Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk - ebook + audiobook

Czarna, czarna toń ebook i audiobook

Martyna Szkołyk

3,5

Opis

Sięgnij po powieść fantasy z głębi dzikiej puszczy. Tutaj konary wielkich drzew strzegą gwiezdnych konstelacji, na dnie jeziora mieszka licho, a Wilcy przemierzają sobie tylko znane ścieżki. I choć ukrywają się przed ludźmi, są bardziej ludzcy, niż chcieliby przyznać.

Burzowy Gniew budzi się w areszcie. Liczne rany i złamane żebra przypominają mu o okrutnym pojmaniu. Ludzie nie lubią takich jak on – potrafiących przybierać wilczą postać. Choć nie wie, jaka przyszłość go czeka, uparcie trzyma się życia. Chce wiedzieć, co stało się z Klanem Nocy, którego był przywódcą, zanim popełnił błędy. Zbyt wiele błędów.

Dlatego, kiedy zauważa pod celą chłopca o niepokojąco znajomych oczach, postanawia opowiedzieć mu swoją historię, w której pakt z diabłem to zaledwie prolog. Liczy, że dzięki temu zachowa przytomność i wreszcie wydostanie się z aresztu. Jesteś gotów, by poznać przeszłość Burzowego Gniewu?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 217

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 22 min

Lektor:

Popularność




Kto jeszcze nie widział zmierzchu, niech nie przysięga,

że pójdzie w głąb ciemności.

~ J. R. R. Tolkien

Prolog

„A więc to koniec?”, pomyślał, patrząc tępo przed siebie. Leżał bezładnie na boku, z rozrzuconymi nogami i ramieniem pod głową. Myśli przychodziły jedna po drugiej, mgliste i niewyraźne, ale nie miał nawet na tyle siły, by zatrzymać którąś na dłużej. Gdyby teraz ktoś zajrzał przez zakratowane okienko, dostrzegłby odwróconego plecami postawnego mężczyznę, brudnego od potu, kurzu, błota i krwi. Długie, sięgające za łopatki włosy miał posklejane i skołtunione – wskazywały, że mężczyzna od dłuższego czasu jest w tak kiepskim stanie. Trzy głębokie, biegnące przez grzbiet pręgi zaczynały się powoli zabliźniać, ale towarzyszyło im mrowie mniejszych urazów i zadrapań.

Od przodu do jego celi zajrzeć mogli tylko strażnicy, którzy akurat zechcieliby przespacerować się wzdłuż korytarza, na krótką chwilę wracając pojmanemu przytomność głośnymi krokami. Zdarzało się to jednak rzadko, bo strażnicy woleli omijać mężczyznę szerokim łukiem. Mimo że był zamknięty w celi, ranny i pobity tak niemiłosiernie, że nie potrafił się utrzymać na nogach, nadal wzbudzał w nich strach. Czasem tylko otwierał oczy, spoglądając obojętnie na przechodzących, a wtedy miało się wrażenie, jakby spoglądała przez niego ciemność odległego Wszechświata.

Burzowy Gniew leżał na zimnym i mokrym klepisku, ale zdawało się, że ziąb i niewygoda są zupełnie poza jego percepcją. Organizm, bez udziału woli, za wszelką cenę starał się utrzymać przy życiu. Mężczyzna nie zastanawiał się nad tym, był zbyt osłabiony i obolały, by wziąć głębszy oddech, więc rozmyślania natury egzystencjalnej obchodziły go teraz najmniej.

Nagle usłyszał wysoki dźwięk, nieprzyjemnie wwiercający się w umysł. Burzowy Gniew, obdarzony wyjątkowo czułym słuchem, skrzywił się i odruchowo cofnął głowę, która natychmiast eksplodowała fajerwerkiem bólu. Strażnik tłukł w mały dzwonek wiszący w lochu, sygnalizując posiłek. Nie musiał tego robić, dzwonek służył raczej do wznoszenia larum na wypadek ucieczki któregoś z więźniów, zauważył jednak, że leżący w celi pod postacią rannego mężczyzny Wilk wyjątkowo tego nie lubi, więc gorliwie pamiętał o ogłaszaniu posiłków.

Do celi Burzowego Gniewu wsunięto miskę kaszy. Mężczyzna usłyszał jeszcze pokpiwania strażników zakładających się, czy więzień zje cokolwiek innego niż mięso. Nie zareagował, od czasu pojmania zdawał się w ogóle nie zauważać osób przechodzących korytarzem. Wiedział, że musi coś zjeść i zmusił organizm do wysiłku, aby przesunąć się bliżej miski. Obolałe ciało rwącym bólem wyrażało swój sprzeciw. W końcu, po paru długich, męczących chwilach, chwycił naczynie w dłoń. Podciągnął się do siadu i drugą ręką zaczął wybierać pożywienie z miski. Zimna, twarda kasza zachrzęściła między zębami, na języku osiadła warstwa zjełczałego tłuszczu. Bury z trudem powstrzymał się od zwymiotowania posiłku, choć skurczony z głodu żołądek nie chciał przyjmować tak podłego jadła.

Więzień kończył jeść, kiedy zaczęto zbierać puste naczynia. Dwóch małych chłopców szło przed strażnikami, zabierając wystawione miski. Jasnowłosy chłopak z naręczem misek zatrzymał się przy celi Burzowego Gniewu zdziwiony, że mężczyzna nie oddał jeszcze naczynia. Spojrzał na niego w momencie, w którym mężczyzna podniósł wzrok i jasne, bystre oczy chłopca spotkały się z lodowatym, ciemnym jak lufy pistoletów spojrzeniem Burego. Dziecko zamarło na chwilę zaciekawione, a więzień przestał przeżuwać kaszę. Chwilę później podeszli strażnicy. Jeden z nich uderzył płazem miecza o kraty, wywołując hałas nie do zniesienia. Burzowy Gniew skrzywił się ponownie, ukazując w grymasie ostre zęby. Później wybrał z miski resztę pożywienia i przesunął ją w stronę chłopaka, nie spuszczając wzroku ze strażnika. Ten wytrzymał pogardliwe spojrzenie więźnia, patrząc nań z wyższością i uśmiechając się mściwie, kiedy Bury odruchowo, zupełnie po wilczemu, zmarszczył nos i ukazał zęby, nie wydobywając jednak z siebie żadnego dźwięku.

Strażnicy wyszli, każąc chłopcom dać znak, gdyby wydarzyło się coś niepokojącego. Sami udali się na górę, a w lochu zapanowała cisza. Zmrok zapadł szybko, wzmagając panujący chłód. Przez krótką chwilę siąpił deszcz, a później na niebie rozbłysła sierpowata blizna księżyca.

Bury co jakiś czas zapadał w płytki sen lub zupełnie tracił przytomność. W jednym z przebłysków świadomości dostrzegł blask księżyca wpadający przez zakratowane okienko. Głowa opadła mu bezwładnie na bok, a kiedy już miał zamknąć oczy, dostrzegł chłopca siedzącego przy jego celi.

Dziecko siedziało po turecku, bawiąc się znalezionym pod nogami patykiem. Co jakiś czas zerkało na Burego. Więzień poznał w nim chłopca, który zabierał od niego miskę.

– Twoje imię? – wychrypiał, stwierdzając, że może skupiony na rozmowie nie zemdleje tak szybko.

Chłopiec podniósł głowę, szybkim ruchem odgarniając grzywkę.

– Sven – odparł, a duże, rozszerzone z przestrachu oczy wpatrywały się w leżącego na brudnym klepisku mężczyznę.

– Po co tu siedzisz? – Słysząc ton głosu Burego, można by pomyśleć, że rozmowa jest mu zupełnie obojętna, ale tak nie było. Całe rezerwy siły starał się poświęcić właśnie na nawiązanie kontaktu z chłopcem, jego ostatnią deską ratunku i łącznikiem z rzeczywistością.

– Źle z wami, panie – odparł i natychmiast zamknął usta, widząc, jak Bury ukazuje ostre zęby w uśmiechu.

Panie. Nikt nie zwracał się do niego w ten sposób w pełni świadomie i z rozmysłem. Nie był godny takiego tytułu, choć czasem słyszał go od ludzi, którzy błagali, by darował im życie. Leżał teraz na plecach z prawą, pokiereszowaną ręką na piersiach i śmiał się chrapliwie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że głos dziecka umilkł, ale nie potrafił sobie przypomnieć, co chłopiec powiedział przed chwilą. Zmarszczył brwi zdezorientowany i rozgniewany własną niemocą. Nienawidził bezsilności. Po chwili spojrzał na siedzącego przed celą, jakby oczekiwał, że dziecko coś powie. Ośmielony niemą zachętą Sven poprawił opadającą grzywkę i ponownie postarał się nawiązać kontakt.

– Jak to naprawdę było? – zapytał, obracając w dłoniach patyk.

– Jak… było – powtórzył Bury, analizując słowa i starając się nie zwracać uwagi na wirujący wkoło świat. Zacisnął powieki i warknął. Weź się w garść, nakazał sobie w myślach i kiedy ponownie otworzył oczy, utkwił wzrok w błękitnych tęczówkach chłopca. Sven poczuł dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.

– Zabawne… – wychrypiał więzień. – Masz oczy Akwareli.

– Akwarela? – Ożywił się Sven ucieszony, że więzień poświęcił mu swoją uwagę. – Opowiesz mi o niej? Spotkasz się z nią, gdy stąd wyjdziesz?

– Nie sądzę. Akwarela nie żyje.

Chłopiec opuścił wzrok, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Był zdumiony własną śmiałością, ale początkowe powodzenie dodało mu odwagi. Bardzo chciał dowiedzieć się prawdy o tajemniczym więźniu.

Bury ponownie spoglądał w sufit, ciemny i odległy. Wyciągnął w górę zranioną rękę i przyglądał się jej zaintrygowany. Ranę ciężko było dostrzec wśród zaschniętej krwi i błota, ale jeśli się przyjrzeć, można było zauważyć cztery bruzdy, które rozharatały wierzch dłoni i przebiegły ukośnie aż do wnętrza przedramienia. Więzień tak bardzo skupił się na tej czynności, że drgnął zaskoczony, kiedy ponownie usłyszał głos Svena.

– Kto jeszcze zginął?

– Kiedy? Wielu zginęło. – Burego zdziwiło pytanie chłopca. Czy to ważne, kto ginął? Nigdy nie przykładał do tego wagi. Chyba, że chodziło o jego stado. – Nocni… Myślę, że Noc zginęła. Chyba. Być może. – Kiedy wypowiedział słowa na głos, przytłoczył go ciężar tej informacji.

– Noc?

– Stado Nocy. Moje stado. Nie wiem, co się z nimi stało, ale chyba nie żyją.

– Twoje stado? A więc to prawda, jesteś…

– Wilkiem, owszem. Przecież właśnie dlatego ze mną rozmawiasz, prawda? Zainteresowało cię to.

Bury z zadowoleniem zauważył, że formowanie coraz dłuższych zdań całkiem dobrze mu idzie. Co prawda chwilami zacinał się, gubił wątek, nie mógł przypomnieć sobie, o czym rozmawiał, to znów rwący ból którejś z ran sprawiał, że syknął z bólu. Nie zamierzał jednak przerywać rozmowy i pogrążać się w nicości.

– Wybacz, panie.

– Nie nazywaj mnie tak. To nic złego, ciekawość.

– Mówią, że to pierwszy stopień do piekła.

– Tak… dopiero pierwszy. Ja odbyłem całą wspinaczkę i wierz mi, w porównaniu do innych moich czynów, ciekawość jest wręcz cnotą.

– Powiedz, jak było – poprosił Sven, a oczy błyszczały mu z wrażenia. Oto pojmany, groźny więzień, dorosły mężczyzna, rozmawiał z nim jak równy z równym. Imponował chłopcu swoją siłą, głębokim głosem, ranami, które według Svena musiały świadczyć o jakimś bohaterskim pojedynku. Może nawet walczył w imię dobra i został niesłusznie oskarżony? Imaginacja podsuwała mu coraz dalej idące wyobrażenia.

– Zabawne, że chcesz tego słuchać. Jednak w porządku. Może dzięki temu przeżyję tę noc.

Chłopiec szybkim ruchem głowy poprawił wpadającą do oczu, płową grzywkę. Bury poruszył szczęką, jakby sprawdzał czy zdoła wydobyć z siebie jakiś głos. Do tej pory szło mu dobrze, więc warto było spróbować. Póki co, nic innego nie przychodziło mu do głowy. „Nie zdechnę w tej celi”, poprzysiągł sobie. „Nikt nie będzie triumfował z powodu mojej śmierci, a kiedy pójdę na spotkanie z diabłem, pociągnę ich za sobą jak najwięcej”.

– Jesteś, Sven? – wychrypiał Bury. Chłopiec szybko podniósł wzrok na mężczyznę.

– Jestem.

– Wysłuchaj historii. Nie próbuj mnie zrozumieć i nigdy nie powtarzaj tego, co robiłem. Kiedy jej wysłuchasz, natychmiast zapomnij. Jeśli będziesz ją nosił w sobie,w końcu cię to zniszczy. Tak samo jak mnie. Rozumiesz?

Chłopiec pokiwał głową, a Bury zamknął oczy i wziął głęboki oddech okupiony bólem złamanych żeber.

1

– Czarownik mieszka na końcu wioski. – Zdławionym głosem wyjaśnił wieśniak. Bury czuł smród jego strachu. Obrzydzał go brudny, przepocony kaftan, za który podniósł mężczyznę tak, że jego nogi zwisały nad ziemią. Wypuścił go gwałtownie i pozwolił mu upaść na ziemię. Wieśniak skulił się, a później, dysząc, próbował się wycofać…

„Jak ranne zwierzę, kiedy czuje, że to koniec” – Burzowy Gniew wykrzywił pogardliwie usta i odwrócił się, by odejść we wskazanym kierunku. Wiedział, że jest właściwy. Ludzie są zbyt strachliwi, by dobrze kłamać. A przynajmniej większość z nich.

– Nie rób mu krzywdy! – wyrzucił z siebie wieśniak w ślad za oddalającą się sylwetką Burego. Ciemnookie, przerażające oblicze obróciło się momentalnie. Wieśniak zatrząsł się na widok drapieżnego uśmiechu.

– Och, nie. Nie śmiałbym – odparł Bury pobłażliwie. Bawił go zryw odwagi kogoś, kto zapewne ma dawno przemoczone spodnie.

– To dobry człowiek! Pomoże każdemu! – Ośmielony tym, że w ogóle jeszcze żyje, wieśniak zdobył się jeszcze na parę słów. Burego zaczynało to drażnić. Warknął pod nosem, jak wilk, i oddalił się szybko, a masywna sylwetka trochę kłóciła się z jego lekkim chodem.

*

Burzowy Gniew zabębnił pięściami w drzwi chaty. Była wyraźnie oddalona od wsi, przycupnęła na skraju lasu wiele lat temu. Mały domek ze spadzistym, lekko zapadniętym dachem na pewno pamiętał lepsze czasy. Ściany zdawały się wspierać jedna drugą i wyglądały jak beztroska zbieranina stworzona z czegoś, co tylko przy ogromie dobrej woli można by nazwać materiałem budowlanym. Okna z przekrzywionymi, wiszącymi na zawiasach okiennicami przypominały spojrzenie starca z kataraktą. Kiedyś na pewno bystrzej spoglądały na gości. Drzwi jęknęły, jakby ze skargą, a podłoga odpowiedziała żałośnie w rytm czyichś kroków.

– Kto zacz? – Miękki, melodyjny głos był przytłumiony przez na wpół zżarte przez korniki drzwi, które urokiem przypominały co najwyżej wrota od stodoły, a wielkością – wejście do króliczej nory.

„Pomoże każdemu – pomyślał Bury. – Ciekawe, ilu wieśniakom sprzedał już miłosne eliksiry albo talizman zapewniający szczęście na polowaniu. Kto wie, może ma nawet srebrne krzyżyki do obrony przed…”

Drzwi uchyliły się gwałtownie i zaszurały po ziemi. Bury od razu spiął się, czujny i gotów zareagować. Przez tę krótką chwilę nie było ważne, po co przyszedł – wszędzie oczekiwał co najmniej chłodnego przyjęcia. Gdyby gospodarz zechciał próbować sztuczek, Bury wolał je zdusić w zarodku. Razem z marnym istnieniem tchórza, który by się na to poważył.

Bystre, zielone oczy popatrzyły nieco w górę, na twarz gościa. Spojrzenia mężczyzn skrzyżowały się, ale obaj trwali w milczeniu. Gospodarz wciągnął głęboko powietrze, a Burzowy Gniew przeciwnie – wstrzymał oddech, nie przestając się w niego wpatrywać.

– A o tym wieśniacy nie wspomnieli – zagadnął lekko Bury, bez zaproszenia przechodząc w głąb chaty i siadając przy krzywym stole. Jego niski, głęboki głos odbił się od zawilgoconych ścian.

Wnętrze składało się z jednej izby, której niewielka część była odgrodzona przepierzeniem. Przybysz zgadywał, że może szaman tam sypia, chociaż osobiście wybrałby pobliże kominka, który trzaskał – wcale nie wesoło, jak w bajkach, a z jakimś dziwnym, ponurym zapamiętaniem.

Domownik usiadł naprzeciw Burzowego Gniewu, nadal wpatrując się w niego ze zdumieniem. Ciemne źrenice prawie całkowicie połknęły zielone tęczówki.

– Nie mówili, bo nie wiedzą. I wolałbym, żeby się nie dowiedzieli – powiedział cicho, ale zdecydowanie.

– Nie wiedzą, że tak ceniony przez nich szaman w rzeczywistości wcale nie jest człowiekiem? W wiosce wołają cię Markus, ale teraz już wiem, że to nie jest prawdziwe imię. A więc?

– Ostatni Szept. – Padła prawie niesłyszalna odpowiedź, jakby właściciel tego imienia nie wypowiadał go od bardzo dawna.

Ogień w kominku zgasł, a rondle wiszące nad nim zabrzęczały, choć w chacie nie było przeciągu.

Szept zmełł przekleństwo w ustach i pstryknął palcami, a kiedy nic się nie wydarzyło, zaczął powtarzać ten gest tak uporczywie, że w końcu Bury złapał go za nadgarstek. Zielonooki nie przestraszył się jednak gwałtownego gestu, tylko wykrzyknął coś rozdrażniony w obcym języku. Od teraz izbę rozjaśniała tylko odrobina światła wpadająca przez okna.

– Jeśli nie chcesz, żeby ta chałupa runęła nam na łby, używaj na razie tamtego imienia albo wynoś się w diabły – mruknął rozdrażniony Szept.

– I po to właśnie przyszedłem. – Bury oparł silne przedramiona na stole, dłonie zaciskając w pięści i wpatrywał się w szamana. – Znasz się na fachu, czy ograniczasz się do wróżenia przyszłości dla głupich wieśniaczek? Muszę wiedzieć.

Ostatni Szept zacisnął gniewnie usta i spojrzał ze złością na Burego.

– Przyszedłeś, żeby mnie obrażać? Jeśli tak, idź do kogoś…

Nie dokończył. Jego oczy zaszły mgłą, a po chwili stały się mlecznobiałe. Usta jakby bez udziału woli zaczęły wypowiadać dziwne formuły, których znaczenia Burzowy Gniew nie mógł pojąć. Siedział i przyglądał się z lekką obawą. Nigdy nie widział niczego choć trochę podobnego do stanu, w którym znalazł się Szept. Może szaman wpadł w trans? Kościany naszyjnik na jego szyi grzechotał tępo, szare włosy sięgające do szczęki, przepasane chustką, podskakiwały przy każdym sztywnym, nienaturalnym ruchu głową. W końcu szaman zacisnął powieki, wciągnął spazmatycznie powietrze i… jednym susem odskoczył od Burego, wpatrując się w niego już zupełnie przytomnie. Ciemnooki przybysz był tak zdziwiony, że dotarło to do niego dopiero po krótkiej chwili.

– Pakt z diabłem! Widzieliście go?! Oszalał! Coś ty najlepszego zrobił, co?! – Ostatni Szept wyrzucał ręce w górę, to znów łapał się za głowę. Wyglądało na to, że jeszcze chwila, a zacznie rwać z niej włosy. Burzowy Gniew doskoczył do niego i wyciągnął zaciśniętą dłoń tuż przed twarz szamana, jakby zamierzał go uderzyć.

– Ani słowa więcej – warknął. Zabrzmiało to jak gardłowy pomruk drapieżnika. Zielonooki zacisnął więc usta, ale wpatrywał się wyzywająco w Burego.

– Zabiłeś masę ludzi! – szeptem strofował przybysza.

– Dołączysz do nich, jeśli nie zaczniesz się normalnie zachowywać, wierz mi.

Bury był wytrącony z równowagi – nie tylko dlatego, że wszystko szło nie po jego myśli. Szaman Markus okazał się Wilkiem, a na dodatek wskutek dziwnego ataku dowiedział się, co go gnębi. A teraz zachowywał się jak wariat. Przede wszystkim jednak…

„Jeśli on aż tak bardzo boi się diabła, to chyba mam większe kłopoty, niż myślałem” – przyszło mu do głowy, ale zaraz odrzucił tę myśl. Nienawidził bezsilności. Jeśli Ostatni Szept nie pomoże, wezwie diabła z powrotem i…

– Przestań! Zwariowałeś! – Szaman krzyknął mu prosto w twarz. Burzowy Gniew drgnął, ale nie cofnął się nawet o krok.

– Nigdy więcej nie waż się tak robić. – W głosie Burego słychać było ostrzeżenie i sam nie wiedział, czy tyczy się to wrzasków Szepta, czy tego, że nieznajomy właśnie czytał mu w myślach.

Tymczasem Ostatni Szept z powrotem usiadł przy stole. Po krzykach nie został nawet ślad, teraz wyglądał na skupionego.

– Czego ode mnie oczekujesz? – spytał zupełnie spokojnie. Bury uniósł brwi. Kim jest ten szaleniec? Zachowywał się, jakby mieszkały w nim dwie różne osoby.

– Tego, że powiesz mi, jak zerwać pakt.

Szaman spojrzał w zdecydowane, ciemnobrązowe oczy Burzowego Gniewu. Wiedział, że tacy jak on nie poddają się łatwo. Bury w napięciu wpatrywał się w niego i Szept pomyślał, że jego umiejętności chyba zostały dostrzeżone. Poczuł coś na kształt zadowolenia.

Za oknem okrągły księżyc uśmiechał się zalotnie do gwiazd. Noc była jasna, ale Ostatni Szept nie potrzebował światła, by dotrzeć tam, gdzie zamierzał. Jeszcze raz przez dłuższą chwilę obserwował Burego i podjął decyzję. Wiedział, że siedzący przed nim mężczyzna nie jest ani dobry, ani szlachetny. Nie chciał jednak zabrać go do żadnego sanktuarium, które ten mógłby zbezcześcić samym swoim pojawieniem się. Myślał o czymś innym, co już od dawna chodziło mu po głowie. Można by rzec, że Burzowy Gniew, razem ze swoją absurdalną prośbą, pojawił się w samą porę. Ludzie w miasteczku zaczęli podejrzewać, że szaman Markus ma swoje za uszami. Wolał nie czekać, aż zorientują się, że te uszy czasem robią się spiczaste i obrastają sierścią. Nie chciał pewnego dnia otworzyć drzwi i natknąć się na bandę rozkrzyczanych wieśniaków. Wiedział, że byłby w stanie ich zabić i nie był pewien, czy czuje się komfortowo z tą świadomością…

Ostatni Szept wziął głęboki oddech i rozejrzał się po izbie. Nadszedł czas, by znów wyruszyć w drogę. Nigdy nie przywiązywał się do miejsc, przedmiotów czy ludzi. Tak było łatwiej i bezpieczniej. Jeśli szaman jeszcze w cokolwiek wierzył, to tylko w to, że skoro wystarczająco dobrze będzie mylił trop, śmierć tak szybko go nie dopadnie. Po prostu zatrzyma się zdezorientowana nad urwanym śladem jego wilczych łap i zawyje ze złości. Ale on będzie już wtedy daleko.

– Avael – powiedział spokojnie, ale pewnym głosem. – Udamy się do Avael.

*

Bury nigdy nie poznał nikogo dziwniejszego niż Ostatni Szept, ale kiedy usłyszał nieoczekiwaną propozycję wspólnej wyprawy, instynkt podpowiedział mu, żeby się zgodził. Nie znał szamana, lecz wędrował w pojedynkę tak długo, że widok drugiego Wilka stał się dla niego kojący i czuł pod skórą, że może stać się początkiem czegoś ważnego. Miał również nadzieję, że pewnego dnia wspólnie odkryją, jak zerwać pakt z diabłem, który Burzowy Gniew zawarł zeszłej zimy. Wysoki, mocno umięśniony mężczyzna o ciemnobrązowych włosach sięgających za łopatki zmarszczył brwi na ten przypływ nadziei. „Nie obiecuj sobie zbyt wiele”, pohamował uczucie entuzjazmu i tylko skinął poważnie głową na propozycję Ostatniego Szepta.

Czy się bał? Nie, bo wiedział, że w każdej chwili może odejść lub zabić, stawiając kolejny krok na swojej krwawej ścieżce. Nie wahał się, bo nie znał zawahania. Więc kiedy z radosnym chichotem Ostatni Szept kopniakiem otworzył drzwi od chatki i zmienił się w szczupłego, rdzawo-płowego wilka, gotów wyruszyć w drogę, Burzowy Gniew również przybrał wilczą postać. I pobiegli tak, jak tylko Wilcy potrafią.

2

To miejsce było jak obietnica. Jak głęboki oddech, którym możesz wypełnić płuca i nie musisz mieć obaw, że usłyszy go wróg. Było bystrą, lodowatą wodą w głębokim strumieniu i szelestem liści, kiedy łanie wydeptywały prastare ścieżki. Było trelem ptaków, które zdawały się nierzeczywiste w swoim upartym hymnie do słońca. Było konarami drzew artretycznie powykręcanymi ze starości.

Było Avael. Było domem.

Dziwnym domem, który nie zapomina i nie wybacza. Śliskie kamienie nad brzegiem wody zwiodły już wiele spragnionych istnień. Gęsto splecione gałęzie bez ustanku strzegły wypisanych na niebie konstelacji tak czujnie, że w najgłębszych miejscach puszczy nie dało się dostrzec nieba. Splątane poszycie było gotowe jednym trzaskiem wskazać obecność nieostrożnego wędrowca. Echo myliło zmysły i budziło przytłaczające uczucie osamotnienia w ciemnej puszczy – zdawało się czekać na najmniejszy błąd wędrowca. A jednak Burzowy Gniew od razu poczuł się tu pewnie. Całymi dniami przemierzał przepastne lasy, poznając ścieżki, charakterystyczne punkty i reguły, którymi rządziło się to miejsce.

Lubił docierać aż na skarpę, z której widać było miasto, albo iść w przeciwnym kierunku – wtedy trafiał nad połyskliwą taflę jeziora, przed którym zawsze przestrzegał go Ostatni Szept. Nie bez powodu mieszkańcy miasteczka nazywali je Wiecznem. Wydawało się, że istnieje od zawsze, a klęski, przez które ginęli okoliczni mieszkańcy, najwyżej na chwilę mąciły srebrzystą powierzchnię. Jego migotliwa woda mamiła zmysły, a najmniejsza nieuwaga groziła śmiercią. Ludzie przestrzegali swoje dzieci przed lichem chodzącym po dnie, tak głęboko, że nie widziało nigdy promieni słońca. Strzegli się rusałek, które wabiły nieostrożnych wędrowców. Zawsze jednak pozostawiali sobie margines błędu – lekko wykrzywione w uśmiechu usta na wypadek, gdyby ktoś wyśmiał ich wiarę w te niebezpieczeństwa. Ostatni Szept nie miał ku temu powodu. Nie musiał wierzyć w żyjące nad Wiecznem stworzenia. Wiedział, że one tam są.

Dziś jednak Bury poszedł w innym kierunku, na południowy wschód od obozowiska – miejsca, które powoli i z dużą dozą ostrożności zaczął nazywać domem. Matecznik, który przypadkowo odkrył, instynktownie omijał szerokim łukiem. Tym razem chciał sprawdzić, dlaczego tak się dzieje. Jeśli groziło mu jakiekolwiek niebezpieczeństwo, wolał być tego świadom.

Ostatni Szept został w obozie. Nigdy nie wypuszczali się na wspólne wędrówki, chyba że chodziło o polowanie na grubą zwierzynę. Jednak nawet wtedy trudno było im się zgrać i bywało, że wracali pokiereszowani lub z pustymi rękami. Szept nie chciał wiedzieć, dokąd chodzi Bury, a ten nigdy nie pytał szamana o jego sprawy. Taki stan rzeczy zdawał się obojgu odpowiadać, ale Ostatni Szept miał wrażenie, że to tylko oczekiwanie na coś innego, nowego. Każdego dnia zrywał się o świcie, mając nadzieję, że tego dnia wyjaśni się, dlaczego intuicja nie daje mu spokoju.

Burzowy Gniew dotarł na miejsce, czujny i skupiony. Odruchowo sprawdził, czy ma przy sobie nóż. Chociaż nie nastawiał się na konfrontację i nie szukał zwady, wolał być gotowy w razie, gdyby coś go zaskoczyło. Wiedział, jak kończą ci, którzy dadzą się zaskoczyć – szybko i boleśnie.

W mateczniku poszycie rosło gęsto, a promienie słońca docierały tu mocno rozproszone. Mimo że popołudnie trwało w najlepsze, panował przytłaczający, lepki półmrok. W koronach drzew nie odezwał się ani jeden ptak, wiatr nie poruszał gałęziami. Panująca cisza była jak ostrzeżenie. Bury przygarbił się i z uwagą obserwował otoczenie, łowiąc każdy szmer i wytężając wzrok, gotów zauważyć najdrobniejszy ruch. Zerknął przez ramię tknięty niepokojem. Nie miał ochoty wchodzić głębiej do matecznika, ale zdawał sobie sprawę, że to konieczne, jeżeli zamierza zostać w Avael na dłużej.

Gdy zbliżył się bardziej, zauważył, że ściółka jest rozgarnięta, a podłoże zryte do samej ziemi. W nozdrza uderzyła go ostra, odrażająca woń, która nie była podobna do żadnego ze znanych mu zapachów. Usłyszał trzask łamanych gałęzi i głośne charczenie dobiegające z niewielkiej odległości. I kroki. Długie, nierówne, jakby stawiało je stworzenie, które dopiero uczy się chodzić. Burzowy Gniew ukrył się za pniem starego, powykręcanego dębu i wychylił się nieco, nieustannie gotów do ucieczki lub walki. Powoli odgarnął zarośla, cały czas mając nadzieję, że przeczucie go myli. A potem przylgnął plecami do drzewa skryty za jego pniem i zacisnął powieki. „To chyba jakiś żart”, mruknął pod nosem. „Pieprzony, cholerny żart”.

* * *

Zimne klepisko celi zadziałało jak sole trzeźwiące. Bury, wyrwany z sennych majaczeń, spróbował podnieść się choć na chwilę, ale osłabione ramiona nie wytrzymały jego ciężaru. Mężczyźnie zawirowało w głowie i opadł na ziemię, uderzając potylicą w podłoże i ponownie tracąc przytomność. Kilka splątanych w strąki pasm włosów zakryło jego twarz o mocno zarysowanej szczęce i ostrym wyrazie. Zza krat przyglądały mu się niebieskie oczy Svena sprawiające wrażenie zbyt dojrzałych jak na swój wiek. Chłopiec zastanawiał się, czy Burzowy Gniew dziś umrze i z dziwną fascynacją wpatrywał się w nieprzytomnego więźnia. Był ciekaw dalszego biegu historii, która mogła się skończyć, choć Bury ledwo zdążył ją zacząć.

Z sąsiednich cel dobiegały okrzyki, nawoływania i jęki udręczonych zimnem, wilgocią i głodem. Ktoś w oddali uderzał o kraty, wywołując jednostajny, drażniący dźwięk, a tuż obok zakratowanego okienka przejechał wóz. Końskie kopyta zastukały o bruk, koła zaterkotały absurdalnie wesoło. Bury przebudził się na chwilę, a jego pierwsza myśl była tak zaskakująco trzeźwa i logiczna, że postanowił się jej uczepić.

3

Od czasu przybycia do Avael Burzowy Gniew i Ostatni Szept niewiele rozmawiali, ale teraz niemal ze sobą nie przebywali. Bury był całkowicie pochłonięty myślami krążącymi wokół matecznika, który niedawno znalazł. Wracał w to miejsce regularnie, ale nigdy nie próbował podejść równie blisko jak za pierwszym razem. Pierwszego dnia po dokonaniu odkrycia oświadczył szamanowi, że muszą stąd odejść i tylko zdecydowany opór Szepta sprawił, że mężczyzna postanowił zostać w Avael. Gdyby zostawił szamana samego, zastanawiałby się, czy nic mu się nie stało. Wiedział o tym, ale nie był pewny, co zrobić z tym uczuciem. Nigdy nie odczuwał niczego na kształt odpowiedzialności. Nie rozumiał, skąd wzięło się poczucie jedności, a Ostatni Szept odmawiał rozmów, gdy Burzowy Gniew próbował zdobyć informacje. Choć drażniło go to, szaman dawał mu do zrozumienia, że istnieje jakiś ważny powód, a wilczy instynkt pomoże Buremu uporządkować myśli i odnaleźć się w nowej sytuacji. Tyle że Burzowy Gniew nie chciał odnajdywać się gdziekolwiek. Chciał stąd odejść i zabrać szamana ze sobą, ale nie mógł. Pozostawał we frustrującym rozdarciu, grając na czas.

Bury był pewien, że szaman wie coś więcej, ale ten tłumaczył tylko lakonicznie, że czeka. Burzowy Gniew czekał więc razem z nim. Nie rozumiał tylko, dlaczego nie może po prostu opuścić Ostatniego Szepta, a to budziło jego rozdrażnienie. Zawsze był samotnikiem, nie przywiązywał się do nikogo. Dlaczego więc nie mógł zostawić szamana w Avael?

Tamtego dnia Burzowy Gniew włóczył się w pobliżu obozowiska. Utrzymywał, że szuka tropów, ale tak naprawdę próbował uporządkować myśli, które kłębiły się w jego głowie i sprawiały, że był wściekły. Nie znosił bezczynności. Nocą zmieniał postać i biegł przed siebie, dopóki starczyło mu sił. To był dobry, sprawdzony sposób. Znał go od dawna. Z ulgą witał utratę przytomności spowodowaną wycieńczeniem. Omdlenie zamazywało myśli i sprawiało, że zmartwienia stawały się kojąco odległe. Mniej ważne niż kawałek ziemi, na którym można lec bez ducha i poczekać, aż organizm poradzi sobie ze śmiertelnym zmęczeniem. Albo i nie, co Burzowy Gniew również przyjąłby z ulgą.

Ostatni Szept na szczęście nie był dociekliwym towarzyszem, a Bury to doceniał. Szaman nie dał wszak po sobie poznać, że wymówka Burzowego Gniewu brzmi co najmniej wątpliwie – zapach wilków wokół obozowiska był tak silny, że zwierzęta do niego nie podchodziły, więc jedynymi tropami, które Bury mógł znaleźć, były jego własne.

Spokój panujący wokół wydawał się osobliwy – zupełnie jakby Avael nie zdawało sobie sprawy z obecności Wilków. Słońce grało w koronach drzew i zwróciło na moment uwagę Burego. Spojrzał w górę i nagle poczuł ból tak przenikliwy, jakby coś próbowało rozsadzić jego czaszkę od środka. Wypuścił powietrze z płuc i oparł się plecami o najbliższy pień. Zamknął oczy, ale pod powiekami zatańczyły kolorowe plamy. Bardziej poczuł, niż zrozumiał, że coś zmusza go do pośpiechu. Odpowiedź mogła być tylko jedna.

– Szept – chrypnął, a paraliżujący ból głowy natychmiast ustąpił.