Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
877 osób interesuje się tą książką
Renzo
Utknąłem na lodowatym kanadyjskim pustkowiu z pieprzoną Shae Byrne.
Sam nie wiem, co jest gorsze.
Koniec końców to jej wina, że się tu znaleźliśmy.
Mam ochotę ją udusić, a przynajmniej powinienem mieć…
Tymczasem wcale nie nawiedzają mnie mordercze fantazje. Zamieniły się w coś nieskończenie bardziej niebezpiecznego. Bardziej uwodzicielskiego.
Nie chcę zabić Shae Byrne.
Chcę ją posiąść…
Zostałem nowym bossem rodziny Moretti i nie powinienem nawet patrzeć w jej stronę.
Bo jeśli coś się między nami pojawi, to nie będziemy mogli wrócić do domu.
Ale tutaj, na arktycznej północy, żadne zasady nie obowiązują.
Shae
To właśnie przez takich aroganckich facetów jak Renzo Donati zazwyczaj umawiam się z kobietami.
Mogłam utknąć na końcu świata z każdym, a jednak los związał mnie właśnie z nim.
Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby przetrwać.
I na tym wszystko powinno się zakończyć.
Tylko że gdy nocą on otacza mnie swoim twardym ciałem, chroniąc nas przed zimnem, przestaję myśleć o przetrwaniu.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Craving Chaos
Copyright © Jill Ramsower 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Karina Przybylik, Wiktoria Garczewska, Martyna Rolirad
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8470-075-4 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
www.wydawnictwoniezwykle.pl
Wydawnictwo NieZwykłe
wydawnictwoniezwykle
Wyd_NieZwykle
wydawnictwoniezwykle
Shae
W moich oczach kucyk może być także smyczą. Ludzie często myślą, że moje krótkie włosy to jakaś awangardowa deklaracja. I jasne, uwielbiam modę, jak większość dziewczyn, ale w moim przypadku we fryzurze oraz stylu chodzi o strategię. I tak prawie każdy, kto chciałby mnie skrzywdzić, ma przewagę rozmiaru. Po co więc miałabym komukolwiek ułatwiać robotę?
Sądząc po tym, ile młodych kobiet nosi długie włosy, nie wszystkie podejmują decyzje estetyczne z myślą o potencjalnej walce. Jak kto chce. Ja mam dwóch starszych braci i wywodzę się z rodziny przestępczej, więc gdy kupuję bluzkę, to bardziej interesuje mnie, czy zdołam się w niej sprawnie wywinąć, gdyby ktoś założył mi blokadę na szyję, niż jak wyglądają w niej moje cycki.
Taka już jestem. Inaczej nie umiem.
Właśnie dlatego na spotkanie z Donatimi w dokach postanowiłam włożyć szpilki. Z Donatimi? Może powinnam powiedzieć „z Morettimi”? Nigdy nie wiem, jak to tam jest z tymi Włochami. Ich organizacja nazywa się Rodzina Moretti, ale nie ma tam ani pół człowieka o tym nazwisku. Obecnie za sterami siedzi rodzina Donati.
Nie ma to za nic sensu.
Z drugiej strony w mojej rodzinie właśnie to liczy się najbardziej. Więzy krwi. Ojciec należał do trzech pierwszych braci Byrne’ów. To oni zbudowali cały biznes od zera. Zadbali, żeby nasze nazwisko wzbudzało respekt, a nie dezorientację. Jasne, Włochów jest więcej, ale każdego bożego dnia wolałabym pozostawać Byrne’em, a w niedziele nawet podwójnie.
Nigdy wcześniej nie poświęcałam Włochom zbyt wiele uwagi, co najwyżej się zastanawiałam, jakie stanowią dla nas zagrożenie. Jakoś niedawno sprzymierzyliśmy się z rodziną Moretti. W naszej branży sojusznik to niejasne pojęcie. Robimy razem interesy, ale ani trochę im nie ufam. Natomiast gdybym przyszła na spotkanie uzbrojona po zęby, wyszłoby, że ich nie szanuję. Muszę więc dobrać broń kreatywnie.
I stąd szpilki.
Faceci uwielbiają oglądać kobiety na obcasach, bo seks przysłania im zdolność myślenia. Tymczasem ja potrafię narobić pięciocalowymi szpilami od Jimmy’ego Choo takich samych szkód, jakbym dzierżyła nóż.
Widzicie, ile zabawy daje moda?
Pomijając to, że pozwala mi się wygodnie dozbroić, przydaje się do sztuki maskowania i zwodzenia ofiar. Kobietę przykładającą uwagę do własnego wyglądu często się bagatelizuje jako zwykłą laleczkę. Urabiam się po łokcie, żeby postrzegali mnie na równi z mężczyznami w rodzinie, ale z drugiej strony odkryłam, że gdy pozwalam się lekceważyć, zdobywam taktyczną przewagę nad rywalami.
Dzięki obleśnym uśmieszkom, z jakimi właśnie zerkają na mnie dwaj kolesie od Renza Donatiego, wiem, że trafiłam w punkt.
– Shae Byrne – rzucam na powitanie. – Przyjechaliśmy po nasze skrzynie. – Skrzynie wypełnione spluwami. Po same brzegi.
Mój kuzyn Oran połączył siły z Donatimi, żeby zniszczyć potężnego człowieka maczającego palce w handlu żywym towarem. Plan obejmował między innymi przerzucenie dostawy broni, korzystając z portów znajdujących się pod kontrolą mafii Morettich. Teraz, gdy operacja dobiegła końca, czas odzyskać cenny towar.
Tyczkowaty koleś z włosami ściągniętymi w ulizany kok poklepuje czekającą obok skrzynię.
– Wszystko tu mamy, ale wózek widłowy odmawia współpracy. Wątpię, żeby się wam chciało przenosić to ręcznie.
Kawałek dalej faktycznie stoi maszyna, widać na niej więcej rdzy niż farby. Skrzynie z bronią ważą w cholerę ton, a mamy ich tu dziesięć. Broń palna jest w chuj cięższa, niż się może wydawać. Liczyłam, że w piątkowy wieczór ominą mnie takie niespodzianki.
Spoglądam na moich trzech chłopaków.
– Zna się który na maszynach?
– Żaden spec tu nic nie pomoże. – Zza wózka widłowego wyłania się Renzo Donati, prostuje się i wyciera dłonie w jakąś szmatę. – Wygląda na to, że regulator ciśnienia paliwa wysiadł. Najbliższy działający podnośnik stoi dwa nabrzeża dalej, a biorąc pod uwagę, z jaką prędkością porusza się to dziadostwo, dojedzie tu najwcześniej za godzinę.
Jeżeli po dziesięciu latach pracy w zdominowanej przez samców branży czegoś się nauczyłam, to tego, że mężczyźni są mistrzami w pieprzeniu jak potłuczeni. Zamierzają ci wciskać kit z miną natchnionego kaznodziei, choć za ich słowami nie kryje się nawet ziarno prawdy, tak jakby zadanie ciosu w plecy w oparach ściemy wydawało się lepsze od przyznania się do niepewności.
Bo, broń Panie Boże, żeby jeszcze wyszło, że oni czegoś nie wiedzą.
Zerkam na swoich towarzyszy ponownie i unoszę wyczekująco brwi. Sammy kiwa brodą.
– Ja mogę spojrzeć. – Podwija rękawy i podchodzi do wózka, ignorując przy tym Donatiego, gdy ten patrzy na mnie, mrużąc oczy.
– Nie ufasz mojej opinii?
– Nigdy nie zaszkodzi zasięgnąć drugiej. Nie bierz tego do siebie.
Tak jakby mężczyzna pokroju Renza Donatiego mógł nie uznać podważenia jego zdania za afront. Niestety, nie należę do kobiet chodzących cichutko na paluszkach, żeby przypadkiem nie urazić męskiego ego.
– Te skrzynie zalegają tu od miesięcy. Też już bym wolał się ich stąd pozbyć.
Donati zaczyna krążyć wokół mnie, powoli jak czający się do skoku kocur. Jest wysoki. Mam jakieś pięć stóp i pięć cali i włożyłam pięciocalowe szpile, ale i tak znacznie mnie przewyższa. Kolejna różnica to moje niebieskie oczy upstrzone złotymi płatkami, zaś jego nieskazitelnie błękitne – niczym czyste niebo w mroźny, zimowy dzień. A on ewidentnie wie, jak je wykorzystywać, bo przeszywa mnie nimi groźnie, i normalny człowiek pewnie poczułby się pod tym spojrzeniem nieswojo.
Ale ja staję przeciwko temu spojrzeniu z uniesioną przyłbicą i dokładam półuśmieszek.
Chcesz się zabawić, wielkoludzie? No to zapraszam.
Odrywa ode mnie oczy tylko na ułamek sekundy, żeby wybrać numer w komórce. Podchodzi na zaledwie dwie stopy.
– Hej, Conner. Wózek widłowy stroi fochy. Powiedziałem, że możemy załadować te skrzynie ręcznie, ale akurat przyjechała twoja kuzyneczka i kiepsko się ubrała do ciężkiej pracy.
Zaciskam pięść.
Jak śmie dzwonić do mojego kuzyna, jakbym była niewidzialna? Do tego zakłada, że boję się ubrudzić, jak jakaś mała księżniczka. Ile ja bym dała, żeby kopnąć go w to napuszone dupsko.
Obmacuje wzrokiem moje ciało, zjeżdża tymi lepkimi oczkami coraz niżej. Ciekawe, ile narobiłabym sobie kłopotów, gdybym go podcięła. Wyobrażam sobie chrupnięcie, z jakim jego plecy uderzają o beton, i aż drży mi kącik ust. Przeszywam go ostrym spojrzeniem jak włócznią. Jego błękitne oczy błyszczą triumfalnie, chyba liczył na dokładnie taką reakcję z mojej strony. Celowo zadzwonił do Connera, chciał zaleźć mi za skórę.
Najwyraźniej nie ma pojęcia, z kim ma do czynienia.
– Tak, za kilka dni mi pasuje – kontynuuje. – Do tego czasu powinniśmy uruchomić to cholerstwo… doceniam, że to rozumiesz. Na razie.
Rozłącza się, każdy cal jego umięśnionego ciała promieniuje samozadowoleniem.
Mam ochotę skrzyżować ramiona albo okazać rozdrażnienie w inny sposób, ale się hamuję.
– Jestem zaskoczona, że znalazłeś czas, żeby zająć się tym osobiście. Pomyślałabym, że skoro teraz ty wszystkim kierujesz, to masz ważniejsze rzeczy do roboty, ale nie wszyscy dobrze adaptują się do roli przywódczej. – Stawiam krok w jego stronę.
Wyzwanie.
Moja krew aż śpiewa, tak się niecierpliwię, gotowa do walki.
Nie zamierzam ustępować pola facetom pokroju Donatiego, którzy taplają się w wysokim mniemaniu o własnej osobie, żeby zakryć głęboko zakorzeniony brak pewności siebie, jakby szpachlowali opryszczkę najtańszym podkładem. Tak to już jest, gdy tatuś wręcza ci fuchę szefa, choć sobie na nią nie zapracowałeś. Ja utorowałam sobie drogę zębami i pazurami. Stale buduję swój charakter. Przy okazji dostałam możliwość analizowania mężczyzn dzierżących władzę w naszym światku. Ujmę to najdelikatniej, jak potrafię: rozczarowali mnie. A miałam mnóstwo okazów do badań, bo jeżeli chodzi o równouprawnienie, to świat zorganizowanej przestępczości wyłazi ze średniowiecza w ślimaczym tempie.
Renzo posyła mi lodowate spojrzenie.
– Wiesz cholernie dużo o przywództwie jak na kogoś, kto nigdy w życiu niczym nie kierował. – Naśladuje mój ruch i nasze stopy dzieli zaledwie kilka cali.
– Przynajmniej zapracowałam sobie na to, gdzie się znajduję.
Podnosi rękę, jakby chciał mnie dotknąć, ale nie daję mu szansy. Chwytam go za nią, wykręcam się pod naszymi złączonymi dłońmi i już po chwili Renzo stoi z ramieniem wygiętym za plecami. Chwilę później unieruchamiam mu głowę chwytem za szyję. Zajęło mi to wszystko może trzy sekundy. Maksymalnie.
W mniej więcej drugiej sekundzie jego ludzie wyrwali broń z kabur, przez co moi postąpili tak samo.
– Dość tego! – ryczy ochryple przyduszony Renzo.
Puszczam, bo nie chcę wywołać krwawej jatki. Jest ewidentnie wściekły. Spodziewam się, że błyskawicznie się odwróci i wyładuje na mnie gniew, ale on, co szokujące, szarżuje na swoich ludzi.
– Chować to, kurwa, a jak jeszcze raz wyciągniecie na nią broń, to sam was pozabijam!
Po tej surowej reprymendzie zapadła wręcz ogłuszająca cisza.
Kiwam moim chłopakom głową na znak, że też mogą schować broń.
– Zatem mówią prawdę – odzywa się do mnie Renzo. – Potrafisz się obronić. – Jego ton przeszedł tak spektakularną zmianę, że brzmi jak inny człowiek. Jadowite szczekanie sprzed chwili przeszło w atłasową pieszczotę. Od razu wzmagam czujność.
– Potrafię znacznie więcej, niż tylko się obronić, do cholery.
– Może i tak, ale nie umiesz zmusić do pracy tej kupy złomu.
Oboje zerkamy na Sammy’ego stojącego przy wózku widłowym, bo jak zrobiło się gorąco, to też zerwał się na równe nogi. Wyciera ręce w tę samą szmatę, co wcześniej Donati, i kiwa głową na maszynę.
– Regulator, tak jak powiedział.
Szlag, muszę skopać mu potem tyłek, bo to ostatnie mógł zostawić dla siebie. Nie chcę, żeby moi właśni ludzie podkopywali moje wysiłki.
– No i proszę – rzuca Renzo, podnosząc ręce dłońmi w górę. – Więc teraz nic z tym nie zrobimy.
– Następnym razem zadbaj o działający szajs i nie marnuj wszystkim czasu – warczę z krzywą miną.
Tym razem zabrzmiałam na zmanierowaną, ale straciłam inne argumenty. Kiwam na moich ludzi, żeby za mną ruszyli.
Lecz jego głos niesie się za mną, tym razem brzmi niczym odległy grzmot.
– Jak dla mnie o żadnej stracie czasu nie ma mowy.
Idę dalej naprzód, ale nie mogę się powstrzymać i zerkam na niego przez ramię.
Obserwuje mnie i w czasie potrzebnym na jeden zamach motylich skrzydeł przebija się spojrzeniem błękitnych oczu przez wszystkie warstwy mojej zbroi i słyszę, jak puka do drzwi duszy. To najście jest tak nagłe i nieoczekiwane, że pozbawia mnie tlenu. Płuca kurczą się boleśnie, zmuszając do natychmiastowego przerwania kontaktu wzrokowego.
Na miłość boską, co to było?
Kłopoty. To kłopoty.
I to nie takie zabawne.
Renzo Donati przywodzi na myśl odważną i głupią dziarę, którą robisz sobie na osiemnastkę, a potem przez całe życie żałujesz. Nie, dziękuję. Kilka minut temu się o to wściekłam, ale teraz się cieszę, że zadzwonił do Connera. Niech zajmą się tymi spluwami we dwóch. Ja nie chcę mieć do czynienia z facetem zdolnym sprawić samym spojrzeniem, że opuściłam budynek najszybciej, jak się dało.
Renzo
W wąskich kręgach naszych krewniaków i współpracowników szerzą się plotki. Komu potrzebne media społecznościowe, skoro we włoskiej społeczności pogłoski obejmują kolejne domy i dzielnice szybciej niż pożary w Kalifornii? Nasłuchałem się historii dotyczących Shae Byrne, w końcu nasze kuzynostwo się pożeniło, ale nasze ścieżki przecięły się dopiero dziś. Przynajmniej bezpośrednio. Bo owszem, widywałem ją z daleka, ale to zupełnie co innego, niż oberwać skupioną wiązką jej charyzmy i pewności siebie.
Już rozumiem, skąd wzięła się jej reputacja. Staram się nie dopuszczać, by ludzka szeptanina wpływała na mój osąd, ale ta dziewczyna sprostała zapowiedziom, i to z nawiązką. Niewielu ludzi miałoby odwagę tak mnie prowokować. Gdyby nie potrafiła poprzeć własnych słów czynami, powiedziałbym, że to bezmyślna postawa, ale potrafiła. Poruszała się tak diabelnie szybko, że prawie nie zdążyłem zareagować.
To coś pięknego, jeśli mam być szczery.
Patrzę, jak opuszcza magazyn w dokach i przychodzi mi na myśl określenie „ożywiona poezja”. Kroczy pewnie w stronę wyjścia, mimo wysportowanego ciała porusza się niezwykle lekko. Wychodzi na to, że mogę oderwać wzrok, dopiero gdy zatrzaskują się za nią drzwi.
Przecieram twarz, pewnie jestem cały w smarze, ale mam to gdzieś. Muszę się otrząsnąć i pozbierać do kupy, bo odnoszę wrażenie, że rzuciła na mnie jakiś czar. Ciąży na mnie zbyt wiele obowiązków, nie mam prawa sobie pozwalać na tego rodzaju odwracacze uwagi. Zwracam się do chłopaków:
– Rozumiem, że chcieliście mnie chronić, i doceniam to, ale nikt nie ma prawa jej tknąć choćby palcem, zrozumiano? – pytam spokojnym, ale stanowczym tonem.
Na tym kończę tłumaczenia swojego wybuchu. To nie ich zasrana sprawa, poza tym, żeby komuś wytłumaczyć, co tu przed chwilą zaszło, najpierw sam musiałbym to zrozumieć. Ale nie zamierzam się w to zagłębiać. Nic dobrego by z tego nie przyszło.
Patrzę w oczy każdemu ze swoich ludzi i zmieniam temat.
– Dajcie mi znać, jak tylko ten szajs zacznie działać. – Posyłam wózkowi widłowemu złowrogie spojrzenie i ruszam do tylnego wyjścia, bo tam zaparkowałem.
Shae miała sporo racji, to spotkanie nie do końca było warte mojego czasu, ale nasz sojusz z Irlandczykami to stosunkowo nowa sprawa i to z mojej winy nie odzyskali broni już kilka tygodni temu. Pomyślałem więc, że dam pokaz dobrej woli i zjawię się osobiście. Mogę też przyznać, że na tę decyzję wpłynęła wiedza, że w magazynie zjawi się Shae. Byłem jej ciekawy. Okazało się, że słusznie. Shae Byrne jest osobą dość fascynującą.
Wsiadam do auta, sprawdzam telefon i widzę wiadomość od mamy.
Muszę z tobą porozmawiać.
Wzdycham głośno. Przez przejmowanie interesów i zajmowanie się wszystkim po śmierci ojca mam za sobą piekielny miesiąc. Mamie jest ciężko. Czuję na sobie odpowiedzialność za udzielenie jej wsparcia, ale mojej uwagi domaga się tak wiele spraw.
Kilka miesięcy wcześniej tatę próbował obalić jego szwagier, wujek Fausto. Wyszło na to, że miał chrapkę na rolę szefa od dawna, bo wściekł się już przed laty, gdy objąłem funkcję zastępcy. Pewnie niemożliwe jest, by zliczyć, ile ludzi ma pretensje, że dwudziestoośmiolatek został zastępcą, a teraz bossem całej rodziny Moretti. I niepokoi mnie to. Jeśli się szybko nie wykażę, to zaskoczy mnie gwałtowny bunt.
Lojalność naszej rodziny pozostaje absolutnie niepodważalna, jeżeli chodzi o relacje z obcymi, natomiast wewnątrz organizacji trwają nieustanne przepychanki. Tak to już się dzieje w rodzinie.
Przed śmiercią taty rozmawialiśmy o strategicznym małżeństwie z Arianą de Bellis, córką bossa rodziny Giordano. Złączenie naszych rodów, zwłaszcza teraz, gdy rodziny Gallo i Lucciano zawarły sojusz, okazałoby się bardzo pomocne. Ale Christiano de Bellis skończył z kulą między oczami, zanim doszliśmy do wiążących postanowień. Teraz ich familia ma nowego bossa, więc skreśliłem cały ten plan.
Jestem pewien, że gdybym dostał czas, to dowiódłbym, że posiadłem wszystkie potrzebne umiejętności przywódcze, niestety czas to luksus, którego mi poskąpiono. Muszę znaleźć sposób, żeby się wykazać, i to jak najszybciej. Zwłaszcza przed starszym pokoleniem. Przytyk Shae trafił w czuły punkt właśnie przez te ciągłe obawy. Normalnie taka tania sztuczka spłynęłaby po mnie jak po kaczce, ale jej udało się trafić w samo sedno i nie sądzę, żeby zrobiła to przypadkiem. Dziewczyna posiada imponującą zdolność zrozumienia sytuacji. I właśnie dlatego tak naprawdę wcale się na nią nie zdenerwowałem, ale cieszę się, że udało mi się odpowiedzieć równie celnym strzałem.
Shae Byrne siedziałaby u steru ich organizacji, gdyby tylko kuzyni zechcieli ją tam dopuścić.
A może jest zadowolona z obecnej pozycji. Domyślam się, że musiała pracować dwa razy ciężej od kuzynów, żeby znaleźć się tam, gdzie teraz się znajduje. Szanuję to. Wbrew temu, co ona i pozostali mogą sobie myśleć, ja też wspinałem się po szczeblach pod stałą obserwacją surowych oczu. Jasne, może innym droga na szczyt przyszłaby trudniej, ale to nie znaczy, że moja podróż okazała się łatwa. Gdy ojciec szykuje ci miejsce na samym szczycie hierarchii, to nie istnieje coś takiego jak dzieciństwo.
Dorastałem w willi z lat osiemdziesiątych i dziś wygląda ona niemal identycznie jak w tamtych czasach. Kiedy pod nią parkuję, czuję się równocześnie jak u siebie i jakbym był tu obcy. Dom pozostaje tak cholernie ostentacyjny. Tatuś żarliwie wierzył w siłę pozorów. Ja uważam, że komunikat potrafi trafić do adresata celniej, jeżeli został nadany z odrobiną subtelności. Bo koniec końców, czy naprawdę jesteś taki potężny, skoro nieustannie musisz o tym wszystkim przypominać?
Tak czy owak, ojciec kochał ten dom i nie sądzę, żeby mama chciała się stąd wyprowadzić. Wiele jej najlepszych wspomnień powstało właśnie w tych jasnołososiowych murach.
– Cześć, mamo. Gdzie jesteś? – wołam, kiedy otwieram sobie drzwi, wchodzę i wieszam marynarkę na oparciu krzesła stojącego w pobliżu drzwi.
– W kuchni. – Jej głos niesie się echem po pustych pomieszczeniach.
Nie brakuje tu mebli, ozdób i różnych pierdółek, nie ma natomiast prawdziwego życia. Teoretycznie rzecz biorąc, mieszkają tu mój młodszy brat i kuzyn, ale rzadko w ogóle się pojawiają. Mama siedzi więc sama w tym kolosalnym domiszczu. Przygnębiające.
– Robisz sobie kolację? – Uśmiecham się i całuję ją w policzek.
– Tak, chcesz trochę? Sałatka z tuńczykiem, świeżutka.
– Dzięki, dla mnie jeszcze za wcześnie.
– Na pewno? Wiem, jak ją uwielbiasz.
– Mamo, co się dzieje? Napisałaś, że musimy porozmawiać, pamiętasz?
Zerka przelotnie w moją stronę. Nie wiem, co chce powiedzieć, ale się tym stresuje.
– Nie zdenerwuj się.
Przymykam oczy i wypuszczam powietrze przez nos.
– Jezus Maria, co on znów zrobił? – Powinienem się domyślić, gdy tylko zobaczyłem przygotowywane danie.
Próbowała wprawić mnie w dobry humor.
– Nic aż tak strasznego. Pamiętaj, że ty też od czasu do czasu pakujesz się w tarapaty.
Patrzę na nią ostrym wzrokiem.
– Jest na posterunku. Złapali go w czasie przejażdżki kradzionym samochodem – wyrzuca z siebie jak najszybciej.
– Ja pierdolę, i teraz muszę tam jechać i wszystko prostować – narzekam.
Mamy mnóstwo kontaktów i raczej uda mi się uchronić go przed postawieniem zarzutów, ale to jedno wielkie trucie dupy. Nie mam czasu na takie gówno.
– Sam wiesz, jak Santemu jest trudno. Musimy się zdobyć na odrobinę wyrozumiałości. Przyjęcie kuzyna do naszej rodziny to nie tylko zapewnienie mu wyżywienia i dachu nad głową.
– Myślisz, że o tym nie wiem? – sarkam.
Gdy przed kilkoma miesiącami został sierotą i zgłosiłem się do roli opiekuna, myślałem, że tata jeszcze trochę pożyje. Nie sądziłem, że ojcowanie nastolatkowi z problemami i przejmowanie władzy w całej rodzinie mafijnej spadną mi jednocześnie na głowę. Zeszły miesiąc mnie, kurwa, przeorał.
A myślisz, że jego nie?
Rodzony ojciec zabił mu matkę, potem próbował obalić mojego tatę i zginął w paskudnym starciu, a on na to wszystko patrzył. A ja, choć prawie nigdy mnie nie ma i brakuje mi czasu, by opiekować się tym chłopakiem, narzekam teraz na drobne niewygody.
– No dobra. Wyciągnę go z paki i pogadam z nim.
Mama krzywi się w wyrazie troski.
– Jest jeszcze jedno.
Jakżeby inaczej.
– O co chodzi?
– Zabrał ze sobą Tommaso – wyznaje cicho.
A już zaczynałem się litować nad tym chłopakiem. Frustracja przybiera formę ciasnych węzłów w karku i ramionach. Rozciągam szyję w lewo, w prawo.
– Jak on się w końcu nie ogarnie, to źle skończy.
– Wiem, ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym go za szybko skreśliła.
– Mamo, ja nie chcę nikogo skreślać, ale minęło pół roku. Coś musi się w końcu zmienić.
Tommaso, mój młodszy brat, ma dwa lata więcej niż Sante, ale nie należy do typowych dziewiętnastolatków. Jest cholernie bystry i równocześnie bezbrzeżnie tępy. Nie rozumiem go. Większość ludzi go nie rozumie i przez to nie zdobył w życiu zbyt wielu przyjaciół. Gdy pojawił się Sante, od razu między nimi kliknęło. Nie czaję tego, bo są jak ogień i woda, a mimo to stali się w zasadzie nierozłączni. Przez to wyzwanie, jakim pozostaje okiełznanie kuzyna, nabiera dodatkowego wymiaru. Muszę zdecydować, czy odesłanie stąd Santego okazałoby się lepsze, czy gorsze dla mojego brata. I za chuja nie wiem.
– Wiem… – bąka mama smutno.
Daję jej jeszcze jednego szybkiego buziaka.
– Nie martw się. Wszystko załatwimy. Jadę ich wyciągnąć.
– Dziękuję ci, Renzo. Gdyby tylko był tu z nami twój tata… – Urywa, a widok jej cierpienia wykręca mi flaki.
– To naprawdę nie problem. Wszystko się ułoży. – Obdarzam ją najbardziej uspokajającym uśmiechem, na jaki mnie stać, i ruszam na posterunek policji.
***
– Masz cholerne szczęście, że zawinąłem was z trzynastki. Na każdym innym miałbyś już przynajmniej zarzuty za prowadzenie pod wpływem. – Gdy wsiadamy do samochodu, jestem taki wkurzony, że ciemnieje mi przed oczami.
Sante dosłownie jebie wódą. Tommaso zamknął się w sobie i milczy jak grób. Zaraz zawiozę tę dwójkę do pierdolonych koszar, niech tam ich naprostują.
– Nic nam nie zrobią. Te jełopy wiedzą, kim jesteśmy – mamrocze kuzyn.
– Nie potrafisz zrozumieć, że my wcale nie mamy nieskończonych zapasów kart wyjścia z pierdla? – warczę na niego. – Jak zmarnujemy przysługi na takie pierdolety, jak kradzież i jazda pod wpływem, to może nam zabraknąć dobrej woli policji, gdy wyjdzie coś większego. Coś za coś. Nie mamy w kieszeni wszystkich gliniarzy w mieście, kurwa!
Patrzy przez okno i nic nie mówi. To dobrze, bo mam na dziś dość słuchania bzdur.
Odwożę ich do mamy. Choć oficjalnie to ja jestem opiekunem Santego, mieszka tutaj z moją matką i bratem. Myślałem, że dzięki temu zyska poczucie, że żyje w bardziej ustrukturyzowanym domu, ale teraz nie wiem, czy to w ogóle cokolwiek znaczy. Ma za bardzo nasrane we łbie, żeby to robiło różnicę. Próbowałem nawet wysłać chłopaka na terapię, ale nie chciał gadać z psychologiem. Niektórym nie da się pomóc, lecz nadal liczę, że on do nich nie należy.
Nie skreśliłem go jeszcze, ale na dziś z pewnością mam go dość. Staję przy chodniku przed willą i czekam, aż wysiądą. Kiedy w końcu wyłażą, z samochodu przede mną wychodzi dwóch facetów. Zamykają drzwi i patrzą na nas wrednie. Nie znam ich, ale mógłbym się założyć, że to Ruscy.
Ja pierdolę, co znowu?
Gaszę silnik, dyskretnie umieszczam broń w kaburze i też wysiadam. Obaj chłopcy człapią niepewnie, ale stają obok mnie.
– Jakiś problem? – pytam głosem całkowicie wypranym z emocji.
– Owszem. Wygląda na to, że ci twoi włoscy gówniarze lubią zabierać innym ludziom.
– Czyżby? Masz dowód? – Wspieram swoich. I to się nigdy nie zmieni. Ale w myślach duszę gołymi rękami tych dwóch półmózgów po moich bokach.
– Widzieliśmy, jak psiarnia wywlekała ich z żółtego Lambo Biby.
Chryste, ja pierdolę. Nie przyszło mi do głowy, by się rozeznać, jakie auto zawinęli. Pomyślałem, że wzięli pierwsze lepsze z ulicy. Ale nie, ci imbecyle upatrzyli sobie furę szefa ruskiej mafii. Nie wyobrażam sobie, żeby to okazał się przypadek, i szef tych tutaj zapewne też nie. Zażąda rekompensaty.
– Zakładam, że Bibie nie wystarczy świadomość, że ukarzemy ich za tę bezmyślność.
Rusek tylko kręci powoli głową.
Wygląda na to, że moi chłopcy się dochrapali i czeka ich surowa lekcja.
– Zgoda. Ale tylko pięści. Trzy uderzenia. To ten ma u was dług. – Kiwam głową na Santego. – Drugi tylko się z nim zabrał.
– Nie musiałem wsiadać do tego samochodu – odzywa się bezbarwnym głosem Tommaso.
Muszę wytężyć całą siłę woli, żeby się nie skrzywić i na niego nie wrzasnąć. Ja pierdolę, to ja się staram, żeby wyświadczyć mu przysługę, a on nawet nie kuma, co się dzieje. Nigdy nie kumał.
Kiwam głową i obracam się do Santego, który ma jeszcze czelność przewrócić gałami.
– Obojętne. Nieraz w życiu oberwałem. – Emanuje pijacką brawurą, bo wóda dalej krąży mu w żyłach.
Debil nie wie, że ci kolesie to nie jakieś nawalone dzieciaki z uniwerku, którym podpadł w barze. Wyciąga ręce wzdłuż boków.
– Postarajcie się – prowokuje.
Rozmawiający ze mną wcześniej Rusek wyciąga ręce z kieszeni, a gdy wbija pięść w żebra mojego kuzyna, dostrzegam złoty błysk na jego knykciach. Ja pierdolę, kastet.
Zanim zdążyłem się zorientować, wyrwałem broń z kabury i wymierzyłem mu w mordę. Jebany kretynizm. Zaraz rozpętam przez to wojnę, no ale przecież muszę coś zrobić. Po takim ciosie Sante, o ile mu się poszczęści, będzie miał połamane żebra, a jeśli mu się nie poszczęści, to pękniętą śledzionę.
– Powiedziałem, że tylko pięści! – krzyczę.
Dupek parska i unosi ręce w geście niewinności.
– No przecież to moja pięść.
– Doskonale wiesz, że kastet to broń, do cholery. Sante, dość oberwałeś, wracaj tu.
Wraca, zataczając się, zgięty wpół, rzęzi, sapie i gwiżdże.
– Tommaso, skoro tak się paliłeś, żeby też dostać, to teraz twoja kolej. Jeden cios, bez kastetu, i koniec tej zabawy. – Tym razem zwracam się do obcego: – A jak nie, to poćwiczę sobie strzelanie i mam w dupie, kogo wkurwię.
Koleś wzrusza ramionami i się odsuwa. Tommaso podchodzi do drugiego, do tego milczącego. Obaj stają i przyglądają się sobie ze stoickim spokojem.
– Dokonuj mądrzejszych wyborów, kondomie. – Kacap wygląda na niewzruszonego, ale po chwili zadaje mojemu bratu brutalny cios w twarz, jakby włożył w niego frustrację z całego tygodnia.
Tommaso się obraca, krew tryska, ale utrzymuje się na nogach. Pluje, potrząsa głową, po czym powoli się prostuje. Posyła facetowi ostatnie spojrzenie, jakby chciał powiedzieć, że kończymy na dziś, a potem odchodzi. Nie zbliża się do mnie, do nikogo się nie odzywa. Wchodzi spokojnie do domu, jakby przyjechał sobie na kolację, a wcale nie otarł się o śmierć. Nigdy go nie zrozumiem.
– Przekażcie Bibie moje przeprosiny. To się nie powtórzy. – Patrzę wrednie na zbirów, po czym eskortuję swojego wkurwiającego kuzynka do domu.
Przyznaję sam przed sobą, że dziś miarka się przebrała. Jeżeli nie zrobię czegoś drastycznego, to jeden z nich, albo obaj, szybko skończy w piachu.
Shae
– Hej, wchodź. – Daję Mari buziaka i wpuszczam ją do środka, uważając, żeby niczego nie dotknąć upapraną jajkami ręką.
Przygotowuję piccatę z kurczakiem, moje ulubione danie, którego po tym dniu naprawdę mi trzeba.
Nie pracuję dziś w klubie, więc postanowiłam zaprosić Mari. Łączy nas obopólnie opłacalna przyjaźń… chyba tak najlepiej to ująć. Zaczęłyśmy się spotykać jakieś pół roku temu. Jest urocza, lubię spędzać z nią czas, ale nie widzę, żebyśmy miały zbudować na tym jakąś relację. Ja pracuję nocami, ona za dnia. Już sam ten fakt drastycznie ogranicza możliwości spędzania wspólnie czasu. Oprócz tego oraz że muszę pilnować, by za wiele nie mówić o swojej robocie, tak będzie łatwiej. Od początku stawiałam sprawę jasno.
– Jak ci minął dzień? – pyta, odkłada rzeczy i wchodzi za mną do kuchni.
– Dzień przez duże „d”. Dobrze, że już się prawie skończył.
– Aż taki świetny, co?
– W sumie to chyba nienajgorszy. Użeranie się z ludźmi, standard. Gdy ty masz kontakt z klientem, to przynajmniej każdy jest radosny, uśmiechnięty i wręcz prosi, żebyś wydawała im polecenia. – Posyłam jej krzywy uśmieszek.
Mari jest fotografką, to tak się poznałyśmy. Miała sesję w parku, w którym biegałam. Jest tak ładna, że nie mogłam odpuścić. Ma ciemne włosy, wyraźne rysy twarzy, powinna stać przed, a nie za obiektywem. Ale to by do niej nie pasowało.
– Jasne, i nikt nie wybrzydza przy oglądaniu ostatecznych efektów sesji. Nikt. Ani troszkę. Wszyscy zawsze są zadowoleni – wyśpiewuje radośnie te ociekające sarkazmem słowa.
– W porządku, może też co nieco wiesz o użeraniu się z upierdliwymi ludźmi – przyznaję i puszczam do niej oko.
– Kilka dni temu zabrałam taką jedną parkę na sesję zaręczynową w moim ulubionym miejscu na efektowne zachody słońca. A ci oburzeni, że beznadziejne tło. Musiałam przesunąć im termin. Coś czuję, że skończy się na sesji w studiu. Wyobrażasz sobie? – pyta z niedowierzaniem.
– Nie spodobało im się na tym dachu?
Doskonale wiem, o którym miejscu mowa. Zabierała mnie tam już kilka razy i muszę się zgodzić, że rozciąga się stamtąd nieziemski widok. Rzeka pięknie się skrzy w promieniach zachodzącego słońca. Natomiast tak do końca nie mogłam się cieszyć panoramą, bo przywodziła na myśl obrzydliwie romantyczne skojarzenia. Czasami mam wrażenie, że Mari chce czegoś więcej, ale nigdy nie poruszyła tego tematu, więc mogę się mylić. Może to po prostu projekcja moich własnych obaw, że wodzę ją za nos, nie dając nic w zamian, a tymczasem ona wydaje się totalnie zadowolona naszymi sporadycznymi schadzkami.
– Powiedzieli, że jest „brudno i dziadowsko”. – Przewraca oczami. – Niektórzy nie mają wyobraźni.
– Trzeba zaufać profesjonalistce. – Znów do niej mrugam, wyciągam ostatni kawałek mięsa z patelni i układam go na brytfance. – Kolacja będzie gotowa za jakiś kwadrans.
– Już pięknie pachnie. Mogę jakoś pomóc?
– Chyba nie… – Myję ręce i w tym momencie dzwoni mój telefon. Conner. – Przepraszam, muszę odebrać. – Uśmiecham się przepraszająco i przykładam komórkę do ucha. – Hej, co tam?
– Tylko sprawdzam, czy dziś z twojej strony prezentuje się to okej.
– Tak, wygląda na to, że wszystko tam czeka, a to opóźnienie to chyba nie ściema. W życiu nie widziałam starszego podnośnika. Cóż, w ogóle to zbyt wielu podnośników nie widziałam, ale i tak.
– To dobrze. Renzo wspomniał, że da znać, kiedy możemy spróbować znowu. Jakoś w przyszłym tygodniu.
– To już twoja brocha, kuzynku, bo ja się z nim raczej kiepsko dogaduję.
Wzdycha.
– Jak to jest, że wsiadasz na ludzi, choć powinnaś zostawić ich w spokoju, i wkurzasz ważnych sojuszników?
W tle rozlega się dobrze mi znany krzykliwy głos.
– Czy to moja Shae? Ta to ma intuicję. Słuchaj jej, na dobre ci wyjdzie! – To nasza babcia Byrne, moja ulubiona postać w całej rodzinie.
– Właśnie, Conner. Powinieneś posłuchać babci. Jest niezwykle mądra. – Szczerzę się od ucha do ucha, bo już słyszę, że coś burczy pod nosem.
– Tak, nie da się ukryć… Powiedziała, że muszę przyjechać i pomóc jej tu z jakimiś szkodnikami. Myślę sobie, pewnie się jej mrówki zalęgły albo myszy, a ta mi kazała wywieźć z domu Paddy’ego, bo się pochorował i chrapie.
Wybucham śmiechem. Cała babcia.
– Tak, tak, śmiej się – burczy dalej.
– Tak się kończy, jak nie stajesz po mojej stronie. Ten koleś celowo próbował wyprowadzić mnie z równowagi, a ja nie odpuszczam takich akcji. Też byś nie odpuścił.
– Nieważne, Shae. – Jego udręka bawi mnie bardziej, niż powinna. – Chyba dalej już się tym zajmę.
– Mnie pasuje – zapewniam z szerokim uśmiechem. – Uściskaj ode mnie babcię.
Kuzyn tylko coś mamrocze i się rozłącza.
– Rodzina? – pyta Mari.
– Tak, jeden z kuzynów.
Dziewczyna nie zna charakteru działalności moich bliskich, nie wie, jakie wiodę życie. Bardzo uważam przy niej na słowa. Myśli, że uczę ludzi samoobrony, i w pewnej mierze ma rację, bo czasami faktycznie pomagam w ośrodku, w którym trenuję.
Sprzątam bałagan na blacie, a ona obejmuje mnie od tyłu. Jesteśmy podobnego wzrostu, więc swobodnie układa brodę na moim ramieniu. Bujamy się tak razem przez chwilę, po czym ona nieruchomieje i wącha moją szyję.
– Czy to… woda kolońska?
Donati musiał przenieść na mnie zapach swoich perfum albo płynu po goleniu, gdy założyłam mu blokadę na szyję. Zapach jest, kurwa, nieziemski, nie mogę się od niego uwolnić, co po wyjeździe z magazynu doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Moje zmysły w końcu się przyzwyczaiły, bo przestałam go czuć i zapomniałam o sprawie.
– Wiesz, że w pracy mam częsty kontakt fizyczny z ludźmi – odpowiadam swobodnie.
– Tak… – Uśmiecha się niepewnie. – Po prostu mnie to zaskoczyło.
Spuszcza wzrok na naszyjnik z wisiorkiem, z którym nigdy się nie rozstaję. Nic o nim nie wie, dlatego zastanawiam się, dlaczego skupiła się na nim akurat teraz po pytaniu o tę wodę kolońską. Dziwne, ale mogę też mieć lekką paranoję. Moja praca trochę wpędza człowieka w takie pułapki myślenia.
– Cóż, ten dzień wyglądał trochę inaczej, dlatego Conner dzwonił. Doszło do niego, że poniósł mnie dziś zapał i jeden uczeń się wkurzył o blokadę na szyję. Kuzyn chce mieć pewność, że koleś mnie nie pozwie. – Czasami to przerażające, z jaką łatwością kłamstwa spływają mi z języka.
– Założyłaś uczniowi blokadę? – Aż ją przytkało.
– Bo „przypadkowo” otarł się o moje cycki o raz za dużo! Potrzebował nauczki.
– Jesteś lekko stuknięta, wiesz o tym? – Przygryza dolną wargę i zerka na mnie spod długich, czarnych rzęs.
Przyciągam ją do siebie i doceniam, jak jej ciało mięknie.
– Szkoda, że też nie umiem być taką twardzielką – szepcze.
Nie wie, o czym mówi.
Mari kojarzy się z powłóczystymi sukienkami, stokrotkami i piknikami pod słonecznym niebem. Zupełnie nie pasuje do ścieżek życia, którymi kroczę. W głowie się nie mieści, jak bardzo się różnimy. Gdy dłużej o tym myślę, wiem, że różnimy się za bardzo. Chyba właśnie przede wszystkim dlatego nigdy nie myślałam o niej w kategoriach stałego związku.
Odsuwam się z uśmiechem.
– Nie martw się, ja pozostanę twarda za nas obie.
Zjadłyśmy kolację w przyjemnej atmosferze. Zawsze lubię spędzać z nią czas, ale dziś jakoś nie potrafię skupić się na rozmowie. Uciekam myślami w inne rejony, a konkretniej przywołuję różne scenariusze zakończenia popołudnia w dokach. I chyba nie mogę zwiać od tych przeszywających błękitnych oczu.
Niedługo później godzę się z porażką i tłumaczę bólem głowy. Mówię samej sobie, że potrzebuję trochę czasu w pojedynkę, choć jest dokładnie odwrotnie, bo wiem, że wtedy zacznę myśleć o nim.
Odsyłam Mari do domu. Widzę, że czuje się rozczarowana. Ja tak samo. Liczyłam, że jeśli zostanie u mnie na noc, to akurat zajmie moją uwagę. Teraz zaczynam się obawiać, czy cokolwiek poza zbawiennym działaniem czasu zdoła zdusić moje myśli o Renzo Donatim. Boże, dopomóż.
***
– Słyszałaś, że Oran się zaręczył? – Conner opiera się o recepcję, przy której spędzam większość czasu, zarządzając ochroną Bastionu. Dziewiąta, wieczór powoli się zaczyna.
– Tym razem naprawdę? – pytam prześmiewczo, bo wiem, że rozkręcili już z Liną swoją dramę.
– Naprawdę. Zapowiada się, że szybko im pójdzie z weselem.
– Nie dziwi mnie to – mamroczę. – Bez przerwy się żenicie, przez was mogę pomarzyć o wolnym weekendzie.
– Może będziesz następna.
– Nie, nie ma opcji. Nie obchodzi mnie, że mężczyźni z naszej rodziny tak szybko się zakochują. Ja jestem inna.
Cwaniacki błysk w jego oku sprawia, że skórzany gorset wydaje się nagle opresyjnie duszący.
– Nie mam nic przeciwko ustatkowaniu się. Ale nie wiem, jak miałoby do tego dojść, skoro w ogóle nie spotykam ludzi na tyle ciekawych, żeby zakotwiczyć się przy nich na wieki wieków.
– Interesujące… – mruczy. – Ja widzę tę sytuację zupełnie inaczej.
Nieświadomie unoszę dłonie ku naszyjnikowi.
– Jaką sytuację? – Zgrywanie głupiej to zawsze świetna linia obrony.
– Przecież minęło tylko kilka miesięcy – prycha. – Wątpię, żebyś już zapomniała.
– Odważne założenie, biorąc pod uwagę, że nic nie wiesz o rzekomej sytuacji. – Wzruszam ramionami, próbuję brzmieć obojętnie.
Nie chcę, by wyczuł, do jakiego stopnia wyprowadził mnie z równowagi.
Przecież to trwało tylko tydzień i nikomu nie powiedziałam. Jak mógł cokolwiek podejrzewać, zwłaszcza na poważnie?
– Oczywiście. – Unosi obie ręce w geście kapitulacji. – Mogłem wyciągnąć absolutnie błędne wnioski.
Wyciągam telefon jak jakaś dziennikarka i wytrzeszczam oczy, jakbym właśnie trafiła na najlepszą historię w karierze.
– Proszę pana, mógłby pan powtórzyć, żebym uchwyciła to dla potomnych? – Przypadki, kiedy to Byrne’owie przyznają na głos, że nie są wszechwiedzący, mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.
– Spierdalaj, Shae. – Śmieje się cierpko.
– Już spierdalam, proszę pana. – Salutuję i z przyjemnością uciekam z tego przesłuchania z powrotem do gabinetu.
Przyglądam się obrazom z kilku kamer ochrony naraz i w tym momencie przychodzi wiadomość z nieznanego numeru.
Shae, tu Renzo. Wózek widłowy naprawiony.
Świdruję wzrokiem ekran, jakbym mogła zmusić go siłą woli do złożenia wyjaśnień, dlaczego ten facet do mnie pisze. Od spektakularnej klapy w dokach minęło sześć dni, od tamtej pory nie słyszałam o sprawie. Założyłam, że Conner się nią zajął. Przecież Renzo nawet nie miał mojego numeru. Musiał się o niego postarać. Dlaczego?
Ja:
Myślałam, że pracujesz nad tym z Connerem.
Renzo:
Źle myślałaś.
Ja:
No to Ci mówię. Załatw to z Connerem.
Renzo:
Albo spotkasz się ze mną jutro w magazynie o pierwszej, albo zatrzymamy skrzynie. Twój wybór.
Co on odpierdala?
Czuję dziwne dudnienie w piersi. Nie jestem pewna, czy to wzmożona czujność, czy ekscytacja. Po co w ogóle miałabym ją czuć wobec Renza Donatiego?
Ja:
Myślisz, że możecie sobie zatrzymać nasz szajs?
Renzo:
Twoja rodzina ma u mnie dług za udział w tym całym układzie.
A gdyby Twoi kuzyni pytali, to wyjaśnię, że odmówiłaś wykonania jednego prostego polecenia.
Skurwiel.
Wkurzam się, że ma mnie na widelcu i zdaje sobie z tego sprawę. Jeszcze bardziej się wkurzam, że nie wiem, co kombinuje. Czemu żąda spotkania akurat ze mną? Chce mnie zastraszyć? Bo się nie dam, do cholery.
Ja:
Zluzuj majty. Będę, skoro to dla Ciebie takie ważne.
Kropeczki odstawiają swój taniec w dymku, potem trzy razy znikają i pojawiają się na zmianę, aż w końcu wiadomość przychodzi. Boże, uwielbiam to, jak łatwo wyprowadzić faceta z równowagi. Najdrobniejsza insynuacja na temat rozregulowania emocjonalnego i już im odwala.
Tyle że odpowiedź całkowicie mnie zaskakuje. Ignoruje tę małą prowokację i skupia się na czymś zupełnie innym.
Renzo:
Tyle że ich na sobie nie mam.
Ja:
Nie masz majtek?
Chichoczę pod nosem.
Renzo:
Niczego na sobie nie mam.
Mam zwarcie w mózgu. Pisze do mnie, siedząc na waleta?
Mrużę oczy. Niech szlag trafi moją bujną wyobraźnię… pod powiekami wypalają mi się niechciane wizje, nie mam jak od nich uciec.
Ja:
Renzo Donati, czy Ty uprawiasz ze mną sexting?
Próbuję to ogarnąć z maksymalną nonszalancją.
Renzo:
Ty pierwsza wspomniałaś o majtkach.
Aha, Shae?
Ja:
Tak?
Gdyby wiadomości dało się usłyszeć, ta zabrzmiałaby jak ledwie słyszalny szept. Ja pierdolę, jak to jest, że tak na mnie działa?
Renzo:
Gdybym uprawiał z Tobą sexting, to byś o tym wiedziała, bo już zanurzałabyś palce w tej różowej cipce i marzyła o orgazmie.
O. Cholera.
Gość zna się na rzeczy. A przynajmniej opanował dobrą gadkę, a to równie ważne jak inne rzeczy. Zazwyczaj gdy ktoś próbuje mnie nakręcić słowami, to raczej wywołuje rozbawienie. Z tym się człowiek rodzi. Masz to albo nie. Większość ludzi nie ma.
Podejrzewam, że Renzo mógł zostać obdarzony tym talentem nadmiernie hojnie.
Ja pierdolę. Igram z ogniem.
Choć nie należę do osób szybko wywieszających białą flagę, nie jestem też głupia. Więc czemu tak trudno mi się powstrzymać przed odpowiedzią w podobnym tonie? Czemu tak desperacko chcę wiedzieć, jak daleko posunie się w tej rozmowie? Muszę się dowiedzieć, co napisze potem i czy podniesie mi to puls… czy poczuję to rozkoszne uderzenie do głowy, które sygnalizuje, że ciało stało się gotowe na coś nadzwyczajnego.
Rzadko tego doznaję poza ringiem, a wygląda na to, że Renzo Donati wywołał we mnie tę reakcję jednym kiwnięciem palca, jakbym była kukiełką pociąganą przez niego za sznurki.
Dlaczego moje zainteresowanie zawsze wzmagają tacy ludzie?
Nie ma szans, tym razem się nie dam.
Ja:
Pracuję, więc to mało prawdopodobne. Przyjadę na pierwszą.
Wysyłam. Mam nadzieję, że nie zabrzmiałam, jakbym zgrywała niedostępną albo że jego uwagi zrobiły na mnie wrażenie. W rzeczywistości chętnie wyskoczyłabym z majtek, bo nie mogę znieść, jak ocierają się o wrażliwe łono.
Miałam rację, że Renzo to kłopoty przez wielkie „k”.
Potrzebuję tych zasranych spluw, więc odbieram je i spadam w cholerę. Potrafię się z tym uwinąć równie profesjonalnie jak moi kuzyni.
Magazyn. Skrzynie. Wyjazd.
Łatwizna.
Renzo
Gdy wychodzę spod prysznica, czekają na mnie dwie wiadomości. W jednej chłopaki informują, że wózek widłowy już działa, w drugiej kuzynka Noemi podaje mi numer Shae Byrne. Fakt, że obie te informacje pojawiły się równocześnie, okazuje się zbyt kuszący. Piszę do kobiety, zanim zacznę się nad tym nadmiernie zastanawiać.
Czy przyszło mi do głowy, że w rozmowie wyjdzie temat mojej nagości? Nie, ani przez ułamek sekundy.
Czy mi stanął od SMS-owania na ten temat? Jasne, że, kurwa mać, tak.
Niech mnie diabli, jeśli po tej krótkiej wymianie wiadomości nie musiałem wracać pod prysznic i jeszcze raz się myć. Wrogość, z jaką zażądałem, by stawiła się na spotkanie, to wystarczający dowód, że w niebezpieczny sposób odwraca moją uwagę. Jak sama raczyła zauważyć, mojego czasu domaga się sporo ważniejszych spraw. A jednak… gdy się zastanawiałem, czy nie napisać do Connera albo nie przekazać spotkania jednemu ze swoich ludzi, nie potrafiłem. Nagle zacząłem sobie racjonalizować to osobiste stawiennictwo. Do całej wymiany doszło z powodu śmierci mojego ojca. Rozsądnie wydaje się pokazać się osobiście, bo tym sposobem okażę szacunek i uznanie nowym partnerom biznesowym.
Kiedy parkuję pod magazynem przed drugim spotkaniem z Shae Byrne, dalej wmawiam sobie te bzdury. Na parking wjeżdża nieoznakowana ciężarówka. Spodziewam się, że zobaczę za kółkiem jednego z jej ludzi, ale okazuje się, że jestem głupi, bo na fotelu kierowcy dostrzegam drobną sylwetkę Shae. Ma na nosie czarne awiatory i emanuje aurą obojętności godną najedzonego do syta lwa.
Równocześnie obchodzimy własne pojazdy, oceniamy się spojrzeniami i w końcu spotykamy się pośrodku.
Szpilki zniknęły. Wygląda nieziemsko w butach nad kostkę od Dr. Martensa, dżinsach, wyglądających co najwyżej jak farba pokrywająca jej idealnie jędrne nogi, i krótkiej czarnej puchówce zapiętej pod samą brodę, prawie do karminowoczerwonych warg. Prosta zmiana garderoby pozbawiła ją biznesowego efektu i zamieniła w dziewczynę z męskich mokrych snów. Nie mam pewności, która wersja bardziej mi się podoba.
– Nie zabrałaś ze sobą ludzi do pomocy przy ładowaniu – zauważam.
Ciekawe, czy przyjadą drugim samochodem.
– Cóż za bystre oko. Wszyscy są zajęci. – Podnosi okulary przeciwsłoneczne i mrużąc oczy, patrzy na tylną kanapę mojego samochodu. – Wygląda na to, że nie tylko ja przyjechałam sama.
– Założyłem, że przywieziesz jakąś ekipę.
– Wiesz, co mówią o wyciąganiu pochopnych wniosków… – odpiera śpiewnie.
Ile ja bym dał, żeby zetrzeć jej kutasem ten zarozumiały uśmieszek z ust. Przyciągnąłbym ją, rozłożył na masce mojego auta, a ona sapałaby tak ostro i wręcz upiłaby się spermą, aż przestałaby pyskować.
Cholera, muszę przestać myśleć o takich rzeczach, bo zaraz mi stanie i dam jej jeszcze więcej amunicji.
– Przynajmniej tym razem odpowiednio się ubrałaś. – Moje urywane słowa zdradzają irytację.
Shae uśmiecha się szelmowsko.
Mógłbym pomyśleć, że jest trochę walnięta, ale chyba nie miałoby to znaczenia. Przywodzi na myśl przewróconą ciężarówkę na poboczu autostrady, od której nie potrafisz oderwać wzroku.
– Buty mają stalowe noski. Chcesz przetestować? – mruczy miękko, zmysłowo, stukając wspomnianym czubkiem o moje skórzane trapery.
W moich nie ma stalowych wzmocnień, ale Shae musiałaby przytyć co najmniej pięćdziesiąt funtów, by się łudzić, że zrobi mi jakąś krzywdę.
Przesuwa po mojej piersi dwoma palcami zakończonymi paznokciami z jebitnie różowym frenchem.
– Wiesz, co najbardziej lubię na calutkim świecie? – Jej zdyszany głos jest jak język sunący po całej długości mojego kutasa.
Bawi się mną. Wiem o tym, ale nie potrafię tego przerwać.
– Co takiego?
– Kiedy mężczyźni jak ty mnie lekceważą.
Błyskawicznie zaciska dłoń na moich jajach. Spodziewa się, że się wzdrygnę i ją odepchnę. Nie robię tego. Pozwalam, by ujęła mnie swoją małą pięścią i poczuła twardość, której stała się sprawczynią, a potem na nią napieram, podchodząc jeszcze bliżej.
– Jeśli tego chciałaś, wystarczyło poprosić. – Ignoruję ukłucie bólu.
Tak naprawdę nie próbuje mnie skrzywdzić. Mogłoby być, kurwa, znacznie gorzej. Chodzi o władzę. Szacunek. Muszę utrzymać pozycję. Gdybym próbował się teraz wywinąć, wygrałaby tak samo, jakbym odskoczył na początku.
– Gdybym cię chciała, już bym cię miała. To – lekko ściska mojego fiuta – na mnie nie działa.
Bardzo powoli unoszę rękę, żeby objąć ją za szyję, pieszczę kciukiem przód gardła i czuję, jak jej puls zrywa się do galopu. Pochylam się i jednocześnie przyciągam ją do siebie, aż ustami muskam jej ucho.
