Bez serca - Willow Winters - ebook + książka

Bez serca ebook

Winters Willow

4,1

Opis

 Na początku słowa, które wypowiadał były chłodne, a dotyk szorstki. Nie chciałam przebywać w jego obecności dłużej, niż to było konieczne. Wiedziałam, że jest niebezpiecznym mężczyzną i że gdyby tylko chciał, zniszczyłby mnie.

 Nie tego jednak pragnął. Nie tego potrzebował.

 I ja też tego nie pożądałam.

 Jak łatwo zatracić się w dotyku mężczyzny o takiej potędze.

 W dotyku mężczyzny, który ma wszystko, czego pragnie... oprócz mnie.

 Delikatne muśnięcia i skradzione spojrzenia rozgrzały moją krew i sprawiły, że serce zabiło mi w sposób, o istnieniu którego nie miałam pojęcia. Owszem, łatwo się zagubić we mgle namiętności. Ale nie bez powodu mówią o nim, że jest bezlitosny. A ja powinnam być mądrzejsza.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (127 ocen)
59
34
29
4
1
Sortuj według:
Anulka822

Dobrze spędzony czas

polecam 🙂
00
LadyPok

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Magic78

Nie oderwiesz się od lektury

.
00
Alishia22

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna
00
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

2 część trzyma w napięciu, lecę do trzeciej
00

Popularność




BEZ SERCA

Prolog - Carter

Rozdział 1 - Aria

Rozdział 2 - Carter

Rozdział 3 - Aria

Rozdział 4 - Carter

Rozdział 5 - Aria

Rozdział 6 - Carter

Rozdział 7 - Aria

Rozdział 8 - Carter

Rozdział 9 - Aria

Rozdział 10 - Carter

Rozdział 11 - Aria

Rozdział 12 - Carter

Rozdział 13 - Aria

Rozdział 14 - Carter

Rozdział 15 - Aria

Rozdział 16 - Carter

Rozdział 17 - Aria

Rozdział 18 - Carter

Rozdział 19 - Aria

Rozdział 20 - Carter

Rozdział 21 - Aria

Rozdział 22 - Carter

Rozdział 23 - Aria

Rozdział 24 - Carter

Rozdział 25 - Aria

BEZ SERCA

TYTUŁ ORYGINAŁU
Heartless
Copyright © 2018. Heartless by Willow Winters Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2020Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2020Redaktor prowadząca: Beata Bamber Redakcja: Patrycja Siedlecka Korekta: Anna Ćwik Fotografia na okładce: © ASjack/Adobe Stock Opracowanie graficzne okładki: Marcin Bronicki, behance.net/mbronicki Projekt typograficzny, skład i łamanie: Beata BamberWydanie 1 Gołuski 2020ISBN 978-83-66429-64-2Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber Sowia 7, 62-070 Gołuski www.papierowka.com.plPrzygotowanie wersji ebook: Agnieszka Makowska www.facebook.com/ADMakowska
Willow WintersBEZ SERCAPRZEŁOŻYŁA Iga Wiśniewska
SERIA BEZ LITOŚCI
tom 1 - BEZ LITOŚCI
tom 2 - BEZ SERCA
tom 3 - BEZ TCHU
tom 4 - BEZ KOŃCA

BEZ SERCA

PROLOG - Carter

Zbiera się na deszcz. Taki, od którego łamie w kościach. Ciemnoszare niebo przecina błyskawica, rozświetlając je na chwilę.

Człowiek ma ograniczenia. Tylko do pewnego momentu może się uginać w nadziei, że uda mu się przetrwać. Najpierw matka przegrała walkę z rakiem. Potem Tyler, mój najmłodszy brat, zginął pod kołami samochodu. A teraz ojciec został zamordowany z zimną krwią. Winnych jego śmierci można wskazać z łatwością. To banda śmierdzących narkomanów, którzy chcieli się naćpać i dla działki byli gotowi zrobić wszystko. Nie bali się ojca. W każdym razie nie tak jak mnie. Wiem, że właśnie dlatego czekali, aż zostanie sam na rogu ulicy, zamiast zaatakować mnie, sprzedającego towar przecznicę dalej.

Po śmierci matki zaczęliśmy dilować, by opłacić rachunki. Po kilku miesiącach pieniędzy mieliśmy aż nadto. Jednak handel narkotykami i związana z nim walka o wpływy stały się moją nową obsesją. Skończyłem ze sprzedażą jednogramowych działek czy kradzionych recept. Wszedłem w biznes narkotykowy na poważnie, a dochody, które zaczął generować, przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Od Talvery’ego dowiedziałem się więcej niż od kogokolwiek innego. Nauczył mnie, gdzie znajdują się granice oraz do czego może doprowadzić strach. Pokazał, czego trzeba, by ból po bliskich zniknął, zastąpiony czymś bardziej uzależniającym niż heroina. Władza to potęga. A teraz czuję, jak płynie w moich żyłach.

Błyskawica uderza znowu, ziemia drży. Zbiera się na deszcz, zamierzam tu jednak stać, ile będzie trzeba. Głos księdza jest monotonny, a płacz dalekich członków rodziny, widzianych zaledwie kilka razy w życiu, otępiający. Na trumnę z ciałem mojego ojca spada pierwsza kropla, zapowiadając początek ulewy. Nadal by żył, gdyby bali się go tak samo, jak bali się mnie. Wyniosłem naukę z lekcji udzielonej mi przez Talvery’ego kilka miesięcy temu. Zemszczę się na dupkach, którzy go zabili. Nie dlatego, że kocham ojca. Czy raczej… kochałem. Właściwie przez ostatnich kilka lat szczerze gardziłem gnojem, którym się stał, kiedy matka zachorowała. Świadomość tego faktu jest wyzwalająca.

Wyśledzę każdego z tych ćpunów. Przysięgam, że zatłukę ich kijem baseballowym w czasie snu. Albo strzelę w łeb, kiedy będą czaić się w ciemnych uliczkach. Albo poderżnę im gardła, gdy pójdą do kibla w jakiejś podrzędnej knajpie. Jednego po drugim, wybiję wszystkich. Nie dlatego, że pragnę zemsty czy nie chcę, by śmierć ojca przeszła bez echa. Nie. Zamorduję ich, bo pomyśleli, że mogą mi coś odebrać. Uznali, że takie ryzyko to gra warta świeczki.

Gniew rośnie w mojej piersi, rozgrzewa krew i sprawia, że zaciskam dłonie w pięści. Muszę mocno zagryźć zęby, aby ukryć wściekłość. Nikt mi już niczego nie odbierze. Ani kolejnych członków rodziny, ani żadnej cholernej rzeczy. Nigdy, kurwa, więcej.

W dniu pogrzebu ojca demon, który tkwił we mnie uśpiony, przebudził się i zniszczył ostatni okruch dobroci obecny jeszcze w moim sercu. Tamtego dnia zdecydowałem, że wszyscy ludzie będą się mnie bali. Strach to władza, a na punkcie władzy miałem obsesję. Pragnąłem ich strachu tak samo jak tego, by ból zniknął.

Moja nowa zbroja była niemal nienaruszalna. Drobne rysy pojawiały się na niej tylko wtedy, gdy bolesne wspomnienia zmuszały mnie do konfrontacji z tym, kim byłem. Ale wszelkie draśnięcia łatwo dawało się wypełnić krwią ludzi, którzy śmieli zagrozić temu, kim się stałem. Dopóki wszyscy bali się mnie i moich najbliższych, nie tylko mogłem przeżyć, lecz także się rozwijać. Musieli bać się moich braci.

A teraz musieli bać się jej. Mojej ptaszyny.

I będą. Nie oddam jej nikomu.

Nikt mi jej nie odbierze.

Nigdy.

Rozdział 1 - Aria

Nie mogę przestać się trząść. Strach przejmuje kontrolę nad moim ciałem, przez co cała drżę. Ręce dygoczą mi chaotycznie, nie jestem w stanie nad nimi zapanować. Trzymam ciężki nóż mocniej niż cokolwiek innego w całym swoim dotychczasowym życiu. Mam wrażenie, jakby cudza ręka zaciskała się na mojej dłoni i nie pozwalała mi go wypuścić. Jakby zmuszała mnie, bym robiła to mocniej i mocniej, aż ból stanie się tak wielki, że zapragnę paść w agonii na kolana. Lecz nie pozwolę, żeby do tego doszło. Nie mogę upuścić noża. Nie poddam się strachowi, który wraz z gniewem tworzy mieszankę zbyt silną, bym mogła ją całkiem zignorować.

Krew spływa po ostrzu na moją rękę. Mam wrażenie, że pali skórę. Napięcie, czysta wściekłość i zgroza kotłują się we mnie, gdy spoglądam w martwe, puste oczy potwora. Nie patrzę na Cartera. Nie jestem w stanie oderwać wzroku od nieruchomego spojrzenia Alexandra Stephana. Czekam, aż zamruga. Aż wstanie i mnie chwyci. Strach jest paraliżujący, ale adrenalina rozsadza mi żyły. Mężczyzna siedzi bezwładnie na krześle, gardło ma rozpłatane, jednak krew nie tryska już z niego na wszystkie strony. W tej chwili z rany wypływa jedynie cienki czerwony strumyczek.

Przypominam sobie, jak zostało poderżnięte gardło mojej matki. Jak on je poderżnął. Pamiętam to doskonale. Ta scena prześladuje mnie w snach od dawna. Zrobił to szybko i brutalnie. Kiedy Carter wręczył mi nóż, a Stephan znalazł się na mojej łasce, potrafiłam myśleć jedynie o tym, by potraktować go tak samo. – Aria. – Głos Cartera przedziera się przez mój zamglony umysł. – Oddaj. Mi. Nóż.

Mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu, rozkazującym, niemal gniewnym. Jego słowa mieszają się z moim ciężkim oddechem. Ledwie na niego zerkam, bo strach, że Stephan zaraz wstanie, jest zbyt silny.

Krew wsiąka w koszulę, a zmasakrowane ciało pozostaje nieruchome, jednak wiem, że ten mężczyzna odbierze mi nóż, by zrobić ze mną to samo, co zrobił z moją matką. Ściskam mocniej stalową rękojeść.

Nie pozwolę mu na to.

Łzy szczypią mnie w oczy, gdy Carter mówi do mnie podniesionym tonem. Jego głos aż dudni w cichym pomieszczeniu, co sprawia, że czuję drżenie w klatce piersiowej. To boli. Tak bardzo boli.

Kręcę głową buntowniczo. Nie powinnam mu się sprzeciwiać. Dzieją się wtedy złe rzeczy.

„Cela!”.

Garbię ramiona na tę myśl, a moje kolana miękną, gotowe ugiąć się przed mężczyzną, który choć trzyma mnie w niewoli, dał mi coś bezcennego. Podarował zemstę za śmierć matki.

– Nie mogę – jęczę słabo, po czym dodaję nieco bardziej stanowczo: – Nie oddam go.

Macham gwałtownie dłonią, chlastając ponownie gardło Stephana. Kątem oka dostrzegam cofającego się mężczyznę, a potem krok w tył robi drugi. Z ust wyrywa mi się łkanie, gdy Carter obejmuje mnie mocno i unieruchamia, a potem próbuje odgiąć moje palce, by zabrać nóż. Ledwie rejestruję szepty reszty ludzi. Słyszę jedynie uspokajający głos Cartera. Skupiam się jednak wyłącznie na oczach Stephana. Jego tęczówki nigdy nie wydawały mi się równie ciemne co w tej chwili.

Ramiona drżą mi coraz gwałtowniej, gdy cofam się od tego potwora, od jego brudnych rąk. Pragnę uciec i schować się tak samo jak lata temu. Lecz nie mogę tego zrobić. Carter mi nie pozwala. „To tylko Cross”, powtarzam sobie. Koncentruję się na uspokojeniu oddechu, co pomaga mi wrócić do rzeczywistości.

Osuwam się na kolana.

– Spokojnie. – Carter przemawia do mnie łagodnie. – Już po wszystkim – szepcze, kiedy udaje mu się wreszcie odebrać mi nóż.

Pozwalam na to, lecz nie ruszę się, dopóki nie będę mieć pewności, że Stephan faktycznie nie żyje.

– Przyjdzie po mnie – mówię głosem mieszkającego we mnie przerażonego dziecka. Stephan nie może być martwy, bo wtedy byłoby po wszystkim. A on nigdy nie przestanie mnie prześladować. Robił to, odkąd pamiętam.

– Ona jest nieźle jebnięta. – Ostry, przepełniony odrazą głos Romano przebija się przez moje myśli. Serce wali mi mocniej niż kiedykolwiek. – To jakieś szaleństwo – stwierdza gniewnie.

– Zamknij się!

Ton Cartera ponownie wstrząsa moim ciałem i po raz pierwszy zamykam oczy. Ale zaraz przypominam sobie, że Stephan znajduje się zaledwie o krok ode mnie, więc otwieram je gwałtownie. W pomieszczeniu zapada cisza. Cross delikatnie dotyka moich ramion, przysuwa się i szepcze mi do ucha:

– Idź na górę i się umyj.

Kręcę głową, nie odrywając spojrzenia od bezwładnego ciała spoczywającego na krześle.

– On nie jest martwy – stwierdzam cicho w ramach usprawiedliwienia nieposłuszeństwa.

Logicznie rzecz biorąc, wiem, że nie żyje. Musi. Ale strach, że jednak nie umarł, jest zbyt silny, zbyt żywy, bym mogła go opanować. Nie umiem się od niego uwolnić.

Carter mocniej ściska moje ramiona, jego oddech staje się cięższy, aż w końcu parska ze złością i się odsuwa, a ja czuję wyłącznie samotność. Robi krok i z całej siły kopie krzesło, przez co ciało Stephana upada na podłogę z głuchym łupnięciem. Mężczyźni znów się cofają, a Romano mówi coś, czego nie udaje mi się usłyszeć. Słowa zmieniają się w szum, kiedy Carter kopie ponownie, tym razem nieruchome ciało. Głowa Stephana obraca się na bok, w moją stronę. Zaglądam mu w oczy. Nadal są otwarte, nadal patrzą pusto w przestrzeń.

– Jest martwy, Aria. Jest, kurwa, martwy!

Kręcę głową, puls mi przyspiesza, dłonie się pocą.

– Nie może być – zaprzeczam słabo.

Carter nachyla się nad trupem, a potem łapie mnie za kark i gwałtownym szarpnięciem przyciąga do niego. Wyrywam się przerażona myślą, że Stephan mógłby mnie dosięgnąć. Że mógłby mnie dopaść, jeśli odważę się do niego zbliżyć.

– Niewiary-kurwa-godne – szepcze Carter zjadliwie, a ja przez swoje tchórzostwo czuję nienawiść do samej siebie. Przez ile lat budziłam się zlana potem na wspomnienie człowieka leżącego teraz przede mną? Na tyle dużo, że logika mnie zawodzi i wmawiam sobie, że jego śmierć nie jest możliwa.

– Dam ci jego głowę – mówi Carter.

Nie rozumiem, co do mnie powiedział, więc patrzę na niego w nadziei, że wytłumaczy, co miał na myśli. Tymczasem on już klęka z nożem w dłoni, unosi go wysoko, a potem wbija w gardło Stephana. Wyraźnie widzę, jak mięśnie na szyi Crossa się napinają, a szczęka zaciska. Dostrzegam na jego twarzy gniew, gdy dysząc ciężko, wbija ostrze w martwe ciało – jeszcze raz i jeszcze – jakby wyładowywał swoją frustrację.

W pewnym momencie zaczyna pomagać sobie nogą. Podnosi się z klęczek i uderza butem w grzbiet ostrza. Każde kopnięcie wyprowadza z coraz większą siłą, z coraz większą wściekłością wywołaną faktem, że szyja nie ustępuje pod naporem noża. Moje ciało szarpie się przy każdym uderzeniu w metal, a podziw, z jakim obserwuję Cartera odcinającego Stephanowi głowę, pomaga mi wrócić do siebie.

W końcu rozlega się chrupnięcie, które wywraca mój żołądek do góry nogami i odbija się echem od ścian wraz z przepełnionym irytacją warknięciem Cartera. Gdy cofa zakrwawiony but, oddzielona od szyi głowa toczy się do tyłu.

Szalone bicie mojego serca uspokaja się, kiedy Carter staje przede mną wyprostowany. Nieskazitelny zazwyczaj garnitur ma cały wymięty. Rzuca marynarkę na podłogę i bez pośpiechu podwija najpierw jeden rękaw koszuli, potem drugi, uspokajając oddech. Obserwuję uważnie, jak na powrót staje się tym opanowanym mężczyzną, którego znam. Nigdy nie wyglądał równie dominująco jak teraz, z poplamionym krwią ubraniem i mocno zarysowaną szczęką, którą światło kandelabrów jeszcze bardziej podkreśla.

Za naszymi plecami mężczyźni coś mówią, ale w tej chwili nie zwracam na nich uwagi. Nie kiedy ciemne oczy Cartera przewiercają mnie na wylot.

– Na górę – mówię, zanim ma szansę otworzyć usta. Widzę, jak językiem zwilża dolną wargę, przyglądając mi się z namysłem. Przerywa kontakt wzrokowy, by zmierzyć spojrzeniem moje ciało, a potem znów patrzy mi w oczy. Wtedy przypominam sobie o oddychaniu.

– Idę na górę się umyć – powtarzam rozkaz Cartera sprzed kilku minut, po czym zerkam na pozbawione głowy ciało Stephana. Kiedy z powrotem kieruję go na Crossa, zdaję sobie sprawę, że czekał, aż ponownie na niego spojrzę.

„Cholera!”

Nie wykonałam polecenia.

Sprzeciwiłam się mu.

Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, gdy zbieram się w garść.

Carter przechodzi nad martwym ciałem Stephana i mocno ściska mi brodę. Nie mogę złapać oddechu, kiedy przysuwa swoje usta do moich i nie odrywając ode mnie wzroku, odzywa się spokojnie i na tyle głośno, by wszyscy usłyszeli:

– Już nigdy nie będzie miał nad tobą władzy. Masz bać się tylko mnie.

Rozdział 2 - Carter

– Co to, kurwa, ma być, Cross? – Romano udaje zagniewanego, ale wyraźnie widać, że się boi.

Wzruszam ramionami, myśląc o ostatnich dziesięciu minutach. Tak niewiele czasu, a tyle się wydarzyło. Podnoszę ze stołu czystą i nadal schludnie złożoną serwetkę Stephana, by wytrzeć krew z rąk i twarzy. Nie miałem dziś w planach zabicia Romano. Jeżeli jednak nie przejdzie do porządku dziennego nad śmiercią Stephana, podzieli jego los. Albo jeśli dojdę do wniosku, że swoimi słowami może zniszczyć wszystko, co zbudowałem i zaplanowałem.

Nie potrafię ukryć tego, jak działa na mnie Aria. Władzy, którą nade mną ma, kiedy mi się sprzeciwia. A Romano za dużo wie. Za dużo widział.

Te myśli sprawiają, że wyginam szyję w jedną, a potem w drugą stronę, czemu towarzyszą głuche chrupnięcia.

– Wrobiłeś mnie! – parska Romano.

Oburzenie w jego głosie jest nie na miejscu. Jakbym był mu w ogóle winny jakąkolwiek lojalność. Rzucam serwetkę na podłogę i ruszam w jego stronę, depcząc po rozbitym szkle.

– Jest zdrajcą – stwierdzam po prostu. – Był zdrajcą.

Romano głośno przełyka ślinę, zaciskając dłonie w pięści, by chwilę później je rozluźnić. Jego wzrok wędruje do każdej z osób obecnych w pomieszczeniu. Wszyscy są moimi sojusznikami, on nie ma żadnych. Mógłbym z taką łatwością go zniszczyć. Zabrać na zewnątrz i z nim skończyć. Nie musiałbym się wtedy martwić o to, jakie wrażenie na nim zrobiłem. Nie musiałbym się mart

wić, że powie komukolwiek, ile Aria dla mnie znaczy. Postanawiam jednak zostawić go w jednym kawałku.

„Chcę, by wiedzieli”. Zamykam oczy, gdy to sobie uświadamiam. Biorę głęboki oddech, godząc się ze swoją decyzją, i wtedy dociera do mnie głos Jase’a:

– Dostaliśmy cynk od naszego kreta w siedzibie Talverych. Stephanowi nie można było ufać – wyjaśnia spokojnie, spokojniej niż Romano, który odpowiada coś na swoją obronę.

Nie potrafię się skupić na ich słowach, bo odtwarzam w głowie każdą chwilę, starając się spojrzeć na wydarzenia oczami Romano. Oczami braci. Oczami moich pracowników, którzy zobaczyli, jak tracę nad sobą panowanie. Oni wszyscy będą wiedzieli, ile Aria dla mnie znaczy. I co może ze mną zrobić. Ale chcę, by każdy z nich miał tego świadomość.

Unoszę powoli powieki i posyłam Romano szeroki uśmiech.

– Wyluzuj – rzucam pogodnie, po czym ściskam go mocno za ramię.

Mężczyzna wciąga gwałtownie powietrze, źrenice mu się rozszerzają. Widok mieszanki strachu i nadziei w oczach wrogów niezaprzeczalnie jest mi znajomy.

– Trzeba się było zająć Stephanem, a wiem, że miałeś do niego słabość – stwierdzam spokojnie, nadal ściskając jego ramię i zmuszając się do uprzejmego uśmiechu. – Nie chcę, by ktokolwiek myślał, że maczałeś w tym palce. – Zabieram rękę i dodaję: – Wiem, że byliście blisko.

Odwracam się do niego plecami, by omieść pomieszczenie wzrokiem. Kilku moich ludzi już usuwa ślady dzisiejszego zajścia. Nie po raz pierwszy została tu przelana krew, a oni doskonale wiedzą, jak się jej pozbyć. Szkło chrzęści mi pod nogami.

– Nie zamierzam zawierać sojuszu ze zdrajcami – informuję Romano, choć nadal stoję do niego tyłem.

– Mogłeś mnie uprzedzić – mamrocze.

W końcu kieruję spojrzenie na niego.

– Uznałem, że spodoba ci się przedstawienie. Słyszałem, że lubisz takie widowiska.

W jego oczach pojawia się strach. Muszę zapanować nad mimiką twarzy, by wyglądać na zachwyconego urządzonym widowiskiem. Lepsza od tego uczucia jest tylko świadomość, że Aria czeka na mnie na górze.

– Następnym razem na pewno poinformuję cię z wyprzedzeniem – stwierdzam w końcu.

Kiwam na Jase’a. Brat zwraca się do Romano z krzywym uśmieszkiem:

– Odprowadzę cię.

I nie czekając na odpowiedź, idzie do drzwi.

Ledwie zerkam na starszego człowieka w niedopasowanym, wyświechtanym garniturze. Mruży oczy, pierś unosi mu się ciężko. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak smakuje krew w jego ustach, gdy gryzie się w język.

– Do następnego razu – rzuca na pożegnanie, a potem rusza za głuchym odgłosem kroków mojego brata.

– Szefie, chcesz coś z tego zatrzymać? – pyta Sammy. To młody dzieciak, ale bystry i chętnie się uczy. Kucając przy ciele Stephana, wskazuje na głowę. – Czy wszystko wywalić?

Spogląda na mnie bez strachu, lecz z szacunkiem. Chyba dlatego go lubię i jednocześnie zazdroszczę. Nie musiał nigdy przechodzić przez takie gówno. Nie musiał uczyć się wszystkiego w taki sposób jak ja.

– Spalcie wszystko. Żadnych śladów. Nie chcę tutaj najmniejszych pozostałości po tym śmieciu.

Sammy kiwa głową i natychmiast zabiera się do pracy.

– Jak szybko zwróci się przeciwko nam? – Słyszę pytanie Jase’a i odwracam się do niego.

– Już to zrobił, pamiętasz?

Jase jedynie krzywo się uśmiecha.

– Był całkiem chętny, żeby nas orżnąć. Teraz to się pewnie zmieni. – Brat opiera się o ścianę i wsuwa dłonie do kieszeni, obserwując krzątaninę.

– Przyjdą po nas zarówno ludzie Talvery’ego, jak i Romano. Wiesz o tym, prawda? – pyta Daniel. Declan też podchodzi i teraz stoimy we czterech w rogu pomieszczenia.

– Dopóki nie połączą sił, to nie ma znaczenia – odpowiadam bez namysłu.

Natychmiast wracam myślami do Arii. Niech szlag trafi konsekwencje, zrobiłem to dla niej.

– A co ich przed tym powstrzyma? – dopytuje Declan.

Dotychczas niespecjalnie przejmował się całą tą sprawą. Z naszej czwórki był najmniej nią zainteresowany i nie znał szczegółów. Z tego powodu wydarzenia dzisiejszego wieczoru zszokowały go pewnie najbardziej.

– Trwający dekadę spór, chciwość, arogancja? – wylicza Jase.

– Po co to wszystko? – pyta Daniel ostro. – Dla niej, prawda?

Na chwilę zapada cisza, a ja przyglądam się braciom.

– Nie było żadnego powodu, żeby tak to załatwić. Żeby zrobić przedstawienie i wkurzyć Romano – dodaje Daniel.

– Należało tak postąpić – odpowiada Jase szybko i pewnie, czym mnie zaskakuje.

– Ale nie musieliśmy robić sobie z Romano wroga. Nie teraz, kiedy spodziewamy się ataku Talverych. – Gniew Daniela jest wyczuwalny, co więcej, brat wydaje się przestraszony. Jego strach wynika stąd, że mieszka z nami Addison.

– Jest tu bezpieczna – zapewniam.

Bracia milkną, gdy przyglądam się Danielowi. Wyraźnie widać jego zmęczenie i niepokój.

– Chciałem, żeby to gówno raz na zawsze się skończyło, a teraz dolaliśmy pieprzonej oliwy do ognia. Jase ubiega mnie z odpowiedzią. Jestem jednak porażony faktem, że nigdy nie wziąłem pod uwagę bezpieczeństwa Addison. Miałem gdzieś, jakim kosztem zapewnię Arii zemstę, której tak desperacko potrzebowała.

– Mamy ludzi, wystarczy zaopatrzyć ich w broń i uderzyć.

– W kogo? W Talverych czy Romano? – pyta Daniel Jase’a, po czym obaj patrzą na mnie z wyczekiwaniem. Chcą usłyszeć odpowiedź.

– Okłamywałeś nas – stwierdza po dłuższej chwili Daniel, nie kryjąc rozczarowania. – A teraz, dla niej, ściągnąłeś nam na głowę wojnę.

– Nigdy nie kłamałem! – warczę.

Gniew burzy mi krew, gdy widzę żal wypisany na twarzy Daniela.

– Ile ona dla ciebie znaczy? – dopytuje, jakby moja odpowiedź mogła złagodzić wszystkie jego obawy. Może złagodzi, ale tylko jeśli odpowiem szczerze.

Jase wędruje spojrzeniem do mężczyzn za nami, a potem patrzy na mnie, a z jego oczu wyczytuję niewypowiedziane na głos pytanie. Przytakuję skinięciem głowy.

– Zostawcie nas! – wołam i czekam, aż moi ludzie opuszczą pomieszczenie. Bracia są cierpliwi. Nie odzywają się, dopóki nie zostajemy sami.

– Aria ma na ciebie zbyt duży wpływ – odzywa się cicho Daniel. – Podejmujesz decyzje za nas wszystkich, a jej osoba zaburza twój osąd.

Te słowa są jak nóż wbity w plecy.

– Poddajesz w wątpliwość moje działania?! – Nie kryję gniewu, chociaż w głębi duszy wiem, że kieruję go raczej do siebie niż do niego.

Brat ma rację. Ściągam brwi, biorąc głęboki oddech, a potem kolejny, i patrzę na jasnoszarą ścianę splamioną krwią.

– Aria uratowała mi życie – zdradzam, odwracając wzrok. Czuję przypływ wyrzutów sumienia. Wiem, że bardziej myślałem o niej niż o rodzinie. Ale tak musiało być. Jestem tego pewien. – Nienawidziłem jej za to – dodaję cicho.

Bracia milczą, zmuszając mnie tym, bym na nich spojrzał. Żebym zobaczył ich reakcję na moją deklarację. Choć w oczach Daniela maluje się zaskoczenie, dostrzegam w nich coś jeszcze. Coś, czego nie potrafię nazwać.

– Dlaczego nam nie powiedziałeś? – pyta Jase. – Naprawdę cię uratowała?

– To było wiele lat temu, tamtej nocy, kiedy ojciec musiał zadzwonić do przyjaciela, żeby mi pomógł. Na pewno wiedzą, o której nocy mówię. Tylko raz ojciec poprosił o przysługę z mojego powodu. W noc, kiedy prawie spotkałem się ze śmiercią.

– Cholera – rzuca Declan, przesuwając dłonią po czole. Był wtedy dzieckiem.

– Dopóki żyję, ona będzie moja – stwierdzam brutalnie. – Czy jej się to podoba czy nie.

– Porwałeś Arię, bo znienawidziłeś ją za to, że cię uratowała? – dopytuje Daniel, ale nie robi tego, żeby mnie sprowokować, tylko ze szczerą ciekawością i zmartwieniem.

– Chciałem, by zrozumiała, jak to jest pragnąć śmierci, żeby uwolnić się od bólu.

Urywam, bo dociera do mnie, co za moment chciałem powiedzieć – że zanim ją porwałem, zdałem sobie sprawę, że ją kocham. Zamiast tego mówię:

– Nie wiedziałem, że coś dla mnie znaczy, dopóki się tu nie pojawiła.

Dała mi kolejny powód do życia. Nie tylko ten lata temu, kiedy mnie ocaliła, lecz także ten w ostatnich tygodniach, gdy wreszcie znalazła się pode mną.

Zapada głucha cisza. Dotychczas nie wstydziłem się faktu, kim się stałem. Jestem tym, kim jestem, i zrobiłem to, co zrobiłem, dla trzech mężczyzn, którzy teraz osądzają moje słowa.

– A Stephan? – pyta Declan.

On jako jedyny nie miał pojęcia, dlaczego pozwoliłem Arii go zabić. Nie obeszłoby go to, podobnie jak wiele innych rzeczy, o których wolał nie wiedzieć.

– Na oczach Arii zgwałcił i zamordował jej matkę. Przez niego miała koszmary i budziła się w nocy z płaczem. Śmiertelnie się go bała. – Dręczący mnie mroczny smutek pogłębia się na wspomnienie pierwszej nocy, kiedy zdałem sobie sprawę, jaką Stephan posiadał nad nią władzę. – Musiałem jej to dać.

Jase jako pierwszy potakuje, potem robi to Declan, a na końcu Daniel, który mówi:

– Przyjdą po nas.

Tym razem jego ton sugeruje, że czeka na to wyzwanie. Przez krótką chwilę zastanawiam się, co bracia o mnie myślą, co myślą o niej, ale szybko daję sobie z tym spokój.

Moja odpowiedź może być tylko jedna:

– Niech przyjdą.

Rozdział 3 - Aria

Nie wiem, jak długo się trzęsę. Dłoń mi drży, gdy sięgam do kranu, żeby jeszcze bardziej podkręcić temperaturę wody. Skórę mam splamioną czerwienią, ale nic nie czuję. Jestem otępiała i nad niczym nie mam kontroli. Kolana się pode mną uginają, ciało nie współpracuje. Opieram głowę o ścianę, a ciężki naszyjnik z diamentami i perłami, którego nigdy nie zdejmuję, uderza o kafelki. Ściskam go, jakby mógł mnie uratować albo stąd zabrać.

Czy właśnie tak czuje się człowiek, kiedy kogoś zabije?

Dotychczas widziałam śmierć tylko dwóch osób. Pierwszą z nich była matka. Druga śmierć natomiast rządziła moim życiem aż do sądnego dnia, w którym Carter odmienił je na zawsze, porywając mnie. Pamiętam, jak stojąc tamtego wieczora przy barze, rozmyślałam o tej drugiej osobie. Byłam wtedy kompletnie nieświadoma faktu, że z chwilą przekroczenia progu Browaru Żelazne Serce moje życie już nigdy nie będzie takie samo. A pragnęłam jedynie odzyskać szkicownik.

Wdycham głęboko nagrzane przez gorącą wodę powietrze i zamykam oczy. Wspomnienie cofa mnie w czasie o dwa tygodnie. Mimo że nie należy do przyjemnych, i tak jest o wiele lepsze niż poplamiona krwią skóra.

***

Wkładam ręce do kieszeni, by je ogrzać i przesuwam palcami po kluczykach do samochodu. To jedyna broń, jaką mam na wyprawę po szkicownik. A klucze potrafią być bronią. Widziałam, jak ojciec z ich pomocą zrobił dziurę w gardle mężczyzny. Stałam otępiała, gdy facet próbował złapać się za szyję, ale ojciec chwycił go za nadgarstki i odciągnął mu ręce za plecy. Każdy rozpaczliwy oddech przybliżał go do śmierci, której nie mógł powstrzymać.

Czuję dreszcz na to wspomnienie i dopiero po chwili orientuję się, że wstrzymałam oddech. Pamiętam dźwięk, który wydawały adidasy kopiące małe kamyki na chodniku. Odgłosy ruchliwej ulicy dochodzące z końca zaułka. Trzech pracowników ojca miało towarzyszyć mi do domu z mieszkania, które chciałam wynająć. Postanowili jednak wrócić okrężną drogą, czyniąc ze mnie świadka morderstwa. Stałam tam kompletnie zszokowana. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Jednym z ludzi z obstawy był Mika. Jego cienkie wargi wygięły się w złowrogim uśmiechu, za którym kryła się czysta radość. Radość z mojego szoku? Mojej zgrozy? Może z mojego bólu, bo znałam mężczyznę, który został zabity. Mika miał włosy zaczesane do tyłu i lekki zarost na policzkach. Był przystojny, a jego głęboki, szorstki głos potrafił rzucić na kolana niejedną kobietę. Ja jednak wiedziałam, jaki jest naprawdę. A fakt, że to z nim przyszłam zobaczyć się w barze i jemu chciałam stawiać żądania, budził we mnie strach. Lecz nie pozwolę, by ktokolwiek kradł moje rzeczy. Nie pozwolę im sobą pomiatać i uważać mnie za słabą. Jak mawia ojciec, czas zacząć domagać się szacunku. To właśnie robią Talvery’owie.

***

Unoszę powieki na dźwięk wody uderzającej o kafelki. Każdy ruch, każdy hałas sprawia, że się spinam. Staram się uspokoić oddech, nerwowy i przyspieszony w wyniku wspomnień. Jednego, dotyczącego nocy mojego porwania, i drugiego, związanego z morderstwem sprzed dwóch lat, którego byłam świadkiem. Po tym incydencie długo nie wychodziłam z domu i nigdy się z niego nie wyprowadziłam. Ojcu było to na rękę. Zanim weszłam do Browaru Żelazne Serce, wydawało mi się, że wiedziałam, co to strach. Myliłam się jednak. Prawdziwy strach to patrzenie na pozbawione życia ciało mężczyzny, który swoim istnieniem dręczył mnie przez lata. Dopiero kiedy jego głowa potoczyła się po podłodze, dopuściłam do siebie myśl, że już nigdy mnie nie skrzywdzi.

Wędruję spojrzeniem do wody zbierającej się u moich stóp. Ciemne smugi krwi, które ze mnie spływają, zanim znikną w odpływie, zmieniają kolor na bladoczerwony.

Najpierw patrzyłam na śmierć matki. Potem na śmierć człowieka, który zdradził ojca. A teraz zabiłam mężczyznę, który zdradził oboje moich rodziców.

Czekam, aż ogarnie mnie ulga, może nawet triumf albo chociaż poczucie słuszności czynu, jakiego się dopuściłam, lecz nic takiego się nie dzieje. Jest tylko pustka i przypływ niechcianych wspomnień. Dźwięk przesuwanych drzwi kabiny prysznicowej niemal wyrywa mi krzyk z gardła.

Mika, mój ojciec, Stephan… Wszyscy ci ludzie przyczynili się do tego, że moim życiem rządził strach, a jednocześnie żaden z nich nie mógł równać się z mężczyzną stojącym przede mną. Para otacza jego postać, a powiew chłodnego powietrza sprawia, że dostaję gęsiej skórki.

Carter mruży oczy, patrząc na moje przyklejone do ściany, niezdolne do niczego ciało. Nigdy nie czułam się tak słaba. Zgładzenie Stephana może i wydawało się wyzwalające w momencie, w którym wbiłam nóż w jego szyję, ale wspomnienia jeszcze nigdy nie dręczyły mnie tak bardzo jak teraz.

– Co robisz? – pyta Cross, choć nie sądzę, by spodziewał się odpowiedzi.

– Nie. Mogę. Przestać. Się. Trząść. – Dosłownie wyszczekuję słowa. Każde przychodzi mi z trudem. Ściskam nadgarstek dłonią. Pragnę przestać to robić i w końcu udaje mi się go puścić.

Carter nie komentuje. Zamiast tego wchodzi w ubraniu do kabiny, i zaraz syczy przez zaciśnięte zęby, czując na sobie gorący strumień. Przekręca kurek. Woda staje się jedynie ciepła.

Chłodne powietrze wydaje się odświeżające. Owiewa moją skórę, bo Carter nie zamknął drzwi. Głowa przestaje mi ciążyć, a panika, która jeszcze przed momentem trzymała mnie w szponach, powoli słabnie. Tymczasem on jednym szarpnięciem pozbywa się koszuli i zamyka drzwi. Potem zaś bierze mnie w ramiona i gładzi uspokajająco po plecach. Dopiero po chwili odwzajemniam uścisk i przyciskam policzek do jego nagiej piersi. Serce bije mu równym rytmem, co działa na mnie jak balsam. Drżenie ustaje w mgnieniu oka. Zamykam oczy i z radością witam mroczne wyczerpanie, ale Carter chrząka, przerywając przyjemną ciszę.

– Przepraszam za to, co powiedziałem… Że pozwolę Stephanowi cię zerżnąć – odzywa się głuchym głosem. Spinam się zaskoczona. Ledwie pamiętam jego słowa. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Przeprosiny to coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Carter nie przeprasza za swoje czyny.

Nie doczekawszy się mojej odpowiedzi, ciągnie:

– Nie powinienem był tego mówić. Wybacz.

Mija kolejna chwila, zanim otaczająca mój umysł mgła powoli opada. W końcu jestem w stanie się od niego oderwać. Zaczynam zdawać sobie sprawę ze swojej nagości oraz z tego, co dla niego znaczę. Dzisiejszy dzień był pełen emocji. Najbardziej dominował w nim ból. Przełykam z trudem ślinę, po czym odsuwam się od Cartera i strumienia wody, by powiedzieć, że nic nie szkodzi. Nie bardzo jednak wiem, jak to ująć.

Odgarniam mokre włosy z twarzy i patrzę Crossowi w oczy. Intensywność jego spojrzenia rozpala moje ciało.

– To nie w porządku. I nigdy więcej się nie powtórzy – obiecuje.

Oczy mu ciemnieją, gdy się zbliża i kładzie dłonie na kafelkach po obu stronach mojej głowy. Kabina nagle się kurczy. Szerokie barki Cartera zasłaniają wszystko inne. Góruje nade mną, a bijąca od niego moc sprawia, że ogarnia mnie gwałtowna potrzeba. Impuls jest trudny do pohamowania i grozi przytłoczeniem zmysłów. Tak łatwo byłoby wpaść w jego ramiona. Zagubić się we mgle namiętności.

– Wybaczam ci – mówię na wydechu, starając się zapanować nad pragnieniem.

Zalewa mnie fala gorąca. Cała płonę. Sutki mi twardnieją, a ręce świerzbią, by go dotknąć, wpleść mu palce we włosy i przyciągnąć usta do swoich. Wbijam wzrok w jego wargi, gdy powoli pochyla głowę. Ale Carter mnie nie całuje. Nigdy tego nie robi. Jego usta mijają moje i kierują się na ramię. Szorstki zarost drapie szyję, a ja czuję przyjemne mrowienie między nogami. Powoli przesuwa językiem po mojej skórze. Gdybym mogła zatrzymać tę chwilę i ukryć się w niej na zawsze przed bólem własnej egzystencji, zrobiłabym to bez wahania.

W momencie gdy ośmielam się sięgnąć do jego ramion, rozlega się pukanie do drzwi i niszczy cały nastrój. Szum prysznica schodzi na dalszy plan, a Jase woła coś do Cartera, zabierając mi jego uwagę. „Nie odchodź!”, serce błaga mnie, bym wypowiedziała te słowa na głos. Nie mogę być teraz sama. Carter trąca nosem mój nos. Odkrzykuje Jase’owi, że zaraz przyjdzie, po czym patrzy mi głęboko w oczy. – Dokończ się myć i zaczekaj na mnie w łóżku – mówi wreszcie cichym głosem.

Nie potrafię się sprzeciwić temu poleceniu.

– Tak, Carter – odpowiadam ulegle, a między moimi udami rozchodzi się ciepło.

Dopiero kiedy znika, orientuję się, jak bardzo go pragnę. Jak bardzo potrzebuję w tej chwili Cartera Crossa. Nie mam nikogo innego. Przeraża mnie ten fakt.

Rozdział 4 - Carter

– Twierdził, że ochłonął, ale zjeb już kłapie ozorem – informuje mnie Jase, gdy tylko wchodzę do gabinetu.

Adrenalina nieco opadła, a śpiew krwi przycichł, dopóki nie zobaczyłem, jak Aria się trzęsie. Jedno spojrzenie na jej delikatne, rozdygotane ciało zmieniło wszystko. Triumf, który zwykle czułem w takich sytuacjach, został zastąpiony przez odczucie, którego w tej chwili nie chciałem analizować. Musiałem się napić. Czegoś mocnego.

– Wiedzieliśmy, że nie można mu ufać – mówię.

Lód uderza o szkło. Nalewam whisky na trzy palce i czekam, aż nieco się schłodzi. Bursztynowy płyn wiruje, kiedy rozważam, czego możemy się spodziewać po Romano. Znam jego przyjaciół. Znam też jego wrogów. Większość z nich jest mi winna o wiele więcej niż jemu.

– Czy musimy przypomnieć komuś o naszej pozycji? – pytam brata, unosząc na niego wzrok, po czym upijam łyk whisky.

Jeśli ktokolwiek chce coś udowodnić Romano, muszę to ukrócić, zanim plany zmienią się w czyny. Drobne przypomnienie, do czego jesteśmy zdolni, może zdusić w zarodku głupie pomysły, by się od nas odwrócić. Lepiej zawczasu pozbawić konkurentów wszelkich złudzeń.

Jase kręci głową, ale nie odwzajemnia mojego spojrzenia. Zamiast tego stuka palcem w oparcie krzesła, za którym stoi.

– Powiadomił Talvery’ego.

Whisky pali mnie w przełyku. Unoszę brew.

– To wiadomość od naszego informatora?

– Jednego z nich – odpowiada Jase bez wahania, z pewnością, którą szanuję.

– Czyli powiedział Telvery’emu, że pozwoliłem Arii zabić jego wroga. Ciekawe, nieprawdaż? – Nie potrafię ukryć rozbawienia.

– Nie do końca. Zdradził jedynie, że mamy jego córkę.

Parskam cynicznie.

– Oczywiście – rzucam, napełniając ponownie szklankę.

– Zostawił też wiadomość dla nas – mówi sucho Jase.

Wstrzymuję oddech i zamieram.

– Twierdzi, że rozumie i że podobało mu się przedstawienie.

– Jebany kutas – prycham, po czym opróżniam szklankę jednym haustem.

Co za tchórz. Nastawia Talvery’ego przeciwko mnie, udając, że nadal jest po mojej stronie. Zemsta będzie słodka, gdy przyjdzie na nią czas.

Whisky wciąż wypala mi przełyk, gdy brat pyta:

– W dalszym ciągu trzymamy z Romano? Broń nie została wysłana. Mamy przewagę. Możemy wycofać się z tego układu.

– Albo dogadać się z Talverym? – rzucam, na co Jase się spina. – Możemy machnąć ręką na Romano i wesprzeć bronią Talverych.

– Niby czemu mielibyśmy to robić? – pyta nieufnie i zamiera w oczekiwaniu na moją odpowiedź.

Adrenalina wraca z pełną mocą. Zaufanie Talvery’emu byłoby fatalnym błędem. Chciwość tego człowieka nie zna granic, a poparcie go mogłoby obrócić się przeciwko nam.

Obserwuję lód w szklance, lecz przed oczami mam wyłącznie Arię. Słyszę jej prośby o oszczędzenie życia ojca. Sposób, w jaki przylgnęła do mnie pod prysznicem, był odurzający. Ale nadal się wstrzymuje. Zrobiłbym wszystko, by posiąść ją całkowicie. A to mogłoby mi pomóc.

Ryzyko jest duże.

„Daj sobie czas”, słyszę głos z tyłu głowy, nie należy on jednak do mnie. Cierpliwość to nie moja bajka, niech się pierdoli.

– Oczywiście… Aria. – Jako że milczę, brat sam odpowiada na swoje pytanie, przesuwając dłonią po karku.

Chwilę później sięga po szklankę i wyciąga mi z ręki butelkę z whisky.

Nie protestuję. Jestem świadom, że przez Arię podchodzę do pewnych rzeczy inaczej, niż powinienem. Staję się przez to nieprzewidywalny. Dziewczyna ma nade mną kontrolę, którą trudno zanegować, a każdego dnia zdobywa jej coraz więcej.

– Nigdy wcześnie nie pozwalałeś, by cokolwiek wpływało na twoje interesy. – Brat wychyla pierwszą kolejkę, by po chwili nalać sobie następną. Upija łyk i pyta: – Dlaczego ona?

Zapada cisza. Nikomu nie zdradziłem całej prawdy o tym, jak pragnąłem umrzeć lata temu. Byłem tak blisko, ale Aria mnie powstrzymała. Aż do dziś nikt nie wiedział, że nienawidziłem jej z tego powodu. Nikomu też nie mówiłem, że modliłem się o śmierć. Że w chwili słabości się poddałem.

Jase przygląda mi się przez moment. Jest moją prawą ręką, moim partnerem, a nigdy mu o tym nie powiedziałem. Nie chciałem na głos wypowiadać słów, które ożywią złe wspomnienia.

– Muszę chociaż wiedzieć, ile ona dla ciebie znaczy.

– Wszystko – odpowiadam bez chwili wahania niskim, za- borczym tonem.

– Czy Aria chce, żebyś połączył siły z Talverym, facetem, który próbował wymordować całą naszą rodzinę? Który podpalił nasz dom, kiedy spaliśmy?

– Nie wie o tym – mówię szybko w jej obronie i nawet ja czuję, że to irracjonalne.

– Ona ogólnie gówno wie – odpowiada z lekkim rozdrażnieniem Jase, ale wystarczy jedno moje spojrzenie, by spuścił wzrok i zapatrzył się w płyn wirujący w szklance.

– Jest lojalna.

– Nie jest mu winna lojalności! – Jase znów na mnie patrzy. Nie powiedział nic nowego. – Wie o swojej matce?

– To plotka. Nie możemy tego udowodnić.

Zdaję sobie sprawę, że bawię się w adwokata diabła. Zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, by dać Arii nadzieję na jedyną rzecz, której w tej chwili pragnie. Okazanie łaski jej ojcu.

– Planowałem torturami wydobyć tę informację ze Stephana – informuję brata. Chciałem podarować Arii prawdę razem z zemstą, której tak desperacko potrzebowała. – Ale zmieniłem priorytety.

Jase tylko parska. Dostrzegam w jego oczach błysk rozbawienia, a na ustach uśmieszek. Zaraz jednak upija łyk alkoholu.

– Nie uwierzy mi. – Sprzedaję Jase’owi kolejną wymówkę, czując, jak na sercu zaciska mi się imadło. Mocno. – Nigdy nie przedłoży mnie nad swego ojca.

Prawda boli.

– Mogę jej powiedzieć – mówi Jase.

Zaskakuje mnie ton łaski w jego głosie. Zdziwienie musi odzwierciedlać się na mojej twarzy, bo brat wzrusza ramionami i dodaje:

– Będę delikatny, ale nie pozostawię żadnych wątpliwości.

– Nie chcę, żebyś się w to mieszał!

Gniew nie jest czymś, czego się spodziewałem. Chrząkam, unosząc szklankę. Jeszcze jeden drink i wracam do Arii.

– Ona miesza ci w głowie! – rzuca ostro Jase. – Nigdy cię takiego nie widziałem.

– Jakiego? – pytam wyzywającym tonem, chociaż znam odpowiedź.

– Emocjonalnie rozchwianego. Powinniśmy już dawno załatwić Talverych, ale ty z niczym się nie spieszysz, tylko gromadzisz więcej broni i ludzi niż potrzeba.

– Nie chcę, żeby Aria mnie nienawidziła. – Spodziewam się szoku na twarzy brata. Może nawet obrzydzenia. Dziewczyna jest słabością, której nigdy nie chciałem, ale nie mam zamiaru z niej zrezygnować.

Choć zaskoczony, Jase się nie kłóci. W jego ciemnych oczach pojawia się zmęczenie.

– Musimy wybrać. Talvery albo Romano – dodaję.

– Prędzej umrę, niż połączę siły z Talverym – wyznaje Jase bez cienia emocji. Stwierdza po prostu fakt. Biorąc pod uwagę wszystko, co zrobił nam ojciec Arii, mogę się z nim tylko zgodzić. – Wolałbym załatwić obu.

Alkohol zaczyna szumieć mi w głowie. Próbuję rozluźnić spięte ramiona. Jestem zmęczony. Nie tylko dzisiejszym wieczorem, lecz także nieustanną walką. Nie ma jednak mowy, bym mógł ją zakończyć. W tym biznesie zaprzestanie jej to pewna śmierć.

– Wkurzyliśmy obydwu, więc lepiej wybierzmy, z którym z nich trzymamy, i upewnijmy się, że żaden nie zapomni o przeszłości, jaka ich dzieli. Nie mogą połączyć sił i wspólnie stawić nam czoła. To, że Romano dał Talvery’emu cynk, świadczy tylko o tym, że chce podsycać w nim płomień nienawiści. Dobrze wie, co robi. Kieruje jego wrogość na nas. Jase dopija whisky, po czym z trzaskiem odstawia szklankę na blat. Wypuszcza długie westchnienie, kiwając głową, by dać do zrozumienia, że się ze mną zgadza.

– Nie możemy do tego dopuścić. Z nich dwóch Romano to mniejsze zło. – Patrzy na mnie, by upewnić się, że słucham. – Sam o tym dobrze wiesz. Opowiedzenie się po stronie Talverych będzie naszym końcem.

Nie myli się. Spuszczam wzrok, godząc się z decyzją, którą i tak musiałem podjąć. Wiedziałem, że do tego dojdzie. Nie można ufać Romano, jednak można nim manipulować, co sprawia, że bywa przydatny. Talvery poderżnąłby nam gardła przy pierwszej okazji. Już wcześniej próbował nas zlikwidować, ale mu się nie udało. Choćby tylko z tego powodu okazanie mu łaski byłoby oznaką słabości.

Zamiast odpowiedzieć bratu kiwam mu głową, po czym odwracam się, żeby wrócić do Arii.

– Jak ona się trzyma? – pyta brat niespodziewanie.

– Całkiem nieźle, jeśli brać pod uwagę okoliczności. – Wspomnienie jej drżącego pod prysznicem ciała przypomina mi, że wcale nie trzyma się dobrze. – To był dla niej trudny dzień. Powinienem do niej wracać.

– Powinieneś – mruczy pod nosem Jase, ale robi to tak cicho, że nie jestem pewien, czy te słowa były przeznaczone dla mnie czy dla niego.

– Trzeba się tym szybko zająć – przypominam.

Czując, że to koniec rozmowy, ruszam do wyjścia.

– Carter…

Spoglądam przez ramię i dostrzegam szczerość na twarzy brata, gdy mówi:

– Obchodź się z nią delikatnie.

***

Światło księżyca przesącza się przez szpary między zasłonami i pada na krągłości Arii okryte kołdrą. Nadal mokre włosy tworzą wokół jej głowy niechlujną aureolę. Na wspomnienie stanu, w jakim ją zostawiłem, kutas natychmiast mi twardnieje. Naga i chętna. Moja ptaszyna jest posłuszną dziewczynką, więc wiem, że ma na sobie jedynie naszyjnik i że będzie gotowa, żebym ją wziął.

Słowa Jase’a nadal tłuką mi się po głowie: „Obchodź się z nią delikatnie”. Nie zna jej tak dobrze jak ja, ale o kobietach wie o wiele więcej ode mnie. Na samą myśl o tym, że wbijam się w nią, jednocześnie pocierając jej łechtaczkę, aż zaczyna wykrzykiwać moje imię, mam ochotę zignorować radę brata i pieprzyć Arię mocno, wymuszając uległość. W każdym razie pragnę to zrobić, dopóki się do niej nie zbliżam.

Nadal drży. Jedną dłonią ściska drugą tuż przed sobą, powieki ma zaciśnięte, zupełnie jakby się modliła. Oddycha nierówno. Nie wszyscy mamy zadatki na zabójców. Wiedziałem to, gdy dałem jej nóż i pozwoliłem, by Stephan został jej ofiarą.

– To adrenalina – zwracam się do niej łagodnie, przerywając ciszę. Wzdryga się pod przykryciem, a potem sztywnieje, ale ręce i ramiona nadal jej drżą.

Patrzę, jak przełyka ślinę, a potem rozchyla usta. W zielonych oczach widzę mieszankę smutku i strachu.

– Nie potrafię tego powstrzymać – szepcze.

Ogarnia mnie silna potrzeba, by ją od tego uwolnić. Odsuwam kołdrę, wchodzę do łóżka i pozwalam jej wtulić się we mnie.

– Proszę, pomóż mi.

– Ciii – mruczę, głaszcząc wilgotne włosy i przyciągam Arię bliżej siebie. Jej drobne ciało przywiera do mojego tak mocno, jakby starała się ze mną zespolić. – Nie powinienem był cię zostawiać.

W odpowiedzi przesuwa dłonie na moją pierś i wtula twarz w szyję. Wydaje się taka krucha. W ogóle nie przypomina Arii, którą znam. Może w końcu ją złamałem. Wiedziałem już wcześniej, jaki ze mnie potwór, a uśmiech, który zakrada mi się na usta, jedynie to potwierdza. Nie jestem wart złamanego centa, a już z pewnością nie jestem wart kobiety spoczywającej w moich ramionach.

„Nie złamałeś jej. Kogoś takiego jak Aria nie da się złamać”, szepcze głos w mojej głowie, przez co w końcu przegrywam walkę z uśmiechem. Mogę jedynie go ukryć, całując jej włosy i gładząc nagie plecy.

– Nic ci nie jest, ptaszyno – stwierdzam świadom, że z twarzą przyciśniętą do mojej piersi odczuwa wibracje wywołane tymi słowami. – To tylko adrenalina

. Nie porusza się, ale czuję łaskotanie jej rzęs, gdy otwiera oczy i mruga. Oddech ma gorący, paznokciami lekko drapie moją skórę, nie zadaje jednak pytania, które ma na końcu języka: „Skąd wiesz?”. Ręce nadal jej drżą, kiedy jeszcze bardziej próbuje wtulić się w moje ciało.

Zanim zaczynam opowiadać swoją historię, sięgam po kołdrę i przykrywam Arię.

Tak… Nie wszyscy ludzie mają zadatki na zabójców, ale zdarza się, że najbardziej niewinne osoby dopuszczają się morderstwa. Żaden ze mnie świętoszek, ale pamiętam czasy, gdy nie byłem tak bezdusznym i brutalnym mężczyzną, jakim jestem dzisiaj.

– Pierwszy człowiek, którego zabiłem, pracował jako barman i miał na imię Dave – mówię cicho, nie przestając gładzić jej pleców. Jeszcze raz całuję pachnące włosy i patrzę na srebrne światło tańczące na podłodze. Poznaję, że Aria słucha, po drganiu jej rzęs. – Miałem wtedy szesnaście lat – wyznaję, wracając wspomnieniami do tamtej nocy. – Ojciec w ogóle nie radził sobie ze zbliżającą się nieuchronnie śmiercią matki. Był tchórzem, teraz to wiem, jednak stawić czoła śmierci kogoś, kogo kochasz… Cóż, nie mogę winić go za brak odwagi, ale mogę za to, że pociągnął mnie za sobą.

– Co się stało z twoją matką? – pyta szeptem Aria. Oddech ma regularny. Przestała dygotać, teraz już tylko lekko drży. – Miała raka. Męczyła się dwa lata, zanim ją wykończył. – Serce ściska mi się na to wspomnienie, a mimo to ciągnę opowieść… Tę, która budzi we mnie złość, a nie tę, z którą nie mam siły się zmierzyć. – Ojciec nie był w stanie patrzeć, jak mama podupada na zdrowiu. Zaczął pić. Nadużywał alkoholu do tego stopnia, że w końcu zmienił się w kogoś innego. Przysięgam, przy niej był dobrym człowiekiem, ale świadomość, że ją straci, kompletnie go zmieniła. – Zniżam głos, odsuwając na bok emocje, które pojawiają się wraz ze wspomnieniami. Zamykam je głęboko w sercu, tam gdzie ich miejsce. – Pewnej nocy wpakował się w kłopoty. Z mamą było już wtedy bardzo źle.

Gdy przypominam sobie, jak leżała na pożyczonym szpitalnym łóżku, które sprowadziliśmy, żeby łatwiej nam było się nią opiekować, głos mi się łamie, ale Aria chyba tego nie zauważa.

– Ojciec nie pokazywał się w domu od prawie dwunastu godzin, a ja wiedziałem, że mama długo już nie pociągnie. On też o tym wiedział. Musiał wiedzieć. Ja i moi bracia byliśmy tylko dzieciakami, ale nawet my mieliśmy świadomość, że mama umiera.

– Odeszła, gdy go szukałem.

Uścisk Arii słabnie. Przesuwa paznokciami po mojej piersi i unosi głowę, by na mnie popatrzeć. Nie odwzajemniam jej spojrzenia.

Nadal słyszę, jak kamienie chrzęszczą mi pod butami. Wciąż czuję na stopach wilgoć z kałuż, w które wdeptuję, mocząc buty, gdy przemierzam ulice w poszukiwaniu ojca.

– Miał kilka ulubionych barów.

Byłem młody, ale barmani już mnie znali.

Aria nie przestaje na mnie patrzeć. Czuję się obnażony pod jej wzrokiem.

„Przez nią jestem słaby”, myślę ze smutkiem.

– Znalazłem go w łazience, ciężko pobitego. Powiedział, że to robota barmana i jego kolesi. Zapomniałem już, jak się tłumaczył, ale w pewnym momencie zaczął szlochać i wyznał, że nie może się ruszyć. Płakał, a to było coś, czego nigdy wcześniej nie robił. Zawsze zapijał ból. Pobili go, a potem przykuli do grzejnika, żeby móc potem pobić go znowu. I znowu. A moja matka na niego czekała.

Aria pociąga nosem i szepcze wyrazy współczucia.

– Ojciec był kiepskim mężem i słabym człowiekiem. Ale to, co mu zrobili…

Nie potrafię wyjaśnić, jak wielki gniew wzbudziło we mnie tamto wydarzenie. Kiedy myślałem, że w ciągu jednej nocy stracę oboje rodziców, tylko on sprawiał, że się nie załamałem.