Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
27 osób interesuje się tą książką
Margot Clair zniknęła.
W biały dzień. Bez śladu.
Na pierwszy rzut oka miała wszystko: męża kandydującego na burmistrza, utalentowane dzieci, piękny dom w spokojnej dzielnicy. Była kobietą z rodzaju tych, które wszyscy głośno podziwiają, ale szeptem oskarżają, że na to nie zasłużyła. Nikt nie spodziewał się, że za drzwiami na pozór tak idealnego domu może kryć się tyle tajemnic.
Co tak naprawdę stało się z Margot Clair?
Kto kłamał? Komu byłoby na rękę jej zniknięcie?
Czy jej zaginięcie to sprawka męża – pracoholika, żyjącego po to, by imponować ojcu, i skrywającego sekret, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego?
A może kochanka – przedstawiciela służb państwowych przyciągającego kobiece spojrzenia nie tylko swoją pozycją?
Albo teścia, który otwarcie twierdził, że nie każda kobieta zasługuje na nazwisko jego rodu?
Czy to możliwe, że odpowiedź znała przyjaciółka – charyzmatyczna, spontaniczna, zawsze stojąca po jej stronie?
Margot Clair miała wszystko… ale kim tak naprawdę była?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Patrzyła w sufit, a serce waliło jej w piersi. Jak mogła się w to wplątać? Nie dowierzała, że ta znajomość doprowadziła ją do takiego punktu. Skarciła się w myślach za to, że pozwoliła emocjom przejąć kontrolę. Teraz stawką było jej życie. Próbowała się uspokoić, wydychając powietrze przez usta, ale uścisk w gardle powodował, że ledwo odczuwała przechodzące przez nie powietrze.
Mrok spowijał sypialnię, pościel otulała ciało, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Cisza zdawała się niepokojąca, w tle słyszała jedynie tykanie zegara, zupełnie jakby odliczał czas do jej śmierci. Poczuła krople potu na karku, gdy coś na parterze zaskrzypiało. Wsparła się na łokciu i zaczęła nasłuchiwać. Czy to stanie się właśnie w tej chwili? Już, tak po prostu?
Ktoś po cichu wspinał się po klatce schodowej. Wbiła paznokcie w miękki materac, oczekując najgorszego. Próbowała przywołać w myślach rozkład domu, możliwe drogi ucieczki lub kryjówki, ale tym razem postawiła wszystko na jedną kartę.
Czuła, że postać jest tuż za drzwiami, napięcie w pomieszczeniu gęstniało. Sekundy zamieniły się w godziny. Może przybyły nie zamierza się z nią witać, tylko od razu pośle ją w ramiona piekła? I wtedy usłyszała delikatne kliknięcie zamka towarzyszącego przesuwającej się gałce w drzwiach. Wróciła do pozycji leżącej. Mimo że czuła strach, na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień, jak gdyby wciąż była pogrążona we śnie. Kiedy drzwi się uchyliły, strumień światła musnął jej policzek. Otworzyła oczy z przerażeniem i uniosła się do pionu.
– Czekałem na tę chwilę. Twoja śmierć będzie powolna, a ja zamierzam delektować się każdą sekundą.
Margot popijała kawę, a w międzyczasie pakowała kanapki do pojemniczków z kolorowymi postaciami z bajek. Chociaż miała pomoc domową, lubiła tę czynność. Chciała się upewnić, że dzieci podczas pobytu na dodatkowych zajęciach będą mieć coś do jedzenia od własnej rodzicielki. Oskar, jej mąż, jak zawsze w tym czasie krzątał się po całym domu. Jak na ułożonego człowieka, który prezentował się szerszej publiczności, w życiu prywatnym bywał mało precyzyjny i ogarnięty. Pewnie szukał krawata, który odłożyła dokładnie w to samo miejsce, tuż przy marynarce w szafie.
Zbliżały się kolejne wybory, a więc garderoba jej męża była zaplanowana na miesiąc do przodu. Margot zdawała sobie sprawę z roli kolorów, które nadają prezencji pewnych cech: w jednej barwie jesteś stanowczy i władczy, w innej – łagodny i dostępny. Jednak szafa Oskara wznosiła się na zupełnie inny poziom, a kobieta nie zamierzała wcielać się w rolę stylisty. Jako dobra żona dbała o to, by każda koszula i starannie skrojona marynarka były idealnie wyprasowane, zanim przyszły kandydat na burmistrza sięgnie po nie i je włoży, budując w ten sposób swój wizerunek.
– Bawcie się dobrze. – Pocałowała czoła bliźniaczek, po czym dotknęła ich zarumienionych policzków.
Palcem zakreśliła koło w powietrzu, żeby dzieci zrobiły obrót, a kiedy wykonały jej polecenie, mogła włożyć drugie śniadanie do ich małych tornistrów. Gdy to robiła, uniosła wzrok i posłała mężowi pogodny uśmiech. Ten oparł ręce o zagłówek krzesła, stojąc naprzeciwko rodziny. W niebieskich oczach prawie czterdziestoletniego mężczyzny można było dostrzec nieopisaną dumę z posiadania dwóch trzyletnich córek. Większość genów odpowiadających za wygląd odziedziczyły jednak po matce – miały takie same lekko zadarte noski, ciemne oczy, brązowe włosy i owalne twarze. Mocne i wyraziste rysy z domu Clair na tym etapie jeszcze się nie uwidoczniły i kobieta po cichu liczyła, że nikt z rodziny męża nie będzie się ich doszukiwał.
Koszula Oskara wciąż nie była dopięta na ostatni guzik, przez co stwierdziła, że mężczyzna nadal nie znalazł krawata. Na jego palcu serdecznym pobłyskiwała obrączka, która nie tak dawno wróciła z czyszczenia, a tuż obok niej sygnet rodziny Clair, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Symbol przynależności oraz statusu społecznego. Oskar zmienił pozycję – przykucnął i wyciągnął ręce przed siebie. Zazwyczaj żegnał swoje córki właśnie w ten sposób. „Poproszę przytulasa na dobry początek dnia!”
– Poproszę przytulasa na dobry początek dnia! – wypowiedział radośnie, powtarzając myśl Margot oraz ich codzienny schemat.
Brązowe loki dziewczynek bujały się beztrosko w dwóch kucykach, gdy w podskokach pognały do ojca i ścisnęły go z całych sił.
– Ten widok zawsze chwyta mnie za serce.
Kinga ścisnęła mocniej w dłoni klucze od samochodu, patrząc na swojego szefa. Była polską emigrantką, która przyjechała do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia, i tymczasowo dorabiała jako pomoc domowa w ich domu.
– Można się zakochać w tej trójce, prawda? – Margot skrzyżowała dłonie na klatce piersiowej i oparła się o kuchenny blat.
– Mają państwo wiele szczęścia, w dzisiejszych czasach naprawdę trudno utrzymać tradycyjny model rodziny i jeszcze się przy tym tak kochać.
Pani domu obdarowała dziewczynę pogodnym uśmiechem i podziękowała za komplement skinieniem głowy.
– Dziewczynki, zapraszam! Bo inaczej będziemy stały w korku. – Kinga melodyjnym głosem zachęciła dzieci, by wreszcie puściły swojego tatę.
Kobieta otworzyła drzwi i wyprowadziła pociechy państwa Clairów do samochodu stojącego tuż na podjeździe. Wraz z wyjściem dziewczynek i zamknięciem drzwi rodzinna sielanka wyparowała. Zupełnie jakby te dwie małe istoty nieświadomie trzymały ciepło tego domu. Oskar podniósł się i przechylił głowę tak, że coś aż zatrzeszczało mu w karku. Zmierzył chłodnym wzrokiem żonę.
– Sprawdzałaś mój kalendarz?
Oczywiście, że tak, robię to codziennie i pewnie będę to robić aż do usranej śmierci, pomyślała.
– Tak.
– W ratuszu o piątej, to bardzo ważne, byś zabrała córki ze sobą.
– Nie podoba mi się fakt, że nasza rodzina jest towarem handlowym twojej kampanii.
Mężczyzna odsunął krzesło, usiadł przy stole i podparł ręką czoło. Głęboko westchnął. Nie miał ochoty wałkować w kółko tematu, który – miał nadzieję – mieli już za sobą.
– Kolejna rundka? Mało ci? – Tej wypowiedzi towarzyszyło zrezygnowanie.
– Mam gdzieś ocieplanie wizerunku. Nie chcę, by nasze dzieci brały udział w medialnej szopce tylko dlatego, że to poprawi ci statystyki wyborcze. Wolę, żeby dorastały w twoim cieniu. Mało jest porwań na tym świecie, po co kusić los?
– Dbasz o los naszych dzieci czy o swój? Wydaje mi się, że to ciebie krępują kamery. Dziewczynki zawsze przy takich okazjach zachowują się naturalnie, czują się wtedy niemal jak ryby w wodzie.
Nie mogła nie przyznać mu racji, dlatego zdecydowała się milczeć. To obycie z mediami pewnie miały po teściu. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie „wielkiego” Artona Claira. Nie potrafiła się z nim dogadać, bo zdecydowanie patrzyli na świat zupełnie inaczej.
– Gdzie jest mój krawat? – zmienił temat i wstał od stołu.
– Tam, gdzie zawsze, codziennie, każdego dnia – odpowiedziała, nie szczędząc sobie sarkazmu.
Podszedł do niej tym pewnym, wyuczonym krokiem, który miał sugerować pewnego rodzaju wyższość i dominację. Może w innych warunkach by się go nieco wystraszyła, ale wiedziała, że to gra, a on posłusznie odrywa pierwszą rolę i wykorzystuje żonę do ćwiczeń, by zaprezentować się z godnością w kampanii. Stanął naprzeciw niej z posągowym wyrazem twarzy, niezdradzającym żadnej myśli. Jeśli był wyprowadzony z równowagi lub miał ochotę posłać ją do piekła, świetnie się z tym krył. Oczy stanowiły jednak jego słaby punkt – może dlatego, że znała go lepiej niż inni, widziała w nich potrzebę poklasku i przynależności do czegoś większego niż rodzina, a przede wszystkim pragnienie uznania ze strony ojca.
– Gdyby było ci tak źle, już dawno byś nas zostawiła. Dobrze wiemy, że podoba ci się to życie. Możesz w wolnej chwili malować te niezrozumiałe bohomazy, które przy odrobinie szczęścia kupi ktoś równie niezrównoważony, jak ty. Plotkować na kawie z przyjaciółką, udawać perfekcyjną żonę i matkę. Przywykłaś do wygody. – To niesamowite, jaki chłód bił ze słów mężczyzny.
Margot mogłaby przysiąc, że czuła ciarki na karku, kiedy to mówił. Jego sztab zrobił genialną robotę, przygotowując go do przyszłej roli, teraz to odczuła. Skrócił dystans między nimi, pokusił się nawet, by położyć dłonie na blacie, dzięki czemu zamknął ją w pułapce. Kolejna ze sztuczek manipulacyjnych. Ich twarze oddzielały od siebie w tym momencie cale. Uniosła podbródek, by wiedział, że nie da się zapędzić w kozi róg. Na jej odruch kącik ust delikatnie uniósł mu się ku górze.
– Chyba nie muszę mówić na głos tego, co oboje dobrze wiemy – stwierdził, ale zaraz i tak wypowiedział to zdanie: – Nie stać cię na to, by odejść.
Mrugnęła, postanowiła zostawić wszelkie myśli dla siebie, chociaż zacisnęła mocniej ręce wciąż skrzyżowane na klatce piersiowej. Przełknęła ślinę, co nie uszło uwadze mężczyzny.
– Tak myślałem. – Pocałował ją w czoło. – Nie zapomnij, o piątej w ratuszu.
– Nie śmiałabym.
Oderwał się od niej i pokierował w stronę wyjścia. Po drodze zgarnął elegancki skórzany neseser, a krawatem już nie zaprzątał sobie głowy.
– Włóż coś ładnego, tylko niezbyt podkreślającego figurę, nie chcemy tracić wyborców przez zazdrosne zalotnice.
Zacisnęła usta w cienką linię, a gdy usłyszała charakterystyczne przeskakiwanie mechanizmu w drzwiach, odetchnęła z ulgą. Rozprostowała ręce, jej palce drżały… To wszystko kosztowało ją więcej odwagi, niż myślała. Najgorsze było to, że nie mogła zaprzeczyć żadnemu z jego słów. Nie było ją stać na odejście, podpisała intercyzę, a jedyny – choć nadal nikły – zarobek miała z własnych obrazów. Poza tym nie wyobrażała sobie zrobić takiej krzywdy, jaką jest rozwód, własnym dzieciom. Wiedziała, że to małżeństwo to pakt z diabłem, zgodziła się na ten ślub zupełnie świadomie. Nie sądziła jednak, że życie z tym wyborem będzie takie trudne.
Odwróciła się, wsparła się o blat, wolną, lecz wciąż rozdygotaną ręką sięgnęła po kawę, zapewne już zimną. Kubek wyleciał jej z dłoni, rozpadł się na kawałki i pobrudził kuchenne kafelki. Przykucnęła i zaczęła zbierać odłamki, a samotna łza spłynęła po policzku kobiety, chociaż mocno walczyła, by nie okazać słabości przed samą sobą. Wiedziała, że wybrała dla siebie życie w pewnego rodzaju więzieniu, jednak to wciąż była lepsza opcja niż prawdziwe mury przesączone kryminalistami.
Kinga pomagała Margot ubrać trzyletnie bliźniaczki w te same sukienki. Nie był to wybór, którego dokonała Clair, tylko oczywiście propozycja nie do odrzucenia sztabu wyborczego jej męża. Patrząc na własne córki, musiała przyznać, że dobrze prezentowały się w pomarańczowym odcieniu. Chociaż krój ubrania sprawiał, że wyglądały jak dynie, zwłaszcza z zielonymi kokardami we włosach. Kobieta przyłożyła pięść do ust, obserwując, jak jej córy kręcą się po pomieszczeniu, przestawiając rzeczy w sypialni.
– Czy ty też myślisz, że wyglądają jak halloweenowe ozdoby?
Młodsza kobieta podniosła się z podłogi, gdyż właśnie skończyła sprzątać po przycinaniu zielonych wstęg do włosów. Odwróciła się do swojej rozmówczyni, ale na sekundę zaniemówiła, patrząc na szefową.
– Wyglądasz oszałamiająco – stwierdziła Kinga, której Margot już jakiś czas temu zabroniła mówić do niej na „pani”. Chyba że akurat przebywały w miejscach publicznych, pod okiem kamer, podczas wszystkich wyjść związanych z pracą jej męża.
Nie zamierzała wkładać garniturowego kostiumu, w którym jej pośladki nie miały pojęcia o własnym istnieniu, ani zbyt ciasnej koszuli zapinanej niemal pod sam nos. Zdawała sobie sprawę, że ten „grzech” nie przejdzie niezauważony przez Oskara oraz jego ludzi, ale swoim zdaniem wciąż zachowywała wymaganą klasę. Włożyła czarną, dopasowaną sukienkę, z delikatnym dekoltem, i złote dodatki. Uważała, że klasyka zawsze się obroni, zwłaszcza jeśli ma się odpowiednią figurę, a tak się składało, że ona odziedziczyła ją po swojej matce. Jedyne, do czego mógłby się przyczepić ktoś z zarządu garderobianego, jak sama określała sztab ludzi, to czerwona szminka.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się nieznacznie, po czym znów przeniosła wzrok na swój największy skarb: dzieci.
– Gdy to powiedziałaś… teraz to widzę, wyglądają jak dynie.
Obie parsknęły śmiechem.
– Cóż, nie można się sprzeciwiać wyroczni mody, w końcu mamy jesień – stwierdziła, choć nadal nie dowierzała, że pozwoli tak wyjść córkom do miejsca publicznego. – Dziewczynki, proszę do mnie. Nie możemy się spóźnić, tata musi zobaczyć wasze kostiumy.
Nachyliła się w stronę dzieci.
– Jakie kostiumy? – zapytała Sarah, starsza o piętnaście minut od siostry.
W odpowiedzi matka tylko pokręciła głową z uśmiechem.
Wnętrze ratusza w Brickstone Harbor imponowało, bez wątpienia można było porównywać je do włoskich kaplic czy kościołów. Czteropiętrowy budynek z białego marmuru, stali i granitowych materiałów miał już swoją historię. W przeciwieństwie do Oskara Claira, który właśnie po cichu kandydował i nieoficjalnie zaczynał działania mające zapewnić mu urząd burmistrza. Obcasy stukały po posadzce, gdy Margot przemierzała wnętrze budowli, trzymając pociechy za ręce, na szczycie schodów spotkała się z mężem. Przywitał ją delikatnym pocałunkiem w policzek i przez chwilę przytrzymał w uścisku.
– Podąż za moją asystentką, ma dla ciebie odpowiedni strój – wyszeptał chłodno. – Też cię dobrze znam.
Przewidział, że nie włoży tego, co powinna. Oderwał się od niej i uśmiechnął czule, po czym przywitał z dziećmi.
– Chodźcie z tatusiem, mama musi coś załatwić. – Ponownie posłał jej wymowne i pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Pani Clair, zapraszam – zwróciła się do niej jakaś kobieta, która nie wiadomo kiedy znalazła się obok nich.
Margot wyprostowała się z zaciśniętą szczęką. Tak wiele chciałaby w tej chwili powiedzieć, ale dla własnego dobra lepiej trzymać język za zębami.
– Jeśli dla mnie również ma pani pomarańczowy strój insynuujący owoc, uprzedzę, że nigdzie nie idę – zażartowała.
– Proszę się nie martwić, mąż wybrał coś, co na pewno przypadnie pani do gustu – powiedziała i zachęciła gestem dłoni, by Margot podążyła za nią.
Niespełna kwadrans później siedziała na widowni w pierwszym rzędzie, w bordowej marynarce i czarnych, szerokich eleganckich spodniach. Oczywiście w towarzystwie swoich dzieci w przebraniu dyń. Głowę miała nieco pochyloną i z maślanymi oczami dosłownie wypalała dziury w klatce piersiowej męża. Ta „naturalna” poza została jej przedstawiona, kiedy się przebierała. Chociaż jej oczy dla tłumu pewnie sugerowały miłość i podziw do partnera, prawda była taka, że aż się gotowała w środku. Niekontrolowanie wbijała sobie paznokcie w skórę, gdy flesz z aparatu dosłownie ją oślepiał.
– Każdy człowiek zasługuje na ciepły dom, a to miasto zasługuję na nadzieję! Wybudujemy wspólnie przyszłość, gdzie bezdomność stanie się przeszłością Brickstone Harbor. – Mężczyzna dla powagi swoich słów uderzył pięścią w mównicę.
Czy właśnie przespałam całe spotkanie z otwartymi oczami? Bardzo możliwe. Chwilowy zachwyt nad dopracowanym tekstem, a raczej jego końcówką, która bez wątpienia mogła poruszyć, przerodził się w gniew na fotografa. Rozumiała, że musiała być na szczęśliwym obrazku wraz z mężem, ale nie życzyła sobie żadnych osobnych fotografii. W tym zdjęć swoich dzieci – nic nie rozjuszało ją tak, jak fakt, że odbitki z podobizną dziewczynek są ogólnodostępne. Dzisiejsza technologia pozwalała na wiele, jej zdaniem na zbyt wiele. Bardzo łatwo zrobić niekorzystne zdjęcie trzylatce, która później będzie obiektem westchnień na forach internetowych odklejonych ludzi. To jedna z tych rzeczy, której nie przemyślała, wchodząc w układ z mężem – że nie zawsze będzie mogła w stu procentach zagwarantować bezpieczeństwo własnym dzieciom. Gdy była w ciąży, naprawdę myślała, że Oskar nie posunie się do tego, by handlować wizerunkiem swoich pociech. Jaki ojciec tak robi?
– Przepraszam – zaczepiła chłopaka upamiętniającego ten moment i szturchnęła go paznokciem w plecy.
Fotograf obrócił się i nachylił do kobiety, która zmierzyła go niezadowolonym spojrzeniem.
– Proszę usunąć ostatnie zdjęcie, wystarczy, że ma pan fotografię naszej rodziny.
– Ten obrazek wyraża więcej niż tysiąc słów, proszę pani. – Podsunął jej aparat pod nos.
Twarz Margot na zdjęciu wyrażała podziw swojego partnera, dziewczynki też patrzyły na tatę z nieco uchylonymi ustami. Pewnie były znudzone, ale to, jak należy się zachowywać, wpajano im niemal od urodzenia.
– Nic nie szkodzi, proszę usunąć. – Podtrzymywała stanowczy ton.
Odsunął obiektyw i coś poklikał na urządzeniu, po czym cierpko się do niej uśmiechnął. Bezgłośnie mu podziękowała. Mężczyzna tylko potaknął i wrócił do pracy. Spojrzała na swoją córkę siedzącą po prawej stronie – Sarah przesuwała rączkami po materiale sukienki, natomiast Rosa właśnie zamierzała wetknąć sobie palec do nosa. Margot chwyciła jej dłoń w locie, a dziewczynka odwróciła wzrok i zmarszczyła lekko brwi w niezrozumieniu.
– Kochanie, tak nie wolno.
Zrezygnowana Rosa zaczęła machać nóżkami. Margot ponownie uświadomiła sobie, że dzieci to jej największe osiągnięcie, i zrobi wszystko, by zapewnić im ochronę. Choćby miała zostać żywą tarczą. Wczesne życie Margot było dalekie od idealnego, ale bliźniaczki pokazały jej, że bezgraniczna miłość istnieje – uczucie, dla którego bezwarunkowo jesteś w stanie poświęcić siebie. Kiedy tuż po porodzie trzymała swoje córki, zawarła pakt z samą sobą – będzie najlepszą matką, jaką tylko może, zupełnie jakby to stanowiło jej życiowe powołanie.
Gdy wrócili do domu, było tak późno, że dziewczynki zasnęły w fotelikach. Nie zamierzała ich już rozbudzać, Oskar zaniósł je do pokoju, a ona delikatnie pozbyła się ozdób z ich włosów i ubranek, by mogły wypocząć. Rosa niemal natychmiast wsadziła jedną rączkę pod poduszkę i ułożyła się na boku, Sarah natomiast kochała spać na plecach. Rodzice stanęli nad brzegiem ich łóżek i patrzyli na dziewczynki przez dłuższą chwilę.
– Kieliszek wina? – zaproponował szeptem mąż.
Zdziwiła ją ta propozycja, właściwie miała ochotę dokończyć kolejny obraz. Nic tak nie odblokowuje weny jak kolejne nudne spotkania, na których nie czuje się sobą. Zawsze później tę poskromioną złość przerzuca na płótno.
– Właściwie to czemu nie. – Wzruszyła ramionami. – Tylko się przebiorę i zejdę do salonu.
– Jasne.
Weszła do sypialni i skierowała się do garderoby, która również znajdowała się w tym pomieszczeniu. Pokój pozorów – tak lubiła określać to miejsce w domu. Łóżko zawsze idealnie zaścielone, stos uroczych, ozdobnych poduszek piętrzących się tak wysoko, że dosłownie miało się ochotę rzucić na to królewskie łoże i zawinąć w puchaty koc. W tym pokoju jednak sypiał teraz jej mąż. Ona dzieliła z nim materac jedynie przy wyjątkowych okazjach. Swoją sypialnię urządziła naprzeciwko pokoju dziewczynek i z samego rana – nim ktokolwiek przekroczył próg ich domu – przemieszczała się do pokoju pozorów, by założyć maskę cudownej pani domu i odegrać powierzoną jej rolę. Nikt nie miał wstępu do tej sypialni ani pracowni na parterze, tak samo jak nikt nie miał prawa wejść do gabinetu Oskara. Oboje szanowali ten układ i dostosowali się do zasad, które sami stworzyli.
Zrzuciła z siebie ubranie i niezgrabnie odłożyła je na krzesło w garderobie – nie miała siły, by się tym zajmować. Kinga na pewno wszystko posprząta. Włożyła spodnie dresowe i podkoszulek na ramiączkach. Od razu poczuła się błogo, mogąc przez krótką chwilę znów być w stu procentach sobą. Teraz była dosłownie w swojej skórze, bo powłoka tej idealnej, kontrolowanej wersji została na krześle. Wypuściła powietrze i pokręciła głową, by rozluźnić spięty od doskonałej postawy kark. Dlatego tak kochała noce i odrobinę samotności. Tylko wtedy mogła przestać udawać przed światem kogoś, kim nie była.
Zeszła po schodach do salonu. Jej mąż poluzował krawat (miał go pewnie w jakimś zestawie awaryjnym w swoim biurze) i rozpiął koszulę, marynarkę zostawił na krześle w kuchni, a sam wygodnie rozłożył się na kanapie. Rozumiała jego wyborczynie – mimo że miał już prawie czterdziestkę, wciąż był atrakcyjnym kąskiem, a specyficzny odcień błękitu jego oczu bez wątpienia dodawał mu uroku. Przed nim stała butelka drogiego półwytrawnego wina i dwa kieliszki z musującym napojem. Jedną z ciekawostek na temat jej męża był fakt, że lubował się w piciu winogronowych trunków. Nieraz zaskakiwał ją swoją znajomością tego tematu.
Usiadła obok i podkuliła nogi pod brodę. Światło w pomieszczeniu było przygaszone, co dawało intymną atmosferę, podobną do tej na spowiedzi. Mężczyzna nachylił się i zabrał kieliszki w dłoń, po czym przekazał jeden żonie. Stuknęli się i pierwszy łyk skosztowali w milczeniu. W końcu Oskar zwrócił ku niej twarz, wypuszczając powietrze. Każde z nich żyło własnym życiem i poza wyznaczonym scenariuszem mało ze sobą rozmawiali. Dlatego chwile takie jak te były dla nich krępujące, mimo że w swoich rolach tkwili niezmiennie od kilku lat.
– Musisz się przygotować, to już nie przelewki – zaczął. – Gdy kampania ruszy pełną parą, zaczną się schody. To nie jest ten sam poziom, Margot. Kiedy moja kandydatura zostanie oficjalnie ogłoszona, rozpocznie się zbieranie i publiczne pranie brudów. Każdy twój ruch będzie śledzony, nie możesz zaczepiać fotografów i prosić ich o usuwanie zdjęć, to było… – ściągnął brwi – …nie na miejscu.
Zakołysała kieliszkiem, by popatrzeć, jak płyn w nim się obraca, a potem przesunęła palcem obrączkę. Ukrywanie się na widoku wydawało się genialnym pomysłem. Wydawało się…
Myślami jednak wróciła do pstrykającego zdjęcia chłopaka. Zastanawiała się, kto doniósł jej mężowi, bo na pewno on sam tego nie zauważył. Pewnie ktoś ze sztabu bacznie ją obserwował, przez co jutro dostanie listę swoich zachowań, które musi skorygować przed kolejnym publicznym wydarzeniem.
– Nie myślałeś, by to skończyć? Mamy dwudziesty pierwszy wiek, ludzie zrozumieją.
– Margot. – W jego ustach to imię brzmiało tak jak wtedy, gdy rodzic ma zamiar cię ukarać. – Nie zamierzam po raz kolejny się powtarzać. To polityka, nią rządzą inne zasady niż te w świecie, w którym ty funkcjonujesz. Jeśli po takim czasie tego nie rozumiesz, to nigdy nie uda ci się tego w pełni pojąć.
Uraziły ją jego słowa, bo sugerowały, że nie jest zbyt bystra.
– To, co robię, przeczy głoszonym przeze mnie poglądom, więc pilnuję, by moje sekrety zostały w szafie. Pouczam cię, by twoje również nie ujrzały światła dziennego. Wiemy, że mogą wyrządzić nieodwracalne szkody – kontynuował.
Obecnie dla Margot jego sekret wydawał się niczym w porównaniu z jej przeszłością. W każdym razie jeżeli Oskar wolał tkwić w teatrzyku i scenerii, którą razem uknuli, mogła spokojnie odetchnąć. Jej to wcielenie się podobało, chociaż jak każda praca miało swoje minusy. Jednak czas spędzony z córkami i wewnętrzny spokój zdecydowanie był wart tego, by czasem ugryźć się w język i ubrać jak urzędniczka.
– Po to mnie tu dziś zaciągnąłeś? Przecież spisuję się w swojej roli. – Zerknęła na niego znacząco, po czym upiła łyk wina, jakby to miało w jakiś sposób ugasić narastającą od lat wewnętrzną frustrację.
– Wreszcie mam szansę osiągnąć w życiu to, do czego zostałem stworzony.
Patrzyła na męża. Każde słowo z jego ust padało z przekonaniem, że tak właśnie musi być i że tak właśnie będzie. To nie było już po prostu marzenie, to cel, o który zamierzał walczyć jak lew. Jeśli ktoś stanie mu na drodze, on rozjedzie go jak walec. Poniekąd zazdrościła mu tego dzikiego uporu, widziała i wiedziała co każdego dnia poświęca, by zbliżyć się do własnych pragnień. Była to najważniejsza rzecz w życiu każdego człowieka – on sam.
– Wiem, ile to dla ciebie znaczy, nie zrobię nic, co zagrozi twojej kandydaturze. Mamy przecież umowę, która wiąże się z ryzykiem dla nas obojga.
W moim mniemaniu mam więcej do stracenia niż ty. Ty stracisz tylko reputację, ja wszystko. Wymienili spojrzenia. Mimo że patrzyła w te oczy codziennie z większą lub mniejszą uwagą, dziś widziała w nich to samo co w noc, kiedy zawarli ze sobą ten chory układ. Nieustępliwość, zawziętość i bezkompromisowość. Idzie po swoje i nie zamierza się zatrzymać. Uniosła kąciki ust w delikatnym uśmiechu, chcąc dodać mu otuchy. Owszem, Oskar mógł wiele stracić, ale w jej przypadku chodziło o własne życie. Nachyliła się w jego stronę i położyła mu dłoń na kolanie, na co mężczyzna drgnął. Nie przywyknął do dotyku żony, chociaż mieszkali razem już dość długo. To skrajnie popaprane…
Sięgnęła po butelkę wina i uzupełniła kieliszek mężczyzny, który był już prawie pusty. Sprawnie go osuszył.
Mogła się obawiać, że jej przeszłość kiedyś pokrzyżuje mu plany. Ta myśl co jakiś czas wypływała na powierzchnię. Za każdym razem jednak starała się zdusić ją w zarodku. Tak długo pozostawała nieuchwytna, że czasem powątpiewała, czy ramiona sprawiedliwości jeszcze ją dosięgną. W tym momencie nie była jednak świadoma, jak bardzo się myliła. Wolała wierzyć, że stworzyła wystarczająco bezpieczną zaporę, by nikt nie był w stanie się przez nią przebić.
– Pójdę popracować nad obrazem, już prawie go kończę.
Skinął głową. Tak naprawdę wiedziała, że nie obchodziło go, co kobieta robi w wolnym czasie. Nie miał na to miejsca w swoim zbyt poukładanym i zaplanowanym na rok do przodu kalendarzyku. Grunt, by trzymała się ich ustaleń.
– Dziękuję – powiedział ledwo słyszalnie, gdy znalazła się już w pewnej odległości od niego.
Zatrzymała się w pół kroku, po czym odwróciła przez ramię.
– Nie ma sprawy. Umowa to umowa.
Ranek minął dokładnie w taki sam sposób jak każdy inny. Margot zrobiła dzieciom drugie śniadanie do kolorowych pojemników, mąż przytulił dziewczynki i życzył im dobrego dnia, Kinga jak zawsze obserwowała tę scenkę z nutką zazdrości lub podziwu – pani domu nigdy nie była pewna, jak rozgryźć jej wyraz twarzy. Sama stała teraz z kubkiem gorącej kawy w pracowni i patrzyła na malowidło, które przedstawiało nagą, bezbronną kobietę, zamkniętą w eleganckiej klatce przypominającą tę na ptaki.
Jeszcze wczoraj rozważała, czy postać na płótnie nie powinna mieć skrzydeł, ale uznała, że przekaz jest zbyt jasny i nie potrzeba żadnych dodatków. W ostateczności ktoś zatrzyma się nad nim na dłużej, zastanawiając się, czy zrozumiał, co autor miał na myśli. Klatka była koloru złotego – jak jej życie, w którym miała z pozoru wszystko, co potrzebne do szczęścia: męża z karierą, dwójkę przepięknych i na pewno utalentowanych córek, śliczny dom w pięknej okolicy.
Kobieta z obrazu siedziała na podłodze w klatce, z podkulonymi nogami i skrzyżowanymi na nich rękami. Opierała brodę na kolanie, a po jej delikatnej, wręcz posągowej twarzy spływała łza. Być może byłby to kolejny obraz, który przedstawiałby pewnego rodzaju zniewolenie, gdyby nie fakt, że kobieta dzierżyła w dłoni klucz pozwalający jej na ucieczkę. Świat zewnętrzny wydawał się jednak straszniejszy niż to, co ta postać znała – znajdowała się w psychicznym więzieniu, a ograniczenia tak naprawdę tkwiły jedynie w jej umyśle.
Margot postawiła w połowie pełny kubek tuż obok suszących się pędzli, zgarnęła w dłoń czarny cienkopis i w dolnym rogu pracy podpisała się pseudonimem. Przez krótką chwilę delektowała się obrazem. Poczyniła znaczące postępy, chociaż na szczęście dar miała wrodzony, a praca nad nim tylko go udoskonaliła. Zrobiła zdjęcie smartfonem, by wystawić obraz na aukcję. Kiedy otworzyła aplikację, coś ją zaskoczyło. Jedno z jej malowideł właśnie było licytowane, a ktoś zdążył podbić stawkę do tysiąca dolarów. Mimowolnie się uśmiechnęła – to dla niej pewnego rodzaju przełom, z reguły nikt nie kupował tych dzieł. Do Picassa było jej daleko, a jeśli już udało się sprzedać jakiś obraz, nawet za niewielką kwotę, traktowała to jak osobisty sukces.
Hałas w salonie odwrócił uwagę Clair od ulotnego szczęścia. Ktoś wszedł do jej domu i zachowywał się w nim jak gość. Ostrożnie otworzyła drzwi od pracowni, które prowadziły na korytarz, skąd mogła dostrzec część salonu, kuchni oraz wejście.
– Stać, ręce w górę! – krzyknął dobrze zbudowany mężczyzna. – Proszę wychylić się zza drzwi. Już!
Posłusznie zrobiła, co kazał. Broń kierował w jej stronę, więc ucieczka była raczej złym pomysłem.
– Zbliżę się teraz do pani w celu włożenia kajdanek, proszę działać wedle moich wskazówek, wówczas nikomu nic się nie stanie. Inaczej będę zmuszony użyć siły.
Odłożył pistolet do kabury przy pasie, ona natomiast posłusznie wyciągnęła dłonie przed siebie. Chwycił za kajdanki i zapiął je na przegubach kobiety.
– Zostajesz aresztowana, masz prawo zachować milczenie. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie w sądzie. Masz prawo do obecności adwokata podczas przesłuchania. Jeśli nie stać cię na adwokata, zostanie ci on przydzielony bezpłatnie. Zarzuty mogą zostać oddalone, gdy prześpisz się z funkcjonariuszem Hale’em.
– To nigdy nie przestaje cię bawić – zażartowała, patrząc na skute dłonie.
W tym samym momencie rozpiął kajdanki i uwolnił jej ręce. Następnie zbliżył się i wyszeptał Margot do ucha:
– Lubię myśleć, że mogę cię mieć całą dla siebie. – Nie był w stanie się powstrzymać i przygryzł płatek ucha kobiety, a przez jej kark powędrowały przyjemne ciarki.
– Nie tutaj. – Delikatnie pchnęła go w tors, by zwiększyć dystans między nimi. – Chodź do mojej sypialni, mam zasłonięte rolety, ja tylko przekręcę zamek w drzwiach.
Podeszła do drzwi frontowych i starając się pozostać niezauważona, rozejrzała się po okolicy. Podziękowała w duchu, że nie przyjechał autem służbowym, które pewnie wzbudziłoby ciekawość wśród namolnych sąsiadów. Przekręciła zamek i szarpnęła za klamkę. Odwróciła się, by coś powiedzieć, ale nie dostrzegła mężczyzny w polu widzenia. Ruszyła po schodach do swojego azylu i zastała go wygodnie leżącego na łóżku z kalendarzem w rękach. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że tutaj pasował. Nie tylko do jej sypialnianego łoża, lecz także do tego domu – był jego brakującym elementem. Zawsze pragnęła mieć właśnie taką relację, jaka ich łączyła. A to może byłoby możliwe, gdyby nie przeszłość.
– Wygląda na to, że mamy trochę czasu, Oskar będzie zajęty do wieczora. – Teatralnie zamknął przedmiot, przez co ten wydał charakterystyczny dźwięk, po czym z obojętnością rzucił go na półkę nocną.
– Charlie… – Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i oparła się o framugę. – Nie możesz tutaj przyjeżdżać bez zapowiedzi.
Miała całą noc na przemyślenie delikatnego ostrzeżenia, które Oskar wysnuł wczorajszego wieczoru. Doszła do wniosku, że w jednym miał rację – na szali było zbyt dużo, by straciła to przez piekielnie przystojną pokusę.
Mężczyzna wsparł się na łokciu, a drugą ręką poklepał wolne miejsce obok siebie.
Każdy grzech przybiera formę kusiciela. Jej przewinienie miało ponad sześć stóp, szerokie barki, umięśniony brzuch, oczy, w których z łatwością można się było zatracić, i zuchwały uśmieszek. W dodatku mężczyzna gwarantował rozkosz otwierającą piekielne bramy.
– Mówię poważnie – oznajmiła twardo, by dać mu do zrozumienia, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli, co pod żadnym pozorem nie mogło się wydarzyć.
Spojrzał na nią przenikliwie, ale w końcu dostrzegł, że nie zamierzała odpuścić. Opadł bezwładnie na poduszki.
– Zakochałaś się w nim od nowa czy zamierza kandydować?
Patrzył w sufit, drapiąc się po szyi. Wiedział już, że chodzi raczej o to drugie.
– Kocham go w inny sposób niż ciebie, nie mogę przekreślić jego kandydatury skokiem w bok.
Podniósł się z łóżka, odpiął kaburę z paska wraz z odznaką. Ruszył w jej kierunku, palcami zgrabnie odpinając pierwsze trzy guziki czarnej, dżinsowej koszuli. Stanął naprzeciwko kobiety, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca między nimi. Gdy tylko wciągnęła powietrze, poczuła przyjemne orzeźwiające perfumy. Dłonią odsunął jej kosmyk z czoła – czy tego chciała, czy nie, ciało reagowało na jego dotyk. Kciukiem obrysował owalną twarz, następnie skierował się ku szyi, aż ostatecznie zatrzymał na obojczyku. Znów się przysunął, tak blisko, że ich ciała się zetknęły. Charlie Hale słyszał, jak oddech Margot przyspiesza. Wiedział, że nie umie się przy nim kontrolować, i zamierzał to wykorzystać. Jej organizm mimowolnie dawał znaki, że go pożąda, choćby wypierała się tego rękami i nogami, on potrafił to odczytać.
– Całe twoje ciało mnie pragnie, dlaczego odmawiasz mu rozkoszy? – zapytał niskim i cholernie melodyjnym głosem.
– Kto powiedział, że odmawiam? – Spojrzała w jego zielone tęczówki. – Sugeruję tylko, że nie możemy zostać złapani.
Kiedy zobaczył błysk w jej brązowych oczach, z zadziornym uśmiechem wypuścił powietrze nosem. Ostatnią wypowiedź potraktował jak zielone światło. Zaczął przygryzać jej szyję – poznał ją na tyle, że wiedział już, co lubi w tym „sporcie”. Kobieta niemal natychmiast wbiła paznokcie w jego plecy. Chwycił ją za pośladki i uniósł, a ona szybko przeniosła ręce na kark mężczyzny. Kilka kroków później rzucił ją na łóżko i zsunął z niej spodnie. Następnie wszedł na materac i zamknął jej głowę między umięśnionymi ramionami. Usta miała rozchylone, co tylko dodatkowo go rozpalało. Wzrok Margot był błogi, widział w nim, jak bardzo go potrzebuje.
Miał ochotę zedrzeć z niej ten sweterek, tak bardzo już chciał jej skosztować. Rzecz w tym, że kobiety takiej jak ona nie je się jak zwykłej tabliczki czekolady. Ona jest bombonierką z wyższej półki – chcesz się nacieszyć tym smakiem, bo nie wiesz, czy będzie ci dane zaznać go ponownie. Widząc wahanie mężczyzny, zacisnęła nogi na jego biodrach, rękę położyła mu na karku i przysunęła go do siebie, by wreszcie posmakować ust. Uwielbiała te dźwięki… Głośne wydechy i wdechy, jęki rozkoszy. Widok unoszącej się klatki piersiowej oraz tego, że dla niego była zakazanym owocem. Dlatego ich seks był tak dobry. Diabeł najpierw kusi niesamowitym doznaniem, konsekwencje przychodzą potem.
Dwadzieścia minut później leżeli pod kołdrą, normując oddechy. Charlie przechylił się na bok i patrzył na jej zrelaksowaną twarz. Zwróciła się ku niemu i uśmiechnęła uwodzicielsko. Dłoń położyła na jego nagim torsie, czuła pod nią bijące serce.
– Chciałabym, żeby to była nasza codzienność – wyszeptała, zupełnie jakby wypowiedzenie tych słów zbyt głośno miało zepsuć tę chwilę intymności.
– Gdyby tak było, nigdy nie wyszlibyśmy z sypialni. Nie wypuściłbym cię z własnych objęć.
Chwycił jej dłoń spoczywającą na torsie, by przysunąć ją do ust i złożyć na niej delikatny pocałunek.
– Marzę o tym, aby znaleźć jakieś rozsądne wyjście z tej sytuacji – wyznała, po czym poprawiła głowę na poduszce, głośno wydychając powietrze.
Sielanka, w której spędzili ostatnie pół godziny, właśnie mijała, a rzeczywistość brutalnie dobijała się do drzwi.
– Ej. – Przyciągnął ją, zmuszając, by na niego spojrzała. – Doceniam każdą naszą potajemną schadzkę. Mam wrażenie, że to dzięki temu tak dobrze się dogadujemy. To nie tak, że nie pragnę stabilności, ale to – spojrzał jej głęboko w oczy – jest wyjątkowe i czerpię z tych chwil całymi garściami.
– Potrafisz znaleźć pozytyw w każdej sytuacji?
– Udało mi się – powiedział, a ona zmarszczyła brwi w niezrozumieniu. – Ponownie się uśmiechasz.
Zbliżył się, by zaznać smaku jej ust. Każde ich spotkanie było elektryzujące – gdy się kochali, robili to tak, jakby jutra miało nie być, jakby istniało ryzyko, że już nigdy więcej się nie spotkają.
– Kocham cię, Margot.
Przyjemne ciarki przeszyły jej ciało.
– Ja ciebie też.
I wtedy to dostrzegła – niewinną zmianę w wyrazie twarzy mężczyzny, jednak na tyle widoczną, że dla osoby, która zawzięcie studiowała jego ciało kawałek po kawałku, była zauważalna jak bruzda na dłoni. Poczuła ucisk w żołądku.
Tak bardzo nie chciał jej psuć dnia, chociaż wiedział, że musi to zrobić.
– Charlie? Co jest? – Odruchowo zakryła się pod samą szyję, tworząc w ten sposób wyimaginowaną barierę ochronną.
Przygryzł dolną wargę. Słowa, które zamierzał wypowiedzieć, więzły mu w gardle. Tak bardzo nie chciał jej skrzywdzić. Oczy Margot zrobiły się duże z przerażenia, a podbródek zaczął drżeć. Być może sama już wiedziała, na jaki temat mężczyzna zaraz rozpocznie konwersację. Zamknął powieki, zastanawiając się, jak przekazać tę informację w najmniej drastyczny sposób.
Zanim Kinga przywiozła dziewczynki, Margot próbowała przywrócić się do porządku. Było to trudne, bo wciąż myślała o słowach, które zawisły w sypialni dwie godziny temu. Zaciskała tak mocno pięści, że knykcie jej zbielały. Wpatrywała się w punkt przed sobą niemal jak zahipnotyzowana, ignorując fakt, że bliźniaczki naniosły do domu błota i właśnie wesoło tuptały, roznosząc je po drewnianej posadzce.
– Mamo! Mamo! Patrz! – krzyczała Sarah, obracając się dookoła, lecz rodzicielka ani drgnęła.
Pogrążyła się w myślach niczym w transie.
– Margot? Wszystko dobrze? – Stłumiony głos pomocy domowej przedarł się do uszu kobiety.
Dopiero gdy Kinga dotknęła jej ramienia, oprzytomniała.
– Za mało kawy dziś wypiłam, jeszcze się nie obudziłam, to pewnie przez ciśnienie. – Wyrzuciła z siebie potok słów, by jak najdalej odpędzić jakiekolwiek podejrzenia.
– Zrobię ci kolejną, chyba jej potrzebujesz. – Dziewczyna uśmiechnęła się pogodnie, po czym włączyła ekspres i zaczęła zdejmować dzieciom płaszcze.
Clair przyglądała się temu wszystkiemu, chociaż tak naprawdę to nie wykonywana czynność ją interesowała, lecz po prostu własne dzieci. Dzieci, które urodziła w trudach, dzieci, za które – gdyby tylko musiała – oddałaby życie, dzieci, które były jej jedynym sukcesem i sensem życia. Teraz to do niej dotarło – kariera męża była dla niego ważna w takim stopniu jak dla niej rodzicielstwo. Zrozumiała, że gdyby musiała rzucić kogoś w ogień, by ocalić córki, nie zawahałaby się ani przez sekundę. Powołała te istoty do życia i za wszelką cenę powinna zagwarantować im bezpieczeństwo. W końcu miała rodzinę, o której zawsze marzyła. Była matką i spełniała się w tej roli lepiej niż jej własna rodzicielka.
– Na pewno wszystko dobrze? – upewniła się jeszcze raz Kinga, widząc wciąż zamroczoną szefową.
– Tak, to po prostu ten wiek, w którym pogoda wpływa na samopoczucie. Kiedyś zrozumiesz i wspomnisz moje słowa – stwierdziła, po czym zmusiła się do uśmiechu. Miała nadzieję, że wyglądał on na szczery.
– Może napój bogów ci pomoże? – Młoda kobieta wręczyła Margot filiżankę.
Zapach gorącej kawy w jakimś stopniu na chwilę załagodził nowo powstały stres. Było to jednak bardzo ulotne uczucie. Miała wrażenie, że ciągle ktoś dyszy jej w kark. Zupełnie jakby była obserwowana, albo po prostu traciła już resztki zdrowego rozsądku i sobie to wmówiła.
Minął tydzień, od kiedy Margot ostatni raz gościła u siebie Charliego. Tydzień od błogiej rozkoszy i informacji, która wstrząsnęła jej pozornie ułożonym i idealnym życiem. Przełączyła się na tryb przetrwania, chociaż dla wszystkich osób wkoło był on niewidoczny. Jedynie raz pozwoliła sobie na chwilę słabości, kiedy tłumaczyła się Kindze, że to przez brak kawy. Stres podświadomie przedzierał się na pierwszy plan, ale starała się go trzymać na wodzy. Nie pozwoli, by to, na co tak ciężko pracowała, ot tak się rozsypało. Za dużo ją to wszystko kosztowało, a na szali znów stało najważniejsze – życie jej oraz córeczek, nie wspominając o reputacji męża.
Gdy pożegnała Oskara, a dziewczynki wyszły z nianią, udała się do pracowni. Weszła w aplikację, by sprawdzić aktualne ceny swoich obrazów wystawionych na licytację. Musiała przyznać, że szło jej coraz lepiej. Wciąż nie były to zawrotne sumy, ale jeszcze kilka obrazów i może nawet mogłaby przeżyć za to miesiąc na swoim.
Spojrzała na pomarańczowe płótno, które wczoraj dosłownie pochlastała serią szalonych zamachów farby. Była wściekła i zrozpaczona, a to jedyne miejsce w domu, gdzie mogła wyrazić siebie bez strachu, że ktoś nakryje ją na chwilowym zdjęciu maski. Miała już nawet pomysł na tytuł dla tego „arcydzieła”. Akt jesiennej furii. Mimo że ten obraz powstał w mniej oryginalny sposób niż pozostałe i z mniejszą dbałością o szczegóły, wyszedł jej z tego niezły impresjonizm. Zawarła w nim dynamikę ruchu, ulotność chwili, a także bez wątpienia emocje – praktycznie krzyczała z bezradności, machając ręką znad głowy.
Spojrzała na czerwoną farbę, a potem znów na pomarańczowe płótno. Nagle odłożyła telefon, włożyła czyste dłonie do farby i rozciągnęła je od środka obrazu w dwa przeciwne rogi. Teraz dzieło podobało jej się jeszcze bardziej. Zastanawiała się, co ktoś pomyśli, patrząc na nie w przyszłości. W tym przypadku autor nie miał żadnego przekazu poza jesiennymi barwami. To była czysta złość i potrzeba wyładowania frustracji.
Dzwonek do drzwi odwrócił jej uwagę. Jeśli to był Charlie, wybrał fatalny moment. Poza tym uzgodnili, że to koniec wizyt domowych, zwłaszcza tych niezapowiedzianych. Z dłońmi pokrytymi farbą, jakby właśnie zamordowała prosię, otworzyła barkiem drzwi prowadzące do pracowni i wyszła na korytarz. Brunetka jej rozmiarów właśnie zaglądała przez okno w salonie, a kiedy dostrzegła ręce przyjaciółki, zmarszczyła brwi. Jako jedyna z nielicznych wiedziała, że Margot maluje obrazy.
Właścicielka gestem ręki wskazała, by weszła do domu – drzwi były przecież otwarte. Natychmiast odnotowała w myślach swój błąd. Powinna zacząć je zamykać, i to na cztery spusty. Nie mogła być tak lekkomyślna.
– Gdybym nie wiedziała, obstawiałabym, że właśnie mordujesz męża. Dla pewności, gdzie on jest? – zażartowała.
Margot wsunęła dłonie pod ciepłą wodę i zaczęła je szorować. Czerwona farba z trudem spływała, brudząc zlew. Pomyślała o tym jednym razie, gdy faktycznie miała krew na rękach.
– Jeśli chcesz się upewnić, że to nie Oskar, włącz telewizję. Pewnie właśnie przemawia w lokalnej prasie. Albo otwórz kalendarz leżący przy ekspresie, tam są wszystkie dane – odparła nieco sarkastycznym tonem, chcąc rozluźnić atmosferę.
Hanna Fitch ściągnęła płaszcz i rzuciła go na sofę w salonie. Przyjaciółka Clair zawsze dominowała otoczenie – nie tylko własną osobowością, lecz również swoimi rzeczami. Gdy Margot się odwróciła, dostrzegła, że Hanna trzyma butelkę wina w dłoni. Popatrzyła na nią z politowaniem i powiedziała:
– Kobieto, nie ma jeszcze dziesiątej.
– Daj spokój, gdzieś na świecie na pewno jest już popołudnie. – Machnęła ręką i podeszła do szafki ze szkliwem. – Poza tym twój mąż pewnie znów narzekałby, że opróżniamy jego barek, więc tym razem sięgnęłam do własnej kieszeni.
Czuła się tu jak u siebie. Kobiety znały się już od dłuższego czasu – co prawda Margot poznała Hannę dopiero w okresie narzeczeństwa, ale od razu wydała jej się kimś wyjątkowym, odmiennym, nietuzinkowym. Chciała, by ta dziewczyna została w jej życiu jak najdłużej, bo po prostu dodawała mu barwy i humoru.
Fitch wyciągnęła korek z butelki, który odpowiedział charakterystycznym dźwiękiem. Nalała wino do kieliszka i popchnęła go po blacie w stronę Margot. O dziwo nie wylała się przy tym ani kropla.
– Który zalazł ci za skórę? – zapytała pani domu, po czym upiła łyk trunku.
Hanna rozsiadła się wygodnie po drugiej stronie stołu i oparła głowę na dłoniach. Kobieta wypuściła trzymane w płucach powietrze, jakby coś ciężkiego spoczywało na jej barkach i blokowało swobodny oddech.
– To ten studenciak, trzasnęło mnie.
Margot wybuchnęła gromkim śmiechem.
– Masz trzydzieści lat, a on?
Musiała przyznać, że jej dzień nabrał kolorytu. Chyba właśnie tego potrzebowała – odrobiny dramatyzmu z życia bliskiej osoby. Hanna miała w sobie coś w rodzaju magnesu przyciągającego niewłaściwych partnerów. Może dlatego, że sama żyła tak, jakby miała dwadzieścia pięć lat. Daleko jej było do bycia panią domu – kochała wolność i niezależność oraz przygodny seks z różnymi mężczyznami. W całym swoim życiu może dwa razy związała się z kimś na dłużej, jeśli można w ten sposób nazwać półroczny romans. Zawsze jednak kończyło się tak samo: gdy związek zaczynał zmierzać w stronę czegoś poważnego, Hanna pakowała walizki i uciekała, gdzie pieprz rośnie.
– Dwadzieścia trzy… – jęknęła i przywaliła głową w blat, aż zadudniło.
– To przecież nie tak źle. Może koledzy nie pomyślą, że jesteś jego matką.
– Ej! – Momentalnie się uniosła i wskazała na przyjaciółkę złowrogo palcem. Po chwili jednak ta emocja została zastąpiona lękiem. – Mówisz poważnie, mogą mnie uznać, za jego matkę!?
– Daj spokój, przecież żartowałam. Napij się, bo chyba tego potrzebujesz.
Hanna posłuchała rady przyjaciółki i pociągnęła większy łyk, a zaraz za nim kolejny.
– Nie mogłam się zakochać, po prostu nie…
Fitch wyglądała jak pies, który przyplątał się pod czyjeś drzwi i potrzebował opieki.
– Chce przedstawić mnie swojej matce.
Clair wypluła wino, które miała w ustach, a potem ryknęła śmiechem.
– Więc o to chodzi. Boisz się teściowej. – Przetarła niedbale usta ręką, po czym sięgnęła po szmatkę i przesunęła materiałem po zaplutym stole.
– Czy to aż tak bardzo niemoralne? – Ściągnęła brwi, przez co na jej czole pojawiła się lwia zmarszczka.
– Kochanie nie rób tak, tylko się postarzasz.
– Ciebie to naprawdę bawi! – Hanna rozłożyła ręce i z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Odrobinę, tak ciut. – Margot uniosła kciuk i palec wskazujący, robiąc z nich miarkę.
– Ja pierdolę – jęknęła. – Jak ty jako matka zareagowałabyś na coś takiego? – Kobieta znów wbiła łokcie w blat i wsparła na nich czoło. Głowa ewidentnie jej dziś ciążyła.
– Gdyby moja córka przyprowadziła starszego o siedem lat mężczyznę… – zaczęła rozważać taki scenariusz. – Gdyby była nastolatką, chyba pogoniłabym takiego „podlotka”, ale przecież wy jesteście dorośli. Zresztą mój Oskar też jest ode mnie starszy prawie o dekadę, a świetnie się rozumiemy. – Clair poczuła, jak jej gardło się zaciska przez wypowiedziane kłamstwo.
– Bo ty jesteś normalną, równą babką.
– Dzięki za komplement. – Daleko mi do normalnej, pomyślała.
– Myślisz, że matka nie nagada mu, o tym, jaka jestem już stara? Mój zegar biologiczny tyka i takie tam?
Spojrzała z litością na przyjaciółkę, która była w tym samym wieku co ona. Czasy się zmieniły – mimo ciążącej trójki z przodu obie wciąż wyglądały młodo i zdrowo. Hanna miała duże, brązowe oczy i owalną twarz, lekko zadarty nos – pasujący do jej nieznoszącego sprzeciwu charakteru – oraz pełne usta, do których zawsze ustawiała się kolejka adoratorów. Początkowo Oskar często zapominał jej imienia i nazwał ją Dakotą, bo faktycznie przypominała znaną aktorkę. Często, chociaż Margot nie wiedziała, czy w żartach, porównywał swoją żonę i Hannę, nazywając je siostrami. O ile w ich wyglądzie można było doszukać się podobieństw, o tyle ich charaktery różniły się jak woda i ogień.
– Ej, potrzebuję porady! – warknęła niemiło.
Clair westchnęła. Nie chciała dawać dziewczynie kolejnej rady, bo wiedziała, że ta „miłość” nie potrwa długo. Spojrzała na przyjaciółkę, która przeżywała już zapewne ósmy w tym roku kryzys sercowy, i tym razem to ją coś „trzasnęło”. W duchu podziękowała, że Hanna zdecydowała się zapukać do jej drzwi z kolejnym melodramatem, bo właśnie dostrzegła rozwiązanie własnego problemu.
W soboty zazwyczaj chodziła z córkami do parku, ale dziś męczyła ją migrena. Wyjątkowo zadzwoniła do niani, która – jak się okazało – nie miała nic przeciwko, by za dodatkową opłatą spędzić trochę czasu z jej córkami. Sama jednak odczuwała wyrzuty sumienia, a biorąc pod uwagę to, co ostatnio usłyszała z ust Charliego, tym bardziej chciała spędzać czas z własnymi dziećmi. Cieszyć się każdą sekundą bycia matką i chłonąć te ulotne chwile. Rozmasowywała skronie, popijając kolejną szklankę wody. Ból ustępował, ale nie był do końca stłumiony, a ona miała już dość leżenia w ciemnej sypialni.
W tym momencie do kuchni wszedł jej mąż, usiadł naprzeciwko niej i rzucił stertę dokumentów na blat. Normalnie nie zrobiłoby to na niej wrażenia, ale dziś każdy dźwięk odczuwała intensywniej. Dosłownie jakby ktoś wiercił jej dziurę w głowie. Oskar chwycił długopis, ustami zdjął osłonkę i zaczął zakreślać coś na papierach, które przyniósł, jak zawsze kompletnie pogrążony we własnym świecie. Jedno musiała przyznać – podziwiała go i zazdrościła mu determinacji. Nie znała nikogo innego, kto byłby tak oddany wyznaczonemu przez siebie celowi.
– Dzień dobry, mężu.
Uniósł palec wolnej ręki, dając tym znać, że jest właśnie w trybie skupienia. Minutę później odłożył przedmiot i spojrzał na nią. Nawet gdyby miał ochotę odpowiedzieć uprzejmością, nawyki wzięły górę i zlustrował ją w nieprzyjemny sposób.
– Zaraz zjawi się mój ojciec, czy możesz doprowadzić się do względnego porządku?
Wizytacja teścia to ostatnie, czego mi dziś trzeba.
– Nie było nic na ten temat w kalendarzu, poza tym nie czuję się najlepiej.
– Tak, masz rację. Mimo wszystko i tak przyjedzie. Przygotuję ci jakieś lekarstwo, ale, proszę, zamień ten dres na coś mniej… domowego.
Rozbawiło ją to – mówił tak, jakby wyglądała na kogoś, kto pracuje na roli, zbierając ziemniaki albo rozwożąc mało przyjemnie pachnący nawóz. Z niechęcią wstała, irytowało ją to, że nawet we własnym domu, w sobotni poranek nie mogła wyglądać jak zmęczona kobieta. Jakby nie miała prawa chodzić w tych głupich spodniach dresowych. Po drodze na piętro zgarnęła butelkę z wodą – mimo że migrena zdawała się już ustępować, wiedziała, że wizytacja teścia tylko pobudzi ośrodek bólu w jej głowie. Dotarła do garderoby, zastanawiając się, jakim cudem Oskarowi nie przeszkadza chodzenie w eleganckich ciuchach nawet w teoretycznie wolny dzień, chociaż trudno nazwać go wolnym, skoro sterta dokumentów towarzyszy mu również w kiblu.
Sięgnęła po dżinsy, podkoszulek na ramiączkach i beżowy kardigan – wygląd typowej matki z przedmieść. Zaczesała włosy w koński kucyk i nie fatygowała się, żeby nałożyć makijaż. Prawda była taka, że cokolwiek by zrobiła, senior rodu i tak nie będzie za nią przepadał. Akceptował ją, ale nie był jej wielkim fanem. Uznanie synowej za członka rodziny okazywał najbardziej przy prywatnych rodzinnych spotkaniach i tych publicznych. I najważniejsze – nigdy nie pokazywał niechęci do synowej w towarzystwie swojej żony.
Schodziła po schodach, kiedy do domu jak do siebie wszedł wielki Arton Clair – myśląc wielki, nie miała jednak na myśli całokształtu jego kariery. W przeciwieństwie do syna ważył jakieś sto trzydzieści funtów więcej.
– Ojcze, dobrze cię widzieć. – Oskar poderwał się i skierował w jego stronę, jak piesek, któremu ktoś rzucił zabawkę. Jakby bycie w zasięgu blasku autorytetu rodzica było czymś niespotykanym i poniekąd łaskawym.
Przywitali się, podając sobie ręce – senior rodu stronił od kontaktów fizycznych, które mogły sugerować troskę.
– Co cię sprowadza w nasze progi? – zapytała, kiedy zeszła z ostatniego stopnia.
Wysiliła się również na przyjazny uśmiech. Mimo że była w ich rodzinie już przez dłuższy czas, jej mąż niejednokrotnie powtarzał, aby nigdy nie zwracała się do teścia „tato”.
Clair uściskał także jej dłoń na przywitanie – tym biznesowym uściskiem, który przestawia kości w dłoni, by pokazać dominację.
– Interesy, nic innego, Margot.
Kącik ust starszego mężczyzny powędrował ku górze, patrzył na nią z tylko sobie znaną wyższością. Jego spojrzenie zdawało się mówić: „Ja na wszystko zapracowałem sam, a ty jesteś jedynie żoną mojego syna. Nie masz bladego pojęcia o życiu ani jak prowadzić dobrze prosperujący biznes. Masz szczęście, że udało ci się poślubić kogoś z naszego rodu”.
Wcześniejsze pytanie zadała wyłącznie z grzeczności – i już w tej samej chwili pożałowała, że w ogóle zabrała głos. Według filozofii Artona to mężczyzna jest fundamentem w domu, to on ma zarabiać i gwarantować rodzinie byt. Kobieta ma być jedynie pięknym dodatkiem, podsuwającym obiad pod nos, rodzącym dzieci i dbającym o porządek, no i oczywiście zapewniającym rozrywki w łóżku.
– Gdzie moje wnuczki? – Rozejrzał się, bo zapewne zaniepokoiła go cisza.
Kiedy wszyscy domownicy przebywali w tym domu, trudno było o odrobinę spokoju. Kobieta jednak dobrze wiedziała, że zadał to pytanie z grzeczności, los dziewczynek tak naprawdę go nie obchodził. To był kolejny pstryczek w nos w stronę synowej. Przecież tylko siedzi zamknięta w czterech ścianach budynku, więc mogłaby się chociaż zająć własnymi dziećmi. Nie było tajemnicą, że Arton gardził pomysłem zatrudnienia niani – obca kobieta mogłaby, jego zdaniem, rozpraszać mężczyznę w dążeniu do celu. Ona jednak podejrzewała, że chodziło raczej o to, że matka Oskara wychowywała go bez jakiejkolwiek pomocy. Niby taki postępowy człowiek, a mentalnie wciąż tkwił w średniowieczu.
– Margot nie czuła się dziś dobrze, Kinga zabrała dzieci do parku. – Pośpieszył z wytłumaczeniem syn i wręczył jej szklankę z rozpuszczającym się proszkiem przeciwbólowym.
Arton zmierzył ją od stóp aż po czubek głowy.
– Faktycznie, nie wyglądasz za dobrze. Jesteś strasznie blada i masz wory pod oczami. Chyba nie spałaś całą noc.
Przygryzła policzek od wewnątrz. W wyobraźni zdążyła się już na niego rzucić i wyrwać mu garść włosów albo lepiej – zerwać tupecik czy też perukę. Była pewna, że mężczyzna coś kombinował ze swoją bujną czupryną, zwłaszcza że nie miał ani jednego siwego włosa, podczas gdy na głowie jego syna pojawił się już subtelny srebrzysty ślad czasu.
– Zrób nam kawę, a my z Oskarem przejdziemy do salonu.
– Oczywiście – odparła sarkastycznie i wysiliła się na kolejny uśmiech. Tym razem jednak był to jeden z tych, w których nie sposób dostrzec szczerości.
Nie lubiła tego, że teść nią dyrygował i traktował jak głupiutką dziunię. Mąż zmierzył ją wzrokiem, kiedy zauważył tę niesubordynację. Zazwyczaj się tak nie zachowywała, miała wrażenie, że jej głowa zaraz rozsadzi się od środka. Nie zamierzała też spędzić dnia jako sługus swojego teścia – wówczas przynajmniej przygotowałaby się psychicznie na poniżenia. Mimo to poprawiła swoją postawę:
– Czarna bez cukru? – Wiedziała, że tak, ale wypadało zapytać.
Starszy mężczyzna kiwnął głową, po czym wraz z synem przeniósł się na kanapę. Margot skierowała się do kuchni, wydychając głośno powietrze, gdzie włączyła ekspres. W takich chwilach jak ta wracała myślami do Charliego, do tego, jaki świetny związek mogliby stworzyć, gdyby nie jej przeszłość. Do tego, jakie cudowne życie mogłaby mieć, gdyby nie to, co zrobiła jako nastolatka. Czy czasem żałowała, że wpakowała się w układ zaproponowany przez Oskara? I tak, i nie. Zdawała sobie sprawę, że ze swoją śmierdzącą historią i tak złapała pana Boga za kostki.
Było kilka minut po jedenastej w nocy, gdy zaparkowała w pobliżu mieszkania Charliego. Wiedziała, że teraz jej rodzina jest na świeczniku, skrupulatnie odhaczała w kalendarzu dni do startu kampanii. Był to też jedyny moment, gdy mogła jeszcze pobyć ze swoim kochankiem, zanim machina ruszy i zacznie się cyrk. Nim wysiadła z samochodu, standardowo rozejrzała się, by sprawdzić, czy przypadkiem nikt ze znajomych nie postanowił przewietrzyć głowy tak późną porą. Ludzie w Brickstone Harbor byli wścibscy i kochali plotki, ale miasteczko miało w sobie pewną aurę i znajdowało się w jednym z nudniejszych stanów na mapie. Ze spuszczoną głową, na której miała czapkę z daszkiem, przeszła przez hol i pokierowała się do jego mieszkania. Nie zdążyła unieść ręki, by wcisnąć dzwonek, gdy drzwi się uchyliły, a mężczyzna wciągnął ją do środka. Automatycznie skierowała wzrok na jego nagi tors, na żebrach po prawej stronie widniał rozległy fioletowy siniak.
– Co się stało? – zapytała, nawet się z nim nie witając.
– Praca w terenie, nie tęskniłem, ale akurat potrzebowali kogoś dodatkowego do zatrzymania jakiegoś głąba z nielegalną bronią. Okazało się, że w mieszkaniu był ktoś jeszcze, akurat się odsłoniłem i oberwałem w żebro. Wstyd przyznać, wyszedłem trochę z wprawy przez to ciągłe siedzenie za biurkiem.
Delikatnie dotknęła śladu na jego ciele.
– Nie wygląda to dobrze, masz jakąś maść?
Ruszyła do łazienki, bo wiedziała, że mężczyzna właśnie tam trzyma coś w rodzaju domowej apteczki, chociaż obawiała się, że skończy się na tabletkach przeciwbólowych i plastrach. Na szczęście w szafce pod zlewem znalazła więcej, niż się spodziewała. Chwyciła maść do stłuczeń i skierowała się z powrotem do salonu. Po drodze zdjęła trencz i czapkę z daszkiem, po czym rzuciła przedmioty na regał stojący tuż przy wejściu. Spojrzała jeszcze na wielkie okna, teraz przysłonięte przez rolety. Poinformowała go pół godziny przed swoim wyjściem, dzięki czemu mógł wszystko przygotować, tak by sąsiedzi nie oglądali ich miłosnego spektaklu na żywo. Wada wysokich zabudowań w małych odstępach. Wycisnęła maść na palec i delikatnie naniosła ją na widoczne stłuczenie. Wzdrygnął się przez chłód i zacisnął wargi, by nie okazać bólu.
– Wiele ryzykujesz, wymykając się z domu w tak gorącym okresie – skwitował.
Wtarła pozostałości maści w dłonie, wyprostowała się i spojrzała mu głęboko w oczy.
– Całe moje życie to jedna wielka gra w rosyjską ruletkę. Jeszcze tego nie zauważyłeś?
– Nie sposób zaprzeczyć. Napijesz się czegoś mocniejszego?
Uśmiechnęła się zadziornie i uniosła brew.
– Gdzie to masz? – Rozejrzała się po mieszkaniu, a jej wypowiedzi towarzyszył pewien rodzaj ekscytacji.
– Dobrze myślę? – zapytał z błyskiem w oku, starając się przejrzeć kobietę.
Skinęła głową.
– Skoro tak mówisz, nie będę zaprzeczał.
Zniknął w sypialni, a po krótkiej chwili wrócił z butelką osiemnastoletniego Macallana, którą kupili na pół. Na tak drogą inwestycję zdecydowali się, gdy zrozumieli, że ich sytuacja jeszcze długo nie ulegnie poprawie.
– Musiałem ją schować w łóżku, by żaden z moich znajomych przypadkiem się do niej nie dorwał.
Położył alkohol na kuchennym blacie, wyciągnął dwie szklanki i napełnił je lodem, po czym otworzył i przechylił butelkę. Swoje szkło zalał mniej więcej do połowy, a kobiecie wlał znacznie mniejszą opcję, ponieważ wiedział, że później będzie musiała wrócić samochodem. Następnie chwycił szklanki w ręce.
– Proponuję, byśmy przenieśli się na kanapę. – Wskazał mebel ruchem głowy.
Usiadła wygodnie, podkulając nogi i oplatając je ramionami. Przyglądała się mężczyźnie zmierzającemu w jej stronę. Nie dało się zaprzeczyć, że Charlie Hale był smakowitym kąskiem i była pewna, że w pracy ma wiele adoratorek. Dresowe spodnie ledwo trzymały się na jego biodrach, odsłaniając tym samym napiętą linię mięśni, którą ponownie zapragnęła poczuć pod własnymi palcami. Lekko zmierzwione włosy idealnie pasowały do jego zielonych oczu i kilkudniowego zarostu. Całe to pozorne niedbalstwo sprawiało wrażenie, jakby zupełnie nie zwracał uwagi na swój wygląd.
Oczywiście była to wierutna bzdura. Owszem, utrzymanie sylwetki w formie było wymogiem wykonywanego zawodu, ale Charlie był zbyt inteligentny, by nie zdawać sobie sprawy, że jego wizerunek przyciąga do niego więcej fanek. A jednak jakimś cudem wybrał ją – kobietę z pokiereszowaną psychiką, naznaczoną przez wydarzenia z przeszłości. To nie zdarza się często, by mężczyzna był gotowy iść na takie ustępstwa. Fakt, że akceptował jej szalony plan na życie, tylko utwierdzał ją w przekonaniu, jak wielkie ma szczęście, że się spotkali. Gdyby tylko okoliczności były inne, gdyby poznali się w odpowiednim czasie, ich historia mogłaby przypominać scenariusz romantycznej komedii. Rzeczywistość jednak wybrała im inne karty i choć oboje wiedzieli, że to rozdanie prowadzi do porażki, postanowili grać, dopóki definitywnie nie polegną.
Usiadł obok, nieznacznie mamrocząc przez odczuwany ból. Spojrzał na nią przenikliwie i podał jej trunek. Margot zakręciła szklanką, patrząc, jak powoli topiące się kostki lodu obracają się w płynie o rdzawym kolorze.
– Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał, nawiązując do ich ostatniego spotkania.
Kobieta przełknęła ślinę i przez chwilę błądziła gdzieś myślami.
– Chyba nie. – Nie oderwała wzroku od wykonywanej przez siebie czynności, a grymas przemknął przez jej twarz.
Ciszę ponownie przerwał Hale:
– Za role, które przydzielił nam los? – Uniósł dłoń ku górze.
– Zdecydowanie. – Stuknęli się naczyniami, które wydały charakterystyczny dźwięk.
