Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 224
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ivnn barber
Film twórców Włoskiego dla początkujących i Był sobie chłopiec już w kinach!
asoDieaziewczyna
Edukacja
Oksford
T)avid
„Tenthouse"
tyleet Street
Sukces
Todziękowania
asoDieaziewczyna
Świat Książki
Czekałam na autobus do Twickenham po próbie w Richmond Little Theatre, gdy podjechał elegancki, rdzawoczerwony samochód i mężczyzna z wielkim cygarem w ustach pochylił się w stronę okna pasażera i zapytał: „Podwieźć cię?". Oczywiście rodzice mówili, nauczyciele mówili, wszyscy mówili,
żebym nigdy nie wsiadała do samochodu nieznajomego mężczyzny, lecz wtedy nie wydał mi się nieznajomy i wskoczyłam do auta. Podobał mi się zapach cygara i skórzane siedzenia. Zapytał, dokąd chciałabym pojechać.
bytasobiedziewczyna
lynn barber
byłasobiedziewczyna
Biblioteka Publiczna ^
Jzyczalnia16 •'zyczalnia16 •'
Z angielskiego przełożyła Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Świat Książki
Tytuł oryginału AN EDUCATION
Redaktor prowadzący Monika Koch
Redakcja Monika Paulińska
Redakcja techniczna Lidia Lamparska
v > J.% Korekta
Jadwiga Przeczek ^ Katarzyna Zegarek
' .%v
Copyright © Lynn Barber, 2009 Ali rights reserved Copyright © for the Polish translation by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2010
Świat Książki Warszawa 2010
Świat Książki Sp. z o.o.
ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa
Skład i łamanie Akces, Warszawa
Druk i oprawa Wrocławska Drukarnia Naukowa PAN
ISBN 978-83-247-1783-5 Nr 7649
T)la %psie i ^heo
Spis treści
205
Wstęp
9
Dzieciństwo
17
Edukacja
41
Oksford
69
David
83
„Penthouse''1
101
Fleet Street
131
Sukces
149
Katastrofa
163
Posłowie
199
Podziękowania
Wstęp
W 2002 roku rozmawiałam z kolegą, dziennikarzem, który wspomniał Petera Rachmana, cieszącego się złą sławą właściciela nieruchomości w Londynie w latach pięćdziesiątych. Zaczął mi wyjaśniać, kim był Rachman, ale mu przerwałam.
- Tak, znałam go przelotnie, gdy chodziłam do szkoły.
Kolega spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Znałaś Rachmana? Gdy chodziłaś do szkoły?
Wyjaśniłam mu, że kiedy jeszcze chodziłam do szkoły, miałam dużo starszego od siebie chłopaka, Simona, który zajmował się nieruchomościami. Czasami odwiedzaliśmy Petera Rachmana (chociaż nazywaliśmy go Perec - to było jego prawdziwe, polskie nazwisko) w jego licznych nocnych klubach. Wyjawiłam to bez ogródek i dostrzegłam, że brzmi mało wiarygodnie. Tak więc gdy kolega zaczął zadawać pytania - sceptyczne, jak przystało na dobrego dziennikarza — zrezygnowałam z prób wyjaśnienia czegokolwiek i zmieniłam temat.
Jednak potem myślałam długo i intensywnie o Simonie, po raz pierwszy od czterdziestu lat. Nie do końca wyparłam wspomnienie o nim, chociaż skutecznie wepchnęłam je w głęboki kąt szafy. Nie lubiłam o tym myśleć ani rozmawiać. Nie v/i-działam powodu, dla którego miałam o tym pamiętać. To było jak, powiedzmy, okropny wypadek samochodowy, który miało się jako nastolatka i w konsekwencji którego przeszło się wiele poważnych operacji, ale na szczęście doszło się do siebie. Po co wracać do przykrych szczegółów? Wspomnienie o Simonie nie wiązało się z przyjemnością, dlatego wolałam o nim nie pamiętać.
Rozmowa o Rachmanie sprawiła, że pomyślałam: „Owszem, to jest bardzo dziwne, że znałam Rachmana, gdy miałam zaledwie szesnaście lat". Im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym więcej spraw związanych z moim nastoletnim życiem wydawało się dziwne. Dlaczego ja, typowa uczennica z Twickenham, biegałam po londyńskich nocnych klubach z oszustem? Dlaczego pozwalali mi na to rodzice? W ramach wyjaśnienia tego samej sobie spisałam wszystko, co pamiętałam i odkryłam, że gdy tylko odkopałam ów strumień nieruszanych wspomnień, nie dało się go zatrzymać. Zatem jako zwolenniczka porzekadła doktora Johsona* głoszącego, że tylko dureń nie pisze dla pieniędzy, stworzyłam ze swych wspomnień mały pamiętnik i wysłałam go do przyjaciela, lana Jacka, redaktora czasopisma „Granta". Prosił mnie, bym napisała artykuł o zamiłowaniu do obserwowania ptaków, więc Edukacja musiała być dla niego zaskoczeniem, lecz opublikował tekst wiosną 2003 roku. Nieco zmienioną wersję możecie przeczytać w rozdziale drugim tej książki.
Wkrótce po ukazaniu się tekstu w „Granta" skontaktowała się ze mną moja agentka, informując, że Amanda Posey, pro-
Samuel Johnson (1709-1784), angielski leksykograf, pisarz i krytyk (przyp. tłum.).
ducentka filmowa, chce się ze mną spotkać, aby przedyskutować nakręcenie filmu na podstawie Edukacji. To był najmniej odpowiedni moment - mój mąż leżał w szpitalu w Middlesex, czekając na przeszczep szpiku kostnego, a ja dosłownie mieszkałam w szpitalu. Amanda Posey zaproponowała, że przyjdzie do pobliskiej kawiarni i spotka się ze mną wtedy, gdy będę mogła wyjść. Raczej niechętnie opuściłam szpital na pół godziny, aby spotkać się z nią i jej wspólniczką, Finolą Dwyer. Amanda wydała mi się błyskotliwą młodą kobietą, ale tak bardzo odbiegała od mojego wyobrażenia o producencie filmowym (myślałam raczej o Harveyu Weinsteinie), że niemal podejrzewałam ją o fantazjowanie. Zapytała, czy chciałabym napisać scenariusz i zdawała się zachwycona, gdy odpowiedziałam przecząco. Oznajmiła, że ma kogoś na uwadze. Całe spotkanie wydawało mi się nierealne, ale w owym czasie wszystko sprawiało takie wrażenie, więc stwierdziłam:
- Tak, proszę zrobić ten film.
Po czym wróciłam do szpitala i zapomniałam o niej.
Kilka miesięcy później otrzymałam kontrakt o objętości książki telefonicznej i dotarło do mnie, że Amanda Posey nie żartowała. Dowiedziałam się, że autorem scenariusza, o którym myślała, był jej chłopak — obecnie mąż — Nick Hornby. Cały pomysł wydał mi się bardziej prawdopodobny, zwłaszcza po spotkaniu z Nickiem. Było dla mnie dziwne (i nadal takie jest), że ten wybitnie „męski" pisarz tak dokładnie rozumie, co czułam jako szesnastoletnia uczennica, która z jednej strony była bardzo błyskotliwa, a z drugiej nie wiedziała o świecie nic. Zdawało się nawet, że rozumiał moich rodziców, a to więcej niż mogłam kiedykolwiek powiedzieć o sobie.
Na szczęście miałam dość rozumu, by umieścić w kontrakcie klauzulę stwierdzającą, że mogę przeczytać i skomentować (ale nie zmieniać) każdy scenariusz napisany przez Nicka Hornbyego. To była edukacja sama w sobie - z biegiem lat i wraz z powstawaniem kolejnych szkiców (w sumie było ich chyba osiem) - sporo się dowiedziałam o pisaniu scenariuszy, gdy obserwowałam, jak ewoluuje dzieło Nicka. Pierwszy szkic był bardzo bliski mojej historii, co z okrucieństwem pokazało, że brakowało w niej właściwego zakończenia - po dojściu do dramatycznego punktu kulminacyjnego napięcie słabło. W kolejnych szkicach Nick walczył o stworzenie dobrego zakończenia i wreszcie to zrobił; ożywił też postaci bohaterów, będące wcześniej tylko nazwiskami, i napisał całe sceny, które w moim życiu w ogóle się nie wydarzyły. Bohaterka była wiolonczelistką w szkolnej orkiestrze, kupiła na aukcji obraz Bur-ne a-Jonesa i pojechała na psie wyścigi w Walthamstow, czego ja nigdy nie zrobiłam. Postaci jej rodziców powoli ewoluowały, przekształcając się z irytujących dinozaurów w rozumne istoty ludzkie. Czytając ósmy szkic, szlochałam ze współczucia dla swojego ojca — był to dziwny i być może terapeutyczny moment w moim życiu. Jedyną złą rzeczą, jaką zrobił Nick, była zmiana imienia Simon na David — a tak miał na imię mój mąż. W tej książce wróciłam do imienia Simon (choć też nie jest to jego prawdziwe imię).
Mijały lata, szkice scenariusza pojawiały się i znikały, podobnie jak potencjalni sponsorzy. Ja poddałabym się już w drugim roku, lecz Nick, Amanda i ich wspólniczka Finola Dwyer byli wytrwali i wreszcie, rok temu, rozpoczęła się produkcja filmu, anda zaprosiła mnie kilkakrotnie na plan, a potem pojawiła
się pierwsza wersja po montażu. Byłam zachwycona i mówiłam z dumą o swoim filmie, ale też czułam się zakłopotana, gdy pytano mnie, jak to jest, gdy widzi się na ekranie siebie w wieku szesnastu lat. Czy istnieje dobra odpowiedź na to pytanie? Jak głupim trzeba być, aby wierzyć, że aktorka, choć wyjątkowo dobra (Carey Mulligan), jest szesnastoletnią mną? Jednak skłoniło mnie to do zastanowienia się nad pamięcią, która nigdy nie była moją mocną stroną, oraz do podjęcia próby przypomnienia sobie jak najwięcej, zanim wspomnienia znikną na zawsze.
Jestem w wieku (sześćdziesiąt pięć lat), w którym większość ludzi obawia się choroby Alzheimera i wpada w panikę, gdy zapomni czyjeś imię. Ja nawet nie zauważę, kiedy zachoruję, bo przez całe życie miałam dziurawą pamięć. Zapamiętuję coś na krótko. Dawniej mogłam obryć się do egzaminu, a obecnie przygotować do wywiadu, czytając materiały dzień wcześniej, by zachować wiedzę dokładnie na dwadzieścia cztery godziny, a potem bum! — wszystko znika. To dlatego czuję się zażenowana, wpadając na kogoś, z kim przeprowadzałam wywiad -ludzie oczekują, że będę pamiętała wszystko, co ma związek z ich życiem, podczas gdy ja wymazuję te informacje, by zrobić miejsce dla następnych. Dzisiaj wręcz nie pamiętam, czy z kimś rozmawiałam. Albo nawet, czy z kimś spałam. Za każdym razem jestem nieco skrępowana, gdy spotykam mężczyzn, którzy twierdzą, że studiowali w Oksfordzie w tym samym czasie, co ja. Zastanawiam się wtedy, czy wylądowaliśmy razem w łóżku.
Są całe dziedziny, które opanowałam i z których nic nie pamiętam. Mam certyfikat dokumentujący, że potrafię stenografować sto słów na minutę. Jak ja to osiągnęłam? Przekupiłam egzaminatora? Miałam wysokie oceny z łaciny dla zaawansowanych - eheufugaces, a nie jestem w stanie przetłumaczyć linijki z Horacego. W ramach krótkiej, nieprawdopodobnej kariery eksperta w sprawach erotyki napisałam książkę Jak ulepszyć sobie męża w łóżku, która w swoim czasie uchodziła za wiodący poradnik. Skąd miałam dość tupetu, by to zrobić? Spędziłam też pięć lat na badaniach i pisaniu książki The Heyday ofNatu-ralHistory (Czasy świetności historii naturalnej), co wiązało się z czytaniem wszystkich popularnych książek z dziedziny historii naturalnej z epoki wiktoriańskiej. Zniknęło, wszystko zniknęło. Zdaje się, że mam w mózgu jakiś przycisk automatycznego czyszczenia, który sprawia, że gdy już uporam się z jakimś tematem, nie muszę nic pamiętać. Nie przeszkadza to w mojej pracy dziennikarki, lecz nie jest już takie dobre w życiu. Moi przyjaciele czują się zranieni, gdy nie pamiętam rozmów, które odbyliśmy kilka tygodni wcześniej.
- Przecież ci mówiłam, Lynn! - wołają często.
-Wiem, wiem - odpowiadam szybko. — Było jednak tak ciekawe, że chciałabym usłyszeć to raz jeszcze.
Mam pewne strategie zapamiętywania. Od trzydziestego roku życia codziennie wypełniam dziennik (który wcześniej zapisywałam dość nieregularnie), żeby mieć możliwość sprawdzenia czegoś. W ubiegłym roku moja starsza córka, po raz pierwszy będąca w ciąży, spytała, jak długo trwał poród, gdy ją rodziłam. Nie miałam pojęcia, ale znalazłam dziennik z 1975 roku, poszukałam pod datą 3 maja i odkryłam - rany! — że tylko dwie godziny. Gdybym jej powiedziała, że dwie godziny, nie uwierzyłaby mi. Sama sobie bym nie uwierzyła. Jednak moją główną podporą przez większą część życia był David, mój mąż,
tóry wszystko pamiętał. Najbardziej przydatne było to, że pamiętał imiona ludzi oraz kiedy ich poznaliśmy i o czym rozmawialiśmy, dzięki czemu mógł mi dyskretnie podpowiadać w sytuacjach towarzyskich. Lecz nawet on był kiedyś zaszokowany, gdy podczas jakiejś kolacji ktoś opowiadał o Chinach, a ja stwierdziłam:
- Chciałabym pojechać do Chin!
David oznajmił:
- Byłaś tam, Lynn. W 1985. Bardzo ci się nie podobało.
Wszyscy się na mnie gapili.
To dla was ostrzeżenie, że jesteście w rękach mocno nierzetelnej pamiętnikarki, której pamięci nie można ufać. Gdy tylko miałam możliwość, weryfikowałam informacje, zaglądając do swoich pamiętników lub artykułów, jednak nigdy nie byłam niewolnicą faktów. Lecz czy to ma znaczenie? Kto jest właścicielem wspomnień? Kiedyś napisałam do „Independent on Sunday" artykuł o swoim dzieciństwie w latach pięćdziesiątych i ciotka Ruth (siostra ojca) ostro sprzeciwiła się mojemu stwierdzeniu, że przez rok nie jadłam nic innego oprócz tostów z jajecznicą. Oświadczyła, że to bzdury i potworne oszczerstwa dotyczące mojej matki. Skąd jednak ciotka Ruth mogła to wiedzieć? Spotykaliśmy ją raz w roku w Boże Narodzenie i najprawdopodobniej wtedy jadłam indyka. Moja matka, co jest dla niej typowe, twierdzi, że nie ma pojęcia, co jadłam. Ma teraz dziewięćdziesiąt dwa lata i pamięta to, co chce pamiętać. Całą resztę zapomina. Mnie to nie przeszkadza.
T>zieciństwo
Wiem, że pamiętniki powinno rozpoczynać opowiadanie o przodkach, jednak ja ich nie mam, ponieważ moi rodzice pochodzą z niższych, niepamiętanych sfer. Nie ma żadnej siedziby rodowej, nie ma też, o ile mi wiadomo, żadnej rodowej wioski. Jedynym wybitnym, dalekim krewnym, o którym kiedykolwiek słyszałam, był praprawuj ze strony matki, naczelnik stacji Swaffham w hrabstwie Norfolk. Oczywiście, w czasach wiktoriańskich pozycja naczelnika stacji to było coś. Pamiętam, że raz widziałam zdjęcie w sepii przedstawiające wuja w mundurze, który rzeczywiście wyglądał wspaniale, niemniej nie sądzę, bym musiała raczyć was (lub siebie) zgłębianiem historii naczelnika stacji Swaffham.
Pewnego dnia, gdy jechałam autostradą M3, zauważyłam zjazd na Bagshot. Pomyślałam: „Moje miejsce urodzenia! Może powinnam je zobaczyć?". Podczas rozważania za i przeciw, oddaliłam się od zjazdu na Bagshot o kilka kilometrów, dlatego też to miejsce, podobnie jak naczelnik stacji, pozostało mi nieznane. Tylko się tam urodziłam. Mama mieszkała z rodzicami w Sunningdale w hrabstwie Berkshire, a w Bagshot znajdował się najbliższy oddział położniczy. Bez wątpienia jest to urocze i przyjemne miejsce, wiem jednak o nim tylko tyle, że urodziłam się tam 22 maja 1944 roku i przeżyłam.
Mama mieszkała z rodzicami, bo mój ojciec nadal walczył na wojnie, a w zasadzie naprawiał radiostacje w czołgach w Cat-terick. Miał tak kiepski wzrok, że nigdy nie skierowano go do służby czynnej. Spędził wojnę spokojnie w Anglii. Poznał moją matkę, gdy oboje stacjonowali w Birmingham - ona kierowała karetką, a on ochraniał szpital dla psychicznie chorych. Ojciec mówi, że była najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek w życiu widział - chociaż było to, zanim wypadły jej zęby. Gdy była dziewczynką, a potem dwudziestolatką, miała potwornie wystające zęby. Potem jednak - co w czasie wojny zdarzało się często ze względu na niedobory wapnia - wszystkie jej wypadły. To była najlepsza rzecz, jaka mogła się wydarzyć. Z nowym garniturem porządnie wyglądających zębów z Narodowego Funduszu okazała się prawdziwą pięknością, którą często porównywano do gwiazdy filmowej Rosalind Russell. Miała gęste, czarne falowane włosy, piwne oczy, brzoskwiniową cerę, duży biust i długie nogi. Ludzie pewnie zastanawiali się, jak taka piękność mogła poślubić takiego okularnika, jak mój ojciec. Wyjaśnienie kryło się w jej przedmałżeńskich zębach.
Moje wspomnienia zaczynają się w czasach powojennych, gdy mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu nad pasażem handlowym w Ashford w hrabstwie Middlesex. Pamiętam widok gąsienicy na zasłonie i odgłosy szczurów hałasujących w pojemnikach ze śmieciami na podwórku. Najważniejszą rzeczą, którą pamiętam z czasów, zanim skończyłam trzy lata,
ył duży wózek dziecięcy stojący w rogu salonu i to, że pewnego dnia zniknął. Zapytałam mamę, gdzie jest. Powiedziała, że go oddała, lecz w sposobie, w jaki to zrobiła, była pewna niezręczność. Właśnie dzięki temu zapamiętałam owo zdarzenie. Przypuszczam, że było to pierwsze przeczucie, że zostanę jedynaczką.
Bycie jedynaczką jasno definiowało mój charakter. Oznaczało, że większość dzieciństwa byłam bardzo samotna, a moim towarzystwem były wyłącznie książki i wymyślony przyjaciel, Kay. Aż do dziesiątego lub jedenastego roku życia nie miałam żadnych przyjaciół, co dzielnie znosiłam w czasie roku szkolnego, ale w czasie wakacji było to bolesne. Najgorsze ze wszystkiego były coroczne wakacje nad morzem - tydzień z rodzicami w pensjonacie w Lowestoft. Siedziałam na plaży z nosem w książkach i zazdrościłam innym dzieciakom, które się bawiły. Zazdrościłam im, a równocześnie gardziłam nimi. Jak mogły być takie dziecinne? Śmiały się tylko dlatego, że uganiały się za piłką? Najwyraźniej na tym polegała zabawa. Tęskniłam za nią, a jednocześnie uważałam, że nie jestem do niej stworzona. Nawet gdyby dzieciaki z plaży zaprosiły mnie do gry (nigdy tego nie zrobiły), nie wiedziałabym, co mam robić.
Byłam nie tylko jedynym dzieckiem, ale też, jak sądzę, wyjątkowo izolowanym. Rodzice chyba nie mieli żadnych przyjaciół. Ojciec chodził do klubu brydżowego (był mistrzem hrabstwa), a matka należała do amatorskiego towarzystwa teatralnego, lecz jeśli mieli tam jakichś znajomych, nigdy nie zapraszali ich do domu. Nie mieliśmy też żadnych krewnych w Londynie. Matka była jedynaczką, więc jej rodziną byli tylko rodzice. Ojciec miał rodzeństwo, z którego dwoje miało dzieci, ale rzadko się spotykaliśmy, bo mieszkali w Lancashire. Pragnęłam być częścią wielkiej rodziny, „plemienia" z mnóstwem kuzynów — my-siałam, że kuzyni byliby idealni, lepsi od braci i sióstr, którzy mogliby zagrozić mojej władzy. Najbardziej chciałam poznać nie inne dzieci, ale inne rodziny, by zobaczyć, jak wyglądają ich wzajemne relacje. Nie udało mi się to aż do czasów, kiedy dorosłam.
Rodzicom, jako pierwszemu pokoleniu imigrantów, udało się dostać do klasy średniej, dzięki ukończeniu szkół ponadpodstawowych. Rodzina ojca była bardzo uboga - mój dziadek, włókniarz, zmarł z wycieńczenia, gdy tata miał cztery lata. Babka utrzymywała czworo dzieci z niskiej renty wdowy. Mieszkali w Bolton w hrabstwie Lancashire, w pobliżu zakładu włókienniczego. Ojciec pamięta, że wielkim świętem dla rodziny była wyprawa do wuja w niedzielne popołudnie, by zjeść miskę tłuczonych ziemniaków z sosem z lunchu. Od czasu do czasu znajdowało się w nim kawałek mięsa. Tata wspominał, jak zdobył w szkole nagrodę i wyszedł ją odebrać w nowych butach, które babcia kupiła na tę okazję — były wściekle pomarańczowe i wszyscy się śmiali.
Ojciec dostał się na studia matematyczne na uniwersytecie w Manchesterze, ale nie było go na nie stać. Zaciągnął się do służby cywilnej i po powrocie z wojny ukończył studia prawnicze w szkole wieczorowej. Pamiętam, że gdy byłam mała, mama mówiła:
- Cii. Tata zajmuje się deliktami*.
Nie wiedziałam, co to oznacza, lecz intuicyjnie czułam, że to coś strasznego - gdy zbliżał się termin egzaminów końcowych, kark taty pokrywały rozognione czyraki. Zdobył tytuł,
Czyn niedozwolony, wykroczenie przeciw prawu (przyp. red.).
stopniowo wspinał się po szczeblach kariery w biurze podatków spadkowych i miał pensję pracownika klasy średniej, jednak mimo to zachowywał się, jakby pozostał w klasie robotniczej. Był niezwykle inteligentny, ale towarzysko nieokrzesany. Gdy mówił: „Zgarnij skorupy" z silnym akcentem z Lancashire, pytałam, czy mam posprzątać ze stołu. Mama wzdychała i mówiła:
- Przecież tata o to prosił.
Narzekaliśmy też na jego zwyczaj wychodzenia z domu z kawałkami papieru przyklejonymi do twarzy, gdy pozacinał się przy goleniu. Matka była bardziej obyta, lecz, jak powiedziałam ojcu, miała umysł na czwórkę, może czwórkę z minusem.
Pochodziła z nieco lepszej rodziny niż ojciec - bardziej wiejskiej niż miejskiej, zajmującej się usługami, nie produkcją, z wybitną postacią naczelnika stacji Swaffham w tle. Jej ojciec (wyjątkowo przystojny mężczyzna) miał rentę inwalidzką z powodu zatrucia gazem bojowym w czasie pierwszej wojny światowej i od czasu do czasu pracował na poczcie lub jako ogrodnik; babka była wykwalifikowaną instruktorką pływania. Mieszkali w domu z dwoma pokojami na dole i dwiema sypialniami na górze w Sunningdale, będącym w owym czasie wsią. W weekendy jeździli na pole golfowe w Wentworth, żeby zarobić kilka pensów za znalezione piłeczki golfowe. Moja matka, pomimo umysłu na czwórkę, dostała stypendium do szkoły średniej, a potem do London Academy of Musie and Drama (LAMDA; Londyńska Akademia Muzyki i Sztuk Teatralnych). Miała nadzieję, że zostanie aktorką, ale skończyło się na dyplomie uprawniającym do uczenia dykcji, o czym później.
Rodzice wychowywali się w rodzinach metodystów, lecz gdy pojawiłam się na świecie, ich religią stała się nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Od dziecka musiałam zdawać wszelkie egzaminy, zdobywać wszelkie stypendia i miałam pójść na studia -w Cambridge, jeśli okazałabym się uzdolniona matematycznie, jak ojciec, lub w Oksfordzie, gdybym miała artystyczną naturę, jak matka. Ojciec często cytował Charlesa Kingsleya: „Bądź dobra, słodka panno, i pozwól innym być mądrymi". Mówił to jednak sarkastycznie - chciał, żebym była mądra i pozwoliła innym być dobrymi.
Matka nauczyła mnie czytać na długo przed tym, zanim poszłam do szkoły, więc pierwszego dnia w szkole podstawowej w Ashford byłam zdumiona, gdy znalazłam się w klasie matołów, którzy nie znali nawet alfabetu. Rzecz jasna, taka postawa nie czyniła mnie popularną wśród kolegów z klasy. Nie byłam też lubiana przez nauczycieli, bo odmawiałam jedzenia szkolnych posiłków. W szkole panowała zasada - jak w większości ówczesnych szkół - że nie można było wstać od stołu, dopóki nie zjadło się całego lunchu. Tak więc jakaś biedna nauczycielka marnowała całą przerwę, siedząc ze mną i zmuszając mnie do jedzenia. Nigdy nie jadłam. Wreszcie matka poszła na spotkanie z dyrektorką i wróciła do domu po zawarciu satysfakcjonującego kompromisu: mogę zostawiać część lunchu pod warunkiem, że zjem cokolwiek. Najczęściej mi się udawało, jednak raz w tygodniu podawano gulasz z chrząstkami, którego nie byłam w stanie tknąć. Tamtego dnia poszłam do kina, gdzie w dyskretnej wystawności restauracji Odeon byłam obsługiwana przez kelnerkę. Zamówiłam zupę z pieczonymi ziemniakami. To była pierwsza, cenna lekcja nagradzania nieustępliwości.
Tylko tyle pamiętam z Ashford; prawdziwe wspomnienia zaczynają się po tym, jak przeprowadziliśmy się do Twickenham, gdy miałam osiem lat. Rodzice mówili, że kupili wielki, stary dom - byli tak podekscytowani, że powtarzali to bez końca. Moje wyobrażenie o wielkim, starym domu było inspirowane lekturą takich książek, jak Tajemniczy ogród, więc myślałam
0 pełnym zakamarków, wielopiętrowym domu ze strychem
1 z parapetami oraz ukrytą klatką schodową. Martwiłam się, że mogłabym się zgubić w piwnicy albo że mój pokój w zachodnim skrzydle będzie nawiedzać bezgłowa zakonnica. Gdy wreszcie zobaczyłam dom pod numerem 52 przy Clifden Road w Twickenham, zaśmiałam się z niedowierzaniem:
- Mówiliście, że jest duży!
Teraz rozumiem, że był duży według standardów rodziców. Solidny edwardiański dom z trzema pokojami na dole i trzema sypialniami na górze, który miał taras i werandę oraz oranżerię i długi ogród z tyłu. (Domy przy Clifden Road osiągają obecnie ceny blisko miliona funtów). Niemniej ja upierałam się przy przekonaniu, że rodzice mnie okłamali i przez lata zrzędziłam: „Mówiliście, że jest duży!".
Dom stał naprzeciwko żeńskiej szkoły średniej Twickenham County Grammar, ale przyjmowano tam tylko dziewczynki od jedenastego roku życia, więc musiałam chodzić do podstawówki na drugim końcu miasta. Była to szkoła koedukacyjna, w której roiło się od chłopaków krążących wokół sanitariatów na boisku — podskakiwali, żeby zajrzeć do środka znad drzwi. W konsekwencji panicznie bałam się chodzić do toalety i narzuciłam sobie reżim dotyczący tego, co i o jakiej porze mogę jeść. Przez rok — z całym szacunkiem, ciociu Ruth — nie jadłam niemal nic oprócz tostów z jajecznicą. W kolejnym roku był to ekstrakt z drożdży i warzyw. Na szczęście określenie „zaburzenia żywienia" nie było wówczas znane, bo rodzice martwiliby się
0 mnie - chociaż, po zastanowieniu, stwierdzam, że chyba jednak nie, dopóki moje oceny byłyby dobre, a ja oczywiście takie miałam. Rywalizowałam z inną błyskotliwą dziewczyną, Marga-ret M., i co tydzień na zmianę zdobywałyśmy złotą gwiazdkę -nikt inny nie miał szans. W konsekwencji pozostali uczniowie nienawidzili nas, więc my ich również, ale jeszcze bardziej nienawidziłyśmy siebie nawzajem.
Jedyną dobrą rzeczą, jaką pamiętam z pierwszych lat w Twickenham był wieczór, w którym skończyła się reglamentacja słodyczy. Rodzice zabrali mnie do kina - chodziliśmy tam przynajmniej raz, a często dwa razy w tygodniu i oglądałam wspaniałe, nieodpowiednie filmy, takie jak Bosonoga Contessa („Co to znaczy, że on był ranny w czasie wojny, mamo? Jaka to była rana? Dlaczego to oznacza, że nie może jej poślubić?"), lecz owego wieczoru nudziłam się do chwili, gdy światła się zapaliły
1 kierownik kina wyszedł na scenę, by oznajmić:
- Panie i panowie, usłyszeliśmy w radiu, że skończyła się reglamentacja słodyczy. W holu mamy pełen wybór cukierków i czekolad.
Wszyscy rzucili się w stronę drzwi. Ojciec, oczywiście, tego nie zrobił. Nie rozumiał „owego zamieszania" wokół słodyczy, ale matka je rozumiała i kupiła opakowania toffi i rodzynek w czekoladzie. Zjadłam je wszystkie, aż zrobiło mi się niedobrze. Od tamtej pory nie przepadam za słodyczami, ale wówczas była to historyczna chwila.
Gdy miałam dziesięć lat, rodzice podjęli wielkie ryzyko finansowe i posłali mnie do szkoły podstawowej Lady Eleanor
Holles (LEH), niezależnej, płatnej szkoły w oddalonym o kilka kilometrów Hampton. Wyobrażali sobie, że jeśli przez rok będą płacić za moją edukację w szkole podstawowej, dostanę stypendium do szkoły średniej, co rzeczywiście miało miejsce. W szkole Lady Eleanor Holles po raz pierwszy spotkałam się z dziewczętami z dość bogatych środowisk - niektóre miały nawet własnego kucyka. Nadstawiałam uszu, gdy się przechwalały nowym jaguarem taty lub lodówką mamy. Snobizm w LEH był tak zaciekły, ponieważ miał miejsce w obrębie małej społeczności: dziewczyny z Oxshott gardziły tymi z Ewell, te z kolei gardziły dziewczynami z Kingston; właścicielki jaguarów gardziły właścicielkami wolseleyów, a wszystkie zachłysnęły się, gdy rodzice cichej dziewczyny, na którą nikt nie zwracał uwagi, przyjechali na rozdanie nagród rolls-royceem.
Dostrzegłam, że nie wygram w tym wyścigu snobizmu - nie mieliśmy samochodu, nie mówiąc już o padoku, więc nie starałam się kłamać i powiedziałam wszystkim, że jestem nędzar-ką i najmądrzejszą dziewczyną w szkole, co prawdopodobnie było zgodne z prawdą. (Obecnie Lady Eleanor Holles jest szkołą na wysokim poziomie, ale wtedy tak nie było). Opłaciło się. Właścicielki kucyków uznały, że fajnie jest mnie znać - byłam nowością w ich świecie. I były hojne: pożyczały mi ubrania na imprezy i oddawały talony na książki, które dostały pod choinkę, a z których, w przeciwieństwie do mnie, nie potrafiły zrobić użytku. W rezultacie zawsze miałam trudności z odczuwaniem nienawiści do bogaczy, co powinno być cechą dobrej lewicowej dziennikarki. Dziewczynom z LEH podobała się obecność nędzarki w ich gronie, a mnie podobało się posiadanie po raz pierwszy w życiu przyjaciółek. To był wspaniały dzień, gdy prze-szłyśmy do liceum i aż trzy dziewczyny rywalizowały o to, by ze mną siedzieć w ławce. Najprawdopodobniej miały nadzieję ściągać ode mnie, niemniej ja pławiłam się w popularności.
Jedynym mankamentem LEH, z mojego punktu widzenia, było to, że szkołę otaczały wielkie boiska, na których grałyśmy w różne gry. Najgorsza była gra w lacrosse, której założenie, że da się biec, równocześnie trzymając w prymitywnej rakiecie śnieżnej piłkę nad głową, podczas gdy inne dziewczyny rzucają w ciebie swoimi rakietami i próbują cię podciąć, było moim zdaniem głupie. Szaleństwem było podjęcie próby uczestniczenia w tej grze. Potem brałyśmy razem prysznic, a pani od wychowania fizycznego - lesba - gapiła się pożądliwym wzrokiem na nasze kiełkujące piersi i krzaczki. W końcu zmusiłam rodziców do napisania usprawiedliwienia, że mam słabe kostki i nie powinnam w nic grać. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że teraz musiałam chodzić na zajęcia podiatrii i nauczyć się podnosić ołówki palcami stóp. Potem podiatra powiedział, że powinnam jeździć na łyżwach, aby wzmocnić kostki, i nawet zdobył dla mnie darmową kartę wstępu na niedzielne wejścia na lodowisko Richmond Ice Rink. Boże, myślałam, że lacrosse było straszne, ale jazda na łyżwach była przerażająca. Teoretycznie środek lodowiska był spokojnym miejscem, gdzie można było ćwiczyć figury, lecz żeby się do niego dostać, należało przebić się przez wielu pędzących łyżwiarzy. Pewnego razu widziałam, jak komuś odcięto kawałek palca, gdy upadł. Łyżwiarze rozwlekali krew wokoł lodowiska do chwili, gdy porządkowi ich nie zatrzymali.
Drugim wielkim przekleństwem tamtych lat były lekcje dykcji prowadzone przez matkę. Gdy mieszkaliśmy w Ashford,
pracowała dorywczo w domu handlowym w Windsorze, ucząc ekspedientki mówić z akcentem wyższych sfer, a gdy przenieśliśmy się do Twickenham, zamieniła pokój od ulicy w „studio", powiesiła na ścianie certyfikat LAMDA i dawała lekcje w domu. Chciała umieścić tablicę z informacją o lekcjach dykcji na bramie, ale ojciec i ja sprzeciwiliśmy się - ojciec ze względu na to, że prawdopodobnie musielibyśmy płacić podatki, a ja z tego powodu, że chyba podcięłabym sobie żyły ze wstydu.
W owych czasach - w latach pięćdziesiątych - nauczycieli dykcji można było znaleźć w każdym mieście. W samym Twickenham było ich troje, a za rzeką, w Richmond, kolejne pół tuzina. Twierdzili, że uczą aktorstwa, „projekcji" i sztuki wystąpień publicznych, jednak tak naprawdę uczyli mówienia z akcentem wyższych sfer lub jakiejś jego wersji. Jeśli matka mówiła o kimś, że „ma lekki akcent", nie miała na myśli akcentu regionalnego, czy nawet cockneya, lecz najstraszniejszego ze wszystkich, czyli akcentu pospólstwa. To oznaczało mówienie „kupywać" zamiast „kupować", wprowadzanie słów z gwary lub mówienie „se" zamiast „sobie". „Muszę sobie kupować świeże warzywa dwa razy w tygodniu, by nie kombinować, co sobie ugotować na obiad", to był dobry sprawdzian. Celem lekcji dykcji było wyplenienie akcentu pospólstwa i nauczenie ekspedientek mówienia jak damy, choć bez wyjątku kończyło się na tym, że mówiły jak ekspedientki z pretensjami. W Windsorze mama nauczyła sprzedawczynie mówić: „Życzyłaby sobie pani przymierzyć większy rozmiar, proszę pani?".
Matka powtarzała mi, że dobrze wyćwiczony mówca mógłby recytować książkę telefoniczną Londynu i sprawić, że byłoby to interesujące. (Już jako dorosła zauważyłam, że wielu aktorów wypowiadało swe kwestie, jakby recytowali londyńską książkę telefoniczną i jakby słowa nie miały żadnego znaczenia). Wymowa miała być popisem dykcji, artykulacji, projekcji, intonacji, chiaroscuro, tembru głosu, lekkości, barwy, wibracji, crescendo, diminuendo w czasie recytowania, na przykład:
All along the backwater, Through the rushes tali, Ducks are a-dabbling Up tails all!
Ducks tails, drakes' tails, Yellow feet a-quiver,
Yellow bills all out ofsight, Busy in the river!
Na całym rozlewisku,
Gdzie tylko sitowie i trzcina, Wszystkie kaczki dziobią wodę, Każda kuper wypina!
Żółte nóżki powietrze tną skocznie, Kupry wdzięcznie się kręcą, wibrują, Żółte dzioby zaś są niewidoczne -Niestrudzenie pod wodą buszują!
Kenneth Grahame Ducks'Ditty (Kacza śpiewka)*
Wiele się mówiło o głoskach wargowych, spółgłoskach zwar-to-wybuchowych i oddechu przeponą. Matka robiła największe wrażenie, gdy demonstrowała oddychanie przeponą, ponieważ miała duży biust, który unosił się kilka centymetrów, kiedy brała wdech, i powoli opadał, kiedy robiła wydech, mrucząc „om znacznie dłużej, niż wydawało się to możliwe, i kończyła „pa ! Kazała uczniom kłaść dłoń na swojej przeponie, gdy prezentowała ten wyczyn, wzbudzając w nich konsternację.
Wszystkie cytowane wiersze w przekładzie Jerzego A. Nowakowskiego.
Każda lekcja zaczynała się od oddychania — mruczenia „om" i wykrzykiwania „pa" - po czym następowało ćwiczenie na wymawianie samogłosek: Behold he sold the old rolled gold bowl, w czasie którego rozgrywała się prawdziwa walka z mową pospólstwa. Potem były łamańce językowe: An ane-mone, my enemy; Unique New York; Red lorry, yellow lorry; Selfish shellfish; The sixth sick sheik's sixth sheep's sick, Six thick thistle sticks, six thick thistles stick; The Leith police dismisseth us i Three free throws - chyba nikt nie wymawiał ich prawidłowo, nawet moja matka. Potem następowało skubanie bażanta, przez które każdy z łatwos'cią mógł się pogubić:
I Ctm not thepheasantplucker, Ja nie jestem bażantów skubaczem,
I am the pheasant plucker's mate. Ja pomagam tylko kumplowi,
I am only pluckingpheasants A że skubię bażanta, to znaczy,
'Cos the pheasant plucker's late. że skubanie idzie wolno skubaczowi.
Na koniec ćwiczenie w akcentowaniu spółgłosek, które należało wykrzykiwać, maszerując po pokoju i wymachując ramionami.
Zinty tinty tuppenny bunl
The fox went out to have some firn!
He had some fun!
He banged the druml
Zinty tinty tuppenny bun!
Ene, due, like, rabe,
Poszedł lisek na zabawę! Frajdę miał niesamowitą! Bił w bębenek rudą kitą! Ene, due, bajda, pajda, Bić w bębenek to jest frajda!
To był mój codzienny muzak*, który słyszałam, odkąd przeprowadziliśmy się do Twickenham, czyli gdy miałam osiem lat, i trwał do czternastego roku życia, kiedy mama przestała pracować w domu i podjęła pracę nauczycielki w szkole. W studiu mamy zawsze był jakiś uczeń, gdy wracałam ze szkoły. Mogłam dość dokładnie określić czas na podstawie tego, czy byli na etapie „om" i „pa!", czy też behold he sold the old rolledgold bowl.
