Czteroksiąg magiczny. Tom I - Jakub Kaczmarczyk - ebook

Czteroksiąg magiczny. Tom I ebook

Jakub Kaczmarczyk

4,3

Opis

Królowej szukają wszyscy, ale każdy w innym celu…

W królestwie Pergamii wybucha polityczny chaos, gdy spiskowcy wdzierają się do pałacu, aby zgładzić królową Ferdynandę. Dzięki odwadze lojalnego wartownika Wąskiego, władczyni cudem uchodzi z życiem. To jednak dopiero początek ich wspólnej drogi.

Podczas ucieczki przez pogrążoną w wojnie domowej krainę Ferdynanda i Wąski zyskują nieoczekiwanych sojuszników – tajemniczego najemnika Lotki, jego wytresowanego tygrysa oraz młodą Jowitę, której niekontrolowane magiczne moce przynoszą zarówno ratunek, jak i nie lada kłopoty. Ich celem jest Halibia, morskie państwo, w którym chcą odnaleźć schronienie.

Tymczasem po drugiej stronie kraju spiskowcy przygotowują kolejny ruch. Dowodzi nimi ambitna Beatrycze, gotowa poświęcić wszystko, by zdobyć władzę.

Czy królowa i jej kompani odkryją prawdę o zamachu, zanim będzie za późno? Czy magia Jowity i odwaga Wąskiego wystarczą, by przeciwstawić się potężnym siłom, które zagrażają nie tylko ich życiu, ale i przyszłości całego królestwa?

Kobieta wstała i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę sąsiedniego stolika.
– Litości! – Wąski złapał ją za ramię w ostatniej chwili. Szybko usadził ponownie przy stole. Na szczęście nikt tego nie spostrzegł.
Kobieta spojrzała na niego rozmytym wzrokiem. Była już pijana. Mężczyzna westchnął głośno, po czym nachylił się w jej kierunku i dodał ściszonym głosem:
– Pani. Oni świętują rewolucję. Radują się z przejęcia władzy i końca rządów królowej.
Staruszka nerwowo zamrugała oczami i spojrzała na niego pytająco.
– Oni świętują twoje obalenie – dodał beznamiętnie Wąski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 695

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Fantastyczna_romamtyczka

Nie oderwiesz się od lektury

Dobre to było, a zakończenie?! normalnie 'mózgotrzep" 😂 czekam na dalszy ciąg
00



Jakub Kaczmarczyk

Czteroksiąg magiczny

Tom I

Rozdział 1,

w którym Wąski łamie prawo wojskowe, leczy kaca, ratuje damę z opresji i udaremnia spisek polityczny. Dodatkowo wykazuje się niekwestionowanym czynem heroicznym powiązanym z głupotą i brawurą, udowadniając przy tym, że szczęście i prawdopodobieństwo bardzo rzadko chodzą ze sobą w parze. Czytelnik zaś zastanawia się: kim, do cholery, jest Wąski?

Biesiada w karczmie Pod Rozgrzanym Prętem trwała w najlepsze. Goście pili piwo i wino, wznosząc raz po raz gromkie toasty. Jedni chwalili miłościwych panów włodarzy, inni radowali się zwycięską passą wojska. Ktoś wiwatował, podrzucając płócienną czapkę aż pod sam sufit. Stary dziad, który jeszcze chwilę temu opowiadał jakąś historię o dalekich krajach, zaniechał jej i dołączył do biesiadujących. Postukiwał raz po raz swoją lagą w drewnianą podłogę, na znak aprobaty. Stukały kufle, a chlapiące z nich trunki rozbryzgiwały się dookoła. Nikt nie zwracał na to uwagi. Naczynia były momentalnie uzupełniane przez uradowanego karczmarza. Biegał on od stolika do stolika, zgarniając zostawiane na stołach złote i srebrne monety. Jego kieszenie napełniały się błyskawicznie, co rychło przyczyniło się do obniżenia poziomu spodni i ukazania gościom brudnego przedziałka między pośladkami. To z kolei zaowocowało jeszcze większymi salwami śmiechu i zachęciło do dalszego płacenia z naddatkiem. Gospodarz, niczego nieświadomy, promieniał z radości z każdym mijanym stołem. Wołał tylko od czasu do czasu na uwijającą się służbę, aby nie zaniedbywali gości i pracowali, jak im przykazano. Ci posłusznie, z opuszczonymi głowami krzątali się po izbie, choć i im także udzielił się dobry nastrój. Pracowali żwawiej niż zwykle.

Liczne toasty przebrzmiewały wśród zaintonowanej sprośnej piosenki o nierządnej córce handlarza. Rytm i słowa, jak się okazało, wszyscy znali doskonale i po chwili śpiewała cała karczma. Cała, poza jednym stołem.

– Ja pierdolę, co ja tu robię? – Wąski podniósł wzrok znad kufla i po raz kolejny rozejrzał się nerwowo dookoła. Miał przeczucie, że pomimo panującej popijawy są stale obserwowani. – Jak to się w ogóle stało, że się tu znalazłem? Ja. Cholera jasna! Ktoś się dobrze bawi moim kosztem. Tyle razy udało mi się wywinąć, czasem nawet z gorszych kłopotów. A teraz? Teraz to już jestem martwy.

Wąski siedział w samym rogu karczmy. Nie zamierzał brać udziału w świętowaniu. Chciał pozostać niezauważony. Wiedział, że swoją zasępioną miną wyróżnia się znacznie, a sztuczny uśmiech przychodził mu z wielkim trudem. Bał się, że takim nastawieniem, prędzej czy później, kogoś zainteresuje. Na szczęście, jego towarzyszka podróży aż promieniała z zachwytu.

Starsza kobieta wpatrywała się w ucztujących z coraz większym zafascynowaniem. Z każdym wznoszonym toastem w jej oczach rozświetlały się ogniki. Na bladej twarzy pojawiły się znaczne rumieńce. Kobieta na co dzień nie miała okazji być świadkiem takich atrakcji. Można było spokojnie stwierdzić, że tego typu biesiada była pierwsza, jaką widziała w życiu. Raz po raz obracała się w stronę biesiadników. Nie mogła usiedzieć spokojnie. Szybko złapała rytm śpiewanej piosenki i stopą zaczęła go wystukiwać. Kobieta także wznosiła toasty. Bardziej skromnie i ledwo zauważalnie, ale wino z jej kubka ubywało szybko. Jak ocenił Wąski – za szybko.

– Maurycy. – Staruszka zwróciła się do swojego kompana. Wzrok nadal miała skierowany w stronę izby. – Co ich tak raduje? Przecież jest jeszcze za wcześnie jak na wieczorne ucztowanie. W zasadzie to jeszcze nie ma południa. Czy to te słynne plebskie zwyczaje?

Ona jest naprawdę taka głupia czy tylko udaje? – pomyślał Wąski. Nie znosił, kiedy mówiła mu po imieniu. Po nazwisku też. On był po prostu Wąski i tak należało się do niego zwracać. Oczywiście mówił jej już to ze sto razy, ale ta starucha nie chciała go słuchać. Jeśli chodzi o jego problemy, to ona nigdy nie słucha. W zasadzie to zaczęły się od niej, ale tego też nie potrafiła zrozumieć. Liczy się ona i tylko ona.

– Czy to ważne, dlaczego świętują? Po prostu świętują, bo mają ku temu powód – odpowiedział jej po chwili namysłu z obojętnością w głosie. Zawsze starał się rozważnie dobierać słowa w jej obecności. Tym razem jednak nie wiedział, co odpowiedzieć. W środku cały się trząsł, a ona zamiast mu pomóc, ewidentnie była blisko pogorszenia sytuacji.

– Aha – powiedziała wolno.

Jak zawsze, kiedy miała w zwyczaju kontynuować wypowiedź, używała krótkiego „aha”. Dzięki temu miała kilka chwil na zebranie myśli. Wąski zastanawiał się tylko, jak dużych rozmiarów nieszczęście sprowadzi na nich dalszą częścią swojej wypowiedzi. Nie czekał długo, żeby się przekonać.

– To może podejdę i zapytam. – Kobieta wstała i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę sąsiedniego stolika.

– Litości! – Wąski złapał ją za ramię w ostatniej chwili. Szybko usadził ponownie przy stole. Na szczęście nikt tego nie spostrzegł.

Kobieta spojrzała na niego rozmytym wzrokiem. Była już pijana. Mężczyzna westchnął głośno, po czym nachylił się w jej kierunku i dodał ściszonym głosem:

– Pani. Oni świętują rewolucję. Radują się z przejęcia władzy i końca rządów królowej.

Staruszka nerwowo zamrugała oczami i spojrzała na niego pytająco.

– Oni świętują twoje obalenie – dodał beznamiętnie Wąski.

*

Szturm na pałac zaplanowano ze znacznym wyprzedzeniem. Stworzono kilka alternatywnych planów. Przeprowadzono próby i wybrano optymalny scenariusz, który następnie pieczołowicie dopracowywano. Gdyby istniał zawód profesjonalnego organizatora puczów i buntów, do tej roboty zatrudniono by najlepszego eksperta na świecie. Były na to i chęci, i środki.

Każdy element planu wykonywano powoli i ostrożnie. Zaczęło się od drobnych przekupstw strażników. Nikt się tym nie przejmował, bo każdy zdawał sobie sprawę z wysokości żołdu. Z czasem okazało się, że coraz więcej żołnierzy pracowało na usługach kolaborantów. Kiedy pozostała tylko garstka tych najbardziej lojalnych i nieprzekupnych, rozpoczęto kolejne fazy zamachu. Te były już o wiele prostsze, bo dotyczyły samej królowej, która miała opinię ufnej i niezorganizowanej. Uzależnienie jej od podstawionej służby było zadaniem dziecinnie prostym. Już po tygodniu kolaboranci mieli dokładny plan dnia władczyni, a po miesiącu potrafili go zdalnie modyfikować. Dzięki temu mogli wysłać królową w dowolne miejsce pałacu, o dowolnej porze, w taki sposób, że staruszka myślała, że sama planowała to zrobić.

Ostatnim etapem, przed zbrojnym przejęciem władzy, było pozbycie się lojalnej służby i wojska. Zadanie o tyle trudne, że wymagało wzniecenia zamieszek tak, by móc je kontrolować, jak również wymagających interwencji wojsk królewskich. Proces podżegania ludności kosztował wiele czasu i wysiłku, ale finalnie inwestycja opłaciła się. W święto Nadejścia Wody, zwiastuna przyjścia wiosny, wszystko miało się zakończyć. Panowanie, kadencja i jej życie. Plan był dopracowany i niemal doskonały. Niemal.

Diabeł tkwi w szczegółach. Gdy przechodzi się od ogółu do szczegółu, kiedy zbliża się najbardziej emocjonujący etap, puszczają nerwy. Człowiek robi się niespokojny, a o pomyłkę nietrudno. Czasem jest też tak, że coś się po prostu zepsuje, tylko dlatego że może się zepsuć. Także i w tym przypadku nie było wyjątku.

Z początku wszystko szło jak z płatka. Zamieszki wybuchły, wojsko wyruszyło, opłaceni strażnicy umożliwili wejście zamachowcom do pałacu. Zlikwidowanie straży przybocznej zajęło kilka minut. Tylko nieliczni, najbardziej lojalni, stawili opór. Tak jak to było zaplanowane. I tak jak to było zaplanowane, zostali szybko unicestwieni. Nie wzięto pod uwagę tylko jednej rzeczy. W zasadzie ta rzecz nie powinna się przytrafić. W ogólym zarysie planu, jak i w jego detalach, nikt z zamachowców nawet o tym nie pomyślał. Ot, drobny szczegół, a jednak zaświadczył o niepowodzeniu misji. Szczegół ten nazywał się Wąski.

*

Maurycy obudził się, jak co dzień, na potwornym kacu. Ściśnięty do rozmiarów orzeszka ziemnego mózg został zbombardowany z siłą wodogrzmotów podczas wiosennych roztopów. Święto Nadejścia Wody, a Wąski dałby wszystko za chociażby naparstek. Gdy tylko otworzył oczy, szum wzmocnił się, mężczyzna zaś poczuł, jak wczorajsza kolacja podchodzi mu do gardła. Tylko cudem opanował odruch wymiotny, czego po chwili bardzo żałował – wszystko ponownie przeszło mu przez gardło i wpadło do żołądka.

– Matko z córką! – wymamrotał pod nosem. Ciężko przewrócił się na drugi bok i nakrył szczelniej grubym kocem.

Nie zdążył zamknąć oczu, kiedy usłyszał nad sobą przeraźliwy wrzask.

– Wąski! Do stu kurw i ich bachorów! Co to ma znaczyć?! – niski głos komendanta straży spotęgował grzmienie w głowie Wąskiego.

Przerażony mężczyzna usiłował się podnieść, jednak już przy pierwszej próbie zakręciło mu się w głowie i oklapł ciężko na posłanie.

– Panie komendancie – wybełkotał pod nosem, ponownie próbując ciężkiej sztuki podniesienia się i ustania pionowo. – Szeregowy Wąski, to znaczy się Maurycy Cholewka, gotowy do służby.

– Jakiej, kurwa, służby!? – Przełożony był wściekły. Z trudem opanowywał chęć rzucenia się zapitemu podwładnemu do gardła. Żyłki na jego szyi pulsowały rytmicznie, twarz miał purpurową. – Teraz to wy się nawet do mycia kibli nie nadajecie, Wąski!

– Tak jest, panie komendancie. – Chłopak uśmiechnął się szczerze. – Nie nadaję się do tego typu pracy. Zawsze to powtarzałem, że jestem stworzony do najtrudniejszych zadań specjalnych, a utrzymywanie porządku należy…

Nie dokończył. Wiązanka wyzwisk i przekleństw, jaka padła w jego kierunku, wyraźnie dała mu do zrozumienia, gdzie komendant ma jego zdanie na temat tego, kto powinien sprzątać latrynę. Z każdym słowem przełożony krzyczał coraz głośniej i przybliżał się do Wąskiego. Kiedy niemal stykali się nosami, Maurycy dokładnie poczuł, co komendant jadł na śniadanie. Smażona cebula ze skwarkami może jest i dobra, ale nie kiedy czujemy ją z czyichś ust. Tego było za wiele. Tym razem Wąski nie wytrzymał. Niekontrolowanie chlusnął tym, co zalegało mu w żołądku. Na wpół przetrawione kurze udko, obficie polane czerwonym winem z dużą domieszką kwasu żołądkowego, poleciało prosto na komendanta. Pomieszczenie momentalnie przeszło odorem wymiocin. Zapadła cisza, która wydawała się trwać i trwać. Wąski wykorzystał ją, aby ponownie opaść na łóżko. Komendant zaś na strzepnięcie z siebie resztek kolacji.

– Tego już za wiele! – ryknął, a twarz ponownie oblała się czerwienią. – Straż!

Do koszar momentalnie weszło czterech uzbrojonych w halabardy rosłych mężczyzn. Komendant skinieniem wskazał im chłopaka i ruszył do wyjścia.

– Do lochu z nim! – rzucił, wychodząc. Nawet nie czekał, aż żołnierze wykonają rozkaz. Wiedział, że to zrobią.

Niestety, dziś większość planów i rozkazów miała zostać niewykonana. Wszechobecne i wszechmocne astralne siły zwane przypadkiem i pechem zamierzały pokrzyżować wszelkie plany. Zarówno te duże, jak i te małe. Gdy tylko Wąski i jego eskorta znaleźli się na korytarzu, dobiegły ich pierwsze odgłosy walk. W mieście wybuchły zamieszki, a wojsko postawiono w stan gotowości. Z każdej strony pałacu nawoływano i ogłaszano alarm. Zaczynało robić się tłoczno.

Halabardnicy popatrzyli na siebie, po czym zostawili Wąskiego i ruszyli w stronę komendanta. Wąski, nie do końca wiedząc, co się dzieje, stał przez chwilę otumaniony. Zbieranie myśli w całość szło mu dziś wyjątkowo opornie. Dopiero po kilku chwilach doszedł do wniosku, że skoro jednak nie trafi do lochu, a nikt nie wydał mu innych rozkazów, to oznacza, że ma dzień wolny. Może swobodnie i bez wyrzutów sumienia udać się do pałacowej kuchni i wyprosić u kucharza miskę gulaszu i kubek wina. Po nagłym opróżnieniu żołądka poczuł się wyjątkowo głodny.

Tak jak w przypadku spiskowców i komendanta, tak u Wąskiego plany dość szybko legły w gruzach. Maurycy nigdy nie dotarł do celu. Gdy tylko wszedł do budynku, gdzie mieściła się kuchnia, bunt na ulicach trwał w najlepsze, a wojska zamachowców wkraczały na pałacowy dziedziniec. Płonęły spichlerze i magazyny. Czarny dym szybko zasnuwał niebo. Garstka pozostawionej w pałacu straży starła się z napastnikami. Ich opór był dość krótki. Trupy padały jeden po drugim, ustępując miejsca kolejnym wkraczającym zamachowcom. Najemnicy i maruderzy zdobywali pałac.

Wybuchła panika. Ludzie biegali po korytarzach bezładnie, zupełnie jak spłoszone stado antylop. Tratowano się wzajemnie, usiłując uniknąć pewnej śmierci z rąk wroga. Ludzie krzyczeli i przepychali się. Panujący harmider był trudny do wytrzymania. Gdyby nie zablokowane wyjście, Wąski już dawno uciekłby na plac, a potem na ulicę i poza miasto. Jakoś by się prześliznął. W takich sytuacjach zawsze mu się udawało. Niestety, dziś zdolność szybkiego reagowania oraz trzeźwe myślenie nie były jego mocną stroną. Chłopak stanął w jednym z korytarzy. Oparł się o ścianę i zaczął zastanawiać się, jaki krok wykonać. Nawet się nie zorientował, kiedy zaczął mimowolnie przyglądać się uciekającym służącym.

– Padła południowa baszta! – krzyczał ktoś, biegnąc w stronę północnej bramy.

– Północna płonie! – zawołał ktoś drugi biegnący na południe.

– Są wszędzie! – piszczała młoda dwórka.

Nikt nie zwracał uwagi na Wąskiego. Zupełnie jakby był stojącym tu od lat marmurowym posągiem.

Dopiero po chwili napotkał jej wzrok. Niewysoka staruszka o ciemnych włosach wydawała się jedyną spokojnie zachowującą się osobą w całym pałacu. A może była po prostu sparaliżowana strachem. Nie wiedzieć czemu, Wąski ruszył w jej stronę. Łokciami musiał torować sobie drogę. Raz po raz bił zagradzających mu przejście pod żebra lub w szczękę. Tylko tak mógł brnąć przed siebie. Jednego z lokai pozbawił przednich zębów. Mężczyzna upadł do tyłu i trzymając się za twarz, wył z bólu. Nie przeszkodziło mu to jednak w szybkim pozbieraniu się i dalszej ucieczce.

– Babciu, to nie jest czas na sprzątanie! – Wąski zwrócił się do staruszki podniesionym tonem. – Musimy uciekać tak jak oni.

Kobieta bardzo wolno odwróciła się w jego stronę. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie. Przez chwilę stali i patrzyli na siebie w milczeniu. Byli jak skalista wyspa, która pośrodku sztormu pozostaje niewzruszona.

– Masz rację, chłopcze, musimy – odezwała się staruszka i nie czekając na Wąskiego, ruszyła w stronę pałacowych komnat. Chłopak bez zastanowienia podążył za nią.

Szli przez dłuższy czas w zupełnym milczeniu. Mijali kolejne korytarze, skręcając to w lewo, to w prawo. Wąski usiłował zapamiętać drogę, którą prowadziła go staruszka, jednak zgubił się już po kilku skrętach. Kobieta raz po raz otwierała drzwi, za którymi kryły się kolejne, coraz mniej zatłoczone korytarze. Aż w końcu zostali całkiem sami. Odgłosy paniki i walk pałacowych jakby ucichły.

Nie wiedzieć czemu, Wąski dał się prowadzić jak posłuszne dziecko. Może gdyby nie bolący żołądek i zawroty głowy byłby w stanie zatrzymać kobietę i spytać, czy wie, dokąd idą. Niestety, w jego obecnym stanie mógł tylko za nią podążać. Robił to z trudem, zupełnie jakby szedł za rosłym mężczyzną w sile wieku, a nie staruszką, która jedną nogą jest już w grobie.

Weszli przez małe drzwi, które zasłaniał sporych rozmiarów gobelin przedstawiający maga Zubenfielda rozmawiającego ze smokiem. Legendarna postać wielkiego czarodzieja została przedstawiona w pozycji klęczącej z głową pochyloną ku ziemi. Według wierzeń ludowych Zubenfield przechytrzył bestię, unikając kontaktu wzrokowego przez dwa tygodnie. Tak ją tym rozzłościł, że dała za wygraną i odleciała, a czarodziej mógł wejść do środka.

Gobelin niewątpliwie zasłaniał przejście do skarbca, bo sala mogłaby spokojnie uchodzić za cały magazyn łupów i kosztowności. Była ogromna. Liczne marmurowe posągi stały pod kolumnami, które ciągnęły się wzdłuż całego pomieszczenia. Postacie z białego kamienia ozdobiono złotymi szatami i klejnotami, które teraz odbijały czerwone światło pożaru panującego na zewnątrz. Poza posągami salę zdobiły najznakomitsze dywany, tak miękkie, że można by na nich spać. Z pewnością niejeden ze służących miał u siebie twardsze posłanie. Liczne, ręcznie utkane wzory tworzyły sieć złotych i srebrnych pajęczyn. Mocno kontrastowały z czarnym granitem podłogi. Wąski domyślił się, że staruszka prowadzi go przez salę tronową, o wiele wcześniej, niż ujrzał tron.

– Nie powinniśmy tutaj przebywać, babciu. – Zaciekawiony rozglądał się na boki. Niepokój, jaki odczuwał, chwilowo zmalał. – To królewska sala tronowa.

– Wiem – odpowiedziała staruszka uprzejmym głosem. Sprawiała wrażenie opanowanej, co było wyjątkowo dziwne, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znaleźli. – Chodź tędy. – Złapała go za rękaw i pociągnęła w stronę tronu.

Wąski wyszarpał się speszony. Odgłosy walk nasiliły się i wtargnięcie napastników do tego pomieszczenia było tylko kwestią czasu. Musiał szybko coś wymyślić, a staruszka, pomimo swojego opanowania, wydawała się pogrążona w dziwnym letargu. Zupełnie jakby przestała rozumieć, co się dzieje dookoła, i żyła tak, jakby nic złego się nie działo. Wąski utwierdził się w swoim przekonaniu, kiedy zobaczył, jak kobieta wchodzi za potężnych rozmiarów tron i kuca za nim.

– To nie czas na zabawę w chowanego! – wrzasnął poirytowany. – Przecież nas tu znajdą.

Kobieta nie odpowiedziała. Wprawdzie stojąc przed najważniejszym królewskim atrybutem, ciężko było ją zobaczyć, jednak wystarczyło obejść mebel dookoła. Przecież to zachowanie na poziomie dzieci bawiących się na dziedzińcu.

– Babciu! Wyłaź stamtąd! – Wąski nie ustępował. Agresorzy właśnie zabierali się za otwieranie drzwi, o czym świadczyło wyraźne szczękanie klucza w zamku. – Babciu!

Wąski nerwowo ruszył w stronę tronu. W głowie prędko układał plan ucieczki i co najmniej kilkanaście scenariuszy rozmowy na wypadek nieuchronnego schwytania. Zgłupiał, kiedy zobaczył, że staruszki za fotelem nie ma. Jest za to bardzo sprytnie ukryty właz. Tuż pod tylnymi nogami zamontowano zawiasy, które trzymały wyciętą w dywanie klapę. Ta była idealnie wpasowana w złote i srebrne nici. Jeśli nie wiedziało się o istnieniu wejścia, nie sposób było je znaleźć. Teraz było otwarte.

– Jeśli masz zamiar tam stać, to przynajmniej zamknij właz – odezwała się staruszka. Jej głos był stłumiony, jakby wpadła do studni. W otworze panowała ciemność, ale Wąski domyślił się, że kobieta musiała zejść w dół po drabince. – Jeśli natomiast idziesz ze mną, to złaź tu prędko, ale pamiętaj o zamknięciu włazu. Od spodu masz uchwyt.

Wąski nadal stał jak zaczarowany. Nie do końca rozumiał, co się właściwie działo. Poranny kac nadal trzymał go mocno i właśnie przypomniał o sobie falą ukłuć w skroniach. Nagłe rozwarcie drzwi wejściowych pozwoliło chłopakowi oprzytomnieć na tyle, by mógł zareagować. Szybkim susem, odruchowo, wskoczył do dziury. Po omacku natrafił na szczeble drabiny. Drugą ręką złapał za klapę i pociągnął w dół. Ta zamknęła się w momencie, gdy napastnicy wbiegali do środka. Ich krzyki i nawoływania niosły się stłumione po ciemnym korytarzu. O wiele głośniejsze było sapanie Wąskiego.

Kiedy kołatanie serca ustało na tyle, aby przestać się nim martwić, Wąski rozejrzał się dookoła. Po zamknięciu włazu miał wrażenie, że odciął jedyne źródło światła i spędzą trochę czasu w zupełnej ciemności. Okazało się, że staruszka zdążyła odnaleźć i odpalić pochodnię. Ognistoczerwone światło odbiło się od ścian długiego korytarza, którego koniec nadal niknął w mroku. Było sucho i duszno. Nie był to żaden z tuneli skalnych, w których skapująca woda tworzyła idealne środowisko dla jadowitych węży, paskudnych owadów czy gryzoni. Wydrążony tunel był w pełni dziełem ludzkich rąk. Świadczyły o tym nie tylko regularne kształty ścian, jak również drewniane podpory, tu i ówdzie wsparte na kamiennej konstrukcji. Całość wyglądała solidnie i, co najważniejsze, bezpiecznie.

Wąski nigdy nie słyszał o tym, żeby ktoś pracował przy budowie podziemnego korytarza, a zdarzało mu się grywać w karty z przeróżnymi ludźmi z pałacu. Dzięki temu poznał niejedną gorszącą tajemnicę, za którą mógłby spokojnie posiedzieć kilka miesięcy w lochach. O budowie tunelu pod salą tronową nigdy nie słyszał nawet plotki. Zdziwiło go to bardzo, tak jak nagłe światło pochodni przystawione prosto do jego twarzy. Płomień zaczął parzyć skórę.

– Kim ty jesteś? – zapytała staruszka. Jej spojrzenie było czujne i nieufne. Znów sprawiała wrażenie nieobecnej.

– Maurycy Cholewka, proszę pani. – Delikatnym i spokojnym ruchem dłoni odsunął od siebie pochodnię, tak by kobieta nie sparzyła mu twarzy. Ciepło ognia wzmocniło efekt nadal trzymającego go kaca. Połączenie z zatęchłym powietrzem tunelu sprawiło, że momentalnie zrobiło mu się niedobrze.

– To jeszcze niczego nie oznacza, Maurycy Cholewka. Po co tu przyszedłeś?

– Nie rozumiem? – Jelita kurczyły mu się i rozprężały. Poczuł, jak po plecach cieknie mu zimna stróżka potu.

– Co ty tu robisz? – Kobieta była śmiertelnie poważna.

– Przyszedłem za panią – wyjaśnił skonfundowany Wąski. Czuł, że zaraz zwymiotuje. – Na górze wybuchły zamieszki i pani nas tu przyprowadziła.

– Ja? – zdziwiła się, a po chwili dodała: – Może rzeczywiście. Coś sobie przypominam. Nie zmienia to faktu, że nadal nie wiem, czy ty przyszedłeś mnie zabić, czy nie.

– Przecież uciekałem razem z panią. Jeśli miałbym być zamachowcem, to czy czekałbym, aż zejdziemy tutaj? Zresztą…

Nie dokończył. Żołądek skurczył mu się i ścisnął, przez co reszta zalegającego alkoholu i spora ilość żółci postanowiły wybrać się na mały spacer w górę przewodu pokarmowego. Punktem kulminacyjnym ich wędrówki miało być gardło, jednak kiedy tam dotarły, stwierdziły, że zrobią jeszcze jeden krok do przodu. Efektem ich postanowienia był pokaźny i bolesny dla Wąskiego paw. Na szczęście zdołał odsunąć się na czworaka pod ścianę.

– Biedaku. – Staruszka podeszła do niego i pomasowała Wąskiego po plecach. Jej ton znów był troskliwy i łagodny. – Jesteś chory. Nie martw się, zaraz ci pomogę. Chodź za mną.

Zdziwiony Wąski klęczał jeszcze chwilę, upewniając się, czy wszyscy uczestnicy wycieczki po układzie pokarmowym są już razem w punkcie zbiórki i czy aby na pewno nie przyjdzie druga tura. Kiedy stwierdził definitywnie, że na dziś szlak został zamknięty, prawdopodobnie w obie strony, podniósł się z kolan. Popatrzył za znikającą w głębi korytarza staruszką.

Wariatka – pomyślał – ma mocno nierówno pod sufitem. Chyba trzeba było dać się złapać.

Odwrotu już nie było. Zapach dochodzący od punktu zbiórki alkoholu i żółci wbił mu się w nos i zniechęcił do dalszego pozostania w miejscu. Drugim impulsem było znikające za zakrętem światło pochodni. Wąski ociężale ruszył w ślad za kobietą.

Szli ponad godzinę. W labiryncie korytarzy, odnóg, rozwidleń i ślepych zaułków staruszka odnajdywała się bezproblemowo. Zupełnie jakby znała to miejsce jak własne mieszkanie. Takiego labiryntu nie sposób jest tak po prostu zapamiętać. Wąski nie pytał, ale był przekonany, że kobieta musiała tu już bywać. Jeśli nie znała wszystkich podziemnych ulic, to przynajmniej znała drogę. Pozostawało pytanie, gdzie ta droga prowadzi.

– Często tu przychodziliśmy, jak byłam młodsza – powiedziała staruszka, przerywając ciszę. – Znam te przejścia doskonale. Możesz być spokojny, chłopcze.

– Jestem spokojny – skłamał.

– To dobrze. A jak się czujesz?

– Dobrze – skłamał ponownie. Miał przeczucie, że w brzuchu trwają zapisy na kolejny turnus.

Powietrze w tej części labiryntu zrobiło się nieco chłodniejsze. Wejście w sali tronowej sięgało kilku metrów w dół i, choć nie sposób było tego ocenić, wydawało się, że schodzą jeszcze niżej. Pomimo tego momentami dało się wyczuć drobny ruch powietrza. Bardziej świeżego i wilgotnego. Światło pochodni drgało wtedy delikatnie. Wszystko to przynosiło Wąskiemu niewielką ulgę. Z każdym krokiem, niestety, opuszczały go siły. Czuł, że dłużej nie da rady iść. Potrzebował się położyć i odpocząć.

– Już prawie jesteśmy. – Kobieta jakby znów pochwyciła jego myśl. – Jeszcze tylko jeden zakręt i jesteśmy na miejscu.

W świetle pochodni dostrzegli niewielkie drewniane drzwi. Zwykłe, zbite z desek skrzydło nie wyróżniało się niczym szczególnym, tak jak i pozostałe, które mijali wcześniej. Skąd staruszka wiedziała, że te są właściwe, miało pozostać jej tajemnicą. Najważniejsze było to, że się nie myliła. Kiedy złapała za klamkę, zgrzytnęła stal. Wystarczyło lekkie pchnięcie, aby wejść do środka. Wąski stwierdził, że skoro mało kto wie o tych korytarzach, to pewnie nikt nie otwierał tych drzwi od wielu lat. Nastawił się na falę zatęchłego powietrza połączonego z kurzem i zdziwił się bardzo. Nie tylko powietrze było tu dość czyste, poczuł również zapach świeżego jedzenia.

To, co zobaczył w środku, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Średnich rozmiarów izdebka wyglądała jak pokój w tawernie połączony z magazynem. Znajdujące się tu komody, łóżka i stół z krzesłami przykryte były białymi płachtami. Poza nimi, pod jedną ze ścian, ustawiono w równych rzędach beczki sięgające do pasa. Każda z nich była szczelnie zamknięta, a na wieku miała wymalowany symbol produktu znajdującego się w jej wnętrzu. Całe pomieszczenie było trochę niższe niż w zwykłej izbie i brakowało w nim okien. Przymocowane do ścian kinkiety miały przygotowane do odpalenia świece. Podłoga nie była taka jak w tunelu. Całość starannie wyłożono drewnianymi deskami. Wyglądało to tak, jakby przenieśli się w inne miejsce za sprawą magicznego portalu.

Wąski obejrzał się za siebie. Utwierdził się w przekonaniu, że to nie sprawka magicznej sztuczki i podziemne korytarze są tam, gdzie do tej pory. Ostrożnie wszedł do środka i odruchowo zamknął za sobą drzwi. W czasie kiedy on nadal przyglądał się wszystkiemu z zaciekawieniem, staruszka, sprawnym ruchem gospodyni, pozdejmowała narzuty i pozapalała świece. Większa ilość światła pozwoliła na dostrzeżenie jeszcze kilku kufrów stojących za drewnianym filarem wspierającym sufit. Bogato zdobione meble były pozamykane na kłódki. Wąski popatrzył na nie pobieżnie, a potem opadł na jedno z łóżek i westchnął ciężko.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytał, patrząc w sufit. Był zmęczony. Nadal czuł się źle.

– W domu. – Kobieta krzątała się przy jednej z komód. Wyjmowała z niej jakieś naczynia i butelki. Szkło postukiwało cicho. – Rozgość się, Maurycy. Zaraz zrobię ci lekarstwo i poczujesz się lepiej.

Nie musiała powtarzać dwa razy. Wąski przymknął zmęczone oczy i skupił się na uspokojeniu żołądka, który nadal zbierał chętnych na wycieczkę. Bulgotał przy tym radośnie, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Wąski był odmiennego zdania.

– Masz, wypij to. – Staruszka podeszła do niego z glinianym kubkiem. Wziął go i bez zastanowienia wypił zawartość.

Ostry, palący płyn dosłownie wypalił mu podrażnione gardło. Oczy momentalnie zaszły łzami, a z nosa zaczęło coś wyciekać. Zaraz po tym dostał ataku kaszlu.

– Cholera jasna, babciu! Co to jest?! – spytał, z trudem łapiąc powietrze. Gęsta ślina utrudniała otwarcie ust.

– Uleczacz – wyjaśniła staruszka i uśmiechnęła się. – Moja receptura na wiele dolegliwości. Od bolących pleców, poprzez rozregulowany żołądek, aż do problemów ze snem. Zawsze działa. Zmielona ostra papryka od kupców z Kyrym, korzenie dakminskiej pietruszki i selera, sól, pieprz i cukier do smaku. Wszystko wymieszane w roztworze z soku z cytryny i wódki. Można powiedzieć, że to taka moja sekretna mowa wódki.

– Wódki?! – Wąski zerwał się z łóżka w ostatniej chwili. Proszę państwa, mamy komplet. Ruszamy. Proszę wsiadać i rozkoszować się widokami.

Kolejnych kilku minut Wąski nie pamiętał. Wiedział tylko tyle, że jakimiś nadnaturalnymi siłami zdołał wrócić na łóżko. Potem zasnął głębokim snem.

Obudził go drewniany stukot. Intensywność i głośność były charakterystyczne dla kogoś, kto czegoś szuka i nie może znaleźć, i trzaska przy tym energicznie wiekami kufrów. Szuflady szurały ciężko jedna po drugiej, a potem waliły głucho zamykane z impetem. Wąski nie otwierał oczu. Nie wiedział, czy jest na to gotowy. Postanowił wybadać poziom swojego samopoczucia po wypiciu ratunkowej mikstury staruszki. Ku jego zdziwieniu, uznał, że czuje się dobrze. Może poza lekkim pieczeniem w gardle, ale żołądek już go nie bolał. Zaryzykował otwarcie oczu, a następnie wstał ostrożnie z łóżka.

– Dzień dobry – odezwała się kobieta. Nadal odwrócona do niego plecami. Pospiesznie i chaotycznie przeszukiwała kolejne szuflady w komodach. Po sprawdzeniu jednej wzdychała niezadowolona i brała się za następną. – Śniadanie masz na stole. Smacznego.

Wąski nie mógł wyjść z podziwu. Kimkolwiek była ta kobieta, nie przestawała go zaskakiwać. Nie chodziło już tylko o jej dziwne maniery, jakby co jakiś czas traciła pamięć, ale też o jej obycie. Jej znajomość labiryntu i układu korytarzy to jedno, ale sprawność ruchów i gospodarzenie w tak nietypowych warunkach były czymś zaskakującym. Pewnie lata służby w pałacu musiały wymusić na niej radzenie sobie w różnych sytuacjach. Przygotowane jedzenie nie było może wykwintnym pałacowym daniem, ale solona dziczyzna i jabłka okazały się wyjątkowo smaczne. Wąski niejednokrotnie jadał w karczmach, które serwowały posiłki o wiele gorsze od tego tutaj.

– Wybacz moją ciekawość – wtrącił pomiędzy kęsami – skąd znasz to miejsce?

– Często tu bywałam, jak byłam młodsza. – Staruszka nadal nie ustawała w poszukiwaniach.

– Długo pracowałaś w pałacu?

– Całe życie, synku – odpowiedziała z lekkim uśmiechem. – Odkąd tylko pamiętam.

– A co tam robiłaś?

– Służyłam wszystkim w raz i każdemu z osobna – odparła lekko enigmatycznie, jakby nie do końca chciała odpowiedzieć lub, co gorsza, znów nie pamiętała.

– Ja też służyłem i nigdy cię nie widziałem. – Wąski wziął jedno z jabłek. Soczysto-słodkawy smak wskazywał na to, że musiało być przyniesione tu niedługo po zerwaniu. Jeśli tak, to kto to zrobił? I co najważniejsze, czy wniósł je tu przez właz w sali tronowej, czy jest jakieś inne wejście.

Od kiedy w cudowny sposób Wąski wyleczył kaca, starał się poukładać to wszystko w jakąś całość. Logiczną całość. Pamiętał, że wybuchły zamieszki. Wojsko wyszło, pałac pozostał niestrzeżony. Nastąpił atak, w wyniku którego wybuchła panika. Pomógł starszej służącej albo ona jemu. Tego nie był do końca pewien, chociaż na obecną chwilę nie było to ważne. Szli nikomu nieznanymi tunelami, a przynajmniej tak się wydawało, że nikt o nich nie wie.

Miejsce, w którym się znajdowali, upewniało go w przekonaniu, że ktoś jednak musi je znać. Po pierwsze, konstruktorzy i architekci. Nie da się zrobić czegoś takiego bez wcześniejszego planu. Trzeba mieć dokładnie wszystko przemyślane. Szkice i rysunki, terminy, podział prac, materiały. Po drugie, budowniczowie. Zakładał, że architekci raczej sami nie drążyli tych tuneli. Nad czymś takim musiały pracować rzesze robotników. Nawet jeśli byli to niewolnicy czy jeńcy wojenni, to i tak byliby zauważeni. Ich liczba wymusiłaby ogromną ilość zaopatrzenia w surowce, narzędzia, nie mówiąc już o kwaterowaniu i wyżywieniu. Nic z tych rzeczy nigdy się nie wydarzyło. Niewolnicy, których pamiętał Wąski, pracowali tylko w kamieniołomach i przy budowie dróg. Zawsze, gdzie tylko się pojawiali, towarzyszyło im spore zamieszanie. W dodatku niewolników zawsze nadzoruje wojsko, a to przyciąga lokalną społeczność. Taka liczba ludzi nie mogłaby pozostać niezauważona. Na pewno by się o tym mówiło w okolicznych karczmach. Po trzecie, rozmiary mebli i beczek z zapasami sugerowały, że musiały być wniesione inną drogą niż przez właz. Nie zmieściłyby się przez ciasny otwór w sali tronowej, a nawet jeśli, to kilkumetrowe zejście skutecznie uniemożliwiłoby opuszczenie ciężkich przedmiotów. Chyba że za pomocą dźwigów i podnośników, które również zostałyby zauważone. Wszystko to dałoby się jeszcze jakoś wytłumaczyć. Ukryte tajne plany, praca w nocy w bardzo małym gronie, budowa i składanie mebli w tunelach. Mało prawdopodobne, ale możliwe. Jednak to ostatni element dał do myślenia Wąskiemu najmocniej. Świeże, soczyste jabłko z gatunku wczesnowiosennych. Musiało być zerwane najpóźniej wczoraj. Nikogo innego w tunelach nie było albo przynajmniej nikogo nie spotkali. Panowała tam taka cisza, że kroki kogoś obcego usłyszeliby z bardzo daleka. Ich ucieczka też nie była planowana, więc przygotowanie zapasów na czarną godzinę wydawało się mało prawdopodobne. Wniosek nasuwał się sam.

– Którędy wyszłaś? – spytał.

– Do końca tego korytarza, potem dwa razy w lewo, raz w prawo i prosto do końca w dół – odparła spokojnie kobieta i wróciła do przeszukiwania szuflad. – Niecałe dwie minuty drogi, ale nie radziłabym ci teraz wychodzić.

– Dlaczego? – nie wiedział, czy bardziej dziwi go fakt, że są tak blisko wyjścia, czy sposób, w jaki kobieta mu odpowiedziała. Zrobiła to bez żadnego zastanowienia, zupełnie jakby spytał, jaka jest dziś pogoda.

– Pada deszcz – znów odczytała jego myśli. – Zamoczysz się i przeziębisz.

Jej bezinteresowna troskliwość była ujmująca, ale ze względu na obecną sytuację, nie mógł sobie pozwolić na usłuchanie jej. Do tego aż zżerała go ciekawość. Wstał i podszedł do drzwi.

– Muszę za potrzebą – oznajmił.

– Rozumiem – dała za wygraną. – Pamiętaj tylko, że ostrzegałam.

Wąski skinął głową, dając do zrozumienia, że traktuje jej słowa poważnie. Wziął palącą się świecę i wyszedł. Korytarzem do końca, dwa razy w lewo. Potem raz w prawo i prosto w dół. Przypominając sobie ostatnią wskazówkę, nie zorientował się, że ma przed sobą sporych rozmiarów dziurę. W nikłym świetle świecy była niemal niedostrzegalna. Szczególnie dla kogoś, kto nie patrzy pod nogi. Człowiek, który traci podłoże pod nogami, przed upadkiem robi wyjątkowo głupią minę. Taką, jaką teraz zrobił Wąski. Na jego szczęście było ciemno i nikt nie mógł tego zauważyć. Nie mógł też usłyszeć głośnego plusku, jaki wydaje człowiek wpadający z kilku metrów do wody na brzuch.

Wąski wrócił do podziemnej izby zły, zmarznięty i mokry. Brudne, przegniłe liście i kawałki patyków oblepiły go całego i bez pomocy drugiej osoby nie sposób było się ich pozbyć. Na jego szczęście staruszka zawczasu przygotowała koce. Zupełnie jakby wiedziała, w jakim stanie wróci.

– Siadaj. – Wskazała okryte krzesło. – Ściągaj te mokre rzeczy i wskakuj się rozgrzać. Mówiłam ci, że tak to się skończy.

– Dlaczego mnie nie ostrzegłaś? – wymamrotał przez szczękające zęby.

– Kochanie, mówiłam ci.

– Korytarzem do końca, dwa razy w lewo, raz w prawo i prosto…

– W dół – dokończyła za niego, wzruszając ramionami.

– Nie mogłaś mnie ostrzec, że o taki dół chodziło? – z trudem powstrzymywał się przed wybuchem wściekłości. W opanowaniu pomagały ciepłe koce, spod których musiałby się wychylić.

– Maurycy, jeśli znasz jakieś bardziej dosadne określenie słowa „dół”, to ja z chęcią się go nauczę. Ja innego nie znam – powiedziała z matczyną troską w głosie i podała mu kubek.

– Masz rację – przyznał zrezygnowany. – Znów to twoje cudowne lekarstwo?

– Nie. Czysty bimber.

Wypił z chęcią. Alkohol momentalnie zaczął krążyć w organizmie, grzejąc przyjemnie. Drgawki mijały. Wąski wyciągnął rękę i poprosił o dolewkę. Kobieta spełniła jego życzenie. Podała mu naczynie i usiadła obok niego, trzymając w ręku drugi kubek.

– Według receptury dziadka. – Skinęła na alkohol i wypiła całą zawartość na raz. Odstawiła kubek na stół z takim hukiem, jaki robi się to w karczmie po dłuższej biesiadzie, a potem bekła zdrowo. – Smakuje?

– Tak – odparł Maurycy, ale zaraz wrócił do wcześniejszego wątku. – Spadłem z kilku metrów do jeziora.

– Jak pada, to tak się tu dzieje. – Staruszka ponownie napełniła kubki. – Górskie strumienie i potoki szybko nabierają wody i wlewają się do jeziora. Siedząc na skałach, można zaobserwować, jak woda podnosi się w kilka minut. Piękny widok.

– Jak przyniosłaś te jabłka?

– Rano nie padało. Wtedy na dole jest taka dróżka, która prowadzi do dzikiego sadu nieopodal.

– Chcesz powiedzieć, że jeśli by nie padało, to spadłbym na twardy grunt? Przecież bym się zabił!

– Powiedziałam ci od razu, że pada, prawda?

Zamilkł. Jej bezpośredniość była momentami rozbrajająca. Wytrącała wszystkie argumenty niczym wprawny szermierz parujący się z początkującym uczniem.

– Więc kim ty jesteś? – zapytała. Jej ton znów stał się obojętny. Zdążył już zauważyć, że zmienia się, kiedy kobieta zaczyna tracić pamięć.

– Maurycy Cholewka, proszę pani.

Wąski wiedział, że musi być cierpliwy. Kiedy wcześniej szli w tunelu, zapytała go o to kilkakrotnie. Za którymś razem nie wytrzymał i wybuchł wściekły. W efekcie staruszka spłoszyła się i zaczęła uciekać. Kiedy usiłował ją gonić, wymachiwała mu pochodnią przed oczami. Tylko cudem uniknął poparzeń i tylko cudem przekonał ją, aby się uspokoiła. – Możesz też mówić do mnie „Wąski”. Uciekliśmy razem z pałacu królewskiego podziemnymi tunelami. Były zamieszki, a potem zaatakowano pałac.

– Przecież pamiętam, Maurycy – zbeształa go. Znów odzyskała pamięć. Miała chwilowe zamroczenie. – Nie rób ze mnie wariatki.

Nie muszę – dodał w myślach.

Staruszka wstała i zabrała się za ponowne przeszukiwanie szuflad. Zignorował ją. Po wypiciu drugiego kubka w końcu zrobiło mu się ciepło. Mógł się chwilę odprężyć i zastanowić. Ostatnie dni były bardziej niż szalone. Najpierw problem z jego służbą i dowódcą. W sumie to strażnicy zostawili go na środku pałacu, więc nie można mówić o ucieczce. Aresztanta nie doprowadzono do celi, prawdopodobnie nie wypełniono też papierów z aresztowania i osadzenia. Sprawa prosta, chociaż pewnie czeka go spora kara, jak wróci do oddziału. Właśnie, jeśli wróci. Wprawdzie sytuacja jest nietypowa, obecnie zaś pomaga cywilowi, więc można uznać, że jest na służbie. Jednak nie może tak trwać w nieskończoność. Musi wrócić, żeby nie być posądzonym o dezercję. Tylko gdzie ma wracać. Punkt zbiórki został wyznaczony i każdy żołnierz musi go znać. Tak się jakoś złożyło, że Wąski go nie znał. Wracać do pałacu? Nie miało to sensu. Po pierwsze, nie znał drogi, po drugie, nie wiedział, co się działo po zamieszkach i ataku. Czy jeszcze było do czego wracać? Przecież wyglądało to na przewrót polityczny. Jeśli się powiódł, to powrót do pałacu oznaczałby wejście do jaskini smoka. Dać się pożreć – to nie było w stylu Wąskiego. On zawsze cechował się wysoko rozwiniętym instynktem samozachowawczym. Trzeba było wymyślić coś innego.

– Jak długo chcesz tu zostać? – spytał staruszki. Ta pochłonięta swoim zajęciem nie usłyszała go. – Babciu! Jak długo chcesz tu zostać?

– Nie krzycz – zrugała go – przecież słyszę. Sądzę, że około tygodnia. Potem pójdziemy, bo skończą się zapasy, a i woda powinna już opaść.

– Jak chcesz zejść, jak woda opadnie?

– Nie widziałeś drabiny i dźwigu z koszem?

– Spadałem do wody. Nie miałem czasu na obserwację terenu czy podziwianie widoków.

– No tak. – Kobieta uśmiechnęła się. – Jak woda opadnie, opuścisz mnie w koszu, a sam zejdziesz po szczeblach przytwierdzonych do skały. Proste.

– Bardzo. Czyli chcesz powiedzieć, że spędzimy tu tydzień?

– Nie dłużej. – Staruszka wskazała na stojące pod ścianą beczki. – Na dłużej nie starczy nam zapasów.

– Przecież tu są potężne beczki z jedzeniem. Możemy siedzieć znacznie dłużej. Przeczekać, aż sprawa całkiem ucichnie.

– Patrzyłeś na te beczki?

– Nie. Dlaczego?

– To się przyjrzyj – powiedziała i wróciła do przeszukiwań.

Wąski wstał. Rozgrzał się już i koc nie był potrzebny. Podszedł pod ścianę z zapasami i zrozumiał.

– Wino, rum, wódka – zaczął odczytywać etykiety. – Wino, wino, wódka… Cholera. To nie jest pokój z zapasami na czarną godzinę, ale składzik przemytniczy.

– Zgadza się – dobiegł go głos z komody. Staruszka wsadziła do niej głowę i przeszukiwała dno. – To, co mamy do jedzenia, stoi na ostatniej beczce.

Mężczyzna podszedł i złapał się za głowę.

– Pięć porcji solonego mięsa? – Wąski czuł, że robi mu się słabo – Tylko tyle? I ma nam to starczyć na tydzień?

– Tak.

– To prawie jakbyśmy nic nie jedli.

– Tak.

– Mamy spore kłopoty.

– Tak.

– Możesz przestać w kółko powtarzać „tak”?

– Tak – odpowiedziała machinalnie, nie przerywając poszukiwań, a po chwili dodała uradowana: – Tak! Jest! Znalazłam.

Podszedł do niej zaintrygowany. To, czego szukała, musiało być naprawdę ważne, skoro straciła kilka godzin na poszukiwania. Pokazała mu dłoń, w której trzymała mały klucz. Domyślił się, że dzięki niemu otworzą zamknięte kufry. Przynajmniej tak zakładał.

Zaniepokoiło go, że kobieta wiedziała tak dużo. Znała drogę do tego miejsca. Czuła się tu jak w domu. Gospodarzyła, jakby była u siebie. Wiedziała, że jest tu schowany klucz. Czy była tą, za którą się podaje? Zwykłą służącą z pałacu? Wydawało się to coraz mniej prawdopodobne. Należało być ostrożnym.

– Otworzysz? – Wąski wskazał na kufry.

– A po co? – spytała szczerze zdziwiona.

– Nie pasuje do zamka w skrzyni?

– Pasuje.

– To dlaczego nie otworzysz?

– Teraz nie ma takiej potrzeby. Ważne, że się znalazł. Całe te poszukiwania bardzo mnie zmęczyły. Chyba robi się późno. Położę się.

Staruszka schowała klucz do sakiewki, którą miała przymocowaną przy pasku, i położyła się. Nie minęła chwila, jak zasnęła głębokim snem. Z braku innych zajęć, jak i kogoś do pogawędki, Wąski postanowił zrobić to samo. Jemu zaśnięcie nie przyszło tak łatwo. Za dużo myśli krążyło mu po głowie. Kobieta robiła się coraz dziwniejsza. Najpierw te tunele, potem kryjówka, na końcu poszukiwania. Przecież każdy normalny człowiek, jak już znalazłby klucz, którego szuka, poszedłby otworzyć to, do czego ten klucz pasuje. Chyba że kobieta wie, co znajduje się w środku. Wszystko zaczynało układać się w logiczną całość. Ostateczna odpowiedź znajduje się w tych kufrach. Wąski poczuł nieodparte pragnienie poznania prawdy. Jedno z tych, które nie dadzą spokoju, dopóki się go nie zaspokoi. Wstał.

Światło kilku świec delikatnie rysowało kontury śpiącej kobiety. Nie było ono potrzebne, bo staruszka chrapała tak głośno, że odnalazłby ją w zupełnych ciemnościach. Wąski wstrzymał oddech i zabrał się do rozplątywania przyczepionej sakiewki. Jego zwinne dłonie szybko poradziły sobie z rzemykami. Ręka sięgnęła do wnętrza.

– Maurycy, co ty robisz? – odezwała się staruszka.

Przerażony Wąski odskoczył do tyłu. Spojrzał na kobietę. Ta nadal miała zamknięte oczy. Wyglądała, jakby spała.

– Nic – powiedział cicho. – Przyszedłem cię przykryć.

Złapał leżący na krześle koc i nałożył na nią. Kobieta owinęła się szczelnie. Nadal nie otwierała oczu.

– Dziękuję – powiedziała i odwróciła się na bok. – Dobry z ciebie chłopak, Maurycy.

Zrezygnowany Wąski wrócił na łóżko. Serce biło mu jak szalone. Teraz na pewno nie zmruży oka.

*

– Jak myślisz, co było przyczyną ataku na pałac? – zapytała staruszka.

Odkąd się obudzili, niemal nie odzywali się do siebie. Ona powiedziała, że czuje się słabo, i została w łóżku. On przyjął to z ulgą. Nie wiedział, czy pamiętała, jak usiłował ją okraść, i nie był pewien, czy z nią o tym rozmawiać. Udał więc, że nic się nie stało. Powiedział, że wszystkim się zajmie, choć nie było zupełnie nic do roboty.

Poszedł sprawdzić poziom wody w jeziorze. Tym razem ostrożnie. Zbliżył się do krawędzi i przyjrzał się mechanizmowi do opuszczania kosza oraz szczeblom wbitym w skałę. Wszystko wyglądało dość solidnie. Kiedy wrócił, oznajmił, że przejście nadal jest zablokowane i muszą czekać. Przyjęła to ze spokojem. Podziękowała za informację i więcej tego dnia nie rozmawiali. Dziś natomiast obudziła się w zupełnie innym nastroju. Jakby rzeczywiście czuła się lepiej. Miała więcej wigoru i chęci na pogaduszki. Po długim milczeniu Wąski przyznał, że cieszy go wizja wspólnej rozmowy, niezależnie od tego, kim ta kobieta była.

– Nie wiem – odpowiedział. – Mogę się tylko domyślać.

– Więc czego się domyślasz?

– To nawet nie domysły, co kojarzenie faktów. – Wąski podrapał się po czubku głowy. Zawsze tak robił, kiedy potrzebował chwili na zastanowienie. – Najpierw w mieście wybuchają zamieszki. Miasto należy do jednych z największych w tej części świata. Stolica Pergamii to setki ulic, uliczek i zaułków. Dziesiątki placów defiladowych, handlowych. Kamienice, domy i magazyny. Budynki użytku publicznego. Tysiące mieszkańców, przyjezdni kupcy i żakowie stołecznej uczelni. Bunty wybuchają tu, wydaje mi się, dosyć często. Nie jest to nic nowego.

– Jednak nigdy tak blisko pałacu – spostrzegła.

– Otóż to – zgodził się z nią. – Każdy, choćby najbardziej niezadowolony, mieszkaniec stolicy zdaje sobie sprawę z powagi władzy pałacowej.

– Naprawdę? – spytała z dziwnym przekąsem w głowie.

– Tak, naprawdę – przyznał spokojnie, zupełnie ignorując jej ton. – Sam kilkakrotnie byłem przydzielany do tłumienia zamieszek. To, co zaobserwowałem wtedy, to pewnego rodzaju szacunek ludzi dla pałacu i królowej. Można by powiedzieć, że mamy w mieście głęboko zakorzenione poczucie respektu dla władz. Kilkakrotnie spotkałem się opinią zagranicznych kupców, że jest to sytuacja dość niespotykana w innych rejonach kontynentu. Może poza Dakm, ale to zupełnie inna historia. Podczas zamieszek okolice pałacu zawsze były bezpieczne. Blokowaliśmy place handlowe, zakłady produkcyjne i manufaktury, ale pałacu nie. Tłumaczono nam, że to jest kierunek, który nigdy nie zostanie zaatakowany, nawet przez najbardziej wściekły tłum, i mieli rację.

– Aż do zeszłego tygodnia.

– Stąd mój wniosek, że to musiało być zaplanowane.

– Zaplanowane zamieszki? Czy to jest w ogóle możliwe?

– Jak pędzenie bydła. – Wąski uśmiechnął się. – Tylko zwierzęta inne. Jesteśmy świadkami przemiany, która naszym dziadkom nawet się nie śniła. Lud ośmielił się uderzyć na pałac. Zrobiono to od zewnątrz i od wewnątrz. To, co działo się w środku, na pewno nie było efektem zamieszek z miasta. Ludzie walczący w pałacu byli znakomicie przygotowani. Wiedzieli, dokąd się udać i gdzie uderzyć. Znali plany pałacu i mieli ściśle określone rozkazy. Tłum w szale tak nie działa. To tylko dywersja. Prawdziwy cios miał uderzyć w środku, w królową.

– O matko! – Staruszka aż się podniosła na równe nogi. – Jesteś pewien, że to o to chodziło?

– Tak. Ktoś to wszystko zaplanował. To musiało trwać miesiącami, jak nie latami. Zmienić zachowania w społeczeństwie nie jest tak prosto. Wymaga todelikatnego, subtelnego i długotrwałego podżegania. Ktoś znakomicie odnalazł słabe punkty i drobne niezadowolenia. Karmił je i podsycał, aż udało mu się zniechęcić lud do władzy. Przekupieni piewcy i mówcy musieli dość długo przekazywać swoje, nazwijmy to wartości, tak by stały się one głosem ludu. Tym samym upodobniliśmy się do reszty państw i królestw. Historycy postawią nas na równi z Halibią, Ertanią czy barbarzyńskim Kyrym. Kilka dni temu skończyła się pewna epoka. Zamknęliśmy nasz złoty wiek.

– Dlaczego ktoś miałby to zrobić?

Słowa Wąskiego mocno przestraszyły kobietę. Mężczyzna przyjął jej reakcję pozytywnie. Mogła ona świadczyć, że jest nieprzekupną lojalistką. Z drugiej zaś strony, może umiejętnie grać. Jej rola w całym tym bałaganie wydała mu się istotna, ale nadal nie potrafił jej odgadnąć. Postanowił dyskretnie wybadać sprawę.

– Chęć władzy jest i zawsze była. Nawet jeśli lud jest oddany, to są jeszcze możni, którzy z chęcią zmieniliby rządzącego. W każdym zakątku świata istnieje opozycja. Ja nie mówię o ciągłym zgadzaniu się z władzą. Ślepym zaufaniem, którym naród obdarzyłby panujących. Niezadowolenie i chęć zrobienia czegoś inaczej są zawsze. To, co nas odróżniało, to wzajemny szacunek. Zawsze odbierałem to w ten sposób. Rozgrywki pałacowe prowadzone na wyższym, niespotykanym nigdzie indziej poziomie. W sposób bardzo elegancki. Bez zbytecznych intryg, kłamstw i plucia jadem. Tylko czyste zagrania.

– Aż do ostatniego tygodnia.

– Aż do ostatniego tygodnia – przytaknął. – Pozostaje mieć tylko nadzieję, że zamachowcom nie udało się zrealizować swojego celu.

– Czyli jakiego? – spytała kobieta.

Po tym pytaniu zapadła cisza. W słabym świetle świec Wąski usiłował dostrzec spojrzenie swojego rozmówcy. Niejednokrotnie grywał w karty z prawdziwymi mistrzami oszustwa i krętactwa. Często przegrywał, ale z każdej porażki czerpał wyjątkową naukę. Lekcję czytania przeciwnika. Z czasem stał się odporny na tanie chwyty, blef i kłamstwo. Potrafił wyczytywać intencje innych tylko po krótkim spojrzeniu. Delikatne ruchy twarzy, mimikę i tiki wyłapywał po mistrzowsku. Ludzie byli dla niego jak otwarte księgi.

Teraz też patrzył na staruszkę i zastanawiał się przez chwilę. Czy to wina słabego światła, ogólnego zmęczenia, czy może ostatnie wydarzenia wpłynęły na niego mocniej, niż przypuszczał? Tego nie wiedział, ale twarz kobiety pozostawała dla niego tajemnicą. Zupełnie jakby nosiła maskę. Jej niewinny wyraz twarzy nie mógł być naturalny. Każdy ma coś do ukrycia. Każdy, bez wyjątku. Kiedy dzieci wchodzą w okres dorastania, zmieniają też wyraz twarzy. Tracą wtedy swoje niewinne, dziecięce spojrzenie i zaczynają obkładać się różnymi intrygami, kłamstewkami czy gierkami. Uczą się dorosłości z każdym najmniejszym detalem. Oblicze staruszki wyglądało na nieskażone tym procesem. Dziecinne oczy były naturalnie szczere, a wyraz twarzy niewinny, czasem wręcz nieświadomy otaczającego świata.

– Zamachu na królową – podjął po chwili. Nadal ją badał. – Już o tym wspomniałem. Mam nadzieję, że im się nie udało i królowa zdołała zbiec.

– Też mam taką nadzieję – odparła kobieta. Zaplotła bezwiednie ręce i oparła je na brzuchu. – Przecież to jest taka miła i dobra osoba. Miłym i dobrym osobom nie wolno robić krzywdy.

– Nie wolno – przyznał Wąski szczerze.

Reakcja staruszki była dla niego definitywnym potwierdzeniem szczerości jej intencji. Kobieta ma naturalną odporność na zło i krzywdę ludzką. Jej bezgraniczna dobroć i ufność w drugiego człowieka to cechy, które w zupełności przekreślają możliwość podjęcia takich zawodów, jak przemytnik czy złodziej, o co ją podejrzewał. Dobroć tego typu charakteryzuje ludzi oddanych innym. Takich, którzy mają serca czyste jak łza. Wąski nie spotkał na świecie nikogo, kto potrafiłby tak bardzo udawać te uczucia. One płyną prosto z wnętrza i są prawdziwe. Ucieszył się na tę myśl. Dziś będzie mógł się nareszcie spokojnie wyspać.

Nie wyspał się. Zjedli na kolację ostatnią porcję mięsa. Podzielili na dwa kawałek tak mały, że ledwo starczyłoby na posiłek dla jednej osoby. Jednak nie przez głód nie mógł spać. Wprawdzie żołądek kilka godzin później zaczął swoją serenadę o chwytliwym tytule: „Daj mi żreć, ty niepoprawny masochisto”, ale zbudziło go nagłe szarpanie. Pospiesznie otworzył oczy. Stojąca nad nim staruszka trącała go nerwowo.

– Maurycy, pora wstawać. – Zdjęła z niego koc, co przyjął z wielką dezaprobatą. Jęknął głośno. – Nie pora na wygłupy, młodzieńcze. Musimy się zbierać.

Kobieta, mówiąc to, wyjęła z sakiewki klucz i machnęła mu przed oczami. Wąski w mig złowił ten gest. Nie musiał się domyślać, że przyszła pora na otworzenie kufrów. Zerwał się na równe nogi. Ruszyli w stronę skrzyń. On z trudem trzymając nerwy na wodzy. Ona zupełnie odwrotnie. W pełni opanowana i spokojna. Kiedy Wąski stał już przy skrzyniach, staruszka była dopiero w połowie drogi.

– Spokojnie, Maurycy, spokojnie. – Jego ekscytacja wyraźnie ją rozbawiła. – Jeszcze się napatrzysz.

– Tyle razy prosiłem, żebyś nie mówiła do mnie Maury…

Urwał. Kobieta podeszła do pierwszego z kufrów i ostrożnie wsunęła klucz. Zamek zgrzytnął cicho i zluzował się bez większego oporu. Kłódka opadła na ziemię, wieko powędrowało do góry, Wąski prawie zemdlał.

Złote pateny, figurki i łańcuszki. Kolie wysadzane kamieniami szlachetnymi, odbijające światło świec tysiącem błysków, zupełnie jak gwiazdy na niebie. Mały kosmos schowany w skrzyni ze skarbami. Srebrne, zdobione puchary i sztućce. Pierścienie z rubinami dużymi jak paznokcie. Bransolety wielkie jak przeguby zbroi rycerskiej. Luźno leżące monety. Kilka zdobionych sztyletów, prawdopodobnie tępych i nieprzydatnych w walce, ale za to dumnie prezentujących się przy boku bogato urodzonego magnata. Ozdobne broszki o rozmiarach pustynnych skarabeuszy. Sztuczne motyle odwzorowane tak dokładnie, że odróżnienie ich od żywych było niemal niemożliwe. Za zgromadzoną tu zawartość można by kupić kilkadziesiąt wsi, a pewnie i tak jeszcze sporo by zostało.

Wąski stał z opuszczoną szczęką. Stróżka śliny ciekła mu po brodzie, ale on tego nie zauważał. Nie mógł uwierzyć, że to, na co patrzy, jest prawdziwe. Skarby, bogactwa i klejnoty w takiej ilości widywał tylko w snach i to tych rzadkich. Za jedną taką bransoletę mógłby spokojnie ułożyć sobie życie w zacisznej prowincji Ertanii. Wystarczyłoby na willę, stajnię z sześcioma końmi, kilka powozów, solidną piwniczkę po brzegi wypełnioną beczkami z winem, uczty co najmniej raz w tygodniu, służbę i drobny garnizon do ochrony dobytku. Widok skarbów zaowocował potężnym przypływem wizji urzeczywistnienia marzeń.

Wąski stał jak zaczarowany i zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Nie zauważył, jak kobieta sprawnie otworzyła kolejne skrzynie, z których dosłownie wypadły drogie szaty. Jedwabne suknie i szarfy. Buty ze skóry wyprawianej u najznakomitszych mistrzów królestwa. Pasy ozdobne i kożuchy z futra panter śnieżnych. Wszystko to było jak ze snu. Wąski złapał się za głowę. Najpierw cudowne ocalenie, potem te dziwne korytarze, a teraz te wszystkie kosztowności. Czyżby śnił?

– Nie gap się, tylko zabieraj do roboty. – Staruszka uszczypnęła go lekko w ramię. Podziałało. – Trzeba zabrać trochę na drogę.

– Jak to zabrać na drogę? – Wąski rozmasował bolące miejsce. – To znaczy, co zabrać? Ile? Możemy to ruszać?

– Oczywiście, głuptasie. – Staruszka zaśmiała się, jak zwykle uroczo i rozbrajająco. – To jest moje.

Tego było już za wiele. Wąski opadł na ziemię. Klapnął z taką siłą, że aż zatrzeszczały deski. Krzesła podskoczyły lekko, a jedna ze świec prawie się przewróciła.

– Jak to twoje? – wymamrotał.

– Moje, moje. – Kobieta przebierała w ubraniach. – Pakuj monety, kilka kamieni i biżuterię. Tego, czego nie zmieścisz do sakwy, nie bierz. Nie możemy mieć przy sobie za dużo, bo to byłoby zbyt podejrzane. Potrzebujemy tylko tyle, żeby mieć komfortową podróż.

– Podróż dokąd? – Jego mózg najwyraźniej przegrzał się i potrzebował chwili na powrót do normalnej pracy. Przez ten czas postanowił zmusić usta do wyrzucania prostych, acz zupełnie nielogicznych pytań. Prawdopodobnie chodziło o to, aby zwiększyć wentylację organizmu. Otwarte usta znacznie przyspieszają proces. – Jak? Do kogo? Po co?

– Po prostu pakuj, kochanie. – Kobieta podeszła do niego i przyłożyła mu rękę do czoła. – Przegrzałeś się. To minie.

Minęło. Gdy tylko poczuł w dłoniach zimny chłód metalu, od razu zrobiło mu się lepiej. Złoto i klejnoty są najlepszym sposobem na uspokojenie zszarganych nerwów. Bezpośredni kontakt kosztowności z dłońmi lub innymi częściami ciała znacząco poprawia dobry nastrój i wpływa na podniesienie pewności siebie. Wąski zabrał się do pracy. Przebierał w skrzyni, szukając tego, o co go prosiła kobieta. Gdyby był obyty z takim widokiem, prawdopodobnie czynność zajęłaby mu o wiele mniej czasu. On jednak każdą z rzeczy musiał dokładnie obejrzeć. Obracał w palcach bransolety, przygryzał monety, a nawet przytulał się do posążków. Wszystko to szybko wprawiło go w doskonały nastrój.

– Możemy ruszać – oznajmiła staruszka, kiedy uznała, że chłopak wyselekcjonował już wystarczającą ilość kosztowności. Pospiesznie zamknęła skrzynie, a potem podeszła do komody i schowała klucz do jednej z szuflad.

Wąski starał się zapamiętać, do której. Jeśli kiedykolwiek zdoła tu wrócić, wiedza ta będzie bardzo przydatna. O ile zdoła tu wrócić.

Weszli do tunelu. Kobieta domknęła drewniane drzwi i ruszyła przed siebie. Wąski stał chwilę przed progiem. Zastanawiał się, jak to jest możliwe, że takie skarby leżą tutaj tak spokojnie. W miejscu, do którego każdy może się dostać. Przynajmniej w teorii. Wiedział, że korytarze są sekretne i mało kto o nich wie, ale zawsze może znaleźć się jakiś zbłąkany wędrowiec. Jak to możliwe, że drzwi do tego miejsca nie są strzeżone? Ba! One nawet nie są zamknięte. Mimo to cały ten skarb leży sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, a jego właścicielka oddala się bez zawahania, niosąc ze sobą tylko drobny ułamek z całości. To było dla niego nie do pojęcia.

Na więcej przemyśleń nie miał czasu. Musiał ruszyć za kobietą, bo niosła pochodnię. Gdyby zniknęła mu z pola widzenia, do wyjścia musiałby iść po omacku. Nie miał ochoty na ponowne wpadnięcie w przepaść. Szczególnie że teraz przejście było suche i czekałoby go bliskie spotkanie z twardą ziemią, a nie lodowatą wodą, tak jak poprzednio.

Do przejścia dotarli w milczeniu. Dopiero gdy poczuli świeże powietrze, zrobiło im się lżej na duszy. Ogień pochodni zatańczył mocniej. Ostrożnie podeszli do krawędzi. Na zewnątrz było ciemno.

– Jesteś pewna, że woda opadła? – zapytał Wąski. – Na dole jest przejście? Bo jeśli nie, to czeka nas zimna kąpiel.

Staruszka nie odpowiedziała. Podała mu pochodnię i schyliła się po kamień. Rzuciła go w dół. Po chwili dobiegło ich ciche stukanie. Plusku nie było.

– Tam jest dźwig. – Wskazała ręką prostą, drewnianą konstrukcję.

Na końcu belki wysięgnikowej przymocowano linami sporych rozmiarów kosz. Mogłyby się w nim zmieścić dwie dorosłe osoby. Liny nawinięto na ogromną szpulę, która na drugim końcu beli robiła też za przeciwwagę. Obok szpuli system przekładni i kół zębatych kończył się korbą. Ta była zablokowana drewnianym klinem.

Kobieta wsiadła do kosza.

– Zluzuj blokadę i opuść mnie na dół. Potem udaj się na stopnie, o tam. Zejdziesz, kiedy będę na dole. Najpierw jednak zgaś pochodnię.

– Mam schodzić po ciemku? – spytał zdziwiony Wąski. – Tak łatwo o skręcony kark.

– Jeszcze łatwiej, jak dostrzeże cię jakiś patrol. Stojąc na stopniach, będziesz łatwym celem. Sam podejmij decyzję. Ja uważam, że prawdopodobieństwo upadku jest mniejsze niż bycia trafionym przez wyborowego łucznika.

Nie mógł się z nią nie zgodzić. W dzień nawet nie prowadziłby tej dyskusji. Teraz, niestety, była noc. Na jego nieszczęście, pochmurna. Wąski niechętnie wykonał polecenie. Z obsługą dźwigu po ciemku poszło mu łatwo. Dokładnie poczuł moment, kiedy kobieta znalazła się na dole. Opór zmalał momentalnie. Odczekał chwilę i wyciągnął kosz do góry. Wolał nie ryzykować zostawienia go. Zablokował mechanizm obrotowy i na czworaka ruszył w stronę drabinki. Gdyby szedł wyprostowany, zajęłoby mu to tyle samo czasu, bo musiałby sprawdzać, czy nie jest za blisko krawędzi. Idąc na kolanach, mógł rękami sprawdzać teren.

– Większe prawdopodobieństwo patrolu z łucznikami. – Prychnął pod nosem, kiedy udało mu się namacać uchwyty od drabinki. Zimna stal wbita w skałę przyklejała mu się do rąk. Powoli zaczął schodzić. – Niby skąd patrole w tej dziczy? Kto by chciał tędy łazić? Głupia baba.

Nie skończył narzekać, kiedy z dołu od strony lasu dobiegły go krzyki. Odgłosy nasilały się z każdą chwilą. Teraz wyraźnie dało się rozpoznać poszczególne głosy nawołujące do natychmiastowego zatrzymania się. Co gorsza, odgłosy te przybierały na sile, co wyraźnie wskazywało, że zbliżają się w stronę Wąskiego. Chłopak zacisnął mocniej ręce na uchwytach i przywarł do ściany skalnej. Gdyby znał jakąś modlitwę, prawdopodobnie zacząłby się modlić. Niestety nie znał i pozostało mu tylko czekanie.

*

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7

Czteroksiąg magiczny. Tom I

ISBN: 978-83-8373-515-3

© Jakub Kaczmarczyk i Wydawnictwo Novae Res 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marta Grochowska

KOREKTA: Magdalena Brzezowska-Borcz

OKŁADKA: Krystian Żelazo

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek