24,99 zł
W Amarii każdy sojusz może okazać się śmiertelną pułapką, a złożona obietnica – jedynie manipulacją.
Królestwo drży w posadach. Prowincje coraz śmielej walczą o niezależność, Gildia Asasynów rozpada się od środka, a Zakon Burz chroni mroczne tajemnice swoich członków. W samym centrum wydarzeń staje Lunara – wojowniczka, która po ucieczce z Zakonu, poprzysięgła zemstę swoim oprawcom. Nieoczekiwanie przeznaczenie wiąże jej losy z Żar Ptakiem – pradawnym ognistym demonem, oraz Brunem – łowcą, który pomimo chęci niesienia pomocy, ukrywa niewygodne dla niego prawdy.
Czy Lunara może zaufać człowiekowi, który wydaje się jej tak bliski? Bo czy w świecie zdrady, krwi i złamanych obietnic ktokolwiek jeszcze kieruje się szlachetnymi intencjami?
Pierwszy tom z cyklu Jaskółka. Pozycja idealna dla fanów klasycznych powieści fantasy, mrocznych intryg i mocnych kobiecych postaci.
Uwaga. Książka porusza tematy przemocy fizycznej, które mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych oraz poniżej 18 roku życia.
Królestwo Amarii tonie w chaosie, a każda przysięga może obrócić się w zdradę. Wojowniczka Lunara, związana losem z mitycznym Żarem Ptaka, musi zmierzyć się z wrogami i własnymi uczuciami. Mroczne high fantasy o sile kobiet, złamanych sojuszach i cienkiej granicy między przeznaczeniem a manipulacją.
Sylwia Gudyka – polska autorka literatury fantasy. Debiutowała powieścią „Czarne serce. Zdrada”, która otwiera Cykl Jaskółka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 282
Sylwia Gudyka
Saga
Czarne Serce. Zdrada. Tom 1
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2024, 2025 Sylwia Gudyka i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727300016
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
W książce pojawiają się brutalne sceny erotyczne (gwałt), jeśli jesteś czytelnikiem wrażliwym lub nie masz ukończonych osiemnastu lat, sięgasz po niniejszą książkę na własną odpowiedzialność.
Dla tych, którzy zaufali nie tym, co trzeba — i przetrwali. Ta książka jest dla Was.
„Dla całego świata możesz być nikim, dla kogoś możesz być całym światem”.
– Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę
W pewną letnią noc nad niewielką wioską w okolicy Korimertii zebrały się miedziane chmury, kłębiaste niczym baranki. Niczego nieświadomi mieszkańcy spali spokojnie w swoich łóżkach, okryci kołdrami z gęsiego pierza. Było cicho, nawet sowy już poszły spać.
Nagle z chmury wystrzeliła oślepiająca błyskawica, trafiając z hukiem w najuboższą chałupkę, która natychmiast zajęła się ogniem.
W wiosce zapanował chaos. Ktoś krzyczał niezrozumiałe rozkazy. Kolejni biegali w tę i z powrotem w poszukiwaniu członków rodziny. Kobieta stojąca nieopodal płonącego budynku złapała się za głowę. Jej usta drżały, a oczy nabiegły koralami łez. Chciała krzyczeć, błagać o pomoc, nie była w stanie. Z trudem nabierała niewiele powietrza, by później równie płytko je wypuścić.
W kilka chwil zbiegli się mieszkańcy wsi. Nie zważając na łkającą na kolanach kobietę biegli ratować co się da, próbując ugasić pożar. Jeden przy drugim, podawali sobie wiadra wypełnione wodą. Pracowali zgodnie, szybko i sprawnie. Czerwonopomarańczowe języki ognia nie dawały jednak za wygraną i z rozkoszą wgryzały się w kolejne wioskowe konstrukcje. Były jak wygłodniałe zwierzę pragnące sowitej uczty. Wieśniacy byli jednak nieugięci. Pracując ramię w ramię aż do świtania ugasili nagły pożar, a ze zgliszczy zaczął unosić się dym.
Nikt nie zauważył cienia, który pomknął w mrok, rozpływając się w powoli gasnącej nocy.
Wraz z pierwszymi promieniami słońca zakapturzona postać dotarła do wodospadu znajdującego się w spokojnej leśnej okolicy. Kobieta pochyliła się nad taflą jeziora i przyglądając się swojemu odbiciu, nabierała wody w pojemnik.
Powoli rozejrzała się po zagajniku – dookoła niej nie było nic prócz budzących się ze snu drzew, krzewów i kwiatów. Usta kobiety wygięły się w delikatnym uśmiechu, ale mimo sielankowego krajobrazu pozostawała czujna. Jest zbyt spokojnie – pomyślała zakręcając manierkę. Skończywszy ten krótki rekonesans, usiadła na kamieniu, a następnie podciągnęła rękaw, by przyjrzeć się bransolecie migającej na jej lewym nadgarstku.
Urządzenie co jakiś czas rzęziło, błagając o litość, jednak podróżniczka wciąż sprawdzała kontrolki, wciskała przyciski, aż w końcu światełka zgasły – bransoleta przestała działać.
Kobieta zaklęła siarczyście:
– Cholera, że też akurat teraz musiała nawalić! Raveno, ty to potrafisz władować się sama prosto wkłopoty. – Uniosła brwi i zaczęła bacznie obserwować drugi brzeg jeziora.
Nic niepokojącego nie przykuło jej uwagi na tyle, by poderwać się do biegu, jednak pomimo tego nie mogła zostać tu zbyt długo. Dziwne uczucie, że ktoś depcze jej po piętach było nie do zniesienia. Nie czekając ani chwili wstała z kamienia i zapinając manierkę na pasku ruszyła w dalszą drogę nie oglądając się za siebie.
Na skraju lasu, przecinającego trakt prowadzący na Przełęcz Adamantisa stała stara jak Amaria karczma, którą znał każdy wędrowiec w tej części królestwa. Miejsce to przyciągało wielu podróżników, nie tylko dlatego, że była to karczma bogata w sowite jadło i wyjątkowe napitki, ale przede wszystkim dlatego, że nikt nie pytał cię tu o nic, no, chyba że akurat nie miałeś przy sobie dość złota, by kupić sobie spokój. Wówczas mogłeś spędzić w karczmie długie godziny, pijąc i jedząc, a niewygodne pytania, były w tej chwili twoim ostatnim zmartwieniem. Przybytek ten kwitł zatem niezmiennie ściągając w swe gościnne progi nie zawsze porządnych wędrowców.
Także i tego wieczoru w karczmie było gwarno, a wszelakiej maści trunki lały się nieprzerwanym strumieniem, pozwalając w ten sposób podtrzymać płomień dobrej zabawy i stałego upojenia.Tego wieczoru w karczmie jak zwykle rozbrzmiewały wesołe głosy podróżnych.
Budynek gospody był otoczony niewysokim, drewnianym płotem, przy którym rosły niezapominajki, stokrotki i chabry. Drzwi wejściowe, zawieszone na ciężkich żelaznych zawiasach, skrzypiały nieco przy każdym ruchu. Pośrodku sali znajdowało się palenisko, nad którym gospodyni zawiesiła gar z potrawką z dzika, marchwi, jałowca i kilku innych składników. Z gotującej się strawy wydobywał się przyjemny aromat i docierał w każdy zakątek zapełnionej sali.
A przynajmniej było tak do czasu, gdy drzwi otworzyły się z wielką siłą a w progu stanęła kobieta odziana w czerń.
W ciszy, jaka zapadła wraz z wejściem nieproszonej wędrowczyni, było coś złowieszczego. Nikt z obecnych w przybytku nie chciał zadzierać z kobietą, która niemalże bezszelestnie szła przez salę. W karczmie zapanowała cisza, a wszelki ruch zamarł.
Wiele par oczu śledziło jej ruchy i zebrani już wiedzieli: Do karczmy wkroczyła jedna z Jaskółek.
Gdy tylko wojowniczka z Zakonu Jaskółek usadowiła się na ławie stojącej w ciemnym kącie, do karczmy zaczęło powoli wracać życie. Chociaż wielu gości nadal ukradkiem zerkało w stronę kobiety, nikt nie odważył się podejść. Waśń pomiędzy Zakonami trwała już od wielu lat, a ludzie wciąż nie potrafili zrozumieć rozłamu, jaki nastąpił w Gildii Asasynów.
Coś takiego jeszcze nie miało miejsca w historii Amarii. Widok Zakonnika nie był czymś nietypowym – zwłaszcza, że w rejonie przełęczy Adamantisa i Korimetrii, miasta granicznego, żyło ich całkiem sporo. Niemniej spotkanie Jaskółki w tej okolicy uchodziło za coś niezwykłego i to nie tylko ze względu na fakt, że asasynek było mało, ale także dlatego, że nie cieszyły się one tutaj zbytnią sympatią.
Jaskółki wiernie służyły królowi Amarii, a że region ze stolicą w Korimertii od kilkunastu lat próbował wyzwolić się spod jego jarzma, darzono je tutaj niechęcią. Jednak nie tylko dlatego wojowniczki nie były mile widziane poza granicami Tulipendrii. Wiele lat temu jedna z nich została oskarżona o zabójstwo możnowładczyni z Szarego Zamku. Czy ten zarzut pokrywał się z prawdą? To nie było ważne dla mieszkańców. Liczyło się jedynie, że owa wojowniczka nie została nigdy oczyszczona z zarzutów, a dla ludności równało się to z byciem winną.
Młoda Jaskółka, siedząca w cieniu, zdawała się nie zważać na niezbyt miłe spojrzenia rzucane w jej stronę. Zatopiła się w rozważaniach na temat poszukiwań, ale głos właścicielki gospody wyrwał ją z zamyślenia.
– Podać coś? – spytała chłodno.
Podróżniczka przyjrzała się kobiecie. Miała na sobie długi, beżowy, poplamiony fartuch, od spodu zdobiony czerwonym haftem tulipanów, nawiązującym do symbolu stolicy Amarii – Tulipendrii. Pod fartuchem dziewczyna dostrzegła brązową, lekko zniszczoną suknię. Włosy kobiety, przeplatane pasmami srebra, były upięte w schludny kok, a szyję zdobił wisior w kształcie węża, typowy dla mieszkańców tego regionu, którego symbolem był drzewny gad Eskulap.
– Wino. Czerwone – odpowiedziała spokojnie Cień, wręczając kobiecie złotą monetę.
Gospodyni kiwnęła głową, po czym odeszła w stronę kuchni. Nieważne, komu musiała podawać wino, ważne, że interes się kręcił. W końcu pieniądz to pieniądz i nieistotne było, spod jak ciemnej gwiazdy wypadł klient.
Po chwili wróciła z zamówieniem.
– Dziękuję – powiedziała podróżniczka, sięgając po bukłak, a następnie napełniła kubek szkarłatnym płynem.
Gospodyni bez słowa oddaliła się od stolika.
Na prawo od paleniska kilku mężczyzn w siwych kłębach dymu grało w karty o niezbyt pokaźną sumę miedziaków leżącą na stole. Kilka metrów dalej siedziało dwóch kupców, z trudem przełykających niezbyt smaczny chmielowy trunek. Sami byli sobie winni: poskąpili na napiwku dla gospodyni, a ta odpowiedziała im tym samym.
Bliżej paleniska krzątał się młodzieniec pomagający w karczmie, a gospodyni nosiła drewniane misy z parującymi potrawami oraz koszyki ze świeżym, jeszcze ciepłym chlebem. Gdyby spojrzeć z lotu ptaka na wnętrze gospody, od razu w oczy rzuciłyby się dwa miejsca: To na którym siedziała podróżniczka, i to, w którym siedział skromnie odziany mężczyzna w sile wieku. Starzec przyglądał się kobiecie spode łba, zajadając ciepłą mięsną zupę. Co jakiś czas spoglądał to na tańczący w kominku ogień, to na kobietę sączącą wino i czekał na odpowiedni moment, by podejść. W końcu zdecydował się na pierwszy krok i lawirując pomiędzy gośćmi, dotarł do stolika Jaskółki.
Wojowniczka cały czas obserwowała salę. Nie szukała kłopotów, ale najwyraźniej to one chciały ją znaleźć.
–Wiecie, pani – zaczął mężczyzna, siląc się na swobodny ton – coś dużo rabunków na przełęczy ostatnimi czasy. Lapisowie dają się nam we znaki. Prosimy króla Melenosa o pomoc, ale nikogo nie przysyła. – Zawiesił głos, oczekując odpowiedzi, ale kiedy jej nie otrzymał, spróbował znów: – A wy, pani, dokąd idziecie? Do Lapisów? Czy może do Korimertii?
Jaskółka westchnęła tylko, po czym sięgnęła do kieszeni – z jednej wyciągnęła białą bibułkę, a z drugiej niewielki lniany woreczek z tytoniem i zaczęła skręcać papierosa. Wciąż milcząc, odpaliła go od świecy. Zaciągnęła się mocno, odchylając głowę do tyłu tak, że mężczyzna ujrzał jej twarz skrytą pod kapturem.
Jaskółka zmierzyła go chłodno jednym spojrzeniem.
– Nie mam wpływu na to, jakie decyzje podejmuje król. Jestem tutaj z innego powodu. Szukam pewnego kowala. Nazywa się Belian, Benian, Brenan, czy jakoś tak... – odezwała się w końcu, a wiele par oczu znów zwróciło się ku niej.
Tym razem to mężczyzna milczał, przyglądając się tatuażowi, jaki nosiła wojowniczka. Czarny malunek, rozciągający się od skroni do skroni, przemykał wzdłuż brwi, a następnie schodził cienką linią do czubka nosa. Tusz wypełniał także przestrzeń powiek i obszar tuż pod oczami, tworząc swego rodzaju ptasią maskę. Stąd też wojowniczki nowego, żeńskiego zakonu, zdobyły swą nazwę: Jaskółki. Ciemny tusz mocno kontrastował z bladą, pociągłą twarzą kobiety i różowymi wargami, które teraz układały się w krzywy uśmiech.
Ravena wypuściła z ust obłoczek białego dymu, który rozwiał się nad jej nieproszonym rozmówcą. Zapachniało tytoniem z domieszką ziół. Wrażliwy na zapach nos wyczułby w tej kompozycji tymianek, miętę, ale i delikatny, słodki kwiatowy aromat.
Kobieta ponownie uniosła rękę do ust, ponownie zaciągając się papierosem i wypuszczając kolejny obłok spojrzała wymownie na przysiadającego się do niej starca.
– Nie znam nikogo o takim imieniu, ale kowala znajdziesz w wiosce za lasem. Jeśli potrzebujesz podkuć konia, to za karczmą jest odpowiednie miejsce. Wystarczy zawołać gospodynię…
– Czego chcesz, człowieku? – zapytała Jaskółka, przerywając jego słowa. – Wiem, że mnie śledzisz, więc pytam: czego chcesz? Gadaj, póki możesz kłapać tą jadaczką.
Łagodną twarz mężczyzny wykrzywił paskudny, złośliwy uśmiech.
– No proszę, a myślałem, że nie wiesz, kim jestem. – Splunął obok stolika, przy którym siedzieli. Obtarł dłonią usta i świdrującym wzrokiem wpatrywał się w wojowniczkę.
– Wiem doskonale, Zakonniku – powiedziała Jaskółka, sycząc przez zęby ostatnie słowo.–Wnioskuję jednak, że działasz sam. Czego zatem chcesz? Pieniędzy? Informacji? Czy po prostu dla zabicia czasu za mną chodzisz? – Uniosła brew, a mimo spokoju panującego na jej twarzy w sercu powoli zaczęła grać panika. Coś było bardzo nie tak i ona o tym wiedziała. Mężczyzna nie zaczepiłby jej bez powodu. Sądząc jednak po nieoficjalnym ubiorze, Jaskółka szybko zrozumiała, że Zakonnik musiał wykonywać jakieś tajne zadanie. Postanowiła go sprytnie podejść, by sam wypaplał wszystko, co wie.
– Niech żyje za... – Zaczął mówić unosząc kubek z winem ku sufitowi. Nie dokończył jednak. Ich rozmowę przerwało dwóch ledwo stojących na nogach oprychów. Jeden z nich trącił starca, a krwawy trunek rozlał się na stół. Zakonnik spojrzał z ukosa na pijaczynę z mordem w oczach. Niemniej, gdy tylko zmierzył sylwetkę mężczyzny szybko zrezygnował z krwawej jatki, jaką mógł mu zaserwować.
Ravena zamrugała zdziwiona. Była gotowa na to, że rozpęta się prawdziwa burza, a ona sama czmychnie na zewnątrz. Wiedziała, że przyjście tutaj nie należało do najmądrzejszych rozwiązań. Było jednak za późno.
Zakonnik wstał, otrzepał mokry kaftan i wymamrotał jakąś obelgę pod nosem, po czym szybko oddalił się od stolika korzystając z gęstniejącej przy stole atmosfery. Kobieta strzepała popiół z papierosa i upiła łyk wina, ignorując krzykaczy.
Odprowadzając wzrokiem starca, który zaczął pakować swoje rzeczy zaczęła się zastanawiać, o co mogło chodzić:
To wszystko nie ma sensu. W co ja się wpakowałam! Po upiciu wina znów rozprawiała w duchu: Dlaczego on ucieka? Czy na kogoś czekał? Czy to nie ze mną chciał roz... I nagle olśniło ją, jednak nim zdążyła ruszyć za nim wyrwało ją donośne:
– Wynoś się, Jaskółko! Nie chcemy tu takich jak ty! – wrzasnął pierwszy oprych.
Miał czarne oczy, a pod bulwiastym nosem rosły mu krzaczaste siwe wąsy. Jego wzrok był mętny – złocisty trunek musiał być całkiem mocny, skoro tak szybko uderzył mu do głowy, albo raczyli się nim zdecydowanie zbyt długo. Mężczyzna z trudem utrzymywał równowagę, kilkukrotnie musiał się oprzeć o towarzysza lub stolik, by uchronić się przed upadkiem.
– Lepiej się stąd zbieraj – dodał drugi, przytrzymując druha. – Sługusko króla – rzucił z pogardą i splunął. Ten był nie tylko mniej pijany, ale i bardziej wygadany. Silne ramiona i wysoki wzrost musiały wystraszyć starzejącego się Zakonnika, ale może chodziło o coś innego?
Jaskółka westchnęła ciężko i ignorując podchmielonych mężczyzn zapytała głośno:
– Do wioski za lasem daleko?
Wszyscy zgromadzeni w karczmie patrzyli prosto na nią. Jedyna para oczu, która unikała wojowniczki, pakowała właśnie ostatni tobołek z resztkami z jedzeniem. Ravena była teraz już pewna, że starzec czekał na inną wojowniczkę, ale bardzo się pomylił.
Dwóch oprychów stojących przy jej stole wciąż bełkotało coś niezrozumiale.
Muszę zniknąć. Przemknęło jej przez myśl. I całą misję szlag trafi.
– Do Maregty? – upewnił się młodzieniec, który właśnie przechodził obok. Zatrzymał się mierząc ostrożnym spojrzeniem wojowniczkę. Ta poprawiła w palcach kubek z winem i odczekała dwa pełne oddechy, aż Zakonnik opuści w pośpiechu karczmę. Gdy tylko drzwi zamknęły się za wędrowcem, Ravena, zwróciła się bezpośrednio do chłopaka.
– Nie, do Bakuntan. – Kelner nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo w słowo wszedł mu oprych:
– Wynoś się! – wrzasnął ten trzeźwiejszy, a następnie wyciągnął rękę w stronę kobiety, żeby wyprowadzić ją z karczmy.
Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, podróżniczka błyskawicznie złapała go za nadgarstek i przyciągnęła do siebie. W jego napiętą rękę, którą opierał się o blat stołu, wymierzyła solidny cios od spodu, by wybić łokieć ze stawu.
Po karczmie rozległ się rozdzierający krzyk. Na szczęście nie trwał długo, bo gdy agresor upadł na kolana, obejmując bezwładnie wiszącą pod nienaturalnym kątem rękę, wojowniczka złapała go za głowę i łupnęła nią o kant blatu. Kubek podskoczył wesoło, a jego zawartość spłynęła na podłogę.
W karczmie nastała pełna napięcia cisza.
Drugi z mężczyzn z rozdziawionymi ustami spoglądał to na Jaskółkę, to na towarzysza od kufla.
– Nie uczyli was, na prowincji, że się nie przerywa? – Powiedziała otrzepując dłonie z niewidzialnego pyłku. – To jak? Powiesz ile do tego Bakuntan? Mówiłeś jak długo zajmie droga przez las? – Chłopak, który przywykł do tego typu scen, wzruszył nieco ramionami i najzwyczajniej w świecie odpowiedział:
– Konno, pół dnia. Piechotą nieco dłużej. – Następnie nachylił się nad stołem, który właśnie sprzątał i zaczął mało skrupulatnie wycierać blat.
Kobieta przekroczyła leżącego w kałuży krwi pijaka i stanęła na środku sali. Drugi z oprychów, przyklęknął przy koledze od kufla szeptając coś łagodnie do ucha.
Jaskółka podparła się pod boki i rzuciła w stronę zebranych pytanie, które zawisło nad salą niczym katowski topór:
– Znajdę tu gdzieś dobrego konia? – Poczuła, że popełniła niewybaczalny błąd zadając to pytanie.
Kurwa. Przemknęło jej przez myśl. Brawo Raveno, kolejna wtopa!
W górach w okolicach Korimertii konie były czymś niezbędnym do życia, a co za tym szło – niezwykle drogocennym, dlatego też kradzież tych zwierząt była karana z najwyższą surowością. Okolica przełęczy prowadzącej do kraju kamiennych ludzi została nazwana przez amarczyków Pustkowiem – kiedyś żyzna i gęsto zamieszkana część Amarii stawała się ofiarą ataków lapisów czy Adamantisa, smoka z przełęczy. I tak z roku na rok populacja w okolicach Korimertii malała. Pozostałości dawnego osadnictwa wciąż jednak były widoczne – wraz z odejściem amarczyków ustały ataki, a okolica znów zaczęła przybierać swój dziewiczy, dziki kształt.
Pełną napięcia chwilę ciszy przełamał głos kolejnego starca:
– A co to? Tak dzielna podróżniczka nie ma konia? – zakpił i pociągnął łyk swojego trunku. – Król nie wyposażył cię w konia z obrokiem, co? – Prychnął, a następnie posłał jej niezbyt przyjemny uśmiech.
– Jak to przemierzać przełęcz na piechotę? Niech sobie znas żartów nie robi. Tu koń świętszy niż bogowie – dodał jeden z kupców siedzących najbliżej paleniska. Ewidentnie mówił z akcentem korimertiaskim, a to oznaczało, że pochodził z wysokiego rodu.
– Dziękuję. Tak właśnie myślałam.
Kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu i podeszła do zatrzaśniętych drewnianych okiennic, na których starannie wyżłobiono tulipany. Jednym zwinnym ruchem otworzyła je na oścież i wyskoczyła prosto w mrok. Przecięła sztyletem sznur, którym uwiązano najbliższego wierzchowca. Wskoczyła na siodło i uderzywszy w boki zwierzęcia, pogalopowała na wschód, w stronę lasu. Wiatr szarpał jej ubraniami, a z oddali dochodziły krzyki gości z gospody, lecz zaraz ciemna noc otuliła uciekinierkę, by ta mogła zniknąć wśród drzew bez wieści.
Kilka godzin po ucieczce Jaskółka wciąż mknęła na kasztanowym rumaku poprzez pachnący igliwiem las. Zaczynało już świtać, a deszcz ustał. Przeprawa, chociaż szybka, w deszczu okazała się wyczerpująca dla zmęczonego podróżą wierzchowca. Cień, kradnąc konia, nie miała czasu ocenić, który z nich jest najbardziej wypoczęty.
Kobieta opuściła linię drzew, po czym sięgnęła po manierkę i upiła kilka łyków świeżej górskiej wody. Przez jakiś czas podążała kamiennym traktem, rosły przy nim różnokolorowe kwiaty i niewielkie krzewy, pod którymi kicały zające. Wojowniczka z rozbawieniem śledziła harce zwierząt.
Po chwili jej oczom ukazało się otoczone palisadą Bakuntan. Uderzając piętami w boki wierzchowca, poganiała go. Im bliżej wioski byli, tym jej serce biło mocniej. Mijany las pachniał soczyście; igliwie mieszało się z grzybnią, a całość obrazu dopełniał świergot ptaków.
Szare, zaspane jeszcze niebo powoli zmieniało się w błękitne, a sunące powoli obłoki odsłaniały pierwsze promienie słońca. Mijane po drodze krzewy uginały się od zielonych jeszcze owoców, a przemykające za drzewami zwierzęta były jedynymi istotami, które dotrzymywały Ravenie towarzystwa.
Pogodny wiatr muskał jej zaróżowione policzki, przemykał pomiędzy pasmami włosów tworząc swego rodzaju nierozplątywalne kołtuny.
Słońce stało już wyżej, gdy kasztanowy koń wszedł na brukowaną drogę prowadzącą do wioski. Kopyta równo zastukotały na twardym gruncie płosząc drobne ptactwo, wygrzebujące spomiędzy kamieni ziarna zbóż. Wojowniczka poprawiła kaptur i zmierzyła badawczym spojrzeniem Bakuntan, które z wolna budziło się do życia.
Ravena wędrowała wąskimi uliczkami, mijając rozkładające się stragany i przekrzykujące się przekupki, a po kilku minutach wędrówki dotarła do celu. Zsiadła z konia, a następnie przywiązała lejce w przeznaczonym do tego miejscu. Podeszła do drzwi i zapukała.
Pomimo wczesnej pory wojowniczka nie czekała długo na odpowiedź. Najpierw usłyszała odległe sapanie i szuranie butów po podłodze, później przeskoczył skobel, a na końcu zza skrzypiących drzwi wyjrzał wysoki mężczyzna.
– Czego? – odezwał się gburowato.
– Szukam Lunary – powiedziała spokojnie iuśmiechnęła się lekko, unosząc jedną brew. –Wpuścisz mnie do środka czy chcesz o niej rozmawiać tutaj?
Drzwi do zakładu kowala uchyliły się szerzej i kobieta bezszelestnie niczym cień wsunęła się do środka.
Pod górami, daleko stąd
„A co to jest zdrajca? Ten, co przysięga i kłamie”.
– William Shakespeare, Makbet
Bruno
Gniady wierzchowiec gnał przez gęsty las letnią nocą. Charczał z wysiłku, a jeździec siedzący w siodle raz za razem poganiał go uderzeniami w boki. W jukach przytroczonych do siodła rytmicznie podskakiwały pakunki: zwoje i grube księgi.
Uciekinier nerwowo obracał się w siodle, wypatrując czegoś gorszego niż śmierć, jednak las trwał niewzruszony, nie bacząc na charczącego wałacha i jego jeźdźca.
W oddali zagrzmiało, a liście drzew zaszeleściły złowrogo. Mężczyzna na koniu nieco zwolnił, a następnie skierował wierzchowca w stronę ukrytej w mroku ścieżki. Stąpał powoli, a chwilę potem zniknął pomiędzy zaroślami. Po głównym trakcie jeszcze przez moment rozchodziło się echo tętentu kopyt.
Mimo że uciekinier nabrał pewności, iż nic mu nie zagraża, wciąż co jakiś czas zerkał za siebie. Przezorność w jego fachu to podstawa.
Powoli zbliżał się do celu – do jaskini, w której od pewnego czasu mieszkał. Z dala od miast, wsi i ludzi. Zwłaszcza od ludzi. Co prawda stać go było na najlepszy pokój w zajeździe z widokiem na park w środku Tulipendrii, jednak to właśnie w jaskini, ukrytej pośrodku Lasu Dzieci Mgły, czuł się bezpiecznie. Zwykli śmiertelnicy nie zapuszczali się w tak dzikie ostępy. Tu był wolny, z dala od oceniających spojrzeń.
Samotność mu nie przeszkadzała, mało tego – uważał ją za największy plus swojego życia. Nie musiał się nikim przejmować, a to zdecydowanie mu odpowiadało.
Stawiano go wielokrotnie pod ścianą obarczając przewinieniami, które być może były jego, ale dzięki umiejętnościom dbania wyłącznie o siebie, zawsze wiedział, jak się obronić na tyle skutecznie, by uniknąć udowodnienia winy. Dzięki ogromnej charyzmie szybko zdobywał przyjaciół, z którymi znajomości w odpowiednich momentach urywał, obarczając ich winą i wrabiając w popełnione przez siebie zbrodnie. Łatwo się wywijał i rzadko kiedy ponosił konsekwencje.
Zatrzymał wierzchowca przed niepozorną skałą ukrytą pod pnącą się roślinnością i wykonał kilka prostych ruchów dłonią, szepcząc pod nosem zaklęcia w obcym, mocno szeleszczącym języku. Blade światło od razu oblało szary kamień, spod którego wyłoniły się drewniane drzwi. Mężczyzna poczuł ulgę z wypełnionej misji. Wziął głęboki wdech, a później, wypuszczając powietrze z płuc, ostrożnie zsunął się z wierzchowca. Wylądowawszy na ziemi, mruknął niezadowolony. Rozdzierający ból przeszywał jego udo i krwawiące przedramię, wypełnione odłamkami szkła.
Kulejąc, szedł powoli w stronę mrocznej kryjówki. Jedną ręką prowadził za sobą wierzchowca, drugą zaś dociskał do piersi. Przepełniało go zadowolenie, które mocno podbudowywało jego ego. Bruno mógł odhaczyć kolejny punkt z listy, niezbędny do realizacji zamierzonego planu. Powoli zbliżał się do wyznaczonego celu, lecz to był dopiero początek.
Praca, którą wykonywał dla Zakonu Burz, coraz bardziej go męczyła, ale pozwalała mu na zdobywanie niezbędnych funduszy do zrealizowania planu. Dostarczanie towaru miało być zajęciem tymczasowym i w końcu nadszedł ten moment, w którym musiał się odciąć. Jego rosnąca wiedza magiczna, a także kolejne umiejętności, jakie zdobywał, były coraz trudniejsze do ukrycia przed Zakonnikami. Jednak, dzięki wrodzonemu sprytowi oraz odpowiednio wypracowanym technikom manipulacyjnym, Bruno doskonale wiedział, jak rozegrać tę partię szachów, by uniknąć wpadki. Zwłaszcza że od dawna nie chodziło o Zakon, lecz o najsłodszą zemstę na starym przyjacielu.
Gdy tylko wszedł do jaskini, rzucił zaklęcie ochronne, wykonując kilka nieskomplikowanych ruchów zdrową ręką. Otoczył go całun ciemności, rozświetlany jedynie przez delikatnie świecący kryształ umiejscowiony w centrum jaskini. Łowca potrzebował jednak lepszego oświetlenia. Wszedł głębiej do kryjówki i zapalił kilka świec, a następnie usiadł na stołku, by zacząć opatrywać ciało.
Wielka Biblioteka Tulipendryjska mieściła się w samym sercu stolicy Amarii i stanowiła nie tylko centrum miasta, ale także miejsce spotkań towarzyskich dla mieszkańców stolicy.
W ogromnym gmachu w każdą środę organizowane były przyęcia z udziałem artystów, malarzy, pisarzy i czarowników, którzy wspólnie rozprawiali o najwyższej ze wszystkich dziedzin – o sztuce. Biblioteka Tulipendryjska została wzniesiona przed wieloma wiekami, za rządów Srebrnego Kruka, Arcymistrza Gildii Magów, a zaprojektowana przez architektkę i konstruktorkę całej Tulipendrii–Abbelotę.
Wielcy założyciele Tulipendrii wraz z niewielką świtą przybyli ze Starego Lądu – Panwiaru, ponad osiemset lat temu. Do tej pory nikt nie wiedział, co zmusiło ich do ucieczki z Kontynentu. Była to jedna z wielu tajemnic, które ta dwójka zabrała do grobu.
Ściany budynku zostały wzniesione z białego i czarnego marmuru, a wymalowane na nich zdobienia były w kolorze srebra. Wiele witraży czy malunków naściennych przedstawiało pierwsze lata Amarii, a także historię kochanków Srebrnego Kruka i Abbeloty. Wielka Biblioteka stała się symbolem wielkiej miłości.
Budynek z białego kamienia piął się w górę, sięgając niemalże nieba. Dach Biblioteki zwieńczony był strzelistymi wieżyczkami. W nich magowie zaklęli świecące kamienie, które nocami zastępowały światło słońca, zalewając łagodnym blaskiem dziedziniec budynku, a także jego wnętrze. Dzięki temu światłu, które emanowało od magicznych kamieni jedynie na obrzeżach Tulipendrii można było dostrzec gwiazdy i konstelacje Wędrowca, Leśnego Ducha, Korony czy gwiazdozbiór Płomieni. Jedynym dość dobrze widocznym obiektem na niebie był cienki sierp księżyca dążącego do nowiu.
Szybywoknachwieżyczekudekorowanokwiecistymi witrażami nawiązującymi do historii Amarii, a przede wszystkim Tulipendrii, od wieków wzrastającej w otoczeniu czarnych i kobaltowych tulipanów.
Wejścia do Wielkiej Biblioteki strzegli Strażnicy, którzy podobnie jak Bibliotekarze musieli ukończyć kilkuletnią szkołę, nim stanęli na posterunku. To w niej przygotowywali się do pełnienia funkcji. Ze względu na fakt, że ataki na Wielką Bibliotekę nie zdarzały się od stuleci, wiedza dotycząca strategii, walk wręcz czy obsługi oręża była w dużej mierze teoretyczna i tylko niektórzy kadeci uczęszczali na nieobowiązkowe zajęcia praktyczne. Nie każdy miał ochotę pocić się na macie. Przyszli Strażnicy woleli studiować księgi, ponieważ doskonała znajomość ich treści dawała im nadzieję awansu na Bibliotekarza.
W letnią prawie bezchmurną noc przed jednym z wejść do budynku stanęła wysoka postać kryjąca swoje oblicze pod czarnym płaszczem.
– Biblioteka jest dzisiaj zamknięta dla zwiedzających – oświadczył Strażnik, stojący przy wejściu, który z lekkim niepokojem spoglądał na zbliżającą się postać.
– Nie szkodzi. Nie jestem zwiedzającym – odpowiedział cicho człowiek, po czym błyskawicznie zbliżył się do Strażnika Biblioteki i jednym płynnym ruchem skręcił mu kark.
Zaraz po tym przekroczył swobodnie jeszcze ciepłe ciało i ruszył w stronę głównego gmachu Wielkiej Biblioteki. Wiele tygodni poświęconych na studiowanie schematów budynku teraz kulminowało w najważniejszym egzaminie praktycznym.
Odliczając w myślach minuty, Bruno mknął przez pięciokondygnacyjne wnętrze Głównego Budynku, kierując się wprost do miejsca, na którym zależało mu najbardziej.
Wedle przekazywanej z ust do ust legendy, Biblioteka skrywała tajemniczą komnatę, gdzie zostało ukryte Serce Amarii, ale nie tam dziś zmierzał łowca. Kierował się do Sali Cieni, w której – jak podawały odnalezione przez z niego dokumenty – znajdowały się księgi i manuskrypty skrywające obecnie zakazaną wiedzę czarnomagiczną. Dźwięk kroków łowcy wygłuszała gruba, ciemnozielona wykładzina, nadająca wnętrzu Biblioteki odpowiedniego klimatu. Mężczyzna skręcił w prawo, w słabiej oświetloną alejkę, skąd po kilku kolejnych krokach dotarł na szczyt marmurowych schodów. Błyskawicznie po nich zszedł, przeskakując co drugi stopień. Miał coraz mniej czasu.
Strażnicy Wielkiej Biblioteki stali na posterunkach przez sześćdziesiąt minut, musiał więc zdążyć, zanim nastąpi zmiana warty.
Skoczył z ostatnich trzech stopni i wylądował cicho na wykładzinie leżącej u stóp schodów. W dolnej alejce panował półmrok, na szczęście łowca doskonale wiedział, gdzie ma teraz skierować swoje kroki. Brak światła w żaden sposób nie utrudniał mu wykonania zadania.
Dotarł do ściany, której nie zdobiły kolumny ani regały ze zbiorami przywiezionymi z Panwiaru, a także innych okolicznych krain otaczających Amarię. Marmur w tym miejscu pokrywały płaskorzeźby przedstawiające scenę z historii powstawania Wielkiej Biblioteki: Abbelota i Srebrny Kruk stojący u bram Tulipendrii. Delikatna jasność padająca z lampy wiszącej na przeciwległej ścianie oświetlała relief na tyle dobrze, by można było dostrzec poszczególne elementy przedstawionej sceny.
Bruno nie miał jednak czasu na podziwianie dzieła. Od razu przystąpił do realizacji zamierzonego celu. Przesunął dłońmi po chłodnej płycie kamienia i wcisnął odpowiednie przyciski ukryte na płaskorzeźbie. Przez kilka bardzo długich oddechów nic się nie działo, a panika zaczynała wlewać się w ciało Bruna niczym wodospad. Łowca z niecierpliwością wpatrywał się w kamienne oblicza postaci: Srebrny Kruk uśmiechał się tajemniczo, natomiast Abbelota wyglądała na nieco oburzoną. Po chwili usłyszał ciche kliknięcie i ściana z płaskorzeźbą przesunęła się o kilka centymetrów do wewnątrz. Łowca pchnął ukryte drzwi i wślizgnął się do niewielkiej komnaty skąpanej w blasku srebrnego światła.
W centralnej części pomieszczenia, na podłodze otoczony bluszczem i księżycowymi kwiatami, stał świecący kamień pokryty srebrnymi i złotymi nićmi. Nici te wraz z wejściem gościa do komnaty zaczęły intensywnie pulsować.
Bruno powiódł wzrokiem po piętrzących się aż po sufit regałach wypełnionych po brzegi nie tylko księgami, rolkami pergaminu czy szkicami, ale także artefaktami, o których istnieniu wiedział tylko z przekazów opisanych w mitologiach Amarii. Rozpoznawał niektóre z nich – Złote Pióro pierwszej królowej i srebrna bransoleta z szafirami należąca do Srebrnego Kruka. To właśnie ona przykuła wzrok Bruna. Sięgnął po nią bez cienia strachu i włożył do kieszeni swego płaszcza – doskonale wiedział, że ten artefakt mu się przyda. Nie miał jeszcze pojęcia do czego, ale z pewnością przeczucie, które kazało mu po niego sięgnąć, się nie myliło.
Odwrócił się od półki pełnej skarbów i zajął się plądrowaniem. Wyciągnął wielką lnianą torbę i szybko zaczął pakować zwoje i opasłe tomiszcza. Biorąc do ręki już ostatni egzemplarz ze zbioru, zauważył, że komnatę zamiast srebrnego światła zaczyna zalewać rdzawy poblask. Wiedziony instynktem, odwrócił się błyskawicznie, a bełt wystrzelony z kuszy wbił się w regał obok niego.
– Ktoś ty?! – warknął starszy Bibliotekarz. – Mów szybko, a daruję ci życie.
Bruno, stojąc naprzeciwko mężczyzny, uśmiechnął się łagodnie.
– Nie interesuj się, dziadku – odparł chłodno.
– Ktoś ty?! – drążył mężczyzna. – Powiesz po dobroci albo zakosztujesz stali z moich bełtów.
Mężczyzna, nie czekając na odpowiedź, zaczął ładować kuszę. Nie zdążył jednak. Zanim zrobił cokolwiek, Bruno był już przy nim, a chłodne ostrze sztyletu przebijało gardło Bibliotekarza. Krew z rany trysnęła, gdy łowca wyszarpnął nóż. Potem rzucił się pędem do worka z księgami i ruszył co sił w nogach do wyjścia. Jego plan zaczynał się komplikować, a szansa na szczęśliwe zakończenie malała z każdym oddechem.
Wyjście na główną alejkę Wielkiej Biblioteki Tulipendryjskiej nie zajęło Brunowi wiele czasu. Biegł, ale dźwigany worek go spowalniał. Zrobił jeszcze kilka kroków i wtedy do jego uszu dotarł jazgotliwy dźwięk alarmu.
Jasne ściany pokryła czerwień, a wszystkie wejścia po kolei zostały odcięte przez opadające kraty. Bruno, nie tracąc ani chwili, rzucił się pędem do najbliższych drzwi. Zdążył w ostatnim momencie, główny hol, w którym stał jeszcze przed momentem, teraz był od niego odgrodzony żelaznymi prętami. Zostały mu do pokonania dwa korytarze, by móc wydostać się z budynku.
Stał teraz przed schodami i kierowany instynktem, zamiast biec do wyjścia, zaczął wspinać się na piętro. Alternatywny plan ucieczki, tworzący się naprędce w jego umyśle, miał jednak znaczne braki. Co więcej, na górze czekała na niego niemiła niespodzianka: czworo uzbrojonych w miecze i kusze Strażników Biblioteki stało gotowych do walki.
– Złodziej! – wrzasnął jeden z nich.
– Brać go – rzekł chłodno Bibliotekarz, który do tej pory krył się w cieniu. – Odpowiesz za swoje przewiny. Poddaj się. Marny z ciebie złodziej. Myślałeś, że wejście do naszego budynku nie jest rejestrowane? Od samego początku wiedzieliśmy, że panoszysz się po korytarzach Głównego Gmachu.
Pot zaczął spływać po plecach łowcy.
– Ognia! – krzyknął dowódca oddziału i deszcz bełtów wystrzelił w stronę Bruna. Ten padł na podłogę, ledwo się od nich uchylając.
Cholera, muszę coś szybko zrobić! – skarcił się w myślach.
Na szczęście w głowie Bruna dość szybko zrodził się nowy plan. Nie pierwszy raz wpadał w tarapaty, które zdawały się sytuacjami bez wyjścia.
Kiedy strażnicy ładowali kusze, łowca wstał i pędem ruszył na stojącego najbliżej człowieka. Mężczyzna zajęty nakładaniem bełtu nie mógł uchronić się przed uderzeniem, jakie nadciągało. Srebrne ostrze sztyletu wbiło się aż po rękojeść w jego klatkę piersiową. Bruno, nie czekając, wyszarpnął broń i spojrzał na pozostałych, którzy zdążyli załadować swoje kusze. Przyjął postawę defensywną. Był gotów na kolejny atak.
Nie czekał długo na reakcję – pofrunęła do niego kolejna seria bełtów. Mając więcej szczęścia niż rozumu, Bruno cudem uniknął głębokiej rany, ale grot przeorał mu udo. Przekoziołkował pomiędzy dwoma napastnikami, sycząc z bólu. Buzująca w jego żyłach adrenalina dodawała mu siły potrzebnej do dalszej walki. Odwrócił się szybko, wstał i sięgnął do małych noży przypiętych na udach. Ścisnął je mocno w dłoniach i nie czekając na kolejny wystrzał z kusz, ruszył na napastników.
Złapał jednego z nich od tyłu, po czym płynnym ruchem poderżnął mu gardło. Gorąca krew trysnęła na zieloną wykładzinę. Stojącego obok mężczyznę poczęstował solidnym kopniakiem prosto w brzuch. Bełt śmignął mu koło ucha. Wtem kobieta w stroju Strażnika odrzuciła ciężką kuszę i dobyła miecza. Drgające ostrze zdradzało jej rosnącą panikę.
Łowca, nie czekając ani chwili, cisnął w kobietę sztyletem. Ostrze błyskawicznie przecięło powietrze i wbiło się w ramię Strażniczki. Jej rozdzierający wrzask zagłuszył brzdęk upuszczonego oręża. Bruno skorzystał z okazji i podciął szarżującego na niego z błyszczącym mieczem czwartego Strażnika.
W tym czasie Bibliotekarz, do tej pory kryjący się w cieniu, w akcie desperacji dopadł do lnianego worka wypełnionego skradzionymi przedmiotami. Łowca nie pozwolił jednak na to, by atak Strażników udaremnił jego misję. Wycelował kolejnym ostrzem w mężczyznę i trafił go w bark. Szkarłatna ciecz tryskająca z rany poplamiła jego szarą tunikę.
Bruno uśmiechnął się pod nosem i westchnął. Był pewien, że walka dobiegła końca. Świst przelatujących obok jego głowy bełtów uświadomił mu jednak, że się mylił.
Muszę stąd uciekać.
Nie tracąc ani chwili, podbiegł do wijącego się z bólu Bibliotekarza i wyrwał ostrze z jego rany, a następnie kopniakiem zepchnął go z worka. Złapał zdobycz, szybko omiótł wzrokiem pomieszczenie, po czym skierował się w stronę rzędu okien. Od celu dzieliło go ledwo kilka metrów, gdy drogę zastąpiła mu zraniona w rękę Strażniczka.
– W imieniu króla Melenosa jesteś aresztowany – pisnęła.
Bruno nie miał ochoty na dalszą walkę, rana na udzie paliła coraz mocniej. Pomimo bólu jednak nie zwolnił kroku i staranował ramieniem kobietę, wypychając ją przez okno. Nie dbał, czy wypadną wprost na ulicę, czy strome poszycie Biblioteki – liczyło się tylko to, by się stamtąd wydostać. Drobne kawałki szkła runęły wraz z postaciami na spadzisty dach wschodniego skrzydła Wielkiej Biblioteki. Tysiące rozpryśniętych odłamków w blasku świecących kamieni wyglądało jak magiczny pył. Wypadli w noc. Czas na moment jakby zwolnił. Łowca miał wrażenie, że odłamki szkła wirują w takt niesłyszanej muzyki, a drobne krople deszczu, które zaczął czuć na skórze, były jak orzeźwiający prysznic. Tego mu właśnie było trzeba. Nie tracąc ani chwili Bruno, tuż przed upadkiem odbił się od spadającej wraz z nim kobiety. Ciało Strażniczki gruchnęło o dach, a w chwilę później zaczęło zsuwać się po śliskiej powierzchni coraz szybciej i szybciej, aż do krawędzi. Mimo wysiłku i prób zatrzymania się na dachówce nie mogła wyhamować i po chwili z krzykiem stoczyła się w ciemność.
Bruno, jedną ręką obejmując z ogromną czułością lniany worek, toczył się szybko po dachówkach. Za pomocą sztyletu trzymanego w drugiej ręce próbował hamować, co niestety okazało się niebywale trudnym zdaniem. W końcu się zatrzymał, ale od runięcia w przepaść dzieliły go ledwie centymetry. Przez chwilę leżał, oddychając ciężko. Krzyki docierające do jego uszu z budynku pobudziły go do dalszej ucieczki. Podźwignąwszy się na nogi, ruszył powoli wzdłuż dachu. Mimo, że wydostał się na zewnątrz, miał niewiele czasu. Wszystkie blokady antywłamaniowe, jakie uruchomiono, gdy był w Wielkiej Bibliotece, zaraz zostaną wyłączone, a Strażnicy ruszą w pościg.
Setki odłamków szkła wbijało się w przedramię łowcy, a udo piekło coraz bardziej z każdym kolejnym krokiem. Pomimo tego Bruno się nie poddawał. Obejmując lniany worek niczym kochankę i biegł co sił. Zsuwając się z dachu na kolejny, niższy, szukał wzrokiem stajni, gdzie miał na niego czekać przekupiony młodzieniec z osiodłanym koniem. Łowca uśmiechnął się pod nosem, gdy opuszczał mury Tulipendrii – pierwszy punkt jego planu właśnie został zrealizowany.
Bruno siedział bezpiecznie w jaskini, opatrywał rany, a w przerwach popijał wino. Zatamowanie krwotoku na nodze zajęło mu więcej czasu, niż zakładał – to obrażenie okazało się dużo poważniejsze, niż początkowo mu się wydawało. Ręka pełna odłamków kolorowego szkła rwała przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Wyciągał kolejne kawałki, sycząc z bólu i dziękując bogom za alkohol. Kiedy pozbył się odłamków z ręki, polał ją obficie wodą, po czym obserwował, jak strużki krwi spływają na kamienną posadzkę, tworząc jasnoczerwoną plamę. Owinął przedramię kawałkiem materiału i podszedł do konia, który stał przy wejściu. Ściągnął z niego skradzione woluminy, a następnie rozprzągł wierzchowca i odblokował zapieczętowane drzwi. Świeże powietrze wlało się do jaskini i musnęło chłodem twarz mężczyzny.
