Mapa dni - Ransom Riggs - ebook
lub
Opis

Czwarty tom serii o osobliwych dzieciach pani Peregrine. Wprowadza czytelnika do świata osobliwców, pełnego niezwykłych postaci i przerażających potworów. Rdzeń książek stanowią niezwykłe fotografie, od których trudno oderwać wzrok, choć sprawiają, że ciarki chodzą po plecach i zasnąć jakoś trudniej. W 2016 roku powstał film Tima Burtona stanowiący ekranizację cyklu.

Bohaterowie, znani z kart poprzednich tomów oraz z filmu, ponownie przeżywają wiele niebezpiecznych przygód, walcząc z potworami i zjawami – tym razem we współczesnej Ameryce. Uporawszy się z zagrożeniem, które zawisło nad osobliwym światem, Jacob Portman wraca na Florydę. Towarzyszą mu pani Peregrine, Emma i osobliwi przyjaciele. Choć robią, co mogą, by się nie wyróżniać, wizyty na plaży i lekcje zwyczajności kończą się wraz z odkryciem podziemnego schronu, który niegdyś należał do dziadka Jacoba. Teraz gra toczy o najwyższą stawkę. Przed osobliwymi dziećmi pani Peregrine otwiera się nowa karta historii, pełnej cudów i niebezpieczeństw, ilustrowana niespotykanymi zdjęciami z minionych epok, tym razem również kolorowymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 533

Popularność


Tytuł oryginałuA MAP OF DAYS
Copyright © 2018 by Ransom Riggs Copyright © 2019 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.
Projekt okładkiLindsey Andrews
Zdjęcie na okładce (front) i na s. 449 z kolekcji Davida Bassa Zdjęcia na okładce (tył) z kolekcji Ransoma Riggsa Zdjęcie na s. 466 z kolekcji Erina Watersa Pieczęć Ministry of Peculiar Affairs na s. 472, 474 oraz okładka © 2018 by Chad Michael Studio
Opracowanie polskiej wersji okładki i wyklejkiRafael Martins
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-8008-690-6
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.
.

Nigdy nie powątpiewałem w trzeźwość swojego umysłu tak często, jak tamtej pierwszej nocy, kiedy kobieta-ptak i jej podopieczni przybyli, aby ocalić mnie przed domem wariatów. Tam się właśnie wybierałem, ściśnięty między muskularnymi wujami na tylnej kanapie samochodu rodziców, kiedy na podjeździe przed nami wyrósł mur osobliwych dzieci, zupełnie jakby wyskoczyły prosto z mojej wyobraźni. W świetle reflektorów jaśniał niczym anioły w szyku.

Zahamowaliśmy gwałtownie, a chmura pyłu całkiem przysłoniła widok. Czyżbym przywołał tę wizję, wyczarował rozmigotany hologram, który wyświetlił się z głębin mojego umysłu? Wszystko było bardziej prawdopodobne niż obecność moich przyjaciół tu i teraz. Co prawda przy osobliwcach każda niemożliwa rzecz wydawała się możliwa, niemniej ich odwiedziny jawiły mi się jako jedno z niewielu absolutnie nierealistycznych zdarzeń.

Z własnego wyboru opuściłem Diabelskie Poletko, żeby udać się z powrotem do domu, tam, gdzie przyjaciele nie mogli za mną podążyć. Liczyłem na to, że zdołam pozszywać rozprute życie, że powiążę nitki tego, co normalne, i tego, co osobliwe. Co zwykłe i nadzwyczajne.

To również było niemożliwe. Dziadek na próżno usiłował sfastrygować jedno życie z drugim i w rezultacie tylko oddalił się od obu rodzin – zarówno tej osobliwej, jak i normalnej. Nie chcąc wybierać jednego rodzaju życia kosztem drugiego, skazał się na utratę obydwu. To samo groziło i mnie.

Uniosłem wzrok i ujrzałem postać, która zbliżała się ku nam przez opadający kurz.

– Kim pani jest? – spytał tata.

– Alma LeFay Peregrine – odparła. – Tymczasowa przewodnicząca rady ymbrynek, a także opiekunka tych oto osobliwych dzieci. Już mieliśmy okazję się poznać, choć wątpię, żeby pan to pamiętał. Dzieci, przywitajcie się.

.

To dziwne, co umysł potrafi zaakceptować, a czemu się opiera. Właśnie przeżyłem najbardziej surrealistyczne lato pod słońcem. Skakałem po minionych stuleciach, ujarzmiałem niewidzialne potwory, zakochałem się w uwięzionej w czasie byłej dziewczynie mojego dziadka. Teraz jednak, w całkiem zwyczajnej teraźniejszości, na prowincjonalnej Florydzie z trudem mogłem uwierzyć własnym oczom.

Na naszej beżowej sofie leżał rozwalony Enoch, sącząc colę ze szklanki z logo Korsarzy z Zatoki Tampy. Olive rozwiązała ołowiane buciki, żeby wzlecieć pod sufit i kręcić się na łopatach naszego wiatraka. Horace i Hugh zabunkrowali się w kuchni, gdzie Horace oglądał zdjęcia na drzwiach lodówki, a Hugh szykował sobie szybką przekąskę. Claire stała z szeroko otwartymi ustami – jednymi i drugimi – gapiąc się na wielki, czarny monolit naszego telewizora na ścianie. Należące do mojej matki czasopisma o wystroju wnętrz unosiły się w powietrzu nad stolikiem, kiedy przeglądał je Millard, którego bose stopy wyciskały ślady w dywanie. Tysiące razy wyobrażałem sobie to pomieszanie światów, lecz nie sądziłem, że jest możliwe. A jednak. Moje Przedtem i Potem zderzyły się ze sobą z siłą planet.

Millard już wcześniej usiłował mi wytłumaczyć, że mogą tu przebywać, zasadniczo bezpiecznie i bez obaw. Zapadnięcie się pętli, które niemal nas zabiło na Diabelskim Poletku, zresetowało ich wewnętrzne zegary. Nie bardzo rozumiał dlaczego, ale wiedział, że nie zagraża im już nagły i katastrofalny proces starzenia się związany ze zbyt długim pobytem w teraźniejszości. Mieli się starzeć dzień po dniu, tak jak ja. Ich dług wyrażony latami najwyraźniej został im darowany, całkiem jakby nie spędzili większości dwudziestego wieku na ciągłym powtarzaniu tego samego słonecznego dnia. Bez wątpienia był to cud i bezprecedensowe wydarzenie w historii osobliwców, jednak nawet w połowie nie zadziwiał mnie tak jak to, że w ogóle tu się znaleźli.

Jak to, że za rękę trzymała mnie Emma, cudowna i silna, o lśniących zielonych oczach, którymi z zachwytem rozglądała się po pokoju. Tak często o niej marzyłem przez długie, samotne tygodnie od powrotu do domu. Miała na sobie praktyczną sukienkę za kolana i płaskie buciki, w których w razie potrzeby mogłaby swobodnie biegać. Włosy o barwie piasku ściągnęła w kucyk. Lata odpowiedzialności za innych sprawiły, że stała się na wskroś rzeczowa, lecz ani obowiązki, ani ciężar dziesięcioleci nie zdołały zgasić dziewczęcego blasku, który rozświetlał ją od środka. Była zarazem twarda i delikatna, cierpka i słodka, stara i młoda. Najbardziej kochałem w niej właśnie to, że tyle w sobie mieściła. Jej dusza nie miała granic.

– Jacob?

Mówiła do mnie. Usiłowałem odpowiedzieć, ale moja głowa utkwiła w gęstych chmurach.

Emma pomachała do mnie, po czym pstryknęła palcami, a wtedy jej kciuk zaiskrzył niczym uderzony krzemień. Zaskoczony powróciłem do rzeczywistości.

– Hej – powiedziałem. – Przepraszam.

– Dokąd powędrowałeś?

– Ja tylko... – Zamachałem rękami, jakbym wyłapywał pajęczyny z powietrza. – Dobrze cię widzieć, to wszystko.

Dokończenie myśli skojarzyło mi się z próbą utrzymania w ramionach tuzina balonów naraz.

Jej uśmiech nie zamaskował lekkiego niepokoju.

– Wiem, że nasze przybycie musi być dla ciebie okropnie dziwne, ale chyba nie za bardzo cię zaszokowaliśmy?

– Nie, nie. Może troszeczkę. – Ruchem głowy wskazałem pokój i wszystkich w środku. Radosny chaos towarzyszył naszym przyjaciołom, dokądkolwiek się udali. – Jesteś pewna, że nie śnię?

– A ty jesteś pewien, że ja nie śnię? – Chwyciła mnie za drugą rękę i uścisnęła ją. Poczułem, że Emma jest dla mnie ciepłą ostoją, dzięki której świat nabiera nieco sensu. – Nawet nie podejrzewasz, ile razy przez te wszystkie lata wyobrażałam sobie, że odwiedzę to miasteczko.

Przez chwilę nie miałem pojęcia, o czym mówi, lecz nagle... No jasne, dziadek. Abe mieszkał na Florydzie jeszcze przed narodzinami mojego taty. Widziałem jego adres na listach zachowanych przez Emmę. Jej spojrzenie odpłynęło, jakby zatonęła we wspomnieniach, a ja poczułem niemiłe ukłucie zazdrości. Zrobiło mi się głupio. Miała prawo do pamięci o minionych latach, a także, podobnie jak ja, do odczuwania zagubienia towarzyszącego zderzeniu naszych światów.

Pani Peregrine wpadła niczym tornado. Już wcześniej zdążyła zdjąć podróżny płaszcz, pod którym miała na sobie żakiet z jaskrawozielonego tweedu oraz spodnie do konnej jazdy, zupełnie jakby przybyła wierzchem. Idąc przez pokój, wydawała polecenia.

– Olive, natychmiast na ziemię! Enoch, zabieraj nogi z sofy.

Przywołała mnie skinieniem palca, po czym ruchem głowy wskazała kuchnię.

– Panie Portman, pewne sprawy wymagają pańskiej atencji.

Emma wzięła mnie pod rękę i ruszyła razem ze mną, za co byłem jej wdzięczny. Pokój jeszcze nie przestał się kołysać.

– Tak od razu idziecie się obściskiwać? – spytał Enoch. – Przecież dopiero się zjawiliśmy!

Emma uniosła wolną rękę i przypaliła mu włosy na czubku głowy. Cofnął się gwałtownie, przyklepując dymiący czerep, a śmiech, którym wybuchnąłem, do pewnego stopnia oswobodził mój umysł z pajęczyn.

Tak, moi przyjaciele byli prawdziwi i pojawili się tutaj. Co więcej, pani Peregrine powiedziała, że na jakiś czas zostaną – trochę poznają współczesny świat i zrobią sobie wakacje. Udadzą się na zasłużony odpoczynek od udręk na Diabelskim Poletku, które po tym, jak utracili piękny, stary dom na Cairnholm, stało się ich tymczasowym miejscem zamieszkania. Naturalnie, byli tu bardzo mile widziani i ogromnie się cieszyłem z ich obecności, ale jak to miało wyglądać w praktyce? Co z moimi rodzicami i wujkami, których Bronwyn obecnie pilnowała w garażu? Za dużo było tego wszystkiego, więc chwilowo odsunąłem od siebie niepokojące myśli.

Pani Peregrine rozmawiała z Horace’em przy otwartej lodówce. Okropnie nie pasowali do ostrych kątów i wyposażenia z nierdzewnej stali w nowoczesnej kuchni moich rodziców, całkiem jak aktorzy, którzy zabłądzili na niewłaściwy plan filmowy. Horace wymachiwał paczką zafoliowanego sera w nitkach.

– Tu jest tylko jakieś dziwne jedzenie, a ja nic nie jadłem od wieków!

– Nie przesadzaj, Hugh.

– Nie przesadzam. Na Diabelskim Poletku jest tysiąc osiemset osiemdziesiąty szósty rok, a właśnie tam jedliśmy śniadanie.

Horace wymaszerował z naszej spiżarni.

– Przeprowadziłem już inwentaryzację i jestem wstrząśnięty. Jedna torebka sody oczyszczonej, jedna puszka sardynek w słonej zalewie i jedno zaatakowane przez wołki zbożowe pudełko ciastek w proszku. Czy rząd racjonuje żywność? Trwa tu jakaś wojna?

– Jemy dużo dań na wynos – odparłem i podszedłem do niego. – Moi rodzice właściwie nie gotują.

– To po co im ta powalająco wielka kuchnia? – zapytał Horace. – Mogę sobie być znakomitym szefem kuchni, ale nie zdołam zrobić czegoś z niczego.

Prawda była taka, że ojciec zobaczył kuchnię w magazynie wnętrzarskim i uznał, że musi ją mieć. Próbował usprawiedliwić ten wydatek, obiecując nam, że nauczy się gotować i będzie urządzał spektakularne przyjęcia dla rodziny, ale – podobnie jak wiele z jego planów – ten również poszedł w niepamięć po kilku lekcjach gotowania. I tak oto rodzice mieli teraz przeraźliwie drogą kuchnię, wykorzystywaną zazwyczaj do gotowania mrożonych posiłków i odgrzewania potraw na wynos z poprzedniego dnia. Zamiast to jednak wytłumaczyć, tylko wzruszyłem ramionami.

– Z pewnością nie umrzesz z głodu w ciągu najbliższych pięciu minut – oznajmiła pani Peregrine, po czym wypędziła Horace’a i Hugh z kuchni. – A teraz do rzeczy. Wcześniej wydawał się pan nieco oszołomiony, panie Portman. Już wszystko w porządku?

– Z chwili na chwilę jest coraz lepiej – odparłem z lekkim zakłopotaniem.

– Być może odczuwa pan dolegliwości po podróży przez pętlę – oświadczyła pani Peregrine. – Nieco opóźnione w pana przypadku. Pętloza to zupełnie naturalne zjawisko wśród podróżników w czasie, zwłaszcza tych, którzy robią to od niedawna. – Mówiła do mnie przez ramię, krążąc po kuchni i zaglądając do każdej szafki. – Objawy z reguły mijają bez konsekwencji, ale lepiej ich nie lekceważyć. Od jak dawna kręci się panu w głowie?

– Odkąd tu przybyliście. Ale wszystko ze mną w porządku, naprawdę...

– A pęknięte wrzody, groniaste haluksy i migreny?

– Nie.

– Nagłe ataki szaleństwa?

– Hm... Nie przypominam sobie.

– Nieleczona pętloza to nic śmiesznego, panie Portman. Ludzie od tego umierają... O, herbatniki! – Wyciągnęła pudełko z szafki, wytrząsnęła ciastko na dłoń i wepchnęła je do ust. – Ślimaki w odchodach? – zapytała, przeżuwając.

Z trudem stłumiłem śmiech.

– Nie.

– Samoistna ciąża?

– Chyba nie mówi pani poważnie?! – wzdrygnęła się Emma.

– Wiemy tylko o jednym takim przypadku – oświadczyła pani Perergrine. Odłożyła ciastka i wbiła we mnie wzrok. – Osobnik był płci męskiej.

– Nie jestem w ciąży! – powiedziałem nieco zbyt głośno.

– Dzięki Bogu! – krzyknął ktoś z salonu.

Pani Peregrine poklepała mnie po ramieniu.

– Wygląda na to, że naprawdę nic panu nie dolega. Ale należało pana ostrzec.

– Może i dobrze, że pani tego nie zrobiła – odparłem.

Pewnie popadłbym w paranoję, nie mówiąc już o tym, że gdybym przez ostatni miesiąc robił ukradkiem testy ciążowe i sprawdzał, czy nie mam ślimaków w odchodach, rodzice jeszcze wcześniej wysłaliby mnie do domu wariatów.

– Może i tak – zgodziła się pani Peregrine. – Zanim się jednak zrelaksujemy i nacieszymy swoim towarzystwem, załatwmy pewne kwestie. – Zaczęła krążyć między podwójnym piekarnikiem a dodatkowym zlewozmywakiem. – Punkt pierwszy: bezpieczeństwo i ochrona. Obeszłam dom i wygląda na to, że wszędzie panuje spokój, ale pozory mogą mylić. Powinnam coś wiedzieć o pańskich sąsiadach?

– Na przykład?

– Czy byli notowani? Czy mają skłonność do przemocy? Czy kolekcjonują broń palną?

Sąsiadowały z nami tylko dwa domy. W jednym mieszkała wiekowa pani Melloroos, osiemdziesięcioparolatka na wózku inwalidzkim, która opuszczała dom wyłącznie w towarzystwie całodobowej pielęgniarki. Drugi zajmowała pewna niemiecka para, przez większość roku nieobecna, którą tylko zimą można było zastać w dużej, banalnej posesji w stylu Cape Cod.

– Pani Melloroos bywa trochę wścibska – oznajmiłem. – Ale jeśli nikt nie będzie demonstracyjnie osobliwy na podwórku przed jej domem, nie powinna sprawiać kłopotów.

– Będę to mieć na względzie – zapowiedziała pani Peregrine. – Punkt drugi. Czy od powrotu do domu wyczuł pan obecność jakiegokolwiek głucholca?

Poczułem, jak podskoczyło mi tętno. Od kilku tygodni ani razu nie pomyślałem o tych stworach ani tym bardziej nie wypowiedziałem ich nazwy.

– Nie – odparłem szybko. – Dlaczego? Zdarzyły się ataki?

– Ani jeden. W  ogóle nie dają znaku życia i właśnie to mnie niepokoi. Wracając do pańskich bliskich...

– Czy nie rozprawiliśmy się z nimi wszystkimi na Diabelskim Poletku? – przerwałem jej, drążąc temat głucholców.

– Zabiliśmy lub pojmaliśmy prawie wszystkie. Niestety, po naszym zwycięstwie mała grupa uciekła wraz z kilkoma upiorami. Żywimy przekonanie, że potwory zbiegły do Ameryki. Wątpię, aby zbliżyły się do pana, gdyż z pewnością na długo zapamiętały daną im lekcję, niemniej zapewne coś knują. Ostrożności nigdy za wiele.

– Budzisz w nich przerażenie, Jacob – zauważyła Emma z dumą.

– Naprawdę? – zdumiałem się.

– Po łomocie, jaki im spuściłeś, musiałyby być głupie, żeby się nie bać – rozległ się głos Millarda zza progu kuchni.

– Dobrze wychowane osoby nie podsłuchują prywatnych rozmów – oburzyła się pani Peregrine.

– Nie podsłuchiwałem, byłem głodny. A poza tym przysłano mnie tutaj z prośbą, żeby pani nie monopolizowała Jacoba. Przebyliśmy okropnie długą drogę, żeby się z nim spotkać.

– Bardzo tęsknili za Jacobem – powiedziała Emma do pani Peregrine. – Prawie tak jak ja.

– Może pora, żeby zwrócił się pan do wszystkich. – Pani Peregrine przeniosła na mnie wzrok. – Mógłby pan wygłosić mowę powitalną i opisać podstawowe zasady.

– Podstawowe zasady? – powtórzyłem. – Czyli jakie?

– To moi podopieczni, panie Portman, ale miasto jest pańskie, podobnie jak czasy. Będę potrzebowała pańskiej pomocy, żeby uchronić wszystkich przed kłopotami.

– Wystarczy po prostu ich karmić – wyjaśniła Emma.

Odwróciłem się do pani Peregrine.

– Co mówiła pani wcześniej o mojej rodzinie?

Nie mogli do końca świata tkwić pod kluczem w garażu i niepokoiło mnie, jak załatwimy tę sprawę.

– Proszę się nie martwić – odparła pani Peregrine. – Bronwyn trzyma rękę na pulsie.

Ledwie skończyła mówić, z garażu dobiegł dudniący łoskot, od którego zatrzęsły się ściany. Wibracje sprawiły, że kieliszki pospadały z półki i roztrzaskały się na podłodze.

– To z całą pewnością nie brzmi tak, jakby ktokolwiek trzymał rękę na pulsie – zauważył Millard, lecz już biegliśmy do garażu.

– Nigdzie się stąd nie ruszajcie! – krzyknęła pani Peregrine w kierunku salonu.

Wypadłem z kuchni i napędzany adrenaliną pobiegłem korytarzem z tyłu domu. Emma biegła tuż za mną. Kiedy wpadliśmy do garażu, nie byłem pewien, czego się spodziewać. Dymu? Krwi? Tamten odgłos zabrzmiał jak eksplozja i zupełnie się nie spodziewałem, że ujrzę rodziców i wujów uśpionych w naszym samochodzie, spokojnych jak dzieci. Tył auta był wbity w opuszczoną i mocno wygiętą bramę garażową, a beton dookoła migotał od kawałków porozbijanych tylnych świateł. Silnik pracował na jałowym biegu.

Bronwyn ze zderzakiem w rękach stała przed maską.

– Bardzo przepraszam, nie wiem, co się stało – powiedziała i puściła zderzak, który upadł z brzękiem.

Uświadomiłem sobie, że muszę zgasić silnik, zanim się podusimy, więc oderwałem się od reszty, pobiegłem do drzwi po stronie pasażera i szarpnąłem za klamkę. Zamknięte. No jasne. Moi bliscy nie chcieli wpuścić Bronwyn do auta. Na pewno byli przerażeni.

– Ja mogę otworzyć – powiedziała Bronwyn. – Cofnijcie się!

Stanęła na rozstawionych nogach i oburącz chwyciła klamkę.

– Co ty... – zacząłem.

Nie zdążyłem dokończyć, gdyż Bronwyn jednym potężnym pociągnięciem wyrwała drzwi z takim impetem, że wyfrunęły jej z dłoni, przeleciały przez pomieszczenie i wryły się w ścianę z tyłu. Hałas, który się rozległ, był tak donośny, że cofnąłem się odruchowo, jakbym oberwał.

– Tam do kroćset – wymamrotała Bronwyn w ogłuszającej ciszy.

Garaż coraz bardziej przypominał zbombardowane domy, które widziałem w Londynie z czasów wojny.

– Bronwyn! – krzyknęła Emma, odsłaniając głowę. – Mogłaś kogoś zdekapitować!

Dałem nura do otworu, który pojawił się w miejscu drzwi od strony kierowcy, wyciągnąłem rękę przed pochrapującym ojcem, na którego ramieniu opierała głowę mama, i wyrwałem kluczyk ze stacyjki. Wujkowie smacznie spali z tyłu samochodu. Mimo hałasu żaden z nich nawet nie drgnął. Wiedziałem, że tylko jedna substancja potrafiła wprowadzić ludzi w tak głęboki sen – sproszkowany fragment ciała Matki Pył. Kiedy wyłoniłem się z auta, zobaczyłem, że Bronwyn trzyma w dłoni mały woreczek z proszkiem i usiłuje wyjaśnić, co się stało.

– Ten mężczyzna z tyłu... – Wskazała palcem wujka Bobby’ego. – ...używał tego swojego czegoś... – Wyciągnęła telefon z kieszeni Bobby’ego.

– Komórki – dopowiedziałem.

– No właśnie tego... – ciągnęła. – Więc mu to zabrałam, a wtedy wszyscy dostali wścieklicy, dlatego zrobiłam to, co pokazywała pani P.

– Użyłaś pyłu? – zapytała pani Peregrine.

– Dmuchnęłam prosto na nich, ale nie zasnęli od razu. Tata Jacoba uruchomił auto, ale zamiast ruszyć do przodu, to wziął i... – Bronwyn zabrakło słów, więc pokazała na zdeformowaną bramę.

Pani Peregrine poklepała Bronwyn po ramieniu.

– Tak, skarbie, widzę. Najważniejsze, że wyszłaś z tego bez szwanku.

– Fakt – zgodził się Enoch. – Czego nie da się powiedzieć o ścianie.

Odwróciliśmy się i naszym oczom ukazała gromadka dzieciaków obserwujących nas z korytarza.

– Kazałam wam zostać – zirytowała się pani Peregrine.

– Po takim hałasie? – zapytał Enoch.

– Przepraszam, Jacob – powiedziała Bronwyn. – Tak się zdenerwowali, a ja nie wiedziałam, jak się zachować... Chyba nie zrobiłam im krzywdy?

– Wątpię – odparłem.

Sam doświadczyłem łagodnego snu wywołanego proszkiem Matki Pył. To był całkiem niegłupi pomysł na spędzenie kilku godzin.

– Mogę zobaczyć telefon wujka? – zapytałem.

Bronwyn wyciągnęła komórkę z kieszeni i mi ją wręczyła. Ekran był popękany, ale tekst dawał się odczytać. Kiedy telefon się rozjaśnił, ujrzałem serię wiadomości od ciotki:

Co się dzieje?

Kiedy wrócisz?

Wszystko OK??

Wujek Bobby zaczął w odpowiedzi pisać: DZWOŃ PO GLINY, po czym pewnie uświadomił sobie, że równie dobrze może sam wezwać policję, ale Bronwyn zdążyła odebrać mu telefon. Gdyby spóźniła się o kilka sekund, brygada antyterrorystyczna zapewne wpadłaby tu z wizytą. Poczułem ucisk w piersi, gdy sobie uświadomiłem, jak szybko wszystko mogło się niebezpiecznie skomplikować. „Cholera” – pomyślałem, spoglądając na zdemolowany samochód, dziurawą ścianę i zdeformowaną bramę. „Już się niebezpiecznie skomplikowało”.

– Proszę się nie przejmować, Jacob, radziłam sobie w znacznie gorszych okolicznościach. – Pani Peregrine obeszła samochód, przyglądając się zniszczeniom. – Pańscy bliscy będą smacznie spali aż do rana. Sugeruję, żebyśmy poszli w ich ślady.

– I co dalej? – zapytałem z niepokojem, czując, że się pocę.

W nieklimatyzowanym garażu panował nieznośny upał.

– Kiedy się obudzą, oczyszczę im pamięć z najświeższych wspomnień i odeślę pańskich wujów do domu.

– Ale co oni...

– Wyjaśnię, że jesteśmy dalekimi krewnymi ze strony pańskiego ojca i że przyjechaliśmy z Europy, aby odwiedzić grób Abe’a. A co do pańskiej wizyty w zakładzie psychiatrycznym, czuje się pan o wiele lepiej i nie wymaga już specjalistycznej opieki.

– Ale co z...

– Och, uwierzą. Zwykli ludzie z wyczyszczoną pamięcią bardzo łatwo poddają się sugestii. Pewnie udałoby mi się ich przekonać, że jesteśmy gośćmi z kolonii na Księżycu.

– Błagam, niech pani przestanie.

– Proszę wybaczyć. – Uśmiechnęła się. – Lata na dyrektorskim stanowisku sprawiły, że nauczyłam się przewidywać pytania. Dzięki temu oszczędzam czas. Idziemy, dzieci. Musimy omówić protokół na kilka najbliższych dni. Powinniśmy dobrze poznać teraźniejszość i najlepiej zacząć już teraz.

Gdy wyganiała z garażu podopiecznych, skorzystali z okazji, żeby zasypać ją pytaniami i żalami.

– Jak długo możemy zostać? – chciała wiedzieć Olive.

– Czy rano udamy się na zwiedzanie? – spytała Claire.

– Chętnie bym coś zjadł przed śmiercią – wyznał Millard.

Wkrótce zostałem tylko ja. Ociągałem się częściowo dlatego, żeby nie zostawiać rodziny samej na noc, ale też niepokoiło mnie nieuchronne czyszczenie ich pamięci. Pani Peregrine wydawała się pewna siebie, jednak tym razem usuwanie wspomnień byłoby poważniejsze niż to w Londynie. Wówczas wymazała im tylko mniej więcej dziesięć minut zdarzeń. Bałem się, że teraz zlikwiduje za mało albo za dużo. Mogła sprawić, że tata zapomni wszystko, co wie o ptakach, a mamie wyparuje z głowy cały francuski, którego nauczyła się na studiach.

Przez chwilę patrzyłem, jak śpią, i robiło mi się coraz ciężej na sercu. Nagle poczułem się niezręcznie dorosły, gdyż moi bliscy – bezbronni, spokojni, trochę obślinieni – wyglądali niemal jak niemowlęta.

Może istniał inny sposób.

Emma zajrzała przez otwarte drzwi.

– Wszystko w porządku? Chłopcy pewnie wzniecą bunt, jeśli wkrótce nie dostaną kolacji.

– Nie byłem pewien, czy można ich tak zostawić. – Ruchem głowy wskazałem rodzinę.

– Nigdzie się nie wybierają i nie trzeba nad nimi czuwać. Po takiej dawce będą spali jak zabici aż do jutrzejszego popołudnia.

– Wiem. Po prostu... Trochę źle się z tym czuję.

– A nie powinieneś. – Podeszła i stanęła obok mnie. – To nie twoja wina. Ani trochę.

Pokiwałem głową.

– To chyba trochę tragiczne – westchnąłem.

– Co?

– Syn Abe’a Portmana nigdy się nie dowie, jak wyjątkowego miał ojca.

Emma wzięła mnie za rękę i położyła ją sobie na ramionach.

– Moim zdaniem sto razy bardziej tragiczne jest to, że się nie dowie, jak wyjątkowego ma syna.

Już miałem ją pocałować, kiedy nagle telefon wujka zawibrował w mojej kieszeni. Oboje drgnęliśmy, a ja się odsunąłem i popatrzyłem na nową wiadomość od cioci.

Czy stuknięty J jest już w wariatkowie?

– Co to? – zainteresowała się Emma.

– Nic ważnego.

Schowałem telefon w kieszeni i odwróciłem się do drzwi. Perspektywa pozostawienia rodziny w garażu nie wydawała mi się już taka straszna.

– Chodź, wymyślimy coś na kolację – dodałem.

– Na pewno? – zapytała Emma.

– Bezwzględnie.

Wychodząc, zgasiłem światło.

Zaproponowałem, żebyśmy zamówili pizzę z lokalu, który był otwarty do późnej nocy. Tylko kilkoro dzieciaków wiedziało, co to jest pizza, a pojęcie dostawy do domu było wszystkim całkiem obce.

– Przyrządzają potrawy gdzieś daleko i przywożą ludziom do domów? – spytał Horace takim tonem, jakby to graniczyło ze skandalem.

– Pizza... Czy to lokalny florydzki specjał? – zapytała Bronwyn.

– Niezupełnie – odparłem. – Ale będzie ci smakowała, zobaczysz.

Złożyłem olbrzymie zamówienie, po czym w oczekiwaniu na dostawcę rozsiedliśmy się na sofach i fotelach w salonie.

– Warto byłoby wygłosić mowę – wyszeptała mi do ucha pani Peregrine.

Nie czekając na moją odpowiedź, odkaszlnęła i oznajmiła zebranym, że mam im coś do powiedzenia. W takiej sytuacji wstałem i zacząłem niezręcznie improwizować.

– Ogromnie się cieszę, że wszyscy się tu zjawiliście. Nie jestem pewien, czy wiecie, dokąd wieźli mnie dziś moi bliscy, ale to nie było dobre miejsce. To znaczy... – Zająknąłem się. – ...dla pewnych ludzi jest dobre, bo go potrzebują... tacy z prawdziwymi problemami psychicznymi... ale, mówiąc krótko, ocaliliście mi tyłek.

Pani Peregrine zmarszczyła brwi.

– To ty ocaliłeś nam... siedzenia – odezwała się Bronwyn i zerknęła na dyrektorkę. – Tylko się odwdzięczyliśmy.

– No tak, dzięki. Kiedy się zjawiliście, myślałem, że to sen, bo odkąd się poznaliśmy, przez cały marzyłem o waszej wizycie. No więc strasznie trudno było mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Tak czy inaczej chodzi o to, że jesteście tutaj bardzo mile widziani, podobnie jak ja byłem mile widzianym gościem, gdy zatrzymałem się w waszej pętli. – Pokiwałem głową i z nagłym zakłopotaniem wbiłem wzrok w podłogę. – No więc, podsumowując, strasznie się cieszę, że tu jesteście. Kocham was i koniec przemowy.

– My też cię kochamy! – Claire zerwała się na równe nogi i podbiegła, żeby mnie uścisnąć.

Dołączyły do niej Olive i Bronwyn, a po chwili niemal wszyscy ściskali mnie tak, że zabrakło mi tchu.

– Tak bardzo się cieszymy, że tu jesteśmy – wyznała Claire.

– A nie na Diabelskim Poletku – dodał Horace.

– Będziemy się świetnie bawić! – zaśpiewała Olive.

– Przepraszamy, że zniszczyliśmy część twojego domu – wtrąciła Bronwyn.

– Zniszczyliśmy? Jacy „my”? – oburzył się Enoch.

– Nie mogę oddychać – wyrzęziłem. – Za mocno ściskacie...

Odsunęli się na tyle, żebym mógł głęboko odetchnąć, a wtedy Hugh przecisnął się bliżej i dziabnął mnie palcem w pierś.

– Zdajesz sobie sprawę, że kogoś brakuje, prawda? – Samotna pszczoła latała nerwowo wokół niego. Pozostali się cofnęli, żeby zapewnić Hugh i jego rozdrażnionej pszczole trochę przestrzeni. – Jak powiedziałeś, cieszysz się, że wszyscy tu jesteśmy. No więc nie wszyscy.

Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, o co mu chodzi, i zrobiło mi się głupio.

– Przepraszam, Hugh. Nie chciałem zapomnieć o Fionie.

Opuścił wzrok na swoje pokryte meszkiem skarpetki w paski.

– Czasem mam wrażenie, że wszyscy poza mną o niej zapomnieli. – Jego dolna warga drżała, więc zacisnął pięści, żeby się opanować. – Ona żyje.

– Obyś miał rację.

Popatrzył na mnie wyzywająco.

– Żyje – powtórzył.

– Okej. Żyje.

– Naprawdę za nią tęsknię, Jacob.

– Wszyscy za nią tęsknimy – odparłem. – Nie chciałem jej pominąć i o niej nie zapomniałem.

– Przeprosiny przyjęte. – Hugh otarł twarz, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.

– Trudno uwierzyć, ale to postęp – odezwał się Millard po chwili.

– Prawie z nami nie rozmawia – dodała Emma. – Jest rozzłoszczony i nie chce stawić czoła prawdzie.

– Nie sądzicie, że Fiona może jeszcze żyć? – zapytałem.

– Moim zdaniem to mało prawdopodobne – powiedział Millard.

Pani Peregrine, która podeszła z drugiego końca pokoju, wzdrygnęła się i przyłożyła palec do ust, po czym objęła nas i wyszeptała dyskretnie:

– Rozesłaliśmy informacje do wszystkich pętli i osobliwych społeczności, z którymi utrzymujemy kontakt. Przekazaliśmy komunikaty, ulotki, fotografie, szczegółowe opisy... Wypuściłam nawet gołębie panny Wren, żeby przeszukały lasy w poszukiwaniu Fiony. Póki co nie przyniosło to żadnych rezultatów.

Millard westchnął.

– Gdyby żyła, biedactwo, pewnie już dotarłaby do nas. Nietrudno nas znaleźć.

– Chyba tak – zgodziłem się. – Ale czy ktoś próbował szukać jej... hm...

– Jej zwłok? – dopowiedział Millard.

– Millard, bardzo proszę – ofuknęła go dyrektorka.

– To było zbyt obcesowe? Powinienem wybrać mniej precyzyjne określenie?

– Najlepiej zamilknij – syknęła pani Peregrine.

Millard nie był gruboskórny. Po prostu nie bardzo zwracał uwagę na uczucia innych.

– Fiona zapewne zginęła podczas upadku w menażerii panny Wren, której pętla potem się zawaliła – dodał. – Jeśli ciało Fiony tam było, nie da się go już wydobyć.

– Zastanawiałam się, czy nie przeprowadzić uroczystości żałobnej – wyznała pani Peregrine. – Ale nie mogę nawet poruszyć tego tematu, bo Hugh wpada w głęboką depresję. Obawiam się, że jeśli będziemy zbyt mocno naciskali...

– Nawet nie chce adoptować nowych pszczół – przerwał jej Millard. – Mówi, że nie będzie ich kochał tak samo jak poprzednich, bo nie poznały Fiony. Dlatego trzyma tylko jedną, taką w raczej zaawansowanym wieku.

– Wygląda na to, że przyda mu się zmiana otoczenia – zauważyłem.

W tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. I bardzo dobrze, gdyż atmosfera w pokoju robiła się coraz cięższa.

Claire i Bronwyn zamierzały wyjść za mną na korytarz, ale pani Peregrine je powstrzymała.

– Wykluczone! – warknęła. – Jeszcze nie jesteście gotowe do rozmów ze zwykłymi ludźmi.

Nie wydawało mi się, żeby spotkanie z dostawcą pizzy stanowiło szczególne zagrożenie, ale zmieniłem zdanie tuż po otwarciu drzwi. Chłopak, który za nimi stał, usiłując nie upuścić sterty pudełek, był moim znajomym ze szkoły.

– Dziewięćdziesiąt cztery sześćdziesiąt – wymamrotał, po czym raptownie cofnął głowę, gdy mnie rozpoznał. – O szlag. Portman?

– Cześć, Justin.

Nazywał się Justin Pamperton, ale wszyscy mówili na niego Pampers. Był jednym z tych najaranych skaterów, którzy pętali się po parkingach przed naszą szkołą.

– Dobrze wyglądasz. Lepiej ci czy co?

– Ale o co chodzi? – zapytałem, właściwie nie chcąc wiedzieć.

Jak najszybciej odliczyłem odpowiednią sumę. (Wcześniej obrobiłem szufladę ze skarpetami rodziców, gdzie zawsze trzymali parę setek).

– Ludzie mówili, że ci odwaliło. Bez urazy.

– Spoko – odparłem. – Wszystko u mnie w porządku.

– No to super. – Kiwał głową jak samochodowa zabawka. – Bo obiło mi się o uszy...

Urwał w pół zdania. Ktoś w środku się śmiał.

– Stary, urządziłeś balangę?

Odebrałem pizzę i wepchnąłem mu banknoty w dłoń.

– Tak jakby. Reszta dla ciebie.

– Z dziewczynami? – Usiłował zajrzeć do środka domu, ale przesunąłem się tak, żeby nic nie widział. – Kończę za godzinę. Mogę wpaść z browarem...

Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem, żeby ktoś zniknął z mojej werandy.

– Sorry, ale to prywatna impreza.

Najwyraźniej zrobiłem na nim wrażenie.

– Nieźle się ustawiłeś, gościu! – Uniósł rękę, żeby przybić mi piątkę, ale dotarło do niego, że jestem objuczony kartonami z pizzą, więc tylko zacisnął pięść i nią potrząsnął. – Widzimy się za tydzień, Portman!

– Za tydzień?

– Szkoła, stary! Na jakim ty świecie żyjesz? – I podbiegł do samochodu, który zostawił na jałowym biegu.

Po drodze kręcił głową i chichotał do siebie.

Rozmowa ucichła, gdy dzieliliśmy się pizzą, i przez całe trzy minuty słychać było tylko mlaskanie i od czasu do czasu pełne satysfakcji pomruki. Korzystając z ciszy, powtarzałem w myślach słowa Justina. Za tydzień zaczynała się szkoła, co kompletnie wyleciało mi z głowy. Zanim rodzice uznali, że jestem psychiczny, i postanowili umieścić mnie w zakładzie, zamierzałem wrócić do szkoły. Planowałem wytrzymać w niej do końcowych egzaminów, a potem uciec do Londynu i tam dołączyć do Emmy i moich przyjaciół. Teraz jednak świat, który wydawał mi się tak niedostępny, oraz przyjaciele, którzy wydawali mi się tak odlegli, zjawili się na moim progu i w ciągu jednego wieczoru wszystko się zmieniło. Mogli wędrować wszędzie, gdzie chcieli, nie licząc się z czasem. Czy naprawdę byłem w stanie tkwić dzień po dniu na wlokących się niemiłosiernie lekcjach, przerwach i obowiązkowych apelach, gdy tyle na mnie czekało?

Może i nie byłem, ale w tym momencie nie mogłem się zdecydować. Miałem pizzę w ręce i mętlik w głowie. Zajęcia zaczynały się dopiero za tydzień, więc zostało mi trochę czasu. W tej chwili chciałem tylko jeść i cieszyć się towarzystwem przyjaciół.

– To najlepsza potrawa na świecie! – oznajmiła Claire z ustami pełnymi ciągnącego się sera. – Będę ją jadła co wieczór.

– Lepiej nie, jeśli chcesz dożyć końca tygodnia. – Horace pieczołowicie wydłubywał oliwki ze swojego kawałka. – W tym jest więcej soli niż w całym Morzu Martwym.

– Boisz się, że utyjesz? – roześmiał się Enoch. – Gruby Horace. Chciałbym to zobaczyć.

– Nie utyję, tylko dostanę wzdęcia – odparł Horace. – Moje ubrania są szyte na miarę, w przeciwieństwie do worków na mąkę, które ty nosisz.

Enoch zerknął na swoją odzież – szarą koszulę bez kołnierzyka, czarną kamizelkę, wystrzępione czarne spodnie i buty z lakierowanej skóry, która już dawno temu utraciła blask.

– Są z Pahyża – powiedział z udawanym francuskim akcentem. – Od pewnego eleganta, który już ich nie potrzebował.

– Od martwego eleganta – sprecyzowała Claire, z niesmakiem wykrzywiając usta.

– Domy pogrzebowe to najlepsze na świecie butiki z używaną odzieżą. – Enoch odgryzł potężny kawałek pizzy. – Trzeba tylko przejąć strój, zanim jego dotychczasowy właściciel zacznie przeciekać.

– Właśnie straciłem apetyt. – Horace postawił talerz na stoliku.

– Proszę to podnieść i dokończyć – zażądała pani Peregrine. – Nie będziemy marnować żywności.

Horace westchnął i wziął do ręki talerz.

– Czasem zazdroszczę Nullingsowi. Mógłby utyć pięćdziesiąt kilogramów i nikt by tego nie zauważył.

– Dla twojej informacji, jestem smukły – oświadczył Millard, po czym usłyszeliśmy dźwięk, który mógł towarzyszyć tylko i wyłącznie plaśnięciu dłonią o nagi brzuch. – Chodź, dotknij, jeśli nie wierzysz.

– Raczej nie, dziękuję.

– Bój się dzioba, Millard! Natychmiast się ubierz – rozkazała pani Peregrine. – Co mówiłam o niepotrzebnej nagości?

– A jakie to ma znaczenie, skoro nikt mnie nie widzi? – spytał Millard.

– To w złym guście.

– Ale jest tak gorąco!

– Nie będę dwa razy powtarzać, panie Nullings!

Millard wstał z sofy, wymamrotał coś na temat pruderii i wyszedł. Po chwili wrócił z ręcznikiem kąpielowym owiniętym luźno wokół talii. To również nie spodobało się pani Peregrine, więc ponownie go odesłała. Za drugim razem pojawił się w ubraniach, które powyciągał z mojej szafy, czyli w traperach, wełnianych spodniach, kurtce, szaliku, czapce i rękawiczkach.

– Millard, dostaniesz udaru! – wykrzyknęła Bronwyn.

– Przynajmniej nikt nie będzie wyobrażał mnie sobie gołego jak święty turecki – oświadczył.

Jego słowa oczywiście poirytowały panią Peregrine, która oznajmiła, że pora na kolejny obchód, i wyszła.

Wielu z nas wybuchnęło długo wstrzymywanym śmiechem.

– Widzieliście jej minę? – zapytał Enoch. – Była gotowa cię zabić, Nullings!

Dynamika między dziećmi a panią Peregrine nieco się zmieniła. Teraz zachowywały się bardziej jak nastolatki, prawdziwe nastolatki, próbujące badać granice jej władzy.

– Wszyscy jesteście bardzo niegrzeczni! – powiedziała Claire. – Uspokójcie się natychmiast!

Jak widać, nie każdy się buntował.

– Nie męczy cię to pouczanie na temat każdego drobiazgu? – zapytał ją Millard.

– Drobiazgu! – powtórzył Enoch i ponownie wybuchnął śmiechem. – Millard ma... Au!

Claire ugryzła go w ramię ustami z tyłu głowy.

– Nie, nie męczy mnie to – odparła, kiedy Enoch rozcierał obolałe miejsce. – I to dziwne, że bez konkretnego powodu chodzisz na golasa w mieszanym towarzystwie.

– Ech, banialuki – burknął Millard. – Przeszkadza to komuś jeszcze?

Wszystkie dziewczyny uniosły ręce, a wtedy westchnął ciężko.

– No cóż... Wobec tego postaram się zawsze nosić kompletne ubranie, żeby podstawowe elementy anatomii człowieka nie budziły niczyjego skrępowania.

Nie mogliśmy przestać rozmawiać. Tyle było do nadrobienia. Bez trudu powróciliśmy do dawnej zażyłości, jakbyśmy rozstali się zaledwie na kilka dni, a przecież minęło niemal półtora miesiąca. Sporo się wydarzyło przez te tygodnie, w każdym razie u nich, a niewiele o tym wiedziałem, gdyż Emma rzadko przysyłała mi listy z nowinami. Dzieciaki na zmianę opisywały swoje przygody podczas wędrówek po osobliwych miejscach, dokąd moi przyjaciele trafiali dzięki pantransportikum. Rzecz jasna, odwiedzali tylko pętle przebadane przez ymbrynki i uznane za bezpieczne. Na razie jeszcze nie było wiadomo, co się kryje za wszystkimi drzwiami pantransportikum.

Zajrzeli do pętli w dawnej Mongolii i obserwowali osobliwego pasterza, który posługiwał się językiem owiec, dzięki czemu mógł wypasać stado bez pomocy psa czy choćby kija. Wystarczało, że wydawał zwierzętom komendy. Olive najbardziej przypadła do gustu wyprawa do pętli w północnoafrykańskich górach Atlas, gdzie w pewnym małym miasteczku wszyscy osobliwcy unosili się w powietrzu tak jak ona. Nad całym miastem wisiały rozpięte sieci, żeby ludzie mogli poruszać się bez obciążników, dzięki czemu skakali z miejsca na miejsce jak akrobaci w stanie nieważkości. Pętla w Amazonii też była popularnym celem podróży. Znajdowało się tam fantastyczne miasto w dżungli, stworzone ze splątanych drzew, korzeni i gałęzi, które tworzyły drogi, mosty i domy. Tamtejsi osobliwcy panowali nad roślinnością tak jak Fiona, co do tego stopnia poruszyło i przygnębiło Hugh, że niemal natychmiast uciekł z pętli z powrotem na Diabelskie Poletko.

– Było gorąco i roiło się od robali – powiedział Millard. – Ale miejscowi traktowali nas niesamowicie życzliwie, a w dodatku nauczyliśmy się od nich robić fantastyczne lekarstwa z roślin.

– Łowili ryby na specjalną truciznę, która otępia zdobycz, ale jej nie zabija – dodała Emma. – Dzięki temu mogli wyciągać z wody tylko wybrane przez siebie sztuki. Genialne.

– Odbyliśmy też kilka innych wycieczek – wtrąciła Bronwyn. – Em, pokaż Jacobowi zdjęcia!

Emma, która siedziała obok mnie na sofie, zerwała się z miejsca i pobiegła po fotografie, które miała w swoim bagażu. Wróciła po chwili ze zdjęciami w dłoni, a my zebraliśmy się wokół lampy podłogowej, żeby się im lepiej przyjrzeć.

– Dopiero niedawno sięgnęłam po aparat i tak naprawdę nie wiem, co robię...

– Nie bądź taka skromna – powiedziałem. – Wysłałaś mi kilka zdjęć razem z listami. Były świetne.

– O kurczę, zapomniałam.

Emma nie była chwalipiętą, ale nie kryła dumy, kiedy coś jej wychodziło. Jeśli teraz krępowało ją pokazywanie zdjęć, to tylko dlatego, że wysoko ustawiła sobie poprzeczkę. Na szczęście dla nas obojga – bo raczej nie potrafiłbym udawać entuzjazmu – miała wrodzony talent. O ile jednak kompozycja, kadrowanie i naświetlenie były w porządku (nie to, żebym się na tym znał), to o jakości zdjęć przesądzała tematyka, zarazem ciekawa i straszna.

Na pierwszym znajdowało się kilkanaście osób z epoki wiktoriańskiej, w swobodnych piknikowych pozach, na szaleńczo powykrzywianych dachach domów, które wyglądały jak wymiecione ręką wściekłego olbrzyma.

– Trzęsienie ziemi w Chile – wyjaśniła. – Odbitka jest wykonana na nietrwałym papierze, który niestety fatalnie się postarzał, kiedy opuściliśmy Diabelskie Poletko.

Przeszła do następnego zdjęcia: pociągu, który wypadł z torów i przewrócił się na bok. Dzieci, zapewne osobliwe, siedziały i stały dookoła, uśmiechnięte, jakby się świetnie bawiły.

– Katastrofa kolejowa – powiedział Millard. – Pociąg transportował jakieś lotne chemikalia. Kilka minut po zrobieniu tego zdjęcia odeszliśmy na bezpieczną odległość i patrzyliśmy, jak skład zajmuje się ogniem i wybucha w niesamowity sposób.

– Jaki był cel tych wycieczek? – zapytałem. – To chyba znacznie mniej zabawne niż zwiedzanie jakiejś fajnej pętli w Amazonii.

– Pomagaliśmy Sharonowi – wyjaśnił Millard. – Pamiętasz go? Tego wysokiego przewoźnika z Diabelskiego Poletka? Przyjaźnił się ze szczurami.

– Jak miałbym zapomnieć?

– Właśnie dopracowuje nową, udoskonaloną wersję swojego pakietu turystycznego „Głód i pożoga” z wykorzystaniem pętli dostępnych przez pantransportikum. Poprosił, żebyśmy przetestowali wersję roboczą. Poza trzęsieniem ziemi w Chile i wykolejeniem lokomotywy jest jeszcze miasteczko w Portugalii, gdzie padał krwawy deszcz.

– Poważnie? – zdziwiłem się.

– Ja się tam nie wybrałam – poinformowała mnie Emma.

– I dobrze – powiedział Horace. – Plamy z naszych ubrań nie zeszły.

– Wygląda na to, że bawiliście się znacznie lepiej ode mnie – zauważyłem. – Od naszego spotkania wyszedłem z domu góra sześć razy.

– Mam nadzieję, że to się zmieni – wtrąciła Bronwyn. – Zawsze chciałam zobaczyć Amerykę, zwłaszcza w obecnych czasach. Czy Nowy Jork jest bardzo daleko stąd?

– Obawiam się, że tak – odparłem.

– Och. – Zgarbiła się na sofie i poprawiła poduszki.

– Ja chętnie pojechałabym do Muncie w stanie Indiana – odezwała się Olive. – W przewodniku napisano, że nie zna życia ten, kto nie widział Muncie.

– W jakim przewodniku?

– Osobliwa planeta: Ameryka Północna. – Olive uniosła książkę w podniszczonej zielonej okładce. – To przewodnik turystyczny dla osobliwców. Sześć lat z rzędu ogłaszał Muncie Najprzeciętniejszym Miastem Ameryki. Jest totalnie zwyczajne pod każdym względem.

– Ta książka ogromnie się zestarzała – zauważył Millard. – Zapewne jest całkiem bezużyteczna.

Olive go zignorowała.

– Podobno nigdy nie wydarzyło się tam nic niezwykłego ani nadzwyczajnego. Nigdy!

– W przeciwieństwie do ciebie, nie wszyscy z nas uważają zwykłych ludzi za tak interesujących – zwrócił się do niej Horace. – A poza tym z pewnością kręci się tam mnóstwo osobliwych turystów.

Olive, która nie miała na sobie ołowianych bucików, uniosła się nad stolik, przefrunęła nad sofę i upuściła przewodnik na moje kolana. Był otwarty na stronie opisującej jedyną przyjazną osobliwcom kwaterę w pobliżu Muncie. Miejsce nazwane „Zgryzem klauna” mieściło się w pętli na przedmieściach. Jak nietrudno się domyślić, chodziło o lokal pod podniebieniem gigantycznego gipsowego klauna, z wejściem między jego zębatymi szczękami.

Wzdrygnąłem się i popatrzyłem, jak książka się zamyka.

– Nie musimy jechać aż do Indiany, żeby znaleźć przeciętne miejsca – powiedziałem. – Możesz mi wierzyć, że tutaj, w Englewood, też ich nie brakuje.

– Pozostali niech robią, co im się podoba – oświadczył Enoch. – Jeśli o mnie chodzi, przez najbliższych kilka tygodni zamierzam spać do południa i grzebać palcami stóp w ciepłym piasku.

– To miłe – przyznała Emma. – Macie tu gdzieś blisko plażę?

– Po drugiej stronie ulicy – odparłem.

Jej oczy rozbłysły.

– Nienawidzę plaż – mruknęła Olive. – Nie wolno mi zdejmować tych głupich metalowych bucików, a to psuje całą frajdę.

– Możemy przywiązać cię do skały blisko brzegu – zaproponowała Claire.

– Co za rozkosz – wymamrotała Olive, po czym zabrała Osobliwą planetę z moich kolan i odfrunęła w kąt pokoju. – Złapię pociąg do Muncie i tyle mnie zobaczycie.

– Niczego takiego nie zrobisz. – Do pokoju weszła pani Peregrine, a ja pomyślałem, że zamiast iść na obchód, podsłuchiwała nas z korytarza. – Naturalnie, zasłużyłyście na odpoczynek, drogie dzieci, ale obowiązki nie pozwalają nam na próżnowanie przez najbliższe tygodnie.

– Co?! – oburzył się Enoch. – Doskonale pamiętam, jak mówiła pani, że jesteśmy na wakacjach.

– Połączonych z pracą. Nie stać nas na marnowanie okazji do wynikającej z naszego przybycia nauki.

Na dźwięk słowa „nauka” w pokoju rozległy się jęki.

– Czy i tak nie mamy za dużo lekcji? – poskarżyła się Olive. – Jeszcze trochę i mózg wypłynie mi uszami.

Pani Peregrine rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie i energicznym krokiem przeszła na środek pokoju.

– Nie chcę już słyszeć ani słowa skargi – oświadczyła. – Dzięki świeżo ofiarowanej wam swobodzie przemieszczania się będziecie ogromnie potrzebni przy pracach rekonstrukcyjnych. Odpowiednie przygotowanie sprawi, że pewnego dnia zostaniecie ambasadorami w innych osobliwych narodach. Będziecie badaczami nowych pętli oraz terytoriów, planistami, kartografami, przywódcami i budowniczymi, niezbędnymi do odbudowy naszego świata i pokonania upiorów. Nie chcecie tego?

– Oczywiście, że chcemy – odparła Emma. – Ale co to ma wspólnego z wakacjami?

– Zanim wcielicie się w którąkolwiek z tych ról, będziecie musieli się nauczyć funkcjonowania w tym świecie, w teraźniejszości. W Ameryce. Musicie się zapoznać z jej sposobem mówienia i obyczajami, aby móc uchodzić za zwykłych ludzi. Jeśli to się wam nie uda, staniecie się zagrożeniem dla siebie i dla nas wszystkich.

– Więc co właściwie mamy robić? – spytał Horace. – Wziąć lekcje zwyczajności?

– Owszem. Chcę, żebyście przyswoili sobie wszystko, co się da, gdy tu jesteście, a nie tylko smażyli umysły w słońcu. I tak się składa, że znam bardzo zdolnego nauczyciela. – Pani Peregrine odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. – Panie Portman, czy przyjmie pan tę posadę?

– Ja? – zdziwiłem się. – Nie jestem ekspertem od zwyczajności. Nie bez powodu tak dobrze się czuję w waszym towarzystwie.

– Pani P. ma rację – wtrąciła Emma. – Idealnie się do tego nadajesz. Mieszkasz tu od urodzenia. Dorastałeś w przekonaniu, że jesteś zwyczajny, chociaż jesteś jednym z nas.

– Cóż, planowałem spędzić kilka następnych tygodni w pokoju bez klamek – odparłem. – Ale skoro tak nie będzie, chyba mogę was czegoś nauczyć.

– Lekcje normalności! – ucieszyła się Olive. – Ale fajnie!

– Mamy sporo materiału do przerobienia – oświadczyłem. – Od czego zacząć?

– Zaczniemy rano – powiedziała pani Peregrine. – Robi się późno. Powinniśmy iść spać.

Miała rację. Dochodziła północ, a moi przyjaciele rozpoczęli dzień na Diabelskim Poletku dwadzieścia trzy godziny (i sto trzydzieści parę lat) temu. Wszyscy byliśmy wyczerpani. Znalazłem dla nich miejsca do spania w naszych gościnnych pokojach i na sofach, a dla Enocha na stercie koców w schowku, gdyż lubił sypiać w ciemnych i przypominających gniazda miejscach. Pani Peregrine zaoferowałem łóżko rodziców, gdyż i tak nie mogli dziś z niego skorzystać.

– Miło mi, że pan to proponuje, jednak niech podzielą się nim Bronwyn i panna Bloom. Tej nocy ja stanę na warcie. – Popatrzyła na mnie wymownie, jakby chciała powiedzieć: I nie chodzi mi tylko o dom.

Omal nie przewróciłem oczami. Proszę się nie martwić, chciałem powiedzieć. Emma i ja się nie śpieszymy. Tylko czy to w ogóle była jej sprawa? Tak mnie zirytowała, że w chwili, gdy wyszła odłożyć Olive i Claire do łóżek, ruszyłem na poszukiwania Emmy.

– Chcesz zobaczyć mój pokój? – zapytałem.

– No jasne – odparła, po czym przekradliśmy się korytarzem i schodami na górę.

Usłyszałem głos pani Peregrine w jednym z gościnnych pokojów, gdzie śpiewała cichą i smutną kołysankę. Jak wszystkie kołysanki osobliwców, ta również była przygnębiająca i długa, a opowiadała o dziewczynie, która przyjaźniła się jedynie z duchami. Mieliśmy co najmniej kilka minut, zanim pani P. zacznie szukać Emmy.

– W moim pokoju jest bałagan – ostrzegłem ją.

– Spałam w sali z dwoma tuzinami dziewczyn – odparła. – Nie da się mnie zaszokować.

Wpadliśmy ze schodów do mojego pokoju. Gdy zapaliłem światło, Emma otworzyła szeroko usta.

– Co to za rzeczy? – zapytała zdumiona.

– A, tak – mruknąłem.

Zastanawiałem się, czy popełniłem błąd. Tłumaczenie się z wystroju wnętrza musiało zająć sporo czasu, który mogliśmy przeznaczyć na przytulanki.

Trzymałem u siebie nie rzeczy, a kolekcje, w dodatku było ich niemało. Stały na regałach pod ścianami. Nie zbierałem przedmiotów ze śmietnika ani nie chomikowałem rzeczy przeznaczonych do wyrzucenia, ale między innymi dzięki kolekcjonowaniu radziłem sobie w dzieciństwie z samotnością. Kiedy człowiek przyjaźni się z siedemdziesięciopięcioletnim dziadkiem, spędza mnóstwo czasu na dziadkowych rozrywkach. Dla nas były to wyprzedaże garażowe każdego sobotniego poranka. (Dziadek Portman może i był osobliwym bohaterem wojennym oraz nieprzejednanym łowcą głucholców, ale mało co kręciło go bardziej niż okazyjne zakupy).

Na każdej wyprzedaży wolno mi było wybrać jeden przedmiot, pod warunkiem że kosztował mniej niż pół dolara. Jeśli to pomnożyć przez kilka wyprzedaży co weekend, od razu widać, w jaki sposób przez dziesięć lat zebrałem ogromną liczbę starych płyt, tanich powieści kryminalnych z kretyńskimi okładkami, mnóstwo kart baseballowych (choć baseball kompletnie mnie nie interesował), czasopism „MAD” i innych rzeczy, obiektywnie śmieci, które ustawiałem na półkach niczym skarby. Rodzice często błagali, żebym przetrzebił zbiory i większość wyrzucił, i nawet podejmowałem takie próby. Ponieważ jednak robiłem to bez przekonania, nigdy nie udało mi się osiągnąć celu. Reszta domu była tak duża, nowoczesna i bez wyrazu, że puste przestrzenie zaczęły mnie przerażać, więc pragnąłem zapełnić przedmiotami jeden jedyny pokój, nad którym miałem jakąś kontrolę. I właśnie dlatego nie tylko zapełniłem półki, lecz na dodatek jedną ze ścian zakleiłem od góry do dołu mapami, a drugą starymi okładkami płyt.

– O rany. Naprawdę lubisz muzykę! – Emma oderwała się ode mnie i podeszła do okładek pokrywających ścianę niczym łuski.

Ogarniała mnie niechęć do mojego wystroju, który rozpraszał Emmę.

– Chyba jak wszyscy – odparłem.

– Nie wszyscy tapetują ściany okładkami płyt.

– Lubię starsze kawałki – wyjaśniłem.

– Och, ja też – powiedziała. – Nie lubię tych nowych grup, głośnych gitar i długich włosów.

Wzięła do ręki egzemplarz Meet the Beatles! i zmarszczyła nos.

– Ta płyta wyszła jakieś... pół wieku temu?

– Tak jak powiedziałam, nie lubię nowych zespołów. Ale nigdy nie wspomniałeś, że jesteś takim fanem muzyki. – Przeszła wzdłuż ściany, wodząc dłonią po płytach i przyglądając się wszystkiemu. – Jest mnóstwo rzeczy, których o tobie nie wiem, choć bardzo bym chciała.

– Rozumiem, o co ci chodzi – mruknąłem. – Czuję się tak, jakbyśmy pod pewnymi względami znali się bardzo dobrze, ale pod innymi jakbyśmy dopiero co się spotkali.

– Na naszą obronę można powiedzieć, że oboje byliśmy bardzo zajęci takimi sprawami, jak ratowanie życia sobie i ymbrynkom. Teraz jednak mamy czas.

„Mamy czas”. Za każdym razem, gdy słyszałem te słowa, przeszywał mnie silny dreszcz, niczym prąd. Wiedziałem, że to może oznaczać wszystko.

– Puść mi którąś. – Emma wskazała głową ścianę. – Ulubioną.

– Nie wiem, czy mam ulubioną – odparłem. – Tyle ich jest.

– Chcę z tobą zatańczyć. Wybierz coś do tańca.

Uśmiechnęła się i ponownie skupiła na oglądaniu przedmiotów. Po chwilowym namyśle odszukałem Harvest Moon Neila Younga. Wysunąłem album z koperty, położyłem go na gramofonie, po czym ostrożnie opuściłem igłę na przerwę między trzecią a czwartą piosenką. Rozległ się łagodny trzask, a po nim dźwięki tytułowego utworu, smutne i chwytające za serce. Miałem nadzieję, że Emma dołączy do mnie na środku pokoju, gdzie zrobiłem trochę miejsca do tańca, ale ona podeszła do ściany z mapami. Były ich całe warstwy – mapy świata, plany miast i metra, a także składane na trzy części mapy ze starych wydań „National Geographic”.

– Są niesamowite, Jacob.

– Lubiłem spędzać czas na wyobrażaniu sobie, że jestem gdzie indziej – odpowiedziałem.

– Ja też.

Podeszła do mojego łóżka pod ścianą, otoczonego mapami, i wspięła się na nie, żeby lepiej widzieć.

– Czasem przypominam sobie, że masz tylko szesnaście lat – westchnęła. – Prawdziwe szesnaście. Nie mieści mi się to w głowie.

Odwróciła się i spojrzała na mnie z zadumą.

– Dlaczego tak mówisz? – zapytałem.

– Sama nie wiem. To po prostu dziwne. Nie wyglądasz na szesnastolatka.

– A ty nie wyglądasz na dziewięćdziesięcioośmiolatkę.

– Mam tylko osiemdziesiąt osiem lat.

– Aha, w takim razie zdecydowanie wyglądasz na osiemdziesięcioośmiolatkę.

Roześmiała się i pokręciła głową, po czym znów spojrzała na ścianę.

– Chodź tutaj – powiedziałem. – Zatańcz ze mną.

Chyba mnie nie usłyszała. Przysunęła się do najstarszej części mojej ściany z mapami, tymi, którymi zajmowałem się razem z dziadkiem, mając osiem czy dziewięć lat. Rysowałem je na wszystkim, od papieru milimetrowego do kartonu. Spędziliśmy na tym wiele długich letnich dni. Wymyślaliśmy symbole kartograficzne, rysowaliśmy dziwne stworzenia na marginesach, a niekiedy zdarzało się nam zastąpić prawdziwe miejsca na mapach wymyślonymi. Kiedy uświadomiłem sobie, w co się wpatrywała, poczułem ucisk w sercu.

– Czy to pismo Abe’a? – zapytała.

– Podejmowaliśmy się razem rozmaitych projektów. W sumie był moim najlepszym przyjacielem.

Emma pokiwała głową.

– Moim też. – Powiodła palcem po napisanych przez dziadka słowach „jezioro Okeechobee”, po czym odwróciła się od mapy i zeszła z łóżka. – Ale to było dawno temu.

Zbliżyła się do mnie, wzięła mnie za ręce i oparła głowę na moim ramieniu. Zaczęliśmy się kołysać w rytmie muzyki.

– Przepraszam – powiedziałem. – To mnie zaskoczyło.

– W porządku. Byliście ze sobą tak długo. A teraz jesteś tutaj...

Poczułem, że kręci głową. Nie psujmy tego. Wysunęła dłonie z moich i objęła mnie w pasie. Dotknąłem policzkiem jej czoła.

– Wyobrażasz sobie czasem, że jesteś gdzie indziej? – zapytała.

– Już nie – odparłem. – Po raz pierwszy od bardzo dawna cieszę się, że jestem tutaj.

– Ja też.

Pocałowałem ją, gdy podniosła głowę z mojego ramienia.

Tańczyliśmy i całowaliśmy się aż do końca piosenki. Pokój wypełnił się cichym szumem, ale nadal tańczyliśmy, gdyż jeszcze nie byliśmy gotowi na koniec tej chwili. Próbowałem zapomnieć o tym, jak się potoczyła nasza historia i jak się czułem, kiedy Emma wspomniała o dziadku. Przechodziła przez coś i to było w porządku, nawet jeśli tego nie rozumiałem.

Teraz liczył się tylko fakt, że jesteśmy razem i nic nam nie grozi. Tyle na razie wystarczało. To i tak było więcej niż dotąd. Żaden zegar nie odliczał czasu do chwili, w której Emma zgaśnie i obróci się w proch. Żadne bombowce nie podpalały świata wokół nas. Żaden głucholec nie czaił się za drzwiami. Nie miałem pojęcia, co przyniesie przyszłość, ale ten moment wystarczył, abym uwierzył, że spędzimy ją razem.

Usłyszałem dobiegający z dołu głos pani Peregrine. To był sygnał.

– Do jutra – wyszeptała mi do ucha Emma. – Dobranoc, Jacob.

Znów się pocałowaliśmy. To było niczym elektryczny wstrząs, czułem mrowienie w całym ciele. Potem wyśliznęła się z pokoju i pozostałem sam, po raz pierwszy od przybycia moich przyjaciół.

Tamtej nocy prawie nie spałem, i to wcale nie przez chrapanie Hugh, który zasnął na stosie koców na mojej podłodze, tylko przez szum w głowie, wypełnionej niepewnością i niezwykłymi, nowymi perspektywami. Opuściłem Diabelskie Poletko, żeby wrócić do domu, bo uznałem, że skończenie liceum i obecność rodziców w moim życiu to ważne cele, dla których mogę znieść jeszcze parę lat życia w Englewood. Tyle że czas pomiędzy chwilą obecną a końcem szkoły zapowiadał się na wyjątkową torturę, zwłaszcza po tym, jak Emma i moi przyjaciele utknęli w pętlach po drugiej stronie Atlantyku.

Wiele jednak się zmieniło w ciągu jednej nocy. Może już nie musiałem czekać. Może nie musiałem wybierać między jednym a drugim: osobliwym i normalnym, tym życiem a tamtym. Chciałem i potrzebowałem obu, choć nie w takim samym stopniu. Nie interesowała mnie zwyczajna praca ani małżeństwo z kimś, kto nie rozumie, kim jestem, ani też wychowywanie dzieci, przed którymi musiałbym utrzymywać połowę życia w sekrecie, tak jak dziadek.

Nie chciałem jednak również przejść przez życie jako frajer bez wykształcenia. Trudno przecież wpisać w CV „poskramiacz głucholców”. Mimo że mama i tata raczej nie mieli szans na nagrodę dla rodziców roku, ciężko mi było odciąć się od nich i od normalnego świata, choć już nie pamiętałem, jak się po nim poruszać. Osobliwy świat mnie oczarował i bez niego nie mogłem być sobą, niemniej bywał również niezwykle stresujący i trudny do udźwignięcia. Żeby na dłuższą metę pozostać przy zdrowych zmysłach, musiałem utrzymać związek z normalnym życiem. Potrzebowałem tej równowagi.

Następny rok czy dwa lata wcale nie musiały się okazać wyrokiem więzienia, jak się tego wcześniej obawiałem. Doszedłem do wniosku, że być może uda mi się być z przyjaciółmi i jednocześnie mieć dom oraz rodzinę. Emma mogłaby przecież chodzić ze mną do szkoły, a właściwie to nawet wszystkie osobliwe dzieciaki! Razem chodzilibyśmy na lekcje, lunche i głupie szkolne tańce. No jasne – gdzie lepiej uczyć się o życiu i zwyczajach zwykłych nastolatków niż w liceum? Po jednym semestrze byliby w stanie udawać zwyczajniaków (przecież nawet ja się tego nauczyłem) i wtopić się w otoczenie po tym, jak wypłyniemy na szerokie wody osobliwej Ameryki. Gdyby czas pozwolił, wracalibyśmy na Diabelskie Poletko, aby pomóc sprawie, przyczynić się do odbudowy pętli i ewentualnie zabezpieczyć osobliwy świat przed przyszłymi zagrożeniami.

Niestety, kluczem do tego wszystkiego byli moi rodzice – mogli nam ułatwić zadanie albo stanąć na drodze. Gdyby tylko dało się sprawić, żeby moi przyjaciele przebywali w pobliżu, a rodzice nie wpadli w szał! Żebyśmy nie musieli chodzić na palcach w nieustannej obawie, że przypadkowo widząc jakiś przejaw naszej osobliwości, rodzice wybiegną z krzykiem na ulicę i rozpęta się piekło.

Musiało być coś, co mógłbym im powiedzieć, żeby uwierzyli, jakiś sposób na wytłumaczenie obecności niezwykłych przyjaciół, a może nawet na wyjaśnienie ich umiejętności. Przetrząsałem umysł w poszukiwaniu idealnej bajeczki. Byli uczniami z wymiany, których poznałem w Londynie. Ocalili mi życie, przyjęli mnie do siebie, chciałem się odwdzięczyć. (W zasadzie nie było to dalekie od prawdy). Osiągnęli wielką wprawę w sztuce iluzji i jako mistrzowie-prestidigitatorzy do tego stopnia dopracowali swoje sztuczki, że nie dało się powiedzieć, jak je wykonują.

Kto wie, może był jakiś sposób. Jeśli tak, wszystko miało szansę się ułożyć, i to nie najgorzej.

Mój umysł nigdy nie ustawał w podsycaniu nadziei.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki