Cienie nad Zefyrionem - Sylwia Zapaśnik - ebook
NOWOŚĆ

Cienie nad Zefyrionem ebook

Sylwia Zapaśnik

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ludzie od pokoleń nienawidzą demonów, które po przegranej wojnie zostały przepędzone za góry. Choć minęły dziesięciolecia, dawne krzywdy wciąż nie zostały zapomniane.

Nad bezpieczeństwem Zefyrionu czuwają Kapłani zasilający bariery ochronne nad dziewięćdziesięcioma pięcioma Kopułami-miastami. Najpotężniejsi z nich trafiają do elitarnej kasty Likwidatorów – bezlitosnych łowców demonów.

W samym centrum narastającego konfliktu znalazła się Adianna, półdemon wychowany wśród ludzi. Gdy niespodziewana śmierć jednego z Likwidatorów burzy kruche status quo, dziewczyna odkrywa, że w Zefyrionie nie ma dla niej miejsca. Ścigana przez Lożę Kapłanów i potężnego demona imieniem Calisto zostaje wciągnięta w intrygę, która może rozpalić wojnę na całym kontynencie.

Czasem największym zagrożeniem nie jest wróg, tylko my sami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 443

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Cienie nad Zefyrionem

© Sylwia Zapaśnik

© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…

All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.

Pod redakcją: D. B. Foryś

Redakcja: Maria Kiczka-Nowaczyk

Korekta: Monika Malita-Bekier

Projekt okładki: Angelika Karaś

Skład: D. B. Foryś

Elementy graficzne: pixabay.com, pexels.com, unsplash.com, freepik.com

ISBN: 978-83-68695-38-0

ISBN E-BOOK: 978-83-68695-39-7

Wydanie pierwsze

Wojkowice 2026

Wydawnictwo Nie powiem

E-mail: [email protected]

Telefon: 518833244

Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice

www.niepowiem.com.pl

ROZDZIAŁ I

Kopuła

Konfrontacja była nieunikniona. Przycisnęłam plecy do skał i nasłuchiwałam. Koniec końców musi popełnić błąd. Stanąć na gałązkę, która złamie się z trzaskiem, lub zaalarmować ptaki. Wystarczy jeden niepasujący do leśnej melodii szelest czy niesforne ziarenko piasku sunące w dół zbocza. Zadowolę się czymkolwiek!

Korębowy kij stabilnie leżał w dłoni. Ćwiczyłam to setki razy. Lekkim krokiem obrałam kierunek na sektor porośnięty paprociami. W lasach Kopuły Gryf nawigowało się łatwo. Krajobraz pozbawiony był elementu losowości. Przestrzeń od bramy zachodniej obsadzono regularnie roślinami trującymi, pnączami oraz drzewami o mięsistych koronach, które pochłaniały większość światła i ciepła. Wystarczyło znać cztery najbliższe sektory, by zaplanować skuteczny bój. Ten przeciwnik znał je wszystkie.

Na nic zdała się zmiana pozycji. Gdy niebo zasnuła wieczorna szarość, a chłód bez przeszkód wdarł się pod płócienną szatę, straciłam cierpliwość. Wczołgałam się między paprocie, przeklinając w myślach swoje położenie. Chcąc nie chcąc, łodygi kołysały się lekko pod naporem ciała. Na szczęście mgła skryła ten ruch na tyle, bym mogła dyskretnie dotrzeć do sektora Archentów. Kapłani twierdzą, że w jesienne wieczory można dostrzec ich oddechy. Jak to zwykle bywa w legendach, doświadczyć cudu mogą tylko wybrańcy. Typowa historyjka dla dzieci, zbywana przez wędrownego bajarza za kilka zyntarów. Drzewo to drzewo. Nie gada i nie oddycha. Ma swoją pasywną energię i tyle.

Przemierzałam chrupiący podszyt, stąpając wyłącznie po omszałych enklawach. Strategia drzewo-nasłuchiwanie-drzewo przyniosła w końcu oczekiwany rezultat. Na oko dziesięć susów dalej, z leciwego pnia uniósł się biały opar.

– Mam cię… – wyszeptałam i zagryzłam wargę.

Zbadałam teren z dystansu. Był tam.

Poła ciemnej szaty zniknęła za grubym konarem. Nie ma na co czekać. Adrenalina wzięła górę.

Niekontrolowany okrzyk wojenny wyrwał się z mojego gardła. Trzasnęłam kijem na oślep, zanim zupełnie obnażyłam swą obecność. Nic z tego.

Spadł z nieba tuż za mną i od razu wymierzył cios. Prosty atak drewnianym kosturem był tak mocny, że ledwo zdołałam utrzymać blokadę.

Kij pękł z trzaskiem na dwoje.

Przeciwnik nie zwlekał. Serią ukośnych cięć próbował obić mi boki. Musiałam improwizować. Wytrzymałam grad ciosów, wykonując akrobatyczne uniki i podskoki. Zostałam porządnie poobijana, ale adrenalina skutecznie niwelowała te drobne niedogodności. Skrzyżowałam połamane kawałki drewna, wyczekując na morderczy atak z powietrza. Kostur werżnął się między drwa i zawisł tuż nad głową, sypiąc drzazgami. Spojrzałam przeciwnikowi w twarz. Posępna mina stanowiła o nieprzyjaznych zamiarach, a pot perlił się na pomarszczonym czole. Kilka minut intensywnej walki oznaczało dla takiego staruszka nie lada wysiłek. Jak mawiają, wszystko, co żyje, kiedyś się zmęczy. W tym powiedzeniu upatrywałam szansy.

Przeciwnik przerwał impas, spychając mnie w tył. Następnie dźgnął kosturem niczym szpadą. Z gracją prześliznęłam się bokiem. Z rozpędu wypuściłam złamany kij, który trafił agresora prosto w zęby. Rozbryzg krwi z pokiereszowanej szczęki upstrzył nie tylko okoliczne paprocie, ale i moje policzki. Przeciwnik chwycił się za twarz. Taki błąd wymagał natychmiastowej reakcji. Wyrwałam kostur z jego dłoni i zaczęłam swój taniec. Pierwszy cios oparł się o nieosłonięte żebra. Próbował jeszcze manewrować rękami w nadziei na odzyskanie kontroli, ale nie ze mną te numery. Gdy solidnie obity cofnął się o krok, zakręciłam bronią w powietrzu. Trzepnięcie w łeb posłało wojownika do parteru. Seria niezrozumiałych wokaliz rozeszła się echem w ciemnym lesie. Przełknęłam ślinę, by zwilżyć wysuszone gardło przed ostatecznym ciosem.

Wtedy padło hasło.

– Mardagonia! – krzyknął pokonany i splunął krwią.

– Ha, wygrałam! Znowu cię pokonałam, staruszku!

– Jesteś znakomitą wojowniczką, Adianno. Z pewnością zdasz egzamin z wychowania bojowego. Musisz jednak wytrwale pracować nad emocjami. Niecierpliwość i rozkojarzony umysł zwodzą cię w walce – podkreślił. – Gdyby mój kostur był toporem, sytuacja mogłaby zakończyć się dużo szybciej i bardziej krwawo.

– Będę nad sobą pracować, by sprostać twoim oczekiwaniom, mistrzu Eustry – odparłam z ledwo skrywaną radością. – No i… przepraszam za ząb. To nie było celowe.

– Gdybym cię nie znał, być może dałbym wiarę – podsumował, badając palcem dziurę po trzonowcu. – Ruszajmy już. Muszę zajść do medyka, a wkrótce spotkanie Rady Kapłanów. Nie mogę kolejny raz się spóźnić.

W drodze powrotnej chętnie wspominaliśmy dawne czasy. Kapłan Eustry trenował mnie, odkąd tylko potrafiłam utrzymać kij. Pomimo słusznego wieku, który zdradzała jego siwizna, nadal prezentował doskonałą formę fizyczną. Darzyłam go szczególną sympatią, ponieważ ukrywał moje niepoważne wybryki, za które każdy inny kapłan ukarałby mnie batami, pracami w szwalni lub, co gorsza, w ogrodach.

Pewnego razu przyłapał mnie w kuchni świątynnej na dosypywaniu ziela sierpowego do herbatki, którą mieli zostać poczęstowani kapłani z Kopuły Zachodniej, wizytujący nasze miasto. Ten pospolity chwast to znane lekarstwo na wszelkie dolegliwości brzuszne. W odpowiednio dobranych dawkach łagodnie likwiduje niemożność oddania matce naturze obrzydliwych wytworów ludzkich trzewi, przynosząc upragnioną ulgę. Wydarzenia, które nastąpiły potem, nauczyły mnie, że garść jest dalece niepoprawną miarą leczniczą tej rośliny. Wizytacja kapłanów przedłużyła się o siedem długich dni, wypełnionych jękami i odgłosami cierpienia dochodzącymi ze świątynnych latryn. Arch Flarius, naczelny kapłan Kopuły Gryf, jeszcze długo tłumaczył się z tej sytuacji w stolicy, pomimo że i on padł wtedy ofiarą niezidentyfikowanego żartownisia.

Innym razem kapłan Eustry natknął się na mnie w zagrodzie koźlaków. Łagodne, rogate i ufne stworzenia. Zapotrzebowanie na ich mięso rośnie nieustannie, odkąd pamiętam. Decyzją Arcykapłana każda Kopuła ma obowiązek posiadać własną zagrodę i pomnażać stado. Co trzecia sztuka zabierana jest do stolicy, by finalnie znaleźć się na stole w Najwyższej Świątyni. Naturalnie taki stan rzeczy sprawił, że między Kopułami pojawiła się maleńka iskierka rywalizacji. Każdy Arch pragnął zapewnić Loży najsmaczniejszą koźlinę i najpiękniejsze zwierzęta. Na początku obywało się bez absurdów. Dbano o to, co jedzą zwierzęta przeznaczone na eksport. Natura robiła resztę. Z biegiem czasu wyścig hodowców o względy stolicy nabrał tempa. Zatrudniano śpiewaków do umilania zwierzętom czasu, a w niektórych Kopułach kąpano je w perfumowanych mydlinach i czesano. Ważna była częstotliwość wysyłania koźlaków. Kopuła dostarczająca więcej i częściej od innych była nagradzana dodatkowymi dniami wolnymi oraz organizacją hucznych festiwali dla mieszkańców. Co ważniejsze, taka Kopuła otrzymywała również pierwszeństwo w wystawianiu kandydatów na nowych kapłanów. To już była gratyfikacja, wobec której trudno przejść obojętnie.

Pewien młody alchemik, pod naciskiem kapłanów, opracował sposób na zachęcenie koźlaków do częstszego spółkowania. Stworzył sztuczny feromon i rozlał go wśród zwierząt. Efekty okazały się spektakularne. Zadziałało tak dobrze, że inne Kopuły dostały za zadanie wykraść recepturę albo przyprowadzić alchemika i zmusić go siłą do jego wytworzenia. Cena nie ma znaczenia, gdy można ugrać jeszcze więcej.

Tu, w Kopule Gryf, również pomnażamy swoje stadko. Swego czasu namiętnie obserwowałam poczynania hodowców. Jeden z nich, imieniem Andelus, pracował z pasją, a moje zainteresowanie hodowlą wyraźnie sprawiało mu radość. Zyskiwał wszak wiernego słuchacza. Uwielbiał opowiadać o zwierzętach i pokazywał tajniki swojej pracy. Ten jeden, jedyny raz pokazał za dużo. Zaprowadził mnie do magazynu, w którym trzymano zapas słynnego feromonu. Moje oczy rozbłysły. Przychodziłam na teren hodowli tak długo, aż dowiedziałam się, gdzie Andelus trzyma klucz od składu. Pewnej nocy zakradłam się tam i zabrałam cały słoik substancji. Rozlałam zawartość w kluczowych miejscach ogrodów świątynnych przy jeziorze, w sadzie gruszanym i w części, gdzie lubił odpoczywać najwyższy kapłan, Arch Flarius. Wkrótce potem zwierzęta stały się niespokojne, co upewniło mnie, że feromon działa.

Otworzyłam wszystkie zagrody.

Zwierzęta tłumnie ruszyły do ogrodów, becząc wniebogłosy. Kapłanów zbudził nie świt, a całkiem zabawna orgia. Przez resztę nocy i cały poranek siłą zaciągano rogacze do zagród. Część zwierząt wieziono na wozach, ponieważ z wyczerpania igraszkami nie były w stanie iść. Te, które miały jeszcze siłę, korzystały z najdrobniejszej nieuwagi hodowców, by wrócić do ogrodów po więcej. To chyba mój najlepszy wybryk. Uszedł mi na sucho wyłącznie dzięki wyrozumiałości Kapłana Eustrego.

Wyszłam z domu, gdy na niebie rozlała się świeża fala energuum. Poranny rytuał zasilający barierę został ukończony. Wyzuci z sił kapłani będą regenerowali utraconą moc, śpiąc do południa twardym snem. Czas ruszać.

Ścieżka z szarego kamienia zakręcała za jeziorem, a bieg kończyła przy poletkach uprawnych. Zwykle nikt tędy nie chadza. Lubiłam, gdy zapachy ziół mieszały się w nosie, a świeżość miętnika uderzała do głowy. Przyspieszyłam kroku. Jeszcze tylko część mieszkalna i będę na miejscu. Z niepokojem spojrzałam na dłonie i mocniej naciągnęłam rękawy. Wuj zadbał o dyskrecję, mimo to, mijając murowane chaty, oglądałam się za siebie. Nikt nie może poznać prawdy o mojej naturze. Jako wychowanka samego Archa Kopuły Gryf, nie mogę pozwolić sobie na tak kosztowny błąd.

Stanęłam przed Świątynią Główną – najbardziej niezwykłą budowlą, jaką widział Zefyrion, i jedną z pierwszych świątyń na całym kontynencie. Na myśl przywodziła gigantyczną termitierę. Wysoki, osmalony komin bez końca wyrzucał w niebo nieobliczalny strumień energuum. To niezwykłe, że moc, ukierunkowana intencją Archa, otacza miasto bezpieczną barierą.

Ciężkie wrota ruszyły ze skrzypieniem. Podmuch gęstego, wilgotnego powietrza zerwał kaptur z mojej głowy.

– Wejdź do środka – powiedział niski głos.

We wnętrzu dominowała surowa prostota. Podłogi i ściany stanowiły litą masę, zupełnie jakby wylano je z formy. Jedynym źródłem światła był wyrzut mocy. W punkcie centralnym świątyni stały trzy czarne menhiry, nazywane przez kapłanów mineralitami. Po okręgu ustawiono rzeźbione, kamienne fotele z odbiornikami energuum. To właśnie one przerażały mnie najbardziej.

Arch Flarius bezszelestnie wyłonił się z cienia. Jego dojrzała, kamienna twarz i nienaganna postura z miejsca budziły respekt. Ciemnozielona szata, z wyszytym symbolem miasta – gryfem dzierżącym włócznię, jasno wskazywała jego wysoką pozycję.

– Witaj, Adianno – rzekł chłodno. – Na wstępie winszuję zwycięstwa. Eustry skutecznie obrzydzał zgromadzeniu wieczorny posiłek, demonstrując dziurę po wybitym zębie.

– Cieszę się, wujku, że mogę dostarczać kapłanom powodów do radości w tych trudnych okolicznościach – odparłam, lekko się kłaniając.

– Żywię nadzieję, że ten nagły przypływ siły nie był wynikiem twojej choroby.

– Zdecydowanie nie. Mam nad sobą pełną kontrolę, choć, zdaje się, że najwyższy czas na… – wysunęłam dłonie spod opończy.

Arch Flarius posmutniał. Długie szpony najwyraźniej nie były tym, co spodziewał się ujrzeć. Westchnął i pospiesznie naciągnął moje rękawy.

– Nie trap się. Nasza sytuacja jest dynamiczna i niejasna, lecz niebeznadziejna. Jeśli pozostaniesz zdyscyplinowana, nic złego się nie wydarzy. Dyscyplina jest bowiem…

– …naszym sprzymierzeńcem – dokończyłam, przewracając oczami.

– W rzeczy samej, moje dziecko. Bierzmy się do pracy. Nie unikniemy tego, co nieuniknione. Zajmij miejsce w fotelu. Sprawdzę, czy na pewno żadne ciekawskie oczy za tobą nie podążały.

Przed każdym rytuałem dziękuję Świętej Kopule, że to właśnie do Archa Flariusa przywiodła mnie matka.

Zajęłam miejsce na ponurym, kamiennym tronie. Gorąc bijący od pracujących obok menhirów zlewał mnie potem, choć równie dobrze mógł to być efekt stresu. Arch, upewniwszy się, że nikt nie czyha na naszą zgubę, zacisnął skórzane pasy na moich rękach i kostkach. Następnie przystawił do moich ust mały dzbanuszek.

– Pij powoli – nakazał.

Paskudnie cierpki płyn spłynął przełykiem w dół, aż do żołądka. Oddech później moim ciałem szarpnął skurcz. Skórzane pasy napięły się do granic możliwości. Czułam, jak krew gwałtownie przyspiesza. Pęd ten boleśnie rozpychał każde najmniejsze naczynko i żyłkę w moim ciele. Krzyczałam, ale któż by zniósł godnie taką torturę?

W końcu menhirowe macki rozdarły moje aurum. Wpełzły przez usta i bezwzględnie wyrywały moc z mojego naczynia. Nie mogłam oddychać. Ten moment zapamiętałam jako ostatni.

– Adianno, ocknij się – nakazał zniekształcony głos.

Z trudem uniosłam powieki. Pulsujące menhiry jawiły się teraz niczym słupy białego ognia. Uchodząca z nich moc rozświetlała panujący zwyczajowo półmrok. Energia zasiliła barierę, czyli chyba się udało… Tylko dlaczego nie mogę wstać?

Kaszlnęłam, by pozbyć się nadmiaru metalicznego płynu, ale ledwie sekundę później ponownie wypełnił mi usta. Zrozumiałam, że nie jest dobrze. Tuż przed atakiem paniki pojawił się nade mną Arch Flarius. Szarpał za ręce, wypowiadał jakieś słowa, ale nie sposób było je zrozumieć. Jakby mówił w obcym języku. Po bolesnym tąpnięciu serca straciłam przytomność. Nastał wyczekiwany spokój.

Był środek nocy. Koślawym krokiem zeszłam schodami na parter naszego domku. Za zamkniętymi drzwiami gabinetu dostrzegłam światło. Trzymając się ścian, minęłam salonik ze starodawnymi meblami i bez pukania wtargnęłam do środka. Wuj siedział za biurkiem, obłożony grubymi tomiszczami. Ciężkie regały, tuż za nim, szczelnie wypełniały kolejne księgi i pergaminy. Jedynie mała flaszeczka Kryształowego Nurtu, ustawiona przy olejowej lampie, wyróżniała się na tle tego składu makulatury.

– Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapytał, nie odrywając wzroku od lektury.

– Czy rytuał się udał?

– Cóż… I tak, i nie. Umarłaś na krótką chwilę.

Na te słowa nagle otrzeźwiałam.

– Jak to umarłam?!

– Zwyczajnie, jak człowiek. Twoje serce stanęło. Zużyłaś więcej energuum niż zwykle albo masz go mniej. Popełniliśmy błąd w obliczeniach. Na szczęście jestem reinkarnatorem. Dalsza część tej historii to nie twoje zmartwienie.

– Chcesz powiedzieć, że zabiłeś niewinnego człowieka tylko po to, by przywrócić mnie do życia?!

– Nie było innego wyjścia, moje dziecko. Może uspokoi cię myśl, że człowiek ten nie był godzien marnować zasobów naszego miasta.

– To nie czyni ze mnie mniejszego potwora, Archu Flariusie.

– Ten ton jest zbyteczny – stwierdził nagannie. – Gdy znajdziemy rozwiązanie, to przekleństwo może stać się największym darem, jaki posiadasz. Odpowiednio ukierunkowana moc może zmienić losy całej Kopuły. Myśl o tym w takich kategoriach, a poczujesz się lepiej. Możesz zrobić dużo dobrego dla naszej społeczności.

– Albo zdążę wszystkich pozabijać, nim odkryjemy, co i jak. Nie wiem, czy kiedykolwiek odkupię swoje winy, jeśli będziemy działać w takim tempie.

– Cierpliwości, moje dziecko. Nasze metody przestają wystarczać, ale nie jest to równoznaczne z porażką. Spójrz, mam tu księgę spisaną przez starego demonologa mieszkającego całe życie poza Kopułami. Może znajdę w niej wskazówki.

Arch otworzył grube tomiszcze na pierwszej stronie. Krótką chwilę wczytywał się w niedbale ułożone zapiski. Z każdym wersem zmarszczka na jego czole zdawała się głębsza.

– Szkoda papieru na takie dyrdymały – odparł i z hukiem zamknął księgę.

– Czy napisał coś o podobnym przypadku?

– Tak. Poświęcił na to aż jedno zdanie w pierwszym rozdziale, cytuję: „Stwierdza się, że wynaturzenia w postaci półdemonów nie istnieją. Ludzka powłoka niezdolna jest do utrzymania weń demonowego inwentarza magicznego”, co, jak dobrze wiemy, stanowi kompletną bzdurę. Chwała autorowi za to, że sformułował swoją tezę już na pierwszej stronie, oszczędzając mój czas – westchnął.

Czasami czuję się jak jednorożec. Rzadki okaz, oficjalnie uznawany za wymarły. Każdy chce przerobić jego kości na afrodyzjaki. Są też tacy, których uraduje, jak zadynda na stryczku albo zawiśnie uwiązany do słupa na dziedzińcu, dotąd aż zemrze. Najlepsze, jak widać, jeszcze przede mną.

– Posłuchaj Adianno, dzisiejsze wydarzenia, wbrew wszelkiej logice, dobrze rokują. Wygląda na to, że twoja moc słabnie. Być może istnieje szansa, że zachowasz ludzką naturę, tak jak sobie tego życzysz. Koniec końców, jesteś tylko półdemonem – podkreślił. – Czas odpocząć. Od jutra wracasz do nauki i służby w et-Dehna. Przez kilka dni nie będziemy spotykać się w świątyni. Nie masz wystarczająco sił na kolejny rytuał. Bądź czujna i, jeśli poczujesz zbyt duży przypływ energuum, od razu po mnie poślij.

– Dobrze, wujku. Dziękuję za możliwość powrotu do normalności. To ostatni rok szkoły. Niedługo egzaminy. To dla mnie bardzo ważne.

– Wiem, dziecko – odparł, przepychając się w progu. – Dobrej nocy.

– Wuju?

– O co chodzi?

– Dlaczego zgodziłeś się przyjąć demona pod swój dach?

– Jesteś bardziej ludzka, niż ci się zdaje. Nie męcz mnie już – skwitował, po czym zniknął za drzwiami sypialni.

Sen nie przychodził. Usiadłam przy oknie z kubkiem naparu runokwiatowego. Myśli zaprzątały mi egzekucje, o których tyle słyszałam z ust wuja. Żółte oczy i długie szpony, białe jak mleko włosy lub zwyczajnie czarne. Nie mogłam pojąć, co tak bardzo przeraża ludzi w demonach. Cieszyłam się, że mieszkam daleko od zamętu stolicy.

Rankiem, niewyspana, ale wciąż pełna entuzjazmu, udałam się na uczelnię. Kopuła Gryf to jedno z najcudowniejszych miejsc w całym Zefyrionie. Biegnąc przez ogrody świątynne, wzięłam głęboki haust powietrza. Żadne inne nie pachnie tak, jak w moim Gryfie. Szerokie alejki, obsadzone karłowatymi drzewkami, prowadzą do wszystkich ważnych punktów miasta. Kochałam przemierzać nawet te nudne, szare uliczki dolnych dzielnic z jeszcze nudniejszymi domami z szarego kamienia. Arch Flarius twierdzi, że właśnie dlatego co roku wygrywamy tytuł najpiękniejszej Kopuły Zefyrionu. Prezentujemy spójną, jednomyślną wizję.

Spragniona wrażeń, wybrałam drogę wiodącą przez główną strefę targową. Kolorowe stoiska ustawione w długich rzędach niezmiennie pękały od nadmiaru towarów.

– Najświeższe owoce tylko u Stregiusa! Jabłocień! Wronogrona! Malinowiec! – krzyczał sprzedawca, przemierzając plac na wozie ciągniętym przez masywnego burzowoła.

Wspaniale było znów utonąć w tłoku i gwarze codzienności, lecz to dopiero smak gruszek gotowanych w słodkim syropie uzmysłowił mi, że odzyskałam wolność. Uznałam, że to najlepiej wydany zyntar w moim życiu.

Zrobiło się późno. Biegłam co sił, zostawiając za sobą targ, pola uprawne i większość domostw. Zatrzymałam się dopiero na granicy lasu północnego. Od nijakiego budynku uczelni dzieliło mnie kilkaset susów. Szary blok, choć znajomy, jawił się teraz przerażająco na tle pulsującej bariery. Tuż obok tętniła życiem jednostka armistów kapłańskich et-Dehna. Najwyraźniej młodszy rocznik odbywał lekcję wychowania bojowego. Poprawiłam górę płóciennej szaty i ugładziłam warkocz. Po miesiącu nieobecności należy prezentować się, jeśli nie lepiej, to przynajmniej tak samo dobrze jak przed nią. Do celu poprowadziła mnie ścieżka przy sosnkowym lesie.

– Adiaaa! – wołał niski głos.

Bez trudu rozpoznałam, do kogo należy. Postawny drab pojawił się nagle w głównej bramie i wziął mnie w ramiona, podrzucając, jakbym ważyła tyle co nic.

– Alva, udusisz mnie, wariacie! – wypchnęłam ostatkiem tchu.

– W końcu jesteś! Stęskniłem się. Twoja choroba trwała znacznie dłużej niż ostatnio.

– Arch Flarius twierdzi, że złapałam zwykłego wirusa. Musieli go przywlec kapłani ze stolicy podczas ostatniej wizytacji. Nieważne. Już jest dobrze.

Rozległ się gong.

– Ruszajmy na zajęcia, jeśli chcemy uniknąć razów – objaśnił.

Dyskretnie wślizgnęliśmy się do hałaśliwej sali. Na szczęście krzewiciel Petriusz jeszcze nie dotarł. Raptem uczniowie zamilkli.

Przystanęłam i niepewnie rozejrzałam się po zaciekawionych twarzach. Alva, widząc to zawahanie, pchnął mnie delikatnie naprzód.

– Dlaczego się tak gapią? – zapytałam, siadając w ławie.

– Sądzę, że Syzyniusz może mieć z tym coś wspólnego…

Odruchowo odwróciłam się w kierunku oskarżonego. Siedział otoczony grupką dziewczyn, a buty opierał o podokiennik. Wzdychały na widok czerwonego płomienia, który dzierżył w dłoni. Nasze spojrzenia przypadkowo się spotkały. Wtedy prędko ugasił twór i ruszył w moją stronę.

– Nie daj się sprowokować – chrząknął przyjaciel.

Syzyniusz oparł ręce na mojej ławie, a pasmo włosów zza ucha opadło mu na twarz.

– No proszę, Adianna z Archów zaszczyciła mury uczelni swoją obecnością. Co teraz pocznie biedna Mylagris, zakochana śmiertelnie w twoim prywatnym burzowole? Kto wesprze jej wątłe ramię podczas przerwy śniadaniowej? – jątrzył.

– Czego chcesz, Syzyniuszu? – zapytałam.

– Przywitać się oczywiście. Zapytać o zdrowie drogiej koleżanki z klasy. Zdaje się, że…

– Do ław! – rozległo się nagle i bez ostrzeżenia.

Uczniowie w popłochu zajmowali miejsca i poprawiali bloki z notatkami. Syzyniusz również skapitulował. Zapadła wyuczona cisza. Krzewiciel powoli przemierzał salę, sprawdzając ułożenie piór i podręczników. Fioletowa szata ciasno przylegała do wychudzonego ciała, czyniąc z niego sztywny blok, przebierający nogami. Na ostatek pokonał dwa schodki i zasiadł za klonowym biurkiem.

– Wstydźcie się, bęcwały! – huknął. – Wyniki testów z ostatniego tygodnia są zatrważające! Skandal! – Walnął pięścią w stół. – Dziś zaczniemy od małej zabawy. Syzyniuszu, jako jedyny odpowiedziałeś poprawnie na wszystkie pytania. Zdałeś. Ty zaś – wskazał na mnie – Adianno z Archów, nie udowodniłaś dotąd swojej wiedzy. Wywołuję was oboje do tablicy. Będziesz odpytywana przez Syzyniusza. Jeśli dobrze się spiszesz, zaliczę wszystkim semestr. Jeśli nie, tłumnie spotkamy się na egzaminie poprawkowym – zakomunikował ku niezadowoleniu grupy. – Przypominam, że uczeń, który choć raz brał udział w takim egzaminie, traci prawa do ubiegania się o stanowisko w Loży Kapłańskiej.

– To niesprawiedliwe! – krzyknęłam. – Byłam nieobecna. Jak mam sprostać zadaniu?!

– Gwiżdżę na to – odparł krzewiciel ku uciesze Syzyniusza. – Do tablicy!

Stanęliśmy naprzeciw siebie. Oponent uniósł kącik ust. Czuł się pewnie i miał ku temu podstawy. Przełknęłam ślinę.

Kapłan nakazał zaczynać.

– Czym jest aurum? – zapytał Syzyniusz.

W sali rozgorzały szepty. Spojrzałam na Alvę, który całym sobą próbował wspomóc moją misję, rysując w powietrzu fikuśne kształty.

– Aurum to magiczna bariera, która otacza każdą żywą istotę. Można na jej podstawie wyczytać, z kim ma się do czynienia. Z człowiekiem, demonem albo dupkiem – zaakcentowałam dumnie, patrząc przeciwnikowi w twarz, a klasa ryknęła śmiechem.

Krzewiciel walnął ręką w stół. Gestem nakazał kontynuować i zanotował coś na dużym bloku.

– Za co odpowiada energuum i jak z niego korzystać?

– Energuum to moc magiczna, którą nosimy w sobie. Kumulowana jest w wewnętrznym naczyniu. Demony mogą odnawiać swoje energuum. Ludzie korzystają z danych im zasobów wyłącznie raz – doprecyzowałam. – Do tego trzeba znać podstawy sztuki płomienia.

Syzyniusz spoważniał i potarł brodę. Zadarłam głowę, by nie myślał, że to on kontroluje sytuację.

– Czy istnieją półdemony? – rzucił z błyskiem w oku.

Przeszył mnie dreszcz. Nieświadomie cofnęłam się i wpadłam na biurko krzewiciela. Na moment odjęło mi nogi, które zachowywały się niczym sznurek jedwabiu. Czy on wie? Jak się dowiedział?, rozważałam, próbując ukryć poruszenie.

– Odpowiadaj na pytanie – zażądał niecierpliwy kapłan.

– Nie istnieją – wydusiłam. – Ludzkie ciało nie utrzyma takiej ilości energuum.

– Wystarczy. Tym razem wam się upiekło – zakomunikował nie mniej szorstko niż przedtem.

Syzyniusz uśmiechnął się pod nosem i dziarsko ruszył na miejsce. Wbiłam wzrok w podłogę. Nie pamiętam, jak znalazłam się w ławie.

– To nie koniec atrakcji na dziś – dorzucił kapłan. – Oczekujemy wizytacji naczelnego Mistrza Wojny naszej Kopuły, Mortiusa. Nie chcę być w waszej skórze, gałgany, jeśli naczynicie mi wstydu!

Na tę wiadomość w powietrzu poniósł się zapach ekscytacji.

– Wiesz, o co może chodzić? – zapytałam przyjaciela.

– Słyszałem pewne plotki. Tak nagła wizyta wysoko postawionego wojskowego może oznaczać tylko jedno… Będą wybierać nowego kapłana – wyszeptał z ogniem w oczach.

– Jak to? – dopytałam głośniej, niż bym chciała.

– Adianno! – zagrzmiał krzewiciel. – Połóż ręce na ławie i nie paplaj bez sensu. Jako podopieczna Archa winnaś stanowić przykład dla kolegów i koleżanek!

Zgodnie z etykietą pokłoniłam się przepraszająco i wykonałam polecenie. Podczas gdy Alva entuzjastycznie wyczekiwał na ciąg dalszy, mnie zalała fala strachu. Co jeśli wykryli moje aurum i dyskretnie po mnie idą? Wybór nowego kapłana to zbyt błahy powód, by uczelnię wizytował Mistrz Wojny. Z drugiej strony wujek jako Arch całej Kopuły na pewno nie pozwoliłby na wywleczenie mnie przy wszystkich i rzucanie publicznych oskarżeń. Istnieje przecież domniemanie niewinności. Co więcej, Loża zażądałaby cichego procesu. Demon żyjący w Kopule od lat. Tak potężna afera podałaby w wątpliwość wszystko, w co wierzą mieszkańcy. Kapłanom byłoby ciężko odbudować ich zaufanie. Brak poczucia bezpieczeństwa poskutkowałby falą wniosków o przesiedlenie do innej Kopuły.

Nakazano nam wstać. W drzwiach stanął starszy, łysy mężczyzna z rudą brodą, ubrany w fioletową szatę wojenną. Jak każda szata funkcyjna, składała się z długiego płaszcza narzuconego na czarną koszulę, spiętego szerokim, skórzanym pasem. Na zarękawiu kapłan nosił karwasze z przeszywanej skóry. Dół stroju stanowiły zwykłe, czarne spodnie. Wyprostowana postawa nie pozostawiała wątpliwości. Ten człowiek życie poświęcił wojsku.

– Witajcie, uczniowie Kopuły Gryf!

– Witaj, Mistrzu Wojny Mortiusie! – odpowiedział tłum.

– Słuchajcie uważnie, bowiem zbliża się ważny dzień. – Założył ręce do tyłu. – Podczas dorocznego Święta Odrodzenia Mocy zawita w nasze progi persona jedyna w swym rodzaju. Ugościmy samego Arcykapłana Mardoniusza. Ty! – Wskazał palcem na chłopca siedzącego w ostatnim rzędzie. – Kim jest Arcykapłan Mardoniusz, uczniu? Odpowiadaj.

Chłopak początkowo przestraszył się tak nagłego zainteresowania jego osobą, ale ostatecznie zebrał się, by odpowiedzieć.

– Arcykapłan Mardoniusz to nasz wybawca, opiekun wszystkich dziewięćdziesięciu pięciu Kopuł i następca Inardiusa. Utrzymując Kopuły, ofiarował nam bezpieczny świat, byśmy mogli żyć bez trosk o jutro. Jest wspaniałomyślny ponad miarę. Nie bacząc na swój dobrostan i swoje potrzeby, rozpoczął…

– Dość, tyle wystarczy.

Nudna deklamacja podręcznika do geopolityki została zakończona. Wszyscy odetchnęli.

– Arcykapłan Mardoniusz nie fatyguje się tu bez powodu – kontynuował. – Zostaliśmy wyróżnieni przez Lożę. Z dumą oznajmiam, że Kopułę Gryf wybrano gospodarzem osiemnastej edycji Turnieju Płomienia i Stali.

Salę zalały niekontrolowane okrzyki radości.

– W tym roku stawka jest wysoka – nadmienił mistrz. – Status kapłana-adepta będzie można wywalczyć w jednej z dwóch kategorii: Stal, czyli kapłański adept bojowy, oraz Płomień, czyli kapłański adept likwidator. Nowi adepci, w Święto Odrodzenia Mocy, staną przed obliczem naszego wybawcy, a następnie wyruszą pełnić oddaną służbę do stolicy, gdzie na zawsze odmienią swój los. Kandydaci otrzymują jeden dzień na zapis. Młodzi ludzie, pytam zatem: czy są wśród was odważni wojownicy?

Alva odwzajemnił moje spojrzenie tak samo podekscytowanym wzrokiem. Czekaliśmy na taką okazję, odkąd zaczęliśmy się okładać kijami. Nawet fakt, że wygra tylko jeden, nie mógł zagrozić bajecznej wizji stania się szanowanym kapłanem bojowym. Kobiet wykonujących tę profesję było zaledwie kilka. Większość ceni sobie wyżej alchemię i uzdrowicielstwo niż obijanie mord niepokornych mieszkańców.

– Najwyższy Mistrzu Wojny, zgłaszam swoją kandydaturę – wypaliłam, po czym w moje ślady poszli i Alva, i inni.

Harmider będący mieszaniną podekscytowanych głosów sprawił, że na czole kapłana pojawiła się głęboka zmarszczka.

– Zachować dyscyplinę! – krzyknął, przywołując towarzystwo do porządku. – Imię, wiek, wyuczona broń, stopień magiczny i kategoria – rzucił w moim kierunku.

– Adianna, siedemnaście lat, dwustronna włócznia, magia poziomu pierwszego, kapłański adept bojowy – odpowiedziałam dumnie.

– Urodzona optymistka, hę? Nie wróżę ci zwycięstwa przy tak marnym wyszkoleniu magicznym.

– Zaręczam, że niewielkie umiejętności magiczne nie czynią ze mnie gorszego wojownika.

– Jako kobieta nie będziesz miała łatwo. Ba! Nie przewiduję specjalnych względów z tytułu tego, co posiadasz między nogami. Miej baczenie, że sława i chwała nie przychodzi łatwo, a do wielu nie przychodzi wcale.

– Nie sława i nie chwała pcha mnie ku temu wyzwaniu, panie. Chcę służyć naszej sprawie i pomagać mieszkańcom stolicy wieść spokojne życie. Muszę wykorzystać każdą daną mi ku temu okazję.

– Pożyjemy, zobaczymy – burknął. – Następny!

Poczułam, że nie uwierzył w ani jedno moje słowo.

Syzyniusz, pękając z dumy, wszem wobec informował o swoim wyszkoleniu magicznym. Czwarty poziom czyni z niego trudnego przeciwnika. Na szczęście zawalczy w kategorii płomienia. Przyjęłam z ulgą, że nie spotkamy się na arenie. Z taką mocą można już wystąpić o przyjęcie na staż do frakcji czerwonych kapłanów, budzących grozę wśród wszystkich, jak Zefyrion długi i szeroki. Jeśli na turnieju nie pojawi się nikt wybitnie uzdolniony, jestem pewna, że to właśnie Syzyniusz wygra i trafi do stolicy. Magów jest znacznie mniej niż armistów dobrze machających orężem. Arch Flarius powtarza, że zrozumienie magii przychodzi z czasem. Każdy posiada swój magiczny metronom, który, gdy pojawią się sprzyjające warunki, zacznie wybijać magiczny rytm. Mój ewidentnie jest zepsuty. Dotychczasowe próby władania magią mogę skwitować tylko jednym słowem: porażka. Wujek spędził ze mną długie godziny na nauce podstawowych sekwencji. Jedyne, co udało nam się z tego wynieść, to pot i frustracja. Napawa mnie to wstydem dwukrotnie bardziej, gdy uświadamiam sobie, że w odróżnieniu od pozostałych uczniów nie jestem w stu procentach człowiekiem. Ludzie mogą być słabi z natury, ale kto widział demona, który nie potrafi posługiwać się magią?

– Szesnastka, perfekcyjnie – podsumował mistrz, przybijając czerwoną pieczęć pod listą zapisów. – Walki kwalifikujące odbędą się za dziesięć dni. Swoich przeciwników poznacie dopiero przed samym starciem, bądźcie więc dobrze przygotowani. Ogłaszam koniec zajęć na dziś. Świętujcie.

Mortius opuścił salę, którą naraz wypełniły rozmowy i szuranie krzeseł. Nie miałam wątpliwości, czego teraz pragnie Alva. Duch walki rozbłysnął w jego oczach z siłą niemniejszą niż w moim sercu.

– Arena za uczelnią?

– Arena za uczelnią – potwierdziłam i od razu zerwaliśmy się do wyjścia.

W drzwiach, jak spod ziemi, wyrósł nagle Syzyniusz.

– Gdzie się tak spieszysz? – burknął mi do ucha.

– Zejdź nam z drogi – wtrącił Alva.

– No proszę, jest i obrońca niewinności naszej damy.

– Odpuść sobie, bo…

– Bo co? Uderzysz mnie? Zachęcam, zrób to, a udział w turnieju weźmiesz co najwyżej jako ten, który dzwoni dzwoneczkiem na trybunach.

– Bądź cierpliwy, a spełnię twoje życzenie – wycedził Alva przez zęby, a jego wielka dłoń przybiła dręczyciela do futryny.

– Dupek… – wyszeptałam na odchodne w te zielone ślepia.

Chciałabym móc powiedzieć, że na tym się skończyło. Że Syzyniusz nie wypluł z siebie ani słowa więcej, a ja spędziłam resztę dnia na wesołej bijatyce. Niestety, sprawy potoczyły się inaczej. Jak cień ruszył za nami, kontynuując swoją tyradę.

– Gdy skończę ze wszystkimi, przyjdzie czas i na ciebie, nie myśl sobie! Zdmuchnę cię z areny jak kwiat wachlowca, chudzino!

– Powiedz słowo, a odwrócę się i z tym skończę – proponował przyjaciel, próbując nadążyć za moim żwawym krokiem.

– Będziesz błagała o litość, podczas gdy mój brudny but będzie miażdżył twoją buźkę! – dokładał.

Nie reagowałam. Brnęłam dalej, ignorując grad zaczepek, z nadzieją, że to wystarczy.

– Wszyscy zobaczą, jak wychowanka wielkiego Archa Flariusa dostanie lanie. Jak to jest być sierotą i rozczarowaniem w jednej osobie?

Gdyby tylko Syzyniusz zdawał sobie sprawę z mojej prawdziwej natury, ta sytuacja nie miałaby miejsca. Dyscyplina, dyscyplina mnie uratuje. Powtarzałam zdanie w kółko, żeby nie dać się porwać emocjom. Zaciskałam powieki, a potem pięści.

Chwilę później skapitulowałam.

Galopujące tętno zacisnęło się niewidzialną obręczą na mojej szyi. Mrowienie objęło najpierw dłonie, a zaraz potem rozlało się po całym ciele. Nabrałam ochoty na coś paskudnego. Czy może być gorszy moment?

Zawróciłam.

Syzyniusz najwyraźniej zrozumiał powagę sytuacji. Wysunął dłoń, szykując się do ataku. Niedbały płomień pofrunął prosto na mnie. Machnięcie szponami bez trudu skierowało pocisk w stronę lasu. Nie zważając na okoliczności, ścisnęłam agresora za gardło i uniosłam na tyle wysoko, by nie sięgał ziemi.

Na nic zdało się szarpanie i próby przywołania mocy. Magia nie mogła równać się z falą nienawiści przepływającą teraz przez moje arterie. W rozpalonej głowie mieszały się scenariusze na satysfakcjonujący finał. Żaden nie będzie szczęśliwy dla chłopca dyndającego teraz na drugim końcu mojego ramienia. Siniejąca twarz tego przerażonego, ludzkiego robaka napawała mnie głęboką pogardą, a niewidzialna siła nieuchronnie pchała ku zakazanemu.

– Adia, co ty wyprawiasz?! Zaraz go zabijesz! – wybrzmiało mgliście zza pleców raz, a potem drugi i trzeci.

Przeszło mi przez myśl, by uciszyć namolniaka jako pierwszego. Oprzytomniałam dopiero, gdy uderzono mnie w twarz. Natychmiast rozluźniłam uścisk. Syzyniusz zwalił się na ziemię i walczył łapczywie o każdy oddech. Wpadłam w panikę.

– Co to do cholery było? – dopytywał Alva, cały w nerwach. – Ty krwawisz! – Otarł mi spod nosa strużkę wartko płynącej krwi.

Słowa ugrzęzły w gardle. Zresztą i tak nie miałam się czym wyłgać. Szpony nadal lśniły w przedpołudniowym słońcu, więc prędko ukryłam dłonie pod pachami. Rozejrzałam się. Nie było zupełnie nikogo. Ile widzieli? Czy Syzyniusz się czegoś domyśla?

– Chora suka! – wycharczał, trzymając się za szyję.

– Mało ci, kundlu? – odwarknął przyjaciel, po czym spojrzał na mnie z niepokojem. – Musimy iść do medyka, krwawisz coraz mocniej, słyszysz? Otrząśnij się, Adia!

Nie reagowałam. Przerzucił mnie więc przez ramię, jak jutowy wór. Poczułam, że biegniemy.

– Nie do medyka, proszę. Do wujka.

Ocknęłam się w saloniku, na kanapie. Drzwi do korytarza były uchylone. Trwała burzliwa rozmowa. Rozpoznałam właścicieli obu głosów.

– Jak mogliście do tego dopuścić? To ze wszech miar naganne i godne potępienia – ganił podniesionym głosem Arch Flarius.

– Wybacz, panie, nie mogłem nic zrobić. To się po prostu stało – tłumaczył Alva. – Trzymała go w powietrzu jak marionetkę! Nie imała się jej żadna magia, choć wielokrotnie próbował się wyzwolić przy jej udziale. Potem ta krew… Bałem się, że nie zdążę dobiec, zanim stanie się najgorsze. Przybyłem tu ostatkiem sił.

– Tak dużo słów, a za zyntar odpowiedzialności. Doprawdy, wy młodzi pchacie ten świat ku zagładzie – westchnął głęboko Arch. – No cóż. Nie ma co jątrzyć. Uspokój się już, chłopcze. Adiannie nic nie będzie. Ty również nie zapadłeś nagle na tajemniczą chorobę. Sen w wygodnym łożu pozwoli ci wrócić do pełni sił.

– Mówisz, panie, jakbyś dobrze wiedział, co zaszło. Być może nie jestem najbystrzejszy, ale nawet ja nie uwierzę, że Adianna w jednej chwili potroiła siły.

– Trzymaj się od tego z daleka. Z pełną stanowczością zakazuję ci rozmawiać z kimkolwiek o wydarzeniach dzisiejszego dnia.

– Nie tylko ja tam byłem! – odwarknął. – Z całym szacunkiem, panie, ale nie masz prawa stawiać mnie w takim położeniu.

– Mam wszelkie prawo! – huknął Arch, aż zadrżały olejowe lampy. – Zapominasz, że w obrębie tej Kopuły mogę wszystko, młody człowieku. Decyzja jest ostateczna i nienegocjowalna. Jeśli ośmielisz się zlekceważyć nakaz najwyższego kapłana, będę zmuszony odizolować cię od naszej społeczności lub oddać pod sąd, a to może się dla ciebie skończyć wy…

– Dosyć! – wykrzyczałam, przytrzymując się futryny. – Jestem półdemonem i nie panuję nad swoją mocą! Oto moja tajemnicza choroba.

Od pierwszej sekundy cisza zaległa na wątrobach dyskutantów. Wuj przybrał posępną minę, po czym zniknął w kuchni. Straciłam równowagę i upadłam na bok. Alva ani drgnął.

– Pomóż mi wstać – poprosiłam.

Zamiast tego obrócił się na pięcie i uciekł.

Od feralnego zdarzenia minęło kilka trudnych dni. Pospiesznie odbyty rytuał rozładował nagromadzone w naczyniu energuum, ale pewne symptomy choroby nadal uniemożliwiały mi powrót do upragnionej normalności.

Wytrwale wertowałam księgi w gabinecie wuja w poszukiwaniu rozwiązania. Przerzucając kartkę, nieumyślnie rozcięłam ją na pół. Wuj tego nie pochwali. Świstek papieru wesoło zawirował w powietrzu, nim upadł na podłogę. Demony zapewne potrafią ukryć szpony. Muszę posiąść tę umiejętność jak najszybciej. Na razie byłam bezpieczna. Życie w Kopule toczyło się zwyczajnym rytmem, a w uczelnianych murach nie plotkowano. Syzyniusz najwyraźniej nie opowiedział nikomu, co zaszło. Choć raz jego urażona duma czemuś się przysłużyła.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Gdy stanął w nich Alva, natychmiast zawisłam na jego szyi.

– Tak się cieszę, że jesteś!

– Cześć. Przychodzę do Archa Flariusa – zakomunikował sucho i odsunął mnie na bok.

– Odprawia wieczorny rytuał. Powinien się niebawem pojawić. Wejdź – zaproponowałam z energią zbitego psa.

Gość zasiadł na pikowanej kanapie w saloniku. Rozlałam napar runokwiatowy do filiżanek i zajęłam miejsce obok. Na jego twarzy nie było śladu pogardy ani złości. Alva wyglądał na… zawstydzonego.

– Czy to koniec naszej przyjaźni? – zapytałam wprost.

Zacisnął mocno wargi. Wyraźnie widziałam, że chce coś palnąć, ale się powstrzymał. Łyknął naparu i zakręcił uszkiem filiżanki. Napięcie od tego nie zmalało.

– Wygląda na to, że Syzyniusz doszedł już do siebie, bo zaczyna dokazywać – stwierdził, wnikliwie analizując zdobienia na porcelanie. – Wypytuje o ciebie niemal codziennie. Wczoraj interesowało go, jak się miewasz. Dziś wypytywał, kiedy wracasz na zajęcia.

– Muszę szybko znaleźć sposób na zapanowanie nad swoim… darem.

– Po prostu… dar? Tak to nazywacie? Adia, ty jesteś demonem!

– Dlaczego patrzysz na mnie z takim zawodem?! Sądzisz, że mam wpływ na to, co się ze mną dzieje?! – wykrzyczałam przez łzy.

– Uspokój się. – Na te słowa przyciągnął mnie do siebie. – Nie wszystko pojmuję, ale nie opuszczę cię, choćbyś okazała się włochatym nefalimem.

Utonęłam w ramionach przyjaciela, który nie omieszkał sprawdzić ostrości moich szponów, w efekcie czego na jego kciuku wybrzuszyła się kropelka krwi.

– Jakież to szczęście, że Adianna jest półdemonem, a nie nefalimem – oznajmił Arch Flarius, wyrastając nagle w futrynie.

Odskoczyliśmy od siebie, jak kochankowie nakryci na gorącym uczynku.

– Masz wieści, Alvo, czy przychodzisz po próżnicy?

– Mam, panie… – chrząknął. – Zachowanie Syzyniusza jasno wskazuje, że rozumie już, co wydarzyło się tamtego dnia.

– W rzeczy samej, Syzyniusz wie – stwierdził, po czym pociągnął długi łyk naparu. – Mam informatorów, skutecznych informatorów – podkreślił, karcąc Alvę wzrokiem. – Szczęście w nieszczęściu, że skorzystał z usług pewnych magów o wątpliwej reputacji. Kilka złotarów skutecznie rozwiązuje języki, zatem powiedzieli wszystko, co wiedzieli. Niemniej jednak nie będą już stanowić problemu. – Pociągnął kolejny długi łyk i opróżnił całą filiżankę.

Nastała chwila ciszy, mącona odgłosem stukającej porcelany. Arch Flarius uzupełnił napar i bez cienia fatygi topił cukrowe kostki.

– Co zrobimy z Syzyniuszem? – zapytałam, nie mogąc dłużej znieść tego dźwięku.

– Zaprosiłem go na jutrzejszy podwieczorek. Porozmawiamy sobie. Obiecał przynieść ciasteczka z kremem karmelinowym.

– Czy to żart? – Uniosłam brwi po samo czoło.

– Bynajmniej, moje dziecko. Dowiemy się, co wie i do czego zamierza tej wiedzy użyć. Aczkolwiek ciasteczkami nie pogardzę.

– Jak możesz mówić to z takim spokojem?! – ryknęłam, stając na równe nogi. – Co jeśli tego nie chcę? Nie zgadzam się na to spotkanie!

– To ja podejmuję decyzję, Adianno. Ja, Arch i jednocześnie wuj, który cię wychował i troszczy się o twoje dobro. Pojmiesz moje metody w swoim czasie. Wtedy podziękujesz. A teraz, proszę, odprowadź przyjaciela i udaj się do pokoju – zakomunikował chłodno. – Zdaje się, że masz nad czym rozmyślać.

I tak też zrobiłam.

Godzinami układałam w głowie scenariusz rozmowy z Syzyniuszem i każda taka imaginacja kończyła się fatalnie. Czego on może ode mnie chcieć? Wystarczy, że wyjawi mój sekret komukolwiek. Zawisnę na murze świątyni, a on okryje się chwałą. Nie musi tu wcale przychodzić. Zasrany tropiciel demonów. Pewnie przyjdzie tylko po to, żeby napawać się moim nieszczęściem. Duma będzie go rozpierać. I jeszcze te ciasteczka… Wyrafinowany drań. W całej swojej bezsilności nie potrafiłam zrozumieć, jak spotkanie z Syzyniuszem ma poprawić naszą sytuację.

Zastanawiałam się nad ucieczką. Może jako półdemon byłabym w stanie przetrwać poza Kopułą? Szybko odrzuciłam tę myśl. Nie mogę przecież zostawić wujka. Zrzucono by na niego odpowiedzialność za wszelkie zło, którego doświadczył Gryf przez ostatnie piętnaście lat.

Takich jak ja się nie broni. W społeczeństwie wszystkich dziewięćdziesięciu pięciu Kopuł demon stanowi zło, które trzeba unicestwić. Nikogo nie będzie obchodziło, że jestem demonem tylko w połowie. Nikt nie weźmie pod uwagę, że bliższa jest mi ludzka natura albo że nie mam zamiaru nikogo krzywdzić.

Pewne jest jedno. Jutro moje życie ulegnie zmianie.

Tego ranka Arch Flarius nie udał się do Głównej Świątyni. Stukanie zastawy przywiodło mnie do kuchni. Na stole stał już gotowy napar i cała masa smakołyków. Nie jadamy wspólnych śniadań zbyt często. Ten gest, choć życzliwy, wprawił mnie w przygnębienie.

– Wujku… Czy jest jakiś szczególny powód wspólnego śniadania?

– Chcę miło spędzić z tobą czas. Ostatnie dwa lata nie były dla nas łatwe. Nie rozmawiamy zbyt wiele o codzienności i należy to zmienić. – Nałożył naleśnika na talerz. – Oczywiście to nie jest jedyny powód, Adianno, ale z tego doskonale zdajesz sobie sprawę.

– Tak, wujku.

– Przez natłok obowiązków nie zdążyłem przekazać ci dobrych wieści. Udało mi się opracować rozwiązanie naszego problemu. – Mówiąc to, przesunął po stole zwiniętą chusteczkę.

– Co to jest?

Pospiesznie rozsupłałam zawiniątko. W środku znajdował się łańcuszek z ociosanym, czarnym menhirem.

– Noś to i nigdy nie zdejmuj. Ten mineralit pochłania nadmiar energuum. Będziesz mogła je kontrolować, dopóki kamień się nie wypełni. Gdy tak się stanie, wróć do mnie. Przygotuję kolejny, a zgromadzoną moc uwolnię w świątyni.

– Czy to naprawdę zadziała?

– W rzeczy samej. Miej baczenie na poziom wypełnienia tej błyskotki. Jeśli dopuścisz do przepełnienia, naczynie pęknie i doprowadzi do eksplozji. To pod żadnym pozorem nie może się wydarzyć. Mam nadzieję, że to jasne.

– Tak, wujku – potaknęłam i zawiesiłam na szyi nową biżuterię.

– Jest jeszcze coś. Ostatni atak sprawił, że rozwinęłaś kolejny, nazwijmy to, talent. Potrafisz pobierać energuum od innych.

– Nie poświęciłam Syzyniuszowi zbyt wiele uwagi po tym, jak upadł, ale nie wyglądał na osłabionego.

– Nie chodzi o Syzyniusza. Otóż, twoim pierwszym żywicielem niefortunnie stał się Alva. Gdy biegł tu, niosąc cię na rękach, nieświadomie pobrałaś od niego niewielką ilość energuum. Nic szczególnego, ale wyraźnie to wyczułem. To tłumaczy, dlaczego tak szybko doszłaś do siebie. Niezwykle istotne jest, żebyś nigdy nie użyła tej umiejętności w Kopule. Nikt nie może wykryć twojego aurum.

– Czyżbyś zapomniał, że nie mam nad tym kontroli?

Wuj ujął mnie za ręce i uśmiechnął się podejrzanie szeroko.

– Lekcja numer jeden. Niektórzy kapłani, podobnie jak demony, wyczuwają magiczne interakcje. Ci najbardziej wrażliwi zostają wcieleni w szeregi czerwonych kapłanów, zwanych likwidatorami. Każdy czerwony kapłan wyczuje twoje aurum.

– Będę zatem unikać czerwonych kapłanów. Łatwizna.

– Unikaj też adeptów i uczniów takich jak Syzyniusz – podkreślił. – Oprócz tego musisz zacząć panować nad emocjami. Zauważ, że ataki zdarzają się, gdy jesteś zdenerwowana lub smutna. Nie eskaluj tych uczuć, a utrzymasz kontrolę.

– Czy to znaczy, że wrócę do normalnego życia?

– Zapytaj po podwieczorku.

Tymi słowami zasiał we mnie niepokój.