Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
131 osób interesuje się tą książką
Drugi tom serii Broken. To bezpośrednia kontynuacja „Broken by Her Voice”.
Przed lekturą sięgnij po pierwszy tom, by poznać początki historii Claire i Luci.
Claire wiedziała, że wybór Luci zmieni jej życie. Nie wiedziała tylko, jak bardzo.
Każdy dzień u jego boku oznacza nowe ryzyko. Świat, do którego weszła, nie wybacza błędów i nie daje drugiej szansy. Niebezpieczeństwo może nadejść z najmniej spodziewanej strony - z sekretów, przeszłości i decyzji, których nie da się już cofnąć.
Nie wszystko da się przewidzieć. Claire przekona się, że wybór Luci był dopiero początkiem.
Seria Broken jest dla czytelniczek, które lubią mroczne romanse, silne emocje, tajemnice i historie miłosne, w których niebezpieczeństwo jest zawsze blisko.
Dla kogo nie jest:
dla tych, którzy szukają lekkiej, szybkiej historii bez ciężaru emocjonalnego
Sceny 18+ zmysłowe
Historia nie romantyzuje relacji toksycznych
👉 Jeśli chcesz mieć tę historię w wersji papierowej z autografem, zajrzyj na:
www.melodyred.com
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MELODY RED
broken
by
HIM
SERIA
BROKEN #2
2026
Wydanie pierwsze
Copyright © Melody Red, 2026
www.melodyred.com
ISBN: 978-83-979444-3-5
Redakcja: Agnieszka Izabella Sikorska | Studio Narracji
Korekta: Agnieszka Izabella Sikorska | wkrainieslowa@gmail.com
Skład i łamanie: Katarzyna Seredin-Kolarczyk | kaes@seredin.pl
Okładka: Melody Red
Broken by Him
Wszystkie prawa zastrzeżone
Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystywanie całości lub
fragmentów niniejszej książki bez pisemnej zgody autorki jest
zabronione.
Zezwala się na udostępnianie okładki książki w Internecie w celach promocyjnych.
www.melodyred.com
FB: Melody Red Author
IG: melodyredauthor
Tik-Tok: @melodyredauthor
Trigger warnings
Ta książka zawiera treści, które mogą być trudne dla niektórych
czytelniczek i czytelników, w tym:
przemoc fizycznaużycie broni palnejpróba gwałtuzagrożenie życia i śmierćmanipulacja i kontrola w relacjachnapięcie psychologiczneCzytelnicy wrażliwi na powyższe treści proszeni są o zachowanie
ostrożności.
Rozdział 1
Luca
Stała i czekała. Doskonale piękna, a jednocześnie krucha. Nie odezwała się ani słowem i nawet nie drgnęła. Teraz ruch należał do mnie.
Odstawiłem szklankę na biurko zbyt mocno. Whisky odbiła się od ścianek i chlusnęła na blat. Ciemna plama rozpełzła się po drewnie, ale nie zwróciłem na nią uwagi. Liczyła się tylko Claire. Od tej chwili jej bezpieczeństwo przestało być czymś oczywistym.
Podszedłem bliżej i natychmiast poczułem jej zapach – delikatny. Zbyt łagodny jak na sytuację, w której się znaleźliśmy. Otulał mnie jak ciepły płaszcz, kojący i znajomy, a przez to boleśnie nie na miejscu.
Przez ułamek sekundy przemknęła mi myśl, że to wszystko wymknęło się spod kontroli. Przeze mnie. Przez to, że pozwoliłem sobie czuć.
Patrzyła na mnie szmaragdowymi oczami – tak niewinnymi jak ona.
– Luca, o co chodzi? – zapytała krótko.
W jej głosie nie było paniki. Chciała odpowiedzi. Prawdy, której nie mogłem jej dać.
Nigdy.
To by ją zniszczyło. Już nie spojrzałaby na mnie tak jak teraz. Walczyłem z własnym demonem. Tym, który przez ostatnie dni wygrywał i doprowadził do tego, że stała się celem.
Celem Lorenza.
Na samą myśl o nim zaciskałem szczękę, a puls przyspieszał. Lorenzo był nieobliczalny, a co gorsza, nie uznawał żadnych granic. Nie mogłem pozwolić, żeby ponownie się do niej zbliżył.
Nawet na sto metrów.
Nawet na moment.
Nie, dopóki żyłem.
– Claire… – zacząłem, ale urwałem.
Kolejne słowa utknęły mi w gardle, nagle zbyt suchym i ściśniętym.
– Luca, co się dzieje? Możesz mi zaufać.
Jej głos był spokojny. Zbyt spokojny.
– Tu nie chodzi o zaufanie – syknąłem.
Wyszło ostrzej, niż powinno. Przyciągnąłem ją do siebie, zanim zdążyła zadać kolejne pytanie. Od razu wtuliła się we mnie tak, jak potrafiła tylko ona. Jakby nie miała żadnych wątpliwości.
Pragnąłem jej tylko dla siebie. Teraz miało się to na mnie zemścić.
Próbowałem udawać, że nie ma ludzi, którzy nas obserwują. Że nie istnieją klub, układy i nazwiska groźniejsze niż sam diabeł. Że nie ma narkotyków i brudnych interesów. W rzeczywistości tworzyło to mieszankę, która mogła ją zabić. Jedyną opcją było coś, czego nie chciałem robić. Dlatego odwlekałem to, ile się dało. Każdą sekundę. Każdy oddech. Jakby czas dało się oszukać, a decyzję przeciągnąć tak długo, aż przestanie być konieczna.
Nie byłem gotowy. I choć próbowałem sobie wmówić, że to tylko chwilowe zawahanie, to jednak prawda była prostsza i brutalniejsza: nigdy nie będę gotowy.
Claire była moja, a jednak musiałem z niej zrezygnować. Nie dlatego, że przestała być ważna. Dlatego, że to był jedyny sposób, by mogła żyć tak, jak powinna.
Bez kata nad głową.
Bez czyhającego na każdym rogu mordercy.
Beze mnie.
Odsunąłem się na tyle, by przestać czuć jej ciepło, ale wciąż mieć ją przed sobą. Oddech ugrzązł mi w piersi, jakby każdy kolejny mógł mnie zdradzić. Jakby zbyt dużo powietrza miało mnie złamać. Ciężar pomału rozlewał się pod żebrami, a każda sekunda kosztowała więcej, niż byłem w stanie zapłacić.
– Claire, nie możemy być razem.
Słowa wyszły spokojniej, niż się spodziewałem. Opadły między nami jak wyrok.
Spojrzała na mnie. Zmarszczyła brwi, zrobiła krok w tył, a potem założyła ręce na piersi. Jakby była gotowa odepchnąć każdy argument i każde zdanie, które miało nas rozdzielić.
– Wytłumacz, co takiego się wydarzyło przez te kilka godzin.
Milczałem. Stałem nieruchomo, choć w środku rozpadałem się na kawałki. Myśli uderzały jedna o drugą, ostre i chaotyczne, nie do ułożenia w zdania. Pierwszy raz od dawna nie potrafiłem znaleźć słów. Każde było zbyt blisko prawdy. Każde mogło ją skrzywdzić.
– Kurwa. Luca. Powiedz! – niemal wykrzyczała mi w twarz, a jej oczy zdradzały coraz większą irytację.
– Przepraszam, że się do ciebie zbliżyłem. Że byłem egoistą. Ale twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze.
Zbliżyła się powoli, jakby czas nagle przestał mieć znaczenie. Stanęła na palcach, a jej twarz znalazła się kilka centymetrów od mojej. Na tyle blisko, żebym poczuł jej obecność. Zbyt blisko, żebym mógł dalej udawać obojętność. Jej oddech – ciepły i nierówny – opadał lekko na moje wargi. To wystarczyło, żeby całe ciało zareagowało.
Chciałem zrobić dokładnie to, co byłoby najgorszym możliwym wyborem. Zatrzymać ją przy sobie. Uciszyć jednym gestem. Udawać przez moment, że świat poza nami nie istnieje. Ale zamiast tego stałem nieruchomo i czekałem. Na jej ruch. Na jej decyzję. Na coś, co pozwoliłoby mi jeszcze przez sekundę nie być tym, kim musiałem być.
– Nie przepraszaj. Tylko powiedz prawdę – rzuciła ostro.
Nie poddawała się. Musiałem jej coś dać. Tyle, by poczuła ciężar sytuacji, ale nie tyle, by ją to zmiażdżyło.
– Ktoś próbuje dotrzeć do mnie przez ciebie. A to oznacza, że ty też jesteś celem. Dlatego będziesz miała podwojoną ochronę. Zawsze. Na każdym kroku. W pracy. W domu. Nawet jeśli nie będziemy razem, chcę cię dalej chronić. Muszę…
Otworzyła szerzej oczy. Nie musiałem nic dodawać. Zrozumiała szybko. Zrobiła instynktownie krok w tył, jakby nagle między nami pojawiła się niewidzialna granica, cienka, ale nie do przekroczenia. Zaczęła nerwowo rozpinać płaszcz, aż w końcu rzuciła go na podłogę. Krążyła po pokoju ze spuszczoną głową i dłonią przy ustach. Przygryzała opuszek palca, jakby ten drobny ból pomagał jej zebrać myśli.
Nie ruszyłem się, pozwalając jej na to. Na przetworzenie moich słów. Na emocje, które rosły w niej od kilku minut i których nie dało się już zatrzymać.
Nie wiedziałem, ile czasu minęło ani ile kroków zrobiła. Przestałem liczyć sekundy i skupiłem się tylko na tym, żeby nie ulec własnym impulsom.
Kiedy w końcu stanęła przede mną, nie było już w niej wahania. W jej oczach zobaczyłem złość. Czystą i nieprzelęknioną. Nie tę, która rodzi się ze strachu, lecz tę, która pojawia się wtedy, gdy ktoś próbuje odebrać ci wybór.
Ja właśnie to robiłem.
– Claire, musisz zrozumieć…
– Co takiego? – przerwała mi natychmiast.
– Że w moim świecie nie ma już miejsca dla nas.
Powiedziałem to spokojnie. Jak fakt, którego nie da się obejść ani rozbroić argumentami. Jak granicę, której nie wyznaczałem ja, tylko to, co stało za mną.
– Tak, wiem – syknęła. – Już mówiłeś, że żyjesz w złym świecie. Ale co, jeśli ja też tego chcę?
Uniosłem brwi. Zaskoczenie wybiło we mnie jak dzwon. Jeszcze niedawno paraliżowała ją sama myśl, że może stać się jej krzywda. Że konsekwencje są realne, a nie tylko teoretyczne. A teraz stała przede mną gotowa stawić im czoła, jakby decyzja była łatwiejsza niż w rzeczywistości. Jakby sama odwaga mogła pokonać niebezpieczeństwo, które zbliżało się do niej z każdą minutą spędzoną ze mną. Jakby wystarczyło chcieć.
Ale to nie miało znaczenia.
Jej zgoda niczego nie zmieniała.
Jej odwaga też nie.
Bo to ona miała zapłacić za wszystko. A ja nie mogłem na to pozwolić.
Na nas.
Nawet jeśli oznaczało to, że w jej oczach stawałem się dokładnie tym, kim właśnie zaczynałem być.
– Uwierz mi. Nie chcesz tego. To nie jest gra. To coś, czego nawet sobie nie wyobrażasz. I nie pozwolę ci na to.
Ostatnie zdanie zawisło między nami ciężko, jak dym boleśnie wypełniający płuca. Wiedziałem, że było tylko częściowo prawdą. Pozwoliłbym jej zostać, gdyby naciskała mocniej. Gdyby powiedziała to głośniej. Gdyby zrobiła choć jeden krok więcej w moją stronę. Pozwoliłbym, bo byłem pieprzonym egoistą. Bo pragnąłem jej bliskości bardziej, niż byłem gotów przyznać przed samym sobą. I właśnie tej myśli nie chciałem teraz dokończyć.
Na razie jednak wygrywała we mnie racjonalna część. Ta, która potrafiła patrzeć dalej niż na najbliższe kilka minut. Całe szczęście. Jeśli to w ogóle było szczęście.
Patrzyła na mnie w milczeniu. Jej wzrok krążył po mojej twarzy, jakby szukała pęknięcia, przez które mogłaby się przedostać. W końcu odwróciła się, chwyciła płaszcz i wyszła. Drzwi zamknęły się za nią głośno.
Stałem tam, gdzie mnie zostawiła. Pozwoliłem jej odejść. Powinienem poczuć ulgę. Nie poczułem. Była tylko chłodna pewność, że tak będzie lepiej.
Nie zebrałem się już do pracy. Telefon zawibrował w kieszeni, ale go zignorowałem. Byłem już pewien, że Claire nie wróci. I właśnie tak powinno być. Mój świat nigdy nie był miejscem dla niej, a ja od początku wiedziałem, że to nie może skończyć się inaczej. Błędem było to zaczynać. Wciągnąłem ją w coś, co nie miało prawa się udać.
Przesunąłem dłonią po karku i zrobiłem pół kroku w stronę biurka.
I wtedy klamka się poruszyła.
Claire pojawiła się w drzwiach, a potem podeszła prosto do mnie. Tak blisko, że jej oddech ogrzewał mi skórę.
– Zaryzykuję – powiedziała twardo.
To jedno słowo zachwiało we mnie czymś, co powinno pozostać nieruchome. Mięśnie miałem napięte, jakbym przygotowywał się na cios.
– Ale ja nie – odpowiedziałem i zrobiłem coś, co wiedziałem, że jej się nie spodoba. Ani trochę. Coś, co zamknie tę rozmowę skuteczniej niż każde kolejne zdanie.
Odwróciłem się. Podszedłem do fotela i usiadłem, jakbyśmy nie stali w biurze, ale w samym środku czegoś, co właśnie się rozpadało. Czegoś, na co nie miałem już wpływu.
Wyciągnąłem telefon. Mike odebrał po pierwszym sygnale.
– Odwieź Claire do domu.
Rozłączyłem się, zanim zdążył zareagować. Nie spojrzałem na nią. Gdybym to zrobił, mógłbym zmienić zdanie.
Claire
Nie wierzyłam.
Kurwa!
To nie mogła być prawda.
Nawet na mnie nie patrzył. Siedział w fotelu, ze wzrokiem utkwionym w szklance whisky, jakby to w niej szukał odpowiedzi. Stałam bez ruchu, próbując uchwycić moment, w którym wszystko zaczęło się sypać. Drżałam. Objęłam się ramionami, bo po ciele rozlewało się zimno.
Odrzucił mnie.
Odrzucił nas.
Tak szybko, jakby to, co było wcześniej, nie miało żadnej wagi. Jakby słowa, które szeptał mi do ucha, były tylko dźwiękiem. Jakby jego dotyk nie znaczył nic poza tamtą chwilą. A przecież oddał mi cząstkę siebie. Zaufał mi. Teraz tkwił tam sam, oddzielony ode mnie jednym ruchem. Jedną decyzją.
Zrobiłam krok w jego stronę. I wtedy drzwi biura się otworzyły.
Odwróciłam się. Mike stał w progu, spokojny, gotowy wykonać polecenie. Nie musiał nic mówić. Czekał, aż pójdę za nim, jakby to była formalność.
A ja nie chciałam. Nie mogłam.
Widok jego człowieka uderzył mnie mocniej niż słowa Luci. Nie dlatego, że się pojawił. Dlatego, że został wezwany. Nagle zrozumiałam, że to nie była rozmowa.
To była decyzja.
Jego decyzja.
I była ostateczna.
Nie próbował mnie zatrzymać. Nie tłumaczył się. Nie walczył. Uruchomił mechanizm, który znał najlepiej: ludzi, polecenia, kontrolę. Chronił mnie, a jednocześnie odsuwał.
Ból rozlał się po klatce piersiowej, ciężki i dławiący, jakby coś zacisnęło się w środku i nie zamierzało puścić. Nie był ostry. Był miażdżący. Duszący. Taki, który nie krzyczy, tylko odbiera siły.
Powietrze zaczęło mi uciekać. Najpierw niepostrzeżenie, a potem coraz szybciej. Każdy oddech był płytszy od poprzedniego, jakby moje płuca zapominały, po co istnieją. Chwyciłam się za gardło, szukając rytmu, który nagle przestawał istnieć.
Serce waliło nierówno. Za szybko. Za głośno.
A potem, jakby się zawahało, czy w ogóle powinno bić dalej.
Łzy paliły pod powiekami, ale nie spłynęły. Nie było już na nie miejsca. Zamknęłam oczy, licząc, że jeśli odetnę się od wszystkiego – od niego, od tego miejsca, od prawdy, której nie chciałam znać – odzyskam kontrolę.
Nie odzyskałam.
Ciało przestało mnie słuchać. Nogi ugięły się bez ostrzeżenia, jakby ktoś nagle odciął mi zasilanie. Nie wiedziałam, kiedy upadłam. Pamiętałam tylko dotyk. Obcy. Niewyraźny. I głosy. Słowa, które do mnie docierały, ale których nie potrafiłam połączyć w całość. Brzmiały jak zamknięte w butelce i wyrzucone gdzieś daleko.
A potem nawet one zniknęły.
I zapadła cisza.
Luca
– Claire! – krzyknąłem, gdy zobaczyłem, jak osuwa się na podłogę.
Nie zastanawiałem się. Zadziałałem instynktownie. W kilku krokach znalazłem się przy niej i złapałem ją, zanim uderzyła się w głowę. Była lekka. Zbyt lekka. Bezwładna w moich ramionach, jakby nagle zabrakło w niej tej energii, która jeszcze przed chwilą trzymała ją w pionie.
Ucisk w klatce piersiowej pojawił się natychmiast. Coś zacisnęło się wokół serca i nie puszczało. Oddech ugrzązł mi w gardle. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że zaraz sam się przewrócę.
Położyłem ją ostrożnie na sofie, z przesadną wręcz delikatnością, bojąc się, że jednym nieuważnym ruchem zrobię jej krzywdę. Usiadłem obok, czując napięcie w mięśniach i serce bijące raz szybko, raz zbyt wolno.
– Mike, wezwij lekarza.
Głos miałem twardszy, niż się czułem. Nie patrzyłem na Mike’a. Nie mogłem oderwać wzroku od twarzy Claire. Od tego, jak bardzo była nieruchoma.
Słyszałem, jak Mike rozmawia przez telefon. Spokojnie. Rzeczowo. Jego głos brzmiał, jakby dochodził z innego świata. Potem powiedział, że załatwione, ale ledwie to zarejestrowałem. Całą uwagę skupiłem na niej.
Leżała cicho. Zbyt cicho.
Jej klatka piersiowa unosiła się ledwie zauważalnie, jakby oddech był czymś, o czym mogła w każdej chwili zapomnieć. Przełknąłem ślinę, ale gorzki smak paniki nie znikał.
W środku płonąłem, ale nie ze strachu. Ze złości na samego siebie. Dusząca wściekłość rozlewała się po mnie, odbijała od żeber i wracała ze zdwojoną siłą. Myśl o tym, jak ją odrzuciłem, napierała jak natrętny koszmar, którego nie da się uciszyć. Każde wypowiedziane wtedy słowo, każdy chłodny gest wracały echem.
Sposób, w jaki to zrobiłem, rozrywał mnie od środka. Jakbym sam wbił sobie nóż i przekręcił ostrze. Mogłem być delikatniejszy. Ostrożniejszy. Mogłem zatrzymać się, zanim wyrządziłem jej krzywdę. Nie uderzać w nią tym lodowatym dystansem, jakby była problemem do rozwiązania, a nie kimś, kogo za wszelką cenę próbowałem ochronić.
Jakby była nikim, a była wszystkim.
Odwróciłem się do Mike’a.
– Za ile będzie? – zapytałem, ledwo kontrolując głos.
Zerknął na zegarek, potem na mnie.
– Za jakieś dziesięć minut.
– Idź na dół i czekaj na niego.
Kiwnął głową i wyszedł.
Zostaliśmy sami. Ująłem jej dłoń. Była drobna, delikatna, chłodniejsza, niż powinna. Ścisnąłem ją lekko, niemal nieśmiało, po czym przycisnąłem usta do jej skóry. Krótko, bez zastanowienia.
– Przepraszam cię – szepnąłem.
Jej palce drgnęły. Delikatnie, ledwie zauważalnie, ale wystarczająco, by coś we mnie pękło. Jej powieki się uniosły.
– Claire, jak dobrze, że się ocknęłaś – wyrwało mi się.
– Luca…
– Nic nie mów. Lekarz za moment będzie – powiedziałem stanowczo.
Może zbyt stanowczo.
– Jaki lekarz? Nie potrzebuję.
– Zemdlałaś. Musi cię przebadać.
Próbowała się podnieść. Za szybko. Złapałem ją za ramiona i przytrzymałem, zanim zdążyła zrobić cokolwiek więcej. Poczułem, jak napina się całe jej ciało, ten niekontrolowany impuls, który mógł tylko pogorszyć jej stan.
– Nie próbuj wstawać. To niebezpieczne.
Nie puściłem, dopóki znowu nie opadła na sofę.
– Okej – odparła bez sprzeciwu. Bez walki.
Zasłoniła twarz dłonią. Zniknęła za nią, jakby mnie tam nie było. Jakby chciała odciąć się od pokoju, od wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej.
Pozwoliłem jej na to.
Odwróciłem głowę, gdy usłyszałem otwierane drzwi. Wstałem od razu.
– Panie Roydon.
– Doktorze.
Lekarz podszedł do niej i usiadł obok, nie zwracając na mnie uwagi. Otworzył torbę. Wyjmował rzeczy jedną po drugiej, spokojnie i bez pośpiechu. Patrzyłem na to coraz bardziej poirytowany. Ta jego rutyna. Ten spokój. Jakby to był zwykły dzień.
Stałem z boku. Obserwowałem, jak jej dotyka, jak przykłada stetoskop, jak mówi do niej spokojnym, obojętnym głosem. Zadawał pytania, a ona odpowiadała tak cicho, że nie słyszałem słów. Widziałem tylko, jak poruszają się jej usta. I to, że co jakiś czas zerkała w moją stronę.
Nie ruszyłem się. Nie byłem w stanie podejść bliżej. Tkwiłem tam, jakbym sam się karał tym dystansem.
Poczucie winy uderzyło we mnie nagle i mocno.
Kurwa! To nie Lorenzo. Nie mój świat.
Tylko ja.
To ja do tego doprowadziłem.
Coś ukłuło mnie od środka, nie pozwalając zebrać myśli, nie dając wytchnienia. Każdy oddech przypominał mi, że straciłem kontrolę, kiedy nie powinienem sobie na to pozwolić.
Lekarz zamknął torbę i podszedł do mnie.
– Panie Roydon, zalecam odpoczynek. Dobry posiłek, dużo wody. Zero stresu, jeśli to możliwe. Gdyby ponownie straciła przytomność, zaczęła wymiotować albo jej stan się pogorszył, proszę od razu jechać na pogotowie.
– Dziękuję.
Podszedłem do Claire i usiadłem obok niej.
– Słyszałaś go?
– Tak. – Uniosła lekko brwi. – Ale na stres nic nie możesz poradzić. Wręcz odwrotnie.
Opuściłem głowę. Nie miałem pojęcia, co zrobić dalej. Pierwszy raz od dawna, a może pierwszy raz w ogóle, nie widziałem rozwiązania, które nie kończyłoby się źle. Każdy wybór prowadził do tego samego miejsca. Różniła się tylko droga, a ta mogła być naprawdę niebezpieczna.
Doskonale rozumiałem, że to przeze mnie.
Przed oczami stanęła mi twarz Lorenza i to, do czego był zdolny. Wystarczył jeden błąd. Jedno potknięcie. Moment nieuwagi. Nie mogłem jej na to narażać. Nawet jeśli oznaczało to, że sam za to zapłacę.
Spojrzałem na Claire.
Ostrożnie ująłem ją za skronie. Przyglądałem się jej oczom, które wpatrywały się we mnie z ufnością, na którą nie zasługiwałem. Nie wiedziałem, czy powinienem to mówić, ale odsunięcie jej bez wyjaśnienia też było błędem.
– Jesteś pewna, że chcesz być ze mną?
Serce zgubiło rytm.
Czekałem sekundę. Potem następną. Każda kolejna rozciągała się zbyt długo. Milczenie rozbierało mnie na części.
– Jestem pewna.
Była tak blisko, że słowa niemal dotknęły moich ust. Wiedziałem już, że to „tak” niczego nie rozstrzyga. Wręcz przeciwnie. Trzymałem jej twarz dłużej, niż powinienem, jakby puszczenie jej mogło cofnąć to, co właśnie powiedziała. Potem opuściłem dłonie.
– Związek ze mną nie jest i nigdy nie będzie zwykły.
Zawahałem się, ale nie mogłem już dłużej milczeć.
– Stoję na czele rodziny mafijnej, Claire. Największej w Bostonie. – Przyglądałem się jej uważnie. – A to oznacza ryzyko. Takie, przy którym nigdy nie wiesz, jak skończy się dzień.
Zerknęła w bok. Dotknęła palcami warg, a potem jej ręka opadła. Oddychała wolniej, jakby próbowała nie dać po sobie poznać, że ta informacja coś zmienia.
– Rodziny? – powtórzyła cicho.
– To struktura. Zasady. Lojalność – mówiłem spokojnie. – Z takich rzeczy się nie wychodzi.
Znowu na mnie spojrzała.
– Czyli nie możesz tego po prostu zostawić?
– Nie.
Mogłem powiedzieć więcej. Mogłem powiedzieć wszystko.
Wyciągnąć na wierzch lata decyzji, nazwiska, których się nie wypowiada, długi, które nie znikają nawet po śmierci. Mogłem to zrobić jednym ruchem. Wystarczyłoby jedno zdanie, żeby się wycofała. Żeby patrzyła na mnie inaczej. Odeszła i nigdy nie chciała wracać.
Ale nie zrobiłem tego.
Nie potrafiłem już odebrać jej tej części, która wciąż mnie wybierała. Tej, która widziała we mnie coś więcej niż to, czym byłem na zewnątrz. Każdego innego złamałbym bez wahania. Każdego.
Jej nawet słowami nie umiałem.
Nie planowałem tego. Nie kalkulowałem. Stało się samo.
I właśnie dlatego znalazła się w niebezpieczeństwie.
Claire
– Luca, co teraz? – zapytałam tak cicho, że sama nie byłam pewna, czy słowa naprawdę opuściły moje usta.
Westchnął głębiej niż zwykle. Między jego brwiami pojawiła się zmarszczka, na widok której ścisnęło mnie w żołądku.
Przychodząc tutaj, nie spodziewałam się tego. A już na pewno nie omdlenia. Nie planowałam słabości, a teraz dawała o sobie znać w całym ciele. W drżących dłoniach. W oddechu, który nie potrafił się uspokoić. Tak naprawdę nie wiedziałam, w jakim jestem niebezpieczeństwie. Jego pierścień miał mnie chronić. A potem ochroniarze. Tylko że wtedy nie umiałam sobie tego wyobrazić. Nie miałam pojęcia, jak wielka jest skala tego świata ani co za nim stoi.
Dlatego próbował mnie odsunąć. Zostawić samą, otoczoną ochroną. Obcymi ludźmi zamiast niego. Tylko że ja najbezpieczniej czułam się właśnie przy nim.
Nie w tym pokoju.
Nie w tym świecie.
Przy nim.
I żadna racjonalna myśl nie potrafiła tego podważyć. Nie wiedziałam tylko, jak bardzo moje życie się zmieni. Z czego będę musiała zrezygnować. Co stracę bezpowrotnie.
– Będziesz musiała się do mnie wprowadzić.
A jednak nie byłam gotowa, by to usłyszeć.
To nie brzmiało jak propozycja. Raczej jak pierwszy punkt listy, której jeszcze nie chciałam zobaczyć w całości.
– Nie – powiedziałam spokojnie, bez podnoszenia głosu.
Jego spojrzenie stwardniało.
– Claire, u mnie jesteś bezpieczniejsza. Monitoring. Moi ludzie. Kontrola wejść. U ciebie nie ma tego wszystkiego.
– Nie.
Tym razem spojrzałam mu prosto w oczy. Przez kilka sekund mierzyliśmy się w ciszy.
– To nie jest rozsądne – rzucił chłodno. – To nie jest zabawa.
– Wiem, ale nie przeprowadzę się do ciebie. To nie jest ten moment, Luca.
Wstał i podszedł do biurka. Oparł się o blat, potem usiadł na jego krawędzi. Obserwował mnie, jakby oceniał, ile jeszcze mogę wytrzymać.
– Możliwe też, że na jakiś czas przerwiesz pracę – dodał, ignorując moją odpowiedź.
To zdanie uderzyło we mnie mocniej niż pomysł zamieszkania u niego. Słowo „przerwa” zaczęło krążyć mi po głowie i poczułam, że kryje się pod nim coś więcej. Coś, czego nie umiał powiedzieć wprost.
To również zostało postanowione beze mnie. Usiadłam gwałtownie.
– Czy to jest konieczne?
Milczał. Ta krótka cisza wystarczyła. Nie było żadnej końcowej daty. Żadnego terminu, którego mogłabym się trzymać. I to nie dawało mi spokoju.
Myśli kotłowały się we mnie, jedna głośniejsza od drugiej.
– Chodź tu.
Nie ruszyłam się.
– Claire.
Podeszłam. Złapał mnie za nadgarstek i stanowczo przyciągnął do siebie. Stanęłam między jego kolanami.
– Claire. – Ujął moją dłoń. – Musisz zrozumieć, że albo wchodzisz w to cała, albo w ogóle. Nie ma opcji „tylko trochę”. To tak nie działa. Już nie.
Ciepło jego ręki kontrastowało z chłodem wpełzającym mi pod skórę. Słuchałam go, a z każdym kolejnym słowem coraz wyraźniej docierało do mnie, ile miałam stracić. Decyzje zapadały jedna po drugiej, zanim zdążyłam je przetworzyć. To, co jeszcze rano było oczywiste, nagle przestawało do mnie należeć.
– Luca – zaczęłam, patrząc mu prosto w oczy – zgadzam się na ochronę. Podwójną, poczwórną, obojętnie. Ale nie przeprowadzę się do ciebie. Nie teraz. I nie zrezygnuję z pracy. Nie mogę. Jeśli to zrobię, będę czuła się jak twoja utrzymanka. Kobieta na łasce faceta. A ja taka nie jestem i nie będę.
Urwałam. Spuściłam głowę. Dotknęłam rubinu, który delikatnie łapał światło lampy. Jeszcze niedawno był dla mnie czymś normalnym. Teraz czułam pod palcami tylko chłód kamienia i niepokój, którego nie potrafiłam odsunąć.
Luca przez chwilę milczał. Jego ręce spoczywały na moich biodrach, ale nie zaciskał ich mocniej.
– Myślisz, że chcę ci to odebrać? – zapytał, podnosząc mój podbródek.
Nasze spojrzenia się spotkały.
– Wiem, że nie. Ale to nie znaczy, że się na takie zmiany zgadzam. Nie mogę siedzieć w czterech ścianach. Muszę pracować, muszę żyć…
– Pomieszkaj u mnie kilka dni. Dopóki nie ogarnę sytuacji – wszedł mi w słowo.
– Luca…
– Kilka dni, Claire. Chcę mieć cię na oku. Tylko tyle.
Popatrzyłam na swoje dłonie, które opierały się o jego klatkę. Pod moimi palcami jego serce biło równo. Stabilnie. Pewnie. Zupełnie inaczej niż wszystko we mnie.
Kilka dni. Tylko tyle.
Rozsądek podpowiadał, że to najprostsze rozwiązanie. Duma krzyczała, żebym nie oddawała mu ani centymetra swojej przestrzeni. A strach, ten, którego nie umiałam nazwać, szeptał coś zupełnie innego. Coś, co nie wchodziło w rachubę.
Uniósł lekko moją brodę, jakby chciał zobaczyć, w którą stronę przechylę szalę.
– Dobrze, na to mogę się zgodzić – powiedziałam w końcu. – Ale nie mogę ciągle chować się przed nieznanym wrogiem.
I wtedy do mnie dotarło.
Zapytałam bez wahania:
– Czy to Lorenzo mi zagraża?
Nie ruszył się.
Odsunęłam się i wróciłam na sofę, próbując odtworzyć spotkanie z tym człowiekiem. Luca patrzył na mnie uważnie. Zbyt uważnie. Jakby ważył każdą sekundę ciszy i każde słowo, którego wciąż nie wypowiedział.
Nagle wstał i podszedł do biurka.
Śledziłam każdy jego ruch. Nie wiedziałam, czy wróci do rozmowy, czy właśnie ją zakończył. Chwycił szklankę i jednym haustem wypił resztę whisky. Odstawił ją z hałasem. Dźwięk szkła uderzającego o blat sprawił, że drgnęłam.
A potem wrócił do mnie.
Owionęła mnie woń alkoholu, kiedy znalazł się blisko. Przyszła mi do głowy absurdalna myśl, że też chciałabym się napić. Czegokolwiek, co choć na moment rozluźniłoby ten pieprzony węzeł w żołądku.
– Claire – zaczął, ale urwał.
Nie czekałam. Dotknęłam jego policzka, a potem zrobiłam coś, co zawsze nas uspokajało. Usiadłam mu na kolanach i wtuliłam się w niego, jakby ten gest mógł zatrzymać wszystko inne.
Jego ciało było ciepłe i tak dobrze znajome. Wdychałam zapach wody kolońskiej, skupiając się tylko na tym jednym bodźcu, a reszta świata przestała istnieć.
Zamknęłam oczy.
Zmęczenie spadło na mnie nagle. Bez ostrzeżenia. Organizm pozwolił sobie odpuścić. Ziewnęłam, a on pogładził mnie po włosach. Pomału. Delikatnie.
Nie miałam już siły na dalszą rozmowę. Był ranek, a ja całą noc nie spałam. Czułam jego spokojny dotyk i równy oddech tuż przy sobie.
To wystarczyło.
Pozwoliłam sobie odpłynąć.
Rozdział 2
Luca
Wtulała się we mnie naturalnie, jakby to było jedyne bezpieczne miejsce, które znała. Jakby nie musiała się zastanawiać, gdzie powinna być. Wiedziałem, że to nie koniec rozmowy. Tylko przerwa. A mimo to poczułem, jak ciężar spada mi z serca, gdy tylko odpuściła.
– Claire, zabieram cię do domu – wyszeptałem, ale odpowiedziała mi cisza.
Spojrzałem na nią. Spała. Oddychała regularnie, wolniej niż przez ostatnie godziny. Jej organizm w końcu wygrał walkę i po prostu się wyłączył. Ostrożnie przeniosłem ją z kolan na sofę, pilnując każdego ruchu, żeby nawet najmniejsze drgnięcie jej nie obudziło. Sięgnąłem po telefon.
Wybrałem numer Mike’a. Odebrał natychmiast.
– Tak, szefie?
– Niech John nagrzeje auto. I załatw mi jakiś koc.
Rozłączyłem się.
Nachyliłem się nad nią i krótko musnąłem ustami jej czoło. Spała spokojnie. Zbyt spokojnie jak na to, co ją czekało. Coś ścisnęło mnie od środka i dokładnie wiedziałem, dlaczego.
Kiedy Mike przyszedł, wziąłem ją na ręce, a on okrył ją kocem. Wyszliśmy z biura. Ja z uśpioną Claire w ramionach, Mike z jej rzeczami. Przy aucie otworzył mi drzwi. Ostrożnie położyłem ją na tylnym siedzeniu, wsiadłem obok i ułożyłem jej głowę na swoich udach.
– Mam jechać z wami? – zapytał Mike.
– Nie. Zostaw jej rzeczy z przodu.
– Do jutra.
Zrobił dokładnie to, co poleciłem.
Niedługo później ruszyliśmy ulicami Bostonu, który leniwie budził się ze snu. Miasto tonęło w bieli śniegu. Jedynie ulice pozostawały czarne, jakby wycięte z tego świata. Puste. Prowadziły nas w głąb czegoś, od czego nie było już odwrotu.
Oparłem głowę o zagłówek i wypuściłem powietrze.
Byłem pewien, że będzie źle. Że od teraz nie będę mógł spuszczać jej z oczu. Nawet na chwilę. Lorenzo wyciągnie po nią swoje łapska, gdy tylko dowie się, że dalej jesteśmy razem. A po tym, co już wiedziałem, nie mogłem na to pozwolić.
Pierwszy raz w życiu się bałem. Ja, ten, który nigdy niczego się nie bał.
Strach nie uderzył od razu. Wpełzł we mnie powoli, toczył się żyłami, napędzając serce, i jednocześnie odbierał tlen. Kiedy Wielki John opowiedział mi ze szczegółami, co planuje ten mały skurwysyn, zabrakło mi słów. Bo po raz pierwszy dokładnie zrozumiałem, co mogę stracić. To już nie jest tylko mój świat. Wciągnąłem do niego Claire, choć nigdy o to nie prosiła.
John zatrzymał auto pod wejściem, dokładnie tam, gdzie zawsze.
Spojrzałem na dom i kolejny raz poczułem, że to nie było moje miejsce. Nigdy nim nie było. Jakbym był tu tylko przejazdem. Kimś, kto za jakiś czas i tak ruszy dalej. A jednak nie miałem innej opcji. To była jedyna droga, jaką znałem. Najbezpieczniejsza z możliwych.
Nie dom.
Twierdza. Zimne mury.
Zasady zamiast ciepła.
Miejsce, które nie pyta o zgodę.
Otworzyłem drzwi i wysiadłem. Buty natychmiast zapadły się w białym puchu, a zimno uderzyło mnie w twarz, szczypiąc skórę jak ostrzeżenie, które zignorowałem. John stał już obok, trzymając rzeczy Claire i czekając na mój kolejny ruch.
Wziąłem ją w ramiona. Była ciepła i bezwładna, nieświadoma jeszcze, ile kosztuje bezpieczeństwo w moim świecie. Ruszyłem w stronę domu, a podjęta decyzja osiadała we mnie razem z jej ciężarem.
Po drodze wybiegli nam naprzeciw ochroniarze. Zatrzymali się niemal odruchowo. Kiwnąłem tylko głową, dając im znak, że nie są potrzebni. Weszli za mną do środka i rozeszli się bezszelestnie, zajmując swoje miejsca.
Schody prowadzące na piętro wydawały się dłuższe niż zwykle. Każdy stopień przywoływał myśl, której nie potrafiłem już zagłuszyć. Popełniałem błąd. Nie drobny, lecz nieodwracalny. Taki, który niesie za sobą konsekwencje. Niebezpieczne i ostateczne.
Nie powinienem tego robić.
A jednak szedłem dalej. Jakby od tego wcale nie zależało jej życie.
Położyłem ją na łóżku ostrożnie, żeby nie wyrwać jej ze snu. Zdjąłem z niej buty, potem spodnie. Bez pośpiechu. Przykryłem ją dokładnie kocem, poprawiając go przy szyi, choć wiedziałem, że i tak nie marznie.
Przez dłuższy czas patrzyłem na jej twarz.
I wtedy poczułem w piersi coś nowego. Coś zupełnie innego niż wcześniej. To nie był strach ani napięcie, które znałem i nad którym zawsze miałem kontrolę. To przyszło nagle. Rozlało się we mnie szeroko, wypełniło całe ciało, aż zrobiło się za ciasno. Jakby klatka piersiowa przestała wystarczać.
Ale było dobre.
Niebezpiecznie dobre.
Osunąłem się na skraj łóżka. Oddech nie nadążał. Płytki. Nierówny. Nie miałem pojęcia, co dokładnie mnie dopadło ani dlaczego właśnie teraz. Wiedziałem tylko, że nie chcę się tego pozbywać. Że to nie jest coś, co da się wyrzucić z głowy ani zamknąć w pudełku.
Podniosłem się gwałtowniej, niż zamierzałem, i szybkim krokiem poszedłem do łazienki. Potrzebowałem zimnej wody. Prysznica. Czegoś, co choć na chwilę spowolni huragan rozkręcający się we mnie, zanim zrobi ze mną coś, na co nie byłem gotowy.
Zimna woda nie działała. Ani trochę.
Stałem pod strumieniem, próbując się uspokoić i wrócić do poprzedniego stanu, ale nie potrafiłem. To coś nie miało zamiaru ustąpić. Nie słabło. Nie cofało się. Ogarnęło mnie całkowicie. Chwyciło w szpony i trzymało, ignorując wszystko, co robiłem, żeby się go pozbyć.
Zrezygnowany zakręciłem wodę i wyszedłem. Wytarłem się mechanicznie, jakbym wykonywał czynności pozbawione większego znaczenia. Wsunąłem spodnie od piżamy i bez zastanowienia skierowałem się do łóżka.
Położyłem się obok Claire. Spała twardo, z tym samym spokojem na twarzy, który widziałem wcześniej. Jakby świat, do którego ją właśnie wciągałem, jeszcze jej nie dosięgnął.
Patrzyłem na nią przez moment, a potem zamknąłem oczy.
Ucisk w klatce był trochę lżejszy niż kilka minut wcześniej. Nie zniknął. Po prostu pozwolił mi oddychać na tyle swobodnie, żebym nie zwariował.
Wiedziałem już, że nie minie.
Że to nie jest stan, który da się z siebie zmyć.
Claire
Przeciągałam się dłużej niż zwykle, jeszcze zanim otworzyłam oczy. Ciepło miękkiej kołdry przyjemnie rozpływało się po skórze, otulając mnie szczelnie. Przez krótką chwilę chciałam zostać w tym stanie zawieszenia, w którym nic nie trzeba pamiętać ani rozumieć.
Otworzyłam oczy.
Zerknęłam na sufit, obcy, nieznajomy. Przez kilka minut nie orientowałam, gdzie jestem ani jak się tu znalazłam. Bałam się poruszyć nawet o milimetr. Myśli nie potrafiły się jeszcze uformować, a pustka była bardziej niepokojąca niż strach.
Poczułam ruch obok.
Wzięłam głęboki oddech i odważyłam się spojrzeć. Gdy zobaczyłam śpiącego Lucę, odetchnęłam. Serce zwolniło, jakby przypomniało sobie, że nie musi już bić tak szybko.
Obróciłam się na bok. Luca leżał na brzuchu, przykryty kołdrą tylko do połowy. Jego plecy były odsłonięte, a tatuaż od razu przyciągnął mój wzrok. Był piękny w swojej prostocie. Doskonały. Nie wyglądał jak ozdoba. Był opowieścią.
Wpatrywałam się w niego dłużej, podziwiając go kolejny raz. I wtedy dotarło do mnie coś, czego za pierwszym razem nie dostrzegłam. Anioł nie był symbolem niewinności. Był tą częścią Luci, która wciąż próbowała robić to, co słuszne, nawet jeśli kosztowało go to więcej, niż powinno. Diabeł nie był złem samym w sobie. Był wszystkim, co musiał w sobie nosić, żeby przetrwać.
Patrzyłam na ten tatuaż i coraz wyraźniej rozumiałam, że żadna z tych postaci nigdy nie miała wygrać. Że to nie była walka o zwycięstwo, tylko o to, żeby nie przestać iść dalej.
Moja ręka sama powędrowała w kierunku jego skóry. Nagiej, a jednak w jakiś sposób osłoniętej. Dotykałam go ostrożnie, jakby to była granica, której nie powinnam przekraczać, a mimo to nie potrafiłam się zatrzymać. Powoli przesuwałam opuszkami palców po liniach, po każdym detalu. Z każdym ruchem odkrywałam w nim coś nowego, choć miałam wrażenie, że znałam go już zbyt dobrze, by to było możliwe.
Poruszył się lekko, niemal niezauważalnie.
Nie zabrałam dłoni. Bałam się, że jeśli to zrobię, coś się zerwie. Jakby tylko ten gest trzymał nas jeszcze w tej ciszy.
– Znowu go analizujesz? – usłyszałam nagle.
Cofnęłam rękę odruchowo. Serce przyspieszyło.
– Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć – dodał.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Po prostu nie spodziewałam się, że się obudzisz akurat w tym momencie.
Nie odpowiedział. Zamiast tego ułożył się naprzeciwko mnie i patrzył. Intensywnie.
– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – zapytałam, gdy wciąż nie odwracał wzroku.
– Chcę się nacieszyć tą chwilą, zanim zobaczysz, jak naprawdę żyję. Zdecydujesz, że to za dużo, i odejdziesz.
Zatkało mnie.
Już zakładał moją ucieczkę, choć jeszcze nic się nie wydarzyło. Niczego nie zdążyłam zobaczyć, a decyzja została podjęta za mnie. I to uderzyło mnie najmocniej.
Nie strach. Nie jego świat.
To, że odebrał mi wybór, zanim zdążyłam go sobie uświadomić.
Ciepło rozlało się we mnie gwałtownie, ale nie było w nim nic miękkiego. Oddech miałam nierówny, a gniew nie miał zamiaru ustąpić. Mogłam nie wiedzieć, co kryje się za tym domem i tym życiem, ale wiedziałam jedno: nie znikałam tylko dlatego, że coś było trudne. Nie byłam jak mój ojciec. Nie chowałam się przed światem. Nie rezygnowałam z życia.
– Pozwól, że sama podejmę decyzję. – Podniosłam się i stanęłam przy łóżku. – Niezależnie od tego, jaka będzie.
Uśmiechnął się minimalnie. Przesunął się w moją stronę i pociągnął mnie za rękę. Krzyknęłam z zaskoczenia, ale dźwięk urwał się niemal natychmiast, gdy znalazłam się pod nim.
Luca nachylał się nade mną.
Zbyt blisko.
Podbrzusze zapłonęło, a puls przyspieszył.
– Dobrze – powiedział krótko.
Nie odpowiedziałam. Ledwo zarejestrowałam to jedno słowo. Myśli rozpadły się na drobne kawałki, a wszystko inne przestało mieć znaczenie. Liczył się tylko on. Jego ciężar nade mną. Jego spojrzenie.
A mimo to nie robił nic więcej.
Nie dotykał. Nie mówił.
Czekał.
– Pocałujesz mnie w końcu? – zapytałam cicho, z nutą prowokacji, której nawet nie próbowałam ukryć. – Czy będziesz się tak patrzył w nieskończoność?
Znowu ten uśmiech. Lekki, ledwie widoczny, a jednak mówiący więcej, niż moje myśli zdążyłyby udźwignąć. Nie miały już na to czasu. Pochylił się i wpił w moje usta, odbierając mi oddech.
Pobudził do życia każdą komórkę mojego ciała. Wygięłam się ku niemu instynktownie, byleby tylko znaleźć się jeszcze bliżej.
Moje dłonie bez wstydu ruszyły po jego ciele, zapamiętując pod palcami każdy napięty mięsień.
Luca oderwał się po chwili, popatrzył mi w oczy i powiedział twardo, tak że dreszcz przeszedł mi po skórze:
– Rozbierz się.
Usiadł obok, nie spuszczając ze mnie wzroku. Przysiadłam na piętach. Zaczęłam ściągać bluzkę pomału, niemal z premedytacją. Czułam jego spojrzenie tak wyraźnie, jakby dotykało mnie zamiast rąk. Rzuciłam ubranie obok siebie.
Rozpięłam stanik. Sięgnęłam do ramiączek i najpierw zsunęłam jedno, potem drugie, aż w końcu pozwoliłam mu opaść. Oczy Luci rozszerzyły się natychmiast. Ścisnęło mnie od środka, przypominając, jak mocno go pragnę.
Objęłam dłońmi swoje piersi. Delikatnie. Świadomie. Przyglądał mi się intensywnie spod półprzymkniętych powiek. Zerknęłam na jego spodnie i zobaczyłam, jak bardzo jest podniecony. Sunęłam ręką po brzuchu, coraz niżej, do miejsca, które pulsowało w zupełnie innym rytmie niż serce.
Kiedy palce powędrowały pod koronkę, straciłam resztki kontroli. Luca drgnął, nie odrywając oczu od mojego podbrzusza. A ja z każdym ruchem, każdym muśnięciem, byłam coraz bliżej szczytu.
– Chodź tu do mnie – mruknął nisko.
Oderwałam od siebie rękę i przysunęłam się do niego. Złapał za bieliznę i jednym szybkim ruchem zerwał ją ze mnie. Materiał wylądował obok moich rzeczy. Potem ściągnął z siebie spodnie.
Był gotowy.
Chwyciłam go, a Luca wydał z siebie przytłumione sapnięcie. Zacisnęłam dłoń i zaczęłam nią poruszać. Reagował coraz mocniej. Obserwowałam, jak poddaje się tej przyjemności, jak zbliża się do linii, którą za moment mógł przekroczyć.
Nagle chwycił mnie, podniósł i naprowadził na siebie. Jęknęłam, gdy się zetknęliśmy. Osunęłam się niżej, a on wypełnił mnie całkowicie. Idealnie głęboko. Ciepły prąd przeszył mnie tak gwałtownie, że odrzuciłam głowę do tyłu.
Unosiłam się i opadałam. Najpierw wolno, spokojnie, chcąc poznać go w tej nowej pozycji. Jego gorące dłonie błądziły po moim ciele. Sunęły z zapałem po każdym wgłębieniu, którego wcześniej nie dotknął.
– Jesteś taka piękna – wyszeptał, choć nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam.
Powietrze zgęstniało, a oddech zaczął mi się urywać. Spojrzałam na niego. Jego wzrok zatrzymał się na mnie.
Ściągnął mnie z siebie, obracając tak, że znalazłam się pod nim. Napiętym. Głodnym. Wszedł we mnie ponownie, wydając krótkie warknięcie. Poruszał się tak, że ciało przestało należeć do mnie. W głowie wirowało, a mięśnie miękły od każdego pchnięcia.
– Oddaj mi się… cała – wyszeptał mi prosto do ucha.
Zamknęłam oczy. Umysł gasł z każdym ruchem, zsuwając mnie w przyjemność, która w końcu rozlała się po całym ciele. Dwa pchnięcia później poczułam w sobie jego spełnienie.
Otworzyłam oczy.
Luca przesuwał spojrzeniem po mojej twarzy, jakby czegoś szukał. Uśmiechnęłam się i przyciągnęłam go do pocałunku. Jego język natychmiast spotkał się z moim. Zaczął schodzić niżej. Po szyi. Do piersi, które reagowały na jego dotyk.
– Kusisz mnie za każdym razem coraz mocniej. Nie potrafię ci się oprzeć.
Wrócił do mnie. Patrzył tak, jakby dopiero teraz naprawdę mnie zobaczył.
Zamruczałam cicho, a on wpił się w moje usta z pragnieniem, które obiecywało wszystko.
Luca
Gdy zabrakło nam tchu, odsunąłem się. Pociągnąłem ją w stronę łazienki. Szła obok mnie, rozglądając się po sypialni.
– Wejdź pierwsza, a ja wyciągnę ręczniki. – Lekko popchnąłem ją w stronę prysznica.
Odwróciłem się i usłyszałem szum wody. Wyjąłem z szafki dwa ręczniki kąpielowe, po czym zawiesiłem je na ścianie obok. Dołączyłem do Claire.
Jej skóra lśniła od kropel wody, przyklejonych jak ślad po czymś, czego jeszcze nie zdążyłem zmyć. Objąłem ją w pasie i pocałowałem, zanim zdążyłem się zastanowić, co robię. Nie umiałem się powstrzymać. Przyciągała mnie z siłą, z którą nie chciałem walczyć. A nawet gdybym spróbował, wiedziałem, że i tak przegram.
– Jak na razie podoba mi się to, co widzę – powiedziała.
– Ja? – Kąciki ust same się uniosły.
– Też. Ale miałam na myśli te piękne pomieszczenia. – Wykonała nieokreślony gest dłonią.
– To nic takiego. Zwyczajne. – Wzruszyłem ramionami.
Popatrzyła na mnie z ukosa, unosząc brwi.
– Moje mieszkanie jest zwyczajne. Uwierz mi, daleko mu do tego.
– Odwróć się. Umyję ci włosy.
Uciąłem rozmowę, zanim zdążyła pójść dalej. Ostatnie, o czym pragnąłem mówić, to ten dom. Dom, który stracił znaczenie wiele lat temu. Teraz był tylko iluzją czegoś, co nigdy w nim nie istniało.
– Ile lat tu mieszkasz?
– Całe życie – mruknąłem.
Skończyłem myć jej włosy i wyszedłem spod strumienia. Nie chciałem ciągnąć tego tematu ani odpowiadać na kolejne pytania o ten budynek.
– Luca.
Spojrzałem na nią. Stała nieruchomo, wpatrzona we mnie, a w jej twarzy było coś, czego nie potrafiłem zignorować. Zmartwienie. Czyste i szczere.
– Nie chcę o tym rozmawiać.
– Dobrze – odpowiedziała krótko, bez nacisku, jakby naprawdę to rozumiała.
Może właśnie tak było. A ja tylko wmawiałem sobie, że jeśli wystarczająco dużo zachowam dla siebie, ona będzie szczęśliwa i bezpieczna.
Już wiedziałem, że to kłamstwo.
Przeszedłem do garderoby.
Ubierałem się, gdy Claire pojawiła się w progu.
Nago.
Odchrząknęła. Mój wzrok, który utknął na jej piersiach, w końcu powędrował wyżej.
– Nie mam żadnych czystych ubrań.
Nie dosłyszałem końcówki zdania. Moje spojrzenie znów ześlizgnęło się po jej ciele, gdy ruszyła w moją stronę. Z każdym jej krokiem czułem, jak ucisk w klatce piersiowej narasta.
Nagle pstryknęła mi palcami przed oczami.
– Tu jestem! – Zaśmiała się. – Nie mam się w co ubrać, Luca.
– Wybieraj. – Wskazałem szafy.
Usiadłem w fotelu i obserwowałem, jak się porusza. A raczej na to, jak jej ciało miękko napina się przy każdym ruchu.
Wybrała bluzę, bokserki i skarpetki. Wszystko zdecydowanie za duże. Stanęła przede mną. A kiedy puściła materiał w pasie, bielizna zsunęła się do jej kostek.
Zaśmiałem się.
– Bardzo śmieszne – mruknęła z ironią, choć ledwo powstrzymywała uśmiech.
Złapałem ją i posadziłem sobie na kolanach.
– Wyślę Mike’a po twoje rzeczy do mieszkania.
– Wolałabym sama tam pojechać. Nie chcę, żeby grzebał w moich majtkach.
Tego nie przewidziałem.
– Masz rację. Pojedziemy tam razem. Ale po śniadaniu. Nie mogę już słuchać, jak burczy ci w brzuchu.
– Ej! – Klepnęła mnie lekko w ramię.
Wstała i podciągnęła bokserki.
– Pomogę ci. – Przesunąłem się bliżej i zrobiłem supeł w pasie. – Tak lepiej.
– Dziękuję, chociaż byłam gotowa chodzić bez. – Puściła do mnie oczko i się odwróciła.
Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, bo przyciągnąłem ją z powrotem.
– Moja kobieta nie będzie chodzić nago przy moich ludziach.
Puściłem ją i klepnąłem w cudowne pośladki.
– Auu! – krzyknęła, śmiejąc się.
– A teraz chodźmy na śniadanie. Albo raczej wczesny lunch.
Chwyciłem ją za dłoń i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Zatrzymała się tuż przed drzwiami.
– Co się stało? – zapytałem.
– A co, jeśli mnie nie polubią? Nie zaakceptują?
– Kto?
– Twoi ludzie.
Objąłem ją i nachyliłem się, aż musiała spojrzeć mi prosto w oczy.
– To nie ma znaczenia. Oni mają cię szanować, nie lubić.
Zmarszczyła brwi.
– Claire, to są moi pracownicy, nie kumple. Mają wykonywać polecenia i nie zadawać zbędnych pytań.
Kiwnęła głową. Zbyt lekko. Jeszcze nie rozumiała, co to naprawdę znaczy. Dopiero zacznie poznawać mój świat. A kiedy go poczuje, takie obawy staną się tylko odległym, niewinnym wspomnieniem.
Rozglądała się po pomieszczeniu, jakby chciała dostrzec każdy szczegół, każdy centymetr tego miejsca. Widać było, że jest zachwycona. Czysta ciekawość, nieskażona jeszcze świadomością, ile zła wsiąkło w te ściany. Wiedziałem, że gdyby znała całą prawdę, ten zachwyt zgasłby natychmiast.
Weszliśmy do kuchni. Zapach świeżego ciasta uderzył w nas od razu, wywołując skurcz żołądka. Mateo właśnie wyciągał blachę z piekarnika. Kiedy zobaczył Claire, znieruchomiał na ułamek sekundy. Zerknął na mnie, potem na nią. Zaraz potem odchrząknął.
– Dzień dobry – przywitał się.
Odłożył blachę i podszedł bliżej.
– Dzień dobry. To jest Claire – odpowiedziałem. – Przygotujesz nam jakieś śniadanie?
– Bardzo mi miło. Jestem Mateo – zwrócił się do niej. – Na co masz ochotę?
– Mnie również. Zjem cokolwiek – odparła.
Usiedliśmy przy stole. Kucharz od razu zabrał się do pracy. Claire była spięta, skrępowana, nie wiedziała, gdzie podziać wzrok. Nachyliłem się do jej ucha i ścisnąłem jej dłoń.
– Od dziś ty jesteś tu szefową.
Poruszyła się niespokojnie na krześle.
– Im szybciej się do tego przyzwyczaisz, tym będzie ci łatwiej.
Spojrzała na mnie. Jej oczy błyszczały.
I poczułem to wyraźnie, ale spokojnie. Tak właśnie powinno być.
Próba odepchnięcia jej była błędem. Jej miejsce było przy mnie.
Jako mojej kobiety.
Claire
Siedziałam przy drewnianym stole i chłonęłam każdy szczegół wokół mnie. Serce biło szybciej, niż powinno, a w umyśle wciąż odbijało się jedno słowo: szefowa. Krążyło bez ładu jak puszczone w eter. Jakby właśnie padło w audycji radiowej, a nie zostało wypowiedziane przez niego wprost do mnie.
Dłonie miałam lodowate, mimo że w pomieszczeniu było ciepło. Próbowałam zrozumieć, co właściwie się wydarzyło, ale zamiast myśli była tylko pustka. Słowa nie chciały przyjść.
– Claire, wszystko w porządku?
Jego pytanie ledwo do mnie dotarło. Ścisk w żołądku nie odpuszczał, trzymał mnie w miejscu i nie pozwalał wydobyć głosu.
– Claire?
Jego ręka spoczęła na moich plecach i to ona mnie rozmroziła. Ciepło rozeszło się po ciele, bez pośpiechu przywracając mnie do rzeczywistości. Odwróciłam się do niego.
– Tak. Teraz już tak. – Uśmiechnęłam się.
– To dobrze – rzucił akurat, gdy Mateo postawił przed nami dwa talerze.
Gdy doszedł do mnie zapach jajek i bekonu, zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam głodna. Jak mocno ten głód był wcześniej stłumiony przez stres i strach. Teraz w końcu mogłam wziąć głęboki oddech i na moment nie myśleć o tym, co będzie dalej.
Zjedliśmy w milczeniu. Nie wiedziałam, co mówić przy jego pracowniku, a Luca chyba rozkoszował się tą chwilą, bo co kilka sekund zerkał w moją stronę z lekkim uśmiechem, ledwie unoszącym kąciki ust. Ta cisza nie przeszkadzała mi ani trochę.
Odłożyłam sztućce na talerz, dopiłam herbatę i wtedy zobaczyłam małe radio na blacie. Odruchowo wstałam i podeszłam do niego. Dotknęłam chłodnego metalu i nacisnęłam przycisk play. Z głośników popłynęła jakaś piosenka.
Przytknęłam dłoń do piersi i zamknęłam oczy.
To, co od nocy spychałam w najgłębszy zakamarek, uderzyło we mnie z pełną siłą. Nie dawałam tym myślom dojść do głosu. Aż do teraz. Łzy zapiekły pod powiekami, ale nie pozwoliłam im wypłynąć.
Ciepło objęło mnie od tyłu. Luca stanął za mną bez pytań. Chyba rozumiał, co właśnie się działo. Coś próbowało mnie rozbić, a on starał się temu zapobiec.
Nie wiedziałam, ile tak staliśmy ani kiedy jego pracownik zniknął z kuchni. Wiedziałam tylko jedno: Luca nie pozwoli, żeby stała mi się jakakolwiek krzywda.
Nie musiał tego mówić.
Ta pewność była we mnie. Niepodważalna.
Odwróciłam się do niego. Jego wzrok mówił przede wszystkim jedno: przepraszam. Oparłam dłonie o jego klatkę. Zdezorientowany natychmiast mnie puścił.
– Nie odchodź – wyszeptałam.
Objął mnie ponownie, bez wahania. Wtuliłam się w niego, a zaraz potem poczułam pocałunek na czubku głowy.
– Jak się czujesz? – spytał cicho.
– Lepiej.
Przy nim myśli zaczęły się porządkować. Ciemne obrazy nie zniknęły, ale przestały boleśnie napierać. Nie zamierzałam rezygnować z pracy, choć jeszcze nie miałam pojęcia, jak to pogodzę. Musieliśmy jedynie przetrwać coś, o czym nie chciał mówić.
Jeszcze nie.
Odsunęłam się od niego i spojrzałam w jego ciemne oczy, wpatrzone we mnie z wyraźną troską.
– Możemy pojechać teraz po moje rzeczy?
– Oczywiście. Musisz tylko założyć jakieś spodnie. – Zerknął na moje gołe nogi.
– Założę. W końcu mam dżinsy.
Wróciliśmy do sypialni. Po drodze znów rozglądałam się uważnie, próbując wyłapać cokolwiek dziwnego. Cokolwiek, co pasowałoby do słowa „mafia”, które wciąż brzmiało mi w głowie zbyt głośno. Nic jednak nie przykuwało mojej uwagi. Żadnych znaków ostrzegawczych. Żadnych symboli. Jego ludzie dosłownie pochowali się przede mną, a może po prostu zawsze tak było.
Siłowałam się z zapięciem spodni, ale przez supeł w bokserkach nie byłam w stanie ich dopiąć. Luca siedział na łóżku i z coraz szerszym uśmiechem obserwował moją walkę, którą ewidentnie przegrywałam.
– Wrr – warknęłam ze złości.
Roześmiał się. Tak zwyczajnie. Spojrzałam na niego i bezradnie rozłożyłam ręce.
– Nie dam rady.
– Podejdź do mnie.
Gdy stanęłam przed nim, sprawnie rozwiązał węzeł i zapiął mi spodnie.
– Gotowe.
– Dziękuję.
Poprawiłam bluzę i związałam włosy w kitkę.
– Możemy jechać?
– Tak.
Założyliśmy płaszcze i zeszliśmy na dół. W holu na krześle leżała moja torebka. Chwyciłam ją, a Luca pociągnął mnie na zewnątrz. Mróz dopadł mnie natychmiast, więc podniosłam kołnierz wyżej. Otworzył mi drzwi, a ja wsunęłam się na siedzenie.
Znałam ten samochód i znałam kierowcę.
– Cześć – rzuciłam krótko.
John odpowiedział uśmiechem i lekkim skinieniem głowy. Luca usiadł obok mnie.
– Zawieź nas do domu Claire.
Samochód ruszył pomału, nabierając prędkości z każdym kolejnym metrem. Patrzyłam przez okno, ale myśli same skręciły w stronę pracy.
Nie oddam tego. To moje.
Nikt nie odbierze mi mojego głosu. Tylko jak wytłumaczę ochronę? Jak mój okropny szef to przyjmie? Jak pogodzę jedno z drugim? Czy dam radę udawać, że wszystko jest normalne?
Dopiero po chwili zorientowałam się, że wycieram dłonią policzek. Łzy spływały cicho, jakby nie chciały zwracać na siebie uwagi. Nawet nie poczułam, kiedy się pojawiły, a teraz nie potrafiłam ich zatrzymać.
Luca rozmawiał przez telefon. Słyszałam jego krótkie, zdawkowe odpowiedzi, konkretne i pozbawione emocji. Nie patrzył na mnie. Głowę miałam zwróconą w stronę okna. Wolałam, żeby nie widział, że znowu się rozpadam. Że tracę grunt pod nogami i zaczynam użalać się nad sobą.
