Bezpieczna opcja - K.D. Laren - ebook + książka

Bezpieczna opcja ebook

K.D. Laren

4,7
53,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.

44 osoby interesują się tą książką

Opis

W miłości jak w sporcie – bez ryzyka nie ma wygranej

Julia jest przekonana, że wreszcie spełnia swoje największe marzenie o miłości. Wkrótce ma wyjść za mąż za Marka, odnoszącego sukcesy prawnika z wpływowej warszawskiej rodziny. W dniu przymiarki sukni ślubnej nakrywa go jednak z inną kobietą, a jej idealny świat rozpada się na kawałki.

Ku jej zaskoczeniu pomocną dłoń wyciąga do niej Igor – przybrany brat Marka, cyniczny, arogancki kapitan reprezentacji Polski w siatkówce, który wydaje się zaprzeczeniem wszystkiego, w co Julia wierzy.

Za jego sprawą jej życie wkracza na zupełnie nieznane tory. Mieszkanie w apartamencie sportowca, praca dla kadry narodowej i wyjazd na mistrzostwa Europy – to zdecydowanie nie brzmi jak „bezpieczna opcja”, którą zawsze wybierała Julia.

Tymczasem największym wyzwaniem w tej układance okazuje się Igor. Mężczyzna, którego od początku nie potrafiła znieść i od którego nieoczekiwanie nie umie odwrócić wzroku…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 568

Rok wydania: 2026

Oceny
4,7 (141 ocen)
107
24
9
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Stream_of_consciousness

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! Już jakiś czas temu zastanawiałam się, czemu żadna z polskich autorek nikt nie wzięła na tapetę siatkarzy, zamiast kopiować modę na hokeistów z zachodu ;) Niebanalny, nieprzesłodzony romans, dobrze napisany, z ciekawymi wątkami fabularnymi i zapadającymi w pamięć bohaterami drugoplanowymi. W głównej relacji niemal same green flagi. Jedynie 'third act breakup' zbyteczny, to jest slow burn i można było zamknąć opowieść bez tej końcowej dramy.
30
22timszel

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna. Wiele pobocznych wątków, wielowymiarowe postaci, brak żenujących nieśmiesznych przepychanek slownych (zmora polskich romansów) No i sport w tle. Nie tu czego nie lubić
30
KingaStrzelec

Nie oderwiesz się od lektury

Super się czytało. Jak na tyle stron,ani przez chwilę nie była nudna. Mega mi się podobala. Aż żałuję że nie ma innych książek dostępnych tej autorki 😊
20
narrentia

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna historia... „Bezpieczna opcja” K. D. Laren to cudowna, pełna emocji historia, która zdecydowanie przypadła mi do gustu. Książka jest obszerna, dzięki czemu mamy dużo czasu, aby naprawdę dobrze poznać bohaterów i obserwować, jak krok po kroku rozwija się ich relacja. On – przystojny siatkarz, ona – utalentowana fizjoterapeutka. Dwie zupełnie różne, a jednocześnie świetnie uzupełniające się osoby, między którymi od początku czuć chemię. Bardzo polubiłam zarówno ich samych, jak i sposób, w jaki autorka poprowadziła ich relację. To historia, przy której można się zatrzymać, zaangażować w losy bohaterów i po prostu czerpać przyjemność z ich wspólnej drogi. Jeśli lubicie romanse z dobrze wykreowanymi bohaterami, rozwijającym się uczuciem i sportowym klimatem – zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę. ❤️
20
Lenka884

Nie oderwiesz się od lektury

O raju, jużbarzi dawno nie czytałam tak dobrej książki!!! Sztos ❤️❤️❤️❤️❤️
20



(…) ale cza­sa­mi jest też wadą, je­śli jest się za­nad­to ostroż­nym. Je­śli ko­bie­ta z taką samą wpra­wą ukry­wa swo­je uczu­cia przed tym, wo­bec któ­re­go są one kie­ro­wa­ne, to może stra­cić oka­zję, by go za­trzy­mać; a wte­dy by­ła­by to już mar­na po­cie­cha, że się rów­nież cały świat za­cho­wa­ło w nie­wie­dzy.

Jane Au­sten, Duma i uprze­dze­nie

Rozdział 1

Ju­lia

Ko­ja­rzy­cie nie­po­praw­ne ro­man­tycz­ki? Te słod­ko­pier­dzą­ce la­ski, któ­re re­agu­ją pi­skli­wym „Och!”, gdy usły­szą ckli­wą hi­sto­ryj­kę o tym, jak Har­ry po­znał Sal­ly? Te, któ­rych oczy na­peł­nia­ją się łza­mi, kie­dy para z fil­mu lub książ­ki tuż przed koń­cem roz­sta­je się w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach, cho­ciaż wie­dzą, że fa­bu­ła ma hap­py end? Albo te, któ­re za każ­dym ra­zem, gdy prze­lot­nie spoj­rzy na nie przy­stoj­niak w me­trze, czu­ją, że to wła­śnie TEN fa­cet, TA wspa­nia­ła, ro­man­tycz­na hi­sto­ria?

Tak. To wła­śnie ja. Ta słod­ko­pier­dzą­ca la­ska. A przy­naj­mniej taka by­łam jesz­cze nie­speł­na trzy lata temu. Te­raz je­stem po pro­stu ro­man­tycz­ką. Za­ko­cha­ną i speł­nio­ną. Wresz­cie zna­la­złam tego je­dy­ne­go i wła­śnie roz­po­czy­na się nowy roz­dział mo­je­go love sto­ry.

Łzy wzru­sze­nia przy­sła­nia­ją mi pre­zen­ta­cję na lap­to­pie. Ści­ska­jąc nos u na­sa­dy, od­chy­lam gło­wę do tyłu. Nie mogę się te­raz roz­be­czeć, nie, kie­dy jesz­cze nie skoń­czy­łam tego wie­ko­pom­ne­go dzie­ła. Wciąż wy­ma­ga kil­ku po­pra­wek. Wkrót­ce Hi­sto­ria po­zna­nia Ju­lii i Mar­ka uj­rzy świa­tło dzien­ne, chwy­ta­jąc za gar­dła bli­sko dwie­ście mniej lub bar­dziej zna­nych mi osób. Z na­ci­skiem na mniej. Poza trze­ma ko­le­żan­ka­mi ze stu­diów i ich mę­ża­mi wszy­scy za­pro­sze­ni na ślub go­ście to krew­ni mo­je­go na­rze­czo­ne­go, a tak­że tak zwa­ni przy­ja­cie­le ro­dzi­ny. Oczy­wi­ście nie mo­jej, ja je­stem sie­ro­tą.

Pre­zen­ta­cja z na­szy­mi słod­ki­mi zdję­cia­mi do­bie­ga koń­ca. Sku­piam uwa­gę na ekra­nie lap­to­pa, bo uwiel­biam dwie ostat­nie plan­sze. Po­ja­wia się „KO­NIEC”. Wy­obra­żam so­bie lek­kie po­ru­sze­nie w tłu­mie, lu­dzi dys­kret­nie ocie­ra­ją­cych mo­kre po­licz­ki i zer­ka­ją­cych na mnie z uzna­niem. A wte­dy po­ja­wia się jesz­cze jed­na plan­sza pre­zen­ta­cji z na­pi­sem: „ALE JED­NO­CZE­ŚNIE PO­CZĄ­TEK”.

Bum! Śmia­ło, pro­szę pań­stwa, niech łzy wzru­sze­nia leją się stru­mie­nia­mi.

Je­stem szczę­śli­wa. Czy mogę po­wie­dzieć to gło­śno? Aż trud­no uwie­rzyć, że jesz­cze trzy lata temu nie wie­rzy­łam w swój hap­py end. Do­padł mnie po­trzy­dziest­ko­wy kry­zys. Nie wiem, czy ist­nie­je ta­kie okre­śle­nie, po­dob­nie jak samo zja­wi­sko, ale je­stem prze­ko­na­na, że to, cze­go do­zna­łam dzień po trzy­dzie­stych uro­dzi­nach, to wła­śnie to. Kie­dy z przo­du masz dwój­kę, wciąż je­steś przed trzy­dziest­ką, ale w mo­men­cie, gdy po­ja­wia się tam trój­ka, au­to­ma­tycz­nie wpa­dasz w ot­chłań pod na­zwą „przed czter­dziest­ką”. Na­gle w two­jej gło­wie od­zy­wa­ją się gło­sy: czas na za­rę­czy­ny, a ty na­wet nie masz chło­pa­ka; czas na męża, a jesz­cze się nie za­rę­czy­łaś; kie­dy ślub?; kie­dy dziec­ko?; czy two­ja pra­ca umoż­li­wi ci spła­tę kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go?; ostat­ni gwiz­dek, żeby przejść na die­tę, me­ta­bo­lizm nie dzia­ła jak kie­dyś; czy wiesz, czym jest re­zer­wa jaj­ni­ko­wa; czy to cho­ler­ny siwy włos?

Ze­gar tyka.

Czu­jesz od­dech na kar­ku.

Wpraw­dzie ni­g­dy nie uwa­ża­łam swo­je­go ży­cia za to­tal­ną po­raż­kę, ale na­gle przy­tła­cza­ją­ca sta­ła się myśl, że to, co mam te­raz, po­zo­sta­nie ta­kie na za­wsze. A w tym wszyst­kim naj­gor­szy stał się strach przed sa­mot­no­ścią.

Pod­su­mo­wu­jąc, mój sta­tus na dzień po trzy­dzie­stych uro­dzi­nach przed­sta­wiał się na­stę­pu­ją­co: le­d­wo wią­żą­ca ko­niec z koń­cem sin­giel­ka z du­szą nie­po­praw­nej ro­man­tycz­ki, śred­nio za­dba­na, z kom­plek­sa­mi, bez fa­ce­ta i per­spek­tyw na zmia­nę. W tym cza­sie ko­le­żan­ki ze stu­diów wy­szły za mąż i uro­dzi­ły dzie­ci. No i nie za­po­mi­naj­my o klą­twie, któ­ra cią­ży na ko­bie­tach z mo­jej ro­dzi­ny od po­ko­leń. Mat­ka, bab­ka i pra­bab­ka – żad­na z nich ni­g­dy nie prze­ży­ła praw­dzi­wej, szcze­rej mi­ło­ści ze szczę­śli­wym za­koń­cze­niem. Głę­bo­ko w środ­ku za­wsze wie­rzy­łam, że z ja­kie­goś po­wo­du to wła­śnie ja będę tą, któ­ra od­wró­ci zły los. I… sta­ło się. Spo­tka­łam Mar­ka.

To cu­dow­na hi­sto­ria wy­ję­ta wprost z ko­me­dii ro­man­tycz­nej, któ­re tak uwiel­biam (nic więc dziw­ne­go, że po­sta­no­wi­łam zro­bić z niej pre­zen­ta­cję). Ma­rek ra­zem ze wspól­ni­kiem otwo­rzy­li kan­ce­la­rię praw­ną w lo­ka­lu obok ga­bi­ne­tu fi­zjo­te­ra­pii, w któ­rym pra­cu­ję. Pew­ne­go dnia za­my­ka­łam ga­bi­net, a Ma­rek kan­ce­la­rię – drzwi do obu lo­ka­li dzie­lą dwa me­try. Obo­je by­li­śmy za­my­śle­ni i zmę­cze­ni po ca­łym dniu pra­cy, więc nie zwró­ci­li­śmy na sie­bie uwa­gi. Ja ru­szy­łam w lewo, on w prze­ciw­nym kie­run­ku i… tak! Zde­rzy­li­śmy się! Na chod­nik wy­sy­pa­ły się do­ku­men­ty z tecz­ki Mar­ka.

– Och! Prze­pra­szam – za­wo­ła­łam słod­ko. Tak przy­naj­mniej chcę to za­pa­mię­tać.

Kuc­nę­li­śmy jed­no­cze­śnie, żeby po­zbie­rać pa­pie­ry. Na­sze dło­nie ze­tknę­ły się przy­pad­kiem, spoj­rze­li­śmy so­bie pro­sto w oczy i prze­pa­dli­śmy. Strza­ła amo­ra prze­bi­ła na­sze ser­ca. Da­ła­bym so­bie rękę uciąć, że w tle le­cia­ło When you say no­thing at all, a ja wy­glą­da­łam w tam­tym mo­men­cie jak Ju­lia Ro­berts.

Ru­mie­nię się na samo wspo­mnie­nie tego nie­zręcz­ne­go, ale jak­że uro­cze­go mo­men­tu po­zna­nia mi­ło­ści mo­je­go ży­cia. Wkrót­ce po tym Ma­rek za­pro­sił mnie na rand­kę. Czy mu­szę mó­wić, że była ide­al­na? Re­stau­ra­cja z wy­łącz­ną re­zer­wa­cją sto­li­ków, fi­ku­śne mo­no­por­cje ni­czym dzie­ła sztu­ki, kwar­tet smycz­ko­wy i ta­kie tam su­per­ro­man­tycz­ne spra­wy. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że Ma­rek to rów­nie wraż­li­wa du­sza jak ja. Do tego dżen­tel­men. Nie na­ci­skał w spra­wach łóż­ko­wych, a kie­dy wresz­cie do cze­goś mię­dzy nami do­szło, usza­no­wał to, że wolę nie roz­bie­rać się do koń­ca i ko­chać przy zga­szo­nym świe­tle. Po pro­stu ide­ał.

Nie je­stem ty­pem su­per­mo­del­ki ani fi­li­gra­no­wej bo­ha­ter­ki z ko­me­dii ro­man­tycz­nych czy ma­fij­nych ro­man­sów. „Jej po­ślad­ki ide­al­nie mie­ści­ły się w jego dło­niach”. To chy­ba z ja­kiejś książ­ki, nie o mnie. Na pew­no nie o mnie. De­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc, mam masę kom­plek­sów. Naj­więk­sze z uda­mi, tył­kiem i pier­sia­mi – są zde­cy­do­wa­nie za duże. Cał­kiem do­brze opa­no­wa­łam sztu­kę ka­mu­fla­żu. Po­tra­fię ubrać się tak, aby nie­co za­ma­sko­wać swo­je de­fek­ty. Nie je­stem więc ide­al­na, ale przy­naj­mniej mam ide­al­ne­go fa­ce­ta, któ­ry mnie ko­cha i ak­cep­tu­je gra­ni­ce, ja­kie wy­zna­czam.

Dziś mo­je­go wspa­nia­łe­go na­stro­ju nie jest w sta­nie ze­psuć na­wet zbli­ża­ją­ca się ko­la­cja w domu ro­dzin­nym Mar­ka. Nie że­bym nie ko­cha­ła ro­dzi­ny To­ma­lów. Jego tata to zdy­stan­so­wa­ny czło­wiek, nie­co oschły, ale jed­no­cze­śnie mą­dry i wy­ro­zu­mia­ły, a ma­co­cha to świet­na bab­ka, któ­ra cie­szy się z pla­no­wa­nia we­se­la rów­nie moc­no jak ja. Zde­cy­do­wa­nie ma ci­śnie­nie na zo­sta­nie bab­cią. Każ­da oka­zja do bliż­sze­go po­zna­nia lu­dzi, któ­rych wkrót­ce będę na­zy­wać mamą i tatą, jest dla mnie po­wo­dem do ra­do­ści.

Ma­lut­kim pro­ble­mem, któ­ry – no do­brze, może nie tak ma­lut­kim, tyl­ko mie­rzą­cym pra­wie dwa me­try wzro­stu – jest przy­bra­ny brat Mar­ka, Igor. Ten ko­leś to ka­wał… Nie, jego nie da się opi­sać jed­nym sło­wem.

Dla więk­szo­ści dziew­czyn jest pew­nie speł­nie­niem mo­krych snów, dla mnie kosz­ma­rem na ja­wie. Od­kąd je­stem z Mar­kiem, wi­dzia­łam go za­le­d­wie trzy razy, bo Igor jest za­wo­do­wym siat­ka­rzem. Gra w naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nym klu­bie w kra­ju i wła­śnie po­wo­ła­no go do pod­sta­wo­we­go skła­du re­pre­zen­ta­cji Pol­ski na mi­strzo­stwa Eu­ro­py. W do­dat­ku jest ka­pi­ta­nem. Więk­szość ży­cia spę­dza w tra­sie. To, że mnie kom­plet­nie nie zna, nie po­wstrzy­mu­je go od by­cia im­per­ty­nenc­kim gbu­rem. Pod­czas tych za­le­d­wie trzech spo­tkań wy­ko­rzy­stał każ­dą oka­zję, aby dać mi do zro­zu­mie­nia, że je­stem prze­sło­dzo­na i na­iw­na, a do tego na mój wi­dok za­wsze robi minę w sty­lu „rzy­gam tę­czą”. W prze­ci­wień­stwie do jego mat­ki ucie­szy­łam się na wieść, że w dniu ślu­bu bę­dzie na me­czu wy­jaz­do­wym. Ma­rek też za nim nie prze­pa­da, więc na­praw­dę nikt nie stra­ci na jego nie­obec­no­ści.

Z Mar­kiem mamy spo­tkać się na miej­scu, w domu jego ro­dzi­ców na Mo­ko­to­wie, po­nie­waż na osiem­na­stą ma umó­wio­ne­go klien­ta w kan­ce­la­rii i nie zdą­ży wró­cić do na­sze­go miesz­ka­nia. Na szczę­ście nie musi się na­wet prze­bie­rać, bo w pra­cy za­wsze wy­glą­da ele­ganc­ko. Ja zwy­kle po­trze­bu­ję tro­chę cza­su na do­pro­wa­dze­nie się do przy­zwo­ite­go sta­nu, a i tak nie osią­gnę efek­tu, po któ­rym ktoś spoj­rzał­by na mnie i okre­ślił mnie mia­nem ele­ganc­kiej ko­bie­ty. Pew­nie po­mo­gła­by wy­mia­na gar­de­ro­by. I fry­zjer. I ko­sme­tycz­ka. Ma­rek był­by w siód­mym nie­bie, gdy­bym wy­rzu­ci­ła wszyst­kie swo­je su­kien­ki w kwiat­ki, sze­ro­kie dżin­sy i ob­szer­ne T-shir­ty i od­sta­wi­ła tan­det­ne pier­ścion­ki i kol­czy­ki, któ­re zdo­bią moje uszy od góry do dołu („od­sta­wi­ła” to do­bre sło­wo, bo chy­ba je­stem od nich uza­leż­nio­na).

W głę­bi du­szy je­stem chy­ba hi­pi­ską, choć mój są­siad, pan An­to­ni, woli okre­śle­nie „ko­bie­ta wi­king”. Wie­le już o so­bie sły­sza­łam, ale ko­bie­ta wi­king? Bez jaj! Przy­ja­zny sta­ru­szek ra­czej nie chciał mnie ura­zić. Tłu­ma­czył się, że cho­dzi o pew­ną dzi­kość mo­jej uro­dy. Mam dłu­gie ja­sno­brą­zo­we wło­sy, któ­re w za­leż­no­ści od świa­tła mogą wy­da­wać się rude, są gę­ste i po­fa­lo­wa­ne, a do tego jak­kol­wiek bym je ucze­sa­ła, osta­tecz­nie i tak spra­wia­ją wra­że­nie nie­uło­żo­nych. W ge­ne­tycz­nym pa­kie­cie do­sta­łam rów­nież piw­ne oczy, bla­dą cerę i pie­gi. Na­praw­dę chcę wie­rzyć, że sta­rusz­ko­wi nie cho­dzi­ło o mój buj­ny biust.

Kil­ka mi­nut przed dwu­dzie­stą za­trzy­mu­ję sa­mo­chód przed bra­mą i cze­kam, aż oko ka­me­ry ły­pią­ce na mnie z góry sczy­ta re­je­stra­cję sta­re­go For­da. Po­gwiz­du­ję do przy­pad­ko­wej pio­sen­ki z ra­dia, choć po­wo­li za­czy­nam czuć lek­kie zde­ner­wo­wa­nie. Nie ma się cze­go bać, po­wta­rzam so­bie, gdy sta­lo­we skrzy­dła bra­my otwie­ra­ją się z głu­chym ję­kiem, a moim oczom uka­zu­je się żwi­ro­wy pod­jazd w tu­ne­lu sta­rych drzew, któ­rych po­wy­krzy­wia­ne ga­łę­zie ko­ły­szą się na nie­spo­koj­nym wie­trze. Nie­śmia­ło wrzu­cam je­dyn­kę i wci­skam pe­dał gazu. Drob­ne ka­mycz­ki trzesz­czą pod na­po­rem kół.

Oto­cze­nie szyb­ko się zmie­nia. Żwir prze­cho­dzi w bru­ko­wą kost­kę, sta­re drze­wa w geo­me­trycz­nie przy­cię­te krze­wy. Zbli­żam się do od­re­stau­ro­wa­nej za­byt­ko­wej wil­li i do­strze­gam wol­ną prze­strzeń obok czy­je­goś sa­mo­cho­du. Nie czy­je­goś. To czar­ne BMW X5 Igo­ra. Po­tęż­na be­stia. I tak się skła­da, że ta be­stia stoi krzy­wo, zaj­mu­jąc sta­now­czo za dużo miej­sca (na­wet jego auto krzy­czy: „Je­stem pa­nem tego świa­ta!”). Nie­ste­ty uświa­da­miam to so­bie do­pie­ro po za­par­ko­wa­niu. Nie dam rady otwo­rzyć drzwi. Za­trza­sku­ję je więc z po­wro­tem, co­fam, wy­krę­cam tak, aby zwięk­szyć od­le­głość mię­dzy po­jaz­da­mi, i po­now­nie par­ku­ję. Na moje oko nie jest źle, choć żeby się wy­do­stać, mu­szę wy­po­le­ro­wać tył­kiem ka­ro­se­rię be­em­ki, ale co tam, ani jej to nie za­szko­dzi, ani mnie. Pew­nie jest czyst­sza niż moja szczo­tecz­ka do zę­bów.

Po wszyst­kim spo­glą­dam w stro­nę domu i do­strze­gam wy­so­ką po­stać na we­ran­dzie ozdo­bio­nej bia­ły­mi rzeź­ba­mi i mnó­stwem kwia­tów.

Igor To­ma­la stoi w sze­ro­kim roz­kro­ku, z rę­ko­ma za­ło­żo­ny­mi na kla­cie, i przy­glą­da mi się spod ścią­gnię­tych brwi. Niech to, miał stąd do­bry wi­dok na mój po­pis gra­cji.

Przy­kle­jam do twa­rzy uprzej­my uśmiech i kie­ru­ję się w stro­nę scho­dów.

Fa­cet jak zwy­kle wy­glą­da na lek­ko po­iry­to­wa­ne­go. O ile mam wie­le obiek­cji co do jego po­chmur­nej miny, tak nie mogę przy­cze­pić się do wy­glą­du. Jest przy­stoj­ny i ele­ganc­ki w nie­wy­mu­szo­ny spo­sób. Ma na so­bie sza­re spodnie w kra­tę od gar­ni­tu­ru, brą­zo­we skó­rza­ne buty i pa­su­ją­cy do nich pa­sek. Śnież­no­bia­łą ko­szu­lę roz­piął pod szy­ją, a rę­ka­wy pod­wi­nął. Ma­te­riał opi­na jego sze­ro­kie bar­ki, ale nie tak, jak to bywa w przy­pad­ku ko­le­si, któ­rzy za­kła­da­ją ko­szu­le o roz­miar mniej­sze, aby pod­kre­ślić, jak bar­dzo są na­pa­ko­wa­ni. W jego przy­pad­ku ubra­nie leży jak dru­ga skó­ra. Na nad­garst­ku Igo­ra błysz­czy pro­sty sta­lo­wy ze­ga­rek.

– Mój sa­mo­chód na­wet nie mu­snął two­je­go! – wo­łam, si­ląc się na swo­bod­ny ton. Do tego po­sy­łam przy­szłe­mu szwa­gro­wi swój fla­go­wy, uro­czy uśmiech.

– Ale co in­ne­go tak – od­po­wia­da tym swo­im szorst­kim, bez­na­mięt­nym gło­sem, jak­by wca­le nie my­ślał te­raz o moim tył­ku.

Moje wnętrz­no­ści za­mie­nia­ją się miej­sca­mi, ale nie daję tego po so­bie po­znać. Taką przy­naj­mniej mam na­dzie­ję. Cho­le­ra, ja się tego czło­wie­ka boję!

– Jak miło, że przy­je­cha­łeś na ro­dzin­ną ko­la­cję – sta­ram się za­brzmieć uprzej­mie, a przy­naj­mniej neu­tral­nie.

Wspi­nam się na ostat­ni scho­dek we­ran­dy.

– Nie wąt­pię.

– Ma­cie prze­rwę w me­czach? – Chcę go omi­nąć i wejść do domu, ale sta­nął (za­ło­żę się, że spe­cjal­nie) przy sa­mych drzwiach. Je­stem pew­na, że cze­ka, aż po­pro­szę go, aby ła­ska­wie się prze­su­nął. – Ma­rek śle­dził ostat­nio ta­be­le, mó­wił, że se­zon do­brze wam po­szedł.

Okej. W tej kwe­stii nie je­stem świ­nią i nie za­mie­rzam iro­ni­zo­wać. Bo za to, że Igor jest jed­nym z naj­lep­szych siat­ka­rzy w Pol­sce – z War­szaw­ski­mi Or­ła­mi zaj­mu­je pierw­sze miej­sce w Plu­sLi­dze, a wkrót­ce z ka­drą na­ro­do­wą ma szan­sę na pu­char mi­strzostw Eu­ro­py – na­le­ży mu się sza­cu­nek. Cała resz­ta jest jed­nak do bani.

Z gar­dła Igo­ra wy­do­sta­je się śmiech ki­pią­cy drwi­ną.

– Ma­rek in­te­re­su­je się spor­tem? Czyż­by zwą­chał oka­zję, jak moż­na na nim za­ro­bić?

– Och, cał­kiem za­po­mnia­łam – mó­wię słod­kim gło­si­kiem, żeby za­raz do­dać ze zło­ścią – że ob­wi­niasz go o całe zło tego świa­ta. Ma­rek śle­dzi two­je suk­ce­sy, bo je­steś jego bra­tem.

Po śmie­chu nie ma śla­du, a ciem­no­brą­zo­we oczy wpa­tru­ją się te­raz we mnie tak dłu­go i in­ten­syw­nie, że aż cała się spi­nam. Na­praw­dę ża­łu­ję, że Igor to du­pek. Ktoś tak przy­stoj­ny, wy­spor­to­wa­ny i uta­len­to­wa­ny mógł­by stwo­rzyć pięk­ną, ro­man­tycz­ną hi­sto­rię. Nie­ste­ty nie wi­dzę dla nie­go ra­tun­ku.

– Mogę? – Wska­zu­ję gło­wą drzwi, a wła­ści­wie po­tęż­ne cia­ło, któ­re je cał­kiem przy­sła­nia. Na ustach Igo­ra po­now­nie wy­kwi­ta cwa­ny uśmie­szek i do­pie­ro po chwi­li do­cie­ra do mnie, jak to za­brzmia­ło. – Wejść. Czy… mogę wejść? – du­kam, tyl­ko się po­grą­ża­jąc.

– Czy ty wła­śnie świn­tu­szysz w my­ślach, Ju­liet­to? – Za­śmie­wa się w głos.

Marsz­czę gniew­nie brwi. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je, bo w rze­czy­wi­sto­ści pew­nie wy­glą­dam na zmie­sza­ną i onie­śmie­lo­ną. Fa­cet ma prze­wa­gę, gó­ru­je nade mną wzro­stem i po­stu­rą. Nie je­stem drob­na, ale też nie prze­sad­nie duża – mimo to przy męż­czy­znach za­wsze czu­łam się… sama nie wiem, jak to na­zwać. Na usta ci­śnie mi się sło­wo „to­por­na”, choć prze­cież wiem, że to tyl­ko echo mo­ich kom­plek­sów, skrzy­wio­nej sa­mo­oce­ny kar­mio­nej książ­ko­wy­mi i fil­mo­wy­mi ide­ała­mi. Tą dziw­ną po­trze­bą, by czuć się drob­ną ko­biet­ką w ra­mio­nach męż­czy­zny. Igor jest je­dy­nym fa­ce­tem, przy któ­rym na­praw­dę wy­da­ję się so­bie ma­lut­ka. Tyle że w tym przy­pad­ku dzia­ła to na moją nie­ko­rzyść. Nie ma w tym nic faj­ne­go.

Czu­ję, jak na moje po­licz­ki wstę­pu­ją ru­mień­ce. Robi mi się go­rą­co. Otwie­ram usta, żeby coś z sie­bie wy­krztu­sić, na przy­kład żeby nie na­zy­wał mnie Ju­liet­tą, na szczę­ście ra­tu­je mnie Lin­da.

– Ju­lio, moja ko­cha­na! – Roz­kła­da ręce na po­wi­ta­nie. – Dla­cze­go sto­icie przed do­mem? Czy Ma­rek już je­dzie? Nie chcę, żeby pie­czeń wy­sty­gła.

Igor prze­su­wa się nie­znacz­nie w bok, żeby mnie prze­pu­ścić. Oczy­wi­ście robi to z pre­me­dy­ta­cją, bo wie, że nie je­stem drob­na jak jego mat­ka i po­trze­bu­ję wię­cej prze­strze­ni, żeby przejść. Ten idio­ta już na star­cie chce mnie po­ni­żyć, po­ka­zać, co o mnie my­śli. Je­stem pew­na, że jego nie­chęć wo­bec mnie wy­ni­ka w du­żej mie­rze z oce­ny mo­jej syl­wet­ki. Pew­nie nie ro­zu­mie, dla­cze­go jego brat nie spo­ty­ka się z ja­kąś su­per­mo­del­ką.

On sam jest za­wo­do­wym spor­tow­cem, jego cia­ło to per­fek­cyj­na rzeź­ba. Szczę­ściarz nie musi na­wet szcze­gól­nie się wy­si­lać, aby to pod­kre­ślić. Wy­star­czy bia­ła ko­szu­la z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi i sza­re ele­ganc­kie spodnie, żeby w oczy rzu­ci­ły się sze­ro­ka kla­ta, sil­ne przed­ra­mio­na i dłu­gie, umię­śnio­ne nogi. Jego twarz – bo jak wie­my, Bóg nie jest w ta­kich kwe­stiach spra­wie­dli­wy – też jest ład­na. Nie w taki kla­sycz­ny spo­sób jak w przy­pad­ku Mar­ka, któ­ry zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pa­su­je do bo­ha­te­ra po­wie­ści ro­man­tycz­nej, ale to wciąż ład­na, in­try­gu­ją­ca twarz. Jest w niej coś za­dzior­ne­go, coś, co sta­wia go ra­czej w roli czar­ne­go cha­rak­te­ru (zły do szpi­ku ko­ści, ale ko­niec koń­ców wszyst­kie ko­bie­ty i tak do nie­go wzdy­cha­ją).

Tak czy owak, obaj bra­cia to przy­stoj­nia­cy, ale go­łym okiem wi­dać, że nie są spo­krew­nie­ni. Ma­rek ma sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i jest nie­bie­sko­okim sza­ty­nem o ja­snej kar­na­cji, zaś Igor to dwu­me­tro­wy bru­net o du­żych ciem­no­brą­zo­wych oczach ocie­nio­nych dłu­gi­mi jak na fa­ce­ta rzę­sa­mi. Nie­kie­dy jego tę­czów­ki wy­da­ją się nie­mal czar­ne, a gra­ni­ca mię­dzy nimi i źre­ni­ca­mi zu­peł­nie za­ni­ka. Przy­się­gła­bym, że dzie­je się tak za każ­dym ra­zem, gdy na mnie pa­trzy. Dziś pierw­szy raz wi­dzę go z bro­dą. Jest gę­sta i pro­fe­sjo­nal­nie przy­strzy­żo­na. Dzię­ki niej Igor wy­glą­da po­waż­niej, a już na pew­no groź­niej. Jego skó­ra ma od­cień cze­ko­la­dy z dużą ilo­ścią mle­ka – pew­nie po­win­nam od tego za­cząć, po­nie­waż to coś, co zwra­ca uwa­gę jako pierw­sze. Lin­da, jego mama, to pięk­na czar­no­skó­ra ko­bie­ta po­cho­dzą­ca z Por­tu­ga­lii. Przy­je­cha­ła do Pol­ski jako na­sto­lat­ka. Nie znam do­kład­nie jej hi­sto­rii, wiem tyl­ko tyle, że Igor jest owo­cem jej związ­ku z Po­la­kiem, któ­ry zmarł, gdy ta była jesz­cze w cią­ży.

Omi­jam Igo­ra z wy­so­ko unie­sio­ną gło­wą. Nie­for­tun­nie bio­drem ocie­ram się o jego udo. To le­d­wie mu­śnię­cie, ale wy­star­czy, że­bym spa­li­ła się na po­piół.

Po­dą­żam za Lin­dą, uda­jąc, że nic się nie wy­da­rzy­ło, bo w grun­cie rze­czy nic się nie wy­da­rzy­ło, ale ja, do cho­le­ry, czu­ję, jak­bym wła­śnie zro­bi­ła coś złe­go. Myśl, że Igor idzie te­raz za mną, oglą­da moje krą­gło­ści z naj­gor­szej moż­li­wej per­spek­ty­wy, oce­nia, wy­śmie­wa i kry­ty­ku­je, mro­zi mi krew w ży­łach. Je­dy­nym po­cie­sze­niem jest to, że do­brze się dziś ubra­łam. Za­miast spodni pod­kre­śla­ją­cych wiel­ki ty­łek wy­bra­łam zwiew­ną, kwie­ci­stą su­kien­kę do ko­lan, któ­ra dzię­ki lek­kie­mu roz­klo­szo­wa­niu od bio­der ukry­wa nie­do­sko­na­ło­ści.

Moje spię­cie w obec­no­ści Igo­ra spo­wo­do­wa­ne jest nie tyl­ko tym, że ko­leś mnie nie lubi. Zwią­za­ne jest tak­że z pew­ną wsty­dli­wą ta­jem­ni­cą, któ­rą za­mie­rzam za­brać do gro­bu i któ­rej nie wy­ja­wię, na­wet gdy­by pod­da­wa­no mnie wy­myśl­nym tor­tu­rom. Jak wia­do­mo, sny to coś, cze­go nie kon­tro­lu­je­my. Nie ma do­wo­dów na to, że mają ja­ki­kol­wiek zwią­zek z na­szy­mi uczu­cia­mi, pra­gnie­nia­mi… No do­brze, ko­niec tłu­ma­cze­nia. Mam na swo­im kon­cie ero­tycz­ny sen z Igo­rem. Nie­kie­dy od­no­szę wra­że­nie, że on o wszyst­kim wie. Gdy pa­trzy na mnie w ten ta­jem­ni­czy i chłod­ny spo­sób, nie­mal sły­szę jego my­śli kie­ro­wa­ne w moją stro­nę: WIEM O WSZYST­KIM.

Dla­cze­go to mu­sia­ło spo­tkać wła­śnie mnie? Będę no­si­ła to brze­mię do koń­ca ży­cia i na­wet je­śli tłu­ma­czę so­bie, że nie mia­łam na to wpły­wu, to po­czu­cie winy po­tra­fi nie­źle przy­gnia­tać. Szcze­gól­nie gdy sce­ny ze snu sta­ją mi przed ocza­mi w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie. Na przy­kład wte­dy, kie­dy ro­bię so­bie do­brze. Wy­star­czy, że za­cznę się pie­ścić, a nic nie jest w sta­nie od­go­nić tych grzesz­nych my­śli – wspo­mnie­nia snu, w któ­rym wiję się i krzy­czę, pod­czas gdy on wy­ka­zu­je się nie­by­wa­łą spraw­no­ścią pal­ców i ję­zy­ka. „Je­steś cho­ler­nie wku­rza­ją­cą dziew­czy­ną, Ju­liet­to”.

– O czym tak my­ślisz, Ju­liet­to? – Głos Igo­ra sta­je się rze­czy­wi­sty, wi­bru­jąc tuż przy moim uchu.

Wzdry­gam się i czer­wie­nię. Nie­śmia­ło pa­trzę mu w oczy, ale na­tych­miast tego ża­łu­ję, bo tań­czą­ce w nich iskier­ki roz­ba­wie­nia tyl­ko po­gar­sza­ją sy­tu­ację.

Cho­ler­ka, w mo­jej ro­man­tycz­nej hi­sto­rii nie ma miej­sca na ta­kie wpad­ki.

– Gdzie ten Ma­rek? – iry­tu­je się Lin­da, omia­ta­jąc wzro­kiem suto za­sta­wio­ny stół. Imię mo­je­go na­rze­czo­ne­go w jej ustach spro­wa­dza mnie na zie­mię. Znów do­pa­da mnie po­czu­cie winy i wstyd. – Pie­czeń wy­sty­gnie.

– Na pew­no za­trzy­ma­ło go coś waż­ne­go – z kuch­ni do­bie­ga ni­ski głos Hen­ry­ka, na dźwięk któ­re­go sztyw­nie­je mi kark.

Rozdział 2

Igor

Je­stem gno­jem. Naj­więk­szym gno­jem, ja­kie­go wi­dział świat. Je­śli pie­kło ist­nie­je, mam już w nim za­re­zer­wo­wa­ne miej­sce. Nie­na­wi­dze­nie przy­bra­ne­go bra­ta to jed­no, ale po­żą­da­nie jego przy­szłej żony to już szczyt wszyst­kie­go.

Nie zmie­nia to fak­tu, że przy­jem­nie było pa­trzeć, jak Ju­lia ocie­ra swój sek­sow­ny ty­łek o mój sa­mo­chód, a póź­niej się ru­mie­ni, przez co pie­gi na jej po­licz­kach sta­ją się ciem­niej­sze. Tyle mo­je­go. Ża­łu­ję je­dy­nie, że nie wło­ży­ła spodni w sty­lu tych, któ­re mia­ła na spę­dzie ro­dzin­nym w ze­szłe lato. Tam­te­go dnia przez całe po­po­łu­dnie po­pra­wia­ła dłu­gą, luź­ną ko­szu­lę za­kry­wa­ją­cą jej bio­dra, ale po kil­ku lamp­kach wina wresz­cie prze­sta­ła się pil­no­wać i nie za­uwa­ży­ła, kie­dy ta się pod­wi­nę­ła. Na samo wspo­mnie­nie tych cu­dow­nych kształ­tów robi mi się cia­sno w spodniach. Na szczę­ście cha­rak­te­rek tej dziew­czy­ny szyb­ko spro­wa­dza mnie na zie­mię i spra­wia, że za­czy­nam jej mniej ża­ło­wać w kon­tek­ście ślu­bu z Mar­kiem. La­ska jest sta­now­czo zbyt słod­ka, uro­cza i po­zy­tyw­na.

Ką­tem oka do­strze­gam, jak spi­na się na dźwięk gło­su Hen­ry­ka. Mój oj­czym jest szorst­ki i bez­u­czu­cio­wy, czy­li do­kład­nie taki, jak jego syn i mój przy­bra­ny brat Ma­rek, ale z ja­kie­goś po­wo­du Ju­lia do­strze­ga tę ce­chę tyl­ko u star­sze­go z rodu.

Dziew­czy­na się pro­stu­je. Wi­dzę, jak za­ci­ska zęby, a se­kun­dę póź­niej uśmie­cha się pro­mien­nie. Oj­czym le­d­wie uno­si ką­ci­ki ust, ale na­iw­na Ju­liet­ta za­do­wa­la się tym ochła­pem, jak­by wła­śnie wy­gra­ła los na lo­te­rii.

Te­atrzyk czas za­cząć.

– A więc to praw­da, że nie bę­dzie cię na ślu­bie? – Hen­ryk zwra­ca się do mnie, choć zna od­po­wiedź, w do­dat­ku nie od dziś.

Sia­dam do sto­łu. Prze­lot­nie zer­kam na mat­kę, któ­rej bła­gal­ne spoj­rze­nie tyl­ko cze­ka­ło, aż je uchwy­cę, i przy­po­mi­nam so­bie, że je­stem tu dla niej.

– Tak się zło­ży­ło – rzu­cam, jak­by za­pa­mię­ta­nie, że gram, kur­wa, w re­pre­zen­ta­cji Pol­ski i w dniu wie­ko­pom­ne­go ślu­bu mam z dru­ży­ną pierw­szy mecz mi­strzostw Eu­ro­py na wy­jeź­dzie, było ta­kie trud­ne.

– To ślub two­je­go bra­ta.

Bra­ta… do­bre so­bie.

Gry­zę się w ję­zyk. Je­steś tu dla mat­ki, pa­mię­taj.

Zda­ję so­bie spra­wę, że ten czło­wiek ni­g­dy nie bę­dzie ze mnie dum­ny, bo nie uznał mnie za swo­je­go syna, po­dob­nie jak upra­wia­nia za­wo­do­we­go spor­tu nie uwa­ża za praw­dzi­wą pra­cę. Zresz­tą nie sport jest tu pro­ble­mem. Mógł­bym zgar­nąć No­bla z fi­zy­ki, a on i tak po­kle­pał­by mnie po ra­mie­niu, mó­wiąc: „Do­brze ci po­szło, ale No­bel tyl­ko z jed­nej dzie­dzi­ny?”.

Na­gle od­zy­wa się Ju­lia, a co wię­cej, zwra­ca się wła­śnie do mnie.

– Wspa­nia­le, że le­ci­cie do Li­zbo­ny.

Dla­cze­go nie za­cznie swo­jej uko­cha­nej gad­ki o ślu­bie i ca­łym tym ro­man­tycz­nym gów­nie? Ach, tak. Prze­cież wiem, co wła­śnie robi. Gra w grę pod ty­tu­łem „Jak za­ka­mu­flo­wać tę sztyw­ną, śmier­dzą­cą at­mos­fe­rę” albo, jak kto woli, „Uda­waj­my, że wła­śnie jemy ko­la­cję w nor­mal­nej ro­dzi­nie”.

– Bę­dzie­cie mie­li czas na zwie­dza­nie? – do­da­je, wpa­tru­jąc się we mnie in­ten­syw­nie piw­ny­mi ocza­mi. Ocze­ku­je od­po­wie­dzi, więc ro­bię do­kład­nie to samo. Świ­dru­ję ją wzro­kiem. Mam na­dzie­ję, że umie­jęt­nie to od­czy­ta.

Po chwi­li ucie­ka spoj­rze­niem w pu­sty ta­lerz i po­pra­wia się na krze­śle. Je­den zero dla mnie.

– Mamy na­pię­ty gra­fik – od­po­wia­dam. – Ale może chcesz mi coś po­le­cić? By­łaś kie­dyś w Por­tu­ga­lii? – Nie wiem, dla­cze­go w to brnę. Chy­ba spodo­ba­ło mi się pe­sze­nie jej. Zde­cy­do­wa­nie chcę wię­cej.

– Nie, nie by­łam. Za da­le­ko na po­dróż au­tem, a sa­mo­lo­ta­mi nie la­tam.

– Dla­cze­go?

– Ze stra­chu.

– Se­rio? Jak mo­żesz bać się cze­goś, cze­go ni­g­dy nie prze­ży­łaś?

– Cóż, mowa o za­mknię­ciu w ma­szy­nie le­cą­cej śred­nio dwa­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów nad zie­mią.

– Chcesz po­wie­dzieć, że ni­g­dy nie by­łaś za gra­ni­cą? – Roz­sia­dam się na krze­śle nie­co non­sza­lanc­ko.

– Nie mia­łam oka­zji, ale szcze­rze mó­wiąc, kom­plet­nie tego nie po­trze­bu­ję.

– Po­dró­żo­wa­nia? Zwie­dza­nia? – Czu­ję na so­bie cię­żar spoj­rze­nia mat­ki, jed­nak nie prze­sta­ję. – Od­kry­wa­nia in­nych kul­tur? Pró­bo­wa­nia pysz­ne­go je­dze­nia?

Przy­gry­zio­na war­ga przy­cią­ga moje spoj­rze­nie. Szko­da, że z tych ró­żo­wych ust wy­cho­dzą sło­wa wiel­bią­ce naj­więk­sze­go dup­ka na zie­mi. To nie wina Ju­lii. Jest zbyt słod­ka, uprzej­ma, miła, skrom­na – wszyst­ko to dzia­ła mi na ner­wy, ale w głę­bi du­szy wiem, skąd się bio­rą moje uprze­dze­nia wo­bec niej. Wy­star­czy, że jest na­rze­czo­ną Mar­ka. Je­śli ko­cha mo­je­go przy­bra­ne­go bra­ta, nie może być do­brą oso­bą. Nie po­wstrzy­mu­je mnie to jed­nak przed wy­obra­ża­niem so­bie, jak ide­al­nie te peł­ne war­gi wy­glą­da­ły­by na moim ku­ta­sie.

– Je­stem ra­so­wą do­ma­tor­ką – od­po­wia­da Ju­lia.

Przy­zna­ję, mam małą ob­se­sję na punk­cie wy­glą­du tej bla­dej pie­gu­ski. Sam nie wiem, co fa­scy­nu­je mnie w niej bar­dziej. De­kolt usia­ny pie­ga­mi? Cie­ka­we, czy po­kry­wa­ją rów­nież pier­si… A może cho­dzi o wło­sy, któ­rych ko­lo­ru nie po­tra­fię jed­no­znacz­nie okre­ślić? Trud­no stwier­dzić, czy są brą­zo­we, czy rude.

Oczy­wi­ście wiem, że nie mogę po­żą­dać tej dziew­czy­ny, i by­naj­mniej nie ma to związ­ku z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Mam gdzieś mo­je­go par­szy­we­go bra­cisz­ka i by­cie uczci­wym wo­bec nie­go. Po pro­stu ni­g­dy wię­cej nie po­zwo­lę so­bie na za­zdrość o to, co na­le­ży do nie­go.

– Ro­zu­miem – nie re­zy­gnu­ję z dys­ku­sji. – Czy­li ślub, dom z ogród­kiem, dzie­ci, psy i tego typu rze­czy. – Moje sło­wa ocie­ka­ją drwi­ną, któ­rą dziew­czy­na na­tych­miast wy­chwy­tu­je. Wi­dzę to po tym, jak znów za­ci­ska zęby i mru­ży oczy, pró­bu­jąc za­mor­do­wać mnie wzro­kiem.

– Stwo­rzy­cie wspa­nia­łą ro­dzi­nę. – Z od­sie­czą przy­cho­dzi mat­ka. Kła­dzie dłoń na drob­nych pal­cach Ju­lii i ob­da­ro­wu­je ją ła­god­nym spoj­rze­niem. – Już nie mogę się do­cze­kać!

Gest mat­ki spra­wia, że zwra­cam uwa­gę na dło­nie na­rze­czo­nej mo­je­go bra­ta, na któ­rych znaj­du­ją się tyl­ko dwa pier­ścion­ki: zło­ty z zie­lo­nym szkieł­kiem, no i ten z wiel­kim bia­łym dia­men­tem, któ­ry do­sta­ła od Mar­ka na za­rę­czy­ny. Za­sta­na­wia mnie ten na­gły mi­ni­ma­lizm, bo cho­ciaż wi­dzia­łem ją le­d­wie trzy razy w ży­ciu, za­re­je­stro­wa­łem, że ma za­mi­ło­wa­nie do bo­ga­te­go zdo­bie­nia pal­ców i uszu. Pa­mię­tam, że po­świę­ci­łem na­wet chwi­lę za­sta­na­wia­jąc się, czy uwa­żam to za bar­dziej ki­czo­wa­te, czy sek­sow­ne.

Mat­ka prze­no­si wzrok na mnie. Bied­na, musi bo­leć ją gło­wa od sie­dze­nia w ta­kim na­pię­ciu. Je­dze­nie ko­la­cji przy jed­nym sto­le ze mną i moim oj­czy­mem jest jak sie­dze­nie na ty­ka­ją­cej bom­bie. Przy czym to mnie uwa­ża za za­pal­nik.

Się­gam po szklan­kę. Zim­na woda przy­jem­nie chło­dzi gar­dło. Po­sta­na­wiam od­pu­ścić.

Jak tyl­ko prze­ko­nu­ję sa­me­go sie­bie, że nie war­to prze­sad­nie an­ga­żo­wać się w to spo­tka­nie, spły­wa na mnie spo­kój. Je­stem ostat­nią oso­bą, któ­ra w tym gro­nie może ko­muś cze­goś za­zdro­ścić. Osią­gną­łem suk­ces, któ­ry za­wdzię­czam wy­łącz­nie so­bie. Swo­jej cięż­kiej pra­cy, de­ter­mi­na­cji i wie­lu wy­rze­cze­niom. Nie bez zna­cze­nia są też lata roz­mów z psy­cho­lo­giem spor­to­wym i wy­ja­śnie­nie so­bie, jak nie­któ­re spra­wy z prze­szło­ści usi­ło­wa­ły ode­brać mi dumę i ra­dość z tego, co mam. Jed­nak z ja­kie­goś po­wo­du od­czu­wam na­gły skok ci­śnie­nia krwi, gdy mat­ka wspo­mi­na o ślu­bie Mar­ka i Ju­lii z ta­kim en­tu­zja­zmem, jak­by to było naj­więk­sze osią­gnię­cie w ro­dzi­nie. Zde­cy­do­wa­nie więk­sze od tego, że jej ro­dzo­ny syn zdo­był z dru­ży­ną wszyst­ko, co było do wzię­cia w se­zo­nie, i zo­stał po­wo­ła­ny do ka­dry na­ro­do­wej na mi­strzo­stwa Eu­ro­py w siat­ków­ce. Ki­bi­cu­ją mi i wiel­bią mnie mi­lio­ny lu­dzi w tym kra­ju, a ja na­dal czu­ję, że dla wła­snej mat­ki je­stem gor­szy od przy­spo­so­bio­ne­go syna – praw­ni­ka, któ­ry rok temu otwo­rzył ze wspól­ni­kiem kan­ce­la­rię w cen­trum War­sza­wy.

– Wy­bacz­cie spóź­nie­nie!

Wresz­cie wpa­da Ma­rek i za­czy­na wi­tać się ze wszyst­ki­mi po ko­lei. W na­szym przy­pad­ku koń­czy się na szyb­kim uści­sku dło­ni.

Z oj­cem rów­nież wy­mie­nia uścisk, kle­pią się ple­cach. Moja mat­ka do­słow­nie rzu­ca mu się na szy­ję. Za­raz po­tem Ma­rek na­chy­la się do Ju­lii i ca­łu­je w po­li­czek, rzu­ca­jąc ci­cho:

– Gdzie su­kien­ka ode mnie? – Po czym roz­sia­da się na krze­śle obok.

Ju­lia, jak za­wsze, pró­bu­je przy­kryć za­kło­po­ta­nie uśmie­chem. Dys­kret­nie chwy­ta de­kolt su­kien­ki w kwia­ty i pod­cią­ga go w górę. Mam dziw­ne prze­czu­cie, że bę­dzie wy­ko­ny­wać ten ruch przez cały wie­czór, po­dob­nie jak ro­bi­ła to z ko­szu­lą na let­nim pik­ni­ku.

Chciał­bym wie­rzyć, że się prze­sły­sza­łem, ale sie­dzę zbyt bli­sko. Ten idio­ta za­miast po­wie­dzieć swo­jej dziew­czy­nie, jak pięk­nie dziś wy­glą­da, tyl­ko przy­cze­pił się do tego, że nie wło­ży­ła su­kien­ki wy­bra­nej przez nie­go. Je­śli o mnie cho­dzi, też nie je­stem fa­nem tych zwiew­nych kie­cek, któ­re ukry­wa­ją atu­ty (cho­ciaż de­kolt jest ni­cze­go so­bie, na pew­no nie od­sła­nia pier­si w wul­gar­ny spo­sób), jed­nak ta dziew­czy­na zo­sta­ła hoj­nie ob­da­ro­wa­na przez na­tu­rę, więc mu­sia­ła­by chy­ba wło­żyć wo­rek po­kut­ny, żeby cał­kiem za­sło­nić swo­je buj­ne kształ­ty. Ale ja, do cho­le­ry, nie je­stem jej na­rze­czo­nym, tyl­ko ob­cym ko­le­siem, któ­ry sta­now­czo za dużo my­śli o jej sek­sow­nym cie­le. To Ma­rek po­wi­nien śli­nić się na jej wi­dok, nie ja.

Mat­ka wcho­dzi w rolę go­spo­dy­ni domu. Za­czy­na tłu­ma­czyć, co jest na sto­le, wszy­scy chwa­lą za­pa­chy i wy­gląd po­traw, zu­peł­nie jak­by nie wie­dzie­li, że to nie ona je przy­go­to­wa­ła, a pra­cu­ją­ca dla ro­dzi­ny ku­char­ka. Ju­lia też po­dej­mu­je tę grę, prze­cho­dząc do po­rząd­ku dzien­ne­go nad nie­zbyt mi­łym po­wi­ta­niem, któ­re za­ser­wo­wał jej na­rze­czo­ny. Tyl­ko ja go­tu­ję się w środ­ku i wy­obra­żam so­bie, jak wy­glą­da­ła­by gęba Mar­ka za­to­pio­na w so­sie z tej so­czy­stej pie­cze­ni.

Przez ko­lej­ne dwie go­dzi­ny słu­cham o nud­nych praw­ni­czych spra­wach. Za­baw­ne, że Hen­ryk tak czę­sto pod­kre­śla, jak bar­dzo jest dum­ny z kan­ce­la­rii syna, pod­czas gdy więk­szość spraw Ma­rek pro­wa­dzi na jego zle­ce­nie. Mój oj­czym jest wła­ści­cie­lem sie­ci luk­su­so­wych ho­te­li w War­sza­wie, a Ma­rek od za­wsze był przy­go­to­wy­wa­ny na prze­ję­cie ro­dzin­ne­go biz­ne­su. Tak więc ży­cio­wa ścież­ka, któ­rą ob­jął mój bra­ci­szek, tyl­ko na po­zór jest re­ali­za­cją wła­snych pla­nów i am­bi­cji. Do­ce­lo­wo i tak cho­dzi o re­pre­zen­to­wa­nie in­te­re­sów ta­tu­sia.

Nie bra­ku­je też te­ma­tów o prze­wod­nim ko­lo­rze we­se­la, ro­dza­jach kwia­tów i zbli­ża­ją­cej się przy­miar­ce suk­ni ślub­nej. Wspa­nia­le, że nie bę­dzie mi dane zo­ba­czyć fi­na­łu tego cyr­ku. Oka­zję do spo­tka­nia z całą ro­dzi­ną będę miał do­pie­ro za dwa mie­sią­ce pod­czas co­rocz­ne­go pik­ni­ku na ko­niec lata. To tra­dy­cja, któ­rą mat­ka i oj­czym kul­ty­wu­ją od dwóch de­kad. Każ­de­go roku dwu­dnio­wa im­pre­za od­by­wa się w in­nej lo­ka­li­za­cji i zjeż­dża się na nią cała ro­dzi­na, a tak­że przy­ja­cie­le i wspól­ni­cy Hen­ry­ka. To jed­no z naj­więk­szych wy­da­rzeń war­szaw­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej. W tym roku je­dzie­my na Ma­zu­ry. Za każ­dym ra­zem mat­ka pod­kre­śla, jak waż­na dla ro­dzi­ny jest moja obec­ność, a ja ro­bię to dla niej, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że będę miał spo­kój przez ko­lej­ny rok.

– Po ślu­bie po­win­naś zde­cy­do­wa­nie mniej pra­co­wać. – Wra­cam na zie­mię, gdy oj­czym zwra­ca się do Ju­lii. – Pew­nie gdy po­ja­wią się dzie­ci, zo­sta­niesz w domu. Ale do tego cza­su może war­to po­my­śleć o zmia­nie pro­fe­sji. Pra­ca biu­ro­wa w go­dzi­nach od ósmej do szes­na­stej wy­da­je się roz­sąd­niej­sza. W mo­ich ho­te­lach wciąż szu­ka­ją ko­goś do księ­go­wo­ści. Czy Ma­rek nie wspo­mi­nał, że masz fa­kul­tet z fi­nan­sów?

– Och, to bar­dzo miłe – od­po­wia­da – ale nie wy­obra­żam so­bie zaj­mo­wać się czym­kol­wiek in­nym niż fi­zjo­te­ra­pią.

– Ma­rek mó­wił, że nie masz naj­lep­szych wa­run­ków, i do tego mie­wasz pro­ble­my z urlo­pem.

Ma­rek mó­wił. Ma­rek wspo­mniał.

Dys­kret­nie zer­kam na ze­ga­rek i za­sta­na­wiam się, jak dłu­go mu­szę tu jesz­cze sie­dzieć, żeby we­wnętrz­nie nie umrzeć, a jed­no­cze­śnie nie spra­wić przy­kro­ści mat­ce zbyt wcze­snym odej­ściem od sto­łu. Tak bar­dzo chciał­bym już wsko­czyć w sze­ro­kie ba­weł­nia­ne dre­sy i luź­ny T-shirt, otwo­rzyć piwo IPA, któ­re chło­dzi się w mo­jej lo­dów­ce, i obej­rzeć skró­ty li­go­wych me­czów.

– To praw­da, szef nie jest zbyt wy­ro­zu­mia­ły. Po ślu­bie ro­zej­rzę się za in­nym ga­bi­ne­tem. – Wi­dać, że Ju­lia bar­dzo się sta­ra nie ura­zić przy­szłe­go te­ścia.

Dał­bym wie­le, żeby zo­ba­czyć ją, kie­dy prze­sta­je się tak prze­sad­nie kon­tro­lo­wać.

– Ta bran­ża jest spe­cy­ficz­na, wąt­pię, że­byś w in­nym miej­scu zna­la­zła lep­sze wa­run­ki.

Ju­lia wkła­da do ust ziem­nia­ka. No cóż moja mat­ka jak zwy­kle zi­gno­ro­wa­ła fakt, że jej przy­szła sy­no­wa jest we­ge­ta­rian­ką, więc je­dy­ne, co może zjeść tego wie­czo­ru, to wła­śnie ziem­nia­ki i sa­ła­ta. Dziew­czy­na uśmie­cha się z peł­ny­mi usta­mi i kiwa gło­wą, a ja czu­ję się lek­ko po­bu­dzo­ny tym spek­ta­klem.

– Ko­cha­nie, niech na­sze dzie­ci ro­bią to, w czym czu­ją się naj­le­piej. – Mu­szę przy­znać, że po­sta­wa mat­ki, któ­ra zwy­kle ule­ga mę­żo­wi, nie­co mnie za­ska­ku­je.

– Ma­so­wa­nie ob­cych lu­dzi to chy­ba nie jest naj­lep­szy wy­bór – od­bur­ku­je Hen­ryk.

Przy­glą­dam się drob­nej grdy­ce Ju­lii wol­no prze­su­wa­ją­cej się pod cien­ką skó­rą szyi.

No, da­lej, dziew­czy­no. Po­wiedz mu, do cho­le­ry, o czym my­ślisz.

– Wła­ści­wie fi­zjo­te­ra­pia to coś wię­cej niż ma­saż.

Tyl­ko tyle? Na­praw­dę są­dzisz, że obro­nisz się w tej nie­rów­nej wal­ce, bę­dąc po­tul­na jak ba­ra­nek?

– Fi­zjo­te­ra­pia w ostat­nich la­tach moc­no się roz­wi­nę­ła i ro­śnie na nią za­po­trze­bo­wa­nie – wtrą­cam się, bo to wi­do­wi­sko prze­sta­je mnie już ba­wić. – W spo­rcie zde­cy­do­wa­nie czę­ściej mamy do czy­nie­nia z fi­zjo­te­ra­peu­ta­mi niż or­to­pe­da­mi. Po­ma­ga­ją wró­cić lu­dziom do spraw­no­ści po ura­zach, kon­tu­zjach i ope­ra­cjach.

Usta Hen­ry­ka wy­krzy­wia­ją się w kwa­śnym uśmie­chu. Zwra­cam się bez­po­śred­nio do nie­go:

– Po­dob­no szy­ku­jesz się na wsta­wie­nie en­do­pro­te­zy bio­dra. Po ope­ra­cji bę­dziesz po­trze­bo­wał ko­goś ta­kie­go jak Ju­lia.

Po­licz­ki dziew­czy­ny pło­ną, roz­chy­lo­ne war­gi wy­ra­ża­ją zdzi­wie­nie.

– Do­praw­dy? – Hen­ryk ścią­ga krza­cza­ste brwi. – To cie­ka­we – do­da­je i sku­pia uwa­gę na pie­cze­ni.

Czu­ję na so­bie wzrok Ju­lii. Cze­ka­łem na to. Chcę zo­ba­czyć wdzięcz­ność, choć­by drob­ne ski­nie­nie, a może na­wet uśmiech. Chcę zo­ba­czyć, że jest pod wra­że­niem. Ale ona tyl­ko mru­ży oczy. A mnie bar­dzo nie po­do­ba się to ba­daw­cze, po­dejrz­li­we spoj­rze­nie.

Rozdział 3

Ju­lia

Z gło­wą opar­tą o za­głó­wek ob­ser­wu­ję roz­ma­zu­ją­ce się za oknem świa­tła mia­sta. W po­ło­wie spo­tka­nia zde­cy­do­wa­łam się na lamp­kę bia­łe­go wina, li­cząc na to, że po­mo­że mi się choć odro­bi­nę roz­luź­nić. Kie­row­ca ro­dzi­ny ma rano od­sta­wić mój sa­mo­chód. Nie­ste­ty, al­ko­hol na nic się nie zdał. Spo­tka­nie było po­twor­nie stre­su­ją­ce.

Boli mnie gło­wa i brzuch. To pierw­sze chy­ba z ner­wów, dru­gie z gło­du, bo głów­nym da­niem wy­staw­nej ko­la­cji było mię­so, któ­re­go nie jem. Je­stem pew­na, że Lin­da nie zro­bi­ła tego ce­lo­wo, zwy­czaj­nie za­po­mnia­ła.

Ana­li­zu­ję prze­bieg spo­tka­nia krok po kro­ku. Nie było tak źle, prze­ko­nu­ję samą sie­bie. Cał­kiem miło. Czy nie spra­wi­łam ko­muś przy­kro­ści? Nie pal­nę­łam nic głu­pie­go? Im dłu­żej my­ślę, tym co­raz trud­niej oce­nić mi, jak wy­pa­dłam. Po roz­mo­wie na te­mat mo­jej pra­cy i nie­spo­dzie­wa­nym wspar­ciu ze stro­ny Igo­ra Hen­ryk nie­wie­le się od­zy­wał. Je­śli już coś mó­wił, to głów­nie do Mar­ka. Je­stem jego przy­szłą sy­no­wą, ten fa­cet musi mnie po­lu­bić.

Nie tak to mia­ło wy­glą­dać.

Cho­le­ra, było źle. Tak, kom­plet­na po­raż­ka.

Do­bie­ga do mnie prych­nię­cie Mar­ka. Ścią­gnąw­szy brwi, od­wra­cam gło­wę i przy­glą­dam mu się ba­daw­czo. Na jego gład­ko ogo­lo­nej twa­rzy uwy­pu­kla­ją się mię­śnie.

– Coś nie tak?

– Ten kre­tyn nie ma pra­wa wtrą­cać się w na­sze spra­wy. – Za­ci­ska dło­nie na kie­row­ni­cy, aż bie­le­ją mu knyk­cie. – Co on so­bie my­śli? Za­cho­wy­wał się, jak­by co­kol­wiek wie­dział o nas i two­jej pra­cy.

Ach, czy­li on też my­ślał o Igo­rze.

– Chy­ba tro­chę prze­sa­dzasz. – Wy­cią­gam dłoń w kie­run­ku na­rze­czo­ne­go, ale szyb­ko ją co­fam, po­nie­waż ręka Mar­ka gwał­tow­nie uno­si się nad kie­row­ni­cą, a po­tem w nią ude­rza. Wsu­wam złą­czo­ne dło­nie mię­dzy uda.

– Mo­głaś przy­naj­mniej po­wie­dzieć, że roz­wa­żysz pro­po­zy­cję.

Za­raz…

– Co ta­kie­go?

Za­sy­cha mi w gar­dle.

– Skar­bie, zro­zum – mówi. Nie po­do­ba mi się ten ton gło­su. Jak­by zwra­cał się do dziec­ka, któ­re nie jest w sta­nie po­jąć tego, że do­ro­śli chcą dla nie­go do­brze. – Oj­ciec mało kie­dy pro­po­nu­je coś ta­kie­go.

– To miło z jego stro­ny – kła­mię – ale nie chcę ro­bić w ży­ciu nic poza by­ciem fi­zjo­te­ra­peut­ką. Roz­ma­wia­li­śmy o tym. – Bro­nię się, choć po­czu­cie winy po­wo­li mnie do­pa­da.

Ni­cze­go nie je­stem tak pew­na jak tego, że chcę po­ma­gać lu­dziom w na­pra­wia­niu ich ciał, a jed­nak ura­żo­ny ton gło­su mo­je­go na­rze­czo­ne­go wzbu­dza we mnie wy­rzu­ty su­mie­nia. Od razu za­czy­nam czuć się źle z fak­tem, że nie roz­wa­ży­łam pro­po­zy­cji przy­szłe­go te­ścia, cho­ciaż ab­so­lut­nie tego dla sie­bie nie chcę.

Za­trzy­mu­je­my się na czer­wo­nym świe­tle. Ko­rzy­sta­jąc z chwi­li, Ma­rek spo­glą­da na mnie spod ścią­gnię­tych brwi. Jego ja­sne wło­sy są zmierz­wio­ne, a oczy prze­krwio­ne, ale nie je­stem pew­na, czy ze zmę­cze­nia, czy ze zło­ści.

– Roz­ma­wia­li­śmy rów­nież o tym, że twój szef cię wy­ko­rzy­stu­je – kon­ty­nu­uje ty­ra­dę. – Do­sta­jesz nie­spra­wie­dli­we gra­fi­ki, pra­cu­jesz za dłu­go, do póź­na, za mało za­ra­biasz i jesz­cze masz pro­blem, żeby wziąć urlop.

– Tro­chę prze­sa­dzasz – mó­wię pod no­sem, ner­wo­wo sku­biąc kra­wędź su­kien­ki. – Gdy­by nie ta pra­ca, może ni­g­dy by­śmy się nie po­zna­li.

Znów ru­sza­my. Ma­rek wbi­ja wzrok w przed­nią szy­bę. Jed­ną ręką gwał­tow­nie lu­zu­je kra­wat.

– Wiesz, że Igor wca­le nie sta­nął po two­jej stro­nie, praw­da? – pyta. – On tyl­ko zwę­szył oka­zję do by­cia wred­nym wo­bec mo­je­go ojca. Za­wsze taki był.

Od­po­wia­dam ski­nie­niem gło­wy, cho­ciaż nie wiem, czy się zga­dzam.

Jak na ko­goś, kogo wi­du­je­my raz w roku, Igor sta­now­czo za czę­sto po­ja­wia się w na­szych roz­mo­wach. Dzię­ki spor­to­we­mu sty­pen­dium opu­ścił dom już w wie­ku sie­dem­na­stu lat. Od tam­tej pory przy­bra­ni bra­cia wi­dy­wa­li się tyl­ko na naj­waż­niej­szych ro­dzin­nych spo­tka­niach, a mimo to prze­szłość nie daje im spo­ko­ju.

Ma­rek ni­g­dy nie opo­wie­dział mi jed­nej dłu­giej hi­sto­rii o tym, jak wy­glą­da­ło ich dzie­ciń­stwo, ale czę­sto pod­kre­ślał, że Igor był bun­tow­ni­kiem, przy­spa­rzał wszyst­kim kło­po­tów, a u pod­staw ta­kie­go za­cho­wa­nia le­ża­ła za­zdrość o mat­kę.

Wresz­cie do­cie­ra­my do na­sze­go miesz­ka­nia. My­śla­mi je­stem już w łóż­ku. Bio­rę szyb­ki prysz­nic, a kie­dy wy­cho­dzę, Ma­rek wła­śnie myje zęby. Za­rzu­cam szla­frok, na­kła­dam pa­stę na szczo­tecz­kę i sta­ję obok na­rze­czo­ne­go.

– Mogę o coś spy­tać? – od­zy­wa się Ma­rek.

Czu­ję po­twor­ne zmę­cze­nie i naj­chęt­niej od­po­wie­dzia­ła­bym „nie”, bo ju­tro cze­ka mnie ostat­nia przy­miar­ka suk­ni ślub­nej, więc nie mogę pójść na nią z wo­ra­mi pod ocza­mi, ale uśmie­cham się tyl­ko i po­ta­ku­ję.

– Dla­cze­go nie wło­ży­łaś dziś su­kien­ki ode mnie? Nie po­do­ba ci się?

Od­wra­cam się, żeby się­gnąć po krem do szaf­ki i tym sa­mym ukryć dys­kom­fort, jaki wy­wo­ła­ło we mnie to py­ta­nie.

– Cał­kiem o niej za­po­mnia­łam – od­po­wia­dam, si­ląc się na obo­jęt­ność, choć z góry wiem, że moja tak­ty­ka ska­za­na jest na po­raż­kę.

– Chcia­łem, że­byś ją wło­ży­ła. Wiesz – cmo­ka Ma­rek, a na jego twa­rzy ry­su­je się prze­sad­ne stra­pie­nie – oj­ciec bar­dzo so­bie ceni ele­gan­cję. On cię uwiel­bia, se­rio. Nie myśl, że jest ina­czej. Ale chciał­bym, żeby na­praw­dę cię po­ko­chał, za­czął trak­to­wać jak człon­ka ro­dzi­ny – kon­ty­nu­uje, a ja z każ­dym jego sło­wem co­raz moc­niej za­pa­dam się w so­bie. – Ta su­kien­ka w kwiat­ki jest tro­chę zbyt in­ten­syw­na, a do tego ten de­kolt. Skar­bie… dla mnie je­steś pięk­na w każ­dym wy­da­niu, ale oj­ciec ma swo­je za­sa­dy. Po­win­ni­śmy je usza­no­wać, tym bar­dziej że to on pła­ci za we­se­le.

– Ach, tak? Nie są­dzi­łam, że to ta­kie waż­ne. – Szyb­ko wkle­pu­ję w twarz krem i wy­cho­dzę z ła­zien­ki. – Wło­żę ją na­stęp­nym ra­zem – do­da­ję z uśmie­chem, choć mam ocho­tę po­wie­dzieć o wie­le wię­cej.

Na przy­kład to, że su­kien­ka, któ­rą mi ku­pił, jest okrop­na. Zu­peł­nie nie w moim sty­lu, zbyt ele­ganc­ka i po­waż­na. Za­pew­ne do­brze ukry­ła­by moje man­ka­men­ty. De­kolt w łód­kę wy­smu­klił­by szy­ję i ra­mio­na, ma­te­riał spłasz­czył­by biust, a dół w kształ­cie li­te­ry A, do ko­lan, za­krył­by ty­łek i uda. Ale poza funk­cją optycz­ne­go wy­smu­kle­nia w su­kien­ce jest wszyst­ko, cze­go nie zno­szę. Może nie lu­bię swo­ich krą­gło­ści, ale jesz­cze bar­dziej nie­na­wi­dzę mie­szan­ki po­lie­stru i ela­sta­nu, uda­ją­cej faj­ną, dro­gą kiec­kę, w któ­rej mo­żesz pójść na każ­dą z moż­li­wych oka­zji: obiad u ro­dzi­ców, ko­la­cję służ­bo­wą, we­se­le ko­le­żan­ki i po­grzeb. Wszyst­ko to bar­dzo chcia­ła­bym po­wie­dzieć, ale nie ro­bię tego, bo nie chcę spra­wić przy­kro­ści mo­je­mu fa­ce­to­wi. Do­ce­niam jego sta­ra­nia, do­ce­niam fakt, że spe­cjal­nie dla mnie od­wie­dził dam­ski bu­tik i wy­brał su­kien­kę, w któ­rej – w co szcze­rze wie­rzył – będę wy­glą­dać do­brze.

Kła­dzie­my się do łóż­ka. Ma­rek ca­łu­je mnie w czo­ło, po czym od­wra­ca się ple­ca­mi i wkrót­ce za­sy­pia. Czu­ję ulgę, że jest zmę­czo­ny i nie ma ocho­ty na zbli­że­nie. Ulga szyb­ko jed­nak prze­mie­nia się w przy­gnia­ta­ją­ce po­czu­cie winy, bo prze­cież nie tak to po­win­no wy­glą­dać. Na eta­pie na­rze­czeń­stwa pary są głod­ne sie­bie i na­wet zmę­cze­nie nie jest w sta­nie po­wstrzy­mać żą­dzy. Tym­cza­sem nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio się ko­cha­li­śmy. Nie pierw­szy raz do­pa­da mnie na­tręt­na myśl, że w na­szym love sto­ry coś nie gra, i nie pierw­szy raz skła­dam to na karb przed­ślub­ne­go stre­su.

Po­wta­rzam so­bie, że wszyst­ko jest okej. Seks jest prze­re­kla­mo­wa­ny, a więk­szość lu­dzi z mo­je­go po­ko­le­nia wy­cho­wy­wa­ła się, kar­mio­na jego znie­kształ­co­nym ob­ra­zem z ame­ry­kań­skich fil­mów. Nie za­wsze mu­si­my mieć na to ocho­tę. Stres, pra­ca, co­dzien­ne obo­wiąz­ki…

Ale ty masz ocho­tę. Two­je li­bi­do ma się cał­kiem do­brze.

Pro­wa­dzę pal­ce do sut­ków i lek­ko je draż­nię. Pra­wą dłoń wsu­wam w spoden­ki od pi­ża­my i po­cie­ram łech­tacz­kę. Tłu­mię jęk, przy­gry­za­jąc dol­ną war­gę.

Tak, zde­cy­do­wa­nie tego po­trze­bu­ję.

Ostroż­nie, żeby nie obu­dzić Mar­ka, od­wra­cam się i kła­dę na brzu­chu. Moja dłoń prze­su­wa się nie­znacz­nie w górę i w dół. Stop­nio­wo od­naj­du­ję swój rytm, ide­al­ne tem­po, i wkrót­ce szyb­ki, krót­ki, ale in­ten­syw­ny or­gazm spi­na moje cia­ło, by za chwi­lę bło­go je roz­luź­nić.

Te­raz mogę spo­koj­nie za­snąć.

***

Rano bu­dzę się pod­eks­cy­to­wa­na. Cze­ka mnie przy­miar­ka suk­ni ślub­nej. Kraw­co­wa obie­ca­ła uwzględ­nić wszyst­kie moje proś­by, cho­ciaż była scep­tycz­na wo­bec sta­ro­świec­kiej ko­ron­ko­wej suk­ni z dłu­gim rę­ka­wem i za­bu­do­wa­nym de­kol­tem. Do sa­me­go koń­ca pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mnie do kro­ju sy­ren­ki z wy­cię­ciem w kształ­cie ser­dusz­ka nad biu­stem. W jej mnie­ma­niu mam do niej ide­al­ną fi­gu­rę, co jest oczy­wi­ście śmiesz­ne, bo ozna­cza­ło­by to pod­kre­śle­nie wszyst­kich nie­do­sko­na­ło­ści. Poza tym moja suk­nia i dłu­gi we­lon to praw­dzi­wie ro­man­tycz­ny ze­staw. Do­sko­na­le wpa­su­je się w kla­sycz­ny, ele­ganc­ki wy­strój sali ban­kie­to­wej, w któ­rej od­bę­dzie się na­sze we­se­le.

Na po­cząt­ku, kie­dy wed­ding plan­ner­ka za­trud­nio­na przez To­ma­lów przed­sta­wi­ła mi do­kład­ną wi­zu­ali­za­cję przy­ję­cia, łącz­nie z do­dat­ka­mi, bu­kie­tem ślub­nym i suk­nią, zwąt­pi­łam, czy chcę, aby naj­waż­niej­sze de­cy­zje były po­dej­mo­wa­ne poza mną, ale szyb­ko zro­zu­mia­łam, ja­kie to szczę­ście, kie­dy czło­wiek może po­zwo­lić so­bie na po­moc pro­fe­sjo­na­li­sty. Gdy­by za­le­ża­ło to tyl­ko ode mnie, pew­nie wło­ży­ła­bym lek­ką, zwiew­ną su­kien­kę bez udziw­nień i tramp­ki, a ślub wzię­ła­bym na pla­ży. Żad­nych krysz­ta­ło­wych ży­ran­do­li, świecz­ni­ków ro­dem z Pięk­nej i Be­stii ani zło­tej za­sta­wy. Tyl­ko kwia­ty. Mnó­stwo ży­wych kwia­tów. Póź­niej bym tego ża­ło­wa­ła – tak stwier­dzi­ła wed­ding plan­ner­ka, a sko­ro ko­bie­ta ma wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie, pew­nie wie, co mówi.

Szef jak zwy­kle za­po­mniał uwzględ­nić moją proś­bę o urlop i w tak wy­jąt­ko­wym dniu mu­szę po­ja­wić się w pra­cy. Na szczę­ście mam tyl­ko jed­ne­go pa­cjen­ta na dzie­sią­tą, a póź­niej trzy­go­dzin­ne okien­ko – dwie wi­zy­ty od­wo­ła­no w ostat­niej chwi­li, więc spo­koj­nie po­win­nam się wy­ro­bić. Ma­rek o ni­czym nie wie; jest prze­ko­na­ny, że mam wol­ne, a nie chcia­łam go nie­po­trzeb­nie de­ner­wo­wać. Na je­de­na­stą umó­wi­łam się z Lin­dą w sa­lo­nie kil­ka ulic da­lej.

Rano wpa­dam w wir pra­cy, dzię­ki cze­mu czas szyb­ko leci. Że­gnam pa­cjen­ta i z eks­cy­ta­cją mro­wią­cą pod skó­rą zer­kam na ze­ga­rek. Za dwa­dzie­ścia mi­nut ostat­ni raz przed ślu­bem przy­mie­rzę moją cu­dow­ną suk­nię. Mam pew­ne oba­wy, czy uda mi się ją do­piąć, po­nie­waż nie­zbyt do­brze po­szło mi trzy­ma­nie die­ty, ale i tym nie będę za­przą­tać so­bie gło­wy.

Jako dziec­ko nie mia­łam przy­wi­le­ju ob­ser­wo­wać ko­cha­ją­cych się ro­dzi­ców, a w do­ro­słym ży­ciu moje związ­ki da­le­kie były od ro­man­tycz­nych hi­sto­rii ro­dem z ksią­żek i fil­mów, ale wresz­cie przy­szedł czas, żeby zmie­nić prze­zna­cze­nie. Już wkrót­ce zo­sta­nę żoną i na­pi­szę wła­sną hi­sto­rię.

Po za­bie­gu szyb­ko myję ręce i się prze­bie­ram. Mam już na so­bie naj­wy­god­niej­sze buty świa­ta, wy­słu­żo­ne Co­nver­sy, któ­re kil­ka lat temu były śnież­no­bia­łe. Na ko­niec wyj­mu­ję z szu­flad­ki wszyst­kie swo­je pier­ścion­ki i wsu­wam je na pal­ce. Każ­dy ma swo­je sta­łe miej­sce. Wśród nich jest ten naj­waż­niej­szy, z zie­lo­nym oczkiem imi­tu­ją­cym ka­mień szla­chet­ny. Cho­ciaż to tyl­ko bar­wio­ne szkło, dla mnie ma nie­oce­nio­ną war­tość. Pa­mię­tam, że jako kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka ma­rzy­łam, by pew­ne­go dnia prze­jąć ten nie­sa­mo­wi­ty skarb. Wte­dy nie wie­dzia­łam, że ży­cze­nie sta­nie się moim prze­kleń­stwem i w wie­ku trzy­na­stu lat do­sta­nę go za­pa­ko­wa­ne­go w stru­no­wy wo­re­czek wraz z po­zo­sta­ły­mi rze­cza­mi, któ­re mama mia­ła ze sobą w ho­spi­cjum.

Zo­sta­ło mi kil­ka mi­nut w za­pa­sie, więc po­sta­na­wiam zaj­rzeć do kan­ce­la­rii. Li­czę na to, że Ma­rek nie ma te­raz spo­tka­nia i uda mi się cho­ciaż skraść mu bu­zia­ka. Za­rzu­cam to­reb­kę na ra­mię i za­my­kam ga­bi­net. Kie­dy prze­krę­cam klucz w zam­ku, moje spoj­rze­nie lą­du­je na pstro­ka­tej ko­lek­cji pier­ścion­ków. Mar­ko­wi nie spodo­ba się, że za­ło­ży­łam je na przy­miar­kę suk­ni. Kie­dy szłam do sa­lo­nu pierw­szy raz, skrzy­wił się na ich wi­dok, po czym za­py­tał: „Na­praw­dę chcesz mie­rzyć suk­nię za kil­ka ty­się­cy zło­tych, ma­jąc na pal­cach tak tan­det­ną bi­żu­te­rię?”. Zro­bi­ło mi się głu­pio na myśl, że pla­no­wa­łam za­ło­żyć je wszyst­kie na ślub. Lu­bię te pier­ścion­ki. Po ma­mie jest tyl­ko je­den, ale po­zo­sta­łe też ko­ja­rzą mi się z nią. Ku­po­wa­ła ta­kie ozdób­ki na pchlich tar­gach, a ja jako mała dziew­czyn­ka uwiel­bia­łam to ob­ser­wo­wać. Wspo­mnie­nie mamy spra­wia, że po­sta­na­wiam jed­nak ich nie zdej­mo­wać.

Przy­sta­ję przed wej­ściem do kan­ce­la­rii. Ze­wnętrz­ne ro­le­ty na oknach są opusz­czo­ne, ale przez prze­szklo­ne drzwi wej­ścio­we do­strze­gam bla­de świa­tło mi­go­czą­ce na koń­cu ko­ry­ta­rza, a więc w ga­bi­ne­cie Mar­ka. Wy­glą­da na to, że nie tyl­ko ja je­stem roz­tar­gnio­na z po­wo­du zbli­ża­ją­ce­go się ślu­bu. Na­ci­skam klam­kę, ale drzwi nie ustę­pu­ją. Już chcę od­wró­cić się na pię­cie, gdy przy­po­mi­nam so­bie, że w to­reb­ce mam za­pa­so­we klu­cze do kan­ce­la­rii. Je­śli ni­ko­go nie za­sta­nę, przy­naj­mniej zga­szę świa­tło.

Otwie­ram drzwi, wcho­dzę i za­sty­gam w bez­ru­chu, trzy­ma­jąc klam­kę od we­wnątrz. Nie je­stem pew­na, dla­cze­go znie­ru­cho­mia­łam. To chy­ba z po­wo­du dźwię­ku, któ­ry na­gle do mnie do­tarł. Ostroż­nie do­my­kam drzwi. Przez gło­wę prze­la­tu­je mi myśl, że może dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa po­win­nam wyjść i za­dzwo­nić do Mar­ka. Znów jed­nak to sły­szę. Tym ra­zem wy­raź­niej. Jak­by cmo­ka­nie, mla­ska­nie, po­mruk. Spi­nam się cała, gdy do­łą­cza do tego ko­bie­ce po­ję­ki­wa­nie.

Ma­rek wspo­mi­nał, że jego wspól­nik jest ko­bie­cia­rzem i praw­do­po­dob­nie pod­ry­wa ich se­kre­tar­kę, ale czy miał­by na tyle tu­pe­tu, żeby ro­bić TO w kan­ce­la­rii? Nie ma na­wet po­łu­dnia! Jak­by pora mia­ła tu ja­kieś zna­cze­nie… Naj­gor­sze jest jed­nak to, że świa­tło po­cho­dzi z ga­bi­ne­tu Mar­ka. Nie mogę więc tego tak zo­sta­wić. Na samą myśl, że Je­rzy może od­da­wać się igrasz­kom z ja­kąś la­ską na so­fie w ga­bi­ne­cie mo­je­go na­rze­czo­ne­go, tej sa­mej, na któ­rej nie­raz sia­dam, po­pi­ja­jąc kawę mię­dzy za­bie­ga­mi, robi mi się nie­do­brze.

Wku­rzo­na ru­szam przed sie­bie, ale nie je­stem na tyle bez­czel­na, żeby wpa­ro­wać tam z krzy­kiem. Poza tym nie chcę mieć trau­my po uj­rze­niu na­gie­go Je­rze­go. Za­trzy­mu­ję się w pro­gu, za­sła­niam oczy dło­nią i mó­wię:

– Cześć. Czy mo­gli­by­ście się ubrać?

Sły­szę gar­dło­wy dźwięk, któ­ry chy­ba miał zo­stać stłu­mio­ny, ale wy­brzmie­wa w peł­ni, za­nim koń­czę py­ta­nie.

Moja dłoń osu­wa się z po­wiek i bez­wied­nie opa­da przy boku. Mru­gam za­hip­no­ty­zo­wa­na. Oczy re­je­stru­ją ob­raz jak spóź­nio­na mi­gaw­ka. Do­strze­ga­ją każ­dy szcze­gół w dziw­nym odrę­twie­niu. Jego gra­na­to­we bok­ser­ki spusz­czo­ne do ko­stek, po­mię­ta ko­szu­la za­pię­ta na dwa dol­ne gu­zi­ki, zło­ty łań­cu­szek z za­wiesz­ką „J”. Czo­ło lśnią­ce od potu, klat­ka pier­sio­wa, któ­ra wzno­si się i opa­da, łap­czy­wie pom­pu­jąc tlen. I jego ster­czą­cy pe­nis tuż przy ustach klę­czą­cej ko­bie­ty.

Ja chy­ba śnię.

Wzrok po­now­nie lą­du­je na za­wiesz­ce w kształ­cie li­te­ry J. Nie­ste­ty nie jest to J jak Je­rzy, wspól­nik Mar­ka.

– Ju… Jula… Ja… Kur­wa! – Ma­rek naj­wy­raź­niej do­cho­dzi do wnio­sku, że nie ma sen­su koń­czyć zda­nia.

Od­wra­cam się. Idę wol­no ko­ry­ta­rzem, w otę­pie­niu. W uszach mi szu­mi, w ustach mam su­cho.

– Ko­cha­nie, pro­szę. Daj mi to wy­ja­śnić! – Głos Mar­ka brzmi, jak­by do­bie­gał zza ścia­ny. – To wszyst­ko przez ten stres przed ślu­bem… Ja…

Prze­sta­ję go sły­szeć, gdy otwie­ram drzwi. Dźwię­ki mia­sta: roz­mo­wy prze­chod­niów, szum ja­dą­cych sa­mo­cho­dów, śmiech, krzyk, czyjś płacz, klak­son – wszyst­ko zle­wa się w jed­no, two­rząc rze­czy­wi­stość, któ­rą ob­ser­wu­ję z boku.

Czy cier­pię? Nie. Je­stem pu­sta w środ­ku. Jak wy­dmusz­ka. Jak pla­sti­ko­wa Bar­bie z kio­sku, któ­rą wred­ny Krzy­siek z osie­dla roz­ciął pew­ne­go dnia no­życz­ka­mi, by udo­wod­nić mi, że moja uko­cha­na lal­ka wca­le nie ma ser­ca.

W na­stęp­nej chwi­li sto­ję na Mo­ście Po­nia­tow­skie­go. To nie­da­le­ko od miej­sca, w któ­rym przy­ła­pa­łam Mar­ka na zdra­dzie, ale do­cie­ra do mnie, że wła­ści­wie nie wiem, jak tu do­szłam.

Spo­koj­na ta­fla Wi­sły lśni w po­łu­dnio­wym słoń­cu. Przy­my­kam po­wie­ki. To taka ro­man­tycz­na sce­ne­ria, a ja… A ja… wła­śnie zo­sta­łam zdra­dzo­na. Czy ist­nie­je coś mniej ro­man­tycz­ne­go od zdra­dy?

Łzy wzbie­ra­ją po­wo­li. Po­zwa­lam im spo­koj­nie na­pły­nąć.

Nie­do­brze mi.

Za­ci­skam dło­nie na po­rę­czy mo­stu i wspi­nam się na pal­ce, lek­ko po­chy­la­jąc się do przo­du. Chy­ba za­raz zwy­mio­tu­ję.

Je­stem głu­pia. Ża­ło­sna. Na­iw­na.

Jak mo­głam uwie­rzyć, że to wszyst­ko jest praw­dą? Dla­cze­go ja­kiś fa­cet miał­by osza­leć na moim punk­cie do tego stop­nia, że­bym sta­ła się dla nie­go tą je­dy­ną? Żeby nie spoj­rzał na ład­niej­szą, szczu­plej­szą, faj­niej­szą… Se­rio?

Czu­ję się nic nie­war­ta.

– Ju­lia!

W pierw­szej chwi­li bio­rę ten głos za wy­twór wy­obraź­ni, bo los nie może ze mnie aż tak drwić (jest ja­kiś li­mit, praw­da?).

– Ju­liet­to!

A jed­nak.

– Jesz­cze cie­bie mi tu bra­ko­wa­ło! Idź so­bie! – wrzesz­czę.

– Sto­isz za­pła­ka­na na mo­ście. Tak jak­by nie mam wy­bo­ru. – Igor od­po­wia­da w swo­im sty­lu, non­sza­lanc­ko i drwią­co. – Moja mat­ka pra­wie do­sta­ła za­wa­łu, jak cię tu­taj zo­ba­czy­ła.

Okrę­cam gło­wę moc­niej, żeby zo­ba­czyć Lin­dę, wciąż obu­rącz trzy­ma­jąc po­ręcz mo­stu, ale Igor stoi tak, że za­sła­nia mi wi­dok na jezd­nię. Uno­szę się na pal­cach, a wte­dy on do­ska­ku­je do mnie i za­my­ka mnie w swo­ich ra­mio­nach.

Moje ży­cie ani przez chwi­lę nie było za­gro­żo­ne. Żeby spaść z mo­stu, mu­sia­ła­bym naj­pierw wdra­pać się na ba­rier­kę albo wy­ko­nać ja­kiś su­per­gwał­tow­ny ruch, ale ten pa­lant naj­wy­raź­niej my­ślał, że coś mi gro­zi.

– Boże świę­ty, co tam się dzie­je?! – woła Lin­da zza opusz­czo­nej szy­by.

Pusz­czam po­ręcz i okrę­cam się, by wy­swo­bo­dzić się z tej klat­ki stwo­rzo­nej z dwóch po­tęż­nych ra­mion. Igor jed­nak ani drgnie, za­ci­ska­jąc dło­nie na ba­rier­kach. Na wy­so­ko­ści oczu mam te­raz jego tors.

Twój syn na­pie­ra na mnie cia­łem? Ma­ni­fe­stu­je swo­ją wiel­kość i ta­kie tam?

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, mamo! – woła Igor, po czym na­chy­la się do mnie, wciąż trzy­ma­jąc mnie w pu­łap­ce. – Ju­liet­ta ma tyl­ko przed­ślub­ną hi­ste­rię!

– Du­pek – sy­czę. – Za­wsze chcia­łam ci to po­wie­dzieć. – Na­bie­ram po­wie­trza i wy­pusz­czam je, jak­bym po­zby­wa­ła się ogrom­ne­go cię­ża­ru. – Nie bę­dzie­my ro­dzi­ną, więc co mi tam. Pa­lant z cie­bie do kwa­dra­tu. Naj­więk­szy, ja­kie­go znam, i pew­nie masz ma­łe­go. Na pew­no masz ma­łe­go, bo dup­ki z prze­ro­śnię­tym ego nie mają za wie­le w spodniach. – Okej, tego nie pla­no­wa­łam. Coś ta­kie­go w ogó­le jest do mnie nie­po­dob­ne. Prze­cież nie lu­bię spra­wiać lu­dziom przy­kro­ści.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu Igor od­rzu­ca gło­wę do tyłu i śmie­je się gło­śno. Kie­dy po­now­nie na mnie spo­glą­da, w jego oczach tań­czy praw­dzi­we roz­ba­wie­nie. Szko­da. Na­praw­dę mia­łam ocho­tę mu do­wa­lić.

– Schle­bia mi, że my­ślisz o moim ku­ta­sie, Ju­liet­to, na chwi­lę przed przy­miar­ką suk­ni na ślub z moim przy­bra­nym bra­tem.

– W two­ich snach. Pusz­czaj mnie, tro­glo­dy­to – war­czę.

– Ju­lio, ko­cha­nie, czy mo­żesz wsiąść do auta?! – woła Lin­da ze znie­cier­pli­wie­niem. – Po­win­ny­śmy być już w sa­lo­nie! Na­praw­dę nie chcia­ła­bym tam do cie­bie wy­cho­dzić. Mia­łam dziś fry­zu­rę prób­ną, a na mo­ście moc­no wie­je. Ja ci za­trą­bię, bał­wa­nie je­den! – wy­dzie­ra się.

– Ochło­nę­łaś? – Na tle wrza­sku Lin­dy głos Igo­ra za­ska­ku­je ła­god­no­ścią. – Tu­taj nie moż­na się za­trzy­my­wać.

– To jedź.

Prze­wra­ca ocza­mi.

– My­ślisz, że chcia­łam sko­czyć? – drwię.

– Je­dy­ne, o czym te­raz my­ślę, to tre­ning, na któ­rym po­wi­nie­nem być za pięt­na­ście mi­nut. Mama po­pro­si­ła o pod­rzu­ce­nie do sa­lo­nu, bo to po dro­dze do ośrod­ka szko­le­nio­we­go, ale pew­na hi­ste­rycz­ka spo­wo­do­wa­ła opóź­nie­nie, a mu­sisz wie­dzieć, że ja nie­na­wi­dzę i nie to­le­ru­ję spóź­nia­nia się. Przede wszyst­kim u sie­bie sa­me­go.

– Współ­czu­ję.

– Cze­go?

– Ży­cia z ki­jem w du­pie.

Igor znów się śmie­je i mu­szę przy­znać, że to dla mnie nie­co­dzien­ny wi­dok. Za­ska­ku­je mnie to, jak ła­god­nie i nie­groź­nie wte­dy wy­glą­da. Drob­ne zmarszcz­ki w ką­ci­kach oczu spra­wia­ją, że wy­da­je się bar­dziej ludz­ki. Jed­nak to wciąż mało, abym za­po­mnia­ła, ja­kim po­tra­fi być gnoj­kiem.

– Nie po­zna­ję cię, Ju­liet­to. Na pew­no wszyst­ko z tobą w po­rząd­ku? – Od­chy­la gło­wę i przy­glą­da mi się z roz­ba­wie­niem.

– W naj­lep­szym – mru­czę. – A te­raz uwol­nij mnie, wróć do auta i prze­każ swo­jej ma­mie, że nie bę­dzie żad­nej przy­miar­ki, a ja wró­cę… – Nie, tyl­ko nie to! Nie mogę się te­raz za­ła­mać. Nie przy tym dup­ku. – Nie mam po­ję­cia do­kąd – do­kań­czam i wy­bu­cham ża­ło­snym śmie­chem.

Igor od­su­wa się nie­znacz­nie, jego pal­ce le­d­wo do­ty­ka­ją te­raz po­rę­czy. Pa­trzy na mnie jak na wa­riat­kę, co jest cał­ko­wi­cie uza­sad­nio­ne, bo do­kład­nie tak się za­cho­wu­ję.

– Czy ten de­bil cię skrzyw­dził? – Ścią­ga brwi, a jego brą­zo­we oczy śli­zga­ją się po mo­jej twa­rzy z nie­po­ko­jem.

– Mo­żesz być z sie­bie za­do­wo­lo­ny, wy­szło na two­je.

– Słu­cham?

– Nie­waż­ne. Chcę zo­stać sama.

– Chy­ba nie są­dzisz, że zo­sta­wię cię samą w ta­kim sta­nie?

– Dla­cze­go w ogó­le in­te­re­su­je cię mój stan?

– Mnie? – Jego ra­mio­na pod­ska­ku­ją. – Cho­dzi o mat­kę. Nie po­zwo­li mi po­je­chać na tre­ning, do­pó­ki nie do­wie się, co jest gra­ne. Idzie­my.

– Nie chcę.

– W ta­kim ra­zie ona za­raz sama tu po cie­bie przyj­dzie.

– Ni­g­dzie nie idę.

– Prze­stań się ma­zać i chodź. – Kie­dy ogrom­na dłoń za­ci­ska się na moim nad­garst­ku, zda­ję so­bie spra­wę, że je­stem zbyt sła­ba i wy­czer­pa­na, aby z czym­kol­wiek wal­czyć, a już na pew­no nie z tym bli­sko dwu­me­tro­wym go­ściem przy­sła­nia­ją­cym mi słoń­ce.

Prze­ci­na­my jezd­nię. Igor otwie­ra drzwi sa­mo­cho­du, a ja wsu­wam się na tyl­ną ka­na­pę. Lin­da jest na tyle ko­cha­na, że nie bom­bar­du­je mnie od razu py­ta­nia­mi, ale jed­no­cze­śnie w jej oczach wręcz wi­dzę wiel­kie zna­ki za­py­ta­nia.

– Do­kąd mam je­chać? – Igor zer­ka we wstecz­ne lu­ster­ko. Ła­pię jego spoj­rze­nie w lo­cie i od­wra­cam gło­wę w stro­nę bocz­nej szy­by.

– Nie wiem – od­po­wia­dam ci­cho.

– Ju­lia – wy­po­wia­da moje imię znie­cier­pli­wio­nym gło­sem. – Za chwi­lę mu­szę być na tre­nin­gu. Je­dzie­my do sa­lo­nu czy mam od­wieźć cię do domu?

– Prze­cież mó­wi­łam, że­byś zo­sta­wił mnie na tym cho­ler­nym mo­ście, sko­ro tak ci się spie­szy! – wy­krzy­ku­ję, wpra­wia­jąc Lin­dę w osłu­pie­nie. – Wy­bacz, że nie dam ci szyb­kiej od­po­wie­dzi, bo… bo nie wiem, gdzie się po­dziać. Nie mam gdzie wró­cić – pa­ni­ku­ję i po­ły­kam łzy.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie, dzie­cin­ko. – Lin­da od­wra­ca się w fo­te­lu i ści­ska moją dłoń. – Jedź­my, Igor. Za­trzy­maj się w ja­kimś roz­sąd­niej­szym miej­scu. Zaj­mę się Ju­lią, a je­śli bę­dzie trze­ba, we­zwie­my tak­sów­kę.

Nie mam od­wa­gi unieść wzro­ku na Igo­ra. Pew­nie i tak jest już spóź­nio­ny, w do­dat­ku do­stał ry­ko­sze­tem. Nie prze­pa­dam za nim, ale nie po­win­nam była się na nie­go wy­dzie­rać. Czu­ję się okrop­nie.

Kie­dy za­trzy­mu­je­my się na par­kin­gu przed przy­pad­ko­wą ka­wiar­nią, dzię­ku­ję mu pod no­sem za pod­wóz­kę i na­ci­skam klam­kę, żeby wy­siąść. Drzwi oka­zu­ją się jed­nak za­blo­ko­wa­ne.

– Co zro­bił Ma­rek? – Wku­rzo­ny głos Igo­ra prze­ci­na ci­szę.

– Czy za­my­ka­nie lu­dzi w pu­łap­kach to two­je hob­by?

– Synu, otwórz, pro­szę, drzwi – wtrą­ca Lin­da nie­pew­nie.

– Nie – od­po­wia­da sta­now­czo Igor. – Je­śli stąd wyj­dzie­cie, Ju­lia nie po­wie praw­dy.

– Słu­cham? – Za­ci­skam zęby.

Na­sze wście­kłe spoj­rze­nia po­now­nie spo­ty­ka­ją się we wstecz­nym lu­ster­ku i wy­glą­da na to, że żad­ne z nas nie za­mie­rza spu­ścić wzro­ku jako pierw­sze.

– Go­łym okiem wi­dać, że to wina tego gnoj­ka, ale na­wet nie za­jąk­nę­łaś się na ten te­mat. Chcesz go chro­nić. Co­kol­wiek ci zro­bił, pew­nie wmó­wisz so­bie, że to wszyst­ko przez cie­bie, a on jak za­wsze wyj­dzie z tego cało.

Pry­cham pod no­sem. Psy­cho­log się zna­lazł. No do­brze, może cał­kiem nie­źle po­szło mu z roz­pra­co­wa­niem mnie w tej kwe­stii, ale nie ma opcji, że­bym przy­zna­ła mu ra­cję.

A jed­nak. Ja­kaś część mnie pra­gnie to z sie­bie wy­rzu­cić.

– Zdra­dził mnie.

– Je­steś pew­na? – pyta Lin­da.

Że co?

Ko­rzy­stam z oka­zji, żeby od­pu­ścić ten dziw­ny po­je­dy­nek na spoj­rze­nia z Igo­rem i zer­kam na Lin­dę. Ki­wam nie­znacz­nie gło­wą, uśmie­cha­jąc się smut­no.

– Nie mogę uwie­rzyć – mówi ko­bie­ta. – Ma­rek? Nasz Ma­rek?

– Wi­dzia­łam na wła­sne oczy.

– Po­roz­ma­wiaj­cie! Na pew­no da się to wy­tłu­ma­czyć.

Ką­tem oka do­strze­gam w lu­ster­ku, jak Igor przy­my­ka po­wie­ki, od­chy­la­jąc gło­wę.

– Nie chcę go wi­dzieć. Nie dam rady – od­po­wia­dam sła­bym gło­sem.

– Co te­raz? Gdzie się po­dzie­jesz? – go­rącz­ku­je się Lin­da.

No wła­śnie. To, że wpro­wa­dzi­łam się do Mar­ka, sta­no­wi drob­ny pro­blem.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

– Na pew­no nie wró­cę do miesz­ka­nia. W tej chwi­li jesz­cze nie wiem, co ze sobą zro­bić, dla­te­go le­piej tu wy­sią­dę. Może Igor zdą­ży na tre­ning – do­da­ję bez cie­nia iro­nii.

– Ab­so­lut­nie nie! – obu­rza się Lin­da. – Zo­stań u nas na noc, po­roz­ma­wiam z Hen­ry­kiem. A póź­niej… Póź­niej coś wy­my­śli­my.

– Dzię­ku­ję, Lin­do, ale je­śli Mar­ko­wi przyj­dzie do gło­wy gdzieś mnie szu­kać, wasz dom bę­dzie pierw­szym miej­scem, do któ­re­go się uda. Do­brze wie, że nie mam tu ro­dzi­ny ani przy­ja­ciół, u któ­rych mo­gła­bym się za­trzy­mać.

– Igor? – Lin­da zwra­ca się do syna.

Ten w od­po­wie­dzi tyl­ko marsz­czy brwi. Mat­ka i syn pa­trzą się na sie­bie w nie­zro­zu­mia­ły dla mnie spo­sób.

– Nie ma mowy – od­bur­ku­je po chwi­li Igor.

– I tak całe dnie spę­dzasz na tre­nin­gach, a wkrót­ce wy­la­tu­jesz na mi­strzo­stwa. Prak­tycz­nie nie bę­dzie cię w domu. To miesz­ka­nie jest tak wiel­kie i pu­ste…

Otwie­ram usta, ale nie je­stem w sta­nie wy­krztu­sić sło­wa.

– Nie, nie – wy­du­szam z sie­bie wresz­cie. – To nie jest do­bry po­mysł. Za­trzy­mam się w ho­te­lu.

– Nie bę­dziesz miesz­kać w ho­te­lu – pro­te­stu­je Lin­da. – Apar­ta­ment Igo­ra to ostat­nie miej­sce, w któ­rym Ma­rek bę­dzie cię szu­kał. Ro­zu­miem, że po­trze­bu­je­cie cza­su, żeby to so­bie wszyst­ko wy­ja­śnić. Roz­łą­ka do­brze wam zro­bi. Schro­nisz się u Igo­ra, a gdy emo­cje opad­ną, po­roz­ma­wia­cie z Mar­kiem. Do­brze?

Nie wiem, jak mam po­wie­dzieć Lin­dzie, że nie ma naj­mniej­szych szans na ślub, bo ni­g­dy nie wy­ba­czę zdra­dy. A już na pew­no ta­kiej, któ­rą zo­ba­czy­łam na wła­sne oczy. Żad­na roz­łą­ka tego nie zmie­ni.

– Mama ma ra­cję, miesz­ka­nie przez więk­szość dnia stoi pu­ste, a nie­dłu­go wy­la­tu­ję z kra­ju.

To się nie dzie­je na­praw­dę. Ja chy­ba śnię. Może rów­nież zdra­da to tyl­ko kosz­mar, z któ­re­go wkrót­ce się wy­bu­dzę.

Rozdział 4

Igor

Jest już ciem­no, kie­dy wra­cam do sie­bie po tre­nin­gu. To nie był naj­lep­szy dzień. Tre­ner nie mu­siał opie­przać mnie za spóź­nie­nie, wy­star­czy­ło, że sam by­łem na sie­bie wście­kły. W do­dat­ku ju­tro cze­ka nas kon­fe­ren­cja pra­so­wa i to ja mam od­po­wia­dać na py­ta­nia dzien­ni­ka­rzy. Nie zno­szę tego, ale jed­no­cze­śnie wiem, że rola ka­pi­ta­na zo­bo­wią­zu­je mnie do ta­kich wy­stą­pień.

Zda­niem me­ne­dże­ra dru­ży­ny me­dia mnie uwiel­bia­ją, przy­pię­ły mi łat­kę sym­pa­tycz­ne­go go­ścia z są­siedz­twa i czło­wie­ka sku­pio­ne­go na celu. Nie pa­ku­ję się w kło­po­ty, nie mam na­wet jed­ne­go ta­tu­ażu, pod­czas gdy więk­szość za­wod­ni­ków to cho­dzą­ce dzie­ła sztu­ki, i z uśmie­chem od­po­wia­dam na każ­de, na­wet naj­głup­sze py­ta­nie. Nikt nie wie, ile kosz­tu­je mnie ta uprzej­mość, to nie­ustan­ne szcze­rze­nie zę­bów i po­czu­cie, że mu­szę być dla wszyst­kich przy­kła­dem.

Tego wie­czo­ru rów­nież od­czu­wam kon­se­kwen­cje mo­jej nad­mier­nej skłon­no­ści do po­ma­ga­nia. Wcho­dzę do sie­bie, do mo­je­go świę­te­go schro­nie­nia, gdzie nie mu­szę ni­ko­go uda­wać, a za­miast spo­ko­ju ogar­nia mnie stres. Bo pierw­szy raz, od­kąd tu miesz­kam, ktoś na­ru­sza tę prze­strzeń.

Nie wiem, co mi strze­li­ło do gło­wy, żeby przy­jąć Ju­lię pod swój dach. Le­d­wo się zna­my. Każ­de na­sze do­tych­cza­so­we spo­tka­nie koń­czy­ło się sprzecz­ką. Je­śli nie po­tra­fi­li­śmy po­wstrzy­mać się od uszczy­pli­wo­ści w gro­nie ro­dzi­ny, to co wy­da­rzy się, kie­dy ra­zem za­miesz­ka­my? Uspo­ka­ja mnie je­dy­nie myśl, że wkrót­ce wy­jeż­dżam.

O czym mam z nią ga­dać? Wku­rzam się, że w ogó­le czu­ję się zo­bo­wią­za­ny to ro­bić. Wła­śnie z tego po­wo­du nikt nie ma do­stę­pu do mo­je­go miesz­ka­nia, bo, do cho­le­ry, przy­naj­mniej tu­taj mogę ro­bić rze­czy po swo­je­mu, a nie dla­te­go, że tak po­wi­nie­nem.

Przy­kła­dam za­pa­so­wą kar­tę do czyt­ni­ka. Drzwi ustę­pu­ją z ci­chym klik­nię­ciem. Rzu­cam spor­to­wą tor­bę na sie­dzi­sko w przed­po­ko­ju, a adi­da­sy zzu­wam wprost na pół­kę. Ni­g­dzie nie wi­dzę bu­tów Ju­lii, co lek­ko mnie nie­po­koi. Nie że­bym bar­dzo chciał ją uj­rzeć, ale je­śli nie ma jej tu­taj, mat­ka nie da mi spo­ko­ju i każe szu­kać dziew­czy­ny po ca­łej War­sza­wie.

Ro­bię kil­ka kro­ków i omal nie po­ty­kam się o roz­rzu­co­ne na wej­ściu do sa­lo­nu bia­łe, zno­szo­ne Co­nver­sy. Klnę pod no­sem, zbie­ram je i za­no­szę tam, gdzie ich miej­sce, na cho­ler­nie wiel­ką pół­kę w ko­ry­ta­rzu, któ­rej nie spo­sób prze­oczyć.

Bez­sze­lest­nie prze­cho­dzę do sa­lo­nu. Po­środ­ku ogrom­nej prze­strze­ni stoi be­żo­wy na­roż­nik z wiel­ki­mi po­dusz­ka­mi. Na jed­nej z nich do­strze­gam ru­do­brą­zo­we loki. Pod­cho­dzę bli­żej i już mam coś po­wie­dzieć – choć nie mam po­ję­cia co – kie­dy do mo­ich uszu do­cie­ra ci­che mruk­nię­cie. Ro­bię jesz­cze je­den krok.

Ju­lia śpi sku­lo­na, lecz jej cia­ło wzdry­ga się w spa­zmach, jak u ma­łe­go dziec­ka, któ­re za­snę­ło z wy­czer­pa­nia po dłu­gim pła­czu. Za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki wciąż są wil­got­ne od łez, po­dob­nie jak po­skle­ja­ne rzę­sy – znak, że mu­sia­ła za­snąć za­le­d­wie przed chwi­lą. Prze­su­wam spoj­rze­nie na jej na­gie ra­mio­na. Ja­sną skó­rę po­kry­wa gę­sia skór­ka.

W nor­mal­nych do­mach lu­dzie mają koce. To jed­nak nie jest nor­mal­ny dom. Kie­ru­ję się więc do sy­pial­ni, wyj­mu­ję z sza­fy jed­ną ze swo­ich bluz i wra­cam do sa­lo­nu, by okryć nią dziew­czy­nę.

Od­wra­cam się w stro­nę otwar­tej kuch­ni. Jest ste­ryl­nie czy­sta, po­zo­sta­wi­łem ją taką, wy­cho­dząc na tre­ning, bo ni­g­dy w niej nie go­tu­ję. Ko­rzy­stam z go­to­we­go ca­te­rin­gu do­star­cza­ne­go pod same drzwi. Ale te­raz robi mi się dziw­nie na myśl, że ta dziew­czy­na nic nie zja­dła, po­nie­waż lo­dów­ka – któ­rej i tak pew­nie na­wet nie otwo­rzy­ła – świe­ci pust­ka­mi, a do tego nie mia­ła na­wet sił albo od­wa­gi na­lać so­bie wody do szklan­ki. Pew­nie czu­ła się tu nie­swo­jo do tego stop­nia, że bała się do­tknąć cze­go­kol­wiek, a na ka­na­pie usnę­ła tyl­ko dla­te­go, że była wy­koń­czo­na.

Czy mi wła­śnie zro­bi­ło się jej żal?

Co za bzdu­ra. Do­brze jej tak. To na­ucz­ka za by­cie z kimś ta­kim jak Ma­rek. Co trze­ba mieć w gło­wie, żeby za­ufać ta­kie­mu pa­lan­to­wi?

Jak tyl­ko do­cie­ra do mnie, że Ju­lia po­ko­cha­ła go­ścia, któ­re­go nie­na­wi­dzę, że była dla nie­go miła, do­bra, tro­skli­wa, moje ne­ga­tyw­ne emo­cje wo­bec niej na­tych­miast wra­ca­ją na wła­ści­we tory.

Musi być do nie­go po­dob­na, my­ślę, pa­trząc na jej po­grą­żo­ną we śnie twarz, tę nie­po­zor­ną, słod­ką buź­kę, za któ­rą czai się coś nie­od­gad­nio­ne­go. Coś, co spra­wi­ło, że do­ga­da­ła się z tym ze­psu­tym do szpi­ku ko­ści gno­jem.

Pło­szę się, gdy z jej ust wy­do­by­wa się ko­lej­ny po­mruk, a ona sama po­pra­wia się na ka­na­pie. Na­roż­nik jest spo­ry, ale nie­zbyt wy­god­ny. Za­raz… Mia­łem się nią nie przej­mo­wać. Niech się cie­szy, że ma gdzie spać.

Nie wiem, jak dłu­go sto­ję w jed­nym miej­scu i po pro­stu się na nią ga­pię. Wresz­cie ru­szam ty­łek i idę do ła­zien­ki. Myję tyl­ko zęby, bo wzią­łem prysz­nic w ośrod­ku szko­le­nio­wym po tre­nin­gu.

Do­cie­ra do mnie, jak bar­dzo je­stem pad­nię­ty. Pra­gnę tyl­ko rzu­cić się na moje cu­dow­ne, wiel­kie łóż­ko w sy­pial­ni. To je­dy­ny me­bel w tym apar­ta­men­cie, nad za­pro­jek­to­wa­niem któ­re­go oso­bi­ście czu­wa­łem. Ma­te­rac stwo­rzo­no, uwzględ­nia­jąc moją wagę, wzrost i zdro­wot­ne ko­rzy­ści dla cia­ła nie­ustan­nie wy­sta­wia­ne­go na wy­si­łek i ura­zy. Wra­ca­jąc z ła­zien­ki do sy­pial­ni, rzu­cam okiem na Ju­lię. Mój wzrok przy­cią­ga jej ty­łek wy­sta­ją­cy spod blu­zy. Nor­mal­nie skom­ple­men­to­wał­bym jego wy­gląd, bo to nie­złe dzie­ło na­tu­ry, ale te­raz zwra­cam uwa­gę, że dwa ide­al­nie krą­głe po­ślad­ki nie­bez­piecz­nie wy­pię­ły się i za­wi­sły poza sie­dzi­skiem na­roż­ni­ka.

Po­wi­nie­nem pal­nąć się po­rząd­nie w łeb z po­wo­du my­śli, któ­ra przy­szła mi do gło­wy.

Nie ma. Kur­wa. Opcji.

Pój­dę do pie­przo­nej sy­pial­ni, po­ło­żę się na swo­im hi­per­wy­god­nym łożu jak król, a la­ska niech śpi na ka­na­pie, bo jest nie­pro­szo­nym go­ściem. Na­wet je­śli jej nie­wy­god­nie, to za­wsze lep­sza opcja niż spa­nie pod mo­stem.

***

Gdy ja­kiś czas póź­niej otwie­ram oczy, je­stem zdez­o­rien­to­wa­ny. Za­kła­dam, że to wciąż sen, bo tyl­ko w naj­gor­szym kosz­ma­rze może bo­leć mnie każ­da część cia­ła. Pro­stu­ję nogi, ale na­po­ty­kam opór pod­ło­kiet­ni­ka. Za­raz… moje kró­lew­skie łoże w sy­pial­ni nie ma prze­cież… No tak. Wzdy­cham cięż­ko. Od­wra­cam się na ple­cy, przy­my­kam po­wie­ki. Na­bie­ram no­sem po­wie­trza i wol­no wy­pusz­czam je usta­mi. W nocy chy­ba nie uda­ło mi się wyjść z roli do­bre­go chło­pa­ka z są­siedz­twa, na któ­re­go kreu­ją mnie me­dia, i za­miast rzu­cić się na swój wy­god­ny ma­te­rac, za­pro­po­no­wa­łem go Ju­lii.

Nie je­steś jej nic wi­nien, sta­ry. Po co na siłę sta­rasz się być uprzej­my?

Nie ma opcji, żeby to kie­dy­kol­wiek się po­wtó­rzy­ło. Przede mną naj­waż­niej­szy mo­ment w ka­rie­rze. Wkrót­ce mi­strzo­stwa Eu­ro­py. Mu­szę być wy­spa­ny, a moje cia­ło zre­ge­ne­ro­wa­ne. Spa­nie na nie­wy­god­nej ka­na­pie to ostat­nia rzecz, ja­kiej te­raz po­trze­bu­ję.

Z tym za­pro­po­no­wa­niem swo­je­go łóż­ka to nie do koń­ca praw­da. Ja­sne, szturch­ną­łem Ju­lię dwa razy, bo strasz­nie stę­ka­ła, i po­wie­dzia­łem, żeby prze­nio­sła się do sy­pial­ni, ale ona tyl­ko wy­mam­ro­ta­ła coś pod no­sem. Po­mo­głem jej usiąść; wy­da­wa­ło mi się, że się obu­dzi­ła, ale wte­dy jej gło­wa opa­dła na moje ra­mię i gdy­bym nie zła­pał jej w pa­sie, po­le­cia­ła­by na zie­mię jak kło­da. Sko­ro już trzy­ma­łem ją w ob­ję­ciach, pod­nio­słem ją i prze­nio­słem do łóż­ka. „Jak tu wy­god­nie” – wy­mru­cza­ła, więc za­ło­ży­łem, że jest świa­do­ma tego, co wła­śnie się sta­ło. Zo­sta­wi­łem na łóż­ku czy­sty ręcz­nik oraz swo­ją ko­szul­kę i po­wie­dzia­łem, że je­śli chce, może zro­bić so­bie z niej pi­ża­mę.

A te­raz leżę na ka­na­pie i za­sta­na­wiam się, czy wło­ży­ła tę cho­ler­ną ko­szul­kę i czy ja­kaś ze­psu­ta część mnie nie za­pro­po­no­wa­ła jej tego ce­lo­wo.