Czarny przypływ - Andrew Gross - ebook

Czarny przypływ ebook

Andrew Gross

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Goleniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 436

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Andrew Gross

CZARNY PRZYPŁYW

Z angielskiego przełożył

RAFAŁ LISOWSKI

Wydawnictwo Albatros

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału:

THE DARK TIDE

 

 

Copyright © Andrew Gross 2008

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2010

Polish translation copyright © Rafał Lisowski 2010

 

 

Redakcja: Jacek Ring

Zdjęcie na okładce: Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

 

 

 

ISBN 978-83-7359-931-4

 

 

 

Dystrybucja

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

t./f. 022-535-0557, 022-721-3011/7007/7009

www.olesiejuk.pl

 

 

 

Sprzedaż wysyłkowa – księgarnie internetowe

www.empik.com

www.merlin.pl

www.ksiazki.wp.pl

www.amazonka.pl

 

 

WYDAWNICTWO ALBATROS

ANDRZEJ KURYŁOWICZ

Wiktorii Wiedeńskiej 7/24, 02-954 Warszawa

 

 

 

2010. Wydanie I

 

Druk: B.M. Abedik S.A., Poznań

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

GODZINA 6.10

Kiedy promienie porannego słońca padały ukośnie przez okno sypialni, Charles Friedman zgubił pałeczkę.

Nie miał tego snu już od lat. Jako tyczkowaty dwunastolatek biegł w trzecim odcinku sztafety podczas zawodów lekkoatletycznych na letnim obozie. Pojedynek między Szarymi a Niebieskimi pozostawał wyrównany. Niebo lśniło błękitem, a tłum falował – ostrzyżone na jeża głowy, rumiane twarze, których Charles miał już nigdy więcej nie zobaczyć. Jego kolega z drużyny, Kyle Bregman, pokonywał poprzedni odcinek. Zbliżał się, wciąż nieznacznie prowadził. Wydymał policzki, dając z siebie wszystko.

Wyciągnąć rękę...

Charles spiął się, gotów wystartować, gdy tylko pałeczka dotknie jego dłoni. Czuł, jak w oczekiwaniu drżą mu palce.

Jest! Już! Wystartował.

Nagle rozległ się przygniatający jęk widzów.

Charles zatrzymał się i z przerażeniem spojrzał w dół. Pałeczka leżała na ziemi. Zespół Szarych poprawnie wykonał zmianę. Ich zawodnik minął go w pełnym biegu, by odnieść niespodziewane zwycięstwo. Kibice Szarych skakali z radości. W uszach Charlesa triumfalne okrzyki mieszały się z niezadowolonym buczeniem.

Wtedy się obudził. Tak jak zawsze. Ciężko oddychał, a pościel była mokra od potu. Spojrzał na dłonie – puste. Zaczął oklepywać kołdrę, zupełnie jakby po trzydziestu latach pałeczka wciąż gdzieś tu leżała.

Był jednak tylko Tobey, ich biały west highland terier. Usiadł mu okrakiem na klatce piersiowej i patrzył wyczekująco szeroko otwartymi ślepiami.

Mężczyzna z westchnieniem opuścił głowę na poduszkę.

Spojrzał na zegar: szósta dziesięć. Za dziesięć minut włączy się budzik. Żona Charlesa, Karen, leżała skulona tuż obok. Mało spał. Od trzeciej do czwartej nie mógł zasnąć, więc nie chcąc obudzić Karen, oglądał z wyłączonym dźwiękiem mistrzostwa świata najsilniejszych kobiet na kanale ESPN2. Coś nie dawało mu spokoju.

Może chodziło o znaczną sumę, którą w zeszły czwartek zainwestował w akcje kanadyjskich piasków roponośnych i utrzymał przez weekend – bardzo ryzykowny ruch, biorąc pod uwagę, że cena ropy spadała. A może o to, że zajął pozycję długą na sześciomiesięcznych kontraktach na gaz ziemny i jednocześnie krótką na rocznych. W piątek indeks energetyczny wciąż spadał. Charles bał się wyjść z łóżka, bał się spojrzeć w ekran w obawie przed tym, co tam zobaczy.

A może chodziło o Sashę?

Charles od dziesięciu lat prowadził własny energetyczny fundusz hedgingowy na Manhattanie, lewarowany w stosunku osiem do jednego. Z zewnątrz – ze swymi rudawozłotymi włosami, okularami w rogowych oprawkach i spokojem mola książkowego – wyglądał raczej na planistę albo doradcę podatkowego niż na człowieka, którego żołądek (a teraz również i sny!) dowodził, że żyje w piekle akcji najwyższego ryzyka.

Charles, ubrany w bokserki, podniósł się na łóżku i usiadł, opierając łokcie na kolanach. Tobey zeskoczył na podłogę i zaczął gorączkowo drapać w drzwi.

– Wypuść go.

Karen poruszyła się, obróciła i naciągnęła kołdrę na głowę.

– Jesteś pewna? – Charles spojrzał na Tobeya. Psiak spuścił uszy po sobie, merdał ogonem i niecierpliwie podskakiwał na tylnych łapach, zupełnie jakby mógł obrócić gałkę zębami. – Wiesz, co się stanie.

– Daj spokój, Charlie, dzisiaj twoja kolej. Wypuść biedaka.

– Wyryję ci to na nagrobku...

Charles wstał i otworzył drzwi prowadzące na ćwierćhektarowe, ogrodzone płotem podwórko, o przecznicę od cieśniny w Old Greenwich. Tobey błyskawicznie wypadł na patio. Jego nos już zdążył wychwycić woń królika czy wiewiórki, które jeszcze nie podejrzewały, co je czeka.

Pies natychmiast rozpoczął swój piskliwy skowyt.

Karen przycisnęła poduszkę do głowy i zawarczała:

– Wrrr...

Tak zaczynał się każdy dzień. Charles wlókł się do kuchni, włączał CNN i nastawiał kawę, słuchając psiego szczekania dobiegającego zza okna. Potem szedł do gabinetu, żeby sprawdzić w Internecie europejskie transakcje spot, a następnie wskakiwał pod prysznic.

Tego ranka wieści nie były pocieszające: siedemdziesiąt dwa dolary dziesięć centów. Wciąż spadały. Charles wykonał w myślach szybkie obliczenia. Będzie zmuszony sprzedać następne trzy kontrakty. Kolejne kilka milionów z głowy. Dopiero minęła szósta rano, a on już znalazł się pod wodą.

Na dworze Tobey kontynuował nieustający jazgot.

Charles pod prysznicem obmyślał porządek dnia. Musiał odwrócić pozycje. Wyprzedać te kontrakty na piaski roponośne, a potem czekało go spotkanie z kredytodawcą. Czy nadszedł czas, żeby się przyznać? Miał także przelać pieniądze na konto szkolne swojej córki, Sam. Jesienią pójdzie do ostatniej klasy liceum.

I wtedy do niego dotarło. Cholera!

Dziś rano powinien odstawić samochód do warsztatu.

Mercedes wymagał przeglądu po piętnastu tysiącach mil. W zeszłym tygodniu Karen w końcu wymogła na Charlesie, żeby umówił się z mechanikiem. To oznaczało, że będzie musiał pojechać do pracy pociągiem. Czyli straci trochę czasu. Miał nadzieję już o wpół do ósmej siedzieć za biurkiem i zająć się tymi pozycjami. W tej sytuacji po południu Karen będzie go musiała odebrać z dworca.

Zwykle po ubraniu się Charles już się spieszył. O wpół do siódmej budził żonę, pukał do drzwi Aleksa i Samanthy, aby zbierali się do szkoły, a przy drzwiach przeglądał jeszcze „Wall Street Journal”.

Tego ranka, z uwagi na samochód, miał chwilę, żeby wypić kawę.

Mieszkali w przytulnym, odnowionym domu w stylu kolonialnym na eleganckiej ulicy w miasteczku Old Greenwich, przecznicę od cieśniny. Spłacili go w całości, a był wart chyba więcej, niż ojciec Charlesa, sprzedawca krawatów ze Scranton, zarobił przez całe życie. Co prawda Charles nie mógł się pochwalić takim bogactwem jak niektórzy wysoko postawieni znajomi z superchałupami na North Street, ale dobrze mu się powodziło. Jako absolwent liceum z rocznika liczącego siedmiuset uczniów wywalczył miejsce na Uniwersytecie Pensylwanii. Później wyróżniał się w dziale energetycznym Morgan Stanley, a kiedy założył własną firmę, Harbor Capital, udało mu się zabrać ze sobą kilku prywatnych klientów. Friedmanowie mieli domek narciarski w Vermoncie, opłacili studia dzieci i jeździli na wakacje do egzotycznych krajów.

Więc gdzie, u diabła, popełnił błąd?

Tobey drapał w drzwi balkonowe, usiłując wrócić do domu. No dobrze, już dobrze. Charles westchnął.

W zeszłym tygodniu ich drugą westie, suczkę Sashę, przejechał samochód. Tutaj, na cichej ulicy, wprost przed domem. Znalazł ją właśnie Charles, zakrwawioną, nieruchomą. Wszystkim do dziś było smutno. A potem ten list. Dzień później przyniesiono go do biura w koszu kwiatów. Wciąż się przez niego pocił. No i powróciły sny.

Przykro mi z powodu psiaka, Charles. Czy następne mogą być twoje dzieci?

Do jasnej cholery, jakim cudem to mogło zajść tak daleko?

Wstał i sprawdził godzinę na zegarze kuchenki: szósta czterdzieści pięć. Liczył, że przy odrobinie szczęścia zdążyłby do warsztatu na wpół do ósmej i na pociąg o siódmej pięćdziesiąt jeden, a niecałą godzinę później siedziałby za biurkiem na rogu Czterdziestej Dziewiątej Ulicy i Trzeciej Alei. Tam wymyśli, co robić. Wpuścił psa do domu. Zwierzak natychmiast go minął, ze skowytem popędził do salonu i pognał przez drzwi frontowe, które Charles przez roztargnienie zapomniał zamknąć. Teraz Tobey budził całą okolicę.

Z tym małym skubańcem było więcej roboty niż z dziećmi!

– Karen, wychodzę! – zawołał Charles, łapiąc teczkę i wpychając pod pachę egzemplarz „Wall Street Journal”.

– Buzi, buzi – odpowiedziała owinięta ręcznikiem Karen, która właśnie wyskoczyła spod prysznica.

Dla Charlesa wciąż wyglądała seksownie – z mokrymi włosami barwy karmelu, lekko zmierzwionymi od kąpieli. Nie można było zaprzeczyć, że jest piękna. Dzięki wieloletnim treningom jogi utrzymywała smukłą, kuszącą figurę, zachowała też gładką skórę i wciąż miała te orzechowe oczy, których spojrzenie błyskawicznie zniewalało. Przez chwilę żałował, że w łóżku nie obrócił się do niej, kiedy Tobey prysnął z kołdry, otwierając przed nimi tę niespodziewaną okazję.

Tylko jednak krzyknął coś o samochodzie – że pojedzie do Nowego Jorku koleją dojazdową Metro­-North. I może potem zadzwoni i poprosi, żeby po niego wpadła w drodze do domu, a wtedy odbiorą auto.

– Kocham cię! – Karen przekrzyczała wycie suszarki do włosów.

– Ja ciebie też!

– Po meczu Aleksa pójdziemy coś zjeść...

Cholera, rzeczywiście, Alex miał mecz lacrosse, pierwszy w tym sezonie. Charles wrócił do kuchni i zostawił na blacie kartkę do syna.

Do naszego napastnika nr 1! Daj im popalić, mistrzu! POWODZENIA!!!

Podpisał się inicjałami, po czym przekreślił je i napisał: „Tata”. Przez sekundę przyglądał się kartce. Musiał z tym skończyć. Nie wiedział, o co chodzi, ale nigdy nie pozwoli, żeby coś im się stało.

Następnie ruszył do garażu. Przez dźwięk automatycznych wrót oraz szczekanie Tobeya przebił się głos żony, któremu wtórowało wycie suszarki:

– Charlie, wpuść tego cholernego psa!

ROZDZIAŁ DRUGI

O ósmej trzydzieści Karen była już na zajęciach jogi.

Do tego czasu zdążyła wygonić Aleksa i Samanthę z łóżek, postawić na stole pudełka z tostami i płatkami, żeby mieli co zjeść na śniadanie, znaleźć bluzkę, która zdaniem Samanthy „totalnie zginęła, mamo” (była w szufladzie komody córki), a także rozstrzygnąć dwie kłótnie o to, kto kogo dziś zawozi oraz kto bardziej napaskudził w umywalce, z której oboje korzystali.

Poza tym nakarmiła psa i sprawdziła, czy strój Aleksa do lacrosse jest wyprasowany. Kiedy sprzeczka o to, kto kogo ostatni dotknął – polegająca na klepaniu się nawzajem po plecach i wykręcaniu sobie palców – zaczęła się przeradzać w bójkę z wyzwiskami, wypchnęła dzieci za drzwi i pokierowała do acury Samanthy, obdarzając każde buziakiem i machając na pożegnanie. Odebrała wiadomość od komitetu ochrony drzew na temat wiązu przeznaczonego do ścięcia oraz wysłała dwa e­-maile do członków rady szkoły na temat zbliżającej się akcji zbierania funduszy.

Początek... Karen westchnęła, skinięciem głowy witając kilka znajomych osób, po czym prędko dołączyła do reszty ludzi ćwiczących powitanie słońca w studiu Sportsplex w Stamford.

Popołudnie będzie parszywe.

Karen miała czterdzieści dwa lata i była ładna. Wiedziała, że wygląda co najmniej o pięć lat młodziej. Ze względu na bystre, brązowe oczy i ślady piegów, które wciąż zdobiły jej policzki, ludzie często porównywali ją do Seli Ward o jaśniejszych włosach. Gęste, jasnobrązowe włosy spięła z tyłu głowy i gdy zobaczyła się w lustrze, uznała, że nie ma powodu wstydzić się swego wyglądu w treningowych trykotach, szczególnie jako matka, która w dawnym życiu była jedną z najskuteczniejszych osób zbierających fundusze dla baletu nowojorskiego.

Tak właśnie poznała się z Charliem. Na kolacji na cześć darczyńców. Oczywiście on tam tylko reprezentował firmę, sam nie potrafił odróżnić przysiadu od obrotu. Zresztą do dziś nie potrafi – zawsze mu dokuczała. Był jednak nieśmiały i nieco autoironiczny, a w tych swoich szelkach i okularach w rogowej oprawce, z rudoblond czupryną, wyglądał raczej jak wykładowca nauk politycznych niż młody wilczek w dziale energetycznym Morgan Stanley. Charliemu najwyraźniej podobało się, że ona nie była stąd – w jej głosie jeszcze pobrzmiewał delikatny południowy zaśpiew. Zawsze z zachwytem nazywał go aksamitną rękawiczką na jej żelaznej pięści, ponieważ w życiu nie spotkał nikogo – i to naprawdę nikogo – kto potrafił załatwiać sprawy równie skutecznie jak ona.

Cóż, dziś po zaśpiewie nie pozostał ślad, podobnie jak po idealnej smukłości bioder. Nie wspominając o poczuciu, że ma jakąkolwiek kontrolę nad własnym życiem.

Tę straciła po narodzinach dzieci.

Karen skoncentrowała się na oddechu, pochylając się w przód i przyjmując pozycję pałki. Sprawiało jej to trudność, więc skupiła się na wyciągnięciu ramion i wyprostowaniu kręgosłupa.

– Proste plecy – odezwała się monotonnym głosem Cheryl, instruktorka. – Donna, ramiona przy uszach. Karen, postawa. Wykorzystaj kość udową.

– Kość udowa to mi zaraz odpadnie – jęknęła Karen, chwiejąc się.

Kilka osób wybuchło śmiechem. Karen wyprostowała się i odzyskała właściwą pozę.

– Pięknie. – Cheryl klasnęła w dłonie. – Dobra robota.

Karen wychowała się w Atlancie. Jej ojciec był właścicielem małej sieci sklepów z farbami i artykułami renowacyjnymi. Studiowała sztukę na Uniwersytecie Emory’ego. Gdy miała dwadzieścia trzy lata, wraz z przyjaciółką pojechały do Nowego Jorku. Tam znalazła swoją pierwszą pracę w dziale reklamy domu aukcyjnego Sotheby’s i od tej pory wszystko poszło jak po maśle. Po ślubie z Charliem nie było łatwo. Rezygnacja z kariery, przeprowadzka tu, na prowincję, założenie rodziny. W tamtych czasach Charlie wciąż pracował albo wyjeżdżał, a nawet gdy był w domu, odnosiło się wrażenie, że telefon ma na stałe przyklejony do ucha.

Na początku sytuacja wyglądała dość niepewnie. Charlie wykonał kilka błędnych posunięć, gdy założył i prawie splajtował. Na szczęście do akcji wkroczył jego mentor z Morgan Stanley i poratował go finansowo. Od tamtej pory układało się całkiem dobrze. Nie prowadzili co prawda wystawnego życia – tak jak niektórzy znajomi, którzy mieszkali na kompletnym odludziu w zamkach w stylu normandzkim, mieli domy w Palm Beach, a ich dzieci nigdy nie latały komercyjnymi liniami. Ale kto by tego chciał? Friedmanowie mieli domek w Vermoncie oraz lekką łódź w jachtklubie w Greenwich. Karen wciąż chodziła do spożywczego i zbierała psie kupy z podjazdu. Zabiegała o prezenty na aukcje na rzecz centrum dla młodzieży i dbała o domowe rachunki. Rumieniec na policzkach świadczył o tym, że jest szczęśliwa. Kochała swą rodzinę bardziej niż cokolwiek na świecie.

A jednak – westchnęła, przechodząc w pozycję krzesła – czuła się jak w raju ze świadomością, że co najmniej przez godzinę dzieci, pies i sterta rachunków na biurku są o milion kilometrów stąd.

Uwagę Karen przyciągnął widok za szklaną przegrodą. Wokół biurka w recepcji zbierali się ludzie, wpatrzeni w podwieszony pod sufitem telewizor.

– Pomyślcie o pięknym miejscu... – poinstruowała Cheryl. – Zróbcie wdech. Niech wasz oddech was tam zabierze...

Karen podryfowała ku miejscu, na którym zawsze się koncentrowała. Do odległej zatoczki niedaleko Tortoli, na Karaibach. Ona, Charlie i dzieciaki natrafili na nią, żeglując w pobliżu. Weszli po kolana do turkusowej wody i spędzili tam całkiem sami cały dzień. To był świat bez telefonów komórkowych i kanału Comedy Central. Karen nigdy nie widziała męża bardziej odprężonego. Później ciągle powtarzał, że kiedy dzieci dorosną i opuszczą dom, a on nad wszystkim zapanuje, pojadą tam. Jasne. Karen zawsze uśmiechała się w duchu. Charlie obracał się w swoim świecie. Kochał arbitraż, uwielbiał to ryzyko. Zatoczka mogła poczekać, nawet całe życie, jeśli to konieczne. Karen była szczęśliwa. Dostrzegła swoją twarz w lustrze. Uśmiechnęła się do własnego odbicia.

Nagle zorientowała się, że tłum przy recepcji wciąż rośnie. Kilka osób zeszło z bieżni, koncentrując się na podwieszonych ekranach. Podeszli nawet trenerzy i również oglądali przekaz.

Coś się stało!

Cheryl klaskaniem próbowała przywołać grupę do porządku. – Ludzie, skupcie się!

Jednak bez skutku.

Uczestnicy zajęć jeden po drugim przerywali ćwiczenia i patrzyli w telewizor.

Przybiegła pracownica klubu, otwierając drzwi na oścież.

– Coś się stało! – powiedziała z twarzą bladą z niepokoju. – Pożar w Nowym Jorku na stacji Grand Central! Wybuchła jakaś bomba.

ROZDZIAŁ TRZECI

Karen wybiegła przez szklane drzwi i wcisnęła się przed telewizor.

Wszyscy tak zrobili.

Reporter nadawał z ulicy na Manhattanie, sprzed stacji kolejowej. Pewnym głosem potwierdzał, że w środku doszło do jakiejś eksplozji.

– Możliwe, że do kilku...

Na ekranie pojawiły się zdjęcia lotnicze z helikoptera. Z wnętrza wzbijał się w niebo kłąb czarnego dymu.

– O Jezu – wymamrotała Karen, z przerażeniem oglądając tę scenę. – Boże, co się stało...?

– Coś na torach – powiedziała stojąca tuż obok kobieta w trykocie. – Myślą, że wybuchła jakaś bomba, może w którymś z pociągów.

– Mój syn dziś rano jechał pociągiem – wysapała inna, zakrywając usta dłonią.

Kolejna, z ręcznikiem na szyi, z trudem powstrzymywała łzy.

– Mój mąż też.

Nim Karen zdążyła w ogóle pomyśleć, napłynęły kolejne raporty. Na torach doszło do eksplozji – kilku eksplozji – w chwili gdy pociąg kolei dojazdowej Metro­-North wjeżdżał na stację. Reporter donosił, że teraz szaleje tam pożar. Dym wydostawał się na ulicę. W środku wciąż pozostawały uwięzione dziesiątki osób. Może setki.

– Kto to zrobił? – mruczeli ludzie dokoła.

– Podobno terroryści. – Jeden z trenerów pokręcił głową. – Nie wiedzą...

Wszyscy już raz przeżyli podobny koszmarny moment. Karen i Charlie znali ludzi, którzy jedenastego września nie wydostali się z wieżowców. W pierwszej chwili Karen patrzyła na to z pełnym współczuciem kogoś, kto z boku obserwuje rozgrywającą się tragedię. Chodziło o bezimiennych ludzi bez twarzy, których zapewne widziała setki razy – siedzieli naprzeciw niej w pociągu, czytali w gazecie wiadomości sportowe, biegli ulicą do taksówki. W klubie wszyscy stali ze wzrokiem wbitym w ekran. Wielu chwyciło się za ręce.

Wtedy dotarło do Karen.

Nie błyskawicznie – pierwsze nadeszło uczucie pustki w piersi. Nasilało się, a towarzyszył mu nadciągający lęk.

Rano Charlie coś do niej krzyknął – o tym, że pojedzie pociągiem. Przekrzykiwał wycie suszarki.

Że musi odstawić samochód na przegląd i chce, żeby po południu odebrała go z dworca.

O Boże...

Poczuła ucisk w klatce piersiowej. Wzrok pomknął w stronę zegara. Gorączkowo starała się zrekonstruować jakąś chronologię. O której wyszedł Charlie, która teraz była...? Karen zaczynała się bać. Jej serce waliło jak metronom ustawiony na szybkie tempo.

Podano nowe wiadomości. Karen się spięła.

– Wygląda na to, że chodzi o bombę – oznajmił reporter. – Znajdowała się w pociągu Metro­-North, który wjeżdżał na stację Grand Central. Właśnie potwierdzono, że był to pociąg ze Stamford.

W klubie rozległ się stłumiony okrzyk wielu gardeł.

Większość trenujących pochodziła właśnie z tych okolic. Każdy znał osoby – krewnych, znajomych – regularnie jeżdżące tą linią. Pobladłe twarze, na których malował się szok. Ludzie odwracali się do siebie, nie wiedząc nawet, obok kogo stoją, wzajemnie szukając pocieszenia w swoich spojrzeniach.

– To straszne, prawda? – Kobieta obok Karen kręciła głową.

Karen ledwie potrafiła odpowiedzieć. Nagle przeszedł ją dreszcz.

Pociąg ze Stamford jechał przez Greenwich.

Potrafiła tylko podnieść wzrok na zegar: ósma pięćdziesiąt cztery. Tak mocno ściskało ją w klatce piersiowej, że prawie się dusiła.

Kobieta patrzyła na nią.

– Skarbie, wszystko w porządku?

– Nie wiem... – Oczy Karen były pełne przerażenia. – W tym pociągu mógł być mój mąż.

ROZDZIAŁ CZWARTY

GODZINA 8.45

Ty Hauck był w drodze do pracy.

Zredukował prędkość do ośmiu kilometrów i skierował swój siedmiometrowy rybacki skif Merrily do portu w Greenwich.

Od czasu do czasu, kiedy pogoda była ładna, Hauck udawał się do pracy łodzią. Tego właśnie rześkiego, jasnego kwietniowego ranka spojrzał z pokładu i w myślach oznajmił: Czas letni uznaję za rozpoczęty! Dwudziestopięciominutowy rejs cieśniną Long Island z okolic Cove Island w Stamford, gdzie mieszkał, na pewno nie trwał dłużej niż powolna, mozolna podróż w porannym ruchu na autostradzie 1-95. A rześki wiatr we włosach budził go dużo szybciej niż jakakolwiek latte grande ze Starbucksa. Mężczyzna włączył przenośny odtwarzacz CD. Fleetwood Mac. Popłynęły słowa starego przeboju:

Rhiannon rings like a bell through the night? And wouldn’t you love to love her.

To dlatego przeprowadził się tutaj cztery lata temu. Po wypadku, po rozpadzie małżeństwa. Niektórzy mówili, że to ucieczka. Że się ukrywa. I może faktycznie tak było, ale tylko w pewnym sensie. No i co z tego, do cholery?

W Greenwich kierował policyjnym wydziałem do spraw przestępstw z użyciem przemocy. Ludzie na nim polegali. Czy to jest ucieczka? Czasem przed pracą wypływał na godzinkę, żeby cieszyć się spokojem różowego wschodu słońca i łowić tasergale i skalniki prążkowane. A to?

Tutaj się wychował. W zamieszkiwanym przez klasę średnią Byram, niedaleko Port Chester przy granicy ze stanem Nowy Jork, zaledwie kilka kilometrów, a zarazem całe życie od ogromnych posiadłości wyrosłych przy drogach na prowincję, od bram, przez które przejeżdżał, żeby sprawdzić jakiegoś bogatego dzieciaka, który dachował swoim hummerem za sześćdziesiąt tysięcy dolarów.

Teraz wszystko się zmieniło. Prowincjonalne rodziny, w młodości Haucka zamieszkujące te okolice od pokoleń, ustąpiły miejsca trzydziestoparolatkom, którzy zbili fortunę na funduszach hedgingowych. Wyburzali stare domy i zamiast nich stawiali gigantyczne zamki za żelaznymi bramami, z prywatnymi kinami oraz basenami wielkości jezior. Zjeżdżali się tu wszyscy zamożni. Obecnie rosyjscy magnaci – kto wie, skąd oni brali te fortuny? – wykupywali tereny jeździeckie w Conyers Farm i budowali lądowiska dla helikopterów.

Miliarderzy rujnują milionerów. Hauck pokręcił głową.

Dwadzieścia lat temu grał jako running back w drużynie futbolowej liceum Greenwich High. Potem, w Colby College, grał w trzeciej dywizji. Nie była to, co prawda, uniwersytecka Wielka Dziesiątka, ale dzięki dobremu dyplomowi szybko trafił do programu szkoleniowego dla detektywów nowojorskiej policji, co dla jego ojca, przez całe życie pracownika urzędu wodnego miasta Greenwich, było wielkim powodem do dumy. Hauck rozwiązał kilka głośnych spraw i awansował. Później pracował w policyjnym biurze informacji i wtedy runęły wieże World Trade Center.

A teraz wrócił.

Wpływał do portu przy wtórze pykającego silnika, zostawiając po lewej ręce wypielęgnowane trawniki Belle Haven. Po drodze minęło go kilka małych łodzi, które opuszczały przystań.

Ich właściciele robili to samo co on – podróżowali do pracy na Long Island, po drugiej stronie cieśniny, pół godziny stąd.

Hauck pomachał.

Podobało mu się tu teraz, chociaż po drodze wiele bolesnych wydarzeń odcisnęło na nim silne piętno.

Odkąd rozstał się z Beth, czuł się samotny. Próbował spotykać się z kobietami: z niebrzydką sekretarką prezesa General Reinsurance, z babką od marketingu, która przez jakiś czas pracowała w Altrii. Nawet z paroma babkami z policji. Ale nie znalazł nikogo, z kim znów mógłby dzielić życie. A Beth owszem.

Co jakiś czas widywał się z paroma starymi kumplami z miasta. Kilku dorobiło się na budowie domów, ktoś inny został jedynie hydraulikiem, pośrednikiem kredytów hipotecznych albo prowadził firmę projektującą tereny zielone. „Leg” – tak go wciąż nazywali. Skrót od „Legenda”. Weterani, którzy pamiętali, jak przebił się przez dwóch obrońców i wpadł do strefy końcowej w meczu przeciwko Stamford West, kiedy zdobywali koronę mistrzów hrabstwa Lower Fairfield, wciąż uważali, że to najlepsze spotkanie, jakie tu widzieli od czasów Steve’a Younga, i stawiali Hauckowi piwo.

Przede wszystkim jednak czuł się po prostu wolny. Nie dotarła tu za nim przeszłość. Starał się każdego dnia zrobić coś dobrego, dawać ludziom trochę luzu. Być fair. No i miał Jessicę, która skończyła już dziesięć lat. Odwiedzała go w weekendy, wędkowali, kopali piłkę na plaży Tod’s Point i robili tam sobie obiady na świeżym powietrzu. W niedzielne popołudnia swoim ośmioletnim fordem bronco odwoził ją tam, gdzie teraz mieszkała, na Brooklyn. Zimą w piątkowe wieczory grywał w hokeja w lokalnej lidze czterdziestolatków.

Ogólnie każdego dnia próbował odrobinę cofnąć czas, żeby w końcu wrócić do okresu, zanim wszystko runęło. Do chwili przed wypadkiem. Zanim rozsypało się małżeństwo. Zanim się poddał.

Po co tam wracać, Ty?

Choćby nie wiadomo jak człowiek się starał, nigdy nie da się całkiem wrócić. Życie na to nie pozwala.

Hauck dostrzegł marinę w jachtklubie Indian Harbor, gdzie kierownik nabrzeża, Hank Gordon, stary kumpel, zawsze pozwalał mu cumować w ciągu dnia. Podniósł radio.

– Gordo, wpływam...

Jednak kierownik mariny czekał na niego na pomoście.

– Co ty tu, do cholery, robisz, Ty?

– Czas letni, chłopie! – odkrzyknął Hauck.

Wrzucił wsteczny bieg i tyłem podprowadził Merrily do nabrzeża. Gordo rzucił mu cumę i przyciągnął łódź. Hauck zgasił silnik. Gdy uderzyła o boję, wyszedł na rufę i przeskoczył na pomost.

– Na wodzie jest dziś jak we śnie.

– Jak w złym śnie – rzekł Hank. – Ja się już zajmę resztą. Ty lepiej rusz tyłek na ten pagórek.

W twarzy kierownika nabrzeża było coś, czego Hauck nie potrafił odczytać. Zerknął na zegarek: ósma pięćdziesiąt dwie. Zwykle wraz z Gordo chrzanili przez parę minut o Rangersach albo o tym, co poprzedniej nocy trafiło do policyjnego rejestru.

W tym momencie komórka Haucka zaczęła pikać. Biuro. Dwa trzy siedem.

Dwa trzy siedem to kod na wypadek sytuacji wyjątkowych.

– Miałeś wyłączone radio, prawda? – spytał Gordo, zawiązując linę.

Hauck tępo kiwnął głową.

– Więc nie słyszałeś, co tam się stało, prawda, poruczniku?

ROZDZIAŁ PIĄTY

Na początku Karen nie spanikowała. To nie w jej stylu. Powtarzała sobie w kółko, że ma zachować spokój. Charlie mógł być wszędzie. Wszędzie!

Nawet nie wiesz, czy na pewno jechał tym pociągiem, myślała.

Tak jak wtedy, gdy Samantha miała cztery, może pięć lat. Już sądzili, że zginęła im podczas zakupów w domu towarowym Bloomingdale’s. Po gorączkowych, dramatycznych poszukiwaniach, odtworzeniu całej drogi po sklepie, wezwaniu kierownika i powolnym pogodzeniu się z faktem, że faktycznie stało się coś strasznego – że to nie był fałszywy alarm! – ujrzeli, jak mała Sammy macha do tatusia i mamusi, siedząc na stercie orientalnych dywanów i przeglądając ulubioną książkę, tak niewinna, jakby grała w szkolnym przedstawieniu.

Karen uspokajała się, że i teraz może tak być. Zachowaj spokój. Do jasnej cholery, Karen, po prostu zachowaj spokój!

Wbiegła z powrotem do studia jogi, złapała torebkę i zaczęła w niej grzebać w poszukiwaniu telefonu. Z łomotem serca wcisnęła przycisk szybkiego wybierania odpowiadający numerowi Charliego. No dalej, dalej... Palce ledwie jej słuchały.

Czekając na połączenie, usiłowała przypomnieć sobie poranny plan dnia męża. Wyszedł z domu około siódmej. Karen kończyła wtedy suszyć włosy. Dojazd do miasta zająłby mu dziesięć minut, następne dziesięć w warsztacie na zostawienie samochodu i omówienie koniecznych zabiegów. To by była która, siódma dwadzieścia? Na stację dotarłby mniej więcej w kolejne dziesięć minut. W wiadomościach mówili, że wybuch nastąpił o ósmej czterdzieści jeden. Mógł zdążyć na wcześniejszy pociąg. Na sekundę Karen trochę się uspokoiła. Wszystko było możliwe... Charlie to najbardziej zaradny człowiek, jakiego znała.

Wreszcie zabrzmiał sygnał. Spostrzegła, że trzęsą jej się ręce. No dalej, Charlie, odbierz...

Ku jej rozpaczy włączyła się poczta głosowa:

– Mówi Charlie Friedman...

– Charlie, to ja – prawie krzyknęła Karen. – Bardzo się o ciebie martwię. Wiem, że jechałeś pociągiem. Musisz do mnie zadzwonić, jak tylko odsłuchasz wiadomość. Charlie, skarbie, nieważne, co teraz robisz, po prostu zadzwoń...

Zakończyła rozmowę z poczuciem kompletnej bezradności.

Wtedy się zorientowała: miała wiadomość w poczcie głosowej! Krew uderzyła jej do głowy. Gorączkowo otworzyła „nieodebrane połączenia”.

To numer Charliego! Dzięki Bogu! Z radości serce niemal podskoczyło jej do gardła.

Karen z niepokojem wprowadziła kod i przyłożyła telefon do ucha. Usłyszała znajomy głos, był spokojny.

– Posłuchaj, skarbie. Pomyślałem, że skoro będę na Grand Central, to w drodze powrotnej wskoczę do Ottomanelli’s po te marynowane steki, które tak lubisz, i zamiast iść do knajpy, zrobimy grilla... Co ty na to? Daj znać. Będę w biurze o dziewiątej. Mam trochę opóźnienia. Młyn w serwisie. Pa.

Karen spojrzała na ekran telefonu: ósma trzydzieści cztery. Kiedy zadzwonił, wjeżdżał na Grand Central. Był jeszcze w pociągu. Znów zaczynała się pocić. Jeszcze raz spojrzała w stronę recepcji na telewizor i chmurę dymu gęstniejącą nad dworcem, na chaos i zamieszanie.

Nagle w głębi duszy już wiedziała. Nie mogła dłużej zaprzeczać.

Jej mąż był w tym pociągu.

Dłużej nie potrafiła nad sobą zapanować. Wybrała numer do jego biura. Szybciej, szybciej, powtarzała przez kilka koszmarnie długich sekund przed nawiązaniem połączenia. W końcu odebrała Heather, asystentka Charliego.

– Słucham, biuro Charlesa Friedmana.

– Heather, tu mówi Karen. – Usiłowała nad sobą zapanować. – Jest szansa, że mój mąż już przyszedł?

– Jeszcze nie, proszę pani. Wcześniej wysłał mi e­-maila ze swojego blackberry. Miał zabrać samochód do warsztatu czy coś takiego. Na pewno wkrótce się ze mną skontaktuje.

– Wiem, że zabrał samochód do warsztatu! Dlatego się martwię. Widziałaś wiadomości? Mówił, że pojedzie pociągiem.

– O mój Boże! – wy sapała asystentka, do której wreszcie to dotarło.

Oczywiście, że widziała wiadomości. Wszyscy widzieli. Oglądało je teraz całe biuro.

– Spróbuję się do niego dodzwonić. W okolicach dworca na pewno jest zamęt. Może już tu jedzie, a telefony nie działają. A może pojechał późniejszym pociągiem...

– Heather, on do mnie dzwonił! O ósmej trzydzieści cztery. Mówił, że zaraz wjeżdża na Grand Central. – Jej głos drżał. – O ósmej trzydzieści cztery! Jechał tym pociągiem. Inaczej już by zadzwonił. On chyba naprawdę tam był...

Heather błagała ją, żeby zachowała spokój. Obiecała, że wyśle do Charlesa e­-mail, mówiła, że na pewno wkrótce się odezwie. Karen przytakiwała, ale gdy się rozłączyła, nie mogła opanować łomotu serca i dudnienia krwi. Nie miała pojęcia, co teraz robić. Przycisnęła telefon do serca, po czym jeszcze raz wybrała numer męża.

Proszę, Charlie... Proszę...

Reporter stojący przed Grand Central potwierdzał, że wybuchła co najmniej jedna bomba. Z dworca chwiejnym krokiem wyszło kilku ludzi, którzy przeżyli atak. Stali na ulicy, oszołomieni, z twarzami umazanymi krwią i czarnymi od sadzy. Mamrotali coś o torze sto dziewiątym i o tym, że nastąpiły co najmniej dwa silne wybuchy, na dole szalał ogień, a wiele osób wciąż było uwięzionych. Że coś eksplodowało w pierwszych dwóch wagonach.

Karen zamarła. Wtedy wreszcie po jej policzkach pociekły łzy.

Właśnie tam zawsze jeździł Charlie. To taki jego rytuał. Zawsze siadał w pierwszym wagonie!

Charlie, proszę, myślała błagalnie, wpatrzona w telewizor w recepcji. Stamtąd wychodzą ludzie. Patrz, robią z nimi wywiady.

Jeszcze raz wybrała jego numer. Ogarnęła ją panika.

– Kurwa, Charlie, odbierz ten telefon!

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Karen pomyślała o Samancie i Aleksie. Zrozumiała, że musi wracać do domu.

Co ona im powie? Charlie zawsze jeździł samochodem. Miał własne miejsce w biurowym garażu. Parkował tam od lat.

Że też właśnie dzisiaj musiał zabrać samochód do tego cholernego warsztatu!

Wcisnęła bluzę do torby i minąwszy ladę recepcji, wybiegła przez szklane drzwi wyjściowe. Popędziła do swojego lexusa z napędem hybrydowym, którego dostała od Charliego zaledwie przed miesiącem. Deska rozdzielcza wciąż pachniała nowością. Karen wyłączyła centralny zamek pilotem przy kluczykach, po czym wskoczyła do środka.

Do domu miała tylko dziesięć minut drogi. Wyjeżdżając z parkingu, włączyła automatyczne wybieranie numeru w bluetoothowym telefonie. Charlie, błagam, odbierz, do jasnej cholery!

Coraz bardziej traciła nadzieję.

– Tu poczta głosowa Charliego Friedmana...

Odsuwała od siebie najgorsze obawy, a łzy ciekły jej po policzkach. To nie może być prawda!

Ostro skręciła w prawo, wyjechała z parkingu Sportspleksu na Prospect Street, minęła światła i przyspieszyła, wjeżdżając na 1-95. Na drodze utworzył się korek, ruch do centrum Greenwich był spowolniony.

Spływały przeróżne, sprzeczne informacje. W radiu mówili, że doszło do kilku wybuchów, a na torach szalał pożar trudny do opanowania. Że intensywny żar oraz trujące opary uniemożliwiały strażakom zbliżenie się do miejsca katastrofy. Że było wiele ofiar.

To wszystko śmiertelnie przeraziło Karen.

On mógł być tam uwięziony. Gdziekolwiek. Niewykluczone, że był poparzony lub ranny i nie mógł się wydostać. Albo wieźli go do szpitala. Istniała setka pieprzonych scenariuszy, z których każdy mógł się w tej chwili rozgrywać. Karen znów wcisnęła klawisz szybkiego wybierania.

– Charlie, do cholery, gdzie ty jesteś? Proszę cię...

Znów pomyślała o Aleksie i Samancie. Nie mogli niczego podejrzewać. Nawet gdyby dotarły do nich wieści, to nie skojarzyliby faktów. Charlie zawsze jeździł autem.

Karen opuściła autostradę na zjeździe numer pięć do Old Greenwich i wjechała na Post Road. Nagle zapikał telefon w samochodzie. Dzięki Bogu! Serce niemal wyskoczyło jej z piersi.

Ale to tylko Paula, jej najlepsza przyjaciółka, która mieszkała nieopodal w Riverside, zaledwie kilka minut drogi stąd.

– Słyszałaś, co się stało?

W tle hałasował telewizor.

– Oczywiście, że słyszałam. Ja...

– Podobno jechał z Greenwich. Może nawet był w nim ktoś, kogo...

– Paula. – Karen przerwała przyjaciółce. Z trudem cedziła słowa. – Tym pociągiem chyba jechał Charlie.

– Co?!

Karen opowiedziała o samochodzie i o tym, że nie może się dodzwonić do męża. Oznajmiła, że jedzie do domu i nie chce zajmować linii, na wypadek gdyby zadzwonił Charles albo ktoś z biura.

– Oczywiście, skarbie, rozumiem. Kar, nic mu nie będzie. Charlie zawsze daje sobie radę. Wiesz o tym, prawda, Kar?

– Wiem – odrzekła Karen, świadoma, że okłamuje samą siebie. – Wiem.

Jechała przez miasto, a serce biło jej jak szalone. Skręciła w Shore Road niedaleko cieśniny. Potem w Sea Wall. Pół przecznicy dalej szarpnęła lexusem w bok i wjechała na podjazd. Na trzecim stanowisku garażu stał stary ford mustang Charliego, tak jak go rano zostawiła. Karen przebiegła przez garaż i wpadła do kuchni. Na moment nabrała nadziei, widząc miganie lampki na automatycznej sekretarce. Błagam, modliła się w myślach, wciskając przycisk odtwarzania. Niepokój przyspieszał jej puls.

– Dzień dobry, pani Friedman – w głośniku rozległ się głuchy głos.

To Mal, hydraulik. Zaczął gadać o bojlerze, który chciała naprawić, o jakimś zasranym zaworze, którego za cholerę nie mógł znaleźć. Łzy ciekły Karen po twarzy, nogi się pod nią uginały. Oparła się o ścianę i bezsilnie osunęła na ziemię. Nadbiegł Tobey i zaczął się łasić, machając ogonem. Otarła łzy dłońmi.

– Nie teraz, malutki. Proszę, nie teraz...

Na kuchennym blacie namacała pilota. Włączyła telewizor. Sytuacja się pogorszyła. Na ekranie był Matt Lauer, do którego teraz dołączył Brian Williams. Mówili o dziesiątkach ofiar na torach oraz o rozprzestrzeniającym się, nieopanowanym pożarze. Podobno zawaliła się dolna część budynku. Podczas gdy jakiś ekspert opowiadał o terroryzmie i al Kaidzie, na drugiej części ekranu pokazywano ciemną chmurę, która snuła się po niebie nad Manhattanem.

Karen wiedziała, że gdyby Charliemu nic się nie stało, już by do nich zadzwonił – przynajmniej do Heather w biurze.

Może nawet wcześniej niż do niej. To właśnie najbardziej ją przerażało. Zamknęła oczy.

Charlie, tylko bądź cały, gdziekolwiek jesteś. Tylko bądź cały.

Na dworze trzasnęły drzwi samochodu. Karen usłyszała dzwonek. Ktoś krzyknął jej imię i wbiegł do domu.

To Paula. Zauważyła Karen skuloną na ziemi w pozie, w jakiej jeszcze nigdy jej nie widziała. Usiadła na ziemi tuż obok i po prostu się objęły. Na ich policzkach błyszczały łzy.

– Wszystko będzie dobrze, skarbie. – Paula pogładziła Karen po głowie. – Wiem, że będzie. Tam są setki ludzi. Może telefony nie działają. Może Charlie potrzebował pomocy medycznej. To twardziel. Jeśli ktokolwiek stamtąd wyjdzie, to właśnie on. Zobaczysz, kochanie. Wszystko będzie dobrze.

A Karen wciąż tylko kiwała głową i powtarzała: „Wiem, wiem”, rękawem ocierając łzy.

Dzwoniły raz za razem. Co jeszcze mogły zrobić? Na komórkę Charliego. Do biura. Trzydzieści, może czterdzieści razy.

W pewnym momencie Karen nawet się uśmiechnęła.

– Wiesz, jak Charlie się wścieka, kiedy mu zawracam głowę w pracy?

O dziewiątej czterdzieści pięć przeniosły się na kanapę w pokoju dziennym. Właśnie wtedy usłyszały auto podjeżdżające pod dom i kolejne trzaskanie drzwi. Alex i Samantha wpadli przez wejście kuchenne z okrzykiem:

– Lekcje odwołane!

Wetknęli głowy do pokoju telewizyjnego.

– Słyszałaś, co się stało? – spytał Alex.

Karen ledwie mogła odpowiedzieć. Widok dzieci wzmógł w niej paniczny strach. Kazała im usiąść. Widziały, że twarz ma ściągniętą i zmartwioną. Było na niej wypisane, że stało się coś strasznego.

Samantha usiadła naprzeciw Karen.

– Mamo, o co chodzi?

– Rano tata zabrał samochód do warsztatu – powiedziała. – Na przegląd.

– No i?

Karen przełknęła ślinę, czując, że zaraz się rozpłacze.

– Potem – zawiesiła głos – chyba pojechał pociągiem.

Oczy dzieci zrobiły się okrągłe. Popatrzyły na ekran panoramicznego telewizora.

– On tam jest? – zapytał syn. – Na Grand Central?

– Nie wiem, skarbie. Nie możemy się z nim skontaktować. Właśnie to mnie martwi. O ósmej trzydzieści cztery dzwonił i mówił, że jedzie pociągiem. To się wydarzyło o ósmej czterdzieści jeden. Nie wiem...

Karen tak bardzo starała się zachować pozory siły i optymizmu, nie chciała, żeby dzieci wpadły w panikę. Niezachwianie wierzyła, iż lada chwila Charlie zadzwoni, powie, że wyszedł, że nic mu nie jest. Dlatego nawet nie poczuła, że łzy strumieniem ciekną po jej policzkach i kapią na kolana. Nie zwróciła także uwagi na to, że Samantha przygląda się jej z otwartymi ustami, sama bliska płaczu. Natomiast Alex – biedny Alex­-macho, blady jak ściana – nie odwracał wzroku od przerażającej smugi dymu, wzbijającej się w niebo nad Manhattanem.

Przez jakiś czas nikt się nie odzywał. Po prostu patrzyli, każde z nich pogrążone we własnym świecie, zawieszone pomiędzy niedowierzaniem i nadzieją. Sam luźno objęła brata za szyję i niepewnie oparła brodę na jego ramieniu. Alex, po raz pierwszy od lat trzymając dłoń Karen, obserwował ekran telewizora, czekając, aż pojawi się twarz ojca. Paula, z łokciami opartymi o kolana, była gotowa wyciągnąć dłoń i zawołać: „Patrzcie, tam jest!”, i z radością skoczyć na równe nogi. Niezachwianie wierzyła, że telefon zadzwoni, musi zadzwonić.

– Tata wyjdzie z tego cały, prawda, mamo? – spytał Alex.

– Oczywiście, skarbie. – Karen ścisnęła jego dłoń. –

Znasz ojca. Jeśli ktokolwiek się uratuje, to właśnie on. Wyjdzie z tego.

Właśnie wtedy usłyszeli łoskot. Obraz zatrząsł się od kolejnej, stłumionej eksplozji. Gapie zaczęli krzyczeć na widok gęstej, czarnej chmury świeżego dymu, która buchnęła z dworca.

– O Boże... – zawyła Samantha.

Karen ścisnęło w żołądku. Okryła dłonią pięść Aleksa i ścisnęła mocno.

– Och, Charlie, Charlie, Charlie...

– Wtórne eksplozje... – mamrotał komendant policji, który wyszedł ze stacji, kręcąc głową z rezygnacją. – Tam jest bardzo dużo ciał. Nasi ludzie nie mogą się nawet zbliżyć.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

OKOŁO POŁUDNIA

Kiedy przyszło wezwanie, Hauck właśnie rozmawiał przez telefon z biurem zarządzania kryzysowego nowojorskiej policji.

Możliwe 634. Potrącenie pieszego i ucieczka z miejsca wypadku. Róg West Street i Post Road.

Od rana uważnie monitorował chaos w mieście. Cały dzień telefonowali wystraszeni ludzie, którzy nie mogli nawiązać kontaktu z bliskimi. Nie wiedzieli co robić, więc dzwonili na policję. Kiedy zaatakowano World Trade Center, Hauck pracował w policyjnym biurze informacji. Przez wiele tygodni po zamachu jego robota polegała na wyjaśnianiu losów osób zaginionych – poprzez poszukiwania w szpitalach, w ruinach, w sieci służb ratunkowych. Hauck wciąż miał tam znajomych. Przyglądał się liście nazwisk ludzi z Greenwich, które spisał do tej pory: Pomeroy. Bashtar. Grace. O’Connor.

Poprzednim razem spośród setek zaginionych odnaleźli tylko dwie osoby.

– Ty, możliwe sześćset trzydzieści cztery! – krzyknęła do słuchawki sierżant dyżurna.

Potrącenie pieszego i ucieczka z miejsca wypadku. Na Post Road, niedaleko West Street, w pobliżu barów fast food i salonów samochodowych.

– Nie mogę – odpowiedział Hauck. – Wyślij tam Munoza. Ja jestem zajęty.

– Munoz już jest na miejscu, poruczniku. To zabójstwo. Wygląda na to, że czeka tam na ciebie ciało.

W zaledwie kilka minut Hauck wyjechał swoją grand coroną z parkingu, popędził na sygnale Mason Street aż na szczyt przy Greenwich Office Park, następnie zjechał Post Road do West Street i dotarł naprzeciwko salonu Acury.

Jako naczelnik wydziału do spraw przestępstw z użyciem przemocy musiał odpowiedzieć na to wezwanie. Jego ludzie zwykle uspokajali bójki w liceum, od czasu do czasu reagowali na doniesienia o włamaniach czy sprzeczkach małżeńskich. Trupy trafiały się w Greenwich rzadko.

Dużo częstsze były oszustwa giełdowe.

Na dolnym końcu alei cztery niebiesko­-białe radiowozy miejscowej policji z migającymi światłami zablokowały arterię handlową. Cały ruch skierowano na jeden pas. Hauck zwolnił i kiwnął głową na powitanie paru znajomym funkcjonariuszom. Kiedy wysiadł, podszedł do niego Freddy Munoz, jeden z jego detektywów.

– Freddy, chyba sobie żarty robisz. – Hauck z niedowierzaniem pokręcił głową. – Akurat dzisiaj...

Policjant z ponurą miną skinął w stronę niewielkiego wzgórka pośrodku West Street, ulicy przecinającej Post Road i prowadzącej do Railroad Avenue oraz 1-95.

– Czy to wygląda na żarty, poruczniku?

Radiowozy zaparkowano w taki sposób, że tworzyły swego rodzaju kordon ochronny wokół ciała. Zdążyła także przyjechać karetka, ale technik stał i czekał na przybycie regionalnego zespołu medycznego z Farmington. Hauck przyklęknął i odsłonił folię.

Chryste! Wydął policzki i westchnął przeciągle.

To był jeszcze dzieciak – miał dwadzieścia dwa, może dwadzieścia trzy lata. Biały, ubrany w brązowy uniform roboczy, długie, rude włosy splecione w warkoczyki ciasno przy skórze jak u rastafarianina. Leżał wygięty, biodra lekko skręcone i uniesione nad chodnikiem, plecy płasko na ziemi, twarz skierowana w górę. Oczy miał szeroko otwarte, moment zderzenia zastygł w jego źrenicach. Z kącika ust na chodnik spływała strużka krwi.

– Kto to?

– Abel John Raymond. Jego szef w tamtym zakładzie tuningu aut powiedział, że mówili na niego AJ. To tam pracował.

Nieopodal stał młody umundurowany funkcjonariusz z notatnikiem w dłoni. Na tabliczce z nazwiskiem napisane było: „Stasio”. Hauck założył, że to on pierwszy przybył na miejsce wypadku.

– Właśnie skończył zmianę – dodał Munoz. – Mówił, że idzie kupić fajki i gdzieś zadzwonić. – Wskazał na drugą stronę ulicy. – Najwyraźniej kierował się do tamtej knajpy.

Hauck spojrzał na znajomy lokal Fairfield Diner, w którym czasami bywali policjanci. Sam parę razy tam jadał.

– Co wiemy o samochodzie?

Munoz przywołał posterunkowego Stasio, który wyglądał, jakby miesiąc temu zakończył szkolenie. Funkcjonariusz nieco nerwowo odczytał z kołonotatnika:

– Panie poruczniku, wygląda na to, że samochód, który potrącił ofiarę, to biały SUV. Jechał Post Road w kierunku północnym i ostro skręcił w West Street... Uderzył w ofiarę, kiedy przechodziła przez ulicę. Mamy dwóch świadków, którzy wszystko widzieli.

Stasio wskazał na dwóch mężczyzn. Jeden z nich, krępy, z wąsem, ubrany w sportową kurtkę, siedział na przednim siedzeniu otwartego radiowozu i gładził się po włosach. Drugi, w niebieskiej kurtce z wełnianym kołnierzem, rozmawiał z innym policjantem, ponuro kręcąc głową.

– Jednego znaleźliśmy na parkingu Arby’s. Okazuje się, że to były gliniarz. Drugi wyszedł z banku po przeciwnej stronie ulicy.

Młody nieźle się spisał.

– Dobra robota, Stasio.

– Dziękuję, panie poruczniku.

Hauck podniósł się powoli, strzeliły mu kolana. Pamiątka z czasów gry w futbol.

Odwrócił się, by spojrzeć na szary, wyjeżdżony asfalt na West Street – dwa pasy gumy ciągnęły się jeszcze sześć metrów od miejsca, gdzie leżały okulary i telefon komórkowy ofiary. Ślady poślizgu. Biegły daleko za miejsce zderzenia. Hauck westchnął z przykrością i aż go skręciło w trzewiach.

Sukinsyn nawet nie próbował się zatrzymać.

Policjant spojrzał na posterunkowego Stasio.

– Wszystko w porządku, synu?

Młody funkcjonariusz miał wypisane na twarzy, że to jego pierwszy trup.

Kiwnął głową.

– Tak jest.

– Nigdy nie jest łatwo. – Hauck poklepał posterunkowego po ramieniu. – Żadnemu z nas.

– Dziękuję, panie poruczniku.

Hauck wziął Munoza na stronę. Pokierował wzrokiem detektywa na południe wzdłuż Post Road, zgodnie z trasą, którą pokonał samochód. Następnie wskazał ślady opon na chodniku.

– Widzisz to, co ja?

Detektyw kiwnął głową z ponurą miną.

– Gnój w ogóle nie próbował się zatrzymać.

– Właśnie.

Hauck wydobył z kieszeni marynarki lateksową rękawiczkę i naciągnął ją na dłoń.

– Dobra. – Znów przykucnął przy nieruchomym ciele. – Zobaczymy, co on nam powie...

Uniósł tułów Abla Raymonda na tyle, żeby wyjąć portfel z kieszeni spodni ofiary. Prawo jazdy wydane na Florydzie na nazwisko Abel John Raymond. Była również legitymacja z Seminole

Junior College sprzed dwóch lat. Na fotografii ten sam szeroki uśmiech i błysk w oczach co na prawie jazdy, tylko włosy nieco krótsze. Może chłopak rzucił szkołę.

W portfelu znajdowała się również karta kredytowa MasterCard na jego nazwisko, karta klienta domu towarowego Sears, kolejne z Costco i ExxonMobil, legitymacja ubezpieczenia społecznego. Czterdzieści dwa dolary gotówką. Odcinek biletu z meczu Orange Bowl 1996. Florida State kontra Notre Damę. Hauck pamiętał to spotkanie. Z przegródki portfela wyciągnął złożone zdjęcie atrakcyjnej, ciemnowłosej kobiety, dwudziestoparoletniej. Trzymała w ramionach małego chłopca. Podał je Mimozowi.

– Nie wygląda na siostrę. – Detektyw wzruszył ramionami. Ofiara nie miała na palcu obrączki. – Może dziewczyna.

Będą musieli sprawdzić kto to taki.

– Ktoś dziś nie będzie szczęśliwy – westchnął Freddy Munoz.

Hauck schował fotografię z powrotem do portfela i wypuścił powietrze.

– Obawiam się, Freddy, że lista jest długa.

– To szaleństwo, prawda, poruczniku? – Munoz pokręcił głową. Nie miał już na myśli wypadku. – Brat mojej żony dziś rano pojechał tym pociągiem o siódmej pięćdziesiąt siedem. Wysiadł tuż przed wybuchem. Szwagierka mało nie oszalała. Nie mogła się do niego dodzwonić, póki nie dotarł do pracy. Rano człowiek na parę minut przewróci się na drugi bok, zatrzyma się na światłach, spóźni na pociąg... Wie pan, jakiego on miał farta?

Hauck przypomniał sobie listę nazwisk na biurku oraz nerwowe, pełne nadziei głosy ludzi, którzy dzwonili w sprawie zaginionych osób. Zerknął w stronę świadków, których znalazł Stasio.

– Chodź, Freddy, zidentyfikujemy ten samochód.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Hauck zajął się mężczyzną w sportowej kurtce, a Freddy tym z wełnianym kołnierzem.

Pierwszy okazał się emerytowanym gliniarzem z South Jersey, nazywał się Phil Dietz. Podobno chodził po okolicy, reklamując supernowoczesne systemy zabezpieczeń – „wie pan, »inteligentne« domy, czytniki odcisków palców, czujniki identyfikacyjne, te sprawy” – którymi zajmował się, odkąd przed trzema laty zwrócił odznakę. Właśnie zaparkował przed Arby’s, żeby kupić sobie kanapkę, kiedy doszło do wypadku.

– Nadjechał ulicą raczej szybko – powiedział Dietz. Był niskim, przysadzistym mężczyzną o siwych włosach, lekko przerzedzonych na czubku głowy, miał gęste wąsy i w podnieceniu poruszał potężnymi dłońmi. – Słyszałem, jak podkręcał silnik. Przyspieszył na tej ulicy i skręcił o tam. – Wskazał w stronę skrzyżowania West Street i Post Road. – Skurczybyk uderzył chłopaka i nawet nie wdepnął hamulca. Jak to zobaczyłem, było już za późno.

– Czy może pan podać markę samochodu? – spytał Hauck.

Dietz kiwnął głową.

– Biały SUV, nowy. Chyba honda albo acura, coś takiego.

Może bym rozpoznał na zdjęciu. Tablice rejestracyjne też były białe, zdaje się, że z niebieskimi literami albo może zielonymi. – Pokręcił głową. – Za daleko było. Nie mam już takiego wzroku jak za dawnych czasów w policji. – Potrząsnął okularami w kieszeni na piersi. – Teraz muszę tylko odczytywać zamówienia.

Hauck uśmiechnął się, po czym zanotował coś w zeszycie.

– Nie był stąd?

Dietz pokręcił głową.

– Nie. Może z New Hampshire albo z Massachusetts. Przykro mi. Nie zdążyłem odczytać. Sukinsyn zatrzymał się na sekundę, już po uderzeniu. Krzyknąłem: „Ej, ty!” i zacząłem biec w dół ulicy. Ale on zaraz ruszył. Próbowałem zrobić zdjęcie komórką, ale wszystko działo się za szybko. Już go nie było.

Dietz wskazał na wzniesienie, w stronę szczytu Railroad Avenue. West Street skręcała, mijając otwarty parking i biurowiec. Stamtąd była już tylko jedna, może dwie minuty drogi do 1-95. Hauck wiedział, że musiałoby się im bardzo poszczęścić, żeby ktoś tam widział samochód sprawcy.

Zwrócił się z powrotem do świadka.

– Mówił pan, że słyszał, jak przyspiesza?

– Zgadza się. Właśnie wysiadałem z samochodu. Pomyślałem, że zabiję czas przed następnym umówionym spotkaniem. – Dietz założył splecione dłonie za głowę. – Poszukam klientów... Niech pan nigdy nie odchodzi z policji.

– Spróbuję. – Hauck uśmiechnął się szeroko, a następnie wskazał na południe. – Nadjechał stamtąd? Śledził go pan wzrokiem, zanim skręcił?

– Tak. – Dietz kiwnął głową. – Zauważyłem go, jak przyspieszał.

– Kierowca był mężczyzną?

– Jestem tego pewien.

– Przyjrzał mu się pan?

Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy.

– Kiedy samochód się zatrzymał, facet na moment się obejrzał. Może miał wyrzuty sumienia. Twarzy nie widziałem, przez te przyciemniane szyby, a szkoda.

Hauck znów spojrzał w górę wzniesienia i podążył wzrokiem wzdłuż przypuszczalnej trasy ofiary. Jeśli pracował w „J&D szyby i felgi”, to żeby dojść do knajpy, musiał przejść przez West Street, a potem na światłach przez Post Road.

– Pracował pan w policji, tak?

– Powiat Freehold. – Oczy świadka rozbłysły. – Na południu New Jersey. Niedaleko Atlantic City. Przez dwadzieścia trzy lata.

– Nieźle. Wobec tego powinien pan zrozumieć to, o co teraz zapytam. Czy może zauważył pan, czy samochód jechał z równą, dużą prędkością, zanim wykonał skręt? Czy też przyspieszył wtedy, gdy ofiara weszła na jezdnię?

– Chce pan stwierdzić, czy to był wypadek, czy celowe działanie? – Ekspolicjant uniósł głowę.

– Próbuję tylko ustalić, co tutaj zaszło – odparł Hauck.

– Słyszałem go stamtąd. – Dietz wskazał w górę ulicy, w stronę Arby’s. – Popędził w dół pagórka, potem zawinął w zakręt, zupełnie jakby nie panował nad kierownicą. Wyglądało, jakby był pijany. Nie wiem, podniosłem wzrok dopiero wtedy, gdy usłyszałem huk. Ciągnął tego biednego chłopaka jak worek mąki. Jeszcze widać ślady. Potem stanął. Chyba miał go wtedy pod samochodem i zaraz odjechał.

Dietz zapewnił, że z chęcią rzuci okiem na fotografie różnych SUV-ów, żeby uściślić markę i model.

– Niech pan znajdzie tego skurczybyka, poruczniku. Jeśli tylko będę do czegoś potrzebny, proszę mi dać znać. Chcę być młotkiem, który wbije gwóźdź do jego trumny.

Hauck podziękował mężczyźnie. Mniej wskazówek, niż miał nadzieję uzyskać. Podszedł Munoz. Facet, z którym rozmawiał, widział wypadek z drugiej strony ulicy. Był trenerem lekkiej atletyki z Wilton, trzydzieści kilometrów stąd. Miał na nazwisko Hodges. Zidentyfikował ten sam biały pojazd z rejestracją z innego stanu. „AD albo coś takiego. Może pierwsza cyfra osiem...”. Właśnie wychodził z banku, skorzystawszy z bankomatu. Wszystko rozegrało się tak szybko, że on też niewiele zdążył zobaczyć. Z grubsza opisał zajście tak samo jak Dietz.

Munoz rozczarowany wzruszył ramionami.

– Niewiele mamy, prawda, poruczniku?

Hauck zacisnął wargi poirytowany.

– Prawda.

Wrócił do samochodu i wydał nakaz poszukiwania. Białe, nowe auto typu SUV, prowadzone przez białego mężczyznę, „przypuszczalnie marki Honda lub Acura, rejestracja zapewne z Massachusetts lub New Hampshire, prawdopodobnie rozpoczynająca się od AD8. Możliwe uszkodzenia z przodu wozu”. Roześlą tę informację do policji stanowej oraz warsztatów blacharskich na całym północnym wschodzie. Zamierzali przepytać ludzi wzdłuż West Street, by sprawdzić, czy ktokolwiek zauważył przejeżdżający wóz. Na autostradzie mogło się znajdować kilka kamer kontroli prędkości. To w tej chwili największa szansa.

Chyba że okazało się, że ktoś upatrzył sobie właśnie Abla Raymonda.

W pobliżu stał skulony z zimna facet w czapce nowojorskich Jankesów. Przyprowadził go Stasio. Dave Corso, właściciel warsztatu tuningowego, w którym pracował AJ Raymond.

– To był dobry chłopak. – Corso kręcił głową, wyraźnie roztrzęsiony. – Pracował u mnie gdzieś od roku. Miał talent. Sam przerabiał stare samochody. Przyjechał z Florydy.

Hauck przypomniał sobie prawo jazdy ofiary.

– Wie pan skąd konkretnie?

Właściciel warsztatu wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Z Tallahassee, Pensacoli... Ciągle chodził w koszulkach Florida State Seminoles. Jak w zeszłym roku wygrali ten mecz w mistrzostwach, to chyba wszystkich zabrał na piwo. Jego ojciec, zdaje się, był tam na Florydzie marynarzem czy coś takiego.

– To znaczy służył w marynarce?

– Nie. Pracował na holowniku albo co. Chłopak miał jego zdjęcie na ścianie. Jest w środku.

Hauck kiwnął głową.

– Gdzie mieszkał pan Raymond?

– Dam głowę, że w Bridgeport. Na pewno mamy to w środku w aktach, ale wie pan, jak to jest, wiele się zmienia. Za to wiem, że korzystał z First City Bank...

Corso powiedział policjantom, że może na jakieś dwadzieścia minut przed wyjściem AJ otrzymał telefon. Właśnie był w trakcie barwienia szyb w pewnym aucie. Przyszedł i powiedział, że wychodzi na wcześniejszą przerwę.

– Facet chyba mówił, że nazywa się Marty coś tam. AJ powiedział, że idzie na drugą stronę ulicy po fajki. Chyba do baru. Tam jest automat. – Corso spojrzał na przykryty wzgórek na chodniku. – A potem to... Jak to możliwe, do cholery?

Hauck wyjął portfel ofiary z woreczka na dowody i pokazał Corsowi fotografię dziewczyny oraz jej syna.

– Wie pan, kto to może być?

Kierownik warsztatu wzruszył ramionami.

– Chyba jakaś babka stamtąd... Albo może ze Stanford. Przyjechała tu po niego raz czy dwa. Niech no spojrzę... Tak, to chyba ona. AJ lubił pracować przy klasycznych autach. Wie pan, odnawiał je. Corvette’y, lesabre’y, mustangi. Zdaje się, że w zeszły weekend był na pokazie. Rany...

– Proszę pana. – Hauck wziął mężczyznę na bok. – Czy przychodzi panu do głowy ktokolwiek, kto miał jakiś powód, żeby zrobić panu Raymondowi krzywdę? Czy AJ miał długi? Uprawiał hazard? Brał narkotyki? Każdy szczegół nam pomoże.

– Myślicie, że to nie był wypadek? – Oczy szefa zakładu zrobiły się wielkie ze zdziwienia.

– Po prostu robimy, co do nas należy – odparł Munoz.

– Rany, nie wiem. Dla mnie to zwyczajnie był porządnym chłopakiem. Przychodził do pracy. Robił swoje. Ludzie go tu lubili. Ale jak już panowie o tym wspomnieli, to ta babka... Chyba miała męża albo niedawno się rozwiodła. Wiem, że AJ kiedyś wspominał o kłopotach z jej byłym. Może Jackie coś wam powie. Jest w środku. Byli ze sobą bliżej.

Hauck skinął głową. Dał znak Munozowi, żeby to sprawdził.

– A jak już będziemy w środku, to miałby pan coś przeciwko temu, żebyśmy sprawdzili, skąd wykonano ten telefon do pana Raymonda?

Coś mu się w tym wszystkim nie podobało.

Zbliżył się do krawężnika i spojrzał w dół pagórka w stronę miejsca wypadku. Było widoczne – i to wyraźnie. Skręt w West Street. Nic nie przesłaniało widoku. Samochód sprawcy nie zwolnił. Nie próbował się zatrzymać ani ominąć mężczyzny. Żeby trafić prosto w tego chłopaka, kierowca musiałby w poniedziałkowe południe być w sztok pijany.

W końcu przybył zespół medyczny z północy stanu. Hauck zszedł na dół wzniesienia. Podniósł telefon komórkowy ofiary. Miał zamiar sprawdzić spis niedawno wykonanych połączeń. Nie zdziwiłby się, gdyby był wśród nich numer człowieka, który do niego dzwonił.

Sprawy często tak się układały.

Po raz ostatni przyklęknął przy zwłokach Abla Raymonda, żeby dobrze się przyjrzeć jego twarzy. W twoim imieniu dowiem się prawdy, synu, poprzysiągł. Pomyślał znów o zamachu bombowym. Tylu ludzi w mieście nie wróci dziś do domów. To tylko jeden z nich. Ale w jego sprawie Hauck mógł coś zrobić.

Ten jeden – policjant nie odrywał wzroku od długich rudych włosów i wzbierał w nim ból od dawna niezagojonej rany – ten jeden miał twarz.

Hauck już zamierzał się podnieść, kiedy postanowił po raz ostatni sprawdzić kieszenie ofiary. W spodniach znalazł trochę drobnych i rachunek za benzynę. Potem sięgnął do kieszeni na piersi, ozdobionej inicjałami chłopaka. AJ.

Pogrzebał palcem w środku i wreszcie wyciągnął kawałek żółtego papieru, typową przylepną karteczkę. Widniało na niej nazwisko oraz numer telefonu, miejscowy.

Może AJ Raymond udawał się na spotkanie z tym człowiekiem. A może tę kartkę miał w kieszeni od tygodni. Hauck wrzucił ją do woreczka na dowody wraz z innymi znalezionymi rzeczami. Kolejne ogniwo do sprawdzenia.

Charles Friedman.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nie dotarły do mnie żadne wieści o mężu. Nigdy nie odkryłam; co się stało.

Ogień szalał w podziemiach Grand Central niemal przez cały dzień. W eksplozji zastosowano mocny środek przyspieszający. Użyto czterech bomb. Po jednej w dwóch pierwszych wagonach pociągu, który wyjechał o siódmej pięćdziesiąt jeden z Greenwich. Wybuchły