58,00 zł
Poślubić wroga. Ocalić poddanych. Zapomnieć o swoim sercu… Poruszające zakończenie dylogii dark romantasy doskonałej dla fanówBezsilnej,Cieni między namiorazKrwi i popiołu Nowo mianowana pryma Mancella desperacko stara się utrzymać pokój, chociaż wszystko rozpada się na jej oczach: kraj, rodzina i ona sama. Rodzące się uczucie do Silvera napełnia jej serce nadzieją – aż do chwili, gdy w Domenie Klifów pojawia się prym Reltas, żądając ręki Mance. By uniknąć wojny, która zniszczy jej domenę, pryma będzie musiała przyjąć oświadczyny Reltasa. Nawet jeśli zrani to Silvera i ją samą. Mance nie jest jednak na to gotowa. Aby uniknąć małżeństwa z rozsądku, musi szukać sojuszników wśród innych władców i nauczyć się kontrolować swoje nowe moce. Porażka może doprowadzić do katastrofalnej wojny, a ofiar będzie więcej niż tylko dwa złamane serca.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 337
Rok wydania: 2026
The Beasts We Raise
Copyright © 2026 by D. L. Taylor
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Ewelina Grychtoł
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Ilustracje na okładce: © Colin Verdi
Projekt okładki: Meg Sayre
Adaptacja okładki: Kinga Kosmalska
Zdjęcie autorki: © Brian Craig
Redakcja: Julia Zając
Korekta: Julia Żmudka, Beata Buko
ISBN: 978-83-68542-73-8
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2026
Mojemu mężowi, Jordanowi, ponieważ akceptuje
tak wiele różnych części mnie
Mance
Mimo upływu miesięcy wciąż nie przywykłam do uczucia, które przepełnia mnie, gdy wchodzę do lochów, witana przez mój własny, zwielokrotniony echem wrzask dobiegający z mrocznej czeluści. To jak podmuch zimnego wiatru tuż za progiem domu, ale zamiast mroźnego powietrza uderza we mnie fala lodowatego przerażenia. Moje kończyny sztywnieją. Moje pokryte bliznami dłonie zaczynają się trząść. Coś, co trochę przypomina poczucie winy, a dużo bardziej strach, ścina się we mnie dokładnie w miejscu, które zajmowała ta wrzeszcząca dziewczyna, zanim magia martwego człowieka pozwoliła mi ją z siebie wyrzucić.
Dość powiedzieć, że nie przychodzę tu zbyt często.
Nawet dzisiaj z trudem zmusiłam się, żeby przekroczyć próg. Przeraźliwość jej wrzasku sprawia, że ramiona pokrywa mi gęsia skórka. Jestem bliska, by odwrócić się na pięcie i wyjść znów na ciepły, cichy korytarz. Tak łatwo byłoby po prostu zatrzasnąć drzwi.
Szelest gniecionego papieru pomaga mi się otrząsnąć. Patrzę na list, który właśnie zmięłam w dłoni. Przypominam sobie, dlaczego tu jestem, przypominam sobie, że muszę się dowiedzieć, co znaczą te pogniecione słowa.
I czy naprawdę mają moc, by mnie związać.
Dlatego wciskam ręce do kieszeni, opuszczam głowę i zaczynam schodzić na dno wydrążonej w ścianie klifu studni. W miarę jak zbliżam się do podstawy drewnianych schodów, straszliwe wrzaski robią się coraz głośniejsze. Towarzyszy im chór niskich pomruków, gniewnych warknięć i zgrzytania pazurów na kamieniu.
Ale kiedy pokonuję ostatni stopień, stuknięcie mojego obcasa o kamienną posadzkę rozbrzmiewa głośno jak trzask bicza i cała kakofonia nagle milknie.
Zastygam w bezruchu jak mysz dostrzeżona przez jastrzębia, a mój żołądek zaciska się w ciasny węzeł. Moje własne zwierzęta, te mniej groźne, wiją się i drżą wewnątrz mnie, próbując wcisnąć się głębiej w trzewia, by uniknąć wykrycia.
Jakaś naiwna część mojego umysłu ma nadzieję, że ona po prostu da mi spokój.
Metalowe kraty brzęczą, kiedy uderza w nie jej ciało. Krzyk, który brzmi jak mój, rozlega się z nową werwą. Zamiast wyć w nieartykułowanej furii, teraz wrzeszcząca dziewczyna zasypuje mnie obelgami, nawet wulgaryzmami. Wszystkie okrutnie zaprojektowała tak, żeby zranić mnie jak najboleśniej. Ponieważ mnie zna. Była kiedyś częścią mnie i posiada druzgocąco intymną wiedzę o moich traumach, ukrywanych przed wszystkimi innymi. Z głębi tych cieni, które uparcie omijam wzrokiem, zadaje precyzyjne ciosy; słowami szarpie brzegi ran na mojej duszy, by patrzeć, jak krwawię. Jej drapieżniki krążą wokół niej, wyjąc dla podkreślenia jej przekleństw.
Ruszam biegiem, zasłaniając uszy.
Ponieważ to nie z jej powodu tu dzisiaj przyszłam i nie muszę jej słuchać. Nie muszę tego znosić.
Krzyki cichną w oddali, a moje buty dudnią na surowej kamiennej posadzce, aż słyszę tylko ich rytmiczne uderzenia i mój własny, chrapliwy oddech. Wreszcie, tuż przed miejscem, gdzie korytarz między celami ostro skręca w lewo, zginam się wpół, dysząc.
Muszę wziąć się w garść. Nie podołam temu, co mam dziś zrobić, jeśli do tego stopnia nie będę nad sobą panować.
Krzywiąc się, z trudem rozluźniam zaciśnięte pięści. Prostuję się, ściągam ramiona do tyłu i unoszę podbródek. Zmuszam się, by przywołać na twarz wyraz spokoju. Utrzymuję go, dopóki mój oddech nie zwolni, a zwierzęta wewnątrz mnie nie zaczną skomleć, poddając się.
Wreszcie ruszam przed siebie wolnym, swobodnym krokiem. Skręcam za róg, czując na skórze chłód podziemi, i staję przed jedynym pozostałym tu więźniem. Jego widok sprawia, że żołądek mi się ściska, choć z zupełnie innych powodów.
Mój ojciec.
Siedzi z łokciami opartymi na stole i palcami złączonymi na wysokości ust, jakby na mnie czekał. Przez chwilę tylko się sobie przyglądamy. Schudł i ma worki pod oczami, ale wciąż utrzymuje sztywną, wojskową postawę, jakby siedział na tronie, a nie gnił w więzieniu.
Zrobiłam, co mogłam, żeby jego cela była jak najwygodniejsza, choć wiem, że nie docenia mojego wysiłku. Kazałam tu przytaszczyć porządne łóżko, stół i tapicerowane krzesło. Nawet dywan.
Ale teraz, przyglądając mu się, dostrzegam w jego twarzy wyłącznie pogardę.
Nie wiem, co on widzi, kiedy na mnie patrzy. Mam nadzieję, że spokój, który próbowałam przywołać, a nie strach wyzierający z moich oczu.
– Witaj, Mancello – mówi wreszcie, opuszczając ręce. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność? Nieczęsto zdarza się, by skromny więzień został zaszczycony wizytą swojej prymy. – Ostatnie słowo wypluwa z pogardą. Miesiące, które spędził w tej celi, zieją między nami jak przepaść.
Kiedyś to on był prymem. Gdyby to zależało od niego, wciąż by nim był. Ale ja odebrałam mu magię i władzę, po czym przejęłam tron. Od tamtej pory kisi się w tej celi.
Mogłam zamiast tego go zabić. Właściwie – przez jedną przerażającą chwilę – byłam gotowa to zrobić.
Nie. To ona była gotowa to zrobić.
I dlatego siedzi teraz w celi.
Powstrzymuję grymas i przesuwam palcem po krawędzi koperty. Ojciec przenosi na nią wzrok i marszczy brwi. Odzywam się głośno, by zmusić go, żeby z powrotem spojrzał mi w oczy.
– No cóż – mówię z odwagą, której tak naprawdę nie czuję. – Nie jesteś zbyt dobry w robieniu notatek, przez co w moim zrozumieniu naszych relacji z innymi krainami zostało kilka luk. Co oznacza, że byłam zmuszona zejść tutaj i poprosić, byś pomógł mi wyjaśnić pewną kwestię. A konkretnie, co Domena Lasu…
Mój ojciec parska pozbawionym wesołości śmiechem. Jego dźwięk przerywa mi, odbijając się wokół nas echem jak szyderczy chór.
– Chcesz, żebym ci pomógł? Po tym wszystkim, co mi zrobiłaś?
Zimny ciężar zagnieżdża mi się w piersi, a moja fasada spokoju pęka. Po tym wszystkim, co ja zrobiłam jemu?
Jakby on nigdy niczego nie zrobił mnie. Nigdy nie zamknął mnie w pokoju z kolejnym dzikim zwierzęciem, odmawiając wypuszczenia, póki nie będzie martwe. Nigdy nie zmusił mnie, żebym użyła tychże zwierząt do zabijania.
Jakby to nie on był osobą, która nie pozostawiła mi innego wyboru, niż wziąć sprawy w swoje ręce.
Irytacja gwałtownie podchodzi mi do gardła, a moje zwierzęta poruszają się niespokojnie. Nie wiem, czego się po nim spodziewałam. W ogóle nie powinnam była tu przychodzić.
Odwracam się, by odejść, choć panika szarpie mnie za gardło, a list pali w kieszeni, ale on zatrzymuje mnie jednym słowem.
– Poczekaj.
„Nie okazuj słabości”, mówię sobie w duchu. „Nie pozwól, żeby odgadł, jak wiele to dla ciebie znaczy”.
Mrużę oczy i rzucam mu przez ramię niechętne spojrzenie. Ojciec uważnie je analizuje, dokładnie tak, jak się obawiałam, a ja zaciskam zęby, żeby nimi nie szczękać.
– Proponuję, żebyśmy dobili targu – mówi w końcu. – Jest pewna księga, do której chciałbym zajrzeć. Odpowiem na twoje pytania, jeśli każesz ją tu przynieść.
Powoli się odwracam, zaglądając mu w twarz równie badawczo, jak on przed chwilą zaglądał w moją.
– Co masz na myśli, mówiąc „księga”? – pytam. – Jaka księga?
– Spis ludności. Powiedzmy… Tom trzydziesty szósty.
Dreszcz strachu przebiega mi po kręgosłupie. Nie dlatego, że wiem, do czego potrzebuje tej księgi, ale właśnie dlatego, że nie wiem. Nie mam bladego pojęcia.
Co mógłby zrobić ze spisem obywateli naszej krainy? I to nieaktualnym. Tom trzydziesty szósty powstawał kilka pokoleń temu. Wątpię, by którakolwiek ze spisanych w nim osób jeszcze żyła.
– Dlaczego?
– Nie mam tu zbyt wielu rozrywek.
– Spis ludności nie jest szczególnie porywającą lekturą. To tylko statystyki. I dlaczego akurat ten tom?
– Możesz wybrać inny, jeśli wolisz. Dowolny, jaki ci się spodoba.
To tylko pogłębia moje zdezorientowanie.
– Ale dlaczego akurat Spis ludności?
– Co takiego jest w tym liście, że uczyniło cię na tyle zdesperowaną, by przyjść tu pierwszy raz od miesięcy? – odpowiada pytaniem.
Przygryzam policzek, żeby nic mi się nie wymsknęło, a on uśmiecha się nieżyczliwie.
– Pokazuję tylko, że pełna transparentność nie jest elementem tej transakcji.
Klnę w duchu, bo wiem, że tak naprawdę ojciec pokazuje coś więcej. Daje mi do zrozumienia, że widzi mój niepokój. Wie, że nie mam tak dobrej pozycji negocjacyjnej, jak próbuję udawać.
– Wybiorę inny tom – mówię mu. – I każę go najpierw sprawdzić pod kątem ukrytych wiadomości.
Ojciec obojętnie macha ręką.
– W porządku.
– W porządku – powtarzam powoli.
Nie podoba mi się, że nie rozumiem motywów jego działania. Ale trafnie odgadł, że jestem zdesperowana, i jeśli już to widzi, to odtąd negocjacje będą szły tylko gorzej. Ściskam róg koperty, aż drętwieją mi palce, i podejmuję decyzję.
– Zakładając, że kontrola nic nie znajdzie… każę ją dostarczyć do końca dnia. Ale najpierw musisz odpowiedzieć na moje pytania. Teraz. Szczerze i wyczerpująco.
Ojciec odchyla się na krześle, usatysfakcjonowany.
– Umowa stoi – mówi. – Pytaj śmiało.
Znów się waham, zaniepokojona tym, jak bardzo zadowolony z siebie się wydaje i jak szybko się zgodził. Ale potem przed oczami przemyka mi twarz Silvera i się wzdrygam. To wystarczy, to nawet więcej, niż trzeba, bym odepchnęła od siebie obawy. Z powrotem podchodzę do celi ojca, staję dokładnie naprzeciwko niego.
– Domena Lasu… – zaczynam ponownie.
Nasza wspólna historia z Domeną Lasu jest bolesna. Kiedy byłam dzieckiem, mój dziadek uznał, że jej mieszkańcy robią się zbyt silni, że za bardzo zbliżają się do naszych granic, i wypowiedział im wojnę. Ostatecznie ta wojna kosztowała go życie, w wyniku czego prymem został mój ojciec. Zamiast jednak potraktować zmianę przywództwa jako okazję do zawarcia pokoju, podwoił on wysiłki wojenne, wcielając do armii prawie każdego zdolnego do walki obywatela. Większość z nich oddała w boju życie, a ich dzieci posłano do Akademii, by tam wychować je na kolejne pokolenie żołnierzy. Domena Lasu się poddała, ale obie krainy wciąż mierzą się ze skutkami tamtej wojny, choć minęła już ponad dekada.
Nie przyszłam tu jednak, by kwestionować tamte decyzje, więc pomijam je milczeniem.
– Czego zażądałeś, kiedy negocjowałeś warunki kapitulacji? – pytam zamiast tego.
Marszczy brwi, zaskoczony.
– Niewiele. Zaprzestania działań wojennych i corocznej daniny.
– To wszystko?
– Tak. Dlaczego cię to interesuje?
Ignoruję jego pytanie, pilnując, żeby mój wyraz twarzy niczego nie zdradził.
– I jakie były nasze relacje z Domeną Lasu od tamtej pory?
Wzrusza ramionami.
– Minimalne. Zgodnie z umową wysyłają daninę, a ja w zamian daję im spokój.
– Ale w takim razie dlaczego mieliby… – Urywam, uświadamiając sobie, co prawie mu zdradziłam.
Unosi brew, a jego spojrzenie znów pada na list. Wpycham kopertę do kieszeni i odchrząkuję.
– Jesteś pewien, że nie ma żadnych innych warunków? – pytam. – Żadnych innych obietnic złożonych przez dowolną ze stron, o których powinnam wiedzieć? Ani wtedy, ani w żadnym innym momencie twoich rządów?
W jego oczach błyska rozbawienie.
– Nie, żadnych. Czy istnieje jakiś powód, czemu o to pytasz?
Znów ignoruję jego pytanie i powoli wypuszczam powietrze, mniej ostrożna w zdradzaniu moich emocji, skoro mam już informację, której potrzebowałam.
– No dobrze – mówię. – Dziękuję. Bardzo mi pomogłeś. Tak jak obiecałam, wkrótce każę przynieść tu księgę.
Nie mówiąc nic więcej, odwracam się i ruszam na powrót w stronę schodów. Czuję zbyt wielką ulgę, żeby chociaż się pożegnać. Wyczuwam jego wzrok na plecach aż do chwili, kiedy skręcam za róg, ale łatwo mi go teraz ignorować, gdy mój umysł jest zajęty analizowaniem implikacji tego, co mi powiedział, ścieżek otwartych przez jego słowa.
To niestety oznacza, że jestem zbyt zamyślona, by przygotować się na spotkanie z moją drugą więźniarką. Była cicho, a ja straciłam czujność. Na sekundę zapomniałam, że tam jest.
Kiedy przechodzę koło jej celi, rzuca się na mnie. Uderza ramieniem w kraty tak mocno, że magiczna bariera rozbłyskuje, oświetlając jej wściekłą twarz na jedną przerażającą chwilę, zanim udaje mi się pokonać zaskoczenie i odwrócić wzrok, gdy cofam się chwiejnie. Serce kołacze mi w piersi, a moje zwierzęta szaleją.
Nigdy nie przywyknę do tego, jak wyglądają moje rysy, gdy są zniekształcone nienawiścią. Do tego, jak mogą płonąć moje oczy.
– Jesteś potworem! – wrzeszczy mi w twarz wypędzona część mojej duszy. – Chodzisz sobie tam na górze, na słoneczku, i udajesz, że jesteś idealna, że jesteś dobra. Ale nie możesz unikać mnie wiecznie. Znajdę sposób, by wydostać się z tej celi, a kiedy to zrobię, pokażę wszystkim, kim naprawdę jesteś. Pokażę…
– Nie możesz po prostu się uciszyć, Furio? – warczę, okręcając się. Wciąż jestem zawstydzona, że dałam się zaskoczyć.
To nie gniew barwi mój ton. Nie odczuwam już tej emocji.
Ale, nieoczekiwanie, wycięcie z siebie otchłani gniewu uczyniło mnie bardziej skłonną do łagodniejszego uczucia – irytacji. Bardziej podatną na utratę cierpliwości.
Jak można się było spodziewać, dziewczyna nie spełnia mojej prośby. Wścieka się jeszcze bardziej, jej wrzaski stają się niemal niezrozumiałe, a jej drapieżniki krążą po celi, zgrzytając zębami. Besztam się w duchu za to, że w ogóle zareagowałam. Ze skórą wciąż mrowiącą od panicznego pełzania moich stworzeń obracam się i biegiem pokonuję resztę drogi. Wypadam na korytarz, zatrzaskuję za sobą drzwi i rygluję je, odcinając wszelkie dźwięki. Dopiero wtedy się zatrzymuję, żałując, że emocji nie da się odciąć równie łatwo.
Znów ciężko dyszę, a krew pulsuje mi w uszach. Ale przynajmniej na korytarzu panuje cisza.
Do czasu, gdy…
– Hej – rozlega się niedaleko mnie. – Wszystko w porządku?
Gwałtownie wciągam powietrze; moja głowa się podrywa, a palce gorączkowo sprawdzają, czy drzwi za mną są dobrze zamknięte. Czy straszliwa tajemnica, którą ukrywam przed światem, jest bezpiecznie uwięziona po drugiej stronie.
Postrzępione włosy Silvera jak zawsze opadają mu na twarz. Przygląda mi się z troską w swoich bursztynowych oczach. Oddycham z ulgą, choć jednocześnie poczucie winy oplata mi się wokół żołądka, a zaraz za nim podąża obawa, że chłopak mógł usłyszeć część wrzasków Furii, dowiedzieć się o istnieniu tej części mnie, którą za wszelką cenę chcę utrzymać przed nim w sekrecie. Nie tylko przed nim… Przed wszystkimi. Ale kiedy wyraz jego twarzy się nie zmienia, tracę wolę walki. Zataczam się do przodu, niemal oszołomiona jej utratą.
Silver w jednej chwili jest przy mnie i przygarnia mnie do swojej bezpiecznej, twardej piersi. Opieram się o niego, wdychając znajomy zapach dymu sosnowego i wtulając twarz w zagłębienie jego szyi, z podbródkiem opartym na jego obojczyku. Przebiega palcami wzdłuż mojego kręgosłupa, a napięte mięśnie rozpuszczają się pod jego dotykiem w miękką galaretę.
Zamykam oczy i przyciskam się jeszcze mocniej, chcąc odpędzić od siebie mrok lochów. Chcąc całkowicie zatracić się w jego objęciach.
– Wszystko w porządku – zapewniam go, być może zbyt entuzjastycznie. – Naprawdę w porządku. Po prostu musiałam porozmawiać o czymś z ojcem i trochę… mną to wstrząsnęło.
Jego ramiona napinają się i zaciskają wokół mnie.
– Po co w ogóle miałabyś z nim rozmawiać?
Stosunki Silvera z moim ojcem są prawie tak trudne, jak moje. Oboje jego rodzice zostali zaciągnięci do wojska i zginęli w ciągu zaledwie kilku tygodni, a jego samego umieszczono na wychowanie w bezlitosnym miejscu, jakim jest Akademia. Po jakimś czasie uciekł i od tamtej pory żył na ulicy. Och, i kilka miesięcy temu wziął udział w spisku mającym na celu zamordowanie mojego ojca z zimną krwią, choć ostatecznie się z tego wycofał. Krótko mówiąc, Silver nie jest największym fanem byłego pryma.
Nagle uświadamiam sobie, że minęło już całkiem sporo czasu, odkąd zadał mi pytanie, a ja wciąż nie wiem, co odpowiedzieć. Próbowałam nie zdradzić mu istnienia Furii, ale absolutnie nie chcę też, żeby wiedział, o czym rozmawiałam z ojcem. Nie, póki nie wymyślę, co zrobić z majaczącą przede mną złowrogo decyzją.
Decyzją, która odbije się na nim tak samo, jak na mnie.
List ciąży mi w kieszeni i zalewa mnie kolejna fala poczucia winy, kiedy patrzę w kochające, niczego niepodejrzewające oczy Silvera.
– Po prostu… polityka – mówię wymijająco.
Przekrzywia głowę.
– Wiesz, że możesz mi powiedzieć – zachęca. – Skoro to na tyle istotne, że musiałaś z nim o tym porozmawiać, to na pewno coś naprawdę dużego. Jeśli mogę pomóc, to chcę to zrobić.
– Wiem, po prostu… – Rozciągam usta w bolesnym uśmiechu. – Przepraszam, ale w tym momencie nie mam na to czasu. Muszę zwołać radę. W niezwykle pilnej sprawie. Jak tylko będę mieć chwilę, to wszystko ci opowiem, dobrze?
Silver powoli kiwa głową, choć widzę, że wciąż patrzy na mnie uważnie, próbując odgadnąć, czego nie chcę mu powiedzieć.
Wobec tego wspinam się na palce i przyciskam usta do jego ust, chcąc go upewnić, że przynajmniej między nami wszystko gra, bez względu na okoliczności. To miał być tylko szybki całus, ale on zaskakuje mnie, pogłębiając go; jedną ręką obejmuje tył mojej głowy, a drugą otacza mnie w talii, aż praktycznie stapiamy się w jedno. Jego pocałunek jest tak niespieszny i leniwy, że uginają się pode mną kolana. Że chcę zostać.
– Wkrótce? – upewnia się ochryple. – Obiecujesz?
– Wkrótce – odpowiadam, z zaskoczeniem odkrywając, że mój głos jest zaledwie zdyszanym szeptem. Odchrząkuję, zakłopotana. – Obiecuję.
Silver uśmiecha się na widok mojej nieśmiałości, w jego policzkach pokazują się dołeczki.
– No dobrze.
Kiedy mnie puszcza i cofa się o krok, ledwo udaje mi się powstrzymać, by nie wpaść znów w jego ramiona i pocałować go jeszcze raz. Ale przy zmianie pozycji koperta się obróciła, a jej róg wbija mi się teraz w udo, prostuję się więc gwałtownie, a waga sytuacji, w której się znalazłam, na powrót wdziera się z hukiem na pierwszy plan mojej świadomości.
Z sercem w gardle pospiesznie żegnam się z Silverem i pędzę do sali obrad, wiedząc, że kiedy stamtąd wyjdę, mogę spodziewać się od niego wielu pytań.
Mam nadzieję, że do tego czasu będę miała odpowiedzi.
Wbiegam po schodach na szczyt zachodniej wieży, przeskakując co drugi stopień. Otwieram parę podwójnych drzwi, odsłaniając prostą, zwieńczoną kopułą komnatę, w której nie ma nic prócz dużego stołu na środku i kręgu identycznych krzeseł. Oddycham z ulgą, widząc, że pomieszczenie jest puste. W pośpiechu zamykam drzwi na klucz i zaciągam zasłony, tak że jedynym źródłem światła pozostaje słaby pomarańczowy blask płynący ze zwisającego z sufitu żyrandola.
Nie spodziewam się nikogo innego.
Mój ojciec miał doradców, oczywiście, ale kiedy zostałam prymą, wszystkich ich odwołałam. Nie są godni zaufania. Logicznie rzecz biorąc, albo pochwalali postępowanie mojego ojca, w którym to wypadku nie chcę ich rady, albo byli zbyt słabi, żeby mu się sprzeciwić, co oznacza, że nie są mi do niczego potrzebni. Wiem, że w końcu będę musiała zebrać własną radę, ale znalezienie odpowiednich ludzi jest trudne. To trochę zajmie.
W międzyczasie muszę radzić sobie z tym wszystkim sama.
Wracam myślami do Furii i tego, co powiedziała. Że udaję. Było w tym trochę racji. Mam więcej tajemnic, niż bym chciała. Włączając w to fakt, że ona nie jest jedyną częścią mnie, którą potrafię oddzielić od reszty.
Ona była pierwsza i najgłośniejsza. Nazwałam ją Furią, bo to właśnie uosabia. Jest najgorszą częścią mnie. Wściekłą. Nienawistną. Nie miałam innego wyboru, niż ją zamknąć; to był jedyny sposób, by upewnić się, że nikogo nie skrzywdzi. Jedyny sposób, by uniknąć tych samych pułapek, w które wpadł Alect, mój kuzyn, od którego przejęłam tę moc w chwili jego śmierci. Pozwolił najgorszym częściom siebie chodzić wolno, a one robiły straszne rzeczy. Rzeczy, do jakich jako kompletna osoba nigdy by się nie posunął. Ostatecznie to go zabiło.
Nie zamierzam popełniać tych samych błędów.
Ale są też inne części mnie – ujawniły się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, kiedy zaczęłam oswajać się z tą nową mocą. Części, których chcę wysłuchać, bo mają wartościowe spostrzeżenia i przemyślenia mogące pomóc mi w moim aktualnym dylemacie.
I czasem łatwiej jest mi się zmierzyć z problemem, gdy mogę się rozdzielić i przedyskutować go na głos.
Dlatego staję u szczytu stołu, spoglądam lekko w lewo i rozszczepiam się.
Jest to… nieprzyjemne. Jakby każda cząsteczka mnie rozrywała się na pół. Jakby coś ważnego było wyrywane z mojej duszy i zostawiało bolesną ranę.
Ale sekundę później obok mnie pojawia się dziewczyna o łagodnym uśmiechu, wyglądającym jak mój własny.
Nazywam ją Sercem, bo tym właśnie się kieruje. Jest moją dobrocią, moją wiarą w ludzi. Tą częścią mnie, która zawsze dostrzega w innych to, co najlepsze. Ma moją twarz i moje ciało, ale inny strój – powłóczystą suknię zamiast nogawic i tuniki. W chwili wezwania jej włosy spięte są w koński ogon, tak samo jak moje, ale od razu rozpuszcza je i potrząsa głową, by rozsypały się w luźne fale. Potem przytula mnie, a ja daję sobie chwilę, by skupić się na tym uczuciu i nacieszyć się jej wsparciem.
Kiedy wreszcie wysuwam się z jej objęć, Serce zajmuje miejsce przy stole, a ja szykuję się na przywołanie kolejnej. Znów to uczucie rozdzierania, poczucie straty. I po mojej prawej stronie pojawia się Gracja.
Gracja jest ucieleśnieniem moich umiejętności dyplomatycznych. Jest najbardziej opanowaną częścią mnie, tą, która robi najlepsze wrażenie. Jej sięgająca ziemi suknia jest idealnie dopasowana i szykowna. Szybko zamienia mój koński ogon w finezyjne upięcie. Roztacza aurę władzy i godności. Samo patrzenie na nią sprawia, że czuję się silniejsza.
Dwukrotne przyzwanie zostawia mnie mocno okrojoną. Skóra mnie mrowi, jakbym właśnie zerwała strup pokrywający całe ciało.
Mimo to rozszczepiam się po raz kolejny, aż moja ostatnia forma, Strategia, zjawia się przy stole.
Jest praktyczną stroną mnie. Moją planistką. Tą, która zawsze potrafi ustalić, co trzeba zrobić, i wcielić plan w życie, zanim reszta zacznie w ogóle próbować. Tak jak ja ma na sobie spodnie, ale z mnóstwem kieszeni, w których nosi przydatne rzeczy. Sprawnymi, zdecydowanymi ruchami zwija swój kucyk w ciasny, praktyczny kok. Jej usta są zaciśnięte, oczy skupione na mnie.
To cała nasza czwórka. Wspólnie zdecydowałyśmy, że zatrzymamy się na tej liczbie. W ten sposób, w przeciwieństwie do Alecta, nie rozdzielę się na plastry tak cienkie, że niemal już pozbawione człowieczeństwa. Będę mądrzejsza.
– No dobrze – mówię, próbując się skupić. Trudno mi jasno myśleć, kiedy one wszystkie są na zewnątrz. Czuję się trochę jak obraz, z którego wytarto kolor, zostawiając tylko kontury i niewyraźne smugi. Ale to wystarcza, bym była w stanie funkcjonować. – Skoro wiemy, że nie jesteśmy związane żadnym paktem zawartym przez mojego ojca… jak na to odpowiemy?
Wyjmuję list z kieszeni i rzucam go na stół, gdzie ląduje z cichym szelestem, kontrastującym z ciężarem jego treści. Wszystkie patrzymy na niego ponuro.
Nie muszę im mówić, co jest tam napisane. Dzielimy wspomnienia aż do momentu rozdzielenia. Dokładnie wiedzą, skąd pochodzi list i co zawiera.
A mianowicie – informację, że prym Domeny Lasu nie żyje.
Że jego następca, którego nigdy nie poznałam, przybędzie pod koniec tego tygodnia z wizytą dyplomatyczną.
I jeszcze jedną rzecz.
Że prosi mnie o najwyższy dowód oddania naszemu przymierzu, jaki mogę dać jako pryma.
A konkretnie… o moją rękę.
Silver
– Mance coś przede mną ukrywa – mówię do Vie, wciskając się pod występ skalny.
– Hmm – odpowiada obojętnie. – Brzmi całkiem, jakby cały ten wasz związek był skazany na porażkę. Najlepiej by było, gdybyś po prostu z tym skończył i uciekł, póki możesz.
Marszczę brwi, zirytowany.
– Nie uważam, żeby tak było. Po prostu zastanawiam się, o co chodzi. A poza tym, tak dla twojej wiadomości, przyjaciele zazwyczaj okazują sobie w takich sytuacjach współczucie.
– Nie powinieneś był zawracać mi tym głowy tuż przed walką – odparowuje Vie, omijając stalagmit. – To nie jest mój najbardziej empatyczny moment.
– To ty w ogóle masz jakieś empatyczne momenty?
– Raz w miesiącu, mniej więcej przez pięć minut.
– Ach.
Kamienne tunele, którymi idziemy, opadają stromo w dół, a wraz z nimi spada temperatura. Jesteśmy już prawie w sercu góry, gdzie kwitną nielegalne zakłady.
– Tak właściwie to nie przyszedłem tutaj dla ciebie.
Vie prycha, jakby mi nie wierzyła.
– To po co tu jesteś? Chcesz na mnie postawić?
– Nie. Szukam uciekiniera.
Jej twarz chmurnieje. Kiedy się odzywa, jej ton nie jest już żartobliwy.
– Ach, no tak – parska drwiąco. – Zapomniałam, że jesteś teraz fagasem Akademii.
Krzywię się, słysząc to określenie.
Ale Vie nie całkiem się myli.
Po tym, jak Mance przejęła władzę i na nowo spisała panujące w naszej krainie prawa, przede mną, Dachowcem i Vie otworzyła się możliwość powrócenia do naszych pierwotnych zawodów. Dachowiec naprawdę to zrobił. Wrócił do roli piekarza tak łatwo, jakby nigdy z niej nie wyszedł. W pewnym sensie tak właśnie było – stał się piekarzem na wygnaniu, ale przez cały czas pozostał piekarzem.
Vie natomiast nie miała ochoty zatrudniać się w jedynym sklepie mięsnym w mieście, jako że jego właściciele byli konkurencją dla jej rodziców, kiedy ci jeszcze żyli. A przynajmniej ona tak twierdzi, ale ja myślę, że tak naprawdę nie czuje się już komfortowo w tamtej roli. Vie była rzeźniczką, ale teraz jest już kimś innym i nie sądzę, żeby wiedziała, jak do tego wrócić. Albo chciała wracać. Dlatego wciąż staje do walk na arenie, choć Dachowiec i ja błagamy ją, żeby z tym skończyła.
A ja? Kiedyś robiłem świece, potem byłem złodziejem, a teraz żadne z tych zajęć nie wydaje się już do mnie pasować.
Daję słowo, że próbowałem zostać świecarzem. Na początku. Ale kiedy padałem do łóżka po długim dniu, ze stwardniałym woskiem pod paznokciami i tuzinem różnych zapachów przyklejonych do skóry, czułem się niespokojny i nieistotny. Dlatego gdy Petrice, była kapitanka Mance, dokończyła reformę Akademii i zwróciła się do mnie o pomoc w odnalezieniu zbiegów, nie zastanawiałem się dwa razy. Uznałem, że to idealne połączenie umiejętności, które nabyłem na Peryferiach, z moją świeżo podjętą misją, by „czynić dobro”.
Tylko że powoli kończą nam się uciekinierzy do odnalezienia, a ja wciąż nie mam pojęcia, co dalej. Do czego jeszcze mógłbym się nadawać.
Potrząsam głową, odganiając te myśli. Nic z tego nie ma w tym momencie znaczenia. Dostałem cynk, że ktoś na ringu podaje się za uciekiniera z Akademii, co oznacza, że przynajmniej dzisiaj mam co robić. O jutrze pomyślę jutro.
Vie i ja docieramy do końca surowo wyciosanego w skale korytarza. Vie pochyla się i wystukuje umówiony rytm na ciężkich drewnianych drzwiach. Te otwierają się, a hałas i jaskrawe światło na moment mnie dezorientują.
Sala pęka w szwach. Pieniądze płyną szerokim strumieniem. Zawodnicy walczą zaciekle. Krew pryska na kamienie przy wtórze ochrypłych okrzyków, a wzdłuż ścian płonie tyle pochodni, że czuję się, jakbym wszedł w ognisko.
Przepychamy się łokciami do promotora, żeby Vie mogła się odmeldować, a potem znajdujemy kawałek miejsca przy ścianie, tak blisko pochodni, że zaczynam się pocić. Po drodze Vie warczy na kilka osób. Uświadamiam sobie, że stara się wyglądać niebezpiecznie, żeby zachęcić ludzi do stawiania na nią.
– To mój dzisiejszy przeciwnik – mówi z przesadnie groźną miną. – Widzisz go?
Podążam za jej wzrokiem i dostrzegam co najmniej pięć lat starszego od niej masywnego faceta o twarzy mopsa. Zauważa, że na niego patrzymy, i spluwa na ziemię.
– Próbuje mnie zastraszyć – warczy Vie. – Pomożesz mi zastraszyć go bardziej?
– Jasne – odpowiadam. – Czego ode mnie…
Vie wymierza cios, a ja instynktownie łapię jej nadlatującą pięść. Dziewczyna marszczy brwi.
– Miałeś pozwolić mi się uderzyć.
– Mam dać się strzelić po pysku, żebyś wyglądała groźnie przed kimś, kim i tak prawdopodobnie zaraz wytrzesz podłogę?
– Jeśli nie masz nic przeciwko.
Odpycham jej pięść.
– Powiedz mi coś więcej o tym kolesiu, którego szukam, a ja przynajmniej postaram się odegrać to przekonująco.
– No dobrze – odpowiada przez zaciśnięte zęby. – Kto to taki?
– Mówią na niego Taran.
Vie syczy gniewnie, ale tym razem nie wydaje się, żeby udawała.
– Nie waż się wypowiadać przy mnie tego imienia – cedzi.
Nie mogę się powstrzymać. Wybucham śmiechem.
– Pokonał cię, co?
– Oszukiwał.
– W jaki sposób?
– W taki, że… miał za dobry prawy sierpowy.
Uśmiecham się kpiąco.
– Co możesz mi o nim powiedzieć?
– Niewiele. Nie wiadomo, skąd się wziął. Nikt wcześniej o nim nie słyszał, a potem nagle się zjawił i wspiął się na szczyt rankingów w ciągu kilku dni. Jest dobrym zawodnikiem, to na pewno, ale jest w nim coś… dziwnego.
– Interesujące – mówię, rozważając w duchu to, czego właśnie się dowiedziałem. – Jest tu dzisiaj?
– Masz szczęście – warczy Vie. – Właśnie wszedł.
Obracam się w stronę wejścia i widzę wyłaniającego się z tunelu chłopaka o twarzy na pół skrytej w cieniu. Jest wysoki i chudy, ale w jakiś sposób nie wygląda przy tym niezgrabnie. Może to dlatego, że wszystkie mięśnie w jego ciele są napięte, jakby przy najlżejszej prowokacji miał wybuchnąć. Ma postrzępione czarne włosy sięgające ramion i grymas dwa razy groźniejszy niż Vie. Ale to jego oczy zwracają moją uwagę. Są jasnozielone, prawie żółte, jak łuski mamby. Jak poświata magii na horyzoncie. A sposób, w jaki omiata nimi salę, sprawia, że przypominają ostrza tnące każdego na swojej drodze pogardliwym ciosem.
– Wydaje się miły – mówię.
Vie uderza mnie w twarz.
***
Kiedy Vie wchodzi na ring, podkradam trochę lodu przeznaczonego dla zawodników i przykładam go sobie do policzka. Daje mi to namiastkę ulgi, zarówno od bólu, jak i od nieznośnego gorąca pochodni.
Tak jak się spodziewałem, Vie z łatwością pokonuje swojego przeciwnika. Jest duży, ale powolny – i to pod wieloma względami. Po kilku ciosach we wrażliwe miejsca, na których osłonienie zabrakło mu szybkości i sprytu, osuwa się do jej stóp przy wtórze entuzjastycznych wiwatów tłumu. Gdy szydercze gwizdy wreszcie cichną, a przegrany podnosi się, patrząc na zwyciężczynię spode łba, jaskinia wypełnia się brzękiem monet. Vie opuszcza ring z triumfalnym uśmiechem.
A potem przychodzi kolej na Tarana.
Prostuję się z zainteresowaniem, gdy wchodzi do wyrysowanego na ziemi okręgu. Tłum szaleje na jego widok.
Ale on nie zwraca na niego uwagi. Zamiast tego krąży po ringu, jakby tylko czekał, aż ktoś do niego dołączy, i miał kompletnie gdzieś, kto to będzie. Wreszcie ze zbiorowiska wychodzi piegowaty rudzielec z blizną na nosie i zaciśniętymi ponuro ustami, a Taran skupia na nim uwagę w taki sposób, że aż opuszczam rękę z lodem z policzka, żeby nie przegapić nic z tego, co się zaraz stanie.
Ledwo wybrzmiał dzwonek, a Taran już rzuca się na przeciwnika, chwyta go jedną ręką, drugą wymierzając cios w brzuch. Spodziewam się, że po tym uderzeniu odskoczy, ale tak się nie dzieje. Zamiast tego zasypuje rudzielca gradem brutalnie wyglądających ciosów, nie przerywając nawet po to, by zaczerpnąć tchu. Całkiem jakby pierwsze uderzenie wyzwoliło w nim agresję, której nie jest już w stanie zatrzymać. Jego przypominające wężowe łuski oczy płoną niepokojąco, jak u porzuconego przez właścicieli, zdziczałego psa. Pod naporem ciosów jego przeciwnik zgina się wpół i osuwa bezwładnie na ziemię. Ale Taran nie przestaje bić i kopać z tym zimnym, płonącym w oczach gniewem.
Dzwonek rozbrzmiewa ponownie, sygnalizując koniec walki, ale Taran udaje, że go nie słyszy. Z całej siły wbija stopę w brzuch rudzielca, sprawiając, że ten krztusi się krwią. Promotor musi fizycznie odciągnąć go od pokonanego.
Sądząc po reakcji tłumu, jestem jedynym, którego to mierzi. Reszta tupie i pobrzękuje monetami w zachwycie, podczas gdy rudzielec wymiotuje przed nimi na ziemię.
Zerkam na Vie, gdy ta opiera się o ścianę obok mnie.
– Czy kiedy walczył z tobą, był taki sam? – pytam przez ściśnięte gardło.
Dziewczyna kiwa głową.
– Złamał mi nogę.
Syczę przez zęby, chwytam ją za ramię i obracam tak, by stanęła twarzą do mnie.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – dopytuję ściszonym głosem.
– Bo nie potrzebuję niańki – odpowiada chłodno, wyrywając mi się. – A tak w ogóle to Taran właśnie wychodzi, więc jeśli chcesz go złapać, lepiej się pospiesz.
Przez moment walczę sam ze sobą. Chcę zostać, chcę ją przekonać, żeby na zawsze porzuciła przemoc.
Ale wygląda na to, że nie jest w nastroju do słuchania. Równie dobrze mogę pójść za tym, komu mam realną szansę pomóc.
– Porozmawiamy o tym później – mówię do Vie.
– Jasne – odpowiada.
Ignoruję jej lekceważący ton i przepycham się przez tłum, lawirując między spoconymi gapiami i trzymając się z dala od wyrysowanych kredą ringów. Zajmuje mi to tyle czasu, że kiedy wreszcie docieram do chłodnego tunelu, Tarana nie ma nigdzie w zasięgu wzroku. Przebiegam korytarz i wpadam do karczmy, ale tam też go nie widzę. Wyskakuję na ulicę i na szczęście udaje mi się dostrzec, jak znika za rogiem na jej końcu.
Z ulgą przyspieszam kroku, by go dogonić, ale zauważam, że dokądkolwiek zmierza, nie idzie najprostszą drogą. Dobrze znam te ulice, a Taran zdaje się po prostu błądzić bez celu. W pewnym momencie całkowicie tracę go z oczu. Orientuję się, że znalazłem się w ślepym zaułku. Kiedy się odwracam, żeby się wycofać, ktoś niespodziewanie przygważdża mnie do ściany. Żółtozielone oczy płoną, a ramię wbija się w moje gardło.
– Dlaczego mnie śledzisz? – pyta Taran. W jego głosie słychać chrypkę, jakby nadwyrężył struny głosowe, choć przecież są to pierwsze słowa, jakie wypowiedział tego wieczoru.
– Chcę po prostu porozmawiać – mówię.
Taran mruży oczy.
– O czym?
– Możesz zdjąć mi rękę z gardła, żebym dał radę odpowiedzieć?
– Sądząc po tym, że właśnie mówisz, to nie będzie konieczne – stwierdza, nie odsuwając ręki ani o milimetr. – Jak się nazywasz?
– Silver – odpowiadam.
Ku mojemu zaskoczeniu od razu mnie puszcza, cofa się o kilka kroków i mierzy mnie uważnym spojrzeniem.
– Silver – powtarza. – Wyobrażałem sobie, że będziesz wyższy.
Nie spodziewałem się, że o mnie słyszał, ale chyba nie powinienem się dziwić. Moja relacja z Mance i mój udział w wydarzeniach prowadzących do wyniesienia jej na prymę nie są szczególnie ścisłą tajemnicą, więc od pewnego czasu krąży o mnie więcej plotek, niż jestem przyzwyczajony. W większości składają się z błędnych domysłów, ale jest w nich też ziarno prawdy. Podsumowując, nie sposób przewidzieć, co ten gość o mnie słyszał.
– A ja wyobrażałem sobie, że jesteś mniej… – Urywam, a on unosi brew. – Nieważne.
Taran krzyżuje ramiona na piersi.
– No cóż, wreszcie się pojawiłeś. Najwyższa pora.
Podnoszę na niego wzrok.
– Spodziewałeś się mnie? – Zazwyczaj ta rozmowa wygląda zupełnie inaczej. Muszę pokonać opór i odbębnić całą gadkę. Opowiedzieć o nowym programie nauczania, lepszym jedzeniu, braku wystających ze ścian odłamków szkła i kamieni przykutych do kostek. Ale najwyraźniej Taran nie potrzebuje przekonywania. – No to świetnie. Chcesz wziąć swoje rzeczy czy coś? Mógłbym od razu zaprowadzić cię do Akademii…
Taran gwałtownie skręca głową w bok, raz.
– Nie – mówi. – Nie idę do Akademii.
Mierzę go wzrokiem i zauważam napięcie w jego postawie oraz zaciśnięte usta. Hmm. Teraz rozumiem, o co mu chodzi.
On nie czekał, aż po niego przyjdę, tylko spodziewał się, że prędzej czy później będzie musiał walczyć ze mną o swoją wolność. Biorąc pod uwagę, co widziałem na ringu, nie mam ochoty sprawdzać, jak daleko jest skłonny się posunąć.
Unoszę ręce w geście rezygnacji.
– W porządku – mówię z lekką goryczą. – Nikt nie będzie cię ciągnął na siłę. Teraz to wszystko jest dobrowolne. Chciałem tylko, żebyś wiedział, że masz inne opcje. Ale jeśli wolisz spędzić resztę życia na biciu się z obcymi ludźmi, aż zestarzejesz się na tyle, że twoje ciało nie będzie w stanie tego dłużej znosić… cóż, twoja wola.
To też zazwyczaj wygląda inaczej. Zwykle jestem dużo bardziej wyrozumiały, dużo bardziej przekonujący. Ale rozmowa z Vie wciąż siedzi mi w głowie i uświadamiam sobie, że mówię bardziej do niej niż do niego.
Wciskam ręce do kieszeni i już mam odejść, ale Taran robi krok w bok, blokując mi drogę.
– Poczekaj – rzuca.
Spinam się, niezbyt zachwycony, że znalazłem się blisko ramion, które przed chwilą tak brutalnie powaliły tamtego chłopaka.
– W czymś jeszcze mogę ci pomóc? – pytam.
– Masz rację – odpowiada, zaskakując mnie. – Nie chcę spędzić reszty życia w tych jaskiniach. Chcę o wiele więcej. Po prostu nie w Akademii.
Marszczę brwi, cofam się i patrzę na niego ostrożnie.
– W takim razie… czego chcesz? – zadaję pytanie. – I co ja mam z tym wspólnego?
– Chcę, żebyś załatwił mi pracę.
Znów jestem zaskoczony, ale też trochę zaintrygowany. Przechylam głowę.
– Obawiam się, że… nie mogę zaoferować ci pracy – mówię, wciąż nie rozumiejąc, gdzie w tym wszystkim moja rola.
– Zaczynałeś jako służący na zamku, prawda? – nalega. – Załatw mi tę robotę.
Kręcę głową.
– To nie do końca tak wyglądało. Poza tym już tam nie pracuję.
Taran krzywi się, jakbym testował jego cierpliwość, nie zgadzając się od razu.
– Słyszałem, że jesteś blisko prymy – naciska. – Chcesz mi powiedzieć, że nie byłbyś w stanie pociągnąć za sznurki? Załatwić mi jakiejś podrzędnej roboty w kuchni albo w stajniach? Mogę robić pranie, jeśli będzie trzeba.
Nie podoba mi się sposób, w jaki powiedział „blisko prymy”, jakbym był z nią tylko dla wpływów. Ale kiedy otwieram usta, żeby ponownie odmówić, przez jego twarz przemyka coś na kształt desperacji, choć błyskawicznie to ukrywa.
A ja nagle zaczynam go rozumieć i mięknę.
Jest taki sam jak Vie, kiedy dopiero zaczynała walczyć – gotowy na wszystko, byle tylko zarobić na przetrwanie. Nawet jeśli miałoby to oznaczać krzywdzenie innych albo bycie krzywdzonym. Ale nie jest jeszcze jak dzisiejsza Vie, która nie chce opuścić ringu nawet wtedy, gdy pojawiły się inne możliwości. Patrzę teraz na niego, na skulone ramiona i czujność w oczach, i zastanawiam się, czy jego zachowanie na ringu nie było tylko odgrywaniem roli, tak jak u Vie. Czy desperacja widoczna w jego spojrzeniu nie bierze się z poczucia, że znalazł się w potrzasku.
To uczucie potrafię zrozumieć.
Zaciskam usta, zastanawiając się.
Nie będziemy z tym facetem najlepszymi przyjaciółmi, to na pewno. Skrzywdził moją przyjaciółkę i prowadzi tę rozmowę tak, jakby nigdy w życiu nie zdarzyło mu się powiedzieć „proszę”. To sprawia, że cały się jeżę.
Ale chciałem dzisiaj komuś pomóc. A jeśli ci, którym naprawdę chcę udzielić pomocy, odmawiają jej przyjęcia, to…
Powoli wypuszczam powietrze.
– Wiesz co – mówię. – Zobaczę, co da się zrobić.
Serce
Zazwyczaj nie wychodzę sama. To ryzykowne, kiedy rozdzielamy się z Mance i każda idzie w inną stronę, bo ktoś mógłby zobaczyć ją w więcej niż jednym miejscu naraz i zacząć się zastanawiać. Ale ostatnia noc tak nas wykończyła, że tego ranka jesteśmy gotowe podjąć drastyczne kroki.
Chociaż dyskutowałyśmy tak długo, aż świece w żyrandolu wypaliły się i zgasły, wciąż nie udało nam się uzgodnić, co zrobimy w sprawie oświadczyn. Czasami rozdzielenie się powoduje, że proces decyzyjny staje się bardziej zbalansowany, ponieważ wszystkie nasze głosy zyskują równą wagę. Ale czasem, tak jak teraz, sprawia tylko, że nasze opinie się polaryzują. Główna oś tego konkretnego konfliktu przebiegała między mną a Strategią. Rozsądek i emocje. Głowa i Serce.
Ponieważ Strategia nie zgodziła się na definitywne odrzucenie oświadczyn. Dowodziła, że polityczne małżeństwo od początku było nam pisane i że pod względem strategicznym to byłoby świetne posunięcie. Że dopiero umacniamy nasze panowanie i nie chcemy utrzymywać tak ogromnej armii jak nasz ojciec, więc musimy szukać innych metod podtrzymywania sojuszy niż tylko obietnica wsparcia militarnego. Małżeństwo jest jedną z oczywistych opcji. Mówiła, że chce przynajmniej wstrzymać się z decyzją, dopóki nie wysłuchamy, co ma do powiedzenia prym Domeny Lasu, i wszystkiego porządnie nie rozważymy.
Ale tu nie ma czego rozważać.
Nie, kiedy wreszcie naprawdę mamy szansę być z Silverem. Nie, kiedy kolana uginają się pod nami na widok dołeczków w jego policzkach, palce u stóp wyginają się od jego pocałunków, a jego nieustające wsparcie pozwoliło nam przetrwać ostatnie miesiące.
Nie, kiedy złamałoby mu to serce.
I nam też.
Kłóciłyśmy się godzinami, Strategia spokojna i wyważona, ja błagalna i zapłakana. Gracja próbowała między nami mediować, ale bezskutecznie. Wreszcie Mance się poddała i wezwała nas z powrotem do siebie, tylko po to, by kłótnia szalała dalej w jej umyśle.
Nie spała. A rano wyczerpana wysłała całą naszą trójkę, byśmy zajęły się wypełnianiem jej obowiązków, aby ona mogła trochę odpocząć z pustym umysłem.
Moim zadaniem ma być pomoc w zorganizowanym przez Strategię wielkim sprzątaniu Peryferii i bardzo się z tego cieszę. To ważna dla mnie sprawa i prawdopodobnie jedna z niewielu rzeczy, które mogłyby teraz zająć moje myśli.
Oddycham, starając się uspokoić, i rozglądam się dookoła. Tkwiące w ziemi odłamki szkła odbijają promienie słońca i nie mogę powstrzymać myśli, że nawet one mają w sobie coś pięknego. Nie dlatego, że błyszczą, ale dlatego, że są ludzie, którym udało się tu przetrwać. Którzy potrafili kochać i śmiać się pośród tragedii i zniszczenia.
Zwłaszcza dzisiaj ból, który czuję na ten widok, przeplata się z cichą radością, bo istnienie tego pustkowia zainspirowało całą społeczność do zjednoczenia się i podjęcia wspólnego wysiłku. Na skrawku ziemi, będącym kiedyś skazą na obliczu naszego królestwa zamieszkaną przez kryjących się w cieniu wyrzutków, dziś dokonuje się dzieło odkupienia.
