Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 0 min Lektor: Krzysztof Banaszyk

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 0 min Lektor: Krzysztof Banaszyk

Opis ebooka Osobliwy dom pani Peregrine - Ransom Riggs

Jacob wyrusza na odciętą od świata wyspę, by zgłębić jej tajemnice. Co jest prawdą, a co urojeniem? Czas ucieka, a pewne pytania nie mogą pozostać bez odpowiedzi zbyt długo...

Życie Jacoba nie zapowiadało się ekscytująco. Pogodził się z myślą, że nigdy nie zostanie odkrywcą i nigdy nie będzie miał wielu przyjaciół. Ważne miejsce w jego życiu zajmował dziadek. To on najbardziej mu imponował i to on opowiadał mu najlepsze historie na dobranoc o pogodnym sierocińcu na walijskiej wysepce, ukrytym przed złem, wojną i potworami. Aż pewnego dnia dziadek Portman umarł w niejasnych okolicznościach. I wtedy wszystko się zaczęło...

Jacob wyrusza na odciętą od świata wyspę, by zgłębić jej tajemnice. Czy zmierzy się z potworami ze swoich snów? Czy osobliwe dzieci ze starych fotografii naprawdę istniały? Co jest bajką, a co prawdą? Co jest faktem, a co urojeniem?

Opinie o ebooku Osobliwy dom pani Peregrine - Ransom Riggs

Fragment ebooka Osobliwy dom pani Peregrine - Ransom Riggs

Tytuł oryginału: MISS PEREGRINE’S HOME FOR PECULIAR CHILDREN
Copyright © 2011 by Ransom Riggs All rights reserved First published in English by Quirk Books, Philadelphia, Pennsylvania. Copyright © 2012 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Fotografia na okładce dzięki uprzejmości Yefima Tovbisa
Projekt oryginalny książki: DOOGIE HORNER
Opracowanie polskiej wersji okładki: RAFAEL MARTINS
Wydanie I elektroniczne
ISBN 978-83-7278-778-1
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznańwww.mediarodzina.plmediarodzina@mediarodzina.pl
Konwersja: eLitera s.c.
Prolog

Kiedy w końcu zdołałem pogodzić się z myślą, że będę wiódł całkiem zwyczajne życie, znienacka wokół mnie zaczęły się dziać niezwykłe rzeczy. Pierwsza okazała się upiornym wstrząsem i jak wszystko, co na zawsze odmienia człowieka, podzieliła moje życie na Przed i Po. I ona, i późniejsze nadzwyczajne wydarzenia związane były z moim dziadkiem Abrahamem Portmanem.

Jako dziecko uważałem dziadka za najbardziej fascynującą osobę na świecie. Mieszkał w sierocińcu, walczył na wojnach, przemierzał oceany parowcem, a pustynie na końskim grzbiecie, występował w cyrku, wiedział wszystko o broni, samoobronie i sztuce przetrwania, a do tego porozumiewał się w trzech obcych językach. Chłopakowi, który nigdy nie wyściubił nosa z Florydy, wydawało się to niesłychanie egzotyczne, więc przy każdym spotkaniu błagałem dziadka o nowe historie. Zawsze ustępował i opowiadał mi je niczym sekrety, które tylko ja miałem prawo znać.

W wieku sześciu lat doszedłem do wniosku, że chcąc wieść życie choćby po części równie interesujące jak życie dziadka, muszę zostać odkrywcą. To jedyna szansa. Dziadek wspierał mnie w tym postanowieniu i całymi popołudniami tkwił razem ze mną nad mapami, planując fikcyjne wyprawy za pomocą szpilek o czerwonych łebkach i opowiadając mi o rozmaitych fantastycznych miejscach, które pewnego dnia odkryję. W domu wyrażałem swoje ambicje poprzez paradowanie z kartonową tubą przy oku oraz wrzaski typu „Ziemia na horyzoncie!” czy „Przygotować zwiad!”, aż zirytowani rodzice wyrzucali mnie za drzwi. Pewnie niepokoiło ich, że dziadek zarazi mnie chorobliwym marzycielstwem, z którego nigdy się nie wyleczę, i że te fantazje całkowicie przesłonią mi bardziej przyziemne cele. Któregoś dnia mama kazała mi usiąść i wyjaśniła, że nie mogę zostać odkrywcą, gdyż wszystkie miejsca na Ziemi już odkryto. Urodziłem się zbyt późno.

Poczułem się tak, jakby mnie z czegoś obrabowano.

Poczułem się jeszcze gorzej, kiedy uświadomiłem sobie, że większość najciekawszych opowieści dziadka nie mogła być prawdą. Te dziwaczne zawsze wiązały się z jego dzieciństwem. Urodził się w Polsce, ale w wieku dwunastu lat trafił do sierocińca w Walii. Zapytany, dlaczego musiał rozstać się z rodzicami, niezmiennie odpowiadał, że goniły go potwory i że w Polsce się od nich roiło.

— Jakie potwory? — pytałem z szeroko otwartymi oczami.

— Ohydnie zgarbione, z gnijącą skórą i czarnymi oczami — wyjaśniał mi zgodnie z naszym niepisanym rytuałem. — O, tak chodziły! — I powłócząc nogami, ruszał za mną jak potwór ze starych filmów, a ja ze śmiechem uciekałem.

Za każdym razem, gdy je opisywał, dorzucał nowy upiorny szczegół: potwory śmierdziały jak gnijące resztki; można było zobaczyć tylko ich cień; w ich ustach wiły się macki, którymi w jednej chwili potwory chwytały ofiarę, żeby capnąć ją potężnymi szczękami. Wkrótce zacząłem mieć problemy z zasypianiem, bo moja wybujała wyobraźnia przemieniała pisk opon na mokrej jezdni w ciężki oddech tuż za oknem, a cienie pod drzwiami w skręcone macki. Czułem lęk przed potworami, ale jednocześnie uwielbiałem wyobrażać sobie, jak dziadek je pokonuje i potem mi o tym opowiada.

Jeszcze bardziej niezwykłe były jego opowieści o życiu w walijskim sierocińcu. Mówił, że to zaczarowane miejsce zaprojektowano tak, by strzegło dzieci przed potworami. Zostało wzniesione na wyspie, gdzie codziennie świeciło słońce i nikt nigdy nie chorował ani nie umierał, a wszyscy mieszkali w wielkim domu strzeżonym przez stare mądre ptaszysko. Tak przynajmniej twierdził dziadek, jednak gdy zacząłem dorastać, nabrałem wątpliwości. Kiedy miałem siedem lat, zapytałem go pewnego popołudnia:

— Jakie ptaszysko?

Patrzyłem na niego sceptycznie znad stolika, przy którym pozwalał mi wygrać w monopol.

— Wielki sokół, co palił fajkę — odparł.

— Chyba masz mnie za głupka, dziadku.

Dziadek zaczął się bawić topniejącym stosikiem pomarańczowych i niebieskich banknotów.

— Nigdy bym tak o tobie nie pomyślał, Yacob — powiedział po chwili.

Wiedziałem, że go obraziłem, bo polski akcent, którego nie zdołał do końca się pozbyć, teraz ujawnił się w całej krasie i zamiast „bym” usłyszałem „bych”, a w miejsce „pomyślał” pojawiło się „pomyśleł”. Poczułem się winny i postanowiłem odsunąć od siebie wątpliwości.

— Ale dlaczego te potwory chciały was skrzywdzić? — dopytywałem się.

— Bo nie byliśmy tacy jak inni. Byliśmy osobliwi.

— Jak osobliwi?

— Och, na przeróżne sposoby — odrzekł. — Jedna dziewczynka umiała latać, inny chłopiec nosił w sobie pszczoły, a rodzeństwo, chłopiec i dziewczynka, potrafiło unieść wysoko olbrzymie głazy.

Trudno było się połapać, czy mówił serio. Z drugiej strony jednak dziadek nie był typem dowcipnisia. Na widok mojej niepewnej miny zmarszczył czoło.

— W porządku, nie musisz mi wierzyć na słowo — burknął. — Mam zdjęcia!

Odsunął składane krzesło i wszedł do domu, zostawiając mnie samego na osłoniętej od wiatru werandzie. Po chwili wrócił ze starym pudełkiem po cygarach, a ja wyciągnąłem szyję, kiedy wyjmował z niego cztery pożółkłe i pogniecione fotografie.

Pierwsza była niewyraźna i przedstawiała coś, co wyglądało jak ubranie bez człowieka w środku, ewentualnie jak ubranie na człowieku bez głowy.

— Pewnie, że ma głowę! — oznajmił dziadek z uśmiechem. — Tyle że jej nie widać.

— Dlaczego? Jest niewidzialny?

— Hej, a to Sherlock Holmes z ciebie! — Uniósł brwi, jakbym go zaskoczył umiejętnością dedukcji. — Millard, tak mu było na imię. Dziwny dzieciak. Na przykład mawiał: „Hej, Abe, wiem, co dziś robiłeś”, a potem wyliczał, gdzie człowiek poszedł, co jadł i czy dłubał w nosie, kiedy myślał, że nikt nie widzi. Czasem łaził za kimś cicho jak myszka, bez ubrania, więc nie dało się go zauważyć, i... podglądał! — Dziadek pokręcił głową. — Kto by pomyślał, nie?

Podał mi drugie zdjęcie. Kiedy już się przyjrzałem, zapytał:

— I co? Co widzisz?

— Dziewczynkę?

— I? — drążył.

— Ma diadem na głowie.

Postukał palcem w dolną część fotografii.

— A stopy?

Przysunąłem zdjęcie do oczu. Stopy dziewczynki nie dotykały ziemi, ale nie podskakiwała. Wyglądało to tak, jakby unosiła się w powietrzu. Szeroko otworzyłem usta.

— Lata! — wykrzyknąłem.

— Niezupełnie — oznajmił dziadek. — Lewituje. Nie za dobrze sobie z tym radziła i czasem musieliśmy ją przewiązywać liną, żeby nam nie odleciała!

Nie mogłem oderwać wzroku od zapadającej w pamięć, lalkowatej twarzy dziewczynki.

— To prawdziwe? — zapytałem.

— Oczywiście — odburknął. Zabrał mi zdjęcie i podał inne, z chudym chłopakiem, który dźwigał głaz. — Victor i jego siostra nie byli zbyt mądrzy, za to jacy silni!

— Nie wygląda na silnego — zauważyłem, wpatrując się w wątłe ramiona chłopca.

— Miał krzepę, możesz mi wierzyć. Raz siłowałem się z nim na rękę i mało mi jej nie oderwał!

Najdziwniejsze było jednak ostatnie zdjęcie, przedstawiające twarz namalowaną na czyjejś potylicy.

— Miał dwoje ust, wiesz? — wyjaśnił dziadek, kiedy gapiłem się na fotografię. — Jedne z przodu, a drugie z tyłu. Dlatego strasznie urósł i utył!

— Przecież to zwykłe oszukaństwo — oznajmiłem. — Ta twarz jest po prostu namalowana.

— Jasne, że namalowana, na występ w cyrku, ale naprawdę miał dwoje ust. Nie wierzysz mi?

Zamyśliłem się, patrząc na zdjęcia, a potem na szczerą i otwartą twarz dziadka. Niby po co miałby kłamać?

— Wierzę ci — powiedziałem.

Naprawdę mu wierzyłem co najmniej przez kilka lat, przede wszystkim dlatego, że chciałem, tak jak moi rówieśnicy chcieli wierzyć w Świętego Mikołaja. Kurczowo czepiamy się naszych fantazji, dopóki cena wiary w nie nie okaże się zbyt wysoka. W moim przypadku stało się tak w drugiej klasie, kiedy podczas lunchu Robbie Jensen naskoczył na mnie przy stoliku dla dziewczyn i oświadczył, że jestem frajer, bo wierzę w bajki. Pewnie była to zasłużona kara za powtarzanie w szkole opowieści dziadka Portmana, ale w trakcie tych kilku upokarzających sekund wyobraziłem sobie, jak ksywa „frajer” prześladuje mnie całymi latami i — niekoniecznie słusznie — poczułem niechęć do dziadka.

Tego popołudnia odebrał mnie ze szkoły, jak zwykle, kiedy rodzice pracowali. Usiadłem na siedzeniu dla pasażera w starym pontiaku dziadka i oznajmiłem, że już nie wierzę w jego bajki.

— Jakie znowu bajki? — spytał, zerkając na mnie znad okularów.

— No wiesz. Te historyjki. O dzieciach i potworach.

Dziadek wyglądał na zdumionego.

— Kto opowiadał bajki?

Wyjaśniłem mu, że wymyślone historyjki i bajki to jedno i to samo, i że bajki są dla dzidziusiów, i że jego opowieści i fotografie nie były prawdziwe. Spodziewałem się, że wpadnie w szał albo zacznie się ze mną wykłócać, ale dziadek powiedział tylko: „W porządku”. Wrzucił bieg, wcisnął pedał gazu, po czym odjechaliśmy. I to był koniec dyskusji.

Pewnie wiedział, że tak będzie — w końcu kiedyś musiałem wyrosnąć z jego opowieści — jednak tak nieoczekiwanie porzucił temat, że czułem się oszukany. Nie mogłem zrozumieć, po co to wszystko wymyślił, po co mi wmawiał, że te rozmaite niezwykłe rzeczy naprawdę się wydarzyły, skoro wcale tak nie było. Dopiero po latach tata wyjaśnił mi, że dawno temu dziadek opowiadał mu to samo, i że to nie były kłamstwa, ale podkolorowana prawda. W rzeczywistości dzieciństwo dziadka Portmana zupełnie nie przypominało bajki. To był horror.

Z całej rodziny on jeden, najmłodszy syn, zdołał wyjechać z Polski przed wybuchem drugiej wojny światowej. Miał dwanaście lat, kiedy rodzice spakowali jego rzeczy do jednej walizki i wsadzili go do pociągu do Wielkiej Brytanii. Była to podróż w jedną stronę. Nigdy więcej nie ujrzał matki ani ojca, ani starszych braci, kuzynów, ciotek ani wujków. Nim dziadek skończył szesnaście lat, wszyscy jego krewni już nie żyli, zginęli z rąk prześladujących dziadka potworów. Nie były to jednak potwory z mackami i gnijącą skórą, takie, które umiał sobie wyobrazić siedmiolatek, lecz potwory o ludzkich obliczach, w eleganckich mundurach, maszerujące równym krokiem i tak boleśnie banalne, że człowiek rozpoznawał w nich monstra dopiero, kiedy było już za późno.

Podobnie jak w wypadku potworów, historia o zaczarowanej wyspie też kryła w sobie ziarno prawdy. Przez kontrast z koszmarem rozgrywającym się na kontynencie, sierociniec, który przygarnął dziadka, musiał wydać mu się rajem, i taką też funkcję pełnił w jego opowieściach. Stał się bezpieczną przystanią w miejscu, gdzie wakacje nigdy się nie kończą, pełną aniołów stróżów i magicznych dzieci. Naturalnie, tak naprawdę dzieciaki wcale nie były niewidzialne ani nie dźwigały ciężkich głazów. Osobliwością, za którą je prześladowano, było ich żydowskie pochodzenie. To fala krwi wyrzuciła te wojenne sieroty na brzeg maleńkiej wyspy, i choć były niezwykłe, to nie ze względu na magiczne umiejętności. W wypadku tych dzieci ucieczka przed gettem i komorą gazową stanowiła cud sam w sobie.

Przestałem domagać się od mojego dziadka opowieści i myślę, że mu ulżyło. Szczegóły jego wczesnej młodości pozostały tajemnicą, a ja nie próbowałem jej rozwikłać. Przeszedł przez piekło i miał prawo do swoich sekretów. Wstyd mi było, że zazdrościłem mu przygód, zważywszy na cenę, jaką za nie zapłacił, i starałem się przekonać samego siebie, że wielki szczęściarz ze mnie, bo wiodę bezpieczne, zwyczajne życie, które nic mnie nie kosztowało.

Kilka lat później, kiedy miałem piętnaście lat, wydarzyło się coś niezwykłego i zarazem okropnego, i odtąd było już tylko Przed i Po.

Rozdział pierwszy

Ostatnie popołudnie Przed spędziłem na konstruowaniu repliki Empire State Building z pieluch dla dorosłych, w skali 1:10 000. Wyglądało to imponująco, budowla miała półtora metra u podstawy i górowała nad alejką z kosmetykami. Dół tworzyły pieluchy w rozmiarze XXL, wieżę obserwacyjną pieluchy light, a ze starannie poukładanych próbek skonstruowałem charakterystyczną wieżyczkę. Budynek był niemal doskonały, z wyjątkiem zasadniczego drobiazgu.

— Zbudowałeś to z pieluch marki Neverleak — powiedziała Shelley, marszcząc brwi i przyglądając się mojemu dziełu. — Wyprzedajemy Stay-Tite.

Shelley była kierowniczką sklepu, a zgarbione ramiona i niezadowolona mina składały się na jej uniform w takim samym stopniu jak niebieskie koszulki polo, które musieliśmy nosić.

— Myślałem, że mówiłaś Neverleak — zauważyłem, bo rzeczywiście tak mówiła.

— Stay-Tite — upierała się, ze smutkiem potrząsając głową, jakby moje dzieło było okulałym koniem wyścigowym, a ona trzymała w dłoni pistolet o perłowej rękojeści.

Zapadła krótka, ale niezręczna cisza, podczas której Shelley nie przestawała kiwać głową i przenosić spojrzenia z wieżowca na mnie i z powrotem. Gapiłem się na nią tępo, jakbym ni w ząb nie rozumiał, co oznaczają jej bierno-agresywne komentarze.

— Aaaaa — odezwałem się w końcu. — Czyli chcesz, żebym ustawił wszystko od początku?

— Chodzi o to, że użyłeś Neverleaka — powtórzyła.

— Nie ma sprawy, od razu zacznę.

Czubkiem regulaminowego czarnego trampka trąciłem pudło u podstawy wieży. Moja genialna budowla błyskawicznie runęła na podłogę, pieluchy odbiły się od nóg zaskoczonych klientów i wylądowały pod automatycznymi drzwiami, które się rozsunęły, wpuszczając do środka falę sierpniowego skwaru.

Oblicze Shelley przybrało barwę dojrzałego granatu. Powinna natychmiast wywalić mnie z pracy, ale dobrze wiedziałem, że nigdy nie będę miał tyle szczęścia. Przez całe lato wyłaziłem ze skóry, żeby wylecieć ze Smart Aid, co okazało się niemożliwe. Spóźniałem się raz za razem pod coraz głupszymi pretekstami, koszmarnie się myliłem przy wydawaniu reszty, nawet celowo ustawiałem towary na niewłaściwych półkach, na przykład mleczka do ciała wśród środków na przeczyszczenie, a prezerwatywy razem z szamponami dla niemowlaków. Męczyłem się nad tym jak cholera, jednak niezależnie od mojej udawanej niekompetencji Shelley z uporem godnym lepszej sprawy nie skreślała mnie z listy pracowników.

Może doprecyzuję swoje słowa — wylecenie ze Smart Aid było niemożliwe tylko w moim przypadku, pozostałych pracowników wykopano by za drzwi za znacznie drobniejsze przewinienie. To była moja pierwsza lekcja polityki. W Englewood, małym, sennym nadmorskim miasteczku, w którym mieszkam, znajdują się trzy sklepy Smart Aid. W Sarasota County jest ich dwadzieścia siedem, a na całej Florydzie sto piętnaście, rozpełzają się po stanie niczym nieuleczalna wysypka. Nie mogłem wylecieć z pracy, gdyż wszystkie te sklepy należą do mojego wuja i pierwsza praca w Smart Aid to już odwieczna rodzinna tradycja. Cała moja kampania kopania pod sobą dołków skończyła się dla mnie tylko trwałym konfliktem z Shelley i bardzo głęboką niechęcią współpracowników. Spójrzmy prawdzie w oczy, i tak by mnie nie cierpieli, bo niezależnie od tego, ile wystaw sknociłem i ile razy źle wydałem resztę, pewnego dnia miał mi przypaść w udziale pokaźny kęs wielkiej firmy, a im nie.

Przedarłszy się przez porozrzucane pieluchy, Shelley dźgnęła mnie palcem w pierś i już miała powiedzieć coś przykrego, kiedy nagle rozległ się głos z megafonu:

— Jacob, telefon na drugiej linii. Jacob, druga linia.

Purpurowa z wściekłości Shelley spiorunowała mnie wzrokiem, kiedy się wycofywałem, zostawiając ją w ruinach pieluchowej konstrukcji.

Zaplecze dla pracowników było zalatującym stęchlizną pomieszczeniem bez okien. Natknąłem się tam na farmaceutkę Lindę, która w poświacie padającej z automatu z napojami skubała pozbawioną skórki kanapkę. Na mój widok wskazała głową przytwierdzony do ściany telefon.

— Odbierz na dwójce — mruknęła. — Temu, kto dzwoni, chyba odbiło.

Podniosłem zwisającą słuchawkę.

— Yakob, to ty? — usłyszałem.

— Cześć, dziadku.

— Yakob, Bogu dzięki! Potrzebuję klucza, gdzie mój klucz? — Wydawał się zdenerwowany i brakowało mu tchu.

— Jaki klucz?

— Dość już tych gierek — warknął. — Dobrze wiesz, o którym kluczu mówię.

— Pewnie gdzieś go położyłeś i zapomniałeś gdzie.

— Ojciec kazał ci to zrobić, prawda? — zapytał. — Powiedz, on nie musi wiedzieć.

— Nikt mi niczego nie kazał. — Postanowiłem zmienić temat. — Brałeś rano swoje proszki?

— Idą po mnie, rozumiesz? Nie wiem, jak mnie znaleźli po tylu latach, ale im się udało. Niby czym mam z nimi walczyć? Cholernym nożem do masła?!

Słyszałem to nie po raz pierwszy. Dziadek się starzał i szczerze mówiąc, zaczynało mu się mieszać w głowie. Początkowo objawy były niemal niezauważalne, na przykład zapominał o zakupach albo zwracał się do mojej mamy imieniem ciotki. Latem jednak jego postępująca demencja okrutnie przybrała na sile. Wszystkie fantazje dotyczące życia dziadka podczas wojny — potwory, zaczarowana wyspa — stały się dla niego całkowicie, przerażająco realne. Zwłaszcza w ostatnich tygodniach był mocno podenerwowany, a moi rodzice z obawy, że dziadek może sobie zrobić krzywdę, poważnie zastanawiali się nad umieszczeniem go w domu opieki.

Z sobie tylko znanych powodów apokaliptycznymi telefonami nękał wyłącznie mnie. Teraz jak zawsze próbowałem robić, co w mojej mocy, żeby go uspokoić.

— Jesteś bezpieczny, nie dzieje się nic złego — oznajmiłem. — Później przyniosę film i sobie pooglądamy, co ty na to?

— Nie! Zostań tam! Tu nie jest bezpiecznie!

— Dziadku, nie przyjdą po ciebie żadne potwory. Zabiłeś je podczas wojny, pamiętasz? — Odwróciłem się do ściany, próbując ukryć swój wkład w tę dziwaczną wymianę zdań przed Lindą, która zerkała na mnie ze zdumieniem, udając, że czyta pismo o modzie.

— Nie wszystkie — odparł dziadek. — Nie, nie, nie. Sporo ich załatwiłem, jasne, ale zawsze coś tam zostaje. — Słyszałem, jak krąży po domu, otwiera szuflady i ciska przedmiotami. Widocznie całkiem się załamał. — Trzymaj się z daleka, słyszysz? Nic mi nie będzie, odetnę języki potworom, dźgnę je w oczy i już! Gdybym tylko znalazł ten przeklęty KLUCZ!

Rzeczony klucz otwierał ogromną szafkę w garażu dziadka Portmana. W środku była sterta broni palnej i noży, wystarczająca do uzbrojenia niewielkiej partyzantki. Dziadek kolekcjonował to wszystko przez pół życia, jeździł na pokazy broni w innych stanach, na długie myśliwskie wyprawy, a w słoneczne niedziele ciągał niezadowolonych krewnych na strzelnice, żeby uczyć ich strzelania. Tak bardzo kochał swoją broń, że czasami z nią sypiał. Mój tata ma na dowód stare zdjęcie dziadka drzemiącego z pistoletem w ręce.

Kiedy zapytałem tatę, dlaczego dziadkowi odbiło na punkcie broni, wyjaśnił mi, że czasem tak się dzieje z byłymi żołnierzami albo ludźmi, którzy doświadczyli traumy. Pewnie po wszystkim, co dziadek przeszedł w czasie wojny, nigdy nigdzie już nie czuł się bezpieczny, nawet we własnym domu. Najgorsze, że teraz, kiedy dopadły go urojenia i paranoja, tak się właśnie stało — nie był bezpieczny we własnym, pełnym broni domu. Właśnie dlatego tata zabrał mu klucz do szafki.

Powtórzyłem kłamstwo, że nie wiem, gdzie jest klucz. W odpowiedzi dobiegło mnie jeszcze więcej przekleństw i łomotów, kiedy dziadek krążył po domu.

— Ech! — oznajmił w końcu. — Niech twój ojciec zatrzyma klucz, skoro to dla niego takie ważne. Mojego trupa też może sobie wziąć!

Zakończyłem rozmowę najgrzeczniej jak się dało i od razu zadzwoniłem do taty.

— Dziadek szaleje — poinformowałem go.

— Wziął dziś proszki?

— Przecież i tak by mi nie powiedział. Ale zachowywał się, jakby nie wziął.

Usłyszałem ciężkie westchnienie taty.

— Możesz tam wpaść i sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku? Ja teraz nie mogę wyrwać się z pracy.

Tata pracował na pół etatu jako wolontariusz w ptasim azylu, gdzie pomagał rehabilitować potrącone przez auta czaple śnieżne oraz pelikany, które połknęły haczyki na ryby. Był ornitologiem amatorem i niedoszłym pisarzem przyrodnikiem, czego dowodził stosik niepublikowanych rękopisów. Można to uważać za prawdziwą pracę jedynie wtedy, kiedy się poślubiło kobietę, której rodzina ma sieć stu pięćdziesięciu sklepów. Oczywiście moja praca też nie należała do szczególnie odpowiedzialnych i w sumie każdej chwili mogłem się z niej wymknąć.

Powiedziałem, że pojadę.

— Dzięki, Jake. Obiecuję, że niedługo zajmiemy się sprawą dziadka, dobrze?

No jasne, sprawa dziadka.

— To znaczy, oddacie go do domu opieki — zauważyłem. — Ktoś inny będzie musiał się nim zająć.

— Mama i ja jeszcze niczego nie postanowiliśmy.

— Pewnie, że tak — burknąłem.

— Jacob... — westchnął.

— Dam sobie radę, tato. Naprawdę.

— Może dziś, ale wkrótce dziadkowi się pogorszy.

— Tak, jasne. Wszystko jedno.

Po zakończeniu rozmowy zadzwoniłem do mojego kumpla Ricky’ego, żeby mnie podrzucił do dziadka. Dziesięć minut później usłyszałem charakterystyczne, chrypliwe trąbienie wiekowego forda Crown Victoria na parkingu. Wychodząc, przekazałem Shelley złą nowinę, że jej konstrukcja ze Stay-Tite będzie musiała poczekać do jutra.

— Problemy rodzinne — wyjaśniłem.

— Jasne — odparła.

Wyszedłem pospiesznie na lepki, parny wieczór i od razu natknąłem się na Ricky’ego. Palił papierosa, siedząc na bagażniku swojego zniszczonego auta. Coś w jego oblepionych błotem butach, w sposobie, w jaki puszczał kółka z papierosowego dymu, i w oświetlonych słońcem zielonych włosach przypominało mi punkowego, wieśniackiego Jamesa Deana. Naprawdę stanowił dziwaczny zlepek rozmaitych subkultur, spotykany wyłącznie na południu Florydy.

Na mój widok zeskoczył z bagażnika.

— W końcu cię wywalili?! — wrzasnął na cały parking.

— Ciiii! — syknąłem, podbiegając do niego. — Nie znają mojego planu!

Ricky walnął mnie w ramię, co miało być przyjacielskim gestem, ale niemal naderwał mi mięsień obrotowy.

— Spoko, Spedek — mruknął. — Może jutro ci się uda.

Mówił na mnie Spedek, bo chodziłem na kilka kółek zainteresowań, które w praktyce należały do programu edukacji specjalnej w naszej szkole. Ta językowa dwuznaczność niezmiennie bawiła Ricky’ego. Taka właśnie była nasza przyjaźń: tyle samo współpracy, ile grania sobie na nerwach. Współpraca polegała na niepisanej umowie między mózgiem a mięśniami, dzięki czemu ja pomogłem mu nie oblać angielskiego, a on ratował mi życie przed socjopatami na sterydach, którzy grasowali po korytarzach szkoły. To, że Ricky zupełnie nie pasował moim rodzicom, stanowiło jego dodatkowy atut. Chyba był moim najlepszym kumplem, co brzmi nieco mniej żałośnie niż stwierdzenie, że był moim jedynym kumplem.

Ricky kopnął drzwi od strony pasażera, bo tak się je otwierało, i wsiadłem. Ford Ricky’ego był niesamowitym, wręcz muzealnym przykładem przypadkowej sztuki ludowej, odkupionym od kierownika miejskiego wysypiska za słój pełen ćwierćdolarówek, przynajmniej tak twierdził Ricky. Pochodzenie victorii dawało się wyczuć, nie maskowały go nawet zwisające z lusterka odświeżające choinki. Siedziska foteli zostały wzmocnione taśmą klejącą, żeby jakieś zbłąkane sprężyny nie powbijały się w tyłki pasażerów. Najlepsza jednak była karoseria — pordzewiały księżycowy krajobraz pełen dziur i wgnieceń. Powstały one na skutek planu dorobienia sobie na zalanych imprezowiczach, którym Ricky pozwalał tłuc w auto kijem golfowym za dolara od uderzenia. Jedyną regułą, niezbyt sumiennie przestrzeganą, było unikanie szklanych elementów.

Silnik zarzęził i w chmurze sinego dymu przebudził się do życia. Gdy po wyjeździe z parkingu mijaliśmy sklepy w drodze do domu dziadka Portmana, zacząłem się denerwować tym, co zastaniemy na miejscu. Oczami duszy widziałem najgorszy scenariusz — jak dziadek biega na golasa po ulicy, mierzy do nas ze strzelby, ślini się na trawniku lub czai się z tępym narzędziem w dłoni. Wszystko było możliwe, a ponieważ Ricky miał dziś po raz pierwszy ujrzeć człowieka, o którym zawsze wypowiadałem się z takim nabożeństwem, przejmowałem się jeszcze bardziej.

Niebo przybrało barwę świeżego sińca, kiedy wreszcie wjechaliśmy na osiedle dziadka Portmana — dziwaczny labirynt zazębiających się ślepych zaułków, znanych jako Circle Village. Zahamowaliśmy przy budce strażnika, żeby się zaanonsować, ale staruszek portier chrapał, a brama była otwarta, nie pierwszy raz zresztą, więc wjechaliśmy. Mój telefon zaćwierkał, bo przyszedł esemes od taty z pytaniem, co jest. I przez tę krótką chwilę, kiedy odpisywałem, Ricky zdołał totalnie, kompletnie zabłądzić. Powiedziałem, że nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy, na co zaklął i zaczął z piskiem opon kilkakrotnie zawracać, obficie spluwając tytoniem za okno, podczas gdy ja rozglądałem się w poszukiwaniu znajomego punktu odniesienia. Okazało się to niełatwe, chociaż dawniej często tutaj u dziadka bywałem. Wszystkie domy wyglądały niemal identycznie: przysadziste, kanciaste, różniące się drobnymi szczegółami, takimi jak aluminiowy siding albo pociemniałe ze starości drewno, modne w latach siedemdziesiątych, albo gipsowe kolumny, dowód na rozdęte ego właściciela. Znaki drogowe, których połowa kompletnie wyblakła od słońca, nieszczególnie nam pomogły. Tak naprawdę wyróżniały się jedynie dziwaczne i jaskrawe ozdoby w ogrodach. Circle Village było prawdziwym muzeum na świeżym powietrzu.

W końcu rozpoznałem skrzynkę pocztową w rękach metalowego lokaja, który mimo wyciągniętego jak struna grzbietu i wyniosłej miny wydawał się ronić rdzawe łzy. Wrzasnąłem do Ricky’ego, żeby skręcił w lewo, opony zapiszczały, a ja poleciałem na drzwi. Dzięki temu coś najwyraźniej zaskoczyło mi w mózgu, bo nagle uświadomiłem sobie, dokąd mamy jechać.

— Na prawo od orgii flamingów! — wrzasnąłem. — Na lewo od wielorasowych Świętych Mikołajów na dachu! Obok sikających cherubinków!

Za cherubinkami Ricky zwolnił tak, że auto ledwie się toczyło, i spojrzał z powątpiewaniem na ulicę, przy której mieszkał dziadek. Na żadnej werandzie nie paliło się światło, przez okna nie widzieliśmy poświaty z telewizorów, a pod wiatami brakowało aut. Najwyraźniej wszyscy sąsiedzi przenieśli się na północ, żeby uciec przed mściwym letnim upałem, pozostawiwszy ogrodowe krasnale na pastwę rozrastającej się trawy i pozamykawszy okiennice przed huraganami. Porzucone domy przypominały pastelowe schrony.

— Ostatni po lewej — powiedziałem.

Ricky wcisnął pedał gazu i prysnęliśmy w dół ulicy. Przy czwartym albo piątym domu minęliśmy łysego jak kolano staruszka w szlafroku i kapciach, który podlewał sięgającą mu do kostek trawę. Jego dom był ciemny i pozamykany jak cała reszta. Odwróciłem głowę, żeby spojrzeć na staruszka, a on wydawał się wpatrywać we mnie, co — jak sobie nagle z dreszczem uświadomiłem — nie było możliwe, gdyż miał bielmo na oczach. „To dziwne” — pomyślałem. „Dziadek Portman nigdy nie wspominał, że jeden z jego sąsiadów jest niewidomy”.

Ulica kończyła się żywopłotem z karłowatych sosen i Ricky ostro skręcił w lewo, na podjazd dziadka. Zgasił silnik, wysiadł i kopniakiem otworzył drzwi z mojej strony. Po chwili podeszwy naszych butów zaszurały na suchej trawie prowadzącej do werandy.

Nacisnąłem dzwonek i zamarłem. W ciszy parnego wieczoru zaszczekał pies. Nikt nie otwierał, więc doszedłem do wniosku, że dzwonek może być uszkodzony, i załomotałem w drzwi. Ricky tymczasem odganiał atakujące nas komary.

— Może wyszedł — zauważył, szczerząc zęby. — Na rozbieraną randkę.

— Jasne, nabijaj się — mruknąłem. — Ma większe szanse niż my obaj razem wzięci. Tu aż się roi od chętnych wdów.

Żartowałem tylko po to, żeby się uspokoić, cisza działała mi na nerwy. Z kryjówki w krzakach wyciągnąłem zapasowy klucz i popatrzyłem na Ricky’ego.

— Poczekaj tutaj.

— Wypchaj się — zaprotestował. — Bo co?

— Bo masz prawie dwa metry wzrostu i zielone włosy. I mój dziadek cię nie zna, a zbiera broń.

Ricky wzruszył ramionami i upchnął w policzku następną porcję tytoniu. Potem rozwalił się na ogrodowym krześle, podczas gdy ja przekręciłem klucz w zamku i wszedłem.

Mimo półmroku natychmiast się zorientowałem, że dom wygląda jak po wybuchu bomby, czy może raczej po włamaniu. Regały i szafki zostały opróżnione, bibeloty i wydane dużą czcionką egzemplarze „Reader’s Digest” walały się po podłodze, sofy i krzesła powywracano. Lodówka i zamrażarka były otwarte, a ich zawartość utworzyła lepkie kałuże na linoleum.

Poczułem ucisk w sercu. Dziadek w końcu naprawdę zwariował. Zawołałem go, ale odpowiedziała mi cisza.

Chodziłem od pokoju do pokoju, zapalałem światła i zaglądałem wszędzie tam, gdzie cierpiący na paranoję staruszek mógł się ukryć przed potworami: za meble, na niski strych, pod stół w garażu, sprawdziłem nawet szafkę na broń. Naturalnie była zamknięta, na zamku widniały rysy po nieudanych próbach otwarcia drzwiczek. Na werandzie dyndały podeschnięte paprotki, a ja przyklęknąłem na imitującej trawę wykładzinie i zerkałem pod rattanowe ławki, obawiając się tego, co mogę znaleźć.

Nagle coś błysnęło w ogrodzie na tyłach domu.

Biegiem minąłem drzwi z siatki i od razu zauważyłem latarkę w trawie. Oświetlała leśne drzewa, graniczące z podwórkiem dziadka. Rosły tam chaszcze niskich palm sabalowych o zygzakowato postrzępionych liściach oraz zwykłe palmy, które ciągnęły się przez ponad półtora kilometra pomiędzy Circle Village i następnym osiedlem, Century Woods. Miejscowa legenda głosiła, że w lesie roi się od węży, szopów praczy i dzikich niedźwiedzi. Kiedy wyobraziłem sobie, jak dziadek w samym szlafroku błąka się między drzewami, ogarnęły mnie okropne przeczucia. Co drugi tydzień w wiadomościach podawano informację o jakimś staruszku, który wpadł do zbiornika retencyjnego, gdzie pożarły go aligatory. Nietrudno było wyobrazić sobie najgorszy scenariusz.

Zawołałem Ricky’ego, a on natychmiast wypadł zza rogu i od razu zauważył coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Siatka w drzwiach była paskudnie rozdarta na sporej długości.

— Niech mnie, ale ciachnięcie. — Gwizdnął cicho. — Pewnie robota dzikiej świni, może rysia. Żebyś ty widział, jakie rysie mają pazury.

Nieopodal rozszczekał się jakiś agresywny pies i obaj nerwowo zerknęliśmy w tamtą stronę.

— Albo robota psa — dodałem.

Ujadanie spowodowało reakcję łańcuchową w całej okolicy i wkrótce szczekanie dobiegało dosłownie zewsząd.

— Może i tak — zgodził się Ricky. — W bagażniku mam dwudziestkę dwójkę. Nie ruszaj się stąd, zaraz wracam.

Odszedł do samochodu po broń. Szczekanina wkrótce ucichła i przestrzeń wypełniło chóralne buczenie nieznanych nocnych owadów. Po mojej twarzy spływały krople potu. Zrobiło się całkiem ciemno, ale wiatr ustał, więc miałem wrażenie, że jest jeszcze parniej niż za dnia.

Podniosłem latarkę i ruszyłem w stronę drzew. Gdzieś tam był dziadek, ani przez moment w to nie wątpiłem. Tylko gdzie? Marnie się sprawdzałem jako tropiciel, Ricky też nieszczególnie się do tego nadawał. Mimo to odnosiłem wrażenie, że coś mnie prowadzi. Moje serce biło coraz szybciej, w lepkim powietrzu słyszałem szepty — i nagle dotarło do mnie, że nie mogę zwlekać ani sekundy dłużej. Wpakowałem się w zarośla niczym pies myśliwski, który zwęszył trop.

Trudno się biega po lasach Florydy, bo każdy metr kwadratowy wolny od drzew porastają wysokie na metr, ostre liście sabali oraz sieci splątanego kantutana. Robiłem, co się dało, wołałem dziadka i wszędzie świeciłem latarką. Kątem oka dostrzegłem błysk i pognałem prosto w tamtym kierunku. Okazało się jednak, że to tylko wypłowiała, sflaczała piłka futbolowa, którą zgubiłem tu wiele lat wcześniej.

Już miałem dać za wygraną i wrócić po Ricky’ego, gdy nieopodal zauważyłem świeżo wydeptaną ścieżkę wśród sabali. Podszedłem tam i omiotłem ją snopem światła latarki. Liście pokryte były czymś ciemnym. Momentalnie zaschło mi w gardle, ale ruszyłem przed siebie, gotów na najgorsze. Im dalej szedłem, tym bardziej ściskało mnie w żołądku, zupełnie jakby moje ciało przeczuło, co się tam znajduje, i próbowało mnie ostrzec. Wkrótce wydeptany szlak się rozszerzył i ujrzałem dziadka.

Leżał twarzą do ziemi, na plątaninie pnączy, nogi miał rozrzucone, a rękę wykręconą pod tułowiem, zupełnie jakby spadł z dużej wysokości. Pomyślałem, że z pewnością nie żyje. Jego podkoszulek był przesiąknięty krwią, spodnie podarte i brakowało mu jednego buta. Przez długą chwilę tylko wpatrywałem się w niego, a drżący strumień światła z latarki padał na jego ciało. W końcu udało mi się odetchnąć i zawołałem dziadka, ale nie zareagował.

Padłem na kolana i przyłożyłem dłoń do jego pleców. Krew jeszcze nie zdążyła ostygnąć i zorientowałem się, że dziadek z trudem chwyta powietrze ustami.

Pospiesznie wsunąłem ręce pod tułów dziadka i przetoczyłem go na plecy. Żył, choć balansował na krawędzi śmierci. Oczy miał szkliste, twarz zapadłą i bladą. Potem dostrzegłem rozcięcia na jego brzuchu i niemal straciłem przytomność. Były rozległe, głębokie i uwalane błotem. Ziemia, na której leżał dziadek, przesiąkła krwią. Usiłowałem naciągnąć strzępy koszuli na jego rany, omijając je wzrokiem.

Potem usłyszałem okrzyk Ricky’ego za domem.

— TU JESTEM! — wrzasnąłem.

Pewnie powinienem był dodać coś jeszcze, coś o niebezpieczeństwie albo o krwi, ale nie mogłem znaleźć słów. Myślałem tylko o tym, że dziadek powinien umrzeć w łóżku, w spokojnym miejscu pełnym mruczących maszyn, a nie na mokrej, cuchnącej ziemi, wśród zastępów maszerujących mrówek, z mosiężnym nożem do otwierania listów w drżącej dłoni.

Nóż do otwierania listów. Nie miał nic więcej do obrony.

Ostrożnie zabrałem dziadkowi nóż, a potem ścisnąłem rękę, którą bezradnie poruszył. Popatrzyłem na nasze splecione palce: moje z obgryzionymi paznokciami i jego blade, pokryte pajęczyną fioletowych żyłek.

— Muszę cię stąd zabrać — powiedziałem i wsunąłem jedną rękę pod plecy dziadka, a drugą pod nogi.

Chciałem go unieść, ale jęknął i zesztywniał, więc zmieniłem zdanie. Nie mogłem znieść myśli, że będzie przeze mnie cierpiał. Ale też nie zamierzałem go tu zostawić, więc pozostało mi czekanie. Ostrożnie strzepnąłem ziemię z jego rąk, twarzy i przerzedzonych siwych włosów, i wtedy właśnie zauważyłem, że porusza wargami.

Mówił ledwie słyszalnym głosem, cichszym od szeptu. Pochyliłem się i niemal przytknąłem ucho do ust dziadka. Mamrotał raz po angielsku, raz po polsku, na przemian tracąc i odzyskując trzeźwość umysłu.

— Nie rozumiem — wyznałem półgłosem.

Mówiłem do niego „dziadku” tak długo, aż wreszcie na mnie spojrzał, tak mi się przynajmniej wydawało. Potem głęboko odetchnął.

— Jedź na wyspę, Yakob — powiedział cicho, ale wyraźnie. — Tu nie jest bezpiecznie.

Najwyraźniej stara paranoja dała o sobie znać. Uścisnąłem mu rękę i oznajmiłem, że wszystko jest w porządku i że na pewno wydobrzeje. Tego dnia okłamałem go już drugi raz.

Wypytywałem dziadka, co się stało, jakie zwierzę go raniło, ale nie słuchał.

— Jedź na wyspę — powtórzył. — Tam będziesz bezpieczny. Obiecaj mi.

— Pojadę. Obiecuję.

Co innego mogłem zrobić?

— Myślałem, że cię obronię... Powinienem był ci powiedzieć dawno temu...

Widziałem, jak z dziadka ulatuje życie.

— Co powiedzieć? — spytałem, łykając łzy.

— Nie ma czasu — wyszeptał, a potem uniósł głowę, zadrżał z wysiłku i wydyszał mi do ucha: — Znajdź ptaszysko. W pętli. Po drugiej stronie grobu starca. Trzeci września tysiąc dziewięćset czterdziestego roku.

Skinąłem głową, ale widział, że nie rozumiem. Resztkami sił dodał:

— Emerson... list. Powiedz im, co się stało, Yakob.

Opadł z powrotem na ziemię, wyczerpany i ledwie żywy. Powiedziałem, że go kocham, i wtedy odniosłem wrażenie, że dziadek zapada się w sobie, kierując spojrzenie w naszpikowane gwiazdami niebo.

Chwilę później z zarośli wypadł Ricky. Na widok nieruchomego staruszka w moich objęciach cofnął się o krok.

— Rety, facet. Jezu. O Jezu... — wykrztusił.

Potarł twarz dłońmi, a gdy mamrotał coś o szukaniu pulsu, dzwonieniu po gliny i pytał, co widziałem w lesie, ogarnął mnie dziwny niepokój. Położyłem zwłoki dziadka na ziemi i wstałem, pełen przeczuć, z których istnienia dotąd nie zdawałem sobie sprawy. W lesie bez wątpienia coś się czaiło, czułem to.

Noc była bezksiężycowa, wokół panował całkowity spokój, który tylko my zakłócaliśmy. Mimo to wiedziałem, kiedy unieść latarkę i gdzie wycelować. W wąskim strumieniu światła ujrzałem nagle oblicze, które wydawało się żywcem przeniesione wprost z nocnych koszmarów mojego dzieciństwa. Wpatrywało się we mnie oczami zatopionymi w ciemnej cieczy, fałdy czarnego niczym węgiel mięsa luźno zwisały z przygarbionej sylwetki. Z groteskowo rozwartego pyska wystawała plątanina wijących się języków, długich jak węgorze. Krzyknąłem, a wtedy stwór odwrócił się i znikł, pozostawiając za sobą rozedrgane gałęzie krzewów. Ricky natychmiast skierował wzrok w tamtą stronę, uniósł dwudziestkę dwójkę i cztery razy wystrzelił.

— Co to było? — spytał nerwowo. — Co to było, do cholery?!

On jednak nie widział stwora, a ja nie mogłem wykrztusić ani słowa. Zamieniłem się w słup soli, przygasający promień latarki padał na ścianę leśnych drzew. Wygląda na to, że potem straciłem przytomność, bo pamiętam tylko, że Ricky powtarzał: „Jacob, Jake, ej, Spadek, nocosięztobądzieje”, i nic więcej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki