Bez układów - Pamela Nickel - ebook
NOWOŚĆ

Bez układów ebook

Pamela Nickel

4,6

302 osoby interesują się tą książką

Opis

Olivia Stone od zawsze wiedziała, że jej przyszłość zależy wyłącznie od niej. Perfekcyjna, zdeterminowana i gotowa na każde poświęcenie, walczy o miejsce w świecie, który nie był dla niej stworzony. Stypendium to nie nagroda, to jej jedyna szansa.

Alexander Harrington prezentuje sobą wszystko, czego Olivia nie znosi: jest bogaty, uprzywilejowany i zawsze o krok przed innymi. Na pierwszy rzut oka nie musi niczego udowadniać. A jednak staje do tej samej rywalizacji o prestiżowy staż, który może zmienić wszystko.

W tajemniczej przestrzeni, z dala od ocen i oczekiwań, rodzi się relacja oparta na szczerości, niedostępnej w prawdziwym świecie. Problem w tym, że żadna ze stron nie wie, kim jest ta druga osoba.

A kiedy prawda zacznie wychodzić na jaw… nic już nie będzie takie samo.

„Bez układów” to wciągająca komfortowa nowelka o ambicji, uprzedzeniach i uczuciach, które pojawiają się tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy.

Nowelka z Kolekcji komfortowych romansów Inanny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 130

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (8 ocen)
6
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MR4747

Nie oderwiesz się od lektury

Cudna, ale za krótka.😍
20
Zofijka57

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra ,prawdziwu swiat z pieniedzmi i ukladami.
10
klaudiakan

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemna nowelka, ale zdecydowanie za krótka. Chętnie chciałbym się dowiedzieć jak rozwinie się relacja głównych bohaterów.
00



Bez układów

Pamela Nickel

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

ROZDZIAŁ 1

Nic nie wkurzało jej bardziej niż coś takiego. Całe życie sama podnosiła sobie poprzeczkę coraz wyżej, wszystko dokładnie planując, odznaczając i ustalając priorytety, które miały przybliżyć ją do życia jej marzeń. Przy tak napiętym grafiku nie było miejsca na błędy. Ani na spóźnienia. I nie miało znaczenia, czy były one spowodowane jej niedopatrzeniem, czy tak jak w tym wypadku zwykłym spóźnieniem autobusu. Jak na jej standardy była już spóźniona – co z tego, że do rozpoczęcia zajęć zostało jeszcze trochę czasu. Według jej grafiku powinna być przed salą już co najmniej cztery i pół minuty temu.

Przedzierała się przez korytarze najszybciej, jak mogła, co chwilę posyłając innym przepraszające spojrzenie, gdy tylko otarła się o kogoś w tłumie. King’s College było spełnieniem jej marzeń, idealną drogą do celu – jednak nie tylko dla niej. Uczelnia przyciągała ludzi z całego świata. Niektórzy, tak jak ona, mogli sobie pozwolić na uczelnię taką jak Cambridge dzięki stypendium. Inni… Wystarczyło, by się przedstawili. Tak jak ONI.

Olivia przeklęła w duchu, nie mogąc powstrzymać spojrzenia, które od razu uciekło w stronę czegoś, czego jednak nienawidziła bardziej niż spóźniania – uprzywilejowanych dzieciaków bogatych dupków. Ludzi, którzy mogli zmienić świat, a jedyne, co zmieniali, to kreacje na kolejne przyjęcia wśród innych równie majętnych małolatów.

Alexander Harrington był najgorszy. Jego fundusz powierniczy zawierał tak absurdalną liczbę zer, że każdy normalny człowiek musiałby odliczać je w głowie, by mieć pewność, że się nie pomylił. Los dał mu wszystko – idealną sylwetkę, perfekcyjną twarz, ciemne włosy, które zawsze układały się tak, jak trzeba, i przyszłość, którą nic nie zachwieje. Chodzący stereotyp złotego chłopca. Otaczająca go świta była na każde jego skinienie. Nawet inni uprzywilejowani chcieli być jak najbliżej szczytu drabiny.

Nie zauważyła momentu, w którym jej wzrok został na nich o sekundę za długo. Poczuła tylko, jak jej stopa zahacza o krzywą płytkę, którą powinien znać już każdy student spędzający czas w tym budynku. Nagle świat przechylił się niebezpiecznie. Olivia momentalnie zesztywniała, a potem wyrzuciła ręce przed siebie, by złapać równowagę. Serce biło jej tak mocno, że przez chwilę była pewna, że runie na ziemię przy tych wszystkich ludziach.

Wciągnęła głęboki wdech na ułamek sekundy przed tym, jak uświadomiła sobie, że jednak los oszczędził jej tego upadku. Nie oszczędził jej jednak wstydu, który poczuła, słysząc śmiech. Krótki, pogardliwy, niczym nieskrępowany. Jeden z chłopaków stojących koło Alexandra obserwował jej niezgrabne ruchy, opierając się o ścianę i krzywiąc złośliwie usta.

– Dlatego żebraki na stypendiach nie powinny łazić po tych korytarzach – rzucił teatralnym szeptem, przyciągając uwagę wszystkich wokół. – Potykają się o własne ambicje.

Kilka osób w świcie zaśmiało się szyderczo, posyłając jej znaczące spojrzenia. Alexander przeciągnął leniwie wzrokiem między swoim przyjacielem a Olivią, nie zaszczycając jej niczym więcej niż lekkim uniesieniem jednej brwi. Nie trudził się nawet, by podnieść obie.

Najwidoczniej nie była godna niczego ponad ten gest.

To i tak więcej niż przez cały zeszły rok. Mijał ją na korytarzach każdego dnia. Dzielili akademik, chociaż ona mieszkała w skrzydle dla biedoty, a on w tym, w którym swoje miejsce znaleźli tacy jak on. Nikt tego oficjalnie nigdy nie powiedział, ale i tak wszyscy znali pewne niepisane zasady. Uczyli się w tych samych salach wykładowych, mijali się w bibliotece. Ale dostrzegł ją dopiero, gdy się okazało, że oboje zajęli pierwszą pozycję na swoim roku. Pewnie nigdy dotąd nie był sam na szczycie. Wtedy zaskarbiła sobie jego uwagę. I wieczne docinki jego chłopców na posyłki.

Odwróciła od nich wzrok, tak jakby to oni nie byli godni jej spojrzenia, a nie odwrotnie. Poprawiła starannie pasek torby przewieszonej przez ramię i starając się iść tak, jakby przed chwilą prawie nie upadła, ruszyła przed siebie.

Zajęcia z projektowania są najważniejsze.

Dopiero po kilku krokach pozwoliła sobie na wypuszczenie powietrza, które trzymała w płucach zdecydowanie za długo.

*

– Na opracowanie projektu macie czas do końca semestru. – Profesor Morton rozejrzał się po sali, dostrzegając, że kilkoro ze studentów zaczyna zbierać swoje rzeczy z pulpitów. – To nie koniec – rzucił ostro, przyzwyczajony do posłuchu.

Zadowolony z efektu, jaki wywołał, znów rozejrzał się po sali. Z pełną świadomością przeciągał ten moment, czerpiąc przyjemność z napięcia, jakie zbudował tym jednym zdaniem. Studenci zesztywnieli, zastanawiając się, co jeszcze ma im do powiedzenia.

– W tym roku stawką jest nie tylko zaliczenie przez was kluczowego przedmiotu. – Oparł się o biurko i skrzyżował ręce na piersi. – Dzięki uprzejmości Alcott Studio najlepszy z was dostanie jedyną w swoim rodzaju szansę. – Jego spojrzenie powędrowało w stronę Alexandra Harringtona. Olivia na ten widok zacisnęła szczęki, jednak wyprostowała się jak struna, nie chcąc uronić ani słowa. – Roczna rezydencja projektowa w międzynarodowym studiu architektonicznym to szansa, której, moim zdaniem, nie powinniście jeszcze dostać. A jednak macie ją na wyciągnięcie ręki. W swej łaskawości fundator zaproponował jeszcze stypendium w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy funtów. – Z satysfakcją popatrzył na zdziwione twarze wokół. – Szczegóły zostaną wywieszone na tablicy informacyjnej za – spojrzał na zegarek na nadgarstku – dokładnie dwie minuty.

Profesor odwrócił się gwałtownie i ruszył do drzwi. W sali wybuchł gwar. Nie było osoby, która nie komentowałaby usłyszanych przed chwilą wieści. Olivia spojrzała powoli w stronę Meg, jedynej osoby na tej uczelni, która była jej bliska. Różniły się od siebie tak bardzo, że wydawało się to nie do pogodzenia, jednak dzielenie pokoju zbliżyło je mimo przeciwieństw.

– Aż ci się oczy świecą! – Drobna, rudowłosa dziewczyna zaśmiała się, widząc wyraz twarzy przyjaciółki. – Masz to jak w banku, dziewczyno! Będziesz musiała przeorganizować ten swój plan na przyszłość… Ale chyba jakoś to zniesiesz – dodała, puszczając do niej oko.

Zirytowana Olivia dmuchnęła na swoją lekko przydługą już grzywkę. Jej niesforne, miedziane włosy idealnie podkreślały błękit oczu, ale potrafiły zajść jej nieźle za skórę. Meg doskonale wiedziała, że przyjaciółka już analizuje, co trzeba będzie przesunąć na inne terminy, co dopiąć, a z czego tymczasowo zrezygnować, by pracować nad projektem. Dwadzieścia pięć tysięcy funtów… Gdyby dostała taką kwotę, mogłaby rzucić pracę w kinie, w którym dorabiała sobie do stypendium. Mogłaby skupić się na nauce jeszcze bardziej, mogłaby… pospać o godzinę dłużej dziennie. A staż w Alcott Studio otworzyłby jej każde drzwi.

Osiągnęłaby to, czego zawsze pragnęła. Pracę, dzięki której mogłaby nie tylko tworzyć coś pięknego, ale też budzić się co rano, nie zastanawiając się, czy coś dzisiaj zje. Nie musiałaby już nigdy patrzeć, jak jej mama pracuje na dwa etaty. Osiągnęłaby to, na co tak ciężko pracował jej tata, zanim… zanim los zdmuchnął wszystko niczym domek z kart.

Zatopiona w myślach prawie nie zauważyła, że wszyscy już opuścili salę, a Meg wpatrywała się w nią z rozbawieniem.

– Skarbie, muszę lecieć, bo spóźnię się do pracy. – Wysłała jej całusa. – Opowiesz mi o szczegółach później, dobrze? Uciekam – rzuciła, nie czekając nawet na odpowiedź, i bez oglądania się na przyjaciółkę ruszyła do wyjścia.

Dla niej walka o stypendium nie miała sensu. Była niezła, ale doskonale wiedziała, że nie ma szans z najlepszymi na roku. Nie należała do elit, jednak nie musiała trzy razy obracać w rękach każdej monety, zanim ją wydała. Była wolnym duchem, skupionym na projektowaniu swoich ekoosiedli i zakochiwaniu się co chwilę w kimś innym. Płynęła z nurtem z tak wielką swobodą, że Olivia momentami jej zazdrościła. Szczególnie wtedy, gdy jej samej płynęło się pod prąd zdecydowanie za ciężko.

Olivia zatrzymała się przed tablicą informacyjną, kiedy korytarz niemal całkowicie opustoszał. Kartki wisiały równo, na samym środku, nie pozostawiając wątpliwości, co jest najważniejszym obwieszczeniem tego roku. Przez chwilę stała bez ruchu, bojąc się, że jeśli zacznie czytać, marzenie stanie się zbyt realne. Jednak w końcu zrobiła krok do przodu i wzięła głęboki oddech.

Temat projektu: adaptacja jednego z nieużywanych budynków kampusu. Przestrzeń wspólna dla studentów. Otwarta. Miejsce, które łączy, nie dzieli.

Ironiczne, biorąc pod uwagę, jak bardzo podzielony potrafił być kampus.

Przesuwała wzrokiem po kolejnych linijkach, chłonąc każde słowo i analizując możliwości. Zachowanie historycznego charakteru wnętrza, poszanowanie jego oryginalnej struktury, ale jednocześnie wpisanie w nią nowoczesnych rozwiązań. Olivia poczuła, jak włoski na jej karku się unoszą, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy przekroczyła bramę Cambridge. Ekscytacja ogarnęła jej ciało, a ona w wyobraźni już zaczęła opracowywać projekt.

Skupiona na własnych myślach nie usłyszała kroków. Po prostu poczuła jego obecność zbyt blisko siebie, by ją zignorować. Odwróciła głowę tylko trochę. Jednak ta odrobina wystarczyła, by zobaczyć, kto koło niej stoi.

Alexander Harrington, z rękami wsuniętymi do kieszeni spodni, czytający ogłoszenie z tą samą obojętnością, z jaką przyglądał się jej potknięciu przed zajęciami. Przesuwał wzrokiem po tekście na pozór leniwie, jednak w jego oczach widać było skupienie.

Zmarszczyła lekko brwi i odezwała się, zanim zdążyła pomyśleć, co robi. Po raz pierwszy byli tak blisko siebie bez nikogo z jego świty.

– Naprawdę chcesz kandydować? – zapytała cicho, bardziej zdziwiona niż złośliwa. – Przecież tobie to niepotrzebne. Po co ci ten staż?

Odwrócił głowę w jej stronę z tym samym zblazowanym wyrazem twarzy co zawsze. Przez moment przyglądał się jej uważnie, jakby po raz pierwszy słyszał jej głos.

– A tobie? Po co ci ten staż? – Jego głos był spokojny, bez emocji, ale w spojrzeniu coś się zmieniło.

– Pytasz poważnie? Nie mam tatusia, który załatwi mi każdą pracę. – Na te słowa w jego oczach błysnęła irytacja, ale na twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. – Dla mnie to szansa, by pokazać, kim jestem. Ile jestem warta.

Kącik jego ust poruszył się niemal niedostrzegalnie.

– No widzisz, panno Stone. – odwrócił od niej głowę i ponownie skupił się na tablicy, jakby stracił zainteresowanie rozmową. – Mamy bardzo zbieżne motywacje. Bardziej niż ci się wydaje – prychnął rozbawiony sam do siebie. – Ale nieładnie jest zakładać, że tak dużo wie się o osobie, której wcale się nie zna. – Strzepnął z idealnej koszuli niewidoczny pyłek. – W dodatku… nie lubię przegrywać – rzucił i ruszył w stronę wyjścia. – Zwłaszcza gdy stawka jest wysoka – dodał na odchodnym.

*

Olivia przez całą drogę do akademika nie mogła skupić się na zadaniu. Jej myśli uciekały do dziwnej wymiany zdań z Harringtonem. Po co się w ogóle do niego odzywała?

Po raz pierwszy w życiu nie była w stanie dać z siebie wszystkiego na kolejnych zajęciach, a w pracy prawie rozlała wodę prosto pod nogi klientów. I chociaż przez większość czasu analizowała projekt, który może zadecydować o jej przyszłości i układała sobie w głowie wszystkie szczegóły, musiała przyznać sama przed sobą, że rozmowa z chłopakiem skutecznie wyprowadziła ją z równowagi.

Przez to wszystko, gdy dotarła do drzwi swojego pokoju, prawie przeoczyła znak, który zostawiła dla niej Meg.

Wielka frotka do włosów nawinięta na klamkę. Jej współlokatorka nie była sama. I zajmowała się czymś, w czym raczej nie powinna mieć dodatkowego towarzystwa. Olivia zatrzymała się z ręką wyciągniętą w stronę drzwi i odetchnęła głęboko.

Tak bardzo się różniły.

Kiedy krótko po tym, jak zamieszkały razem, wparowała do pokoju podczas spotkania współlokatorki z jej pierwszą miłością… zobaczyła zdecydowanie za dużo Teda. A może Eda? Nie pamiętała już, w jakiej kolejności to było. Ważne, że ustaliły sygnał ostrzegający Olivię przed takimi widokami. Problemem jednak okazał się nie sam fakt rozwiązłego życia koleżanki, a to, co Olivia miała ze sobą zrobić w międzyczasie. Do biblioteki było zbyt daleko, by wędrować do niej za każdym razem. Pokoje wspólne w akademiku nie zapewniały warunków odpowiednich do nauki, a wszechobecny gwar nie pozwoliłby jej się skupić.

Sytuacja rozwiązała się sama, gdy Olivia przez przypadek natknęła się na ciasną klatkę schodową ukrytą za drzwiami, na które nikt nie zwracał uwagi. Prowadziła ona na poddasze, gdzie mieściły się w większości puste pomieszczenia służące kiedyś za magazynki i suszarnie. Gdy po raz pierwszy otworzyła jedne z drzwi, znajdujące się dosłownie nad wejściem do budynku, wiedziała już, że los się do niej uśmiechnął.

Opuszczony od dawna pokój nie był tak całkowicie pusty jak inne. Na ścianie królowało okno rozetowe, ze szkiełkami barwionymi na czerwono w jego centrum. Pod oknem ktoś, zapewne bardzo dawno temu, ustawił biurko – ciężkie i solidne, z blatem idealnym do pracy. Zafascynowana Olivia rozejrzała się dookoła i próbowała oszacować, od jakiego czasu nikogo tam nie było. Patrząc na warstwę kurzu pokrywającą dosłownie wszystko, musiało minąć wiele lat.

Wśród gratów ustawionych pod ścianą znalazła kilka krzeseł i taboretów. Większość z nich nie nadawała się już do niczego, brakowało im siedzisk albo przynajmniej jednej nogi. Jednak niektóre były w całkiem zadowalającym stanie i dziewczyna postawiła jedno z nich przy biurku. Stara kanapa, którą wykopała spod krzesłowego cmentarzyska, była niemiłosiernie wręcz zakurzona, ale okazała się nieuszkodzona. Materiał obicia wyszedł z mody co najmniej dwie dekady temu, ale Olivii to nie przeszkadzało.

Następne dni spędzała na sprzątaniu każdego zakamarka pomieszczenia. Okno było uchylne, mogła więc pozbyć się zapachu stęchlizny i nie oszaleć przy ścieraniu kurzów. Niepotrzebne meble przeniosła do pomieszczenia obok, a z kilku taboretów połączonych sznurkiem udało jej się zrobić coś, co można było nazwać całkiem przyzwoitym stolikiem kawowym. Kupiła nawet lampkę na biurko, by mogła tam spędzać czas i pracować w nocy. Na lince powiesiła ciężką zasłonę, którą wieczorami opuszczała na okno, by nikt nie zobaczył światła na poddaszu i nie usiłował znaleźć jego źródła.

Przez cały kolejny semestr było to dla niej schronienie i nawet się nie spostrzegła, ile różnych drobiazgów zaczęło tam przybywać. Zimą okazało się, że pomieszczenie jest nieogrzewane, bez zastanowienia kupiła więc kilka grubych koców, które sprawiły, że nie musiała rezygnować ze swojego schronienia nawet w zimne wieczory. Trochę nabytych impulsywnie świeczek, jej stare szkice przypięte do ścian. Projekty, których nie potrafiła dokończyć, ale też nie umiała się z nimi rozstać.

To było jej miejsce. Dlatego teraz, widząc sygnał na klamce, bez wahania udała się właśnie tam.

Dzisiejszy dzień był dość parny jak na początek października, na poddaszu panowała więc nieprzyjemna duchota. Olivia rzuciła swoje rzeczy na kanapę i udała się do okna, by delikatnie je uchylić. Starała się robić to tak, by nikt z dołu nie dostrzegł zmiany, ale nawet drobna szparka dawała wystarczający przeciąg oczyszczający powietrze.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, a dziedziniec był prawie pusty. Prawie. Alexander wracał właśnie do akademika z torbą przewieszoną przez ramię i włosami wilgotnymi od wody. Wioślarze trenowali głównie o świcie, jednak on na tym nie poprzestawał. Wszyscy wiedzieli, że w dni bez treningów drużynowych ćwiczy też sam, już po zakończeniu zajęć. On faktycznie nie lubił przegrywać, a jego sylwetka doskonale oddawała to, jaki wysiłek wkładał w pracę nad sobą.

Olivia zdawała sobie sprawę, że wpatruje się w niego odrobinę zbyt długo i intensywnie, lecz echa ich rozmowy wciąż rozbrzmiewały w jej umyśle. Irytacja znów ogarnęła ją całą. Nie mógłby raz w życiu odpuścić? Nie mógłby chociaż raz nie sięgać po wszystko? Skoro i tak wszystko już miał.

Zdenerwowana szarpnęła oknem odrobinę zbyt mocno. Światło zachodzącego słońca odbiło się w szybie i rzuciło refleksytuż pod nogi Harringtona. Olivia zobaczyła, jak ten zdziwiony podnosi głowę, by odnaleźć źródło błysku, i zatrzymał spojrzenie bezpośrednio na jej oknie. Dziewczyna zesztywniała. Czy mógł ją zauważyć? Nie, raczej nie. Czy zamknąć okno? A może zostawić tak jak jest, by zbędny ruch nie przyciągnął jego uwagi jeszcze bardziej?

Stała tak, bez ruchu, obserwując go w napięciu. Zastygła, modląc się w duchu, by w końcu ruszył przed siebie i nie zerknął już więcej w jej stronę. Przecież co kogoś takiego jak on może obchodzić jakieś okno na poddaszu. Odważyła się ruszyć dopiero, gdy chłopak wszedł do akademika.

Rozsiadła się na kanapie, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku. Czasami bywała… po prostu zmęczona. A teraz czuła się lekko przytłoczona. Tak dużo się wydarzyło w tak krótkim dniu. Los dawał jej szansę, drogę na skróty. Jednak już wiedziała, kto może jej na tej drodze stanąć, i dopiero teraz, w tej swojej samotności na poddaszu, musiała przyznać przed sobą, że się boi.

Alexander był nie tylko bogatym dzieciakiem. Mimo całej niechęci nie mogła mu odmówić umiejętności i determinacji. Chociaż z początku tłumaczyła sobie jego sukcesy znanym nazwiskiem, wystarczyło, by po raz pierwszy zobaczyła jego projekt, a stwierdziła, że z takim talentem trzeba się urodzić, nie da się go kupić. Niestety. Bo przez to stanowił dla niej realne zagrożenie, a ona nie może pozwolić sobie na przegraną. Tu nie będzie drugiej szansy.

Położyła głowę na oparciu kanapy. Obserwując światło przesuwające się po podłodze, odetchnęła głęboko. Sięgnęła po stary zeszyt, który towarzyszył jej od lat. Jako dziecko wkleiła tam wycinki z gazet mówiące o śmierci młodego architekta, który osierocił trzyletnią córkę. Później zaczęły dochodzić inne wycinki – te z informacjami o młodej uczennicy, która wygrywała kolejne konkursy. Znalazły się tam też pierwsze szkice. Najpierw przedmiotów i ludzi, później budynków. Niektóre z czasem wydawały się jej absurdalne, ale to one stanowiły jej początki. To w tym zeszycie sporządziła i opisała swoje plany na przyszłość.

Nie marzenia. Marzenia są dla tych, którzy porzucają swoje zamiary. Ona natomiast realizowała wszystko krok po kroku.

Przejechała palcem po literach, które tak często poprawiała, gdy wątpiła, że się uda.

Zostać cenionym architektem.

Niczym już nigdy się nie martwić.

Z niezachwianą pewnością chwyciła długopis i dopisała kolejny cel do osiągnięcia.

Wygrać staż w Alcott Studio.

*

Minęło kilka dni, a ona znów spędzała wieczór na swoim poddaszu. Tym razem nie dlatego, że musiała. Teraz potrzebowała miejsca, by się skupić i w końcu przełamać blokadę. Pierwszy raz w życiu nie wiedziała, jak ruszyć z miejsca.

Na podłodze leżały zmięte w kulki poprzednie projekty. Z każdym coś było nie tak. Wiedziała, że krąży wokół czegoś wartego uwagi, ale żaden z dotychczasowych pomysłów nie mógłby dać jej wygranej. Czuła to.

Sfrustrowana oparła dłonie o krawędź stolika i ze zmęczenia oparła czoło na blacie. Ramiona zapiekły ją od napięcia, koncepcje krążyły w kółko i nie chciały ułożyć się w nic sensownego. Przez długą chwilę po prostu siedziała, pozwalając, by jej myśli dryfowały bez wyraźnego celu.

Dopiero wtedy zauważyła światło.

Słońce powoli prześlizgiwało się po podłodze, wpadając przez kolorowe, nierówne szybki w oknach. Szkliwo nie było idealne – miało w sobie pęcherze powietrza, drobne zniekształcenia, miejsca, gdzie kolor był mniej wyraźny niż w innych. Światło łamało się w nich niejednolicie, rzucając na ściany plamy o bursztynowej barwie, a przecież jeszcze wczoraj miały one wyraźnie czerwony odcień.

Olivia wyprostowała się powoli.

Światło przesuwało się wraz z ruchem słońca, zmieniając charakter przestrzeni zależnie od pory dnia. Rano było miękkie i chłodne, w południe znacznie intensywniejsze, niemal oślepiające, a pod wieczór cięższe, by ostatecznie przejść w coś rozmytego i ledwie widocznego.

I wtedy to do niej dotarło.

Nie witraże, nie dekoracje. Nie skomplikowane pomieszczenia, pełne pamiątek z minionych czasów. Nie zimne, nowoczesne przestrzenie. Światło jako punkt główny.

Sięgnęła po ołówek niemal odruchowo. Projekt, który jeszcze chwilę wcześniej wydawał się martwy, nagle nabrał charakteru. Otwarta przestrzeń, bez podziałów, bez drzwi i granic segregujących ludzi na lepszych i gorszych. Jedność wymuszona wspólną przestrzenią bez przywilejów. Historyczne ściany zostawione takimi, jakie były. Z obsypanym tynkiem, pęknięciami, śladami upływającego czasu, których nie należało maskować, a podkreślać je i pielęgnować.

Barwione szkło w oknach. Różne odcienie, różna przepuszczalność światła, różne niedoskonałości. Przestrzeń, która każdego dnia wyglądałaby inaczej.

Zaczęła więc szkicować. Linia za linią. Poprawka za poprawką.

Światło jednak zawsze było jej największym problemem. Nie potrafiła nad nim zapanować i przelać je na papier tak, by oddał jej zamiar. Ciągle coś się rozjeżdżało, proporcje nie grały albo cień nie był tam, gdzie powinien. Mijały kolejne godziny, a ona wciąż nie mogła ruszyć dalej.

Dopiero dźwięk telefonu wyrwał ją z transu.

– Gdzie ty się podziewasz? – W głosie Meg było więcej troski niż pretensji. – Zniknęłaś?

Olivia spojrzała na zegarek i zaklęła w odpowiedzi. Spakowała się w pośpiechu, obiecując sobie, że jutro dokończy to, co dzisiaj zaczęła. Zostawiła zeszyt z wycinkami, szkice, rozłożone kartki z zapiskami dotyczącymi pomysłu. Była zbyt zmęczona, by zauważyć, że ich nie wzięła.

Zorientowała się dopiero rano, a poddasze mogła odwiedzić dopiero po zajęciach. Szła tam z narastającym niepokojem, który skumulował się w jej żołądku. Gdy otworzyła drzwi, od razu wiedziała, że miała rację.

Ktoś tu był.

Kartki nie leżały tak, jak je zostawiła. Mimo pośpiechu i zmęczenia pamiętała to doskonale. Zeszyt z wycinkami był przesunięty. A projekt… Jej projekt zawierał teraz dodatkową linię. Jakaś pewna ręką dorysowała subtelną, niemal nieśmiałą korektę w miejscu, z którym Olivia walczyła wczoraj przez pół dnia.

Obok leżała karteczka zapisana równym, starannym pismem.

Przepraszam za wtargnięcie.

Ta kryjówka jest zbyt dobra, by udawać, że się jej nie widzi. Czasem też potrzebuję przestrzeni, w której mógłbym oddychać swobodnie. Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym tu wracać. Nie zamierzam Ci jednak niczego odebrać. Ustal, proszę, zasady lub odmów. Uszanuję to.

PS

W tym miejscu cień zawsze będzie uciekał. Spróbuj prowadzić go od krawędzi, nie od środka. Będzie łatwiej.

I lepiej pracuje się twardszym ołówkiem.

Obok karteczki zauważyła ołówek. Prosty, czarny, z pozłacaną literą H umiejscowioną tuż przy jego szczycie.

Copyright

Bez układów

Copyright © Pamela Nickel

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-919-8

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl