Baśnie osobliwe - Ransom Riggs - ebook
Opis

Zbiór baśni towarzyszących bestsellerowej książce Osobliwy dom pani Peregrine zekranizowanej przez Tima Burtona.

Osobliwcy istnieli na świecie, zanim pani Peregrine stworzyła dla nich dom. Opowieści zebrane w tym zbiorze są właśnie o nich.

Zamożni kanibale, księżniczka o wężowym języku, pierwsza ymbrynka – to tylko niektóre z postaci, które pojawiają się w zaskakujących, błyskotliwych, czasem zabawnych, a czasem przerażających opowiadaniach składających się na ten tom. Opowieści o osobliwcach z zamierzchłych czasów zebrał i opatrzył komentarzem niewidzialny Millard Nullings, uczony, kolekcjoner wszystkiego, co osobliwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Do Czytelnika

Drogi Czytelniku,

Książka, którą trzymasz w rękach, jest przeznaczona wyłącznie dla osobliwych oczu. Jeżeli nie należysz do grona owych anomalii — jeżeli nie zdarza Ci się wyfrunąć w środku nocy z łóżka, kiedy zapomnisz się przywiązać do posłania, jeśli z Twoich dłoni nie buchają w nieoczekiwanych momentach płomienie albo jeżeli nie przeżuwasz posiłków ustami umieszczonymi z tyłu głowy — będę wdzięczny, jeśli teraz odłożysz książkę na miejsce i zapomnisz o całej sprawie. Nie martw się, nic na tym nie stracisz. Przeciwnie, te baśnie i tak na pewno wydałyby Ci się dziwaczne, niepokojące i zupełnie nie w Twoim guście. Zresztą i tak nic Ci do nich.

Z osobliwymi wyrazami szacunku, Wydawca

Przedmowa

JEŚLI SIĘ ZALICZASZ DO ISTOT OSOBLIWYCH — a skoro to czytasz, mam wielką nadzieję, że tak jest — ta książka zapewne nie potrzebuje wprowadzenia.

Te baśnie Cię ukształtowały: były ukochaną częścią Twojego dzieciństwa, na nich opierało się Twoje wychowanie. W okresie dorastania tyle czasu zajmowała Ci ich lektura i tyle razy Ci je czytano na głos, że do dziś potrafisz wyrecytować z pamięci ulubione historie — co do słowa. Ale jeśli masz to nieszczęście, że dopiero odkrywasz własną osobliwość, albo jeśli przyszło Ci dorastać bez dostępu do osobliwej literatury, pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie.

Książka BAŚNIE OSOBLIWE zawiera nasze najbardziej uwielbiane tradycyjne przekazy. Od niepamiętnych czasów były one przekazywane z pokolenia na pokolenie i dlatego zmieszały się w nich historyczne fakty, elementy baśniowe oraz moralne nauki przeznaczone dla młodych osobliwców. Baśnie te pochodzą z wielu stron świata, zarówno z tradycji ustnych, jak i piśmiennych, a każda przeszła na przestrzeni wieków wiele zaskakujących przemian. Przetrwały tak długo, bo są interesujące jako historie, ale nie tylko dlatego. Niosą również ze sobą sekretną wiedzę — na ich stronicach znajdują się wskazówki, gdzie szukać pętli czasu, pod jakimi nazwiskami ukrywają się ważne postacie z osobliwego świata, a także inne informacje, które w osobliwych rękach mogą zapewnić ocalenie w nieprzyjaznej rzeczywistości. Sam coś o tym wiem — Baśnie uratowały mi życie i tylko dzięki nim mogę dziś pisać te słowa. Ocaliły nie tylko mnie, ale także moich przyjaciół oraz naszą drogą ymbrynkę. Ja sam, Millard Nullings, jestem żywym dowodem na to, że baśnie nie tracą przydatności pomimo upływu lat.

Dlatego właśnie poświęciłem się dziełu ich krzewienia i ochrony. Podjąłem się zredagowania i opatrzenia przypisami tego specjalnego wydania Baśni. Nie jest ono pełne ani wyczerpujące — ja wychowałem się na słynnym opasłym wydaniu w trzech tomach, które razem ważyły więcej niż Bronwyn, moja przyjaciółka — jednak zawarłem w nim swoje najbardziej ulubione opowieści, które uzupełniłem historycznymi przypisami i uwagami na temat tła wydarzeń, tak aby osobliwcy na całym świecie mogli czerpać korzyść ze zdobytej przeze mnie mądrości. Liczę zarazem, że w tym kieszonkowym wydaniu, mniejszym i wygodniejszym od wcześniejszych, Baśnie łatwiej będą Ci mogły towarzyszyć w podróży i może przydadzą Ci się tak, jak kiedyś przydały się mnie.

Mam zatem nadzieję, że Baśnie osobliwe sprawią Ci wiele przyjemności — najlepiej w mroźny wieczór, przy ogniu trzaskającym w kominku i z niedźwiedziem pochrapującym u stóp — ale pamiętaj też o ich poufnej naturze i jeśli musisz je czytać na głos (co bardzo polecam), postaraj się o równie osobliwych słuchaczy.

dr Millard Nullings

BAŚNIE OSOBLIWE

Znakomici ludożercy

Osobliwi mieszkańcy wioski Swampmuck żyli bardzo skromnie. Byli rolnikami uprawiającymi rośliny na mokradłach (nazwa ich wioski znaczyła tyle co Bagnogrzebki), a choć nie cieszyli się luksusami i mieszkali w chatkach uplecionych z trzciny, to jednak byli zdrowi, weseli i prawie niczego im nie brakowało.

W ich ogródkach obficie rosły pożywne rośliny, w potokach płynęła czysta woda i nawet skromne domostwa wydawały się prawdziwym luksusem, bo pogoda w Bagnogrzebkach była tak ładna, a ludzie tak oddani pracy, że wielu miejscowych po całym dniu grzebania w ziemi po prostu kładło się do snu na uprawianych przez siebie mokradłach.

Ich ulubioną porą roku były żniwa. Pracowali wtedy dzień i noc, żeby zebrać najlepsze wodorosty rosnące na bagnach, a następnie układali je w kopy i ładowali na wózki zaprzęgnięte w osły, żeby plony zawieźć na targ i sprzedać jak najwięcej w oddalonym o pięć dni drogi miasteczku Chipping Whippet. Była to ciężka praca. Bagienne wodorosty były szorstkie i kaleczyły dłonie. Osły były złośliwe i potrafiły ugryźć. Droga na targ była mocno dziurawa, a do tego podróżnych nękali rabusie. Podczas żniw często dochodziło do groźnych wypadków, jak to się przydarzyło choćby gospodarzowi nazwiskiem Pullman, który w porywie zapału niechcący uciął sąsiadowi nogę kosą. Trudno się dziwić, że poszkodowany sąsiad (gospodarz nazwiskiem Hayworth) bardzo się zdenerwował, ale miejscowi byli ludźmi wyrozumiałymi i cała sprawa szybko poszła w niepamięć. Pieniądze, które udawało im się utargować, nie były duże, ale wystarczały na konieczne sprawunki i jeszcze zostawało co nieco na zakup szynek z kozich zadków, które w Bagnogrzebkach były rzadkim frykasem i najważniejszym punktem dożynek, hucznie obchodzonych we wsi przez kilka dni.

Tego roku zaraz po dożynkach, kiedy mieszkańcy zabierali się już z powrotem do mozolnej pracy na bagnach, we wsi pojawiło się troje przyjezdnych. Każdy gość był w Bagnogrzebkach czymś niespotykanym, bo nie było to miejsce, które ktokolwiek chciałby odwiedzać, a już takich gości z pewnością nie oglądano tu nigdy. Byli to dwaj mężczyźni i kobieta, a wszyscy dosiadali arabskich wierzchowców i od stóp do głów przyodziani byli w drogie brokaty. Choć na pierwszy rzut oka było jasne, że przyjezdni są bogaczami, to jednak byli wychudzeni i słaniali się na wysadzanych klejnotami siodłach.

Zaciekawieni wieśniacy zebrali się wokół przyjezdnych, podziwiając ich wierzchowce i piękne szaty.

— Nie podchodźcie za blisko — ostrzegła ich Sally, jedna z miejscowych gospodyń. — Wyglądają na chorych.

— Zmierzamy do wybrzeży Meek1 — wyjaśnił jeden z przyjezdnych. Mężczyzna jako jedyny wydawał się mieć dość sił, żeby mówić głośno. — Kilka tygodni temu napadli nas bandyci. Udało nam się uciec, ale całkiem się przy tym zgubiliśmy. Od tamtej pory jeździmy w kółko, szukając starego rzymskiego traktu.

— Rzymski trakt jest zupełnie gdzie indziej — wyjaśniła gospodyni Sally.

— Wybrzeża Meek tak samo — dodał gospodarz Pullman.

— Czy to daleko stąd? — zapytał przyjezdny.

— Będzie ze sześć dni jazdy — odpowiedziała gospodyni Sally.

— Nie ma mowy, żebyśmy tam dotarli — mrocznym głosem powiedział mężczyzna.

W tej samej chwili odziana w jedwabie dama osunęła się w siodle i spadła z konia.

Poruszeni współczuciem wieśniacy pomimo obawy przed chorobą podnieśli damę i zabrali ją razem z towarzyszami do najbliższego domostwa. Tam podali przyjezdnym wody, przygotowali im wygodne posłania ze słomy i stłoczyli się w kilkunastu, oferując pomoc.

— Nie pchajcie się tak! — ofuknął ich gospodarz Pullman. — Ledwie żyją z wyczerpania, dajcie im odpocząć!

— Wcale nie, im potrzeba lekarza! — zaprotestowała gospodyni Sally.

— Nie jesteśmy chorzy — rzekł mężczyzna. — Jesteśmy głodni. Ponad tydzień temu wyczerpały nam się zapasy i od tamtej pory nie mieliśmy w ustach ani kęsa.

Gospodyni Sally zdziwiła się, dlaczego tak zamożni ludzie nie kupili sobie po prostu czegoś do jedzenia od innych napotkanych wędrowców, ale taktownie o nic nie pytała. Kazała tylko chłopakom z wioski pobiec po trzy miski zupy z bagiennych wodorostów, chleb z jaglanej mąki i resztki koziej szynki pozostałej z dożynek. Kiedy jednak postawili to wszystko przed przybyszami, ci odmówili jedzenia.

— Nie uznajcie tego za nieuprzejmość — wyjaśnił mężczyzna — ale nie możemy tego jeść.

— Rozumiem, że nasza strawa jest uboga — powiedziała gospodyni Sally — a państwo przyzwyczaili się pewnie do uczt godnych królewskiego podniebienia. Ale nic więcej nie mamy.

— Nie w tym rzecz — powiedział mężczyzna. — Zboża, warzywa, zwierzęce mięso… Te rzeczy po prostu nie nadają się dla nas do jedzenia. Nasze ciała nie zdołają ich strawić. Gdybyśmy nawet zmusili się do jedzenia, osłabiłoby to nas jeszcze bardziej.

Wieśniacy nie wiedzieli, co o tym myśleć.

— Skoro nie możecie jeść zboża, warzyw ani zwierząt — zapytał gospodarz Pullman — to co właściwie możecie jeść?

— Ludzi — odrzekł mężczyzna.

Stłoczeni w chatce wieśniacy odsunęli się o krok od gości.

— Czy jaśnie pan chce przez to powiedzieć, że jesteście… ludożercami? — zapytał gospodarz Hayworth.

— Z natury, nie z własnego wyboru — odpowiedział mężczyzna. — Ale owszem, tak właśnie jest.

Po chwili spróbował uspokoić wstrząśniętych wieśniaków, wyjaśniając, że są ludożercami cywilizowanymi i nigdy nie zabijają niewinnych ludzi. Wraz z innymi podobnymi sobie porozumieli się z królem rządzącym krainą i zobowiązali się nigdy nie porywać i nie pożerać ludzi wbrew ich woli. W zamian zezwolono im odkupywać — za ogromne sumy — ucięte członki ofiar wypadków i ciała powieszonych zbrodniarzy. To było całe ich pożywienie. Teraz podróżowali do nadmorskiej krainy Meek, gdzie zdarzało się najwięcej wypadków i powieszeń w całej Brytanii, dlatego żywność, choć może nie była dostępna w obfitości, była tam stosunkowo łatwiejsza do zdobycia.

Choć ludożercy byli w owych czasach ludźmi zamożnymi, dręczył ich niemal nieustanny głód. Jako praworządni obywatele byli skazani na wieczne niedożywienie. Stale nękał ich apetyt, który tylko z rzadka udawało im się zaspokoić. Ludożercy, którzy pojawili się w Bagnogrzebkach, byli bliscy śmierci głodowej, a tymczasem od Meek dzieliło ich jeszcze wiele dni drogi. W oczy zajrzała im zguba.

Słysząc to, mieszkańcy każdej innej wsi — czy to osobliwej, czy najzupełniej normalnej — wzruszyliby tylko ramionami i pozwolili ludożercom sczeznąć z głodu. Jednak w Bagnogrzebkach ludzie byli litościwi niemal ponad miarę, dlatego nikt się nie zdziwił, kiedy gospodarz Hayworth przykuśtykał o kulach i powiedział:

— Tak się składa, że parę dni temu utraciłem nogę w wypadku. Wyrzuciłem ją do bagna, ale na pewno uda mi się ją znaleźć, chyba że już ją zjadły węgorze.

Ludożercom zabłysły oczy.

— Zrobiłbyś to dla nas? — spytała ludożerczyni, odgarniając kosmyk długich włosów z kościstego policzka.

— Przyznam, że trochę to dziwne — powiedział Hayworth. — Ale przecież nie damy wam tak po prostu umrzeć z głodu.

Pozostali wieśniacy przytaknęli. Hayworth pokuśtykał na bagna i odnalazł własną nogę. Odgonił skubiące ją węgorze i podał nogę ludożercom na półmisku.

Jeden z ludożerców wręczył mu sakiewkę pieniędzy.

— A co to takiego? — zapytał Hayworth.

— Zapłata — odpowiedział ludożerca. — Tyle musimy płacić królowi.

— Nie mogę tego przyjąć — powiedział Hayworth, ale kiedy próbował zwrócić sakiewkę, ludożerca schował ręce za plecy i uśmiechnął się.

— Tak będzie uczciwie — wyjaśnił. — Ratujesz nam życie!

Wieśniacy taktownie odwrócili wzrok, a ludożercy usiedli do posiłku.

Gospodarz Hayworth otworzył sakiewkę, zajrzał do środka i pobladł. Nigdy w życiu nie widział takiej ilości pieniędzy.

Przez kilka następnych dni ludożercy jedli i odzyskiwali siły, a kiedy byli gotowi wyruszyć w dalszą drogę do wybrzeży Meek (tym razem zaopatrzeni w dokładne wskazówki), wieśniacy zgromadzili się, żeby ich pożegnać. Kiedy ludożercy spojrzeli na gospodarza Haywortha, zauważyli, że nie porusza się już o kulach.

— Czegoś tu nie rozumiem — stwierdził jeden z ludożerców osłupiały. — Myślałem, że zjedliśmy twoją nogę!

— Owszem — odpowiedział Hayworth. — Ale kiedy któryś z osobliwców w Bagnogrzebkach straci rękę albo nogę, kończyny nam odrastają2.

Ludożerca zrobił dziwną minę, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale się rozmyślił. Dosiadł wierzchowca i wyruszył w drogę z pozostałymi.

Mijały tygodnie. Życie w wiosce wróciło do normy dla wszystkich mieszkańców — z wyjątkiem Haywortha. Gospodarzowi coś nie dawało spokoju. Za dnia często go widywano, jak stał oparty o swój grzebalny kij i nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń ponad bagnami. Rozmyślał o sakiewce pieniędzy, którą ukrył w podziemnej jamie. Co z nią zrobić?

Znajomi podsuwali mu różne pomysły.

— Mógłbyś sobie kupić szafę pełną pięknych ubrań — powiedział gospodarz Bettelheim.

— Ale na co mi to? — odpowiedział Hayworth. — Przez cały dzień pracuję na bagnach, ubrania tylko by się zniszczyły.

— Mógłbyś sobie kupić bibliotekę pełną ładnie wydanych książek — podsunął gospodarz Hegel.

— Przecież ja nie umiem czytać — odparł Hayworth. — W całych Bagnogrzebkach nie ma takiego, co by umiał.

Najbardziej niedorzeczny pomysł zaproponował gospodarz Bachelard.

— Powinieneś sobie kupić słonia — powiedział. — Mógłby ci wozić wodorosty z bagien na targ.

— Przecież słoń zżarłby mi wszystkie wodorosty, zanim dotarłbym do targowiska! — odparł Hayworth, coraz bardziej już zdenerwowany. — Może mógłbym coś zrobić z domem. Trzcinowa plecionka marnie chroni przed wiatrem, a zimą robią się przeciągi.

— To może za te pieniądze kup sobie tapety i oklej ściany — podsunął gospodarz Anderson.

— Nie bądź głupi — wtrąciła gospodyni Sally. — Kup sobie po prostu nowy dom!

Tak właśnie uczynił Hayworth — zbudował sobie drewniany dom, jakiego w Bagnogrzebkach jeszcze nie widziano. Dom był mały, ale solidny, dobrze chronił przed wiatrem, a nawet miał drzwi, które można było otwierać i zamykać, bo były osadzone na zawiasach. Gospodarz Hayworth pękał z dumy, a dom budził zawiść w całej wsi.

Kilka dni później we wsi pojawiła się kolejna grupa przyjezdnych. Było ich czworo, trzech mężczyzn i kobieta, a że byli odziani w wykwintne szaty i dosiadali arabskich wierzchowców, wieśniacy zaraz odgadli, że muszą to być praworządni ludożercy z wybrzeży Meek3. Jednak ci ludożercy nie robili wrażenia zagłodzonych.

Ciekawscy wieśniacy znowu stłoczyli się wokół przybyszów. Ludożerczyni, która miała na sobie koszulę tkaną ze złotych nici, spodnie zapinane na perłowe guziki i buty z cholewami obszyte lisim futrem, odezwała się pierwsza.

— Kilka tygodni temu do waszej wsi zawitali nasi znajomi, a wy okazaliście im wiele życzliwości. Tacy ludzie jak my rzadko spotykają się z życzliwością, dlatego przybywamy, żeby wam podziękować osobiście.

Ludożercy zsiedli z koni i pokłonili się wieśniakom, a następnie uścisnęli każdemu dłoń. Wieśniacy nie mogli się nadziwić miękkości skóry ludożerców.

— Jeszcze jedno, zanim stąd odjedziemy… — zaczęła ludożerczyni. — Doszły nas słuchy o waszym wyjątkowym talencie. Czy to prawda, że odrastają wam utracone kończyny?

Wieśniacy przytaknęli.

— W takim razie — rzekła kobieta — chcemy wam złożyć pewną skromną propozycję. Kończyny, którymi się żywimy na wybrzeżach Meek, rzadko bywają świeże, a nam już się sprzykrzyło nadgniłe jedzenie. Czy nie sprzedalibyście nam nieco własnych? Oczywiście zapłacimy godziwie.

Kobieta otworzyła wiszącą u siodła sakwę, pokazując plik banknotów i klejnoty.

Wieśniacy gapili się na pieniądze szeroko otwartymi oczami, jednak czuli niepewność. Odeszli na stronę, żeby się naradzić po cichu.

— Nie możemy sprzedawać własnych kończyn — wywodził gospodarz Pullman. — Nogi są mi potrzebne do chodzenia!

— No to sprzedaj ręce — podpowiedział gospodarz Bachelard.

— Ale rąk potrzebujemy do grzebania w bagnie! — próbował powstrzymać transakcję gospodarz Hayworth.

— Jak nam zapłacą za ręce, nie będzie już trzeba hodować bagiennych wodorostów — zauważył gospodarz Anderson. — Z naszych upraw i tak nie ma prawie wcale pieniędzy.

— Ale to jakoś nie w porządku, żeby samego siebie sprzedawać — powiedział gospodarz Hayworth.

— Łatwo ci mówić! — powiedział gospodarz Bettelheim. — Bo sam masz dom z drewna!

Tak to wieśniacy dogadali się z ludożercami, że praworęczni będą im sprzedawać swoje lewe ręce, a leworęczni — prawe, a kiedy już ręce odrosną, dobiją targu od nowa. W ten sposób zapewnią sobie stały dochód i nie będą musieli całymi dniami grzebać w bagnie ani mozolić się przy żniwach. Z takiej umowy zadowoleni byli wszyscy oprócz gospodarza Haywortha, który lubił sobie pogrzebać w bagnie i żal mu było, że we wsi skończy się tradycyjne rzemiosło, nawet jeśli nie było zbyt dochodowe w porównaniu ze sprzedażą kończyn ludożercom.

Nic jednak nie mógł na to poradzić i tylko przyglądał się bezradnie, jak sąsiedzi porzucają uprawę wodorostów, pozwalają bagnom leżeć odłogiem, a sami odrąbują sobie ręce (za sprawą ich osobliwości nie bolało to zbytnio, a ręce dość łatwo odchodziły od ciała, trochę jak jaszczurcze ogony). Za zarobione pieniądze kupowali żywność na targu w Chipping Whippet (kozie szynki, które kiedyś jadali raz do roku, teraz stały się codzienną potrawą) i pobudowali sobie drewniane domy, tak samo jak gospodarz Hayworth. Rzecz jasna każdy pragnął mieć drzwi osadzone na zawiasach. Potem gospodarz Pullman wybudował sobie dom piętrowy i zaraz wszyscy inni też zapragnęli piętrowych domów. Wtedy gospodyni Sally zbudowała sobie dom, który miał nie tylko piętro, ale jeszcze i dach ze szczytem, więc wkrótce każdy chciał piętrowego domu ze szczytem. Za każdym razem, kiedy wieśniakom odrastały ramiona i można je było znowu odciąć na sprzedaż, pieniądze szły na rozbudowę domów. W końcu domy zrobiły się tak duże, że prawie nie było między nimi miejsca, a gromadzki plac w wiosce — kiedyś porośnięty sporą łąką — teraz się ścieśnił do rozmiarów wąskiej alejki.

Gospodarz Bachelard pierwszy wpadł na pomysł, jak sobie poradzić z brakiem miejsca. Uznał, że kupi dużą działkę na obrzeżach wsi i tam zbuduje nowy dom, jeszcze większy niż ten, w którym mieszkał (a który, nawiasem mówiąc, miał troje drzwi osadzonych na zawiasach, piętro, dach ze szczytem i do tego jeszcze ganek). Mniej więcej w tym czasie wieśniacy przestali się do siebie zwracać per „gospodarzu” i zaczęli mówić do siebie na „pan” i „pani”, bo nie byli już przecież rolnikami — z wyjątkiem gospodarza Haywortha, który nadal grzebał w bagnie i odmawiał ludożercom sprzedaży swoich kończyn. Upierał się, że jego prosty dom mu zupełnie wystarcza, a zresztą i tak rzadko z niego korzystał, bo po całym dniu ciężkiej pracy lubił sypiać na bagnach. Znajomi uważali, że postępuje nierozsądnie i staroświecko, i przestali do niego zaglądać w odwiedziny.

Niegdyś skromne Bagnogrzebki gwałtownie się rozbudowywały — mieszkańcy kupowali coraz to większe działki, żeby budować coraz to większe i bardziej wymyślne domy. Chcąc znaleźć na to wszystko pieniądze, zaczęli sprzedawać ludożercom po ręce i nodze jednocześnie (dla lepszej równowagi zawsze sprzedawali nogę z przeciwnej strony ciała niż rękę) i nauczyli się poruszać o kulach. Ludożercy — których apetyt wydawał się równie niewyczerpany jak ich majątek — byli bardzo zadowoleni. Potem pan Pullman kazał zburzyć swój drewniany dom i na jego miejsce wybudować murowany, co rozpętało rywalizację, kto z mieszkańców zbuduje najokazalszy dom z cegły. Pan Bettelheim przebił wszystkich — zbudował sobie piękny dom z piaskowca o miodowozłotej barwie. W takich domach mieszkali tylko najbogatsi kupcy w Chipping Whippet, jednak było go na to stać, bo sprzedał rękę i obie nogi.

— Bettelheim posunął się za daleko! — poskarżyła się pani Sally znad talerza kanapek z kozią szynką w nowej, eleganckiej restauracji, którą zbudowano we wsi.

Jej znajome były tego samego zdania.

— Jaką przyjemność można mieć z dwupiętrowego domu, kiedy człowiek nie może nawet wejść po schodach? — spytała pani Wannamaker.

W tej samej chwili do restauracji wszedł pan Bettelheim… niesiony przez krzepkiego mężczyznę z sąsiedniej wsi.

— Nająłem sobie człowieka, który będzie mnie nosił po schodach i gdzie tylko zechcę — rzucił z dumą. — Na co mi nogi?!

Panie zaniemówiły. Jednak wkrótce i one posprzedawały swoje nogi. Nie upłynęło wiele czasu, a jak wieś długa i szeroka murowane domy burzono i zastępowano wielkimi kamienicami z piaskowca.

Tymczasem ludożercy zdążyli już opuścić wybrzeża Meek i sprowadzić się do lasów pod Bagnogrzebkami. Po co mieli przymierać głodem na nędznej diecie złożonej z powieszonych zbrodniarzy i kończyn ofiar wypadków, gdy kończyny wieśniaków były świeższe, smaczniejsze i dostępne w większej obfitości niż to, na co mogli liczyć w Meek? Leśne domy ludożerców były skromne, bo mnóstwo pieniędzy musieli oddawać wieśniakom, ale ludożercy byli zadowoleni — o wiele bardziej woleli żyć skromnie, ale z pełnym brzuchem, niż głodować w wystawnych domach.

Mieszkańcy i ludożercy byli od siebie coraz bardziej zależni, a ich apetyty stale rosły. Ludożercy zrobili się tłuści. Kiedy już wypróbowali wszystkie przepisy na potrawy z rąk i nóg, zaczęli się zastanawiać, jak mogą smakować uszy. Mieszkańcy odmawiali sprzedaży uszu, które wszak nie odrastały, jednak pewnego razu pan Bachelard (niesiony przez krzepkiego sługę) złożył ludożercom potajemną wizytę w lesie, ciekawy, ile byliby skłonni zapłacić. Przecież wszystko by słyszał i bez uszu, tłumaczył sobie, a choć wiązałoby się to z pewnym oszpeceniem, w zamian cieszyłby się pięknym domem z białego marmuru, który mógłby sobie wystawić za zarobione pieniądze. (Czytelnicy lepiej obeznani w kwestii finansów mogliby zapytać, dlaczego pan Bachelard nie wolał po prostu zaoszczędzić pieniędzy z ciągłej sprzedaży rąk i nóg, aż byłoby go stać na dom z marmuru — było to jednak niemożliwe, bo zaciągnął w banku wysoką pożyczkę na zakup działki, na której postawił sobie dom z piaskowca, więc teraz musiał co miesiąc płacić bankowi równowartość ręki i nogi samych odsetek. Dlatego właśnie musiał odsprzedać uszy).

Ludożercy zaproponowali panu Bachelardowi zawrotną sumę. Pan Bachelard uciął sobie uszy, zadowolony, że ma je z głowy, a dom z piaskowca zastąpił wymarzonym domem marmurowym. Był to najpiękniejszy dom w miejscowości, a może nawet w całym hrabstwie Oddford. Choć sąsiedzi w Bagnogrzebkach obmawiali za jego plecami szpetotę pana Bachelarda i mówili sobie, że głupotą jest sprzedaż uszu, które nigdy nie odrosną, to jednak wszyscy składali mu wizyty i kazali się sługom obnosić po marmurowych komnatach i marmurowych klatkach schodowych. Kiedy wychodzili, wszyscy byli zieleni z zazdrości.

W tym czasie żaden z mieszkańców z wyjątkiem gospodarza Haywortha nie miał już nóg i mało kto miał jeszcze ręce. Przez pewien czas każdy zostawiał sobie po jednej ręce, żeby móc pokazywać palcem i jadać samodzielnie, ale potem zdali sobie sprawę, że łyżkę albo kielich może im równie dobrze podnieść do ust sługa, a zamiast pokazywać palcami, równie dobrze można powiedzieć: „Przynieś mi to!” czy „Podaj mi tamto!”. Tym samym ręce uznano za niepotrzebny zbytek, a mieszkańcy — z których zostały już tylko kadłuby bez kończyn — poruszali się w jedwabnych chustach, które służący nosili zarzucone na bark.

Wkrótce uszy poszły śladem rąk. Wieśniacy udawali przed sobą, że nigdy nie nazywali pana Bachelarda szpetnym.

— Wcale nie wygląda źle — powiedział pan Bettelheim.

— Możemy przecież nosić nauszniki — podsunął pan Anderson.

Poucinali sobie zatem uszy, posprzedawali je i za te pieniądze zbudowali marmurowe domy.

Bagnogrzebki zaczęły słynąć z pięknej architektury. Senna kiedyś miejscowość, do której ludzie trafiali najwyżej przypadkiem, stała się powszechnie znanym celem podróży. Powstał w niej hotel i kilka nowych restauracji. Nie było nawet mowy, żeby w którejś podano kanapkę z kozią szynką. Mieszkańcy udawali, że w życiu nie słyszeli o czymś takim, jak kanapki z kozią szynką.

Turyści przystawali niekiedy przed skromnym, drewnianym domkiem z płaskim dachem, w którym mieszkał gospodarz Hayworth. Intrygował ich kontrast między jego prostym domem a stojącymi wokół pałacami. Farmer wyjaśniał, że woli własne ręce i nogi oraz swoje proste życie hodowcy bagiennych wodorostów. Pokazywał im swój spłachetek bagna – był to już ostatni skrawek moczarów w całych Bagnogrzebkach, bo całą resztę zasypano piachem pod budowę domów.

Oczy całego kraju zwrócone były na Bagnogrzebki z ich pięknymi marmurowymi domami. Właściciele domów rozkoszowali się powszechną uwagą. Każdy rozpaczliwie starał się jakoś wyróżnić, bo domy były niemal jednakowe. Każdy chciał zasłynąć jako właściciel najpiękniejszego domu w Bagnogrzebkach, jednak pieniądze za ręce i nogi musieli co miesiąc przeznaczać na spłatę odsetek za zaciągnięte olbrzymie pożyczki, a uszy już posprzedawali.

Zaczęli więc podsuwać ludożercom inne pomysły.

— Czy pożyczyliby mi państwo pieniądze pod zastaw nosa? — zapytała pani Sally.

— Nie — odparli ludożercy. — Ale chętnie odkupilibyśmy pani nos na własność.

— Ale jeśli sobie odetnę nos, będę wyglądała jak potwór!

— Mogłaby pani owijać twarz szalem — podsunęli.

Pani Sally nie zgodziła się i nakazała słudze zanieść się w swojej chuście z powrotem do domu.

Potem ludożerców odwiedził pan Bettelheim.

— Nie odkupiliby państwo mojego siostrzeńca? — zaproponował przyciszonym głosem, a sługa wypchnął ośmioletniego chłopca przed ludożerców.

— W żadnym wypadku! — odparli ludożercy, dali przerażonemu chłopcu cukierków i odesłali go do domu.

Po kilku dniach wróciła pani Sally.

— No dobrze — westchnęła. — Mogę odsprzedać nos.

W jego miejscu nosiła nos sztuczny, zrobiony ze złota, a za uzyskane pieniądze zwieńczyła swój marmurowy dom olbrzymią złotą kopułą.

Zapewne odgadliście, do czego to doprowadziło. Cała wieś posprzedawała nosy i wybudowała złote kopuły, wieże i wieżyczki. Potem sprzedawali oczy (każdy po jednym), a za pieniądze otoczyli domy fosami, które napełnili winem i egzotycznymi, pijanymi rybami. Zresztą twierdzili, że patrzenie dwojgiem oczu to luksus, bo mogą się przydać najwyżej do tego, żeby celnie rzucać i łapać. I tak nie mieli rąk, więc było to im zbyteczne, a jedno oko wystarczy, żeby się cieszyć pięknem ich domów.

Meek to nazwa historycznej krainy, w której znajdowali schronienie wygnani z kraju banici. Przypuszcza się, że leżała gdzieś na terenach dzisiejszej Kornwalii. [wróć]

Były takie czasy — świetlana era w odległej przeszłości — kiedy osobliwcy mogli żyć razem, nie kryjąc się, nie potrzebując pętli i nie lękając się prześladowań. Osobliwcy często dzielili się wtedy na grupy o takich samych zdolnościach. Obecnie takie praktyki nie są dobrze widziane, bo zachęcają grupy do zamykania się we własnym gronie i prowadzą do wzajemnej wrogości. [wróć]

Co było źródłem bogactwa ludożerców? Wyrób cukierków i zabawek dla dzieci. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki