Broken by Him. Broken #2 - Melody Red - ebook
NOWOŚĆ

Broken by Him. Broken #2 ebook

Melody Red

5,0

131 osób interesuje się tą książką

Opis

Drugi tom serii Broken. To bezpośrednia kontynuacja „Broken by Her Voice”.

Przed lekturą sięgnij po pierwszy tom, by poznać początki historii Claire i Luci.

Claire wiedziała, że wybór Luci zmieni jej życie. Nie wiedziała tylko, jak bardzo.

Każdy dzień u jego boku oznacza nowe ryzyko. Świat, do którego weszła, nie wybacza błędów i nie daje drugiej szansy. Niebezpieczeństwo może nadejść z najmniej spodziewanej strony - z sekretów, przeszłości i decyzji, których nie da się już cofnąć.

Nie wszystko da się przewidzieć. Claire przekona się, że wybór Luci był dopiero początkiem.

Seria Broken jest dla czytelniczek, które lubią mroczne romanse, silne emocje, tajemnice i historie miłosne, w których niebezpieczeństwo jest zawsze blisko.

Dla kogo nie jest:
dla tych, którzy szukają lekkiej, szybkiej historii bez ciężaru emocjonalnego

 

Sceny 18+ zmysłowe

Historia nie romantyzuje relacji toksycznych

 

👉 Jeśli chcesz mieć tę historię w wersji papierowej z autografem, zajrzyj na:
www.melodyred.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 361

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna historia od której ciężko się oderwać.Polecam❤️‍🔥
00
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

Romans z silnymi emocjami, dużą dawką napięć, niebezpieczeństwem i zaborczym bohaterem. Polecam♥️
00



ME­LO­DY RED

bro­ken

by

HIM

SE­RIA

BRO­KEN #2

2026

Wy­da­nie pierw­sze

Co­py­ri­ght © Me­lo­dy Red, 2026

www.me­lo­dy­red.com

ISBN: 978-83-979444-3-5

Re­dak­cja: Agniesz­ka Iza­bel­la Si­kor­ska | Stu­dio Nar­ra­cji

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Iza­bel­la Si­kor­ska | wkra­inie­slo­wa@gma­il.com

Skład i ła­ma­nie: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es@se­re­din.pl

Okład­ka: Me­lo­dy Red

Bro­ken by Him

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Ko­pio­wa­nie, roz­po­wszech­nia­nie lub wy­ko­rzy­sty­wa­nie ca­ło­ści lub

frag­men­tów ni­niej­szej książ­ki bez pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki jest

za­bro­nio­ne.

Ze­zwa­la się na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w In­ter­ne­cie w ce­lach pro­mo­cyj­nych.

www.me­lo­dy­red.com

FB: Me­lo­dy Red Au­thor

IG: me­lo­dy­re­dau­thor

Tik-Tok: @me­lo­dy­re­dau­thor

Trig­ger war­nings

Ta książ­ka za­wie­ra tre­ści, któ­re mo­gą być trud­ne dla nie­któ­rych

czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków, w tym:

prze­moc fi­zycz­nauży­cie bro­ni pal­nejpró­ba gwał­tuza­gro­że­nie ży­cia i śmierćma­ni­pu­la­cja i kon­tro­la w re­la­cjachna­pię­cie psy­cho­lo­gicz­ne

Czy­tel­ni­cy wraż­li­wi na po­wyż­sze tre­ści pro­sze­ni są o za­cho­wa­nie

ostroż­no­ści.

Roz­dział 1

Lu­ca

Sta­ła i cze­ka­ła. Do­sko­na­le pięk­na, a jed­no­cze­śnie kru­cha. Nie ode­zwa­ła się ani sło­wem i na­wet nie drgnę­ła. Te­raz ruch na­le­żał do mnie.

Od­sta­wi­łem szklan­kę na biur­ko zbyt moc­no. Whi­sky od­bi­ła się od ścia­nek i chlu­snę­ła na blat. Ciem­na pla­ma roz­peł­zła się po drew­nie, ale nie zwró­ci­łem na nią uwa­gi. Li­czy­ła się tyl­ko Cla­ire. Od tej chwi­li jej bez­pie­czeń­stwo prze­sta­ło być czymś oczy­wi­stym.

Pod­sze­dłem bli­żej i na­tych­miast po­czu­łem jej za­pach – de­li­kat­ny. Zbyt ła­god­ny jak na sy­tu­ację, w któ­rej się zna­leź­li­śmy. Otu­lał mnie jak cie­pły płaszcz, ko­ją­cy i zna­jo­my, a przez to bo­le­śnie nie na miej­scu.

Przez uła­mek se­kun­dy prze­mknę­ła mi myśl, że to wszyst­ko wy­mknę­ło się spod kon­tro­li. Prze­ze mnie. Przez to, że po­zwo­li­łem so­bie czuć.

Pa­trzy­ła na mnie szma­rag­do­wy­mi ocza­mi – tak nie­win­ny­mi jak ona.

– Lu­ca, o co cho­dzi? – za­py­ta­ła krót­ko.

W jej gło­sie nie by­ło pa­ni­ki. Chcia­ła od­po­wie­dzi. Praw­dy, któ­rej nie mo­głem jej dać.

Ni­g­dy.

To by ją znisz­czy­ło. Już nie spoj­rza­ła­by na mnie tak jak te­raz. Wal­czy­łem z wła­snym de­mo­nem. Tym, któ­ry przez ostat­nie dni wy­gry­wał i do­pro­wa­dził do te­go, że sta­ła się ce­lem.

Ce­lem Lo­ren­za.

Na sa­mą myśl o nim za­ci­ska­łem szczę­kę, a puls przy­spie­szał. Lo­ren­zo był nie­obli­czal­ny, a co gor­sza, nie uzna­wał żad­nych gra­nic. Nie mo­głem po­zwo­lić, że­by po­now­nie się do niej zbli­żył.

Na­wet na sto me­trów.

Na­wet na mo­ment.

Nie, do­pó­ki ży­łem.

– Cla­ire… – za­czą­łem, ale urwa­łem.

Ko­lej­ne sło­wa utknę­ły mi w gar­dle, na­gle zbyt su­chym i ści­śnię­tym.

– Lu­ca, co się dzie­je? Mo­żesz mi za­ufać.

Jej głos był spo­koj­ny. Zbyt spo­koj­ny.

– Tu nie cho­dzi o za­ufa­nie – syk­ną­łem.

Wy­szło ostrzej, niż po­win­no. Przy­cią­gną­łem ją do sie­bie, za­nim zdą­ży­ła za­dać ko­lej­ne py­ta­nie. Od ra­zu wtu­li­ła się we mnie tak, jak po­tra­fi­ła tyl­ko ona. Jak­by nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Pra­gną­łem jej tyl­ko dla sie­bie. Te­raz mia­ło się to na mnie ze­mścić.

Pró­bo­wa­łem uda­wać, że nie ma lu­dzi, któ­rzy nas ob­ser­wu­ją. Że nie ist­nie­ją klub, ukła­dy i na­zwi­ska groź­niej­sze niż sam dia­beł. Że nie ma nar­ko­ty­ków i brud­nych in­te­re­sów. W rze­czy­wi­sto­ści two­rzy­ło to mie­szan­kę, któ­ra mo­gła ją za­bić. Je­dy­ną opcją by­ło coś, cze­go nie chcia­łem ro­bić. Dla­te­go od­wle­ka­łem to, ile się da­ło. Każ­dą se­kun­dę. Każ­dy od­dech. Jak­by czas da­ło się oszu­kać, a de­cy­zję prze­cią­gnąć tak dłu­go, aż prze­sta­nie być ko­niecz­na.

Nie by­łem go­to­wy. I choć pró­bo­wa­łem so­bie wmó­wić, że to tyl­ko chwi­lo­we za­wa­ha­nie, to jed­nak praw­da by­ła prost­sza i bru­tal­niej­sza: ni­g­dy nie bę­dę go­to­wy.

Cla­ire by­ła mo­ja, a jed­nak mu­sia­łem z niej zre­zy­gno­wać. Nie dla­te­go, że prze­sta­ła być waż­na. Dla­te­go, że to był je­dy­ny spo­sób, by mo­gła żyć tak, jak po­win­na.

Bez ka­ta nad gło­wą.

Bez czy­ha­ją­ce­go na każ­dym ro­gu mor­der­cy.

Beze mnie.

Od­su­ną­łem się na ty­le, by prze­stać czuć jej cie­pło, ale wciąż mieć ją przed so­bą. Od­dech ugrzązł mi w pier­si, jak­by każ­dy ko­lej­ny mógł mnie zdra­dzić. Jak­by zbyt du­żo po­wie­trza mia­ło mnie zła­mać. Cię­żar po­ma­łu roz­le­wał się pod że­bra­mi, a każ­da se­kun­da kosz­to­wa­ła wię­cej, niż by­łem w sta­nie za­pła­cić.

– Cla­ire, nie mo­że­my być ra­zem.

Sło­wa wy­szły spo­koj­niej, niż się spo­dzie­wa­łem. Opa­dły mię­dzy na­mi jak wy­rok.

Spoj­rza­ła na mnie. Zmarsz­czy­ła brwi, zro­bi­ła krok w tył, a po­tem za­ło­ży­ła rę­ce na pier­si. Jak­by by­ła go­to­wa ode­pchnąć każ­dy ar­gu­ment i każ­de zda­nie, któ­re mia­ło nas roz­dzie­lić.

– Wy­tłu­macz, co ta­kie­go się wy­da­rzy­ło przez te kil­ka go­dzin.

Mil­cza­łem. Sta­łem nie­ru­cho­mo, choć w środ­ku roz­pa­da­łem się na ka­wał­ki. My­śli ude­rza­ły jed­na o dru­gą, ostre i cha­otycz­ne, nie do uło­że­nia w zda­nia. Pierw­szy raz od daw­na nie po­tra­fi­łem zna­leźć słów. Każ­de by­ło zbyt bli­sko praw­dy. Każ­de mo­gło ją skrzyw­dzić.

– Kur­wa. Lu­ca. Po­wiedz! – nie­mal wy­krzy­cza­ła mi w twarz, a jej oczy zdra­dza­ły co­raz więk­szą iry­ta­cję.

– Prze­pra­szam, że się do cie­bie zbli­ży­łem. Że by­łem ego­istą. Ale two­je bez­pie­czeń­stwo jest dla mnie naj­waż­niej­sze.

Zbli­ży­ła się po­wo­li, jak­by czas na­gle prze­stał mieć zna­cze­nie. Sta­nę­ła na pal­cach, a jej twarz zna­la­zła się kil­ka cen­ty­me­trów od mo­jej. Na ty­le bli­sko, że­bym po­czuł jej obec­ność. Zbyt bli­sko, że­bym mógł da­lej uda­wać obo­jęt­ność. Jej od­dech – cie­pły i nie­rów­ny – opa­dał lek­ko na mo­je war­gi. To wy­star­czy­ło, że­by ca­łe cia­ło za­re­ago­wa­ło.

Chcia­łem zro­bić do­kład­nie to, co by­ło­by naj­gor­szym moż­li­wym wy­bo­rem. Za­trzy­mać ją przy so­bie. Uci­szyć jed­nym ge­stem. Uda­wać przez mo­ment, że świat po­za na­mi nie ist­nie­je. Ale za­miast te­go sta­łem nie­ru­cho­mo i cze­ka­łem. Na jej ruch. Na jej de­cy­zję. Na coś, co po­zwo­li­ło­by mi jesz­cze przez se­kun­dę nie być tym, kim mu­sia­łem być.

– Nie prze­pra­szaj. Tyl­ko po­wiedz praw­dę – rzu­ci­ła ostro.

Nie pod­da­wa­ła się. Mu­sia­łem jej coś dać. Ty­le, by po­czu­ła cię­żar sy­tu­acji, ale nie ty­le, by ją to zmiaż­dży­ło.

– Ktoś pró­bu­je do­trzeć do mnie przez cie­bie. A to ozna­cza, że ty też je­steś ce­lem. Dla­te­go bę­dziesz mia­ła po­dwo­jo­ną ochro­nę. Za­wsze. Na każ­dym kro­ku. W pra­cy. W do­mu. Na­wet je­śli nie bę­dzie­my ra­zem, chcę cię da­lej chro­nić. Mu­szę…

Otwo­rzy­ła sze­rzej oczy. Nie mu­sia­łem nic do­da­wać. Zro­zu­mia­ła szyb­ko. Zro­bi­ła in­stynk­tow­nie krok w tył, jak­by na­gle mię­dzy na­mi po­ja­wi­ła się nie­wi­dzial­na gra­ni­ca, cien­ka, ale nie do prze­kro­cze­nia. Za­czę­ła ner­wo­wo roz­pi­nać płaszcz, aż w koń­cu rzu­ci­ła go na pod­ło­gę. Krą­ży­ła po po­ko­ju ze spusz­czo­ną gło­wą i dło­nią przy ustach. Przy­gry­za­ła opu­szek pal­ca, jak­by ten drob­ny ból po­ma­gał jej ze­brać my­śli.

Nie ru­szy­łem się, po­zwa­la­jąc jej na to. Na prze­two­rze­nie mo­ich słów. Na emo­cje, któ­re ro­sły w niej od kil­ku mi­nut i któ­rych nie da­ło się już za­trzy­mać.

Nie wie­dzia­łem, ile cza­su mi­nę­ło ani ile kro­ków zro­bi­ła. Prze­sta­łem li­czyć se­kun­dy i sku­pi­łem się tyl­ko na tym, że­by nie ulec wła­snym im­pul­som.

Kie­dy w koń­cu sta­nę­ła przede mną, nie by­ło już w niej wa­ha­nia. W jej oczach zo­ba­czy­łem złość. Czy­stą i nie­prze­lęk­nio­ną. Nie tę, któ­ra ro­dzi się ze stra­chu, lecz tę, któ­ra po­ja­wia się wte­dy, gdy ktoś pró­bu­je ode­brać ci wy­bór.

Ja wła­śnie to ro­bi­łem.

– Cla­ire, mu­sisz zro­zu­mieć…

– Co ta­kie­go? – prze­rwa­ła mi na­tych­miast.

– Że w mo­im świe­cie nie ma już miej­sca dla nas.

Po­wie­dzia­łem to spo­koj­nie. Jak fakt, któ­re­go nie da się obejść ani roz­bro­ić ar­gu­men­ta­mi. Jak gra­ni­cę, któ­rej nie wy­zna­cza­łem ja, tyl­ko to, co sta­ło za mną.

– Tak, wiem – syk­nę­ła. – Już mó­wi­łeś, że ży­jesz w złym świe­cie. Ale co, je­śli ja też te­go chcę?

Unio­słem brwi. Za­sko­cze­nie wy­bi­ło we mnie jak dzwon. Jesz­cze nie­daw­no pa­ra­li­żo­wa­ła ją sa­ma myśl, że mo­że stać się jej krzyw­da. Że kon­se­kwen­cje są re­al­ne, a nie tyl­ko teo­re­tycz­ne. A te­raz sta­ła przede mną go­to­wa sta­wić im czo­ła, jak­by de­cy­zja by­ła ła­twiej­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści. Jak­by sa­ma od­wa­ga mo­gła po­ko­nać nie­bez­pie­czeń­stwo, któ­re zbli­ża­ło się do niej z każ­dą mi­nu­tą spę­dzo­ną ze mną. Jak­by wy­star­czy­ło chcieć.

Ale to nie mia­ło zna­cze­nia.

Jej zgo­da ni­cze­go nie zmie­nia­ła.

Jej od­wa­ga też nie.

Bo to ona mia­ła za­pła­cić za wszyst­ko. A ja nie mo­głem na to po­zwo­lić.

Na nas.

Na­wet je­śli ozna­cza­ło to, że w jej oczach sta­wa­łem się do­kład­nie tym, kim wła­śnie za­czy­na­łem być.

– Uwierz mi. Nie chcesz te­go. To nie jest gra. To coś, cze­go na­wet so­bie nie wy­obra­żasz. I nie po­zwo­lę ci na to.

Ostat­nie zda­nie za­wi­sło mię­dzy na­mi cięż­ko, jak dym bo­le­śnie wy­peł­nia­ją­cy płu­ca. Wie­dzia­łem, że by­ło tyl­ko czę­ścio­wo praw­dą. Po­zwo­lił­bym jej zo­stać, gdy­by na­ci­ska­ła moc­niej. Gdy­by po­wie­dzia­ła to gło­śniej. Gdy­by zro­bi­ła choć je­den krok wię­cej w mo­ją stro­nę. Po­zwo­lił­bym, bo by­łem pie­przo­nym ego­istą. Bo pra­gną­łem jej bli­sko­ści bar­dziej, niż by­łem go­tów przy­znać przed sa­mym so­bą. I wła­śnie tej my­śli nie chcia­łem te­raz do­koń­czyć.

Na ra­zie jed­nak wy­gry­wa­ła we mnie ra­cjo­nal­na część. Ta, któ­ra po­tra­fi­ła pa­trzeć da­lej niż na naj­bliż­sze kil­ka mi­nut. Ca­łe szczę­ście. Je­śli to w ogó­le by­ło szczę­ście.

Pa­trzy­ła na mnie w mil­cze­niu. Jej wzrok krą­żył po mo­jej twa­rzy, jak­by szu­ka­ła pęk­nię­cia, przez któ­re mo­gła­by się prze­do­stać. W koń­cu od­wró­ci­ła się, chwy­ci­ła płaszcz i wy­szła. Drzwi za­mknę­ły się za nią gło­śno.

Sta­łem tam, gdzie mnie zo­sta­wi­ła. Po­zwo­li­łem jej odejść. Po­wi­nie­nem po­czuć ulgę. Nie po­czu­łem. By­ła tyl­ko chłod­na pew­ność, że tak bę­dzie le­piej.

Nie ze­bra­łem się już do pra­cy. Te­le­fon za­wi­bro­wał w kie­sze­ni, ale go zi­gno­ro­wa­łem. By­łem już pe­wien, że Cla­ire nie wró­ci. I wła­śnie tak po­win­no być. Mój świat ni­g­dy nie był miej­scem dla niej, a ja od po­cząt­ku wie­dzia­łem, że to nie mo­że skoń­czyć się ina­czej. Błę­dem by­ło to za­czy­nać. Wcią­gną­łem ją w coś, co nie mia­ło pra­wa się udać.

Prze­su­ną­łem dło­nią po kar­ku i zro­bi­łem pół kro­ku w stro­nę biur­ka.

I wte­dy klam­ka się po­ru­szy­ła.

Cla­ire po­ja­wi­ła się w drzwiach, a po­tem po­de­szła pro­sto do mnie. Tak bli­sko, że jej od­dech ogrze­wał mi skó­rę.

– Za­ry­zy­ku­ję – po­wie­dzia­ła twar­do.

To jed­no sło­wo za­chwia­ło we mnie czymś, co po­win­no po­zo­stać nie­ru­cho­me. Mię­śnie mia­łem na­pię­te, jak­bym przy­go­to­wy­wał się na cios.

– Ale ja nie – od­po­wie­dzia­łem i zro­bi­łem coś, co wie­dzia­łem, że jej się nie spodo­ba. Ani tro­chę. Coś, co za­mknie tę roz­mo­wę sku­tecz­niej niż każ­de ko­lej­ne zda­nie.

Od­wró­ci­łem się. Pod­sze­dłem do fo­te­la i usia­dłem, jak­by­śmy nie sta­li w biu­rze, ale w sa­mym środ­ku cze­goś, co wła­śnie się roz­pa­da­ło. Cze­goś, na co nie mia­łem już wpły­wu.

Wy­cią­gną­łem te­le­fon. Mi­ke ode­brał po pierw­szym sy­gna­le.

– Od­wieź Cla­ire do do­mu.

Roz­łą­czy­łem się, za­nim zdą­żył za­re­ago­wać. Nie spoj­rza­łem na nią. Gdy­bym to zro­bił, mógł­bym zmie­nić zda­nie.

Cla­ire

Nie wie­rzy­łam.

Kur­wa!

To nie mo­gła być praw­da.

Na­wet na mnie nie pa­trzył. Sie­dział w fo­te­lu, ze wzro­kiem utkwio­nym w szklan­ce whi­sky, jak­by to w niej szu­kał od­po­wie­dzi. Sta­łam bez ru­chu, pró­bu­jąc uchwy­cić mo­ment, w któ­rym wszyst­ko za­czę­ło się sy­pać. Drża­łam. Ob­ję­łam się ra­mio­na­mi, bo po cie­le roz­le­wa­ło się zim­no.

Od­rzu­cił mnie.

Od­rzu­cił nas.

Tak szyb­ko, jak­by to, co by­ło wcze­śniej, nie mia­ło żad­nej wa­gi. Jak­by sło­wa, któ­re szep­tał mi do ucha, by­ły tyl­ko dźwię­kiem. Jak­by je­go do­tyk nie zna­czył nic po­za tam­tą chwi­lą. A prze­cież od­dał mi cząst­kę sie­bie. Za­ufał mi. Te­raz tkwił tam sam, od­dzie­lo­ny ode mnie jed­nym ru­chem. Jed­ną de­cy­zją.

Zro­bi­łam krok w je­go stro­nę. I wte­dy drzwi biu­ra się otwo­rzy­ły.

Od­wró­ci­łam się. Mi­ke stał w pro­gu, spo­koj­ny, go­to­wy wy­ko­nać po­le­ce­nie. Nie mu­siał nic mó­wić. Cze­kał, aż pój­dę za nim, jak­by to by­ła for­mal­ność.

A ja nie chcia­łam. Nie mo­głam.

Wi­dok je­go czło­wie­ka ude­rzył mnie moc­niej niż sło­wa Lu­ci. Nie dla­te­go, że się po­ja­wił. Dla­te­go, że zo­stał we­zwa­ny. Na­gle zro­zu­mia­łam, że to nie by­ła roz­mo­wa.

To by­ła de­cy­zja.

Je­go de­cy­zja.

I by­ła osta­tecz­na.

Nie pró­bo­wał mnie za­trzy­mać. Nie tłu­ma­czył się. Nie wal­czył. Uru­cho­mił me­cha­nizm, któ­ry znał naj­le­piej: lu­dzi, po­le­ce­nia, kon­tro­lę. Chro­nił mnie, a jed­no­cze­śnie od­su­wał.

Ból roz­lał się po klat­ce pier­sio­wej, cięż­ki i dła­wią­cy, jak­by coś za­ci­snę­ło się w środ­ku i nie za­mie­rza­ło pu­ścić. Nie był ostry. Był miaż­dżą­cy. Du­szą­cy. Ta­ki, któ­ry nie krzy­czy, tyl­ko od­bie­ra si­ły.

Po­wie­trze za­czę­ło mi ucie­kać. Naj­pierw nie­po­strze­że­nie, a po­tem co­raz szyb­ciej. Każ­dy od­dech był płyt­szy od po­przed­nie­go, jak­by mo­je płu­ca za­po­mi­na­ły, po co ist­nie­ją. Chwy­ci­łam się za gar­dło, szu­ka­jąc ryt­mu, któ­ry na­gle prze­sta­wał ist­nieć.

Ser­ce wa­li­ło nie­rów­no. Za szyb­ko. Za gło­śno.

A po­tem, jak­by się za­wa­ha­ło, czy w ogó­le po­win­no bić da­lej.

Łzy pa­li­ły pod po­wie­ka­mi, ale nie spły­nę­ły. Nie by­ło już na nie miej­sca. Za­mknę­łam oczy, li­cząc, że je­śli ode­tnę się od wszyst­kie­go – od nie­go, od te­go miej­sca, od praw­dy, któ­rej nie chcia­łam znać – od­zy­skam kon­tro­lę.

Nie od­zy­ska­łam.

Cia­ło prze­sta­ło mnie słu­chać. No­gi ugię­ły się bez ostrze­że­nia, jak­by ktoś na­gle od­ciął mi za­si­la­nie. Nie wie­dzia­łam, kie­dy upa­dłam. Pa­mię­ta­łam tyl­ko do­tyk. Ob­cy. Nie­wy­raź­ny. I gło­sy. Sło­wa, któ­re do mnie do­cie­ra­ły, ale któ­rych nie po­tra­fi­łam po­łą­czyć w ca­łość. Brzmia­ły jak za­mknię­te w bu­tel­ce i wy­rzu­co­ne gdzieś da­le­ko.

A po­tem na­wet one znik­nę­ły.

I za­pa­dła ci­sza.

Lu­ca

– Cla­ire! – krzyk­ną­łem, gdy zo­ba­czy­łem, jak osu­wa się na pod­ło­gę.

Nie za­sta­na­wia­łem się. Za­dzia­ła­łem in­stynk­tow­nie. W kil­ku kro­kach zna­la­złem się przy niej i zła­pa­łem ją, za­nim ude­rzy­ła się w gło­wę. By­ła lek­ka. Zbyt lek­ka. Bez­wład­na w mo­ich ra­mio­nach, jak­by na­gle za­bra­kło w niej tej ener­gii, któ­ra jesz­cze przed chwi­lą trzy­ma­ła ją w pio­nie.

Ucisk w klat­ce pier­sio­wej po­ja­wił się na­tych­miast. Coś za­ci­snę­ło się wo­kół ser­ca i nie pusz­cza­ło. Od­dech ugrzązł mi w gar­dle. Przez uła­mek se­kun­dy po­my­śla­łem, że za­raz sam się prze­wró­cę.

Po­ło­ży­łem ją ostroż­nie na so­fie, z prze­sad­ną wręcz de­li­kat­no­ścią, bo­jąc się, że jed­nym nie­uważ­nym ru­chem zro­bię jej krzyw­dę. Usia­dłem obok, czu­jąc na­pię­cie w mię­śniach i ser­ce bi­ją­ce raz szyb­ko, raz zbyt wol­no.

– Mi­ke, we­zwij le­ka­rza.

Głos mia­łem tward­szy, niż się czu­łem. Nie pa­trzy­łem na Mi­ke’a. Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od twa­rzy Cla­ire. Od te­go, jak bar­dzo by­ła nie­ru­cho­ma.

Sły­sza­łem, jak Mi­ke roz­ma­wia przez te­le­fon. Spo­koj­nie. Rze­czo­wo. Je­go głos brzmiał, jak­by do­cho­dził z in­ne­go świa­ta. Po­tem po­wie­dział, że za­ła­twio­ne, ale le­d­wie to za­re­je­stro­wa­łem. Ca­łą uwa­gę sku­pi­łem na niej.

Le­ża­ła ci­cho. Zbyt ci­cho.

Jej klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się le­d­wie za­uwa­żal­nie, jak­by od­dech był czymś, o czym mo­gła w każ­dej chwi­li za­po­mnieć. Prze­łkną­łem śli­nę, ale gorz­ki smak pa­ni­ki nie zni­kał.

W środ­ku pło­ną­łem, ale nie ze stra­chu. Ze zło­ści na sa­me­go sie­bie. Du­szą­ca wście­kłość roz­le­wa­ła się po mnie, od­bi­ja­ła od że­ber i wra­ca­ła ze zdwo­jo­ną si­łą. Myśl o tym, jak ją od­rzu­ci­łem, na­pie­ra­ła jak na­tręt­ny kosz­mar, któ­re­go nie da się uci­szyć. Każ­de wy­po­wie­dzia­ne wte­dy sło­wo, każ­dy chłod­ny gest wra­ca­ły echem.

Spo­sób, w ja­ki to zro­bi­łem, roz­ry­wał mnie od środ­ka. Jak­bym sam wbił so­bie nóż i prze­krę­cił ostrze. Mo­głem być de­li­kat­niej­szy. Ostroż­niej­szy. Mo­głem za­trzy­mać się, za­nim wy­rzą­dzi­łem jej krzyw­dę. Nie ude­rzać w nią tym lo­do­wa­tym dy­stan­sem, jak­by by­ła pro­ble­mem do roz­wią­za­nia, a nie kimś, ko­go za wszel­ką ce­nę pró­bo­wa­łem ochro­nić.

Jak­by by­ła ni­kim, a by­ła wszyst­kim.

Od­wró­ci­łem się do Mi­ke’a.

– Za ile bę­dzie? – za­py­ta­łem, le­d­wo kon­tro­lu­jąc głos.

Zer­k­nął na ze­ga­rek, po­tem na mnie.

– Za ja­kieś dzie­sięć mi­nut.

– Idź na dół i cze­kaj na nie­go.

Kiw­nął gło­wą i wy­szedł.

Zo­sta­li­śmy sa­mi. Ują­łem jej dłoń. By­ła drob­na, de­li­kat­na, chłod­niej­sza, niż po­win­na. Ści­sną­łem ją lek­ko, nie­mal nie­śmia­ło, po czym przy­ci­sną­łem usta do jej skó­ry. Krót­ko, bez za­sta­no­wie­nia.

– Prze­pra­szam cię – szep­ną­łem.

Jej pal­ce drgnę­ły. De­li­kat­nie, le­d­wie za­uwa­żal­nie, ale wy­star­cza­ją­co, by coś we mnie pę­kło. Jej po­wie­ki się unio­sły.

– Cla­ire, jak do­brze, że się ock­nę­łaś – wy­rwa­ło mi się.

– Lu­ca…

– Nic nie mów. Le­karz za mo­ment bę­dzie – po­wie­dzia­łem sta­now­czo.

Mo­że zbyt sta­now­czo.

– Ja­ki le­karz? Nie po­trze­bu­ję.

– Ze­mdla­łaś. Mu­si cię prze­ba­dać.

Pró­bo­wa­ła się pod­nieść. Za szyb­ko. Zła­pa­łem ją za ra­mio­na i przy­trzy­ma­łem, za­nim zdą­ży­ła zro­bić co­kol­wiek wię­cej. Po­czu­łem, jak na­pi­na się ca­łe jej cia­ło, ten nie­kon­tro­lo­wa­ny im­puls, któ­ry mógł tyl­ko po­gor­szyć jej stan.

– Nie pró­buj wsta­wać. To nie­bez­piecz­ne.

Nie pu­ści­łem, do­pó­ki zno­wu nie opa­dła na so­fę.

– Okej – od­par­ła bez sprze­ci­wu. Bez wal­ki.

Za­sło­ni­ła twarz dło­nią. Znik­nę­ła za nią, jak­by mnie tam nie by­ło. Jak­by chcia­ła od­ciąć się od po­ko­ju, od wszyst­kie­go, co wy­da­rzy­ło się wcze­śniej.

Po­zwo­li­łem jej na to.

Od­wró­ci­łem gło­wę, gdy usły­sza­łem otwie­ra­ne drzwi. Wsta­łem od ra­zu.

– Pa­nie Roy­don.

– Dok­to­rze.

Le­karz pod­szedł do niej i usiadł obok, nie zwra­ca­jąc na mnie uwa­gi. Otwo­rzył tor­bę. Wyj­mo­wał rze­czy jed­ną po dru­giej, spo­koj­nie i bez po­śpie­chu. Pa­trzy­łem na to co­raz bar­dziej po­iry­to­wa­ny. Ta je­go ru­ty­na. Ten spo­kój. Jak­by to był zwy­kły dzień.

Sta­łem z bo­ku. Ob­ser­wo­wa­łem, jak jej do­ty­ka, jak przy­kła­da ste­to­skop, jak mó­wi do niej spo­koj­nym, obo­jęt­nym gło­sem. Za­da­wał py­ta­nia, a ona od­po­wia­da­ła tak ci­cho, że nie sły­sza­łem słów. Wi­dzia­łem tyl­ko, jak po­ru­sza­ją się jej usta. I to, że co ja­kiś czas zer­ka­ła w mo­ją stro­nę.

Nie ru­szy­łem się. Nie by­łem w sta­nie po­dejść bli­żej. Tkwi­łem tam, jak­bym sam się ka­rał tym dy­stan­sem.

Po­czu­cie wi­ny ude­rzy­ło we mnie na­gle i moc­no.

Kur­wa! To nie Lo­ren­zo. Nie mój świat.

Tyl­ko ja.

To ja do te­go do­pro­wa­dzi­łem.

Coś ukłu­ło mnie od środ­ka, nie po­zwa­la­jąc ze­brać my­śli, nie da­jąc wy­tchnie­nia. Każ­dy od­dech przy­po­mi­nał mi, że stra­ci­łem kon­tro­lę, kie­dy nie po­wi­nie­nem so­bie na to po­zwo­lić.

Le­karz za­mknął tor­bę i pod­szedł do mnie.

– Pa­nie Roy­don, za­le­cam od­po­czy­nek. Do­bry po­si­łek, du­żo wo­dy. Ze­ro stre­su, je­śli to moż­li­we. Gdy­by po­now­nie stra­ci­ła przy­tom­ność, za­czę­ła wy­mio­to­wać al­bo jej stan się po­gor­szył, pro­szę od ra­zu je­chać na po­go­to­wie.

– Dzię­ku­ję.

Pod­sze­dłem do Cla­ire i usia­dłem obok niej.

– Sły­sza­łaś go?

– Tak. – Unio­sła lek­ko brwi. – Ale na stres nic nie mo­żesz po­ra­dzić. Wręcz od­wrot­nie.

Opu­ści­łem gło­wę. Nie mia­łem po­ję­cia, co zro­bić da­lej. Pierw­szy raz od daw­na, a mo­że pierw­szy raz w ogó­le, nie wi­dzia­łem roz­wią­za­nia, któ­re nie koń­czy­ło­by się źle. Każ­dy wy­bór pro­wa­dził do te­go sa­me­go miej­sca. Róż­ni­ła się tyl­ko dro­ga, a ta mo­gła być na­praw­dę nie­bez­piecz­na.

Do­sko­na­le ro­zu­mia­łem, że to prze­ze mnie.

Przed ocza­mi sta­nę­ła mi twarz Lo­ren­za i to, do cze­go był zdol­ny. Wy­star­czył je­den błąd. Jed­no po­tknię­cie. Mo­ment nie­uwa­gi. Nie mo­głem jej na to na­ra­żać. Na­wet je­śli ozna­cza­ło to, że sam za to za­pła­cę.

Spoj­rza­łem na Cla­ire.

Ostroż­nie ują­łem ją za skro­nie. Przy­glą­da­łem się jej oczom, któ­re wpa­try­wa­ły się we mnie z uf­no­ścią, na któ­rą nie za­słu­gi­wa­łem. Nie wie­dzia­łem, czy po­wi­nie­nem to mó­wić, ale od­su­nię­cie jej bez wy­ja­śnie­nia też by­ło błę­dem.

– Je­steś pew­na, że chcesz być ze mną?

Ser­ce zgu­bi­ło rytm.

Cze­ka­łem se­kun­dę. Po­tem na­stęp­ną. Każ­da ko­lej­na roz­cią­ga­ła się zbyt dłu­go. Mil­cze­nie roz­bie­ra­ło mnie na czę­ści.

– Je­stem pew­na.

By­ła tak bli­sko, że sło­wa nie­mal do­tknę­ły mo­ich ust. Wie­dzia­łem już, że to „tak” ni­cze­go nie roz­strzy­ga. Wręcz prze­ciw­nie. Trzy­ma­łem jej twarz dłu­żej, niż po­wi­nie­nem, jak­by pusz­cze­nie jej mo­gło cof­nąć to, co wła­śnie po­wie­dzia­ła. Po­tem opu­ści­łem dło­nie.

– Zwią­zek ze mną nie jest i ni­g­dy nie bę­dzie zwy­kły.

Za­wa­ha­łem się, ale nie mo­głem już dłu­żej mil­czeć.

– Sto­ję na cze­le ro­dzi­ny ma­fij­nej, Cla­ire. Naj­więk­szej w Bo­sto­nie. – Przy­glą­da­łem się jej uważ­nie. – A to ozna­cza ry­zy­ko. Ta­kie, przy któ­rym ni­g­dy nie wiesz, jak skoń­czy się dzień.

Zer­k­nę­ła w bok. Do­tknę­ła pal­ca­mi warg, a po­tem jej rę­ka opa­dła. Od­dy­cha­ła wol­niej, jak­by pró­bo­wa­ła nie dać po so­bie po­znać, że ta in­for­ma­cja coś zmie­nia.

– Ro­dzi­ny? – po­wtó­rzy­ła ci­cho.

– To struk­tu­ra. Za­sa­dy. Lo­jal­ność – mó­wi­łem spo­koj­nie. – Z ta­kich rze­czy się nie wy­cho­dzi.

Zno­wu na mnie spoj­rza­ła.

– Czy­li nie mo­żesz te­go po pro­stu zo­sta­wić?

– Nie.

Mo­głem po­wie­dzieć wię­cej. Mo­głem po­wie­dzieć wszyst­ko.

Wy­cią­gnąć na wierzch la­ta de­cy­zji, na­zwi­ska, któ­rych się nie wy­po­wia­da, dłu­gi, któ­re nie zni­ka­ją na­wet po śmier­ci. Mo­głem to zro­bić jed­nym ru­chem. Wy­star­czy­ło­by jed­no zda­nie, że­by się wy­co­fa­ła. Że­by pa­trzy­ła na mnie ina­czej. Ode­szła i ni­g­dy nie chcia­ła wra­cać.

Ale nie zro­bi­łem te­go.

Nie po­tra­fi­łem już ode­brać jej tej czę­ści, któ­ra wciąż mnie wy­bie­ra­ła. Tej, któ­ra wi­dzia­ła we mnie coś wię­cej niż to, czym by­łem na ze­wnątrz. Każ­de­go in­ne­go zła­mał­bym bez wa­ha­nia. Każ­de­go.

Jej na­wet sło­wa­mi nie umia­łem.

Nie pla­no­wa­łem te­go. Nie kal­ku­lo­wa­łem. Sta­ło się sa­mo.

I wła­śnie dla­te­go zna­la­zła się w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Cla­ire

– Lu­ca, co te­raz? – za­py­ta­łam tak ci­cho, że sa­ma nie by­łam pew­na, czy sło­wa na­praw­dę opu­ści­ły mo­je usta.

Wes­tchnął głę­biej niż zwy­kle. Mię­dzy je­go brwia­mi po­ja­wi­ła się zmarszcz­ka, na wi­dok któ­rej ści­snę­ło mnie w żo­łąd­ku.

Przy­cho­dząc tu­taj, nie spo­dzie­wa­łam się te­go. A już na pew­no nie omdle­nia. Nie pla­no­wa­łam sła­bo­ści, a te­raz da­wa­ła o so­bie znać w ca­łym cie­le. W drżą­cych dło­niach. W od­de­chu, któ­ry nie po­tra­fił się uspo­ko­ić. Tak na­praw­dę nie wie­dzia­łam, w ja­kim je­stem nie­bez­pie­czeń­stwie. Je­go pier­ścień miał mnie chro­nić. A po­tem ochro­nia­rze. Tyl­ko że wte­dy nie umia­łam so­bie te­go wy­obra­zić. Nie mia­łam po­ję­cia, jak wiel­ka jest ska­la te­go świa­ta ani co za nim stoi.

Dla­te­go pró­bo­wał mnie od­su­nąć. Zo­sta­wić sa­mą, oto­czo­ną ochro­ną. Ob­cy­mi ludź­mi za­miast nie­go. Tyl­ko że ja naj­bez­piecz­niej czu­łam się wła­śnie przy nim.

Nie w tym po­ko­ju.

Nie w tym świe­cie.

Przy nim.

I żad­na ra­cjo­nal­na myśl nie po­tra­fi­ła te­go pod­wa­żyć. Nie wie­dzia­łam tyl­ko, jak bar­dzo mo­je ży­cie się zmie­ni. Z cze­go bę­dę mu­sia­ła zre­zy­gno­wać. Co stra­cę bez­pow­rot­nie.

– Bę­dziesz mu­sia­ła się do mnie wpro­wa­dzić.

A jed­nak nie by­łam go­to­wa, by to usły­szeć.

To nie brzmia­ło jak pro­po­zy­cja. Ra­czej jak pierw­szy punkt li­sty, któ­rej jesz­cze nie chcia­łam zo­ba­czyć w ca­ło­ści.

– Nie – po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, bez pod­no­sze­nia gło­su.

Je­go spoj­rze­nie stward­nia­ło.

– Cla­ire, u mnie je­steś bez­piecz­niej­sza. Mo­ni­to­ring. Moi lu­dzie. Kon­tro­la wejść. U cie­bie nie ma te­go wszyst­kie­go.

– Nie.

Tym ra­zem spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy. Przez kil­ka se­kund mie­rzy­li­śmy się w ci­szy.

– To nie jest roz­sąd­ne – rzu­cił chłod­no. – To nie jest za­ba­wa.

– Wiem, ale nie prze­pro­wa­dzę się do cie­bie. To nie jest ten mo­ment, Lu­ca.

Wstał i pod­szedł do biur­ka. Oparł się o blat, po­tem usiadł na je­go kra­wę­dzi. Ob­ser­wo­wał mnie, jak­by oce­niał, ile jesz­cze mo­gę wy­trzy­mać.

– Moż­li­we też, że na ja­kiś czas prze­rwiesz pra­cę – do­dał, igno­ru­jąc mo­ją od­po­wiedź.

To zda­nie ude­rzy­ło we mnie moc­niej niż po­mysł za­miesz­ka­nia u nie­go. Sło­wo „prze­rwa” za­czę­ło krą­żyć mi po gło­wie i po­czu­łam, że kry­je się pod nim coś wię­cej. Coś, cze­go nie umiał po­wie­dzieć wprost.

To rów­nież zo­sta­ło po­sta­no­wio­ne beze mnie. Usia­dłam gwał­tow­nie.

– Czy to jest ko­niecz­ne?

Mil­czał. Ta krót­ka ci­sza wy­star­czy­ła. Nie by­ło żad­nej koń­co­wej da­ty. Żad­ne­go ter­mi­nu, któ­re­go mo­gła­bym się trzy­mać. I to nie da­wa­ło mi spo­ko­ju.

My­śli ko­tło­wa­ły się we mnie, jed­na gło­śniej­sza od dru­giej.

– Chodź tu.

Nie ru­szy­łam się.

– Cla­ire.

Po­de­szłam. Zła­pał mnie za nad­gar­stek i sta­now­czo przy­cią­gnął do sie­bie. Sta­nę­łam mię­dzy je­go ko­la­na­mi.

– Cla­ire. – Ujął mo­ją dłoń. – Mu­sisz zro­zu­mieć, że al­bo wcho­dzisz w to ca­ła, al­bo w ogó­le. Nie ma opcji „tyl­ko tro­chę”. To tak nie dzia­ła. Już nie.

Cie­pło je­go rę­ki kon­tra­sto­wa­ło z chło­dem wpeł­za­ją­cym mi pod skó­rę. Słu­cha­łam go, a z każ­dym ko­lej­nym sło­wem co­raz wy­raź­niej do­cie­ra­ło do mnie, ile mia­łam stra­cić. De­cy­zje za­pa­da­ły jed­na po dru­giej, za­nim zdą­ży­łam je prze­two­rzyć. To, co jesz­cze ra­no by­ło oczy­wi­ste, na­gle prze­sta­wa­ło do mnie na­le­żeć.

– Lu­ca – za­czę­łam, pa­trząc mu pro­sto w oczy – zga­dzam się na ochro­nę. Po­dwój­ną, po­czwór­ną, obo­jęt­nie. Ale nie prze­pro­wa­dzę się do cie­bie. Nie te­raz. I nie zre­zy­gnu­ję z pra­cy. Nie mo­gę. Je­śli to zro­bię, bę­dę czu­ła się jak two­ja utrzy­man­ka. Ko­bie­ta na ła­sce fa­ce­ta. A ja ta­ka nie je­stem i nie bę­dę.

Urwa­łam. Spu­ści­łam gło­wę. Do­tknę­łam ru­bi­nu, któ­ry de­li­kat­nie ła­pał świa­tło lam­py. Jesz­cze nie­daw­no był dla mnie czymś nor­mal­nym. Te­raz czu­łam pod pal­ca­mi tyl­ko chłód ka­mie­nia i nie­po­kój, któ­re­go nie po­tra­fi­łam od­su­nąć.

Lu­ca przez chwi­lę mil­czał. Je­go rę­ce spo­czy­wa­ły na mo­ich bio­drach, ale nie za­ci­skał ich moc­niej.

– My­ślisz, że chcę ci to ode­brać? – za­py­tał, pod­no­sząc mój pod­bró­dek.

Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły.

– Wiem, że nie. Ale to nie zna­czy, że się na ta­kie zmia­ny zga­dzam. Nie mo­gę sie­dzieć w czte­rech ścia­nach. Mu­szę pra­co­wać, mu­szę żyć…

– Po­miesz­kaj u mnie kil­ka dni. Do­pó­ki nie ogar­nę sy­tu­acji – wszedł mi w sło­wo.

– Lu­ca…

– Kil­ka dni, Cla­ire. Chcę mieć cię na oku. Tyl­ko ty­le.

Po­pa­trzy­łam na swo­je dło­nie, któ­re opie­ra­ły się o je­go klat­kę. Pod mo­imi pal­ca­mi je­go ser­ce bi­ło rów­no. Sta­bil­nie. Pew­nie. Zu­peł­nie ina­czej niż wszyst­ko we mnie.

Kil­ka dni. Tyl­ko ty­le.

Roz­są­dek pod­po­wia­dał, że to naj­prost­sze roz­wią­za­nie. Du­ma krzy­cza­ła, że­bym nie od­da­wa­ła mu ani cen­ty­me­tra swo­jej prze­strze­ni. A strach, ten, któ­re­go nie umia­łam na­zwać, szep­tał coś zu­peł­nie in­ne­go. Coś, co nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę.

Uniósł lek­ko mo­ją bro­dę, jak­by chciał zo­ba­czyć, w któ­rą stro­nę prze­chy­lę sza­lę.

– Do­brze, na to mo­gę się zgo­dzić – po­wie­dzia­łam w koń­cu. – Ale nie mo­gę cią­gle cho­wać się przed nie­zna­nym wro­giem.

I wte­dy do mnie do­tar­ło.

Za­py­ta­łam bez wa­ha­nia:

– Czy to Lo­ren­zo mi za­gra­ża?

Nie ru­szył się.

Od­su­nę­łam się i wró­ci­łam na so­fę, pró­bu­jąc od­two­rzyć spo­tka­nie z tym czło­wie­kiem. Lu­ca pa­trzył na mnie uważ­nie. Zbyt uważ­nie. Jak­by wa­żył każ­dą se­kun­dę ci­szy i każ­de sło­wo, któ­re­go wciąż nie wy­po­wie­dział.

Na­gle wstał i pod­szedł do biur­ka.

Śle­dzi­łam każ­dy je­go ruch. Nie wie­dzia­łam, czy wró­ci do roz­mo­wy, czy wła­śnie ją za­koń­czył. Chwy­cił szklan­kę i jed­nym hau­stem wy­pił resz­tę whi­sky. Od­sta­wił ją z ha­ła­sem. Dźwięk szkła ude­rza­ją­ce­go o blat spra­wił, że drgnę­łam.

A po­tem wró­cił do mnie.

Owio­nę­ła mnie woń al­ko­ho­lu, kie­dy zna­lazł się bli­sko. Przy­szła mi do gło­wy ab­sur­dal­na myśl, że też chcia­ła­bym się na­pić. Cze­go­kol­wiek, co choć na mo­ment roz­luź­ni­ło­by ten pie­przo­ny wę­zeł w żo­łąd­ku.

– Cla­ire – za­czął, ale urwał.

Nie cze­ka­łam. Do­tknę­łam je­go po­licz­ka, a po­tem zro­bi­łam coś, co za­wsze nas uspo­ka­ja­ło. Usia­dłam mu na ko­la­nach i wtu­li­łam się w nie­go, jak­by ten gest mógł za­trzy­mać wszyst­ko in­ne.

Je­go cia­ło by­ło cie­płe i tak do­brze zna­jo­me. Wdy­cha­łam za­pach wo­dy ko­loń­skiej, sku­pia­jąc się tyl­ko na tym jed­nym bodź­cu, a resz­ta świa­ta prze­sta­ła ist­nieć.

Za­mknę­łam oczy.

Zmę­cze­nie spa­dło na mnie na­gle. Bez ostrze­że­nia. Or­ga­nizm po­zwo­lił so­bie od­pu­ścić. Ziew­nę­łam, a on po­gła­dził mnie po wło­sach. Po­ma­łu. De­li­kat­nie.

Nie mia­łam już si­ły na dal­szą roz­mo­wę. Był ra­nek, a ja ca­łą noc nie spa­łam. Czu­łam je­go spo­koj­ny do­tyk i rów­ny od­dech tuż przy so­bie.

To wy­star­czy­ło.

Po­zwo­li­łam so­bie od­pły­nąć.

Roz­dział 2

Lu­ca

Wtu­la­ła się we mnie na­tu­ral­nie, jak­by to by­ło je­dy­ne bez­piecz­ne miej­sce, któ­re zna­ła. Jak­by nie mu­sia­ła się za­sta­na­wiać, gdzie po­win­na być. Wie­dzia­łem, że to nie ko­niec roz­mo­wy. Tyl­ko prze­rwa. A mi­mo to po­czu­łem, jak cię­żar spa­da mi z ser­ca, gdy tyl­ko od­pu­ści­ła.

– Cla­ire, za­bie­ram cię do do­mu – wy­szep­ta­łem, ale od­po­wie­dzia­ła mi ci­sza.

Spoj­rza­łem na nią. Spa­ła. Od­dy­cha­ła re­gu­lar­nie, wol­niej niż przez ostat­nie go­dzi­ny. Jej or­ga­nizm w koń­cu wy­grał wal­kę i po pro­stu się wy­łą­czył. Ostroż­nie prze­nio­słem ją z ko­lan na so­fę, pil­nu­jąc każ­de­go ru­chu, że­by na­wet naj­mniej­sze drgnię­cie jej nie obu­dzi­ło. Się­gną­łem po te­le­fon.

Wy­bra­łem nu­mer Mi­ke’a. Ode­brał na­tych­miast.

– Tak, sze­fie?

– Niech John na­grze­je au­to. I za­łatw mi ja­kiś koc.

Roz­łą­czy­łem się.

Na­chy­li­łem się nad nią i krót­ko mu­sną­łem usta­mi jej czo­ło. Spa­ła spo­koj­nie. Zbyt spo­koj­nie jak na to, co ją cze­ka­ło. Coś ści­snę­ło mnie od środ­ka i do­kład­nie wie­dzia­łem, dla­cze­go.

Kie­dy Mi­ke przy­szedł, wzią­łem ją na rę­ce, a on okrył ją ko­cem. Wy­szli­śmy z biu­ra. Ja z uśpio­ną Cla­ire w ra­mio­nach, Mi­ke z jej rze­cza­mi. Przy au­cie otwo­rzył mi drzwi. Ostroż­nie po­ło­ży­łem ją na tyl­nym sie­dze­niu, wsia­dłem obok i uło­ży­łem jej gło­wę na swo­ich udach.

– Mam je­chać z wa­mi? – za­py­tał Mi­ke.

– Nie. Zo­staw jej rze­czy z przo­du.

– Do ju­tra.

Zro­bił do­kład­nie to, co po­le­ci­łem.

Nie­dłu­go póź­niej ru­szy­li­śmy uli­ca­mi Bo­sto­nu, któ­ry le­ni­wie bu­dził się ze snu. Mia­sto to­nę­ło w bie­li śnie­gu. Je­dy­nie uli­ce po­zo­sta­wa­ły czar­ne, jak­by wy­cię­te z te­go świa­ta. Pu­ste. Pro­wa­dzi­ły nas w głąb cze­goś, od cze­go nie by­ło już od­wro­tu.

Opar­łem gło­wę o za­głó­wek i wy­pu­ści­łem po­wie­trze.

By­łem pe­wien, że bę­dzie źle. Że od te­raz nie bę­dę mógł spusz­czać jej z oczu. Na­wet na chwi­lę. Lo­ren­zo wy­cią­gnie po nią swo­je łap­ska, gdy tyl­ko do­wie się, że da­lej je­ste­śmy ra­zem. A po tym, co już wie­dzia­łem, nie mo­głem na to po­zwo­lić.

Pierw­szy raz w ży­ciu się ba­łem. Ja, ten, któ­ry ni­g­dy ni­cze­go się nie bał.

Strach nie ude­rzył od ra­zu. Wpełzł we mnie po­wo­li, to­czył się ży­ła­mi, na­pę­dza­jąc ser­ce, i jed­no­cze­śnie od­bie­rał tlen. Kie­dy Wiel­ki John opo­wie­dział mi ze szcze­gó­ła­mi, co pla­nu­je ten ma­ły skur­wy­syn, za­bra­kło mi słów. Bo po raz pierw­szy do­kład­nie zro­zu­mia­łem, co mo­gę stra­cić. To już nie jest tyl­ko mój świat. Wcią­gną­łem do nie­go Cla­ire, choć ni­g­dy o to nie pro­si­ła.

John za­trzy­mał au­to pod wej­ściem, do­kład­nie tam, gdzie za­wsze.

Spoj­rza­łem na dom i ko­lej­ny raz po­czu­łem, że to nie by­ło mo­je miej­sce. Ni­g­dy nim nie by­ło. Jak­bym był tu tyl­ko prze­jaz­dem. Kimś, kto za ja­kiś czas i tak ru­szy da­lej. A jed­nak nie mia­łem in­nej opcji. To by­ła je­dy­na dro­ga, ja­ką zna­łem. Naj­bez­piecz­niej­sza z moż­li­wych.

Nie dom.

Twier­dza. Zim­ne mu­ry.

Za­sa­dy za­miast cie­pła.

Miej­sce, któ­re nie py­ta o zgo­dę.

Otwo­rzy­łem drzwi i wy­sia­dłem. Bu­ty na­tych­miast za­pa­dły się w bia­łym pu­chu, a zim­no ude­rzy­ło mnie w twarz, szczy­piąc skó­rę jak ostrze­że­nie, któ­re zi­gno­ro­wa­łem. John stał już obok, trzy­ma­jąc rze­czy Cla­ire i cze­ka­jąc na mój ko­lej­ny ruch.

Wzią­łem ją w ra­mio­na. By­ła cie­pła i bez­wład­na, nie­świa­do­ma jesz­cze, ile kosz­tu­je bez­pie­czeń­stwo w mo­im świe­cie. Ru­szy­łem w stro­nę do­mu, a pod­ję­ta de­cy­zja osia­da­ła we mnie ra­zem z jej cię­ża­rem.

Po dro­dze wy­bie­gli nam na­prze­ciw ochro­nia­rze. Za­trzy­ma­li się nie­mal od­ru­cho­wo. Kiw­ną­łem tyl­ko gło­wą, da­jąc im znak, że nie są po­trzeb­ni. We­szli za mną do środ­ka i ro­ze­szli się bez­sze­lest­nie, zaj­mu­jąc swo­je miej­sca.

Scho­dy pro­wa­dzą­ce na pię­tro wy­da­wa­ły się dłuż­sze niż zwy­kle. Każ­dy sto­pień przy­wo­ły­wał myśl, któ­rej nie po­tra­fi­łem już za­głu­szyć. Po­peł­nia­łem błąd. Nie drob­ny, lecz nie­od­wra­cal­ny. Ta­ki, któ­ry nie­sie za so­bą kon­se­kwen­cje. Nie­bez­piecz­ne i osta­tecz­ne.

Nie po­wi­nie­nem te­go ro­bić.

A jed­nak sze­dłem da­lej. Jak­by od te­go wca­le nie za­le­ża­ło jej ży­cie.

Po­ło­ży­łem ją na łóż­ku ostroż­nie, że­by nie wy­rwać jej ze snu. Zdją­łem z niej bu­ty, po­tem spodnie. Bez po­śpie­chu. Przy­kry­łem ją do­kład­nie ko­cem, po­pra­wia­jąc go przy szyi, choć wie­dzia­łem, że i tak nie mar­z­nie.

Przez dłuż­szy czas pa­trzy­łem na jej twarz.

I wte­dy po­czu­łem w pier­si coś no­we­go. Coś zu­peł­nie in­ne­go niż wcze­śniej. To nie był strach ani na­pię­cie, któ­re zna­łem i nad któ­rym za­wsze mia­łem kon­tro­lę. To przy­szło na­gle. Roz­la­ło się we mnie sze­ro­ko, wy­peł­ni­ło ca­łe cia­ło, aż zro­bi­ło się za cia­sno. Jak­by klat­ka pier­sio­wa prze­sta­ła wy­star­czać.

Ale by­ło do­bre.

Nie­bez­piecz­nie do­bre.

Osu­ną­łem się na skraj łóż­ka. Od­dech nie na­dą­żał. Płyt­ki. Nie­rów­ny. Nie mia­łem po­ję­cia, co do­kład­nie mnie do­pa­dło ani dla­cze­go wła­śnie te­raz. Wie­dzia­łem tyl­ko, że nie chcę się te­go po­zby­wać. Że to nie jest coś, co da się wy­rzu­cić z gło­wy ani za­mknąć w pu­deł­ku.

Pod­nio­słem się gwał­tow­niej, niż za­mie­rza­łem, i szyb­kim kro­kiem po­sze­dłem do ła­zien­ki. Po­trze­bo­wa­łem zim­nej wo­dy. Prysz­ni­ca. Cze­goś, co choć na chwi­lę spo­wol­ni hu­ra­gan roz­krę­ca­ją­cy się we mnie, za­nim zro­bi ze mną coś, na co nie by­łem go­to­wy.

Zim­na wo­da nie dzia­ła­ła. Ani tro­chę.

Sta­łem pod stru­mie­niem, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić i wró­cić do po­przed­nie­go sta­nu, ale nie po­tra­fi­łem. To coś nie mia­ło za­mia­ru ustą­pić. Nie sła­bło. Nie co­fa­ło się. Ogar­nę­ło mnie cał­ko­wi­cie. Chwy­ci­ło w szpo­ny i trzy­ma­ło, igno­ru­jąc wszyst­ko, co ro­bi­łem, że­by się go po­zbyć.

Zre­zy­gno­wa­ny za­krę­ci­łem wo­dę i wy­sze­dłem. Wy­tar­łem się me­cha­nicz­nie, jak­bym wy­ko­ny­wał czyn­no­ści po­zba­wio­ne więk­sze­go zna­cze­nia. Wsu­ną­łem spodnie od pi­ża­my i bez za­sta­no­wie­nia skie­ro­wa­łem się do łóż­ka.

Po­ło­ży­łem się obok Cla­ire. Spa­ła twar­do, z tym sa­mym spo­ko­jem na twa­rzy, któ­ry wi­dzia­łem wcze­śniej. Jak­by świat, do któ­re­go ją wła­śnie wcią­ga­łem, jesz­cze jej nie do­się­gnął.

Pa­trzy­łem na nią przez mo­ment, a po­tem za­mkną­łem oczy.

Ucisk w klat­ce był tro­chę lżej­szy niż kil­ka mi­nut wcze­śniej. Nie znik­nął. Po pro­stu po­zwo­lił mi od­dy­chać na ty­le swo­bod­nie, że­bym nie zwa­rio­wał.

Wie­dzia­łem już, że nie mi­nie.

Że to nie jest stan, któ­ry da się z sie­bie zmyć.

Cla­ire

Prze­cią­ga­łam się dłu­żej niż zwy­kle, jesz­cze za­nim otwo­rzy­łam oczy. Cie­pło mięk­kiej koł­dry przy­jem­nie roz­pły­wa­ło się po skó­rze, otu­la­jąc mnie szczel­nie. Przez krót­ką chwi­lę chcia­łam zo­stać w tym sta­nie za­wie­sze­nia, w któ­rym nic nie trze­ba pa­mię­tać ani ro­zu­mieć.

Otwo­rzy­łam oczy.

Zer­k­nę­łam na su­fit, ob­cy, nie­zna­jo­my. Przez kil­ka mi­nut nie orien­to­wa­łam, gdzie je­stem ani jak się tu zna­la­złam. Ba­łam się po­ru­szyć na­wet o mi­li­metr. My­śli nie po­tra­fi­ły się jesz­cze ufor­mo­wać, a pust­ka by­ła bar­dziej nie­po­ko­ją­ca niż strach.

Po­czu­łam ruch obok.

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech i od­wa­ży­łam się spoj­rzeć. Gdy zo­ba­czy­łam śpią­ce­go Lu­cę, ode­tchnę­łam. Ser­ce zwol­ni­ło, jak­by przy­po­mnia­ło so­bie, że nie mu­si już bić tak szyb­ko.

Ob­ró­ci­łam się na bok. Lu­ca le­żał na brzu­chu, przy­kry­ty koł­drą tyl­ko do po­ło­wy. Je­go ple­cy by­ły od­sło­nię­te, a ta­tu­aż od ra­zu przy­cią­gnął mój wzrok. Był pięk­ny w swo­jej pro­sto­cie. Do­sko­na­ły. Nie wy­glą­dał jak ozdo­ba. Był opo­wie­ścią.

Wpa­try­wa­łam się w nie­go dłu­żej, po­dzi­wia­jąc go ko­lej­ny raz. I wte­dy do­tar­ło do mnie coś, cze­go za pierw­szym ra­zem nie do­strze­głam. Anioł nie był sym­bo­lem nie­win­no­ści. Był tą czę­ścią Lu­ci, któ­ra wciąż pró­bo­wa­ła ro­bić to, co słusz­ne, na­wet je­śli kosz­to­wa­ło go to wię­cej, niż po­win­no. Dia­beł nie był złem sa­mym w so­bie. Był wszyst­kim, co mu­siał w so­bie no­sić, że­by prze­trwać.

Pa­trzy­łam na ten ta­tu­aż i co­raz wy­raź­niej ro­zu­mia­łam, że żad­na z tych po­sta­ci ni­g­dy nie mia­ła wy­grać. Że to nie by­ła wal­ka o zwy­cię­stwo, tyl­ko o to, że­by nie prze­stać iść da­lej.

Mo­ja rę­ka sa­ma po­wę­dro­wa­ła w kie­run­ku je­go skó­ry. Na­giej, a jed­nak w ja­kiś spo­sób osło­nię­tej. Do­ty­ka­łam go ostroż­nie, jak­by to by­ła gra­ni­ca, któ­rej nie po­win­nam prze­kra­czać, a mi­mo to nie po­tra­fi­łam się za­trzy­mać. Po­wo­li prze­su­wa­łam opusz­ka­mi pal­ców po li­niach, po każ­dym de­ta­lu. Z każ­dym ru­chem od­kry­wa­łam w nim coś no­we­go, choć mia­łam wra­że­nie, że zna­łam go już zbyt do­brze, by to by­ło moż­li­we.

Po­ru­szył się lek­ko, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie.

Nie za­bra­łam dło­ni. Ba­łam się, że je­śli to zro­bię, coś się ze­rwie. Jak­by tyl­ko ten gest trzy­mał nas jesz­cze w tej ci­szy.

– Zno­wu go ana­li­zu­jesz? – usły­sza­łam na­gle.

Cof­nę­łam rę­kę od­ru­cho­wo. Ser­ce przy­spie­szy­ło.

– Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć – do­dał.

Uśmiech­nę­łam się lek­ko.

– Po pro­stu nie spo­dzie­wa­łam się, że się obu­dzisz aku­rat w tym mo­men­cie.

Nie od­po­wie­dział. Za­miast te­go uło­żył się na­prze­ciw­ko mnie i pa­trzył. In­ten­syw­nie.

– Dla­cze­go tak mi się przy­glą­dasz? – za­py­ta­łam, gdy wciąż nie od­wra­cał wzro­ku.

– Chcę się na­cie­szyć tą chwi­lą, za­nim zo­ba­czysz, jak na­praw­dę ży­ję. Zde­cy­du­jesz, że to za du­żo, i odej­dziesz.

Za­tka­ło mnie.

Już za­kła­dał mo­ją uciecz­kę, choć jesz­cze nic się nie wy­da­rzy­ło. Ni­cze­go nie zdą­ży­łam zo­ba­czyć, a de­cy­zja zo­sta­ła pod­ję­ta za mnie. I to ude­rzy­ło mnie naj­moc­niej.

Nie strach. Nie je­go świat.

To, że ode­brał mi wy­bór, za­nim zdą­ży­łam go so­bie uświa­do­mić.

Cie­pło roz­la­ło się we mnie gwał­tow­nie, ale nie by­ło w nim nic mięk­kie­go. Od­dech mia­łam nie­rów­ny, a gniew nie miał za­mia­ru ustą­pić. Mo­głam nie wie­dzieć, co kry­je się za tym do­mem i tym ży­ciem, ale wie­dzia­łam jed­no: nie zni­ka­łam tyl­ko dla­te­go, że coś by­ło trud­ne. Nie by­łam jak mój oj­ciec. Nie cho­wa­łam się przed świa­tem. Nie re­zy­gno­wa­łam z ży­cia.

– Po­zwól, że sa­ma po­dej­mę de­cy­zję. – Pod­nio­słam się i sta­nę­łam przy łóż­ku. – Nie­za­leż­nie od te­go, ja­ka bę­dzie.

Uśmiech­nął się mi­ni­mal­nie. Prze­su­nął się w mo­ją stro­nę i po­cią­gnął mnie za rę­kę. Krzyk­nę­łam z za­sko­cze­nia, ale dźwięk urwał się nie­mal na­tych­miast, gdy zna­la­złam się pod nim.

Lu­ca na­chy­lał się na­de mną.

Zbyt bli­sko.

Pod­brzu­sze za­pło­nę­ło, a puls przy­spie­szył.

– Do­brze – po­wie­dział krót­ko.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Le­d­wo za­re­je­stro­wa­łam to jed­no sło­wo. My­śli roz­pa­dły się na drob­ne ka­wał­ki, a wszyst­ko in­ne prze­sta­ło mieć zna­cze­nie. Li­czył się tyl­ko on. Je­go cię­żar na­de mną. Je­go spoj­rze­nie.

A mi­mo to nie ro­bił nic wię­cej.

Nie do­ty­kał. Nie mó­wił.

Cze­kał.

– Po­ca­łu­jesz mnie w koń­cu? – za­py­ta­łam ci­cho, z nu­tą pro­wo­ka­cji, któ­rej na­wet nie pró­bo­wa­łam ukryć. – Czy bę­dziesz się tak pa­trzył w nie­skoń­czo­ność?

Zno­wu ten uśmiech. Lek­ki, le­d­wie wi­docz­ny, a jed­nak mó­wią­cy wię­cej, niż mo­je my­śli zdą­ży­ły­by udźwi­gnąć. Nie mia­ły już na to cza­su. Po­chy­lił się i wpił w mo­je usta, od­bie­ra­jąc mi od­dech.

Po­bu­dził do ży­cia każ­dą ko­mór­kę mo­je­go cia­ła. Wy­gię­łam się ku nie­mu in­stynk­tow­nie, by­le­by tyl­ko zna­leźć się jesz­cze bli­żej.

Mo­je dło­nie bez wsty­du ru­szy­ły po je­go cie­le, za­pa­mię­tu­jąc pod pal­ca­mi każ­dy na­pię­ty mię­sień.

Lu­ca ode­rwał się po chwi­li, po­pa­trzył mi w oczy i po­wie­dział twar­do, tak że dreszcz prze­szedł mi po skó­rze:

– Roz­bierz się.

Usiadł obok, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku. Przy­sia­dłam na pię­tach. Za­czę­łam ścią­gać bluz­kę po­ma­łu, nie­mal z pre­me­dy­ta­cją. Czu­łam je­go spoj­rze­nie tak wy­raź­nie, jak­by do­ty­ka­ło mnie za­miast rąk. Rzu­ci­łam ubra­nie obok sie­bie.

Roz­pię­łam sta­nik. Się­gnę­łam do ra­mią­czek i naj­pierw zsu­nę­łam jed­no, po­tem dru­gie, aż w koń­cu po­zwo­li­łam mu opaść. Oczy Lu­ci roz­sze­rzy­ły się na­tych­miast. Ści­snę­ło mnie od środ­ka, przy­po­mi­na­jąc, jak moc­no go pra­gnę.

Ob­ję­łam dłoń­mi swo­je pier­si. De­li­kat­nie. Świa­do­mie. Przy­glą­dał mi się in­ten­syw­nie spod pół­przy­mknię­tych po­wiek. Zer­k­nę­łam na je­go spodnie i zo­ba­czy­łam, jak bar­dzo jest pod­nie­co­ny. Su­nę­łam rę­ką po brzu­chu, co­raz ni­żej, do miej­sca, któ­re pul­so­wa­ło w zu­peł­nie in­nym ryt­mie niż ser­ce.

Kie­dy pal­ce po­wę­dro­wa­ły pod ko­ron­kę, stra­ci­łam reszt­ki kon­tro­li. Lu­ca drgnął, nie od­ry­wa­jąc oczu od mo­je­go pod­brzu­sza. A ja z każ­dym ru­chem, każ­dym mu­śnię­ciem, by­łam co­raz bli­żej szczy­tu.

– Chodź tu do mnie – mruk­nął ni­sko.

Ode­rwa­łam od sie­bie rę­kę i przy­su­nę­łam się do nie­go. Zła­pał za bie­li­znę i jed­nym szyb­kim ru­chem ze­rwał ją ze mnie. Ma­te­riał wy­lą­do­wał obok mo­ich rze­czy. Po­tem ścią­gnął z sie­bie spodnie.

Był go­to­wy.

Chwy­ci­łam go, a Lu­ca wy­dał z sie­bie przy­tłu­mio­ne sap­nię­cie. Za­ci­snę­łam dłoń i za­czę­łam nią po­ru­szać. Re­ago­wał co­raz moc­niej. Ob­ser­wo­wa­łam, jak pod­da­je się tej przy­jem­no­ści, jak zbli­ża się do li­nii, któ­rą za mo­ment mógł prze­kro­czyć.

Na­gle chwy­cił mnie, pod­niósł i na­pro­wa­dził na sie­bie. Jęk­nę­łam, gdy się ze­tknę­li­śmy. Osu­nę­łam się ni­żej, a on wy­peł­nił mnie cał­ko­wi­cie. Ide­al­nie głę­bo­ko. Cie­pły prąd prze­szył mnie tak gwał­tow­nie, że od­rzu­ci­łam gło­wę do ty­łu.

Uno­si­łam się i opa­da­łam. Naj­pierw wol­no, spo­koj­nie, chcąc po­znać go w tej no­wej po­zy­cji. Je­go go­rą­ce dło­nie błą­dzi­ły po mo­im cie­le. Su­nę­ły z za­pa­łem po każ­dym wgłę­bie­niu, któ­re­go wcze­śniej nie do­tknął.

– Je­steś ta­ka pięk­na – wy­szep­tał, choć nie by­łam pew­na, czy do­brze usły­sza­łam.

Po­wie­trze zgęst­nia­ło, a od­dech za­czął mi się ury­wać. Spoj­rza­łam na nie­go. Je­go wzrok za­trzy­mał się na mnie.

Ścią­gnął mnie z sie­bie, ob­ra­ca­jąc tak, że zna­la­złam się pod nim. Na­pię­tym. Głod­nym. Wszedł we mnie po­now­nie, wy­da­jąc krót­kie wark­nię­cie. Po­ru­szał się tak, że cia­ło prze­sta­ło na­le­żeć do mnie. W gło­wie wi­ro­wa­ło, a mię­śnie mię­kły od każ­de­go pchnię­cia.

– Od­daj mi się… ca­ła – wy­szep­tał mi pro­sto do ucha.

Za­mknę­łam oczy. Umysł gasł z każ­dym ru­chem, zsu­wa­jąc mnie w przy­jem­ność, któ­ra w koń­cu roz­la­ła się po ca­łym cie­le. Dwa pchnię­cia póź­niej po­czu­łam w so­bie je­go speł­nie­nie.

Otwo­rzy­łam oczy.

Lu­ca prze­su­wał spoj­rze­niem po mo­jej twa­rzy, jak­by cze­goś szu­kał. Uśmiech­nę­łam się i przy­cią­gnę­łam go do po­ca­łun­ku. Je­go ję­zyk na­tych­miast spo­tkał się z mo­im. Za­czął scho­dzić ni­żej. Po szyi. Do pier­si, któ­re re­ago­wa­ły na je­go do­tyk.

– Ku­sisz mnie za każ­dym ra­zem co­raz moc­niej. Nie po­tra­fię ci się oprzeć.

Wró­cił do mnie. Pa­trzył tak, jak­by do­pie­ro te­raz na­praw­dę mnie zo­ba­czył.

Za­mru­cza­łam ci­cho, a on wpił się w mo­je usta z pra­gnie­niem, któ­re obie­cy­wa­ło wszyst­ko.

Lu­ca

Gdy za­bra­kło nam tchu, od­su­ną­łem się. Po­cią­gną­łem ją w stro­nę ła­zien­ki. Szła obok mnie, roz­glą­da­jąc się po sy­pial­ni.

– Wejdź pierw­sza, a ja wy­cią­gnę ręcz­ni­ki. – Lek­ko po­pchną­łem ją w stro­nę prysz­ni­ca.

Od­wró­ci­łem się i usły­sza­łem szum wo­dy. Wy­ją­łem z szaf­ki dwa ręcz­ni­ki ką­pie­lo­we, po czym za­wie­si­łem je na ścia­nie obok. Do­łą­czy­łem do Cla­ire.

Jej skó­ra lśni­ła od kro­pel wo­dy, przy­kle­jo­nych jak ślad po czymś, cze­go jesz­cze nie zdą­ży­łem zmyć. Ob­ją­łem ją w pa­sie i po­ca­ło­wa­łem, za­nim zdą­ży­łem się za­sta­no­wić, co ro­bię. Nie umia­łem się po­wstrzy­mać. Przy­cią­ga­ła mnie z si­łą, z któ­rą nie chcia­łem wal­czyć. A na­wet gdy­bym spró­bo­wał, wie­dzia­łem, że i tak prze­gram.

– Jak na ra­zie po­do­ba mi się to, co wi­dzę – po­wie­dzia­ła.

– Ja? – Ką­ci­ki ust sa­me się unio­sły.

– Też. Ale mia­łam na my­śli te pięk­ne po­miesz­cze­nia. – Wy­ko­na­ła nie­okre­ślo­ny gest dło­nią.

– To nic ta­kie­go. Zwy­czaj­ne. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

Po­pa­trzy­ła na mnie z uko­sa, uno­sząc brwi.

– Mo­je miesz­ka­nie jest zwy­czaj­ne. Uwierz mi, da­le­ko mu do te­go.

– Od­wróć się. Umy­ję ci wło­sy.

Ucią­łem roz­mo­wę, za­nim zdą­ży­ła pójść da­lej. Ostat­nie, o czym pra­gną­łem mó­wić, to ten dom. Dom, któ­ry stra­cił zna­cze­nie wie­le lat te­mu. Te­raz był tyl­ko ilu­zją cze­goś, co ni­g­dy w nim nie ist­nia­ło.

– Ile lat tu miesz­kasz?

– Ca­łe ży­cie – mruk­ną­łem.

Skoń­czy­łem myć jej wło­sy i wy­sze­dłem spod stru­mie­nia. Nie chcia­łem cią­gnąć te­go te­ma­tu ani od­po­wia­dać na ko­lej­ne py­ta­nia o ten bu­dy­nek.

– Lu­ca.

Spoj­rza­łem na nią. Sta­ła nie­ru­cho­mo, wpa­trzo­na we mnie, a w jej twa­rzy by­ło coś, cze­go nie po­tra­fi­łem zi­gno­ro­wać. Zmar­twie­nie. Czy­ste i szcze­re.

– Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

– Do­brze – od­po­wie­dzia­ła krót­ko, bez na­ci­sku, jak­by na­praw­dę to ro­zu­mia­ła.

Mo­że wła­śnie tak by­ło. A ja tyl­ko wma­wia­łem so­bie, że je­śli wy­star­cza­ją­co du­żo za­cho­wam dla sie­bie, ona bę­dzie szczę­śli­wa i bez­piecz­na.

Już wie­dzia­łem, że to kłam­stwo.

Prze­sze­dłem do gar­de­ro­by.

Ubie­ra­łem się, gdy Cla­ire po­ja­wi­ła się w pro­gu.

Na­go.

Od­chrząk­nę­ła. Mój wzrok, któ­ry utknął na jej pier­siach, w koń­cu po­wę­dro­wał wy­żej.

– Nie mam żad­nych czy­stych ubrań.

Nie do­sły­sza­łem koń­ców­ki zda­nia. Mo­je spoj­rze­nie znów ze­śli­zgnę­ło się po jej cie­le, gdy ru­szy­ła w mo­ją stro­nę. Z każ­dym jej kro­kiem czu­łem, jak ucisk w klat­ce pier­sio­wej na­ra­sta.

Na­gle pstryk­nę­ła mi pal­ca­mi przed ocza­mi.

– Tu je­stem! – Za­śmia­ła się. – Nie mam się w co ubrać, Lu­ca.

– Wy­bie­raj. – Wska­za­łem sza­fy.

Usia­dłem w fo­te­lu i ob­ser­wo­wa­łem, jak się po­ru­sza. A ra­czej na to, jak jej cia­ło mięk­ko na­pi­na się przy każ­dym ru­chu.

Wy­bra­ła blu­zę, bok­ser­ki i skar­pet­ki. Wszyst­ko zde­cy­do­wa­nie za du­że. Sta­nę­ła przede mną. A kie­dy pu­ści­ła ma­te­riał w pa­sie, bie­li­zna zsu­nę­ła się do jej ko­stek.

Za­śmia­łem się.

– Bar­dzo śmiesz­ne – mruk­nę­ła z iro­nią, choć le­d­wo po­wstrzy­my­wa­ła uśmiech.

Zła­pa­łem ją i po­sa­dzi­łem so­bie na ko­la­nach.

– Wy­ślę Mi­ke’a po two­je rze­czy do miesz­ka­nia.

– Wo­la­ła­bym sa­ma tam po­je­chać. Nie chcę, że­by grze­bał w mo­ich majt­kach.

Te­go nie prze­wi­dzia­łem.

– Masz ra­cję. Po­je­dzie­my tam ra­zem. Ale po śnia­da­niu. Nie mo­gę już słu­chać, jak bur­czy ci w brzu­chu.

– Ej! – Klep­nę­ła mnie lek­ko w ra­mię.

Wsta­ła i pod­cią­gnę­ła bok­ser­ki.

– Po­mo­gę ci. – Prze­su­ną­łem się bli­żej i zro­bi­łem su­peł w pa­sie. – Tak le­piej.

– Dzię­ku­ję, cho­ciaż by­łam go­to­wa cho­dzić bez. – Pu­ści­ła do mnie oczko i się od­wró­ci­ła.

Nie zdą­ży­ła jed­nak zro­bić na­wet kro­ku, bo przy­cią­gną­łem ją z po­wro­tem.

– Mo­ja ko­bie­ta nie bę­dzie cho­dzić na­go przy mo­ich lu­dziach.

Pu­ści­łem ją i klep­ną­łem w cu­dow­ne po­ślad­ki.

– Auu! – krzyk­nę­ła, śmie­jąc się.

– A te­raz chodź­my na śnia­da­nie. Al­bo ra­czej wcze­sny lunch.

Chwy­ci­łem ją za dłoń i ru­szy­li­śmy w stro­nę wyj­ścia. Za­trzy­ma­ła się tuż przed drzwia­mi.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­łem.

– A co, je­śli mnie nie po­lu­bią? Nie za­ak­cep­tu­ją?

– Kto?

– Twoi lu­dzie.

Ob­ją­łem ją i na­chy­li­łem się, aż mu­sia­ła spoj­rzeć mi pro­sto w oczy.

– To nie ma zna­cze­nia. Oni ma­ją cię sza­no­wać, nie lu­bić.

Zmarsz­czy­ła brwi.

– Cla­ire, to są moi pra­cow­ni­cy, nie kum­ple. Ma­ją wy­ko­ny­wać po­le­ce­nia i nie za­da­wać zbęd­nych py­tań.

Kiw­nę­ła gło­wą. Zbyt lek­ko. Jesz­cze nie ro­zu­mia­ła, co to na­praw­dę zna­czy. Do­pie­ro za­cznie po­zna­wać mój świat. A kie­dy go po­czu­je, ta­kie oba­wy sta­ną się tyl­ko od­le­głym, nie­win­nym wspo­mnie­niem.

Roz­glą­da­ła się po po­miesz­cze­niu, jak­by chcia­ła do­strzec każ­dy szcze­gół, każ­dy cen­ty­metr te­go miej­sca. Wi­dać by­ło, że jest za­chwy­co­na. Czy­sta cie­ka­wość, nie­ska­żo­na jesz­cze świa­do­mo­ścią, ile zła wsią­kło w te ścia­ny. Wie­dzia­łem, że gdy­by zna­ła ca­łą praw­dę, ten za­chwyt zgasł­by na­tych­miast.

We­szli­śmy do kuch­ni. Za­pach świe­że­go cia­sta ude­rzył w nas od ra­zu, wy­wo­łu­jąc skurcz żo­łąd­ka. Ma­teo wła­śnie wy­cią­gał bla­chę z pie­kar­ni­ka. Kie­dy zo­ba­czył Cla­ire, znie­ru­cho­miał na uła­mek se­kun­dy. Zer­k­nął na mnie, po­tem na nią. Za­raz po­tem od­chrząk­nął.

– Dzień do­bry – przy­wi­tał się.

Odło­żył bla­chę i pod­szedł bli­żej.

– Dzień do­bry. To jest Cla­ire – od­po­wie­dzia­łem. – Przy­go­tu­jesz nam ja­kieś śnia­da­nie?

– Bar­dzo mi mi­ło. Je­stem Ma­teo – zwró­cił się do niej. – Na co masz ocho­tę?

– Mnie rów­nież. Zjem co­kol­wiek – od­par­ła.

Usie­dli­śmy przy sto­le. Ku­charz od ra­zu za­brał się do pra­cy. Cla­ire by­ła spię­ta, skrę­po­wa­na, nie wie­dzia­ła, gdzie po­dziać wzrok. Na­chy­li­łem się do jej ucha i ści­sną­łem jej dłoń.

– Od dziś ty je­steś tu sze­fo­wą.

Po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

– Im szyb­ciej się do te­go przy­zwy­cza­isz, tym bę­dzie ci ła­twiej.

Spoj­rza­ła na mnie. Jej oczy błysz­cza­ły.

I po­czu­łem to wy­raź­nie, ale spo­koj­nie. Tak wła­śnie po­win­no być.

Pró­ba ode­pchnię­cia jej by­ła błę­dem. Jej miej­sce by­ło przy mnie.

Ja­ko mo­jej ko­bie­ty.

Cla­ire

Sie­dzia­łam przy drew­nia­nym sto­le i chło­nę­łam każ­dy szcze­gół wo­kół mnie. Ser­ce bi­ło szyb­ciej, niż po­win­no, a w umy­śle wciąż od­bi­ja­ło się jed­no sło­wo: sze­fo­wa. Krą­ży­ło bez ła­du jak pusz­czo­ne w eter. Jak­by wła­śnie pa­dło w au­dy­cji ra­dio­wej, a nie zo­sta­ło wy­po­wie­dzia­ne przez nie­go wprost do mnie.

Dło­nie mia­łam lo­do­wa­te, mi­mo że w po­miesz­cze­niu by­ło cie­pło. Pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co wła­ści­wie się wy­da­rzy­ło, ale za­miast my­śli by­ła tyl­ko pust­ka. Sło­wa nie chcia­ły przyjść.

– Cla­ire, wszyst­ko w po­rząd­ku?

Je­go py­ta­nie le­d­wo do mnie do­tar­ło. Ścisk w żo­łąd­ku nie od­pusz­czał, trzy­mał mnie w miej­scu i nie po­zwa­lał wy­do­być gło­su.

– Cla­ire?

Je­go rę­ka spo­czę­ła na mo­ich ple­cach i to ona mnie roz­mro­zi­ła. Cie­pło ro­ze­szło się po cie­le, bez po­śpie­chu przy­wra­ca­jąc mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Od­wró­ci­łam się do nie­go.

– Tak. Te­raz już tak. – Uśmiech­nę­łam się.

– To do­brze – rzu­cił aku­rat, gdy Ma­teo po­sta­wił przed na­mi dwa ta­le­rze.

Gdy do­szedł do mnie za­pach ja­jek i be­ko­nu, zda­łam so­bie spra­wę, jak bar­dzo by­łam głod­na. Jak moc­no ten głód był wcze­śniej stłu­mio­ny przez stres i strach. Te­raz w koń­cu mo­głam wziąć głę­bo­ki od­dech i na mo­ment nie my­śleć o tym, co bę­dzie da­lej.

Zje­dli­śmy w mil­cze­niu. Nie wie­dzia­łam, co mó­wić przy je­go pra­cow­ni­ku, a Lu­ca chy­ba roz­ko­szo­wał się tą chwi­lą, bo co kil­ka se­kund zer­kał w mo­ją stro­nę z lek­kim uśmie­chem, le­d­wie uno­szą­cym ką­ci­ki ust. Ta ci­sza nie prze­szka­dza­ła mi ani tro­chę.

Odło­ży­łam sztuć­ce na ta­lerz, do­pi­łam her­ba­tę i wte­dy zo­ba­czy­łam ma­łe ra­dio na bla­cie. Od­ru­cho­wo wsta­łam i po­de­szłam do nie­go. Do­tknę­łam chłod­ne­go me­ta­lu i na­ci­snę­łam przy­cisk play. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ła ja­kaś pio­sen­ka.

Przy­tknę­łam dłoń do pier­si i za­mknę­łam oczy.

To, co od no­cy spy­cha­łam w naj­głęb­szy za­ka­ma­rek, ude­rzy­ło we mnie z peł­ną si­łą. Nie da­wa­łam tym my­ślom dojść do gło­su. Aż do te­raz. Łzy za­pie­kły pod po­wie­ka­mi, ale nie po­zwo­li­łam im wy­pły­nąć.

Cie­pło ob­ję­ło mnie od ty­łu. Lu­ca sta­nął za mną bez py­tań. Chy­ba ro­zu­miał, co wła­śnie się dzia­ło. Coś pró­bo­wa­ło mnie roz­bić, a on sta­rał się te­mu za­po­biec.

Nie wie­dzia­łam, ile tak sta­li­śmy ani kie­dy je­go pra­cow­nik znik­nął z kuch­ni. Wie­dzia­łam tyl­ko jed­no: Lu­ca nie po­zwo­li, że­by sta­ła mi się ja­ka­kol­wiek krzyw­da.

Nie mu­siał te­go mó­wić.

Ta pew­ność by­ła we mnie. Nie­pod­wa­żal­na.

Od­wró­ci­łam się do nie­go. Je­go wzrok mó­wił przede wszyst­kim jed­no: prze­pra­szam. Opar­łam dło­nie o je­go klat­kę. Zdez­o­rien­to­wa­ny na­tych­miast mnie pu­ścił.

– Nie od­chodź – wy­szep­ta­łam.

Ob­jął mnie po­now­nie, bez wa­ha­nia. Wtu­li­łam się w nie­go, a za­raz po­tem po­czu­łam po­ca­łu­nek na czub­ku gło­wy.

– Jak się czu­jesz? – spy­tał ci­cho.

– Le­piej.

Przy nim my­śli za­czę­ły się po­rząd­ko­wać. Ciem­ne ob­ra­zy nie znik­nę­ły, ale prze­sta­ły bo­le­śnie na­pie­rać. Nie za­mie­rza­łam re­zy­gno­wać z pra­cy, choć jesz­cze nie mia­łam po­ję­cia, jak to po­go­dzę. Mu­sie­li­śmy je­dy­nie prze­trwać coś, o czym nie chciał mó­wić.

Jesz­cze nie.

Od­su­nę­łam się od nie­go i spoj­rza­łam w je­go ciem­ne oczy, wpa­trzo­ne we mnie z wy­raź­ną tro­ską.

– Mo­że­my po­je­chać te­raz po mo­je rze­czy?

– Oczy­wi­ście. Mu­sisz tyl­ko za­ło­żyć ja­kieś spodnie. – Zer­k­nął na mo­je go­łe no­gi.

– Za­ło­żę. W koń­cu mam dżin­sy.

Wró­ci­li­śmy do sy­pial­ni. Po dro­dze znów roz­glą­da­łam się uważ­nie, pró­bu­jąc wy­ła­pać co­kol­wiek dziw­ne­go. Co­kol­wiek, co pa­so­wa­ło­by do sło­wa „ma­fia”, któ­re wciąż brzmia­ło mi w gło­wie zbyt gło­śno. Nic jed­nak nie przy­ku­wa­ło mo­jej uwa­gi. Żad­nych zna­ków ostrze­gaw­czych. Żad­nych sym­bo­li. Je­go lu­dzie do­słow­nie po­cho­wa­li się przede mną, a mo­że po pro­stu za­wsze tak by­ło.

Si­ło­wa­łam się z za­pię­ciem spodni, ale przez su­peł w bok­ser­kach nie by­łam w sta­nie ich do­piąć. Lu­ca sie­dział na łóż­ku i z co­raz szer­szym uśmie­chem ob­ser­wo­wał mo­ją wal­kę, któ­rą ewi­dent­nie prze­gry­wa­łam.

– Wrr – wark­nę­łam ze zło­ści.

Ro­ze­śmiał się. Tak zwy­czaj­nie. Spoj­rza­łam na nie­go i bez­rad­nie roz­ło­ży­łam rę­ce.

– Nie dam ra­dy.

– Po­dejdź do mnie.

Gdy sta­nę­łam przed nim, spraw­nie roz­wią­zał wę­zeł i za­piął mi spodnie.

– Go­to­we.

– Dzię­ku­ję.

Po­pra­wi­łam blu­zę i zwią­za­łam wło­sy w kit­kę.

– Mo­że­my je­chać?

– Tak.

Za­ło­ży­li­śmy płasz­cze i ze­szli­śmy na dół. W ho­lu na krze­śle le­ża­ła mo­ja to­reb­ka. Chwy­ci­łam ją, a Lu­ca po­cią­gnął mnie na ze­wnątrz. Mróz do­padł mnie na­tych­miast, więc pod­nio­słam koł­nierz wy­żej. Otwo­rzył mi drzwi, a ja wsu­nę­łam się na sie­dze­nie.

Zna­łam ten sa­mo­chód i zna­łam kie­row­cę.

– Cześć – rzu­ci­łam krót­ko.

John od­po­wie­dział uśmie­chem i lek­kim ski­nie­niem gło­wy. Lu­ca usiadł obok mnie.

– Za­wieź nas do do­mu Cla­ire.

Sa­mo­chód ru­szył po­ma­łu, na­bie­ra­jąc pręd­ko­ści z każ­dym ko­lej­nym me­trem. Pa­trzy­łam przez okno, ale my­śli sa­me skrę­ci­ły w stro­nę pra­cy.

Nie od­dam te­go. To mo­je.

Nikt nie od­bie­rze mi mo­je­go gło­su. Tyl­ko jak wy­tłu­ma­czę ochro­nę? Jak mój okrop­ny szef to przyj­mie? Jak po­go­dzę jed­no z dru­gim? Czy dam ra­dę uda­wać, że wszyst­ko jest nor­mal­ne?

Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­łam się, że wy­cie­ram dło­nią po­li­czek. Łzy spły­wa­ły ci­cho, jak­by nie chcia­ły zwra­cać na sie­bie uwa­gi. Na­wet nie po­czu­łam, kie­dy się po­ja­wi­ły, a te­raz nie po­tra­fi­łam ich za­trzy­mać.

Lu­ca roz­ma­wiał przez te­le­fon. Sły­sza­łam je­go krót­kie, zdaw­ko­we od­po­wie­dzi, kon­kret­ne i po­zba­wio­ne emo­cji. Nie pa­trzył na mnie. Gło­wę mia­łam zwró­co­ną w stro­nę okna. Wo­la­łam, że­by nie wi­dział, że zno­wu się roz­pa­dam. Że tra­cę grunt pod no­ga­mi i za­czy­nam uża­lać się nad so­bą.