Bro-kodeks - Melissa Adams - ebook

Bro-kodeks ebook

Melissa Adams

5,0

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Zawsze byłam najpopularniejszą dziewczyną na kampusie.
 
Przewodnicząca najgorętszego sorority, u boku jednego z najgorętszych hokeistów, ale tej jesieni wygląda na to, że szczęście mnie opuściło.
 
Kiedy mój dom sorority zostaje zniszczony, muszę wprowadzić się do domu bractwa razem z większością diablo seksownej drużyny hokejowej.
 
Wiem, że mam kłopoty. Jak mogłoby być inaczej, skoro muszę mieszkać ze swoim zdradzieckim byłym i najlepszym przyjacielem, w którym potajemnie się podkochuję?
 
Ale to nie koniec. Gdy zwracam na siebie uwagę drużynowego bad boya, który w głębi duszy jest prawdziwym cinnamon rollem, wiem, że mam pełne ręce roboty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 384

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
LidiaGG

Nie oderwiesz się od lektury

super zabawna seksowna hot
00



Klub Romansu

Nie przegap kolejnych premier: w Klubie Romansu Cowper Publishing piszemy o nowych romansach po polsku — a na powitanie dostaniesz darmowy e-book.

cowperpublishing.pl/romans

Bro-kodeks

Nie twoja hokejowa króliczka

Tom 3

Melissa Adams

Tytuł oryginału: The Bro-Code

Wydanie oryginalne: 2024, Melissa Adams, Wielka Brytania

Przekład: Ingolby International

© 2026 Cowper Publishing

Wydawca: Cowper Publishing, Stallschreiberstrasse 28, Berlin 10179

ISBN 978-3-69477-080-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i autora.

Rozdział1Udawaj, aż ci się uda

Bay

Kiedy jesteś na samym dnie, jest niezawodny sposób, żeby się podnieść. Włóż szpilki.

Tak powtarzała moja babcia, a ja nigdy nie sądziłam, że przyjdzie mi wcielać te słowa w życie.

Doskonale wiem, że gdybyście teraz na mnie spojrzeli, pomyślelibyście, że do dna to mi bardzo, ale to bardzo daleko. W końcu całe wakacje spędzam na megajachcie na południu Francji.

Ale uwierzcie mi, pozory czasem mylą, a dno to stan umysłu.

A tak naprawdę? Dobrze, że nie znamy przyszłości, bo najgorsze było dopiero przede mną.

Wiem, że macie do mnie milion pytań, więc zacznijmy od tych najpilniejszych.

Może pamiętacie, że kiedy widzieliście mnie ostatnio, ciskałam trofeum w głowę mojego chłopaka.

Nie, Topher nie zostawił podniesionej deski sedesowej ani pustego kartonu po mleku w lodówce.

Przyłapałam go w moim łóżku, jak pieprzył jedną z moich sióstr.

I gdyby ktoś potrzebował przypomnienia: nie mówię o Lakyn, mojej bliźniaczce.

Mówię o jednej z moich sióstr z Zet.

Zastanawiacie się, co się stało po tym, jak rzuciłam w niego tak upragnionym trofeum z olimpiady Greek Row, które o włos minęło jego głowę?

Ten dupek nawet nie miał na tyle przyzwoitości, żeby przestać. Doszedł. Doszedł w hokejowej króliczce, którą pieprzył w moim łóżku.

Nieważne, że sama szukałam Tophera, żeby z nim zerwać.

Nieważne, że od miesięcy wiedziałam, że między nami koniec – od tamtych katastrofalnych świąt spędzonych w Connecticut, w domu jego rodziny.

Moja siostra i mój najlepszy przyjaciel nigdy nie rozumieli, co ja w nim widzę, i teraz trudno im się dziwić.

Prawda jest jednak taka, że go kochałam. Stopniowo docierało do mnie, jak bardzo byłam ślepa – nie tylko na to, jak Topher traktował innych, ale i na to, jak traktował mnie. I to było do dupy.

Co więc mogłam zrobić, kiedy trofeum nie trafiło go w głowę?

Wierzcie mi, wciąż odtwarzam tę scenę w głowie.

Chciałabym wam powiedzieć, że poszłam do kuchni w domu Zet, wzięłam najostrzejszy nóż, jaki udało mi się znaleźć, i pokroiłam go na sashimi godne kulinarnych nagród.

Albo że rzuciłam jakąś epicką kwestię godną książki, odrzuciłam włosy i przybrałam swoją popisową, buntowniczą pozę.

Niestety prawda jest o wiele mniej pochlebna.

Zawsze wierzyłam, że inni widzą nas tak, jak sami się prezentujemy, i wiem, że wszyscy, którzy mnie znają, uważają mnie za twardą laskę, która nie daje sobie w kaszę dmuchać i nie bierze jeńców.

A jednak kiedy mój chłopak, z którym byłam od trzech lat, zdradził mnie z córką dziekana, zareagowałam tak jak większość kobiet.

Oczy zaszły mi łzami i rzuciłam się do ucieczki, jakby gonił mnie sam diabeł.

Nawet nie wiem, czy Topher próbował za mną biec – nie dałam mu szansy.

Wszyscy inni, na których mi zależało, byli w hali hokejowej, gdzie rozgrywano finał Frozen Four.

Poszłam więc właśnie tam.

Tylko dwie osoby mogły mi pomóc i mnie pocieszyć.

Mój najlepszy przyjaciel Cole właśnie wznosił puchar Frozen Four po niesamowitym sezonie.

A mojej siostrze bliźniaczce Lakyn właśnie oświadczało się jej trzech seksownych chłopaków na oczach tysięcy kibiców i studentów.

Po ceremonii wręczenia nagród czekałam na zewnątrz. Lakyn i Luca wyszli pierwsi.

Wiem, co sobie teraz myślicie.

Dzięki naszemu nadprzyrodzonemu szóstemu zmysłowi bliźniaczek siostra od razu wiedziała, co się stało.

Ta, nie do końca.

Nie mam się czym chwalić, ale po tym wszystkim, co przeszłam w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, wybuchłam płaczem. Znowu.

Luca wysłuchał całej historii, oczywiście zaproponował, że jego królewskie służby specjalne mogą zadbać o to, żeby po Topherze wszelki ślad zaginął, a potem ruszył mi na ratunek.

Najwyraźniej dobrze mieć przyszłego szwagra, który jest następcą tronu.

Powiedziałam Luce i Lake, że nie wytrzymam na kampusie ani sekundy dłużej. Na samą myśl, że mogłabym wpaść na Tophera, zanim zdążę zapanować nad emocjami, znowu zalewałam się łzami.

Luca miał idealne rozwiązanie.

Zanim się obejrzałam, siedziałam w samochodzie Luigiego w drodze na lotnisko w Star Cove, gdzie czekał królewski prywatny odrzutowiec, gotowy zabrać mnie do Europy.

Tam weszłam na pokład „Queen Isabelle”, megajachtu króla Gilberta.

No więc z boku wyglądało to tak: spędziłam lato na królewskim jachcie, pływając po Morzu Śródziemnym, a obsługa spełniała każdą moją zachciankę.

Wypiłam tyle szampana, ile sama ważę, jadłam dania szefa kuchni z gwiazdką Michelin i syciłam oczy mięśniami przystojnych marynarzy oraz całej masy miejscowych ciach.

Kiedy się na mnie patrzy, trudno uwierzyć, że mam serce rozbite w drobny mak. Wątpię, czy kiedykolwiek uda się je poskładać.

Śmiałam się, flirtowałam i odwiedzałam najlepsze plaże Europy. Ludzie zastanawiali się, czy nie należę do rodziny królewskiej Montebello.

Ale pod koniec każdego dnia, sama w kajucie armatorskiej tego luksusowego jachtu, znowu wybuchałam płaczem.

Jak mogłam zaufać komuś, kto nie zasługiwał na moją miłość i lojalność?

Jak mogłam nie widzieć, jakim jest okropnym człowiekiem?

Jak mogłam tyle razy zawieść samą siebie?

Prawda jest taka, że nawet pomijając to, jak jego rodzice potraktowali mnie w zeszłe Boże Narodzenie, w głębi duszy od dawna nie byłam z Topherem szczęśliwa.

Mój chłopak przestał się starać – zarówno w sferze uczuć, jak i w łóżku.

Ale o tym jeszcze zdążymy pogadać.

I wreszcie nadszedł dzień, którego boję się od chwili, gdy w pośpiechu uciekłam ze Star Cove.

W przyszłym tygodniu zaczynają się zajęcia, a wraz z nimi wracają wszystkie moje obowiązki przewodniczącej Zeta Theta Beta.

To mój ostatni rok studiów i powinnam skakać z radości. Na studiach wymiatam. Jestem jedną z najpopularniejszych osób na kampusie, co roku mam najlepsze wyniki, choć studiuję dwa piekielnie wymagające kierunki, a moja kariera influencerki rozwinęła się bardziej, niż mogłam sobie wymarzyć.

To czemu ściska mnie w dołku, kiedy jacht Luki przybija do portu w Nicei i przychodzi pora wracać do domu?

Na domiar złego prawo Murphy’ego wali mnie w twarz, ledwie stawiam stopę na stałym lądzie – w tych szpilkach, o których wspominałam wcześniej.

– Signorina. – Mocno opalony Luigi czeka na mnie w porcie przy czarnym luksusowym SUV-ie, tym samym co zawsze. – Obawiam się, że plany uległy zmianie. Niestety król musiał udać się na ważne wydarzenie, a do tego potrzebował królewskiego odrzutowca. Próbowaliśmy zarezerwować dla pani inny prywatny lot, ale to szczyt sezonu i firma, z której usług korzystamy w takich sytuacjach, ma komplet rezerwacji. W ostatniej chwili nie udało się znaleźć żadnego wolnego lotu z Nicei, dlatego z najszczerszymi przeprosinami muszę panią poinformować, że jedyne, co zdołałem dziś dla pani zarezerwować, to lot rejsowy.

Luigi wymawia słowa „lot rejsowy” z takim przerażeniem, że po raz pierwszy od tygodni się uśmiecham.

– Lot rejsowy będzie zupełnie w porządku, Luigi – uspokajam kierowcę Luki. – Jestem przyzwyczajona do latania klasą ekonomiczną—

Luigi robi okrągłe ze zgrozy oczy.

– Klasą ekonomiczną? Nie, nie, nie, nie. Mai (nigdy). Udało nam się zarezerwować całą podróż w pierwszej klasie, ale obawiam się, że czeka panią scalo (przesiadka) w Charlestonie, skąd poleci pani dalej do Star Cove. Oczywiście w czasie oczekiwania będzie miała pani do dyspozycji salonik dla pasażerów pierwszej klasy. Wiem, że to rozwiązanie dalekie od ideału—

Biorę go za rękę.

– Luigi, proszę się nie martwić. Książę Luca niezwykle hojnie pomógł mi w trudnej chwili. Lot rejsowy w pierwszej klasie to naprawdę żadna tragedia.

Luigi nie wygląda na przekonanego, ale ja wiem, że dam sobie radę.

Bo w końcu co mogłoby pójść nie tak?

Rzecz w tym, że czasem w życiu nie chodzi o same drobne niedogodności.

Chodzi o to, że wszechświat daje ci znak, że życie zaraz ci się spierdoli.

A właściwie o to, że tego znaku nie dostrzegasz i paradujesz w tych szpilkach, pewna, że wyglądasz jak milion dolców, nie mając pojęcia, że tył spódnicy masz wetknięty za gumkę majtek.

Gdyby ktoś pytał – mówię całkiem dosłownie.

I co to mówi o początku mojego ostatniego roku studiów, skoro incydent ze spódnicą wetkniętą za gumkę majtek był zaledwie wierzchołkiem góry lodowej?

Ryker

– Dzięki, reszty nie trzeba.

Kurwa, jak ja się cieszę, że wreszcie spadam z Karoliny Południowej. Za ten kurs zapłaciłbym i podwójnie, i potrójnie.

Czasem jednak, akurat kiedy myślisz, że sięgnąłeś dna, wszechświat daje ci znak, że wszystko będzie dobrze.

Może nawet lepiej niż dobrze.

Ale zacznijmy od tego, że moja przygoda z uczelnią w Hemlock Grove potoczyła się dokładnie odwrotnie, niż zakładałem.

Do Hemlock Grove College ściągnęli mnie tamtejsi łowcy talentów. Kasy za grę w hokeja zaproponować mi nie mogli – przepisy NCAA są w tej kwestii jasne – ale Karolina Południowa przyjęła mnie iście po królewsku.

Kiedy kończyłem liceum, byłem jednym z najbardziej rozchwytywanych środkowych w swoim roczniku, a kiedy pierwszy raz pojawiłem się na kampusie?

Kurwa, czułem się jak gwiazda rocka.

Jak bóg.

Należałem do najpopularniejszych i najbardziej uwielbianych ludzi na całej uczelni.

Zupełnie inaczej niż teraz, kiedy po tym wszystkim żegnam Głębokie Południe.

Słyszałem gdzieś, że od miłości do nienawiści jest tylko krok. Przekonałem się o tym aż za dobrze.

Bo przez pierwsze dwa lata szło jak z płatka.

Oczywiście grałem w pierwszym składzie, a na pierwszym roku wygraliśmy Frozen Four. Strzeliłem najwięcej bramek w całym sezonie – i to nie tylko w naszej konferencji, ale w całym kraju.

Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy rok później przegraliśmy w finale Frozen Four z Yale.

Ale na ten cały burdel z zeszłego roku i tak nie byłem gotowy.

Zawsze lubiłem imprezy i nie jestem z tych, którzy patrzą z góry na hokejowe króliczki.

Te dziewczyny są zajebiste – oddane, piękne i zawsze chętne.

Nie chcę tu wyjść na dupka, ale jestem pewien, że wielu sportowców z uczelnianych drużyn wie, o czym mówię. W każdej popularnej dyscyplinie są jakieś „króliczki”.

Niektórzy nazywają je łowczyniami sportowców, ale nie podoba mi się negatywny wydźwięk tego określenia. Ja wolę nazywać je superfankami.

One kochają wybitnych sportowców, a ten konkretny wybitny sportowiec odwzajemnia ich miłość.

Jak mówiłem, żyło mi się świetnie.

Z nauką nigdy nie miałem problemów. Mam pamięć fotograficzną. Wystarczy, że raz coś przeczytam, i pamiętam to do końca życia.

Może zabrzmię jak arogancki dupek, ale nie sądzę, żeby w moim pokoleniu był lepszy środkowy.

Ja to wiem, mój trener to wie i NHL też to wie. Po wygranej we Frozen Four Hartford Heroes wybrali mnie w pierwszej rundzie draftu i życie było idealne.

Moja przyszła drużyna chciała, żebym dalej grał na poziomie akademickim i szlifował umiejętności, a mnie to pasowało.

Studia były zbyt fajne, żeby rzucać je tak szybko, a poza tym kochałem swoich kolegów z drużyny i braci z Gamma Delta Tau.

Nie pytajcie, jak w ciągu jednego roku z najbardziej uwielbianego sportowca na kampusie – i w sąsiednim miasteczku Hemlock Beach – stałem się najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Hemlock Beach w całej historii tego zakątka wybrzeża.

No jasne, że chodziło o dziewczynę.

Córkę głównego trenera.

Jeśli wyobrażacie sobie historię starą jak świat, jeden z tych zakazanych romansów, od których aż roi się w książkach o miłości, to grubo się mylicie.

Nie zakochałem się w Alexis Jones i nie mieliśmy żadnego potajemnego romansu za plecami jej ojca.

Sprawa jest prostsza, a gdybym zadurzył się w kimś, od kogo miałem trzymać się z daleka, wyszedłbym na jeszcze większego dupka.

Powiedzieć, że trener Jones ostrzegł całą drużynę, żebyśmy trzymali łapy z daleka od jego córki, to mało powiedziane.

Ale czy takie ostrzeżenia kiedykolwiek działają?

No właśnie.

Zakazać bandzie młodych, napalonych sportowców dotykania pięknej, równie młodej i napalonej dziewczyny, która akurat studiuje fizjoterapię i odbywa praktyki w drużynie, to jak machać bykowi przed nosem wielką czerwoną płachtą.

Przed przerwą zimową cała drużyna już się zorientowała, że nasz bramkarz Jeremy posuwa córkę trenera.

Co ja mam z tym wspólnego?

Jer był moim współlokatorem, a ja jak idiota ich kryłem.

Wszystko wyglądało w porządku, dopóki para nieszczęśliwych kochanków się nie pokłóciła.

Alexis wpadła na genialny pomysł, żeby wykorzystać mnie do wzbudzenia zazdrości w Jeremym.

Na swoją obronę powiem, że byłem naiwny.

Użyczyłem jej ramienia, żeby mogła się wypłakać – najzupełniej platonicznie, wyłącznie po przyjacielsku, gwoli ścisłości – a kiedy zaproponowała, żebyśmy walnęli parę szotów na rozluźnienie, jak idiota się zgodziłem.

Jakimś cudem wszystko obróciło się przeciwko mnie: po tym, jak obaliliśmy całą butelkę tequili, Jeremy przyłapał nas w dwuznacznej sytuacji.

Moje zapewnienia, że do niczego nie doszło, trafiały w próżnię, a kiedy cała historia dotarła do uszu trenera Jonesa?

Zgotował mi piekło.

Uwierzcie mi, przy tym, co mi fundował trener, karne rundy na lodzie były pieprzonym spacerkiem.

Byliście kiedyś w toksycznym środowisku? Tym właśnie stała się dla mnie moja drużyna.

Cokolwiek robiłem, zawsze było źle, a za wszystko, co w drużynie szło nie tak, zawsze obrywałem ja. Doszło do tego, że miałem tylko dwa wyjścia: przejść wcześniej do drużyny NHL albo zmienić uczelnię.

Tyle że skoro z Heroes mieliśmy już wszystko ustalone, prośba o wcześniejsze odejście z uczelni była ryzykownym posunięciem.

Żadna drużyna NHL nie chce podpisywać kontraktu z debiutantem, który nie dogaduje się z trenerem. Nikogo, kurwa, nie obchodzi, że trener żywi do ciebie urazę wielkości Karoliny Południowej. Po prostu źle to wygląda.

Wychodzisz na kogoś, z kim więcej zachodu niż pożytku.

Rozejrzałem się więc za transferem i miałem fart: trener ze Star Cove College usłyszał od znajomego znajomego, że chcę zacząć od nowa.

Podobno akurat zawiesił swojego podstawowego środkowego za niesportowe zachowanie i szukał zastępstwa.

No i po letnim obozie treningowym z Heroes jestem w drodze do Star Cove w Kalifornii.

Szkoda, że nie mogłem u nich zostać, ale trener powiedział, że po jeszcze jednym roku hokeja akademickiego będę gotowy na grę w pierwszej drużynie w przyszłym sezonie. Żadnych drużyn farmerskich, od razu debiutancki sezon w NHL.

Zresztą najwyższy czas, żebym się stąd wyniósł. Kiedy wiadomość o moim transferze wyszła na jaw, ludzie na uczelni i w mieście dali mi wyraźnie do zrozumienia, co o mnie myślą.

Trzeba przyznać, że decyzja, żeby w kwietniu nie jechać do Kalifornii i nie grać w finale Frozen Four przeciwko mojej przyszłej drużynie, nie przysporzyła mi sympatii miejscowych. No ale bez jaj. Gralibyście dla drużyny, w której trener was nienawidzi i wpuszcza na lód tylko dlatego, że jesteście najlepsi w składzie? Gralibyście, gdyby kibice wygwizdywali was już przy wyjeździe na lód we własnej hali i skandowali „Zdrajca!” za każdym razem, kiedy dotykacie krążka?

No więc tak.

Z przyjemnością zapomnę, że Karolina Południowa w ogóle istnieje.

Dzieli mnie jeden rok od spełnienia marzenia o zawodowym hokeju. Muszę tylko dotrzeć do Star Cove i niczego nie spieprzyć.

A jest tylko jeden niezawodny sposób, żeby przetrwać ostatni rok studiów bez żadnych wpadek.

Unikać kobiet za wszelką cenę. Nie powinno to być specjalnie trudne, bo i tak nie mam czasu na związek.

Jedna laska, której nawet nie ruchałem, prawie spieprzyła mi życie, więc w tym roku? Żadnych króliczek, żadnych numerków, zero, nic.

Moimi najlepszymi przyjaciółmi będą lewa ręka i fleshlight.

Z determinacją pcham wózek z bagażami w stronę drzwi z napisem „Odloty”. Mam tylko jeden cel.

Znaleźć wygodne miejsce, w którym poczekam na lot, zajadając bułkę cynamonową i oglądając nagrania meczów hokejowych.

Bułka cynamonowa to mój stały podróżny grzeszek, ale poza tym w tym roku zamierzam żyć wyłącznie hokejem.

Nie zdążam nawet dokończyć tej myśli, kiedy pani przy stanowisku odprawy posyła mi uśmiech.

– Proszę bardzo, panie Moore. Pańskie miejsce to dwadzieścia siedem E, a bagaż poleci bezpośrednio do Star Cove. Miłego lotu—

Chwileczkę…

– Dwadzieścia siedem E? – Powstrzymuję się od podniesienia głosu, ale to jakieś jaja. – Kupiłem bilet w pierwszej klasie. Powinienem siedzieć z przodu. Poza tym mam metr dziewięćdziesiąt jeden. Jak niby mam się wcisnąć na środkowe miejsce w ekonomicznej? Nie zmieszczę się.

Kobieta wygląda na zmieszaną i jakaś część mnie jej współczuje. Pewnie ta, która nie musi się gnieść przez pięć godzin na środkowym fotelu w ekonomicznej.

– Już sprawdzam, proszę pana. – Słychać charakterystyczne klik-klik, gdy zawzięcie stuka w klawiaturę z nerwowym uśmiechem przyklejonym do twarzy. – Już widzę, co się stało. Samolot, który miał obsługiwać tę trasę, utknął w Seattle na przeglądzie technicznym i do pańskiego lotu podstawiono inny model. Dlatego wcześniejsze rezerwacje miejsc zostały—

Jasne. Ale i tak nie usiądę na tym pieprzonym miejscu dwadzieścia siedem E.

– Rozumiem. Ale system chyba powinien był uwzględnić, że mam bilet w pierwszej klasie?

Czerwieni się jeszcze bardziej.

– Ma pan rację. Nie wiem, jak to się stało. Zwłaszcza że pierwsza klasa jest prawie pusta. Ale proszę się nie martwić, ma pan teraz miejsce jeden A, a w ramach przeprosin za niedogodności dopiszę panu pięćdziesiąt tysięcy mil na konto w programie lojalnościowym. Oto karta pokładowa. Życzę udanego lotu.

No, to rozumiem.

Pewnie przez tę zmianę samolotu nie mogłem się odprawić przez aplikację w telefonie, ale dobrze, że sprawa się wyjaśniła.

Odbieram kartę pokładową i już czuję w ustach smak bułek cynamonowych z saloniku pierwszej klasy. Jestem głodny, więc może nawet trochę sobie pofolguję i zjem dwie.

Do tego może szklaneczka porządnego bourbona—

– Hej! – Na ten przerażony okrzyk, ni to krzyk, ni to pisk, odwracam się do osoby stojącej tuż za mną w kolejce do odprawy. – Patrz, jak leziesz!

O kurwa.

Niech mnie szlag, jeśli to nie jest najgorętsza laska, jaką w życiu widziałem – a widziałem ich sporo.

Drobna, ale z ponętnymi krągłościami dokładnie tam, gdzie trzeba. Kobieta, którą przed chwilą przypadkiem trąciłem łokciem, ma twarz bogini. Blond włosy, gładko zaczesane w wysoki kucyk, odsłaniają idealne rysy. Intensywnie niebieskie oczy otoczone wachlarzami długich rzęs, delikatna linia nosa, a pod nim usta, na widok których od razu się zastanawiam, czy w pocałunku byłyby tak miękkie, na jakie wyglądają. Albo jeszcze lepiej – jak by to było poczuć je wokół kutasa, kiedy te wielkie, błękitne jak niebo oczy wpatrywałyby się prosto w moje.

Do cholery, Ryker. Besztam sam siebie.

Pamiętaj o planie. W tym roku żyjesz tylko hokejem. Na jawie i we śnie.

Nie masz czasu na blond boginie, choćby nie wiem jak kusiły.

Kobiety to same kłopoty, więc lepiej nie zapominaj, dlaczego musiałeś zmienić uczelnię.

Nie mam pojęcia, skąd się wziął ten głos rozsądku, ale muszę przyznać, że dobrze radzi.

Tylko że moja racjonalna strona nie wzięła czegoś pod uwagę: nasze tegoroczne motto – żyć tylko hokejem, na jawie i we śnie – wcale nie musi obowiązywać, dopóki nie postawimy stopy na kampusie.

To taki okres przejściowy, który, formalnie rzecz biorąc, nie jest jeszcze częścią mojego ostatniego roku studiów.

Wiem, że zasłanianie się kruczkiem może zakrawać na hipokryzję, ale gdybyście widzieli ten doskonały egzemplarz, który właśnie gromi mnie wzrokiem, wam też drgnąłby fiut w dżinsach. Albo zrobiłoby się wam mokro – jestem za równouprawnieniem, miłość to miłość i tak dalej.

Niech każdy robi to, co go kręci. A ta dziewczyna? Uwierzcie, tak mną buja, że czuję się trochę jak Titanic.

I tak jak Titanic idę na dno już na starcie.

Kiedy wodzę wzrokiem po stojącej przede mną doskonałości, dostrzegam skutki tego, że na nią wpadłem.

Wielką smugę szminki, która ciągnie się od kącika jej ust prawie do samego ucha. Wygląda, jakby miała na twarzy upiorny półuśmiech.

– Czemu taka poważna? – Nie potrafię zdusić parsknięcia, kiedy dociera do mnie, że z tą rozmazaną szminką wygląda jak Joker z Batmana.

Wiem, że zdecydowanie nie powinienem był tego mówić – aż tak tępy nie jestem – ale widok tych idealnych ust zaciśniętych w wąską kreskę i tak mnie zaskakuje.

– Wydaje mi się, że słowo, którego szukałeś, brzmi „przepraszam”. Wpadłeś na mnie jak słoń w składzie porcelany i przez ciebie zepsułam sobie makijaż.

Boże, wkurzona jest jeszcze gorętsza.

Pewnie dlatego, zamiast wydusić z siebie to jedno małe słowo, na które czekała, jak ostatni debil podbijam stawkę.

– Przeprosiłbym, gdybyśmy byli w łazience. Ale to raczej nie jest miejsce na poprawianie makijażu. Moja mama mówi, że malowanie się w miejscach publicznych – na przykład w samochodzie, kiedy stoisz na czerwonym – nie przystoi damie.

Wymachuje mi przed nosem aplikatorem błyszczyka jak bronią.

– Masz mnie za białą hołotę?

Kurwa, błękit jej oczu pociemniał. A to, jak wypina pierś, kiedy mnie beszta?

Kręci mnie. I sądząc po wyraźnym poruszeniu na dole, kręci całe moje ciało. A przynajmniej całe moje ciało bardzo chętnie by się w nią wkręciło.

Sprośne, wiem.

– Uważałbym z tą szminką. – Uśmiecham się kpiąco, cofam się o krok i szukam sposobu, żeby to jakoś odkręcić i może zaproponować jej drinka. Albo szybki numerek w łazience, co tam woli najpierw. – Jeszcze niechcący wbijesz mi ją w oko, skoro jesteś taka… wzburzona.

Czy w tych niebieskich oczach błysnęło rozbawienie, czy tylko mi się wydaje?

– Uwierz mi, nie w oko chciałabym ci ją wbić – cedzi przez zęby.

Ostra.

Z każdą sekundą podoba mi się coraz bardziej.

Chyba już ustaliliśmy, że życie mi niemiłe, bo nie mogę się powstrzymać przed prowokowaniem jej.

– Pełna klasa.

Trochę mnie rozczarowuje, że nie reaguje na moją kolejną szpilę, chociaż w jej oczach widać wściekłość.

– Zejdź mi z drogi, serio. Miałam długi lot i już zaczyna mnie łapać jet lag. To nie jest dobry moment, żeby mnie wkurzać.

Robię, o co prosi, ale kręcę się przy stanowisku odprawy wystarczająco długo, żeby „przypadkiem usłyszeć”, że ma bilet w pierwszej klasie i że leci do Star Cove tym samym lotem co ja. Jedyne, czego nie udaje mi się wyłapać, to jej imię, bo akurat kiedy pracownica odprawy się z nią wita, z głośników leci komunikat.

W każdym razie pamiętacie, jak mówiłem, że czasem wszechświat zsyła wam znak, że mimo wszystkich kłopotów wszystko będzie dobrze?

Widok najgorętszej dziewczyny świata tuż przed rozpoczęciem roku celibatu, w którym mam żyć wyłącznie hokejem, to zdecydowanie jeden z takich znaków.

Ten szybki numerek w łazience?

Na sto procent do niego dojdzie, jeśli tylko uda mi się to jakoś odkręcić.

Możecie mówić o mnie, co chcecie, ale wytrwałość to moja największa zaleta.

Rozdział2Kto śpi, ten traci

Bay

Ech.

Dlaczego najprzystojniejsi faceci to zawsze najwięksi dupkowie?

Przysięgam na Boga, właśnie wpadłam na najseksowniejszego i najbardziej wkurzającego faceta, jakiego w życiu widziałam.

Pamiętacie, jak mówiłam, że czasem wszechświat robi wszystko, żeby nam przypomnieć, że prawo Murphy’ego naprawdę działa?

Najprzystojniejszy facet, jakiego widziałam od dawna, okazał się nieznośnym dupkiem – to musi być jeden z tych znaków.

Oby tylko nie leciał moim samolotem. Bo te szpilki, które włożyłam zgodnie z dewizą babci? Kiedy usłyszałam, jak arogancko i chamsko się do mnie odezwał, ledwo się powstrzymałam, żeby mu ich nie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Dla jego własnego dobra lepiej, żebym go więcej nie zobaczyła.

Ale przez tych kilka wkurzających chwil, kiedy na niego patrzyłam? O matko.

Facet miał ciało boga. Wysoki, grubo ponad metr osiemdziesiąt, z szerokimi barkami, wyraźnie zarysowanymi mięśniami ramion, wyrzeźbioną klatą, wąską talią i długimi nogami. Nie sposób było tego wszystkiego nie zauważyć.

Postawiłabym całą sześciocyfrową sumę z konta na to, że pod tym markowym T-shirtem kryje się kaloryfer.

Ale moją uwagę przyciągnęło nie tylko jego idealne ciało. Przystojny gbur miał krótkie ciemnobrązowe włosy, które wyglądały na miękkie, i najbardziej hipnotyzujące niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.

Nie tajemniczy, ciemny granat jak u Cole’a, tylko bardzo jasny błękit, niemal przezroczysty – lodowy.

Cole.

Na myśl o najlepszym przyjacielu od razu się uspokajam. Lakyn przeprowadza się do Bridgeport, trzy godziny drogi od Star Cove, żeby być przy swoich facetach w ich debiutanckim sezonie, więc na kampusie z niecierpliwością czekam tylko na Cole’a.

To znaczy, kocham większość moich sióstr z Zet, a z niektórymi naprawdę się zaprzyjaźniłam, ale z Cole’em jesteśmy bardzo blisko. Prawie tak blisko jak ja i Lake.

Tak blisko, że czasem chciałabym, żeby widział we mnie kogoś więcej niż przyjaciółkę. Ale między mną a Cole’em to tak nie działa. Nie wchodzi w związki – za bardzo skupia się na zdobyciu dyplomu i przejściu na zawodowstwo. Jest najlepszym obrońcą w lidze, a po tym, jak Cove Knights wygrali Frozen Four, Hartford Heroes wybrali go w drafcie. Nie ma mowy, żeby chciał się teraz rozpraszać, kiedy marzenie ma na wyciągnięcie ręki.

Poza tym zalicza tyle przelotnych przygód, że reputacją playboya dorównuje Luce z czasów, zanim ten zakochał się w mojej siostrze.

Nie ma więc szans, żeby między mną a Cole’em do czegoś doszło. Może to i lepiej. I nie chodzi tylko o to, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, a nasza przyjaźń jest warta więcej niż jakikolwiek numerek, choćby nie wiem jak gorący.

Po tym, jak skończył się mój związek z Topherem, postanowiłam: koniec z hokeistami. Na zawsze.

Może i są gorący, ale tyle dziewczyn się wokół nich kręci, że nie nadają się na partnerów.

Właściwie trudno ich winić. Po co wiązać się z jedną osobą, kiedy jest się młodym, seksownym i tak rozchwytywanym?

Cole zawsze tak uważał.

Mój eks najwyraźniej też, tylko zapomniał mi o tym wspomnieć. Nie mogę uwierzyć, że przez ponad dwa lata byłam taka ślepa. Lake powiedziała mi, że Topher podrywał każdą dziewczynę w zasięgu wzroku, gdy tylko nie patrzyłam – ją też. Kiedy to usłyszałam, zabolało chyba jeszcze bardziej niż wtedy, gdy przyłapałam go na gorącym uczynku.

Trzeba przyznać, że Lake wiele razy próbowała mnie ostrzec, że Topher nie jest tym, za kogo go uważam. Po prostu nie chciałam w to wierzyć.

Widziałam jego troskliwą, łagodną stronę, którą pokazywał tylko najbliższym.

Chciałam wierzyć, że zarozumialstwo i arogancja chłopaka z bractwa to tylko poza, którą przybierał przed światem.

Ale się pomyliłam. I to jak.

Miał też w sobie zapał i ambicję, które tak dobrze rozumiałam, bo sama chciałam wiele osiągnąć. Może właśnie dlatego przymykałam oko na jego liczne wady.

Kiedy oboje zostaliśmy wybrani na przewodniczących swoich organizacji studenckich, zaczął nazywać nas najbardziej wpływową parą Star Cove. Po cichu uwielbiałam to poczucie władzy i chyba to jeden z powodów, dla których dawałam Topherowi tyle szans, kiedy zaczął odwalać jeden numer za drugim.

Ale koniec końców naprawdę go kochałam.

No, kurwa.

Mam nauczkę.

Żadnych więcej hokeistów w moim życiu.

Ostatni rok studiów będzie „Rokiem Bay”.

Skupię się na sobie i na karierze. Pokażę Topherowi i jego nadętej rodzince, na co stać tę „dziewczynę z klasy średniej”.

Nikt i nic nie pokrzyżuje mi planów. Nie ma mowy.

Jestem zbyt zajęta, żeby szukać sobie kogoś na pocieszenie.

Żeby się podnieść po byłym, trzeba się położyć pod kimś innym.

W głowie słyszę własny głos. Dokładnie to powiedziałam Lake rok temu, kiedy znalazła się w sytuacji bardzo podobnej do mojej.

Czyżbym była hipokrytką?

Kręcę głową. Raczej nie.

Moja sytuacja to zupełnie co innego. Lake ze swoim byłym ledwie się całowała. Palant nie uznawał seksu przed ślubem – dopóki nie zaczął jej zdradzać.

Ja seksu próbowałam.

Nie mam aż takiego doświadczenia, jak ludzie myślą. Spałam tylko z Topherem i z chłopakiem z liceum. Pewnie wszyscy oceniają książkę po okładce i mylą moją pewność siebie z doświadczeniem.

Ale prawda jest taka, że wbrew temu, co mówiłam Lake, seks to żadne wielkie halo.

Przynajmniej nie dla mnie.

Próbowałam go polubić, naprawdę. I nie zrozumcie mnie źle, nie jest wcale taki nieprzyjemny. Lubię bliskość. Uwielbiam, kiedy ktoś mnie całuje i przytula. Tam na dole nawet przyjemnie mrowi, ale ta wielka eksplozja, o której wszyscy gadają?

Jestem przekonana, że „wielkie O” to mit. Pewnie jakiś facet go wymyślił i utrwalał.

Moim zdaniem każda kobieta na świecie twierdzi, że dochodzi, bo nie chce się przyznać, że nie.

Bo, jak to ujął Topher, „kobieta, która nie dochodzi, nie jest seksowna”.

Dlatego i z chłopakiem z liceum, i z Topherem udawałam. Za każdym razem.

Czułam się z tym brudna i nieuczciwa. W niezliczonych czasopismach dla kobiet czytałam, że nie powinno się kłamać, bo robi się krzywdę samej sobie. Jak partner ma się nauczyć sprawiać ci przyjemność, skoro nie powiesz mu, co robi źle?

W teorii rozsądna rada.

W praktyce? Gówno prawda. Jak mam powiedzieć partnerowi, co robi źle, skoro nawet sama nie potrafię dojść?

I zanim posypią się wykłady o samoobsłudze – szkoda strzępić języka. Próbowałam. Próbowałam palcami i wydałam fortunę na wszelkie rodzaje zabawek erotycznych dostępnych na rynku, więc jestem już w tej dziedzinie ekspertką.

Przerobiłam wszystko, a i tak nie doszłam.

No to w tej kwestii też udawałam: z wielką pompą kupowałam Lake i przyjaciółkom zabawki erotyczne na gwiazdkę i na urodziny.

Nazywałam siebie nawet „Orgazmową Wróżką”.

Jedno jest w tym wszystkim szczere: moje otwarte podejście do seksu. Masz ochotę? Kręci cię to w jakikolwiek sposób? Proszę bardzo, nie krępuj się.

Ja też chcę kiedyś znowu to robić. Tylko nie w tym roku i na pewno nie z hokeistą. Ani z nikim, kto choćby lubi hokej. Za bardzo się sparzyłam na związku z Topherem, a poza tym widzę, jaką pozycję ma drużyna hokejowa na kampusie i ile kobiet przewija się przez łóżka jej zawodników.

– Proszę pani – mówi z uśmiechem pracownica przy stanowisku odprawy. – Oto pani karta pokładowa. Miejsce 1A. Miłego lotu.

Super.

Skoro jestem już odprawiona i pozbyłam się prawie wszystkich toreb, mogę pójść za oznaczeniami do saloniku dla pasażerów pierwszej klasy, zjeść pyszną bułkę cynamonową i wypić kieliszek szampana.

Wiem, bułka cynamonowa z szampanem to dość dziwne połączenie, ale nie krytykujcie, dopóki nie spróbujecie. Petarda.

Na pokładzie mam nadzieję wreszcie odespać zaległości i zacząć przestawiać organizm na miejscowy czas. Wylatujemy późno w nocy, a mimo pięciu godzin różnicy czasu w Star Cove też wylądujemy nocą.

Ryker

Pierwsza klasa to jedyny sensowny sposób latania.

Nazwijcie mnie snobem, ale darmowe drinki i świetny wybór ciepłych i zimnych dań – bez marnowania czasu na łażenie po lotnisku w poszukiwaniu jedzenia – są warte każdego dolara dopłaty do biletu.

Najlepszy przykład: sączę z lodem bourbona z najwyższej półki, a przed chwilą wciągnąłem ciepłą, lepką, obłędną bułkę cynamonową.

Zastanawiam się, czy nie pofolgować sobie i nie wziąć drugiej.

Pewnie nie powinienem – w końcu sezon hokejowy zaraz się zaczyna. Ale mam dwadzieścia jeden lat i jestem w formie lepszej niż idealna. Jutro rano przebiegnę dodatkową milę, żeby odpokutować ten mały grzeszek.

A skoro mowa o słodkościach – choć może zabrzmię jak zboczeniec – oto i ona.

Blond piękność, którą niechcący trąciłem łokciem przy stanowisku odprawy, niespiesznie wchodzi do saloniku pierwszej klasy, ciągnąc za sobą małą walizkę kabinową.

Uśmiecham się, kiedy zauważam, że musiała zahaczyć o łazienkę, żeby poprawić rozmazaną szminkę.

Nie umyka mi też, jak przewraca oczami i wzdycha cicho z irytacją, kiedy mnie dostrzega.

Salonik jest prawie pusty, więc wcale mnie nie dziwi, że ostentacyjnie przemierza całą salę i wybiera fotel jak najdalej ode mnie. Jeszcze kawałek dalej, a siedziałaby na płycie lotniska.

Ale się nie przejmuję.

Lecimy tym samym samolotem, w tej samej klasie. Mam ponad pięć godzin, żeby zatrzeć fatalne pierwsze wrażenie, jakie na niej zrobiłem.

Na razie mam jednak inny cel i ruszam do bufetu po bułkę cynamonową, która zaprząta mi głowę równie mocno jak blond nieznajoma.

Widzę, że ona też idzie do bufetu, tylko z przeciwnej strony, i gorączkowo szukam w głowie jakiegoś tekstu na podryw, czegokolwiek błyskotliwego.

Oczywiście pustka. Nigdy nie mam nic mądrego do powiedzenia, kiedy akurat by się przydało.

Tak się skupiam na tym, co jej powiedzieć, że nie zauważam, jak oboje sięgamy po bułki cynamonowe. A ściślej mówiąc, po ostatnią bułkę cynamonową na talerzu.

– Och! – Wciąga gwałtownie powietrze, kiedy nasze palce się muskają.

Celowo nie cofam ręki. W tej chwili bułka obchodzi mnie najmniej na świecie, ale na dotyk tych idealnie wypielęgnowanych palców reaguję całym ciałem.

Nie tylko od razu mi staje – bo, kurwa, staje – ale też jeżą mi się wszystkie włoski na ciele. I jest mi z tym cholernie dobrze. Jakbyśmy byli stworzeni do tego, żeby się dotykać.

Już mam jej oddać bułkę. Wcale nie potrzebuję drugiej, a może taki rycerski gest przełamie lody.

– Hej. – Marszczy brwi. – Ja ją pierwsza zobaczyłam.

Nie pytajcie, co mnie napadło, ale zamiast oddać jej bułkę, jak planowałem, szarpnięciem wyrywam ją dziewczynie z ręki.

Rany, co za mina.

Jej wydęte usta wydają się miększe niż bułka w mojej dłoni. Ale najbardziej podoba mi się ogień w jej niebieskich oczach.

– Może i zobaczyłaś ją pierwsza – parskam śmiechem. – Ale za wolno zareagowałaś. Kto śpi, ten traci.

No dalej, ślicznotko. Poproś ładnie, a bułka jest twoja.

– Oddawaj to – żąda.

Za dobrze się bawię.

– A co dostanę w zamian? – Uśmiecham się zawadiacko.

– Pozwolę ci zachować jaja w jednym kawałku – syczy, gniewnie mrużąc piękne oczy. – Mam za sobą długą podróż i potrzebuję czegoś słodkiego. Uwielbiam bułki cynamonowe.

– Ja też – upieram się. – A założę się, że ty i bez tego jesteś słodka.

Kurwa, kurwa, kurwa.

Co to, do kurwy nędzy, było? Jakim cudem wymyśliłem najbardziej żałosny tekst na podryw wszech czasów?

Sądząc po jej zdegustowanej minie, jest tego samego zdania.

Jezu, jestem, kurwa, totalnym zerem w podrywie. Może dlatego, że zwykle kobietom wystarcza jedno spojrzenie, żeby uznać, że im się podobam?

Jej zawiedzionej miny prawie nie mogę znieść. Już mam ustąpić, słowa cisną mi się na usta, kiedy zaczyna błagać.

– Proszę cię, może chociaż się ze mną podzielisz? Przespałam kolację w poprzednim samolocie i umieram z głodu.

Nie mówię jej tego, co oczywiste – że na stole jest mnóstwo innego jedzenia.

Nie pozwalam sobie nawet rozwinąć sprośnej fantazji, która od razu przychodzi mi do głowy: ona na kolanach, błagająca o znacznie więcej niż bułkę cynamonową. Ostatnie miesiące na uczelni były tak ciężkie, że po treningach zaszywałem się w pokoju. Obóz treningowy z Heroes też nie pomógł – ciągle byłem zbyt wykończony, żeby gdziekolwiek wychodzić. Spędzałem więc absurdalnie dużo czasu sam. Coś jest w tym powiedzeniu, że diabeł znajdzie zajęcie dla bezczynnych rąk. Bo sam w pokoju robiłem tylko jedno: waliłem konia. Potrząsam głową, żeby przegonić wizję seksownej blondynki na kolanach, błagającej o mojego fiuta. Najwyraźniej oglądam za dużo pornoli.

Ale jest tak cholernie piękna, że wciąż trudno mi w to uwierzyć.

Na widok nadziei w jej oczach, kiedy pyta, czy bym się z nią podzielił, wpadam na pewien pomysł.

– Możemy się podzielić. – Uśmiecham się. – Tylko że dzielenie się z kimś, czyjego imienia nawet się nie zna, jest dziwnie intymne. Dam ci pół bułki – mówię, choć już planuję oddać jej całą. – Jeśli powiesz mi, jak masz na imię. Jestem Ryker, a ty?

Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, a ja zastanawiam się, czy jej imię jest równie seksowne jak ona. Coś w stylu Scarlett albo Isabella.

– CHOLERA, PATRZCIE, ILE ŻARCIA ZA DARMO!

Odpowiedź pięknej nieznajomej ginie wśród głośnych, podekscytowanych okrzyków, bo do saloniku pierwszej klasy wdziera się chmara mężczyzn i kobiet w mundurach.

Ze wszystkich stron dobiega gwar. W jednej chwili niemal otaczają nas żołnierze, którzy ładują sobie jedzenie na talerze, jakby od dawna nic nie jedli.

– Boże – jęczy barczysty facet, wgryzając się w trójkątny kawałek kanapki klubowej. Sądząc po dystynkcjach, to chyba kapral. – Istny raj. Po dziewięciu miesiącach żarcia z wojskowej stołówki to gówno smakuje, jakby zrobił je sam Gordon Ramsay.

Starszy mężczyzna strofuje go żartobliwie.

– Kapralu Bull, spodziewałem się po was więcej. Proszę znaleźć sierżanta Knoxa i utrzymać swoich ludzi w ryzach. Nie dajmy linii lotniczej powodów, żeby pożałowała przeniesienia naszego plutonu do pierwszej klasy. Czy muszę przypominać, że większość naszej kompanii leci czarterem i nie zazna takich luksusów?

Kapral pociera kark i ze skruchą zwiesza głowę.

– Tak jest. Przepraszam. Po prostu mnie poniosło. Kiedy zgłoszono nas na ochotnika, żebyśmy zostali i nie lecieli z resztą kompanii, w życiu bym się nie spodziewał, że tak nam się poszczęści w drodze powrotnej do Star Cove. Dopilnuję, żeby wszyscy się zachowywali.

Przyglądam się tej wymianie zdań. Tłum wojskowych tak mnie rozprasza, że rozluźniam palce zaciśnięte na bułce. Nawet nie zauważam, kiedy ląduje z powrotem na półmisku, z którego dopiero co ją wziąłem.

– Bułki cynamonowe! Ale fart! – krzyczy ktoś z zachwytu.

Tyle że to nie moja ulubiona pasażerka o blond włosach, tylko ktoś w polowym mundurze.

Razem z dziewczyną patrzymy w osłupieniu, jak szeregowiec, który właśnie zgarnął ostatnią bułkę cynamonową, wbija w nią zęby.

– Czemu ją upuściłeś? – syczy ślicznotka. – Mieliśmy się podzielić, a teraz już nie ma ani jednej. Zaraz zaczną wpuszczać na pokład mojego samolotu i nawet gdybym chciała poszukać bułki cynamonowej – albo czegokolwiek innego, bo całe jedzenie już zniknęło – nie zdążę.

Ma rację.

– Przepraszam. Mam nadzieję, że jakoś ci to wynagrodzę… Jak mówiłaś, że masz na imię?

Znowu wydyma usta w ten sposób, któremu nie potrafię się oprzeć.

– Nie mówiłam. A po tym, jak właśnie przez ciebie straciliśmy naszą bułkę? Nie zasługujesz na to, żeby je poznać.

Czy nie mówiłem, że wkurzona jest jeszcze gorętsza?

– No weź – teraz to ja prawie błagam. – Trochę surowo mnie traktujesz. Źle zaczęliśmy. Powiedz mi, jak masz na imię. Ja ci powiedziałem.

Kąciki ust unoszą jej się w lekkim uśmiechu.

– Ha, niezła próba. Co to przed chwilą mówiłeś? Kto śpi, ten traci. Przykro mi, Ryker. Przegapiłeś szansę, żeby mnie poznać. Muszę jeszcze skoczyć do łazienki, zanim wejdę na pokład. Do niezobaczenia.

Patrzę, jak odchodzi. Rozczarowanie łagodzi tylko świadomość, że mam pięć i pół godziny, żeby to odkręcić.

Rozdział3Kłopoty na wysokości

Bay

Stoję w łazience saloniku pierwszej klasy, wpatruję się w swoje odbicie w lustrze i powoli wypuszczam powietrze.

Policzki mam zaróżowione, a serce wali mi jak oszalałe. Błagam je w duchu, żeby trochę zwolniło. Co to, kurwa, było?

Rozstanie z Topherem musi mi mieszać w głowie bardziej, niż myślałam. Nie ma innego wytłumaczenia. No bo serio, z jakiego innego powodu miałabym tak zareagować na muśnięcie palców jakiegoś obcego faceta?

Nieważne, że ilekroć zerkam na tego obcego faceta, wydaje mi się jeszcze przystojniejszy.

Kiedy tylko się dotknęliśmy, było tak, jakby niewidzialna nitka połączyła mi palce z całą masą nieprzyzwoitych miejsc.

Marszczę brwi na widok sutków odznaczających się pod stanikiem i cienkim materiałem białej jedwabistej koszuli.

I nie była to jedyna niechciana reakcja. Majtki mam mokre i teraz żałuję, że nie włożyłam dżinsów zamiast spódnicy. Tyle że w podróży nie znoszę niczego obcisłego, więc chyba po prostu muszę się uspokoić.

Sprawdzam godzinę w telefonie i znowu biorę głęboki wdech. Lepiej się pospieszę. Spóźnienie na samolot to kiepski pomysł, nawet jeśli na samą myśl o powrocie na kampus robi mi się słabo.

Mam nadzieję, że Topher wreszcie załapał, że nie chcę z nim gadać. Kiedy w pośpiechu wyjechałam ze Star Cove, wyłączyłam telefon na te dwa dni, które zajęło mi dotarcie na jacht Luki. Gdy włączyłam go z powrotem, żeby dać Lake znać, że jestem cała i zdrowa na pokładzie „Queen Isabelle”, czekało na mnie dwieście pięćdziesiąt osiem nieodebranych połączeń od mojego byłego. Poczta głosowa pękała w szwach, a do tego zasypał mnie setkami SMS-ów i prywatnych wiadomości na wszystkich moich profilach w mediach społecznościowych.

Oczywiście zablokowałam go wszędzie, gdzie się tylko dało.

Tyle że upór to jedna z rzeczy, które mamy z Topherem wspólne, więc próbował się do mnie odezwać z innych numerów.

Koniec końców nie miałam wyboru: przestałam zaglądać do mediów społecznościowych, nie licząc publikowania postów w ramach pracy, i zablokowałam połączenia od wszystkich poza sponsorami, najbliższą rodziną i Cole’em.

W idealnym świecie nigdy więcej nie musiałabym Tophera oglądać ani z nim rozmawiać. Ale Star Cove to nie jest jakaś gigantyczna uczelnia, a nawet gdyby była, i tak musielibyśmy się widywać i rozmawiać, bo oboje stoimy na czele swoich organizacji studenckich. Zwłaszcza że Zety i Gammy są ze sobą powiązane i mnóstwo imprez organizujemy wspólnie.

Nie łudzę się, że będzie łatwo. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby zrezygnować z funkcji przewodniczącej, ale niby dlaczego? Harowałam jak wół, żeby dojść tam, gdzie jestem. Topher nie ma prawa zniszczyć mi jeszcze i tego. Mam nadzieję, że przyjaciele będą blisko i pomogą mi ograniczyć kontakty z byłym do absolutnego minimum.

Ostatni rzut oka w lustro i wychodzę z łazienki, zadowolona, że prawie wszyscy pasażerowie są już na pokładzie. Teraz wystarczy po cichu wślizgnąć się na miejsce w pierwszej klasie i, jeśli dobrze pójdzie, trochę odespać.

– Witamy na pokładzie, proszę pani. – Stewardesa się uśmiecha. – Pani miejsce jest zaraz po lewej.

Ciągnę walizkę kabinową za ściankę oddzielającą przednie drzwi i kuchnię pokładową od pierwszej klasy i… chyba sobie, kurwa, jaja robicie.

Wciąż ściskam w ręce kartę pokładową. Zerkam na nią, żeby się upewnić, że moje miejsce to rzeczywiście 1A.

Kiedy już mam pewność, że wcześniej wzrok mnie nie mylił, znów wbijam spojrzenie w rosłego, irytująco przystojnego nieznajomego, który rozsiadł się na moim miejscu, jakby miał do tego pełne prawo.

Boże, jak ja mam dość facetów, którzy zachowują się jak skończone dupki i nigdy nie ponoszą żadnych konsekwencji. Zamykam oczy i biorę głęboki wdech, żeby się uspokoić, zanim otworzę usta.

Odchrząkuję.

– Siedzisz na moim miejscu.

Odrywa lodowobłękitne oczy od telefonu.

– Nie, nie siedzę. Ale niezły tekst na podryw.

Co za tupet.

– Słucham? Myślisz, że mówię to, bo szukam pretekstu, żeby z tobą pogadać?

Kącik ust unosi mu się w zaczepnym uśmieszku.

– A po co innego miałabyś mówić coś, co jest ewidentną bzdurą? Siedzę na swoim miejscu.

Zaciskam palce na rączce walizki tak mocno, że bieleją mi kostki. Albo to, albo zetrę mu ten idealny uśmieszek z twarzy pięścią.

– Może potrzebujesz okularów albo korepetycji z czytania, bo siedzisz na 1A, a to jest moje miejsce.

Macham mu kartą pokładową przed nosem, a on zaskakująco szybko ją chwyta.

– Hmm, ciekawe – mruczy. – Czemu jest cała umazana szminką? Nawet nie widać, czyja to karta. Daj, ja—

Wyszarpuję mu ją z palców, zanim zdąży ją wytrzeć albo w jakikolwiek inny sposób przy niej pokombinować.

– Ha, ha, bardzo śmieszne. To się stało, kiedy wcześniej walnąłeś mnie łokciem. Tak czy siak, skoro już wiesz, że wcale cię nie podrywałam – mówię, przewracając oczami – możesz łaskawie iść na swoje miejsce?

Uśmiech ani na moment nie znika mu z twarzy.

– Nie mogę, Cynamonie. Przykro mi.

– Niby czemu? – pytam, coraz bardziej wkurzona tym, że uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Bo 1A to moje miejsce.

Z perspektywy czasu przyznaję, że może nie powinnam była podnosić głosu. Ale bez jaj. Nerwy i tak mam w strzępach na samą myśl o powrocie na kampus, a ten gość wchodzi mi w drogę, odkąd tylko postawiłam stopę na lotnisku. Luigi przepraszał mnie bez końca za to, że zarezerwował mi loty w dwóch różnych liniach, potem była jeszcze kontrola celna… Mam za sobą naprawdę długi dzień.

– Gówno prawda – syczę. – Lepiej, żebyś—

– Czy jest jakiś problem, proszę pana? – Stewardesa, która przed chwilą mnie witała, stoi tuż za mną.

– Dzięki Bogu. – Wzdycham z ulgą i odwracam się do niej. – Ten dżentelmen – to ostatnie słowo wymawiam z wyraźnym przekąsem – siedzi na moim miejscu i nie chce się ruszyć.

Gdyby nie zmęczenie po zmianie stref czasowych, na pewno zauważyłabym, jak stewardesa trzepocze rzęsami do Rykera. Nie mam najmniejszych szans wygrać tej kłótni, ale jestem zbyt zmęczona i wkurzona, żeby to do mnie dotarło.

– Proszę pani. – W głosie stewardesy słychać irytację, choć stara się mówić uprzejmie. – Osobiście sprawdzałam kartę pokładową tego pana i mogę potwierdzić, że siedzi na swoim miejscu.

O Boże. To się dzieje naprawdę?

– Przecież dosłownie przed chwilą, przy drzwiach, sprawdzała pani też moją! – Podnoszę głos. – A na mojej karcie jest 1A.

Uśmiech znika z twarzy stewardesy.

– To niemożliwe. A teraz bardzo proszę zająć miejsce. Właśnie zamknęliśmy drzwi samolotu i za chwilę zaczynamy kołowanie na pas startowy. Proszę więc znaleźć swoje miejsce i natychmiast usiąść.

– Znalazłam swoje miejsce! – prawie krzyczę. – Siedzi na nim ten dupek, właśnie to próbuję pani powiedzieć!

Naprawdę, ale to naprawdę powinnam była się powstrzymać. W głębi duszy strasznie się wstydzę, że podnoszę głos i przeklinam przy kimś, kto po prostu wykonuje swoją pracę. Ale ten facet… Boże.

– Proszę pani. – Ton stewardesy zmienia się diametralnie. – Na pokładzie mojego samolotu nie będę tolerować przekleństw ani zakłócania porządku. Radzę się uspokoić, inaczej nie zostawi mi pani wyboru: poinformuję kapitana i wrócimy do bramki, gdzie będzie na panią czekać policja. Takie opóźnienie kosztuje linię lotniczą tysiące dolarów. Od niedawna dochodzimy zwrotu tych kosztów w sądzie, jeśli opóźnienie wynika bezpośrednio z niewłaściwego zachowania pasażera.

Ja pierdolę.

Koszmar.

– Proszę posłuchać, przepraszam, ale—

– Cynamon ma rację – wtrąca się Ryker. – To musi być jakaś pomyłka, bo na jej karcie pokładowej jest 1A, ale na mojej też.

Podaje stewardesie swoją kartę.

– Hm. – Kobieta marszczy brwi. – Dziwne. Sprawdzę listę pasażerów i ustalimy, które miejsce przydzielono tej pani.

Wkurza mnie niemiłosiernie, że z góry zakłada, iż to ja pomyliłam miejsca, ale po naszej ostatniej wymianie zdań trzymam język za zębami. Jutro do domu Zet wprowadzają się dziewczyny, które właśnie skończyły drugi rok i dopiero teraz, na trzecim, mają prawo tam zamieszkać. Jako przewodnicząca siostrzeństwa muszę być na miejscu, żeby je powitać.

– Dobrze – mówi stewardesa. – Musiał wystąpić błąd w druku albo jakaś usterka systemu. Według mojej listy pan Moore ma miejsce 1A, a pani Woods 2A. To jest więc pani miejsce. – Zamaszystym gestem wskazuje fotel obok Rykera.

Nie umyka mi zadowolony uśmieszek na jej twarzy. Jasne, cieszy się, że to ja się pomyliłam.

– Ale ja muszę się przespać, potrzebuję miejsca przy oknie, ja—

Uśmiech stewardesy znika.

– Przykro mi, proszę pani. Wszystkie miejsca na ten lot zostały sprzedane. Kilku pasażerów musieliśmy nawet przenieść do pierwszej klasy. – Wskazuje wszystkie pozostałe boksy, zajęte przez żołnierzy, którzy niedawno szturmem wzięli salonik. – To jedyne miejsce, jakie możemy dziś pani zaoferować.

Boże, daj mi siłę. Wiem, że w gruncie rzeczy to drobna niedogodność. Te boksy są wygodne, a fotele rozkładają się niemal na płasko, prawie jak łóżka.

Ale miejsce przy oknie zawsze daje odrobinę więcej prywatności i ucieszyłam się, że Luigi o tym pamiętał, kiedy zlecał rezerwację.

– Zawsze rezerwuję miejsce przy oknie. – Ryker wstaje. Jezu, jaki on jest wysoki, a te barki… Przy nim kabina wydaje się dużo ciaśniejsza. – Ale jeśli to dla ciebie takie ważne, mogę się zamienić.

Stewardesa piszczy z zachwytu, jakby to jej złożono tę propozycję.

– Och, proszę pana, to takie miłe z pana strony! – Przyciska dłonie do piersi, jakby Ryker właśnie wyciągnął szczeniaczka z rowu czy coś w tym stylu. – A teraz, proszę pani, muszę prosić, żeby pani usiadła. Wystartujemy, jak tylko zgłoszę kapitanowi, że kabina jest gotowa, a pani jako jedyna jeszcze stoi.

Kiedy wraca na swoje stanowisko, nawet nie próbuję ukrywać, że przewracam oczami za jej plecami.

– Pomogę ci z torbą, Cynamonie – proponuje Ryker, ustępując mi miejsca.

– Sama potrafię schować bagaż – cedzę przez zęby. Nie jestem jakąś damą w opałach, która potrzebuje pomocy pierwszego lepszego neandertalczyka, jaki stanie jej na drodze.

O ile neandertalczycy byli tak grzesznie seksowni.

Potrząsam głową, żeby uciszyć ten wewnętrzny głos, który brzmi zupełnie jak moja siostra bliźniaczka, Lakyn.

Kiedy stewardesa przypomina, żeby zapiąć pasy przed startem, czuję na sobie czyjś wzrok.

– Tak? – pytam, napotykając lodowobłękitne spojrzenie Rykera. – Czego chcesz?

Na jego twarz wraca ten ledwie widoczny, kpiący uśmieszek.

– Wydaje mi się, że słowa, których szukasz, brzmią: „Ależ dziękuję ci, Ryker”.

Wiem, że ma rację. Nie musiał mi oddawać swojego miejsca.

A jednak… Nazwijcie to frustracją, która narastała we mnie wraz ze złością tłumioną przez całe lato. Nazwijcie to odwetem za wszystkie nasze niezbyt udane spotkania od chwili, gdy zrujnował mi makijaż przy stanowisku odprawy. Tak czy inaczej, zachowuję się jak skończona suka.