Bursztynowe słodycze magiczne - Kurisu Hiyoko - ebook + książka

Bursztynowe słodycze magiczne ebook

Kurisu Hiyoko

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kto nie chciałby spróbować słodyczy, dzięki którym zniknie jego największy problem…

Do  opuszczonego  pasażu  handlowego, ukrytego  za  starą  świątynią, trafiają wyłącznie  osoby zagubione, takie, których  “istnienie  stało  się  niestabilne”. To  właśnie  tam można odnaleźć tajemniczy  sklep  ze  słodyczami prowadzony przez Kogetsu - półlisa, półczłowieka. Cukiernia zawieszona  jest  między  światem  realnym  a  krainą  duchów  i  innych nadprzyrodzonych istot rodem z japońskich legend.  Wiele  z  nich  to  magiczne  zwierzęta, zdolne przybrać  ludzką  postać i przenikać do naszej rzeczywistości.

Sprzedając niezwykłe przysmaki, Kogetsu nie działa jednak bezinteresownie... Słodycze zakupione w jego  sklepiku pomagają zmierzyć się  z problemami i  odzyskać wewnętrzną  równowagę. Droga do tego okazuje  się  jednak nieoczywista  i  pełna  zaskoczeń - zarówno  dla bohaterów,  jak i dla czytelnika.

Ciepła i mądra opowieść o tym, jak codzienne troski i nieostrożne pragnienia potrafią zmienić się w najcenniejszą lekcję życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 152

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Hiyoko Kurisu Bursztynowe słodycze magiczne Tytuł oryginału Yuyamidori Shotengai — Kohaku Yogashiten ISBN YUYAMIDORI SHOTENGAI — KOHAKU YOGASHITEN by Hiyoko Kurisu Copyright © Hiyoko Kurisu 2022 All rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 Copyright © for the Polish translation by Anna Horikoshi 2026 Original Japanese edition published in 2022 by Poplar Publishing Co., Ltd., Tokyo. Polish language translation rights arranged with Poplar Publishing Co., Ltd. through The English Agency (Japan) Ltd. and New River Literary Ltd. Redakcja Marta Stołowska Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Patryk Dąbrowski / artkolektyw.com Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Prolog

Och, witam cię serdecznie! Zapraszam do środka.

Zazwyczaj odwiedzają mnie tylko zjawy i zbłąkane dusze, ludzie w moim sklepie pojawiają się niezwykle rzadko. Przychodzą na ogół wtedy, gdy tracą kontrolę nad własnym życiem.

Znajdujemy się w pasażu handlowym Zmierzch w dzielnicy Zaświaty. To zapomniana okolica. Mieszkają tu stworzenia niedoskonałe, takie jak ja, które nie potrafią znaleźć sobie miejsca na świecie.

Ach, chyba się nie przedstawiłem. Nazywam się Kogetsu, Niepełny Księżyc. Jestem właścicielem sklepu Bursztynowe Słodycze Magiczne.

Miło mi cię poznać. Skoro jednak trafiłeś do mojego sklepu, to chyba coś cię trapi? Czy życie zaczęło cię przerastać? Straciłeś nad nim kontrolę? Skąd to wiem? No cóż… intuicja.

Chcesz kupić te słodycze? Świetny wybór, są naprawdę smaczne. Zaraz je zapakuję. Podejdź, proszę, do kasy.

Tylko nie zaglądaj na zaplecze. Zainteresował cię ten wielki regał? Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Ha, ha!

Oto twoje słodycze.

Po ich spożyciu mogą pojawić się różne skutki uboczne, które trudno przewidzieć. Dlatego stosuj się do zaleceń, zwłaszcza jeżeli chodzi o dawkowanie. Mój sklep nie ponosi odpowiedzialności, jeśli wydarzy się coś dziwnego…

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy. CHCIWE KONPEITO

Mój chłopak stał się ostatnio mniej czuły. Wiedziałam, że to nie jego wina, bo był zajęty nauką. Przygotowywał się do egzaminów wstępnych na studia. Mimo to czułam się samotna.

Pisaliśmy do siebie mniej maili, rzadziej rozmawialiśmy przez telefon. Właściwie to ja inicjowałam każdy kontakt.

Powiedział mi coś takiego: „Mogę ci nie odpisać, jeśli akurat będę się uczył do kolejnego testu”. Skinęłam wtedy głową, udając wyrozumiałą przyjaciółkę, ale nie sądziłam, że on co miesiąc będzie miał tyle testów. W sumie okresy, kiedy się do nich nie przygotowywał, były krótsze niż te, kiedy siedział z nosem w książce.

Koleżanki pocieszały mnie nie tak, jak bym chciała, na przykład: „Ciesz się, że w ogóle masz chłopaka!” albo „Ja też chciałabym mieć taki problem”. Krótko mówiąc, w ogóle mnie nie rozumiały.

Mój chłopak jest starszy ode mnie o rok. Podkochiwałam się w nim już w gimnazjum. Był wtedy przewodniczącym samorządu uczniowskiego. Przystojny, mądry, a przy tym sympatyczny, od razu podbił moje serce.

Poświęciłam mnóstwo czasu na naukę, żeby dostać się do tego samego liceum co on. Osiągnęłam ten cel, ale przez kolejny rok mogłam sobie na niego jedynie popatrzeć podczas przerw, bo wciąż nic nas nie łączyło. W końcu zebrałam się na odwagę i wyznałam mu uczucia, a on zgodził się ze mną chodzić. Nadal uważam to za cud, że chciał się spotykać z taką przeciętną dziewczyną jak ja, bo nie jestem ani szczególnie ładna, ani mądra.

Niestety, udało nam się spędzić razem jedynie ferie wiosenne. Kiedy mój chłopak zdał do trzeciej klasy1, zaczął przygotowania do egzaminów wstępnych i przyszłość naszego związku stanęła pod znakiem zapytania.

Spotkania w dni wolne od szkoły w ogóle nie wchodziły w rachubę. Wspólne dojazdy do szkoły i powroty do domu były idealnym substytutem randek, ale teraz on po lekcjach chodził na dodatkowe kursy do specjalnej prywatnej szkoły, która przygotowywała uczniów do egzaminów na studia. A kiedy nie miał tam zajęć, zostawał na parę godzin w szkolnej bibliotece.

Może to lepsze niż nieodwzajemniona miłość, a taką czułam do niego przez kilka lat, dla mnie jednak był to poważny problem.

Z jednej strony, nie chciałam wyjść na dziewczynę, która ma wielkie wymagania, bo chłopak mógłby mnie znienawidzić. Rzuci mnie, jeśli uzna, że ciągle mam zły humor i trudny charakter.

Z drugiej strony, pragnę się z nim spotykać, słyszeć jego głos. I chcę, żeby był dla mnie bardziej czuły.

Czy jestem zachłanna? Może powinnam wytrzymać, zaczekać, aż on upora się z egzaminami? Ale jest dopiero maj, więc zostało jeszcze dziesięć miesięcy…

A kiedy już dostanie się na studia, dystans między nami jeszcze się zwiększy. Prawdopodobnie w ogóle o mnie zapomni, zaprzyjaźni się z jakąś koleżanką z roku albo pozna inną dziewczynę w miejscu, gdzie będzie sobie dorabiał; i tak stopniowo oddalimy się od siebie.

Jeśli tak się stanie, rok moich poświęceń pójdzie na marne. To byłoby dla mnie zbyt bolesne.

Cóż więc powinnam zrobić? Nie istnieje przecież czarodziejskie zaklęcie, dzięki któremu mój chłopak z własnej inicjatywy, bez moich próśb czy zabiegów, poświęcałby mi więcej uwagi.

Po lekcjach wolnym krokiem poszłam do małej świątyni niedaleko szkoły. To nieco zaniedbany chram, stojący na niewielkim pagórku, z dala od centrum miasta. Wokół świątyni rosną drzewa, a na wzniesienie trzeba wejść po kamiennych schodach.

Odwiedzałam to miejsce zarówno podczas egzaminów do liceum, jak i wtedy, gdy zamierzałam wyznać uczucia mojemu starszemu koledze. Ponieważ oba te przedsięwzięcia zakończyły się sukcesem, zaglądałam tu częściej, przy każdej ważniejszej okazji. Było mi wstyd, że ciągle prosiłam o wsparcie bogów, więc trzymałam to w tajemnicy.

Dzięki drzewom okalającym świątynię oraz schodom, które sprawiały, że po pokonaniu kilku stopni znikałam z pola widzenia, nikt nie widział, jak wchodziłam na dziedziniec świątyni. To było bardzo wygodne. Wrzucałam monetę do drewnianej skrzyni na ofiarę, dzwoniłam starym dzwonkiem i składałam dłonie do modlitwy.

Tym razem prosiłam o to, byśmy ja i mój chłopak mogli być razem jak najdłużej. Żebyśmy stali się sobie bliżsi. Kiedy jednak zastanawiałam się nad treścią modlitwy, w mojej głowie pojawiły się mroczne myśli. Czy on naprawdę mnie kocha? Może zgodził się ze mną chodzić, bo miał taki chwilowy kaprys? A teraz jest mu głupio z tego powodu i dlatego jeszcze ze mną nie zerwał?

Moje powieki zrobiły się gorące, czułam, że łzy napływają mi do oczu.

Ostatnio byłam przewrażliwiona. Przypomniałam sobie artykuł z jakiegoś czasopisma o tym, jak chłopak znienawidził swoją dziewczynę, bo stała się dla niego ciężarem, i zrozumiałam, że zmierzam dokładnie w tym samym kierunku. Ale czy istnieją na świecie dziewczyny idealne, które radzą sobie z takimi problemami, i to w swoim pierwszym związku?

W tym momencie poczułam powiew wiatru, który niósł w moją stronę jakiś dziwny zapach, i bezwiednie spojrzałam w głąb dziedzińca otaczającego świątynię.

Co to?

W miejscu, które do tej pory było gęsto porośnięte drzewami, krzewami i wysoką trawą, a przynajmniej tak mi się wydawało, zauważyłam przejście. Otworzyłam szerzej oczy.

Czyżby kapłan, który opiekował się świątynią, przyciął tam gałęzie? Ale dlaczego tylko w tym miejscu?

Na dodatek wiało właśnie stamtąd, a ten dziwny zapach przypominał kadzidło albo stare drewno.

Ściskając mocno uchwyt mojej szkolnej torby, ruszyłam w głąb dziedzińca. Kiedy doszłam do miejsca, z którego mogłam zajrzeć między drzewa, moim oczom ukazał się widok, który całkowicie mnie zaskoczył.

Zadziwiające!

Prosta, nieutwardzona droga, a po obu jej stronach rzędy starych drewnianych sklepów. Na wysokości pierwszego piętra, ponad drogą, porozwieszane były lampiony. Jak na festiwalu. Wszystko tu wyglądało jak z innej epoki.

Stary, zaniedbany pasaż handlowy tonął w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca.

Co to za miejsce?

Czyżby za świątynią była ulica? Dlaczego łączyła się z chramem? Wyglądało to tak, jakby teren świątyni był wejściem do pasażu. Ciekawość wzięła górę; niezrażona specyficznym zapachem, weszłam głębiej. Może dlatego, że ten widok przypominał mi scenerię z filmów, których akcja rozgrywa się we wczesnym okresie Showa2.

Miałam na nogach stare, rozchodzone mokasyny, więc dobrze wyczuwałam nawierzchnię drogi. Różniła się od asfaltu, w ubitym piasku tkwiły małe kamyczki. Zastanawiałam się, czy coś takiego można nazwać „ulicą”.

Większość podupadłych sklepów była zamknięta i raczej nigdy nie zasługiwały na miano eleganckich. Jedne miały na drzwiach tabliczkę z napisem Nieczynne, a drzwi innych zatrzaskiwały się w chwili, kiedy przechodziłam obok. No cóż… to nie było miłe.

Niektóre sklepy wyglądały tak, że trudno się było zorientować, co w nich sprzedawano. Na wielu widniały szyldy w obcym języku; było to dość niepokojące. Brak latarni i wiszące nad głową czerwone i białe lampiony sprawiały, że to miejsce wydawało się nierealne. Przeszły mnie ciarki, a mimo to, sama nie wiedząc czemu, brnęłam dalej.

Dlaczego nie zawracam?

Czy zamartwiam się tak bardzo, że jest mi wszystko jedno? Zwykle jestem tchórzliwa. Nigdy nie weszłabym do domu strachów ani w wesołym miasteczku, ani na szkolnym festynie. Gdyby był tu ze mną mój chłopak, chwyciłabym go za rękę i pociągnęła w drugą stronę, prosząc: „Wracajmy, boję się!”.

Wreszcie na końcu ulicy znalazłam sklep, w którym paliło się światło. Był zadbany i ładniejszy niż inne. Choć stary, jego drewniane ściany pomalowane lakierem miały bursztynowy kolor, a drzwi były rzeźbione. Wejście zdobiły różowe lampiony. Szyld wykonany pędzlem głosił: Bursztynowe Słodycze Magiczne.

Słodycze „magiczne”? A może „zagraniczne”? Brzmiało to trochę dziwnie. Na dodatek na tabliczce informującej o dniach, kiedy sklep jest zamknięty, przeczytałam: Nów i pełnia Księżyca.

Skoro jednak to sklep ze słodyczami, to przynajmniej nikt mnie nie będzie namawiać do kupna bardzo drogich produktów. A poza tym mam ochotę na coś słodkiego — wchodząc do środka, próbowałam znaleźć w myślach jakiś powód, dla którego to robię. Drewniane drzwi otworzyły się, lekko skrzypiąc, i moim oczom ukazało się dość mroczne wnętrze.

W słabym świetle sufitowej lampy ujrzałam nis­kie regały sklepowe — najwyższa półka sięgała mi do bioder — i chaotycznie ułożone na nich słodkości, takie jak tradycyjne japońskie daifuku — ciastka ryżowe ze słodkim nadzieniem, manju — gotowane na parze bułeczki, nadziewane pastą ze słodkiej fasolki azuki, a także tanie słodycze dagashi, które dawniej dzieci kupowały sobie za kieszonkowe, takie jak konpeito — cukierki z lukru w kształcie małych, nieregularnych kulek albo gwiazdek, Kintaro-ame — cylindryczne, wielokolorowe landrynki przedstawiające twarz legendarnego bohatera Kintaro, ale też zwykłe karmelki.

— Dzień dobry! Tak rzadko mam okazję witać w moim sklepie ludzi.

Podskoczyłam z wrażenia, bo głos dobiegał z ciemności. Spojrzałam w głąb sklepu i zobaczyłam przystojnego mężczyznę o jasnych włosach, ubranego w tradycyjne, luźne spodnie hakama. Oceniłam, że ma dwadzieścia parę lat. Jego wąskie, skośne oczy wydawały się złote, a jasna karnacja i ogólna aura sprawiały, że nie wyglądał jak typowy Japończyk. Przez moment wydawało mi się, że spomiędzy krótko obciętych włosów wystają lisie uszy, ale to mogło być złudzenie.

— O! Dzień dobry!… Rzadko ma pan okazję witać tutaj ludzi? Co to znaczy?

Przystojniak uniósł lekko kąciki ust. Ten sztuczny uśmiech sprawił, że wyglądał jeszcze mniej realistycznie. Jak porcelanowa lalka.

— Jesteśmy w pasażu handlowym Zmierzch, pomiędzy światem rzeczywistym a światem cieni. Przychodzą tutaj duchy zmarłych i zjawy, a czasami ludzie, których życie zaczęło przerastać.

— Słucham? — Byłam zaskoczona takim wyjaśnieniem, ale szybko zrozumiałam, o co chodzi.

To musiał być jeden z lokali tematycznych, które trochę przypominają teatr. Każdy taki sklep czy restauracja mają konkretny motyw przewodni albo określoną tematykę, a sprzedawcy albo kelnerzy, jak aktorzy, odgrywają ustalone role. To teraz modne i takich miejsc przybywa jak grzybów po deszczu. Ale na takim odludziu? Ten sklep nigdy nie będzie cieszył się popularnością.

— Przepraszam, jeszcze się nie przedstawiłem. Nazywam się Kogetsu. Jestem właścicielem tego sklepu — powiedział mężczyzna, pochylając głowę. Jego głos brzmiał chłodno i trochę piskliwie.

— Aha, rozumiem. Pan jest lisem czy czymś takim?

A więc te uszy, które dostrzegłam między jego włosami, to rekwizyt. Chciałam się upewnić, ale przede wszystkim nie wypadało milczeć, bo pan Kogetsu pewnie się ucieszył, że ktoś wreszcie odwiedził jego sklep.

— Jesteś spostrzegawcza. Tak, masz rację, ale tylko w połowie.

— Tylko w połowie…? — próbowałam go zachęcić, żeby kontynuował swoją, zapewne wyuczoną, kwestię, ale ponieważ milczał, skorzystałam z okazji i zapytałam go o inną sprawę, która nie dawała mi spokoju: — A… dlaczego sklep jest zamknięty podczas nowiu i pełni Księżyca?

— Nienawidzę tych nocy. Pewnie dlatego, że sam jestem istotą niepełną i źle się czuję, kiedy moc Księżyca jest wyjątkowo silna lub prawie nieodczuwalna — odpowiedział pan Kogetsu, tym razem jednak ze smutnym uśmiechem.

Czy miało to coś wspólnego z tym, co powiedział wcześniej, że jest w połowie lisem? Cóż, jeśli miał wolne tylko dwa razy w miesiącu, to naturalne, że nie czuł się w te dni najlepiej. Nic nie wskazywało na to, że zatrudniał jakichś pracowników.

Zastanawiając się, dlaczego taki przystojny facet prowadzi sklep, do którego nikt nie zagląda, oglądałam sprzedawane przez niego produkty.

— Zawsze jest powód, dla którego czyjeś życie staje się niestabilne. Czy ty też masz jakieś zmartwienie? Coś cię dręczy? — usłyszałam za plecami jego głos i prawie upuściłam trzymane w ręce pudełko konpeito.

— Ja?… A skąd pan wie? — Mimowolnie spojrzałam w złote oczy pana Kogetsu. Rzęsy też miał złote i tak długie, że można było na nich położyć zapałkę.

— No cóż… mam intuicję i trochę doświadczenia. Chcesz kupić konpeito?

— Hm…

Pan Kogetsu z uśmiechem patrzył na słodycze w mojej dłoni. Lukrowe kulki, które znajdowały się w okrągłym, przezroczystym pudełeczku, mieniły się różnymi odcieniami jasnego fioletu, różu i błękitu, zupełnie jak hortensje, ale to nie ich wygląd przykuł moją uwagę.

— Właściwie to zainteresowała mnie ich nazwa.

Słodycze w tym sklepie miały dziwne nazwy. Nie były to zwykłe daifuku czy nadziewane biszkopciki dorayaki. Wszystkie opisane były jakimś dodatkowym słowem.

Te cukierki nazywały się Chciwe konpeito. Właś­nie się zastanawiałam, czy sama nie jestem zbyt zachłanna, i dlatego wzięłam je do ręki.

— Zjedzenie tego cukierka sprawia, że przydarzają się różne drobne, miłe rzeczy. Trzeba jednak pamiętać, że można zjeść tylko jednego dziennie. — Pan Kogetsu trzymał palec wskazujący na ustach, jakby zdradzał mi sekret.

— Rozumiem, nie można być łakomym. Ale one są takie maleńkie! To jest za trudne, żeby nie zjeść więcej. Nie wiem, czy uda mi się powstrzymać i nie sięgnąć po kolejne.

— No cóż… jeśli coś ci się stanie, to nie będzie to moja wina.

Serce zabiło mi mocniej. Twarz pana Kogetsu na chwilę przybrała taki chłodny wyraz, że mężczyzna wydał mi się groźny. O co chodzi? Gra aktorska właściciela sklepu była tak przekonująca, że na chwilę zapomniałam, iż biorę udział w przedstawieniu.

— Kupuję.

Nie chciałam, żeby zauważył moje zmieszanie, więc szybko podałam mu pudełko z konpeito. Kosztowało trzysta jenów. Tanio, a cukierków było dużo i wyglądały bardzo apetycznie, więc nie czułam się stratna.

Zapłaciłam przy ladzie, na której stała starodawna mechaniczna kasa z korbką. Pan Kogetsu zapakował pudełeczko z konpeito do papierowej torebki.

— Dziękuję. Proszę spożywać je zgodnie z zaleceniem.

Wróciłam do domu.

„Dziwny sklep” — pomyślałam, wpatrując się w konpeito leżące na moim biurku. „Może ten spostrzegawczy właściciel był również wróżbitą? To by tłumaczyło tę tajemniczą atmosferę i teatralną scenerię”.

Wieczorem postanowiłam spróbować cukierków. Byłam już po kolacji, ale jeszcze nie umyłam zębów. Wstałam z łóżka i wzięłam do ręki plastikowe pudełko. Wysypałam trochę lukrowych kulek na dłoń, ale przypomniałam sobie słowa pana Kogetsu i włożyłam konpeito z powrotem do pudełka.

— Nie o to chodzi, że się boję, po prostu chcę tak zrobić — mruknęłam do siebie, patrząc na ostatni cukierek, który został na mojej dłoni.

Włożyłam go do ust. Był bardzo słodki, z lekką miętową nutą, która tę słodycz łagodziła. Pomysł, żeby ograniczyć się do zjedzenia jednego małego cukiereczka, był naprawdę niedorzeczny.

A mimo to… Nie jestem dzieckiem, żeby wierzyć w magiczne zaklęcia, lecz przeszło mi przez myśl, że byłoby wspaniale, gdyby w moim życiu wydarzyło się coś dobrego dzięki cukierkom za jedyne trzysta jenów.

Odłożyłam pudełko i usiadłam za biurkiem, by dokończyć pracę domową. I wtedy zadzwoniła moja komórka, którą położyłam obok poduszki. To nie był sygnał wiadomości, ktoś do mnie dzwonił. Skoczyłam w stronę łóżka, żeby odebrać połączenie. Na ekranie telefonu ujrzałam imię mojego chłopaka.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Rok szkolny w Japonii trwa od kwietnia do marca i jest podzielony na trzy semestry (przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).

2 Okres panowania cesarza Hirohito — od 25 grudnia 1926 do 7 stycznia 1989 roku (przyp. red.).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Rozdział pierwszy. CHCIWE KONPEITO