Co robią cienie, gdy nie patrzymy - Maciej Paterczyk - ebook
NOWOŚĆ

Co robią cienie, gdy nie patrzymy ebook

Maciej Paterczyk

5,0

67 osób interesuje się tą książką

Opis

Do zasypanego śniegiem pałacu Denhoffów zjeżdża się cała rodzina. W tajemniczych okolicznościach ginie senior rodu. Za śledztwo bierze się Jakub Getling – policjant z Warszawy, zesłany na daleką prowincję. Nikt mu nie ufa. Nikt nie chce z nim współpracować…

Mamy więc trupa, a potem… więcej trupów. Wąski krąg podejrzanych. Stary pałac w Kobryniu i śnieg za oknem. I śledczego, który ma wytropić mordercę oraz rozwikłać zagadkę. Czyli wszystko jak w porządnym, klasycznym kryminale w stylu retro.
Pojawia się jednak coś, co niepokoi bardziej niż czarne charaktery w typowych powieściach detektywistycznych – tu bowiem nie tylko żywi zabierają głos… A kraczące ptaszyska zdają się od początku wiedzieć więcej od ludzi. 

„Co robią cienie, gdy nie patrzymy” to arcyoryginalne połączenie kryminału w stylu Agathy Christie z powieścią grozy Stephena Kinga.

„Zagadka? Jest. Groza? Jest. Język? Jest. Czytać? Tak. Na pewno? TAK!”
Jul Łyskawa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 562

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Maciej Paterczyk, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Magdalena Białek

Korekta: Patryk Białczak

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © Matrioshka/Adobe Stock

Zdjęcie autora: © Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68577-80-8 (EPUB); 978-83-68577-81-5 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Dedykacja

WSTĘP

Elżbieta Denhoff

Mężczyzna w ukryciu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Iwan Bogdanow

Jakub Getling

Iwan Bogdanow

Jakub Getling

Iwan Bogdanow

ROZDZIAŁ DRUGI

Jakub Getling

Zelda Denhoff z Domu Goldwasser

Iwan Bogdanow

Elżbieta Denhoff

Jakub Getling

ROZDZIAŁ TRZECI

Jakub Getling

Iwan Bogdanow

Jakub Getling

 
 
 
 

Hani.

Kiedy jesteś, jest maj i nawet wrony śpiewają.

Dzieciom: Jerzemu i Melanii.

Kiedy jesteście, jest głośno. Gdy Was nie ma – mnie nie ma.

 
 
 

Półcienie są najprawdziwsze, a zatem najtrudniejsze

do namalowania – światło i mrok oddaje się łatwo,

ale w półcieniach każdy skrawek obrazu

stwarza nieograniczone niemal możliwości

Jacek Dehnel, Saturn

 

Pociągają nas szpary między deskami

podłogi – i tam znikamy

Olga Tokarczuk, Empuzjon

 

Wzajemne oskarżenie nie przyniesie żadnych wyjaśnień.

Mieliśmy ustalić fakty. I doszliśmy do przekonania,

że nikt z nas nie może być uwolniony od podejrzeń

Agatha Christie, I nie było już nikogo

WSTĘP
Elżbieta Denhoff
 
 

Na początku litery stały w równych szeregach. Po papierze przesuwały się jedynie żółte smugi światła miejskich latarni oraz blednące cienie budynków i drzew. Był dwudziesty drugi grudnia, świt krótkiego dnia. Litery przy wewnętrznych marginesach miały pozostać niewidoczne przez całą podróż. Eli to nie przeszkadzało. Dopowiadała sobie to, czego nie była w stanie przeczytać. Budowała opisy, zagłębiała się w psychikę bohaterów, bez trudu tworzyła dialogi. Gdy spuszczała z krótkiej smyczy swoją wyobraźnię, ta biegła przed siebie, nie zważając na właścicielkę.

Faustyna siedziała obok, modliła się.

Matka i ojciec milczeli po kłótni. Matka chciała wziąć auto, nowego Bentleya, ale ojciec się uparł, by jechać pociągiem. Mówił, że w taką pogodę błotnistą drogę przed pałacem można pokonać tylko konno bądź pieszo. Matka zapytała więc, po co kupili tak drogi automobil, skoro wcale nim nie jeździli. Ojciec, już poirytowany, odpowiedział, że... Ele nie słuchała dalej. Przynajmniej starała się tego nie robić.

Drzwi przedziału otworzyły się dopiero przed Siedlcami. Konduktor nazwał Elę „zaczynaną księżniczką”, ale jego wzrok był utkwiony w matce dziewczynki. Skasowany bilet wpadł w zagłębienie książki. Dłoń Eli zaraz go przechwyciła i schowała do małej puszki. Opadł cicho. O metalowe ścianki obiły się za to fajansowa głowa lalki, kolorowe guziki, moneta, ptasie pióra i pojedynczy kolczyk. Artefakty. Prawdziwe skarby.

Gdy konduktor wyszedł, matka powiedziała, że dziewczyny w wieku Eli nie powinny trzymać w puszkach takich rzeczy.

Faustyna modliła się i nie wyraziła opinii.

Ojca interesowały już tylko gazety i sprawy stosunków polsko-niemieckich. Co kilka przeczytanych zdań podnosił zatroskaną twarz i przypatrywał się swojemu odbiciu w szybie. Podczas podróży nie odezwał się do córki słowem, choć siedziała naprzeciw.

Ela patrzyła przez okno, na morze czarnej ziemi. Wyobrażała sobie, że zagłębia się w podmorską ciemność na pokładzie Nautilusa i płynie w stronę kolejnej tajemniczej przygody, która...

Matka zainteresowała się książką leżącą na kolanach córki. Powiedziała, że powieści przygodowe nie są odpowiednią literaturą dla dziewczyn w jej wieku. W żadnym wieku.

Faustyna na chwilę zarzuciła modlitwę. Dodała, że jeśli Ela musi już czytać Verne’a, powinna to robić w oryginale, po francusku.

Ojciec nie miał opinii. Od rogatek Warszawy interesowały go tylko nowiny ze świata polityki i gospodarki. Trudno było stwierdzić, co przygnębiało go bardziej.

 

W Siedlcach mieli przesiadkę. Drugi pociąg wyrzucał z siebie kłęby czarnego dymu i sunął dalej prosto na wschód. Pola ustąpiły miejsca sosnowym lasom, leszczynie i mokradłom. W nieckach pojawił się śnieg. Ela odczytywała nazwy coraz rzadziej pojawiających się miejscowości. Wszędzie na peronach tłoczyli się ludzie. Podróżowano na przedświąteczny targ. Palce dziewczynki wskazywały na zamknięte w klatkach króliki i kury, wózki pełne lisich futer czy niemogące się domknąć kufry z artykułami bławatnymi. Bagaże przekazywano sobie przez okna. Śmiano się, przekrzykiwano, żegnano. Wszystkiemu towarzyszył hałas ciżby dzieci. Nikt nie zwracał uwagi na czerwieniejącego ze złości konduktora. Z każdej kolejnej stacji pociąg wydawał się ruszać z coraz większym trudem.

Ojciec odbity w szybie przysnął z pięścią opartą na policzku. Faustyna recytowała znane na pamięć wersy, jakby chciała nowy przedział czym prędzej wypełnić słowami modlitwy. Matka milczała. Zwracała tylko uwagę na ślady, jakie Ela zostawiała na szybie.

W drugim pociągu byli jedynymi pasażerami podróżującymi pierwszą klasą.

Za Brześciem nad Bugiem przybyło śniegu. Słońce, cały dzień schowane za ciemną woalką, uciekło gdzieś na zachód. Matka milczała, ale jej ładne migdałowe oczy wodziły za każdym nieporadnym i niepotrzebnym ruchem córki. W jej mniemaniu każdy ruch Eli był nieporadny i niepotrzebny.

Ojciec udawał, że śpi, choć wcale już nie spał. Zamartwiał się. O czym myślał? Ela nie wiedziała. Gdyby miała go opisać, zaczęłaby od jego licznych zmarszczek na czole pogłębiających się z każdą minutą. Ale jeszcze nie chwytała za pióro. Na razie tylko czytała. To, że kiedyś zostanie pisarką, wciąż było tajemnicą, z której zwierzyła się tylko Faustynie.

Faustyna zaczęła w końcu mylić słowa modlitwy, więc najpewniej przysnęła i mówiła przez sen.

Kiedy kilka tygodni wcześniej jej podopieczna zwierzyła się ze swych planów zostania powieściopisarką, długo milczała. Były pomiędzy nieudaną lekcją muzyki a powrotem do nauki łaciny. W salonie wciąż zdawały się wybrzmiewać ostatnie fałszywe nuty wygrane prze Elę na pianinie. Faustyna chrząknęła, położyła ręce na kolanach i przyjrzała się swoim palcom.

– O czym zamierzasz pisać? – spytała.

– Jeszcze nie wiem – odparła zaskoczona Ela. Spodziewała się, że zostanie zganiona. – Może o miłości.

– Co ty wiesz o miłości, moja droga.

– Jeszcze nic. Ale w końcu się dowiem. Chyba...

– Uważaj, o co prosisz. Etiam in morte superest amor.

– Słucham?

– No właśnie. Wracam do łaciny.

Ela układała kolejne opisy. Zdania powstałe w jej głowie przypominały kłęby dymu wyrzucane przez lokomotywę. Pojawiały się, by zaraz zniknąć. Przeniosła spojrzenie na matkę. Piękna. Ale co to właściwie znaczyło? Ładna twarz, ciemna cera, kruczoczarne falujące włosy. Ale piękno matki tkwiło jakby w środku, w niej. Jak to zapisać? Kłęby dymu na niebie przybrały kształt znajomych liter. Oczy i usta. Jakże one się od siebie różnią. Kiedy oczy matki patrzą na biednego robotnika żebrzącego o jałmużnę, bije od nich współczucie i ból, ale usta szepczą córce wciąż te same słowa: „Wszyscy decydujemy o swoim losie. Słabi nigdy się nie wzbogacą, właśnie przez swoją słabość”. Kiedy jej migdałowe oczy napotykają spojrzenie innego mężczyzny, odwraca wzrok. Usta szepczą lodowate słowa: „Uważaj na mężczyzn, są głupi i niebezpieczni. Wykorzystuj ich głupotę, ale nie zapominaj o tym, jak bardzo mogą cię skrzywdzić. Żadnemu nigdy nie zaufaj. Rozumiesz mnie, córko?”.

Ela przyjrzała się słowom za oknem. Rozmyły się i znikły w tyle. Czy te zdania były dobre? Czy miała dość odwagi, by zacząć je zapisywać? Skreślić zwrot „lodowate słowa”? Dlaczego miałaby się bać mężczyzn? Bardziej niż nauczycielek, wstrętnych, dokuczających jej dzieciaków, bezpańskich psów i komunistów? Zdaniem ojca najbardziej powinna bać się tych ostatnich.

Uchyliły się drzwi przedziału. Nowy konduktor powiedział, że za pięć minut dotrą do Kobrynia. Zaczęła się krzątanina. Ela na przekór wszystkim wróciła do Verne’a. Pięć minut to całkiem sporo.

Postanowiła, że nie będzie pisać książek o miłości, tylko powieści przygodowe. O bohaterskiej podróżniczce. Jeszcze nie powiedziała o tym Faustynie, ale to zrobi.

I sprawdziła w słowniku, co znaczy etiam in morte superest amor. Nic z tego nie zrozumiała.

 

Woźnica zapytał, co taka mała dziewczynka może zrozumieć z tak grubej książki. Zażartował, że przez tak wielkie okulary Ela musi widzieć pół świata. Znał jej imię, choć nigdy wcześniej go nie spotkała. Woźnica znał też imiona jej rodziców, kłaniał się obojgu nisko. Ela chciała odpowiedzieć, ale nim otworzyła usta, mężczyzna stracił nią zainteresowanie. Jego oczy zatrzymały się na matce dziewczyny, Zeldzie Denhoff, siedzącej teraz między bagażami, milczącej i złej z powodu licznych niewygód. Wóz był odkryty, innych nie było.

Gdy woźnica pakował bagaże, odpadł mu jeden z guzików płaszcza, który szybko wylądował na dnie blaszanej puszki.

Nikt wówczas na Elę nie spojrzał, nawet Faustyna.

Dziewczynie wystarczyły w życiu książki i zbieranie fantów.

Próbowała czytać na wozie, ale był to trudne, a gdy opuścili miasto – wręcz niemożliwe. Litery skakały. Słowa nie chciały ułożyć się w żadne sensowne zdanie. Ela zamknęła książkę i zdjęła okulary. W wielkich szkłach pływały teraz odbicia ptaków na pochmurnym niebie. Jak ryby w wodzie.

Jej bohaterka będzie pokonywała morza i oceany, nie będzie się bała największych sztormów, piratów ani...

– Załóż je – poleciła Faustyna. Swój modlitewnik zamknęła w tym samym momencie, co Ela książkę. – Siedź prosto.

– Dobrze się czujesz, córko? Nie gorączkujesz? – zapytała matka. – Pamiętaj, co mówili lekarze.

Lekarze mówili różne rzeczy. Starzy, których Ela bała się najbardziej, uważali, że za bladość dziewczyny i skłonność do częstych chorób odpowiada „słaby duch”. Przyglądali się jej ciału, mierzyli je i ważyli z mieszaniną współczucia i zdziwienia. Szeptali, że jest wyraźnie „niedojrzała fizycznie jak na swój wiek”. Zadawali matce na boku jakieś pytania, ale ta stanowczo przeczyła głową, zanim skończyli mówić. Młodsi lekarze chętniej osłuchiwali jej płuca i serce. Zalecali zmianę otoczenia i tłuste jedzenie. Ciekawiła ich asymetria ciała Eli. Słaby wzrok. Dziwne krosty. Jąkanie. Opóźnione dojrzewanie.

Ela w niczym nie przypominała własnej matki. Zelda bardziej wyglądała na jej macochę. I to z jakiejś przewrotnej baśni, gdzie macocha jest piękniejsza niż pasierbica.

– Jak dojedziemy na miejsce, zaraz coś zjesz. Musisz więcej jeść.

– Dobrze.

Eli łatwiej było przekonać matkę niż własny żołądek.

Ojciec siedział z przodu, obok woźnicy. Rozmawiali po polsku, ale co jakiś czas woźnica wtrącał kilka niemieckich słów. Wypowiadał je niepewnie. Patrzył wtedy wprost na Alfreda Denhoffa. W odpowiedzi ojciec Eli się uśmiechał, co czynił niezwykle rzadko.

Faustyna słuchała ich uważnie.

Matka tylko się krzywiła.

Na rżenie chudych i wymęczonych koni nikt nie zwracał uwagi.

 

Dom nie był domem. Był pałacem. Rósł powoli w oczach. Był skarbem na dnie morza, o którym kapitan Nemo nie mógł nawet marzyć. Każde skrzydło pałacu kończyło się wieżą. Do głównego wejścia prowadziły szerokie schody i kolumny. Ela nawet nie próbowała liczyć okien. Budynek był stary, w niektórych miejscach może nawet zniszczony, ale jej to nie przeszkadzało. W tak wielkim pałacu musi być...

– Nie wychylaj się! – pouczyła ją matka. – Poczekaj, aż się zatrzymamy. Pamiętaj, żeby się ładnie przywitać. To twój dziadek. Możesz go nie pamiętać. Widziałaś go dawno temu.

Nie pamiętała. Jej trzewiki przeszły po żwirowym podjeździe i zaczęły się wspinać po kamiennych schodach. Wokół kolumn przy wielkich drzwiach owinęły się bluszcz i dzika winorośl. Nad wejściem widniał jeszcze herb – czarna głowa dzika, nad dzikiem korona, a nad nią jeszcze kolejny dzik przeszyty dwoma oszczepami.

Znała ten herb. Czasem ojciec rysował go na marginesach gazet w salonie ich warszawskiego mieszkania. Gdy matka to widziała, krzywiła się nieładnie. Ojciec się peszył. Zasłaniał herb dłonią. Matka się śmiała i odchodziła. Ela myliła łacinę.

– Spójrz! – wołał ją wtedy ojciec. Jeśli przypominał sobie o córce, to właśnie w takich chwilach. – Dzik wydaje się trudny do namalowania, ale to nieprawda. Korona jak u królewny. No i oszczep. Spróbuj raz jeszcze. Przecież to łatwe...

Drzwi do pałacu zaskrzypiały. Ukazał się w nich wysoki mężczyzna, a wiatr natychmiast porwał poły jego zniszczonego surduta. Starzec trzymał w dłoni zapaloną lampę naftową. Zmierzchało już. Jego oczy, pozbawione sympatii, a nawet ciekawości, prześlizgnęły się po wszystkich gościach.

Ela się przestraszyła. Pamiętała, że miała coś powiedzieć. Ale właściwe słowa rozpierzchły się gdzieś, przepadły. Jak zawsze, gdy ich potrzebowała.

– Witaj, dziadku. Jak minęła podróż? Dobrze. Znaczy ty zapytasz i ja ffftedy...

– Przestań – odezwał się ojciec. Rozdrażniony, tym razem nie polityką, tylko nią. – To tylko służący. Dzień dobry, Iwanie. Gdzie ojciec?

– Odpoczywa. – Starzec przemówił głosem zimniejszym niż podmuch wiatru. – Dziś nie czuje się najlepiej. Zaraz poinformuję go o państwa przyjeździe.

Ojciec minął służącego i wszedł do środka. Ten ruszył za nim, jakby nie interesowali go pozostali goście i ich bagaże. Ela, zaskoczona własną odwagą, przemówiła raz jeszcze:

– Czy w tym pałacu jest biblioteka? – zapytała.

Musiała być. Wyobraziła ją sobie, gdy tylko zobaczyła zarys głównego budynku, jeszcze niewyraźny, jakby patrzyła na stary dagerotyp.

– Córko, nie czas na takie pytania – odezwała się za jej plecami matka, opatulając się czarnym futrem z gronostajów. – Wejdź czym prędzej do środka, przeziębisz się.

Służący ponownie wyłonił się z mroku. Pochylił się, przybliżył lampę do twarzy Eli. Przyjrzał się jej uważnie. Podobnie patrzyli na nią lekarze, kiedy odkrywali u niej kolejne schorzenie lub wadę. Cofała się wtedy, przywierała do zimnych ścian lekarskich gabinetów lub chowała za parawanami. Teraz nie ruszyła się z miejsca.

– Jest – przemówił służący. – Może znajdziesz tam coś dla siebie. Ale najpierw musisz zobaczyć własnego dziadka. Pewnie nawet go nie pamiętasz, co? A on wciąż o ciebie pyta.

Po tych słowach mężczyzna znikł w ciemnym hallu. Był obojętny na wezwania woźnicy, który zażądał pomocy z bagażami. Nikt więcej nie wyszedł ich przywitać.

Ela znów zadarła głowę i spojrzała na herb. Dzik przeszyty dwoma oszczepami...

– Widziałaś większy pałac, Faustyno? – zapytała.

Nie usłyszała odpowiedzi. Faustyna zrobiła kilka niepewnych kroków na schodach, po czym potknęła się i upadła. Jej dłonie zacisnęły się na suchych i łamliwych pnączach winobluszczu. Dźwignęła się wolno, z trudem. Zapewniła swoją pracodawczynię, Zeldę Denhoff, że wszystko w porządku, potrzebuje tylko chwili na złapanie oddechu. Ela chciała do niej podejść, ale matka pociągnęła ją do środka. Jak najdalej od wiatru, zimna i wilgoci.

Ela odwróciła się po raz ostatni. Zobaczyła gazon poryty śniegiem, na którego tle wyraźnie odbiła się pochylona sylwetka Faustyny. Guwernantka oddychała ciężko. Dalej, po lewej stronie, rósł zagajnik. Eli wydało się, że zobaczyła tam człowieka. Stał w odległości jakichś stu metrów, tuż przed linią pierwszych drzew. O ile wzrok jej nie oszukał. Zamrugała. Sylwetka znikła. Zostały tylko kraczące w locie wrony. Piraci nieba.

 

Ela znalazła bibliotekę. Spędziła w niej cały wieczór. Skryła się za dwoma fotelami i zarzuconym na nie kocem. Od strony wejścia do biblioteki światło jej lampy było niewidoczne. Słyszała nawoływania matki i ojca, ale nie odpowiedziała ani razu. Dopiero gdy usłyszała kroki Faustyny, zrozumiała, że zostanie znaleziona.

Guwernantka stanęła tuż przed jej kryjówką. Podniosła koc.

– Skąd wiedziałaś, że tu będę? – zapytała Ela.

– Zawsze jesteś tam, gdzie książki. Do tego lubisz kryjówki.

– Matka mówi, że są dziecinne...

– Zaraz będzie kolacja. Musisz się przygotować. Przyjechali kolejni goście. Powinnaś się pokazać.

– Mogę tu jeszcze zostać? Proszę.

– W tym domu są myszy.

– Nie boję się myszy!

– Na Boga, oczywiście, że się ich boisz. Ale dobrze, zostań jeszcze kilka minut.

– To pałac, a nie dom, Faustyno.

– Niech ci będzie.

– Widziałaś większy pałac? – Dziewczyna powtórzyła pytanie sprzed kilku godzin.

– Tak.

– Kłamiesz!

Guwernantka miała nie więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu, ale teraz na przeciwległej ścianie pełnej poroży i wypchanych zwierząt kładł się jej kilkumetrowy cień. Po jednej stronie pomieszczenia były książki. Po drugiej – myśliwskie trofea.

– Faustyno...

– Tak, dziecko?

– Co się stało tam, na schodach? Wyglądałaś, jakbyś zobaczyła ducha...

Krótki śmiech, wymuszony.

– Zasłabłam. To była długa podróż. To wszystko. Ale już mi lepiej. Dziś masz jeszcze wolne, ale jutro wracamy do nauki. Nic, że są ferie. Dużo chorowałaś. A jeśli matka się dowie, w jakim siedzisz zimnie!

– Kilka minut, obiecałaś!

– Niczego nie obiecałam – powiedziała Faustyna groźnie, ale zaraz złagodniała. Uśmiech odjął jej lat. Jakby zaskoczona własną reakcją, cofnęła się poza krąg wątłego światła. – I nie zapomnij zabrać stąd swojej puszki i ukrytych tam skarbów. Dziś chyba mocno się wzbogaciłaś, prawda?

– Mama mówi, że jestem za duża na takie zabawy.

– Po co narzekasz na to, co mówi twoja matka, jak i tak jej nie słuchasz? I widziałam tytuły książek, które wyjęłaś z półek. Nie myśl, że pozwolę ci je zabrać. To są książki dla dorosłych.

– Sama mi kiedyś powiedziałaś, że...

Faustyna wyszła z biblioteki.

Po kilku minutach drzwi zaskrzypiały ponownie. Ela chciała już wstać, ale usłyszała odgłos ciężkich kroków, których nie znała. Wyjrzała poza oparcie fotela i dostrzegła służącego, Iwana. Szedł powoli, klął pod nosem. Zatrzymał się w połowie biblioteki, nie podszedł do książek, tylko stanął pod przeciwległą ścianą. Podniósł lampę i oświetlił wielkie poroże jelenia. Chwycił je, stęknął.

Odwrócił się. W ciągu kilku sekund wypatrzył Elę.

– Co ty tu robisz!? – zapytał rozłoszczony.

– Ja... przepra-sza-szam... tylko siedziałam i czy-czy-tałam. – Ela natychmiast poczuła, jak jej oczy wypełniają się łzami.

Nie zastanawiała się dłużej, zostawiła wszystkie książki, chwyciła swoją blaszaną puszkę i wybiegła z biblioteki.

 

Co zdradziło jej obecność? Może lampa, choć ukryta, rzuciła na ścianę o jeden cień za dużo? Co właściwie służący zamierzał zrobić w bibliotece? Po co zdejmować poroże ze ściany? Po co w ogóle wieszać poroża, kiedy można stawiać książki?!

Bohaterka jej powieści, odkrywczyni, była piratka, wszędzie będzie podróżowała z książkami. Jej tragarze będą dźwigać encyklopedie w twardych obwolutach. Nie będą mieć broni. Z tych książek nauczy ich, jak w dżungli znaleźć jedzenie, które owoce są jadalne, a które trujące. Z książek dowiedzą się, gdzie na pustyni jest woda.

Ale jak już zawiesza się coś tak niepotrzebnego jak poroże, to po co to zdejmować po kryjomu?

Zastanawiała się nad tym wieczorem, leżąc w łóżku. Nic nie wymyśliła. Matka by wiedziała. Ojciec by wiedział. Faustyna by wiedziała. Ale nie ona.

Co właściwie oznaczał „słaby duch”? A zwrot „niedojrzała jak na swój wiek”?

Okryła się szczelniej kołdrą. Wsłuchała się w chrobotania i drapania za ścianą. W pałacu rzeczywiście były myszy. I fakt, bała się ich trochę.

Z dołu przez liczne szpary w deskach doszedł do niej zapach tytoniu i urwane fragmenty rozmów dorosłych, nudne jak zawsze. Na piętrze została z nią tylko Faustyna, z którą dzieliła pokój. Guwernantka siedziała na fotelu w kącie pokoju, daleko od okna. Nie modliła się, a więc o czymś myślała.

– Faustyno...

Cisza.

– Śpisz?

– Ty śpij, dziecko. I odłóż tę książkę. W tym półmroku i tak niczego nie przeczytasz.

– Tam, na schodach, gdy przyjechaliśmy...

– Nie chcę o tym rozmawiać, śpij.

– Wydało mi się, że kogoś zobaczyłam. Stał daleko i patrzył na pałac. Na nas.

– Pałac jest ładny, nie powiem. Można się zapatrzeć. To nic ważnego. Zapomnij o tym, śpij.

Ela przewróciła się na drugi bok. Była pewna, że nie zaśnie. Chciała rozmawiać, ale skoro nie mogła, postanowiła marzyć. Znów spuściła ze smyczy swoją wyobraźnię. Kapitan Nemo był stary, nie będzie wiecznie dowodził Nautilusem. Kto po nim obejmie dowodzenie? No kto? Może kobieta?

Pościel pachniała, jakby ostatnie dziesięć lat przeleżała na dnie kufra w towarzystwie moli i kurzu. I pewnie tak było. Puszka ze skarbami leżała na dnie szafy wśród martwych owadów z długimi odnóżami i napęczniałymi odwłokami. Powinno to wzbudzić w niej wstręt, ale – o dziwo – tak się nie stało. Za to jej wyobraźnia niczym oszalały pies biegała dookoła i ciągnęła za smycz.

Ela zasnęła szybko i spała dobrze.

Za oknem przez całą noc dosypywało śniegu.

 

Pod choinką w Wigilię Bożego Narodzenia czekała na Elę maszyna do pisania i ryza papieru. Ela nie mogła w to uwierzyć. Była zachwycona. Wycałowała matkę i podziękowała ojcu.

Zabrała maszynę na górę, nałożyła papier za cylinder i zaczęła pisać. To było prostsze, niż myślała. Maszyna była niemieckiej produkcji, firmy Kappel, i nie miała polskich znaków – ojciec w biurze fabryki pisał tylko na takiej – ale wcale jej to nie przeszkadzało. Pisała całą noc. Całą zimę. Gdy skończyła się ryza papieru, nawijała za cylinder maszyny obrusy i piękne suknie matki.

To był tylko sen. Przyjemny, bo pościel z dna kufra mogła przynieść wyłącznie dobre marzenia senne. Tak naprawdę pod choinką czekały na nią tabliczka czekolady zawinięta w pozłotko, kula śnieżna, białe ocieplane rajstopy i lala. Lalę rozebrała i ubrała ponownie na oczach wszystkich zgromadzonych przy świątecznym stole. Potem ją uczesała. A gdy nikt nie patrzył, oderwała jej guzik.

W wigilijną noc Ela powiedziała Faustynie, o czym będzie jej pierwsza książka. Wspomniała o bezimiennej jeszcze podróżniczce i tragarzach uginających się pod ciężarem ksiąg.

Faustyna nie zaprotestowała. Doradziła tylko, by choć kilku tragarzom dać broń.

– Sama z czasem dojdziesz do takiego wniosku. Czasem trzeba sięgnąć po broń. Czasem tylko o tym myślisz...

– Słucham?

– Nieważne, dziecko. Nie zawsze trzeba mnie słuchać... – Zrobiła pauzę. – Może w przyszłym roku znajdziesz pod choinką to, o czym marzysz.

– Skąd wiesz, o czym marzę, Faustyno?

Ta popatrzyła na nią mądrymi oczami.

– Dziecko moje kochane, śpij już.

Było już dawno po północy i pasterce. Myszy w ścianie nie przemówiły ludzkim głosem. Skrobały i piszczały to, co zawsze.

 
Mężczyzna w ukryciu

Mężczyzna w Ukryciu każdego popołudnia podchodził pod pałac. Miał ze sobą lornetkę, ale rzadko z niej korzystał. Jeżeli kogoś widział, to tylko służącego Iwana Bogdanowa bądź kucharkę Wandę Gadomską z córką Stellą. Właściciel pałacu, Moritz Denhoff, nie pokazał się na zewnątrz ani razu. Wszystko zmieniło się dwa dni przed Wigilią. Najpierw przyjechał najstarszy syn Moritza, Alfred, wraz z żoną, córką i najpewniej guwernantką. Jeszcze tego samego dnia wieczorem przybył młodszy pański syn, Konrad, z żoną Ireną. Gdy przyjechali, było już zupełnie ciemno. Mężczyzna w Ukryciu zaryzykował i podszedł pod samo wejście, gdzie schował się za kolumną. Irena Denhoff nakrzyczała na woźnicę za to, że upuścił jej bagaż, a potem, wciąż podenerwowana, zwróciła się do męża:

– Dopilnuj, by następnym razem kto inny nas stąd zabrał na dworzec. Naprawdę nie ma tu żadnych krytych wozów? Trzeba będzie wynająć jakiś samochód. Koniecznie! – Westchnęła. Spróbowała się uspokoić. – No dobrze. To jest ten pałac? Prawie go nie widać. Żadnych świateł. Mam nadzieję, że w środku jest przynajmniej ciepło. Dlaczego nikt nam nie otwiera?! No, nareszcie!

Gdy pojawiło się pulsujące światło lampy naftowej, Mężczyzna w Ukryciu się wycofał. Odchodząc, usłyszał jeszcze niepewny głos Konrada.

– Dzień dobry, Iwanie. Tatko zdrów? To jest...

Wieczorem, grzejąc się przy piecu, Mężczyzna w Ukryciu sporządził notatkę z obserwacji. Nareszcie miał co zapisać.

Następnego dnia kilkukrotnie podchodził pod pałac.

W południe dwudziestego trzeciego grudnia drogą z miasta przybył szczupły, choć starszawy mężczyzna w wysokich oficerkach. Mimo pewnie siedemdziesięciu lat szedł raźnym krokiem, do tego mówił dużo i chętnie. Jego słuchaczką była przygarbiona kobieta w bliżej nieokreślonym wieku. Niosła bagaże, które z wyraźną ulgą odstawiła na żwirowym podjeździe. Złapała się dłońmi za boki i lekko odchyliła do tyłu, dając ulgę swym plecom. Mężczyzna w Ukryciu dostrzegł po raz pierwszy jej twarz, dotychczas skrytą za pękami tłustych i zaniedbanych włosów. Bez trudu dostrzegł pewne podobieństwo między przybyłą dwójką. Ojciec i córka? Trudno było spotkać dwójkę ludzi o tak różnych temperamentach. Starzec wspiął się po schodach, rozłożył ręce, którymi próbował objąć cały pałac, i zaczął o czymś opowiadać. Kobieta nawet się nie ruszyła, spuściła głowę i pozwoliła, by włosy znów zakryły jej umęczoną twarz. Przestała słuchać towarzysza. Przestała nawet na niego patrzeć.

Mężczyzna w Ukryciu nie wiedział, kim jest ta dwójka. Nie podobało mu się to. Spodziewał się, że będzie znał wszystkich gości, którzy przybędą na gwiazdkę do pałacu. Był środek dnia i nie powinien wyjść poza linie drzew. Mimo to zaryzykował. Przebiegł kilkanaście metrów i przywarł do zamkniętego skrzydła z oranżerią. Wychylił się, ale widział niewiele. Nasłuchiwał. Początkowo słyszał tylko wiatr i odległe krakanie wron. Z czasem doszły kolejne dźwięki. Szuranie obcasa na żwirowym podjeździe i wreszcie pierwsze słowa:

– ...to była tamta wieża, ta wyższa. Mówię ci, mieszkała tam sama i rzadko schodziła na dół. Nie żeby ktoś trzymał ją pod kluczem. Widziałem ją raz, pokłoniłem się, jak należy, ale patrzyła na mnie, jakby nic nie rozumiała. W sumie tak było, bo ona ani słowa nie znała po naszemu. Żyła tu tyle lat i nie nauczyła się słowa po polsku...

– Wuju, już czas. – Głos kobiety był słabszy, ledwo słyszalny. – Marznę, muszę wracać. Praca. Mam przerwę tylko do pierwszej.

– Widziałem ją raz jeszcze! Kiedyś Moritz organizował wielkie polowania. Ile się wtedy ludzi schodziło z okolicy! Szedłem blisko Moritza, mojego dawnego druha, bo cenił sobie moje towarzystwo. To było gdzieś tu, w lesie, niedaleko. Pierwszy ją zobaczyłem. Cóż to był za widok! Wyglądała jak wiedźma! Kucała nad jakimś postrzelonym zwierzęciem, bodajże sarną. Miała nóż, którym posługiwała się ze znawstwem. Rozcięła zwierzęciu podbrzusze, jakby chciała się dostać do jego narządów.

– Kiedyś mówiłeś, że to był królik.

– Słucham? Tak, królik. – Moritz speszył się wyraźnie. Rozejrzał się, ale byłem jedynym świadkiem tej sceny. – A jak wiadomo, potrafię pewne rzeczy trzymać w sekrecie. Na lata! – Objął umorusaną we krwi siostrę i zaprowadził ją z powrotem do pałacu. Szeptał jej po niemiecku, bo tylko tak można było się z nią porozumieć: – A! I jeszcze świadkiem tej sceny był ten służący, Bogdanow. Przez jakiś czas zostałem z nim sam na sam, co zupełnie mi się nie podobało. Nigdy nie lubiłem jego towarzystwa.

– Ciszej, wuju. – Kobieta mówiła zrezygnowanym tonem, jakby wiedziała, że nie zostanie wysłuchana.

– On jeden tu został. Bogdanow. W pałacu ma się za odważnego, ale gdy tylko z niego wychodzi, pokornieje.

Kroki po żwirze i pukanie. Kobieta przemówiła bardziej zdecydowanym głosem. Kazała wujowi na siebie uważać, poprosiła, by przed każdym posiłkiem przeglądał się w lustrze i przed snem zawsze zachodził do toalety. Miał przebywać blisko źródła ciepła i unikać przeciągów. Jej głos szybko opadł. Starczyło jej sił na wypowiedzenie zaledwie dwóch, trzech zdań. Chciała coś jeszcze wujowi przekazać – coś innego niż bagaż – ale starzec się wzdrygnął.

– Na cóż mi tu jakiekolwiek pieniądze! Moritz o mnie zadba.

Zamilkł, gdy tylko zaskrzypiały drzwi wejściowe. Cisza. Dziwna i długa.

– Ach, to ty, drogi Iwanie, nie poznajesz mnie? To ja, Antoni Polański. No cóż, trochę czasu minęło. Dawno mnie tu nie było. Ale przecież moje przybycie nie może być dla ciebie zaskoczeniem! Sam Moritz mnie zaprosił. Mam nadzieje, że mój stary podkomendny ma się dobrze.

Cisza narastała. Kobieta zeszła po schodach, chwyciła bagaże i znów stęknęła z bólu. Nie ruszyła się z miejsca. Jakby nie wiedziała, w którą stronę iść. Wejść czy zawracać.

– Bogdanie, to ja! Polański. Pułkownik. Przyjaciel Moritza. – Drzwi zaskrzypiały nieco głośniej. – Widzę, że wreszcie mnie rozpoznałeś. Prowadź! Liczę na dobry pokój, no nieważne, byle blisko Moritza. Mam mu do powiedzenia wiele historii, ale zważywszy, że mają być także jego dzieci, lepiej nie będę ich wspominał za dnia!

Dziwne to było przywitanie. Iwan Bogdanow zdawał się nie wypowiedzieć żadnego słowa, czym jednak przybysz zupełnie się nie przejął i raźno wszedł do środka. Nie myślał też, by komukolwiek przedstawić kobietę, z którą przyszedł. Ta wyszła z pałacu już po chwili bez bagażu i zawróciła w stronę miasta. Zatrzymała się po kilkudziesięciu metrach, obejrzała, ale zobaczyła tylko pustą drogę. Mężczyzna w Ukryciu skrył się za najbliższym drzewem.

– Och, wuju, skąd u ciebie ta radość?! Nie widzisz naszych problemów? A może nie chcesz ich widzieć...

Ruszyła dalej ze spuszczoną głową, jakby już była spóźniona, dokądkolwiek zmierzała. Przez resztę drogi towarzyszyło jej tylko ptactwo.

Wieczorem Mężczyzna w Ukryciu zapisał w notesie: Dowiedzieć się, kim jest pułkownik Polański. Kim jest dla rodziny Denhoffów i kto zaplanował jego przyjazd na święta.

W Wigilię do pałacu przyjechała Róża Denhoff. Choć było wyjątkowo zimno, Moritz osobiście wyszedł jej na spotkanie, schodząc po stromych i oblodzonych schodach. Objął Różę ojcowskim ramieniem i zaprowadził do domu. Służący tym razem wziął bagaże. Zanim je wniósł, spojrzał przez gazon na zagajnik. Mężczyzna w Ukryciu się wycofał, ale było już późno. Mógł zostać zauważony. Na śniegu zostały jego ślady. Służący Bogdanow odstawił walizki, zrobił kilka kroków w stronę drzew, ale wtedy podszedł do niego woźnica. Bogdanow początkowo go zignorował, ale po chwili przyjął papierosa i się wycofał.

Mężczyzna w Ukryciu zapisał wieczorem w notesie: Przyjechała Róża Denhoff, są już wszyscy. Muszę być bardziej uważny.

W Boże Narodzenie nie wydarzyło się nic ciekawego. Popołudniem goście udali się na spacer po posiadłości. Wszyscy razem przypominali kondukt żałobny, który zgubił wóz z trumną. Wiatr porywał strzępki ich rozmów. Narzekano na pogodę, jedzenie i papierosy, które za nic nie chciały się odpalić. Tylko Moritz Denhoff pozostał w domu. Szedł za to jego służący, który na zniszczony surdut zarzucił podbitą szarłatem pelerynę. Trzymał się od pozostałych w sporej odległości. Wyglądał, jakby ich pilnował.

W wieczór zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia Mężczyzna w Ukryciu podchodził do okien i zaglądał do środka pałacu. Paliło się dużo lamp i świec. Goście czytali gazety, grali w karty, nudzili się, przysypiali. Śpiew kolędników, których z dworu zaproszono do palarni, okraszono skąpymi oklaskami. Moritz Denhoff podchodził kilka razy do małego stolika, przy którym rozstawiono szachy. Ktokolwiek siadał po drugiej stronie, przegrywał bardzo szybko. To były jedyne chwile, gdy gospodarz przejawiał zainteresowanie gośćmi. Najczęściej siedział w wysłużonym fotelu i zwracał się do pozostałych jedynie poprzez służącego.

Po świętach goście nie wyjechali i jasne się stało, że zostaną do Nowego Roku. Zaprzestano wspólnych spacerów. Odtąd wychodzono z pałacu w pojedynkę bądź parami. Konrad Denhoff z żoną Ireną. Ela Denhoff z guwernantką Faustyną. Pułkownik Antoni Polański szedł sam. Alfred Denhoff wyruszył na spacer wraz z żoną Zeldą, ale po drodze odłączył się od niej i okrążył całą posiadłość samotnie, wypalając kilka papierosów. Pary się zmieniały, spacerowano coraz częściej. Jakby wspólny pobyt w pałacu stał się dla wszystkich męczący i kłopotliwy. Za śladów w śniegu tworzyły się ścieżki, ale większość gości wolała wytyczać własne, by mieć pewność, że na nikogo nie natrafią. A każdy nowy ślad oznaczał nowy zapisek w dzienniku: Róża Denhoff dwukrotnie szła sama, a raz z Zeldą. Guwernantka Faustyna wyszła pospiesznie do kaplicy. Dwukrotnie. Trzykrotnie! Służąca Stella Gadomska pojawiła się przed pałacem zaraz po zmroku i gdzieś znikła. Dokąd zmierzała? Czy liczyła na jakieś tête-à-tête?

Wieczorem dwudziestego siódmego grudnia Mężczyzna w Ukryciu był zmęczony i wyjątkowo zziębnięty. Nie miał sił sporządzać kolejnej notatki. Dopadły go wątpliwości. W zaśniedziałym lustrze nad umywalką dojrzał umęczoną twarz. Był nieogolony, nos, uszy i policzki miał czerwone od mrozu. Po powrocie do pokoju nie zdjął nawet kapelusza. Był Mężczyzną w Ukryciu, Człowiekiem z Ciemności, Podglądaczem w Kapeluszu. Sam zaczął się tak nazywać. Długo jeszcze zamierzał podglądać świątecznych gości w pałacu? Co spodziewał się zobaczyć? Pokręcił głową. Nie mógł sobie pozwolić na wątpliwości. Poświęcił i zaryzykował zbyt wiele.

Zdjął kapelusz, przemył twarz. W lustrze zobaczył teraz cały pokój. Wąskie łóżko i stolik z nocną lampką, na którym leżały jego zapiski. Był jeszcze drugi, na którym stały rozłożone szachy. Nie przywiózł ich ze sobą. Był to jego jedyny zakup na miejscu. Szachy. Jego nałóg. Jego hassliebe. Szachownica stała tak, by nie dochodziło do niej światło bzyczącej nocnej lampy. By chociaż po zmroku nie zajmować sobie nią głowy. Ale nie musiał nawet podchodzić, by wiedzieć, co się na niej dzieje. Na szachownicy rozgrywał pojedynek mistrzostw Polski pomiędzy Reginą Gerlecką a Zeldą Liwszyc. Odtwarzał kobiece szachy.

Odszedł od umywalki. Stanął w pół drogi do łóżka. Czas na ruch czarnych. Liwszyc. Gra środkowa dobiegała końca. Liwszyc była w potrzasku, groził jej mat nawet w trzech ruchach. Jak mogła się obronić? I jeszcze zaatakować! Mógł sprawdzić dalszy zapis pojedynku, ale wolał do wszystkiego dojść sam. Powinno mu pójść łatwo. W końcu to kobiece szachy. A jednak od tygodnia nie przestawił bierki. Nad szachownicą wypalał jedynie kolejne papierosy. Klął. I nic.

Usiadł na krawędzi łóżka i przejrzał notatki z pałacu Denhoffów. Skąpe, nic niewnoszące. Świadectwo tego, że stał w miejscu. W życiu, w śledztwie i nad szachownicą. Co spodziewał się zobaczyć z zewnątrz pałacu? Co mógł usłyszeć z odległości czterdziestu metrów? Prędzej czy później ktoś go wypatrzy. Musiał dostać się do środka.

Zapisał: Kolejne spacery: Róża Denhoff – sama; pułkownik Antoni Polański – sam; Zelda Denhoff...

Dłoń przestała się go słuchać. Zmarznięte palce miały dość. Przejęły władzę i zapisały: Już czas. Dość obserwacji. Jutro po zmroku wejdę do środka!

Przeczytał ostatnie zdania. Zgodził się i przytaknął.

 

Następny dzień nie był tak mroźny jak poprzednie. Ciemne chmury szybko przesuwały się po niebie, wzrastała wilgoć. Niepodziewanie po południu pod pałac podjechał kolejny wóz. Wysiadł z niego elegancko ubrany mężczyzna z wielką czarną teczką. Nikt nie wyszedł go przywitać. Przybysz poprawił kapelusz i zanim wszedł po schodach, cofnął się, by objąć wzrokiem cały pałac. Pokręcił głową, wyraźnie niezdecydowany. Ruszył do przodu i znikł w środku.

Kim on był? Spodziewano się jeszcze kogoś?

Mężczyzna w Ukryciu nie zamierzał zmieniać planów.

Wrócił pod pałac o szóstej, gdy panowała już ciemność. Tym razem miał broń. Dotychczas nigdy jej ze sobą nie zabierał.

Dał pierwszy krok poza granice drzew. Nagle usłyszał dźwięk łamanej gałęzi. Nie spod jego buta.

– Stój. – Usłyszał niski, nieznany mu głos. – Ani kroku dalej.

Ktoś go zaszedł? Przecież nikt nie wychodził z pałacu. Czy ktoś śledził go od strony miasta? Albo... Czy pod pałacem był tunel? Umożliwiał ucieczkę do lasu? Głupie? Może.

Poczuł na plecach lufę broni.

– Mówiłem: stój. Inaczej poczęstuję cię ołowiem z mojego Wista. Zrobi w tobie taką dziurę, że spokojnie będę mógł zobaczyć przez nią cały pałac.

Kto mówił w ten sposób?!

– Nieładnie jest podglądać. Oj, nieładnie. A teraz wyśpiewasz mi, ptaszku, po co tu przyszedłeś. Czy chcemy tego samego? Obawiam się, że tak. Któż tego nie chce! – Rozległ się krótki, ale głośny śmiech. Urwał się nagle. – Oznacza to, że mamy problem. Jak go rozwiążemy?

Kto używał takich sformułowań!? Mężczyzna w Ukryciu dłużej już nie czekał. Odskoczył w bok i zwinnym ruchem sięgnął po broń. Był szybki, ale postać z tyłu trzymała już palec na spuście. Nie zawahała się.

Wystrzał nie był głośny. Od strony pałacu nikt nie wyszedł na zewnątrz. Tylko ptaki wzbiły się w powietrze.

Mężczyzna w Ukryciu runął na ziemię. Broń wypadła mu z dłoni.

– Zapach prochu, mój ulubiony! – Obcy zaczął rechotać.

Kto tak mówił? Kto?! Mężczyzna w Ukryciu pomyślał jeszcze, że nie znajduje się w lesie, tylko na scenie jakiegoś podrzędnego teatru, i strzelił do niego wyjątkowo marny aktor. Cud, że trafił. Ale nie był na deskach teatru. Leżał na ziemi, kilkadziesiąt metrów od pałacu Denhoffów. Tak blisko celu. Tak blisko poznania prawdy.

Ktoś na niego nadepnął.

Krew rozbryzgała się na białym śniegu.

Zobaczył ją. Jak dziwnie wygląda własna krew, pomyślał. Bardzo dziwnie...

Mężczyzna w Ukryciu. Mężczyzna w Ciemnościach. Podglądacz w Kapeluszu. Wymyślanie kolejnych pseudonimów było tylko zabawą. Sposobem na spędzenie czasu podczas dłużących się godzin obserwacji. Teraz wypowiedział swoje prawdziwe nazwisko. Jakby to mogło go uratować.

Odpowiedzią był śmiech.

Zamknął oczy. Czekał na drugi wystrzał.

Gdy w nocy przyszła odwilż, krew wraz z topniejącym śniegiem spłynęła strużyną wśród drzew i nikt jej nie zauważył.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Iwan Bogdanow
 
 

Trzymał broń, której nie chciał. Zmarznięte palce obejmowały wytartą rękojeść Naganta. Rewolwer – siedem kul w bębnie. Iwan Bogdanow wielokrotnie słyszał opowieści pana o wyższości rewolweru nad pistoletem. Urwane fragmenty dochodziły do jego uszu, gdy pańska dłoń chwytała sznur do dzwonka. Słowo „rewolwer” przeplatało się z prośbą o koniak, koc, świece czy dodatkowe polano w wiecznie przygasającym kominku.

Iwan ściskał broń w lewej, pewniejszej dłoni. Prawą rękę trzymał nieruchomo przy ciele. Prawa noga żłobiła niewidzialny ślad w błocie. Lufę rewolweru kierował do góry. Przypadkowy wystrzał mógłby strącić z czarnego firmamentu nieba najwyżej jedną z wron. Może powinien. Niewidoczne ptaszyska latały i śmiały się z niego.

Moritz Denhoff chciał, by jego służący wziął też latarkę. Iwan odpowiedział, że jeśli chce się kogoś wyśledzić w ciemnościach, to latarka jest najmniej potrzebna. Pan przytaknął z wyraźną aprobatą. Spodobały mu się te słowa. Iwan nie chciał przypominać, że latarka jest zepsuta. Nie teraz, gdy pan miał dość problemów na głowie.

Wyszedł tylnymi drzwiami i ruszył w lewo, na zachód. Mijane matowe okna pałacu zdawały się pochłaniać wszelkie światło. W większości z nich od lat nie paliła się żadna świeca. Gdyby ktoś zajrzał do środka, ujrzałby duchy o najróżniejszych kształtach i rozmiarach – kredensy, łóżka czy krzesła przykryte prześcieradłami i grubą warstwą kurzu. Za pałacem teren nieco opadał w stronę nieczynnej kaplicy. Iwan zatrzymał się przed jej wejściem, zawahał. Słyszał ocierające się o siebie gałęzie nagich grabów i kapiącą gdzieś wodę. Drewniane drzwi świątyni były zamknięte na skobel. Podniósł go, cicho wszedł do środka. Wewnątrz było zimniej i ciemniej. Stąpał po kamiennej posadzce. Płyty ułożono nierówno. Kilka z nich poruszyło się pod butami. Starał się nie myśleć o tym, co znajduje się pod nimi.

Usiadł przy pierwszej ławie, żeby odpocząć.

Nic nie ma pod spodem, przekonywał sam siebie.

Nawet nie myślał cokolwiek sprawdzać. Pusty ołtarz spowity był mrokiem. Zakrystia pozostawała pod władaniem małych diabełków, które pod postacią myszy biegały, nadgryzały i dziurawiły wszystko, co się dało.

A pod nierówno ułożonymi płytami nie było niczego. Korzenie, ziemia, glina, kamienie. Nic więcej.

Wstał po pięciu minutach. Panu powie, że dokładnie sprawdził kaplicę. Pańskie oko tu nie sięgało.

Nagle spostrzegł postać z boku. Miał w sobie tyle opamiętania, że nie podniósł broni. Serce mu załomotało. Zamknął oczy i otworzył je raz jeszcze. Tym razem dostrzegł jedynie zarys kolumny. Wzrok go oszukał. Nie po raz pierwszy.

Gdy jednak ruszył do wyjścia, ktoś go zawołał. Cicho, niepewnie. Nawet się nie odwrócił. Słuch naigrywał się z niego częściej niż wzrok. A najczęściej robiła to jego własna wyobraźnia.

Pomyślał, że to tylko gałęzie na wietrze przesuwające się po dachu. Albo niedomknięta okiennica. A może wróciła pójdźka, która niegdyś uwiła sobie gniazdo pod dachem kaplicy. Cokolwiek. W świetle dnia znajdzie dobre wytłumaczenie. Tego był pewien.

Znów usłyszał swoje imię. Przeciągnięta ostatnia sylaba. Pójdźka, to na pewno ona.

A jednak zwolnił, zatrzymał się.

– Iwanieee...

– Słucham – wyszeptał, wciąż odwrócony plecami do ław i pustego ołtarza.

Cisza. Odwrócił się, stojąc w miejscu. Dla jego prawej nogi było to nie lada wyzwanie. Ławy były puste, jak zawsze. Ołtarz także. A mało jest miejsc tak pustych jak nieczynna kaplica po zmroku.

– Jest tu kto? Pokaż się!

Nikt mu nie odpowiedział. Skarcił się w myślach. Stary a głupi.

– Nikogo nie ma. Pod kaplicą też nic – powiedział pewniejszym głosem.

Wychodząc, postanowił, że na drzwiach kaplicy trzeba zamontować kłódkę.

Zaszedł przed frontowe wejście do pałacu. Spojrzał na migoczące światła w oknach palarni. Pan siedział w fotelu, bokiem do okien. Iwan pomachał mu zdrową ręką, ale Moritz nie zareagował. Może spał. Może podziwiał przyozdobioną choinkę. Zresztą Iwan wiedział, co powiedziałby pan na jego widok: „Sprawdź wszystko, dokładnie. Nie zapomnij o stajni”.

Ruszył na wschód w stronę zamkniętej oranżerii. Budynek był podczepiony do prawego skrzydła pałacu, ale od kilku lat nikt tam nie zachodził, a wszelka roślinność uschła. Łobuzy z miasta powybijały szyby. Iwan przeszedł przez całą oranżerię, chwycił klamkę drzwi prowadzących wprost do domu, ale ta nawet nie drgnęła. Popatrzył jeszcze na pęknięte donice, przewrócone wiklinowe fotele, a w rogu dostrzegł stare rękawice, grabie i konewki. Puste pojemniki po pestycydach i środkach chwastobójczych. Spuścił wzrok, wyszedł.

Dalej teren znów opadał i do stajni miał około czterdziestu metrów. Zostawiał za sobą głęboko wyżłobiony ślad, coraz bardziej pofałdowany. Stajnia była otwarta i pusta. Stanął pośrodku i wsłuchał się w echo własnego głosu. Jest tu kto? Głupie pytanie, ale co innego miał powiedzieć? Po wysokich stropach przebiegło coś małego. Tyle w odpowiedzi. W dzień dostrzegłby w przerwach między deskami łąkę i długi drewniany płot sięgający lasu za kolejnym wzniesieniem.

Pomyślał, by zawrócić. Powiedzieć panu, że sprawdził wszystko. Skłamać. Co spodziewał się znaleźć, brnąc w rozmokłej, śliskiej ziemi?

Pokręcił głową. Ruszył dalej.

Na otwartej przestrzeni było zimniej, wiało. Niewładna noga wydawała się wręcz ciałem obcym. Nie miał na czym zawiesić wzroku. Nie znosił tego. Skupił się na swoich butach, przemokłych i ciężkich, wyłożonych starymi gazetami. Kleił się do nich mokry śnieg. Od śnieżyc i wielkich mrozów gorsze były tylko roztopy. Pamiętał święta, kiedy...

Iwan nie chciał wspomnień. Nie teraz.

Chmury na horyzoncie wydawały się wydobywać prosto z ziemi. Te nad jego głową były na wyciągnięcie ręki. Czuł się, jakby cały jego świat – pałac i przyległe ziemie – zamknięty był w szklanej kuli, podobnej do tej, jaką panienka Ela Denhoff dostała pod choinkę. Żył w tej kuli od wielu lat. I tylko czekał, aż nad jego głową pojawi się wielka twarz złośliwego dziecka i nią potrząśnie. Czy tak już się nie działo w przeszłości? Za każdym razem dochodziło wówczas do jakiegoś nieszczęścia.

Szedł dalej. Śnieg zamieniał się w błoto. Iwan pamiętał święta, gdy białego puchu było znacznie więcej...

Jak miał walczyć ze wspomnieniami? W narastających ciemnościach. W zupełnej pustce. O czym innym miał myśleć?

Pamiętał wszystkie święta Bożego Narodzenia spędzone w pałacu Denhoffów. Bardzo dobrze. Wszystkie. Niemożliwe? Sam postanowił to sprawdzić...

Pierwsze były święta w 1917 roku, radosne, choć trwała jeszcze Wielka Wojna. Był pan Moritz Denhoff, jego żona Magdalena, dzieci i liczna służba. Śnieg sypał przez cały czas. Choinka, po którą Iwan wybrał się w głąb lasu, pachniała wilgocią i żywicą. Z miasteczka przyszli kolędnicy, nawet nie fałszowali. Kościół na pasterce pękał w szwach, ale dla państwa czekało miejsce w pierwszej ławce. Najmłodsza córka, Róża, miała zaledwie kilka lat.

W roku 1918 na święta do pałacu w Kobryniu przyjechała cała rodzina Denhoffów. Denhoffowie to stary ród szlachecki szczycący się swoim niemieckim pochodzeniem. Męskim członkom rodziny wciąż nadawano germańskie imiona, często nawet ich nie spolszczając. Zdaniem pana był to zwyczaj przestarzały, ale sam kontynuował tradycję, nazywając swoich synów Alfred i Konrad. Przy świątecznym stole język niemiecki dominował nad polskim. Sprawami Berlina interesowano się bardziej niż wieściami politycznymi płynącymi z Warszawy.

Wznoszono toast za zdrowie Wilhelma II, choć nie był już cesarzem.

Nazwiska Piłsudski, Dmowski czy Sikorski znaczyły tyle co najsłabsze karty w znakowanej tali.

Wytyczono już nowe powojenne granice, przynajmniej na zachodzie. Moritz Denhoff zastanawiał się, czy nie spakować dobytku, nie sprzedać pałacu i nie wyjechać do Prus Wschodnich. Powstrzymały go niepokojące wiadomości płynące z Berlina, gdzie wywieszono czerwone flagi. Obawiano się rewolucji. Powstające nowe państwo polskie wydawało się najbezpieczniejszym miejscem. Na razie. Na przeczekanie.

Rok później trwała już wojna z bolszewią. Pan przyjechał tylko na kilka świątecznych dni, był w mundurze. W polskim mundurze. Z polskim orłem. Trudno, pomyślał wtedy Iwan. Ale inni byli bardziej krytyczni i nie zamierzali milczeć. Greta Denhoff, siostra pana Moritza, której mąż zginął gdzieś w okopach przy granicy z Francją, nazwała go zdrajcą. Zamknęła się w jednej z wież pałacu. Od tej pory opuszczała ją tylko w wyjątkowych okolicznościach.

Ze wschodu szły złe wieści. Straszono, że bolszewicy lada dzień zajmą Kobryń. Śniegu było mniej niż w poprzednich latach, wiało. Kolędnicy, ci sami, zapomnieli, jak się śpiewa. A może męczyła ich skrofuloza, na którą wyraźnie chorowali. Iwan przez całe święta pastował pańskie buty i czyścił mundur. Jakby wszystko zależało od wyglancowanych guzików. Choinka była wielka i piękna, ale ukryta w niej wiewiórka narobiła dużego zamieszania. Zamiast się śmiać, głupie służki uznały to za zły omen.

A przecież nic złego się nie wydarzyło, prawda? Jeszcze nie. Złośliwy wielki dzieciak miał ciekawsze rzeczy na głowie. Zapomniał o kuli. Odstawił ją gdzieś na zakurzoną półkę.

Iwan wspominał kolejne lata. Wyliczał ludzi przy stole i serwowane dania. Wszystko pamiętał. Czy mógł się pomylić? Nie. Może. Ale czy to ważne? Pańskie dzieci rosły i dokazywały. Zwłaszcza Iwanowi.

A potem... A potem przyszedł nieszczęsny rok 1928.

Złośliwy dzieciak przypomniał sobie o kuli. Trząsł nią, rzucał. Obserwował pęknięcia na szkle.

Iwan odpędził złe myśli. Wiedział, że nie odejdą, będą krążyły nad nim jak ptaszyska w ciemności. Pożałował, że nie wziął żadnej lampy. Oświetliłby te dziesiątki, a może i setki dziobów, czarnych skrzydeł i pustych oczu. Wrony, gawrony i sroki. Czekały, aż się potknie, upadnie i nie wstanie. Ale nie dziś. Jeszcze nie dziś.

Ale kiedyś na pewno. Obsiądą go jak nieszczęsną Gretę Denhoff, która wypadła przez okno na wieży.

Zatrzymał się. Zgubił ścieżkę? Niemożliwe. To on wytaczał tu ścieżki. On i nikt inny. Trafił do zaniedbanego sadu. Drzew już nikt nie bielił wapnem. Wiśnie latem obsiadały wstrętne szpaki. Na ten widok aż serce pękało. Iwan chodził, odganiał je, walił prętem w kankę od mleka. Stawiał strachy na wróble. I nic. Ptaszyska śmiały się z niego. Próbował namówić pana, by przyciąć stare gałęzie, odnowić sad. Pan nie wyraził zgody. Może i dobrze. Obcych sprowadzać, jeszcze im płacić.

Dalej był staw. Jak czarna plama atramentu. Iwan wszedł na lód. Nawet ptaki zamilkły, zaskoczone jego zachowaniem. Lód natychmiast zaczął pękać. Jakby ktoś w ciemnościach smagnął batem wyjątkowo uparte zwierzę. Iwan się poślizgnął i upadł. Musiało się to tak skończyć. Jęknął. Ból był zasłużoną karą, ale szybko o nim zapomniał. Serce zabiło mu mocniej. Broń?! Gdzie jest broń? Niewidoczny woźnica dalej smagał batem na lewo i prawo. Iwan nie dbał jednak o swoje bezpieczeństwo. Co powie panu, jeśli zgubi rewolwer? To była broń, którą pan strzelał do bolszewików. Zrobił kilka kolejnych kroków w zupełną ciemność. Wyciągnął przed siebie dłonie i macał nimi taflę lodu. Znalazł? Znalazł! Nagle lód się załamał, rozstąpił. Iwan poczuł wodę w butach, ale nigdzie dalej. Zdążył wybiec. Stary a głupi.

Wystarczy. Zawrócił.

I znów przez łąki. Pustkę. Niewidoczne ścieżki.

Kolejne wspomnienia...

Święta roku 1928. Właściwie ich nie było. Żadnego śniegu, tylko siarczysty mróz. Kolędnicy przyszli, ale Iwan przegonił ich u progu pałacu. Pani leżała w gorączce. Głupi lekarz Finkelstein, fatalista, przychodził często, mówił niewiele, zapłatę przyjmował. W tych dniach był wyraźnie przemęczony i zrezygnowany. W jego oczach odbijał się prawdziwy strach. Zachęcał do powierzenia wszystkiego modlitwie, szybciej, niż życzyli sobie tego spieszący do niego zewsząd przemarznięci ludzie. Zapanowała epidemia. Pierwsze przypadki grypy pojawiły się w Kobryniu miesiąc wcześniej. Do końca roku zmarło w mieście przeszło trzydzieści osób. Pani domu zachorowała w połowie grudnia. Dostała wysokiej gorączki, potów i słabła z dnia na dzień. W Wigilię Moritz wybrał się bez małżonki na pasterkę. Ksiądz był poważny, surowy i mimo siarczystego mrozu trzymał ludzi przeszło godzinę w kościele. Pani Magdalena przyjmowała lekarstwa Finkelsteina i mikstury Grety Denhoff, która na czas jej choroby zeszła z wieży. Prośby Grety słane do licznych bóstw zastygłych w drzewach, kamieniach i ziemi były zagłuszane przez modlitwy służek.

Nic nie pomagało. Grypa przeszła w zapalenie płuc. Na nic się zdały okłady z siemienia lnianego, nacieranie klatki piersiowej olejkiem kamforowym czy śmieszne kolorowe tabletki Finkelsteina. Magdalena Denhoff zmarła dwudziestego ósmego grudnia. Dziś była rocznica. Dziesiąta.

Iwan zaklął. Nie znosił zostawać sam ze swoimi wspomnieniami. Nie miał milszych? Chowały się zapewne gdzieś na dnie wielkiego kufra, ale żeby po nie sięgnąć, wpierw musiałby powyjmować więcej niechcianych scen: pogrzeb pani, żałobę, dziwactwa pana, śmierć Grety. A tego nie chciał.

Dotarł do przypałacowego ogrodu. Minął lichy labirynt z uschniętego żywopłotu, w którym nie mogły się zgubić nawet dzieci. Zamajaczyła nieczynna fontanna z rodowym herbem, wiecznie obsrana przez ptactwo. Iwan czyścił ją z zawziętością nie mniejszą, niż przejawiały wrony, by zniweczyć cały jego trud.

Wszedł do pałacu. Przez obszerny hall przeszedł do palarni. Pan siedział w fotelu zapatrzony w choinkę, wielką i pachnącą jak przed laty. W pomieszczeniu znajdowali się liczni goście, ale Iwan nie zwracał na nich uwagi. Pan dostrzegł sylwetkę służącego odbitą najpewniej w którejś z zawieszonych bombek.

– Szybko wróciłeś – zaczął niemalże z naganą.

– Obszedłem wszystko, nikogo nie spotkałem. – Położył rewolwer na stoliku kawowym. Oddał go z prawdziwą ulgą.

– Przyjemnie z nim chodzić, prawda? – zapytał pan.

– Tak.

Nie skłamał. Mówienie panu tego, co chce usłyszeć, nie było kłamstwem. Pan dalej patrzył na choinkę. Papierowe ozdoby, jabłka, orzechy, świece i kilka bombek, które przetrwały długie lata w zapomnianych paczkach i kartonach. Goście siedzący przy stole karcianym ostentacyjnie przerwali grę. Iwan widział ogniki ich papierosów. Wścibskie twarze skrywał półmrok. I dobrze.

Pan wziął broń, zajrzał do bębna, wyjął kule. Jedna wypadła mu z dłoni i potoczyła się po podłodze. Nikt przy stoliku karcianym nawet się nie poruszył. Banda darmozjadów. Sępy. Harpie. Iwan przeszedł na środek palarni i się pochylił. Stęknął. Gorsze od brnięcia w roztopach było tylko schylanie się. Bliższe teraz ogniki papierosów rozświetliły nieżyczliwe mu twarze. Cztery pary oczu patrzyły, jak się prostuje i chwyta drżących kolan.

Wrócił do pana. Kula przeszła z jednych starczych rąk do drugich.

– Nikogo?

– Nikogo.

– Zaszedłeś do stajni, jak mówiłem?

– Tak.

– Na łąki?

– Tak.

– Do sadu? Pewnie dla ciebie to za daleko.

– Byłem w sadzie.

– Lata mnie tam nie było. Jak wygląda?

Jak może wyglądać zaniedbany sad w grudniu, po zmierzchu? Iwan szukał dobrych słów. Któryś z brydżystów chrząknął. Wrócili do gry.

– Nieważne – powiedział pan. – Śladów żadnych też nie widziałeś?

– Było za ciemno.

– Wiem, wiem. Musisz wiedzieć, mój drogi, że jeśli chcesz znaleźć kogoś skrywającego się w ciemnościach, to idziesz bez latarki. Ale dobrze, dobrze. Sam bym poszedł, ale rozumiesz, nogi. – Pan spuścił wzrok na swoje kończyny i się zadumał.

Tydzień wcześniej Moritz Denhoff spadł ze schodów, co spowodowało przybycie niechcianego Finkelsteina. Noga była tylko stłuczona. Lekarz popatrzył, podumał, wziął zapłatę i wyszedł. Jeszcze przed wyjściem wypił herbatę, i to tę dobrą, której zawsze brakowało. Iwan podał ją na srebrnej tacy z cukiernicą, która szybko zrobiła się lżejsza o kilka kostek cukru. Co miał zrobić? Pan kazał, to Iwan i Żydowi herbatę podał.

– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego cię wysłałem – stwierdził pan cichszym głosem.

– Pani Zelda się zaniepokoiła. Widziała kogoś przez okno. Miałem go znaleźć i...

– Nikogo nie miałeś znaleźć! Nie sądziłem nawet, że trafisz na czyjś ślad. Raz jeden wziąłem cię na polowanie i okazałeś się marnym tropicielem. Pamiętasz? Śladów raciczek saren od dzika nie odróżniałeś. Zwierzęcych ścieżek nie widziałeś. I kiedy to było, z pięć lat temu! – Moritz zrobił pauzę, zaśmiał się krótko. Kaszlnął. – Poszedłeś z bronią, bo chciałem, żebyś odgonił podglądacza. Było oczywiste, że on prędzej zobaczy ciebie niż ty jego. Dlatego dostałeś broń. To na pewno ktoś z miasta, nikt groźny. Miałeś go przestraszyć. Tyle. – Pan przerwał. Chrząknął zadowolony. Odezwał się głośniej do pozostałych: – Słyszycie? Nikogo nie ma w pobliżu! Nikt nas nie chce okraść ani napaść. – Śmiech ponownie przeszedł w kaszel. – Jeśli ktoś rzeczywiście był, odszedł. Przestraszył się niedowidzącego starca z bronią.

Iwan koniuszkami palców chwycił się pańskiego fotela. Bolały go plecy, miał wodę w butach. Chciał odejść, ale stał i czekał na polecenie.

Pan bawił się rewolwerem, lecz szybko się znudził.

Brydżyści grali w karty i narzekali na niedogodności domu.

Dalej, w głębi pomieszczenia, przy schreibkomodzie siedziała Róża Denhoff. Od początku była zupełnie niezainteresowana domniemanym włamywaczem. Pisała list. Wcześniej zażądała dodatkowych świec, których nie było, atramentu, który wywietrzał, i papieru, który pożółkł i zwilgotniał. A znalezienie dobrej stalówki przypominało szukanie igły w stogu siana. Iwan przyniósł to wszystko, choć nikt mu za to nie podziękował. A teraz patrzył, jak Róża marnuje trzy dobre świece. Jakby za dnia pisać nie mogła. Po zmroku jej się zachciało.

Obok pańskiej córki siedział mężczyzna, który dla Iwana był największą zagadką. Nie należał do rodziny. Prawnik Ferdynand Schmidt. Siedział prosto, wręcz nieruchomo. Miał na sobie drogi garnitur. Niedogodności domu znosił w milczeniu, ale jego twarz, przypominająca nieco pysk buldoga francuskiego, wyrażała ciągłą niechęć i dezaprobatę. Milczał przy posiłkach. Jadł niewiele. Tłuszcz zręcznie oddzielał nożem od mięsa, mięso od kości, a potem wszystko zostawiał. Głupie służki szybko by przy nim utyły. Iwan także. Schmidt był nieufny. Jako jedyny zamykał swój pokój na klucz nawet w ciągu dnia. A nie przywiózł ze sobą żadnych kosztowności, tylko dokumenty i pieczątki.

Iwan to wiedział. Wiedział znacznie więcej. W kieszeni trzymał pęk z wszystkimi kluczami potrzebnymi w pałacu.

Dalej, w kącie, na lewo od schreibkomody, siedział jeszcze pułkownik Antoni Polański, dawny przyjaciel pana Moritza, jeszcze z czasów wojny z bolszewią, zaproszony na święta w ostatniej chwili. Początkowo Moritz spędzał z pułkownikiem sporo czasu, wspominając dawne lata, ale towarzystwo to wyraźnie szybko znudziło pana. Pułkownik został jednak w pałacu, nie wrócił do miasta po Bożym Narodzeniu, choć był jedyną osobą w palarni, która miała taką możliwość. Czas wolny spędzał na czytaniu starych numerów socjalistycznych gazet, które przyniósł ze sobą, i paleniu pańskich papierosów. Przy sobie zawsze miał stary wojskowy plecak koloru oliwkowego, z którego prócz gazet i politycznych broszurek co rusz wyciągał wspólne zdjęcie z Piłsudskim i szukał wzrokiem po zgromadzonych jakiegokolwiek zaciekawienia, by podjąć opowieść, jak doszło do powstania fotografii.

Pułkownik przypominał Iwanowi tę ostatnią natrętną muchę, która mimo początku zimy wciąż latała w kuchni. A przecież chłód wdzierał się do pałacu ze wszystkich stron. Nie mówiąc już o dziesiątkach pajęczych par oczu, które musiały śledzić owada.

– I nie zastałeś Finkelsteina w domu? – odezwał się pan po przerwie. Zmienił temat rozmowy.

– Wyjechał.

– Przecież to Żyd. Gdzie on na święta mógł pojechać?

– Do pacjenta pojechał. Do sąsiedniej wsi. Zostawiłem wiadomość, by po powrocie zaszedł tu niezależnie od godziny.

– Mnie dziwi, że nie wyniósł się z miasta po całej tej aferze. Jego syn dalej w więzieniu siedzi?

– Zdaje się, że tak.

– Wstyd wielki! Tak syna wychować! Na przestępcę najgorszego rodzaju! – Pan się zdenerwował i stuknął laską opartą dotychczas o fotel. – No ale powinien już przyjść! Poszedłeś w południe. Minęło pięć godzin. A może wcale nie poszedłeś?

Iwan milczał. W środku dnia wysłano go, by sprowadził lekarza. Panienka Ela, wnuczka pana, dostała gorączki i torsji. Od poranka trwała odwilż, siąpił deszcz. Iwan poszedł, ale lekarza nie zastał. Zostawił krótką wiadomość. Nikt mu nie zaproponował ciepłej herbaty. W drodze powrotnej zaszedł jeszcze na cmentarz.

– Dobrze, nie dąsaj się, Iwanie. Możesz odejść. Zrób mi jeszcze herbatę. A na razie dolej mi. Gdzie ta butelka?

Iwan dolał koniaku. Tyle, by przykryć denko szklanki. Kieliszek postawił obok broni.

Raz jeszcze objął wzrokiem zgromadzonych.

Brydżyści grali i dużo palili.

Schmidt obserwował cienie w narożnikach, które powstały z powodu słabego oświetlenia bądź nacieków. Od południa nie odezwał się do nikogo słowem.

Róża wciąż pisała list do męża, nawet na chwilę nie odkładając pióra. Była w pałacu już od tygodnia i dopiero teraz się za to zabrała. W jej małżeństwie źle się działo. A może jednak dobrze, skoro tyle pisała? Iwana mało to obchodziło. Po prostu nie chciał jutro w taką pogodę iść na pocztę.

– Iwanie! – powiedziała Róża, jakby czytała w jego myślach. Nie podniosła nawet wzroku. – Pójdziesz jutro ze mną do miasta. Mam list do wysłania.

– Oczywiście, panienko.

– Od dawna nie jestem panienką, przecież wiesz. Poznałeś Alojzego, mojego męża.

Iwan podszedł do Róży. Panienka miała na sobie suknię w kolorze chabrów, których Iwan nie znosił, bo zwiastowały lato, a lato dla niego – choćby najbardziej kapryśne i deszczowe – zawsze było duszne i nie do zniesienia.

– Pogoda taka, że lepiej będzie poczekać – zaproponował. – Błoto coraz większe.

Wreszcie podniosła wzrok. Lekko przechyliła głowę. Przyglądała mu się długo, uważnie. Jak zawsze. Latami obserwowała, jak się starzeje. Jak rozrasta się bielmo na jego oku. Jak drży, gdy powinien stać prosto. I jak stoi, gdy powinien już odejść.

– Chętnie się przejdę. Chyba że to dla ciebie zbyt daleka droga?

Zrozumiał jej intencje. Chciała go sprawdzić. Poczta znajdowała się mieście, w połowie sporego wzniesienia, teraz oblodzonego i śliskiego. Gorzej byłoby tylko, gdyby wybrali się do...

– A potem może wstąpimy do apteki na wzgórzu? Stary Pankowski dalej ją prowadzi?

W świetle trzech świec ujrzał jej roześmiane oczy.

– Nie, syn przejął interes.

– Słyszysz, ojcze? Stary aptekarz Pankowski zrozumiał, że trzeba ustąpić miejsca młodszym. Dla własnego dobra. Iwan ledwo chodzi, a na co dzień zajmuje się całym pałacem. Musisz znaleźć kogoś młodszego. – Wypowiedziała te słowa, wcale nie podnosząc głosu.

Iwan walczył z pokusą, by się im przeciwstawić. Ale tłumacząc się, okazałby tylko słabość. Stał więc prosto i milczał. Kolejne słowa o starym i niewładnym służącym przepłynęły przez niego jak zimny podmuchy wiatru.

Moritz Denhoff nie odpowiedział.

Iwan odczekał minutę i przemówił uprzejmym głosem:

– Chętnie pójdę z panienką do apteki. Panienka po leki dla męża, prawda? Podobno biedak znów ma się gorzej. Jeśli panienka będzie chciała wysłać leki, przygotuję paczkę. Na adres polski czy zagraniczny?

Róża zacisnęła usta i rozszerzyła nozdrza w grymasie złości. Dłonią zasłoniła list – gestem spóźnionym i nerwowym. Czy Iwan coś wygrał? Nic nie wygrał. Wyszedł do kuchni zaparzyć herbatę. Gdy wrócił, wszyscy byli w tych samych pozach. Brydżyści pomarkotnieli, jakby nikomu nie szła karta. Panienka pisała dalej. Może jednak nie miała zamiaru się rozwodzić? Kto wie. Nie żyła z mężem, tyle Iwan wiedział. Róża Denhoff, artystka z Krakowa. Malarka, raczej słaba. Małżeństwo malarki i poety. Mój Boże... Pan słał do Krakowa duże kwoty. Wszystko i tak przepadało. Jak krew w piach. Dobrze tylko, że Róża została przy swoim panieńskim nazwisku.

– Wylewasz herbatę! Co jest z tobą dzisiaj nie tak? – wściekł się pan.

– Przepraszam.

Iwan odstawił imbryk. Przetarł plamę na stoliku. Znów przyjrzał się wszystkim. Prawnik Schmidt pił koniak małymi, wręcz niezauważalnymi łykami. Panienka Róża zapytała go, czy nie chce napisać listu, ale zaprzeczył. Przypomniał jej, że jutro wyjeżdża i będzie w Warszawie szybciej niż jakakolwiek poczta.

Grający w karty spojrzeli w jego stronę. Oni wyjechać nie mogli, choć najpewniej chcieli.

Pułkownik wyjął z kieszeni najkrótszy ołówek świata i powrócił do krzyżówki, którą męczył wszystkich, bo nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pozostałe hasła.

Pan powiedział coś niewyraźnie.

– Jesteś dzisiaj, Iwanie, dziwnie zamyślony – powtórzył pan.

– Dzisiaj rocznica.

– Wiem, wiem. Odejdź już. Pomóż w kuchni.

– Grecka bogini niezgody? – zapytał pułkownik. – Krótkie. Kiedyś wiedziałem, ale dziś już pamięć nie ta. Maurycy, przyjacielu? – Pułkownik jako jedyny używał spolszczonego imienia pana.

– Tak samo – odpowiedział. Zmusił się do uśmiechu.

– Może prawnik nam pomoże?

Schmidt pokręcił przecząco głową. Powiedział, że nigdy w życiu nie rozwiązał żadnej krzyżówki i nie widział w nich sensu. Polańskiemu nie odebrało to przyjemności z zadawania kolejnych pytań. Wydawał się ciągle z siebie zadowolony.

– Iwanie – odezwał się zniecierpliwiony pan.

– Już idę. Oczywiście.

W kuchni panował harmider, bo kolacja była już spóźniona. Brakowało rąk do pracy. Wanda Gadomska uwijała się w ukropie, pokrzykując na córkę, która była znikomą pomocą. Stella chętnie przerywała pracę i zamyślona wyglądała przez okno. Miała na sobie ładną suknię i trudno ją było odróżnić od jakiejś pani. (Stanowczo buntowała się przeciw noszeniu fartuszka i czepeczka, jakie nosiła jej matka). Nad stołami i palnikami panował półmrok. Wanda Gadomska złościła się na Iwana, że nie kupił dodatkowych świec, będąc w mieście.

Wreszcie podano kolację. Iwan obsługiwał Moritza i prawnika Schmidta, który siedział po prawej stronie gospodarza. Pozostałych gości obsługiwały Gadomskie. Jedzono mało. Słychać było głównie pobrzękiwanie sztućców. Pan próbował rozmawiać ze Schmidtem, ale prawnik okazał się postacią nudną i nieciekawą. Nie interesowała go polityka. Ledwo słyszał o wojnie w Hiszpani czy o anszlusie. Nie miał zdania na temat Mussoliniego, Hitlera czy Stalina. A nawet Iwan, który od kilkunastu lat prawie nie opuszczał pałacu i czytał tylko stare gazety pełne dawno minionych bądź niebyłych wydarzeń, miał swoje zdanie na ich temat.

Wanda Gadomska przypiekła mięso.

Stella Gadomska dwukrotnie rozlała wino.

Iwan się potknął, stawiając sosjerkę. Zauważyła to Róża Denhoff i głośno skomentowała.

Podczas posiłku służący skupił swoją uwagę na siedzących przy stole kobietach. Wydały mu się ciekawsze niż mężczyźni. Co prawda goście nie przebrali się do posiłku, ale Irena, żona Konrada, odmówiła nawet zdjęcia futra, skarżąc się ciągle na chłód i przeciągi. Zdjęła je dopiero w połowie dania, a jej długa suknia z tafty w kwiecisty wzór miała zbyt duże rozcięcie na dekolcie. Irena wtrącała się do politycznych rozmów, głośno wyrażając swoje zdanie. Iwan przypomniał sobie, że pan nie był zadowolony z wybranki młodszego syna. Pochodziła, zdaje się, z jakieś starej ziemiańskiej rodziny z Wielkopolski, od co najmniej dwóch pokoleń osiadłej w Poznaniu i z wolna osuwającej się w dół drabiny społecznej. Jej rodzince byli już zwykłymi urzędnikami niskiego szczebla.

Jóźwiak. Zwykłe hasło w książce telefonicznej. O ile mieli podłączony telefon.

Panienka Róża była zamyślona i milcząca, podobnie jak Schmidt. Za to Zelda, żona Alfreda, zachowywała się przy stole, jak należy. Również temu małżeństwu pan początkowo się sprzeciwiał. Goldwasserowie byli żydowskimi fabrykantami z Łodzi, bez odpowiedniego drzewa genealogicznego. Ale finansowo to małżeństwo opłaciło się bez dwóch zdań. Do tego Zelda, mimo obaw, została odpowiednio wychowana i znała dobre maniery. Tego wieczoru miała na sobie aksamitną suknię w kolorze bordowym, a jej długie palce były ozdobione drogimi pierścieniami. Choć zbliżała się już do czterdziestki, wciąż miała atrakcyjną twarz, co nie uszło uwadze Iwana. Nawet pan Moritz lubił przebywać w jej towarzystwie i chętnie zapraszał ją do szachowego stolika, choć Zelda szybko okazała się wyjątkowo marną szachistką. Przy posiłku opowiadała o kwestowaniu na rzecz jakiegoś warszawskiego sierocińca i modnych aktualnie wzorach haftu. Iwan musiał przyznać, że były to najlepsze tematy do spokojnej poświątecznie kolacji. Polityką się nie interesowała, a przymuszona przez Irenę do zabrania głosu powiedziała tylko, że jej ojciec prowadził swą łódzką fabrykę w Cesarstwie Rosyjskim, później w Cesarstwie Niemieckim i wreszcie w Rzeczpospolitej Polskiej. Choć nigdzie jej nie przenosił. Zdaniem Iwana była to słuszna odpowiedź. Irenę słowa te jednak wyraźnie zdenerwowały. Uniosła ręce i zapytała, co to ma wspólnego z bieżącymi sprawami politycznymi.

Żony paniczów od początku nie darzyły się sympatią. Można było to już wyczuć w sposobie, w jaki musnęły się policzkami na przywitanie i wzajemnie wypytały o trudy związane z podróżą, nie wykazując najmniejszego zainteresowania usłyszaną odpowiedzią. Podobno Irena nie zapraszała Zeldy na organizowane przez siebie w Warszawie podwieczorki. Zeldę natomiast mimo niewielkiego zainteresowania polityką zdenerwowało to, że mąż Ireny, Konrad, wystartował do sejmu z ramienia Obozu Zjednoczenia Narodowego, gdzie uchodził za przedstawiciela skrzydła antysemickiego...

Jednak barometr nastrojów gości nie zajmował zbytnio myśli Iwana.

Interesował go tylko barometr nastrojów pana. Wciąż niekorzystny.

Niejako z kronikarskiego obowiązku przyjrzał się jeszcze paniczom. (Jeśli pracę służącego w domu Denhoffów Iwan miałby porównać do jakiegoś innego zawodu, byłby to właśnie kronikarz). Alfred się nie odzywał i spoglądał tylko na żonę, Zeldę, nie z podziwem, na jaki zasługiwała, ale z dziwnym przestrachem. Konrad trochę żartował, ale zjadł niewiele, mniej nawet od prawnika. Coś go martwiło? Irena z czułością wytarła jego czarny wąsik, który zapuścił sobie pod nosem.

A potem wszyscy wstali i wyszli. Było dziesięć minut do siódmej 28 grudnia 1938 roku. Tak by Iwan zapisał, gdyby był kronikarzem. Ale był służącym, więc pozbierał naczynia.

Po posiłku goście wrócili do palarni. Tylko Schmidt pożegnał się z wszystkimi i oddalił do pokoju.

Iwan przeszedł do pokoju kredensowego i usiadł na prostym krześle. Czekał w gotowości. Za pierwszym razem, gdy odezwał się dzwonek, panienka Róża poprosiła o kopertę. Zanim zaadresowała list, przeczytała go raz jeszcze. Może słusznie. W końcu pisała do poety. Ten na pewno czepiał się każdego słowa.

Za drugim dzwonkiem pan poprosił o jeszcze jedną herbatę. Iwan przyniósł ją w filiżance, nie brał już imbryka. Gdy wszedł do palarni, zauważył, że wyszły żony paniczów: Zelda i Irena. Raczej niedawno, w powietrzu wciąż gryzły się zapachy wieczorowych perfum. Znikł również pułkownik Polański. W pomieszczeniu zostały tylko dzieci pana. Stały przed fotelem ojca. Synowie bliżej, córka dalej. Cała rodzina razem. Kiedy miało to miejsce ostatni raz? Pan zdawał się unikać ich spojrzeń. W jego szerokich źrenicach odbijał się wątły ogień z kominka. Ogień dogasał. Drewna też brakowało.

Broń lśniła na stoliku. Przykuwała uwagę. Nie pasowała do otoczenia. Pan, jakby uprzedzając sugestie służącego, położył swoją dłoń na wytartej rękojeści.

– Przemyśl to, ojcze – powiedział panicz Alfred. Wrócił do rozmowy, którą przerwało pojawienie się służącego.

– Tak, ojcze. Przemyśl to. Byle szybko – dodał Konrad.

– Cukier? – zapytał Moritz, ignorując słowa synów. Utkwił wzrok w Iwanie.

– Już wsypałem.

– Dwie?

– Trzy kostki.

– Nie za dużo, Iwanie?

Ta wymiana zdań wyraźnie zdenerwowała synów. Alfred sięgnął po papierośnicę, otworzył ją i zamknął z głośnym trzaskiem. Konrad czubkami lakierków uderzył w wystającą deskę parkietu.

– Dziękuję, Iwanie, możesz odejść – powiedział pan, rozbawiony zachowaniem synów.

– Ojcze. – Panicz Alfred podszedł bliżej i kucnął przy fotelu. – To, co przeczytał ten prawnik Schmidt... Nie każemy ci zgadzać się z każdym zapisanym tam zdaniem. Chcę tylko, żebyś nas wysłuchał. Nie mamy wyjścia...

Odezwały się obcasy Róży. Zaczęła krążyć po pomieszczeniu. Paliła nerwowo, a popiół strzepywała wprost na podłogę. Nie dorównywała braciom wzrostem ani tym bardziej posturą. Obaj jednak wyraźnie zapragnęli, by to ona przejęła inicjatywę w rozmowie. Nie miała na to jednak ochoty. Przynajmniej na razie. Alfred i Konrad spojrzeli po sobie bezradni.

Alfred przeszedł na język niemiecki, ale ojciec przerwał mu po kilku słowach. Znów zwrócił się do służącego:

– Wyglądasz na kogoś, kto chce mi coś jeszcze powiedzieć. Mów.

W oczach pana była jakaś wesołość. Pozostali patrzyli na służącego wrogo.

– Ja... Ja... – zaczął Iwan. – Pomyślałem o odnowieniu dawnej oranżerii. Gdybym teraz zaczął, może na wiosnę będziemy tam spędzać popołudnia.

– Zastanowię się nad tym.

– Trzeba też założyć kłódkę w drzwiach kaplicy. Za łatwo można tam wejść.

– Zaszedłeś tam? Po co? – Twarz pana nagle spoważniała. – Ach... no tak, przecież sam cię wysłałem, żebyś przegonił podglądacza! Pomyślę i o tym. Teraz odejdź.

– Poczekam. Pomogę panu na schodach.

– Poradzę sobie. Nie będę już cię potrzebował. Dobrej nocy, Iwanie.

Iwan nie miał wyjścia. Ostatni raz spojrzał na trójkę pańskich dzieci. Jeszcze tylko parę dni i wszystko wróci do normy, pomyślał. Zostaną tylko on i pan. Raz na miesiąc przyjdzie jakaś odkrytka z Warszawy bądź Krakowa, która przysporzy panu więcej zmartwień niż pociechy, ale trudno. Życzył wszystkim dobrej nocy i ruszył do wyjścia. Nikt mu nie odpowiedział.

Zamknął za sobą drzwi, które z powodu wilgoci odgięły się na dole i nie dociskały do framugi, jak należy. Tym razem było to Iwanowi na rękę. Alfred, podejrzewając, że służący będzie podsłuchiwał, znów przeszedł na niemiecki. Ojciec przerwał mu po raz kolejny:

– Mów po polsku – rozkazał.

– Sam, ojcze, niegdyś chętniej mówiłeś po niemiecku.

– Może. Od czasu Narodowych Socjalistów moja miłość do tego języka znacznie osłabła.

– Zbyt krytycznie ich, ojcze, oceniasz! – odezwał się nagle młodszy, Konrad.

– Nie sądzę – odparł Moritz. – Ale znane są mi twoje poglądy, synu. Jaka słodka herbata, wspaniała!

– Hitler... – zaczął Konrad, ale został uciszony przez Różę:

– Bracia! Nie widzicie, że ojciec znów robi wszystko, by zmienić temat rozmowy? Nie ma sensu powtarzać, co zapisał prawnik. Ojciec zna te dokumenty. Ojcze! Powtarzamy, nie mamy wyjścia. Fabryka... Te słowa z trudem przechodzą mi przez gardło, ale jeśli nie podpiszesz tych dokumentów...

– Drzwi się zacięły? – padło pytanie z drugiej strony.

Iwan niemal podskoczył. Za nim, pośrodku hallu, stała Stella Gadomska.

– Co tu robisz, dziecko? Nie powinnaś pomagać matce w kuchni? – burknął Iwan. Czuł jednak, że jego twarz zalewa się czerwienią.

– Podsłuchiwał pan!

– Nie twoja sprawa!

Przestraszył się. Co, jeśli dziewczyna wkroczy do palarni i powie Moritzowi, że służący podsłuchiwał rodzinną naradę? Nie zrobiła tego. Stała dalej w hallu, milcząc. Słowa z palarni, tak ważne i ciekawe, uchodziły gdzieś bokiem, by je usłyszeć, Iwan musiałby przystawić ucho do szczeliny w drzwiach. Idźże już, pomyślał, patrząc na dziewczynę.

Stella miała na sobie płaszcz. Wybierała się gdzieś? A jeśli tak, dlaczego wciąż stała w hallu? W końcu odwróciła się na pięcie i wróciła do jadalni.

Iwan ponownie przyłożył ucho do szpary, ale było już po rozmowie. Moritz z udawanym entuzjazmem zaproponował wszystkim partię szachów. Znów odezwała się papierośnica Alfreda. Róża zaśmiała się krótko i powiedziała coś po niemiecku.

Iwan nie znał tego języka. Kiedyś postanowił się go nauczyć. Miał czas. Lata czasu. Raz czy dwa sięgnął po słownik z biblioteki, ale ten wkrótce znikł. Ktoś go zabrał. Róża, nie ktoś. Iwan był tego pewien.

Wrócił do pokoju kredensowego, w którym mieszkał. Pomieszczenie nie miało okien. Pan kiedyś napomknął, że skoro dom opustoszał, a oficyna została zamknięta na cztery spusty, Iwan może zająć któryś z wolnych pokoi na piętrze z ładnym widokiem. Iwan ani myślał się przeprowadzać. W małym pokoju przy hallu miał wszystko, czego potrzebował. Krzesło, metalowe łóżko, nocną szafkę. Nad wezgłowiem na gwoździu wisiała menażka i wyszczerbione sztućce. Jeśli pan w nocy sam wejdzie na schody, pobrzękujące naczynia obudzą służącego.

Opadł na twarde sprężyny.

Postanowił czekać, aż wszyscy rozejdą się do pokoi, a pan zaśnie w fotelu. Chwyci go pod ramię i zaprowadzi do sypialni. Jak niemal każdej nocy. Jego życie polegało na rytuałach związanych z panem. Nie chciał niczego więcej. A już na pewno nie potrzebował ładnego widoku z okna.

Najpierw palarnię opuścili panicze – Alfred i Konrad. Rozmawiali szeptem na schodach. Wypowiadane przez nich sylaby wpadały z góry wraz z kurzem wprost do pokoju, ale trudno było z nich złożyć zdania. Do czego chcieli namówić ojca? Iwan nie wiedział. Ta niewiedza męczyła go i drażniła jak kołnierz marnej białej koszuli. Prał ją setki razy, ale poczucie dyskomfortu nie mijało.

Jeszcze tylko Róża. Chwyci pana pod ramię i zaprowadzi na górę. Sześćdziesiąt kilogramów, nic więcej. Poradzi sobie. Kłopot w tym, że sam ważył coraz mniej, ubywało mu też siły i krzepy. Tracił na wadze każdego miesiąca. Październik: dziewięćdziesiąt pięć kilogramów buty, uporu i powagi. I poczucia winy. Listopad: dziewięćdziesiąt kilogramów buty, uporu i powagi. I poczucia winy. Wreszcie grudzień: osiemdziesiąt pięć kilogramów samego uporu. I poczucia winy. Czy był jakiś koniec?

Po co w ogóle Moritz Denhoff zaprosił tylu gości!? Po śmierci żony, Magdaleny, dziesięć lat temu zaczął stronić od ludzi. W żałobie chodził tyle, ile trzeba – aż do przetarć na spłowiałej, czarnej marynarce. Każdego kolejnego roku przy bożonarodzeniowym stole ubywało gości oraz służby. Najpierw zaprzestano zapraszać powinowaconych i znajomych, a później nawet krewnych z rodu Denhoffów. Została tylko trójka dzieci i siostra Greta. Gdy dzieci dorosły, nawet one zaprzestały podróży na święta do Kobrynia – do zaśnieżonego, nieoświetlonego i wiecznie nieogrzanego pałacu. Alfred i Konrad woleli spędzać święta w Warszawie. Róża – w Krakowie. Pan został sam. Sam z Iwanem. Nie było choinki, kolęd i wystawnego jedzenia. Gdy pan sobie popił, kazał rozstawiać świąteczne bombki i strzelał do nich z rewolweru. Co roku stawał coraz bliżej celu i strzelał coraz mniej celnie. O świcie dwudziestego ósmego grudnia szli razem na cmentarz niezależnie od pogody. Podpierali się na nierównej drodze. Z daleka jeden nie różnił się od drugiego. Po powrocie znów jedli, pili i marzli. Pan mówił, Iwan słuchał. W sylwestra budziły ich odległe wystrzały.

Źle było?

Aż przyszedł grudzień 1938 roku. Pan zażądał przyjazdu na Boże Narodzenie wszystkich dzieci. Zrobił się tajemniczy, małomówny. Cała rodzina w jednym miejscu, zapomniany przyjaciel i prawnik. Po co? Iwan głowił się i gubił w domysłach, zakupując w miasteczku dodatkowy węgiel, żywność, alkohol, świece i olej. Ale wszystkiego wciąż wydawało się za mało. Co planował Moritz Denhoff?

To był tylko jeden z problemów, które dręczyły Iwana. Ciekawość można było jeszcze zaspokoić. Można było kogoś podsłuchać, przeczytać czyjeś zapiski i dokumenty. Był inny problem, większy. Bardziej drażniący niż kołnierz koszuli. Drażniący jak wysypka przy ospie: urażona duma.

Podczas wizyty gości Moritz Denhoff często zwracał się do Iwana w sposób obojętny bądź lekceważący. Ani razu nie dał swojemu służącemu znaku, że to wszystko jest tylko grą pozorów i za dni kilka wszystko wróci do normy. Czy Iwana nie rozzłościło współczujące spojrzenie służki Stelli Gadomskiej, gdy przyłapała go na podsłuchiwaniu? Mełła w ustach niesłyszalne słowa: zazdrosny starzec. Iwan był pewien, że padły.

Głupia służka!

Zegar na hallu wybił wpół do ósmej.

Co Róża tak długo robiła w palarni? Pisała następny list? Rozmawiała z ojcem i próbowała naciągnąć go na kolejne pieniądze? Jej małżeństwo od początku było nieudane. Krakowscy artyści, czemu się dziwić? Do tego mąż panienki chorował na gruźlicę, a lekarze zalecali leczenie w drogich kurortach. Róża słała do ojca rozpaczliwe listy, w których prosiła o pieniądze. Iwan czytał jej słowa na głos, bo wzrok pana szwankował coraz bardziej, a okulary gdzieś się zapodziały. Wierny służący czytał całą pańską korespondencję, czasem coś od siebie dodawał. Gdy Róża wymieniała potrzebne kwoty, robił pauzę i cmokał wymownie.

Pojedyncze uderzenie zegara. Kwadrans do ósmej.

Jeszcze tylko sylwester. Co za pomysł trzymać ludzi do Nowego Roku?

Za dużo myśli i rozważań.

Zamknął oczy. Tylko na chwilę, zapewnił siebie samego.

 

Obudził go wystrzał. Menażka spadła z gwoździa, łyżka uderzyła Iwana w czoło. Kolejne dźwięki: rumor i przeraźliwe zawodzenie. Poderwał się, a jego ciało przeszył ból. Prawa noga od razu została w tyle. Pociągnął ją za sobą. Wytoczył się z pokoju kredensowego. Deski na schodach dudniły, ludzie zbiegali w dół. Było ciemno i zimno.