Co się stało z Margot Clair? - Natalia K. Palonek - ebook
NOWOŚĆ

Co się stało z Margot Clair? ebook

Natalia K. Palonek

0,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Margot Clair zniknęła.

W biały dzień. Bez śladu.

Na pierwszy rzut oka miała wszystko: męża kandydującego na burmistrza, utalentowane dzieci, piękny dom w spokojnej dzielnicy. Była kobietą z rodzaju tych, które wszyscy głośno podziwiają, ale szeptem oskarżają, że na to nie zasłużyła. Nikt nie spodziewał się, że za drzwiami na pozór tak idealnego domu może kryć się tyle tajemnic.

Co tak naprawdę stało się z Margot Clair?

Kto kłamał? Komu byłoby na rękę jej zniknięcie?

 

Czy jej zaginięcie to sprawka męża – pracoholika, żyjącego po to, by imponować ojcu, i skrywającego sekret, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego?

A może kochanka – przedstawiciela służb państwowych przyciągającego kobiece spojrzenia nie tylko swoją pozycją?

Albo teścia, który otwarcie twierdził, że nie każda kobieta zasługuje na nazwisko jego rodu?

Czy to możliwe, że odpowiedź znała przyjaciółka – charyzmatyczna, spontaniczna, zawsze stojąca po jej stronie?

Margot Clair miała wszystko… ale kim tak naprawdę była?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 352

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co się stało z Mar­got Clair?

Natalia K. Palonek

Prolog

Patrzyła w su­fit, a serce wa­liło jej w piersi. Jak mo­gła się w to wplą­tać? Nie do­wie­rzała, że ta zna­jo­mość do­pro­wa­dziła ją do ta­kiego punktu. Skar­ciła się w my­ślach za to, że po­zwo­liła emo­cjom prze­jąć kon­trolę. Te­raz stawką było jej ży­cie. Pró­bo­wała się uspo­koić, wy­dy­cha­jąc po­wie­trze przez usta, ale uścisk w gar­dle po­wo­do­wał, że le­dwo od­czu­wała prze­cho­dzące przez nie po­wie­trze.

Mrok spo­wi­jał sy­pial­nię, po­ściel otu­lała ciało, da­jąc złudne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ci­sza zda­wała się nie­po­ko­jąca, w tle sły­szała je­dy­nie ty­ka­nie ze­gara, zu­peł­nie jakby od­li­czał czas do jej śmierci. Po­czuła kro­ple potu na karku, gdy coś na par­te­rze za­skrzy­piało. Wsparła się na łok­ciu i za­częła na­słu­chi­wać. Czy to sta­nie się wła­śnie w tej chwili? Już, tak po pro­stu?

Ktoś po ci­chu wspi­nał się po klatce scho­do­wej. Wbiła pa­znok­cie w miękki ma­te­rac, ocze­ku­jąc naj­gor­szego. Pró­bo­wała przy­wo­łać w my­ślach roz­kład domu, moż­liwe drogi ucieczki lub kry­jówki, ale tym ra­zem po­sta­wiła wszystko na jedną kartę.

Czuła, że po­stać jest tuż za drzwiami, na­pię­cie w po­miesz­cze­niu gęst­niało. Se­kundy za­mie­niły się w go­dziny. Może przy­były nie za­mie­rza się z nią wi­tać, tylko od razu po­śle ją w ra­miona pie­kła? I wtedy usły­szała de­li­katne klik­nię­cie zamka to­wa­rzy­szą­cego prze­su­wa­ją­cej się gałce w drzwiach. Wró­ciła do po­zy­cji le­żą­cej. Mimo że czuła strach, na jej twa­rzy nie drgnął ża­den mię­sień, jak gdyby wciąż była po­grą­żona we śnie. Kiedy drzwi się uchy­liły, stru­mień świa­tła mu­snął jej po­li­czek. Otwo­rzyła oczy z prze­ra­że­niem i unio­sła się do pionu.

– Cze­ka­łem na tę chwilę. Twoja śmierć bę­dzie po­wolna, a ja za­mie­rzam de­lek­to­wać się każdą se­kundą.

1

Margot Clair

Mar­got po­pi­jała kawę, a w mię­dzy­cza­sie pa­ko­wała ka­napki do po­jem­nicz­ków z ko­lo­ro­wymi po­sta­ciami z ba­jek. Cho­ciaż miała po­moc do­mową, lu­biła tę czyn­ność. Chciała się upew­nić, że dzieci pod­czas po­bytu na do­dat­ko­wych za­ję­ciach będą mieć coś do je­dze­nia od wła­snej ro­dzi­cielki. Oskar, jej mąż, jak za­wsze w tym cza­sie krzą­tał się po ca­łym domu. Jak na uło­żo­nego czło­wieka, który pre­zen­to­wał się szer­szej pu­blicz­no­ści, w ży­ciu pry­wat­nym by­wał mało pre­cy­zyjny i ogar­nięty. Pew­nie szu­kał kra­wata, który odło­żyła do­kład­nie w to samo miej­sce, tuż przy ma­ry­narce w sza­fie.

Zbli­żały się ko­lejne wy­bory, a więc gar­de­roba jej męża była za­pla­no­wana na mie­siąc do przodu. Mar­got zda­wała so­bie sprawę z roli ko­lo­rów, które na­dają pre­zen­cji pew­nych cech: w jed­nej bar­wie je­steś sta­now­czy i wład­czy, w in­nej – ła­godny i do­stępny. Jed­nak szafa Oskara wzno­siła się na zu­peł­nie inny po­ziom, a ko­bieta nie za­mie­rzała wcie­lać się w rolę sty­li­sty. Jako do­bra żona dbała o to, by każda ko­szula i sta­ran­nie skro­jona ma­ry­narka były ide­al­nie wy­pra­so­wane, za­nim przy­szły kan­dy­dat na bur­mi­strza się­gnie po nie i je włoży, bu­du­jąc w ten spo­sób swój wi­ze­ru­nek.

– Baw­cie się do­brze. – Po­ca­ło­wała czoła bliź­nia­czek, po czym do­tknęła ich za­ru­mie­nio­nych po­licz­ków.

Pal­cem za­kre­śliła koło w po­wie­trzu, żeby dzieci zro­biły ob­rót, a kiedy wy­ko­nały jej po­le­ce­nie, mo­gła wło­żyć dru­gie śnia­da­nie do ich ma­łych tor­ni­strów. Gdy to ro­biła, unio­sła wzrok i po­słała mę­żowi po­godny uśmiech. Ten oparł ręce o za­głó­wek krze­sła, sto­jąc na­prze­ciwko ro­dziny. W nie­bie­skich oczach pra­wie czter­dzie­sto­let­niego męż­czy­zny można było do­strzec nie­opi­saną dumę z po­sia­da­nia dwóch trzy­let­nich có­rek. Więk­szość ge­nów od­po­wia­da­ją­cych za wy­gląd odzie­dzi­czyły jed­nak po matce – miały ta­kie same lekko za­darte no­ski, ciemne oczy, brą­zowe włosy i owalne twa­rze. Mocne i wy­ra­zi­ste rysy z domu Clair na tym eta­pie jesz­cze się nie uwi­docz­niły i ko­bieta po ci­chu li­czyła, że nikt z ro­dziny męża nie bę­dzie się ich do­szu­ki­wał.

Ko­szula Oskara wciąż nie była do­pięta na ostatni gu­zik, przez co stwier­dziła, że męż­czy­zna na­dal nie zna­lazł kra­wata. Na jego palcu ser­decz­nym po­bły­ski­wała ob­rączka, która nie tak dawno wró­ciła z czysz­cze­nia, a tuż obok niej sy­gnet ro­dziny Clair, prze­ka­zy­wany z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Sym­bol przy­na­leż­no­ści oraz sta­tusu spo­łecz­nego. Oskar zmie­nił po­zy­cję – przy­kuc­nął i wy­cią­gnął ręce przed sie­bie. Za­zwy­czaj że­gnał swoje córki wła­śnie w ten spo­sób. „Po­pro­szę przy­tu­lasa na do­bry po­czą­tek dnia!”

– Po­pro­szę przy­tu­lasa na do­bry po­czą­tek dnia! – wy­po­wie­dział ra­do­śnie, po­wta­rza­jąc myśl Mar­got oraz ich co­dzienny sche­mat.

Brą­zowe loki dziew­czy­nek bu­jały się bez­tro­sko w dwóch ku­cy­kach, gdy w pod­sko­kach po­gnały do ojca i ści­snęły go z ca­łych sił.

– Ten wi­dok za­wsze chwyta mnie za serce.

Kinga ści­snęła moc­niej w dłoni klu­cze od sa­mo­chodu, pa­trząc na swo­jego szefa. Była pol­ską emi­grantką, która przy­je­chała do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w po­szu­ki­wa­niu lep­szego ży­cia, i tym­cza­sowo do­ra­biała jako po­moc do­mowa w ich domu.

– Można się za­ko­chać w tej trójce, prawda? – Mar­got skrzy­żo­wała dło­nie na klatce pier­sio­wej i oparła się o ku­chenny blat.

– Mają pań­stwo wiele szczę­ścia, w dzi­siej­szych cza­sach na­prawdę trudno utrzy­mać tra­dy­cyjny mo­del ro­dziny i jesz­cze się przy tym tak ko­chać.

Pani domu ob­da­ro­wała dziew­czynę po­god­nym uśmie­chem i po­dzię­ko­wała za kom­ple­ment ski­nie­niem głowy.

– Dziew­czynki, za­pra­szam! Bo ina­czej bę­dziemy stały w korku. – Kinga me­lo­dyj­nym gło­sem za­chę­ciła dzieci, by wresz­cie pu­ściły swo­jego tatę.

Ko­bieta otwo­rzyła drzwi i wy­pro­wa­dziła po­cie­chy pań­stwa Cla­irów do sa­mo­chodu sto­ją­cego tuż na pod­jeź­dzie. Wraz z wyj­ściem dziew­czy­nek i za­mknię­ciem drzwi ro­dzinna sie­lanka wy­pa­ro­wała. Zu­peł­nie jakby te dwie małe istoty nie­świa­do­mie trzy­mały cie­pło tego domu. Oskar pod­niósł się i prze­chy­lił głowę tak, że coś aż za­trzesz­czało mu w karku. Zmie­rzył chłod­nym wzro­kiem żonę.

– Spraw­dza­łaś mój ka­len­darz?

Oczy­wi­ście, że tak, ro­bię to co­dzien­nie i pew­nie będę to ro­bić aż do usra­nej śmierci, po­my­ślała.

– Tak.

– W ra­tu­szu o pią­tej, to bar­dzo ważne, byś za­brała córki ze sobą.

– Nie po­doba mi się fakt, że na­sza ro­dzina jest to­wa­rem han­dlo­wym two­jej kam­pa­nii.

Męż­czy­zna od­su­nął krze­sło, usiadł przy stole i pod­parł ręką czoło. Głę­boko wes­tchnął. Nie miał ochoty wał­ko­wać w kółko te­matu, który – miał na­dzieję – mieli już za sobą.

– Ko­lejna rundka? Mało ci? – Tej wy­po­wie­dzi to­wa­rzy­szyło zre­zy­gno­wa­nie.

– Mam gdzieś ocie­pla­nie wi­ze­runku. Nie chcę, by na­sze dzieci brały udział w me­dial­nej szopce tylko dla­tego, że to po­prawi ci sta­ty­styki wy­bor­cze. Wolę, żeby do­ra­stały w twoim cie­niu. Mało jest po­rwań na tym świe­cie, po co ku­sić los?

– Dbasz o los na­szych dzieci czy o swój? Wy­daje mi się, że to cie­bie krę­pują ka­mery. Dziew­czynki za­wsze przy ta­kich oka­zjach za­cho­wują się na­tu­ral­nie, czują się wtedy nie­mal jak ryby w wo­dzie.

Nie mo­gła nie przy­znać mu ra­cji, dla­tego zde­cy­do­wała się mil­czeć. To oby­cie z me­diami pew­nie miały po te­ściu. Wzdryg­nęła się na samo wspo­mnie­nie „wiel­kiego” Ar­tona Cla­ira. Nie po­tra­fiła się z nim do­ga­dać, bo zde­cy­do­wa­nie pa­trzyli na świat zu­peł­nie ina­czej.

– Gdzie jest mój kra­wat? – zmie­nił te­mat i wstał od stołu.

– Tam, gdzie za­wsze, co­dzien­nie, każ­dego dnia – od­po­wie­działa, nie szczę­dząc so­bie sar­ka­zmu.

Pod­szedł do niej tym pew­nym, wy­uczo­nym kro­kiem, który miał su­ge­ro­wać pew­nego ro­dzaju wyż­szość i do­mi­na­cję. Może w in­nych wa­run­kach by się go nieco wy­stra­szyła, ale wie­działa, że to gra, a on po­słusz­nie od­rywa pierw­szą rolę i wy­ko­rzy­stuje żonę do ćwi­czeń, by za­pre­zen­to­wać się z god­no­ścią w kam­pa­nii. Sta­nął na­prze­ciw niej z po­są­go­wym wy­ra­zem twa­rzy, nie­zdra­dza­ją­cym żad­nej my­śli. Je­śli był wy­pro­wa­dzony z rów­no­wagi lub miał ochotę po­słać ją do pie­kła, świet­nie się z tym krył. Oczy sta­no­wiły jed­nak jego słaby punkt – może dla­tego, że znała go le­piej niż inni, wi­działa w nich po­trzebę po­kla­sku i przy­na­leż­no­ści do cze­goś więk­szego niż ro­dzina, a przede wszyst­kim pra­gnie­nie uzna­nia ze strony ojca.

– Gdyby było ci tak źle, już dawno byś nas zo­sta­wiła. Do­brze wiemy, że po­doba ci się to ży­cie. Mo­żesz w wol­nej chwili ma­lo­wać te nie­zro­zu­miałe bo­ho­mazy, które przy odro­bi­nie szczę­ścia kupi ktoś rów­nie nie­zrów­no­wa­żony, jak ty. Plot­ko­wać na ka­wie z przy­ja­ciółką, uda­wać per­fek­cyjną żonę i matkę. Przy­wy­kłaś do wy­gody. – To nie­sa­mo­wite, jaki chłód bił ze słów męż­czy­zny.

Mar­got mo­głaby przy­siąc, że czuła ciarki na karku, kiedy to mó­wił. Jego sztab zro­bił ge­nialną ro­botę, przy­go­to­wu­jąc go do przy­szłej roli, te­raz to od­czuła. Skró­cił dy­stans mię­dzy nimi, po­ku­sił się na­wet, by po­ło­żyć dło­nie na bla­cie, dzięki czemu za­mknął ją w pu­łapce. Ko­lejna ze sztu­czek ma­ni­pu­la­cyj­nych. Ich twa­rze od­dzie­lały od sie­bie w tym mo­men­cie cale. Unio­sła pod­bró­dek, by wie­dział, że nie da się za­pę­dzić w kozi róg. Na jej od­ruch ką­cik ust de­li­kat­nie uniósł mu się ku gó­rze.

– Chyba nie mu­szę mó­wić na głos tego, co oboje do­brze wiemy – stwier­dził, ale za­raz i tak wy­po­wie­dział to zda­nie: – Nie stać cię na to, by odejść.

Mru­gnęła, po­sta­no­wiła zo­sta­wić wszel­kie my­śli dla sie­bie, cho­ciaż za­ci­snęła moc­niej ręce wciąż skrzy­żo­wane na klatce pier­sio­wej. Prze­łknęła ślinę, co nie uszło uwa­dze męż­czy­zny.

– Tak my­śla­łem. – Po­ca­ło­wał ją w czoło. – Nie za­po­mnij, o pią­tej w ra­tu­szu.

– Nie śmia­ła­bym.

Ode­rwał się od niej i po­kie­ro­wał w stronę wyj­ścia. Po dro­dze zgar­nął ele­gancki skó­rzany ne­se­ser, a kra­wa­tem już nie za­przą­tał so­bie głowy.

– Włóż coś ład­nego, tylko nie­zbyt pod­kre­śla­ją­cego fi­gurę, nie chcemy tra­cić wy­bor­ców przez za­zdro­sne za­lot­nice.

Za­ci­snęła usta w cienką li­nię, a gdy usły­szała cha­rak­te­ry­styczne prze­ska­ki­wa­nie me­cha­ni­zmu w drzwiach, ode­tchnęła z ulgą. Roz­pro­sto­wała ręce, jej palce drżały… To wszystko kosz­to­wało ją wię­cej od­wagi, niż my­ślała. Naj­gor­sze było to, że nie mo­gła za­prze­czyć żad­nemu z jego słów. Nie było ją stać na odej­ście, pod­pi­sała in­ter­cyzę, a je­dyny – choć na­dal ni­kły – za­ro­bek miała z wła­snych ob­ra­zów. Poza tym nie wy­obra­żała so­bie zro­bić ta­kiej krzywdy, jaką jest roz­wód, wła­snym dzie­ciom. Wie­działa, że to mał­żeń­stwo to pakt z dia­błem, zgo­dziła się na ten ślub zu­peł­nie świa­do­mie. Nie są­dziła jed­nak, że ży­cie z tym wy­bo­rem bę­dzie ta­kie trudne.

Od­wró­ciła się, wsparła się o blat, wolną, lecz wciąż roz­dy­go­taną ręką się­gnęła po kawę, za­pewne już zimną. Ku­bek wy­le­ciał jej z dłoni, roz­padł się na ka­wałki i po­bru­dził ku­chenne ka­felki. Przy­kuc­nęła i za­częła zbie­rać odłamki, a sa­motna łza spły­nęła po po­liczku ko­biety, cho­ciaż mocno wal­czyła, by nie oka­zać sła­bo­ści przed samą sobą. Wie­działa, że wy­brała dla sie­bie ży­cie w pew­nego ro­dzaju wię­zie­niu, jed­nak to wciąż była lep­sza opcja niż praw­dziwe mury prze­są­czone kry­mi­na­li­stami.

Kinga po­ma­gała Mar­got ubrać trzy­let­nie bliź­niaczki w te same su­kienki. Nie był to wy­bór, któ­rego do­ko­nała Clair, tylko oczy­wi­ście pro­po­zy­cja nie do od­rzu­ce­nia sztabu wy­bor­czego jej męża. Pa­trząc na wła­sne córki, mu­siała przy­znać, że do­brze pre­zen­to­wały się w po­ma­rań­czo­wym od­cie­niu. Cho­ciaż krój ubra­nia spra­wiał, że wy­glą­dały jak dy­nie, zwłasz­cza z zie­lo­nymi ko­kar­dami we wło­sach. Ko­bieta przy­ło­żyła pięść do ust, ob­ser­wu­jąc, jak jej córy kręcą się po po­miesz­cze­niu, prze­sta­wia­jąc rze­czy w sy­pialni.

– Czy ty też my­ślisz, że wy­glą­dają jak hal­lo­we­enowe ozdoby?

Młod­sza ko­bieta pod­nio­sła się z pod­łogi, gdyż wła­śnie skoń­czyła sprzą­tać po przy­ci­na­niu zie­lo­nych wstęg do wło­sów. Od­wró­ciła się do swo­jej roz­mów­czyni, ale na se­kundę za­nie­mó­wiła, pa­trząc na sze­fową.

– Wy­glą­dasz osza­ła­mia­jąco – stwier­dziła Kinga, któ­rej Mar­got już ja­kiś czas temu za­bro­niła mó­wić do niej na „pani”. Chyba że aku­rat prze­by­wały w miej­scach pu­blicz­nych, pod okiem ka­mer, pod­czas wszyst­kich wyjść zwią­za­nych z pracą jej męża.

Nie za­mie­rzała wkła­dać gar­ni­tu­ro­wego ko­stiumu, w któ­rym jej po­śladki nie miały po­ję­cia o wła­snym ist­nie­niu, ani zbyt cia­snej ko­szuli za­pi­na­nej nie­mal pod sam nos. Zda­wała so­bie sprawę, że ten „grzech” nie przej­dzie nie­zau­wa­żony przez Oskara oraz jego lu­dzi, ale swoim zda­niem wciąż za­cho­wy­wała wy­ma­ganą klasę. Wło­żyła czarną, do­pa­so­waną su­kienkę, z de­li­kat­nym de­kol­tem, i złote do­datki. Uwa­żała, że kla­syka za­wsze się obroni, zwłasz­cza je­śli ma się od­po­wied­nią fi­gurę, a tak się skła­dało, że ona odzie­dzi­czyła ją po swo­jej matce. Je­dyne, do czego mógłby się przy­cze­pić ktoś z za­rządu gar­de­ro­bia­nego, jak sama okre­ślała sztab lu­dzi, to czer­wona szminka.

– Dzię­kuję. – Uśmiech­nęła się nie­znacz­nie, po czym znów prze­nio­sła wzrok na swój naj­więk­szy skarb: dzieci.

– Gdy to po­wie­dzia­łaś… te­raz to wi­dzę, wy­glą­dają jak dy­nie.

Obie par­sk­nęły śmie­chem.

– Cóż, nie można się sprze­ci­wiać wy­roczni mody, w końcu mamy je­sień – stwier­dziła, choć na­dal nie do­wie­rzała, że po­zwoli tak wyjść cór­kom do miej­sca pu­blicz­nego. – Dziew­czynki, pro­szę do mnie. Nie mo­żemy się spóź­nić, tata musi zo­ba­czyć wa­sze ko­stiumy.

Na­chy­liła się w stronę dzieci.

– Ja­kie ko­stiumy? – za­py­tała Sa­rah, star­sza o pięt­na­ście mi­nut od sio­stry.

W od­po­wie­dzi matka tylko po­krę­ciła głową z uśmie­chem.

Wnę­trze ra­tu­sza w Brick­stone Har­bor im­po­no­wało, bez wąt­pie­nia można było po­rów­ny­wać je do wło­skich ka­plic czy ko­ścio­łów. Czte­ro­pię­trowy bu­dy­nek z bia­łego mar­muru, stali i gra­ni­to­wych ma­te­ria­łów miał już swoją hi­sto­rię. W prze­ci­wień­stwie do Oskara Cla­ira, który wła­śnie po ci­chu kan­dy­do­wał i nie­ofi­cjal­nie za­czy­nał dzia­ła­nia ma­jące za­pew­nić mu urząd bur­mi­strza. Ob­casy stu­kały po po­sadzce, gdy Mar­got prze­mie­rzała wnę­trze bu­dowli, trzy­ma­jąc po­cie­chy za ręce, na szczy­cie scho­dów spo­tkała się z mę­żem. Przy­wi­tał ją de­li­kat­nym po­ca­łun­kiem w po­li­czek i przez chwilę przy­trzy­mał w uści­sku.

– Po­dąż za moją asy­stentką, ma dla cie­bie od­po­wiedni strój – wy­szep­tał chłodno. – Też cię do­brze znam.

Prze­wi­dział, że nie włoży tego, co po­winna. Ode­rwał się od niej i uśmiech­nął czule, po czym przy­wi­tał z dziećmi.

– Chodź­cie z ta­tu­siem, mama musi coś za­ła­twić. – Po­now­nie po­słał jej wy­mowne i pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie.

– Pani Clair, za­pra­szam – zwró­ciła się do niej ja­kaś ko­bieta, która nie wia­domo kiedy zna­la­zła się obok nich.

Mar­got wy­pro­sto­wała się z za­ci­śniętą szczęką. Tak wiele chcia­łaby w tej chwili po­wie­dzieć, ale dla wła­snego do­bra ­le­piej trzy­mać ję­zyk za zę­bami.

– Je­śli dla mnie rów­nież ma pani po­ma­rań­czowy strój in­sy­nu­ujący owoc, uprze­dzę, że ni­g­dzie nie idę – za­żar­to­wała.

– Pro­szę się nie mar­twić, mąż wy­brał coś, co na pewno przy­pad­nie pani do gu­stu – po­wie­działa i za­chę­ciła ge­stem dłoni, by Mar­got po­dą­żyła za nią.

Nie­spełna kwa­drans póź­niej sie­działa na wi­downi w pierw­szym rzę­dzie, w bor­do­wej mary­narce i czar­nych, sze­ro­kich ele­ganc­kich spodniach. Oczy­wi­ście w to­wa­rzy­stwie swo­ich dzieci w prze­bra­niu dyń. Głowę miała nieco po­chy­loną i z ma­śla­nymi oczami do­słow­nie wy­pa­lała dziury w klatce pier­sio­wej męża. Ta „na­tu­ralna” poza zo­stała jej przed­sta­wiona, kiedy się prze­bie­rała. Cho­ciaż jej oczy dla tłumu pew­nie su­ge­ro­wały mi­łość i po­dziw do part­nera, prawda była taka, że aż się go­to­wała w środku. Nie­kon­tro­lo­wa­nie wbi­jała so­bie pa­znok­cie w skórę, gdy flesz z apa­ratu do­słow­nie ją ośle­piał.

– Każdy czło­wiek za­słu­guje na cie­pły dom, a to mia­sto za­słu­guję na na­dzieję! Wy­bu­du­jemy wspól­nie przy­szłość, gdzie bez­dom­ność sta­nie się prze­szło­ścią Brick­stone Har­bor. – Męż­czy­zna dla po­wagi swo­ich słów ude­rzył pię­ścią w mów­nicę.

Czy wła­śnie prze­spa­łam całe spo­tka­nie z otwar­tymi oczami? Bar­dzo moż­liwe. Chwi­lowy za­chwyt nad do­pra­co­wa­nym tek­stem, a ra­czej jego koń­cówką, która bez wąt­pie­nia mo­gła po­ru­szyć, prze­ro­dził się w gniew na fo­to­grafa. Ro­zu­miała, że mu­siała być na szczę­śli­wym ob­razku wraz z mę­żem, ale nie ży­czyła so­bie żad­nych osob­nych fo­to­gra­fii. W tym zdjęć swo­ich dzieci – nic nie roz­ju­szało ją tak, jak fakt, że od­bitki z po­do­bi­zną dziew­czy­nek są ogól­no­do­stępne. Dzi­siej­sza tech­no­lo­gia po­zwa­lała na wiele, jej zda­niem na zbyt wiele. Bar­dzo ła­two zro­bić nie­ko­rzystne zdję­cie trzy­latce, która póź­niej bę­dzie obiek­tem wes­tchnień na fo­rach in­ter­ne­to­wych od­kle­jo­nych lu­dzi. To jedna z tych rze­czy, któ­rej nie prze­my­ślała, wcho­dząc w układ z mę­żem – że nie za­wsze bę­dzie mo­gła w stu pro­cen­tach za­gwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwo wła­snym dzie­ciom. Gdy była w ciąży, na­prawdę my­ślała, że Oskar nie po­su­nie się do tego, by han­dlo­wać wi­ze­run­kiem swo­ich po­ciech. Jaki oj­ciec tak robi?

– Prze­pra­szam – za­cze­piła chło­paka upa­mięt­nia­ją­cego ten mo­ment i szturch­nęła go pa­znok­ciem w plecy.

Fo­to­graf ob­ró­cił się i na­chy­lił do ko­biety, która zmie­rzyła go nie­za­do­wo­lo­nym spoj­rze­niem.

– Pro­szę usu­nąć ostat­nie zdję­cie, wy­star­czy, że ma pan fo­to­gra­fię na­szej ro­dziny.

– Ten ob­ra­zek wy­raża wię­cej niż ty­siąc słów, pro­szę pani. – Pod­su­nął jej apa­rat pod nos.

Twarz Mar­got na zdję­ciu wy­ra­żała po­dziw swo­jego part­nera, dziew­czynki też pa­trzyły na tatę z nieco uchy­lo­nymi ustami. Pew­nie były znu­dzone, ale to, jak na­leży się za­cho­wy­wać, wpa­jano im nie­mal od uro­dze­nia.

– Nic nie szko­dzi, pro­szę usu­nąć. – Pod­trzy­my­wała sta­now­czy ton.

Od­su­nął obiek­tyw i coś po­kli­kał na urzą­dze­niu, po czym cierpko się do niej uśmiech­nął. Bez­gło­śnie mu po­dzię­ko­wała. Męż­czy­zna tylko po­tak­nął i wró­cił do pracy. Spoj­rzała na swoją córkę sie­dzącą po pra­wej stro­nie – Sa­rah prze­su­wała rącz­kami po ma­te­riale su­kienki, na­to­miast Rosa wła­śnie za­mie­rzała we­tknąć so­bie pa­lec do nosa. Mar­got chwy­ciła jej dłoń w lo­cie, a dziew­czynka od­wró­ciła wzrok i zmarsz­czyła lekko brwi w nie­zro­zu­mie­niu.

– Ko­cha­nie, tak nie wolno.

Zre­zy­gno­wana Rosa za­częła ma­chać nóż­kami. Mar­got po­now­nie uświa­do­miła so­bie, że dzieci to jej naj­więk­sze osią­gnię­cie, i zrobi wszystko, by za­pew­nić im ochronę. Choćby miała zo­stać żywą tar­czą. Wcze­sne ży­cie Mar­got było da­le­kie od ide­al­nego, ale bliź­niaczki po­ka­zały jej, że bez­gra­niczna mi­łość ist­nieje – uczu­cie, dla któ­rego bez­wa­run­kowo je­steś w sta­nie po­świę­cić sie­bie. Kiedy tuż po po­ro­dzie trzy­mała swoje córki, za­warła pakt z samą sobą – bę­dzie naj­lep­szą matką, jaką tylko może, zu­peł­nie jakby to sta­no­wiło jej ży­ciowe po­wo­ła­nie.

Gdy wró­cili do domu, było tak późno, że dziew­czynki za­snęły w fo­te­li­kach. Nie za­mie­rzała ich już roz­bu­dzać, Oskar za­niósł je do po­koju, a ona de­li­kat­nie po­zbyła się ozdób z ich wło­sów i ubra­nek, by mo­gły wy­po­cząć. Rosa nie­mal na­tych­miast wsa­dziła jedną rączkę pod po­duszkę i uło­żyła się na boku, Sa­rah na­to­miast ko­chała spać na ple­cach. Ro­dzice sta­nęli nad brze­giem ich łó­żek i pa­trzyli na dziew­czynki przez dłuż­szą chwilę.

– Kie­li­szek wina? – za­pro­po­no­wał szep­tem mąż.

Zdzi­wiła ją ta pro­po­zy­cja, wła­ści­wie miała ochotę do­koń­czyć ko­lejny ob­raz. Nic tak nie od­blo­ko­wuje weny jak ko­lejne nudne spo­tka­nia, na któ­rych nie czuje się sobą. Za­wsze póź­niej tę po­skro­mioną złość prze­rzuca na płótno.

– Wła­ści­wie to czemu nie. – Wzru­szyła ra­mio­nami. – Tylko się prze­biorę i zejdę do sa­lonu.

– Ja­sne.

We­szła do sy­pialni i skie­ro­wała się do gar­de­roby, która rów­nież znaj­do­wała się w tym po­miesz­cze­niu. Po­kój po­zo­rów – tak lu­biła okre­ślać to miej­sce w domu. Łóżko za­wsze ide­al­nie za­ście­lone, stos uro­czych, ozdob­nych po­du­szek pię­trzą­cych się tak wy­soko, że do­słow­nie miało się ochotę rzu­cić na to kró­lew­skie łoże i za­wi­nąć w pu­chaty koc. W tym po­koju jed­nak sy­piał te­raz jej mąż. Ona dzie­liła z nim ma­te­rac je­dy­nie przy wy­jąt­ko­wych oka­zjach. Swoją sy­pial­nię urzą­dziła na­prze­ciwko po­koju dziew­czy­nek i z sa­mego rana – nim kto­kol­wiek prze­kro­czył próg ich domu – prze­miesz­czała się do po­koju po­zo­rów, by za­ło­żyć ma­skę cu­dow­nej pani domu i ode­grać po­wie­rzoną jej rolę. Nikt nie miał wstępu do tej sy­pialni ani pra­cowni na par­te­rze, tak samo jak nikt nie miał prawa wejść do ga­bi­netu Oskara. Oboje sza­no­wali ten układ i do­sto­so­wali się do za­sad, które sami stwo­rzyli.

Zrzu­ciła z sie­bie ubra­nie i nie­zgrab­nie odło­żyła je na krze­sło w gar­de­ro­bie – nie miała siły, by się tym zaj­mo­wać. Kinga na pewno wszystko po­sprząta. Wło­żyła spodnie dre­sowe i pod­ko­szu­lek na ra­miącz­kach. Od razu po­czuła się błogo, mo­gąc przez krótką chwilę znów być w stu pro­cen­tach sobą. Te­raz była do­słow­nie w swo­jej skó­rze, bo po­włoka tej ide­al­nej, kon­tro­lo­wa­nej wer­sji zo­stała na krze­śle. Wy­pu­ściła po­wie­trze i po­krę­ciła głową, by roz­luź­nić spięty od do­sko­na­łej po­stawy kark. Dla­tego tak ko­chała noce i odro­binę sa­mot­no­ści. Tylko wtedy mo­gła prze­stać uda­wać przed świa­tem ko­goś, kim nie była.

Ze­szła po scho­dach do sa­lonu. Jej mąż po­lu­zo­wał kra­wat (miał go pew­nie w ja­kimś ze­sta­wie awa­ryj­nym w swoim biu­rze) i roz­piął ko­szulę, ma­ry­narkę zo­sta­wił na krze­śle w kuchni, a sam wy­god­nie roz­ło­żył się na ka­na­pie. Ro­zu­miała jego wy­bor­czy­nie – mimo że miał już pra­wie czter­dziestkę, wciąż był atrak­cyj­nym ką­skiem, a spe­cy­ficzny od­cień błę­kitu jego oczu bez wąt­pie­nia do­da­wał mu uroku. Przed nim stała bu­telka dro­giego pół­wy­traw­nego wina i dwa kie­liszki z mu­su­ją­cym na­po­jem. Jedną z cie­ka­wo­stek na te­mat jej męża był fakt, że lu­bo­wał się w pi­ciu wi­no­gro­no­wych trun­ków. Nie­raz za­ska­ki­wał ją swoją zna­jo­mo­ścią tego te­matu.

Usia­dła obok i pod­ku­liła nogi pod brodę. Świa­tło w po­miesz­cze­niu było przy­ga­szone, co da­wało in­tymną at­mos­ferę, po­dobną do tej na spo­wie­dzi. Męż­czy­zna na­chy­lił się i za­brał kie­liszki w dłoń, po czym prze­ka­zał je­den żo­nie. Stuk­nęli się i pierw­szy łyk skosz­to­wali w mil­cze­niu. W końcu Oskar zwró­cił ku niej twarz, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze. Każde z nich żyło wła­snym ży­ciem i poza wy­zna­czo­nym sce­na­riu­szem mało ze sobą roz­ma­wiali. Dla­tego chwile ta­kie jak te były dla nich krę­pu­jące, mimo że w swo­ich ro­lach tkwili nie­zmien­nie od kilku lat.

– Mu­sisz się przy­go­to­wać, to już nie prze­lewki – za­czął. – Gdy kam­pa­nia ru­szy pełną parą, za­czną się schody. To nie jest ten sam po­ziom, Mar­got. Kiedy moja kan­dy­da­tura zo­sta­nie ofi­cjal­nie ogło­szona, roz­pocz­nie się zbie­ra­nie i pu­bliczne pra­nie bru­dów. Każdy twój ruch bę­dzie śle­dzony, nie mo­żesz za­cze­piać fo­to­gra­fów i pro­sić ich o usu­wa­nie zdjęć, to było… – ścią­gnął brwi – …nie na miej­scu.

Za­ko­ły­sała kie­lisz­kiem, by po­pa­trzeć, jak płyn w nim się ob­raca, a po­tem prze­su­nęła pal­cem ob­rączkę. Ukry­wa­nie się na wi­doku wy­da­wało się ge­nial­nym po­my­słem. Wy­da­wało się…

My­ślami jed­nak wró­ciła do pstry­ka­ją­cego zdję­cia chło­paka. Za­sta­na­wiała się, kto do­niósł jej mę­żowi, bo na pewno on sam tego nie za­uwa­żył. Pew­nie ktoś ze sztabu bacz­nie ją ob­ser­wo­wał, przez co ju­tro do­sta­nie li­stę swo­ich za­cho­wań, które musi sko­ry­go­wać przed ko­lej­nym pu­blicz­nym wy­da­rze­niem.

– Nie my­śla­łeś, by to skoń­czyć? Mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, lu­dzie zro­zu­mieją.

– Mar­got. – W jego ustach to imię brzmiało tak jak wtedy, gdy ro­dzic ma za­miar cię uka­rać. – Nie za­mie­rzam po raz ko­lejny się po­wta­rzać. To po­li­tyka, nią rzą­dzą inne za­sady niż te w świe­cie, w któ­rym ty funk­cjo­nu­jesz. Je­śli po ta­kim cza­sie tego nie ro­zu­miesz, to ni­gdy nie uda ci się tego w pełni po­jąć.

Ura­ziły ją jego słowa, bo su­ge­ro­wały, że nie jest zbyt by­stra.

– To, co ro­bię, prze­czy gło­szo­nym przeze mnie po­glą­dom, więc pil­nuję, by moje se­krety zo­stały w sza­fie. Po­uczam cię, by twoje rów­nież nie uj­rzały świa­tła dzien­nego. Wiemy, że mogą wy­rzą­dzić nie­od­wra­calne szkody – kon­ty­nu­ował.

Obec­nie dla Mar­got jego se­kret wy­da­wał się ni­czym w po­rów­na­niu z jej prze­szło­ścią. W każ­dym ra­zie je­żeli Oskar wo­lał tkwić w te­atrzyku i sce­ne­rii, którą ra­zem uknuli, mo­gła spo­koj­nie ode­tchnąć. Jej to wcie­le­nie się po­do­bało, cho­ciaż jak każda praca miało swoje mi­nusy. Jed­nak czas spę­dzony z cór­kami i we­wnętrzny spo­kój zde­cy­do­wa­nie był wart tego, by cza­sem ugryźć się w ję­zyk i ubrać jak urzęd­niczka.

– Po to mnie tu dziś za­cią­gną­łeś? Prze­cież spi­suję się w swo­jej roli. – Zer­k­nęła na niego zna­cząco, po czym upiła łyk wina, jakby to miało w ja­kiś spo­sób uga­sić na­ra­sta­jącą od lat we­wnętrzną fru­stra­cję.

– Wresz­cie mam szansę osią­gnąć w ży­ciu to, do czego zo­sta­łem stwo­rzony.

Pa­trzyła na męża. Każde słowo z jego ust pa­dało z prze­ko­na­niem, że tak wła­śnie musi być i że tak wła­śnie bę­dzie. To nie było już po pro­stu ma­rze­nie, to cel, o który za­mie­rzał wal­czyć jak lew. Je­śli ktoś sta­nie mu na dro­dze, on roz­je­dzie go jak wa­lec. Po­nie­kąd za­zdro­ściła mu tego dzi­kiego uporu, wi­działa i wie­działa co każ­dego dnia po­święca, by zbli­żyć się do wła­snych pra­gnień. Była to naj­waż­niej­sza rzecz w ży­ciu każ­dego czło­wieka – on sam.

– Wiem, ile to dla cie­bie zna­czy, nie zro­bię nic, co za­grozi two­jej kan­dy­da­tu­rze. Mamy prze­cież umowę, która wiąże się z ry­zy­kiem dla nas obojga.

W moim mnie­ma­niu mam wię­cej do stra­ce­nia niż ty. Ty stra­cisz tylko re­pu­ta­cję, ja wszystko. Wy­mie­nili spoj­rze­nia. Mimo że pa­trzyła w te oczy co­dzien­nie z więk­szą lub mniej­szą uwagą, dziś wi­działa w nich to samo co w noc, kiedy za­warli ze sobą ten chory układ. Nie­ustę­pli­wość, za­wzię­tość i bez­kom­pro­mi­so­wość. Idzie po swoje i nie za­mie­rza się za­trzy­mać. Unio­sła ką­ciki ust w de­li­kat­nym uśmie­chu, chcąc do­dać mu otu­chy. Ow­szem, Oskar mógł wiele stra­cić, ale w jej przy­padku cho­dziło o wła­sne ży­cie. Na­chy­liła się w jego stronę i po­ło­żyła mu dłoń na ko­la­nie, na co męż­czy­zna drgnął. Nie przy­wyk­nął do do­tyku żony, cho­ciaż miesz­kali ra­zem już dość długo. To skraj­nie po­pa­prane…

Się­gnęła po bu­telkę wina i uzu­peł­niła kie­li­szek męż­czy­zny, który był już pra­wie pu­sty. Spraw­nie go osu­szył.

Mo­gła się oba­wiać, że jej prze­szłość kie­dyś po­krzy­żuje mu plany. Ta myśl co ja­kiś czas wy­pły­wała na po­wierzch­nię. Za każ­dym ra­zem jed­nak sta­rała się zdu­sić ją w za­rodku. Tak długo po­zo­sta­wała nie­uchwytna, że cza­sem po­wąt­pie­wała, czy ra­miona spra­wie­dli­wo­ści jesz­cze ją do­się­gną. W tym mo­men­cie nie była jed­nak świa­doma, jak bar­dzo się my­liła. Wo­lała wie­rzyć, że stwo­rzyła wy­star­cza­jąco bez­pieczną za­porę, by nikt nie był w sta­nie się przez nią prze­bić.

– Pójdę po­pra­co­wać nad ob­ra­zem, już pra­wie go koń­czę.

Ski­nął głową. Tak na­prawdę wie­działa, że nie ob­cho­dziło go, co ko­bieta robi w wol­nym cza­sie. Nie miał na to miej­sca w swoim zbyt po­ukła­da­nym i za­pla­no­wa­nym na rok do przodu ka­len­da­rzyku. Grunt, by trzy­mała się ich usta­leń.

– Dzię­kuję – po­wie­dział le­dwo sły­szal­nie, gdy zna­la­zła się już w pew­nej od­le­gło­ści od niego.

Za­trzy­mała się w pół kroku, po czym od­wró­ciła przez ra­mię.

– Nie ma sprawy. Umowa to umowa.

2

Margot Clair

Ranek mi­nął do­kład­nie w taki sam spo­sób jak każdy inny. Mar­got zro­biła dzie­ciom dru­gie śnia­da­nie do ko­lo­ro­wych po­jem­ni­ków, mąż przy­tu­lił dziew­czynki i ży­czył im do­brego dnia, Kinga jak za­wsze ob­ser­wo­wała tę scenkę z nutką za­zdro­ści lub po­dziwu – pani domu ni­gdy nie była pewna, jak roz­gryźć jej wy­raz twa­rzy. Sama stała te­raz z kub­kiem go­rą­cej kawy w pra­cowni i pa­trzyła na ma­lo­wi­dło, które przed­sta­wiało nagą, bez­bronną ko­bietę, za­mkniętą w ele­ganc­kiej klatce przy­po­mi­na­jącą tę na ptaki.

Jesz­cze wczo­raj roz­wa­żała, czy po­stać na płót­nie nie po­winna mieć skrzy­deł, ale uznała, że prze­kaz jest zbyt ja­sny i nie po­trzeba żad­nych do­dat­ków. W osta­tecz­no­ści ktoś za­trzyma się nad nim na dłu­żej, za­sta­na­wia­jąc się, czy zro­zu­miał, co au­tor miał na my­śli. Klatka była ko­loru zło­tego – jak jej ży­cie, w któ­rym miała z po­zoru wszystko, co po­trzebne do szczę­ścia: męża z ka­rierą, dwójkę prze­pięk­nych i na pewno uta­len­to­wa­nych có­rek, śliczny dom w pięk­nej oko­licy.

Ko­bieta z ob­razu sie­działa na pod­ło­dze w klatce, z pod­ku­lo­nymi no­gami i skrzy­żo­wa­nymi na nich rę­kami. Opie­rała brodę na ko­la­nie, a po jej de­li­kat­nej, wręcz po­są­go­wej twa­rzy spły­wała łza. Być może byłby to ko­lejny ob­raz, który przed­sta­wiałby pew­nego ro­dzaju znie­wo­le­nie, gdyby nie fakt, że ko­bieta dzier­żyła w dłoni klucz po­zwa­la­jący jej na ucieczkę. Świat ze­wnętrzny wy­da­wał się jed­nak strasz­niej­szy niż to, co ta po­stać znała – znaj­do­wała się w psy­chicz­nym wię­zie­niu, a ogra­ni­cze­nia tak na­prawdę tkwiły je­dy­nie w jej umy­śle.

Mar­got po­sta­wiła w po­ło­wie pełny ku­bek tuż obok su­szą­cych się pędzli, zgar­nęła w dłoń czarny cien­ko­pis i w dol­nym rogu pracy pod­pi­sała się pseu­do­ni­mem. Przez krótką chwilę de­lek­to­wała się ob­ra­zem. Po­czy­niła zna­czące po­stępy, cho­ciaż na szczę­ście dar miała wro­dzony, a praca nad nim tylko go udo­sko­na­liła. Zro­biła zdję­cie smart­fo­nem, by wy­sta­wić ob­raz na au­kcję. Kiedy otwo­rzyła apli­ka­cję, coś ją za­sko­czyło. Jedno z jej ma­lo­wi­deł wła­śnie było li­cy­to­wane, a ktoś zdą­żył pod­bić stawkę do ty­siąca do­la­rów. Mi­mo­wol­nie się uśmiech­nęła – to dla niej pew­nego ro­dzaju prze­łom, z re­guły nikt nie ku­po­wał tych dzieł. Do Pi­cassa było jej da­leko, a je­śli już udało się sprze­dać ja­kiś ob­raz, na­wet za nie­wielką kwotę, trak­to­wała to jak oso­bi­sty suk­ces.

Ha­łas w sa­lo­nie od­wró­cił uwagę Clair od ulot­nego szczę­ścia. Ktoś wszedł do jej domu i za­cho­wy­wał się w nim jak gość. Ostroż­nie otwo­rzyła drzwi od pra­cowni, które pro­wa­dziły na ko­ry­tarz, skąd mo­gła do­strzec część sa­lonu, kuchni oraz wej­ście.

– Stać, ręce w górę! – krzyk­nął do­brze zbu­do­wany męż­czy­zna. – Pro­szę wy­chy­lić się zza drzwi. Już!

Po­słusz­nie zro­biła, co ka­zał. Broń kie­ro­wał w jej stronę, więc ucieczka była ra­czej złym po­my­słem.

– Zbliżę się te­raz do pani w celu wło­że­nia kaj­da­nek, pro­szę dzia­łać we­dle mo­ich wska­zó­wek, wów­czas ni­komu nic się nie sta­nie. Ina­czej będę zmu­szony użyć siły.

Odło­żył pi­sto­let do ka­bury przy pa­sie, ona na­to­miast po­słusz­nie wy­cią­gnęła dło­nie przed sie­bie. Chwy­cił za kaj­danki i za­piął je na prze­gu­bach ko­biety.

– Zo­sta­jesz aresz­to­wana, masz prawo za­cho­wać mil­cze­nie. Wszystko, co po­wiesz, może zo­stać użyte prze­ciwko to­bie w są­dzie. Masz prawo do obec­no­ści ad­wo­kata pod­czas prze­słu­cha­nia. Je­śli nie stać cię na ad­wo­kata, zo­sta­nie ci on przy­dzie­lony bez­płat­nie. Za­rzuty mogą zo­stać od­da­lone, gdy prze­śpisz się z funk­cjo­na­riu­szem Hale’em.

– To ni­gdy nie prze­staje cię ba­wić – za­żar­to­wała, pa­trząc na skute dło­nie.

W tym sa­mym mo­men­cie roz­piął kaj­danki i uwol­nił jej ręce. Na­stęp­nie zbli­żył się i wy­szep­tał Mar­got do ucha:

– Lu­bię my­śleć, że mogę cię mieć całą dla sie­bie. – Nie był w sta­nie się po­wstrzy­mać i przy­gryzł pła­tek ucha ko­biety, a przez jej kark po­wę­dro­wały przy­jemne ciarki.

– Nie tu­taj. – De­li­kat­nie pchnęła go w tors, by zwięk­szyć dy­stans mię­dzy nimi. – Chodź do mo­jej sy­pialni, mam za­sło­nięte ro­lety, ja tylko prze­kręcę za­mek w drzwiach.

Po­de­szła do drzwi fron­to­wych i sta­ra­jąc się po­zo­stać nie­zau­wa­żona, ro­zej­rzała się po oko­licy. Po­dzię­ko­wała w du­chu, że nie przy­je­chał au­tem służ­bo­wym, które pew­nie wzbu­dzi­łoby cie­ka­wość wśród na­mol­nych są­sia­dów. Prze­krę­ciła za­mek i szarp­nęła za klamkę. Od­wró­ciła się, by coś po­wie­dzieć, ale nie do­strze­gła męż­czy­zny w polu wi­dze­nia. Ru­szyła po scho­dach do swo­jego azylu i za­stała go wy­god­nie le­żą­cego na łóżku z ka­len­da­rzem w rę­kach. Nie mo­gła oprzeć się wra­że­niu, że tu­taj pa­so­wał. Nie tylko do jej sy­pial­nia­nego łoża, lecz także do tego domu – był jego bra­ku­ją­cym ele­men­tem. Za­wsze pra­gnęła mieć wła­śnie taką re­la­cję, jaka ich łą­czyła. A to może by­łoby moż­liwe, gdyby nie prze­szłość.

– Wy­gląda na to, że mamy tro­chę czasu, Oskar bę­dzie za­jęty do wie­czora. – Te­atral­nie za­mknął przed­miot, przez co ten wy­dał cha­rak­te­ry­styczny dźwięk, po czym z obo­jęt­no­ścią rzu­cił go na półkę nocną.

– Char­lie… – Skrzy­żo­wała ręce na klatce pier­sio­wej i oparła się o fra­mugę. – Nie mo­żesz tu­taj przy­jeż­dżać bez zapo­wie­dzi.

Miała całą noc na prze­my­śle­nie de­li­kat­nego ostrze­że­nia, które Oskar wy­snuł wczo­raj­szego wie­czoru. Do­szła do wnio­sku, że w jed­nym miał ra­cję – na szali było zbyt dużo, by stra­ciła to przez pie­kiel­nie przy­stojną po­kusę.

Męż­czy­zna wsparł się na łok­ciu, a drugą ręką po­kle­pał wolne miej­sce obok sie­bie.

Każdy grzech przy­biera formę ku­si­ciela. Jej prze­wi­nie­nie miało po­nad sześć stóp, sze­ro­kie barki, umię­śniony brzuch, oczy, w któ­rych z ła­two­ścią można się było za­tra­cić, i zu­chwały uśmie­szek. W do­datku męż­czy­zna gwa­ran­to­wał roz­kosz otwie­ra­jącą pie­kielne bramy.

– Mó­wię po­waż­nie – oznaj­miła twardo, by dać mu do zro­zu­mie­nia, że sy­tu­acja może wy­mknąć się spod kon­troli, co pod żad­nym po­zo­rem nie mo­gło się wy­da­rzyć.

Spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie, ale w końcu do­strzegł, że nie za­mie­rzała od­pu­ścić. Opadł bez­wład­nie na po­duszki.

– Za­ko­cha­łaś się w nim od nowa czy za­mie­rza kan­dy­do­wać?

Pa­trzył w su­fit, dra­piąc się po szyi. Wie­dział już, że cho­dzi ra­czej o to dru­gie.

– Ko­cham go w inny spo­sób niż cie­bie, nie mogę prze­kre­ślić jego kan­dy­da­tury sko­kiem w bok.

Pod­niósł się z łóżka, od­piął ka­burę z pa­ska wraz z od­znaką. Ru­szył w jej kie­runku, pal­cami zgrab­nie od­pi­na­jąc pierw­sze trzy gu­ziki czar­nej, dżin­so­wej ko­szuli. Sta­nął na­prze­ciwko ko­biety, nie po­zo­sta­wia­jąc zbyt wiele miej­sca mię­dzy nimi. Gdy tylko wcią­gnęła po­wie­trze, po­czuła przy­jemne orzeź­wia­jące per­fumy. Dło­nią od­su­nął jej ko­smyk z czoła – czy tego chciała, czy nie, ciało re­ago­wało na jego do­tyk. Kciu­kiem ob­ry­so­wał owalną twarz, na­stęp­nie skie­ro­wał się ku szyi, aż osta­tecz­nie za­trzy­mał na oboj­czyku. Znów się przy­su­nął, tak bli­sko, że ich ciała się ze­tknęły. Char­lie Hale sły­szał, jak od­dech Mar­got przy­spie­sza. Wie­dział, że nie umie się przy nim kon­tro­lo­wać, i za­mie­rzał to wy­ko­rzy­stać. Jej or­ga­nizm mi­mo­wol­nie da­wał znaki, że go po­żąda, choćby wy­pie­rała się tego rę­kami i no­gami, on po­tra­fił to od­czy­tać.

– Całe twoje ciało mnie pra­gnie, dla­czego od­ma­wiasz mu roz­ko­szy? – za­py­tał ni­skim i cho­ler­nie me­lo­dyj­nym gło­sem.

– Kto po­wie­dział, że od­ma­wiam? – Spoj­rzała w jego zie­lone tę­czówki. – Su­ge­ruję tylko, że nie mo­żemy zo­stać zła­pani.

Kiedy zo­ba­czył błysk w jej brą­zo­wych oczach, z za­dzior­nym uśmie­chem wy­pu­ścił po­wie­trze no­sem. Ostat­nią wy­po­wiedź po­trak­to­wał jak zie­lone świa­tło. Za­czął przy­gry­zać jej szyję – po­znał ją na tyle, że wie­dział już, co lubi w tym „spo­rcie”. Ko­bieta nie­mal na­tych­miast wbiła pa­znok­cie w jego plecy. Chwy­cił ją za po­śladki i uniósł, a ona szybko prze­nio­sła ręce na kark męż­czy­zny. Kilka kro­ków póź­niej rzu­cił ją na łóżko i zsu­nął z niej spodnie. Na­stęp­nie wszedł na ma­te­rac i za­mknął jej głowę mię­dzy umię­śnio­nymi ra­mio­nami. Usta miała roz­chy­lone, co tylko do­dat­kowo go roz­pa­lało. Wzrok Mar­got był błogi, wi­dział w nim, jak bar­dzo go po­trze­buje.

Miał ochotę ze­drzeć z niej ten swe­te­rek, tak bar­dzo już chciał jej skosz­to­wać. Rzecz w tym, że ko­biety ta­kiej jak ona nie je się jak zwy­kłej ta­bliczki cze­ko­lady. Ona jest bom­bo­nierką z wyż­szej półki – chcesz się na­cie­szyć tym sma­kiem, bo nie wiesz, czy bę­dzie ci dane za­znać go po­now­nie. Wi­dząc wa­ha­nie męż­czy­zny, za­ci­snęła nogi na jego bio­drach, rękę po­ło­żyła mu na karku i przy­su­nęła go do sie­bie, by wresz­cie po­sma­ko­wać ust. Uwiel­biała te dźwięki… Gło­śne wy­de­chy i wde­chy, jęki roz­ko­szy. Wi­dok uno­szą­cej się klatki pier­sio­wej oraz tego, że dla niego była za­ka­za­nym owo­cem. Dla­tego ich seks był tak do­bry. Dia­beł naj­pierw kusi nie­sa­mo­wi­tym do­zna­niem, kon­se­kwen­cje przy­cho­dzą po­tem.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej le­żeli pod koł­drą, nor­mu­jąc od­de­chy. Char­lie prze­chy­lił się na bok i pa­trzył na jej zre­lak­so­waną twarz. Zwró­ciła się ku niemu i uśmiech­nęła uwo­dzi­ciel­sko. Dłoń po­ło­żyła na jego na­gim tor­sie, czuła pod nią bi­jące serce.

– Chcia­ła­bym, żeby to była na­sza co­dzien­ność – wy­szep­tała, zu­peł­nie jakby wy­po­wie­dze­nie tych słów zbyt gło­śno miało ze­psuć tę chwilę in­tym­no­ści.

– Gdyby tak było, ni­gdy nie wy­szli­by­śmy z sy­pialni. Nie wy­pu­ścił­bym cię z wła­snych ob­jęć.

Chwy­cił jej dłoń spo­czy­wa­jącą na tor­sie, by przy­su­nąć ją do ust i zło­żyć na niej de­li­katny po­ca­łu­nek.

– Ma­rzę o tym, aby zna­leźć ja­kieś roz­sądne wyj­ście z tej sy­tu­acji – wy­znała, po czym po­pra­wiła głowę na po­duszce, gło­śno wy­dy­cha­jąc po­wie­trze.

Sie­lanka, w któ­rej spę­dzili ostat­nie pół go­dziny, wła­śnie mi­jała, a rze­czy­wi­stość bru­tal­nie do­bi­jała się do drzwi.

– Ej. – Przy­cią­gnął ją, zmu­sza­jąc, by na niego spoj­rzała. – Do­ce­niam każdą na­szą po­ta­jemną schadzkę. Mam wra­że­nie, że to dzięki temu tak do­brze się do­ga­du­jemy. To nie tak, że nie pra­gnę sta­bil­no­ści, ale to – spoj­rzał jej głę­boko w oczy – jest wy­jąt­kowe i czer­pię z tych chwil ca­łymi gar­ściami.

– Po­tra­fisz zna­leźć po­zy­tyw w każ­dej sy­tu­acji?

– Udało mi się – po­wie­dział, a ona zmarsz­czyła brwi w nie­zro­zu­mie­niu. – Po­now­nie się uśmie­chasz.

Zbli­żył się, by za­znać smaku jej ust. Każde ich spo­tka­nie było elek­try­zu­jące – gdy się ko­chali, ro­bili to tak, jakby ju­tra miało nie być, jakby ist­niało ry­zyko, że już ni­gdy wię­cej się nie spo­tkają.

– Ko­cham cię, Mar­got.

Przy­jemne ciarki prze­szyły jej ciało.

– Ja cie­bie też.

I wtedy to do­strze­gła – nie­winną zmianę w wy­ra­zie twa­rzy męż­czy­zny, jed­nak na tyle wi­doczną, że dla osoby, która za­wzię­cie stu­dio­wała jego ciało ka­wa­łek po ka­wałku, była za­uwa­żalna jak bruzda na dłoni. Po­czuła ucisk w żo­łądku.

Tak bar­dzo nie chciał jej psuć dnia, cho­ciaż wie­dział, że musi to zro­bić.

– Char­lie? Co jest? – Od­ru­chowo za­kryła się pod samą szyję, two­rząc w ten spo­sób wy­ima­gi­no­waną ba­rierę ochronną.

Przy­gryzł dolną wargę. Słowa, które za­mie­rzał wy­po­wie­dzieć, wię­zły mu w gar­dle. Tak bar­dzo nie chciał jej skrzyw­dzić. Oczy Mar­got zro­biły się duże z prze­ra­że­nia, a pod­bró­dek za­czął drżeć. Być może sama już wie­działa, na jaki te­mat męż­czy­zna za­raz roz­pocz­nie kon­wer­sa­cję. Za­mknął po­wieki, za­sta­na­wia­jąc się, jak prze­ka­zać tę in­for­ma­cję w naj­mniej dra­styczny spo­sób.

Za­nim Kinga przy­wio­zła dziew­czynki, Mar­got pró­bo­wała przy­wró­cić się do po­rządku. Było to trudne, bo wciąż my­ślała o sło­wach, które za­wi­sły w sy­pialni dwie go­dziny temu. ­Za­ci­skała tak mocno pię­ści, że knyk­cie jej zbie­lały. Wpa­try­wała się w punkt przed sobą nie­mal jak za­hip­no­ty­zo­wana, igno­ru­jąc fakt, że bliź­niaczki na­nio­sły do domu błota i wła­śnie we­soło tup­tały, roz­no­sząc je po drew­nia­nej po­sadzce.

– Mamo! Mamo! Patrz! – krzy­czała Sa­rah, ob­ra­ca­jąc się do­okoła, lecz ro­dzi­cielka ani drgnęła.

Po­grą­żyła się w my­ślach ni­czym w tran­sie.

– Mar­got? Wszystko do­brze? – Stłu­miony głos po­mocy do­mo­wej przedarł się do uszu ko­biety.

Do­piero gdy Kinga do­tknęła jej ra­mie­nia, oprzy­tom­niała.

– Za mało kawy dziś wy­pi­łam, jesz­cze się nie obu­dzi­łam, to pew­nie przez ci­śnie­nie. – Wy­rzu­ciła z sie­bie po­tok słów, by jak naj­da­lej od­pę­dzić ja­kie­kol­wiek po­dej­rze­nia.

– Zro­bię ci ko­lejną, chyba jej po­trze­bu­jesz. – Dziew­czyna uśmiech­nęła się po­god­nie, po czym włą­czyła eks­pres i za­częła zdej­mo­wać dzie­ciom płasz­cze.

Clair przy­glą­dała się temu wszyst­kiemu, cho­ciaż tak na­prawdę to nie wy­ko­ny­wana czyn­ność ją in­te­re­so­wała, lecz po pro­stu wła­sne dzieci. Dzieci, które uro­dziła w tru­dach, dzieci, za które – gdyby tylko mu­siała – od­da­łaby ży­cie, dzieci, które były jej je­dy­nym suk­ce­sem i sen­sem ży­cia. Te­raz to do niej do­tarło – ka­riera męża była dla niego ważna w ta­kim stop­niu jak dla niej ro­dzi­ciel­stwo. Zro­zu­miała, że gdyby mu­siała rzu­cić ko­goś w ogień, by oca­lić córki, nie za­wa­ha­łaby się ani przez se­kundę. Po­wo­łała te istoty do ży­cia i za wszelką cenę po­winna za­gwa­ran­to­wać im bez­pie­czeń­stwo. W końcu miała ro­dzinę, o któ­rej za­wsze ma­rzyła. Była matką i speł­niała się w tej roli le­piej niż jej wła­sna ro­dzi­cielka.

– Na pewno wszystko do­brze? – upew­niła się jesz­cze raz Kinga, wi­dząc wciąż za­mro­czoną sze­fową.

– Tak, to po pro­stu ten wiek, w któ­rym po­goda wpływa na sa­mo­po­czu­cie. Kie­dyś zro­zu­miesz i wspo­mnisz moje słowa – stwier­dziła, po czym zmu­siła się do uśmie­chu. Miała na­dzieję, że wy­glą­dał on na szczery.

– Może na­pój bo­gów ci po­może? – Młoda ko­bieta wrę­czyła Mar­got fi­li­żankę.

Za­pach go­rą­cej kawy w ja­kimś stop­niu na chwilę za­ła­go­dził nowo po­wstały stres. Było to jed­nak bar­dzo ulotne uczu­cie. Miała wra­że­nie, że cią­gle ktoś dy­szy jej w kark. Zu­peł­nie jakby była ob­ser­wo­wana, albo po pro­stu tra­ciła już resztki zdro­wego roz­sądku i so­bie to wmó­wiła.

Mi­nął ty­dzień, od kiedy Mar­got ostatni raz go­ściła u sie­bie Char­liego. Ty­dzień od bło­giej roz­ko­szy i in­for­ma­cji, która wstrzą­snęła jej po­zor­nie uło­żo­nym i ide­al­nym ży­ciem. Prze­łą­czyła się na tryb prze­trwa­nia, cho­ciaż dla wszyst­kich osób wkoło był on nie­wi­doczny. Je­dy­nie raz po­zwo­liła so­bie na chwilę sła­bo­ści, kiedy tłu­ma­czyła się Kin­dze, że to przez brak kawy. Stres pod­świa­do­mie prze­dzie­rał się na pierw­szy plan, ale sta­rała się go trzy­mać na wo­dzy. Nie po­zwoli, by to, na co tak ciężko pra­co­wała, ot tak się roz­sy­pało. Za dużo ją to wszystko kosz­to­wało, a na szali znów stało naj­waż­niej­sze – ży­cie jej oraz có­re­czek, nie wspo­mi­na­jąc o re­pu­ta­cji męża.

Gdy po­że­gnała Oskara, a dziew­czynki wy­szły z nia­nią, udała się do pra­cowni. We­szła w apli­ka­cję, by spraw­dzić ak­tu­alne ceny swo­ich ob­ra­zów wy­sta­wio­nych na li­cy­ta­cję. Mu­siała przy­znać, że szło jej co­raz le­piej. Wciąż nie były to za­wrotne sumy, ale jesz­cze kilka ob­ra­zów i może na­wet mo­głaby prze­żyć za to mie­siąc na swoim.

Spoj­rzała na po­ma­rań­czowe płótno, które wczo­raj do­słow­nie po­chla­stała se­rią sza­lo­nych za­ma­chów farby. Była wście­kła i zroz­pa­czona, a to je­dyne miej­sce w domu, gdzie mo­gła wy­ra­zić sie­bie bez stra­chu, że ktoś na­kryje ją na chwi­lo­wym zdję­ciu ma­ski. Miała już na­wet po­mysł na ty­tuł dla tego „ar­cy­dzieła”. Akt je­sien­nej fu­rii. Mimo że ten ob­raz po­wstał w mniej ory­gi­nalny spo­sób niż po­zo­stałe i z mniej­szą dba­ło­ścią o szcze­góły, wy­szedł jej z tego nie­zły im­pre­sjo­nizm. Za­warła w nim dy­na­mikę ru­chu, ulot­ność chwili, a także bez wąt­pie­nia emo­cje – prak­tycz­nie krzy­czała z bez­rad­no­ści, ma­cha­jąc ręką znad głowy.

Spoj­rzała na czer­woną farbę, a po­tem znów na po­ma­rań­czowe płótno. Na­gle odło­żyła te­le­fon, wło­żyła czy­ste dło­nie do farby i roz­cią­gnęła je od środka ob­razu w dwa prze­ciwne rogi. Te­raz dzieło po­do­bało jej się jesz­cze bar­dziej. Za­sta­na­wiała się, co ktoś po­my­śli, pa­trząc na nie w przy­szło­ści. W tym przy­padku au­tor nie miał żad­nego prze­kazu poza je­sien­nymi bar­wami. To była czy­sta złość i po­trzeba wy­ła­do­wa­nia fru­stra­cji.

Dzwo­nek do drzwi od­wró­cił jej uwagę. Je­śli to był Char­lie, wy­brał fa­talny mo­ment. Poza tym uzgod­nili, że to ko­niec wi­zyt do­mo­wych, zwłasz­cza tych nie­za­po­wie­dzia­nych. Z dłońmi po­kry­tymi farbą, jakby wła­śnie za­mor­do­wała pro­się, otwo­rzyła bar­kiem drzwi pro­wa­dzące do pra­cowni i wy­szła na ko­ry­tarz. Bru­netka jej roz­mia­rów wła­śnie za­glą­dała przez okno w sa­lo­nie, a kiedy do­strze­gła ręce przy­ja­ciółki, zmarsz­czyła brwi. Jako je­dyna z nie­licz­nych wie­działa, że Mar­got ma­luje ob­razy.

Wła­ści­cielka ge­stem ręki wska­zała, by we­szła do domu – drzwi były prze­cież otwarte. Na­tych­miast od­no­to­wała w my­ślach swój błąd. Po­winna za­cząć je za­my­kać, i to na cztery spu­sty. Nie mo­gła być tak lek­ko­myślna.

– Gdy­bym nie wie­działa, ob­sta­wia­ła­bym, że wła­śnie mor­du­jesz męża. Dla pew­no­ści, gdzie on jest? – za­żar­to­wała.

Mar­got wsu­nęła dło­nie pod cie­płą wodę i za­częła je szo­ro­wać. Czer­wona farba z tru­dem spły­wała, bru­dząc zlew. Po­my­ślała o tym jed­nym ra­zie, gdy fak­tycz­nie miała krew na rę­kach.

– Je­śli chcesz się upew­nić, że to nie Oskar, włącz te­le­wi­zję. Pew­nie wła­śnie prze­ma­wia w lo­kal­nej pra­sie. Albo otwórz ka­len­darz le­żący przy eks­pre­sie, tam są wszyst­kie dane – od­parła nieco sar­ka­stycz­nym to­nem, chcąc roz­luź­nić at­mos­ferę.

Hanna Fitch ścią­gnęła płaszcz i rzu­ciła go na sofę w sa­lo­nie. Przy­ja­ciółka Clair za­wsze do­mi­no­wała oto­cze­nie – nie tylko wła­sną oso­bo­wo­ścią, lecz rów­nież swo­imi rze­czami. Gdy Mar­got się od­wró­ciła, do­strze­gła, że Hanna trzyma bu­telkę wina w dłoni. Po­pa­trzyła na nią z po­li­to­wa­niem i po­wie­działa:

– Ko­bieto, nie ma jesz­cze dzie­sią­tej.

– Daj spo­kój, gdzieś na świe­cie na pewno jest już po­po­łu­dnie. – Mach­nęła ręką i po­de­szła do szafki ze szkli­wem. – Poza tym twój mąż pew­nie znów na­rze­kałby, że opróż­niamy jego ba­rek, więc tym ra­zem się­gnę­łam do wła­snej kie­szeni.

Czuła się tu jak u sie­bie. Ko­biety znały się już od dłuż­szego czasu – co prawda Mar­got po­znała Hannę do­piero w okre­sie na­rze­czeń­stwa, ale od razu wy­dała jej się kimś wy­jąt­ko­wym, od­mien­nym, nie­tu­zin­ko­wym. Chciała, by ta dziew­czyna zo­stała w jej ży­ciu jak naj­dłu­żej, bo po pro­stu do­da­wała mu barwy i hu­moru.

Fitch wy­cią­gnęła ko­rek z bu­telki, który od­po­wie­dział cha­rak­te­ry­stycz­nym dźwię­kiem. Na­lała wino do kie­liszka i po­pchnęła go po bla­cie w stronę Mar­got. O dziwo nie wy­lała się przy tym ani kro­pla.

– Który za­lazł ci za skórę? – za­py­tała pani domu, po czym upiła łyk trunku.

Hanna roz­sia­dła się wy­god­nie po dru­giej stro­nie stołu i oparła głowę na dło­niach. Ko­bieta wy­pu­ściła trzy­mane w płu­cach po­wie­trze, jakby coś cięż­kiego spo­czy­wało na jej bar­kach i blo­ko­wało swo­bodny od­dech.

– To ten stu­den­ciak, trza­snęło mnie.

Mar­got wy­buch­nęła grom­kim śmie­chem.

– Masz trzy­dzie­ści lat, a on?

Mu­siała przy­znać, że jej dzień na­brał ko­lo­rytu. Chyba wła­śnie tego po­trze­bo­wała – odro­biny dra­ma­ty­zmu z ży­cia bli­skiej osoby. Hanna miała w so­bie coś w ro­dzaju ma­gnesu przy­cią­ga­ją­cego nie­wła­ści­wych part­ne­rów. Może dla­tego, że sama żyła tak, jakby miała dwa­dzie­ścia pięć lat. Da­leko jej było do by­cia pa­nią domu – ko­chała wol­ność i nie­za­leż­ność oraz przy­godny seks z róż­nymi męż­czy­znami. W ca­łym swoim ży­ciu może dwa razy zwią­zała się z kimś na dłu­żej, je­śli można w ten spo­sób na­zwać pół­roczny ro­mans. Za­wsze jed­nak koń­czyło się tak samo: gdy zwią­zek za­czy­nał zmie­rzać w stronę cze­goś po­waż­nego, Hanna pa­ko­wała wa­lizki i ucie­kała, gdzie pieprz ro­śnie.

– Dwa­dzie­ścia trzy… – jęk­nęła i przy­wa­liła głową w blat, aż za­dud­niło.

– To prze­cież nie tak źle. Może ko­le­dzy nie po­my­ślą, że ­je­steś jego matką.

– Ej! – Mo­men­tal­nie się unio­sła i wska­zała na przy­ja­ciółkę zło­wrogo pal­cem. Po chwili jed­nak ta emo­cja zo­stała za­stą­piona lę­kiem. – Mó­wisz po­waż­nie, mogą mnie uznać, za jego matkę!?

– Daj spo­kój, prze­cież żar­to­wa­łam. Na­pij się, bo chyba tego po­trze­bu­jesz.

Hanna po­słu­chała rady przy­ja­ciółki i po­cią­gnęła więk­szy łyk, a za­raz za nim ko­lejny.

– Nie mo­głam się za­ko­chać, po pro­stu nie…

Fitch wy­glą­dała jak pies, który przy­plą­tał się pod czy­jeś drzwi i po­trze­bo­wał opieki.

– Chce przed­sta­wić mnie swo­jej matce.

Clair wy­pluła wino, które miała w ustach, a po­tem ryk­nęła śmie­chem.

– Więc o to cho­dzi. Bo­isz się te­ścio­wej. – Prze­tarła nie­dbale usta ręką, po czym się­gnęła po szmatkę i prze­su­nęła ma­te­ria­łem po za­plu­tym stole.

– Czy to aż tak bar­dzo nie­mo­ralne? – Ścią­gnęła brwi, przez co na jej czole po­ja­wiła się lwia zmarszczka.

– Ko­cha­nie nie rób tak, tylko się po­sta­rzasz.

– Cie­bie to na­prawdę bawi! – Hanna roz­ło­żyła ręce i z nie­do­wie­rza­niem po­krę­ciła głową.

– Odro­binę, tak ciut. – Mar­got unio­sła kciuk i pa­lec wska­zu­jący, ro­biąc z nich miarkę.

– Ja pier­dolę – jęk­nęła. – Jak ty jako matka za­re­ago­wa­ła­byś na coś ta­kiego? – Ko­bieta znów wbiła łok­cie w blat i wsparła na nich czoło. Głowa ewi­dent­nie jej dziś cią­żyła.

– Gdyby moja córka przy­pro­wa­dziła star­szego o sie­dem lat męż­czy­znę… – za­częła roz­wa­żać taki sce­na­riusz. – Gdyby była na­sto­latką, chyba po­go­ni­ła­bym ta­kiego „pod­lotka”, ale prze­cież wy je­ste­ście do­ro­śli. Zresztą mój Oskar też jest ode mnie star­szy pra­wie o de­kadę, a świet­nie się ro­zu­miemy. – Clair po­czuła, jak jej gar­dło się za­ci­ska przez wy­po­wie­dziane kłam­stwo.

– Bo ty je­steś nor­malną, równą babką.

– Dzięki za kom­ple­ment. – Da­leko mi do nor­mal­nej, po­my­ślała.

– My­ślisz, że matka nie na­gada mu, o tym, jaka je­stem już stara? Mój ze­gar bio­lo­giczny tyka i ta­kie tam?

Spoj­rzała z li­to­ścią na przy­ja­ciółkę, która była w tym sa­mym wieku co ona. Czasy się zmie­niły – mimo cią­żą­cej trójki z przodu obie wciąż wy­glą­dały młodo i zdrowo. Hanna miała duże, brą­zowe oczy i owalną twarz, lekko za­darty nos – pa­su­jący do jej nie­zno­szą­cego sprze­ciwu cha­rak­teru – oraz pełne usta, do któ­rych za­wsze usta­wiała się ko­lejka ad­o­ra­to­rów. Po­cząt­kowo Oskar czę­sto za­po­mi­nał jej imie­nia i na­zwał ją Da­kotą, bo fak­tycz­nie przy­po­mi­nała znaną ak­torkę. Czę­sto, cho­ciaż Mar­got nie wie­działa, czy w żar­tach, po­rów­ny­wał swoją żonę i Hannę, na­zy­wa­jąc je sio­strami. O ile w ich wy­glą­dzie można było do­szu­kać się po­do­bieństw, o tyle ich cha­rak­tery róż­niły się jak woda i ogień.

– Ej, po­trze­buję po­rady! – wark­nęła nie­miło.

Clair wes­tchnęła. Nie chciała da­wać dziew­czy­nie ko­lej­nej rady, bo wie­działa, że ta „mi­łość” nie po­trwa długo. Spoj­rzała na przy­ja­ciółkę, która prze­ży­wała już za­pewne ósmy w tym roku kry­zys ser­cowy, i tym ra­zem to ją coś „trza­snęło”. W du­chu po­dzię­ko­wała, że Hanna zde­cy­do­wała się za­pu­kać do jej drzwi z ko­lej­nym me­lo­dra­ma­tem, bo wła­śnie do­strze­gła roz­wią­za­nie wła­snego pro­blemu.

W so­boty za­zwy­czaj cho­dziła z cór­kami do parku, ale dziś mę­czyła ją mi­grena. Wy­jąt­kowo za­dzwo­niła do niani, która – jak się oka­zało – nie miała nic prze­ciwko, by za do­dat­kową opłatą spę­dzić tro­chę czasu z jej cór­kami. Sama jed­nak od­czu­wała wy­rzuty su­mie­nia, a bio­rąc pod uwagę to, co ostat­nio usły­szała z ust Char­liego, tym bar­dziej chciała spę­dzać czas z wła­snymi dziećmi. Cie­szyć się każdą se­kundą by­cia matką i chło­nąć te ulotne chwile. Roz­ma­so­wy­wała skro­nie, po­pi­ja­jąc ko­lejną szklankę wody. Ból ustę­po­wał, ale nie był do końca stłu­miony, a ona miała już dość le­że­nia w ciem­nej sy­pialni.

W tym mo­men­cie do kuchni wszedł jej mąż, usiadł na­prze­ciwko niej i rzu­cił stertę do­ku­men­tów na blat. Nor­mal­nie nie zro­bi­łoby to na niej wra­że­nia, ale dziś każdy dźwięk od­czu­wała in­ten­syw­niej. Do­słow­nie jakby ktoś wier­cił jej dziurę w gło­wie. Oskar chwy­cił dłu­go­pis, ustami zdjął osłonkę i za­czął za­kre­ślać coś na pa­pie­rach, które przy­niósł, jak za­wsze kom­plet­nie po­grą­żony we wła­snym świe­cie. Jedno mu­siała przy­znać – po­dzi­wiała go i za­zdro­ściła mu de­ter­mi­na­cji. Nie znała ni­kogo in­nego, kto byłby tak od­dany wy­zna­czo­nemu przez sie­bie ce­lowi.

– Dzień do­bry, mężu.

Uniósł pa­lec wol­nej ręki, da­jąc tym znać, że jest wła­śnie w try­bie sku­pie­nia. Mi­nutę póź­niej odło­żył przed­miot i spoj­rzał na nią. Na­wet gdyby miał ochotę od­po­wie­dzieć uprzej­mo­ścią, na­wyki wzięły górę i zlu­stro­wał ją w nie­przy­jemny spo­sób.

– Za­raz zjawi się mój oj­ciec, czy mo­żesz do­pro­wa­dzić się do względ­nego po­rządku?

Wi­zy­ta­cja te­ścia to ostat­nie, czego mi dziś trzeba.

– Nie było nic na ten te­mat w ka­len­da­rzu, poza tym nie czuję się naj­le­piej.

– Tak, masz ra­cję. Mimo wszystko i tak przy­je­dzie. Przy­go­tuję ci ja­kieś le­kar­stwo, ale, pro­szę, za­mień ten dres na coś mniej… do­mo­wego.

Roz­ba­wiło ją to – mó­wił tak, jakby wy­glą­dała na ko­goś, kto pra­cuje na roli, zbie­ra­jąc ziem­niaki albo roz­wo­żąc mało przy­jem­nie pach­nący na­wóz. Z nie­chę­cią wstała, iry­to­wało ją to, że na­wet we wła­snym domu, w so­botni po­ra­nek nie mo­gła wy­glą­dać jak zmę­czona ko­bieta. Jakby nie miała prawa cho­dzić w tych głu­pich spodniach dre­so­wych. Po dro­dze na pię­tro zgar­nęła bu­telkę z wodą – mimo że mi­grena zda­wała się już ustę­po­wać, wie­działa, że wi­zy­ta­cja te­ścia tylko po­bu­dzi ośro­dek bólu w jej gło­wie. Do­tarła do gar­de­roby, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem Oska­rowi nie prze­szka­dza cho­dze­nie w ele­ganc­kich ciu­chach na­wet w teo­re­tycz­nie wolny dzień, cho­ciaż trudno na­zwać go wol­nym, skoro sterta do­ku­men­tów to­wa­rzy­szy mu rów­nież w ki­blu.

Się­gnęła po dżinsy, pod­ko­szu­lek na ra­miącz­kach i be­żowy kar­di­gan – wy­gląd ty­po­wej matki z przed­mieść. Za­cze­sała włosy w koń­ski ku­cyk i nie fa­ty­go­wała się, żeby na­ło­żyć ma­ki­jaż. Prawda była taka, że co­kol­wiek by zro­biła, se­nior rodu i tak nie bę­dzie za nią prze­pa­dał. Ak­cep­to­wał ją, ale nie był jej wiel­kim fa­nem. Uzna­nie sy­no­wej za członka ro­dziny oka­zy­wał naj­bar­dziej przy pry­wat­nych ro­dzin­nych spo­tka­niach i tych pu­blicz­nych. I naj­waż­niej­sze – ni­gdy nie po­ka­zy­wał nie­chęci do sy­no­wej w to­wa­rzy­stwie swo­jej żony.

Scho­dziła po scho­dach, kiedy do domu jak do sie­bie wszedł wielki Ar­ton Clair – my­śląc wielki, nie miała jed­nak na my­śli ca­ło­kształtu jego ka­riery. W prze­ci­wień­stwie do syna wa­żył ja­kieś sto trzy­dzie­ści fun­tów wię­cej.

– Oj­cze, do­brze cię wi­dzieć. – Oskar po­de­rwał się i skie­ro­wał w jego stronę, jak pie­sek, któ­remu ktoś rzu­cił za­bawkę. Jakby by­cie w za­sięgu bla­sku au­to­ry­tetu ro­dzica było czymś nie­spo­ty­ka­nym i po­nie­kąd ła­ska­wym.

Przy­wi­tali się, po­da­jąc so­bie ręce – se­nior rodu stro­nił od kon­tak­tów fi­zycz­nych, które mo­gły su­ge­ro­wać tro­skę.

– Co cię spro­wa­dza w na­sze progi? – za­py­tała, kiedy ze­szła z ostat­niego stop­nia.

Wy­si­liła się rów­nież na przy­ja­zny uśmiech. Mimo że była w ich ro­dzi­nie już przez dłuż­szy czas, jej mąż nie­jed­no­krot­nie po­wta­rzał, aby ni­gdy nie zwra­cała się do te­ścia „tato”.

Clair uści­skał także jej dłoń na przy­wi­ta­nie – tym biz­ne­so­wym uści­skiem, który prze­sta­wia ko­ści w dłoni, by po­ka­zać do­mi­na­cję.

– In­te­resy, nic in­nego, Mar­got.

Ką­cik ust star­szego męż­czy­zny po­wę­dro­wał ku gó­rze, pa­trzył na nią z tylko so­bie znaną wyż­szo­ścią. Jego spoj­rze­nie zda­wało się mó­wić: „Ja na wszystko za­pra­co­wa­łem sam, a ty je­steś je­dy­nie żoną mo­jego syna. Nie masz bla­dego po­ję­cia o ży­ciu ani jak pro­wa­dzić do­brze pro­spe­ru­jący biz­nes. Masz szczę­ście, że udało ci się po­ślu­bić ko­goś z na­szego rodu”.

Wcze­śniej­sze py­ta­nie za­dała wy­łącz­nie z grzecz­no­ści – i już w tej sa­mej chwili po­ża­ło­wała, że w ogóle za­brała głos. We­dług fi­lo­zo­fii Ar­tona to męż­czy­zna jest fun­da­men­tem w domu, to on ma za­ra­biać i gwa­ran­to­wać ro­dzi­nie byt. Ko­bieta ma być je­dy­nie pięk­nym do­dat­kiem, pod­su­wa­ją­cym obiad pod nos, ro­dzą­cym dzieci i dba­ją­cym o po­rzą­dek, no i oczy­wi­ście za­pew­nia­ją­cym roz­rywki w łóżku.

– Gdzie moje wnuczki? – Ro­zej­rzał się, bo za­pewne za­nie­po­ko­iła go ci­sza.

Kiedy wszy­scy do­mow­nicy prze­by­wali w tym domu, trudno było o odro­binę spo­koju. Ko­bieta jed­nak do­brze wie­działa, że za­dał to py­ta­nie z grzecz­no­ści, los dziew­czy­nek tak na­prawdę go nie ob­cho­dził. To był ko­lejny pstry­czek w nos w stronę sy­no­wej. Prze­cież tylko sie­dzi za­mknięta w czte­rech ścia­nach bu­dynku, więc mo­głaby się cho­ciaż za­jąć wła­snymi dziećmi. Nie było ta­jem­nicą, że Ar­ton gar­dził po­my­słem za­trud­nie­nia niani – obca ko­bieta mo­głaby, jego zda­niem, roz­pra­szać męż­czy­znę w dą­że­niu do celu. Ona jed­nak po­dej­rze­wała, że cho­dziło ra­czej o to, że matka Oskara wy­cho­wy­wała go bez ja­kiej­kol­wiek po­mocy. Niby taki po­stę­powy czło­wiek, a men­tal­nie wciąż tkwił w śre­dnio­wie­czu.

– Mar­got nie czuła się dziś do­brze, Kinga za­brała dzieci do parku. – Po­śpie­szył z wy­tłu­ma­cze­niem syn i wrę­czył jej szklankę z roz­pusz­cza­ją­cym się prosz­kiem prze­ciw­bó­lo­wym.

Ar­ton zmie­rzył ją od stóp aż po czu­bek głowy.

– Fak­tycz­nie, nie wy­glą­dasz za do­brze. Je­steś strasz­nie blada i masz wory pod oczami. Chyba nie spa­łaś całą noc.

Przy­gry­zła po­li­czek od we­wnątrz. W wy­obraźni zdą­żyła się już na niego rzu­cić i wy­rwać mu garść wło­sów albo le­piej – ze­rwać tu­pe­cik czy też pe­rukę. Była pewna, że męż­czy­zna coś kom­bi­no­wał ze swoją bujną czu­pryną, zwłasz­cza że nie miał ani jed­nego si­wego włosa, pod­czas gdy na gło­wie jego syna po­ja­wił się już sub­telny sre­brzy­sty ślad czasu.

– Zrób nam kawę, a my z Oska­rem przej­dziemy do sa­lonu.

– Oczy­wi­ście – od­parła sar­ka­stycz­nie i wy­si­liła się na ko­lejny uśmiech. Tym ra­zem jed­nak był to je­den z tych, w któ­rych nie spo­sób do­strzec szcze­ro­ści.

Nie lu­biła tego, że teść nią dy­ry­go­wał i trak­to­wał jak głu­piutką dziu­nię. Mąż zmie­rzył ją wzro­kiem, kiedy za­uwa­żył tę nie­sub­or­dy­na­cję. Za­zwy­czaj się tak nie za­cho­wy­wała, miała wra­że­nie, że jej głowa za­raz roz­sa­dzi się od środka. Nie za­mie­rzała też spę­dzić dnia jako słu­gus swo­jego te­ścia – wów­czas przy­naj­mniej przy­go­to­wa­łaby się psy­chicz­nie na po­ni­że­nia. Mimo to po­pra­wiła swoją po­stawę:

– Czarna bez cu­kru? – Wie­działa, że tak, ale wy­pa­dało za­py­tać.

Star­szy męż­czy­zna kiw­nął głową, po czym wraz z sy­nem prze­niósł się na ka­napę. Mar­got skie­ro­wała się do kuchni, wy­dy­cha­jąc gło­śno po­wie­trze, gdzie włą­czyła eks­pres. W ta­kich chwi­lach jak ta wra­cała my­ślami do Char­liego, do tego, jaki świetny zwią­zek mo­gliby stwo­rzyć, gdyby nie jej prze­szłość. Do tego, ja­kie cu­downe ży­cie mo­głaby mieć, gdyby nie to, co zro­biła jako na­sto­latka. Czy cza­sem ża­ło­wała, że wpa­ko­wała się w układ za­pro­po­no­wany przez Oskara? I tak, i nie. Zda­wała so­bie sprawę, że ze swoją śmier­dzącą hi­sto­rią i tak zła­pała pana Boga za kostki.

Było kilka mi­nut po je­de­na­stej w nocy, gdy za­par­ko­wała w po­bliżu miesz­ka­nia Char­liego. Wie­działa, że te­raz jej ro­dzina jest na świecz­niku, skru­pu­lat­nie od­ha­czała w ka­len­da­rzu dni do startu kam­pa­nii. Był to też je­dyny mo­ment, gdy mo­gła jesz­cze po­być ze swoim ko­chan­kiem, za­nim ma­china ru­szy i za­cznie się cyrk. Nim wy­sia­dła z sa­mo­chodu, stan­dar­dowo ro­zej­rzała się, by spraw­dzić, czy przy­pad­kiem nikt ze zna­jo­mych nie po­sta­no­wił prze­wie­trzyć głowy tak późną porą. Lu­dzie w Brick­stone Har­bor byli wścib­scy i ko­chali plotki, ale mia­steczko miało w so­bie pewną aurę i znaj­do­wało się w jed­nym z nud­niej­szych sta­nów na ma­pie. Ze spusz­czoną głową, na któ­rej miała czapkę z dasz­kiem, prze­szła przez hol i po­kie­ro­wała się do jego miesz­ka­nia. Nie zdą­żyła unieść ręki, by wci­snąć dzwo­nek, gdy drzwi się uchy­liły, a męż­czy­zna wcią­gnął ją do środka. Au­to­ma­tycz­nie skie­ro­wała wzrok na jego nagi tors, na że­brach po pra­wej stro­nie wid­niał roz­le­gły fio­le­towy si­niak.

– Co się stało? – za­py­tała, na­wet się z nim nie wi­ta­jąc.

– Praca w te­re­nie, nie tę­sk­ni­łem, ale aku­rat po­trze­bo­wali ko­goś do­dat­ko­wego do za­trzy­ma­nia ja­kie­goś głąba z nie­le­galną bro­nią. Oka­zało się, że w miesz­ka­niu był ktoś jesz­cze, aku­rat się od­sło­ni­łem i obe­rwa­łem w że­bro. Wstyd przy­znać, wy­sze­dłem tro­chę z wprawy przez to cią­głe sie­dze­nie za biur­kiem.

De­li­kat­nie do­tknęła śladu na jego ciele.

– Nie wy­gląda to do­brze, masz ja­kąś maść?

Ru­szyła do ła­zienki, bo wie­działa, że męż­czy­zna wła­śnie tam trzyma coś w ro­dzaju do­mo­wej ap­teczki, cho­ciaż oba­wiała się, że skoń­czy się na ta­blet­kach prze­ciw­bó­lo­wych i pla­strach. Na szczę­ście w szafce pod zle­wem zna­la­zła wię­cej, niż się spo­dzie­wała. Chwy­ciła maść do stłu­czeń i skie­ro­wała się z po­wro­tem do sa­lonu. Po dro­dze zdjęła trencz i czapkę z dasz­kiem, po czym rzu­ciła przed­mioty na re­gał sto­jący tuż przy wej­ściu. Spoj­rzała jesz­cze na wiel­kie okna, te­raz przy­sło­nięte przez ro­lety. Po­in­for­mo­wała go pół go­dziny przed swoim wyj­ściem, dzięki czemu mógł wszystko przy­go­to­wać, tak by są­sie­dzi nie oglą­dali ich mi­ło­snego spek­ta­klu na żywo. Wada wy­so­kich za­bu­do­wań w ma­łych od­stę­pach. Wy­ci­snęła maść na pa­lec i de­li­kat­nie na­nio­sła ją na wi­doczne stłu­cze­nie. Wzdry­gnął się przez chłód i za­ci­snął wargi, by nie oka­zać bólu.

– Wiele ry­zy­ku­jesz, wy­my­ka­jąc się z domu w tak go­rą­cym okre­sie – skwi­to­wał.

Wtarła po­zo­sta­ło­ści ma­ści w dło­nie, wy­pro­sto­wała się i spoj­rzała mu głę­boko w oczy.

– Całe moje ży­cie to jedna wielka gra w ro­syj­ską ru­letkę. Jesz­cze tego nie za­uwa­ży­łeś?

– Nie spo­sób za­prze­czyć. Na­pi­jesz się cze­goś moc­niej­szego?

Uśmiech­nęła się za­dzior­nie i unio­sła brew.

– Gdzie to masz? – Ro­zej­rzała się po miesz­ka­niu, a jej wy­po­wie­dzi to­wa­rzy­szył pe­wien ro­dzaj eks­cy­ta­cji.

– Do­brze my­ślę? – za­py­tał z bły­skiem w oku, sta­ra­jąc się przej­rzeć ko­bietę.

Ski­nęła głową.

– Skoro tak mó­wisz, nie będę za­prze­czał.

Znik­nął w sy­pialni, a po krót­kiej chwili wró­cił z bu­telką osiem­na­sto­let­niego Ma­cal­lana, którą ku­pili na pół. Na tak drogą in­we­sty­cję zde­cy­do­wali się, gdy zro­zu­mieli, że ich sy­tu­acja jesz­cze długo nie ule­gnie po­pra­wie.

– Mu­sia­łem ją scho­wać w łóżku, by ża­den z mo­ich zna­jo­mych przy­pad­kiem się do niej nie do­rwał.

Po­ło­żył al­ko­hol na ku­chen­nym bla­cie, wy­cią­gnął dwie szklanki i na­peł­nił je lo­dem, po czym otwo­rzył i prze­chy­lił bu­telkę. Swoje szkło za­lał mniej wię­cej do po­łowy, a ko­bie­cie wlał znacz­nie mniej­szą opcję, po­nie­waż wie­dział, że póź­niej bę­dzie mu­siała wró­cić sa­mo­cho­dem. Na­stęp­nie chwy­cił szklanki w ręce.

– Pro­po­nuję, by­śmy prze­nie­śli się na ka­napę. – Wska­zał me­bel ru­chem głowy.

Usia­dła wy­god­nie, pod­ku­la­jąc nogi i opla­ta­jąc je ra­mio­nami. Przy­glą­dała się męż­czyź­nie zmie­rza­ją­cemu w jej stronę. Nie dało się za­prze­czyć, że Char­lie Hale był sma­ko­wi­tym ­ką­skiem i była pewna, że w pracy ma wiele ad­o­ra­to­rek. Dre­sowe spodnie le­dwo trzy­mały się na jego bio­drach, od­sła­nia­jąc tym sa­mym na­piętą li­nię mię­śni, którą po­now­nie za­pra­gnęła po­czuć pod wła­snymi pal­cami. Lekko zmierz­wione włosy ide­al­nie pa­so­wały do jego zie­lo­nych oczu i kil­ku­dnio­wego za­ro­stu. Całe to po­zorne nie­dbal­stwo spra­wiało wra­że­nie, jakby zu­peł­nie nie zwra­cał uwagi na swój wy­gląd.

Oczy­wi­ście była to wie­rutna bzdura. Ow­szem, utrzy­ma­nie syl­wetki w for­mie było wy­mo­giem wy­ko­ny­wa­nego za­wodu, ale Char­lie był zbyt in­te­li­gentny, by nie zda­wać so­bie sprawy, że jego wi­ze­ru­nek przy­ciąga do niego wię­cej fa­nek. A jed­nak ja­kimś cu­dem wy­brał ją – ko­bietę z po­kie­re­szo­waną psy­chiką, na­zna­czoną przez wy­da­rze­nia z prze­szło­ści. To nie zda­rza się czę­sto, by męż­czy­zna był go­towy iść na ta­kie ustęp­stwa. Fakt, że ak­cep­to­wał jej sza­lony plan na ży­cie, tylko utwier­dzał ją w prze­ko­na­niu, jak wiel­kie ma szczę­ście, że się spo­tkali. Gdyby tylko oko­licz­no­ści były inne, gdyby po­znali się w od­po­wied­nim cza­sie, ich hi­sto­ria mo­głaby przy­po­mi­nać sce­na­riusz ro­man­tycz­nej ko­me­dii. Rze­czy­wi­stość jed­nak wy­brała im inne karty i choć oboje wie­dzieli, że to roz­da­nie pro­wa­dzi do po­rażki, po­sta­no­wili grać, do­póki de­fi­ni­tyw­nie nie po­le­gną.

Usiadł obok, nie­znacz­nie mam­ro­cząc przez od­czu­wany ból. Spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie i po­dał jej tru­nek. Mar­got za­krę­ciła szklanką, pa­trząc, jak po­woli to­piące się kostki lodu ob­ra­cają się w pły­nie o rdza­wym ko­lo­rze.

– Chcesz o tym po­roz­ma­wiać? – za­py­tał, na­wią­zu­jąc do ich ostat­niego spo­tka­nia.

Ko­bieta prze­łknęła ślinę i przez chwilę błą­dziła gdzieś my­ślami.

– Chyba nie. – Nie ode­rwała wzroku od wy­ko­ny­wa­nej przez sie­bie czyn­no­ści, a gry­mas prze­mknął przez jej twarz.

Ci­szę po­now­nie prze­rwał Hale:

– Za role, które przy­dzie­lił nam los? – Uniósł dłoń ku gó­rze.

– Zde­cy­do­wa­nie. – Stuk­nęli się na­czy­niami, które wy­dały cha­rak­te­ry­styczny dźwięk.