łoża. Pragnęliśmy tego obydwoje, a ja o nic nie pytałem! Nie chciałem nic o niej wiedzieć, aż przyszedł i na nią ten czar, jaki mnie opanował. Skąd mogła wiedzieć, że nic o niej nie wiem? Może myślała, że zapraszam ją jako żonę swego rycerza, że chcę go wyróżnić, okazując szacunek żonie? Uriasz był poza Jerozolimą od miesięcy. Przyszła z dwiema służebnymi jak z normalną wizytą, zaproszona przez króla. Czyż miała odrzucić ten zaszczyt? Teraz dopiero zrozumiałem jej początkowe onieśmielenie, skrępowanie, kiedy odprawiłem służące. Ale potem… nasza rozmowa coraz swobodniejsza… jak dwoje przyjaciół. Wtedy to się zaczęło dziać!

– Nie mogę się ciebie wyrzec, rozumiesz to?

– Tak – odrzekła szeptem. – Ale co będzie z Uriaszem?

– Nie myśl teraz o tym. Na razie go tu nie ma. Przyjdziesz dzisiaj?

– Tak. Ale później niż wtedy.

– Dobrze. Rozumiesz, że nie mogę się ciebie teraz wyrzec? Wybacz mi, ale nie mogę!

3Ps 1; 3.

IV

I tak to się zaczęło! Były chwile, kiedy nie śmiałem pisać psalmów, zwracać się do Jahwe, takim czułem się zdrajcą i przeniewiercą, ale cóż. Nie mogłem zrezygnować z miłości tej kobiety.

Bo kochała mnie. Kochała mnie równie mocno jak ja ją i za noce z nią oddałbym bez żalu królestwo. A ona odwiedzała mnie co noc, czasem udawało mi się ją ubłagać, by zostawała i na dzień, a wówczas jedynie usługiwała nam zaufana służebna. Kiedy inni wstawali do swoich zajęć, my kładliśmy się dopiero, by odpocząć. Tak trawiliśmy w łożu całe dnie i noce. Batszeba, które to imię dostała na bar micwie, oznaczało: córka przysięgi. Toteż wolałem nazywać ją Batszua, bo to nadane później w obecnej sytuacji zakrawało na ironię losu. A poza tym była jak jej imię, miękka, jedwabista, delikatna jak wiosną bazie na łozach. I oszałamiająca zapachem swej złocistej skóry jak one.

Ale wszystko ma swój koniec i oto spod Rabby, gdzie trawiły czas nasze wojska w oblężeniu ammonickiej twierdzy pod wodzą Joaba, przybył do Jerozolimy Uriasz i jak przystało na rycerza, oddał mi hołd i ani myślał o odwiedzeniu żony, a tymczasem ona przed kilkoma dniami zwierzyła mi się, że jest w stanie błogosławionym.

Nasz bohater mimo mojej zachęty, by udał się do swego domu, nie zgodził się złamać prawa religijnego, które zakazywało rycerzom w trakcie działań wojennych współżycia z małżonkami. Znalazłem się w saku. Sam przed sobą z trudem przyznawałem, co mi chodziło w owej chwili po głowie. Chciałem, aby nie oparł się czarowi Batszeby i spędził z nią noc, dzięki czemu można by mu przypisać spłodzonego przeze mnie potomka, choć na samą myśl, że będą razem w łożu, zgrzytałem z wściekłości zębami. Żeby jakoś oderwać myśli od tej ponurej sytuacji, próbowałem pisać, ale mi nie szło. Nic mi nie przychodziło do głowy, więc i tu nie doznałem ulgi. Dopiero w nocy, kiedy i tak nie mogłem zasnąć, zacząłem pisać błagalny psalm do Pana, a rankiem, podniesiony jego treścią na duchu, dokończyłem go, odzyskawszy ufność w Bogu moim, bo czułem, że Pan mnie usłyszał.

Wielu mówi: Kto ukaże nam dobro?

Wznieś nad nim światło oblicza swego, Panie!

Wlałeś w serce me większą radość

Niż kiedy się ma obfitość zboża i wina.

Spokojnie się ułożę i zasnę,

Bo ty sam, Panie, sprawiasz,

że bezpiecznie mieszkam4.

O, Adonai! Jaki człowiek jest słaby. Ledwo wyśpiewałem swój psalm przy akompaniamencie flecisty, ledwo podniosłem się nieco na duchu, kiedy nie ukrywam tego, podziwiałem swój tekst i byłem z niego jako twórca dumny, zaraz zacząłem przemyśliwać, jak się pozbyć Uriasza, bo nie mogłem pozwolić na kompromitację siebie. Fakt, że wracał na wojnę, ale znając jego sprawność żołnierską, nie mogłem opierać się na nadziei, że może przypadkiem zginie i sprawa rozwiąże się sama. O nie! Nie w tym wypadku! Toteż napisałem do Joaba ten haniebny list, który nakazywał towarzyszom opuścić go w boju. Ten wyrok śmierci na siebie sam zawiózł, wracając do Rabby. Od tej chwili liczyłem dni. Co spojrzałem na mój świeżo napisany psalm, oblewała mnie fala wstydu! Wreszcie wrzuciłem go głęboko do szuflady sekretnika, przy którym zazwyczaj pisałem, a nawet kazałem usunąć sekretnik z moich oczu!

Po trzech tygodniach przyjechał posłaniec z ponurą wieścią. Batszeba, odziawszy żałobne szaty, zamknęła się w domu. Gryzłem palce z tęsknoty, ale cóż, nie mogłem przełamać jej woli odbycia sumiennie tego, co nakazywały religia i obyczaj.

Wtedy uświadomiłem też sobie, że śmierć Uriasza była koniecznością, bo nigdy nie zgodziłbym się, aby nadal był jej mężem, choć z początku chyba nieświadomie to miałem na uwadze, by przypisać mu własne potomstwo i zostawić sprawy, jak były, czyli wyrzec się jej.

Ile zdradzieckich uczuć chowa ludzkie serce! Gdyby Bat- szeba słyszała, jak namawiam jej męża do spędzenia z nią nocy, jakże czułaby się upokorzona! Jakimi oczyma musiałaby odtąd patrzeć na mnie. Ile tchórzostwa odkryłaby we mnie? A ja sam? Jak patrzę na siebie swoimi oczami? Jak na zdrajcę, przeniewiercę, słabeusza i tchórza! Tak. Taki właśnie jestem. I w dodatku niesprawiedliwy. Dlaczego nie ukarałem Amnona za Tamar?! Absalom miał słuszność, nazywając mnie podlecem. Sprawiedliwie ukarał śmiercią brata, a ja? Straciłem ich obu. Jeden i tak nie żyje, a drugiego straciłem z oczu. Nie widziałem go już trzy lata, i Tamar też. Siedzą u swego dziada, który podsyca w nich, jestem tego pewien, nienawiść do mnie!

A teraz jeszcze to – śmierć Uriasza. Przyszedł do mnie prorok Natan i opowiedział mi taką oto historię:

– W pewnym mieście żył biedak i bogacz. Bogacz miał mnóstwo owiec, biedak tylko jedną jedyną. Dbał o nią bardzo, karmił ją i poił. Kiedyś bogacz przechodził koło chaty ubogiego i zobaczył owcę bardzo zadbaną, z lśniącą sierścią i wymytym do czysta wymieniem. I zapragnął mieć ją w swoim stadzie. A kiedy upodobniła się do reszty jego owiec, bo nie dbano już o nią tak jak pierwej, chcąc ugościć jakiegoś przybysza, kazał zabić ją i upiec. Jak myślisz, na co zasługuje bogacz?

Odpowiedziałem impulsywnie i z głębi serca:

– Na śmierć!

– Ty, królu, jesteś tym bogaczem. – Po czym odszedł.

Jakżebym mógł ukryć przed nim swe uczynki? Na co liczyłem w swoim przeniewierstwie? Na cierpliwość Jahwe do mnie? Na ślepotę mego proroka?!

Kiedy skończyła się żałoba Batszeby, pojąłem ją za żonę i nie mogłem wzbudzić w sobie ani żalu za Uriaszem, ani skruchy z powodu jego śmierci. Nie zaglądałem już do swoich tekstów ani nie dotykałem strun cytry czy harfy. Oddawałem się cały nocom i dniom z Batszebą.

A kilka dni przed rozwiązaniem przyszedł do pałacu Natan i patrząc mi surowo w oczy, oznajmił:

– Nie myśl, że ci wybaczono. Twój syn umrze!

4Ps 4; 7-9.

V

Zanim przyszedł z tą złowrogą wieścią do mnie, musiał rozmawiać i z Batszebą, bo zamknęła się w swoich komnatach i nie chciała nikogo widzieć. Z trudem udało mi się ją nakłonić po kilku dniach, żeby otworzyła mi drzwi. Zastałem ją zaszarganą, w niedbałych szatach, z głową pochyloną, w burzy nieuczesanych splotów posypanych popiołem. Cała oddawała się żalowi i skrusze, siedząc na posadzce i błagając Najwyższego o odwrócenie losu. Jej widok wstrząsnął mną tak bardzo, że dopiero teraz poczułem potrzebę ukorzyć się nie tylko przed Jahwe, ale przed całym ludem, że pojąłem ją za żonę krótko po śmierci Uriasza. I którejś nocy, bo prawdą jest to, że nocami głównie przychodziło do mnie natchnienie, napisałem psalm pokutny i wycyzelowawszy go przy flecistach, poleciłem, by zebrano lud Jerozolimy na placu, który był najobszerniejszy, bo na co dzień pełnił funkcję bazaru, i wyszedłem w siermiędze pokutnej, z głową posypaną popiołem, z moimi flecistami, i tu przed ludem mym wyśpiewałem pieśń błagającą Najwyższego o zmiłowanie i odpuszczenie grzechów moich. Jednakże te słowa:

Wybaw mnie od winy za krwi przelanie, Boże,

Boże zbawienia mego,

A język mój z radością wysławiać będzie

Sprawiedliwość Twoją!5

skierowane do Jahwe, błagające o darowanie mi zbrodni na Uriaszu Hetycie, były przez lud rozumiane inaczej. Przecież byłem żołnierzem i lud uznał, że korzę się za zabicie niejednego wroga, mając wątpliwości, czy postąpiłem sprawiedliwie i nie powinienem darować niektórym życia. To rozumienie wywołało w ich sercach współczucie dla mnie i już nie kryli łez, słuchając mej pieśni. I tak wychodziłem przez dni siedem co dzień do mego ludu, a on zbierał się coraz gęstszy i głowy posypywał popiołem, by poprzeć moje błagania u Najwyższego.

A ósmego dnia powiadomiono mnie, że Batszeba powiła syna. Medyk, który był przy rozwiązaniu, uznał dziecko za nieuleczalnie chore. Przez siedem dni oddawałem się pokucie wraz z małżonką, która do końca żywiła nadzieję, że znajdziemy łaskę u Boga i Szimei wyżyje. Przez te dni oboje pościliśmy, choć każde z osobna, bo tak nakazywały przepisy naszej religii, aż do momentu oczyszczenia się niewiasty.

Kiedy jednak dziecko umarło, zdjąłem pokutne szaty, kąpielowi umyli mi włosy, a balwierze jak zawsze upięli je w kunsztowne sploty i utrefili brodę. Ubrany w królewskie szaty udałem się do świątyni oddać pokłon Panu. Nie czułem żalu. Raczej ulgę, bo śpiewając psalm pokutny, w jakiejś mierze próbowałem, oszukując lud, oszukać i Boga mego. Dlaczego miał mi przebaczyć moje przeniewierstwo? Teraz przychodziłem do Niego, jak przychodzi urwis do ojca, kiedy za jakąś zbyt oburzającą psotę dostał od niego w skórę. Przyszedłem w pokorze, zadowolony, że odebrałem już karę i ojciec się na mnie nie gniewa. Wróciwszy do pałacu, zasiadłem za stołem i zażyczyłem sobie wszystkich ulubionych potraw, których sobie odmawiałem przez te dni. Po posiłku, który był dla całego dworu jak uczta, kazałem sobie podać harfę i z moimi muzykantami odegraliśmy wszystkie pochwalne pieśni, które do tego czasu napisałem na cześć Pana mego. Byłem przekonany, że ucieszyła Go moja postawa i nakłonił ucha moim śpiewom. Czyż miałem w to wątpić, skoro sam mnie obdarzył tym darem, dając mi talent nie tylko składania tekstów, ale i głos, którym je wyśpiewywałem?

Sam Saul, kiedy zjawiłem się na jego dworze, nie mógł się oprzeć czarowi mego śpiewu i płakał ze wzruszenia przy dźwiękach mojej harfy. I byłby mi przyjacielem, gdyby nie sprawa z Goliatem, w wyniku której dostałem według przyrzeczenia za żonę jego córkę, tę jędzę Mikal, i gdyby lud odtąd w pieśniach nie wynosił mnie nad niego. Czysta ludzka zazdrość. Rozumiałem to i nawet nie miałem mu za złe, że chociaż dał mi naczelne dowództwo w swojej armii, nienawidził mnie i życzył mi klęski.

Od momentu namaszczenia mnie przez proroka Samuela na króla, utracił spokój. Nie ufał mi za grosz. By uniknąć śmierci z jego ręki, błąkałem się po pustyniach i krajach Moabu, choć miał zapewnienie od proroka, że nie zginie z mojej ręki, a tylko będę po nim panował.

Dwukrotnie przedzierałem się do jego obozu nocą, dostawałem się do samego jego namiotu i pozostawiałem oszczep wbity obok jego głowy, dając tym dowód, że nie nastaję na jego życie. Ale czy go przekonałem? Dalej myślał swoje i w końcu zmusił mnie, bym przystał do Filistynów, naszych wrogów. Król ich, Akisza z Gat, podarował mi z sympatii i za zasługi ową przepiękną czarę, którą Absalom w swoim gniewie rozbił o posadzkę. Niedługo jednak trwała ta moja komitywa z królem. Znaleźli się oszczercy, którzy widzieli we mnie zagrożenie dla swoich monarchicznych planów, i zostałem wygnany.

Gdyby Jonatan, szczery mój przyjaciel, nie pomógł mi wtedy, nie wiem, co by się ze mną stało. On to donosił mi przez tajemnych posłańców wiadomości o ruchach wojsk swego ojca tak, że mogłem unikać zastawionych na mnie pułapek.

Jonatan był jak orzeł i lew, odważny i lojalny. Nie miał mi za złe, że służę u Filistynów, z którymi walczył wraz z Saulem. Wiedział, że zmusił mnie do tego jego ojciec. Wiedział też, że jestem naznaczony na króla przez proroka i nie sprzeciwiał się woli boskiej, choć ta pozbawiała go tronu. Przestrzegał ojca przed sprzeciwianiem się jej, ale Saul był nieugięty. I tak obaj zginęli w walce z Filistynami pod Gilboa. Tych, którzy ich zgładzili, ukarałem śmiercią, mimo że Saul sam poprosił żołnierza, by go pchnął mieczem w obliczu klęski. Nie mogłem uczynić inaczej, gdyż Saul był pomazańcem Bożym i podniesienie ręki na króla karane winno być śmiercią. Za Jonatana zemściłem się z żalu po nim i długo układałem żałobne pieśni, odzwierciedlające mój ból po jego stracie. Wziąłem też do siebie jego syna Mefiboszeta, by chronić go przed wszelką krzywdą. Odtąd Mefiboszet cieszył moje oczy swoim podobieństwem do ojca i był mi jak syn.

5Ps 51; 16.

VI

Sześciu synów urodziły mi żony w Hebronie, gdzie obwołano mnie królem największego plemienia – Judy, zważywszy moje wcześniejsze dokonania dla ludu Izraela i samego Saula. Na jego dworze już byłem ulubieńcem wielu i sławiono mnie w pieśniach, co niestety odbiło się na mnie rykoszetem, gdyż właśnie dlatego straciłem łaski w oczach Saula. Zazdrość jest rzeczą ludzką, niestety, i nic od niej nie chroni nawet władców.

Kiedy obaj zginęli pod Gilboa, obwołano władcą znacznych ziem Izraela jego ocalałego syna Iszbaala. Uratowany przez Abnera, dowódcę wojsk Saula, został wywieziony do Machanaim do Zajordanii, ze względu na obecność Filistynów w ziemiach Izraela.

Tam poparli jego pretensje do tronu niektórzy tylko, związani z dworem jego ojca. Większość jednak obracała oczy na mnie, widząc we mnie wojownika i bohatera.

Iszbaal zdołał panować nad równiną Ezdrelon, Galileą i Gilead zaledwie przez dwa lata. Przez niewczesną pychę, którą okazywał poddanym, zraził sobie swego patrona Abnera, który opowiedział się za moją kandydaturą i przeciągnął większość dawnych zwolenników syna Saula na swoją stronę. Zjawili się u mnie w Hebronie i obwołali mnie królem całego Izraela. Był to 1002 rok6.

Rekab i Baana, dowódcy Iszbaala, synowie Rimmona z Beerot, sądząc, że mnie ucieszą, przynieśli mi w darze głowę swego króla.

Zgodnie z prawem kazałem ich poćwiartować i zawiesić na drzewie.

Sześć lat trwały walki Izraela z Filistynami, aż w 1008 roku7 mogłem zakreślić granice państwa od Eufratu na północy do Potoku Egipskiego na południu, na zachodzie od Morza Śródziemnego do Pustyni Syryjskiej na wschodzie.

Po pierwszym roku mego panowania zdobyliśmy twierdzę Jebusytów na Syjonie, południowym wzgórzu Jerozolimy, którą uczyniłem swoją rezydencją. W niedługim czasie cała Jerozolima należała do nas i tu ustaliłem główny ośrodek religijny i stolicę kraju.

Przez cały czas walk z Filistynami głównym moim pragnieniem było nie tak zdobycie nowych ziem, jak odzyskanie Arki. Filistyni nie chcieli przystać ani na jej wykupienie przez nas, ani na żadne proponowane przeze mnie warunki. W końcu szereg klęsk i pogromów, które otrzymali z naszej ręki, przekonał ich, że Arka jest przyczyną ich niepowodzeń, i oddali ją nam bez żadnych ofiar.

Prowadziłem ją w uroczystym pochodzie do Jerozolimy, by umieścić ją początkowo na Synaju, zanim nie wybudujemy godnej Pana świątyni, ale w drodze wóz, na którym ją wieźliśmy, na moment stracił równowagę i Uzza w odruchu strachu, by nie spadła, dotknął jej i na naszych oczach padł martwy na ziemię. Przeraziłem się, że nie odgadłem właściwie woli Najwyższego, i postanowiłem w obawie przed obrazą Jahwe umieścić ją w domu Obed-Edoma, mego sługi.

Przez trzy miesiące Arka przebywała w jego domu, przydając mu niezwykłego powodzenia, tak że stał się w krótkim czasie bogaczem.

Ja w tych dniach biedziłem się nad psalmami, które wołały do mego Pana w pokorze o wskazówki, co mam czynić.

Ale podczas gdy psalm 20 był swego rodzaju pokorną prośbą do Pana, aby pomógł mi podjąć właściwą decyzję, zgodną z Jego wolą, to już psalm 31, poprzedzony szczerym wyznaniem win, był wołaniem o obronę przed wrogami. Zdawałem sobie bowiem sprawę z tego, że lud, widząc, iż odebrana została mi łaska Najwyższego, w lęku przed Jego gniewem może odebrać mi władzę. Wołałem przeto z głębi serca tak długo do Pana, aż zesłał na mnie spokój i nabrałem ufności.

Teraz w radosnym, triumfalnym pochodzie, odrzuciwszy godność królewską, nie zważając, jak to ocenią ludzie, w pasterskim chitonie tańczyłem przed Arką, jak kiedyś tańczyłem, wyśpiewując Panu na pastwisku i przygrywając sobie na cytrze. I akompaniowały mi rogi, i rytm moich pieśni pochwalnych podkreślały bębny. I tak szliśmy kolorowym orszakiem, ja król, uniżony do roli sługi i trefnisia przed Panem, i cały lud mój, pokornie, ale i z weselem oddający hołd Najwyższemu. Na Syjonie widziała z okna całą paradę Mikal i kiedy złożyłem już całopalne ofiary Panu i lud zasiadł do radosnej uczty, ledwo przestąpiłem próg, wykrzywiła się do mnie szyderczo i rzekła:

– Znów zrobiłeś z siebie błazna, idioto! Tak zachowuje się król?! Nie masz za grosz godności.

– Tak, nie mam – zgodziłem się. – Mam za to całkowite zaufanie do Pana mego i zawsze dla Niego bezwzględną cześć.

Wtedy nachyliłem ucha dawnym radom Jonatana i postanowiłem ją oddalić. Sam wróciłem do ludu mego na ucztę.

61002 rok p.n.e.

71008 rok p.n.e.

VII

Och, jak niewygodnie! Jak ciężko mi w tych piernatach obracać się z boku na bok, a muszę to robić, bo drętwieję, ilekroć poleżę dłużej w jednej pozycji. Batszeba! Batszeba zachodzi tu tak rzadko! Kiedy jej powiedziałem o swoich dolegliwościach, jak za dawnych czasów zrozumiała i już nie radziła mi trzymać nieustannie w komnacie służebnych, by mi pomagały. Zaproponowała Abiszag, bym ją pojął za żonę. Jest młoda i będzie to uważała za zaszczyt, a jako żona spełniająca swe obowiązki, nie będzie mnie krępować. Nawet się nie zdziwiłem jej radom! Do jednej niewiasty można się szybciej przyzwyczaić niż do wielu, kręcących się nieustannie w posłudze. Poza tym jako żonę obowiązywała ją tajemnica alkowy i to też było cenne.

– Będzie cię grzała w chłodne noce, będzie czuwała nad twoim snem. Służebne będą wykonywać tylko jej rozkazy i nie musisz zaprzątać sobie nimi głowy – przekonywała.

Toteż za jej radą poślubiłem Abiszag. Za jej radą również Szunemitkę uczyniłem sokenet, dzięki czemu była odpowiedzialna za całą kobiecą obsługę dworu. Miała za co być wdzięczna Batszebie!

Leżąc tak w łożu przy spuszczonych zasłonach, przez które przedziera się przyćmione światło dnia, rozmyślam, jak krótkie jest życie ludzkie. Zdaje mi się, że jestem młodym chłopcem, pasę owce na zielonej równinie, przygrywam sobie na flecie i składam słowa w pamięci, by je po wieczornym udoju zapisać, że widzę biało odzianą postać starca, który podpierając się posochem, idzie ku mnie przez świeżą ruń traw, by mnie namaścić na króla. Raptem mrocznieją mi zasłony w oczach. Nic już nie czuję.

Ktoś krząta się koło mnie, medyk wlewa mi jakiś palący płyn do ust.

Powoli odzyskuję przytomność.

Prawdopodobnie jest wieczór, bo palą się lampy oliwne. Wchodzi Batszeba i przysiada na łożu.

– Było z tobą już źle, kochanie – mówi jak dawniej ze szczerą troską. – Wystraszyłeś nas. Abiszag przybiegła do mnie we łzach. Myślała, że umarłeś. Długo cię cuciliśmy. To dlatego, że nie jesz jak należy i nie można cię namówić na wyniesienie na taras. – Wpatrywała się we mnie z troskliwym wyrzutem. – Słońce dodałoby ci sił.

– Tak. Obnażyłoby całą moją brzydotę – wychrypiałem.

– Jaki ty niemądry jesteś! Kto na to zważa? Starość to starość. Ma swoje prawa.

– Nigdy nie godziłem się na starość. Nienawidzę jej! Wolę umrzeć.

Pochyliła nade mną twarz i odgarniając mi z czoła zlepione potem, przerzedzone włosy, odrzekła:

– Tak. Nawet już masz wyczekującego na twoją śmierć następcę. Adoniasz, syn Chaggity, rozgłasza, że zostanie królem, bo ma prawo do tronu po Absalomie. Co ty na to?

– Nikogo jeszcze nie ustanawiałem – odrzekłem oburzony.

– Nie? – zdziwiła się niewinnie. – A pamiętasz tamtą noc, kiedy urodził się Salomon i podziwialiśmy obydwoje, że taki jest spokojny? Takie ma mądre oczy? Sam przecież nadałeś mu imię i powiedziałeś, że władca musi być rozważny, że to dziecko wygląda tak osobliwie, jakby było już w chwili narodzin naznaczone przez Jahwe na władcę.

Próżno szukałem w pamięci tej sceny, ale Batszeba przypomniała mi też inną, a tę pamiętałem doskonale. Spytała, co stanie się z nią i z dziećmi, kiedy ich opuszczę.