Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 488 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biblioteka dusz - Ransom Riggs

Przygoda, która rozpoczęła się w Osobliwym domu pani Peregrine i trwała w Mieście cieni, ma wielki finał w Bibliotece dusz. Szesnastoletni Jacob odkrywa w sobie nową, potężną moc i wyrusza na ratunek osobliwym towarzyszom więzionym w pilnie strzeżonej twierdzy. W wyprawie towarzyszy mu Emma Bloom, dziewczyna, która włada ogniem, oraz Addison MacHenry, pies umiejący odnaleźć trop zaginionych dzieci. Bohaterowie wędrują ze współczesnego Londynu do labiryntu zaułków Diabelskiego Poletka, najbardziej parszywego zakamarka wiktoriańskiej Anglii. W tym miejscu raz na zawsze przesądzi się los osobliwych dzieci całego świata. Podobnie jak poprzednie dwie książki z serii, Biblioteka dusz łączy emocjonującą fantastykę z niepublikowanymi fotografiami sprzed wielu dziesiątków lat, tworząc zupełnie wyjątkową opowieść.

Opinie o ebooku Biblioteka dusz - Ransom Riggs

Fragment ebooka Biblioteka dusz - Ransom Riggs

Ransom Riggs

Biblioteka dusz

SŁOWNICZEK OSOBLIWYCH TERMINÓW

OSOBLIWCY

Ukryta gałąź każdego gatunku, ludzi i zwierząt, pobłogosławionych i zarazem przeklętych nadnaturalnymi cechami. Dawniej szanowani, od pewnego czasu osobliwcy budzą strach i są ofiarą prześladowań, więc żyją jak wyrzutki na obrzeżach społeczeństwa.

PĘTLA

Ograniczona przestrzeń, w której jeden dzień powtarza się bez końca. Pętle są tworzone i doglądane przez ymbrynki, które w ten sposób chronią osobliwych podopiecznych przed niebezpieczeństwem. Pętle nieskończenie spowalniają proces starzenia się mieszkańców, co wcale nie oznacza, że są oni nieśmiertelni. Każdy „darowany” im dzień składa się na dług, który muszą spłacić, starzejąc się makabrycznie szybko podczas zbyt długiego pobytu poza pętlą.

YMBRYNKI

Władczynie osobliwości, dysponujące umiejętnością zmiany kształtu. Potrafią w dowolnej chwili przybrać formę ptaków i manipulować czasem. Ciąży na nich odpowiedzialność za ochronę osobliwych dzieci. W starym języku osobliwców słowo ymbryne (wymawiane ym-bryn) oznacza obrót albo okrążenie.

GŁUCHOLCE

Niegdyś osobliwcy, obecnie potwory złaknione dusz dawnych współbraci. Głucholce wyglądają jak zasuszone trupy o zaskakująco muskularnych szczękach, w których kryją się potężne jęzory podobne do macek. Ten rodzaj istot jest szczególnie niebezpieczny, gdyż mogą je dostrzec tylko nieliczni osobliwcy, z których jedynym znanym i żywym jest Jacob Portman. (Jego zmarły dziadek był drugim). Głucholce do niedawna nie mogły wdzierać się do pętli, lecz opanowały tę umiejętność, przez co pętle nie są już bezpieczną przystanią dla osobliwców.

UPIORY

Głucholec, który pożre odpowiednio dużo osobliwych dusz, staje się upiorem. Te stwory, widzialne dla wszystkich, pod każdym względem przypominają zwykłych ludzi, tyle tylko, że mają idealnie białe oczy bez tęczówek i źrenic. Upiory to nieprzeciętni manipulatorzy, doskonale potrafią wtapiać się w otoczenie, dzięki czemu od lat przenikają zarówno do środowisk osobliwców, jak i zwykłych ludzi. Mogą być kimkolwiek: sklepikarzem, kierowcą autobusu, twoim psychiatrą. Od dawien dawna mordują, zastraszają i porywają osobliwców, wykorzystując głucholce w roli skrytobójców. Ostatecznym celem upiorów jest zemsta na osobliwcach i przejęcie władzy nad ich światem.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Znajdowaliśmy się w zasięgu jęzorów potwora. Stał wpatrzony w nasze szyje, a w jego skurczonym mózgu kłębiły się mordercze fantazje. Powietrze było przesycone jego apetytem. Głucholce rodzą się głodne dusz osobliwców, a teraz miał nas przed nosem, jak dania w stołówce. Addison wielkości maleńkiej przystawki dzielnie trwał u moich stóp, z ogonem na sztorc. Emma opierała się o mnie, wciąż zbyt oszołomiona po wstrząsie, żeby wykrzesać z dłoni coś więcej niż tylko zapałczany płomyczek. Za plecami mieliśmy zniszczoną budkę telefoniczną, a cała stacja metra przypominała nocny klub po ataku bombowym. Para z wysadzonych rur buchała ze świstem w upiornych kłębach, roztrzaskane ekrany zwisały smętnie pod sufitem. Wszędzie aż do torów zalegała warstwa rozbitego szkła, migając histerycznie w stroboskopowym świetle czerwonych lamp alarmowych niczym dyskotekowa kula kilkusetmetrowej średnicy. Tkwiliśmy w pułapce pomiędzy twardym murem z jednej strony a sięgającą łydek warstwą szklanych odłamków z drugiej. Dwa kroki przed nami czaił się stwór, któremu wrodzony instynkt podpowiadał, że należy nas rozczłonkować. Mimo to głucholec nawet nie drgnął. Zdawał się wrośnięty w ziemię i tylko kołysał się na piętach jak alkoholik albo lunatyk, zwieszając upiorny łeb z paszczą, w której czaiło się kłębowisko uśpionych przeze mnie węży.

To ja tego dokonałem. Ja, Jacob Portman, chłopak z zadupia na Florydzie. Dzięki mnie potwór chwilowo nas nie mordował, nie urządzał krwawej jatki rodem z mroku i dziecięcych sennych koszmarów. Zabroniłem mu tego. Stanowczo kazałem potworowi zabrać jęzor z mojej szyi. „Cofnij się” — warknąłem. „Stój” — wycedziłem w języku złożonym z dźwięków, których, jak wcześniej sądziłem, człowiek nie zdołałby z siebie wydobyć. I stał się cud — głucholec mnie posłuchał. Patrzył na mnie wyzywająco, ale jego ciało było mi posłuszne. Udało mi się zapanować nad senną zmorą, rzucić na nią zaklęcie. Tyle tylko, że to, co uśpione, musi się przebudzić, a zaklęcia ustępują, zwłaszcza te rzucone przypadkowo. Czułem, że pod nieruchomą powłoką głucholec cały się gotuje.

Addison trącił mnie nosem w łydkę.

— Zjawią się kolejne upiory — mruknął. — Czy ta bestia nas przepuści?

— Przemów do niego jeszcze raz — zasugerowała Emma nieco bełkotliwym i niewyraźnym głosem. — Każ mu się odwalić.

Mimo starań nie mogłem znaleźć odpowiednich słów.

— Nie wiem jak — wymamrotałem.

— Przed chwilą wiedziałeś — zauważył Addison. — Mówiłeś tak, jakby opętał cię demon.

Przed chwilą słowa same cisnęły mi się na usta i czekały, aż je wypowiem, chociaż dotąd nie miałem pojęcia, że je znam. Teraz, gdy próbowałem wydobyć je z siebie ponownie, czułem się tak, jakbym musiał łowić ryby gołymi rękami. Za każdym razem, kiedy którejś dotknąłem, natychmiast mi umykała.

„Precz!” — krzyknąłem, jak się okazało, po angielsku. Głucholec nawet nie drgnął. Wyprostowałem się i patrząc w jego czarne jak atrament oczy, ponowiłem próbę.

„Wynoś się! Daj nam spokój!”

Znów po angielsku. Głucholec przechylił głowę niczym zaciekawiony pies, ale dalej stał jak słup soli.

— Poszedł sobie? — spytał Addison.

Inni nie mogli tego wiedzieć, tylko ja widziałem potwora.

— Wciąż tu tkwi — odparłem. — Nie wiem, co jest nie tak.

Poczułem się jak głupek i straciłem pewność siebie. Czyżby mój dar tak szybko zdążył zniknąć?

— Mniejsza z tym — odezwała się Emma. — Z głucholcami i tak nie da się dyskutować.

Wyciągnęła rękę, próbując rozniecić płomień, ale tylko zasyczał i zgasł. Była wyraźnie wyczerpana, więc objąłem ją mocniej w talii, żeby nie upadła.

— Oszczędzaj siły, zapałeczko — poradził jej Addison. — Na pewno się przydadzą.

— Mogę walczyć zimnymi rękami, jeśli będę musiała — oświadczyła Emma. — Najważniejsze, żebyśmy znaleźli pozostałych, zanim będzie za późno.

Nadal miałem ich przed oczami. Elegancki strój Horace’a wyglądał żałośnie. Siłaczka Bronwyn nie miała szans z uzbrojonymi upiorami. Enoch był oszołomiony po przetoczeniu się fali uderzeniowej, a Hugh wykorzystał panujący chaos i ściągnął ciężkie buty ze stóp Olive, aby uniosła się w powietrze. W ostatniej chwili jeden z upiorów zdołał złapać ją za piętę i gwałtownie ściągnąć, nim odfrunęła zbyt wysoko. Wszyscy płakali z przerażenia, pod bronią zaganiani kopniakami do wagonu. Pociąg odjechał wraz z ymbrynką, którą odnaleźliśmy niemal za cenę życia, i teraz mknął gdzieś w trzewiach Londynu, wioząc pasażerów skazanych na los gorszy od śmierci.

„Za późno” — pomyślałem.

Było za późno już wtedy, gdy żołnierze Caula przypuścili atak na lodową kryjówkę panny Wren i gdy nocą pomyliliśmy niegodziwego brata pani Peregrine z naszą ukochaną ymbrynką. Poprzysiągłem sobie jednak, że odnajdziemy i ją, i przyjaciół, bez względu na cenę, nawet jeśli mielibyśmy odbić tylko ich zwłoki albo złożyć siebie w ofierze.

Gdzieś w rozjaśnianej migotaniem ciemności znajdowała się droga ucieczki na ulicę: zwykłe drzwi, ruchome schody albo ściana, pod którą można przebiec. Tylko jak tam dotrzeć?

„Zejdź nam z drogi, do diabła!” — krzyknąłem na głucholca po raz ostatni.

Oczywiście po angielsku. Stwór zamuczał jak krowa, ale się nie ruszył. Wszystko na nic. Zabrakło odpowiednich słów.

— Plan B — zadecydowałem. — Skoro mnie nie słucha, ominiemy go. Może się nie ruszy.

— Którędy chcesz go ominąć? — zapytała Emma.

Żeby obejść głucholca szerokim łukiem, musielibyśmy przebrnąć przez sterty rozbitego szkła, którego okruchy przeorałyby nagie łydki Emmy i poharatały na strzępy łapy Addisona. Rozważyłem opcje — mógłbym przenieść psa, ale to nie rozwiązałoby problemu Emmy. Mógłbym też znaleźć odpowiednio duży kawałek szyby i wbić go w oko stwora. Wypróbowałem tę metodę w przeszłości i się sprawdziła, ale gdyby nie udało mi się zabić głucholca pierwszym pchnięciem, z pewnością ocknąłby się i nas rozszarpał. Jedyna inna droga ucieczki prowadziła przez wąski, wolny od szkła przesmyk między potworem a ścianą. Rzecz w tym, że ścieżka liczyła mniej niż pół metra szerokości i aby ją pokonać, musielibyśmy przywrzeć plecami do ściany. Obawiałem się, że przechodząc tak blisko, albo co gorsza niechcący dotykając monstrum, moglibyśmy je wyrwać z płytkiego transu i rozjuszyć. Ponieważ jednak brakowało nam skrzydeł, by przefrunąć nad głucholcem, byliśmy skazani na to rozwiązanie.

— Dasz radę przejść kawałek? — zapytałem opartą o mnie Emmę. — A przynajmniej pokuśtykać?

Wyprostowała nogi w kolanach i odsunęła rękę, chcąc sprawdzić, czy nie straci równowagi.

— Mogę pokuśtykać — odparła.

— Wobec tego zrobimy tak: prześlizgniemy się obok niego, plecami do ściany. Przejście jest ciasne, ale jeśli będziemy uważać…

Addison zrozumiał, o co mi chodzi, i wcisnął się z powrotem do budki.

— Naprawdę możemy podchodzić do niego tak blisko? — spytał.

— Pewnie nie.

— A jeśli się ocknie, kiedy będziemy…?

— Nie ocknie się — przerwałem mu z nieszczerym przekonaniem. — Wystarczy nie wykonywać gwałtownych ruchów i pod żadnym pozorem go nie dotykać.

— Jesteś teraz naszymi oczami — podkreślił Addison. — Niech optaszność nad nami czuwa.

Podniosłem długi, poręczny kawał szkła i wsunąłem do kieszeni. Bez pośpiechu przysunęliśmy się dwa kroki do ściany i przyciskając plecy do zimnych kafelków, ruszyliśmy w kierunku głucholca. Widziałem, jak wodzi za mną wzrokiem. Po kilku krokach poczuliśmy smród potwora, tak odrażający, że oczy zaszły mi łzami. Addison się rozkaszlał, a Emma zasłoniła nos dłonią.

— Jeszcze trochę — mruknąłem, zmuszając się do zachowania spokoju.

Wyciągnąłem z kieszeni szkło i ująłem je niczym nóż, a potem zrobiłem jeszcze jeden krok, i następny. Znajdowaliśmy się teraz na wyciągnięcie ręki od głucholca. Słyszałem, jak jego serce łomocze w piersi, z każdym naszym krokiem coraz gwałtowniej. Stwór się napinał, walcząc z całych sił o kontrolę, którą mu nieporadnie odbierałem.

„Nie ruszaj się” — wyszeptałem po angielsku. „Mam cię. Kontroluję cię. Nie ruszaj się”.

Wstrzymałem oddech, wyprostowałem się i z całych sił przywarłem do ściany, wchodząc bokiem w przesmyk pomiędzy murem a głucholcem.

„Nie ruszaj się, nie ruszaj się”.

Jeden powolny krok, drugi, trzeci. Nadal nie oddychałem, nasłuchując, jak potwór dyszy, ślini się i świszcze. Z jego nozdrzy buchała ohydna czarna mgła. Z pewnością trawiła go niepohamowana żądza pożarcia nas żywcem, a ja równie mocno pragnąłem rzucić się biegiem przed siebie. Stłumiłem tę chęć. Ja tu rozkazywałem i nie mogłem się zachowywać jak ofiara.

„Nie ruszaj się. Nie waż się drgnąć”.

Pomyślałem, że jeszcze tylko kilka kroków, parę metrów i go miniemy. Jego ramię znajdowało się o szerokość włosa od mojego.

„Nie waż się…” .

Drgnął, po czym płynnym ruchem obrócił głowę i całe ciało przodem do mnie. Zamarłem.

— Nie ruszajcie się — powiedziałem tym razem głośno.

Addison ukrył pysk między łapami, a Emma znieruchomiała, ściskając moją rękę jak w imadle. Przygotowałem się na nieuchronne spotkanie z jęzorami i zębami potwora.

„Cofnij się, cofnij się, cofnij się”.

Znowu wszystko po angielsku.

Mijały sekundy, a my, o dziwo, nadal żyliśmy. Głucholec nawet nie drgnął — o tym, że żyje, świadczyło tylko unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej.

Na próbę zacząłem przesuwać się wzdłuż ściany, milimetr po milimetrze. Stwór wodził za mną wzrokiem, minimalnie poruszając głową, która obracała się niczym wycelowana we mnie igła magnesu. Ciało głucholca funkcjonowało w idealnej harmonii z moim, ale on sam nie poszedł za mną, nie rozwarł szczęk. Gdyby cokolwiek pokonało zaklęcie, które na niego rzuciłem, już bylibyśmy martwi.

Nie odrywał ode mnie wzroku, najwyraźniej w oczekiwaniu na rozkazy, ale nie wiedziałem, jak je wydać.

— Fałszywy alarm — oznajmiłem, a Emma odetchnęła z ulgą.

Wyśliznęliśmy się z przesmyku. Oderwałem plecy od ściany i ruszyłem przodem, niezbyt prędko, żeby Emma nadążała. Gdy od głucholca dzieliła nas spora odległość, obejrzałem się za siebie. Stwór stał nieruchomo przodem do mnie.

„Zostań” — wymamrotałem po angielsku. „Dobrze”.

* * *

Kłęby pary pozostały za nami i naszym oczom ukazały się ruchome schody, czy raczej nieruchome, bo nie działały. Wokół nich jaśniało kuszące blade światło dnia, ze świata żywych, świata dnia dzisiejszego. Ze świata, w którym miałem rodziców. Oboje byli teraz w Londynie, oddychali tym samym powietrzem co ja. Mógłbym pójść do nich piechotą.

„No cześć!” — powiedziałbym.

To się wydawało nie do pomyślenia, ale nie aż tak, jak to, co się wydarzyło niespełna pięć minut temu, kiedy wyznałem ojcu wszystko, a właściwie prawie wszystko. W telegraficznym skrócie: „Jestem taki jak dziadek Portman. Jestem osobliwy”. Nie mogli zrozumieć, ale przynajmniej już wiedzieli. Liczyłem na to, że dzięki temu nie traktują mojej nieobecności jak zdrady. Nadal słyszałem w głowie głos ojca błagającego mnie o powrót do domu. Gdy kuśtykaliśmy w stronę światła, musiałem przezwyciężyć nagłe, wstydliwe pragnienie, by odtrącić rękę Emmy i pobiec ku jasności. Chciałem uciec przed tą dławiącą ciemnością, odnaleźć rodziców i błagać ich o wybaczenie, a potem wpełznąć na łóżko w ich eleganckim hotelu i zasnąć.

To było nie do pomyślenia. Nie mógłbym tego zrobić. Kochałem Emmę i jej to wyznałem. Za nic bym jej nie zostawił i to nie dlatego, że byłem szlachetny, mężny albo rycerski. Po prostu bałem się, że jeśli ją opuszczę, pęknie mi serce.

Do tego pozostali jeszcze nasi biedni przyjaciele, których los wydawał się przesądzony. Musieliśmy wyruszyć za nimi. Tylko jak? Od odjazdu pociągu, do którego wsiedli, nie pojawił się następny. Byłem pewien, że po przetoczeniu się fali dźwiękowej i strzelaninie, które obróciły stację w perzynę, nic już nie przyjedzie. Innymi słowy, pozostały nam dwie możliwości, jedna gorsza od drugiej. Mogliśmy ruszyć piechotą przez tunele, z nadzieją, że nie natkniemy się już na głucholce, albo też wspiąć się po nieruchomych schodach i stawić czoło temu, co nas tam czekało, czyli zapewne zorganizowanej przez upiory obławie. Potem spróbowalibyśmy się przegrupować i ponownie ocenić sytuację.

Wiedziałem, która opcja bardziej mi odpowiada. Miałem już po dziurki w nosie ciemności, a jeszcze bardziej głucholców.

— Idziemy na górę — zakomenderowałem, kierując Emmę ku nieruchomym schodom. — Poszukamy jakiegoś bezpiecznego miejsca, żeby zaplanować następne posunięcie.

— Wykluczone! — sprzeciwiła się Emma. — Nie możemy porzucić przyjaciół. Mniejsza o to, jak ja się czuję.

— Nikogo nie porzucamy, po prostu musimy myśleć realistycznie. Jesteśmy ranni i bezbronni, a oni są już pewnie wiele kilometrów stąd. Opuścili metro i wędrują do nieznanego nam miejsca. Niby jak mamy ich znaleźć?

— Tak jak ja znalazłem was — odezwał się Addison. — Wywęszę ich. Osobliwcy roztaczają specyficzną woń, którą wywęszą tylko psy mojego autoramentu. Tak się składa, że od was bije szczególnie mocny odór, jak mniemam pogłębiony strachem i brakiem higieny…

— W takim razie musimy ruszyć za nimi! — przerwała mu Emma.

Szarpnęła mnie ze zdumiewającą siłą, ale nie zamierzałem ustąpić, więc przez chwilę zmagaliśmy się jak przy przeciąganiu liny.

— Nie, nie — zaprotestowałem. — Pociągi na pewno już nie jeżdżą, a jeśli wejdziemy do tunelu pieszo…

— Nie obchodzi mnie, że to niebezpieczne. Nie zostawię ich.

— Nie dość, że niebezpieczne, to jeszcze bezcelowe. Ich już tam nie ma.

Zabrała rękę i kuśtykając, ruszyła na tory, ale potknęła się i omal nie upadła.

„Powiedz coś” — wyszeptałem bezgłośnie do Addisona, który wyminął Emmę i stanął jej na drodze.

— Obawiam się, że Jacob ma rację — oświadczył. — Jeśli wyruszymy pieszo, zapach naszych przyjaciół zdąży zaniknąć na długo, nim zdołamy ich odnaleźć. Nawet moje wybitne umiejętności mają pewne ograniczenia.

Emma popatrzyła na wlot do tunelu i ze zrozpaczoną miną przeniosła wzrok na mnie. Wyciągnąłem rękę.

— Proszę cię, chodźmy — powiedziałem. — Przecież nie składamy broni.

— Dobrze — odparła ponuro. — Niech będzie.

Kiedy jednak skierowaliśmy się z powrotem ku schodom, ktoś zawołał nas z mroku, od strony torów.

— Tutaj!

Głos brzmiał słabo, ale znajomo. Rozpoznałem rosyjski akcent człowieka-scyzoryka i wytężyłem wzrok, wpatrując się w ciemność. Po chwili z trudem dostrzegłem powyginaną sylwetkę. Leżał przy torach, unosząc rękę. W zamieszaniu oberwał kulkę, a ja zakładałem, że upiory wepchnęły go do pociągu razem z pozostałymi. Tymczasem nadal znajdował się na stacji i właśnie do nas machał.

— Siergiej! — zawołała Emma.

— Znacie go? — spytał Addison podejrzliwie.

— Był jednym z osobliwych uchodźców panny Wren — wyjaśniłem, jednocześnie nadstawiając uszu, gdyż z góry dobiegło mnie zawodzenie syren.

Czekały nas kolejne kłopoty, być może w formie rzekomej pomocy. Bałem się, że właśnie tracimy okazję do bezpiecznej ucieczki, ale nie mogliśmy zostawić przyjaciela w potrzebie.

Addison popędził do Siergieja, omijając największe sterty szkła. Emma nie protestowała, gdy ponownie wziąłem ją pod rękę i ruszyliśmy za psem. Siergiej leżał na boku, obsypany szkłem i cały we krwi. Kula musiała trafić w jeden z ważnych organów. Okulary w drucianych oprawkach się stłukły i teraz Siergiej je poprawiał, chcąc mnie lepiej widzieć.

— To cud, to cud — powtarzał chrapliwie głosem słabym jak herbata z trzeciego parzenia. — Ja słyszał, jak ty mówił językiem potwora. To cud.

— Wcale nie. — Przyklęknąłem obok niego. — Straciłem tę umiejętność. Zniknęła.

— Jeśli dar w tobie, to w tobie na zawsze.

Na górze schodów rozległ się stukot kroków i czyjś głos. Odgarnąłem szkło, żeby wsunąć ręce pod człowieka-scyzoryka.

— Zabieramy cię ze sobą — zapowiedziałem.

— Zostawcie — wychrypiał. — Będzie po mnie już niedługo…

Puściłem te słowa mimo uszu i wziąłem go na ręce. Był długi jak tyczka i lekki jak piórko. Miałem wrażenie, że trzymam duże niemowlę. Kościste nogi Siergieja dyndały mi przy łokciu, a jego głowa opierała się o moje ramię.

Po schodach zbiegły dwie osoby. Obramowane bladym światłem dnia, zamarły i wytężyły wzrok, próbując przywyknąć do ciemności. Emma bez słowa wskazała palcem podłogę i uklękliśmy w nadziei, że to tylko przypadkowi przechodnie i że nas nie zauważą. Po chwili jednak rozległ się szum krótkofalówki, a nieznajomi zapalili latarki. Światło zalśniło na ich jaskrawych kamizelkach odblaskowych.

Niewykluczone, że zjawili się tu ratownicy medyczni, lecz równie dobrze mogły to być przebrane za nich upiory. Nie miałem pewności, dopóki obaj nie zdjęli jednocześnie panoramicznych okularów przeciwsłonecznych.

No jasne.

Jedna opcja ratunku zniknęła i pozostała nam tylko droga ucieczki po torach przez tunel. Poranieni nie mieliśmy szansy zwiać upiorom, ale mogliśmy spróbować zniknąć po cichu, gdyż dotąd nie zauważyli nas na zdemolowanej stacji. Snopy światła tańczyły na betonie, kiedy wraz z Emmą wycofywałem się ku wlotowi tunelu. Gdyby tylko udało się nam zakraść do niego niepostrzeżenie…

Nagle dotarło do mnie, że przeklęty Addison stoi jak słup.

— No chodź! — syknąłem.

— Są z pogotowia ratunkowego, a ten człowiek potrzebuje pomocy — powiedział zbyt głośno.

W ułamku sekundy upiory skierowały na nas światło latarek.

— Nie ruszać się! — zagrzmiał jeden z nich i dobył pistoletu z kabury.

Drugi natychmiast sięgnął po krótkofalówkę.

Wtedy, jedna po drugiej, zdarzyły się dwie nieoczekiwane rzeczy. Najpierw, kiedy miałem zrzucić człowieka-scyzoryka na tory i zanurkować za nim wraz z Emmą, w tunelu rozległo się donośne trąbienie lokomotywy i w oddali ujrzeliśmy jasne światło reflektora. Owiał nas zatęchły wiatr i zrozumiałem, że pomimo zniszczeń na peronie pędzi ku nam pociąg. Nagle poczułem bolesny skurcz w brzuchu i tuż potem okazało się, że był to sygnał zapowiadający oswobodzenie się głucholca. Pędził ku nam, sadząc wielkie susy przez obłoki pary i chłoszcząc powietrze jęzorami, które wystawały z szeroko rozwartych czarnych warg.

Utknęliśmy w pułapce. Bieg do schodów nie wchodził w grę, gdyż upiory zastrzeliłyby nas albo pokiereszowały. Na torach groziło nam rozjechanie przez pociąg. Nie mieliśmy też szansy uciec w wagonie, gdyż pociąg zatrzymywałby się przez co najmniej dziesięć sekund, otworzył drzwi po kolejnych dwóch sekundach, zamknął je po następnych dziesięciu, a w tym czasie potwory zrobiłyby z nas miazgę. W tej sytuacji, jak zwykle w tarapatach, postanowiłem zdać się na Emmę. Po jej zdesperowanej minie poznałem, że uświadamia sobie beznadziejność naszego położenia. Mimo to mocno zaciskała zęby, najwyraźniej zdecydowana nie dawać za wygraną. Dopiero kiedy ruszyła chwiejnie naprzód, wyciągając przed siebie ręce, dotarło do mnie, że przecież nie widzi głucholca. Usiłowałem powiedzieć jej o nim, chwycić ją i powstrzymać, ale nie potrafiłem wydobyć z siebie słów, a zresztą musiałbym upuścić człowieka-scyzoryka, żeby ją złapać. W dodatku przy Emmie skakał Addison i szczekał na upiora, podczas gdy ona bezskutecznie usiłowała rozniecić płomień. Widziałem tylko rozbłyski iskier, które nie przeradzały się w ogień, zupełnie jakby próbowała użyć zapalniczki bez gazu.

Upiór wybuchnął śmiechem, odciągnął kurek pistoletu i wycelował w Emmę. Głucholec pędził prosto na mnie, wyciem zagłuszając pisk hamulców pociągu za moimi plecami. Zrozumiałem, że to już koniec i że w żaden sposób nie zapobiegnę temu, co nieuchronne. W tym momencie odprężyłem się wewnętrznie i ból, który odczuwałem za każdym razem, gdy w pobliżu znajdował się głucholec, niemal zniknął. Przed sekundą ten ból był niczym przenikliwy pisk, a kiedy przycichł, odkryłem zagłuszony przez niego inny dźwięk, pomruk na obrzeżach świadomości.

Dwa słowa.

Zanurkowałem po nie, chwyciłem je oburącz i wykrzyczałem z mocą miotającego piłkę mistrza baseballu. „Bierz go” — rozkazałem w nieznanym sobie języku. Tylko dwie sylaby, które jednak skrywały głębokie znaczenie. Skutek był natychmiastowy. Głucholec zahamował, ślizgając się na posadzce, stanął jak wryty i odwrócił się na bok. Z jego otwartej paszczy wystrzelił jęzor, który sięgnął drugiej strony peronu i trzykrotnie owinął się wokół nogi upiora. Ten stracił równowagę i nacisnął spust. Kula odbiła się rykoszetem od sufitu, a ułamek sekundy później upiór poleciał do góry, rzucając się bez opamiętania i wrzeszcząc.

Emma i Addison dopiero po chwili zrozumieli, co się wydarzyło. Stali z wytrzeszczonymi oczami, drugi upiór krzyczał do krótkofalówki, a ja usłyszałem za sobą świst otwieranych drzwi pociągu.

To był odpowiedni moment.

— Biegiem!!! — krzyknąłem.

Ruszyliśmy wszyscy jednocześnie. Emma niemal się przewróciła, Addison zaplątał się jej pod nogami, a ja usiłowałem wepchnąć przez drzwi tyczkowatego, śliskiego od krwi człowieka-scyzoryka. Skończyło się tak, że wylądowaliśmy na podłodze wagonu, tworząc jedno wielkie kłębowisko.

Rozległ się huk kolejnych wystrzałów, kiedy upiór na ślepo usiłował trafić głucholca. Drzwi zamknęły się do połowy, a następnie ponownie się otworzyły.

— Proszę się odsunąć od drzwi — dobiegł nas pogodny głos z nagrania.

— Stopy! — zawołała Emma, wskazując na długie nogi człowieka-scyzoryka.

Czubki jego butów wystawały z wagonu, więc popełzłem bliżej i kopniakami przesunąłem stopy Siergieja. Zanim drzwi zamknęły się ponownie, minęło kilka długich sekund. W tym czasie dyndający nogami do góry upiór zdołał strzelić jeszcze kilka razy. Głucholec w końcu się znudził i gruchnął swoją ofiarą o mur, a upiór osunął się na peron i legł bez ruchu.

Drugi upiór rzucił się do wyjścia. „Bierz go” — usiłowałem powiedzieć, ale było już za późno. Drzwi się zamknęły i pociąg ruszył z gwałtownym szarpnięciem.

Rozejrzałem się i odetchnąłem z ulgą, gdyż wagon był całkiem pusty. Co by o nas pomyśleli zwykli ludzie?

— Wszystko w porządku? — zapytałem Emmę.

Usiadła, oddychając ciężko, i popatrzyła na mnie z uwagą.

— W porządku — odparła. — Dzięki tobie. Naprawdę kazałeś głucholcowi to zrobić?

— Tak mi się wydaje — przyznałem, choć i mnie trudno było w to uwierzyć.

— Niesamowite — westchnęła cicho.

Nie wiedziałem, czy jest wystraszona, czy jej zaimponowałem, czy też jedno i drugie.

— Zawdzięczamy ci życie — zauważył Addison, z wdzięcznością przyciskając łeb do mojej ręki. — Jesteś zupełnie wyjątkowy.

Człowiek-scyzoryk się roześmiał, lecz na jego twarzy dostrzegłem ból.

— I widzisz? Ja mówił. To cud. — Nagle spoważniał, złapał mnie za dłoń i wcisnął w nią kawałek papieru. Zobaczyłem, że to zdjęcie. — Moja żona, moje dziecko — wyjaśnił Siergiej. — Dawno zabrane przez wroga. Jeśli znajdziesz innych, to może…

Zerknąłem na fotografię i przeżyłem wstrząs na widok kobiety z dzieckiem w objęciach. Siergiej bez wątpienia nosił to zdjęcie przy sobie od bardzo dawna. Chociaż uwiecznione osoby wyglądały całkiem sympatycznie, fotografia — czy też może negatyw — była poważnie uszkodzona, jakby ledwie przetrwała pożar. Pod wpływem wysokiej temperatury twarze uległy deformacji i wydawały się popękane. Siergiej nigdy wcześniej nie wspominał o swoich bliskich. Rozmawiał ze mną wyłącznie o utworzeniu armii osobliwców. Chciał krążyć od pętli do pętli, żeby rekrutować sprawnych niedobitków po napadach i pogromach. Nigdy nie powiedział nam, że taka armia potrzebna mu była do odzyskania rodziny.

— Ich też znajdziemy — zapewniłem go.

Obaj wiedzieliśmy, że to mało prawdopodobne, ale właśnie tych słów potrzebował Siergiej.

— Dziękuję — powiedział z ulgą.

Plama krwi, w której leżał, jeszcze się powiększyła.

— Niewiele czasu mu zostało — mruknął Addison i polizał Siergieja po twarzy.

— Mogłabym spróbować przyżegania — zasugerowała Emma.

Przysunęła się do nich, pocierając ręce. Addison dotknął nosem koszuli na brzuchu Siergieja.

— Tutaj — oznajmił. — Tu jest rana.

Emma położyła dłonie po obu stronach rany. Zrobiło mi się słabo, gdy usłyszałem skwierczenie przyżeganego ciała, więc wstałem i podszedłem do okna.

Jeszcze nie opuściliśmy stacji, co zapewne wynikało ze spowolnienia pociągu przez walające się na torach odłamki. Migające lampy alarmowe oświetlały przypadkowe fragmenty zaciemnionej stacji. Zauważyłem na wpół zagrzebane pod szkłem zwłoki upiora, a także zniszczoną budkę telefoniczną, w której doświadczyłem przełomu. Nagle wstrząsnął mną widok głucholca truchtającego po peronie przy pociągu, kilka wagonów od nas. Był całkiem odprężony, jakby uprawiał jogging.

„Stój. Cofnij się” — warknąłem po angielsku. Nie myślałem jasno, przeszkadzały mi ból i jęki.

Wreszcie nabraliśmy prędkości i pociąg wjechał do tunelu. Przycisnąłem twarz do szyby i raz jeszcze spojrzałem na peron. W mroku nagle rozbłysło światło tak oślepiające jak flesz aparatu fotograficznego. Przez ułamek sekundy widziałem głucholca, który odbił się od peronu i jęzorami niczym lassem chwycił się poręczy w ostatnim wagonie.

Cud. Przekleństwo. Nie umiałem się zdecydować.

* * *

Chwyciliśmy Siergieja — ja za nogi, a Emma za ręce — i ostrożnie położyliśmy go na długiej ławce z boku, pod reklamą blatów do pizzy. Leżał tam nieprzytomny, kołysząc się miarowo w rytmie pędzącego pociągu. Nawet jeśli musiał umrzeć, to nie chcieliśmy, żeby wyzionął ducha na podłodze.

Emma zajrzała pod jego cienką koszulę.

— Krwawienie ustało — oznajmiła. — Ale on umrze, jeśli wkrótce nie trafi do szpitala.

— Tam też może umrzeć — zauważył Addison. — Zwłaszcza w szpitalu w teraźniejszości. Pomyślcie tylko: ocknie się za trzy dni z zagojonym bokiem i szwankującą resztą, w wieku dwustu lat. I po ptakach.

— Niewykluczone — przyznała Emma. — Inna sprawa, że zdziwię się, jeśli za trzy dni którekolwiek z nas będzie żyło. Nie bardzo wiem, co jeszcze moglibyśmy dla niego zrobić.

Już wcześniej słyszałem, jak moi przyjaciele wspominali o śmierci poza czasem. Żaden z zamieszkujących pętle osobliwców nie miał szansy przeżyć więcej niż dwa, trzy dni poza jej obrębem, gdyż zaczynał się starzeć w przyspieszonym tempie. Tyle czasu wystarczało do odwiedzenia teraźniejszości, nie można jednak było w niej pozostać. Osobliwcy podróżowali między pętlami, lecz starali się skracać te wizyty do minimum. Tylko ymbrynki oraz śmiałkowie pozostawali w teraźniejszości dłużej niż kilka godzin — dla reszty konsekwencje spóźnienia były śmiertelnie poważne.

W bladożółtym świetle Emma sprawiała wrażenie chorej. Wstając, zachwiała się i uczepiła jednego ze słupków, żeby nie upaść. Wziąłem ją za rękę i posadziłem obok siebie, a wtedy, skrajnie wyczerpana, oparła się o mnie. Oboje padaliśmy z nóg. Od wielu dni sypiałem o wiele za krótko. Brakowało nam też okazji, żeby jadać regularne posiłki, i tylko kilka razy obżarliśmy się jak świnie. Nieustannie uciekałem, czułem przerażenie i chodziłem w przeklętych butach, od których robiły mi się koszmarne bąble. Co gorsza, zawsze gdy przemawiałem w języku głucholców, odnosiłem wrażenie, że znika jakaś część mnie, której już nie odzyskam. W rezultacie czułem się zmęczony do szpiku kości, jak nigdy wcześniej. Pojawiło się we mnie nowe źródło mocy, ale nie było ono niewyczerpane. Przyszło mi do głowy, że eksploatując je, eksploatuję także samego siebie.

Postanowiłem pomartwić się tym przy innej okazji. Teraz chciałem delektować się nieczęstą chwilą spokoju, obejmować Emmę, czuć jej głowę na swoim ramieniu i tylko oddychać. Może to było samolubne z mojej strony, ale nie wspomniałem o głucholcu, który gonił nasz pociąg. I tak nic nie dało się na to poradzić. Mógł nas dogonić albo nie, zabić albo nie. Byłem pewien, że dojdzie do następnej konfrontacji, i nie wiedziałem, czy zdołam znaleźć słowa, żeby powstrzymać jego jęzory.

Patrzyłem, jak Addison wskakuje na miejsce naprzeciwko nas, odblokowuje łapą okno i nieco je uchyla. Do wagonu wdarły się ogłuszający huk pociągu i ciepły fetor powietrza z tunelu. Addison usiadł z roziskrzonymi oczami i poruszając nosem, zabrał się do odczytywania informacji. Jak dla mnie, powietrze pachniało zatęchłym potem i suchą zgnilizną, ale on najwyraźniej wychwytywał bardziej finezyjne nuty, które wymagały drobiazgowej interpretacji.

— Wyczuwasz ich? — zapytałem.

Pies mnie usłyszał, ale dość długo zwlekał z odpowiedzią. Wpatrywał się w sufit, jakby usiłował dokończyć myśl.

— Wyczuwam — odparł w końcu. — Ślad jest wyraźny i treściwy.

Pędziliśmy z dużą prędkością, a jednak potrafił wychwycić pozostałości woni sprzed wielu minut, choć osobliwcy byli zamknięci w wagonie wcześniejszego pociągu. Zrobił na mnie wrażenie, o czym go poinformowałem.

— Dziękuję, ale nie mogę przypisywać sobie całej zasługi — oznajmił. — Ktoś musiał otworzyć okno w ich wagonie, inaczej zapach byłby zdecydowanie słabszy. Może panna Wren wpadła na ten pomysł, wiedząc, że będę próbował ich wytropić.

— Wiedziała, że tu jesteś? — spytałem.

— Jak nas znalazłeś? — zainteresowała się Emma.

— Chwileczkę — przerwał nam Addison ostrym tonem.

Pociąg zwalniał przed stacją, a czerń tunelu za oknami zniknęła, zastąpiona bielą kafelków. Addison wystawił nos za okno i w skupieniu zamknął oczy.

— Nie sądzę, by tutaj wysiedli, niemniej na wszelki wypadek się przygotujcie — dodał.

Emma i ja wstaliśmy, próbując jakoś osłonić człowieka-scyzoryka przed wzrokiem pasażerów na peronie. Zorientowałem się z ulgą, że na stacji nie ma zbyt wielu osób. Właściwie dziwne było, że w ogóle ktoś tam był i że pociągi kursowały jakby nigdy nic. Jak podejrzewałem, upiory zadbały o to w nadziei, że połkniemy haczyk, wskoczymy do pociągu i łatwiej będzie nas wyłapać. Z całą pewnością wyróżnialibyśmy się w tłumie współczesnych londyńskich podróżnych.

— Postarajcie się wyglądać zwyczajnie — mruknąłem. — Jakbyście byli stąd.

To chyba rozbawiło Emmę, bo omal nie parsknęła śmiechem. Pewnie dlatego, że przecież nie byliśmy z żadnego konkretnego miejsca, a już na pewno nie stąd.

Pociąg stanął, a drzwi się rozsunęły. Addison mocno pociągnął nosem, kiedy do wagonu weszła myszowata kobieta w marynarskim płaszczu. Na nasz widok szeroko otworzyła usta, a następnie odwróciła się i pospiesznie wymaszerowała z powrotem na peron. Trudno się było dziwić, że nie chciała mieć do czynienia z bandą brudnych i dziwacznych obdartusów w poplamionych krwią szmatach. Pewnie uznała, że biedak, który leżał obok, dopiero co zginął z naszej ręki.

— Wyglądaj zwyczajnie — zachichotała złośliwie Emma.

Addison cofnął pysk zza okna.

— Jesteśmy na dobrym tropie — obwieścił. — Panna Wren i pozostali z całą pewnością minęli to miejsce.

— Nie wysiedli tutaj? — upewniłem się.

— Nie sądzę. Jeśli jednak nie wyczuję ich na następnej stacji, będzie to oznaczało, że pojechaliśmy za daleko.

Rozległ się trzask zasuwanych drzwi i elektryczny pociąg z wyciem ruszył. Właśnie miałem zasugerować zmianę ubrań, kiedy Emma drgnęła, jakby coś jej się przypomniało.

— Addison? — Popatrzyła na psa. — Co się stało z Fioną i Claire?

Na wzmiankę o nich poczułem, że robi mi się słabo z przejęcia. Ostatni raz widzieliśmy je w menażerii panny Wren, gdzie Flora została z osłabioną Claire. Caul twierdził, że napadł na menażerię i pojmał dziewczyny, ale nie był wiarygodny, bo wmawiał nam również, że Addison nie żyje.

— Ach — westchnął Addison i z powagą pokiwał głową. — Obawiam się, że mam złe wieści. Cóż, przyznaję, trochę liczyłem na to, że nie zapytacie.

— Mów — zażądała pobladła nagle Emma.

— Naturalnie. Niedługo po tym, jak wyruszyliście, napadła na nas banda upiorów. Oberwały od nas armagedońskimi jajami, a potem się rozproszyliśmy, żeby znaleźć sobie kryjówki. Większa dziewczyna, ta rozczochrana…

— Fiona — podpowiedziałem z mocno dudniącym sercem.

— Wykorzystała swój dar, żeby nas ukryć wśród drzew i pod świeżo wyrośniętymi zaroślami. Byliśmy tak dobrze zamaskowani, że upiory musiałyby wyławiać nas po całych dniach, ale używając gazu, wypędziły nas na otwartą przestrzeń.

— Gaz! — wzdrygnęła się Emma. — Dranie obiecywali, że więcej go nie wykorzystają.

— Ewidentnie kłamali — podsumował Addison.

W jednym z albumów pani Peregrine widziałem zdjęcie przedstawiające taki atak. Upiory w przerażających maskach z puszkami filtrującymi powietrze stały jakby nigdy nic, wypuszczając w powietrze chmury trującego gazu. Chociaż wyziewy nie były zabójcze, wywoływały potwornie bolesne pieczenie płuc i gardła, a do tego krążyły plotki, że kontakt z gazem uniemożliwia ymbrynkom powrót do ludzkiej postaci.

— Po złapaniu przesłuchano nas w kwestii miejsca pobytu panny Wren — ciągnął Addison. — Upiory przetrząsnęły jej wieżę od góry do dołu w poszukiwaniu map, dzienników i kto tam wie czego jeszcze. Kiedy biedna Deirdre usiłowała ich powstrzymać, upiory ją zastrzeliły.

Oczami wyobraźni ujrzałem pociągły pysk niezdarnej, lecz uroczej emurafy o rzadko rozstawionych zębach, i ścisnął mi się żołądek. Jak można było zabić takie stworzenie?

— Boże, to straszne — westchnąłem.

— Straszne — przyznała Emma zdawkowo. — A co z dziewczynami?

— Młodszą złapały upiory — wyjaśnił Addison. — Co do tej drugiej… Cóż, doszło do potyczki z grupą żołnierzy, blisko krawędzi urwiska, no i dziewczyna spadła.

Zamrugałem z niedowierzaniem.

— Co takiego? — Pociemniało mi przed oczami i dopiero po chwili doszedłem do siebie.

Emma zesztywniała, lecz nie potrafiłem niczego wyczytać z jej twarzy.

— Jak to: spadła? — spytała. — Z jakiej wysokości?

— To była stroma przepaść, wysoka na co najmniej trzysta metrów. — Mięsiste policzki psa wyraźnie obwisły. — Ogromnie mi przykro.

Usiadłem ciężko. Emma nadal stała, a kostki jej rąk ściskających drążek pobielały.

— Nie — oświadczyła stanowczo. — Nie wierzę. Może podczas upadku chwyciła się jakiejś gałęzi albo występu skalnego…

Addison nie odrywał wzroku od upstrzonej rozdeptanymi gumami podłogi.

— Możliwe — powiedział.

— Albo drzewa w dole zamortyzowały upadek, gdy spadła w nie jak w sieć. Przecież potrafi rozmawiać z roślinami.

— Tak — westchnął. — Zawsze można mieć nadzieję.

Usiłowałem sobie wyobrazić upadek z dużej wysokości na ostre szpilki sosny i uznałem, że marna to amortyzacja. Promyk nadziei, którą zdołała w sobie wykrzesać Emma, zgasł. Nogi ugięły się pod nią, puściła drążek i opadła na miejsce obok mnie. Popatrzyła na Addisona wilgotnymi oczami.

— Przykro mi z powodu twojej przyjaciółki — odezwała się.

— I nawzajem. — Skinął głową.

— Nie doszłoby do tych okropieństw, gdyby była tutaj pani Peregrine — szepnęła Emma, a następnie w milczeniu zwiesiła głowę i zalała się łzami.

Chciałem otoczyć ją ramieniem, ale przeszło mi przez myśl, że nie powinienem się jej teraz narzucać i przerywać czegoś, co pragnęła przeżyć sama, więc tylko gapiłem się na swoje dłonie, podczas gdy Emma opłakiwała utraconą przyjaciółkę. Addison się odwrócił, zapewne przez szacunek, ale i dlatego, że pociąg wjeżdżał na następną stację.

Drzwi się rozsunęły. Pies wystawił głowę przez okno, powęszył przez chwilę, warknął na kogoś, kto usiłował wejść do naszego wagonu, po czym schował łeb z powrotem do środka. Zanim drzwi się zamknęły, Emma uniosła głowę i otarła łzy.

Uścisnąłem jej dłoń.

— Dobrze się czujesz? — spytałem, żałując, że nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy.

— Muszę, nie mam wyjścia — odparła. — Żeby pomóc tym, którzy nadal żyją.

Niektórzy mogliby uznać, że jest nieczuła, ja jednak znałem ją dostatecznie dobrze, by to rozumieć. Urodziła się z sercem wielkości Francji, a nieliczni szczęśliwcy, których kochała, mieli je w całości dla siebie. Rzecz w tym, że taka wrażliwość bywała niebezpieczna. Gdyby Emma pozwoliła sobie na odczuwanie wszystkiego, stałaby się wrakiem człowieka i właśnie dlatego musiała poskramiać serce, uciszać je i hamować. Gromadziła najgorsze cierpienia na wyspie, która szybko się nimi zapełniała i na której Emma zamierzała pewnego dnia zamieszkać.

— Mów dalej — zachęciła Addisona. — Co się stało z Claire?

— Upiory z nią odmaszerowały. Zakneblowały jej usta, jedne i drugie, a potem cisnęły ją do worka.

— Ale żyje? — upewniłem się.

— I nieźle się miewa, o ile nic się nie zmieniło od wczorajszego południa. Wtedy pochowaliśmy Deirdre na naszym cmentarzyku. Potem pognałem do Londynu, żeby znaleźć pannę Wren i ostrzec was wszystkich. Jeden z jej gołębi doprowadził mnie do kryjówki i z zadowoleniem przekonałem się, że dotarliście tam przede mną. Niestety, upiory również. Oblężenie już się rozpoczęło, więc mogłem tylko bezradnie patrzeć, jak szturmują budynek i… Cóż, resztę już znacie. Podążyłem za wami, gdy prowadzono was do metra. Potem przez stację przetoczyła się fala dźwiękowa i uznałem, że to dobry moment, aby wam pomóc.

— Bardzo ci dziękujemy — powiedziałem, uświadomiwszy sobie, że jeszcze tego nie zrobiłem. — Gdybyś nas nie odciągnął…

— No tak, cóż… Nie ma sensu rozważać hipotecznych nieprzyjemności — odrzekł. — Mam jednak nadzieję, że w rewanżu za moje męstwo zechcecie mi pomóc w ratowaniu panny Wren z rąk upiorów, nawet jeśli wydaje się wam to skazane na niepowodzenie. Powiem tylko, że ona jest dla mnie wszystkim.

Addison chciał uwolnić pannę Wren, a nie nas, lecz pomógł nam, gdyż to było łatwiejsze. Znajdowaliśmy się dalej od pociągu, więc w okamgnieniu podjął decyzję i osiągnął to, co mógł.

— Naturalnie, że pomożemy — oświadczyłem. — Przecież właśnie to robimy, prawda?

— Tak, tak — przyznał. — Musicie jednak sobie uświadomić, że jako ymbrynka, panna Wren jest bardziej cenna dla upiorów niż osobliwe dzieci. Z tego względu zapewne trudniej będzie ją wyzwolić. Obawiam się, że jeśli jakimś cudem dopisze nam szczęście i uratujemy waszych przyjaciół…

— Zaraz, zaraz — warknąłem. — Kto powiedział, że panna Wren jest bardziej…

— Addison ma słuszność — przerwała mi Emma. — Bez dwóch zdań będzie staranniej ukryta i lepiej pilnowana. Ale i tak jej nie zostawimy. Już nigdy nikogo nie zostawimy. Masz na to nasze słowo osobliwców.

Pies wydawał się usatysfakcjonowany.

— Dziękuję — powiedział, po czym zwiesił uszy i wskoczył na miejsce, żeby obserwować przez okno, jak pociąg wtacza się na kolejną stację. — Schowajcie się — mruknął i pochylił łeb. — Wróg w pobliżu.

* * *

Upiory już na nas czekały. Dostrzegłem dwa przebrane za policjantów, które tkwiły na peronie w otoczeniu gromady pasażerów. Z uwagą przyglądały się wagonom, gdy nasz skład wjeżdżał na stację. Padliśmy na podłogę pod oknami w nadziei, że się ukryjemy, ale wiedziałem, że i tak nas znajdą. Upiór z radiotelefonem powiadomił pozostałe i teraz na pewno wszystkie wiedziały, że jesteśmy w tym pociągu. Wystarczyło tylko go przeszukać.

Pociąg się zatrzymał i ludzie zaczęli go zapełniać, omijając jednak nasz wagon. Dość ryzykownie wyjrzałem przez otwarte drzwi i zobaczyłem upiora, który pospiesznie zmierzał prosto ku nam, zaglądając do każdego mijanego wagonu.

— Jeden z nich tu idzie — wymamrotałem. — Jak tam twój ogień, Em?

— Ledwie, ledwie — odparła.

Upiór się zbliżał. Był w odległości czterech wagonów. Trzech.

— W takim razie szykujcie się do ucieczki.

Gdy był dwa wagony dalej, rozległ się głos z nagrania:

— Uwaga, drzwi się zamykają.

— Zatrzymać pociąg! — krzyknął upiór, ale drzwi już się zasuwały.

Wetknął rękę między zaciskające się skrzydła drzwi, które natychmiast się rozsunęły, i upiór wszedł do sąsiedniego wagonu.

Skierowałem wzrok na drzwi łącznikowe i zauważyłem na nich łańcuch. „Dzięki Bogu” — pomyślałem. Drzwi się zamknęły i pociąg ruszył. Przełożyliśmy człowieka-scyzoryka na podłogę tak, żeby upiór nie mógł go zauważyć z wagonu obok, i przykucnęliśmy.

— Co teraz? — wyszeptała Emma. — Gdy pociąg znowu się zatrzyma, upiór tutaj przyjdzie i nas zobaczy.

— Czy mamy absolutną pewność, że to upiór? — spytał Addison.

— Czy koty rosną na drzewach? — burknęła Emma.

— Nie w tej części świata.

— Więc to oczywiste, że nie mamy. Ale kiedy w grę wchodzą upiory, obowiązuje stara zasada: jeśli nie masz pewności, zakładaj najgorsze.

— W porządku — wtrąciłem. — W takim razie, gdy tylko otworzą się drzwi, biegniemy do wyjścia.

Addison westchnął ciężko.

— Ciągle tylko uciekamy — oznajmił z pogardą, jakby był smakoszem i ktoś poczęstował go plastrem sflaczałego amerykańskiego sera. — Jakieś to takie bez wyobraźni. Nie moglibyśmy się wymknąć, wtopić w otoczenie? Przydałaby się odrobina finezji. Przy minimalnym wysiłku po prostu niepostrzeżenie oddalimy się z godnością.

— Nikt nie lubi uciekać — odparłem. — Ale Emma i ja wyglądamy jak dziewiętnastowieczni mordercy, których ulubionym narzędziem zbrodni są siekiery, a ty jesteś psem w okularach. Po prostu rzucamy się w oczy.

— Dopóki nie wyprodukują soczewek kontaktowych dla psów, jestem skazany na okulary — burknął Addison.

— Kiedy akurat przydałby się głucholec, to go nie ma — zauważyła Emma ni z tego, ni z owego.

— Jeśli mamy szczęście, rozjechał go pociąg — oświadczyłem. — A właściwie o co ci chodzi?

— Wcześniej się przydał.

— A jeszcze wcześniej omal nas nie pozabijał, i to dwukrotnie. Nie, trzykrotnie! Jakimś cudem, całkiem przypadkowo udało mi się nad nim zapanować. Jeśli następnym razem się nie uda, będzie po nas.

Emma w milczeniu przypatrywała mi się przez chwilę, a potem chwyciła moją umorusaną rękę i dwukrotnie ją ucałowała.

— A to z jakiej okazji? — spytałem zaskoczony.

— Nie masz pojęcia, prawda?

— O czym?

— O tym, jaki jesteś cudowny.

Addison jęknął.

— Masz niesamowity dar — szepnęła Emma. — Jestem pewna, że potrzebujesz tylko odrobiny ćwiczeń.

— Może i tak. Tyle że ćwiczenia zwykle na początku wiążą się z błędami, a moje niepowodzenia ludzie przypłacą życiem.

— Nic tak nie mobilizuje jak odrobina presji — oznajmiła, ściskając mnie za rękę.

Na próżno usiłowałem zmusić się do uśmiechu. Na myśl o tym, ile szkód mógłbym narobić, zabolało mnie serce. Czułem się tak, jakbym trzymał w rękach naładowany pistolet i nie umiał z niego skorzystać. Nie miałem nawet pojęcia, jak wycelować. W takiej sytuacji lepiej odłożyć broń, niż czekać, aż wybuchnie ci w dłoniach.

Na drugim końcu wagonu coś szczęknęło i zobaczyliśmy, jak otwierają się niezabezpieczone łańcuchem drzwi łącznikowe. Na progu pojawiło się dwoje ubranych w skóry nastolatków, chłopak i dziewczyna. Ze śmiechem podawali sobie zapalonego papierosa.

— Wpakujemy się w kłopoty! — zauważyła dziewczyna, całując chłopaka w szyję.

Chłopak odgarnął znad oczu lalusiowaty kosmyk włosów.

— Robię to na okrągło, skarbie — odparł.

Na nasz widok zamarł i uniósł brwi. Drzwi za jego plecami zatrzasnęły się z hukiem.

— Cześć — powiedziałem od niechcenia, jakbyśmy nie kucali na podłodze przy zalanym krwią umierającym człowieku. — Co tam?

„Tylko bez paniki” — pomyślałem. „Nie zdradź się”.

Chłopak zmarszczył czoło.

— Czy wy…? — Zawiesił głos.

— To tylko kostiumy — odparłem. — Trochę przesadziliśmy ze sztuczną krwią.

— Aha — mruknął chłopak kompletnie bez przekonania.

Dziewczyna wpatrywała się w człowieka-scyzoryka.

— Czy on…? — zaczęła.

— Jest pijany — wyjaśniła Emma. — Zalany w trupa. Dlatego zapaprał podłogę całą naszą sztuczną krwią. Siebie zresztą też.

— I nas — dodał Addison.

Młodzi ludzie gwałtownie obrócili ku niemu głowy, robiąc jeszcze większe oczy.

— Ucisz się, matołku — wymamrotała Emma.

Chłopak wskazał ręką psa.

— Czy on przed chwilą…? — spytał niepewnie.

Addison wypowiedział tylko dwa słowa. Mogliśmy udawać, że to złudzenie związane z pogłosem, coś innego, niż się wydaje, ale Addison uniósł się dumą i postanowił nie udawać głupka.

— Ależ skąd — zaprzeczył, unosząc pysk. — Psy nie mówią po angielsku. Nie władają żadnym ludzkim językiem, z jednym zasadniczym wyjątkiem. Potrafią porozumiewać się po luksembursku, który jest zrozumiały wyłącznie dla bankowców i Luksemburczyków, a tym samym właściwie zupełnie bezużyteczny. Chodzi o to, że zjedliście coś niestrawnego i śni wam się koszmar, nic ponadto. A teraz bądźcie łaskawi natychmiast się rozebrać, gdyż moi przyjaciele muszą pożyczyć od was odzież.

Pobladły i roztrzęsiony chłopak zabrał się do ściągania z siebie skórzanej kurtki, ale zdołał tylko oswobodzić się z jednego rękawa, gdy ugięły się pod nim nogi i nieprzytomny osunął się na podłogę. Wtedy dziewczyna zaczęła wrzeszczeć, długo i nieprzerwanie.

Upiór w sąsiednim wagonie natychmiast załomotał do zablokowanych łańcuchem drzwi. Jego puste oczy pałały żądzą mordu.

— Tyle tytułem wymykania się — westchnąłem.

Addison skierował wzrok na stwora za drzwiami.

— Z całą pewnością upiór — orzekł i pokiwał głową niczym mędrzec.

— Cieszę się ogromnie, że udało nam się ostatecznie wyjaśnić tę tajemnicę — burknęła Emma.

Pociągiem szarpnęło i zapiszczały hamulce, co oznaczało, że wjeżdżamy na stację. Pomogłem Emmie wstać, szykując się do ucieczki.

— Co z Siergiejem? — zapytała i odwróciła się, żeby na niego spojrzeć.

Wiedziałem, że trudno będzie umknąć dwóm upiorom, zwłaszcza że Emma jeszcze nie doszła do siebie. Gdybym niósł człowieka-scyzoryka, nie mielibyśmy szans.

— Musimy go zostawić — odparłem. — Ludzie go znajdą i wezwą lekarza. To jedyna szansa dla Siergieja… i dla nas.

Zdziwiłem się, że Emma przyznała mi rację.

— Sam pewnie by tego chciał — powiedziała i szybko podeszła do Siergieja. — Wybacz, że nie zabierzmy cię ze sobą. Jestem pewna, że jeszcze się spotkamy.

— W innym życiu — wychrypiał i lekko uniósł powieki. — W Abatonie.

Nadal słyszeliśmy jego tajemnicze słowa i wrzaski dziewczyny, kiedy pociąg się zatrzymywał, a drzwi otwierały.

* * *

Nie wykazaliśmy się ani sprytem, ani zręcznością. Gdy tylko drzwi pociągu się otworzyły, pobiegliśmy przed siebie ile sił w nogach.

Upiór wpadł do naszego wagonu, ale zdążyliśmy już ominąć wrzeszczącą dziewczynę, przeskoczyć nad nieprzytomnym chłopakiem i wypaść na peron, gdzie przyszło nam stawić czoło tłumowi płynącemu do metra niczym ławica ryb podczas tarła. Ta stacja, w przeciwieństwie do poprzednich, pękała w szwach.

— Tam! — krzyknąłem, ciągnąc Emmę ku jaśniejącemu w oddali znakowi wyjścia.

Miałem nadzieję, że Addison pędzi gdzieś u naszych stóp, jednak wszędzie kręciło się tylu ludzi, że ledwie było widać podłogę. Emma na szczęście odzyskiwała siły — a może był to przypływ adrenaliny — bo chyba nie zdołałbym jednocześnie jej podtrzymywać i przepychać się przez armię pasażerów metra.

Od pociągu dzieliło nas jakieś siedem metrów i pół setki osób, kiedy upiór wypadł na peron, roztrącając podróżnych i krzycząc: „Jestem policjantem!”, „Z drogi!” i „Zatrzymać te dzieci!”. Albo nikt go nie słyszał w ogólnym harmidrze na stacji, albo też nikt nie zwracał na niego uwagi. Kiedy się odwróciłem, ujrzałem, że nas dogania, i w tym samym momencie Emma zaczęła przewracać ludzi, podstawiając im nogi na prawo i lewo. Wszyscy krzyczeli i padali na ziemię, a kiedy znów spojrzałem do tyłu, upiór zmagał się z nimi, deptał im po nogach i plecach, przy okazji obrywając parasolkami i aktówkami. W końcu się zatrzymał, czerwony jak burak i sfrustrowany, i rozpiął kaburę. Dzieliła nas zbyt wielka masa ludzi i choć nie wątpiłem, że nie miałby oporów przed strzelaniem do tłumu, nie był aż takim głupcem. Panika, którą by wywołał, dodatkowo utrudniłaby mu pościg.

Gdy obejrzałem się po raz trzeci, był tak daleko wśród podróżnych, że ledwie go widziałem. Może wcale nie zależało mu na tym, żeby nas złapać. W końcu nie stanowiliśmy szczególnego zagrożenia i nie dostałby za nas dużej nagrody. Kto wie, czy Addison nie miał racji — w porównaniu z ymbrynką nie byliśmy warci specjalnego zachodu.

W połowie drogi do wyjścia tłum przerzedził się na tyle, żebyśmy znów mogli rzucić się pędem przed siebie. Po zaledwie kilku krokach Emma nagle chwyciła mnie za rękaw i zatrzymała.

— Addison! — krzyknęła, odwracając się. — Gdzie Addison?

Po chwili pies przytruchtał z największej gęstwiny ludzkiej, ciągnąc za sobą długi skrawek białego materiału, który przyczepił mu się do ćwieka na obroży.

— Zaczekaliście na mnie! — zdumiał się. — Zaplątałem się w pończochę pewnej damy…

Jego głos przykuł uwagę kilku osób.

— No już, nie możemy się teraz zatrzymywać! — wykrzyknąłem.

Emma zerwała pończochę z obroży Addisona i znów pobiegliśmy. Przed nami znajdowały się ruchome schody i winda. Schody działały, jednak tłoczyli się na nich ludzie, więc poprowadziłem Emmę i psa ku windzie. Minęliśmy pomalowaną na niebiesko kobietę i odwróciłem się w biegu, żeby na nią popatrzeć. Miała ufarbowane włosy, twarz pokrytą niebieskim makijażem i kostium obcisły niczym druga skóra, również w niebieskim kolorze.

Ledwie zniknęła mi z oczu, zauważyłem mężczyznę o głowie podzielonej pionowo na dwie równe części, jednej łysej i spalonej na wiór, a drugiej nietkniętej, z włosami ułożonymi w elegancką falę. Nawet jeśli Emma go dostrzegła, nie odwróciła się, żeby popatrzeć. Może tak przywykła do towarzystwa prawdziwych osobliwców, że ledwie zauważała osobliwie wyglądających zwykłych ludzi. „A jeśli wcale nie są zwykli?” — pomyślałem. „Jeśli to osobliwcy, a zamiast w teraźniejszości, wylądowaliśmy w nowej pętli? A jeśli…”.

Wtedy zobaczyłem dwóch chłopaków pojedynkujących się na miecze świetlne obok ustawionych pod ścianą automatów z przekąskami. Przy każdym uderzeniu mieczem o miecz rozlegało się ciche, miękkie stuknięcie. Nagle uświadomiłem sobie coś oczywistego. Ci dziwaczni ludzie wcale nie byli osobliwcami, tylko nerdami. Bez wątpienia trafiliśmy do teraźniejszości.

Parę metrów dalej drzwi windy się otworzyły, więc przyspieszyliśmy kroku i wpadliśmy do środka, odbijając się dłońmi od tylnej ściany kabiny, Addison zaś potknął się o własne łapy. Odwróciłem się w samą porę, żeby zobaczyć dwie rzeczy między zamykającymi się drzwiami. Pierwszą był upiór, który wyrwał się z tłumu i pędził prosto ku nam, drugą głucholec, który zeskoczył z dachu ostatniego wagonu odjeżdżającego pociągu i zawisł na językach zaczepionych o lampę pod sufitem w głębi peronu. Kołysał się jak pająk, a jego czarne oczy zdawały się wypalać we mnie dziury.

Potem drzwi windy się zamknęły i powoli ruszyliśmy w górę.

— Gdzie się pali, stary? — rozległ się czyjś głos.

Dziwnie ubrany mężczyzna w średnim wieku stał w kącie windy i patrzył na mnie pogardliwie. Miał podartą koszulę i wymalowane rany na twarzy. Na jego ręce tkwiła zakrwawiona piła łańcuchowa, umocowana jak hak kapitana Haka.

Emma cofnęła się na jego widok.

— Kim pan jest? — zapytała.

— No przestań. — Wydawał się urażony.

— Jeśli naprawdę chce pan wiedzieć, gdzie się pali, to niech pan nie odpowiada. — Uniosła ręce, ale szybko ją za nie złapałem.

— Przecież to nikt — szepnąłem.

— Myślałem, że w tym roku wszyscy się zorientują — wymamrotał mężczyzna, a następnie zmarszczył brwi i lekko uniósł piłę. — Nazywam się Ash. No, wiecie… Z Armii Ciemności.

— Nigdy o niej nie słyszałam — odparła Emma. — Kto jest pana ymbrynką?

— Moim czym?

— On tylko wczuł się w postać — usiłowałem jej wytłumaczyć, ale nie zwróciła na mnie uwagi.

— Wszystko jedno, kim pan jest — dodała. — Przyda nam się armia, a zresztą darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Gdzie reszta pańskich ludzi?

Mężczyzna przewrócił oczami.

— Ha, ha, ha. Ale jesteście zabawni. Wszyscy są w centrum konwentowym, to jasne.

— Przecież on ma na sobie kostium — wyszeptałem do Emmy, po czym wyjaśniłem mężczyźnie: — Rzadko ogląda filmy.

— Kostium? — Emma zmarszczyła brwi. — Przecież to dorosły człowiek.

— No to co? — Mężczyzna zmierzył nas wzrokiem. — A wy niby kim jesteście? Nieumarłymi dupkami? Ligą Niezwykłych Fujarmenów?

— Osobliwymi dziećmi — odparł Addison, któremu ego nie pozwoliło dłużej milczeć. — Ja jestem siódmy z miotu siódmego szczenięcia z długiej i uznanej linii…

Zanim skończył, mężczyzna zemdlał i łupnął głową o podłogę z taką siłą, że się wzdrygnąłem.

— Musisz wreszcie przestać — oznajmiła Emma i uśmiechnęła się wbrew sobie.

— Dobrze mu tak — skomentował Addison. — Nad wyraz niekulturalna osoba. A teraz szybko, zabierzcie mu portfel.

— Mowy nie ma! — zaprotestowałem. — Nie jesteśmy złodziejami.

Addison parsknął.

— Śmiem twierdzić, że potrzebujemy tego bardziej niż on — oświadczył.

— Dlaczego, do licha, tak się przebrał? — zastanawiała się Emma.

Rozległ się dzwonek windy i drzwi zaczęły się rozsuwać.

— Myślę, że wkrótce się dowiesz — westchnąłem.

* * *

Drzwi windy otworzyły się szeroko i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozpostarł się przed nami świat skąpany w dziennym świetle, tak jaskrawym, że musieliśmy osłonić oczy. Z ulgą odetchnąłem świeżym powietrzem i wyszliśmy na zatłoczony chodnik. Wszędzie dookoła roiło się od przebranych ludzi: superbohaterów w spandeksie, snujących się zombie z grubą warstwą makijażu na twarzach, dziewczyn ucharakteryzowanych na postaci z anime, o podmalowanych na czarno oczach, z toporami wojennymi w garści. Ludzie stali w niedopasowanych grupkach i wylewali się na ulicę zamkniętą dla ruchu kołowego, ciągnąc jak pszczoły do miodu ku wielkiemu szaremu budynkowi, na którym wisiał transparent: WITAMY NA KONWENCIE FANÓW KOMIKSÓW I SCI-FI!

Emma cofnęła się do windy.

— Co to ma być? — wymamrotała.

Addison zerknął znad okularów na zielonowłosego Jokera, który poprawiał makijaż.

— Sądząc po strojach, to najwyraźniej jakieś religijne święto — oznajmił.

— W zasadzie tak — potwierdziłem, ciągnąc Emmę na chodnik. — Ale nie bójcie się. To tylko zwykli przebierańcy, a my też ich zdaniem tak wyglądamy. Powinniśmy się przejmować tylko tym upiorem. — Nie wspomniałem o głucholcu, mając nadzieję, że pozbyliśmy się go, wchodząc do windy. — Powinniśmy znaleźć jakąś kryjówkę, dopóki sobie nie pójdzie, a potem wrócić do metra…

— Nie ma potrzeby. — Poruszając nosem, Addison potruchtał na zatłoczoną ulicę.

— Ej! — zawołała za nim Emma. — A ty dokąd?

Pies jednak już zawracał.

— Jakże szczęśliwe zrządzenie losu! — Zamerdał kikutem ogona. — Nos podpowiada mi, że naszych przyjaciół właśnie w tym miejscu wyprowadzono z metra, tymi ruchomymi schodami. A więc jednak podążyliśmy właściwą drogą!

— Optaszności niech będą dzięki — westchnęła Emma.

— Myślisz, że zdołasz ich wytropić? — zapytałem.

— Czy zdołam? Nie bez przyczyny zwą mnie Addisonem Arcywspaniałym. Nie ma takiego aromatu, zapachu ani osobliwej wody toaletowej, których nie potrafiłbym wyczuć ze stu metrów…

Addison łatwo się rozpraszał opowiadaniem o swojej wspaniałości, nawet w sytuacjach wymagających szybkiego działania, a jego dumny, grzmiący głos niósł się na znaczną odległość.

— Tak, tak, rozumiemy — oznajmiłem, ale on gadał dalej, jednocześnie podążając za tropem.

— Mógłbym znaleźć osobliwca w stogu głucholców, ymbrynkę w ptaszarni…

Pogoniliśmy za nim przez poprzebierany tłum, między nogami krasnoluda na szczudłach, obok gromadki nieumarłych księżniczek, i prawie się zderzyliśmy z tańczącymi Pikachu i Edwardem Nożycorękim. „Oczywiście, że tędy poprowadzono naszych przyjaciół” — pomyślałem. Kamuflaż był idealny — nie tylko my w tym otoczeniu wyglądaliśmy całkiem zwyczajnie, ale i upiory ze stadkiem porwanych osobliwych dzieci. Nawet gdyby któreś ośmieliło się głośnym krzykiem wzywać pomocy, czy ktokolwiek potraktowałby je na tyle poważnie, by interweniować? Ludzie wokół nas odgrywali rozmaite rólki, toczyli zaimprowizowane walki, warczeli w kostiumach potworów i pojękiwali niczym zombie. Dziwne dzieciaki wrzeszczące coś o porwaniu przez ludzi, którzy pragną odebrać im dusze, nie wzbudziłyby niczyjego zainteresowania.

Addison zatoczył koło, nadal węsząc przy ziemi, po czym usiadł ze stropioną miną. Nawet w takim tłumie gadający pies okazałby się sensacją, więc pochyliłem się dyskretnie i zapytałem, o co chodzi.

— O to, że… yyy — zająknął się. — Chyba właśnie…

— Zgubiłeś ślad? — dopowiedziała Emma. — Myślałam, że twój nos jest niezawodny.

— To tylko… trop mi się zawieruszył — odparł Addison. — Ale nie rozumiem jak… Prowadzi do tego miejsca i znika.

— Zawiąż buty — powiedziała Emma nieoczekiwanie. — Natychmiast.

Popatrzyłem na nich.

— Przecież nie są…

Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła.

— Zawiąż. Buty — powtórzyła i dodała szeptem: — Upiór!

Klęczeliśmy, ukryci poniżej poziomu głów niezbyt gęstego tłumu, gdy nagle rozległ się głośny szum zakłóceń elektrycznych i z głośnika radiotelefonu dobiegł nas pełen napięcia głos.

— Kod sto czterdzieści jeden! Wszystkie załogi natychmiast zgłoszą się do punktu zbornego.

Upiór był blisko. Słyszeliśmy, jak odpowiada z szorstkim, dziwnym akcentem:

— Tu M. Tropię uciekinierów. Proszę o pozwolenie na kontynuowanie misji. Odbiór.

Z napięciem spojrzałem na Emmę.

— Odmawiam, M. Czyściciele później zajmą się tym terenem. Odbiór.

— Chłopak wyraźnie potrafi wpływać na czyścicieli. Sprzątanie może się okazać nieskuteczne.

„Czyściciele”. Najwyraźniej mówił o głucholcach i bez wątpienia o mnie.

— Odmawiam! — zatrzeszczał głos. — Natychmiast zgłosisz się w wyznaczonym miejscu albo najbliższą noc spędzisz w jamie. Potwierdź!

— Potwierdzam, bez odbioru — wymamrotał upiór do walkie-talkie i odszedł.

— Musimy go śledzić — szepnęła Emma. — Doprowadzi nas do pozostałych!

— I prosto w paszczę lwa — dodał Addison. — Inna rzecz, że chyba nic na to nie poradzimy.

Dalej kręciło mi się w głowie.

— Wiedzą, kim jestem — wymamrotałem cicho. — Musieli widzieć, co zrobiłem.

— Zgadza się — przytaknęła Emma. — I cholernie ich to przestraszyło!

Wyprostowałem się, żeby popatrzeć na odchodzącego upiora. Pomaszerował wśród tłumu, potem przeskoczył przez barierkę i pobiegł do zaparkowanego policyjnego radiowozu.

Gdy i my znaleźliśmy się przy barierce, rozejrzałem się, próbując wyobrazić sobie następny ruch porywaczy. Za nami był tłum, a przed nami, za blokadą, samochody krążyły po pobliskich ulicach w poszukiwaniu miejsc parkingowych.

— Może nasi przyjaciele doszli tu piechotą, a potem załadowano ich do samochodu — powiedziałem.

Addison rozpromienił się i stanął na tylnych łapach, żeby zerknąć nad zaporą.

— Tak! — wykrzyknął uradowany. — Na pewno tak. Bystry chłopak!

— Z czego tak się cieszysz? — burknęła Emma. — Jeśli zabrali ich stąd autem, teraz mogą być wszędzie.

— Wobec tego podążymy za nimi wszędzie — oświadczył. — Wątpię jednak, żeby zdołali daleko odjechać. Mój dawny pan miał nieopodal dom i doskonale znam tę część miasta. W pobliżu nie ma żadnych głównych portów ani ważnych dróg wylotowych z Londynu, ale jest kilka wejść do pętli. O wiele bardziej prawdopodobne, że porwani trafili do jednej z nich. Proszę mnie natychmiast podnieść!

Z moją pomocą pokonał barierkę i zaczął węszyć po drugiej stronie. Już po kilku sekundach znowu odnalazł zapach naszych przyjaciół.

— Tędy! — zakrzyknął, wskazując miejsce, w którym upiór wsiadł do radiowozu i właśnie odjeżdżał.

— Chyba czeka nas spacer — zwróciłem się do Emmy. — Poradzisz sobie?

— Owszem, jeśli tylko w ciągu kilku godzin znajdziemy jakąś pętlę — odparła. — Inaczej mogę osiwieć i zrobią mi się zmarszczki.

Uśmiechnęła się, jakby to było zabawne.

— Nie dopuszczę do tego — zapewniłem ją.

Przeskoczyliśmy przez zaporę i po raz ostatni spojrzałem na stację metra za nami.

— Widzisz głucholca? — spytała Emma.

— Nie. Nie wiem, gdzie jest, i to mnie martwi.

— Przejmujmy się jedną sprawą na raz — westchnęła.

* * *

Szliśmy za Addisonem tak szybko, jak pozwalał na to stan Emmy, trzymając się pogrążonej w porannym cieniu strony ulicy i uważając na policję. Wkrótce trafiliśmy do przemysłowej okolicy nieopodal portu, gdzie między magazynami lśniły ciemne wody Tamizy, a potem znaleźliśmy się w modnej części handlowej miasta, pełnej przeszklonych budynków z eleganckimi sklepami na parterze. Nad dachami dostrzegałem co jakiś czas kopułę katedry świętego Pawła, znowu całą pod pogodnym błękitem nieba. Bomby spadły już dawno temu, a bombowce znikły — zestrzelone, zezłomowane albo umieszczone w muzeach, gdzie zbierały kurz za sznurami i gdzie gapiły się na nie dzieciaki, którym wojna wydawała się równie odległa jak wyprawy krzyżowe. Dla mnie jednak to wszystko działo się dosłownie wczoraj. Trudno uwierzyć, że znajdowaliśmy się na tych samych zrytych kraterami po bombach, zaciemnionych ulicach, po których biegaliśmy ostatniej nocy, próbując się uratować. Teraz nie dało się ich rozpoznać. Wyglądało to tak, jakby z popiołów wyrosły sklepy, a także ludzie w ubraniach modnych marek, spacerujący z opuszczonymi głowami i przyklejeni do telefonów. Teraźniejszość nagle wydała mi się obca, banalna i pogrążona w szaleństwie. Poczułem się jak mityczny heros, który cudem wraca z podziemi tylko po to, żeby uświadomić sobie, że świat na górze jest równie przeklęty jak ten na dole.

Wtedy nagle mnie oświeciło — wróciłem. Znów znajdowałem się w teraźniejszości i udało mi się dotrzeć do niej bez interwencji pani Peregrine… Co podobno było niemożliwe.

— Emma? — odezwałem się. — Skąd się tu wziąłem?

Wpatrywała się w ulicę przed nami, szukając ewentualnych problemów.

— Gdzie? W Londynie? — spytała. — Przyjechałeś pociągiem, głupku.

— Nie, w teraźniejszości — dodałem ciszej. — Mówiłaś, że tylko pani Peregrine może mnie odesłać.

Emma odwróciła głowę i spojrzała na mnie, mrużąc oczy.

— Tak — potwierdziła spokojnie. — Rzeczywiście.

— Albo tak ci się wydawało.

— Nie, jestem tego pewna. Tak to działa.

— No to skąd się tu wziąłem?

— Nie wiem, Jacob. — Wydawała się zagubiona. — Może…

— Jest! — wykrzyknął Addison z ożywieniem, więc na niego spojrzeliśmy. Stał nieruchomo i wskazywał na ulicę, w którą właśnie skręciliśmy. — Teraz czuję dziesiątki osobliwych zapachów. Setki! I to świeżych.

— A to oznacza, że…? — Zawiesiłem głos.

— Że prowadzono tędy innych porwanych osobliwców, nie tylko naszych przyjaciół — wyjaśniła Emma. — Kryjówka upiorów musi być gdzieś niedaleko.

— Niedaleko stąd? — zapytałem. Ulica była pełna barów szybkiej obsługi i sklepów z tandetnymi pamiątkami, a my staliśmy pod neonem obskurnej knajpki. — Wyobrażałem sobie jakieś bardziej złowieszcze miejsce.

— Na przykład lochy w zimnym i wilgotnym zamczysku. — Emma pokiwała głową.

— Albo otoczony strażnikami obóz koncentracyjny za drutem kolczastym — dodałem.

— W śniegu, jak na rysunku Horace’a.

— Może i znajdziemy takie miejsce — zauważył Addison. — Nie zapominajcie, że to zapewne tylko wejście do pętli.

Po drugiej stronie ulicy turyści robili sobie zdjęcia przed jedną z typowych dla Londynu czerwonych budek telefonicznych. Gdy znaleźliśmy się dostatecznie blisko, pstryknęli fotkę także i nam.

— Ejże! — zaprotestowała Emma. — Żadnych zdjęć.

Przechodnie zaczęli zwracać na nas uwagę. Teraz, z dala od uczestników konwentu, pasowaliśmy do otoczenia jak wół do karety.

— Za mną — syknął Addison. — Wszystkie ślady wiodą w tym kierunku.

Pobiegliśmy za nim ulicą.

— Szkoda, że nie ma tu Millarda — odezwałem się. — Mógłby rozejrzeć się po okolicy i nikt by go nie zauważył.

— A gdyby był tu Horace, być może przypomniałby sobie sen, który by nam pomógł — westchnęła Emma.

— Albo znalazłby nam nowe ubrania — dodałem.

— Jeśli nie przestaniemy, rozpłaczę się — jęknęła.

Dotarliśmy na tętniącą życiem przystań. Promienie słońca odbijały się od wody w wąskiej zatoczce ciemnej Tamizy, a grupy turystów z daszkami na głowach i saszetkami na paskach opuszczały pokłady kilku wycieczkowych statków albo na nie wchodziły.

Addison nagle się zatrzymał.

— Tu ich sprowadzono — oznajmił. — Chyba załadowali ich na statek.

Ruszyliśmy za nim przez tłum do pustego stanowiska cumowania. Upiory rzeczywiście umieściły naszych przyjaciół na statku i teraz należało za nimi popłynąć. Tylko czym? Rozeszliśmy się po pomoście w poszukiwaniu środka transportu.

— Nic z tego nie będzie — mruknęła Emma. — Statki są za duże i zbyt zatłoczone. Potrzebujemy czegoś małego, czym sami pokierujemy.

— Chwileczkę. — Addison zmarszczył pysk.

Potruchtał przed siebie, przyciskając nos do desek przystani. Pobiegliśmy za nim na drugą stronę i zeszliśmy po małej, nieoznakowanej pochylni, całkowicie ignorowanej przez turystów. Prowadziła na niższy pomost, pod ulicą, niemal na poziomie wody. Było tam zupełnie pusto, w pobliżu nikt się nie kręcił.

Addison przystanął, wyraźnie skupiony.

— Tędy szli osobliwcy — oświadczył.

— Nasi osobliwcy? — spytała Emma.

Znów powąchał deski i pokręcił głową.

— Nie, nie nasi — odparł. — Ale tu jest wiele śladów, zarówno nowych, jak i starych, wyraźnych i zwietrzałych. Wszystkie się mieszają. To bardzo uczęszczane przejście.

Pomost zwężał się przed nami i znikał pod główną przystanią, tonąc w cieniu.

— Bardzo uczęszczane przez kogo? — Emma niespokojnie wpatrywała się w ciemność. — Nigdy nie słyszałam o wejściu do pętli pod przystanią w Wapping.

Addison nie potrafił odpowiedzieć na jej pytanie, więc nie pozostało nam nic innego, jak zbadać teren. Tak właśnie zrobiliśmy, nerwowo wkraczając w półmrok. Gdy tylko nasz wzrok się przyzwyczaił, ujrzeliśmy jeszcze jeden pomost, zupełnie inny niż ten przyjemny i zalany słońcem przed nami. Deski były zielonkawe i przegniłe, tu i tam połamane. Stado piszczących szczurów rozpierzchło się wśród sterty starych puszek, a potem skoczyło z pomostu na przycumowaną do niego starą łódkę, która kołysała się na ciemnej wodzie między śliskimi od mchu słupami.

— No cóż — odezwała się Emma. — Z konieczności chyba musimy się tym zadowolić…

— Ależ na tej łódce roi się od szczurów! — sapnął wstrząśnięty Addison.

— To nie potrwa długo. — Emma roznieciła płomyk na dłoni. — Szczury nie przepadają za moim towarzystwem.

Nikt nie próbował nas zatrzymać, więc podeszliśmy do łódki, przeskakując nad co bardziej zmurszałymi deskami, i zaczęliśmy odwiązywać liny cumownicze.

— PRZESTAĆ! — zagrzmiał głos z pokładu.

Emma pisnęła, Addison zaskamlał, a ja niemal wyskoczyłem ze skóry. Nie wiem, jak to możliwe, ale nie zauważyliśmy, że w łodzi siedział mężczyzna. Wstał powoli, prostując się centymetr po centymetrze, aż wreszcie znieruchomiał. Górował nad nami — miał ponad dwa metry wzrostu. Masywne ciało okrywał płaszczem, a twarz chował pod ciemnym kapturem.

— Bardzo… bardzo przepraszam — wyjąkała Emma. — My… myśleliśmy, że ta łódka jest…

— Niejeden usiłował okraść Sharona! — oznajmił donośnym głosem mężczyzna. — Teraz w ich czaszkach gnieżdżą się morskie stwory!

— Przysięgam, że nie próbowaliśmy…

— To my już sobie pójdziemy — zaskowytał Addison i szybko się cofnął. — Nie było naszym zamiarem nękanie szanownego pana.

— MILCZEĆ! — ryknął przewoźnik i jednym krokiem przeszedł na pomost. — Każdy, kto przybywa po moją łódź, musi za to ZAPŁACIĆ!

Umierałem ze strachu, a zanim Emma krzyknęła: „W NOGI!”, już zdążyłem częściowo się odwrócić. Przebiegliśmy tylko kilka kroków, kiedy przebiłem stopą przegniłą deskę i runąłem twarzą na pomost. Usiłowałem się podźwignąć, jednak utkwiłem w dziurze aż po samo udo. Nie mogłem się wydostać, a kiedy Emma i Addison wrócili, żeby mi pomóc, było już za późno. Przewoźnik nas dogonił, stanął nad nami i zaśmiał się głośno. Jego grzmiący rechot dudnił nam w uszach. Być może wzrok płatał mi figle w półmroku, niemniej dałbym głowę, że z kaptura płaszcza przewoźnika wypada szczur, a drugi wyślizguje się z rękawa, kiedy Sharon powoli unosił ku nam rękę.

— Precz, wariacie! — krzyknęła Emma i zaklaskała w dłonie, żeby rozpalić ogień.

Choć światło płomienia nie rozproszyło ciemności na tyle, byśmy zdołali dostrzec osłoniętą kapturem twarz — zapewne nie byłoby jej widać nawet w słońcu — jednak przekonaliśmy się, że w wyciągniętej ręce nie trzyma ani noża, ani żadnej innej broni. Podawał nam kartkę papieru, którą ściskał między kciukiem a długim, białym palcem wskazującym.

Pochylił się nade mną na tyle nisko, żebym mógł dosięgnąć kartki.

— Proszę — powiedział łagodnie. — Przeczytaj.

— Co to takiego? — zapytałem z wahaniem.

— Cena — odparł. — I informacje dotyczące moich usług.

Trzęsąc się ze strachu, sięgnąłem po kartkę. Cała nasza trójka pochyliła się, żeby przeczytać jej treść przy blasku płomienia Emmy.

Popatrzyłem na olbrzymiego przewoźnika.

— A więc to pan? — spytałem niepewnie. — Pan to… Sharon?

— We własnej osobie — odparł głosem tak nieprzyjemnie świszczącym, że włosy na karku stanęły mi dęba.

— A niech to gęś kopnie, człowieku, śmiertelnie nas przeraziłeś! — sapnął Addison. — Czy to całe kłapanie dziobem i stroszenie piór było konieczne?

— Proszę o wybaczenie. Drzemałem i napędziliście mi stracha.

— My panu?

— Przez chwilę naprawdę sądziłem, że chcecie mi ukraść łódź — wyznał, chichocząc.

— Ha, ha! — roześmiała się Emma nieszczerze. — Nie, po prostu… sprawdzaliśmy, czy jest należycie przycumowana.

Sharon odwrócił się i przyjrzał uważnie niedbale przywiązanej do drewnianego słupka łodzi.

— No i jak wypadła wasza ocena? — zapytał, a na jego nieosłoniętych kapturem ustach wykwitł szeroki, blady uśmiech.

— Mucha nie siada — odparłem i w końcu uwolniłem nogę z dziury. — Cumowanie… naprawdę bardzo dobre.

— Sama nie zawiązałabym lepszego węzła. — Emma pomogła mi wstać.

— A tak na marginesie… — wtrącił się Addison. — Czy ci, którzy usiłowali… Czy oni wszyscy naprawdę…?

Spojrzał na mroczną wodę i głośno przełknął ślinę.

— Nieważne — odparł Sharon. — Skoro już mnie obudziliście, jestem do usług. Co mogę dla was zrobić?

— Chcemy wynająć pańską łódź — oświadczyła Emma stanowczo. — Potrzebujemy jej tylko dla siebie.

— Na to nie mogę przystać — mruknął Sharon. — Jestem kapitanem mojej łodzi i zawsze nią kieruję.

— No to wielka szkoda — podsumował Addison i odwrócił się szybko, żeby odmaszerować, ale Emma złapała go za obrożę.

— Czekaj! — syknęła. — Jeszcze nie skończyliśmy. — Z miłym uśmiechem zwróciła się do Sharona. — Otóż wiemy, że wielu osobliwców pojawia się w tym… — Rozejrzała się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. — …miejscu. Czy dlatego, że niedaleko stąd znajduje się wejście do pętli?

— Nie wiem, o czym mówisz — odparł Sharon głucho.

— Jasne, że pan wie, tylko nie chce pan się przyznać. Doskonale to rozumiem, ale przy nas jest pan bezpieczny. Naturalnie, jesteśmy…

Szybko trąciłem ją łokciem.

— Emma, przestań! — wymamrotałem.

— Dlaczego? Przecież widział, jak pies gada, a ja rozpalam ogień. Jeśli nie będziemy szczerzy…

— Ale nie wiemy, czy on jest… — zauważyłem.

— Jasne, że jest! — Odwróciła się do Sharona. — Jest pan, prawda?

Przewoźnik wpatrywał się w nas beznamiętnie.

— Jest nim, prawda? — Emma popatrzyła na Addisona. — Chyba to wyczuwasz?

— No, niezupełnie.

— Chyba zresztą wszystko jedno, byle tylko nie był upiorem. — Wbiła w Sharona podejrzliwy wzrok. — Nie jest pan, prawda?

— Jestem biznesmenem — odparł spokojnie.

— Biznesmenem przywykłym do spotkań z gadającymi psami oraz dziewczynami, które rozniecają ogień rękami — zauważył Addison.

— W mojej branży spotyka się rozmaitych ludzi.

— Może przejdę do rzeczy. — Strząsnąłem wodę najpierw z jednej stopy, potem z drugiej. — Szukamy przyjaciół i wydaje się nam, że mogli tędy przechodzić w ciągu ostatniej godziny. To głównie dzieciaki i kilkoro dorosłych. Jedna osoba była niewidzialna, inna umiała unosić się w powietrzu…

— Trudno byłoby ich przegapić — przerwała mi Emma. — Banda upiorów prowadziła ich pod bronią.

Sharon słuchał z założonymi rękami, które układały się w szeroki, czarny znak X.

— Mówiłem już, że łódź wynajmują rozmaici ludzie, ale wszyscy oni polegają na mojej absolutnej dyskrecji. Nie zamierzam dyskutować o klientach.

— Czyżby? — mruknęła Emma. — Przepraszam na chwilę.

Odciągnęła mnie na bok.

— Jeśli nie zacznie mówić, bardzo się wkurzę — wyszeptała.

— Nie rób nic głupiego — ostrzegłem ją, również szeptem.

— Dlaczego? Wierzysz w to bajdurzenie o czaszkach i morskich stworach?

— Szczerze mówiąc, tak. Wiem, że to gnida, ale…

— Gnida? Przecież właściwie przyznał się do interesów z upiorami! Może nawet jest upiorem!

— …ale pożyteczna gnida. Czuję, że wie, dokąd zabrano naszych przyjaciół. Trzeba tylko zadać mu kilka właściwych pytań.

— A proszę bardzo — burknęła zirytowana.

Z szerokim uśmiechem odwróciłem się do Sharona.

— Opowie mi pan o swoich wycieczkach? — spytałem, a on natychmiast się rozpogodził.

— Wreszcie temat, o którym mogę swobodnie rozmawiać. Tak się składa, że mam tu pewne informacje…

Odwrócił się szybko i podszedł do pobliskiego słupa z przybitą półką, na której leżała czaszka przystrojona jak staroświecki pilot: w skórzaną czapkę, okulary ochronne i zawadiacki szalik. Między zębami tkwiło kilka ulotek. Sharon wyciągnął jedną z nich i mi wręczył. To była tandetna broszurka turystyczna, podobna do tych, które drukowano w czasach młodości mojego dziadka. Przewertowałem kartki, a Sharon odkaszlnął.

— No dobrze — powiedział. — Rodziny cenią sobie pakiet „Głód i pożoga”… Rankiem płyniemy w górę rzeki, żeby popatrzeć, jak wikingowie za pomocą machin oblężniczych katapultują zarażone owce nad murami miasta. Potem raczymy się smacznym drugim śniadaniem i wracamy wieczorem przez Wielki Pożar roku tysiąc sześćset sześćdziesiątego szóstego który prezentuje się imponująco po zapadnięciu zmroku, gdy płomienie odbijają się w wodzie. To naprawdę bardzo ładny widok. A jeśli macie tylko kilka godzin, proponuję uroczą wyprawę szubieniczną do przystani katowskiej — równo o zachodzie słońca, szczególnie popularną wśród młodych małżeństw, które spędzają tutaj miesiąc miodowy. W trakcie widowiska wyjątkowo soczyście klnący piraci wygłaszają barwne mowy, zanim zadyndają na stryczku. Za drobną opłatą można nawet zrobić sobie z nimi zdjęcie!

W broszurce znajdowały się fotografie uśmiechniętych turystów, którzy podziwiali opisane przez Sharona widoki. Na ostatniej stronie widniało zdjęcie jednego z gości, pozującego z bandą gburowatych piratów z nożami i strzelbami.

— Osobliwcy robią to dla przyjemności? — spytałem ze zdziwieniem.

— Tracimy czas — wyszeptała Emma, oglądając się niespokojnie. — Założę się, że on tylko gra na zwłokę, czekając na następny patrol upiorów.

— Chyba nie — odparłem. — Chwileczkę…

Sharon gadał dalej, jakby nas nie słyszał.

— …i można zobaczyć głowy obłąkańców nabite na włócznie, gdy będziemy płynęli pod londyńskim mostem. A na koniec jest jeszcze nasza najbardziej popularna wycieczka, moja ulubiona. Ale… nieważne — oświadczył z fałszywą skromnością i zamachał ręką. — Jak się nad tym zastanowić, raczej nie będziecie zainteresowani Diabelskim Poletkiem.

— Dlaczego? — zaciekawiła się Emma. — Zbyt miłe i niegroźne?

— Szczerze mówiąc, wręcz przeciwnie. To nie jest miejsce dla dzieci.

Emma tupnęła tak mocno, że zatrząsł się cały gnijący pomost.

— Właśnie tam zabrano naszych przyjaciół, prawda?! — wrzasnęła. — Prawda?

— Spokojnie, panienko. Wasze bezpieczeństwo to mój priorytet.

— Niech pan przestanie drażnić się z nami i powie, co tam jest!

— Skoro nalegacie… — Sharon wydał z siebie taki dźwięk, jakby zanurzał się w ciepłej kąpieli, a następnie zatarł szorstkie dłonie, całkiem jakby samo myślenie o tym sprawiało mu przyjemność. — Paskudztwa. Okropieństwa. Potworności. Wszystko, czego chcecie, pod warunkiem że jest paskudne, okropne i potworne. Często śniłem o tym, że pewnego dnia odłożę wiosło i spędzę tam emeryturę. Może będę miał małą rzeźnię przy ulicy Wysięk…

— Jak pan nazwał tę lokalizację? — spytał Addison.

— Diabelskie Poletko — westchnął Sharon tęsknie.

Addison wzdrygnął się od czubka nosa po koniuszek ogona.

— Znam to miejsce — oświadczył z powagą w głosie. — Jest okropne. To najbardziej zepsuta i niebezpieczna dzielnica nędzy w całej długiej historii Londynu. Słyszałem opowieści o osobliwych zwierzętach, które sprowadzano tam w klatkach i zmuszano do walk na śmierć i życie. Szczudłonogie niedźwiedzie szczuto na emurafy, szymporożce wystawiano przeciwko flaminkozom… Rodzice walczyli z własnymi dziećmi! Zwierzęta musiały się okaleczać i zabijać dla rozrywki kilku chorych osobliwców.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki