Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
22 osoby interesują się tą książką
Rok 1219 od Narodzenia Pańskiego obfity był w plony, ale i sowicie podlany krwią waleczników. To właśnie wówczas, w delcie Nilu, zaczyna się nasza opowieść, a to za przyczyną rycerza Hermanna von Radenberg und Wachau i jego giermka Zdeslava z rodu Tešov. Ci bowiem, za podszeptem Złego, odnajdują drogę do prastarej świątyni i prowokują tym samym ciąg wydarzeń, który da światu największy istniejący manuskrypt – Codex Gigas. Po drodze odmieniają żywoty wielu ludzi i jednego kota.
„Codex Minor” to opowieść o dojrzewaniu w świecie, w którym przemoc jest chlebem powszednim, a godność domeną możnych. To historia o chłopcach i ich mistrzach, księgach oraz twórcach. I o marzeniu nieśmiertelności, które zawsze ma swą cenę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Codex Minor
Wydanie I
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i autorki. Szanuj prawa autorskie: kupując z legalnych źródeł, wspierasz twórców. Ściągając „za darmo” sprawiasz, że przestają pisać.
Redaktor prowadzący: Angela Węcka
Redakcja fabularna: Tomasz Węcki
Redakcja językowa: Magdalena Świerczek-Gryboś
Konwersja do wydania elektronicznego: Katarzyna Mróz-Jaskuła
Koncepcja i makieta okładki: Ewa Popławska
Ilustracja na okładce: Hieronymus Bosch, Piekło, ok. 1505, domena publiczna
Wydawnictwo Spisek Pisarzy
Powieść w wersji papierowej kupisz na stronie wydawnictwa i w księgarniach internetowych.
www.spisekpisarzy.pl
Copyright © by Karo M. Nowak, 2026
Copyright © by Spisek Pisarzy, 2026
All rights reserved
Irzadze, 2026
ISBN: 978-83-68277-42-5
Codex Minor
SILENTIUM NOCTIS
MATUTINUM
LAUDES
PRIMA
TERTIA
SEKSTA
NONA
VESPERAE
COMPLETORIUM
OD AUTORKI, czyli co jest prawdą, a co mitem w Codex Minor
Cover
Dzieło ukończyłem — nie zniszczy go
ani gniew Jowisza, ani ogień, ani żelazo,
ani pożerający wszystko czas.
Dzień ten, gdy zechce,
niech zakończy moje życie,
bo ma władzę jedynie nad moim ciałem.
Ale w tej lepszej części mnie
uniosę się ponad gwiazdy
i moje imię będzie niezatarte.
Owidiusz, Metamorfozy
Ósmy jest skorpion, ten jest cierpieniem.
Ælfric z Eynsham, De Temporibus Anni
Dzień mojej śmierci wstał jasny i ciepły. Mgła, płożąca się jeszcze przed jutrznią, opadła zupełnie, odsłoniła przejrzałą zieloność odchodzącego lata. Jedynie od północy nadciągała kawaleria chmur, niosąca na sztandarach zapowiedź deszczu, którego nie miałem już doczekać.
Dobry początek? Podoba ci się? A wiesz, że mnie też nie do końca? Nie jest to takie łatwe, jak się wydaje. Opowiadać, by być słuchanym. I by słuchającego nie znużyć. Szczęściem dla mnie, ty nie masz wyboru. Słuchać musisz, bo cóż innego miałabyś robić? Czasu masz aż nadto. Wygodnie ci? Nooo, widzę przecież, że wygodnie. Leżysz tu sobie jak księżna pani w piernatach. I dobrze, bo to długa opowieść. Będą w niej piękne damy i mężni rycerze, dalekie krainy i wesołe gospody, dziewki i mnisi, radość i płacz, życie i śmierć. I będzie też księga, o której dziś mówią, że przynosi nieszczęście każdemu, kto jej dotknie. Że spisał ją sam diabeł. O… to cię ciekawi, widzę przecież.
Ano, tak właśnie rzekają. Że noc i że diabeł. Że daleko, za górami Bohemii, mnich jeden jakowychś zbrodni dokonał, a na śmierć skazan został przez żywcem zamurowanie. Ale, sprytny, tak rzekł swym braciom – ocalcie mnie od zguby, a spiszę wam księgę, jakiej świat nie widział i już nie uwidzi. Noc. Tyle mu dano, nie wierząc, że choćby i stronicę w ten czas spisać zdoła. Nie zdołał, to i prawda. Lucyfera we własnej osobie miast tego zawezwał, by dokonał tego, co człowiek niewładny. W zamian za księgę bies duszę jego dostał, a własny wizerunek jak pieczęć straszliwą na kartach ostawił. Tak właśnie rzekają. Właśnie tak…
Nawet ty czujesz jednak, że łeż to i babskie bajanie, nic więcej. Codex Gigas. Ďáblova Bible. Wielka Księga. Największa, jaką stworzono w dziejach. Ja opowiem ci o niej, tak prawdziwie, jak to potrzebne, by jej nie uwłaczyć, i tak kłamliwie, jak to potrzebne, by cię nie znudzić. Nic więcej, nic mniej.
Zacznijmy zatem raz jeszcze, tym razem jak należy. Dawno, dawno temu…
Aegyptus, AD 1219
Sděslav Oldrich, zwany powszechnie Zdeslavem, pierworodny syn Oldricha Mladego z Těšova, przyszły pan na Podskale, był nieśmiertelny. Przywilej ten dzielił ze wszystkimi młodzieńcami, także tymi, którzy byli przed nim i mieli nadchodzić po nim, et caetera aż do końca świata.
Głębokie i szczere przekonanie Zdeslava i innych, równych mu wiekiem giermków, o własnej nieśmiertelności źle znosiło zderzenie z realiami, zwłaszcza wojennymi. Fakt ten jednak żadnemu z nich zdawał się nie przeszkadzać. Dołączyli do piątej już w dziejach chrześcijańskiego świata wyprawy krzyżowej nie tylko pewni własnej nieśmiertelności, ale także głodni sławy, gorączkujący od świętych idei, spragnieni pochwał, splendoru i należnego im miejsca w pieśniach, omamieni wizją darów fortuny, głupio odważni. Tworzyło to jedyną w swoim rodzaju miksturę, vinum cicutae, wino z szaleju, niestrawne dla starszych i doświadczonych mężów.
Tak przynajmniej ujmował to Hermann von Radenberg und Wachau (pasowany rycerz, po kądzieli spowinowacony z samymi Kuenringami, chluba Świętego Cesarstwa Rzymskiego, ten, o którym sam książę Leopold VI Babenberg rzekł kiedyś, że „no, no”). Mówił o tym zresztą nawet teraz, kiedy ich podjezdki, a za nimi objuczony bagażami niewielki konik koptyjskiego sługi Shenoudy, ciężko stąpały w mlaszczącym mule Egiptu.
– Czyś ty się wonczas szaleju opił, Zdeslavie? Gdybym cię co rychlej nie opatrzył, nie byłoby cię wśród żywych, rozumiesz, szaleńcze? Nie jesteś nieśmiertelny, jeszcze nie. Póki nie zyskam Formuły, nie wolno ci ryzykować nawet małego palca u nogi. Pojmij to wreszcie! – Na chwilę przerwał gderanie, czym natychmiast zyskał zainteresowanie sługi Shenoudy. Ale nie, pan nie szykował rozkazów, nie planował popasać ani zmieniać kierunku jazdy. Uspakajał raczej emocje przed dalszą przemową. Uspokoił się więc i Shenouda.
– Boli cię jeszcze, chłopcze? Ta rana? – Głos Hermanna miał zabrzmieć ostro, surowo. Nic z tego. Był łagodny i czuły.
Zdeslav jednak pochylił głowę, by ukryć rumieniec wstydu. „Ta rana” teraz już oczyszczona, obandażowana i bezpiecznie ukryta pod kolczą nogawicą, była pokłosiem nie tak dawnej potyczki z niewiernymi. I to prawda, że Zdeslav zgłosił się do misji głupio a niepotrzebnie, umniejszając wagę i niebezpieczeństwa wyprawy przed swym panem, a żałośnie prosząc jego zgody. Wszak sam węgierski książę (z rodu, którego nazwy Zdeslav nie zdołałby powtórzyć) rzekł „i ty tam, dzielny młodziku, nuże, pójdź z nami”. Młodzik obwołany „dzielnym” zrobił więc wszystko, by dołączyć do książęcej drużyny na ten jeden nieszczęsny zwiad.
Gdy tylko oddział oddalił się od Damietty o jakieś pięć pacierzy drogi, ludzie Sułtana przypomnieli węgierskiemu księciu o niewymawialnym nazwisku i towarzyszącym mu milites Christi, że są tu, w Egipcie, zaledwie dziećmi błądzącymi we mgle. Podstępem wprowadzili krzyżowców do wąskiego wąwozu i pozwolili, by natura czyniła swoje. Podmokłe piaski wessały ciężkie bojowe konie aż po napięstki, oddział przepadł wyrżnięty, krom samego księcia, co do jednego wojaka, a sam Zdeslav uratował życie tylko z pomocą Boga i refleksu. Widząc, co dzieje się z pierwszymi jeźdźcami, a sam będący w ogonie zwiadu, odwiódł konia szybkim, zdecydowanym szarpnięciem i co tchu zawrócił spod wąwozu, nie bacząc na „dzielność”. Bólu rozcinanego uda nie poczuł, szabli niewiernego nie zobaczył. Gnał, dalej i dalej, szybciej i szybciej, znacząc szlak własną krwią. Co tchu. Dopiero zoczywszy dumne chorągwie chrześcijan powiewające nad ciężkimi bramami Damietty, pozwolił sobie na oddech ulgi. Błąd. W oczach natychmiast mu pociemniało, świat zawirował i obrócił się do góry nogami. „Dzielny młodzik” spadł w miękką czerń.
Obudził się niemal nagi, spocony i spragniony na sienniku przesyconym kadzidlaną wonią. Lewe udo, obrzęknięte i bolesne, było już jednak czyste i owinięte płótnem, pod którym czuć było jakieś maści i zioła. Pan Hermann spał obok, na siedząco, ze zwieszoną głową. Ciemne, wilgotne fale włosów zakryły jego twarz, wychudzoną po miesiącach oblegania Damietty. Długa koszula z cienkiego lnu przylgnęła do jego spoconego ciała – noc tym razem nie przyniosła im chłodu ni wytchnienia. Wykończone misternym haftem mankiety nosiły jeszcze plamy zdeslavowej krwi i maści leczniczych, dłonie wciąż złożone były do modlitwy. Zdeslav na ten widok poczuł wzruszenie, które przez chwilę go dławiło, niemal wyciskając łzy z oczu. Niemal. Giermek pana z Radenbergu i Wachau nie mógł przecież zawodzić z byle powodu, jak zbrzuchacona służka.
Odchrząknął, by rozluźnić krtań, i natychmiast tego pożałował. Pan Hermann sen miał bowiem aż nadto lekki. I faktycznie, to byle chrząknięcie starczyło, by tamten podniósł głowę, przez okamgnienie zdezorientowany, a potem, zgodnie z przypuszczeniami Zdeslava, wściekły.
– Teraz, kiedy jesteśmy o krok… – zaczął – krok od zwycięstwa. Od Formuły. Od żywota wiecznego. Teraz… ty musisz szukać bohaterskich wypraw i czynów. Starczy, że ktoś nazwie cię dzielnym, a pędzisz, śmieszny, jak szczenię udające lwa. – Przerwał i zwiesił głowę. Było wielce prawdopodobne, że i on musiał pokonać ten nagły ucisk w gardle, który wyciska łzy płochym dziewkom, ale nie im, dziedzicom rodów. Niech diabli porwą tego narwanego giermka i tę okrutną słabość.
Hermann przejął Zdeslava od swojego kamarada, a zdeslavowego wuja Ctibora Hlavy z Těšova, zgodnie z przezwiskiem piastującego teraz urząd głowy rodu. Tego rodu, bez którego zezwolenia na całych południowych Morawach pies nie ważył się szczeknąć, kury nieść, a krowy dawać mleka. Po którymś z kolei kielichu wybornego morawskiego wina, Hermann oznajmił Ctiborowi Hlavie, że oto złożył ślub krzyżowy i rusza na dniach z wyprawą, ku chwale Pana w niebiesiech najwyższego. Ctibor Hlava, wyraźnie już pijany, usłyszawszy te wieści, czknął, parsknął, zaśmiał się i wreszcie zakołysał niebezpiecznie na ciężkim drewnianym stolcu.
– Tyś jest, Hermannie, mój przyjaciel roztomiły… – wybełkotał, a Hermann bezwiednie się skrzywił, widząc, jak lepkie od tłuszczu palce Morawianina plamią jego cotte z delikatnej wełny, skrojoną osobiście przez mistrza Rattwalda z Wiednia. – Takem właśnie rozmyślał, po coś ty mnie faktycznie odwiedził, bo wszak nie dotarłeś na rubieże Cesarstwa jeno po starej komitywie. Ale nie bój się, nolite timere, jako rzecze Pismo. – Zarechotał i klasnął trzykroć w uda, miękkie i krągłe jak u karczemnej dziewki, nie chrześcijańskiego rycerza, i popił żart solidnym łykiem wina.
Pacholik przyobleczony w błękit i czerwień, barwy panów z Těšova, wynurzył się z niebytu, polał im jak należało, i w niebycie zniknął, ot, odwieczna zdolność służby.
– Nolite timere – powtórzył tymczasem chrapliwym głosem Ctibor – dołożę się i ja dla szlachetnej sprawy. Tym bardziej że Węgrzy tam ponoć srodze po dupach biorą, a i głos idzie, że król ich ogon pod siebie kuli, wracać chce do dom. Oj prawda to być musi, skoro i Rakuszanie, jako ty, z odsieczą ruszają. – Poklepał Hermanna, tym razem po plecach. – Ja to po prawdzie ani ich króla, ani samych Węgrzynów w poważaniu nie trzymam, alem chrześcijanin, przeto pomóc muszę. – Chwilę dłuższą, po pijacku, marszczył czoło, jakby poszukiwał w głowie jakowejś prawdy. I iście, znalazł ją. – Jeno wino mają dobre, to im przyznaję.
Przez twarz siedzącej obok niego żony, Margit z potężnego węgierskiego rodu Aba, przemknął ledwie zauważalny grymas. Wielkie damy dzieliły z najniższymi służebnikami dar niewidzialności, przywdziewanej, gdy tylko była potrzebna. Na przykład teraz.
– Czego więc ci trzeba, kamaradzie mój oblubiony? – ciągnął tymczasem Ctibor Hlava, otarłszy szerokim mankietem świecące od tłuszczu i czerwone od wina usta. – Koni? Masz więc moje konie. Srebra? Masz więc moje konie. – Znów zarechotał rubasznie, tym razem Hermann grzecznie mu zawtórował. – A może, o! Giermka ci trzeba? Mojego weźmiesz. Syn to brata mego, świętej pamięci Oldricha z Podskaly. Młode to jeszcze, głupie, ale bitne a silne pacholę, uchyby ci żadnej nie przyniesie. Zdeslav, pójdź no, puer meus.
I Zdeslav poszedł. A potem szedł tak przez morza i piaski, przez głód i choroby, przez wojnę i krew aż do Egiptu.
Prawdziwy powód swojego dołączenia do wyprawy pan Hermann zdradził Zdeslavovi dość szybko, jeszcze w Akce. Nie, nie jechał tam, jak inni, po złoto, ziemie, hołdy, tytuły, a przynajmniej nie tylko. Wszystko to bladło bowiem przy nadrzędnym i najważniejszym celu: nieśmiertelności. Nie tej głupio-młodzieńczej, nawet nie tej, którą obiecywano wszystkim idącym pod krzyżem i mieczem na Saracenów, ale „wieczność pewna, bez Sądów, Czyśćca i lęku przed Piekłem. Herezja, ale i ocalenie”. A cel ten, jak słusznie zauważył pan Hermann, pochylony nad łożem Zdeslava, był dla nich już na wyciągnięcie ręki.
Ryzykować w takiej chwili było więc głupotą, tak wielką, że nawet młodość nie tłumaczyła jej w pełni. I Zdeslav, leżący wonczas z obandażowaną nogą w namiocie Hermanna i teraz, miesiąc później, przedzierający się ze swym panem przez zdradliwe, podmokłe piaski, wysokie trzcinowiska, niebezpiecznie odsłonięte trakty Egiptu, rozumiał to aż za dobrze.
Kątem oka uchwycił sylwetkę Hermanna, dumną i wyprostowaną, mimo godzin spędzonych w siodle. Doskonałą.
Pamiętał wciąż obraz z tamtej uczty, gdy poznał swego pana. Nudził się onego roku ogromnie w zamku swego wuja i głównej siedzibie rodu Těšov. Hlava nieustannie przypominał Zdeslavowi o swoim statusie (wysokim), o rycerskich wyczynach (rzekomych) i bogactwach (niezmierzonych). Jako giermek, Zdeslav więcej nauczył się od zbrojnych ze straży przybocznej Hlavy niż od samego Ctibora. Ale jednak uczył się, zyskiwał, nie tracił, zmierzał w kierunku pasowania i szykował się na własne uczty, własną straż i własny gród w dalekiej Podskale. Przyznawał wszelako, że rycerstwo, uosobione w postaci Ctibora z Těšova, rozczarowałoby nawet najbardziej zapalonych do tego fachu wielbicieli chansons de geste. Ctibor zbroję naszał rzadko, a jeśli już, wyglądał w niej nader pociesznie. Ponoć za młodu walczył jak lew, ale cóż, Zdeslav nie widział go za młodu. Powoli godził się z faktem, że piękni i mężni rycerze z ksiąg to łeż. Równie fałszywi jak stwory malowane ręką iluminatorów na marginesach ksiąg. Wszystko zmieniło się, gdy ujrzał jego. Hermanna von Radenberga und Wachau. Mężczyznę, który tamtego wieczora wszedł do sali rycerskiej těšovskiego hradu. Ów był iście jak z pieśni i legend. Wysoki, smukły, z zarostem krótko podciętym na wiedeńską modę, misternie ułożonymi falami złotych, długich włosów. Nosił tunikę do pół łydki o zachodnim kroju, mieniącą się w migotliwym świetle świec odcieniami to wina, to brązu, spiętą u szyi ozdobną fibulą, prawdopodobnie, choć Zdeslav nie mógł tego dostrzec, wysadzaną kamieniami w barwach Radenbergów. Pod szyją przy każdym ruchu Hermanna odsłaniała się delikatna koszula z najprzedniejszego lnu. Zdobny pas nosił, zgodnie z najnowszą modą, nie zaciśnięty w talii, lecz opadający luźno na lewe biodro. Obciążała go skórkowa rękawica wykończona sobolowym futerkiem. Drugą pan na Radenbergu i Wachau nonszalancko, od niechcenia obracał w dłoni. Każdy krok jego stóp obutych w modne, polskie ciżmy był jak rozkaz – powstańcie, służcie, czcijcie. Zdeslav spełnił je wszystkie zanim jeszcze, zrządzeniem losu, stał się giermkiem, przybocznym, powiernikiem i podopiecznym pana Hermanna. Pan Radenberg to był Parsifal, Roland i Tristan. To była doskonałość. I Zdeslav owego dnia zrozumiał, że chce oddać jej swe życie.
Z zamyślenia wyrwał go teraz, lata później, głos pana Hermanna. Jakieś krótkie słowa pełne harczących dźwięków i zdławionych głosek. Koptyjski sługa odpowiedział natychmiast w tym samym języku, choć z wyraźnie większą wprawą i hurkotem.
– Mówi, że już blisko, cztery pacierze jazdy, nie więcej, tam, za wzgórkiem – wyjaśnił Hermann, dojrzawszy na twarzy Zdeslava wiele niezadanych pytań. – I tak, kiedy ty igrasz ze śmiercią, zgłaszając się do niepotrzebnych misji, ja zgłębiam mowę Koptów.
Zdeslav zmilczał. Miał dryg do miecza, nie do ksiąg. I sam pan Hermann przyznał to już dawno. Nie przeszkadzało mu to jednak co jakiś czas pouczać Zdeslava i wiercić mu dziurę w brzuchu o studiowanie „przynajmniej łaciny, na litość Pana Naszego”!
– To cię właśnie zgubi, chłopcze. Non gladium, sed librum. Nie miecz, a księga. Bo wiedz, że…
Pan Hermann urwał nagle i uniósł dłoń. Zarówno Zdeslav, jak i Shenouda wstrzymali konie. Ten pierwszy błyskawicznie i cicho, ten drugi wolniej i całkowicie bez gracji. Przed nimi połyskiwały w ciemności, rozświetlanej jedynie półksiężycem, czarne wody jednego z tysięcznych kanałów Nilu. Z bezpiecznej ścieżki, wiodącej między tamaryndowcami, znów mieli wkroczyć na rozległe aluwium, gdzie byli doskonale widoczni, a końskie kopyta grzęzły w podmokłych piaskach. A jednak innej drogi nie było.
Pan Hermann odwrócił się do nich i przyłożył palec do ust. Rozumieli. Byli na terenie wroga, zbyt daleko na szybki odwrót do Damietty. Sułtańscy wojacy mogli pojawić się tu właściwie w każdej chwili. Przegrana na ostatniej prostej, tego Hermann bał się najbardziej. I hańba – tego obawiał się w drugiej kolejności, ale nie mniej. Uspokoił oddech. Wiedział doskonale, że z całej trójki to on jest w najlepszej sytuacji. Nawet niewierni potrafią liczyć monety, a on, pan możnego rodu, był wart swej wagi w złocie. Wagi liczonej razem z koniem i zbroją. Chłopak? Cóż, Zdeslav owszem, z uboższej linii, jednak było nie było panów z Těšova. O ile więc Hermann był złotem, to jego giermek, młody panicz na Podskale, był srebrem. Kopt Shenouda… cóż, szkoda, bo jednak wierny chrześcijanin i dobry sługa. Wszelako umrze, walcząc po stronie rycerzy krzyża, a to daje mu spore szanse na Królestwo Niebieskie. Niech więc tak będzie. Alea iacta est.
Ruszyli.
Bród przemierzyli stępa, świadomi, że woda może ponieść każdy hałas. Na ich szczęście piaski okazały się tu zbite i przemieszane ze żwirem, nie chrzęszczącym głośno, a jedynie cicho ćwierkającym pod kopytami. „Ziemia zaśpiewa” – Zdeslav powtórzył w myślach wytyczne z mapy, którą studiowali zeszłego wieczora. Faktycznie, byli blisko. Podniecony, niemal poderwał konia do szybszego chodu. Opanował się jednak. Najtrudniejsze dopiero ich czekało.
Spojrzał na jadącego przed nim pana Hermanna. Poszedłby za nim choćby i do piekła. Stara Egipska świątynia, w której mieli znaleźć Formułę – klucz do nieśmiertelności – w porównaniu z wiecznymi mękami nie przerażała go więc wcale. No, może odrobinę. Ale czy Roland drżał o swoje życie, widząc wojska Saracenów? Nawet jeśli… był silny. I Zdeslav też musiał być. „Zawsze bądź rozsądnym Oliwierem, nie Rolandem rzucającym się na wroga bez posiłków, obiecaj mi, chłopcze” – mówił mu nie tak dawno pan Hermann, w jedną z tych cudownie chłodnych a suchych nocy, które spędzali pod bezkresnym niebem Damietty. Zdeslav nie do końca rozumiał sens tych słów. Ostatecznie przecież obaj, i Oliwier, i Roland, zginęli. Tyle że Roland piękniej. „Piękniej? – zaśmiał się wonczas Hermann. – Rzecz w tym, żeby nie ginąć w ogóle, chłopcze. Ale spokojnie. – Chwycił dłoń Zdeslava i uścisnął ją uspakajającym gestem. – Ja będę Oliwierem za nas dwóch. Dotrzemy do Domu Thotha. Znajdziemy Formułę. I nie zginiemy. Nigdy. Żaden z nas”.
Wjeżdżali już w bezpieczny gąszcz krzewów po drugiej stronie rzeki. Osłonięci, ale wciąż ostrożni. Pan Hermann uniósł dłoń i gestem wskazał kierunek. Nie musiał niczego tłumaczyć. „Płaczący bracia”, jak nazywała ich mapa, byli tuż przed nimi. Czarne sylwetki dwóch niemal identycznych eukaliptusów odcinały się od nocnego nieba. Pamiętające może nawet grzesznych faraonów, połysiałe na wierzchołkach, przygięte ku ziemi po latach walki z wiatrami, powodziami i innymi kaprysami delty Nilu, teraz stały się ich bramą do wieczności.
Zostawili konie w gęstwie tamaryndowców, resztę drogi woleli pokonać pieszo. „Płaczących braci” od wejścia do świątyni, ukrytego wśród ruin, dzieliła odległość jednego strzału z łuku. Przebyli ją wolno, wypatrując wrogów. Tej nocy gwiazdy najwyraźniej im sprzyjały i oby tak pozostało. Odetchnęli. I kolejny raz, kiedy łopata Shenoudy przebiła spieczoną warstwę piasku, po której płożyły się nieznane im byliny. Zdeslav, zniecierpliwiony, rzucił się do pomocy, ale powstrzymał go ledwie zauważalny, delikatny ruch pańskiej dłoni. To było zadanie dla sługi, nie dla nich. Otwór, początkowo niewielki, zapadał się i kruszył z każdym uderzeniem sztychu łopaty, odsłaniając czarną czeluść. Mapa wskazała poprawnie. Byli u celu.
Dla postronnych miejsce to było martwe, tylko nadkruszone kikuty kolumn wystawały z łagodnego wzniesienia, bujnie porośniętego splątanym gąszczem roślin. Prawdziwa świątynia oparła się jednak czasowi i ludziom, przykryta ziemią jak dachem, niewidoczna dla tych, którzy nie wiedzieli, jak patrzeć.
Z wnętrza uderzył ich zapach stęchlizny, pleśni, nadrzecznego mułu. Nieważne. Nic nie było już ważne, wobec nieśmiertelności. Shenouda zjechał pierwszy po jednej z lin przywiązanych do starych, nadkruszonych kolumn. Za nim pan Hermann i wreszcie Zdeslav. Opadli w gęsty, cuchnący szlam, wzbijając kolejną falę smrodliwych wyziewów. Zdeslav był zbyt podniecony, by brzydzić się tą mazią i wszystkim, co w niej żyło. Być może będzie to wracać do niego w snach, jak te chwile, kiedy obrońcy Damietty zrzucili na ich statki piekielny deszcz greckiego ognia. Przeżył te koszmary, da radę i kolejnym.
Światło trzech pochodni rozbłysło, oświetlając niewielką część wnętrza. Już to wystarczało, by oniemieli.
Nawet tak święte mury nie uciekły pleśni i solnym naciekom, a jednak wciąż olśniewały bardziej niż najpiękniejsze iluminacje klasztornych ksiąg. Wykute w kamieniu rośliny, ludzie o skórze barwy ochry, tajemnicze zwierzęta i przedziwne hybrydy, piękne i fascynujące, były pozornym chaosem, w istocie zaś ładem. Gigantyczna polifonia bez jednej choćby fałszywej nuty. Zdeslav poczuł, jak miękną mu kolana, jak myśli się rozpierzchają, pozostawiając po sobie jednak nie pustkę, lecz niemy zachwyt.
Szli. Czy raczej brodzili, już to przez muł, już przez wodę, potykali się o zbutwiałe korzenie, kości zwierząt, a może i ludzi. Smrodu już niemal nie czuli, węch powoli się doń przyzwyczajał. Zimno wciąż ich jednak kąsało, jak chmary insektów, każdy głębszy oddech unosił się nad nimi obłokami pary. Od przemarznięcia ratowała Zdeslava teraz tylko przeszywanica z grubego płótna, na którą wcześniej pomstował, że za ciężka. Teraz zaś w duchu pomstował na tamto pomstowanie.
Doskonale wiedział, czego szukają i kiedy tylko odzyskał rezon, zaczął patrzeć na ściany świątyni inaczej, zadaniowo. „Bądź teraz Oliwierem, nie Rolandem” – przekonywał sam siebie. Głos rozsądku wydawał proste rozkazy – znaleźć Formułę, wydostać się na powierzchnię i uciec. Nie zagłębiać się już nigdzie dalej w trzewia tej przerażającej krainy, pędzić do bezpiecznego fortu tak szybko, aż zarżną konie, przez wody, zarośla, zdradliwe piaski, podmokłe pola i dalej, dalej, na statek, na morze, do Cesarstwa, do grodu pana Hermanna, do jego komnaty, przed jego palenisko. Dopiero tam, tam wykąpani, w balii, w gorącej wodzie pachnącej ziołami, przyodziani w len i wełnę, przystrzyżeni, napojeni winem, odpoczną. Odetchną. Będą bezpieczni.
Teraz nie byli.
Światła dwóch pozostałych pochodni, przesuwające się w głąb świątyni, uspakajały Zdeslava. Nie mógłby być tu sam, w tej upiornej, wilgotnej ciemności. Szukał dalej. To musiało znajdować się gdzieś na wysokości oczu, wyżłobione niewprawnie, na szybko, zaledwie podpis, nie dzieło. „Cała ta świątynia jest jak wielka księga. Tworzono ją latami, okupiono jej powstanie krwią i śmiercią. Formuła… ona jest dopisana do tej wielkiej księgi jak pasożyt. Jak przywra. Znajdziesz ją w niedoskonałości. Bo tym jest owa nieśmiertelność, chłopcze. Zaburzeniem boskiego ładu. Popełniamy bluźnierstwo, ale zyskujemy życie”. Łagodna monotonia znaków i obrazów nagle się załamała. Tu, w kącie, nieco z boku, za kolumną, gdzie łatwo przeoczyć. Rylec orał tu blok piaskowca znacznie płycej, pismo było inne, wciąż pogańskie, ale niemal odręczne. Zdeslav zamarł. Dla pewności zbliżył jeszcze pochodnię i twarz do ściany, ale i tak nie miał już wątpliwości. Jeśli cała świątynia była księgą, ten fragment był listem ukrytym między jej kartami. Miał to. Znalazł Formułę.
– To… To je tady! Můj Bože… Pane Hermanne, pojď sem, rychle, ano. Mám! – krzyczał, jak zwykle w emocjach przechodząc z cesarskiej niemczyzny na język swego dzieciństwa. Głos odbił się wśród pustych ścian, stłumiony naroślami pleśni i dywanem błota. Pan Hermann dobiegł go tak szybko, że niemal w pędzie zgubił pochodnię. Niemal. Oświetlali teraz obaj ten sam fragment ściany, znaki tańczyły w migotliwym świetle ognia jak żywe.
Tak, to musiało być to. Formuła. Droga do wiecznego życia. Padli sobie w ramiona, niezdarnie, ale to nic. Kolczuga uderzyła o kolczugę, metaliczny brzęk stłumiony jedynie cienkim suknem krzyżowych surkutów. Dzieliły ich zbroje, ale dla siebie byli teraz odkryci, nadzy, jak nowo narodzone dzieci, przed którymi nagle otworzył się cały bezkres świata.
– Co z tym tu… tym, który to zrobił? – zapytał wreszcie Zdeslav, kiedy ochłonęli już dostatecznie i pochylili się nad wyrytą w piaskowcu Formułą.
– Żyje. I jest wieczny – oznajmił pan Hermann, choć w jego głosie nie było zwykłej pewności. – Inaczej nie ma wieczności także dla nas. Niech to wszyscy diabli, byłem pewien, że to będzie zwój, nie ściana. Ci pogańscy…
– Panie. – Shenouda wyrósł przy nich nagle jak zjawa. – Panie, głos. Tam – wyszeptał, pokazując dłonią w stronę otworu.
Zamarli. Wróg? Dzikie zwierzę? Kto? Do diabła, przez tę chwilę szczęścia byli jak dzieci. Bardzo głośne dzieci.
– To Ammut, panie. Pożeraczka! Idzie. Idzie po nas śmierć. – Szept Shenoudy brzmiał jak bełkot obłąkanego, a jednak Zdeslav poczuł, jak włoski unoszą się na jego przedramieniu, szczęśliwie ukryte przed wzrokiem pozostałych.
– Milcz – nakazał tymczasem pan Hermann pewnym spokojnym głosem.
To nie egipskich legend powinni się bać w pierwszej kolejności. Czy ich światło było widoczne z góry? Trudno powiedzieć, znajdowali się daleko od otworu. A dźwięk? A… lina? No tak, ich obecność tutaj była przecież oczywista dla najgłupszego nawet z wrogów. Zostawało się modlić. Tylko jak? „Dobry Boże, ratuj nas, gdyż chcemy popełnić świętokradztwo i wystąpić przeciw Twemu prawu”? Pan Hermann milczał więc tylko, bojąc się poruszyć, bojąc się choćby mrugnąć.
Nic. Czas mijał, odmierzany rytmem ich oddechów, biciem serc, trzaskaniem płomieni pochodni i uderzeniami kropel wody, skapującej z wysokiego sklepienia świątyni. Wszystkie te dźwięki stały się nagle głośne, jak trąby Jerycha. Ale to nie one mogły zwiastować zagładę. Śmierć mówiła po arabsku, wydawała krótkie szczekliwe rozkazy. Śmierć była chrapaniem koni, odgłosem kroków, szczękiem żelaza. Znali dźwięki śmierci. Słyszeli je po wielokroć, ale nie teraz.
Jak długo tak czekali, cisi, zamrożeni, zatrzymani w czasie, tego sami nie wiedzieli. Może pacierz, a może godzinę? W końcu jednak musieli sami przed sobą przyznać: cokolwiek słyszał Shenouda, nie zagrażało im. Może wiatr zawył wśród ruin, może kojot pochwycił ofiarę? Nie byli to jednak ludzie sułtana Meledina, co do tego mieli już niemal pewność. A jednak ich głosy na stałe zniżyły się do cichego szeptu, a ruchy wciąż były powolne i ostrożne. Shenouda wyjął z podręcznej sakwy woskową tabliczkę i cienki rysik, ale tym razem to Zdeslav wydał rozkaz samym ruchem dłoni – stój!
– Panie, myślałem o tym – szepnął, chwyciwszy Hermanna za przedramię. – To za mało, nawet jeśli dowieziemy wosk do Damietty, cały i nienaruszony, przepiszemy Formułę na pergamin, wyryjemy w metalu, to wciąż będzie zbyt ryzykowne. Ktoś może nam ją wykraść, gdzieś może nam się zagubić. Nie lza nam jej stracić.
Hermann słuchał go uważnie. A kiedy tylko chłopak zawiesił głos, gestem ponaglił go, żeby mówił dalej.
– Będę twym pergaminem, panie – dokończył Zdeslav, wyjmując sztylet. – Moje ciało. – Uniósł ozdobny kordzik przed oczy pana. Metal błysnął w świetle pochodni.
– Chłopcze, czyś zwariował? Mamy skórzane pasy, na nich zapiszemy, one są przy nas zawsze, jak druga skóra.
– I je możemy stracić. W walce, na morzu. Promiňte pane, prosím, ale musím na tom trvat. To proste znaki, to tak niewiele bólu. A jam gotów.
Hermann westchnął. To nie był czas na dysputy.
– Nie odwiodę cię wszak, młody lwie. Czyń wedle woli. Jeno rychle.
Giermek włożył skórzany rzemień sakwy między zaciśnięte zęby. I ciął.
***
Przedramię Zdeslava wciąż lekko drżało, kiedy pan Hermann obwiązywał je płótnem, delikatnie, ostrożnie, z wprawą. Krew, przysypana popiołem, by znaki były wyraźniejsze, natychmiast brudziła kolejne warstwy bandaży, ale to nic. Była jeszcze przeszywanica i koszula kolcza. Dość, by uchronić obolałą, obrzękniętą skórę i to, co najcenniejsze – wycięte w niej znaki. Hermann spojrzał na twarz Zdeslava, bladą, zmęczoną, wykrzywioną cierpieniem. Krople potu mieszały się ze łzami, tworząc na policzkach giermka przedziwną mozaikę. „Musi dopiąć swego, nawet za cenę krwi. Zgubi go to. Albo wyniesie”. Nie mógł teraz jednak myśleć nad losem Zdeslava. Musieli działać. Świt zapewne majaczył już na horyzoncie – kolejny ich wróg. Hermann wydał w języku Koptów krótki rozkaz.
– Shenouda pójdzie przodem i da nam sygnał – wyjaśnił szeptem Zdeslavowi. – Nie ma stąd innego wyjścia niż to, które wykopaliśmy, przynajmniej nie ma takiego, które byśmy znaleźli przed świtem. A dłużej nie możemy tu zostać. Lina, konie, zdradza nas wszystko.
– Panie…
– Wiem, co myślisz. – Pan poklepał Zdeslava po zdrowym ramieniu. – Gdyby Shenouda chciał nas zdradzić, już by to zrobił. Nie ma ku temu żadnych powodów, więcej… Jest chrześcijaninem, jak my, nie przeżyje na tych ziemiach, nawet jeśli zna je doskonale. – Podszedł do Kopta i zatrzymał go wzrokiem. – Jeśli zawiedziesz, wiedz, że nie umrzesz szybko. Ale jeśli dowiedziesz nas bezpiecznie do Damietty, będziemy ci dłużni. To słowo rycerza.
Shenouda pokiwał skwapliwie głową. Najwyraźniej rozumiał niemiecki już na tyle, by pojąć sens zdań. I najwyraźniej znał już rycerzy na tyle, żeby wiedzieć, ile złota oznacza słowo „dłużny”. Chwycił jedną z dwóch lin i zaczął się wspinać, szybko, ze sprawnością, o którą go nawet nie podejrzewali.
– Drugi pójdę ja – zdecydował Hermann, kiedy Kopt był już w pół drogi ku wyjściu. Nie zamierzał tłumaczyć swojej decyzji. Mógł mieć jedynie nadzieję, że Zdeslav rozumie, iż chodzi wyłącznie o troskę, nie brak zaufania.
Zdeslav rozumiał, co nie znaczy, że się zgadzał. Wzrok i ton pana Hermanna zgasiły w nim jednak wszelką ochotę protestu, zanim w ogóle rozgorzała. Skinął więc tylko i spojrzał w górę. Sługa był już na zewnątrz.
– Idź zaraz po mnie. – Hermann chwycił twarz Zdeslava w dłonie, rozmazując kurz i wilgoć na jego policzkach. – Uda nam się.
– Panie… – odważył się wreszcie szepnąć Zdeslav, ale woniejący metalem i krwią opuszek palca zamknął jego wargi.
– Ciii. Uda nam się – powtórzył pan Hermann szeptem, nachyliwszy się do jego ucha. – Już za daleko zaszliśmy. Gwiazdy muszą nam sprzyjać.
Zdeslav, niezdolny do innego gestu czy grymasu, przymknął tylko powieki na znak zgody. Mimo kąsającego wciąż zimna, czuł jak policzki zaczynają mu gorzeć wstydem, kiedy spod rzęs popłynęły łzy. Pan Hermann chciał coś powiedzieć, wykonać jakiś gest, wtedy jednak koniec liny podskoczył zauważalnie dwa razy. Na tle nocnego nieba majaczyła głowa i uniesiona dłoń Shenoudy. Na zewnątrz było czysto. Zdeslav i Hermann niemal równocześnie odetchnęli z ulgą i ruszyli ku linie.
„Nie zostawi mnie nigdy, jestem jego pergaminem. Jego Formułą. Potrzebuje mnie jak ja jego. I już nigdy mnie nie przepomni. A kiedyś… kiedyś poeci ułożą pieśń o nas obu, nie o Rolandzie, nie Olivierze, o nas” – myślał Zdeslav, patrząc, jak sylwetka pana Hermanna powoli maleje. Zdrową dłonią trzymał i stabilizował linę, czuł kolejne szarpnięcia, świadom, że każde z nich przybliża ich do końca tej przerażającej wyprawy.
Wreszcie nadeszła jego kolej. Tym razem nikt nie pomagał z dołu, przez chwilę więc Zdeslav czuł się jak uczepiony do wahadła. Wreszcie jednak opanował kołysanie, złapał równowagę, nadludzkim wysiłkiem przezwyciężył chęć krzyku, gdy ostry ból ramienia uderzył ze zdwojoną siłą. Nad nim, coraz wyraźniejsze, coraz bliższe, błyszczały gwiazdy, powietrze stawało się świeże i czyste, nagły podmuch wiatru niemal wytrącił go z równowagi i przypomniał, w jakim smrodzie, w jakiej stęchliźnie pławili się przez ostatnie godziny. Skupiony na linie, równowadze i tempie, odurzony świeżością nie zadawał sobie pytania, dlaczego nikt go nie wygląda, nie nawołuje, nie wciąga wraz z liną. Zresztą, nawet gdyby pytał, czy cokolwiek by to zmieniło?
***
Pierwszym, co napotkał jego wzrok, było ciało Shenoudy. Przez chwilę Zdeslav trwał w jakimś zawieszeniu, zdezorientowany, nie wiedząc, na co patrzy. Kopt wyglądał jak kupa szmat, spod której czarna kałuża krwi wypływa zbyt szybko, by piasek przyjął ją całą. Kolejnym, co zobaczył, była sylwetka pana Hermanna, pewna, stabilna, z mieczem uniesionym do ataku. I wreszcie ujrzał niewiernych. Wojowników sułtana. Niewielki oddział, ale uzbrojony i gotowy do ataku. Jeden konny, reszta piechoty. Podjezdki Hermanna i Zdeslava stały nieco z tyłu za nimi, już odjuczone. Zapewne to właśnie konie Saraceni znaleźli w pierwszej kolejności.
Wszystko to, cała ocena sytuacji, trwało, okamgnienie, a jednak czas, jak zawsze w takich chwilach, wydawał się zwalniać a świat dziwnie zwężać, jakby nagle wszystko zamykało się w ciasnym tunelu. Myśli gasły, włączały się instynkt i praktyka. Jedna dłoń nasunęła kaptur kolczy, druga sięgała już do pochwy.
– Nie! – rzucił w jego stronę pan Hermann, nawet nie odwracając głowy. Zdeslav nie wiedział, czy jego pan tak dobrze go słyszy, czy tak dobrze zna, ale tu i teraz nie miało to znaczenia. – Modlić mogę się i w kajdanach! – krzyknął do tego z Saracenów, który najwyraźniej już wcześniej pokazał znajomość łaciny. – Puśćcie jeno mego giermka z poselstwem, niech da znać w Damietcie, żeście mnie wzięli za okup. – Mówił spokojnie, jakby miał ten tekst wyuczony i po wielokroć powtórzony.
– Thylko thy – krzyknął siedzący na koniu Egipcjanin, a potem zacharkał coś do swoich.
Ruszyli się, ale pan Hermann zatrzymał ich gestem dłoni. Usłuchali. Po samym koniu i mieczu musieli poznać, że nie trafił im się ani zwykły wojak, ani nawet pomniejszy szlachetka. I było prawdą, że i niewierni umieli liczyć zyski z wojny, może nawet szybciej i sprawniej niż chrześcijanie.
– To szlachcic, jak ja. – Hermann wskazał dłonią, wciąż nie odwracając się do Zdeslava. – Puśćcie go po okup za mnie. Albo weźcie nas obu, on też godnie waży w złocie. Jeno go nie krzywdźcie.
Zdeslav wciąż stał z dłonią wyciągniętą w stronę miecza, nieruchomą, najwyżej lekko drżącą po przedchwilowym wysiłku.
Konny, mimo że najwyraźniej przywódca, nachylił się lekko w stronę jednego z pieszych Saracenów i przez chwilę o czymś dyskutowali. Ani po ich twarzach, widocznych już wyraźnie w zapowiedzi świtu, ani gestach nie szło dociec przebiegu dyskusji. W końcu jednak uzgodnili coś, najwyraźniej jednogłośni.
– Thylko thy – powtórzył konny.
Zdeslav poczuł, jak kropla potu ścieka mu po karku. Serce waliło młotem. Krew uderzała do głowy, płonęła w żyłach. Wciąż jednak nawet nie drgnął. Czekał.
– Możemy uczynić cię bogatym. – Głos pana Hermanna był spokojny, nie zadrżał ani razu. Choć chłodne powietrze świtu zdawało się nagle ciężkie i gęste, tak wyraźne unosiło się w nim napięcie, pan Hermann rozmawiał z niewiernym, jakby omawiali cenę sukna na koptyjskim straganie. – Ciebie i twoich ludzi. Tylko puść mego giermka. Damy ci szlacheckie słowo, że wróci z okupem.
– Thylko thy. Nhic mnie po słowach – odpowiedział równie spokojnie konny. – Hodłoży miecz. Nie trzyhma.
– Chcesz chłopaka? – Tym razem Hermann nie był już ot, przygodnym kupcem targującym się dla zabawy, wrócił pan na Radenbergu i Wachau. – Musisz przejść przeze mnie. Stracisz konia, ludzi, a pewnikiem i życie. Policz to. Policz dobrze. Widzę, żeś rozsądny.
Przez krótką chwilę Zdeslav miał niemal pewność, że przywódca niewiernych odpuści, ba, da wolność im obu. Skąd tak naiwna, niedorzeczna myśl? Tego nie wiedział. Wydawała się jednak prawdziwa, na tyle, że napięcie w nim lekko odpuściło. Niemal odetchnął z ulgą.
Wtedy ruszyli.
Nieważne, jak długo i ciężko trenował, ile bitew i potyczek przetrwał, ile pojedynków stoczył, w czasie walki zawsze działo się z nim to samo. Wyłączał się, jakby opuszczał własne ciało, oddawał je sile wyższej w prowadzenie. Szybko zrozumiał, dlaczego poganie wielbili Marsa, a chrześcijańscy wojacy Świętego Michała: kiedy rozum spał, lepiej by wiedli cię święci wojownicy niż przygodne demony. I teraz bił się, bili się obaj, jakby anielskie hufce przybyły im z odsieczą. Skupieni, szybcy, silni, zręczni, z pustymi oczami i obcymi twarzami.
Pierwszy padł dowódca niewiernych. Jak zapowiedział pan Hermann, stracił swego pięknego gniadego ogiera, który z rozprutym brzuchem, kwiczący przeraźliwie, zaplątany we własne jelita runął, zrzucając jeźdźca. Niefortunnie, bo tuż pod nogi Zdeslava, który nie myślał już, działał. Uderzył raz i wystarczyło, by głowa niewiernego niemal oderwała się od ciała. Nie było jednak czasu na triumf, kolejni atakowali już z boków. Obdarzeni większym szczęściem, a może po prostu lepszymi umiejętnościami, bili się jak sami szatani.
– Do koni! – krzyknął Hermann. – Przedrzemy się.
Zdeslav usłyszał. Cudem, bo nad jego uchem nagle wybuchł wrzask a szabla podążyła tuż za nim. Ledwo zdążył sparować cios – brzydko, nieudanie. Ostrze ze zgrzytem przejechało po zarękawiu i rozcięło skórzaną rękawicę, prawdopodobnie razem z częścią palca. Zdeslav nie czuł bólu, jeszcze nie teraz. Odskoczył i znów musiał się bronić, tym razem przed dwoma na raz. Nie był to honorowy pojedynek, ale i nie oczekiwał takowego po niewiernych. Kątem oka dojrzał pana Hermanna. Ten powalił właśnie wyjątkowo zaciekłego Egipcjanina i szedł ku Zdeslavowi po kolejnych.
Do koni, dających przewagę, wciąż nie mieli szans się dostać. Kolejny cios odebrał Zdeslavovi równowagę, ale nie zranił go, kolczuga, którą Hermann kazał mu przywdziać przed wyprawą, sprawiła się tak, że płatnerz pokraśniałby z dumy. Zdeslav wykorzystał tę chwilę i spróbował odepchnąć napastnika. Nie udało się. Ręka, pocięta już w świątyni, okaleczona pierwszym ciosem, omdlewająca po trudach wspinaczki, teraz niemal całkowicie zdrętwiała. Zdeslav poczuł nagle, jakby zamiast ramienia miał jedynie suchy, zmurszały konar, bez czucia, bez krążących w nim soków, gotów pęknąć, rozłupać się samoistnie. Odbił w lewo, by dać więcej miejsca zdrowej dłoni i przyjąć postawę, która zwiększy jego szanse.
Nie zdążył.
Nogi straciły nagle przyczepność i runął między śliskie i parujące końskie wnętrzności. Miecz wypadł mu z dłoni. Rzucił się poń desperacko, ale Egipcjanie już to wykorzystywali. Czas znów zwolnił, świat znów stał się ciasny i wyraźny, szum krwi zastąpił wszelkie myśli. Jeden zaledwie cios zdążył ranić go tuż pod kolanem, gdy atakujący nagle zwalił się obok z czaszką rozłupaną ostrym jak brzytwa mieczem pana Hermanna. To dało Zdeslavowi czas, by znów dosięgnąć broni, choć wciąż nie mógł się podnieść – trzewia, krew, piasek i byliny – wszystko to pochwyciło go i wciągało, zdradliwe jak leśne bagna. Silnym kopniakiem podciął Egipcjanina i rzucił się na kolana, by niczym dziecię raczkować ku stabilnej ziemi. Dopadłszy jej, wstał i obrócił się z dzikim krzykiem. Natychmiast ciął jednego z Egipcjan, skutecznie, choć jeszcze nie śmiertelnie, w twarz.
I wtedy to dojrzał.
Hermann, jego wielki, mężny i piękny pan, upadł w tę samą breję, z której właśnie wydostał się Zdeslav. Upadł na kolana, trzymając oburącz szyję, charcząc i krztusząc się krwią. Krew tryskała mu spomiędzy zaciśniętych palców, spływała niżej, na surkut i w błoto. Jego krew. Jego. Święta. Ukochana.
– Neeee… Prosím vás, pane můj, ne vy…
Ciął straszliwie wcześniej ranionego w twarz Saracena, korzystając z chwili, w której ten ocierał zalane krwią oczy, i ruszył przed siebie, niepomny, że znów straci grunt pod nogami. Cudem tylko nie runął od razu, ale padł na kolana dopiero przy panu Hermannie. Był świadom, że zostało jeszcze dwóch wrogów. Był świadom, że obaj już po niego idą. Był świadom, że zostały mu może dwa oddechy na tym świecie, ale uda mu się osiągnąć chociaż tyle – umrzeć przy panu Hermannie.
„Ne vy… Můj pane, můj svatý” – tętniło w jego głowie, choć zaciśnięte gardło nie było zdolne do żadnego dźwięku, poza wyciem, zwierzęcym skowytem, w którym ledwie rozpoznawał swój głos. I nie tylko swój…
Nagle krzyczeli też Egipcjanie. Nie był to jednak krzyk cierpienia, lecz strachu. Zdeslav uniósł głowę i zobaczył, jak rzucają miecze, jak pierzchają, zapomniawszy nawet o ukradzionych koniach, biegiem. Rozpoznał w ich bełkocie tylko jedno słowo. Słyszał je już wcześniej, w świątyni, wypowiedziane z takim samym strachem przez Kopta Shenoudę – Ammut.
Gwałtownie obrócił głowę, słysząc, że ktoś, coś nadchodzi od wejścia do świątyni. Zwierzę, przedziwna istota, pokraczny lew z głową krokodyla, chory sen iluminatora manuskryptów, ożywiony, wielki i straszny. Nawąchując czegoś, szedł, powoli, świadom, że jest widziany. Zdeslav nawet nie drgnął, sparaliżowany jakimś pierwotnym lękiem. Klęczący obok pan Hermann również się nie ruszał, nie charczał, nie chwytał łapczywie powietrza.
Minęła chwila, zanim Zdeslav zrozumiał, co to znaczy.
Nikt i nic, nawet pradawne zło, które najwyraźniej uwolnili, nawet idąca po niego samego śmierć, nie były równie ważne jak to, że Hermann, jego pan, jego mistrz, jego światło, nie żyje. Że zgasł, tak blisko zwycięstwa, tak blisko wieczności. Szloch wyrwał się z piersi Zdeslava, rozpaczliwy i głośny, jak wcześniej wycie. Wciąż nie puszczał dłoni pana Hermanna, wciąż podtrzymywał jego ciało ramieniem. Nie, nie mógł pozwolić, by jego rycerz upadł w to krwawe błoto. Nie on.
– Jsem tady, pane – szeptał. – Jsem tady. Jak jsem vám slíbil. Až do konce. No już! – krzyknął w stronę stwora, który zbliżał się ku niemu, powoli, ostrożnie, nieubłaganie. –Zabij. Nie będę się bronił. Słyszysz? Nie… nie dobędę miecza. – Zaszlochał rozpaczliwie.
Stwór uśmiechnął się na te słowa, choć nie… nie było to możliwe, w krokodylim pysku nie drgnął przecież żaden mięsień. A jednak Zdeslav ten uśmiech czuł całym sobą. Nie drwiący, żadną miarą! Współczujący. Wszechogarniający.
– Nic ci ode mnie nie grozi, Zdeslavie – odezwała się istota bezpośrednio w jego umyśle. Nie umiał rozpoznać, czy był to głos kobiecy, czy męski, mówił po czesku, niemiecku, a może w łacinie. Nie, Zdeslav po prostu go czuł, nie słyszał.
– Czym… K… kim ty jesteś? – zapytał wreszcie, również bez otwierania ust. – Czego chcesz?
Do Rolanda przyszli aniołowie, zabrać go, gdy umierał. Może w Egipcie, tym przeklętym kraju pogan, nie ma aniołów, może ona… może…
– Jesteś tu po pana Hermanna? Po jego duszę?
– Nie lubię pytań, nudzą mnie – oznajmiła wreszcie. Wciąż stała przed nim, szpetna i straszna z zimnymi krokodylimi ślepiami, w których, Zdeslav mógł to przysiąc, była jednak czułość. – Ale ty mnie zaciekawiłeś, mały giermku, a to już dużo. Pomogę ci więc. Pomogę dobrą radą. To, co nosisz na ręce, ta… Formuła, jak ją nazywał twój pan, nie jest dla każdego. Nie każdy dźwignie ciężar nieśmiertelności, nie każdy może zostać człowiekiem Księgi. Ty jesteś gotów, giermku?
Był? Nie wiedział. Nie rozumiał, o co jest pytany. W głowie słyszał szum, silniejszy niż myśli.
– Wrócę, gdy odpowiesz – uznała sama z siebie, a Zdeslav nie wiedział, czy jest to obietnica, czy może groźba.
Poczuł uderzenie gorąca, kiedy opuszczała jego umysł. Minęła go, ciężko stąpając wielkimi lwimi łapami, kręcąc olbrzymim hipopotamim zadem. Z wolna podeszła do jednego z martwych Egipcjan, i nagle była nim. Tak po prostu. Odwzorowała wszystko, ciało, szatę, broń. I straszliwą, głęboką ranę biegnącą przez niemal całe plecy mężczyzny. Trup, którego postać przyjęła, został nietknięty na ziemi. Ona poszła przed siebie. Lekko i pewnie.
Zdeslav śledził ją wzrokiem, aż zniknęła w ciemności zagajnika. Dopiero wtedy zwrócił się ku ciału pana, dziwnie giętkiemu, jak dziecięca łątka, tyle że cięższemu, i to znacznie. Nie dbał o ten ciężar, rozpacz dodawała mu sił. Szarpnął ciało rycerza za bezwładne ręce i przeciągnął na suchą ziemię. Pan na Radenbergu i Wachau nie mógł leżeć w krwawym błocie.
Słońce stało już na niebie, dzień był jasny, skwar jeszcze nie nadszedł, a Zdeslav wciąż czuwał.
Pan Hermann tak cieszyłby się tą pogodą. Tym dniem. Był przecież słońcem, świętem, radością świata. Zdeslav spojrzał w pożółkłą, okrwawioną, woskową maskę, którą śmierć nałożyła na twarz rycerza. Na mętne, przekrwione oczy. Wciąż broczącą ranę na szyi. I nagle cała brutalna prawda przygniotła go do ziemi, nawet jeśli jeszcze nie umiał jej pojąć.
Pan Hermann był martwy, a Sděslav Oldrich, zwany powszechnie Zdeslavem, pierworodny syn Oldricha Mladego z Těšova, przyszły pan na Podskale, przestał być nieśmiertelny.
I
REGNUM BOHEMIAE, AD 1222
Babka Pavlína mawiała, że z wojny się nie wraca. Że każdy, kto wyruszy, umiera. Nawet jeśli jego ciało powróci nienaruszone, to ducha w nim już nie ma.
Ale babka Pavlína mówiła też, że za chałupą Jiřích mieszka czert, a Karolinkę młynarzów to nie karczmarczyk Bartoš zbałamucił, tylko prawdziwy wodnik, co to swoim wodniczym zwyczajem u młyńskiego koła pomieszkuje. Trzeba więc przyznać, że co mądrzejsi mieszkańcy Podskaly zachowywali wobec opowieści babki Pavlíny zdrowy dystans (poza, rzecz jasna, matką Bartoša, której akurat wodnik bardzo był na rękę). Nie zmienili zdania nawet, kiedy pannę młynarkę wyłowiono martwą ze strumienia. Bliscy Karolinki rzekali, że się niebożę z tej hańby utopiła, ale babka Pavlína i matka Bartoša wiedziały swoje – wodnik ją za żonę pojął i tyle.
W każdym razie Zdeslav z Těšovskiego rodu, nowy pan na Podskale, Kostelcu, Cejrovie, Hrabovcu, Chraście i Podlažicach, rycerz pasowany jeszcze w Akce za zasługi w chrystusowym boju, wrócił z wojny wprawdzie odmieniony, ale przecież cały i żywy, co do tego nikt wątpliwości nie miał. Chłopięciem wyjechawszy, wszelako zmężniał, ogorzał, a panny i powiki na sam widok jego dumnej postawy, prostych, szerokich pleców a wąskiej talii, ledwie nie omdlewały. Było jednak wiadomym, że nie dla psa kiełbasa, nie dla chłopek pany. Zresztą młody Zdeslav zjechał z Těšova, gdzie raczył nabierać sił po wojnie, nie tylko odmieniony, ale i zaręczony. Zaś szczęsną wybranką była sama Eliška, biskupowa siostrzenica z rodu Dražiców.
Baby przy darciu pierza gadały, że kiedy pan zoczył, jak Eliška modli się samotrzeć ze służebnicami w podlažickim klasztorze, z miejsca do niej miłością zagorzał. Czemu tam akurat, na włości Zdeslava, Eliška się modlić przybyła? Ano sama święta Marketa miała zaprowadzić piękną pannę do tego miejsca, mówiąc jej, że upodobała je sobie, w nim modłów słucha szczególnie rada, w nim też chce mieć swój kościół. Powstania tegoż kościoła natomiast tylko Eliška może dopilnować, bo mężowi żadnemu, co święta Marketa miała powiedzieć, wzdychając i przewracając oczami, to zaufać nijak nie idzie.
Ktoś o podłym sercu, ale dobrej znajomości praw rządzących światem, mógłby pogonić baby i powiedzieć, że o żadnej miłości mowy być nie mogło, a mariaż, jak to pańskie śluby, służył wyłącznie rodowym interesom. Podskala, tak się szczęśliwie dla Zdeslava nadarzyło, leżała na granicy między ziemiami panów czeskich i morawskich, w strefie niewidzialnej wojny o wpływy. Najpierw więc pan Ctibor Hlava z Těšova, chętny tę wojnę wygrać, myślał wydać swego młodego kuzyna Zdeslava za którąś z Ronoviczanek, ale szybko dano mu do zrozumienia, że za wysokie progi. Ctibor obraził się więc okrutnie, poprzysiągł rodową nienawiść wszechnym Ronovcom po wsze czasy i postawił na Dražiców. Ród nie tak wysoko postawiony, ale ambitny, płodny i co najważniejsze sprytny – Dražicowie obstawili bowiem swymi pociotkami najmożniejsze klasztory i najwyższe władze kościelne. „Co jak co – pomyślał więc Ctibor Hlava – ale święty kościół rzymski w Czechach zawsze będzie siłą, nie to co jacyś Ronovcy”.
Żeby uczynić hołd świętej Markecie, czy raczej żeby, jak to ujął Ctibor „oszczać teren jako czynią psi; niechaj Ronovcy poczują, kto tu pany”, dano pięknej Elišce obietnicę, że jej ślubna kaplica stanie się perłą w kościelnej koronie, a przylegający do niej podlažicki klasztor zalśni nowym blaskiem. Nowym blaskiem mieli zalśnić także sama Eliška, kuzyn jej Jan, odtąd opat na Podlažicach, i jej stryj opiekun, kanonik Bohuslav z Hradca, a to za sprawą srebra, którym obsypał ich wdzięczny Ctibor.
W dzień zaślubin cała Podskala świętowała. Było też i za co, bo pańskie srebro, jak nigdy, stoczyło się z zamku na sam dół, między pospólstwo. Maik maił się pośrodku wsi, aż miło było patrzeć, w karczmie lało się piwo (jak zawsze) i morawskie wino (jak nigdy), muzyka grała, baby gderały, a młodzi tańcowali. Nieliczni pachołkowie i słudzy dworscy schodzili do wsi, opowiadać niestworzone historie. Już to o orszaku, który ruszył z Podskaly do kościoła, już to o samych zaślubinach, już to o weselisku. Z kolejnymi puszczanymi w obrót kuflami opowieść pęczniała i piękniała w oczach: polichromie przyklasztornego kościoła pokrywały się coraz to liczniejszymi zdobieniami, w ofiarowanym przez Dražiców relikwiarzu znalazło się miejsce już nie dla jednej kości świętego Prokopa, ale całego nieomal szkieletu, młodzi tchnęli taką miłością, że światło biło on nich jak od jakich świętych, a kościół wypełnił cudowny zapach róż, miast zwykłego w takich miejscach kadzidła. Gdyby służebnicy dworscy dawali radę wypić jeszcze trochę, okazywałoby się że sam Cesarz Fryderyk przybył do Podskaly i ronił łzy, prowadząc pannę do ołtarza, przy którym Papież Innocenty czekał już tylko, by udzielić młodym ślubu. A jednak morawskie wino pokonywało tego dnia najtęższe czeskie głowy i bajarze padali pokotem, nie dokończywszy opowieści. Omdlałych wynoszono, by wydobrzeli na sianie, ale już kolejnego dnia rano przybywali nowi, snując tym razem opowieść o uczcie weselnej. Ta zaś, tym razem bez cienia przesady, trwała łącznie cztery dni i cztery noce, aż z zamku wylali się nie tylko słudzy, ale też goście, zmieniając całą pańską dziedzinę w królestwo śpiewu, tańca, piwa, wina i rozpusty.
***
