Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Pruszkowska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Rok wydania: 2011
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WILLIAM DIETRICH
BERBERYJSCY PIRACI
Przełożył
Andrzej Sawicki
DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2011
Tytuł oryginału
The Barbary Pirates
Copyright © 2010 by William Dietrich
Published by arrangement with HarperCollins Publishers Inc.
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by
REBIS Publishing House Ltd.,
Poznan 2011
Redaktor
Małgorzata Chwałek
Opracowanie graficzne serii,
projekt okładki i ilustraqa na okładce
Zbigniew Mielnik
Wydanie I
ISBN 978-83-7510-448-6
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Mateowi i Selenie Zizom,osobom w odpowiednim wiekudo właściwej oceny tej książki
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ 1
Po tym, jak dałem się uwięzić z trzema naukowcami w podpalonym przeze mnie burdelu, wrobiłem ich w rozpaczliwą kradzież beczkowozu straży pożarnej, zostałem aresztowany przez francuską tajną policję, a potem podjąłem się sekretnej misji dla Bonapartego, niektórzy mogliby zacząć powątpiewać w mój zdrowy rozsądek.
Pozwólcie mi więc wykazać, że pomysł na przeżycie burzliwej nocy należał w równej mierze do nich, jak i do mnie. Turyści przyjeżdżają do Paryża, by sobie pofolgować.
Zgodnie z tym, co powiedziałem, nie zdziwiłem się przesadnie, gdy trójka uczonych – angielski badacz minerałów i skamielin William „Warstwy” Smith, francuski zoolog Georges Cuvier i amerykański stuknięty wynalazca Robert Fulton – uparła się, bym ich zabrał do Palais Royal. Może i byli luminarzami nauki, ale po całym dniu oglądania starych kości albo (w wypadku Fultona) kreślenia niepraktycznych planów dla francuskiej marynarki wojennej, wszyscy nabrali przemożnej ochoty na obejrzenie parady najbardziej znanych paryskich prostytutek.
Nie będę oczywiście wspominał o projektach zjedzenia kolacyjki w eleganckiej kawiarence w Palais, jakimś niewinnym hazardziku i spacerku po sklepach w poszukiwaniu paryskich pamiątek, takich jak francuskie perfumy, srebrne szczoteczki do zębów, chińskich jedwabiów, erotycznych pamflecików, egipskiej biżuterii lub dość nieprzyzwoitych ciekawostek rzeźbionych z kości słoniowej. Któż nie ulegnie czarowi miasta będącego siedliskiem grzechu i zmysłowych rozkoszy? Naukowcy doszli też do wniosku, że najlepiej będzie, jeżeli winę za tego rodzaju rozrywki zrzuci się na kogoś tak dyskretnego i pozbawionego poczucia przyzwoitości jak ja.
– Monsieur Gage upierał się przy tym, że powinniśmy poświęcić trochę czasu na taką wycieczkę – wyjaśniał Cuvier każdemu rozmówcy, bezwstydnie się przy tym czerwieniąc. Ten człowiek był przebiegły niczym Sokrates, choć w głębi duszy, mimo iż przebił się do grona najświetniejszych francuskich naukowców, pozostał prowincjuszem z Alzacji. Rewolucja francuska zastąpiła urodzenie zdolnościami i nad mierność i zblazowanie szlacheckich światowców przedkładała ciekawość i wytrwałość w jej zaspokajaniu. Cuvier był synem żołnierza, Smith urodził się na wsi, a Fultona spłodził zrujnowany farmer, który umarł, gdy chłopczyk miał trzy lata. Sam Bonaparte nie był nawet Francuzem, tylko Korsykaninem, a jego generałowie stanowili doprawdy różnorodną zbieraninę: Ney był synem bednarza, Lefebre urodził się w młynie, ojciec Murata prowadził oberżę, a Lannes był synem stajennego. Ja, dziecię filadelfijskiego kupca, czułem się wśród nich jak wśród swoich.
– Jesteśmy tu, żeby zbadać źródła państwowych dochodów i publiczne upodobania – powiedziałem, idąc w sukurs poczuciu godności osobistej Cuviera. – Napoleon nie zamyka Palais, bo chce opodatkować to miejsce.
Po mojej ostatniej niefortunnej i pełnej dramatycznych wydarzeń wizycie w Ameryce postanowiłem zostać nowym człowiekiem i podejrzewam, że powinienem wzgardzić pomysłem, iż jestem odpowiednim przewodnikiem po osławionym Palais. W istocie jednak kierowany chęcią przeprowadzenia dociekań społecznych i architektonicznych zwiedziłem jego zakamarki podczas minionych pobytów w Paryżu. Teraz, w czerwcu 1802 roku, do Palais paryżanie przychodzili, żeby się pokazać albo, jeżeli ktoś miał skandaliczne albo perwersyjne gusta, by je zaspokoić bezpiecznie i dyskretnie.
Smith, który niedawno stracił polegającą na badaniu kanałów pracę w Anglii i był przygnębiony brakiem uznania dla swoich geologicznych opracowań, przybył do Paryża, by konferować z naukowcami francuskimi i podziwiać miasto. Był tęgim, łysiejącym już mężczyzną o krzepkiej, idealnej dla badacza przyrody budowie angielskiego buldoga, ogorzałej cerze wieśniaka i serdecznych, choć prostackich manierach oracza. Ze względu na pochodzenie autora z nizin społecznych angielscy naukowcy, snoby jeden w drugiego, nie zwrócili uwagi na geologiczne mapy, które były jego dziełem. Smith wiedział, że inteligencją przewyższa trzy czwarte członków Królewskiego Towarzystwa Naukowego.
– Wykazał pan sporo sprytu, nie dając się wkręcić do tej kompanii – podsunąłem mu wymówkę, gdy Cuvier przyprowadził go do mnie, proponując mi zajęcie przewodnika i tłumacza.
– Moja kariera wiedzie równie grząską ścieżką jak kanały kopane przez moją firmę. Jestem tu, bo nie wiem, co z sobą począć.
– Podobnie jak połowa Londynu. Pokój w Amiens otworzył wrota fali turystów, jakiej tu nie widzieliśmy od wybuchu rewolucji. W Paryżu gości już dwie trzecie Izby Lordów, w tym pięciu diuków, trzech markizów i trzydziestu siedmiu hrabiów. Na gilotynę gapią się z taką samą ciekawością jak na dziwki.
– My, Anglicy, jesteśmy ciekawi stosunków wolności i przewrotności.
– A Palais jest miejscem, gdzie można je zbadać, Williamie. Dźwięki muzyki, błysk latarni i człowiek może zabłądzić pomiędzy minstrelami, ulicznymi akrobatami, przedstawieniami dla pospólstwa albo szulerami proponującymi obstawianie kulki i trzech kubków. Może też pogapić się na modne stroje, wymienić z przechodniami kilka ciętych uwag, upajać się nastrojem chwili albo zabawić w jakimś burdelu.
– I to wszystko jest oficjalnie tolerowane?
– Patrzy się na to z przymrużeniem oka. Od czasów Filipa Orleańskiego policja trzyma się z dala od Palais, a Filip Egalite tuż przed rewolucją dodał arkady. Od tamtych czasów to miejsce bez większych szkód przetrwało rewolucję, wojnę, czasy Terroru, inflację i konserwatyzm Napoleona. Bonaparte zamknął trzy czwarte paryskich gazet, ale Palais przetrwało.
– Wygląda na to, że poświęcił pan sporo czasu na badania.
– Ten rodzaj historii mnie ogromnie interesuje.
Prawdę mówiąc, byłem trochę niedoinformowany. Ponad półtora roku przebywałem poza Paryżem i w mojej rodzimej Ameryce, a na skutek przerażających doświadczeń bardziej stanowczo niż kiedykolwiek postanowiłem się wyrzec kobiet, hazardu, pijaństwa i poszukiwań skarbów. Prawdę rzekłszy, tylko częściowo udało mi się wytrwać w tych postanowieniach. Moją stawką na karcianym stole w St Louis stała się złota kula wielkości kiści winogron (jedyna zdobycz, jaką wyniosłem z przygód na zachodniej granicy). Potem na krótko uległem wdziękom jednej czy dwu pogranicznych szynkareczek i solidnie się spiłem winem u Jeffersona, gdy w końcu złożyłem raport w waszyngtońskim Domu Prezydenta. Jefferson wysłuchał uważnie mojego opisu Terytorium Luizjany i poparł pomysł, żebym został nieoficjalnym przedstawicielem amerykańskiego rządu w Paryżu i spróbował namówić Napoleona na sprzedaż tych pustkowi Stanom Zjednoczonym.
Zdobyłem więc swój naparstek sławy i kieliszeczek szacunku i postanowiłem, że będę żył tak, by żadnego nie stracić. Przyznaję, że nie mogłem się oprzeć zademonstrowaniu moich wojskowych umiejętności i osiągnięć, gdy ofiarowano mi transport przez Atlantyk na pokładzie okrętu należącego do amerykańskiej eskadry marynarki wojennej, która miała osłaniać nasze statki handlowe przed berberyjskimi piratami. Ku mojej satysfakcji pasza Trypolisu, piracki królik zwany Jussuf Karamanli, przed rokiem wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym, żądając 225 tysięcy dolarów za zawarcie pokoju i rocznego trybutu w wysokości 25 tysięcy dolarów. Jak to często bywa w polityce, Jefferson – który sprzeciwiał się rozbudowie armii i floty – wysłał pięć fregat zbudowanych przez jego poprzednika, Adamsa, by odpowiedzieć siłą na tę bezczelną próbę wymuszenia. Mój dawny mentor Beniamin Franklin powiedział kiedyś: „W niektórych okolicznościach nawet pokoju nie należy kupować za zbyt wysoką cenę”. Jefferson ofiarował mi przejazd na pokładzie jednego z okrętów flotylli, ja zaś się zgodziłem, otrzymawszy zapewnienie, że dotrę do Gibraltaru, zanim rozpoczną się boje.
Niepotrzebnie się martwiłem. Dowódca eskadry, komandor Richard Valentine Morris, okazał się w równej mierze gnuśny i bojaźliwy, jak nieudolny. Zabrał ze sobą żonę i syna, jakby wyprawa miała być spokojną wycieczką po Morzu Śródziemnym, i postawił żagle z dwumiesięcznym opóźnieniem. Ale jego brat kongresman pomógł Jeffersonowi wygrać prezydenckie wybory przeciwko Aaronowi Burrowi, a nawet w młodej Ameryce polityczne sojusze przebijały niekompetencję. Morris był ustosunkowanym idiotą.
Moje wojenne opowieści podczas podróży przekonały połowę oficerów, że w kwestii talentów nie ustępuję Aleksandrowi Wielkiemu, druga zaś połowa uznawała mnie za notorycznego łgarza. Ale, widzicie, starałem się.
– Jesteś, panie, kimś w rodzaju dyplomaty? – dopytywał się Smith.
– Pragnę tylko namówić Napoleona do sprzedaży Luizjany mojemu krajowi. To bezużyteczne dla Francji pustkowie, Napoleon jednak nie chce żadnych negocjacji, dopóki nie otrzyma wieści, że jego wojska na San Domingo albo Haiti pokonały zbuntowanych niewolników i zostały wycofane do Nowego Orleanu. Mam tam dojście do generała Leclerca.
Nie uznałem za stosowne wspomnieć, że „dojście” do Leclerca polegało na tym, iż puknąłem jego żonę, Paulinę, zanim przyłączyła się do męża na Karaibach. Ostatnie wieści, jakie o niej miałem, mówiły, że podczas gdy jej mąż, tak jak i Murzyni, walczy z żółtą febrą, Paulina studiuje wudu. Jej charakter moglibyście osądzić, przysłuchując się sporom paryżan, kto był inspiracją dla markiza de Sade, gdy pisał on swój ostatni gorszący pamflet Zoloe i jej dwie przyjaciółki – Paulina czy żona Napoleona, Józefina. Bonaparte rozstrzygnął spory, posyłając autora do więzienia w Charenton, gdyż nie dbał o to, kogo markiz miał na myśli. Przeczytałem tę książkę ze względu na debatę i żeby wskrzesić iskierkę dawnych erotycznych emocji.
Tak więc przedostawszy się z Gibraltaru do Paryża, żyłem ze skromnej amerykańskiej rządowej pensji; przyrzekłem sobie, że wreszcie zrobię coś z moim życiem, jak tylko dokonam wyboru, kim pragnę zostać. Palais, europejska Gomorra, było miejscem równie dobrym do przemyśleń jak każde inne. Grałem tylko wtedy, gdy trafiałem na niezbyt biegłego w hazardzie przeciwnika, pieprzyłem dziwki tylko wtedy, gdy stawało się to towarzyską koniecznością, utrzymywałem fizyczną formę dzięki lekcjom szermierki – nieustannie nadziewałem się na ludzi przy szpadzie – i gratulowałem sobie powściągliwości oraz samodyscypliny. Zastanawiałem się też, czy moje talenty mogą być lepiej wykorzystane, gdy poświęcę je filozofii, językom, matematyce bądź teologii. I wtedy właśnie znalazł mnie Cuvier i zaproponował, żebym zabrał Smitha i Fultona do Palais Royal.
– Gage, możesz mówić o mamutach i pokazać nam dziwki.
Byłem spoiwem naszego kwartetu. Uznano mnie za eksperta w kwestii tych kudłatych słoni, ponieważ wyprawiłem się na ich poszukiwania w Ameryce, a Europejczyków bardziej interesowały zwierzęta wymarłe niż te, które mieli pod ręką.
– Odkrycie, dlaczego te słonie wyginęły, może być ważniejsze od stwierdzenia, że w ogóle żyły na Ziemi – wyjaśnił mi Cuvier. Ten trzydziestotrzylatek o miłym wyglądzie, pociągłej twarzy i wysokim czole nad orlim nosem miał mocno zarysowany podbródek i zaciskał wargi, co nadawało mu wyraz głębokiego zamyślenia. Dzięki odkryciu tego wybryku natury wysunął się na czoło francuskich zoologów, jak to zresztą się często zdarza. Miał też niezłomną powagę człowieka, który się wybija dzięki osobistym zaletom, a nie – jak ja – dzięki zbiegowi szczęśliwych przypadków. Jego talenty organizacyjne przyniosły mu stanowisko dyrektora paryskiego ogrodu zoologicznego i ministra edukacji, choć tę akurat funkcję uznawał za wyjątkowo niewdzięczną.
– W każdym systemie zdolni górują, a tępi marzą jedynie o ucieczce, ale politycy sądzą, że nauczyciele zdołają naprawić błędy ludzkiej natury.
– Każdy ojciec uważa, że za absolutnie przeciętne wyniki jego dziecka należy winić nauczyciela – stwierdziłem.
Cuvier uważał, że powinien zazdrościć mnie, człowiekowi bez pozycji społecznej, dochodów czy zabezpieczonej przyszłości, który bez namysłu godzi się na taką czy inną misję dla dwu, a niekiedy i trzech rządów naraz. Ja sam miewałem niekiedy kłopoty z opanowaniem tego wszystkiego. Choć nie było po temu żadnych przesłanek, zostaliśmy przyjaciółmi.
– Fakt, że znajdujemy szkielety wymarłych zwierząt, wspiera tezę, iż Ziemia jest starsza niż biblijne sześć tysięcy lat. – Uczony lubił wygłaszać takie uwagi pouczającym tonem. – Jestem chrześcijaninem równie dobrym jak inni, ale niektóre skały w ogóle nie mają skamielin, co dowodzi, że życie nie jest tak wieczne, jak twierdzi Pismo.
– Ale słyszałem, że jakiś biskup obliczył dość dokładnie datę Dnia Stworzenia. O ile dobrze pamiętam, stało się to 23 października 4004 roku przed Chrystusem.
– Bzdury, Ethanie, wszystko to bzdury. Doliczyliśmy się i opisaliśmy już ponad dwadzieścia tysięcy gatunków zwierząt. Jak one wszystkie pomieściły się w arce? Świat jest znacznie starszy, niż sądzimy.
– Miewałem do czynienia z poszukiwaczami skarbów, którzy byli tego samego zdania, Georges, ale muszę stwierdzić, że nadmiar czasu przyprawiał ich o łagodnego bzika. Nigdy nie wiedzieli, w jakim żyją czasie. Palais ma tę miłą właściwość, że nikt nie myśli tu o dniu wczorajszym ani o jutrze. Nie masz tu ani jednego zegara.
– Zwierzęta też nie mają poczucia czasu. I są z tego powodu zadowolone. My, ludzie, jesteśmy skazani na świadomość przeszłości i czekającej nas nieuchronnie przyszłości.
Smith też był poszukiwaczem skamieniałych kości i w naszym towarzystwie wszyscy przerzucali się teoriami dotyczącymi katastrof i nieszczęść, które być może unicestwiały pradawne zwierzęta. Powodzie? Pożary? Mrozy? Upały? Cuviera zaintrygowało słowo „Tera” – wyczytałem je na złotym płacie, który odkryłem podczas wyprawy na zachód Ameryki Północnej. Pewna szczególnie zła kobieta, Aurora Somerset, sądziła, że ten zwój jest bardzo ważny, a Cuvier powiedział mi, że Tera, znana również jako Santoryn, to grecka wysepka, która bardzo interesuje europejskich mineralogów, ponieważ może być pozostałością po jakimś starożytnym wulkanie. Gdy więc z Londynu przybył „Warstwy” Smith, który równie się palił do dyskusji o skałach jak do wizyt u dziwek, oczywiste było, że zostaliśmy sobie przedstawieni. Cuvier był nad wyraz podniecony, bo Smith zgadzał się z jego odkryciem, że określone skamieliny znajdują się w pewnych tylko warstwach skał, co prowadziło do wniosku, iż można określić datę ich osadzania się.
– Wykorzystując przekroje ścian kanałów i odcinki dróg, zacząłem kreślić geologiczną mapę Wysp Brytyjskich – z dumą w głosie stwierdził Smith.
Kiwnąłem głową, jak zwykłem robić w towarzystwie uczonych, nie mogłem się jednak powstrzymać od zadania pytania:
– Po co?
Zdobywanie wiedzy o tym, gdzie znajdują się jakie skały, wydawało mi się nudne.
– Bo można to zrobić. – Widząc moje zwątpienie, dodał: – Może to mieć też sporą wartość dla kompanii węglowych lub górniczych. – Powiedział to obronnym i nieco zniecierpliwionym tonem bystrego człowieka, który musi coś wyjaśnić tępemu przełożonemu.
– Chcesz powiedzieć, panie, że miałbyś mapę wskazującą, gdzie są złoża węgla czy metalu?
– Nie, lecz wskazywałaby, gdzie mogą być.
Niegłupie. Po tym stwierdzeniu zgodziłem się na zorganizowanie uczonym wycieczki do Palais. Liczyłem na to, że Smith, podpiwszy sobie, może napomknąć, gdzie jest jakaś żyła miedzi lub złoże rudy żelaza. I może zdołałbym szepnąć słówko inwestorom giełdowym lub ludziom zajmującym się spekulacjami giełdowymi.
Trzydziestosześcioletni Fulton był moim własnym dodatkiem do naszej czwórki. Natknąłem się na niego po powrocie do Paryża, gdy obaj na próżno czekaliśmy na audiencję u Bonapartego, a mnie ujęło w nim to, że miał chyba jeszcze mniej szczęścia niż ja. Przebywając we Francji od pięciu lat, usiłował namówić rewolucjonistów do skorzystania z jego wynalazku, ale dowództwo francuskiej marynarki wojennej uparcie odrzucało projekt łodzi podwodnej albo „zanurzalnej”.
– Powiadam ci, Gage, mój Nautilus doskonale się spisywał w Breście. Przebywaliśmy pod wodą trzy godziny, a mogliśmy zostać przez kolejne sześć. – Fulton był dostatecznie przystojny, by zabrać go na kobiece łowy, miał jednak drażliwość sfrustrowanego marzyciela.
– Robercie, mówiłeś admirałom, że twój wynalazek sprawi, iż flota nawodna stanie się zbędna. Może potrafisz uchronić swoją łódź od pójścia na dno, ale jesteś najgorszym sprzedawcą świata. Chcesz, żeby kupili od ciebie to, co pozbawi ich zajęcia?
– Ale te podwodne łodzie będą tak groźne, że położą kres wszystkim wojnom!
– Kolejny punkt przeciwko tobie. Myśl, człowieku.
– Cóż, mam jeszcze jeden pomysł dotyczący wykorzystania parowego silnika Watta do poruszania okrętów – nie dawał za wygraną.
– A niby czemu ktoś miałby podgrzewać kocioł, gdy wiatr i wiosła są za darmo?
Uczeni mogą sobie być bardzo sprytni, ale choćbyś zebrał ich cały pułk, nie znajdziesz wśród nich zdrowego rozsądku. Dlatego właśnie potrzebowali mnie.
Fulton odnosił znacznie większe sukcesy jako twórca szokującej panoramy przedstawiającej płonący Paryż. Mieszkańcy płacili franka lub dwa, po czym stawali pośrodku obracającego się malowidła otoczeni jakby płomieniami i jeżeli to nawet lepiej niż cokolwiek innego świadczy o osobliwościach ludzkiej natury, nie mogę ich za to winić. Fulton niestety nie skorzystał z mojej rady. Mówiłem mu, że prawdziwe pieniądze zarobi nie jako twórca nikomu niepotrzebnych parowych silników, ale przerażających widowisk sprawiających, iż ludzie mają ochotę wiać gdzie pieprz rośnie.
Mój pomysł więc polegał na tym, żeby zabrać kompanów na męski wieczór do Palais Royal i wydobyć informację o dochodowych pokładach węgla albo o tym, dlaczego średniowieczni rycerze zajmujący się mistycyzmem i okultyzmem zaznaczyli Terę na złotej folii, którą znalazłem w samym sercu Ameryki Północnej. Potem mieliśmy się przekonać, czy którykolwiek z nas zdoła wymyślić sposób zamiany tych informacji na konkretne pieniądze. Zamierzałem również popracować nad poprawą mojego charakteru.
Nie brałem pod uwagę tego, że będę musiał narazić swoje życie, ani tego, iż w to wszystko wtrąci się francuska tajna policja.
ROZDZIAŁ 2
Horrory możemy obłaskawić. Z klęską można się pogodzić. Nieznane wywołuje w nas strach, a pośród nocy dręczy nas niepewność. Tak więc moje postanowienie poprawy obyczajów było mniej stanowcze, niż się spodziewałem; prawdę mówiąc, nie wyrzekłem się kobiet bez reszty. Po bólu i rozdarciu, jakich doświadczyłem na amerykańskim pograniczu, zapragnąłem odnowić kontakt z Astizą, kobietą, którą pokochałem przed czterema laty podczas egipskiej kampanii Bonapartego. Pozostawiła mnie w Paryżu, wracając do Egiptu, i po tragicznym końcu mojego ostatniego romansu zacząłem do niej pisać.
Zrozumiałbym, gdyby odrzuciła propozycję odnowienia związku. Był bardziej burzliwy niż satysfakcjonujący. Niestety, mimo jej obietnicy, że kiedyś znów będziemy mogli być razem, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Co prawda Egipt wciąż lizał rany po brytyjskiej interwencji i wyparciu Francuzów rok wcześniej, komunikacja więc nie mogła być pewna. Czy było możliwe, że moją partnerkę spotkała jakaś zła przygoda? Udało mi się nawiązać kontakt ze starym przyjacielem Aszrafem, który stwierdził, że widział Astizę po jej powrocie do Egiptu. Otoczyła się po dawnemu woalem tajemniczości i żyła niemal jak pustelnica. Potem, mniej więcej gdy wróciłem do Europy, nagle zniknęła. Byłbym znacznie bardziej zdumiony, gdybym się dowiedział, że założyła rodzinę, choć z pewnością nie miałem do niej żadnych praw. Ale teraz zżerała mnie niepewność.
I dlatego zaprowadziłem kompanów do niewłaściwego burdelu.
A stało się to tak. Palais Royal to ogromny prostokąt kolumnowych arkad z dziedzińcem pełnym ogrodów, fontann i krętych alejek. Jedliśmy w kawiarni na zewnątrz i gapiliśmy się na córy Koryntu poubierane jak bywalczynie najbardziej eleganckich salonów republiki. Trójka uczonych dyskutowała tymczasem o klasyfikacji skamielin i zaletach napędu śrubowego. Pokazałem im miejsce, gdzie Napoleon grywał za pieniądze w szachy jako kapitan artylerii i łuk arkad – miejsce spotkania dziwki, z którą jako młody żołnierz stracił dziewictwo. Nieopodal znajdował się klub, w którym minister spraw zagranicznych wydał raz 30 tysięcy franków podczas jednej nocy, i sklep, gdzie Charlotte Corday kupiła nóż, którym zadźgała Marata w kąpieli. Ramię w ramię spacerowali tu upierzeni równie barwnie jak panienki pederaści, korzystający z tego, że rewolucja wycofała ten rodzaj miłości z kodeksu karnego. Żebracy mieszali się tu z milionerami, prorocy wygłaszali kazania wstrząsające przepowiedniami, szulerzy czyhali na naiwnych, a perwersyjni pobożnisie szukali miejsc, w których mogli znaleźć zaspokajające ich wypaczone popędy seksualne biczowanie z dokładną kalibracją kary i bólu. Zeszliśmy do piwnicznego „cyrku”, w którym pary kochanków mogły tańczyć pośród „nimf” w przejrzystych sukniach albo z pozornie akademicką bezstronnością mogły poddawać badaniom zestaw czterdziestu czterech posągów Wenus.
Podczas tego obchodu Cuvier dał się namówić na spróbowanie szczęścia przy nowej, spopularyzowanej przez Napoleona grze w „oczko”, Smith testował rozmaite gatunki szampana z wytrzymałością starego bywalca pubów, a Fulton studiował wykorzystanie dźwigni przy akrobatyce.
Od połykacza ognia trzeba go było odciągać siłą.
– Wyobraźcie sobie, co by to było, gdybyśmy mogli wynaleźć smoka!
– Francuzi i tego by nie kupili.
Domyśliłem się, że moi kompanioni byli równie zadowoleni z przyglądania się prostytutkom, jak z korzystania z ich usług. Biorąc pod uwagę, że połowa proponowanych w Palais rozrywek była teoretycznie nielegalna – od roku 1600 francuscy królowie wydali trzydzieści dwa dekrety skierowane przeciwko hazardowi – zdecydowanie pragnąłem utrzymać nas z dala od kłopotów. I wtedy, prowadząc naszą małą grupkę przez mroczną arkadę kramów, usłyszałem, że ktoś woła mnie z imienia.
Obejrzawszy się, zobaczyłem Madame Marguerite, albo – jak wołała się nazywać – Izis, Królowa Arabii. Była burdelmamą o sporych ambicjach i przedsiębiorczości, z którą miewałem do czynienia, zanim powziąłem mocne postanowienie poprawy obyczajów.
– Monsieur Gage! Musisz mnie, panie, przedstawić swoim przyjaciołom!
Marguerite prowadziła jeden z najbardziej wystawnych burdeli w Palais. Był to istny labirynt nisko sklepionych klitek pod zatłoczonym salonem gry. Miał orientalny wystrój, a przejrzyste kostiumiki dziwek zostały zainspirowane dzikimi fantazjami Europejczyków dotyczącymi serajów Stambułu. Plotki głosiły, że można tu się poczęstować opium i haszyszem pomagającymi w przybraniu roli pana haremu. Burdel był drogi, dekadencki, nielegalny i nieodparcie pociągający. Niestety, nie był też miejscem, które odwiedzali szacowni naukowcy. Instynktownie przyspieszyłem kroku, ale Madame zabiegła mi drogę, a stropieni towarzysze skupili się za moimi plecami, jakbyśmy stanęli przed wejściem do labiryntu Minotaura.
– Witaj, Izydo – pozdrowiłem ją ostrożnie. – Jak stoją sprawy?
– Doskonale, ale jakże bardzo nam brakowało naszego
Ethana! Powiedziano nam, że przepadłeś gdzieś w Ameryce. Ta wiadomość złamała serce moim panienkom! Płakały, myśląc o tym, jakże znęcają się nad tobą czerwonoskórzy!
Cóż, swego czasu wydałem tu sporo grosza.
– Wróciłem z włosami na zwykłym miejscu, ale jestem teraz nowym człowiekiem – powiadomiłem ją. – Doszedłem do wniosku, że celibat poprawia charakter.
Parsknęła śmiechem.
– Cóż za absurdalny pomysł! Twoi przyjaciele z pewnością się z tym nie zgodzą.
– To uczeni i badacze przyrody. Oprowadzam ich tylko i pokazuję osobliwości.
– Moje panienki mogą im też coś pokazać. Collette! Sophie!
– Obawiam się, że nie możemy tu zostać.
– Czy to arabski harem? – przerwał mi stojący za mną Cuvier, zaglądając mi przez ramię. – Słyszałem o nim.
– Wygląda jak pałac osmański – powiedział Smith, spoglądając w głąb przez drzwi spelunki. – Architektura jest niesamowita.
– Naprawdę chcecie, panowie, by widziano, jak tu wchodzicie? – zapytałem, podczas gdy Marguerite radośnie ściskała moje ramię. – Panowie, odpowiadam za waszą reputację.
– W tym domu przestrzega się najściślejszej dyskrecji – zapewniła nasza gospodyni. – Panowie uczeni, zechciejcie przynajmniej zerknąć na wystrój wnętrza. Tak ciężko nad nim pracowałam. I dobrze się składa, Ethanie, że cię spotkałam... mój pracujący wewnątrz asystent niedawno pytał właśnie o ciebie.
– Zastanę go teraz?
– Owszem. To mężczyzna grający rolę Ozyrysa. – Mrugnęła znacząco.
– Nie jestem zainteresowany.
– Och, nie, on chciałby tylko z tobą zagrać. Słyszał o twoich talentach do gry i powiedział, że z pewnością zasiądziesz do stolika, gdy się dowiesz, że stawką jest informacja, na której ogromnie ci zależy.
– To znaczy?
– Wiadomość o twojej egipskiej przyjaciółce.
To mnie zaskoczyło i dało mi powód do myślenia. Nigdy dotąd nie rozmawiałem z Marguerite o Astizie.
– Skąd Ozyrys ma te wiadomości?
– Wejdź, proszę, i wysłuchaj jego propozycji! – Oczy Madame lśniły, źrenice miała rozszerzone i zamglone. – Wprowadź swoich przyjaciół, nikt nie patrzy. Wypijcie trochę clareta i odprężcie się, panowie.
Było to wbrew wszelkim moim postanowieniom, ale skąd niby cudzoziemiec miałby coś wiedzieć o mojej egipskiej kochance?
– Może powinniśmy zajrzeć – zwróciłem się do towarzyszy. – Dekoracje są nie gorsze niż w teatrze. To też jest lekcja tego, jak toczy się ten świat.
– A jaki jest temat tej lekcji? – zapytał Fulton, gdy schodziliśmy do podziemi.
– A taki, że nawet patrzenie kosztuje. – Izis wciągnęła nas do sali powitalnej jej seraju i moi uczeni wytrzeszczyli oczy na gotowe do inspekcji „arabskie” piękności, z których kostiumów z trudem dałoby się wykroić jedną szarfę. – To zajmie najwyżej minutkę – ciągnąłem. – Z czystej uprzejmości zechciejcie, panowie, udać się do pokojów. Mister Fulton, proszę kupić dziewczynie szklankę wina i porozmawiać z nią o parze. Panie Smith, ta kasztanowa piękność ma wygląd osoby o bardzo bogatej topografii. Cuvier, zechciej spojrzeć na anatomię tej tam blondyneczki. Z pewnością zechce pan przeprowadzić badania dotyczące związku klepsydry z kobiecymi kształtami. – Powinno ich to zająć na czas dostatecznie długi, żebym się dowiedział, kim jest ten Ozyrys i czy wie coś konkretnego.
Naukowcy tak byli zajęci stwarzaniem pozorów, że to wszystko jest moim pomysłem, iż Marguerite powinna podzielić się ze mną zyskami. Na nieszczęście wydusić z niej choćby franka było jeszcze trudniej niż z mojej byłej gospodyni, Madame Durrell.
– A ty, Ethanie, co zechciałbyś puknąć? – zapytała mnie właścicielka burdelu, gdy dziewczyny ciągnęły uczonych do salki zacienionej mglistymi zasłonami. Murzyńscy służący przynieśli wysokie tureckie dzbany. Świece i wonne dymki wypełniły komnatkę złocistą poświatą.
– Poślubiłem prawość – stwierdziłem. – Tocz wojnę ze swoimi występkami, mawiał mi Ben Franklin. Teraz mógłbym świecić przykładem biskupom.
– Biskupom! Toć to nasi najlepsi klienci. Dzięki bogu, że Bonaparte pogodził się z Kościołem.
– Owszem, słyszałem, że w Notre Damę śpiewają wielkanocne Te Deum, by uczcić nowy konkordat z Rzymem.
– Cudowna farsa! Królowie judejscy nad wejściem wciąż pozostają bez głów, bo zbuntowane chamstwo pomyliło ich z królami francuskimi i porozbijało rzeźby. To jakby kamienny pomnik gilotyny! Sam kościół, który jakobini przemianowali na Świątynię Rozumu, jest dość kiepsko remontowany. Te Deum było pierwszym od dziesięciu lat wydarzeniem, dla którego uderzono w dzwony, i żaden z tych generałów nie miał pojęcia, kiedy się klęka. Te draby sprezentowały broń, zamiast przyklęknąć, gdy odsłonięto hostię na Ofiarowanie. Przez te wszystkie szepty, kpinki, brzęk szabel i szczęk bagnetów nie było słychać kościelnej łaciny.
– Pospólstwo jednak się cieszy z powrotu Kościoła, a o to Napoleonowi chodziło.
– Owszem, kraj wraca na dawne tory: wiara, tyrania i wojna. Nic dziwnego, że ogromna większość pospólstwa głosowała za uczynieniem z niego dożywotniego konsula. Na szczęście mój interes kwitnie niezależnie od wstrząsów politycznych.
Rojaliści czy rewolucjoniści, księża czy świeccy, wszyscy lubią chędożyć. – Podniosła do góry kielich szampana. – Za pożądanie!
– I dyscyplinę. – Przełknąłem trunek, tęsknie patrząc na dziewczęta. Naukowcy przemawiali pouczająco, jakby byli w salach Instytutu, dziwki udawały fascynację przedmiotami wykładu, a powietrze było duszne, wonne i uderzało do głowy niczym wino. – Powiem ci, że abstynencja to dobra rzecz – stwierdziłem uparcie. – Napiszę o tym książkę,.
– Bzdura. Każdy człowiek potrzebuje odrobiny występku.
– I przysięgam, że wyrzekam się również hazardu.
– Panie, jestem pewien, że mam jednak coś, co cię skusi do zakładu – przerwał nam jakiś męski głos.
ROZDZIAŁ 3
Odwróciłem się. Do przedpokoju wszedł smagły mężczyzna o orlim nosie, ubrany w sułtańskie szaty. Miał oczy drapieżnika i jaszczurczo cienkie wargi, które nadawały mu gadzi wygląd inkwizytora albo jednego z moich wierzycieli. W turban wetknął sobie strusie pióro z rodzaju tych, jakie żołnierze przywozili z Egiptu po ustrzeleniu głupich ptaszysk, biegających tam na wolności. W istocie jednak nie wyglądał na Araba, ale na Francuza. Wszyscy lubimy podawać się za kogoś innego.
– Niechże mi będzie wolno przedstawić Ozyrysa, boga świata podziemnego – odezwała się Izyda-Marguerite. – Jest badaczem Egiptu tak jak ty, Ethanie.
Nieznajomy zgiął się w ukłonie.
– Nie znalazłem oczywiście skarbów takich jak sławny Ethan Gage.
– Obawiam się, że wszystko straciłem. – Ludzie wciąż żywią nadzieję, że jestem bogaczem i zechcę się z nimi podzielić. Wyprowadzam ich z błędu tak szybko, jak tylko się da.
– I opuściłeś, panie, Egipt przez zakończeniem kampanii, nieprawdaż?
– Podobnie jak sam Napoleon. Jestem Amerykaninem, nie Francuzem, sam więc kieruję swoim życiem. – Nie było to do końca prawdą, któż mógłby powiedzieć o sobie coś takiego, nie podobała mi się jednak implikacja, że wymknąłem się z Egiptu chyłkiem.
– A czy zechciałbyś, panie, postawić to życie w zakładzie?
– Raczej nie. Mówiłem tej tu Królowej Arabii, że rozpocząłem wszystko od nowa.
– Ale nie masz człowieka, który nie ulegnie pokusie, i to jest lekcja, jaką odbieramy tu, w Palais Royal, czy nie tak? Wszyscy mamy swoje pragnienia i tęsknoty. Może i podziwiamy ludzi prawych, ale tak naprawdę ich nie lubimy i nawet im nie ufamy. I krzyżujemy największych pobożnisiów. Jeżeli chcesz mieć przyjaciół, pozostań niedoskonały, czyż nie?
Tymczasem moich towarzyszy ich przyjaciółeczki wyprowadziły już z sali. Naukowcy byli bardziej śmiali albo pijani, niż sądziłem. To oznaczało, że nagle pozostałem sam.
– Nikt nie jest bardziej niedoskonały ode mnie – przyznałem. – A ty, mości Ozyrysie? Jesteś stręczycielem?
– Asystuję i uczę się. I dlatego mogę ci, panie, zaproponować zakład, w którym wygraną będzie informacja o tym, co chcesz wiedzieć. Żeby wygrać, nie musisz stawiać nawet jednego sou.
– A niby co chciałbym wiedzieć?
– Gdzie jest ta kapłanka, oczywiście.
Astiza była swojego rodzaju kapłanką i badaczką dawnych religii. Coś drgnęło w głębi mojej pamięci.
– Myślę, że nadal jest droga twojemu sercu, panie. Ludzie mówią o tobie, że jesteś płytki i próżny, Ethanie Gage, ale zgaduję, iż jest też w tobie odrobina lojalności.
– Skąd wiesz o Astizie? – Byłem świadom tego, że moi towarzysze gdzieś przepadli, a z mroku wyłonili się teraz dwaj ludzie, każdy zbudowany jak szafa. Stanęli po obu stronach drzwi wyjściowych. I gdzie się podziała Marguerite?
– Moje bractwo specjalizuje się w odgadywaniu ludzkich pragnień. – Spod szaty wyjął symbol, który widziałem na szyi mojego wroga w Ameryce: zwisającą na łańcuszku z szyi złotą piramidę, wokół której wił się wężowy bóg Apofis. Było to godło ścigającej mnie po całym świecie loży rytu egipskiego. Ostatni raz zetknąłem się z nimi przy palu tortur w indiańskiej wiosce. Ujrzawszy ten medalion, zesztywniałem natychmiast i zapragnąłem mieć w dłoni swoją rusznicę, którą oczywiście zostawiłem w domu. Ozyrys patrzył na mnie w tej chwili jak wąż, a ja poczułem w powietrzu piżmowy aromat haszyszu.
– Należysz do loży?
Loża rytu egipskiego była grupką renegatów i zdradzieckich masonów, w poprzednim pokoleniu założył ją szarlatan Cagliostro. Ci ludzie ścigali mnie od chwili, gdy przed czterema laty wygrałem w karcianej grze pewien złoty medalion. Myślałem, że się ich pozbyłem, oni jednak byli natrętni i uparci jak urzędnicy podatkowi.
– Należę do grupki ludzi podobnie myślących. Nie zwracaj uwagi na plotki. Tak jak ty, zmieniliśmy się wewnętrznie.
– Czy mogę się przyjrzeć temu medalionowi?
Podał mi go bez wahania. Medalion był ciężki, być może wykonano go z litego złota.
– Spróbuj go zawiesić na szyi. Myślę, że promieniuje mocą i potrafi cię natchnąć pewnością siebie. Magia jest w tym, co nosimy.
– Nie jest w moim stylu. – Myśląc intensywnie, zważyłem medalion w dłoni.
– Monsieur Gage, szanuję twój opór wobec hazardu. Jakież to inspirujące: spotkać człowieka odmienionego! Ale pozbądź się, panie, obaw, jakie być może obudził w tobie ten symbol. Proponuję sojusz, nie wrogość. Zadam ci prostą, dziecinną zagadkę. Jeżeli odpowiesz prawidłowo, zawiodę cię do Astizy. Jeżeli nie, twoje życie należeć będzie do mnie i zrobisz, co każę.
– Co to znaczy? Jesteś diabłem?
– No, no, panie Gage, masz reputację uczonego i władcy elektryczności. Dziecięca zabawa z pewnością cię nie przestraszy.
Przestraszyć? Trzymałem w dłoni symbol kliki zboczeńców, konspiratorów, czarowników i wyznawców kultu Węża.
– A co ty postawisz?
– Bezcenną informację. Ty, panie, nie stawiasz przecie pieniędzy.
– Ani ty! Jeżeli mamy się bawić w zagadki, to bawmy się obaj. Twoje tajemnice przeciwko mojemu życiu, mości Ozyrysie. Jeżeli odgadnę twoją, a ty nie rozwiążesz mojej, to nie tylko odeślesz mnie do Astizy, ale raz i na zawsze ujawnisz mi wszystkie tajemnice waszego rytu. Czego szuka ta wasza banda ekscentryków? – Przypomniałem sobie zagadkę, jaką zadał mi kiedyś Franklin, i postanowiłem wypróbować bystrość przeciwnika.
Zastanowił się i wzruszył ramionami.
– Doskonale. Nigdy nie przegrywam. – Postawił na stole minutową klepsydrę.
Ten widok rozgrzał mi krew.
– No to zacznijmy.
– Ja pierwszy. Dwaj skazańcy znajdują się na dnie stromej jamy, gdzie czekają na mającą się odbyć o świcie egzekucję. Jeżeli dosięgną brzegu jamy, zdołają uciec, ale krawędź jest zbyt wysoko, by się do niej dostali, nawet gdyby jeden stanął drugiemu na ramionach. Mają łopatę, którą mogliby wykopać tunel, ale zajęłoby to im kilka dni, a nie parę godzin, jakie ich dzielą od świtu. Jak zdołają uciec? – Po tych słowach mój przeciwnik odwrócił klepsydrę.
Patrzyłem na spadające ziarnka piasku i próbowałem myśleć. Co poradziłby mi stary Ben? Był fontanną aforyzmów, z których połowa była niezmiernie irytująca. Kupuj to, czego nie potrzebujesz, a niezadługo będziesz musiał sprzedawać to, co jest ci niezbędne. Owszem, to prawda, ale jaką przyjemność dają pieniądze, jeżeli się ich nie trwoni?
Uwięzienie? Ci, co oddają wolność za tymczasowe bezpieczeństwo, stracą jedno i drugie. To też mi nie pomagało. Na dnie klepsydry Ozyrysa, czy jak on tam się zwał, gromadził się piasek, a ten drab patrzył na mnie z rozbawieniem w oczach. Zbyt szybko się starzejemy i zbyt późno nabieramy mądrości. To z pewnością mogło się odnosić do mnie. Piasek, opadający piasek...
To było to! Piasek!
– Powinni kopać – stwierdziłem. – Ale tylko po to, by zgromadzić pod ścianą dostateczną kupę piasku, na której mogą stanąć. Jeżeli będzie wysoka, zdołają dosięgnąć krawędzi jamy.
Zadający zagadkę klasnął w dłonie.
– Gratulacje, Monsieur Gage. Twoja reputacja człowieka mającego odrobinę mózgu między uszami nie jest nieprawdziwa. Wygląda na to, że powinienem cię zabrać do Astizy.
– I być może wyjaśnić cele, do których dąży ten wasz ryt. Miałeś swoją szansę, teraz kolej na mnie. Musisz złożyć pewne oświadczenie. Jeżeli będzie nieprawdą, wezmę wszystko, co masz. Jeżeli powiesz prawdę, zażądam pełnej informacji o tym, kim jesteś i o co ci naprawdę chodzi.
– Panie, stawiasz mnie przed dylematem, którego nie sposób rozstrzygnąć na swoją korzyść.
– Na tym polega wyzwanie, nieprawdaż?
Ozyrys skinął głową, patrząc jak ja przed chwilą na sypiący się w klepsydrze piasek. Potem jego twarz rozjaśnił okrutny uśmieszek.
– Weźmiesz wszystko, co mam.
Teraz ja musiałem niechętnie skinąć głową.
– Dobrze to rozegrałeś.
– Zastanowiłem się nad twoim dylematem. Jeżeli weźmiesz wszystko, co mam, znaczy, że moje oświadczenie jest prawdziwe. Jeżeli jest prawdziwe, nie możesz mi niczego zabrać, bo do tego byłoby potrzebne nieprawdziwe oświadczenie. Ale jeżeli nie zabierzesz mi tego, co mam, moje oświadczenie nie będzie prawdziwe, nie jestem ci więc winien żadnych wyjaśnień. Musisz mnie zwolnić z obu zobowiązań.
– Byłbyś godnym uczniem Franklina.
– A ty mógłbyś być Egipcjaninem.
Obaj zasypywaliśmy się komplementami.
– A więc, zabierzesz mnie, panie, do Astizy, choć nie musisz mi niczego wyjaśnić, nieprawdaż?
– Owszem. Ale nie masz jej w Paryżu, Monsieur Gage. Ani, obawiam się, w Egipcie. Ale to nieistotne. Twoja zagadka miała dwa ostrza, podobnie jest z moją. Gdybyś przegrał, twoje życie należałoby do mnie, jak się umówiliśmy. Ale choć wygrałeś, twoje życie nadal należy do mnie. Zabiorę cię do Astizy, choć nieco okrężną drogą. – Skinął głową dwu stojącym niczym kolumny drabom. – Widzisz, potrzebujemy cię na Terze, na którą wstąpimy po drodze do twojej kochanki. Jest tam sekret, który chcemy odkryć. Mam nadzieję, że ci to pochlebia, panie Gage, chcemy wykorzystać twoją bystrość umysłu. Gdybyś zechciał wyrazić sprzeciw, mam tu tych dwu kompanów, którzy... hm... przełamią twoje opory.
– Przykro mi, Ethanie – zawołała Marguerite zza jednej z tych usianych gwiazdami zasłon. – Z tymi ludźmi nie ma żartów. Grozili, że mnie skrzywdzą! Nie miałam wyboru, musiałam cię zwabić tu, na dół. To był wybór między twoim a moim życiem.
Czy wspominałem, że mam niezwykłe szczęście do kobiet? Drzwi zastawiali dwaj olbrzymi, a za mną był podziemny seraj. Musiałem szybko coś wymyślić. Jeden z drabów wyjął zza pleców kajdanki.
– Ja też nie mam wyboru.
Jestem człowiekiem spolegliwym, który nie lubi używać siły, ale już dawno temu zrozumiałem, że najrozmaitsze łotry potrafią zmusić ludzi do podejmowania szybkich decyzji. Zamachnąwszy się solidnie, smagnąłem Ozyrysa po gębie jego medalionem. Zaklął i chybnął się w tył. Natychmiast potem kopnąłem bliższego z troglodytów w jaja, aż złożył się wpół jak scyzoryk. Drugi runął na mnie, ale zderzył się z poprzednikami, miałem więc czas na zakręcenie medalionu nad głową i ciśnięcie nim w rząd świec.
Jedyne, co zdołałem wymyślić, to wzniecenie pożaru w tym burdelu.
ROZDZIAŁ 4
Woskowe świece niczym ogniste strzały frunęły na wszystkie strony, gdy rąbnął w nie ciężki złoty łańcuch z medalionem. Ozyrys, czy jak się tam zwał, zakląwszy siarczyście, cofnął się i wpadł na swoich goryli. Jedną dłoń przycisnął do policzka – sączyła się spod niej krew – a drugą spróbował wyjąć spod szaty ukryty pistolet, ale gdy jedwabne zasłony zajęły się ogniem od skoszonych świec, przewróciłem na posadzkę orientalną lampę. Zanim zdążył wystrzelić, przeskoczyłem na drugą stronę ściany ognia.
Moją ucieczkę osłoniły gęste kłęby dymu, a prześladowcy cofnęli się z wrzaskiem przed płomieniami. Madame Marguerite rozwrzeszczała się przeraźliwie – w kilka sekund zamieniłem jej przytulny przedpokój w radosne ogniste piekło. Kryjąc się w kłębach dymu, dałem nura w głąb burdelu. Za mną rozległy się wrzaski panienek.
Rozpaliłem ogień od frontu, ale za plecami miałem kamienną ścianę. Sytuacja daleka od ideału. Gdzież, u diabła, podziali się moi uczeni?
– Georges! Robercie! Williamie!
– Tutaj! – usłyszałem okrzyk Fultona. – Gage, niech cię diabli, coś ty zrobił?
Był bez płaszcza, ale poza tym prezentował się dość przyzwoicie. Na poły rozebrana dziwka wycofywała się odeń na czworakach. No, no – miała zachwycający tyłeczek.
– Wyjaśniałem tej pani proces dostarczania tlenu do mojego Nautilusa – stwierdził gęsto kaszlący wynalazca – kiedy rozpętało się to piekło. Obawiam się, że Cuvier i Smith leżą bez ducha. Napili się z tych tureckich naczyń, a podejrzewam, że do wina czegoś dodano. – Ponad moimi plecami spojrzał na migotliwą poświatę sączącą się z pomieszczenia, z którego przed chwilą wybiegłem. – Na Zeusa i Jowisza, Ethanie, ty też piłeś? Roznieciłeś tam nielichy pożar.
– Tylko tak mogłem umknąć przed kajdanami, w które chcieli mnie zakuć goryle tego Ozyrysa – wyjaśniłem pospiesznie. – On należy do szajki rytu egipskiego, a to paskudna banda, miewałem już z nimi do czynienia. – Jakby na poparcie mojego stwierdzenia huknęły strzały i od kamiennych ścian piwnicy odbiło się kilka kul. Padłem na ziemię, szarpnięciem za kołnierz zwalając również Fultona. – Lepiej nie wstawajmy. Większość ludzi strzela wyżej, a nad posadzką jest kupa dymu.
– Bardzo to pomocne informacje, Gage. Ale tak się nieszczęśliwie składa, że jedyne drzwi, o których wiem, są po przeciwnej stronie tego piekła.
– Owszem, nie miałem czasu na dokładne przemyślenie sytuacji. Ale czy nie sądzisz, że ta zasłona ognia przypomina twoją panoramę?
Wokół nas z sykiem zajmowały się kolejne zasłony. Kanapy tryskały iskrami jak świąteczne fajerwerki. Ogień pulsował niczym serce żywej istoty.
– Tu jest znacznie bardziej gorąco.
Cofnęliśmy się do kolejnego pomieszczenia, gdzie bez ducha leżeli Cuvier i Smith, oszołomieni zdradzieckim trunkiem. Trzej inni, na poły nadzy klienci z ich dziwkami czołgali się bezładnie i na oślep, czemu towarzyszyło przeraźliwe wycie całej tej menażerii. – Tu gdzieś muszą być tylne drzwi – stwierdziłem, nie poddając się panice. Capnąłem jedną panienkę i mocno nią potrząsnąłem. – Ty! Którędy jeszcze można stąd wyjść?
– Ona kazała zamurować te drzwi, żebyśmy nie pouciekały!
No tak, psiakrew. Nadal zresztą nie miałem pojęcia, gdzie może być Astiza. Kiedy wreszcie zmienię charakter, będę musiał wieść znacznie bardziej spokojne życie.
– Jeżeli nie/znajdziemy dużo wody, to możesz powiedzieć, że nas upiekłem – stwierdziłem.
– Albo możemy spróbować otworzyć te drzwi – mruknął ponuro Fulton. – Gdzie jest to drugie, zamurowane wyjście? – zapytał codzienną bywalczynię.
– To dwie warstwy solidnych kamulców – jęknęła. – Przebicie tego zajęłoby cały dzień!
Fulton zdesperowany spojrzał na mnie.
– A co jest pod nami? – zapytał.
– A niby skąd, u diabła, miałbym wiedzieć. Od skał jest Smith.
– A nad nami?
– Myślę, że ta szulernia. Jesteśmy w piwnicach jednego ze skrzydeł Palais.
– I oto rozwiązanie! Sklepienie! Ethanie, musimy wyjąć kamienny zwornik!
Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale rad, że mogę się oddalić od ognia, pognałem za nim głębiej w czeluści burdelu. W kolejnym pomieszczeniu wzniesiono jakby arabski namiot, w którym stosy poduch i dywanów miały imitować wschodnią fantazję. Płócienny dach podtrzymywały solidne drągi, sięgające niemal do kamiennego sklepienia.
– Tymi belkami rozwalimy pułap! – stwierdził wynalazca. – Jedyna nadzieja w tym, że uda nam się zwalić sklepienie na nasze głowy!
– Chcesz wywołać zawał? Oszalałeś?
– A co, wolisz się upiec żywcem? Jeżeli uda nam się zwalić na dół podłogę szulerni, będziemy mogli się wydostać na górę.
Spojrzałem na sklepienie.
– Te kamienie są solidne jak mur zamkowy.
– A nie mogłeś o tym pomyśleć, gdy rozpętywałeś to piekło? Ale sklepienie nie jest tak grube jak ściany, a każda forteca ma słaby punkt. Teraz owiń namiot i kilka poduszek wokół tamtego drąga i zrób coś na kształt ogromnej pochodni. Smith, Cuvier! – Zdzielił obu w pysk tak, że ocknęli się z grubsza i mogli, choć sztywni jak marionetki, wziąć się do roboty. – Znajdźcie jakąś wodę albo choćby wino! Szybciej, jak nie chcecie się upiec! Ethanie, podpal tę twoją zapałkę od ognia.
– I co potem?
– Daj ją tu do mnie.
Z braku lepszego pomysłu ruszyłem ku epicentrum. Strzelanina ustała – prawdopodobnie dlatego, że Ozyrys i Izyda doszli do wniosku, iż najmądrzej będzie wycofać się na parter. Moja dziesięciostopowa zapałeczka zajęła się natychmiast i odskoczyłem szybko od ognia. Fulton pomógł mi skierować ją ku sklepieniu.
– Kamień zwornika wygląda na najsłabszy punkt pułapu – powiedział, unosząc huczącą pochodnię ku centralnej części sklepienia. Ściany zwierały się na kamieniu, który stabilizował ciężar całej budowli. Zmrużyliśmy powieki, chroniąc oczy przed deszczem spadających iskier. – Tak jak kamieniarze, musimy używać na przemian żaru i chłodu.
– Nie mogę oddychać – wycharczałem.
– To pracuj szybciej!
Płonące jedwabie rozgrzały kamień. Z głębi burdelu nadbiegli Smith i Cuvier z dzbanem jakiegoś płynu. Fulton chwycił go w dłonie, zamachnął się i chlusnął wodą czy winem – nie dowiedziałem się czym – na rozgrzane sklepienie, chłodząc je zimną cieczą.
Usłyszeliśmy głośny trzask i na kamieniu pojawiła się spora szczelina. W dół poleciały skalne odłamki. Zwornik pokryła siatka pęknięć.
– Teraz drugi drąg! Szybciej, zanim pomdlejemy!
Zrozumiałem i uniosłem drugi drąg, uderzając nim z całej siły w najwyższy punkt sklepienia. Sypnęły się kolejne skalne odłamki.
– Mocniej! Mocniej! – ryknął Fulton.
– Do kata, to ciężka praca! – wycharczałem, zastanawiając się, co zrobimy, jak sklepienie runie nam na łby.
– Weź dziewczyny do pomocy!
Dym zgęstniał, a ogień zaczął pełzać w naszą stronę, więc dziewczęta ochoczo zabrały się do dzieła, wspomagane przez oszołomionego zoologa i otumanionego badacza skał. Stękając, waliliśmy wszyscy jak tłokami, z energią zrodzoną z rozpaczy i determinacji. W końcu rozległ się kolejny łoskot, kamień runął w dół i z głośnym hukiem uderzył o kamienną posadzkę piwnicy. Dziewczęta z wrzaskiem rozbiegły się na boki. Nad nami w sklepieniu zionęła dziura otwierająca się w mrok i nicość.
– Jeszcze! Dalejże, zanim ogarnie nas ogień!
Istotnie, w piwnicy robiło się coraz bardziej gorąco. Waliliśmy w sklepienie jak oszalali i na posadzkę zaczęły spadać kolejne kamienie. Kobiety ostrzegały krzykami z każdym lecącym kamulcem. Z szulerni na górze dochodziły coraz głośniejsze wrzaski zdumienia i konfuzji. W końcu wszystko zagłuszył coraz głośniejszy łoskot walących się na nas kamiennych brył.
– Precz, w stronę ognia!
Odskoczyliśmy, a sklepienie nagle się zawaliło pociągnięte w dół własnym ciężarem. W górę strzeliła chmura pyłu. Zaraz potem usłyszeliśmy trzask pękających belek – zawaliła się też podłoga szulerni. Z góry strzelił promień światła niczym obietnica niebiańskiej wolności; do nowo utworzonego krateru runęły belki, stoły, żetony i karty. Razem z tym wszystkim na dół spadli dwaj czy trzej oszołomieni gracze, przywitani przez nas okrzykami radości i wiwatami.
Wraz z powiewem świeżego powietrza wzmógł się ryk ognia za nami.
– W górę! – zawołałem. – Piąć się po belkach, zanim i one padną ofiarą ognia!
Wyroiliśmy się z kolumny dymu niczym demony, nagie, czarne jak smoła kobiety, potykający się, oszołomieni trunkami uczeni oraz gracze, wrzeszczący o pomoc w ucieczce z niespodziewanie rozpętanych piekieł. Fulton tańczył triumfalnie jak król demonów, osmalony, lecz triumfujący. Byliśmy wolni!
Z załzawionymi oczami wydostałem się na posadzkę kasyna. Klienci i gracze biegali bezładnie na wszystkie strony. Pomimo ogólnego zamętu zachowałem dość przytomności umysłu, by z pogromu uratować kilka monet.
Tymczasem do drzwi burdelu podjechały beczkowozy i strażacy zaczęli pompować wodę w uczynioną przez nas dziurę. Za nimi w cieniach ogrodu ukryli się krwawiący wciąż Ozyrys i jego goryle, na wypadek gdybyśmy się jakimś cudem uratowali. Czego oni tak naprawdę chcieli? Co wiedzieli o Astizie?
Wskazałem ich Fultonowi.
– To nasi wrogowie.
– Jacy wrogowie? – zapytał zasapany, urywanym głosem. – Myślałem, że przyszliśmy tu, żeby się zabawić.
– Sam nie do końca wiem, co się dzieje. Ale musimy się jakoś stąd wydostać. Ten drab chciał mnie pojmać, tak czy inaczej, a was odurzył jakimś trunkiem.
– Ale jak wyjdziemy? Nie zdołamy im uciec z ledwo przytomnymi Cuvierem i Smithem, gdy od ulicy dzieli nas tysiąc ludzi. Może wezwiemy policję?
– Oni tu nie przyjdą. A nawet gdyby się zjawili, zamknęliby nas ze wszystkimi, a dopiero potem oddzielaliby plewy od ziaren. Nasi kompani w celi mogliby nas podusić. A zresztą jakikolwiek związany z nami skandal nie poprawi naszych notowań u Napoleona.
Strażacy uruchomili pompę i ze skórzanych węży trysnęły strumienie wody. Przechodnie ustawili się w łańcuch i zaczęli wiadrami podawać wodę z fontanny do miedzianego lejka zamontowanego na tylnej części beczkowozu. Był to wspaniały, nowoczesny pomysł, ale rozniecony przeze mnie pożar nie zamierzał wygasać.
– Ja bym skonstruował większy beczkowóz i pompę napędzaną siłą końskich mięśni – stwierdził wynalazca. – Albo może nawet silnikiem parowym. No, ale nie da się powiedzieć, że władze nic nie robią.
– To jest myśl! Porwiemy beczkowóz!
– Mówisz poważnie? Zamiast aresztować, po prostu nas zastrzelą. A poza tym potrzebują go do pożaru.
– Strażacy nie mają broni, a za to, że nas wciągnęła w pułapkę, Madame Marguerite zasługuje na odrobinę ognia. Popatrz, podjeżdżają następne beczkowozy, wody z fontanny i tak nie wystarczy, a tamten, ot, po prostu czeka w kolejce. Będziemy udawać, że biegniemy po wodę. Jak miniemy tych ludzi, co chcieli mnie zakuć w kajdany, zwrócimy beczkowóz.
– Jest tylko trochę większy od rydwanu! – Istotnie, dwukołowy pojazd nie był szerszy ani dłuższy od artyleryjskiego jaszcza i trudno było uwierzyć, że z jego pomocą można zgasić choćby obozowe ognisko.
– Będziemy musieli się stłoczyć.
Podpierając oszołomionych Cuviera i Smitha, pognaliśmy jak do ataku. Fulton odkręcił obejmę węża od zaworu beczki, a ja wsadziłem do niej obu naszych przyjaciół; z trudem się tam mieścili, aż woda się przelała przez krawędź. Potem chwyciłem lejce i mimo wrzasków protestu pognałem dwa kucyki w głąb parku i jak najdalej od Palais. Gapie rozbiegli się na boki, dziwki też, a gdy pomknęliśmy pod arkadami, na wszystkie strony sypnęły się figury szachowe. Gnaliśmy na złamanie karku przez ćwierćmilowy centralny dziedziniec: roztrącając krzesła i odbijając się od latarni, pędziliśmy ku łukowi głównego wejścia, za którym była ulica. Ozyrys dostrzegł naszą szaleńczą szarżę i zabiegł nam drogę. Za nim kuśtykał skulony mężczyzna, którego kopnąłem w klejnoty.
Przejechałem po nich bez najmniejszych skrupułów.
Z wyznawcami rytu zmagałem się od dawna, pojawiali się w moim życiu niczym powtarzający się koszmar. Nie miałem pojęcia, czego chce Ozyrys, i nic mnie to nie obchodziło, chciałem się tylko raz na zawsze uwolnić od prześladowań tego bractwa. Utrzymując równowagę, strzeliłem lejcami, jakbym otrzepywał koc, i pognałem konie. Fulton ryczał coś niezrozumiale, trzymając się kurczowo wozu, Cuvier i Smith pojękiwali z tyłu – i mój pojazd przejechał po miłośniku zagadek. Podskoczyliśmy, wóz się zachybotał i przeleciał przez bramę, zgrzytając osiami o ściany. Usłyszałem za sobą jakiś strzał, ale nawet się nie obejrzałem.
Wpadliśmy z łoskotem na szerszą rue Saint-Honoré, zostawiając za sobą protestujących klientów Palais; przed nami pierzchali spacerowicze. W dali widać już było ogromny, mroczny masyw Luwru. W Paryżu jest diabelny ruch nawet w nocy; wozy z dostawami blokują przejazdy, konie srają i szczają, wpadliśmy więc na jakieś inne pojazdy, a nasze konie ugrzęzły w ich zaprzęgach. Rzuciłem lejce i wyciągnąłem uczonych z ich gniazdka.
– Teraz w nogi! Musimy się gdzieś ukryć!
I właśnie wtedy stanął przed nami powoli poruszający się mężczyzna z czarną laską, roztaczający wokół siebie atmosferę autorytetu i pewności siebie. Podniósłszy rękę, powiedział po prostu:
– Przeciwnie, rozkazuję, byście zostali, panowie, na miejscu.
– Na miejscu?
– Jesteście aresztowani.
Z ciemności wyłoniło się kilkunastu żandarmów. Uciekliśmy wyznawcom rytu egipskiego, by wpaść w łapy francuskiej policji.
– Z czyjego rozkazu? – spróbowałem wziąć żandarma na huki.
– Z rozkazu samego pierwszego konsula, Napoleona
Bonaparte.
ROZDZIAŁ 5
– Aresztowani? – Musiałem natychmiast coś wymyślić. – Usiłowaliśmy tylko uciec kilku drabom, którzy chcieli nas żywcem spalić. – Obejrzałem się przez ramię, żeby sprawdzić, czy Ozyrys nadal na nas nie czyha, ale gdzieś zniknął. – I szukaliśmy wody. A ci ludzie są szanowanymi uczonymi.
Fulton był szary od dymu, a oszołomieni Cuvier i Smith kołysali się jak pijacy po dobrej wypitce. Mieliśmy podarte ubrania, a nasza godność osobista leżała w gruzach.
– Monsieur Gage, nie został pan aresztowany z powodu tej ucieczki.
Skąd ten policjant mnie znał?
– No to z jakiego powodu?
– Za kontakty z Anglikami podczas pańskiej misji do Ameryki Północnej – odpowiedział zimno. – Postąpił pan wbrew instrukcjom naszego rządu... co może nie jest zaskakujące, jeżeli się weźmie pod uwagę pańską służbę Anglikom przeciwko Francji na Ziemi Świętej w roku 1799. Możemy dodać do tego próbę zepsucia opinii szanowanym uczonym. Uciekł się pan do stręczenia prostytucji, co pomijając wszystko inne, jest nielegalne. Pańscy towarzysze zażywali w burdelu środki odurzające. Możemy pana oskarżyć o zdradę, wywołanie zamieszek, zniszczenie prywatnej własności, przejechanie kilku przechodniów, kradzież beczkowozu i zakłócenie ruchu publicznego.
Zagryzłem wargi.
– Mogę to wszystko wyjaśnić.
– Niestety, nie mnie będzie pan składał wyjaśnienia.
– A z kim mam honor, mój panie?
– Ach, przepraszam. – Ukłonił się. – Minister policji, Józef Fouché, do usług. – Miał wzrok niby senny, lecz czujny, usta zaciśnięte w sceptycznym uśmieszku i stał swobodnie, ale jak szermierz gotów do pojedynku. Wyglądał na takiego, co nie wierzy w nic, cokolwiek bym powiedział – a to mogłoby się stać niezłym początkiem znajomości. Wyłapał spiskowców, którzy byli autorami nieudanego zamachu na Napoleona (miał go zabić wybuch beczki prochu w wigilię Bożego Narodzenia roku 1800), wytracił głównych rojalistów i przy okazji wysłał setki francuskich jakobinów na Seszele.
– Fouché? Interesuje się pan takimi jak my turystami?
– Mój panie, interesują mnie wszyscy, wszędzie i zawsze. Włączmy w to morderstwo pewnej prostytutki przed kilkoma laty.
– Nie miałem z tym nic wspólnego! – Byłem o to niesprawiedliwie oskarżony i nawet zyskałem dzięki temu pewien rozgłos, sądziłem jednak, że Napoleon umorzył sprawę. – Ostrzegam pana, że osobiście znam pierwszego konsula! – ciągnąłem. – Jestem bohaterem bitwy pod Marengo i traktatu z Mortefontaine. Prezydent Jefferson uczynił mnie też swoim przedstawicielem.
– Owszem. Wolałbym pana wtrącić do więzienia i posłać na gilotynę, ale Napoleon sądzi, że może pan jeszcze być użyteczny. Nie umiem sobie wyobrazić, w jaki sposób po tym, jak niemal spłonął pan w roznieconym przez siebie pożarze. – Na jego twarzy nie było widać nawet śladu humoru. – Rozumiem, że od pewnego czasu usiłował pan zyskać audiencję u pierwszego konsula. Pańskie starania zostały uwieńczone powodzeniem. Co prawda nie w takich okolicznościach, na jakie pan liczył.
Stojący za mną trzej uczeni śledzili całą rozmowę nie bez zdziwienia i oszołomienia.
– Puśćcie przynajmniej moich przyjaciół – zażądałem. – Oni nie są niczemu winni.
– Ci przyjaciele, Ethanie, są jedynym powodem, dla którego pana ratuję. Zamknijcie ich wszystkich – rozkazał swoim ludziom – zanim kogoś jeszcze stratują.
Uważałem się za dyplomatę, nie w taki więc sposób chciałem się zobaczyć z Napoleonem. On jednak miał w zwyczaju widywać się z ludźmi wtedy, kiedy chciał, i tam, gdzie miał nad nimi przewagę. Gdy pakowano nas do policyjnej karetki, przyszło mi do głowy, że raczej mało prawdopodobne, żeby minister policji, uważany przez wielu Francuzów za najpotężniejszego i najgroźniejszego po samym Napoleonie człowieka, przypadkowo czekał przy bramach Palais Royal akurat wtedy, gdy ja robiłem z siebie durnia. Czyżby tajemniczy Ozyrys czy zdradziecka Marguerite mieli jakieś powiązania z równie tajemniczym Fouchém?
– Ethanie, co się dzieje, u licha? – zapytał Fulton, gdy powóz zakołysał się i ruszył z miejsca.
– To część naszej przechadzki – odparłem wymijająco. – Jedziemy się zobaczyć z Napoleonem. Czy nie tego chciałeś?
– Ale nie jako przestępca! Mówiłem ci, że nie powinniśmy kraść tego beczkowozu.
– Powinieneś się czuć usatysfakcjonowany. Aresztował nas sam Fouché.
– Ale dlaczego?
– Głównie przeze mnie.
Pozostali dwaj uczeni nadal byli pijani i oszołomieni, a ja wiedziałem, że będę musiał prosić Bonapartego o przysługę uwolnienia ich, przez co zostanę jego dłużnikiem. Krótko mówiąc, Pierwszy Konsul unikał spotkania ze mną, dopóki okoliczności nie sprawiły, że będę zdany na jego łaskę. Podejrzewałem, że właśnie dzięki takim manewrom taktycznym to on, a nie ja, jest teraz władcą Francji.
Nasz pojazd o maleńkich okienkach, przez które wlatywało powietrze, jechał krętymi paryskimi uliczkami. Była ciemna poc. Mijaliśmy rozmaite średniowieczne ruiny odbudowywane po zniszczeniach podczas rewolucji. Ludność Paryża po ucieczce rojalistów i wskutek niedawnych kryzysów ekonomicznych zmniejszyła się o sto tysięcy i teraz nie przekraczała połowy miliona. Gospodarka zaczęła się dźwigać dopiero pod rządami Napoleona. Jechaliśmy zasadniczo ku zachodnim dzielnicom miasta, co pozwoliło mi odgadnąć cel naszej jazdy.
– Jedziemy do Malmaison – powiadomiłem pozostałych. – To dobra wiadomość. Nie zobaczy was tu żaden z waszych znajomych.
– Zauważą nasze zniknięcie – mruknął Cuvier, który powoli zaczynał odzyskiwać bystrość umysłu.
– Malmaison? Zły dom? – Smith przełożył nazwę posiadłości.
– Tak go nazwali sąsiedzi na pamiątkę jakiegoś dawnego najazdu wikingów. Może byli wśród nich twoi przodkowie, Bill.
– Ba, Anglię też złupili. A przybyli z Francji, jako Normanowie.
Paryż od zawsze był bezładną zbieraniną pałaców, cisnących się do siebie domów, działek warzywnych i błotnistych pastwisk. Jedynymi ludźmi, jakich widziałem o tak wczesnej godzinie, byli nosiciele wody, całymi tysiącami pracowicie przenoszący wiadra z niezbyt obfitych miejskich fontann do domów. Przeciętny paryżanin zużywał około litra wody dziennie i to właśnie było jednym z powodów popularności Napoleona – Pierwszy Konsul postanowił zlikwidować ten niedostatek.
Moi towarzysze zapadli wreszcie w drzemkę.
Z zatłoczonego centrum Paryża przejechaliśmy na zielone przedmieścia, a potem minęliśmy Farmers-General – mur otaczający Paryż i wybudowany przez Ludwika XVI, by ukrócić przemyt. Przejechaliśmy przez krętą Sekwanę i wjechaliśmy w rejon podmiejskich posiadłości ziemskich, majątków i terenów łowieckich. Gdzieś na południu był Wersal.
Ostatecznie w godzinę po świcie dotarliśmy do znajdującej się poza miastem siedziby Pierwszego Konsula. Po zdobyciu władzy Napoleon w ciągu minionych trzech lat rezydował w Pałacu Luksemburskim, Tuileries, i wydawał ponad półtora miliona franków rocznie na odbudowę starego pałacyku Saint-Cloud. Od czasu do czasu lubił też przenieść się z miasta do mająteczku, który kupiła Józefina, gdy on przebywał w Egipcie. Kupno Malmaison bardzo go swego czasu rozsierdziło, ale później uległ wiejskim urokom posiadłości.
Wzdłuż wysokiego kamiennego muru dojechaliśmy do strzeżonej przez wartę żelaznej bramy. Fouché powiedział coś wartownikom i wjechaliśmy na szeroką, wysypaną żwirem alejkę obsadzoną drzewami. Gdy w końcu wpuszczono nas do środka, zdrętwiałych, brudnych i skacowanych, zobaczyłem dowód doskonałego gustu Józefiny. Jej mąż kochał się w rzeczach wielkich i wspaniałych – uwielbiał przeglądy wojskowe – a Józefina w pięknych.
Malmaison jest urokliwym château pokrytym żółtym tynkiem, z jasnoniebieskimi okiennicami i dachem z płytek łupku. Całą szerokość długiego prostokątnego budynku zajmuje amfilada pokojów zalewanych potokami światła dziennego. W zielonych donicach posadzono piękne, starannie poprzycinane krzewy, a ogród aż po okienne parapety pokrywa powódź kwiatów, którymi napełniano niezliczone, stojące wewnątrz wazy. Z parku dolatywały nas śpiewy ptaków.
– Mamy się zobaczyć z Pierwszym Konsulem – oznajmił Fouché jakiemuś ważniakowi, który miał włosy zaplecione w warkocz, przepasany był szarfą, a na nogach miał czarne lakierki.
– Jest przy stawie. On chyba nigdy nie śpi. Tędy proszę...
