Biały Tygrys - Aravind Adiga - ebook
NOWOŚĆ

Biały Tygrys ebook

Aravind Adiga

4,2

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Biały Tygrys” to opowieść o korupcji, pogoni za pieniędzmi, bezduszności, ale także historia o tym, jak pozostać człowiekiem bez względu na to, w jakich warunkach się żyje. Autor otrzymał Nagrodę Bookera i zyskał międzynarodową sławę.

Balram Halwai to człowiek o wielu twarzach. Służący. Filozof. Przedsiębiorca. Morderca. Przez siedem nocy opowiada hipnotyzującą, a jednocześnie mroczną historię swojego sukcesu, który osiągnął wyłącznie sprytem i przebiegłością.

Ukazuje Indie, jakich nie oglądał żaden cudzoziemiec ‒ korupcję, prostytucję, biedę i bezprawie, ale też niezmierne bogactwo. Tu biedni nie mogą wejść nawet do supermarketów, miejsca dla bogatych są im niedostępne. Jeżeli im się poszczęści, zostają służącymi u zamożnych przedsiębiorców, jeżeli nie, ich domem staje się ulica, gdzie umierają z głodu lub chorób. Nikt nie interesuje się losem ludzi żyjących w skrajnej nędzy.

Film na podstawie książki „Biały Tygrys” dostępny od 22 stycznia 2021 na platformie Netflix.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: The White Tiger
Copyright © 2008 by Aravind Adiga Copyright © for the Polish translation by Ludwik Stawowy Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020
Redaktor prowadząca: JOLANTA KUCHARSKA
Korekta: BARBARA PIGŁOWSKA-STAWOWA, KATARZYNA SARNA
Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ
Zdjęcie na okładce: © Netflix 2020. Used with permission.
Projekt składu i łamanie: MARZENA PIŁKO
Wydanie I
ISBN 978-83-66555-25-9
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail:[email protected]
Poznaj nasze inne książki. Zapraszamy do księgarni:www.poradniak.plfacebook.com/poradniakinstagram.com/poradnia_k_wydawnictwo
Konwersja:eLitera s.c.

Raminowi Bahraniemu

Nocpierwsza

Adresat:

Jego Ekscelencja Wen Jiabao

Gabinet Premiera

Pekin, stolica miłującego pokój państwa Chiny

Nadawca:

Biały Tygrys

Człowiek myślący i przedsiębiorczy,

zamieszkały w światowym centrum techniki i outsourcingu

Electronics City Phase 1 (przy Hosur Main Road)

Bangalur, Indie

Szanowny Panie Premierze,

żaden z nas nie mówi po angielsku, ale są wyrażenia, które dobrze brzmią tylko po angielsku.

Jednego z nich nauczyłem się od pani Pinky, byłej żony mojego nieżyjącego pracodawcy pana Ashoka, i kiedy dziś o 23.32, czyli mniej więcej dziesięć minut temu, indyjskie radio poinformowało, że premier Jiabao przyjedzie w przyszłym tygodniu do Bangaluru, od razu je wymówiłem.

W gruncie rzeczy wypowiadam je zawsze, gdy odwiedzają nasz kraj tacy wielcy ludzie jak Pan. Co nie znaczy, że mam coś przeciwko wielkim ludziom. Uważam, że w pewnym sensie sam jestem człowiekiem Pańskiego pokroju. Ale ilekroć nasz premier i jego znakomita świta jadą w czarnych samochodach na lotnisko, wysiadają, wykonują przed kamerami namaste i mówią, jak moralne i pobożne są Indie, muszę wypowiedzieć te angielskie słowa.

Więc Ekscelencja odwiedza nas w tym tygodniu, prawda? Indyjskiemu radiu zwykle można wierzyć w tych sprawach.

Żartowałem, proszę Pana.

Ha!

Dlatego chciałbym się dowiedzieć bezpośrednio od Pana, czy naprawdę przyjedzie Pan do Bangaluru. Jeśli tak, to mam Panu coś ważnego do powiedzenia. Spikerka mówiła: „Pan Jiabao przyjeżdża, aby poznać prawdę o Bangalurze”.

Zamarłem. Bo kto zna prawdę o Bangalurze lepiej niż ja?

Potem spikerka powiedziała: „Pan Jiabao chce się spotkać z indyjskimi przedsiębiorcami, żeby z ich własnych ust usłyszeć, jak odnieśli sukces”.

Krótko to wyjaśniła. Podobno wy, Chińczycy, przewyższacie nas pod każdym względem, ale nie macie przedsiębiorców. A nasz kraj – chociaż brak mu wody pitnej, elektryczności, kanalizacji, transportu publicznego, dbałości o higienę, dyscypliny, uprzejmości, punktualności – przedsiębiorców ma. Tysiące. Zwłaszcza w dziedzinie techniki. I ci przedsiębiorcy – my, przedsiębiorcy – stworzyli wszystkie owe firmy żyjące z outsourcingu, które właściwie napędzają dziś Amerykę.

Ma Pan nadzieję, że się Pan dowie, jak stworzyć paru chińskich przedsiębiorców, dlatego nas Pan odwiedza. To mi się spodobało. Ale zaraz sobie uświadomiłem, że zgodnie z protokołem premier i minister spraw zagranicznych mojego kraju przywitają Pana na lotnisku girlandami, statuetkami Gandhiego wyrzeźbionymi z drewna sandałowca i broszurką pełną informacji o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Indii.

I wtedy, proszę Pana, musiałem powiedzieć te angielskie słowa. Głośno.

To było o 23.37. Pięć minut temu.

Nie ograniczam się do przekleństw. Jestem człowiekiem czynu. Od razu postanowiłem nagrać list do Pana.

Jeśli Pan pozwoli, zacznę od wyrażenia wielkiego podziwu dla pradawnego państwa chińskiego.

Czytałem o waszej historii w książce Fascynujące opowieści o egzotycznym Wschodzie, którą znalazłem na ulicy, w czasach, gdy niedzielami starałem się zdobyć trochę mądrości na targu używanych książek w Starym Delhi. Była to książka głównie o złocie i piratach z Hongkongu, lecz zawierała też pewne przydatne informacje ogólne. Dowiedziałem się z niej, że wy, Chińczycy, jesteście wielkimi miłośnikami wolności i swobody osobistej. Brytyjczycy chcieli zrobić z was swoje sługi, ale nigdy im na to nie pozwoliliście. Podziwiam to, Panie Premierze.

Trzeba Panu wiedzieć, że byłem kiedyś sługą.

Tylko trzy państwa nigdy nie pozwoliły na rządy obcych: Chiny, Afganistan i Abisynia. I tylko te trzy państwa podziwiam.

Z szacunku dla umiłowania wolności okazywanego przez naród chiński i wierząc, że dziś, gdy biały człowiek, nasz dawny pan, sam się zniszczył swoimi zboczeniami, telefonami komórkowymi i narkotykami, przyszłość świata leży w rękach ludzi brązowych i żółtych – powiem Panu, gratis, prawdę o Bangalurze, opowiadając historię własnego życia.

Kiedy będzie Pan jechał przez Bangalur i samochód zatrzyma się gdzieś na czerwonym świetle, pewnie do auta podbiegnie chłopiec, zapuka w szybę i pokaże starannie opakowany w celofan piracki egzemplarz amerykańskiej książki pod tytułem:

DZIESIĘĆ TAJEMNIC SUKCESU W BIZNESIE!

albo

JAK W TYDZIEŃ ZOSTAĆ PRZEDSIĘBIORCĄ!

Proszę nie marnować pieniędzy na te amerykańskie książki. One są takie wczorajsze. Ja jestem człowiekiem jutra.

Jeśli idzie o formalne wykształcenie, to mam pewne braki. Szczerze mówiąc, nigdy nie skończyłem szkoły. Ale czy to ważne? Nie przeczytałem zbyt wielu książek, lecz znam wszystkie, które się liczą. Umiem na pamięć dzieła czterech największych poetów wszech czasów – Rumiego, Ikbala, Mirzy Ghaliba, nazwisko czwartego zapomniałem. Jestem przedsiębiorcą samoukiem.

Tacy są najlepsi, proszę mi wierzyć.

Kiedy już Pan się dowie, jak się znalazłem w Bangalurze i zostałem jednym z najskuteczniejszych (choć może najmniej znanych) tutejszych przedsiębiorców, będzie Pan wiedział wszystko o tym, jak przedsiębiorczość się rodzi, czym się żywi i jak się rozwija w naszym wspaniałym dwudziestym pierwszym wieku rodzaju ludzkiego.

A dokładnie – w wieku żółtego i brązowego człowieka.

Pana i moim.

Zbliża się północ, Ekscelencjo. O tej porze dobrze mi się mówi.

Nie sypiam w nocy. W moim piętnastometrowym gabinecie jestem sam. Tylko ja i żyrandol nade mną, ale nie byle jaki. Jest ogromny, składa się z wielu drobnych romboidalnych szkiełek, niczym żyrandole z filmów z lat siedemdziesiątych. Chociaż noce w Bangalurze są dość chłodne, umieściłem nad nim miniaturowy wentylator – pięć pokrytych pajęczyną łopatek. Kiedy się kręcą, tną światło żyrandola i rozsiewają je wokół jak stroboskopy w najlepszych bangalurskich dyskotekach.

To jedyne piętnastometrowe pomieszczenie biurowe z żyrandolem w Bangalurze! Ale i tak właściwie dziura w ścianie, a siedzę w nim przez całą noc.

Przekleństwo przedsiębiorcy. Firmy musi pilnować bez przerwy.

Zaraz włączę wentylator i światło żyrandola zawiruje po pokoju.

Jestem odprężony. Mam nadzieję, że Pan też.

Zaczynamy.

Tylko jeszcze powiem Panu, że angielskie wyrażenie, którego się nauczyłem od pani Pinky, byłej żony pana Ashoka, mojego zmarłego pracodawcy, to:

What a fucking joke.

Nie oglądam już hinduskich filmów z zasady, ale w czasach, kiedy je oglądałem, tuż przed pojawieniem się tytułu rozbłyskała na czarnym ekranie liczba 786 – muzułmanie uważają, że to liczba magiczna, reprezentująca ich Boga – albo pokazywał się obraz kobiety w białym sari, do której stóp spadały złote monety; była to Lakszmi, bogini hinduistów.

W moim kraju panuje stary, uświęcony tradycją zwyczaj, że opowieść zaczyna się od modlitwy do Siły Wyższej.

Myślę, Ekscelencjo, że ja też powinienem zacząć od złożenia pocałunku na dupie któregoś boga.

Którego zatem? Bo jest naprawdę duży wybór.

Muzułmanie mają jednego.

Chrześcijanie trzech.

A hinduiści trzydzieści sześć milionów.

W sumie mogę więc wybierać spośród 36 000 004 boskich dup.

Ale są tacy – i nie mam na myśli tylko komunistów jak Pan, lecz myślących ludzi ze wszystkich partii politycznych – którzy uważają, że w istocie niewielu bogów istnieje, a niektórzy wręcz są zdania, że nie istnieje żaden. Nie jestem filozofem ani poetą, skąd więc mam wiedzieć, jak jest naprawdę? Owszem, wygląda na to, że wszyscy ci bogowie prawie nic nie robią – zupełnie jak nasi politycy – a i tak rok po roku są wybierani na swe złote trony w niebie. Nie mówię, że ich nie szanuję. Skądże znowu, Panie Premierze! Niech Panu czasem nie przyjdzie taka bluźniercza myśl do żółtej głowy. Mój kraj należy do tych, w których opłaca się grać na dwie strony: hinduski przedsiębiorca musi być jednocześnie rzetelny i nieuczciwy, drwiący i wierzący, podstępny i szczery.

Teraz zamykam oczy, składam dłonie w pełnym czci namaste i modlę się do bogów, żeby rzucili światło na moją mroczną historię.

Proszę o wyrozumiałość, Panie Jiabao. To może trochę potrwać.

Jak Pan myśli, ile czasu by Panu zabrało pocałowanie 36 000 004 dup?

Gotowe.

Oczy mam już otwarte.

Jest 23.52 – naprawdę pora zaczynać.

Oficjalne ostrzeżenie – jak widnieje na papierosach – przed startem.

Pewnego dnia, kiedy wiozłem moich byłych pracodawców, pana Ashoka i panią Pinky, ich hondą, pan Ashok położył mi rękę na ramieniu i powiedział:

– Zatrzymaj się. – Pochylił się w moją stronę, aż poczułem zapach jego wody po goleniu, tego dnia smakowicie owocowy, i jak zwykle uprzejmie zapytał: – Balram, czy mogę ci zadać kilka pytań?

– Tak, proszę pana – odparłem.

– Balram, ile jest planet na niebie? – Odpowiedziałem najlepiej, jak umiałem. – Balram, kto był pierwszym premierem Indii? – A potem: – Balram, jaka jest różnica między hinduistami a muzułmanami? – I jeszcze: – Jak się nazywa nasz kontynent?

Wtedy usiadł prosto i spytał panią Pinky:

– Słyszałaś?

– Żartował? – zapytała, a mnie serce zabiło mocniej, jak zawsze, gdy coś mówiła.

– Nie. On naprawdę myśli, że to poprawne odpowiedzi. – Pani Pinky zachichotała, ale jego twarz, którą widziałem w lusterku, była poważna. – Rzecz w tym, że on ma chyba tylko dwie albo trzy klasy. Umie czytać i pisać, ale nie rozumie tego, co przeczytał. Jest niedouczony. W tym kraju mamy mnóstwo podobnych ludzi. I w ręce takich osobników – wskazał mnie palcem – oddajemy naszą wspaniałą demokrację. Na tym polega tragedia tego kraju – westchnął. – Dobrze, Balram. Jedziemy.

Tego wieczoru leżałem w łóżku pod moskitierą i myślałem o jego słowach. Miał rację, proszę Pana. Nie podobało mi się, w jaki sposób o mnie mówił, ale miał rację.

Autobiografia niedouczonego Hindusa – tak powinienem zatytułować historię swojego życia.

Ja i tysiące takich jak ja w tym kraju jesteśmy niedouczeni, bo nie mogliśmy skończyć nauki. Gdyby tak ktoś otworzył nam czaszki i poświecił latarenką, odkryłby dziwaczne muzeum informacji: zdania zapamiętane z podręczników historii czy matematyki (żaden chłopiec nie pamięta tak dobrze, czego się uczył, jak ten, któremu naukę przerwano, zapewniam Pana); opinie na temat polityki, przeczytane w gazetach, w oczekiwaniu że ktoś przyjdzie do biura; trójkąty i ostrosłupy widziane na kartkach wyrwanych ze starych podręczników do geometrii (w takie kartki pakują przekąski wszystkie herbaciarnie w tym kraju); strzępy wiadomości z biuletynów indyjskiego radia; rzeczy, które wpadają człowiekowi do głowy niczym jaszczurki z sufitu, na pół godziny przed zaśnięciem – wszystkie te wyobrażenia, na wpół ukształtowane, na wpół przyswojone i w połowie słuszne, przemieszane z innymi niedojrzałymi ideami w naszych głowach, a przypuszczam, że te niedojrzałe idee gwałcą się nawzajem i rodzą kolejne półpełne. Tak więc to jest podstawa naszego działania i z tym żyjemy.

Historia mojego dorastania to opowieść o tym, jak powstaje człowiek niedouczony.

Ale uwaga, Panie Premierze! Ludzie w pełni ukształtowani, po dwunastu latach nauki w szkole i kilku na uniwersytecie, noszą eleganckie garnitury, pracują w firmach i przez resztę życia wykonują polecenia innych.

Przedsiębiorcy są z gliny wypalonej w połowie.

Najlepszy sposób, żeby podać Panu podstawowe informacje na mój temat – dotyczące pochodzenia, wzrostu, wagi, zboczeń seksualnych itd. – to plakat. Z moim zdjęciem, ten, który wydrukowała policja.

Przyznam się, że kiedy nazwałem własne dzieje najmniej znaną historią sukcesu w Bangalurze, trochę mijałem się z prawdą. Mniej więcej trzy lata temu, gdy w związku ze swoim przedsiębiorczym postępowaniem stałem się na krótko osobą o znaczeniu ogólnokrajowym, na każdej poczcie, każdym posterunku policji, każdej stacji kolejowej pojawiły się plakaty z moją podobizną. Tę twarz i moje nazwisko poznało wtedy mnóstwo ludzi. Nie mam papierowego plakatu, ale w srebrnym laptopie firmy Macintosh – kupiłem go przez internet w pewnym singapurskim sklepie, działa jak marzenie – przechowuję jego skan, więc jeśli chwilę Pan poczeka, włączę laptop, znajdę ten skan i przeczytam, co jest na nim napisane...

Ale wróćmy na chwilę do oryginalnego plakatu. Znalazłem go na stacji kolejowej w Hajdarabadzie, w drodze powrotnej z Delhi do Bangaluru, w okresie, gdy podróżowałem, mając za cały bagaż jedną bardzo ciężką czerwoną torbę. Przez cały rok trzymałem go tu, w gabinecie, w szufladzie biurka, ale pewnego dnia sprzątacz szperał w moich rzeczach i mało brakowało, a by na niego natrafił. Nie jestem sentymentalny, Panie Jiabao. Przedsiębiorca nie może sobie na to pozwolić. Więc wyrzuciłem plakat. Ale zanim to zrobiłem, poprosiłem kogoś, żeby mnie nauczył skanować. A wie Pan przecież, że Hindusi są z techniką za pan brat. Wystarczyła mi godzina, no, może dwie. Jestem człowiekiem czynu, proszę Pana. I oto plakat, na ekranie, przede mną.

PROŚBA O POMOC W POSZUKIWANIU ZAGINIONEGO

Niniejszym informuje się społeczeństwo, że pokazany tu Balram Halwai alias Munna, syn Vikrama Halwai, rykszarza, jest poszukiwany w celu przesłuchania. Wiek: od 25 do 35 lat. Karnacja: bardzo ciemna. Twarz: owalna. Wzrost: około 160 cm. Budowa ciała: szczupła.

Cóż, nie wszystko się z tym dzisiaj dokładnie zgadza, proszę Pana. Twarz bardzo ciemna to nadal prawda – chociaż się waham, czy nie spróbować któregoś z tych nowych kremów wybielających, wymyślonych, żeby Hindusi mogli wyglądać jak ludzie z Zachodu – ale cała reszta to już niestety przeszłość. W Bangalurze żyje się dobrze – pożywne jedzenie, piwo, nocne lokale, co tu dużo mówić! „Szczupły”... ha! Teraz lepiej wyglądam! Bardziej by pasowało: „gruby” i „brzuchaty”.

Ale do rzeczy, nie mamy całej nocy. Może lepiej od razu wyjaśnię ten kawałek:

...Balram Halwai alias Munna...

Widzi Pan, w szkole pierwszego dnia nauczyciel kazał podchodzić chłopcom po kolei, żeby ich wpisać do dziennika. Kiedy usłyszał, jak się nazywam, otworzył usta ze zdziwienia, a potem powiedział:

– Munna? To nie jest prawdziwe imię.

Miał rację, to po prostu znaczy „chłopiec”.

– Innego nie mam, proszę pana – odparłem.

Tak było. Nigdy nie dostałem imienia.

– Matka nie dała ci imienia?

– Jest bardzo chora, proszę pana. Leży w łóżku i pluje krwią. Nie miała czasu tym się zająć.

– A ojciec?

– Jest rykszarzem, proszę pana. Też nie ma czasu, żeby mi dać imię.

– Nie masz babci? Ciotek? Wujków?

– Oni też nie mają czasu.

Nauczyciel odwrócił się, splunął – strumień czerwonego paanu trysnął na podłogę klasy – i oblizał wargi.

– W takim razie kolej na mnie, prawda? – Przeczesał włosy palcami. – Nazwiemy cię... Ram. Zaraz, zaraz, chyba już mamy Rama w tej klasie. Nie chcę pomyłek. Będziesz Balram. Wiesz, kto to był Balram, prawda?

– Nie, proszę pana.

– Pomocnik boga Kryszny. A wiesz, jak mam na imię?

– Nie, proszę pana.

– Kryszna – roześmiał się.

Wróciłem do domu i powiedziałem, że nauczyciel dał mi nowe imię. Ojciec wzruszył ramionami.

– Jeśli tego chce, będziemy cię tak nazywać.

Od tamtej pory byłem Balramem. Później oczywiście przybrałem trzecie imię, ale o tym potem.

Co to za miejsce, gdzie ludzie zapominają nadać imiona dzieciom? Wróćmy do mojego plakatu:

Podejrzany pochodzi z wioski Laxmangarh w...

Jak wszystkie dobre bangalurskie opowieści moja też zaczyna się daleko od Bangaluru. Teraz otacza mnie Jasność, ale trzeba Panu wiedzieć, że urodziłem się i wychowałem w Ciemności.

Lecz nie mam na myśli pory dnia, Panie Premierze!

Mówię o miejscu w Indiach, o co najmniej jednej trzeciej kraju, o miejscu żyznym, pełnym pól ryżowych i pszenicznych, i leżących wśród nich stawów pokrytych lotosami i liliami wodnymi, i brodzących w nich bawołów, które żują te lotosy i te lilie. Proszę zrozumieć, Ekscelencjo, że Indie to dwa kraje w jednym: Indie Jasności i Indie Ciemności. Jasność przynosi mojemu krajowi ocean. Każdemu miejscu na mapie Indii położonemu blisko oceanu wiedzie się dobrze. Ale rzeka przynosi Indiom ciemność – czarna rzeka.

O jakiej czarnej rzece mówię, rzece Śmierci, z brzegami pokrytymi gęstym, ciemnym mułem, który swym lepkim uściskiem chwyta jak w potrzask wszystko, co się zasieje i zasadzi, który dusi to i dławi, i głuszy?

Otóż mówię o Matce Gandze, córce Wed, rzece iluminacji, opiekunce nas wszystkich, która przerywa łańcuch narodzin i reinkarnacji. Obszar, gdzie płynie, jest Ciemnością.

Jedną z cech Indii jest to, że prawie wszystko, co się słyszy o tym kraju z ust premiera, można odwrócić do góry nogami i wtedy ma się prawdziwy obraz. Mówi się, że Ganga to rzeka wyzwolenia i że tysiące amerykańskich turystów przyjeżdżają co roku, żeby w Hardwarze i Benaresie fotografować nagich sadhu. Premier z pewnością tak ją Panu opisze i będzie namawiał, żeby się Pan w jej wodach zanurzył.

Nie, Panie Jiabao! Nalegam, żeby się Pan w Gandze nie zanurzał, jeśli nie chce Pan mieć w ustach pełno kału, słomy, rozmiękłych w wodzie kawałków ludzkiego ciała i bawolej padliny oraz siedmiu różnych kwasów przemysłowych.

O Gandze wiem wszystko, proszę Pana. Kiedy miałem sześć lat, a może siedem albo osiem (w mojej wiosce nikt nie zna dokładnie swojego wieku), udałem się do najświętszego miejsca nad brzegami Gangi – do Benaresu. Pamiętam, jak w tym świętym mieście schodziłem drogą w dół zbocza, ostatni w kondukcie żałobnym odprowadzającym ciało mojej matki do rzeki.

Kondukt prowadziła babcia Kusum. Stara przebiegła Kusum! Miała zwyczaj w chwilach zadowolenia mocno pocierać sobie przedramiona, jakby ucierała imbir, co miało nas rozśmieszyć. Straciła wszystkie zęby, ale to tylko dodawało jej uśmiechowi chytrości. Tym uśmiechem zdobyła władzę w domu. We wszystkich zięciach i synowych wzbudzała strach.

Ojciec i Kishan, mój brat, stali za nią i dźwigali przód trzcinowego łóżka ze zwłokami; drugi koniec nieśli wujowie: Munnu, Jayram, Divyram i Umesh. Ciało matki od stóp do głów spowijał płat szafranowego jedwabiu, który pokrywały płatki róż i girlandy z jaśminu. Nie przypuszczam, żeby kiedykolwiek wcześniej miała na sobie coś równie pięknego. (Jej śmierć była tak wspaniała, że od razu wiedziałem, że życie musiała mieć nieszczęśliwe. Rodzina czuła się czemuś winna). Ciotki – Rabri, Shalini, Malini, Luttu, Jaydevi i Ruchi – kręciły się wkoło i przywoływały mnie gestami, żebym do nich dołączył. Pamiętam, że machałem rękami i śpiewałem: „Imię Śiwy jest prawdą!”.

Mijaliśmy świątynię za świątynią, modliliśmy się do kolejnych bogów, a potem ruszyliśmy gęsiego między czerwoną świątynią Hanumana a siłownią pod gołym niebem, gdzie trzech kulturystów dźwigało zardzewiałe ciężary. Rzekę poczułem, zanim zobaczyłem: z prawej strony nadeszła fala smrodu gnijącego mięsa. „...jedyną prawdą!”, zaśpiewałem głośniej.

Później usłyszeliśmy piekielny hałas rąbania drewna. Obok schodów prowadzących do rzeki, tuż nad wodą, budowano podwyższenie i mężczyźni rozłupywali siekierami potężne kłody. Z kawałów drewna układano na stopniach schodów stosy pogrzebowe. Kiedy dotarliśmy na miejsce, paliły się cztery ciała. Czekaliśmy na naszą kolej.

W oddali połyskiwała w słońcu biała piaszczysta wyspa, ku której płynęły łodzie pełne ludzi. Zastanawiałem się, czy dusza matki pofrunęła do tego błyszczącego miejsca na rzece.

Wspomniałem już, że matka była owinięta jedwabiem. Teraz tkaninę naciągnięto jej na twarz, na ciele ułożono polana – tyle, na ile nas było stać – i kapłan podpalił stos.

– Kiedy się zjawiła w naszym domu, była dobrą, spokojną dziewczyną – powiedziała Kusum i położyła mi rękę na głowie. – Ja nie chciałam kłótni.

Strząsnąłem jej dłoń. Patrzyłem na matkę. Spod spalonego jedwabiu wychynęła blada stopa, jak żywa. Palce kurczyły się od gorąca, stawiając opór temu, co im robiono. Kusum wepchnęła stopę w ogień, ale ona nie chciała się palić. Serce zaczęło mi łomotać. Matka nie pozwalała im się zniszczyć.

Pod platformą z kłodami, gdzie rzeka omywała brzeg, był wielki kopiec oślizłego mułu zasłany jaśminowymi girlandami, płatkami róż, kawałkami jedwabiu, zwęglonymi kośćmi. Wśród tego wszystkiego pełzał i węszył pies o bladej skórze.

Spojrzałem na muł, potem na wykrzywioną stopę matki, i zrozumiałem.

Ten muł ją zatrzymywał. Ten wielki, rosnący pagórek czarnego mułu. Próbowała z nim walczyć, jej wygięte palce stawiały opór, ale muł ją wciągał, wciągał... Był bardzo gęsty i z każdą chwilą go przybywało, bo wciąż go nanosiła rzeka. Niedługo matka stanie się częścią czarnego kopca i zacznie ją lizać bladoskóry pies.

I wtedy zrozumiałem: to był prawdziwy bóg Benaresu – ten czarny muł z Gangi, w którym wszystko kończyło życie, rozkładało się, z którego się odradzało i znów umierało. To samo stanie się ze mną, kiedy umrę i mnie tu przyniosą. Nic nie zostanie wyzwolone.

Przestałem oddychać.

Pierwszy raz w życiu zemdlałem.

Od tamtej pory nie widziałem Gangi. Zostawiam tę rzekę amerykańskim turystom!

...pochodzi z wioski Laxmangarh w dystrykcie Gaja.

To dystrykt sławny na cały świat. Mój dystrykt nadał kształt historii Pana kraju, Panie Jiabao. Z pewnością słyszał Pan o Bodh Gaja, mieście, gdzie Budda usiadł pod drzewem, doznał iluminacji i zapoczątkował buddyzm, który potem rozprzestrzenił się na cały świat, z Chinami włącznie. I gdzie jest to miasto? Tutaj, w moim rodzinnym dystrykcie! Zaledwie kilka mil od Laxmangarh!

Ciekaw jestem, czy Budda szedł przez Laxmangarh – niektórzy mówią, że tak. Ja czuję, że przebiegł tędy najszybciej, jak potrafił, i nawet się nie obejrzał!

Niedaleko Laxmangarh płynie mała odnoga Gangi. Co poniedziałek przybywają nią ze świata łodzie z zaopatrzeniem. W wiosce jest jedna ulica, przedzielona na pół jasnym paskiem rynsztoka. Po jego obu stronach targowisko: trzy podobne do siebie sklepy z podobnie sfałszowanymi albo nieświeżymi towarami – ryżem, olejem kuchennym, naftą, ciasteczkami, papierosami i nierafinowanym cukrem. Na końcu targowiska stoi wysoka, bielona, stożkowata wieża pomalowana ze wszystkich stron w czarne splątane węże – świątynia. W środku jest żółta figura pół człowieka, pół małpy. To Hanuman, ulubiony bóg mieszkańców Ciemności. Słyszał Pan o Hanumanie? Był wiernym sługą boga Ramy, a czcimy go w naszych świątyniach, ponieważ jest wzorem, jak służyć swemu panu absolutnie uczciwie, z bezgranicznym oddaniem i miłością.

Takich to narzucono nam bogów, Panie Jiabao. Już Pan rozumie, jak trudno człowiekowi w Indiach uzyskać wolność.

Tyle o samym miejscu. A teraz trochę na temat ludzi. Pragnę Pana z dumą poinformować, Ekscelencjo, że Laxmangarh to typowa indyjska rajska wioska, gdzie nie brak elektryczności, bieżącej wody i telefonów. Jeśli zmierzyć i zważyć dzieci w mojej wiosce, karmione pożywnym mięsem, jajkami, warzywami i soczewicą, to się okaże, że spełniają minimalne normy wzrostu i wagi ustanowione przez Organizację Narodów Zjednoczonych i inne organizacje, których rezolucje nasz premier podpisał i w których posiedzeniach tak systematycznie i z takim namaszczeniem uczestniczy.

Ha!

Prądu nie ma.

Kran – popsuty.

Dzieci – za szczupłe i za niskie jak na swój wiek, z wielkimi głowami, w których oczy błyszczą tak wyraziście, jak wyraźnie nieczyste jest sumienie rządu Indii.

Tak, typowa indyjska rajska wioska, Panie Jiabao. Muszę kiedyś pojechać do Chin i zobaczyć, czy wasze rajskie wioski są lepsze.

Pośrodku drogi stada świń węszą w rynsztoku. Grzbiety zwierząt, pokryte długą szczeciną pozlepianą w ostre kępki, są suche, brzuchy w kolorze torfu lśnią od mokrych nieczystości. Błyskają jaskrawoczerwone i brązowe pióra – to koguty podfruwają na dachy. Tędy idzie się do mojego domu, który wciąż istnieje.

Na ścieżce prowadzącej do wejścia zobaczy Pan najważniejszego członka rodziny.

Bawolicę.

Ze wszystkich nas ona była najgrubsza, tak samo zresztą jak bawolice w każdym innym obejściu w wiosce. Przez cały dzień kobiety wciąż ją karmiły świeżą trawą, i to karmienie stanowiło główne zajęcie w ich życiu. Z jej tłustością wiązały wszystkie swoje nadzieje, proszę Pana. Jeśli bawolica dawała dużo mleka, część mogły sprzedać i w domu pojawiało się trochę więcej pieniędzy. Była grubym stworzeniem o błyszczącej skórze, na jej owłosionym łbie pulsowała żyła o grubości chłopięcego siusiaka, z kącika pyska sączyły się perełki gęstej śliny; przez cały dzień siedziała w kupie własnego gnoju. Była w naszym domu dyktatorem!

Jeśli po tym, co zrobiłem, one jeszcze żyją, po wejściu za ogrodzenie zobaczy Pan kobiety. Pracują na podwórku. Moje ciotki i kuzynki, i babcia Kusum. Jedna przygotowuje jedzenie dla bawolicy, druga przesiewa ryż, trzecia siedzi w kucki, przeszukuje włosy czwartej i uśmierca znalezione kleszcze, rozgniatając je w palcach. Od czasu do czasu przerywają swoje zajęcia, bo przyszła pora na kłótnię. A to oznacza rzucanie w siebie nawzajem metalowymi naczyniami albo szarpanie się za włosy, a potem godzenie się, czyli całowanie dłoni i przykładanie jej do policzka drugiej kobiety. W nocy śpią razem, ze splątanymi nogami, niczym jedna istota, stonoga.

Mężczyźni i chłopcy śpią w innym kącie domu.

Wczesny ranek. W całej wsi koguty pieją jak oszalałe. Budzi mnie czyjaś ręka... Strząsam z brzucha nogi brata Kishana, wyplątuję z włosów dłoń kuzyna Pappu i wydostaję się spośród śpiących.

– Chodź, Munna! – Ojciec stoi przy drzwiach i mnie woła.

Biegnę do niego. Wychodzimy z domu i odwiązujemy bawolicę od kołka. Zabieramy ją na poranną kąpiel – aż do stawu pod Czarnym Fortem.

Czarny Fort stoi na grzbiecie wzniesienia górującego nad wioską. Ludzie, którzy byli w innych krajach, mówili mi, że jest piękniejszy niż wszystko, co widzieli w Europie. Przed wiekami musieli go zbudować Turcy albo Afgańczycy, albo Anglicy, albo jacyś inni cudzoziemcy, którzy wtedy panowali w Indiach.

(Bo ten kraj, Indie, nigdy nie był wolny. Najpierw rządzili nami muzułmanie, potem Brytyjczycy. W 1947 roku Brytyjczycy odeszli, ale tylko kretyn mógłby pomyśleć, że staliśmy się wtedy wolni).

W Czarnym Forcie już dawno nie ma cudzoziemców, okupuje go gromada małp. Nikt tam nie chodzi oprócz pasterza kóz i jego stada.

O świcie staw u stóp fortu błyszczy. Stoczyły się do niego z góry kawały muru i teraz leżą na wpół zanurzone w mulistej wodzie niczym drzemiące hipopotamy, które wiele lat później zobaczyłem w ogrodzie zoologicznym w Nowym Delhi. Na powierzchni unoszą się lotosy i lilie, woda mieni się jak srebro, a bawolica brodzi w niej, zjada liście i zostawia za sobą ślad rozchodzący się w kształcie wielkiego V od jej pyska. Nad bawolicą, nad ojcem, nade mną i moim światem wschodzi słońce.

Nie uwierzy Pan, ale czasem prawie tęsknię za tym miejscem.

Wróćmy do plakatu.

Kiedy go ostatnio widziano, podejrzany miał na sobie niebieską poliestrową koszulę w kratę, pomarańczowe poliestrowe spodnie, rdzawoczerwone sandały...

Rdzawoczerwone sandały – też coś! Tylko policjant mógł to wymyślić. Stanowczo zaprzeczam.

Niebieska poliestrowa koszula w kratę, pomarańczowe poliestrowe spodnie... No cóż, też chciałbym zaprzeczyć, ale to niestety prawda. Taka moda wśród służących, proszę Pana. A rano tamtego dnia, kiedy powstał plakat, jeszcze służyłem. (Wieczorem byłem wolny – i inaczej ubrany!)

Ale jest na plakacie wyrażenie, które mnie naprawdę złości, więc wróćmy do niego na chwilę i je poprawmy.

...syn Vikrama Halwai, rykszarza...

PANA Vikrama Halwai, rykszarza! Dziękuję! Mój ojciec był biedakiem, ale człowiekiem honoru, i był odważny. Nie siedziałbym teraz pod tym żyrandolem, gdyby nie jego rady.

Popołudniami szedłem ze szkoły do herbaciarni, żeby się z nim spotkać. Ta herbaciarnia była najważniejszym miejscem we wsi. Codziennie w południe zatrzymywał się przy niej autobus z Gai (nigdy się nie spóźniał więcej niż godzinkę albo dwie), parkowali też tam swojego dżipa policjanci, kiedy przyjeżdżali dobrać się do któregoś z mieszkańców. Krótko przez zachodem trzy razy objeżdżał herbaciarnię mężczyzna głośno dzwoniący dzwonkiem. Do bagażnika roweru miał przymocowany kawał tektury z plakatem reklamującym film pornograficzny. No bo czy można sobie wyobrazić prawdziwą indyjską wioskę bez kina z pornosami, proszę Pana? W kinie po drugiej stronie rzeki puszczali co wieczór dwuipółgodzinne filmy o tytułach w rodzaju Był prawdziwym mężczyzną alboZajrzeliśmy do jej pamiętnika, alboZrobił to wujek, pokazujące złotowłose Amerykanki czy samotne damy z Hongkongu – tak sobie to przynajmniej wyobrażam, Panie Premierze, bo nigdy mi się nie zdarzyło iść na taki seans, jak to robili inni młodzi mężczyźni!

Ryksze stały rzędem przed herbaciarnią i czekały, aż autobus wypluje pasażerów.

Rykszarzom nie wolno było korzystać z plastikowych krzesełek w herbaciarni; siedzieli na piętach gdzieś z tyłu, skuleni, w pozycji charakterystycznej dla służących w całych Indiach. Ojciec nigdy nie kucał. Wolał stać, choćby musiał czekać nie wiadomo jak długo i choćby to miało być dla niego nie wiadomo jak męczące. Pamiętam go tam – bez koszuli, zwykle samotnie pijącego herbatę, zamyślonego.

Słychać klakson.

Świnie i bezpańskie psy się rozbiegają, do herbaciarni wpada zapach kurzu i świńskiego łajna. Przed wejściem zatrzymuje się białe auto, ambassador. Ojciec odstawia filiżankę i wychodzi.

Otwierają się drzwi auta, wysiada z niego mężczyzna z notebookiem. Stali klienci herbaciarni mogą nie przerywać jedzenia, ale ojciec i inni rykszarze ustawiają się w kolejce.

Człowiek z notebookiem to nie Bawół, tylko jego asystent.

W samochodzie siedzi drugi mężczyzna – tęgi, łysy, o pulchnej, brązowej, pogodnej twarzy, ze strzelbą na kolanach.

To jest Bawół.

Bawół to jeden z właścicieli terenu w Laxmangarh. Oprócz niego byli jeszcze trzej i wszyscy mieli przezwiska odpowiadające szczególnym upodobaniom, jakie u nich zauważono.

Bocian był grubym mężczyzną z bujnymi, podkręconymi wąsami o spiczastych czubkach. Do niego należała rzeka płynąca koło wsi, więc zabierał część połowu każdego rybaka i pobierał opłatę od każdego właściciela łodzi, która przypływała do wsi.

Jego brata nazywano Dzikiem. Ten z kolei był właścicielem całej żyznej ziemi wokół Laxmangarh. Jeśli ktoś chciał tam pracować, musiał mu się nisko kłaniać, zmiatać kurz sprzed stóp i godzić się na jego stawkę za dniówkę.

Kiedy przejeżdżał obok kobiet, zatrzymywał samochód, opuszczał szybę i szeroko się uśmiechał; z ust sterczały mu wtedy długie, krzywe zęby, niczym kły dzika.

Kruk miał najgorszą ziemię na suchym, skalistym zboczu wzgórza wokół fortu i brał dolę od pastuchów, którzy paśli tam swoje stada. Jeśli nie mieli pieniędzy, lubił wsadzać im dziób w tyłki, więc go nazwali Kruk.

Najżarłoczniejszy z tego towarzystwa był Bawół. Pożerał ryksze i drogi. Jeśli się jeździło rykszą albo korzystało z drogi, trzeba mu było za to płacić – co najmniej jedną trzecią zarobku.

Wszystkie cztery Zwierzaki mieszkały w ogrodzonych wysokimi murami rezydencjach pod Laxmangarh, w przysiółku ziemiańskim. Każdy miał tam swoją świątynię, swoje studnie i stawy, i nie musiał przychodzić do wsi, chyba że chciał się napaść. Od czasu do czasu dzieci Zwierzaków jeździły swoimi samochodami po okolicy; Kusum to pamiętała. Ale kiedy syna Bawołu porwali naksale – pewnie Pan o nich słyszał, Panie Jiabao, bo to komuniści jak Pan, i mają taką zasadę, że gdzie się da, strzelają do bogatych – Zwierzaki powysyłały synów i córki do Dhanbadu albo do Delhi.

Ich dzieci wyjechały, ale Zwierzaki nie, i pasły się wsią, wszystkim, co w niej wyrosło, aż dla innych nic nie zostało. Więc reszta Laxmangarh wyjeżdżała za chlebem. Co roku wszyscy mężczyźni z wioski czekali wielką grupą pod herbaciarnią. Kiedy przyjeżdżały autobusy, wpychali się do środka, czepiali poręczy, wspinali na dachy – i jechali do Gai. Tam szli na stację i biegli do pociągów – wpychali się do środka, czepiali poręczy, wspinali na dachy – i jechali do Delhi, Kalkuty i Dhanbadu, żeby znaleźć pracę.

Na miesiąc przed deszczami wracali z Dhanbadu, z Delhi, z Kalkuty, chudsi, bardziej milczący, bardziej rozzłoszczeni, ale z pieniędzmi w kieszeniach. Kobiety już czekały. Chowały się za drzwiami i jak tylko mężczyźni przekraczali próg, rzucały się na nich jak dzikie koty na kawał mięsa. Były bijatyki, lamenty, piski. Wujowie stawiali opór i udawało im się zatrzymać trochę pieniędzy, ale ojciec zawsze wychodził z tego obdarty do gołej skóry. „Poradziłem sobie z miastem, ale nie z kobietami w moim domu”, mówił i zaszywał się w kącie pokoju. Kobiety dawały mu jeść, kiedy już nakarmiły bawolicę.

Przychodziłem do niego i się z nim bawiłem. Wspinałem mu się na plecy, kładłem rękę na czole i przesuwałem w dół, zasłaniając oczy, nos, usta, aż do małego wgłębienia na szyi. Tam moje palce się zatrzymywały i to wciąż pozostaje dla mnie ulubionym miejscem ludzkiego ciała.

Ciało bogacza, białe, miękkie i gładkie, przypomina poduszkę z najlepszej bawełny. Nasze jest inne. Kręgosłup ojca był jak sznur z węzłami, którego wiejskie kobiety używają do wyciągania wody ze studni. Wystające obojczyki obejmowały szyję niczym obroża; skaleczenia, szramy, blizny, jak drobne ślady pejcza, pokrywały piersi, sięgały pasa, bioder, pośladków. Biedak nosi historię swego życia wypisaną ostrym piórem na skórze.

Wujowie też pracowali jak katorżnicy, ale robili to, co wszyscy. Każdego roku gdy tylko zaczynało padać, szli w pola z poczerniałymi sierpami i prosili tego lub owego gospodarza o jakąś pracę. Potem siali, wyrywali chwasty, zbierali ryż i inne zboża. Ojciec mógł pracować razem z nimi, z wyrobnikami właściciela ziemi, ale wolał co innego.

Wolał z tym walczyć.

Ponieważ wątpię, żeby w Chinach czy w jakimkolwiek innym cywilizowanym kraju świata byli rykszarze, musi Pan ich zobaczyć u nas. Rykszom nie wolno wjeżdżać do eleganckich dzielnic Delhi, gdzie mogliby się na nie gapić cudzoziemcy. Niech się Pan domaga, żeby Panu pokazali Stare Delhi, Nizamuddin, tam Pan zobaczy drogę pełną ryksz i rykszarzy, chudych, patykowatych, pochylonych na siodełkach, pedałujących, żeby wprawić w ruch pojazdy z górą mięsa klasy średniej w środku – z grubymi mężczyznami, ich grubymi żonami i ich torbami pełnymi zakupów.

A jak już Pan zobaczy tych ludzi patyki, niech Pan pomyśli o moim ojcu.

Tak, był rykszarzem, zwierzęciem pociągowym w ludzkiej skórze, ale miał swój plan. Tym planem byłem ja.

Kiedyś w domu nie wytrzymał i zaczął krzyczeć na kobiety. To było tego dnia, kiedy mu powiedziały, że nie chodzę do szkoły. Zrobił wtedy coś, na co się nie odważył nigdy wcześniej – krzyknął na Kusum:

– Ile razy ci mówiłem, Munna musi umieć czytać i pisać!

Kusum była zaskoczona, ale tylko przez chwilę.

– Ten cudak uciekł ze szkoły, to nie moja wina! – wrzasnęła. – Jest tchórzem i za dużo je. Niech idzie do pracy w herbaciarni i zarobi trochę pieniędzy.

Wokół niej zgromadziły się ciotki i kuzynki. Schowałem się za plecami ojca, a one mu opowiadały o moim tchórzostwie.

Cóż, to się może wydawać nieprawdopodobne, żeby wiejski chłopak wystraszył się jaszczurki. Szczury, węże, małpy, mangusty nie robią na mnie żadnego wrażenia. Przeciwnie – kocham zwierzęta. Ale jaszczurki... Kiedy jakąś widzę, choćby najmniejszą, zamieniam się w dziewczynę. Umieram ze strachu.

W klasie mieliśmy ogromną szafę z zawsze lekko uchylonymi drzwiami. Nikt nie wiedział, po co tam stała. Pewnego ranka te drzwi się nagle szeroko otworzyły i wyskoczyła z nich jaszczurka.

Była jasnozielona jak niedojrzała gwajawa. Chowała i wysuwała język. Miała przynajmniej pół metra.

Inni chłopcy pewnie niczego by nie zauważyli, gdyby któryś nie spojrzał na moją twarz. Otoczyli mnie kołem.

Dwaj wykręcili mi ręce do tyłu i przytrzymali głowę. Któryś złapał jaszczurkę i zaczął iść z nią ku mnie, specjalnie powoli. Bezgłośnie – jedynie wystawiając i chowając czerwony język – zbliżała się do mojej twarzy. Śmiech narastał. Nie mogłem wydobyć z siebie dźwięku. Z tyłu nauczyciel chrapał za biurkiem. Pysk jaszczurki znalazł się tuż przed moimi ustami i wtedy rozchyliła jasnozielone wargi, a ja zemdlałem drugi raz w życiu.

Od tamtej pory więcej do szkoły nie poszedłem.

Ojciec słuchał i się nie śmiał. Nabrał głęboko powietrza, aż to poczułem, tuląc się do jego pleców.

– Pozwoliłaś Kishanowi rzucić szkołę, ale mówiłem ci, że ten chłopak musi się uczyć. Jego matka mi powiedziała, że sobie w szkole poradzi. Jego matka...

– Do diabła z jego matką! – wrzasnęła Kusum. – To była wariatka i na szczęście już nie żyje. A teraz posłuchaj: niech chłopak idzie do herbaciarni jak Kishan, takie jest moje zdanie.

Nazajutrz ojciec poszedł ze mną do szkoły, pierwszy i ostatni raz. Świtało, nigdzie nie było żywego ducha. Popchnięte drzwi się otworzyły. Klasę wypełniło przyćmione błękitne światło. Nasz nauczyciel uwielbiał żuć paan i pluć, więc z jego plwociny powstało na trzech ścianach coś w rodzaju niskiej czerwonej tapety. Kiedy zasypiał, co zdarzało się zwykle koło południa, wyciągaliśmy mu paan z kieszeni, dzieliliśmy się nim i żuliśmy, a potem braliśmy się pod boki tak jak on, lekko się odchylaliśmy do tyłu i po kolei pluliśmy na trzy brudne ściany.

Czwartą ścianę zdobiło wyblakłe malowidło przedstawiające Buddę w otoczeniu saren i wiewiórek. Tylko tę ścianę nauczyciel oszczędził. Pod nią siedziała teraz wielka jaszczurka koloru niedojrzałej gwajawy i udawała jedno ze zwierząt zgromadzonych u stóp Buddy.

Odwróciła się w naszą stronę i zobaczyłem jej błyszczące oczy.

– Czy to ten potwór?

Jaszczurka kręciła głową na wszystkie strony, wypatrując drogi ucieczki. Potem zaczęła się rzucać na ścianę. Nie różniła się ode mnie – była przerażona.

– Nie zabijaj jej, tatusiu, tylko wyrzuć przez okno. Dobrze?

Nauczyciel leżał w kącie. Cuchnął alkoholem i głośno chrapał. Obok niego stał opróżniony w nocy dzbanek po grogu. Ojciec go podniósł.

Jaszczurka uciekała, ojciec biegł za nią, wymachując dzbankiem.

– Nie zabijaj jej tatusiu, proszę!

Ale ojciec nie słuchał. Kopnął szafkę, jaszczurka popędziła jak strzała, a on ją gonił i krzyczał: „Hiiijaaa, hiiijaaa!”. Walił ją tak, że aż dzbanek pękł. Pięścią złamał jej kręgosłup. Nadepnął jej na głowę.

W powietrzu rozszedł się odór zmiażdżonego mięsa. Ojciec podniósł jaszczurkę i wyrzucił przez okno, po czym usiadł pod ścianą, oparty o wizerunek Buddy w otoczeniu łagodnych zwierząt, i ciężko dyszał.

Kiedy się uspokoił, powiedział:

– Przez całe życie byłem traktowany jak osioł. Wszystko, czego chcę, to żeby jeden z moich synów, chociaż jeden, żył jak człowiek.

Co dla niego znaczyło „żyć jak człowiek”, nie wiedziałem.

Myślałem, że może jak Vijay, konduktor z autobusu. Autobus zatrzymywał się w Laxmangarh na pół godziny, pasażerowie wysiadali i konduktor szedł na filiżankę herbaty. My wszyscy, pracownicy herbaciarni, bardzo go podziwialiśmy. Jego służbowy strój w kolorze khaki, jego srebrny gwizdek i czerwony sznurek, na którym ten gwizdek zwisał mu z kieszeni. Wystarczyło spojrzeć i było wiadomo: temu to się powiodło.

Rodzina Vijaya hodowała świnie, więc była tak nisko, że niżej już nie można, ale jemu się powiodło. Udało mu się zaprzyjaźnić z politykiem. Ludzie mówili, że pozwolił mu wsadzić sobie dziób w tyłek. Zrobił, co musiał: był pierwszym człowiekiem przedsiębiorczym, jakiego znałem. Teraz miał pracę i srebrny gwizdek, a kiedy w niego dmuchał, gdy autobus odjeżdżał, wszyscy chłopcy w wiosce dostawali kręćka, biegli za autobusem, walili w niego pięściami i wołali, żeby ich zabrać. Chciałem być jak Vijay – mieć uniform, pensję, błyszczący gwizdek wydający przenikliwy dźwięk, spojrzenia ludzi, które mówiły: „Jaki on jest ważny”.

Już druga, Panie Premierze. Zaraz będę musiał skończyć na dzisiaj, tylko spojrzę na ekran laptopa, czy nie ma tam jeszcze jakiejś istotnej informacji.

Pomijam kilka mało ważnych szczegółów...

...drugiego września, w rejonie Nowego Delhi zwanym Dhaula Kuan, w pobliżu hotelu ITC Maurya Sheraton...

Sheraton to najlepszy hotel w Delhi. Nigdy nie byłem w środku, ale mój były szef pan Ashok wieczorami w nim popijał. W podziemiach mają tam restaurację, podobno bardzo dobrą. Jeśli się nadarzy okazja, powinien ją Pan odwiedzić.

Kiedy to się stało, zaginiony był zatrudniony jako kierowca hondy city. W związku z tym złożone zostało zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa: FIR No. 438/05, P.S. Dhaula Kuan, Delhi. Przypuszczalnie posiada on także torbę zawierającą pewną sumę pieniędzy.

„Czerwoną torbę”, powinni byli napisać. Bez tego informacja jest właściwie bezużyteczna, prawda? Nic dziwnego, że nikt mnie nie zauważył.

„Pewną sumę pieniędzy...” W każdej gazecie w tym kraju piszą takie bzdety. „Pewne zainteresowane osoby rozsiewają pogłoski...”, „Pewna społeczność religijna nie uznaje antykoncepcji”. Nienawidzę tego.

Siedemset tysięcy rupii.

Tyle gotówki było upchnięte w czerwonej torbie. I słowo daję, że policja też o tym wiedziała. Nie mam pojęcia, ile to jest w chińskich pieniądzach, Panie Jiabao. Ale w Singapurze można za to kupić dziesięć srebrnych laptopów Macintosh.

Plakat nie wspomina o mojej szkole, proszę Pana. Naprawdę szkoda. Kiedy się kogoś opisuje, zawsze trzeba mówić o jego wykształceniu. Powinni byli napisać coś w tym rodzaju: „Podejrzany uczył się w szkole, gdzie w szafach ukrywały się półmetrowe jaszczurki w kolorze niedojrzałej gwajawy...”.

Skoro indyjska wioska jest rajem, to taka szkoła jest rajem w raju.

W mojej szkole miało być darmowe jedzenie – zgodnie z programem rządowym dla każdego chłopca na lunch trzy chlebki roti, żółta daal i pikle. Ale nigdy nie zobaczyliśmy ani roti, ani daal, ani pikli, i wszyscy wiedzieli dlaczego: bo pieniądze na nasz lunch ukradł nauczyciel.

Nauczyciel miał wytłumaczenie. Mówił, że od pół roku nie dostaje pensji. Wcześniej zastanawiał się, czy dla odzyskania zaległych należności nie podjąć gandystowskiego protestu: nic nie robić w szkole, dopóki listonosz nie przyniesie czeku. Jednak możliwość utraty pracy go przerażała, bo chociaż płaca na rządowych posadach jest w Indiach kiepska, to mają one liczne uboczne zalety. Pewnego razu do szkoły przyjechała ciężarówka ze szkolnymi mundurkami dla nas. Nigdy ich nie zobaczyliśmy, za to tydzień później można je było kupić w sąsiedniej wsi.

Nikt nie robił nauczycielowi z tego powodu wyrzutów. Trudno się spodziewać, że ktoś siedzący w gnoju będzie ładnie pachniał. Każdy wiedział, że na jego miejscu zrobiłby to samo. Niektórzy byli nawet z niego dumni – że mu wszystko uszło na sucho.

Któregoś ranka na drodze do szkoły pojawił się mężczyzna w najelegantszym garniturze, jaki kiedykolwiek widziałem – w błękitnym safari, jeszcze bardziej imponującym niż uniform konduktora. Stłoczyliśmy się w drzwiach i się gapiliśmy. Mężczyzna miał w ręku trzcinkę i kiedy nas zobaczył, zaczął nią wywijać. Popędziliśmy do klasy i usiedliśmy nad książkami.

To była niespodziewana inspekcja.

Człowiek w garniturze safari – inspektor – pokazywał trzcinką dziury w ścianach i czerwone przebarwienia, a nauczyciel stał skulony obok niego i powtarzał: „Przykro mi, proszę pana”, „Przykro mi, proszę pana”.

– W klasie nie ma ścierki do tablicy, brakuje krzeseł, uczniowie nie mają mundurków. Ile ukradłeś ze szkolnych funduszy, skurwielu?

Inspektor napisał na tablicy cztery zdania i wskazał trzcinką jednego z chłopców.

– Czytaj.

Następni wstawali po kolei i też tylko mrugali.

– Może Balram, proszę pana – podsunął nauczyciel. – Jest najbardziej rozgarnięty z całej tej gromady i dobrze czyta.

Więc wstałem i przeczytałem:

– „Żyjemy we wspaniałej krainie. Tutaj Budda dostąpił oświecenia. Rzeka Ganga daje życie naszym roślinom, naszym zwierzętom i naszemu ludowi. Jesteśmy wdzięczni Bogu, że się tu urodziliśmy”.

– Dobrze – powiedział inspektor. – A kto to był Budda?

– Oświecony człowiek.

– Oświecony bóg.

(Oj! Trzydzieści sześć milionów i pięciu!)

Inspektor kazał mi napisać na tablicy moje imię, a potem poprosił, żebym odczytał godzinę na jego zegarku. Później wyjął z portfela małą fotografię:

– Oto najważniejszy człowiek w naszym życiu. Kto to jest?

Fotografia przedstawiała pulchnego mężczyznę z nastroszonymi siwymi włosami, pyzatymi policzkami i grubymi złotymi kolczykami w uszach. Jego twarz promieniała inteligencją i dobrocią.

– To Wielki Socjalista.

– Dobrze. A jakie jest przesłanie Wielkiego Socjalisty dla dzieci?

Odpowiedź widziałem na murze koło świątyni. Kiedyś namalował ją tam czerwoną farbą policjant.

– Każdy chłopiec z każdej wsi może wyrosnąć na premiera Indii. To jest przesłanie dla dzieci w całym kraju.

Inspektor wyciągnął trzcinkę w moim kierunku.

– Jesteś, młody człowieku, inteligentny, szczery, energiczny, a tamci to stado opryszków i idiotów. Jakie jest najrzadsze zwierzę w dżungli, stworzenie, które się pojawia raz na pokolenie?

– Biały tygrys – odpowiedziałem po namyśle.

– To właśnie ty tutaj, w tej dżungli – odparł inspektor. Zanim wyszedł, powiedział jeszcze: – Napiszę do Patny, żeby ci przyznali stypendium. Musisz iść do prawdziwej szkoły, gdzieś daleko stąd. Musisz dostać prawdziwy mundurek i prawdziwe wykształcenie.

Na odchodnym dał mi prezent, książkę. Dokładnie pamiętam tytuł: Nauki dla chłopców płynące z życia Mahatmy Gandhiego.

Oto jak stałem się Białym Tygrysem. Będzie jeszcze czwarte imię i piąte, ale o tym potem.

No więc pochwalił mnie przed nauczycielem i innymi uczniami inspektor szkolny, zostałem Białym Tygrysem, dostałem książkę, obiecano mi stypendium. Same dobre nowiny, ale w myśl żelaznej zasady życia w Ciemności z dobrej nowiny robi się zła, i to szybko.

Moja kuzynka Reena wyszła za chłopaka z sąsiedniej wsi. Ponieważ byliśmy jej rodziną, to znaczy rodziną dziewczyny, mieliśmy z tym niezły problem. Musieliśmy dać chłopakowi nowy rower, pieniądze, srebrną bransoletkę, no i wyprawić wielkie wesele – i myśmy to zrobili. Pewnie Pan wie, Panie Premierze, ile serca my, Hindusi, wkładamy w nasze wesela. Słyszałem, że teraz nawet ludzie z zagranicy przyjeżdżają, żeby mieć wesele po hindusku. Tak jest, niejednego możemy cudzoziemców nauczyć, mówię Panu! Filmowych piosenek słuchanych z ryczącego na cały regulator czarnego magnetofonu, picia, tańczenia przez całą noc... Ja padłem, Kishan padł, padli wszyscy członkowie rodziny. Podobno nawet bawolicy ktoś nalał bimbru do koryta.

Minęły dwa albo trzy dni. Siedziałem sobie w klasie, na końcu, z tabliczką i kredą, które ojciec mi przywiózł z jednej ze swych podróży do Dhanbadu, i szlifowałem alfabet. Inni chłopcy gadali albo się bili. Nauczyciel był pijany w trupa.

W drzwiach klasy stanął Kishan i pomachał do mnie ręką.

– O co chodzi, Kishan? Gdzieś idziemy?

Brat dalej nic nie mówił.

– Mam zabrać książkę? I kredę?

– Lepiej tak. – Położył mi rękę na głowie i wyszliśmy.

Rodzina zapożyczyła się u Bociana na huczne wesele i suty posag. Teraz Bocian zażądał zwrotu pożyczki. Chciał, żebyśmy wszyscy dla niego pracowali. Wiedział, że jestem w szkole, może od swojego poborcy, więc musieli oddać mu i mnie.

Poszliśmy do herbaciarni. Kishan złożył dłonie i skłonił się przed herbaciarzem. Ja też się ukłoniłem.

– A to kto? – Herbaciarz spojrzał na mnie zezem.

Siedział pod wielkim portretem Mahatmy Gandhiego, więc od razu wiedziałem, że wpadłem w ciężkie tarapaty.

– Mój brat – wyjaśnił Kishan. – Będzie mi pomagał.

Kishan wyciągnął piecyk przed herbaciarnię i kazał mi usiąść. Przytaszczył jutowy worek, wyjął z niego bryłę węgla, rąbnął nią o cegłę i wsypał czarne kawałki do piecyka.

– Mocniej – polecił, kiedy uderzyłem węglem w cegłę. – Jeszcze mocniej.

Wreszcie mi się udało – rozbiłem bryłę na kawałki. Kishan wstał.

– Tak samo porozbijaj resztę węgla z tego worka.

Trochę później przyszli popatrzeć na mnie dwaj chłopcy ze szkoły. Potem jeszcze dwaj i jeszcze dwaj. Usłyszałem chichotanie.

– Co to za stworzenie, co się pojawia raz na pokolenie? – zapytał któryś głośno.

– Węglarz – rzucił inny.

I wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Nie zwracaj na nich uwagi – powiedział Kishan. – Pójdą sobie. – Spojrzał na mnie. – Jesteś zły, że cię zabrałem ze szkoły, prawda?

Milczałem.

– Nienawidzisz rozbijania węgla?

Milczałem.

Wziął do ręki największy kawałek i ścisnął.

– Wyobraź sobie, że to moja czaszka, wtedy będzie ci dużo łatwiej.

Jego też zabrali ze szkoły. Po weselu kuzynki Meery. Też bardzo hucznym.

Praca w herbaciarni. Rozbijanie węgla. Wycieranie stołów. Nic dobrego, powiada Pan?

Prawem człowieka przedsiębiorczego jest zamienianie złych wieści na dobre, wbrew zasadzie obowiązującej w tym kraju.

Jutro, też w środku nocy, opowiem Panu, jak w herbaciarni odebrałem lepsze wykształcenie, niżby mi mogła dać jakakolwiek szkoła. A teraz muszę przestać się gapić na żyrandol i wziąć się do roboty. Jest prawie trzecia nad ranem. O tej porze Bangalur budzi się do życia. W Ameryce dzień pracy dobiega końca, a mój się dopiero na dobre zaczyna. Muszę być w pogotowiu, bo wszyscy z informacji telefonicznej wracają do domu. Wtedy trzeba być blisko telefonu.

Nie mam komórki, to oczywiste – bo wyżera mężczyźnie mózg, powoduje, że kurczą mu się jaja i brakuje nasienia, o czym wszyscy wiemy – więc muszę siedzieć w biurze. Na wypadek kłopotów.

To do mnie dzwonią ludzie, kiedy mają kłopot!

Zobaczmy szybko, co tam jeszcze zostało...

...każdy, kto może udzielić jakichkolwiek informacji o zaginionym lub naprowadzić na jego ślad, proszony jest o kontakt z Centralnym Biurem Śledczym (http://cbi.nic.in): e-mail [email protected], faks 011-23011334, tel. 011-23014046 (bezp.), 011-23015229 i 23015218, wew. 210. Można także dzwonić na numery podane poniżej lub wysłać list na adres podany poniżej.

DP 3687/05

SHO – Dhaula Kuan, Nowe Delhi

tel. 28653200, 27641000

W tekst wmontowali fotografię, niewyraźną, ciemną, rozmazaną w jakiejś starej policyjnej drukarni, ledwie dającą się odcyfrować nawet na oryginalnym plakacie na murze stacji kolejowej, a tym bardziej teraz, zamienioną w piksele na ekranie komputera, w jakieś abstrakcyjne wyobrażenie męskiej twarzy: duże wyłupiaste oczy, krótkie gęste wąsy. Tak wygląda połowa mężczyzn w Indiach.

Żegnam Pana na dziś uwagą o niedociągnięciach w pracy indyjskiej policji, Panie Premierze. W związku z badaniem okoliczności mojego zniknięcia z pewnością do Laxmangarh przyjechał cały autobus mundurowych – w końcu to była sensacyjna sprawa. Obudzili nauczyciela, przepytywali sklepikarzy, dręczyli rykszarzy. Czy kradł jako dziecko? Czy chodził na dziwki? Rozwalili stragan albo dwa, na paru osobach wymusili „wyznania”.

Ale założę się, że przeoczyli najważniejszy trop, który mieli tuż pod nosem.

Myślę oczywiście o Czarnym Forcie.

Wiele razy prosiłem Kusum, żeby mnie zabrała na szczyt wzgórza, do wnętrza fortu. Ale ona mówiła, że jestem tchórzem i gdybym tam poszedł, umarłbym ze strachu, bo w forcie mieszka ogromna jaszczurka, największa na świecie.

Więc mogłem tylko patrzeć z daleka. O świcie długie otwory strzelnicze zamieniały się w płonące różowe linie, o zachodzie płonęły złoto. Rano przez szczeliny między kamieniami przeświecał błękit nieba, w nocy poszarpane wały obronne jaśniały w świetle księżyca. Na murach szalały małpy, piszcząc i atakując się nawzajem, jakby się w nie wcieliły duchy umarłych wojowników i odtwarzały dawne bitwy.

Też chciałem się tam znaleźć.

Ikbal, jeden z czterech najlepszych poetów na świecie – pozostali to Rumi, Mirza Ghalib i czwarty, też muzułmanin, którego nazwiska nie pamiętam – napisał wiersz, w którym tak mówi o niewolnikach:

Pozostają niewolnikami, bo nie widzą, co jest piękne na tym świecie.

Nikt nigdy nie powiedział nic prawdziwszego.

Wielki poeta z tego Ikbala, choć był muzułmaninem.

(Nawiasem mówiąc, czy Pan zauważył, Panie Premierze, że wszyscy czterej najlepsi poeci świata to muzułmanie, a spotyka się tylko takich, co albo są analfabetami, albo chodzą zakutani od stóp do głów w czarne burki, albo tylko patrzą, żeby wysadzić jakiś budynek? Zagadka, prawda? Jeśli Pan to kiedyś rozgryzie, proszę mi przysłać e-mail).

Już jako dziecko widziałem, co jest piękne na świecie; nie był mi pisany niewolniczy stan.

Pewnego dnia Kusum odkryła, co mnie łączyło z Czarnym Fortem. Śledziła mnie od domu aż do stawu pod wzgórzem i widziała, co tam robiłem. Tego wieczoru powiedziała ojcu:

– Stał tam i gapił się na fort, tak samo jak jego matka. Nic dobrego z niego nie wyrośnie, ja ci to mówię.

Kiedy miałem jakieś trzynaście lat, postanowiłem iść do fortu sam. Przeszedłem w bród na drugi brzeg stawu i wdrapałem się na wzgórze. Już kierowałem się do środka, gdy na ścieżce prowadzącej ku bramie nagle pojawiło się coś czarnego. Odwróciłem się na pięcie i pognałem w dół, tak przerażony, że nawet nie mogłem krzyczeć.

To była krowa. Zobaczyłem ją z daleka, ale czułem się zbyt roztrzęsiony, żeby wrócić.

Próbowałem jeszcze wiele razy, ale ilekroć wyruszyłem w drogę, siedzący we mnie tchórz odbierał mi odwagę i kazał zawracać.

W wieku dwudziestu czterech lat, kiedy mieszkałem w Dhanbadzie i pracowałem jako szofer pana Ashoka, przyjechałem do Laxmangarh, bo mój pan i jego żona wybrali się tam na wycieczkę. Była to dla mnie bardzo ważna podróż; jak znajdę czas, opiszę ją dokładniej. Na razie powiem Panu tylko, że gdy pan Ashok i pani Pinky odpoczywali po lunchu, nie miałem nic do roboty, więc postanowiłem spróbować jeszcze raz. Przepłynąłem staw, wspiąłem się na wzgórze, przeszedłem przez bramę i po raz pierwszy znalazłem się w Czarnym Forcie. Niewiele tam było do oglądania – popękane mury i stado małp, które patrzyły na mnie z daleka. Stanąłem na murze i spojrzałem w dół na wioskę. Moje małe Laxmangarh. Widziałem świątynię, targowisko, błyszczący pasek rynsztoka, posiadłości Zwierzaków – i mój dom, a przed nim ciemną plamkę – bawolicę. Na oko najpiękniejszy widok na świecie.

Pochyliłem się w kierunku wioski... i zrobiłem coś tak paskudnego, że chyba nie powinienem Panu o tym mówić.

No dobrze, splunąłem. Kilka razy. A potem, pogwizdując i podśpiewując, zszedłem ze wzgórza.

Osiem miesięcy później poderżnąłem panu Ashokowi gardło.

Nocdruga

Adresat:

Jego Ekscelencja Wen Jiabao

teraz pewnie smacznie śpiący

w Gabinecie Premiera

w Chinach

Nadawca:

Jego nocny nauczyciel

przedsiębiorczości

Biały Tygrys

No więc tak, Panie Premierze.

Jak brzmi mój śmiech?

Jak pachną moje pachy?

A kiedy się śmieję od ucha do ucha, to czy prawdą jest – jak Pan to sobie teraz bez wątpienia wyobraża – że moje wargi układają się w szatański grymas?

Och, mógłbym o sobie mówić i mówić, Panie Premierze. Mógłbym się chełpić, że nie jestem pierwszym lepszym mordercą, tylko takim, który zabił pracodawcę (a to jakby drugi ojciec), a także prawdopodobnie przyczynił się do śmierci wszystkich członków swojej rodziny. Kimś w rodzaju masowego mordercy.

Ale nie chcę. Za to niechby Pan posłuchał któregoś z tych początkujących bangalurskich przedsiębiorców: moja firma zawarła umowę z American Express, moja firma robi oprogramowanie dla szpitala w Londynie i tak dalej, i tak dalej. Nie cierpię tego cholernego bangalurskiego pozerstwa, słowo daję.

(Ale jeśli już koniecznie musi Pan wiedzieć o mnie więcej, proszę wejść na www.whitetiger-technologydrivers.com. Tak, to jest strona mojej firmy!)

No więc mam dość mówienia o sobie, Panie Premierze. Dziś chcę mówić o innej ważnej osobie z mojej historii.

O moim byłym szefie.

Oczami duszy widzę teraz twarz pana Ashoka, jak ją widziałem codziennie w lusterku wstecznym, kiedy u niego służyłem. Był tak przystojny, że czasem nie mogłem od niego oderwać wzroku. Proszę sobie wyobrazić barczystego gościa metr osiemdziesiąt wzrostu, o silnych karzących rękach właściciela ziemskiego, a jednocześnie łagodnego (prawie zawsze, chyba że bił po twarzy panią Pinky) i miłego dla otoczenia, nawet dla służących i kierowcy.

Obok pojawia się w zwierciadle mojej pamięci inna twarz – pani Pinky, jego żony. Tak samo pięknej jak jej mąż, niczym wizerunek bogini w świątyni Birla Hindu w Nowym Delhi i bóg, któremu jest poślubiona. Siadała z tyłu i rozmawiali, a ja ich wiozłem, dokąd chcieli, z takim samym oddaniem, z jakim bóg Hanuman służył Ramie i Sicie, swemu panu i swej pani.

Na myśl o panu Ashoku się wzruszam. Chyba mam tu gdzieś papierowe chusteczki.

Dziwna sprawa: mordujesz człowieka, a czujesz się odpowiedzialny za jego życie – i to wręcz zaborczo. Wiesz o nim więcej niż jego ojciec i matka; oni znali go jako płód, lecz ty znasz jego zwłoki. Tylko ty możesz dokończyć historię jego życia. Tylko ty wiesz, dlaczego jego ciało musi być wepchnięte w ogień przedwcześnie i dlaczego jego palce się kurczą i walczą o jeszcze jedną godzinę na ziemi.

Chociaż go zabiłem, nie usłyszy Pan o nim ode mnie złego słowa. Broniłem jego dobrego imienia jako sługa i nie przestanę bronić teraz, kiedy jestem (w pewnym sensie) jego panem. Tyle mu zawdzięczam. On i pani Pinky siedzieli z tyłu, rozmawiali o życiu, o Indiach, o Ameryce – mieszając hindi z angielskim – a ja podsłuchiwałem i dużo się nauczyłem o życiu, o Indiach, o Ameryce – no i trochę angielskiego. (Może nawet odrobinę więcej, niż się do tej pory przyznawałem!) W gruncie rzeczy wiele z moich najlepszych pomysłów zapożyczyłem od byłego pracodawcy albo od jego brata, albo jeszcze od kogoś innego, kogo woziłem. (Przyznaję, Panie Premierze, że nie jestem pomysłowym bystrzakiem, ale jestem pomysłowym słuchaczem). Prawda, doszło kiedyś między panem Ashokiem i mną do sprzeczki, a może i dwóch, na temat angielskiego wyrażenia „podatek dochodowy” i nasze stosunki zaczęły się psuć, ale o tej przykrej sprawie opowiem później. W każdym razie teraz układa się między nami jak najlepiej i właśnie się spotkaliśmy w mieście Dhanbad, daleko od Delhi.

Przyjechałem do Dhanbadu po śmierci ojca. Chorował od jakiegoś czasu, ale w Laxmangarh nie ma szpitala, mimo że są trzy różne kamienie węgielne położone pod szpital przez trzech różnych polityków w trakcie trzech różnych kampanii wyborczych. Kiedy tamtego ranka ojciec zaczął pluć krwią, Kishan i ja przewieźliśmy go łódką na drugi brzeg. Zwilżaliśmy mu usta wodą z rzeki, ale była tak brudna, że wypluwał coraz więcej krwi.

Rykszarz na drugim brzegu znał ojca, więc zawiózł całą naszą trójkę do państwowego szpitala za darmo.

Na stopniach u wejścia do wielkiego białego budynku stały trzy czarne kozy, od strony otwartych drzwi dolatywał smród ich odchodów. Szyby w większości okien były wybite, z jednego okna patrzył na nas kot.

Na tabliczce przy wejściu było napisane:

Powszechny Bezpłatny Szpital im. Lohii z dumą otwarty przez Wielkiego Socjalistę, święty dowód, że on dotrzymuje obietnic.

Depcząc kozie bobki, które zaściełały ziemię niczym konstelacja czarnych gwiazd, wnieśliśmy ojca do środka. W szpitalu nie było lekarza. Salowy za dziesięć rupii powiedział, że może przyjdzie wieczorem. Wszystkie drzwi były otwarte na oścież; z materaców na łóżkach wyłaziły sprężyny. Weszliśmy do jednej z sal, kot natychmiast zaczął syczeć.

– W salach nie jest bezpiecznie, ten kot poczuł krew.

Dwóch muzułmanów siedziało na rozpostartej na podłodze gazecie. Jeden, z otwartą raną nogi, zaprosił nas gestem, żebyśmy się przyłączyli. Położyliśmy ojca obok nich. Czekaliśmy.

Weszły dwie dziewczynki i usiadły za nami. Miały żółte oczy.

– Żółtaczka. To ona mnie zaraziła.

– Nieprawda. Ona mnie. I teraz obie umrzemy!

Wszedł staruszek z opatrunkiem na oku i usiadł za dziewczynkami.

Muzułmanie rozkładali następne gazety: kolejka chorych oczu, otwartych ran, bredzących ust rosła.

– Dlaczego tu nie ma lekarza, wujku? – spytałem. – To jedyny szpital w tej okolicy.

– Widzisz, to wygląda tak – zaczął starszy z muzułmanów. – Jest główny inspektor medyczny, który powinien kontrolować, czy lekarze wizytują szpitale na wsi. Kiedy to stanowisko się zwalnia, Wielki Socjalista zawiadamia wszystkich ważnych doktorów, że otwiera licytację. Aktualna stawka wynosi około czterystu tysięcy rupii.

– Aż tyle? – Otworzyłem usta ze zdziwienia.