Bestia w chmurach. Śmiertelnie niebezpieczna wyprawa braci Rooseveltów w poszukiwaniu legendarnej pandy wielkiej - Nathalia Holt - ebook

Bestia w chmurach. Śmiertelnie niebezpieczna wyprawa braci Rooseveltów w poszukiwaniu legendarnej pandy wielkiej ebook

Nathalia Holt

0,0
59,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Lata dwudzieste XX wieku były dekadą odkryć. Grupy naukowców, poszukiwaczy przygód i myśliwych wyruszały w dzikie ostępy, by uzupełniać kolekcje muzealne. Odnosili sukcesy: każdy duży ssak żyjący na Ziemi został już pozyskany, a jego ciało wypreparowane i wystawione w gablocie - z wyjątkiem jednego.

Ted i Kermit Rooseveltowie tak bardzo pragnęli zdobyć to zwierzę, że nie byli w stanie rozmawiać o nim spokojnie nawet między sobą, a co dopiero z kimkolwiek innym. Twierdzili, że niektóre marzenia, wypowiedziane na głos, brzmią zbyt szalenie. Obiekt ich pożądania nie przypominał żadnego innego gatunku na świecie. Był to czarno-biały niedźwiedź, tak rzadki, że wielu ludzi w ogóle nie wierzyło w jego istnienie. To legendarne stworzenie nazywano pandą wielką. Na temat tajemniczego zwierzęcia krążyły jedynie pogłoski. Nikt - nawet przyrodnicy, którzy całe życie spędzili w Chinach - nie potrafił powiedzieć z całą pewnością, gdzie żyje, czym się odżywia ani jak się zachowuje. Nawet spośród mieszkańców Republiki Chińskiej, zajmującej około 7,7 procent powierzchni lądów Ziemi, niewielu kiedykolwiek widziało to zwierzę na własne oczy. By je opisać, używano dziesiątek nazw, pochodzących z różnych dialektów - "cętkowany niedźwiedź", "wielki kotoniedźwiedź", "biały niedźwiedź" czy "bambusowy niedźwiedź" - jednak nikt nie miał pewności, czy wszystkie te określenia odnosiły się do tego samego gatunku.

W 1928 roku dwaj najstarsi synowie prezydenta Theodore'a Roosevelta wraz z niewielkim zespołem naukowców i przyrodników wyruszyli w niebezpieczną podróż.

Uczestnicy wyprawy zostali wystawieni na próbę wytrzymałości fizycznej i psychicznej - zmagali się z chorobą wysokościową, potężnymi burzami śnieżnymi, atakami lokalnych bandytów, problemami ze zdrowiem i brakiem żywności. Dokonali tego, czego nie udało się osiągnąć przez lata wcześniejszych poszukiwań: przedstawili światu zachodniemu pandę wielką. Przy okazji udokumentowali krajobraz, który bezpowrotnie znikał, i przyczynili się do nadejścia nowej ery w takich dziedzinach jak biologia i ochrona przyrody.

Wiele gatunków ptaków, które bracia zebrali podczas wyprawy, nie występuje już dziś w chińskich i tybetańskich ostępach. Żurawiom indyjskim grozi wyginięcie, osuszanie terenów podmokłych zdziesiątkowało ich niegdyś rozległe siedliska. Barwne dzioborożce, które Rooseveltowie podziwiali na szlaku, również w większości zniknęły. Gatunki te są krytycznie zagrożone, a ich populacje tak nieliczne, że naukowcy obawiają się, że mogą wyginąć bezpowrotnie.

Od dnia, w którym bracia upolowali pandę w bambusowym lesie, ich życie zaczęło się rozpadać. Cień padł na nich w momencie, gdy obaj niemal równocześnie pociągnęli za spust. Następne lata przyniosły akty odkupienia i chwile radości, lecz Tybet i Chiny zmieniły Teda i Kermita na zawsze - nie mogli już powrócić do dawnego świata. Widząc negatywne skutki swojej popularności, zaangażowali się w ochronę przyrody. Ich działania pomogły zreformować podejście muzeów zoologicznych, które z instytucji głównie łowieckich stały się ośrodkami chroniącymi zagrożone gatunki.

W książce Bestia w chmurach Nathalia Holt ożywia te wydarzenia, tworząc porywającą, opartą na faktach opowieść o ambicji, walce o przetrwanie i niezłomnym duchu rodu Rooseveltów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 362

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Nathalia Holt

Bestia w chmurach

Śmiertelnie niebezpieczna wyprawa braci Rooseveltów w poszukiwaniu legendarnej pandy wielkiej

Przekład: Tomasz Lanczewski

Tytuł oryginału: The Beast in the Clouds: The Roosevelts Brothers’ Deadly Quest to Find the Mythical Giant Panda

Tłumaczenie z języka angielskiego: Tomasz Lanczewski

Adiustacja i korekta: Artur Figarski

Projekt składu i skład: Artur Figarski

Projekt okładki: na podstawie wydania oryginalnego, licencja od Simon & Schuster

Wykonanie mapy na stronie 8: Graham Snow @mapograham

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz wydawca dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz wydawca nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Redaktor prowadzący: Jacek Włodarczyk Book Marketing Research Sp. z o.o.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: wydawnictwosploty.pl

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

wydawnictwosploty.pl/user/opinie/beschm_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Wydanie I, 2026

ISBN 978-83-289-3548-8

Copyright © 2025 by Nathalia Holt

Originally published by One Signal Publishers/Atria Books, an Imprint of Simon & Schuster, LLC

Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Dla Larkin

Nie ma słów, które potrafiłyby oddać ukrytego ducha dzikiej przyrody, odsłonić jej tajemnicę, melancholię i urok.

– Theodore Roosevelt, African Game Trails, 1910

Prolog. Ostatni wielki ssak

Dwaj bracia wygładzili mapę rozłożoną przed nimi na stole. Ziemie, które badali, zaznaczone były odcieniami zieleni, brązu i szarości. Przez mapę, niczym tygrysie pasy, biegły nieregularne białe plamy. Każda z nich oznaczała nieznane – fragment mapy wciąż niezbadany i nieopisany. Jedną z nich przecinała wijąca, kropkowana linia rzeki, opisana drobnym drukiem jako nieznana. Był rok 1928, a świat wciąż przypominał szachownicę cudów – kontynenty nie zostały jeszcze dokładnie poznane.

Ted i Kermit Rooseveltowie, dwaj najstarsi synowie byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Theodore’a Roosevelta, planowali kolejną wyprawę. Choć korzystali z map sporządzonych przez kartografów z różnych stron świata, w tym także z Chin, niezbadane obszary wciąż się na nich pojawiały. Ogromny kontynent azjatycki, usiany białymi plamami, przemawiał do nich szczególnie mocno.

Świat był pełen odkrywców – wszyscy pochylali się nad podobnymi mapami, jakie mieli Rooseveltowie. Panowało wśród nich upajające, optymistyczne przekonanie, że wszystko jest jeszcze możliwe. Nikt nie miał pewności, która góra na Ziemi jest najwyższa ani który rów oceaniczny jest najgłębszy. Każda wyprawa niosła ze sobą szansę, że jej uczestnicy zapiszą się w historii jako sławni na cały świat odkrywcy.

Ted i Kermit Rooseveltowie, 1926 r., dzięki uprzejmości Biblioteki Kongresu.

Lata dwudzieste XX wieku były dekadą odkryć. Grupy naukowców, poszukiwaczy przygód i myśliwych wyruszały w dzikie ostępy, by uzupełniać kolekcje muzealne. Odnosili sukcesy: każdy duży ssak na Ziemi został już pozyskany, a jego ciało wypreparowane i wystawione w gablocie – z wyjątkiem jednego.

Rooseveltowie pragnęli tego jednego zwierzęcia tak intensywnie, że z trudem byli w stanie rozmawiać o nim nawet między sobą, a co dopiero z kimkolwiek innym. „Nie zdradziliśmy naszego celu nawet najbliższym przyjaciołom” – pisał Ted. Niektóre marzenia, wypowiedziane na głos, brzmią zbyt szalenie. Zwierzę, którego pożądali bracia Rooseveltowie, nie przypominało żadnego innego gatunku na świecie. Był to czarno-biały niedźwiedź, tak rzadki, że wielu ludzi w ogóle nie wierzyło w jego istnienie. To legendarne stworzenie nazywano pandą wielką. Wokół tajemniczego zwierzęcia krążyły jedynie pogłoski. Nikt – nawet przyrodnicy, którzy całe życie spędzili w Chinach – nie potrafił powiedzieć z całą pewnością, gdzie żyje, czym się odżywia ani jak się zachowuje.

Brunatne, czarne i polarne niedźwiedzie nigdy nie budziły wśród ludzi wątpliwości. Nawet niedźwiedzie polarne, choć żyjące w odległych rejonach Arktyki, były dobrze znane i od tysięcy lat trzymane w ogrodach zoologicznych. Już w 285 roku p.n.e. król Egiptu Ptolemeusz II posiadał takiego niedźwiedzia w swoim zoo w Aleksandrii. W 1252 roku niedźwiedź polarny był częścią rozległej menażerii zwierząt prezentowanej w londyńskiej Tower.

Tego samego nie można było jednak powiedzieć o pandzie. Nawet wśród mieszkańców Republiki Chińskiej, rozciągającej się na około 7,7 procent powierzchni lądów Ziemi, niewielu kiedykolwiek widziało to zwierzę na własne oczy. Do opisu istoty, która być może była pandą, używano dziesiątek nazw. W różnych dialektach nazywano ją „cętkowanym niedźwiedziem”, „wielkim kotoniedźwiedziem”, „białym niedźwiedziem” czy „bambusowym niedźwiedziem” – choć nikt nie miał pewności, czy wszystkie te określenia odnosiły się do jednego i tego samego gatunku. Prawdopodobne wzmianki o pandzie wielkiej pojawiały się w literaturze chińskiej już w III wieku, lecz miały charakter mityczny: opisywano w nich żółto-czarne stworzenia, które pożerały miedź i żelazo. „Choć istnieją interesujące opowieści sugerujące, że jeden czy drugi cesarz Chin wiedział wszystko o pandach” – pisał jeden z autorów – „pozostaje do rozwiązania jedna wielka zagadka: dlaczego zatem w całej ilustrowanej historii przyrody cesarskich Chin nie ma ani jednego wizerunku tego ujmującego zwierzęcia?”

Dla ludzi Zachodu jedynym dowodem istnienia pandy była jej skóra. W 1869 roku francuski misjonarz Armand David, przebywający w odległych górach w pobliżu Chengdu, zatrudnił grupę myśliwych i wysłał ich w dzicz, prosząc, by przynieśli interesujące okazy. Jeden z nich wrócił z martwym ciałem dziwnego zwierzęcia – niewielkiego, jakby młodego osobnika, o niezwykłej czarno-białej sierści, jakiego nigdy wcześniej nie widziano. David dokładnie obejrzał zwierzę, po czym je wyprawił i wysłał tę unikalną skórę aż do Paryża, by mogli ją zbadać eksperci.

Nadał temu osobliwemu stworzeniu naukową nazwę Ursus melanoleucus – czyli „czarno-biały niedźwiedź”. Nazwa ta jednak się nie przyjęła. W odkryciu Davida niewiele było bowiem naukowej rzetelności. Skóra, choć kontrastowa i zupełnie inna niż wszystkie okazy posiadane przez paryskie muzeum, nie wystarczała, by uczeni uwierzyli w istnienie tego osobliwego nowego gatunku. Skóra bez szkieletu mogła być dosłownie wszystkim. Z pewnością nie zamierzano nadawać nazwy nowemu gatunkowi na podstawie reliktu, który – jak sądzono – zaledwie garstka chińskich myśliwych widziała kiedykolwiek żywego. Pozostawał jedynie mglisty opis czarno-białego niedźwiedzia i niewielki fragment futra przechowywany w muzealnych magazynach.

Do tej pory bezimienne, nieuchwytne zwierzę zaczęto nazywać pandą, choć i ta nazwa pozostaje zagadkowa. Pojawiła się około 1870 roku i przypuszczalnie ma francuskie pochodzenie, choć teza ta bywa kwestionowana. Niektórzy badacze wywodzą ją z nepalskich słów określających pandkę rudą – nigalya ponya. Choć biologicznie niepowiązana z pandą wielką, pandka ruda była dobrze znana w Azji Południowo-Wschodniej i została opisana przez Europejczyków już w 1825 roku.

Dziewiętnastowieczna ilustracja pandy wielkiej autorstwa Alphonse’a Milne-Edwardsa.

W 1916 roku grupa niemieckich odkrywców podróżowała po Chinach i Tybecie. Ich celem był legendarny czarno-biały niedźwiedź, lecz bez względu na to, jak intensywnie go poszukiwali, nie potrafili znaleźć żadnych śladów jego istnienia. W niewielkiej wiosce Lianghoku przywódca wyprawy, niemiecki uczony Walther Stozner, poprosił miejscowych myśliwych, by przynieśli im pandy – żywe lub martwe. Zgodnie z pisemną relacją uczestników ekspedycji myśliwi wrócili z kilkoma martwymi pandami oraz jednym bardzo młodym pandziątkiem. Niemcy próbowali karmić oseska mlekiem, potem papką z mąki, a w końcu sprowadzili nawet kobietę, która miała go karmić piersią. Niestety wszystkie próby ratunku zakończyły się niepowodzeniem. Kilka dni później, w ramionach pierwszego człowieka z Zachodu, który zobaczył żywą pandę, zwierzę padło. Do Europy nie przywieziono jednak żadnych okazów, więc sceptycyzm w kwestii istnienia tego gatunku trwał nadal.

Potem, w 1919 roku, misjonarz Joseph Milner przekazał Amerykańskiemu Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku niezwykły dar. „Panda wielka” – głosiło ogłoszenie w muzealnym czasopiśmie „Natural History” – „ze wschodniego Tybetu, jedno z najrzadszych zwierząt na świecie. […] Wyjątkowa czarno-biała sierść, krótki pysk i osobliwe czarne plamy wokół oczu nadają mu niezwykły wygląd. O zwyczajach tego zwierzęcia nie wiadomo niemal nic”. Sam Milner – w tym przypadku jedynie odgrywający rolę pośrednika – nie potrafił dodać nic więcej na temat eksponatu, lecz nawet sama skóra pandy wystarczyła, by rozpalić wyobraźnię naukowców. Oto był namacalny dowód, że to zwierzę naprawdę istnieje.

Natychmiast zaczęto organizować kolejne wyprawy w poszukiwaniu pandy. Wszyscy wiedzieli, że ten, kto znajdzie ją jako pierwszy, zyska natychmiastową sławę – zarówno w świecie nauki, jak i w prasie – dlatego liczba ekspedycji wyruszających do Chin gwałtownie wzrosła. Jednak nawet najbardziej doświadczeni odkrywcy wracali z niczym. Z biegiem lat narastał cynizm, a wielu zaczęło podejrzewać, że stworzenie to w ogóle nie istnieje – że jest jedynie czarno-białym widmem, nasłanym po to, by zwodzić i dręczyć swoich poszukiwaczy.

Minęło dziesięć lat, a legenda mitycznej pandy wciąż rosła. Dla większości odkrywców udokumentowanie istnienia zwierzęcia wydawało się zadaniem beznadziejnym. Celem nie było już nawet samo upolowanie niedźwiedzia – choć i to byłoby w tamtym czasie przyjęte z ulgą – lecz powrót ze szczegółowym opisem jego siedliska i diety, tak aby można było zaprezentować zwierzę opinii publicznej i ostatecznie dowieść jego istnienia. Ted i Kermit, doświadczeni myśliwi, lecz nowicjusze w dziedzinie nauki, wydawali się wyjątkowo mało prawdopodobnymi kandydatami do wstrząśnięcia światem swoimi odkryciami.

Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej słynęło z wysyłania poszukiwaczy przygód w nieznane. Związki Teda i Kermita z tą instytucją były dość głębokie: ich dziadek był jednym z jej współzałożycieli, a ich sławny ojciec, Theodore Roosevelt, pomógł zapełnić muzealne sale lwami, tygrysami, słoniami i niedźwiedziami. Nawet Kermit miał w tym swój udział. W 1909 roku, jeszcze jako student, towarzyszył ojcu podczas wyprawy do Afryki. Cielę słonia, które wówczas upolował, stanęło w samym centrum Sali Afrykańskich Ssaków, otoczone przez siedem dorosłych osobników, a wszystkie zastygłe w pozie przypominającej moment szarży.

Choć za życia młody słoń ważył blisko sto kilogramów, na tle swojej rodziny wyglądał na niewielkiego. O ile dorosłe słonie, ze swymi masywnymi ciałami, ostrymi ciosami i uniesionymi trąbami, często przerażały odwiedzające muzeum dzieci, o tyle cielę niezmiennie przyciągało tłumy młodych wielbicieli. Niektórzy z nich zaglądali w jego szklane oczy i marzyli, że pewnego dnia sami zostaną odkrywcami lub naukowcami.

Gdy Kermit patrzył na to zwierzę, wracał myślami do tamtej chwili, gdy miał zaledwie dziewiętnaście lat i rozpaczliwie pragnął zdobyć uznanie ojca. Ten tłumaczył mu wówczas, że nie jest to zwykła wyprawa myśliwska, lecz ekspedycja naukowa. „Można mnie potępiać” – argumentował były prezydent – „tylko wtedy, gdy należałoby potępić istnienie Muzeum Narodowego, Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej oraz wszystkich podobnych instytucji zoologicznych”.

Zabijanie zwierząt w imię ochrony przyrody może dziś wydawać się osobliwym, a nawet okrutnym pomysłem, lecz filozofia Roosevelta nie była w owych latach niczym niezwykłym. Ówcześni przyrodnicy celowo zabijali zagrożone gatunki – najlepiej całe rodziny – w imię nauki. Nawet Charles Darwin, ojciec biologii ewolucyjnej, był zapalonym myśliwym i używał swojego arsenału strzelb do pozyskiwania okazów. W 1833 roku w Urugwaju odłowił kilka gatunków jeleni, które w późniejszych latach znalazły się na liście zwierząt zagrożonych wyginięciem.

Dla tych, którzy polowali na zwierzęta znajdujące na krawędzi wymarcia, logika była jasna: jeśli gatunek i tak był skazany na zagładę, nie miało sensu chronić ostatnich żyjących osobników. Natura dokonała już wyboru. Należało więc dowiedzieć się o danym gatunku jak najwięcej. Oznaczało to – niestety – konieczność zabicia zwierzęcia, by móc je zbadać metodami naukowymi. Choć dziś interwencja człowieka pozwala chronić niektóre, choć nie wszystkie, zagrożone gatunki, jest to możliwe tylko dzięki fundamentom położonym przez badaczy minionych stuleci. Bez zrozumienia podstaw biologii danego gatunku nie byłoby narzędzi, by go ocalić.

Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej zgadzało się z tym podejściem, pisząc: „Gdyby jakiś interesujący ssak zniknął z powierzchni Ziemi, zanim można by przygotować i zachować trwały, materialny zapis jego istnienia dla potomnych, muzea rzeczywiście zawiodłyby w wypełnianiu swojego obowiązku”. Nie wspominano jednak o tym, że muzea zapełniają swoje sale i opłacają rachunki nie skomplikowanymi nazwami naukowymi, lecz tłumami ludzi spragnionych widoku dziwnych i egzotycznych zwierząt.

Na początku lat dwudziestych nowojorskie muzeum sfinansowało wyprawy na wszystkie kontynenty, a jego sale wypełniły się niezwykle różnorodnymi okazami. Większość zbiorów pozostawała jednak poza wzrokiem publiczności – około 90 procent muzealnych kolekcji przechowywano w magazynach. Mimo to ekspedycje przynosiły ogromne korzyści nauce, poszerzając wiedzę o bioróżnorodności, ewolucji i ochronie przyrody. Opisy terenowe dostarczały informacji o napotykanych gatunkach, lecz to fizyczne okazy miały największą wartość: stanowiły dowód odkryć i dostarczały podstawowych danych morfologicznych – takich jak krzywizna żuchwy czy długość kręgosłupa – pozwalających śledzić zmiany ewolucyjne. Zbiory te miały stać się fundamentem przyszłej biologii konserwatorskiej.

Choć nazwisko Rooseveltów pojawiało się w nowojorskich salach muzealnych wielokrotnie, ta czcigodna instytucja nie sponsorowała wyprawy Teda i Kermita. Żaden z braci nie udowodnił jeszcze, że jest naukowcem lub odkrywcą. Zamiast tego szansę dało im chicagowskie Muzeum Historii Naturalnej Fielda. Finansowanie ekspedycji zapewnił przedsiębiorca z Illinois, William Vallandigham Kelley. Muzea były uzależnione od hojnych darczyńców – to ich pieniądze fundowały sale i wystawy noszące ich nazwiska, nawet jeśli sami sponsorzy nigdy nie postawili stopy na żadnym szlaku.

Najbogatsi Amerykanie – Rockefellerowie, Carnegie, Astorowie, Whitneyowie i Vanderbiltowie – w latach dwudziestych opływali w bogactwa. Wartość akcji w ciągu dekady wzrosła czterokrotnie, osiągając niespotykane wcześniej poziomy, a rynek zdawał się skazany na nieustanny wzrost. Filantropi chętnie sponsorowali wyprawy, które mogły zakończyć się efektownymi ekspozycjami muzealnymi, gdzie ich nazwiska pojawiały się w prasie i lśniły na mosiężnych tabliczkach.

W epoce pozłacanego wieku Ameryki te wpływowe rody zgromadziły niewyobrażalne fortuny. Najbogatszy człowiek świata, John D. Rockefeller, wart był – w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze – około 400 miliardów dolarów. Podobnie J.P. Morgan dysponował takimi zasobami gotówki, że dwukrotnie wzywano go na pomoc w ratowaniu budżetu rządu federalnego. Dopiero sto lat później, w erze miliarderów technologicznych, Stany Zjednoczone miały ponownie zobaczyć tak ogromne bogactwo skupione w rękach tak nielicznych osób. Nierówności majątkowe dziś znów osiągają szczyt – udział aktywów należących do najbogatszych 0,1 procent społeczeństwa jest identyczny jak w czasach szalonych lat dwudziestych.

„Ani Kermit, ani ja nie możemy pozwolić sobie na sfinansowanie tej wyprawy z własnej kieszeni” – przyznawał Ted, gdy planowali trasę. Majątek braci wcale nie był tak pokaźny, jak powszechnie sądzono. Ich ojciec, Theodore Roosevelt, odziedziczył po swoim ojcu 60 tysięcy dolarów w 1878 roku. Niespełna dekadę później stracił większość fortuny podczas ryzykownej inwestycji w hodowlę bydła na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Gdy zmarł w 1919 roku, jego majątek skupiał się głównie w trzydziestu dwóch hektarach ziemi na Long Island, które stopniowo wyprzedawał, by zdobywać gotówkę. Ziemia i większa część majątku przypadły jego żonie Edith, a pięcioro dzieci podzieliło między siebie fundusz powierniczy w wysokości 60 tysięcy dolarów – dziś wart około 1,5 miliona. Ted i Kermit odziedziczyli po 12 tysięcy dolarów każdy: kwotę ogromną jak na tamte czasy, lecz niewystarczającą, by uczynić ich niezależnymi finansowo. Mieli jednak pewne doświadczenie w organizowaniu wypraw – i to nie tylko u boku ojca o niemal mitycznej renomie.

W 1925 roku Muzeum Fielda sfinansowało wyprawę braci do Azji Środkowej. W czasie gdy Percy Fawcett zaginął w Amazonii, a Roald Amundsen prowadził pierwszą lotniczą ekspedycję nad biegun północny, wędrówki najstarszych synów prezydenta Roosevelta po obecnych Indiach i Pakistanie w poszukiwaniu nieuchwytnej owcy nie przyciągnęły uwagi prasy. Zainteresowali się nimi jednak naukowcy.

Bracia Rooseveltowie nie odnaleźli bowiem zwykłej owcy, lecz legendarny gatunek owcy dzikiej – Ovis poli (znanej też jako Ovis ammon polii, owca pamirska), opisanej przez Marco Polo już w 1256 roku. Po raz pierwszy zwierzę to trafiło do amerykańskiego muzeum. Gdy Muzeum Historii Naturalnej Fielda otrzymało skórę, czaszkę i precyzyjne pomiary owcy dzikiej, naukowcy byli wstrząśnięci. Od tak dawna nikt jej nie widział, że sądzono, iż gatunek wyginął. Szybko jednak zwrócił on uwagę również innych środowisk. Efektowne, spiralnie skręcone rogi – unikalne dla tego gatunku – okazały się wielką pokusą dla myśliwych. Bracia nie mieli pojęcia, że ich działania przyczynią się do niemal całkowitego wytępienia tego zwierzęcia.

Teraz Rooseveltowie ruszali tropem ostatniego dużego ssaka nieznanego nauce. Wierzyli, że jeśli zapuszczą się dalej niż ktokolwiek przed nimi – głęboko w Himalaje – czekać będzie tam na nich ostateczna nagroda. „Azja Środkowa […] to mekka naszych pragnień” – pisał Ted. Podobnie jak w przypadku Ovis poli, nie potrafili jednak wówczas przewidzieć niezamierzonych konsekwencji swojej wyprawy. Jedno było pewne: nikt nie wyjdzie z dziczy taki sam, a jeden z nich nie wróci do domu wcale.

Gdy statek odbił od brzegu i rozpoczął się pierwszy etap podróży, Kermita ogarnęło znajome, ściskające w żołądku uczucie niepokoju. „Traktuję to jako ostrzeżenie” – zapisał – „że wydarzy się coś nieoczekiwanego”.

1. Szczęśliwa dolina

Szlak, który kiedyś wytyczał pradawną drogę przez największy kontynent na Ziemi, zaczynał się na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, po czym prowadził w wilgotne lasy deszczowe Birmy. Biegł wzdłuż rwącej rzeki o brzegach tętniących życiem, a potem wspinał się wysoko na grań tak wąską, że kopyta muła nieuchronnie ślizgały się w pyle, wzbijając go w powietrze tuż nad krawędzią sześciusetmetrowego urwiska.

Nie wszyscy wędrowcy na tym szlaku byli ludźmi. Małe nasiono utknęło w szczelinie drzewa. Jego korzenie oplotły pień, a potem zaczęły rozciągać się przez las, niemal bez końca. Był to figowiec bengalski, a jego system korzeni powietrznych podążał wzdłuż szlaku, jakby i on znał tę drogę.

Szlak prowadził przez Chiny i Tybet. Wilgotne lasy ustępowały rozległym, smaganym wiatrem sawannom – pustym, niegościnnym i odpychającym. Podmuchy wiatru pędzące wzdłuż szlaku zdawały się wołać do wędrowców, by zawrócili, bo niebezpieczeństwo narasta. Nad równinami wyrastały himalajskie szczyty – śnieg, lód i wiatr, stanowiące śmiertelne zagrożenie o każdej porze roku. Nie było namiotu dość mocnego, by wytrzymał górskie nawałnice, ani ognia dość gorącego, by ogrzał dłonie i stopy odkrywców. Zamiast tego zimno oplatało ich coraz mocniej, odbierając przytomność na dachu świata.

W tych ostępach żyły zwierzęta i rosły rośliny, których nikt wcześniej nie opisał. Pojawiały się ptaki wyglądające tak, jakby zostały odlane ze srebra – z każdym piórem ułożonym idealnie na swoim miejscu. W błotnistych sadzawkach pluskały dziwne stworzenia wodne, dłuższe od człowieka. Na drzewach huśtały się małpy z długimi, złotymi kępkami futra i jaskrawoniebieskimi twarzami. Jednak najbardziej zaskakujące zwierzę ze wszystkich kryło się głęboko w sercu tego szlaku – w ukrytym królestwie, do którego bram można było dotrzeć dopiero po wielu miesiącach morderczej wędrówki.

Dziś już nikt żywy nie może przejść drogą Rooseveltów. Szlak, którym szli, został starty z powierzchni ziemi: pokryto go asfaltem, a wiele lasów zniszczono. Ludzie, którzy niegdyś znajdowali schronienie w jego zielonych ścianach, dawno zniknęli – tak jak wiele gatunków, które napotykano po drodze. A jednak w ciszy dzikiej przyrody pozostał ślad ich obecności: szept w ocalonym bambusowym lesie.

DŹWIĘK LASU nocą różni się od spokojnego szumu dnia. Ciemność wyostrza zmysły, sprawiając, że przenikliwe pohukiwanie sowy czy cykanie świerszcza brzmi głośniej. Każde warknięcie z zarośli niesie złowieszczy podtekst. Każdy szelest liści może zachwiać pewnością nawet doświadczonego odkrywcy. Wyprawa dopiero się zaczęła – zaledwie jeden dzień marszu po szlaku – a już grupa po omacku błądziła w ciemnościach. Jeden z naukowców zniknął.

Tai Jack Young spojrzał na ciemniejący szlak i poczuł nagły przypływ strachu. Herbert Stevens, angielski przyrodnik, zszedł ze ścieżki sześć godzin temu – i jeszcze nie wrócił. Chińska dzicz, zwykle kipiąca życiem, nagle ucichła. Nie było wiadomo, gdzie jest Herbert, ani nawet, czy wciąż żyje.

Szli z Birmy do Chin traktem zwanym „tylnymi drzwiami” – nazwanym tak ze względu na odległe, surowe i trudne wejście do Państwa Środka. Nie było strażnika granicznego, który by ich powitał, ani znaku, który oznajmiałby przekroczenie granicy. Szlak po prostu lekko się zwężał. Odkrywcy nawet nie zorientowaliby się, że weszli do Chin, gdyby nie powiedział im o tym Jack.

Tai Jack Young przedstawiał się po prostu jako „Jack”, dla wygody osób anglojęzycznych. Jego nazwisko zostało już wcześniej zmienione – z Yang na Young – przez dziadka, Young Tak Cho, który uważał, że Amerykanom łatwiej je wymówić i że lepiej oddaje prawdziwą chińską wymowę. Jack miał zaledwie dziewiętnaście lat i był uderzająco przystojny: wysoki, z gęstymi włosami, które lubił zaczesywać do tyłu w pompadur. Uwielbiał nosić śnieżnobiałe koszule pod nowoczesnymi, trzyczęściowymi garniturami. Teraz jednak włosy miał potargane, a ubrania brudne.

Zatrudniono go w roli tłumacza i przewodnika wyprawy. Był najmłodszy w grupie, ale pod wieloma względami bardziej doświadczony niż jego pracodawcy. Doskonale znał Chiny – dzięki dzieciństwu spędzonemu w niewielkiej wiosce pod Hongkongiem oraz licznym podróżom z lat chłopięcych. Jego ojciec urodził się w San Francisco, matka w Guangdongu, nadmorskiej prowincji południowych Chin, lecz on sam nie był ani tutejszy, ani tamtejszy. Przyszedł na świat w Konie na Hawajach, terytorium wyspiarskim położonym pomiędzy oboma krajami – niejako odzwierciedlającym jego własną, podwójną tożsamość.

Teraz Jack znajdował się na szlaku i bardzo chciał się wykazać. Podziwiał swobodę poruszania się Kermita Roosevelta w lesie. W Nowym Jorku skusił go prestiż braci i ich słynne nazwisko. Tu, w dziczy, młodszy z Rooseveltów imponował mu czymś innym. Kermit czuł się w swoim żywiole – bardziej sobą, gdy kłusem pokonywał ziemiste ścieżki, niż kiedy spacerował po betonowych chodnikach. Był człowiekiem, który przemierzył świat – od Afryki, przez Amerykę Południową, po Azję – a Jack, ledwie stojący na progu dorosłości, pozostawał pod wrażeniem jego dokonań. Tego, czego jeszcze nie dostrzegał, były słabości Kermita.

Jack poznał Kermita wcześniej tego samego 1928 roku, gdy Nowy Jork huczał od plotek, że dwaj najstarsi synowie byłego prezydenta Theodore’a Roosevelta szykują się do nowej wyprawy. Gdy tylko podróż została oficjalnie ogłoszona, do Teda i Kermita zaczęły napływać listy od ludzi w każdym wieku – nawet od całego zastępu skautów – z prośbami o możliwość dołączenia:

„Mam osiemnaście lat. Zawsze chciałem zobaczyć świat i to jest moja szansa”.

„No dobrze, pułkowniku, to kiedy ruszamy?”

„Chciałbym pojechać z Panem na jedną z wypraw. W gazetach czytałem, że wybiera się Pan na kolejną. […] Mam jedenaście lat i moim głównym zajęciem jest chodzenie do szkoły – straszna sprawa”.

Zamiast zgłaszać się bezpośrednio do synów Roosevelta, Teda i Kermita, Jack zwrócił się do ambasady chińskiej, gdzie pracował dorywczo, i przedstawił sprawę swojemu przełożonemu. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Nowojorskim i nie miał żadnych koneksji, lecz posiadał pewną umiejętność, której wyprawa bardzo potrzebowała. Znał języki i posługiwał się kilkoma chińskimi dialektami – a co więcej, jako dziecko podróżował z ojcem po południowo-zachodnich Chinach. Był młody i nigdy wcześniej nie pełnił roli przewodnika ani naukowca terenowego, ale wiedział, że jeśli ktoś taki jak Rooseveltowie da mu szansę, będzie potrafił się wykazać.

„Był drobnym, przystojnym młodzieńcem” – pisał Ted po podjęciu decyzji o zatrudnieniu Jacka. Natychmiast wysłano go do Muzeum Historii Naturalnej Fielda w Chicago, gdzie miał przejść „intensywny kurs” naukowych technik zbierania okazów. Kurator muzeum podchodził jednak do tego zadania sceptycznie. „Wątpię, by Chińczyka dało się wyszkolić w dwa tygodnie tak, aby był użyteczny dla wyprawy” – telegrafował do Rooseveltów.

Gdy zapadał zmrok, Jack coraz mocniej czuł na sobie ciężar oczekiwań. Grupa znajdowała się na krawędzi paniki. – „Mamy najwyżej godzinę do zmroku” – tłumaczył Kermit swojemu bratu, Jackowi i Suydamowi Cuttingowi, innemu przyrodnikowi biorącemu udział w wyprawie. – „Musimy podzielić się na zespoły poszukiwawcze w miejscu, gdzie Herbert zszedł ze szlaku. Wracamy do obozu przed nocą. Nie możemy ryzykować, że zgubimy kolejnych ludzi w ciemności”. Zgodzili się: Ted i Suydam skręcili w lewo, Kermit i Jack w prawo. Zejście z bezpiecznej, ubitej ścieżki i wkroczenie w soczystą zieleń roślinności było dziwną, niemal lekkomyślną decyzją – ale nie mieli wyboru. Musieli odnaleźć Herberta.

Od lewej: Suydam Cutting, Theodore Roosevelt Jr. i George Cherrie podczas śniadania w trakcie polowania na Ovis poli, 1925 r. Dzięki uprzejmości Muzeum Historii Naturalnej Fielda, CSZ51815.

Jack nie znał Herberta zbyt dobrze – spotkali się ledwie kilka tygodni temu. Herbert Stevens był biologiem związanym wcześniej z Uniwersytetem Cambridge, a obecnie mieszkającym w Indiach. Jako naukowiec stanowił niezbędny element wyprawy: specjalizował się w zoologii i botanice, potrafił rozpoznać szeroką gamę gatunków – od ptaków, przez owady, po drzewa. Jego reputacja w środowisku naukowym była jednak wątpliwa. Królewskie Towarzystwo Geograficzne odrzuciło jego kandydaturę członkowską, wskazując na brak prac terenowych i publikacji. Jack podejrzewał, że prawdziwy powód był inny: Herbert wolał żyć za granicą, zamiast brylować na londyńskich salonach. Podobnie jak dla Jacka, także dla Herberta ta wyprawa stanowiła szansę na to, by udowodnić, że szanowane towarzystwo geograficzne myliło się.

Gdy Kermit wołał imię Herberta, Jack spojrzał w stronę szlaku. Nie potrafił dostrzec jego płaskiego zarysu i przez chwilę ogarnęła go fala paniki. Widmo porażki – zgubienia się podczas wyprawy albo utraty jednego z jej uczestników – nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy. Przecież to Rooseveltowie. Otaczała ich aura niezwyciężoności, która prowadziła całą grupę w głąb tego niebezpiecznego świata. Nawet Jack, jeden z nielicznych, którzy rozumieli, na co się porywają, uległ czarowi braci. Kermit niósł karabin przewieszony przez ramię i ściskał w dłoni kompas. Choć mrok zapadał szybko, robił wszystko, by nie stracić orientacji na mapie.

Wkrótce natknęli się na porośniętą mchem skarpę. Schodząc w dół, Jack czuł, jak jego buty niebezpiecznie ślizgają się po sypkiej ziemi. Drzewa w tej części lasu rosły tak gęsto, że najpierw usłyszeli wodę, zanim ją zobaczyli. Początkowo był to niski, szorstki pomruk, który stopniowo narastał, aż w końcu wypełnił Jackowi uszy, gdy zbliżali się do brzegu.

– „To nie jest rzeka Taping” – krzyknął Kermit, zagłuszając huk wody. – „To musi być jakiś dopływ”. Jack nie był tego pewien – strumień wydawał się wystarczająco szeroki, by nazwać go rzeką – ale skinął potakująco głową. Woda obmywała brzegi i wirowała wokół kamienistego dna. Drzewa wzdłuż tego odcinka lasu przerzedzały się, a otwarte niebo nad wodą działało jak lejek, wciągający ostatnie resztki dziennego światła. Kermit i Jack gorączkowo przeczesywali wzrokiem powierzchnię rzeki, lecz to młode oczy Jacka pierwsze coś dostrzegły: niewielką tratwę – zaledwie czarną plamkę na skraju niebieskiej wody.

Kermit zawołał raz jeszcze, tym razem z całych sił, lecz był za daleko i szum wody tłumił dźwięk. – „Gonimy ją!” – krzyknął.

Pobiegli wzdłuż brzegu. Nie było to takie proste. Choć nie musieli już przedzierać się przez gąszcz dżungli, z ziemi sterczały korzenie, o które potykali się co chwila, a gęste, sięgające piersi zarośla szarpały ubrania i spowalniały pościg. Kermit krzyknął ponownie – i tym razem mężczyźni na tratwie podnieśli głowy.

Jacka tknęło uczucie niepokoju. Wołanie do nieznajomych w tak odludnym miejscu było ryzykowne – nie mieli pojęcia, kim są ci ludzie, a w tej głębokiej dżungli mogli być dosłownie każdym. Gdy miał dwanaście lat, podróżował przez te tereny z ojcem. Tamta wyprawa nauczyła go czegoś, czego Rooseveltowie – poruszający się po świecie z niemal niewzruszoną pewnością siebie – jeszcze nie doświadczyli: zagrożeń czających się w nieznanym. Jack i jego ojciec zostali w podobnym miejscu obrabowani. Wyszli z tej przygody bez szwanku, ale chłopiec nauczył się ostrożności.

Gdy Jack oceniał sytuację, zobaczył, że na tratwie stoi dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał długi bambusowy drąg, którym przytrzymywał tratwę przy brzegu. Ich sylwetki były niewyraźne w zapadającym zmroku. Niebo przybrało głęboki kolor indygo, który odbijał się w wodzie i rzucał na wszystkich niebieskawą poświatę.

– „Herbert!” – wrzasnął Kermit, gdy wraz z Jackiem zbliżyli się na tyle, by rozpoznać twarze. W końcu odnaleźli zaginionego naukowca. Pozostawało tylko pytanie: kim był tajemniczy mężczyzna u jego boku?

– „Wsiadajcie” – powiedział Herbert. Ku zaskoczeniu Jacka Kermit bez wahania to uczynił. Było to osobliwe zwieńczenie akcji ratunkowej, lecz Jack nie miał wyboru – musiał jak najzgrabniej wskoczyć na chwiejną bambusową tratwę. Było na niej ciasno: czterech mężczyzn balansowało nad wodą. Gdy Kermit zaczął rozmawiać z Herbertem, Jack przedstawił się człowiekowi trzymającemu drąg.

– „Nazywam się Saw Bwa Fang Tao” – powiedział mężczyzna, pochylając głowę na powitanie. Jack odwzajemnił ukłon i przyjrzał mu się uważnie. Szanowie, podobnie jak Chińczycy, podawali nazwiska przed imionami. Jack gorączkowo przeszukiwał pamięć – był pewien, że już wcześniej słyszał nazwisko Saw Bwa. I nagle sobie przypomniał. Dwie noce wcześniej słyszał je przy ognisku. To nie był zwykły rybak. Jego bratem był Saw Bwa Fang Yu-chi, władca państwa Szanów.

Fang wyjaśnił, że natknął się na Herberta w lesie i od razu zrozumiał, że naukowiec się zgubił i potrzebuje pomocy. Postanowił zaprowadzić go do najbliższego miasteczka w nadziei, że tam uda się odnaleźć resztę wyprawy. Teraz mógł zabrać całą trójkę w górę rzeki. Jack nie potrafił wyjść ze zdumienia – Herbert miał wiele szczęścia. Dzięki opiece Fanga i tak dotarłby z powrotem do obozu, nawet gdyby go nie odnaleźli.

Jack chwycił kolejny długi bambusowy drąg przymocowany do tratwy i pomógł w manewrowaniu na wodzie. Cieszył się, że nie będą musieli wspinać się z powrotem stromym wąwozem, lecz wkrótce jego obawy związane z wejściem na tratwę okazały się uzasadnione. Zaledwie trzysta metrów dalej woda stała się tak płytka, że musieli wyjść na brzeg i ciągnąć tratwę za sobą. Gdy znów znaleźli się na wodzie, zwiodło ich ukształtowanie dna – spadli z kamiennego progu, wywracając tratwę i oblewając się zimną, brunatną wodą. Nie mieli wyboru: musieli ją obrócić, chwycić drągi i spróbować jeszcze raz. Gdy panika związana z koniecznością odnalezienia Herberta opadła, pojawiło się wyczerpanie. Fizyczny trud ciągnięcia tratwy stał się niemal nie do zniesienia.

Ciemność nie pomagała. Zapadła noc, a nad nimi rozciągało się atramentowe niebo. Chmury przesłoniły gwiazdy, a księżyc, przemykający między nimi, rzucał mroźną, grudniową poświatę. Jack i Fang skierowali tratwę ku płyciznom, gdzie miasteczko Kanai stykało się z wodą. Jack wyskoczył pierwszy – ponieważ ktoś przecież musiał zamoczyć buty – i przyciągnął tratwę do brzegu. Woda wlewała mu się do obuwia, ale nie robiło mu to już różnicy: był cały przemoczony i oblepiony błotem. Gdy ciągnął tratwę, zauważył, że Kermit i Fang są pogrążeni w rozmowie. Fang lekko pochylał głowę i wskazywał na przeciwległy brzeg.

– „Zaprasza nas jutro rano na śniadanie” – wyjaśnił Kermit, wysiadając z tratwy. – „Powiedziałem, że z radością przyjmujemy zaproszenie”.

– „A wiemy, gdzie będziemy nocować?” – zapytał Jack.

– „Wszyscy wiedzą” – odparł Fang, gdy nurt rzeki powoli go od nich oddalał.

Jack obudził się wcześnie następnego ranka, spodziewając się, że będzie jednym z pierwszych na nogach. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzał jednak, że Ted i Kermit już się pakują. – „Prawie nie zmrużyliśmy oka” – wyjaśnili, strzepując swoje posłania. – „Było strasznie głośno”. Jack spał w jednym z namiotów rozstawionych na zewnątrz i nie potrafił sobie wyobrazić, jaki hałas mógłby przeszkadzać dwóm mężczyznom śpiącym w małym wiejskim zajeździe. Uważał ich wręcz za szczęściarzy – mieli łóżka, podczas gdy reszta wyprawy nocowała na twardej ziemi. Gdy jednak zajrzał do ich pokoju, wszystko stało się jasne. Do środka zakradły się dwie kury i teraz siedziały na łóżkach, głośno gdacząc, oburzone obecnością intruzów. Jack parsknął śmiechem, co spotkało się z ostrym spojrzeniem Teda, który nie widział w tym nic zabawnego.

Brak snu spowodował rozdrażnienie u braci Rooseveltów i Jack cierpliwie wysłuchiwał ich narzekań na opóźnienie planów spowodowane koniecznością zjedzenia śniadania z Fangiem.

– „Gdyby nie on, nie wiadomo, gdzie teraz byłby Herbert” – przypomniał im Suydam. Ted i Kermit skinęli głowami, choć z widoczną niechęcią, i wrócili do pakowania.

Suydam Cutting był w ich wieku – miał trzydzieści dziewięć lat – był wysoki, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, z ciemnymi, falującymi włosami i uśmiechem, któremu trudno było się oprzeć. Choć jako naukowiec miał niewielkie doświadczenie, promieniował pewnością siebie. Trudno było go nie posłuchać.

– „Tak, tak, ale załatwmy to szybko” – powiedział Kermit, wciskając swoje rzeczy do plecaka. Potem zwrócił się do Jacka i wyjaśnił plan dnia. To Jack miał przekazać towarzyszącym im miejscowym przewodnikom, że wyprawa zostanie podzielona: przewodnicy mieli ruszyć naprzód, a Ted, Kermit, Herbert, Suydam i Jack dołączą do nich pod koniec dnia.

Ostatnie trzy lata nauczyły Suydama, że nie ciągnie go do przewodzenia innym. Nie miał słabego ego – nie domagał się uznania ani sławy. Radość czerpał z samej bliskości podróży i przygody. „To człowiek nieugiętej odwagi” – zanotował Ted.

Suydam przyszedł na świat jako Charles Suydam Cutting w mroźny zimowy dzień – 17 stycznia 1889 roku – w Nowym Jorku. Urodził się w rozległym apartamencie na najwyższym piętrze kamienicy na Upper East Side, z widokiem na Central Park. Podczas gdy bracia Rooseveltowie biegali po dzikich lasach otaczających ich dom, Suydam znał jedynie ujarzmione, zielone alejki parku pełnego ludzi.

Suydam Cutting. Dzięki uprzejmości Smithsonian Institution Archives. Ilustracja SIA2008-0775.

Na początku nic nie wskazywało, że kiedykolwiek zaczną pociągać go dzikie zakątki świata. Trzymał się wybrukowanych ścieżek, które przed nim wytyczono: ukończył Harvard z dyplomem inżyniera w 1912 roku, po czym rozpoczął pracę w sprzedaży. Krótka służba w armii Stanów Zjednoczonych podczas I wojny światowej zaprowadziła go na moment za granicę, lecz wkrótce wrócił do towarzyskiego życia Nowego Jorku. Aż w 1925 roku przypadkiem spotkał swojego przyjaciela Kermita Roosevelta w pociągu z Bostonu do Nowego Jorku.

Gdy tylko Kermit dostrzegł Suydama, ruszył w jego stronę i bezceremonialnie usiadł obok. – „A tak w ogóle” – rzucił swobodnie, jakby byli w środku rozmowy – „planujemy wyprawę”. Suydam uśmiechnął się grzecznie, przywitał przyjaciela i zadał oczywiste pytania: „Dokąd?” i „Kto jedzie?”.

Początkowo była to zwykła rozmowa dwóch znajomych. Wszystko zmieniło się, gdy Kermit zaczął opisywać Dolinę Kaszmiru – krainę uformowaną przez przedgórza Himalajów w Azji Środkowej. Opowiadał o wioskach, które do tej pory widziało zaledwie kilku Amerykanów, o marszach przez gęstą dżunglę i wspinaczkach po zapylonych górskich przełęczach skrywających dziwne i egzotyczne zwierzęta, w tym rzadką niebieską owcę. Przypomniało to Suydamowi romantyczne relacje Marco Polo z XIII wieku. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, Kermit zaprosił go, by do nich dołączył. Mieli wyruszyć zaledwie za dwa miesiące.

Propozycja była spontaniczna, a Suydam – zupełnie na nią nieprzygotowany. Nie był naukowcem ani myśliwym polującym na grubą zwierzynę, nie był też doświadczonym podróżnikiem. Nie było żadnego racjonalnego powodu, by Kermit go zaprosił – i żadnego, by Suydam zaproszenie przyjął. Miał stabilną, choć nudną pracę i prowadził bujne życie towarzyskie w mieście, które kochał. A jednak, wbrew wszelkim racjonalnym argumentom, wypalił entuzjastyczne „Tak!”. Jego własna gorliwość zaskoczyła nawet jego samego. Przez kolejne trzy lata wciąż mówił „tak”, dołączając do najróżniejszych wypraw z rozmaitymi przyrodnikami – od Chińskiego Turkiestanu, przez Assam, po Etiopię.

W braciach Rooseveltach i ich ekspedycjach było coś, co przyciągało ludzi jak magnes. – „Byli dla mnie wszystkim” – powie później Jack. Każde marzenie, jakie snuł o swojej przyszłości, splatało się z legendarnymi postaciami Teda i Kermita. Nie zdawał sobie jednak jeszcze sprawy, jak bardzo wątli byli w rzeczywistości. Kermit, mający trzydzieści dziewięć lat, sprawiał wrażenie pewnego siebie w leśnych ostępach, lecz niemal w każdej innej sferze życia okazywał się nieśmiały. Nie był politykiem jak ojciec, ani odnoszącym sukcesy biznesmenem jak brat Ted. Nawet jego małżeństwo znajdowało się na skraju rozpadu. Tylko w leśnych ostępach czuł się sobą.

Natomiast Ted, choć Jack widział w nim pewnego siebie starszego brata, w głębi duszy był nieszczęśliwy. Miał czterdzieści jeden lat i przez siedem ostatnich bez powodzenia próbował zrobić karierę polityczną. Podczas gdy jego ojciec wykazywał się niepowstrzymaną energią i surową, kowbojską osobowością, Ted należał do innego gatunku ludzi. Choć również był bohaterem wojennym – zgłosił się na ochotnika do wojska i znalazł się wśród pierwszych żołnierzy wysłanych na front zachodni, gdzie walczył w najważniejszych bitwach I wojny światowej – brakowało mu ojcowskiej przebojowości i temperamentu, nawet gdy próbował posługiwać się rodzinnym okrzykiem „Bully!” podczas kampanii wyborczych.

Pracując jako zastępca sekretarza marynarki wojennej, Ted wydzierżawił złoża ropy naftowej znajdujące się na terenach publicznych prywatnym korporacjom. Umowy te – zawarte bez przetargu i powiązane z łapówkami – przeszły do historii jako afera Teapot Dome, nazwana tak od jednego z pól naftowych w Wyoming. Jeden z kontraktów trafił ostatecznie w ręce młodszego brata Teda, Archiego, wiceprezesa Union Petroleum Company, spółki zależnej przedsiębiorstwa, które wygrało jedną z umów. Choć samego Teda formalnie uniewinniono z zarzutów korupcji, politycznie był – jak ujęła to jego żona Eleanor – „doszczętnie zniszczony”.

Chińska dzicz maskowała prawdziwą naturę dwóch braci Rooseveltów, a Jack widział ich tylko jako dwa słońca – jasne, olśniewające i niemal nieosiągalne.

PORANNE ŚWIATŁO rozpraszało mgłę wokół okolicznych wzgórz, gdy Ted, Kermit, Suydam, Herbert i Jack opuścili zajazd. Fang czekał na nich na ulicy i przywitał ich donośnym „Hello!”, które wywołało uśmiechy na twarzach podróżników. Był człowiekiem, którego nie sposób było nie polubić – uprzejmym, serdecznym i niestrudzenie rozmownym. Idąc przez miasteczko, opowiadał o historii okolicy, improwizując skróconą wycieczkę po Kanai. W przeciwieństwie do Jacka, któremu przedstawił się bez wahania, pozostałym zaprezentował się jako Philip Tao – swoim angielskim imieniem. Nie ufał ich językom na tyle, by ich użytkownicy poprawnie wymówili jego prawdziwe nazwisko.

– „Rynek” – wyjaśnił, gdy mijali zakurzony dziedziniec otoczony glinianymi murami, pusty poza kilkoma drewnianymi zagrodami dla zwierząt.

– „Jak tu docierają towary?” – zapytał Kermit. Pytanie było zasadne. Szlak, którym wędrowali, był wąski i zdradliwy, a strumień, którym poprzedniego wieczoru płynęli na tratwie, zbyt płytki dla większych łodzi. Trudno było sobie wyobrazić, jak rolnicy transportują swoje plony.

– „Na plecach albo na mułach” – odparł Fang. Po chwili sam zapytał Rooseveltów, jak najlepiej poszerzyć gruntowe drogi, by mogły poruszać się po nich samochody. Rozważał sprowadzenie auta w częściach, przewiezienie go mułami przez góry i złożenie na miejscu, w Kanai. Było widać, że dokładnie przemyślał rozwój miasteczka i miał bystre oko do usprawnień.

– „A twój brat też myśli o poprawie dróg?” – zapytał Kermit. Fang ze smutkiem pokręcił głową. Wyraźnie kryło się za tym gestem coś więcej, lecz nikt nie naciskał na wyjawienie szczegółów.

Podróżnicy przeszli za Fangiem skacząc z kamienia na kamień przez rzekę, którą poprzedniej nocy spławiali się na tratwie. W porannym świetle wydawała się płytsza i mniej groźna niż wczoraj. Po drugiej stronie wznosiło się zielone, bujne zbocze, a wąska ścieżka prowadziła do domu stojącego na jego szczycie.

Kermita zachwyciły ogrody. Tarasami wspinały się po stoku, obsadzone roślinami i kwiatami, których nigdy wcześniej nie widział. Było w nich tyle piękna, że Herbert co chwila zostawał w tyle, całkowicie zapominając o reszcie grupy, i Ted musiał od czasu do czasu dosłownie ciągnąć go za ramię, by nie tracił tempa.

Fangowi to nie przeszkadzało. Był dumny ze swoich ogrodów i uwielbiał je prezentować. Rosły tam całe sady drzew owocowych, a krajobraz przecinały niewielkie jeziora, rozsiane wśród zieleni niczym krople porannej rosy. Fang wskazał na najbliższe z nich, gdzie w porannym świetle lśniła maleńka wysepka. – „Tam zjemy śniadanie” – wyjaśnił.

Grupa dotarła do domu, który był znacznie większy niż inne w miasteczku – dwukondygnacyjny, z przestronnym wnętrzem. Zapytany o rodzinę Fang opowiedział o trzech swoich braciach: jeden był jeszcze młody i nie znał angielskiego, drugi – dwudziestoletni – mieszkał w Japonii, a trzeci, najstarszy, był dziedzicznym władcą regionu. – „Czy on tu jest? Czy go poznamy?” – zapytał Ted. Fang pokręcił przecząco głową. Zapadła niezręczna cisza.

Zeszli ze zbocza i wsiedli na bambusową tratwę. Kermit roześmiał się, wspominając, jak byli ubłoceni poprzedniej nocy, i przeprawili się na wyspę – tym razem bez przygód. Stał tam niewielki, prosty domek: dach bez ścian, ale wnętrze było wygodne, z grubymi poduszkami na podłodze i widokiem na jezioro oraz ciągnące się dalej tarasy ryżowe. Zaintrygowany ptactwem na wodzie Herbert pytał o nie, obserwując kaczki i gęsi lecące ciasnym kluczem, a potem zataczające krąg nad jeziorem.

Rooseveltowie zaczęli opowiadać o swojej wyprawie – o zwierzętach, które chcieli odnaleźć, i o eksponatach, jakie planowali przywieźć do Muzeum Historii Naturalnej Fielda w Chicago. Gdy mówili o wielkości muzeum i bogactwie jego zbiorów pochodzących z całego świata, Jack uważnie im się przyglądał. Było jasne, że Ted i Kermit są przekonani, iż robią na Fangu wrażenie. Tymczasem gospodarz uważał ich raczej za ludzi nierozsądnych – i wcale się z tym nie krył. – „Po co wydawać tyle pieniędzy” – zapytał brat władcy – „tylko po to, żeby strasznie się zmęczyć?”

Śniadanie podano na wyspie. Mężczyźni zasiedli wokół paleniska z węglem drzewnym, na którym stał gliniany garnek. W środku bulgotały mięso i warzywa, a gości zachęcano, by dodawali zieleninę i przyprawy z ustawionych przed nimi słoików.

Kermit, Ted, Jack i Suydam rzucili się na jedzenie, lecz Herbert nie potrafił zjeść ani kęsa. Nie miał wprawy w posługiwaniu się pałeczkami – ślizgały mu się w palcach, a im mocniej je ściskał, tym częściej posiłek wylatywał z talerza albo lądował mu na kolanach. Grupę opanowało lekkie zakłopotanie. Herbert, ich skromny, wiecznie gubiący się naukowiec, zdawał się zawsze wpadać w tarapaty – czy to w dżungli, czy poza nią. Wyprawa przestawała wyglądać na światową i kompetentną. Fang jednak uśmiechał się pobłażliwie, jak gospodarz przywykły do gości, którzy nie potrafią poradzić sobie poza zachodnimi strefami komfortu.

Kermit wyjął z garnka głowę koguta i z uśmiechem wrzucił ją do miski Suydama. Jack dorzucił do potrawy garść ziół, a Ted siedział zadowolony, patrząc na wodę. Posiłek mijał w pogodnej i spokojnej atmosferze – aż do chwili, gdy Ted zapytał: – „A gdzie jest twój brat? Czy do nas dołączy?” Poprzednia reakcja Fanga nie sugerowała, że czuje się swobodnie przy tego typu osobistych pytaniach o sprawy rodzinne, lecz rozmówcy – przyzwyczajeni do otrzymywania odpowiedzi – parli dalej.

– „Słyszeliście o maku? O opium?” – zapytał. Wszyscy przy stole skinęli głowami.

Fang zaczął opowiadać o swoim bracie Yu-chim. Był kiedyś potężnym człowiekiem – władcą Szanów, tytuł ten przechodził z ojca na najstarszego syna. A potem wszystko się zmieniło. Spróbował opium i szybko się uzależnił. Teraz większość dni spędzał nieprzytomny, w brudnych palarniach daleko od domu. Nie dało się nawiązać z nim kontaktu ani nakłonić go do powrotu do obowiązków, choć Fang wielokrotnie próbował. Yu-chi dawno porzucił wszelkie pozory rządzenia regionem i choć w dolinie wciąż rozbrzmiewało jego imię, faktyczną władzę sprawował młodszy brat.

Uzależnienie wysysa siły życiowe wszędzie, gdzie się pojawi – niezależnie od bogactwa i władzy. Fang tłumaczył, że opium zobaczą w całych Chinach: w dużych miastach w dolinach i w małych górskich miasteczkach takich jak to. Narkotyk był wszechobecny. Prawdopodobnie wkrótce natkną się na bandytów, których trasy podążały za szlakami opiumowymi wiodącymi przez góry. W jego słowach pobrzmiewał smutek – nieustanny żal, gdy mówił o bracie, władcy Szanów, który miał wszystko i stracił to na rzecz euforycznego efektu makowych nasion.

Opium odebrało Chinom nie tylko ukochanych członków rodzin – skradło także spokój całego kraju. Narkotyk był bezpośrednią przyczyną niepokojów społecznych, korupcji i wojskowej tyranii, tworząc olbrzymie zasoby pieniędzy, które pozwalały finansować wojny i kupować wpływy. Mak wpleciony był w najbardziej podstawową tkankę chińskiej gospodarki, a jego wpływu na politykę nie dało się powstrzymać.

– „Biedni ludzie” – powiedział Ted z bólem w głosie, współczując Fangowi i wszystkim uzależnionym. Nie potrafił jednak dostrzec winy Zachodu w rozpowszechnianiu opium. Choć mak rósł w Chinach od stuleci i był racjonalnie używany w medycynie, prawdziwa plaga narkotyku zaczęła się dopiero w XVIII wieku, gdy kontrolowana przez Brytyjczyków Kompania Wschodnioindyjska rozpoczęła import indyjskiego opium. Brytyjczycy stali się obsesyjnie uzależnieni od chińskiej herbaty, a handel między krajami gwałtownie się rozwinął. Wkrótce w Chinach konsumowano miliony kilogramów opium rocznie.

Gdy chiński rząd próbował zakazać Wielkiej Brytanii importu uzależniającego narkotyku, spotkał się z pełnoskalową potężną odpowiedzią brytyjskiej armii podczas pierwszej wojny opiumowej w 1839 roku. Całkowicie zdominowane przez Brytyjczyków Chiny nie były w stanie chronić swoich obywateli. Import opium wzrósł dziesięciokrotnie, a Hongkong został oddany obcym. Do 1906 roku około 25 procent ludności paliło opium. „Nigdy wcześniej ani później” – głosił jeden z raportów – „świat nie znał problemu narkotykowego o takiej skali i intensywności”. Gdy chiński rząd wprowadzil wreszcie zakaz obrotu opium w 1906 roku, było już za późno – narkotyk zdążył opanować kraj.

Rozprzestrzenianiu się opium w Chinach towarzyszyły przemoc i wojna. Fang opowiadał odkrywcom, jak pewnego ranka obudził się i zobaczył żołnierzy w wiosce, plądrujących domy i sklepy. Ludzie natychmiast uciekli w góry, skąd zaczęli rzucać kamieniami w wojsko poniżej. W zamęcie jego matka została pojmana. – „Zamknęli ją w klatce” – powiedział Fang, a jego głos zadrżał.

– „W klatce?” – powtórzył Kermit i odwrócił się do Jacka. Nie mógł uwierzyć, że ta historia jest prawdziwa. Chciał, by Jack potwierdził, że wszystko zostało dobrze przetłumaczone. Jack przytaknął i wcale nie był tą opowieścią zszokowany. Wiedział, do jakich okrucieństw zdolna była Narodowa Armia Rewolucyjna. Zdarzały się znacznie gorsze sytuacje, niż Rooseveltowie mogli sobie wyobrazić.

Gdy Jack miał cztery lata, jego rodzina przeniosła się z Hawajów do południowych Chin. W latach dwudziestych prowadzili tam dobrze prosperujący warsztat samochodowy – jeden z nielicznych zdolnych obsługiwać amerykańskie Fordy i Chryslery. Zaledwie sześć lat później stracili wszystko, gdy wojska Kuomintangu pod dowództwem nowego wodza naczelnego, Czang Kaj-szeka, przetoczyły się przez region. Żołnierze mieli rozkaz rozprawić się z przeciwnikami politycznymi, a potem zabierać wszystko, co wpadło im w ręce. Rodzina Jacka została z niczym.

Poruszony stratami Szanów, Jack współczuł Fangowi. Kermit spytał, czy mógłby porozmawiać z jego matką i złożyć jej kondolencje za wszystko, co rodzina przeszła, lecz po odzyskaniu zdrowia kobieta opuściła Chiny i wyjechała do Japonii, gdzie zamieszkała z młodszym synem.

Jedynym członkiem rodziny obecnym wśród ogrodów, jezior i drzew był malutki syn Fanga. Miał zaledwie rok i nieformalny przywódca Szanów z dumą przedstawił go grupie. Rączki i nóżki dziecka były pulchne od niemowlęcego tłuszczyku, a ono samo gaworzyło radośnie, gdy Kermit trzymał je na rękach. Amerykanin był tym oczarowany. Ale wpatrując się w dziecko, uświadomił sobie, jak bardzo samotny był Fang – odcięty tutaj, z dala od dużej, tętniącej życiem rodziny. Wojna i opium odebrały mu tak wiele.

– „Czy wybierzesz dla niego angielskie imię?” – zapytał Fang, widząc, jak bardzo młodszy Roosevelt polubił jego syna. Poprosił, by zaczynało się na literę W. Ted i Kermit długo się naradzali, bo wbrew pozorom to wcale nie takie proste zadanie, aż w końcu wybrali imię Walter – łatwe do wymówienia i zapisania.

– „Walter” – powtórzył Fang, biorąc syna z powrotem na kolana. Dziecko niosło w sobie wszystkie nadzieje na przyszłość, a teraz miało angielskie imię wybrane przez synów amerykańskiego prezydenta. Dla Fanga był to dobry znak – szczególnie dla rodziny tak rozpaczliwie potrzebującej szczęścia. Na znak wdzięczności nalegał, by przyjęli od niego niewielkiego, szarego kucyka.

Trudno było nie myśleć o faktycznym władcy Szanów i jego dziecku, gdy opuszczali Szczęśliwą Dolinę, a szary kucyk podążał za nimi. Wspinając się stromym zboczem, dotarli na szczyt, skąd poniżej ujrzeli bezkresne tarasy pól ryżowych, ułożone w koncentryczne kręgi. Wyglądały jak odłamki szkła wbite w zbocza i połyskujące w popołudniowym słońcu. Setki żurawi zbierały się na ich zielono-brązowych brzegach. Herbert już chciał zejść ze szlaku i ruszyć w dzicz, lecz pozostała czwórka powstrzymała go, składając mu obietnicę, że ścieżka wkrótce opadnie ku tarasom i będą mogli przyjrzeć się ptakom z bliska, nie opuszczając bezpiecznej drogi.

Herbert przyspieszył kroku. Uwielbiał wszystkie ptaki, lecz żurawie traktował wyjątkowo. Widoczne w nich były piękno i elegancja, które maskowały ogromną siłę kryjącą się w skrzydłach. Żurawie mogły żerować tu, na polach ryżu przy granicy z Birmą i Indiami, a potem rozłożyć skrzydła i przelecieć ponad Himalajami – pokonując dystans ponad sześciuset kilometrów. W kulturach Azji ptaki te od wieków symbolizowały szczęście i wieczną młodość.

Niezależnie od powodów takiego zachowania Kermit był zadowolony, widząc Herberta idącego szybciej. Musieli jeszcze dogonić resztę wyprawy czekającą dalej na szlaku. Gdy dotarli na przełęcz, ścieżka zaczęła gwałtownie opadać, las znów ich otoczył i zasłonił widok na pola ryżu zielonymi kurtynami. Kiedy wyszli spomiędzy drzew, znaleźli się na skraju jednego z tarasów, tuż obok setek zgromadzonych obok szlaku żurawi.

– „Odłóżcie broń!” – krzyknął Herbert, widząc, jak blisko są ptaki. – „Natychmiast, na szlaku!” Było to sprzeczne ze wszystkimi zasadami, których ojciec nauczył Teda i Kermita, lecz podporządkowali się poleceniu naukowca i położyli broń na ziemi. – „Za mną” – rozkazał Herbert, prowadząc ich poza ścieżkę, by mogli przyjrzeć się ptakom z bliska. To, że Herbert przejął dowodzenie, było czymś niezwykłym, a jego niespodziewanie stanowczy ton sprawił, że wszyscy natychmiast go posłuchali.

Zbliżali się do ptaków powoli, zachowując dystans i starając się zachowywać jak najciszej. Herbert wyjaśnił, że są to żurawie indyjskie – najwyższe latające ptaki na świecie. Już w samym ich staniu w wodzie było coś baletowego, jak gdyby ptasie tancerki wirowały wśród zalanych pól ryżu. – „Antigone antigone