Closer Than Miles - Hruszowiec Magdalena - ebook
NOWOŚĆ

Closer Than Miles ebook

Hruszowiec Magdalena

4,7

484 osoby interesują się tą książką

Opis

Closer than miles, closer than air,

I close my eyes and find you there…

Gdy Sally MacDonnell mdleje podczas koncertu, jest przekonana, że będzie wspominać ten wieczór wyłącznie z zażenowaniem. Wszystko zmienia się jednak, gdy niedługo później na ekranie jej telefonu pojawia się wiadomość od Ethana Collinsa – charyzmatycznego wokalisty Fire Within.

Ethan ma wszystko, o czym można marzyć w show-biznesie: wyprzedane trasy koncertowe, uwielbienie fanów i życie w blasku reflektorów. Tyle że za kulisami rzeczywistość nie jest już tak kolorowa, a on coraz częściej odczuwa, że ceną sławy jest głównie samotność.

Ich z pozoru zwykła wymiana wiadomości przeradza się w nawyk, bez którego żadne z nich nie potrafi już funkcjonować. Im bardziej się do siebie zbliżają, tym mocniej uświadamiają sobie, jak wiele przeszkód może ich czekać. I że czasem najtrudniej pokonać nie odległość, lecz granice, które stawiamy sobie we własnej głowie.

Closer than miles, closer than fear,

In every heartbeat, you’re right here.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 592

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (7 ocen)
6
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zkindlewziete

Nie oderwiesz się od lektury

Najlepszy romans muzyczny tego roku, o ile nie dekady. Miałam okazję czytać jeszcze przed wydaniem. Poprzednia wersja była super, ale ta, bardziej dopracowana, jest po prostu sztosem. Magda pisze lekko, a język, którym się posługuje, aż kipi od emocji. Jest ogień tam, gdzie powinien być, i ścisk serca tam, gdzie należy. Bardzo lubię kreacje bohaterów, dokładność i to, że ta historia otula. Polecam na jesienny wieczór, ale też na gorszy czas, aby poprawić sobie humor.
10
Legimi-3-miesiace

Nie oderwiesz się od lektury

świetna! pokecam
00



De­dy­ku­ję tę ksi­ążkę so­bie z prze­szło­ści, w do­wód prze­trwa­nia naj­gor­sze­go roku w moim ży­ciu.

I jako przy­po­mnie­nie, że mogę wie­le, cho­ciaż ży­cie prze­pro­wa­dzi­ło na mnie praw­dzi­wy test wy­trzy­ma­ło­ści.

A może wła­śnie dzi­ęki temu…

Playlista

Hans Zim­mer – Now We Are Free

Chris­sy Co­stan­za, VO­ILÀ – 7 Mi­nu­tes In Hell

Måne­skin – Ti­me­zo­ne

VO­ILÀ – Kiss & Tell A Pho­ne

One Di­rec­tion – They Don’t Know Abo­ut Us

VO­ILÀ – War

Pla­in Whi­te T’s – Hey The­re De­li­lah

VO­ILÀ, Chris­sy Co­stan­za, Aga­inst The Cur­rent – Cau­ght It

My Dar­kest Days – Wi­tho­ut You

Ri­chard Marx – Ri­ght Here Wa­iting

VO­ILÀ – Fall Up

Li­fe­ho­use – From Whe­re You Are

Chris­sy Co­stan­za – Some Like It Hot

Ha­le­storm – Be­au­ti­ful with You

Le­wis Ca­pal­di – Po­in­tless

Ma­riah Ca­rey – My All

Prolog

Ogień wciąż płonie

Wy­wiad prze­pro­wa­dzi­ła Cla­ra Whi­te

Czte­ry syl­wet­ki, czte­ry gło­sy, czte­ry hi­sto­rie, któ­re przez po­nad de­ka­dę spla­ta­ły się w je­den – cza­sem po­tężny, cza­sem kru­chy – dźwi­ęk. Fire Wi­thin to już nie tyl­ko ze­spół. To zja­wi­sko, sym­bol, mar­ka.

Za­cznij­my od fak­tów: Eve­ry­thing Loud, ich ostat­ni al­bum, miał pre­mie­rę dwa lata temu. Prze­sze­dł przez ame­ry­ka­ńskie li­sty jak bu­rza, po­krył się pla­ty­ną, zy­skał sta­tus so­und­trac­ku do emo­cjo­nal­nych kry­zy­sów po­ko­le­nia i wci­ąż utrzy­mu­je się w czo­łów­kach ze­sta­wień stre­amin­go­wych. A te­raz? Te­raz chło­pa­ki – Max, Ethan, Kai i Ri­ley – sie­dzą w sali prób wy­pe­łnio­nej ka­bla­mi i kub­ka­mi po ka­wie. Kai spraw­dza coś w te­le­fo­nie, Max bęb­ni pal­ca­mi po sto­le, Ri­ley się prze­ci­ąga, a Ethan… Ethan po pro­stu pa­trzy z tym swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym pó­łu­śmie­chem, któ­ry zna ka­żdy, kto przy­naj­mniej raz oglądał ja­kie­kol­wiek na­gra­nie z udzia­łem ze­spo­łu.

Mi­ędzy nimi wci­ąż iskrzy, ale to ra­czej na­tu­ral­na che­mia, a nie za­rze­wie kon­flik­tu. Kai co chwi­lę do­gry­za Ma­xo­wi, Ri­ley prze­wra­ca ocza­mi na ich prze­py­chan­ki, a Ethan, niby naj­spo­koj­niej­szy z ca­łej czwór­ki, tyl­ko do­le­wa oli­wy do ognia jed­nym cel­nie rzu­co­nym zda­niem. Wi­dać, że zna­ją się na wy­lot. I że bez tej tro­chę bez­czel­nej, bra­ter­skiej dy­na­mi­ki to nie by­łby ten sam ze­spół.

Cla­ra Whi­te: Za parę go­dzin cze­ka was wy­stęp roz­po­czy­na­jący eu­ro­pej­ską część tra­sy kon­cer­to­wej. Przed wami sze­ść ty­go­dni, w trak­cie któ­rych od­wie­dzi­cie czter­na­ście kra­jów, dwa­dzie­ścia dwa mia­sta. W nie­któ­rych z nich gra­cie po dwa kon­cer­ty, co daje w su­mie trzy­dzie­ści wy­stępów. Śpi­cie cza­sem?

Ethan Col­lins (gi­ta­ra, wo­kal): Zde­fi­niuj „spać”, bo je­śli masz na my­śli sie­dem go­dzin nie­prze­rwa­ne­go od­po­czyn­ku, to nie, nie ma szans. Ale je­śli li­czy­my kil­ku­mi­nu­to­we drzem­ki w ka­żdym mo­żli­wym miej­scu i o ka­żdej po­rze dnia, to tak, śpi­my bez prze­rwy.

Kai Flet­cher (gi­ta­ra pro­wa­dząca): Śpię wszędzie. Se­rio. W trak­cie po­przed­niej tra­sy za­snąłem przed pró­bą dźwi­ęku. Opa­rłem się o ścia­nę na back­sta­ge’u i od­pły­nąłem na mo­ment.

Max War­ren (per­ku­sja): Naj­wa­żniej­sze to pa­mi­ętać, żeby nie za­sy­piać w po­bli­żu Kaia, nie­mi­ło­sier­nie chra­pie. A co do tra­sy – ad­re­na­li­na robi swo­je. Do­pie­ro za­czy­na­my, więc nie je­ste­śmy zmęcze­ni, ale na­wet kie­dy nas to do­pad­nie, wy­jście na sce­nę spra­wia, że wszyst­ko inne prze­sta­je się li­czyć.

Ri­ley Ste­vens (bas): Po tylu la­tach w biz­ne­sie i ci­ągłym spędza­niu cza­su w roz­jaz­dach na­sze cia­ła są przy­zwy­cza­jo­ne do ta­kie­go try­bu, ale fakt, cza­sem je­dy­ną szan­są na sen jest dzie­si­ęć mi­nut w gar­de­ro­bie, za­nim ktoś z na­sze­go ma­na­ge­men­tu za­cznie wa­lić w drzwi.

C.W.: Wa­sza ostat­nia pły­ta, Eve­ry­thing Loud, mia­ła pre­mie­rę dwa lata temu, ale do­pie­ro te­raz przy­je­żdża­cie z nią do Eu­ro­py. Ostat­ni raz gra­li­ście tu­taj w dwa ty­si­ące sie­dem­na­stym roku. Ma­cie do­bre wy­tłu­ma­cze­nie, dla­cze­go ka­za­li­ście eu­ro­pej­skim fa­nom tak dłu­go cze­kać na tra­sę?

Ethan: To nie do ko­ńca była na­sza de­cy­zja. Gdy już mie­li­śmy ma­te­riał, pan­de­mia po­krzy­żo­wa­ła nam pla­ny i mu­sie­li­śmy od­wo­łać wszyst­kie kon­cer­ty. Po­tem ko­lej­na pły­ta, tra­sa po Sta­nach. Eu­ro­pej­scy fani są wy­jąt­ko­wi i nie mo­gli­śmy tu przy­je­chać z byle czym. Spo­ro cza­su po­świ­ęci­li­śmy, żeby do­pra­co­wać wszyst­ko pod względem mu­zycz­nym, wi­zu­al­nym i… emo­cjo­nal­nym. Eu­ro­pa za­słu­gu­je na kon­cer­ty, któ­re za­pa­da­ją w pa­mi­ęć.

Kai: My­ślę, że to też była kwe­stia ener­gii. Ostat­nia tra­sa po Ame­ry­ce moc­no nas zwe­ry­fi­ko­wa­ła, mu­sie­li­śmy się zre­se­to­wać, na­brać sił i te­raz… je­ste­śmy głod­ni sce­ny. I na­praw­dę tęsk­ni­li­śmy za Eu­ro­pą, pu­blicz­no­ść tu­taj nie tyl­ko słu­cha, oni prze­ży­wa­ją z nami ka­żdą se­kun­dę kon­cer­tu.

Max: Przez cały ten czas utrzy­my­wa­li­śmy re­la­cję z fa­na­mi – so­cial me­dia, wy­da­rze­nia on­li­ne, mie­li­śmy na­wet stre­am ze stu­dyj­ne­go wy­stępu, ale wia­do­mo, że nic nie za­stąpi tego, co dzie­je się na praw­dzi­wych kon­cer­tach.

Ri­ley: Ani na chwi­lę nie za­po­mnie­li­śmy o na­szych fa­nach. Bar­dzo do­kład­nie za­pla­no­wa­li­śmy tę tra­sę, wszyst­ko jest do­pi­ęte na ostat­ni gu­zik i uwierz­cie, jest na co cze­kać. Mie­li­śmy tro­chę cza­su, żeby po­ba­wić się mu­zy­ką. Kil­ka rze­czy będzie­my grać na żywo po raz pierw­szy, nie­któ­re z na­szych sta­rych ka­wa­łków do­sta­ły zu­pe­łnie nowe ara­nża­cje. Ethan wi­ęcej gra na aku­sty­ku, ja cza­sem sia­dam przy pia­ni­nie.

C.W.: Brzmi na­praw­dę obie­cu­jąco i zda­je się, że wszyst­kie kon­cer­ty są już wy­prze­da­ne. Co wy na to?

Ethan: Cóż, spo­ro się zmie­ni­ło od ostat­nie­go razu, gdy tu by­li­śmy. Wte­dy nie mie­li­śmy ani jed­ne­go wy­prze­da­ne­go kon­cer­tu i gra­li­śmy w śred­niej wiel­ko­ści klu­bach. Te­raz bi­le­ty ro­ze­szły się w ci­ągu trzech dni. To­tal­nie się tego nie spo­dzie­wa­li­śmy. Gdy­by­śmy wie­dzie­li, że tak to będzie wy­glądać, za­pla­no­wa­li­by­śmy wi­ęcej kon­cer­tów albo po­my­śle­li nad wi­ęk­szy­mi prze­strze­nia­mi. Może to czas na are­ny, a nie klu­by? Nie po­zo­sta­je nam nic in­ne­go, jak wró­cić do Eu­ro­py w przy­szłym roku i do­rzu­cić do ter­mi­na­rza do­dat­ko­we mia­sta, żeby ka­żdy, kto chce po­słu­chać nas na żywo, miał taką mo­żli­wo­ść.

C.W.: Wasz naj­now­szy al­bum bły­ska­wicz­nie zna­la­zł się w ze­sta­wie­niu Bil­l­bo­ard 200*, przez czter­dzie­ści ty­go­dni nie wy­pa­dli­ście z pierw­szej dzie­si­ąt­ki, dziś wci­ąż je­ste­ście na li­ście. Spo­dzie­wa­li­ście się ta­kie­go suk­ce­su?

Ri­ley: Ni­g­dy nie za­kła­da­my ni­cze­go z góry. Ten al­bum po­wstał wła­ści­wie za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi. Nikt na­wet nie przy­pusz­czał, że coś two­rzy­my, a tu na­gle, bez żad­nych za­po­wie­dzi, po­ja­wi­ła się pły­ta. Mie­li­śmy taki okres, kie­dy by­li­śmy tyl­ko my, na­sze in­stru­men­ty i kil­ka go­dzin dzien­nie, gdy nic in­ne­go nie mia­ło zna­cze­nia.

Max: I może wła­śnie dla­te­go tak tra­fi­li­śmy. Chy­ba wszy­scy się ze mną zgo­dzą, że to była na­sza naj­bar­dziej doj­rza­ła pły­ta. Ca­łko­wi­cie szcze­ra i bez żad­nych kal­ku­la­cji. Po­wsta­ła z czy­stej mi­ło­ści do mu­zy­ki i tej wspól­nej prze­strze­ni, któ­rą mamy jako ze­spół.

Kai: Ja się spo­dzie­wa­łem [śmiech]. Oczy­wi­ście żar­tu­ję. Do­sko­na­le zda­wa­li­śmy so­bie spra­wę, że ta pły­ta jest oso­bi­sta, w pew­nym sen­sie su­ro­wa i mó­wi­my na niej o rze­czach, któ­re na­praw­dę czu­je­my.

Ethan: Rze­czy­wi­ście wpa­ko­wa­li­śmy w nią mnó­stwo swo­ich emo­cji. Ka­żdy z nas zo­sta­wił tam ja­kąś swo­ją hi­sto­rię, nie­ko­niecz­nie szczęśli­wą. My­ślę, że fani to wy­czu­wa­ją, a fakt, że lu­dzie słu­cha­ją tych ka­wa­łków w ró­żnych za­kąt­kach świa­ta i pi­szą nam, że te tek­sty ich po­ru­sza­ją, wie­le dla nas zna­czy.

C.W.: Ethan, je­steś au­to­rem tek­stów wi­ęk­szo­ści wa­szych pio­se­nek. Któ­ry ka­wa­łek z ostat­niej pły­ty jest ci naj­bli­ższy? Skąd czer­pa­łeś in­spi­ra­cje?

Ethan:Whe­re the Si­len­ce Ends. Na­pi­sa­łem ten tekst w środ­ku nocy na bal­ko­nie w Los An­ge­les. To mo­ment, kie­dy zni­ka ilu­zja i zo­sta­je tyl­ko praw­da, a chy­ba ka­żdy z nas choć raz prze­żył bo­le­sne zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią. Mimo wszyst­ko to je­den z prost­szych tek­stów, a jed­nak lu­dzie naj­bar­dziej go czu­ją. Co do in­spi­ra­cji: może to za­brzmi dziw­nie, ale ci­sza była in­spi­ru­jąca… Mia­łem taki czas, kie­dy nie po­tra­fi­łem mó­wić o tym, co się ze mną dzie­je i co prze­ży­wam, więc za­miast mó­wić – pi­sa­łem. Nie ana­li­zo­wa­łem, co może spodo­bać się słu­cha­czom, pierw­szy raz by­łem zo­rien­to­wa­ny na prze­ka­za­nie sa­mej praw­dy, wła­śnie dla­te­go ten al­bum jest taki oso­bi­sty.

Ri­ley: Do­dam tyl­ko, że jak Ethan pierw­szy raz za­grał nam demo Whe­re the Si­len­ce Ends, to było ci­szej niż zwy­kle. Za­zwy­czaj się prze­ko­ma­rza­my, rzu­ca­my ja­kieś kąśli­we uwa­gi, ale wte­dy na­wet Kai mil­czał. To był prze­ło­mo­wy mo­ment, wie­dzie­li­śmy, że ta pio­sen­ka w pew­nym sen­sie zmie­ni to, jak po­strze­ga­ją nas fani, i ba­li­śmy się, że nie ku­pią no­we­go, wra­żli­we­go Fire Wi­thin.

C.W.: Ma­cie wśród swo­ich pio­se­nek taką, któ­ra jest wy­jąt­ko­wo trud­na do za­gra­nia na żywo?

Kai:Wo­unds You Can’t See. Ten nu­mer to tech­nicz­na jaz­da. Mamy taką na­szą we­wnętrz­ną grę: któ­ry z nas po­my­li się jako pierw­szy. Ale pu­blicz­no­ść ni­g­dy nie za­uwa­ża. Albo uda­je, że nie za­uwa­ża. Ko­cha­my ich za to.

Max:Eve­ry­thing Loud. Iro­nia losu, że ty­tu­ło­wy nu­mer jest też naj­bar­dziej wy­czer­pu­jący fi­zycz­nie, ale zna­le­źli­śmy na to spo­sób. Po jego za­gra­niu mam chwi­lę prze­rwy, a Ethan i Ri­ley wy­mie­nia­ją in­stru­men­ty i ba­wią tłum aku­stycz­ną wer­sją Let It Crush.

Ethan: I wła­śnie ten nu­mer jest dla mnie naj­trud­niej­szy. W no­wej ara­nża­cji wy­ma­ga ogrom­nej kon­tro­li emo­cji, a naj­chęt­niej wszyst­kie bym je wy­krzy­czał. Ba­lan­so­wa­nie na tej gra­ni­cy to trud­ne za­da­nie. Zde­cy­do­wa­nie nie je­stem stwo­rzo­ny do sie­dze­nia na sto­łku z gi­ta­rą, mu­szę być w ka­żdym kącie sce­ny.

Ri­ley: A dla mnie to Sta­tic He­art, spo­ro tam moc­ne­go basu i wy­ma­ga to ode mnie po­łącze­nia ró­żnych tech­nik gry. Mu­szę być mak­sy­mal­nie sku­pio­ny.

C.W.: Ma­cie ja­kieś ry­tu­ały w tra­sie albo przed we­jściem na sce­nę?

Max: Przed ka­żdym kon­cer­tem trzy­dzie­ści se­kund ca­łko­wi­tej ci­szy. W kó­łku, z za­mkni­ęty­mi ocza­mi. To nasz re­set. Po­tem pa­trzy­my so­bie w oczy, upew­nia­my się, że je­ste­śmy tu ra­zem, i wie­my, że roz­nie­sie­my ko­lej­ną sce­nę.

Kai: Ka­żdy dzień za­czy­na­my ra­zem. Jemy śnia­da­nie, pi­je­my kawę, roz­ma­wia­my. Je­ste­śmy ze­spo­łem nie tyl­ko na sce­nie. Na­sza re­la­cja za­częła się na dłu­go przed tym, nim za­częli­śmy ra­zem grać.

Ethan: Tak, naj­pierw była przy­ja­źń, po­tem in­stru­men­ty. Poza tym co­dzien­nie pró­bu­je­my grać coś no­we­go, na­wet je­śli to tyl­ko im­pro­wi­za­cja na back­sta­ge’u.

Ri­ley: I za­wsze ktoś rzu­ci ja­kiś głu­pi żart. Kai jest w tym mi­strzem.

C.W.: Co was naj­bar­dziej na­pędza?

Ri­ley: Wi­dok lu­dzi śpie­wa­jących z nami sło­wa, któ­re kie­dyś były tyl­ko no­tat­ką w te­le­fo­nie Etha­na. To w pew­nym sen­sie… in­tym­ne. I chy­ba ni­g­dy nie prze­sta­nie być po­ru­sza­jące.

Max: Dźwi­ęk per­ku­sji od­bi­ja­jący się od ścian w sali pe­łnej lu­dzi. To jak od­bi­cie tęt­na tych, któ­rzy przy­szli nas po­słu­chać.

Ethan: Spoj­rze­nia mi­ędzy nami. Gdy wiem, że Kai za chwi­lę za­gra coś, co wła­śnie wy­my­ślił. Albo kie­dy Max ła­pie mój rytm bez żad­nych słów. To che­mia. I za­ufa­nie.

Kai: Świa­do­mo­ść, że mamy coś do po­wie­dze­nia, a lu­dzie po­zwa­la­ją nam to prze­ka­zać po­przez mu­zy­kę i chcą tego słu­chać.

C.W.: My­śli­cie już o ko­lej­nej pły­cie? Ma­cie w ogó­le czas na pi­sa­nie w tra­sie?

Kai: Mamy za­pla­no­wa­ną pre­mie­rę al­bu­mu na lato, więc coś musi już ist­nieć, ale na ra­zie nie zdra­dza­my szcze­gó­łów.

Ethan: Za­wsze my­ślę o ko­lej­nej pły­cie, to tro­chę jak ob­se­sja. Mam no­tat­ki w te­le­fo­nie, w ze­szy­cie, cza­sem na ser­wet­kach, ale skle­ja­nie tego wszyst­kie­go za­czy­na się, gdy zni­ka ha­łas.

Max: Pro­ces już się za­czął, na­wet je­śli nie­for­mal­nie. Na­gry­wa­my po­my­sły, za­pi­su­je­my li­nij­ki, słu­cha­my sie­bie na­wza­jem. Od no­we­go roku wcho­dzi­my do stu­dia, więc mamy czas, żeby zna­le­źć punkt za­cze­pie­nia.

Ri­ley: Pły­ta się pi­sze cały czas. My­ślę, że nie­któ­re mo­men­ty z tej tra­sy też znaj­dą swo­je miej­sce w przy­szło­ści.

C.W.: Kim są człon­ko­wie Fire Wi­thin po ze­jściu ze sce­ny? Wspo­mnie­li­ście, że naj­pierw była przy­ja­źń. Czy dla­te­go tak do­brze się do­ga­du­je­cie?

Ethan: Je­ste­śmy jak ro­dzi­na. Kłó­ci­my się, wspie­ra­my, śmie­je­my. Nie za­wsze jest ła­two, ale gdy­by choć je­den z nas zde­cy­do­wał się wy­co­fać, to nie by­ło­by to samo. Gra­my albo ra­zem, albo wca­le.

Kai: Znam ka­żdy na­wyk tych lu­dzi. Wiem, że Max nie lubi ha­ła­su rano, że Ethan prze­sta­je mó­wić, gdy jest zmęczo­ny, a Ri­ley za­czy­na nu­cić, kie­dy jest spi­ęty. Re­spek­tu­je­my te na­sze na­wy­ki, wie­my, kie­dy nie wcho­dzić so­bie w dro­gę, bo ta­kie mo­men­ty też się zda­rza­ją, ale je­ste­śmy dla sie­bie za­wsze, gdy któ­ryś cze­goś po­trze­bu­je.

Max: Do­ga­du­je­my się, bo so­bie ufa­my i nie bo­imy się szcze­ro­ści. Na­wet je­śli ktoś z nas cza­sem trzy­ma coś dla sie­bie, to z re­gu­ły ni­g­dy nie trwa zbyt dłu­go. Po pro­stu nie po­tra­fi­my mieć przed sobą ta­jem­nic.

Ri­ley: Poza sce­ną je­ste­śmy po pro­stu czte­re­ma fa­ce­ta­mi, któ­rzy się lu­bią.

C.W.: Te­raz py­ta­nie, któ­re­go pew­nie nie­na­wi­dzi­cie: jak uda­je wam się po­go­dzić ży­cie pry­wat­ne z ci­ągły­mi roz­jaz­da­mi? Ktoś jest za­ko­cha­ny? Ktoś ma zła­ma­ne ser­ce? Ktoś zła­mał cu­dze?

Kai: Ja je­stem w szczęśli­wym zwi­ąz­ku z wła­snym od­bi­ciem w lu­strze i moją gi­ta­rą! Zwi­ązek bez dram i z pe­łnym wspar­ciem ar­ty­stycz­nym [śmiech]. A tak se­rio – tra­sa to ra­czej nie miej­sce na ro­man­tyzm, chy­ba że z pu­blicz­no­ścią, a po­tem z tym jed­nym drin­kiem po kon­cer­cie.

Max: My na­praw­dę się przy­ja­źni­my poza sce­ną, więc to nie tak, że je­ste­śmy sa­mot­ni, ale cza­sem wła­śnie tak się czu­je­my. Sta­ram się sku­piać na tym, co tu i te­raz. Zła­ma­ne ser­ce? No cóż… Po­wiedz­my, że cza­sem gram solo nie tyl­ko na per­ku­sji.

Ri­ley: Nie uda­waj ta­kie­go po­ety, Max… Wszy­scy wie­my, że po pro­stu igno­ru­jesz wia­do­mo­ści, kie­dy coś za­czy­na się kom­pli­ko­wać [śmiech]. A tak po­wa­żnie, to je­ste­śmy w ró­żnych miej­scach, je­śli cho­dzi o zwi­ąz­ki, ale jed­no nas łączy: do­ce­nia­my lu­dzi, któ­rzy ko­cha­ją nas mimo tego sza­le­ństwa. W tej chwi­li nie je­stem za­ko­cha­ny, ale wie­rzę, że jesz­cze kie­dyś to się sta­nie. I mam na­dzie­ję, że nie będę wte­dy w Syd­ney, gdy ktoś będzie mnie po­trze­bo­wał w No­wym Jor­ku.

Ethan: Wia­do­mo, że pod­pi­su­jąc kon­trakt, w pew­nym sen­sie zre­zy­gno­wa­li­śmy ze swo­jej pry­wat­no­ści. By­cie po­pu­lar­nym uczy ogra­ni­czo­ne­go za­ufa­nia, do tego zwi­ązek wy­ma­ga obec­no­ści, a my, no cóż, ci­ągle się prze­miesz­cza­my. W tej chwi­li mam mu­zy­kę – brzmi tro­chę dra­ma­tycz­nie, ale tak jest. Nie je­stem za­ko­cha­ny, ale ko­cham to, co ro­bię. Może tro­chę za bar­dzo.

C.W.: Cze­go słu­cha­ją mi­ędzy­na­ro­do­we gwiaz­dy roc­ka? Co leci w wa­szych słu­chaw­kach?

Ethan: Nie­zmien­nie Guns N’ Ro­ses i coś, cze­go pew­nie nikt się po mnie nie spo­dzie­wał: in­stru­men­tal­ne ście­żki dźwi­ęko­we.

Kai: Ostat­nio wra­cam do kla­sy­ków: Hen­drix, Bo­wie. Cza­sem zda­rza mi się po­słu­chać popu. Na­praw­dę się do tego przy­zna­łem?

Max: Arc­tic Mon­keys, za­wsze. I tro­chę jaz­zu, żeby się wy­ci­szyć.

Ri­ley: Pod­ca­sty kry­mi­nal­ne.

C.W.: I ostat­nie py­ta­nie: co chcie­li­by­ście po­wie­dzieć fa­nom, któ­rzy przyj­dą na wa­sze kon­cer­ty?

Ethan: Prze­pra­sza­my, że mu­sie­li­ście tak dłu­go cze­kać, ale obie­cu­je­my, że było war­to. Przy­cho­dźcie, śpie­waj­cie, zdzie­raj­cie gar­dła, skacz­cie, śmiej­cie się. Zo­staw­cie rze­czy­wi­sto­ść za drzwia­mi. Na tych kon­cer­tach, przez dwie go­dzi­ny, je­ste­śmy tyl­ko dla was i nic in­ne­go nie ma zna­cze­nia.

Kai: Ta tra­sa prze­bi­ja na­wet tę, któ­rą gra­li­śmy na na­sze dzie­si­ęcio­le­cie.

Max: Dzi­ęku­je­my. Je­ste­ście po­wo­dem, dla któ­re­go ro­bi­my to wszyst­ko.

Ri­ley: Je­ste­śmy go­to­wi spa­lić sce­nę. I ka­żdy kon­cert będzie inny, bo ka­żda pu­blicz­no­ść wno­si coś wy­jąt­ko­we­go. Nie mo­że­my się was do­cze­kać.

Rozdział 1

Sally

– „Zwi­ązek wy­ma­ga obec­no­ści, a my, no cóż, ci­ągle się prze­miesz­cza­my. W tej chwi­li mam mu­zy­kę” – czy­ta na głos Ella z roz­ma­rzo­nym wy­ra­zem twa­rzy, le­żąc na łó­żku. – „Brzmi tro­chę dra­ma­tycz­nie – ale tak jest. Nie je­stem za­ko­cha­ny…” – Milk­nie na chwi­lę, pod­no­si się gwa­łtow­nie do sia­du i opusz­cza ko­mór­kę na ko­la­na. – Boże! On. Jest. SAM! – za­wie­sza głos z ta­kim na­pi­ęciem, jak­by wła­śnie ogła­sza­ła nad­cho­dzący ko­niec świa­ta.

– I na pew­no cze­ka wła­śnie na cie­bie i two­ją go­to­wo­ść do po­świ­ęceń – do­po­wia­dam śmier­tel­nie po­wa­żnym to­nem, grze­bi­ąc w ko­sme­tycz­ce w po­szu­ki­wa­niu ey­eli­ne­ra.

W tle gra mu­zy­ka – ja­kaś sta­ra play­li­sta Elli, na któ­rej Fire Wi­thin prze­pla­ta się z pio­sen­ka­mi z ba­jek Di­sneya. Kątem oka zer­kam na przy­ja­ció­łkę i par­skam śmie­chem na wi­dok jej roz­anie­lo­ne­go spoj­rze­nia. Ona w swo­jej gło­wie już bie­rze ślub z Col­lin­sem, je­stem tego pew­na.

– Ello, coś ci tu chy­ba po­cie­kło. – Wska­zu­ję na oko­li­cę swo­ich ust, żeby po­ka­zać Ste­wart, o któ­re miej­sce mi cho­dzi, i do­da­ję: – Śli­na na wi­dok zdjęcia Etha­na do­łączo­ne­go do wy­wia­du. – Tyl­ko się zgry­wam, ale Ella wy­gląda, jak­by nie­wie­le jej do tego sta­nu bra­ko­wa­ło.

– Czy ty w ogó­le wi­dzia­łaś, jak on tu­taj wy­gląda?! – Wzdy­cha, wy­su­wa­jąc te­le­fon w moją stro­nę, żeby po­ka­zać mi zdjęcie. – Ma lep­sze wło­sy ode mnie! I te ręce, ta szczęka – wy­mie­nia za­chwy­co­na.

– Uwa­żaj, bo szczęka to cie­bie za­raz za­cznie bo­leć od ci­ągłe­go opa­da­nia na wi­dok Etha­na – do­rzu­ca Ala­na, wy­chy­la­jąc gło­wę z ła­zien­ki, a ja z tru­dem po­wstrzy­mu­ję śmiech.

Nie da się ukryć, że spo­śród nas trzech to Ella ma naj­wi­ęk­sze­go bzi­ka na punk­cie ze­spo­łu.

– Wy się śmie­je­cie, ale to jest ten dzień. Za go­dzi­nę zo­ba­czę Etha­na Col­lin­sa na żywo. Twa­rzą w twarz. Spoj­rzy mi w oczy i za­po­mni, jak się gra na gi­ta­rze.

– Oczy­wi­ście – mó­wię, wy­ka­ńcza­jąc jed­ną kre­skę. – Naj­pierw pod­pi­sze ci pły­tę, po­tem po­ca­łu­je cię w czo­ło i za­py­ta, czy zo­sta­niesz jego oso­bi­stą muzą.

– Tyl­ko nie w czo­ło – rzu­ca Ella. – To ma być po­ca­łu­nek jak w fil­mach! W zwol­nio­nym tem­pie. Zo­ba­czy­cie, będzie­my jak Bey­on­cé i Jay-Z, jak Bla­ke Li­ve­ly i Ryan Rey­nolds, jak…

– Jak Ella i jej fan­ta­zje – ko­ńczy Ala­na, a ja znów par­skam śmie­chem. – Z któ­rych po­ło­wa kwa­li­fi­ku­je się do te­ra­pii, a dru­ga do zgło­sze­nia ochro­nie.

– Ty nic nie ro­zu­miesz, Ala­na, je­steś emo­cjo­nal­nie znie­czu­lo­na! – od­gry­za jej się Ella, wresz­cie pod­no­si się z łó­żka i pod­cho­dzi do wa­liz­ki po ubra­nia na kon­cert.

Gło­wa Fer­gu­son znów wy­chy­la się z ła­zien­ki.

– Je­stem RE­ALIST­KĄ – pod­kre­śla, rzu­ca­jąc Elli zna­czące spoj­rze­nie. – I to nie ja za­bra­łam per­fu­my, któ­re w moim prze­ko­na­niu pa­su­ją do gu­stu Etha­na.

– Przez nos do ser­ca, nie wie­dzia­łaś, że tak to się te­raz robi? – rzu­cam ze śmie­chem. Nie mogę się po­wstrzy­mać.

– Uch, Sal­ly! – Ella rzu­ca we mnie po­dusz­ką. Ła­pię ją w ostat­niej chwi­li, ale przez to roz­ma­zu­ję kre­skę. Klnę pod no­sem i si­ęgam po pa­ty­czek, żeby ze­trzeć tę ka­ta­stro­fę, za­nim za­schnie. – Prze­stań być taka sar­ka­stycz­na! A jak się oka­że, że to ty mu się spodo­basz, to cię wy­dzie­dzi­czę z na­szej przy­ja­źni!

Nie sądzę, żeby któ­ry­kol­wiek z człon­ków ze­spo­łu, nie tyl­ko Ethan, zwró­cił uwa­gę na któ­rąś z nas, ale po­sta­na­wiam zo­sta­wić tę myśl dla sie­bie. Ella jest na­wet tro­chę uro­cza w tych swo­ich wy­obra­że­niach, ale tyl­ko tro­chę.

– Po­wiedz cho­ciaż, że nie będziesz przed nimi pła­kać. – Po­sy­łam jej bła­gal­ne spoj­rze­nie po­nad nie­wiel­kim lu­ster­kiem.

– Je­śli Ethan spoj­rzy mi w oczy, to nie od­po­wia­dam za sie­bie. Do­brze, że idziesz ze mną na to meet and gre­et, bo ktoś będzie mu­siał mnie trzy­mać, gdy nogi mi zmi­ęk­ną na ich wi­dok.

– Świet­nie – mó­wię. – Pad­nę tam ra­zem z tobą, tyle że z za­że­no­wa­nia.

– Pro­szę bar­dzo, drwij ze mnie, ale jak już Ethan będzie mój, to nie za­pro­szę cię na ślub. Albo może za­pro­szę, że­byś ża­ło­wa­ła, że nie wie­rzy­łaś w moje wi­zje – od­gra­ża się z dum­nie unie­sio­ną gło­wą. Zdąży­ła się już prze­brać i te­raz na­kła­da błysz­czyk na usta.

Pa­trzę na nią i nie mogę się nie uśmiech­nąć. Jest nie­mo­żli­wa. Roz­ma­rzo­na, dra­ma­tycz­na i ca­łko­wi­cie nie­prze­wi­dy­wal­na. Ale też naj­bar­dziej lo­jal­na, em­pa­tycz­na i sza­lo­na w naj­lep­szym sen­sie tego sło­wa.

– Okej, je­śli do tego doj­dzie, to żad­ne­go ślu­bu na pla­ży. Mam uczu­le­nie na pia­sek i szczęśli­we za­ko­ńcze­nia – rzu­cam. – Ile zo­sta­ło do wy­jścia? – zmie­niam te­mat, bo coś czu­ję, że je­ste­śmy w lek­kim nie­do­cza­sie.

Pla­no­wa­łam przed kon­cer­tem za­ła­twić so­bie coś do je­dze­nia. Ja­dłam tyl­ko śnia­da­nie, po­tem przez pół dnia zwie­dza­ły­śmy Lon­dyn, a gdy dziew­czy­ny w dro­dze do ho­te­lu za­trzy­ma­ły się w McDo­nal­dzie, ja wró­ci­łam do po­ko­ju z bó­lem brzu­cha. Te­raz czu­ję się do­brze, ale za to ro­bię się głod­na i praw­do­po­dob­nie nie zdążę zje­ść.

– Ja­kieś dzie­si­ęć mi­nut – od­po­wia­da Ella, szu­ka­jąc cze­goś w to­reb­ce.

Ki­wam gło­wą i ko­ńczę ma­ki­jaż. Na oczach do­mi­nu­je cze­rń, usta prze­ci­ągam bor­do­wą szmin­ką i uśmie­cham się do swo­je­go od­bi­cia, gdy wy­cie­ram ostat­ni frag­ment po­mad­ki, któ­ry wy­kro­czył poza li­nię ust. No, Sal­ly, do­bra ro­bo­ta – chwa­lę samą sie­bie i si­ęgam po przy­go­to­wa­ne ubra­nia. Zmie­niam ko­szul­kę na świe­cące, lek­ko prze­świ­tu­jące body, uwa­ża­jąc na mi­ster­nie do­pra­co­wa­ny ma­ki­jaż. Dla­cze­go się nie prze­bra­łam, za­nim do­pro­wa­dzi­łam twarz do per­fek­cji?

Wkła­dam też gru­by swe­ter, bo na ze­wnątrz nie jest zbyt przy­jem­nie, a nie za­mie­rzam od­cho­ro­wać week­en­du mo­je­go ży­cia. Jesz­cze tyl­ko wło­sy… Pa­sma przy­po­mi­na­jące pło­mie­nie od rana były zwi­ąza­ne w cia­sny kok, więc gdy je roz­pusz­czam, na ra­mio­na opa­da­ją mi nie­sfor­ne loki. Prze­cze­su­ję je je­dy­nie pal­ca­mi i roz­trze­pu­ję, ma­cha­jąc gło­wą. Je­stem go­to­wa.

– Go­dzi­na? – py­tam kon­tro­l­nie.

– Punkt szes­na­sta.

O nie. Za pół go­dzi­ny otwie­ra­ją bra­my dla VIP-ów, nie ma mowy, że­bym zdąży­ła coś zje­ść.

Za nie­ca­łą go­dzi­nę roz­pocz­nie się meet and gre­et z ze­spo­łem, a do mnie chy­ba wci­ąż nie do ko­ńca do­cie­ra, że to się dzie­je na­praw­dę. Zo­ba­czę chło­pa­ków z Fire Wi­thin, będę mo­gła z nimi chwi­lę po­roz­ma­wiać i wresz­cie, po tylu la­tach świ­ro­wa­nia na ich punk­cie, usły­szę ich na żywo. Głos Etha­na Col­lin­sa nie będzie tyl­ko na­gra­ną ście­żką. Wy­brzmi tu i te­raz. On będzie tu i te­raz. Kie­dy tak o tym my­ślę, moja eks­cy­ta­cja ro­śnie i spra­wia, że ła­twiej mi igno­ro­wać na­ra­sta­jące uczu­cie gło­du. Może ad­re­na­li­na po­zwo­li mi prze­trwać do ko­ńca kon­cer­tu, a po­tem coś zjem.

– Le­ci­my! – za­rządza Ella.

– Do zo­ba­cze­nia pod sce­ną – mó­wię do Ala­ny i ma­cham do niej z sze­ro­kim uśmie­chem.

Fer­gu­son nie dała się na­mó­wić na bi­le­ty VIP. Zresz­tą, ona na­wet nie jest ja­kąś wiel­ką fan­ką Fire Wi­thin, ale stwier­dzi­ła, że nie prze­pu­ści oka­zji do spędze­nia z nami week­en­du w in­nym mie­ście. Dla­te­go wczo­raj po za­jęciach i pra­cy wszyst­kie wsia­dły­śmy w po­ci­ąg ja­dący z Edyn­bur­ga do Lon­dy­nu.

– Baw­cie się do­brze! Pa­mi­ętaj­cie, wszyst­ko jest do­pusz­czal­ne, do­pó­ki nie za­cznie­cie przed nimi pła­kać jak ja­kieś na­wie­dzo­ne fan­ki z lat dzie­wi­ęć­dzie­si­ątych – od­po­wia­da Ala­na ze śmie­chem, a ja aż na­zbyt do­brze wy­obra­żam so­bie całą sce­nę i też się śmie­ję.

Je­stem pew­na, że będzie­my się do­brze ba­wić. W ko­ńcu to Fire Wi­thin. Ni­g­dy nie mia­łam oka­zji usły­szeć ich na żywo. Pierw­szy kon­cert w oko­li­cy gra­li, gdy mia­łam sie­dem­na­ście lat, i ro­dzi­ce za nic nie chcie­li się zgo­dzić, że­bym na nie­go po­szła. Trzy lata temu mia­łam ku­pio­ne bi­le­ty na wy­stępy w Glas­gow i Lon­dy­nie, ale pan­de­mia po­krzy­żo­wa­ła pla­ny i oby­dwa wy­da­rze­nia zo­sta­ły od­wo­ła­ne. Jak tyl­ko w ze­szłym roku zo­ba­czy­łam roz­kład tra­sy kon­cer­to­wej, a na niej show w Lon­dy­nie, wie­dzia­łam, że nie od­pusz­czę.

Nic nie zdo­ła po­psuć mi tego wie­czo­ru.

Mogę do­ku­czać Elli, ale praw­da jest taka, że na­sto­lat­ka we­wnątrz mnie pisz­czy na samą myśl o zo­ba­cze­niu ze­spo­łu na żywo. Słu­cham ich mu­zy­ki od bar­dzo daw­na, ścia­ny mo­je­go po­ko­ju były kie­dyś okle­jo­ne ich pla­ka­ta­mi, a ja śle­dzi­łam wszyst­kie no­win­ki z ich ży­cia. Po­wiedz­my, że doj­rza­łam i te­raz zo­sta­ła mi je­dy­nie mi­ło­ść do ich mu­zy­ki, ale skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­dzia­ła, że ich wy­gląd nie robi na mnie wra­że­nia. Po pro­stu ro­zu­miem, że mój idol nie wyj­dzie na­gle z te­le­wi­zo­ra, bo wy­my­śli­łam so­bie, że będzie moim mężem. Ten etap mam już za sobą.

Rozdział 2

Sally

Ella ła­pie mnie za rękę i trzy­ma kur­czo­wo, prze­py­cha­jąc się przez tłum w kie­run­ku we­jścia. Spo­dzie­wa­łam się osob­nej ko­lej­ki dla VIP-ów, ale naj­wy­ra­źniej moc­no się prze­li­czy­łam. To nic, prze­cież i tak mu­szą nas wpu­ścić wcze­śniej.

– Ma­cie we­jściów­ki meet and gre­et? – Te sło­wa Ste­wart kie­ru­je do grup­ki dziew­czyn, któ­re utwo­rzy­ły ze swo­ich ciał mur nie do prze­jścia. Zgod­nie kręcą gło­wa­mi, więc Ella bez skrępo­wa­nia wci­ska się po­mi­ędzy nie, ci­ągnąc mnie za sobą.

– Prze­pra­szam! – rzu­cam przez ra­mię, gdy przy­pad­ko­wo trącam jed­ną z nich.

Wresz­cie uda­je nam się do­trzeć nie­co bli­żej drzwi. Pa­nu­je tu strasz­ny ścisk, ale przy­naj­mniej nie od­czu­wam zim­na. Z tru­dem wy­ci­ągam te­le­fon z to­reb­ki, żeby zer­k­nąć na go­dzi­nę – do otwar­cia bram zo­sta­ło pi­ęt­na­ście mi­nut. Tyl­ko tyle i aż tyle, bio­rąc pod uwa­gę wa­run­ki, w ja­kich mu­si­my cze­kać.

Nie wi­dzę ani po­cząt­ku, ani ko­ńca tłu­mu. W co­dzien­nym ży­ciu nie spo­ty­kam zbyt wie­lu fa­nów Fire Wi­thin, Ella jest wy­jąt­kiem, ale tu­taj je­ste­śmy tyl­ko kro­plą w mo­rzu. Nie tyl­ko my przy­je­cha­ły­śmy spe­łnić dziś ma­rze­nie. Wi­dok nie­któ­rych lu­dzi i za­sły­sza­ne w tłu­mie roz­mo­wy uświa­da­mia­ją mi, że moja fa­scy­na­cja ze­spo­łem to nic w po­rów­na­niu z in­ny­mi. Obec­no­ść na wszyst­kich eu­ro­pej­skich kon­cer­tach? Pi­ąte w ci­ągu roku meet and gre­et? Oka­zu­je się, że są oso­by, któ­re mają na to czas i pie­ni­ądze. Mi­mo­wol­nie za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy tacy fani sta­ją się w ja­kiś spo­sób roz­po­zna­wal­ni dla człon­ków ze­spo­łu, czy w ogó­le są za­uwa­ża­ni i jak dłu­go mu­sie­li na tę roz­po­zna­wal­no­ść pra­co­wać. Być za­pa­mi­ęta­nym przez uko­cha­nych mu­zy­ków? Zwa­rio­wa­ła­bym ze szczęścia… Ale nie mam na co li­czyć, bo to praw­do­po­dob­nie moja pierw­sza i je­dy­na oka­zja do spo­tka­nia ich na żywo. Nie wiem, co mu­sia­ło­by się wy­da­rzyć, że­bym za­pa­dła im w pa­mi­ęć, ale na pew­no coś spek­ta­ku­lar­ne­go. Może ten płacz na­wie­dzo­nej fan­ki to nie taki zły po­my­sł?

Wresz­cie ochro­na otwie­ra drzwi i nie dość, że w tłu­mie wci­ąż jest cia­sno, to jesz­cze trze­ba się prze­su­wać. Całą swo­ją uwa­gę sku­piam na dło­ni Elli trzy­ma­jącej moją i na tym, żeby ni­ko­go nie po­de­ptać. Przed we­jściem spraw­dza­ją na­sze bi­le­ty i pro­szą o od­szu­ka­nie sie­bie na ja­kie­jś li­ście. Wska­zu­ję na ru­bry­kę z moim ad­re­sem ma­ilo­wym i ochro­niarz ski­nie­niem gło­wy po­ka­zu­je, że­bym prze­szła da­lej. Po chwi­li do­łącza do mnie Ella. Od­dy­cham z ulgą, bo w środ­ku jest zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej prze­strze­ni – przy­naj­mniej na ra­zie. Od­da­je­my kurt­ki do szat­ni, za­nim i tam zro­bi się ko­lej­ka. Na­prze­ciw­ko usta­wio­ne są sto­iska z mer­chem, przy któ­rych już zgro­ma­dzi­li się fani. W ro­gach roz­sta­wio­ne są sta­no­wi­ska z na­po­ja­mi. No­tu­ję, żeby ku­pić wodę od razu po spo­tka­niu z ze­spo­łem, bo nie mo­gły­śmy wnie­ść nic do środ­ka, a głód co­raz bar­dziej mi do­skwie­ra i uzu­pe­łnia­nie pły­nów to je­dy­na opcja prze­trwa­nia do mo­men­tu wy­jścia stąd.

Wszy­scy gro­ma­dzą się w holu, bo drzwi pro­wa­dzące – do­my­ślam się – na salę kon­cer­to­wą są za­mkni­ęte. Poza tym nikt nie po­wie­dział nam, gdzie od­będzie się meet and gre­et. Zer­kam na ze­ga­rek. Całe za­mie­sza­nie przy we­jściu i szat­ni trwa­ło tyle, że spo­tka­nie po­win­no się już za­cząć.

– My­ślisz, że będzie­my mo­gły ich przy­tu­lić? O Boże, wy­obra­żasz so­bie móc przy­tu­lić Etha­na? – pyta Ella, do­ty­ka­jąc mo­jej ręki, i po wy­ra­zie jej twa­rzy wi­dzę, że po­grąża się w wi­zjach, w któ­rych przy­le­ga do znacz­nie wy­ższe­go od niej wo­ka­li­sty.

Czu­ję się onie­śmie­lo­na na samą myśl, że mia­ła­bym przy­tu­lić któ­re­go­kol­wiek z nich, nie tyl­ko Etha­na. Nie, nie będę się na­kręcać, do­pó­ki nikt nam nie po­wie, czy w ogó­le mo­że­my do­tknąć mu­zy­ków. To prze­cież lu­dzie z krwi i ko­ści, a nie ma­skot­ki, wca­le nie mają obo­wi­ąz­ku zga­dzać się na coś ta­kie­go. Po­dej­rze­wam, że dla nich to może być nie­kom­for­to­we.

– Wąt­pię, że­by­śmy mo­gły. Po­wiesz im, że ich ka­rie­ra za­in­spi­ro­wa­ła cię do na­pi­sa­nia ksi­ążki? – py­tam, a Ella po­sy­ła mi prze­ra­żo­ne spoj­rze­nie.

– Zwa­rio­wa­łaś? Prędzej spa­li­ła­bym się ze wsty­du, niż przy­zna­ła przed chło­pa­ka­mi, że pi­sa­łam o nich fan­fic­tion.

Ella Ste­wart daw­no temu rze­czy­wi­ście pi­sa­ła fan­fi­ki o Fire Wi­thin. Wiem, że pra­cu­je obec­nie nad jed­nym z tek­stów i prze­ra­bia tak, żeby usu­nąć z nie­go na­wi­ąza­nia do ze­spo­łu.

– To ja im po­wiem – dra­żnię się z nią. A może wca­le nie?

Ella po­sy­ła mi bła­gal­ne spoj­rze­nie i kręci gło­wą. Śmie­ję się, po­zo­sta­wia­jąc jej re­ak­cję bez od­po­wie­dzi.

Omia­tam wzro­kiem tłum ze­bra­ny w holu, praw­do­po­dob­nie nie ma tu wi­ęcej niż sto osób, ale trud­no mi do­kład­nie osza­co­wać. Sto osób, a za go­dzi­nę za­czną wpusz­czać wszyst­kich in­nych. Wła­śnie do­cie­ra do mnie, jak ogra­ni­czo­ne cza­so­wo będą spo­tka­nia z ze­spo­łem. Nie ma mowy o dłu­ższej roz­mo­wie, je­śli ka­żdy ma zdążyć. Przy­naj­mniej będę mia­ła z nimi zdjęcie – po­wta­rzam so­bie w my­ślach.

W po­wie­trzu uno­si się mie­sza­ni­na eks­cy­ta­cji i ner­wo­we­go ocze­ki­wa­nia, naj­wi­docz­niej udzie­la się to wszyst­kim ze­bra­nym. Ella na­dal błądzi gdzieś my­śla­mi, pew­nie w swo­jej wy­ima­gi­no­wa­nej sce­nie, w któ­rej Ethan rzu­ca wszyst­ko i wy­zna­je jej mi­ło­ść tuż przed tym po­ca­łun­kiem jak z fil­mu. Chcę coś po­wie­dzieć, żeby nie­co ją spro­wa­dzić na zie­mię, ale wte­dy drzwi po le­wej stro­nie otwie­ra­ją się z hu­kiem. Wszy­scy mo­men­tal­nie od­wra­ca­ją gło­wy w tam­tym kie­run­ku.

W holu po­ja­wia się mło­da ko­bie­ta z me­ga­fo­nem pod pa­chą. Wy­gląda na nie­wie­le star­szą ode mnie. Ubra­na jest dość lu­źno, w czar­ne spodnie, ko­szu­lę w kra­tę i gla­ny. Jej ma­ki­jaż nie­wie­le ró­żni się od mo­je­go, ale wy­raz twa­rzy ma taki, że ra­czej nie chcia­ła­bym jej pod­pa­ść.

– To Jade, me­ne­dżer­ka chło­pa­ków – do­cie­ra do mnie gdzieś za ple­ca­mi. Sza­nu­ję, że nie­któ­rzy zna­ją człon­ków eki­py, moja wie­dza ko­ńczy się na ze­spo­le.

Jade przy­sia­da na rogu sto­iska z mer­chem.

– Pro­szę o uwa­gę! – od­zy­wa się przez me­ga­fon, a jej głos od­bi­ja się od ścian holu. – Za tymi drzwia­mi – wska­zu­je te, przez któ­re sama przed mo­men­tem prze­szła – cze­ka­ją na was chło­pa­ki z Fire Wi­thin, ale za­nim będzie­cie mo­gli się z nimi spo­tkać, mu­szę przed­sta­wić kil­ka za­sad. Po­dej­dźcie, żeby wszy­scy mnie sły­sze­li.

Tłum gro­ma­dzi się w pó­łko­lu, cze­ka­jąc na dal­sze in­struk­cje. Parę osób szep­cze mi­ędzy sobą. Ella chwy­ta mnie za ra­mię, a ja czu­ję, jak eks­cy­ta­cja mie­sza się z lek­kim nie­po­ko­jem.

– Po pierw­sze… – za­czy­na me­ne­dżer­ka, a jej spoj­rze­nie omia­ta ze­bra­nych. – Przy­po­mi­nam, że spo­tka­nie ma cha­rak­ter krót­kie­go meet and gre­et. Pod­czas se­sji zdjęcio­wej obo­wi­ązu­je ca­łko­wi­ty za­kaz do­ty­ka­nia człon­ków ze­spo­łu. Żad­nych uści­sków, po­kle­py­wa­nia po ra­mie­niu czy prób po­da­nia ręki. Za­cho­waj­cie od­po­wied­ni dy­stans. Na podło­dze za­zna­czo­ny jest punkt, gdzie będzie­cie sta­wać, żeby po­roz­ma­wiać z ze­spo­łem. Jest też li­nia i pro­szę, że­by­ście pil­no­wa­li, by jej nie prze­kro­czyć. – W tłu­mie wzra­sta szept, a Ella obok mnie otwie­ra usta, jak­by wła­śnie po­wie­dzie­li jej, że żad­ne­go kon­cer­tu nie będzie.

– To ja­kiś żart? – mru­czy ci­cho i spo­gląda na mnie, szu­ka­jąc wspar­cia.

Nie wiem, co od­po­wie­dzieć. Sama czu­ję, jak moja eks­cy­ta­cja opa­da, choć wci­ąż sta­ram się sku­pić na tym, że za­raz ich zo­ba­czę. Na­wet je­śli nie ma mowy o żad­nym przy­tu­la­niu, to prze­cież… to wci­ąż Fire Wi­thin.

– Po dru­gie… – kon­ty­nu­uje Jade – …je­śli przy­nie­śli­ście dla ze­spo­łu ja­kieś pre­zen­ty, li­sty czy inne rze­czy, pro­si­my zo­sta­wić je w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym ko­szu przy wy­jściu. Nie ma mo­żli­wo­ści oso­bi­ste­go prze­ka­za­nia ich pod­czas spo­tka­nia. Gwa­ran­tu­ję, że po­tem wszyst­ko do nich do­trze.

Fala roz­cza­ro­wa­ne­go szu­mu prze­ta­cza się przez tłum. Ella kręci gło­wą, a ja wi­dzę, jak z tru­dem po­wstrzy­mu­je się od po­wie­dze­nia cze­goś na głos. Chy­ba wy­obra­ża­ła so­bie coś zu­pe­łnie in­ne­go.

– Po trze­cie… – mówi me­ne­dżer­ka, uno­sząc me­ga­fon wy­żej, żeby prze­krzy­czeć na­ra­sta­jące szep­ty. No świet­nie, co jesz­cze? – Pod­czas spo­tka­nia ka­żdy z was będzie mógł zro­bić so­bie jed­no zdjęcie z ze­spo­łem, któ­re wy­ko­na nasz ofi­cjal­ny fo­to­graf. Za kil­ka dni będzie­cie je mo­gli po­brać ze stro­ny, do któ­rej link do­sta­li­ście już w ma­ilu ra­zem ze szcze­gó­ła­mi spo­tka­nia. Wła­sne apa­ra­ty, te­le­fo­ny i sel­fie są za­bro­nio­ne. Bez wy­jąt­ków. Za­le­ży nam na tym, żeby wszyst­ko od­by­ło się spraw­nie i bez za­kłó­ceń.

– Jed­no zdjęcie. JED­NO zdjęcie – po­wta­rza Ella pod no­sem, co­raz bar­dziej zi­ry­to­wa­na. – Może jesz­cze po­wie­dzą, że mamy nie od­dy­chać?

Czu­ję, jak jej fru­stra­cja za­czy­na się udzie­lać rów­nież mnie. Jed­no zdjęcie? Żad­nych sel­fie? Czy to nie prze­sa­da?

– Ostat­nia za­sa­da. – Głos Jade prze­ry­wa na­sze szep­ta­nie. – Ka­żdy z was ma oko­ło pół mi­nu­ty na spo­tka­nie z ze­spo­łem. To czas na krót­ką wy­mia­nę zdań i zro­bie­nie zdjęcia. Za­sta­nów­cie się wcze­śniej, co chce­cie po­wie­dzieć, żeby za­pew­nić płyn­no­ść spo­tka­nia.

Moje ser­ce zno­wu przy­spie­sza. Pół mi­nu­ty?! Co ja mogę zro­bić w tak krót­kim cza­sie? Wy­du­kać „dzi­ęku­ję” i zro­bić wy­mu­szo­ne zdjęcie? Całe to ma­rze­nie, któ­re pie­lęgno­wa­łam od tylu lat, za­czy­na mi się wy­da­wać… roz­cza­ro­wu­jące.

Ella wy­da­je z sie­bie dźwi­ęk, któ­ry jest czy­mś po­mi­ędzy stłu­mio­nym krzy­kiem a sap­ni­ęciem. Na­wet ja za­czy­nam czuć się, jak­by ktoś wzi­ął wszyst­kie moje wy­obra­że­nia o tym spo­tka­niu i zmia­żdżył je w uści­sku tej ab­sur­dal­nej „płyn­no­ści”.

– To chy­ba ja­kiś żart – mam­ro­cze, ale wi­dzę, że pró­bu­je za­cho­wać spo­kój.

Moje wła­sne my­śli wi­ru­ją. W ci­ągu tych trzy­dzie­stu se­kund na­wet nie zdążę się przed­sta­wić, a co do­pie­ro po­wie­dzieć coś sen­sow­ne­go.

– Ro­zu­miem, że je­ste­ście pod­eks­cy­to­wa­ni… – od­zy­wa się jesz­cze me­ne­dżer­ka. Cóż, te­raz ja­koś mniej niż pięć mi­nut temu. – Pa­mi­ętaj­cie, że te za­sa­dy są wpro­wa­dzo­ne po to, że­by­ście mo­gli zo­ba­czyć ze­spół w bez­piecz­ny i zor­ga­ni­zo­wa­ny spo­sób. Za chwi­lę drzwi zo­sta­ną otwar­te. Ustaw­cie się w rzędzie.

Drzwi za­czy­na­ją się otwie­rać, a tłum ru­sza po­wo­li na­przód. Czu­ję, jak Ella wci­ąga po­wie­trze, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić.

– Jak dla mnie, to tro­chę jak spo­tka­nie z ro­bo­ta­mi, a nie z lu­dźmi – rzu­ca z prze­kąsem, ale za­raz po­tem uśmie­cha się ner­wo­wo. – Ale i tak to będzie naj­lep­sze trzy­dzie­ści se­kund mo­je­go ży­cia. Trze­ba się gdzieś za­in­sta­lo­wać w tej ko­lej­ce, cho­dź. – Przy­ja­ció­łka ko­lej­ny raz ła­pie mnie za rękę i ci­ągnie za tłu­mem, ale ją za­trzy­mu­ję.

– Za­cze­kaj. Nie wo­lisz iść na ko­ńcu? I tak zdąży­my, a przy­naj­mniej nikt nie będzie się na nas ga­pił. – Nie sądzę, żeby kto­kol­wiek sku­pił uwa­gę na kimś in­nym niż człon­ko­wie ze­spo­łu, ale może dzi­ęki temu będzie­my mia­ły wra­że­nie, że całe to meet and gre­et trwa nie­co dłu­żej niż ża­ło­sne pół mi­nu­ty.

– Niech będzie – zga­dza się i cze­ka­my, aż resz­ta usta­wi się w ko­lej­ce.

Pró­bu­ję od­na­le­źć cho­ciaż skra­wek wcze­śniej­szej eks­cy­ta­cji, co wca­le nie jest ta­kie pro­ste. Nie mogę wy­zbyć się wra­że­nia, że sto pi­ęćdzie­si­ąt fun­tów, któ­re za­pła­ci­łam za bi­let VIP, to bez sen­su wy­da­ne pie­ni­ądze.

Zu­pe­łnie za­po­mi­nam o wy­da­nej kwo­cie, gdy ko­lej­ka prze­su­wa się na­przód, mi­ja­my wresz­cie próg sali i do­strze­gam chło­pa­ków. O Boże, oni na­praw­dę tam sto­ją. Ethan Col­lins, Kai Flet­cher, Max War­ren i Ri­ley Ste­vens. Wszy­scy ubra­ni na czar­no w pra­wie iden­tycz­ne ze­sta­wy – spodnie, T-shir­ty i skó­rza­ne kurt­ki. Max do­dat­ko­wo ma na so­bie czap­kę, a Ethan za­miast ko­szul­ki wło­żył ko­szu­lę. Kie­dyś nie sądzi­łam, że uda mi się zo­ba­czyć ich na żywo, a co do­pie­ro z tak bli­ska i mieć szan­sę z nimi po­roz­ma­wiać. Mam wra­że­nie, że ser­ce bije mi te­raz szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Ści­ska mnie w żo­łąd­ku. We­wnątrz robi mi się go­rąco, ale czu­ję, że ob­le­wa mnie zim­ny pot, za­czy­nam się trząść. Na­gle znów je­stem na­sto­lat­ką, któ­ra wzdy­cha do pla­ka­tów z ze­spo­łem.

– El, zo­bacz. – Sztur­cham przy­ja­ció­łkę i wy­ci­ągam przed sie­bie drżącą dłoń. Nie po­tra­fię tego opa­no­wać.

– Aż tak się de­ner­wu­jesz?

– Na to wy­gląda. Idzie­my ra­zem czy osob­no? – py­tam, bo przed chło­pa­ka­mi sta­ją wła­śnie jed­no­cze­śnie dwie oso­by, a po­tem usta­wia­ją się do wspól­ne­go zdjęcia. Sama nie wiem, któ­ra opcja prze­ma­wia do mnie bar­dziej. Z jed­nej stro­ny wo­la­ła­bym mieć swo­je zdjęcie z ze­spo­łem, ale z dru­giej w ogó­le nie wy­obra­żam so­bie, że mia­ła­bym sta­nąć przed nimi sama na tym cho­ler­nym, na­kle­jo­nym na podło­dze krzy­ży­ku.

– A jak chcesz?

– Ra­zem. Naj­wy­żej będziesz mó­wić za nas obie. Chy­ba że wo­lisz sama… – do­da­ję, bo na­praw­dę nie chcę ni­cze­go na­rzu­cać przy­ja­ció­łce.

– Idzie­my we dwie – za­rządza Ella i nie­cier­pli­wie prze­stępu­je z nogi na nogę.

Jesz­cze tyl­ko pięć osób i będzie na­sza ko­lej. W moim żo­łąd­ku w tej chwi­li dzie­ją się dziw­ne rze­czy. Głód nie po­ma­ga. Całą sobą pró­bu­ję po­wstrzy­mać drże­nie cia­ła, ner­wo­wo na­ci­ągam ręka­wy na dło­nie i prze­ra­żo­na zer­kam na sto­jącą obok Ste­wart.

– Będzie do­brze. – Czy­tam z ru­chu jej ust i nie­pew­nie ki­wam gło­wą.

Sku­piam wzrok na chło­pa­ku, któ­ry wła­śnie pod­cho­dzi do ze­spo­łu. Sta­je w wy­zna­czo­nym punk­cie, roz­ma­wia­ją przez chwi­lę, po­tem on się od­wra­ca, mu­zy­cy ro­bią dwa kro­ki w przód, fo­to­graf pstry­ka zdjęcie i tyle. Chło­pak bo­kiem wy­cho­dzi z sali.

Nad prze­bie­giem ca­łe­go spo­tka­nia czu­wa Jade i wła­śnie ru­chem ręki daje znać, że­by­śmy po­de­szły.

– Hej, jak się ma­cie? – pyta uprzej­mym gło­sem Ethan i uśmie­cha się przy­ja­źnie.

Sło­wa po­wi­ta­nia pły­ną też od po­zo­sta­łych, a ja na­gle za­po­mi­nam, że po­słu­gu­je­my się tym sa­mym języ­kiem i prze­cież mogę od­po­wie­dzieć. Wzro­kiem po­szu­ku­ję wspar­cia u Elli, ale ona stoi obok mnie rów­nie onie­śmie­lo­na i mówi:

– Jest tro­chę zim­no na ze­wnątrz.

Nie po­wie­dzia­ła tego… Na­praw­dę, El, tyl­ko tyle przy­szło ci do gło­wy?! Nie po­win­nam jej oce­niać, sko­ro sama za­po­mnia­łam, jak się uży­wa języ­ka.

– Słu­cham? – Wy­po­wie­dzia­ła ab­sur­dal­ną uwa­gę o po­go­dzie na tyle ci­cho, że mu­zy­cy jej nie usły­sze­li. Mu­szę ra­to­wać sy­tu­ację.

– Moja przy­ja­ció­łka chcia­ła po­wie­dzieć, że wa­sza mu­zy­ka bar­dzo po­mo­gła jej przy pi­sa­niu ksi­ążki.

Wy­bacz, Ello…

– To nie­sa­mo­wi­te. Miło, że mo­że­my ko­goś za­in­spi­ro­wać.

Ja­kim cu­dem uda­je im się za­cho­wy­wać tak… nor­mal­nie? Jak to mo­żli­we, że nie dają po so­bie po­znać, jak nie­do­rzecz­na jest cała ta roz­mo­wa? Boję się pa­trzeć na Ste­wart, bo wiem, że prze­kli­na mnie wła­śnie w my­ślach, i je­stem pew­na, że na­po­tka­ła­bym jej mor­der­czy wzrok.

– Może usta­wi­my się do zdjęcia?

– Ja­sne – przy­ta­ku­ję, dzi­ęku­jąc Etha­no­wi w du­chu, że za­ko­ńczył na­szą kom­pro­mi­ta­cję.

Od­wra­cam się i ner­wo­wo po­pra­wiam wło­sy. Mam na­dzie­ję, że wy­glądam do­brze, bo to moja je­dy­na szan­sa na zdjęcie. Nie mam po­jęcia, co zro­bić z ręko­ma, więc cho­wam je za ple­ca­mi. Gdy mu­zy­cy pod­cho­dzą do nas, dłoń któ­re­goś z nich mu­ska moją, a mnie robi się go­rąco. Nie mam po­jęcia, kogo przed chwi­lą do­tknęłam, ale to było ca­łko­wi­cie nie­spo­dzie­wa­ne i w pe­wien spo­sób wy­na­gro­dzi­ło bez­na­dziej­ny prze­bieg spo­tka­nia.

– Dzi­ęku­je­my – mówi Ella.

Znam ją na tyle do­brze, żeby wie­dzieć, że za­an­ga­żo­wa­ła w wy­po­wie­dze­nie tego sło­wa wszyst­kie swo­je siły. Jest po­twor­nie zde­ner­wo­wa­na.

– Baw­cie się do­brze na kon­cer­cie – od­po­wia­da Ethan i pa­no­wie ma­cha­ją do nas na od­chod­ne.

Ła­pię przy­ja­ció­łkę za rękę i ci­ągnę za sobą z po­wro­tem do holu.

– „Jest tro­chę zim­no na ze­wnątrz”?! – py­tam, gdy wy­cho­dzi­my z sali. – Dzi­siej­szą pro­gno­zę po­go­dy przed­sta­wi pa­ństwu Ella Ste­wart. Jak­by ktoś jesz­cze nie za­uwa­żył, to jest tro­chę zim­no na ze­wnątrz.

– Prze­stań, wy­star­czy, że sama je­stem za­że­no­wa­na swo­ją po­sta­wą. Mat­ko, jaki wstyd…

– Za­wsze mo­gło być go­rzej. – Wzru­szam ra­mio­na­mi. – Mo­gły­śmy się roz­pła­kać na ich wi­dok… Albo ze­mdleć. To by­łby do­pie­ro wstyd. – Sta­ram się ja­koś po­cie­szyć przy­ja­ció­łkę, ale mam je­dy­nie ocho­tę się śmiać. – Cho­dź, ku­pi­my wodę, za­nim otwo­rzą drzwi dla po­zo­sta­łych i zro­bi się tu praw­dzi­wy tłok. Poza tym cze­ka­ją na nas miej­sca przy ba­rier­kach.

Ella ru­sza za mną do naj­bli­ższe­go sto­iska z na­po­ja­mi. Gdy pła­cę, te­le­fon w to­reb­ce wi­bra­cja­mi daje znać o na­de­sła­nej wia­do­mo­ści.

Ala­na: Cze­kam na ze­wnątrz. Ile tu lu­dzi… Gdzie Was szu­kać?

– Sko­czy­my jesz­cze do to­a­le­ty? – pyta Ste­wart. Ki­wam gło­wą i podążam za nią, wy­stu­ku­jąc od­po­wie­dź.

Sal­ly: Idzie­my do ła­zien­ki, a po­tem na salę. Da­le­ko je­steś od drzwi?

Ala­na: No pierw­sza nie wej­dę. Trzy­maj­cie dla mnie ba­rier­kę! Pro­szę sta­nąć w roz­kro­ku, roz­sze­rzyć ra­mio­na i ni­ko­go mi­ędzy Was nie wpusz­czać.

Sal­ly: Za­ła­twio­ne! Do zo­ba­cze­nia za chwi­lę pod sce­ną.

Mo­głam po­pro­sić Ala­nę, żeby prze­my­ci­ła mi cho­ciaż ja­kąś prze­kąskę, bo robi się nie­cie­ka­wie. Fire Wi­thin nie są je­dy­nym gra­jącym dzi­siaj ze­spo­łem. Przed nimi mają wy­stąpić dwie mniej zna­ne gru­py. Nie ko­ja­rzę żad­nej z nich, ale nie zmie­nia to fak­tu, że będę mu­sia­ła wy­trzy­mać ich wy­stępy, za­nim na sce­nie po­ja­wią się gwiaz­dy wie­czo­ru. Może nie pad­nę z gło­du do tego cza­su…

– Wca­le nie było tak ła­two się tu prze­bić – mówi Ala­na, wci­ska­jąc się mi­ędzy mnie i Ellę przy ba­rier­kach. – Jak meet and gre­et? Ma­cie zdjęcie? – pyta wy­ra­źnie za­cie­ka­wio­na.

Ella na­tych­miast od­wra­ca wzrok, a ja sta­ram się po­wstrzy­mać uśmiech.

– Będzie­my mia­ły za parę dni, jak ich fo­to­graf wrzu­ci je na stro­nę – tłu­ma­czę, nie kry­jąc nie­za­do­wo­le­nia. Po­zo­sta­łe za­sa­dy są dla mnie jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­łe, ale nie mogę prze­żyć tego zdjęcia.

– Nie mo­gły­ście zro­bić swo­imi te­le­fo­na­mi? – Rów­no­cze­śnie kręci­my gło­wa­mi, a Ala­na otwie­ra usta za­sko­czo­na. – Ale bez­na­dziej­nie.

Miło, że po­dzie­la na­sze zda­nie w tej kwe­stii

Rozdział 3

Sally

Moja bu­tel­ka z wodą już daw­no jest pu­sta, z gło­du za­częła bo­leć mnie gło­wa, o żo­łąd­ku nie wspom­nę. Dla­cze­go nie po­pro­si­łam dziew­czyn wte­dy o ja­kąś ka­nap­kę z McDo­nal­da i nie zo­sta­wi­łam na czas dro­gi do klu­bu? A tak jest już pra­wie dwu­dzie­sta pierw­sza i ja­dłam dziś je­dy­nie śnia­da­nie. Świet­nie, Sal­ly.

Mu­szę wy­trzy­mać jesz­cze wy­stęp Fire Wi­thin.

Przez mo­ment roz­wa­żam, czy nie wy­jść do holu po ko­lej­ną wodę, ale pew­nie nie uda­ło­by mi się do­stać z po­wro­tem w to samo miej­sce, a nie za­ry­zy­ku­ję ogląda­nia kon­cer­tu zza głów in­nych fa­nów. Dam radę. Jesz­cze ja­kieś dwie go­dzi­ny i będę mo­gła coś zje­ść. Już sama świa­do­mo­ść spra­wia, że znów ści­ska mi się żo­łądek.

Od­su­wam od sie­bie my­śli o ko­la­cji, gdy nad sce­ną ga­sną świa­tła i roz­po­czy­na się in­tro Fire Wi­thin. Tłum na­tych­miast daje upust emo­cjom gło­śny­mi okrzy­ka­mi. Si­ęgam po te­le­fon, żeby uwiecz­nić wiel­kie we­jście. Wi­dzia­łam w sie­ci dzie­si­ąt­ki po­dob­nych na­grań, gdzie człon­ko­wie ze­spo­łu po­ja­wia­li się na sce­nie. Ale te­raz… je­stem tu! To dzie­je się na­praw­dę i żad­na re­la­cja wi­deo nie mo­gła mnie na to przy­go­to­wać.

Wle­piam wzrok w sce­nę, po chwi­li z mro­ku wy­ła­nia się syl­wet­ka Maxa. Uno­si wy­so­ko pa­łecz­ki, a tłum od­po­wia­da okrzy­kiem, któ­ry wpra­wia podło­gę w drże­nie. Chwi­lę pó­źniej w bla­sku świa­teł po­ja­wia­ją się Kai z gi­ta­rą elek­trycz­ną i Ri­ley z ba­sem. Krzy­ki wi­dow­ni sta­ją się jesz­cze gło­śniej­sze, ale to do­pie­ro po­czątek.

Praw­dzi­wy ha­łas za­czy­na się, gdy w sa­mym cen­trum sce­ny sta­je on.

Ethan Col­lins.

Z gi­ta­rą prze­wie­szo­ną przez ra­mię, w ko­szu­li roz­pi­ętej na tyle, by od­sło­nić frag­ment wy­rze­źbio­ne­go tor­su. Świa­tła re­flek­to­rów pa­da­ją na jego syl­wet­kę, wy­do­by­wa­jąc ka­żdy de­tal: ja­sne, lek­ko po­tar­ga­ne wło­sy, któ­re opa­da­ją na jego twarz, pie­rścion­ki błysz­czące na dłu­gich pal­cach, sku­pio­ne spoj­rze­nie. Wy­gląda jak ktoś, kto nie do ko­ńca przy­na­le­ży do tego świa­ta – jak bo­ha­ter ja­kie­jś roc­ko­wej le­gen­dy albo za­gi­nio­ny krew­ny Jac­ka Spar­ro­wa, tyl­ko on za­miast stat­ku ma gi­ta­rę i tłu­my u stóp. A ja… nie mogę od­dy­chać.

Wi­dzia­łam set­ki zdjęć, ogląda­łam chy­ba wszyst­kie mo­żli­we na­gra­nia, ale żad­ne z nich nie od­da­wa­ło tego, jak wy­gląda i jak się po­ru­sza na żywo. Jego pew­no­ść sie­bie i non­sza­lan­cja bu­dzą prze­ko­na­nie, że uro­dził się po to, by wy­stępo­wać. Uśmie­cha się do tłu­mu w tro­chę bez­czel­ny spo­sób i ten gest spra­wia, że moje ser­ce przy­spie­sza, choć jesz­cze przed chwi­lą wy­da­wa­ło się, że bije już nie­mo­żli­wie szyb­ko.

Ethan sta­je przy mi­kro­fo­nie i omia­ta tłum wzro­kiem. Przez chwi­lę tyl­ko pa­trzy, a na wi­dow­ni za­pa­da ci­sza. Wszy­scy wstrzy­mu­ją od­dech w ocze­ki­wa­niu na to, co się wy­da­rzy. Col­lins zbli­ża usta do mi­kro­fo­nu, za­my­ka oczy na kil­ka se­kund, a gdy je otwie­ra, jego spoj­rze­nie jest jesz­cze bar­dziej elek­try­zu­jące niż przed chwi­lą. Pa­trzy pro­sto na wi­dow­nię. Nie wiem, jak to robi, ale mam wra­że­nie, że zer­ka na ka­żde­go z osob­na, a jed­no­cze­śnie na ni­ko­go kon­kret­ne­go.

– Lon­dyn! – Ten nie­spo­dzie­wa­ny krzyk nie­sie się po ca­łej sali, a mnie aż prze­cho­dzą ciar­ki na brzmie­nie jego gło­su.

Tłum wy­bu­cha – krzy­ki, pi­ski, okla­ski – wszyst­ko mie­sza się w je­den ogłu­sza­jący dźwi­ęk.

– Je­ste­ście go­to­wi pod­pa­lić to miej­sce? – pyta ci­szej, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

Ty­si­ące gar­deł od­po­wia­da mu chó­rem. Krzy­czę ra­zem z nimi. Na wi­dok tego fa­ce­ta na sce­nie nie da się po­zo­stać obo­jęt­nym. A jemu ewi­dent­nie po­do­ba się to, co do­sta­je w za­mian.

– Tak wła­śnie my­śla­łem – kwi­tu­je z uśmie­chem, wy­mie­nia szyb­kie spoj­rze­nia z po­zo­sta­ły­mi i kiwa gło­wą. – Niech Lon­dyn za­pło­nie! – do­da­je, a Max w tym cza­sie wy­stu­ku­je rytm pa­łecz­ka­mi.

Krzy­ki wo­kół mnie są ogłu­sza­jące, ale ja le­d­wo je sły­szę, gdy Ethan po­chy­la się do mi­kro­fo­nu i za­czy­na śpie­wać pierw­sze sło­wa Igni­te the Ni­ght. Jego moc­ny, za­chryp­ni­ęty głos roz­brzmie­wa w gło­śni­kach. Słu­cha­łam go tyle razy, że mo­gła­bym roz­po­znać ka­żdą in­to­na­cję, ka­żdy od­dech mi­ędzy wer­sa­mi. Ale te­raz czu­ję go ca­łym cia­łem – wi­bra­cje roz­cho­dzą się w po­wie­trzu, prze­ni­ka­ją moją skó­rę, wwier­ca­ją się w ko­ści. Śpie­wam ra­zem z nim i lu­dźmi zgro­ma­dzo­ny­mi w Elec­tric Bri­xton.

The crowd is ri­sing, the air’s elec­tric,

He­arts po­un­ding, the clock’s pro­phe­tic.

The mo­ment’s here, no time for fe­ars,

Let’s cha­se the spark that bro­ught us near.

Feel the thun­der, feel the fla­me,

To­ni­ght we’ll ne­ver be the same.

Ra­ise your hands, let sha­dows fall,

This is our time – we’ll take it all.

Igni­te the ni­ght, let it burn so bri­ght,

We’re ali­ve, we’re ali­ve in the fi­re­li­ght.

Feel the heat, let it fuel your soul,

To­ge­ther we rise, we’re out of con­trol.

Eve­ry he­art­be­at’s a call to ac­tion,

Eve­ry vo­ice is the cha­in re­ac­tion.

The spark in­si­de, it’s who we are,

Fuel the fire, we’re the stars.

Feel the thun­der, feel the fla­me,

To­ni­ght we’ll ne­ver be the same.

Ra­ise your hands, let sha­dows fall,

This is our time – we’ll take it all.

Igni­te the ni­ght, let it burn so bri­ght,

We’re ali­ve, we’re ali­ve in the fi­re­li­ght.

Feel the heat, let it fuel your soul,

To­ge­ther we rise, we’re out of con­trol.

Bre­ak the si­len­ce, tear the sky,

We’re the em­bers that ne­ver die.

Scre­am it lo­uder, feel the heat,

This is the mo­ment, take your seat.

Igni­te the ni­ght, let it burn so bri­ght,

We’re ali­ve, we’re ali­ve in the fi­re­li­ght.

Feel the heat, let it fuel your soul,

To­ge­ther we rise, we’re ta­king con­trol.

The fire wi­thin will ne­ver fade,

We’re the sparks of a world re­ma­de.

To­ni­ght’s the ni­ght, the sto­ry be­gins,

Let the fire igni­te – we’re born to win.

On nie tyl­ko śpie­wa – on nas pro­wa­dzi. Kon­tro­lu­je rytm bi­cia na­szych serc. Wy­star­czy jed­no spoj­rze­nie, je­den gest, a ty­si­ące lu­dzi wstrzy­mu­je od­dech. To on dyk­tu­je rytm – nie tyl­ko mu­zy­ki, ale wszyst­kie­go, co dzie­je się pod sce­ną. Gdy uno­si rękę, tłum robi to samo. Ka­żdy jego ruch tra­fia pro­sto w nas, a on sam wy­gląda, jak­by do­kład­nie wie­dział, co z nami robi.

Mam za sobą już po­ło­wę kon­cer­tu i przy­si­ęgam, że w ży­ciu nie ba­wi­łam się le­piej. Praw­do­po­dob­nie przy­pła­cę ten wie­czór zdar­tym gar­dłem, ale to ab­so­lut­nie jest war­te ka­żdej se­kun­dy wy­stępu. Sta­ram się nie my­śleć o gło­dzie, cho­ciaż mam wra­że­nie, że le­d­wie trzy­mam się na no­gach. Robi mi się po­twor­nie go­rąco, ale mo­żli­we, że to wy­nik sko­ków pod sce­ną. Bar­dziej czu­ję, jak­bym sta­ła we­wnątrz gi­gan­tycz­nej, dusz­nej sau­ny, ubra­nie lepi mi się do cia­ła.

Po­wie­trze w hali wi­bru­je od dźwi­ęków i ener­gii tłu­mu. Pró­bu­ję sku­pić się na sce­nie, na Etha­nie, któ­ry wła­śnie zdzie­ra głos w re­fre­nie Spark. Sta­ram się mu wtó­ro­wać, jak przy wszyst­kich wcze­śniej­szych pio­sen­kach, ale za­czy­na się ze mną dziać coś dziw­ne­go. Nogi mam jak z waty, a ser­ce bije mi zde­cy­do­wa­nie za szyb­ko. Od­dy­cham płyt­ko, jak­bym na­gle za­po­mnia­ła, jak wła­ści­wie wy­pe­łnić płu­ca po­wie­trzem. W gło­wie za­czy­na mi się kręcić, świat przed ocza­mi fa­lu­je – świa­tła, twa­rze lu­dzi, ru­chy mu­zy­ków na sce­nie – wszyst­ko zle­wa się w je­den, nie­ostry ob­raz.

Ko­lej­ny raz prze­kli­nam sie­bie za zje­dze­nie dziś je­dy­nie śnia­da­nia i pró­bu­ję wzi­ąć głębo­ki od­dech. Nie po­ma­ga. Opusz­czam ręce, któ­ry­mi jesz­cze przed mo­men­tem wy­ma­chi­wa­łam, i kur­czo­wo za­ci­skam je na ba­rier­ce. Za­raz mi przej­dzie. Mu­szę się tyl­ko na mo­ment za­trzy­mać.

– Sal­ly, wszyst­ko gra?! – krzy­czy Ella obok i pa­trzy na mnie z tro­ską.

Chcę po­ki­wać gło­wą, od­po­wie­dzieć jej, że to nic, że za­raz będzie do­brze, ale głos grzęźnie mi w gar­dle. Uno­szę wzrok i ostat­nim, co do­strze­gam, jest Ethan, któ­ry wła­śnie sta­je na kra­wędzi sce­ny, a świa­tła od­bi­ja­ją się od jego blond wło­sów… i wte­dy wszyst­ko ga­śnie.

Otwie­ram po­wo­li oczy, jak­bym wła­śnie bu­dzi­ła się z ja­kie­goś głębo­kie­go snu. Rażą mnie ja­sne świa­tła. Ktoś coś mówi, ale nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć słów. Przez kil­ka se­kund po pro­stu leżę nie­ru­cho­mo, pró­bu­ję po­jąć, co się wy­da­rzy­ło. W ko­ńcu gło­sy sta­ją się wy­ra­źniej­sze.

– Już się bu­dzi – mówi ktoś, a za­raz po­tem w moim polu wi­dze­nia po­ja­wia się mężczy­zna w uni­for­mie me­dycz­nym. – Jak się czu­jesz? Od­dy­chaj spo­koj­nie. Ze­mdla­łaś – tłu­ma­czy, a do mnie za­czy­na do­cie­rać, gdzie je­stem.

Hala kon­cer­to­wa. Mu­zy­ka. Ethan. I tłum. Żo­łądek ści­ska mi się bo­le­śnie.

– Kon­cert… – mam­ro­czę, za­sko­czo­na sła­bo­ścią wła­sne­go gło­su. Usi­łu­ję dźwi­gnąć się na łok­ciach, ale me­dyk po­wstrzy­mu­je mnie, kła­dąc mi dłoń na ra­mie­niu.

– Spo­koj­nie, nie tak szyb­ko, bo za chwi­lę znów zro­bi ci się sła­bo. Za­raz prze­trans­por­tu­je­my cię na bok, że­byś mo­gła ode­tchnąć. – Za­nim do­cie­ra do mnie sens tych słów, sły­szę zna­jo­my głos do­cho­dzący gdzieś z boku.

– Czy wszyst­ko tam okej?

Ethan? Głos wo­ka­li­sty, wcze­śniej tak dźwi­ęcz­ny i pe­łen ener­gii, te­raz jest wy­ra­źnie na­pi­ęty.

– Zrób­cie tam tro­chę miej­sca – ape­lu­je do fa­nów i ja­ki­mś cu­dem wo­kół mnie robi się wi­ęcej prze­strze­ni.

Ala­na i Ella ku­ca­ją obok prze­ra­żo­ne.

Po­licz­ki mi pło­ną, mimo chłod­niej­sze­go po­wie­trza, któ­re wresz­cie mogę wci­ągnąć do płuc. Co ja naj­lep­sze­go na­ro­bi­łam? Ze­mdla­łam w tłu­mie, w sa­mym środ­ku kon­cer­tu Fire Wi­thin. Ethan prze­rwał wy­stęp. Prze­ze mnie.

– Hej, po­daj­cie dziew­czy­nie wodę. – W hali znów roz­le­ga się głos Col­lin­sa.

Po­now­nie pró­bu­ję dźwi­gnąć się na łok­ciach, a me­dyk nie pro­te­stu­je, więc mogę zer­k­nąć na sce­nę. Ethan Col­lins wła­śnie po­da­je jed­ne­mu z ochro­nia­rzy bu­tel­kę wody. Dla mnie.

– Za­ba­wa jest wa­żna, ale wa­sze zdro­wie jest wa­żniej­sze. Je­śli ktoś źle się czu­je, w rogu sali mamy me­dy­ków, śmia­ło mo­że­cie do nich pod­cho­dzić – kon­ty­nu­uje i zer­ka w moją stro­nę. Wła­śnie od­su­wam od ust bu­tel­kę po wzi­ęciu kil­ku spo­rych ły­ków wody. – Ko­le­żan­ko, je­śli jest ci le­piej, mru­gnij dwa razy… No do­bra, nie wiem, jak mia­łbym to zo­ba­czyć z tej od­le­gło­ści, ale wiesz, co mam na my­śli.

Przez tłum prze­ta­cza się sal­wa śmie­chu i krzy­ki apro­ba­ty. Przy­ja­ció­łki wci­ąż znaj­du­ją się obok mnie, tak jak me­dyk, któ­ry mówi coś o prze­jściu na bok, ale nie po­tra­fię ode­rwać wzro­ku od Etha­na sto­jące­go na skra­ju sce­ny i pa­trzące­go wprost na mnie.

– Za chwi­lę wró­ci­my do Spark. Za­gra­my tę pio­sen­kę od po­cząt­ku, je­śli nie ma­cie nic prze­ciw­ko. – Wi­dow­nia od­po­wia­da owa­cja­mi. – Ale naj­pierw mu­szę być pe­wien, że czu­jesz się na si­łach, żeby wstać. Dasz radę? – Ki­wam gło­wą i wsta­ję z po­mo­cą me­dy­ka oraz Elli. – Przy­szły­ście we trzy? – pyta jesz­cze, wska­zu­jąc na nas. Wszyst­kie zgod­nie ki­wa­my gło­wa­mi. – Pój­dzie­cie z wa­szą ko­le­żan­ką – za­rządza, a ra­tow­nik, wci­ąż trzy­ma­jąc mnie pod rękę, dru­gą wska­zu­je kie­ru­nek, w któ­rym mamy iść. – Do­bra, moi dro­dzy, damy dziew­czy­nie chwi­lę na od­dech, a my wra­ca­my do za­ba­wy. Pa­mi­ętaj­cie, że je­ste­śmy tu wszy­scy ra­zem, dbaj­cie o sie­bie i oso­by naj­bli­żej was, okej?

W tłu­mie roz­le­ga się wi­wat, a Ethan wra­ca do sta­ty­wu. Nim świa­tła nad wi­dow­nią ga­sną, a re­flek­to­ry po­now­nie oświe­tla­ją sce­nę, wi­dzę, że wo­ka­li­sta jesz­cze raz zer­ka w moją stro­nę.

Po­zwa­lam się od­pro­wa­dzić na bok, gdzie nie ma tylu lu­dzi. Kro­ki sta­wiam ostro­żnie, wci­ąż mam wra­że­nie, że podło­ga fa­lu­je de­li­kat­nie pod mo­imi no­ga­mi. Ella i Ala­na idą tuż obok, go­to­we mnie pod­trzy­mać, gdy­by zno­wu za­kręci­ło mi się w gło­wie. Po pra­wej stro­nie od sce­ny otwie­ra­ją się drzwi, któ­re praw­do­po­dob­nie pro­wa­dzą za ku­li­sy, a zza nich wy­ła­nia się ochro­niarz. W jed­nej ręce trzy­ma krze­sło i pod­cho­dzi z nim do nas. Ra­tow­nik wska­zu­je, że­bym usia­dła, przy­no­si mi ko­lej­ną bu­tel­kę wody i mie­rzy ci­śnie­nie. Jest ni­ższe niż nor­mal­nie, ale ra­czej nie ma w tym nic dziw­ne­go, sko­ro jesz­cze przed chwi­lą le­ża­łam nie­przy­tom­na na zie­mi.

– Jak się te­raz czu­jesz? – pyta mężczy­zna.

– Tro­chę boli mnie gło­wa, no i je­stem głod­na, ale poza tym nic mi nie jest.

– Po­ra­dzi­cie so­bie tu­taj?

– Ja­sne, dzi­ęku­je­my – od­po­wia­da mu Ala­na i ra­tow­nik wra­ca na swo­je do­tych­cza­so­we miej­sce w rogu sali.

Sie­dzę na tym cho­ler­nym krze­śle wci­ąż tro­chę oszo­ło­mio­na tym, co się wy­da­rzy­ło. Mu­zy­ka dud­ni tak jak wcze­śniej, za to tłum zda­je się krzy­czeć jesz­cze gło­śniej. Ella i Ala­na sto­ją nade mną jak stra­żnicz­ki, ka­żda przy­jęła wła­sną tak­ty­kę trosz­cze­nia się o mnie.

– Sal­ly, tyl­ko się nie ru­szaj – po­ucza mnie Ella.

– Ja­dłaś dziś tyl­ko śnia­da­nie – rzu­ca Ala­na oska­rży­ciel­sko i krzy­żu­je ręce na pier­siach.

– Jak wy za­trzy­ma­ły­ście się w McDo­nal­dzie, wal­czy­łam z bó­lem brzu­cha i nud­no­ścia­mi, je­dze­nie było ostat­nią rze­czą, o ja­kiej my­śla­łam, a po­tem nie zdąży­łam nic ku­pić – bro­nię się i bio­rę kil­ka ko­lej­nych ły­ków wody. Choć jest cie­pła, po­ma­ga. Gar­dło prze­sta­je być su­che, a świat już nie wi­ru­je mi przed ocza­mi.

Ob­ser­wu­ję z boku, jak tłum ta­ńczy, śpie­wa i sza­le­je do dźwi­ęków Spark. Cho­ciaż sie­dzę na ubo­czu, wci­ąż do­sko­na­le wi­dzę sce­nę. Sku­piam wzrok na Etha­nie, któ­ry wła­śnie z od­da­niem wy­gry­wa swo­je gi­ta­ro­we solo, i nie po­tra­fię po­wstrzy­mać uśmie­chu. Czu­ję mie­szan­kę wdzi­ęcz­no­ści i ulgi. Wdzi­ęcz­no­ść, bo Col­lins za­re­ago­wał z taką tro­ską, kie­dy ze­mdla­łam – nie mu­siał tego ro­bić, a jed­nak za­trzy­mał kon­cert, żeby się upew­nić, że wszyst­ko ze mną w po­rząd­ku. Ulgę, bo mimo że sy­tu­acja była za­wsty­dza­jąca, nikt nie wy­da­wał się zde­ner­wo­wa­ny czy zi­ry­to­wa­ny, a wo­ka­li­sta roz­ła­do­wał na­pi­ęcie swo­im hu­mo­rem. W mo­jej gło­wie po­ja­wia się jesz­cze jed­na, drob­na myśl: Cała ta sy­tu­acja spra­wi­ła, że Ethan wy­da­je się bar­dziej re­al­ny i ludz­ki. Nie jak gwiaz­da na pie­de­sta­le, ale ktoś, kto szcze­rze dba o swo­ich fa­nów. To dziw­ne, jak coś ta­kie­go może spra­wić, że za­czy­nasz czuć się tro­chę mniej jak ano­ni­mo­wa oso­ba w tłu­mie.

Kil­ka­krot­nie pró­bu­ję prze­ko­nać przy­ja­ció­łki, że czu­ję się już zu­pe­łnie do­brze, ale one nie dają za wy­gra­ną i nie po­zwa­la­ją mi wstać aż do za­ko­ńcze­nia kon­cer­tu. Kie­dy jed­nak roz­brzmie­wa­ją ostat­nie tak­ty Wo­unds You Can’t See, pod­no­szę się z krze­sła, by ra­zem ze wszyst­ki­mi na­gro­dzić ze­spół bra­wa­mi. A po­tem z en­tu­zja­zmem przy­łączam się do skan­do­wa­nia ich na­zwy, gdy scho­dzą ze sce­ny.

– FIRE WITH-IN! FIRE WITH-IN! – krzy­czy wi­dow­nia, co przy­no­si za­mie­rzo­ny efekt, bo Ethan wra­ca na sce­nę i uśmie­cha się sze­ro­ko, sta­jąc przed mi­kro­fo­nem.

– Je­ste­ście nie­sa­mo­wi­ci! Pa­no­wie, wra­caj­cie tu­taj! – na­wo­łu­je po­zo­sta­łych. – Lon­dyn nie chce nas pu­ścić tak ła­two. Za­nim za­gra­my bis, mu­szę się upew­nić, że moja nowa zna­jo­ma w kącie hali da­lej ma się do­brze. Ko­le­żan­ko, trzy­masz się tam? – Zwra­ca syl­wet­kę w moją stro­nę i zda­je się, że mru­ży oczy, by do­strzec co­kol­wiek, co dzie­je się na wi­dow­ni.

Gdy do­cie­ra do mnie sens jego słów, czu­ję, jak po­licz­ki za­czy­na­ją mi pło­nąć. Lu­dzie sto­jący naj­bli­żej nas od­wra­ca­ją się, szu­ka­jąc no­wej zna­jo­mej Etha­na. Ella ze śmie­chem trąca mnie ra­mie­niem.

– Po­ma­chaj mu czy coś.

Nie­pew­nie uno­szę rękę, a Ethan kła­nia się te­atral­nie, po czym ma­cha w od­po­wie­dzi.

– Do­brze wi­dzieć cię sto­jącą o wła­snych si­łach. – Uśmie­cha się. – A te­raz wra­ca­my do mu­zy­ki.

Po dwóch ko­lej­nych pio­sen­kach człon­ko­wie ze­spo­łu znów się że­gna­ją, tym ra­zem na do­bre, i scho­dzą ze sce­ny. Tłum po­wo­li za­czy­na się roz­cho­dzić. Też ru­szam w kie­run­ku wy­jścia, ale przy­ja­ció­łki po­wstrzy­mu­ją mnie ar­gu­men­tem, że le­piej jesz­cze chwi­lę po­cze­kać i nie pchać się w naj­wi­ęk­sze za­mie­sza­nie przy szat­ni. Dwie na jed­ną – nie mam szans, więc po­zwa­lam so­bie opa­ść na krze­sło.

Wi­ęk­szo­ść lu­dzi opu­ści­ła już salę, tech­ni­cy uwi­ja­ją się na sce­nie przy zbie­ra­niu sprzętu. Drzwi tuż obok nas otwie­ra­ją się i do­strze­gam w nich gło­wę Etha­na. Mru­gam kil­ka­krot­nie, bo przez chwi­lę wy­da­je mi się, że znów mi się po­gor­szy­ło i umy­sł pła­ta mi fi­gle, pod­su­wa­jąc ob­ra­zy, któ­rych nie ma, ale on na­praw­dę tam stoi. Omia­ta prze­strzeń wzro­kiem i do­pie­ro gdy jest pe­wien, że fani znaj­du­ją się już tyl­ko przy drzwiach i wszy­scy ty­łem do sce­ny, wy­cho­dzi z za­ple­cza i pod­cho­dzi do mnie.

Ko­szu­la, któ­rą miał na kon­cer­cie, te­raz lek­ko przy­le­ga do jego wil­got­nej od potu skó­ry, ręka­wy pod­wi­nął do łok­ci, od­sła­nia­jąc na­pi­ęte przed­ra­mio­na. Wło­sy, wcze­śniej swo­bod­nie opa­da­jące na twarz, są te­raz lu­źno zwi­ąza­ne na kar­ku, a kil­ka nie­sfor­nych ko­smy­ków wy­śli­zgu­je się z nie­dba­łe­go upi­ęcia. W jed­nej dło­ni trzy­ma ręcz­nik, któ­rym prze­cie­ra czo­ło, po czym prze­wie­sza go przez ra­mię. Wy­gląda na zmęczo­ne­go, ale w jego oczach wci­ąż tli się ten ogień, ta sa­tys­fak­cja i czy­sta ra­do­ść, jak­by całe jego cia­ło na­dal żyło mu­zy­ką, któ­rą przed chwi­lą grał.

– Jest i na­sza bo­ha­ter­ka wie­czo­ru – mówi, uśmie­cha­jąc się do mnie.

Ella i Ala­na na­tych­miast ro­bią kil­ka kro­ków w tył, a ja czu­ję, jak spa­da na mnie pe­łna uwa­ga mu­zy­ka. I to jest mo­ment, w któ­rym mój mózg po­sta­na­wia ca­łko­wi­cie się wy­łączyć. Chcę wstać, po­wie­dzieć co­kol­wiek, ale Col­lins po­wstrzy­mu­je mnie ru­chem ręki i, jak­by sam gest nie wy­star­czył, do­da­je ła­god­nie:

– Nie wsta­waj.

A po­tem po pro­stu kuca obok mnie. Ethan Col­lins kuca le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów ode mnie, pa­trzy na mnie tymi swo­imi ja­sny­mi ocza­mi i spra­wia, że moje ser­ce sza­le­je.

Czu­ję, jak robi mi się go­rąco. Nie wiem, czy to przez wci­ąż bu­zu­jącą we mnie ad­re­na­li­nę, czy przez fakt, że Ethan wła­śnie do mnie mówi. I to nie w ra­mach in­te­rak­cji z pu­blicz­no­ścią pod sce­ną. Mówi do mnie.

– Jak się czu­jesz?

W tej chwi­li? Jak­bym za chwi­lę znów mia­ła ze­mdleć.

– Zde­cy­do­wa­nie le­piej. Prze­pra­szam za za­mie­sza­nie – od­po­wia­dam tro­chę za­kło­po­ta­na, a tro­chę onie­śmie­lo­na obec­no­ścią Etha­na, któ­ry na­dal przede mną kuca. Przed­ra­mio­na opie­ra na udach, a je­den z pie­rścion­ków na jego dło­ni od­bi­ja świa­tło, przy­ci­ąga­jąc moją uwa­gę. Kie­dy Col­lins uno­si lek­ko brew i prze­chy­la gło­wę, orien­tu­ję się, że się na nie­go ga­pię.

– Mogę so­bie wma­wiać, że to mój urok po­wa­lił cię na zie­mię? – pyta, uda­jąc po­wa­gę, a ja par­skam śmie­chem.

– Je­śli to po­łech­ta two­je ego, to śmia­ło, wma­wiaj so­bie – mó­wię, ma­cha­jąc ręką lek­ce­wa­żąco, choć w środ­ku umie­ram z wra­że­nia, że wła­śnie prze­ko­ma­rzam się z Etha­nem Col­lin­sem. Kącik jego ust drga, a po­tem prze­cho­dzi w pe­łen roz­ba­wie­nia uśmiech.

– Dla cie­bie uda­wa­łem przed tłu­mem, że do­sko­na­le wiem, jak wy­gląda mru­gni­ęcie z od­le­gło­ści ja­ki­chś dzie­si­ęciu me­trów, kie­dy lam­pa świe­ci­ła mi pro­sto w oczy. – Po­chy­la się nie­co. – Po­trze­bu­ję cze­goś, co zre­kom­pen­su­je mi świa­do­mo­ść, jak ża­ło­sny by­łem, wy­po­wia­da­jąc tę uwa­gę.

– Więc mamy układ – od­po­wia­dam, sta­ra­jąc się przy­jąć ten sam swo­bod­ny ton. – Mogę so­bie wma­wiać, że to tro­ska o moje zdro­wie spra­wi­ła, że za­cząłeś ga­dać głu­po­ty?

Jego spoj­rze­nie na se­kun­dę ła­god­nie­je, ale za­raz po­tem pa­da­ją sło­wa, któ­re zu­pe­łnie zbi­ja­ją mnie z tro­pu:

– Tego aku­rat nie mu­sisz so­bie wma­wiać, tak było.

Nie od­po­wia­dam, za to mój or­ga­nizm już tak. Ser­ce mi przy­spie­sza, po­licz­ki ro­bią się czer­wo­ne, dło­nie za­czy­na­ją się po­cić. Prze­ły­kam śli­nę ner­wo­wo i spusz­czam wzrok gdzieś w oko­li­ce swo­ich nóg, byle tyl­ko nie pa­trzeć na twarz Etha­na, któ­ra te­raz jest ca­łkiem po­wa­żna.

– Ale tak se­rio: już wszyst­ko gra? Żad­nych za­wro­tów gło­wy, żad­nych ude­rzeń go­rąca? Bo je­śli zno­wu za­mie­rzasz ze­mdleć, to chy­ba mu­szę przy­po­mnieć so­bie, jak udzie­lać pierw­szej po­mo­cy.

Je­śli jesz­cze co­kol­wiek jest ze mną nie tak, to tyl­ko z jego winy. Cho­le­ra.

– Jest okej, na­praw­dę. Mu­szę tyl­ko coś zje­ść – za­pew­niam z uśmie­chem. A przy­naj­mniej mam na­dzie­ję, że uda­ło mi się przy­wo­łać coś na kszta­łt uśmie­chu.

– W ta­kim ra­zie… – Ethan prze­su­wa wzro­kiem w dół i do­strze­ga wi­sio­rek na mo­jej szyi. Oczy roz­sze­rza­ją mu się lek­ko, a spoj­rze­nie ema­nu­je pew­nym ro­dza­jem cie­pła. – To na­szyj­nik z na­sze­go mer­chu, praw­da? Sprzed kil­ku lat?

Ki­wam gło­wą, a on uśmie­cha się sze­ro­ko.

– Faj­nie wie­dzieć, że ktoś pa­mi­ęta te sta­re cza­sy. – Wska­zu­je lek­ko gło­wą na na­szyj­nik. – Fakt, że go no­sisz, mówi mi wszyst­ko, co mu­szę wie­dzieć. Praw­dzi­wa z cie­bie iskier­ka, co? – do­py­tu­je za­czep­nie i pusz­cza mi oko.

Nie je­stem pew­na, czy bar­dziej się ru­mie­nię, czy tra­cę zdol­no­ść my­śle­nia. Ethan Col­lins, ten Ethan Col­lins wła­śnie na­zwał mnie iskier­ką i pu­ścił mi oko, jak­by to było coś ca­łkiem nor­mal­ne­go.

– Swo­ją dro­gą, świet­ne wło­sy – do­da­je i kiwa gło­wą z uzna­niem.

To już zde­cy­do­wa­nie za dużo dla mo­je­go bied­ne­go ser­ca. Za chwi­lę na­praw­dę będą mu­sie­li mnie zbie­rać z podło­gi. Po raz ko­lej­ny…

– Dzi­ęki – uda­je mi się wy­krztu­sić. Nie je­stem pew­na, czy w ogó­le po­wie­dzia­łam to na głos, ale naj­wi­docz­niej tak, bo Ethan po­sy­ła mi sze­ro­ki uśmiech.

– Mu­szę le­cieć, je­śli nie chcę, żeby za­częli mnie szu­kać – mówi, wsta­jąc, i po­ru­sza gło­wą, żeby roz­lu­źnić kark. – Mi­łe­go wie­czo­ru. I na­praw­dę coś zjedz, okej?

– Ja­sne – od­po­wia­dam au­to­ma­tycz­nie, za­nim mój mózg zdąży prze­two­rzyć całą sy­tu­ację.

Ethan mru­ga jesz­cze raz, a po­tem ma­cha do dziew­czyn, od­wra­ca się i zni­ka za ku­li­sa­mi, zo­sta­wia­jąc mnie w kom­plet­nym oszo­ło­mie­niu. Gdy tyl­ko za­my­ka­ją się za nim drzwi, przy­ja­ció­łki do­ska­ku­ją do mnie, wy­da­jąc przy tym bli­żej nie­okre­ślo­ne dźwi­ęki – coś po­mi­ędzy pi­skiem pe­łnym eks­cy­ta­cji a chi­cho­tem.

– Co tu się wła­śnie wy­da­rzy­ło?! – Ella w ko­ńcu nie wy­trzy­mu­je i wy­bu­cha śmie­chem. – Czy Ethan Col­lins wła­śnie cię pod­ry­wał?

– Nie wiem, co to było, ale… – Spo­glądam w stro­nę ku­lis, gdzie znik­nął, i pró­bu­ję zna­le­źć sło­wa na opi­sa­nie emo­cji, któ­re te­raz mną tar­ga­ją. Eks­cy­ta­cja, za­kło­po­ta­nie, nie­do­wie­rza­nie… Wszyst­ko na­raz. – Ale chy­ba po­trze­bu­ję chwi­li, żeby to prze­tra­wić.

– Na­zwał cię iskier­ką! I skom­ple­men­to­wał two­je wło­sy! – Na­wet Ala­nie udzie­la się na­sza eks­cy­ta­cja.

– Och, za­mknij­cie się obie – bur­czę, ale śmiech, któ­ry wy­bu­cha mi z gar­dła, zdra­dza, że wca­le nie je­stem zła. – Cho­dźmy coś zje­ść. – Wresz­cie pod­no­szę się z krze­sła i ru­szam do wy­jścia z hali.

Gdzieś w po­ło­wie dro­gi zer­kam przez ra­mię na za­mkni­ęte drzwi obok sce­ny i na mo­ich ustach, zu­pe­łnie nie­za­le­żnie od mo­jej woli, po­ja­wia się sze­ro­ki uśmiech.

Przez resz­tę wie­czo­ru nie mogę prze­stać my­śleć o tym, że Ethan Col­lins po­świ­ęcił swój czas, by się upew­nić, że wszyst­ko ze mną w po­rząd­ku – i zro­bił to w spo­sób, któ­ry spra­wił, że czu­łam się jak naj­wa­żniej­sza oso­ba na świe­cie. Na­wet w naj­od­wa­żniej­szych ma­rze­niach nie by­ła­bym w sta­nie prze­wi­dzieć ta­kie­go prze­bie­gu kon­cer­to­we­go wie­czo­ru. Przy­pad­ko­we za­uwa­że­nie mnie w tłu­mie pod­czas wy­stępu, chwi­lo­wy kon­takt wzro­ko­wy, może ja­kiś uśmiech, o któ­rym my­śla­ła­bym, że jest prze­zna­czo­ny tyl­ko dla mnie… ale to? To znacz­nie wy­kra­cza poza moje wi­zje.

Przypisy

* Ze­sta­wie­nie Bil­l­bo­ard 200 – co­ty­go­dnio­we ze­sta­wie­nie dwu­stu naj­po­pu­lar­niej­szych al­bu­mów mu­zycz­nych i mi­nial­bu­mów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Pu­bli­ko­wa­ne przez ma­ga­zyn „Bil­l­bo­ard”, ba­zu­je na łącz­nej sprze­da­ży fi­zycz­nej i cy­fro­wej płyt oraz na wy­ni­kach stre­amin­gu.

Co­py­ri­ght © for the text by Mag­da­le­na Hru­szo­wiec

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Ilu­stra­cje i pro­jekt okład­ki:

Ga­brie­la Wasz­czuk

Opra­wa gra­ficz­na:

Ka­mi­la Po­la­ńska

Skład, ła­ma­nie i przygotowanie ebooka:

Mi­chał Bog­da­ński

Druk i opra­wa:

Opol­graf SA

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-62-1