Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Śmierć nie przyszła po Ernesha. Ona otworzyła drzwi, które powinny pozostać zamknięte.
Mortum – kraina umarłych – zaczyna przenikać do świata żywych i szeptem wzywa kolejne dusze. Pogrążona w głębokiej żałobie Adaliah przyjmuje władzę, jednak korona jej ciąży, a obłęd powoli ją pożera.
Donovan wędruje po Ismore, zadręczając się zagadkami swojej przeszłości i tożsamości. Nie przeczuwa, że prawda, którą odkryje, może przesądzić o losie wszystkich istot. Żywych czy martwych.
Elfy i czarodzieje od wieków żyją we wzajemnej nienawiści. Zabójstwo Ernesha stało się pretekstem, którego obie strony potrzebowały, by uwolnić gniew.
Wojna jest nieunikniona. I pochłonie znacznie więcej niż jedną niewinną duszę.
Bo Śmierć się budzi.
A jej pocałunek nie zabija od razu. Najpierw zaprasza do tańca, którego nie można przerwać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 624
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zwą mnie Adaliah. Córka Mroku, Dziecko Księżyca.
I jestem martwa.
Chociaż serce bije, dusza zgniła wypełniona ciemnością. Ale nie stawiałam oporu.
Z jakiego powodu miałabym walczyć, kiedy moje myśli wypełniała żałoba głęboka jak Ocean Viaelly? A gniew… Gniew przypominał ogień. Ostry, gorący. Kierowany w szczególności do jednej osoby – Donotreda.
Pragnęłam zemsty. Być może nie przyniesie mi ukojenia, nie ostudzi ognia. Lecz uzbroiłam się w cierpliwość. To jeszcze nie czas na odwet. Najpierw musiałam skupić uwagę na bieżących, niecierpiących zwłoki sprawach.
Elsolis potrzebowało władcy.
– To wielki dzień, Ad. Elfy będą skandować twoje imię i padną przed tobą na kolana. Przywrócisz im nadzieję.
Zerknęłam w lustro na odbicie Deny, która poprawiała srebrne łańcuchy na moich odkrytych plecach. Milczałam jednak i tylko śledziłam wzrokiem pracę chimery oraz Sirony. Obie były już gotowe. Ubrane w piękne, zwiewne suknie wyglądały olśniewająco, a liczna biżuteria dodawała im blasku.
– Wiem, że nie jesteś w stanie cieszyć się koronacją, kiedy twojego brata nie ma obok, ale w końcu, po tak długim czasie, zyskasz władzę, o którą walczyłaś całe swoje życie – podjęła chimera. Stanęła przede mną i delikatnie ujęła moją dłoń. – Ernesh czułby dumę.
– Dość. – Zabrałam rękę z uścisku lisicy. – Doceniam twoje próby, Deno, jednak proszę, abyś nie przywoływała tego tematu. Nie dzisiaj.
– Gotowe, Mevi Kasiti1 – wtrąciła Sirona, robiąc krok w tył.
Zerknęłam w kryształowe lustro wiszące na ścianie. Blada skóra prześwitywała spod cienkiego materiału sukni. Paski z koronki, z wyszytymi księżycami i gwiazdami, stanowiły idealne dopełnienie kreacji. Na lewej ręce zawiązany miałam czarny bandaż, dekolt i plecy zdobiły srebrne łańcuchy. Przeniosłam wzrok na włosy. Pasma zaplecione w cienkie warkoczyki zostały spięte w koronę, a pozostałe falami opadały na plecy. W upięciu błyszczały srebrzyście spinki i łańcuszki.
Sirona podkreśliła mi oczy i usta czarnym barwnikiem, jednak makijaż nie zdołał ukryć zapadniętych policzków i sińców pod oczami, które przyciągały uwagę.
– Bogowie mogą zazdrościć twojej urody, moja pani – powiedziała z zachwytem służka. Jednak uśmiech zniknął z jej twarzy, gdy spuściłam wzrok. – Jeśli chciałabyś coś zmienić…
– Jest idealnie. Jak zawsze, Sirono.
Elfka pokiwała głową. Rzuciła mi jeszcze ostatnie spojrzenie, po czym ruszyła do wyjścia. Kiedy zostałam sama z Deną, chimera znów ujęła moją dłoń.
– Mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytała z troską.
– Baw się dzisiaj dobrze podczas biesiady.
Niech świętują, niech głośno śpiewają, usłyszałam w głowie. Zmarli… Niech tańczą, gdy inni w środku umierają!
Zacisnęłam szczęki. Dena od razu to dostrzegła i zastrzygła uszami, świadoma, że zmarli nie opuszczali mnie nawet na chwilę. Obecni również w dniu koronacji – drwili i wyśmiewali. Wiedzieli, że z każdym księżycem nosiłam w sobie coraz mniej światła i woli walki. Kiedy oni szydzili, ja tonęłam w żalu.
Mimo to, mimo moich błagań, Śmierć nie chciała ze mną zatańczyć.
Oddech ugrzązł mi w gardle, gdy chimera przyłożyła czoło do mojego. Zamknęłam odruchowo oczy, desperacko szukając pocieszenia w tym niewinnym geście. Ernesh robił to zawsze, kiedy targały mną negatywne emocje. A teraz ten zwyczaj przejęła Dena.
– Księżyc jest wysoko – powiedziała cicho. – Elfy czekają. Korona również.
– Ta korona jest przekleństwem.
– Może okaże się zbawieniem. Tak jak zawsze myśleliście. Ty i Ernesh.
– Nie… – Wykrzywiłam usta w bladym uśmiechu. – Ona mnie pogrzebie. Żywcem.
Dena spojrzała z niepokojem, jednak nim zdążyła znów coś powiedzieć, drzwi stanęły otworem. Do komnaty zajrzał Owen. Ocenił mój wygląd i skinął głową. Nadszedł czas.
Wyszliśmy na korytarz. Zamek opustoszał – wszystkie elfy podążyły do miasta, gdzie miałam być koronowana. Ceremonię oraz biesiadę po niej zorganizowano zgodnie z tradycjami: pod gołym niebem, w blasku księżyca, z ogniem, tańcem i pieśniami. Pierwszy raz od śmierci Erthrede’a elfy miały zasmakować zabawy, wolności.
Nawet jeśli ja nie miałam na to siły.
Na zewnątrz uniosłam wzrok na pełny księżyc. Idealna noc na koronację. I tego zdania byli wszyscy. Już z daleka słyszałam tłum zebrany w mieście. Na dziedzińcu, wokół drzewa będącego sercem miasta, płonął srebrny ogień. Elfy tańczyły ze śmiechem, ku nocnemu sklepieniu unosiły kielichy z winem.
Jak mogły tak szybko zapomnieć? Jak mogły świętować, kiedy śmierć Ernesha wisiała nad Elsolis jak gęsta mgła? Jeszcze trzy księżyce wcześniej opłakiwali jego stratę. Rzucali kwiaty pod zamek, na pogrzebie chwytali się za serca. A teraz ich oczy błyszczały radością. Mdliło mnie na sam widok…
Dlaczego ja nie mogłam znaleźć szczęścia? Dlaczego wciąż czułam ubytek w duszy?
Dłoń Owena, którą poczułam na ramieniu, przerwała moje rozmyślania. Zerknęłam na niego.
– Gotowa? – zapytał cicho.
Skinęłam głową, na co odpowiedział tym samym, po czym z Deną poprowadzili mnie przez tłum. Zgromadzeni przerwali tańce i patrzyli w ciszy, gdy szliśmy w stronę kręgu ognia. Stanęłam przodem do otaczających nas mieszkańców Elsolis. Splotłam ręce przed sobą, patrząc na nich.
W oczach każdego z zebranych błyszczały szacunek i nadzieja. Czekali na ten moment od dnia, gdy Erthan brutalnie przejął władzę. Teraz miałam szansę wyzwolić Elsolis, przełamać klątwę i pokojowo objąć tron – bez niesprawiedliwego morderstwa, bez rozlewu krwi.
– Dzisiejsza noc jest szansą – wygłosił Owen mocnym głosem słyszalnym na całym placu. – Szansą na zbawienie, na odzyskanie blasku. Śmierć Ernesha nas ugodziła, ale duch księcia czuwa nad nami. To nowy początek.
Chmury odsłoniły pełny księżyc. Westchnęłam, gdy srebrne, subtelne światło padło bezpośrednio na nas. Zupełnie jakby bogowie wysłuchali, jakby próbowali zapewnić, że mój brat nas obserwował i był obecny, mimo że nie wyczuwałam jego duszy.
– Adaliah. – Owen odwrócił się do mnie. – Możesz odmienić los. Księżyc wybrał ciebie i Ernesha, więc udowodnij, że to nie pomyłka. Nawet jeśli musisz zrobić to sama.
Królewski namiestnik wysunął sztylet z pochwy i głęboko rozciął swoją dłoń. Patrzyłam, jak pozwala spłynąć do kielicha szkarłatnej strużce.
Następnie podszedł do Adel oraz Herkurna. Zranił oboje, aby ich krew również spłynęła do naczynia.
Kiedy zostało napełnione do połowy, wrócił do mnie. Zanurzył palce i krwawymi liniami naznaczył moje czoło oraz usta, jako zaproszenie dla bogów. W ten sposób przekazywaliśmy, że pragniemy ich obecności i błogosławieństwa. Wzięłam kielich i wypiłam zawartość. Zacisnęłam powieki, gdy metaliczny posmak podrażnił moje kubki smakowe.
Elfy wstrzymały oddechy, patrząc, jak namiestnik sięga po koronę. Tę samą, którą tak niedawno nosił Erthan. Była piękna, zdobiona srebrnymi liśćmi i cierniami. Z obręczy zwisały łańcuszki z klejnotami, a boki wieńczyły odłamki jelenich rogów. Opadłam na kolano i spuściłam głowę. Liczyłam, że poczuję dumę, ekscytację, może chociaż ulgę, jednak to nie nastąpiło. Tlące się w duszy emocje pozostały niezmienne. Gniew, żal… Nic innego.
Zacisnęłam szczęki, gdy Owen ostrożnie włożył koronę na moje skronie. Jej ciężar przygniótł mnie momentalnie. Oddech ugrzązł mi w gardle, serce pominęło uderzenie.
Nagle ze ściany ognia wyskoczył płomień. Zatańczył wokół mojej głowy, z sykiem wirując w powietrzu. Po chwili dołączyły do niego kolejne. Krążyły wśród zachwyconych elfów. Dzieci wyciągały ręce, chcąc któryś złapać, lecz ogniki gnały przed siebie. Światło księżyca stało się silniejsze, jego energia była wyczuwalna w powietrzu. Zebrani kolejno zaczęli unosić wzrok, gdy pojedyncze smugi światła padły bezpośrednio na mnie.
Wtedy wiązka płomieni uderzyła w sam środek mojej klatki piersiowej. Zachwiałam się w tył i odetchnęłam z drżeniem. Patrzyłam, jak na rękach zalśniły mi srebrne znaki runiczne. Pozostałe ognie uderzyły w ziemię, co sprawiło, że pod całym Elsolis przebiegła energia księżyca. Szczeliny w ścieżkach i przestrzenie pomiędzy konarami drzew rozświetliło srebro.
Pierwszym, który uklęknął, był Owen. Uniósł rękę do serca i spuścił głowę, mrucząc pod nosem słowa oddania i lojalności. Zaraz za nim podążyli pozostali. Elfy opadały na kolana, usta rozciągały w uśmiechach. W królestwie rozbrzmiało wycie lupinów.
– Valla elvehiro2 Adaliah! – krzyknął Herkurn.
Wstał z kolan i wyciągnął miecz z pochwy. Uniósł go wysoko w dumnym geście, drugą rękę trzymając na piersi. Straż poszła w jego ślady, salutując nagą bronią.
– Valla elvehiro! Chwała Córce Mroku!
Poddani powstali i sięgnęli po kielichy. Wykrzykiwali moje imię, wiwatując radośnie. Spojrzałam na księżyc, szukając… czegokolwiek. Znaku, podmuchu wiatru, nagłego przypływu energii. Czegoś, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że władza da mi siłę, że będę w stanie przywrócić do życia bliźniaka, że zdołam dokonać zemsty na czarodziejach. Księżyc jednak milczał.
Słysząc klaskanie wyróżniające się spośród innych odgłosów, zmrużyłam oczy. Wśród elfów dostrzegłam wysoką sylwetkę zmarłego. Poszarpane ubrania, oszpecone ciało i szyderczy, pełen nienawiści i obłędu uśmiech. Doverth. Uderzał w dłonie, wbijając we mnie pełne kpiny spojrzenie.
Moje gratulacje, słodka elfko, zadrwił. Teraz poczujesz na własnej skórze, co znaczy władać. Zażyj dziś zabawy, póki jeszcze możesz.
Przeszedł przez tłum i stanął tuż przede mną. Uniósł rękę, jakby chciał dotknąć mojej twarzy, jednak zrezygnował. Zarechotał cicho, kręcąc głową. Poczułam dreszcz.
Szkoda, że tak piękna istota jak ty, gnije w środku…
– Wynoś się – wycedziłam, znosząc zimne spojrzenie czarodzieja.
Wedle życzenia królowej. Nie myśl jednak, że pozostawię cię na długo. Nie mogę pozwolić, abyś zdążyła zatęsknić.
Z drwiącym śmiechem zniknął w powietrzu.
Drgnęłam, czując na ramieniu czyjś dotyk. Spojrzałam na Adel, która stanęła obok. Zabrała rękę, nie naciskając, choć w jej oczach błysnął smutek.
– Zechcesz podpalić stos? – zapytała z nadzieją, wskazując na stertę gałęzi i kwiatów. – Ofiara złożona bogom wpuszcza ich do naszych serc. Dzięki temu królestwo odzyska blask.
– Nie odzyska, jeśli o to nie zawalczymy.
– Elfy pójdą za tobą po zemstę. I na śmierć. Ale tradycje zawsze podnosiły ich na duchu. Potrzebują nadziei, nim wpadniemy w wir bitew i politycznych rozgrywek.
Spojrzałam matce w oczy, słysząc w jej głosie gniew. Kierowany nie do mnie, lecz do czarodziejów. Minęło zaledwie kilkanaście księżyców od napaści magów na Elsolis, jednak zniknięcie Erthana i śmierć Ernesha obudziły w niej coś, czego nie widziałam wcześniej. Ogień.
– Adel ma rację – oznajmiła Dena, podchodząc bliżej. – Zrób to nie tylko dla elfów, ale dla siebie. Dla Ernesha. Wpuść nadzieję do serca i pozwól sobie uwierzyć, że dostaniesz głowę Donotreda. I że odzyskasz brata.
Na te słowa poczułam mocniejsze uderzenia w piersi. Zmarli nieustannie szeptali, że jest sposób, abym przywróciła bliźniaka do życia, jednak nie bez konsekwencji. Nigdy nie sądziłam, że znajdę możliwość, żeby na stałe wszczepić psyche do ciała, przywracając tym umarłego do życia, jednak z Erneshem to zupełnie inna sytuacja. Nasze byty były złączone. Śmierć rozerwała je brutalnie, ale póki ja żyłam, połowa duszy księcia nie przepadła bezpowrotnie. A to oznaczało, że owszem, nadzieja, choć marna, istniała.
Niepewnie stawiając kolejne kroki, szłam w kierunku stosu. Mierzył około czterech metrów wysokości, bogaty kolorami kwiatów i gałęzi zebranych przez elfy przed koronacją.
Zaryzykuj własną duszę, podpal stos, słyszałam w głowie kuszące słowa zmarłych. Czułam, jak zacierali ręce. Odzyskasz brata i oszukasz los.
Musiałam odzyskać Ernesha… Musiałam.
Jego dusza tkwiła uwięziona gdzieś głęboko w Mortum – zagubiona, przerażona. Pragnęłam wyrwać ją z łapsk mroku, nawet jeśli tworzyło to ryzyko zaburzenia balansu między światem żywych i umarłych.
Odzyskaj go, odzyskaj siły. Wasze dusze nie będą już błądziły.
Król czarodziejów i jego syn śmieją się do rozpuku. Wiemy, jak pragniesz ich martwych serc! Ich krwi! Krew, krew, KREW! Śmierci niech poczują powiew!
Zmarli zarechotali. Oddech mi przyspieszył, mocniej zacisnęłam palce na uchwycie pochodni. Jedne elfy chyliły głowy, gdy przechodziłam obok, inne prezentowały szerokie uśmiechy. Ja jednak patrzyłam tylko na stos, do którego zmierzałam.
Stanąwszy przed nim, wzięłam głęboki wdech. Rzuciłam pochodnię i pozwoliłam, by zaklęty ogień zajął gałęzie i kwiaty złożone w ofierze. Elfy zaczęły wiwatować, chwytać się za ręce i tańczyć. Ogień szedł coraz wyżej i wyżej, oświetlał cały dziedziniec, gromiąc mrok pełzający w zakamarkach, gotowy wypłynąć i pochwycić nas wszystkich.
Na mojej twarzy panował jednak zimny spokój. Patrzyłam w płomienie, słuchając odgłosów zabawy i elfickich pieśni oraz rechotu zmarłych, którzy również sprawiali wrażenie radosnych, choć z innego powodu. Wirowali wokół, zamykając mnie w kręgu gniewu, od którego nie byłam w stanie uciec.
Ogień… Gorący, niebezpieczny.
Wypełniał moją duszę za każdym razem, gdy tylko myślałam o czarodziejach. O Donotredzie. I Donovanie. Zagłuszał wszystko inne, przejmował myśli i wpełzał do najcichszych zakamarków umysłu. Płomienie lizały zszargane serce, szepcząc tylko jedno:
Zabij.
1Mevi Kasiti (z elsoltańskiego, dalej: z els.) – Moja Pani [wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od autorki]
2Valla elvehiro (z els.) – Chwała królowej
Wszyscy wstali, gdy weszłam do Sali Narad. Skinęłam głową na znak, że mogą usiąść. Nie brakowało nikogo: Owen, Herkurn, Adel i Dena czekali gotowi do działania.
Spoczęłam na miejscu przeznaczonym dla władcy i skupionym wzrokiem omiotłam trójwymiarową mapę na stole. Członkowie rady milczeli, dając mi czas na zebranie myśli. Spotkanie miało oczywisty cel – podjęcie kolejnych kroków w związku z trwającą wojną. Atak czarodziejów na Elsolis był brutalny. Dopuścili się nieczystego zagrania, czym pogwałcili wszystkie zasady rycerskie. Wojna przybrała teraz osobisty obrót. Śmierć Ernesha pozbawiła mnie skrupułów i przywróciła instynkty bliskie zwierzęcym. Pragnęłam krwi. Nieważne, ile zasad złamię, ilu niewinnych polegnie. Dokonam zemsty.
– Jakieś ślady Erthana? – zapytałam, spoglądając na Herkurna.
Namiestnik pokręcił głową. Oczy pociemniały mu na dźwięk imienia zaginionego i bezradnie wzruszył ramionami.
– Rozesłałem zwiadowców we wszystkie strony. Nikt o nim nie słyszał. Elfy zauważyły jednak zmiany zachodzące w kniei. Coś dzieje się z ziemią, jest zatruta. Vighirty zniknęły, zwierzęta opuszczają siedliska.
– Jakieś podejrzenia, gdzie leży przyczyna zgnilizny? – Adel ściągnęła brwi.
– Jeśli Las Cieni umiera, możliwe, że starożytna magia ziem wyspy jest wysysana – przypuściła Dena.
Wszyscy przenieśli na nią wzrok. Mieliśmy świadomość, że mieszkając przez lata w kniei, zyskała ogromną, rzetelną wiedzę.
– To wymaga potężnej siły. Nie sądzę, by Erthan taką dysponował.
– Nie możemy tego wykluczać – zaoponował Owen. – Nie wiemy, do czego tak naprawdę jest zdolny.
Skinęłam głową, przetwarzając informacje, po czym poleciłam dowódcy:
– Herkurnie, wyznacz patrole, które będą obserwować okolicę. Chcę raportów na bieżąco. Jeśli sprawy przybiorą gwałtowny obrót, nie wahaj się zwołać radę.
Ponownie spojrzałam na mapę, skupiając uwagę na Carminie, od której dzielił nas Las Cieni.
Czarodzieje stanowili problem nie mniejszy niż Erthan. Musieliśmy mieć oczy dookoła głowy, działać rozważnie. Najmniejszy błąd mógł rozpocząć łańcuch porażek, który doprowadziłby do upadku królestwa.
– Deno – zwróciłam się do chimery, na co ta zastrzygła uszami. – Za dwa księżyce Rada Rithy ma przysłać do nas szpiegów. Chciałabym, abyś objęła nad nimi opiekę. Niech obserwują Carminę z każdej strony, ale nie chcę, by ktokolwiek ryzykował wejście do środka. To zadanie dla kruków. Przypatrujcie się z drzew, nic więcej.
W oczach Deny błysnęła determinacja.
– Potrzebujemy sojuszników, Ad – westchnął Owen. – Las Cieni to za mało.
– Alisy z pewnością staną po naszej stronie – zauważył Herkurn.
– Nie mamy pewności – mruknął namiestnik. – Harit stanie u boku Ad, ale priorytetem jego ojca jest bezpieczeństwo swoich. Nigdy nie wda się w wojnę, która go nie dotyczy.
Dowódca straży spuścił wzrok.
– Wciąż nie wiedzą o śmierci Ernesha.
W sali zapadła cisza. Adel przymknęła powieki, powstrzymując łzy. Przetarłam oczy, uświadamiając sobie, że rzeczywiście Harit, nasz najbliższy przyjaciel, nie ma o tym pojęcia. Kruki nie mogły dostarczyć mu informacji, ponieważ noszenie wieści o śmierci było przekleństwem. A wiatr nie docierał do Alatusa.
– Mogę pojechać do królestwa alisów i… – zaczął Owen, jednak weszłam mu w słowo.
– Valie3. Udam się tam osobiście.
– Pojadę z tobą – zapowiedział namiestnik.
– Mi lerre4 – dodał Herkurn.
Obaj wymienili spojrzenia. Nie zamierzali zostawiać mnie samej, co doceniałam. Choć nie mówiłam tego głośno, moja dusza wręcz pożądała ich obecności w tej małej, ale trudnej emocjonalnie wyprawie. Nie miałam pewności, czy wydusiłabym z siebie, co zaszło. Nie, kiedy tak palił świeży ból.
Wzięłam głęboki wdech, odsuwając żałobę. Musiałam być silna. Zostałam królową, a to oznaczało, że jednocześnie skałą, oparciem dla elfów. Słabość to coś niedopuszczalnego. Szczególnie okazana na oczach innych.
Nawet jeśli w środku umarłam, nosiłam maskę władczyni, która wiedziała, co robi i do czego dąży. Musiałam iść dalej, mimo że zostawiałam za sobą ścieżkę szkarłatu. Każdy krok, każdy oddech uderzały jak ciosy w serce, ale póki biło, brnęłam dalej.
– Wyruszę w podróż polityczną – przerwałam ciszę, czując, że im dłużej milczeliśmy, tym gorzej znosiłam ból. – Odwiedzę królestwa, najmniejsze obozy i wioski. Zyskam sojuszników dla Elsolis. Jeśli nasze podejrzenia są słuszne i olbrzymy połączą siły z czarodziejami, będziemy potrzebować każdej pary rąk dzierżących broń.
– Spojrzę w gwiazdy i zapytam, do kogo warto wyciągnąć rękę, a za kim snuje się cień zdrady – zapowiedziała Adel, na co z wdzięcznością skinęłam głową.
– Nim wyruszę, czeka nas jeszcze biesiada dla upamiętnienia Ernesha i chciałabym, aby wypadła idealnie. Jeśli Owen i Herkurn pojadą ze mną do Alatusa, pieczę nad przygotowaniami muszę powierzyć wam. – Zerknęłam na matkę i Denę. – Jesteście w stanie wszystkiego dopilnować?
– Oczywiście – odparły zgodnie.
– Dobrze – przytaknęłam.
Znów zapadła cisza. Zabrakło kogoś, kto rozjaśniłby niebo zabawnymi docinkami lub żartami, na które wszyscy przewróciliby oczami. Kogoś, kto zarzuciłby nogi na stół i westchnął ze znudzeniem, woląc działać niż planować.
Brakowało jego. I odczuwali to wszyscy.
Zacisnęłam szczęki, kiedy Adel wstała od stołu. Położyła mi rękę na ramieniu, po czym bez słowa opuściła salę. Herkurn drżąco wciągnął powietrze, łzy błyszczały mu w oczach. I on wstał, zaraz za nim Dena. Wymruczeli przeprosiny i wyszli.
Zostałam tylko z Owenem.
Gula w moim gardle rosła, oczy piekły boleśnie, gdy łzy zbierały się pod powiekami.
– Musimy ustalić, dokąd pojedziemy – zauważył. – Przeanalizuję dostępne możliwości i sporządzę listę. Skonsultuję to z Adel i krukami, abyśmy mieli pewność, że ta podróż nie będzie daremna. Czas jest cenny. Teraz, kiedy jesteś królową…
Chwyciłam koronę i cisnęłam ją na stół. Pragnęłam, aby pękła, jednak uparcie pozostała nienaruszona. Schowałam twarz w dłoniach, ale po chwili znów wyprostowałam plecy, walcząc ze sobą. Desperacko próbowałam zamaskować ból.
Ledwo oddychałam.
Tonęłam coraz głębiej.
Spadałam wciąż niżej.
– Ad… – Głos namiestnika zabrzmiał niewiele głośniej od szeptu.
– Zebrałeś księgi, które mogą mi pomóc? – zmieniłam temat.
– Talien5. Kazałem zanieść je do twoich komnat, byś mogła przestudiować je w skupieniu.
– Zacznę jeszcze dzisiaj.
Namiestnik okrążył stół. Stanął przy mnie, po czym spojrzał na leżącą koronę. Delikatnie ujął moją dłoń. Odruchowo chciałam wyrwać ją z uścisku, lecz tego nie zrobiłam. Przełknęłam ślinę, szukając w tym dotyku odrobiny pociechy. Owen trwał obok. Trzymał moją rękę i po prostu był.
Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, ile znaczyła jego obecność, próba zrozumienia. Kiedy inni wyszli, on został. Bez względu na wszystko wciąż podpierał resztki murów wokół mnie. Nie murów. Ruin.
Pragnęłam opuścić Salę Narad i dać sobie czas na odpoczynek, ułożenie wszystkich spraw, opłakanie straty, ale nie mogłam. Jeśli wycofałabym się w cień, pociągnęłabym królestwo za sobą.
– Kiedy ostatni raz spałaś? – zapytał nagle namiestnik, mocniej ściskając moją dłoń.
– Valie isal6. Nie mogę zasnąć. Za każdym razem zmarli pokazują mi śmierć Ernesha. W dodatku czuję, jak rosną w siłę. Ich dusze są… wyraźniejsze.
– Te rany na twoim ciele…
– To oni. – Skinęłam głową. – Mam problemy z wyjściem ze snu. Ich łapska są jak sidła. Trzymają, szarpią… – Zacisnęłam powieki, próbując odepchnąć wspomnienia, jakie zbierałam nocami. – Kiedy otwieram oczy, wciąż czuję ich dotyk. A te rany to tylko dowód na to, że coś ewoluuje. Zmarli się zmieniają.
– Czerpią energię z twojego bólu – powiedział cicho elf. Uniósł moją rękę, uważnie oglądając fioletowe ślady i delikatne cięcia. – A żałoba dodatkowo ich napędza.
Czułam w tym dużo prawdy. Nie rozumiałam jednak, dlaczego zmarli nakłaniali mnie do próby przywrócenia Ernesha, skoro czerpali energię z mojego cierpienia. Zbyt wiele niewiadomych, musiałam zachować ostrożność. Wszystkie próby, które podejmowałam, mogły zawieść, a każdy błąd mieć nieodwracalny skutek.
Co, jeśli uwolniłabym dusze? Co, jeśli całkowicie straciłabym nad nimi kontrolę?
Zamrugałam, gdy Owen ruszył w stronę drzwi. Mówił coś, jednak natłok myśli zagłuszył jego słowa. Zostałam sama. Spojrzałam na koronę, szukając sposobu na pogodzenie się z władzą, którą przejęłam. Musiała być moim atutem. Moją siłą. Nie słabością czy przekleństwem.
Pamiętasz, co ci powiedziałem, słodka elfko?, usłyszałam. Czułam zimno bijące zza pleców i wiedziałam, że tuż za mną stoi Doverth. Korona to symbol krwi i zdrady…
Zamarłam z pobladłą twarzą.
Krwi, ponieważ każdy, kto wkłada koronę na skronie, zostawia za sobą jej rzekę. Zdrady, ponieważ wiele istot może się zwrócić przeciwko tobie. A nawet twoje serce. Ono jest najbardziej zwodnicze, prawda?
– Nic o mnie nie wiesz.
Zabawne, że te słowa usłyszał również Donovan.
Doverth się nachylił. Szpetna ręka zmarłego wisiała w powietrzu tuż przy moim policzku, przez co czułam zimny powiew na skórze. Dlaczego budził takie przerażenie? Gdy czułam go obok, nagle byłam bezbronna. A on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wiem o tobie więcej, niż myślisz, słodka elfko, zapewnił. Wiem, jak pragnęłaś władzy. Teraz jednak żyjesz w strachu, że jeśli jej posmakujesz, podążysz śladami Erthana, gdyż żałoba okalająca twoje biedne, małe serduszko jest zbyt głęboka. Ale pozwól, że coś ci powiem.
Zwróciłam wzrok na czarodzieja, zaciskając szczęki. Jak na martwą istotę, miał nienaturalnie intensywne spojrzenie. Wykrzywił usta w uśmiechu, lecz milczał przez dłuższą chwilę, chłonąc mój wizerunek. Podjął próbę, aby złapać mnie za policzek, jednak palce Dovertha przeniknęły przez skórę. Zachłysnęłam się powietrzem. Dotyk zmarłego był jak powiew zimnego wiatru uderzającego prosto w duszę. Paraliżujący, mroźny. Westchnął z zawodem, jeszcze bliżej pochylając do mnie głowę.
Władza da ci należną siłę, jednak musisz przyjąć fakt, że jesteś królową, słodka elfko. Noś koronę z dumą.
– Dlaczego mi to mówisz? – Potrząsnęłam głową.
Mam w tym swój cel, to oczywiste. Ale ciekaw jestem też, ile możesz osiągnąć.
– Myślisz, że ci zaufam?
Byłabyś wtedy naprawdę naiwna, parsknął śmiechem. Wyprostował sylwetkę i skierował wzrok na jedno z regaliów. Nie ciekawi cię, skąd taka symbolika korony? Zostałem zamordowany, nieoczekiwanie zawiodły mnie własne ambicje. Spójrz jednak na to inaczej: niech szkarłatem spłyną twoje ofiary. A zdradę ogranicz do przechytrzenia Losu.
Sięgnęłam po koronę i uważnie na nią patrzyłam. Symbol siły i władzy. Bogowie wybrali mnie i Ernesha nie bez powodu, mieli dla nas plan. Nie mogła go zakończyć śmierć bliźniaka, ponieważ to byłoby zbyt proste. Los o tym wiedział.
Powiodłam opuszką kciuka po obręczy.
Tak jest… Poczuj władzę. Nie jesteś owcą w stadzie wilków, słodka elfko. Jesteś wilczycą pragnącą zemsty. Bądź nią, stań się Śmiercią.
3Valie (z els.) – Nie
4Mi lerre (z els.) – Ja również
5Talien (z els.) – Tak
6Valie isal (z els.) – Nie wiem
Nie odróżniałem dnia od nocy. Nie wiedziałem, czy dostaję kolację, czy śniadanie. Jedynym czynnikiem pozwalającym zorientować się w czasie był obchód strażników, regularnie trzy razy w ciągu dnia: o wschodzie słońca, w południe oraz o zachodzie. Chodzili parami, zaglądając do każdej z cel, aby sprawdzić, czy żaden z więźniów nie planował niczego w mrokach lochów.
W szczególności pilnowali mnie.
Za każdym razem stawali przy wejściu i kpili, wytykając palcami. Przynoszone jedzenie rzucali na posadzkę przed kratami tak, abym nie mógł go dosięgnąć. Głodzony, nie mogłem również z nikim się kontaktować. Nie potrafiłem zasnąć, czując nieustanną obserwację. Gdybym zmrużył oczy, wpadliby do celi i… Nawet nie chciałem o tym myśleć. Czekali na moment, aż osłabnę i stracę przytomność. Wtedy stanowiłbym łatwy cel.
Keverthy.
To imię nie opuszczało moich myśli. Próbowałem połączyć fakty, zrozumieć, co dokładnie Donotred chciał w ten sposób powiedzieć.
„Właśnie tu jest miejsce dla brudnej krwi”.
Mam brudną krew? Jak to możliwe? Jestem bękartem? O to chodziło?
Czułem się oszukany. Dziura w sercu rosła, gdy powtarzałem słowa króla. Tworzyła coraz większą wyrwę. Los z szyderczym śmiechem popychał sztylet głębiej i głębiej w moją pierś, a ja przyjmowałem każdy cios bez sił na obronę.
Może byłem wyklęty. Niegodny prawdy o samym sobie.
Liria przez te wszystkie lata miała rację. Nie wiedziałem nic na swój temat. Ten wypełniający duszę gniew, ból osadzony głęboko w sercu… Nikt nigdy nie rozumiał mnie w pełni. Donotred nie chciał, abym wstąpił po nim na tron, straż unikała styczności ze mną, mieszkańcy odwracali wzrok, gdy ich mijałem. I teraz wiedziałem dlaczego – brudna krew.
Wszystko, co uważałem za swoje, było kłamstwem. Iluzją tak realną, że naiwnie w nią wierzyłem i próbowałem się w niej odnaleźć. Wszystko na nic. Nie pasowałem do układanki – pionek, który nigdy nie powinien trafić do gry.
Czułem zmęczenie.
Lata walki teraz widziałem jako daremne. Walcząc za Carminę, nie wojowałem w swojej sprawie. Nie miałem nawet pewności, czy to królestwo mogło być moim domem. Co, jeśli wszyscy od samego początku wiedzieli? Może stąd cały ten niesmak czarodziejów? Przez sto pięćdziesiąt lat wytykano mnie palcami, patrzono krzywo. Czasem z lękiem, obrzydzeniem. Nigdy nie dostąpiłem uśmiechów, słów pocieszenia czy dumy.
Myślałem, że zostanę królem. A teraz? Siedziałem pod ścianą, zamknięty w najgłębiej osadzonej celi. Ściskałem w dłoni swój artefakt, jednak nie mogłem go użyć. Loch zabezpieczono zaklęciami, które niwelowały wszelką magię i osłabiały moją moc.
Nie miałem nic.
Nawet nadziei.
Mogłem mieć koronę, tron, poddanych. I straciłem wszystko, nim zdążyłem wyciągnąć po to rękę.
Zostałem całkiem sam. Czarodzieje, których uważałem za przyjaciół, przestali się mną interesować, kiedy nadeszły problemy. Podczas ostatniej biesiady razem ze mną żartowali, pili do upadłego, uwodzili młode czarodziejki. Gdzie byli teraz, gdy konflikt z elfami zaczął przybierać na mocy? Ani razu nie zapytali o moje samopoczucie, czy potrzebuję pomocy. Choćby towarzystwa! Kiedy zniknęło wino, zniknęli również oni. To mówiło wszystko.
Uniosłem wzrok, gdy usłyszałem… trzepot skrzydeł? Zmrużyłem oczy, widząc cień przemykający przed celą. W pierwszej chwili myślałem, że wyobraźnia płata mi figle, jednak po chwili znów go ujrzałem. Kruk. Latał jeszcze przez moment, po czym wylądował tuż przed kratami. Dopadłem do prętów i przed nimi klęknąłem.
– Spionie… – wydusiłem z desperacją.
Kruk podjął próbę przejścia przez kraty, ale uderzył w niewidoczną barierę. Odskoczył w tył jak oparzony, nerwowo machając skrzydłami. Pokręcił łebkiem i w końcu zerknął na mnie. Zaczął krakać, jakby usiłował powiedzieć dużo rzeczy w zbyt krótkim czasie. Lecz nie rozumiałem jego mowy. Nie miałem pojęcia, co usiłował przekazać.
– Nie rozumiem… Spionie, carran7. Nie wiem, co mówisz.
Krakanie jednak nie ustało. Ptak był pod wpływem silnych emocji i desperacko próbował przekazać coś ważnego. Lub ostrzec. Tylko przed czym?
Wyciągnąłem do niego rękę, jednak gdy tylko zbliżyłem palce do krat, energia uderzyła we mnie jak prąd. Gwałtownie cofnąłem dłoń i zagryzłem zęby. Przekląłem pod nosem, zaciskając rękę w pięść. Spion skakał z boku na bok, jego krakanie przybierało na sile. Aż usłyszałem kroki.
– Strażnicy – sapnąłem. – Uciekaj. Uciekaj!
Ptak zakwilił cienko ze strachem. Zerwał się do lotu i nim wartownicy zdążyli go nakryć, odleciał. Stanąłem na nogi, gdy dwóch gwardzistów dobiegło do mojej celi. Rzucili mi wymowne spojrzenia, sięgając do rękojeści mieczy.
Nawet jeśli nie dostrzegli kruka, wiedzieli, że tu był. Musieli go usłyszeć.
Zrobiłem krok w tył, kiedy jeden z nich przyłożył rękę do zamka i otworzył go zaklęciem. Wszedł do środka, za nim jego towarzysz. Zatrzasnęli kraty, by mieć pewność, że nie ucieknę, i zaczęli krążyć wokół mnie. Jak drapieżniki nad znacznie słabszą ofiarą. Znajomy odgłos metalu trącego o wnętrza pochew uświadomił mi, że przysporzyłem sobie problemów. Nie miałem broni ani możliwości użycia magii. Mogłem liczyć wyłącznie na swoją – teraz znikomą – siłę i umiejętności walki wręcz.
– Czy jesteś świadomy konsekwencji próby kontaktu z kimkolwiek, bękarcie krwi? – zagadnął jeden ze strażników. – Dzisiejszą noc mogłeś spędzić w spokoju i samotności, jednak prosisz się o kłopoty.
– A przecież nie możemy odmawiać księciu, nieprawdaż? – zakpił jego kolega.
Doskoczył do mnie. Uniknąłem ciosu i chwyciłem go za nadgarstek, usiłując wytrącić mu miecz z dłoni, jednak drugi zaatakował od tyłu. Dostałem w głowę, wskutek czego straciłem równowagę. Silne kopnięcie w plecy rzuciło mną o ścianę. Ciężko dysząc, nie chciałem dać za wygraną, ale czarodzieje już czekali.
Zgiąłem się wpół, gdy ostrze rozcięło mi brzuch. Opadłem na kolana, a chwilę później poczułem kolejny cios. Krzyknąłem z bólu. Zwinięty na boku zacisnąłem szczęki, na co strażnicy zareagowali śmiechem.
Próbowałem wstać, by bronić honoru, lecz gwardziści dopadli do mnie i zaczęli okładać kopnięciami. Zasłoniłem głowę, ale obrali za cel brzuch. Przy każdym kopnięciu w moim gardle rozbrzmiewał jęk. A oni nie przestawali. Ból w ciele narastał, przysłaniając umysł jak gęsta mgła.
Splunąłem krwią, gdy dali mi chwilę wytchnienia. Przekręciłem się na plecy, dławiąc powietrzem. Wbiłem tępy wzrok w sufit, nie zauważając nawet, że jeden ze strażników przykucnął obok. Dopiero kiedy chwycił moją twarz, zmuszając, bym na niego spojrzał, dostrzegłem, że wargi wykrzywione miał w szyderczym uśmieszku. Mocno wbijał mi palce w policzki. Obrzucił spojrzeniem obrażenia. Przyjął nóż, który zaoferował mu drugi gwardzista.
– Obrzydliwy widok – skomentował.
Rozciął policzek i wolną ręką chwycił za gardło, dociskając mnie kolanem do podłoża. Ostrze przyłożył do szyi, zaznaczając, że jeden zły ruch z mojej strony zakończy zabawę. Ale ja tylko patrzyłem. Z ust nie wyszła żadna obelga czy inna sarkastyczna odzywka. Nie miałem na to siły. I to bawiło go jeszcze bardziej.
– Nie masz nic do powiedzenia? – zapytał prowokacyjnie.
Milczałem.
Był na tyle blisko, że czułem jego ciepły oddech. Zamknąłem oczy, godząc się z losem, i czekałem, aż przeciągnie ostrzem. On jednak odpuścił.
– Żałuję, że nie jest dane mi cię zabić – wycedził, wraz z towarzyszem idąc do wyjścia. Opuścili celę i zamknęli kraty, dbając, by ochronne zaklęcia pozostały aktywne. – Przyniosłoby mi to wiele szczęścia.
Ku zdziwieniu strażników parsknąłem śmiechem. Zamarli w pół kroku, patrząc z niemałym zdziwieniem, a ja – leżąc bezwładnie – śmiałem się dalej. Coraz głośniej, jak szaleniec tracący zmysły, tonący w obłędzie. Powinienem krzyczeć, płakać, błagać o litość, ale bawiła mnie świadomość, że moja sytuacja nie mogła być gorsza.
Z powodu utraty krwi słabłem coraz bardziej. Zamilkłem w końcu, a głowa opadła mi bezwładnie na bok. Zamknąłem oczy, wypuszczając cichy, drżący oddech.
Pragnąłem nienawidzić Donotreda, Lirię, Los – może nawet bogów, o ile istnieli. Lecz zamiast tego nienawidziłem samego siebie. Zbyt długo ślepy, sam sprowadziłem to wszystko na swoją głowę.
Jesteś głupcem, Donovanie, powtarzałem w myślach.
A może powinienem powiedzieć: Keverthy…
7Carran (z carminarskiego, dalej: z carm.) – zwolnij
Towarzyszyło nam milczenie, gdy kłusem konno przemierzaliśmy Las Cieni. Wokół panowała cisza. Nie wyczuwałam żadnej żywej duszy, nawet vighirtów. Knieja sprawiała wrażenie opuszczonej, powietrze ciążyło bardziej niż zwykle. Owen rozglądał się podejrzliwie, wypatrując zasadzki, jednak nie to stanowiło nasze zmartwienie.
Pogłoski były prawdziwe – las chorował. I nikt nie znał przyczyny tak nagłego stanu.
Zerknęłam pod kopyta Silvery’ego, zauważając, że ciemną trawę znaczyła krew. Niemal czarna, skażona mrokiem zatruwającym knieję. Herkurn skinął głową w kierunku nienaturalnego zjawiska przykuwającego uwagę. Zmrużyłam oczy, patrząc przez welon zasłaniający twarz na szkielet jelenia splątany w pnączach.
To nie robota vighirtów. One nie zostawiały śladów.
– Choroba postępuje – zauważył dowódca. Bok jego konia przywarł do Silvery’ego w ochronnym geście. – Wiatr śpiewa pieśni pełne żalu. I strachu…
– Zmarli mówią, że zwierzęta uciekły na zachód – powiedziałam.
Bawiło ich to i demonstracyjnie się z tym obnosili. Znali prawdę, wiedzieli wszystko, a mimo to przemawiali zagadkami, igrając ze mną.
Wkrótce stanęliśmy przed wejściem do Alatusa. Owen cicho wypowiedział zaklęcie otwierające, po czym odgarnął bluszcz i ruszył przodem. Nacisk na płuca zelżał, gdy do nozdrzy dotarło lekkie powietrze, charakterystyczne dla królestwa alisów. Uniosłam wzrok na dwóch strażników, którzy już na nas czekali, zawiadomieni, że przybędziemy z prośbą o audiencję u króla.
– Sir Owen, sir Herkurn. – Jeden z nich skinął głową do elfów, następnie przeniósł spojrzenie na mnie. – Księżni… – przerwał, zauważywszy koronę na mojej głowie. Wytrzeszczył oczy i wykonał niski ukłon, pojmując wagę sytuacji. – Królowo Adaliah.
Milczałam, nawet nie drgnęłam. Namiestnik, widząc to, odchrząknął, zwracając uwagę z powrotem na siebie.
Nie miałam siły dyskutować, a co dopiero przyjmować gratulacje związane z przejęciem władzy. Nie, kiedy moje gardło było zaciśnięte na samą myśl o czekającej nas rozmowie z Haritem. Jak miałam mu powiedzieć, że Ernesh nie żyje? Na samą myśl czułam, jakby ktoś brutalnie wyrwał mi serce z piersi i rozrywał na moich oczach, uśmiechając się jak Śmierć do swojego wybranka przed pocałunkiem.
Zamrugałam, kiedy słowa Herkurna wyrwały mnie z wiru emocji. Zerknęłam na niego spod welonu, na co westchnął.
– Nie możemy tego odwlekać, Ad – powiedział cicho, jakby czytał mi myślach.
– Chodźmy – przytaknęłam i ponagliłam Silvery’ego.
Przemierzając miasto, czułam na sobie spojrzenia alisów. Minęło trochę czasu od mojej ostatniej wizyty – przynajmniej od tej, o której wiedział każdy. Nie miałam odwagi podnieść na nich wzroku. Wszyscy kompletnie nieświadomi tragedii, która złamała elfy. A teraz miała złamać również ich.
Chatki alisów usytuowano wysoko na drzewach, podobnie jak zamek. Galopując przy brzegu jeziora, w sercu królestwa, zerknęłam na największe z drzew, podstawę zamku. Pień miało szerszy niż inne, a korona stanowiła najwyższy punkt Alatusa.
Zeskoczyliśmy z koni i podążyliśmy za strażnikami do schodów. Wymienili kilka słów z Owenem, po czym rozpostarli skrzydła i wzlecieli. Nas czekała wspinaczka krętymi schodami oplatającymi pień.
Lada chwila biedny kochanek pozna bolesną prawdę, zmarli drwili do rozpuku. Będzie powtarzał: nie, nie, nie! Zapewnisz nam dziś frajdę.
Nie chciałam tego słuchać. Nie mogłam. Świadomość, że wieść, którą nieśliśmy, złamie Haritowi serce, bolała jak kolejny cios. Owen i Herkurn omawiali cicho, jak poprowadzić rozmowę, od czego zacząć, ale ja, mimo że powinnam stanąć przed Hartretem jako nowa królowa Elsolis i siostra pogrążona w głębokiej żałobie, dusiłam się w środku.
Mój oddech zadrżał, co zwróciło uwagę elfów. Od razu na mnie spojrzeli, zapewne pragnąc udzielić wsparcia, jednak pokręciłam głową, nim zdołali cokolwiek powiedzieć.
– Idziemy – poleciłam głosem napiętym z emocji.
Po chwili wahania kontynuowali wspinaczkę.
Będąc w połowie drogi, zerknęłam w kierunku miasta. Z tej wysokości przed oczami rozciągała się baśniowa panorama. Słońce wisiało wysoko na niebie, rzucając radosne promienie na królestwo – nieświadome lub obojętne na mrok w duszy. W powietrzu polatywał błyszczący w świetle pyłek, kwiaty wydzielały słodkie zapachy, a powiew wiatru muskał skórę jak pocałunek ukojenia.
Dotarłszy na szczyt schodów, skupiłam uwagę z powrotem na tym, co nas czekało. Otwarto przed nami drewniane, zdobione pnączami drzwi. Przekroczyliśmy próg, a z każdym krokiem ciężar nadchodzącej rozmowy przygniatał nas coraz bardziej. Szliśmy jednak dalej, wiedząc, że król i książę już czekali.
Na całej długości drewnianych ścian wyrzeźbiono kwiaty i inne wzory. Z wysokich sufitów zwisały pnącza, porastające również filary. Kryształowe okna przepuszczały promienie słoneczne w różnych kolorach, co sprawiało, że korytarze zostały zalane ciepłymi odcieniami. Kraina była odporna na mrok, dzięki czemu dusze alisów pozostawały czyste.
Skręciliśmy w kierunku drzwi, które strażnicy natychmiast otworzyli przed nami, chyląc głowy.
Wstrzymałam oddech, gdy weszliśmy do Sali Tronowej, gdzie czekała nas audiencja. Owen i Herkurn przepuścili mnie przodem, jakby rzucali na pożarcie. Serce waliło mi w piersi jak młot, kiedy zbliżałam się do tronu z zaklętych, ciasno ze sobą związanych pnączy. Uniosłam pusty wzrok na Hartreta, który wstał, gdy tylko nas zobaczył. Żółte oczy króla kontrastowały z długimi włosami w odcieniu purpury. Był wysoki, dość umięśniony. Wykrzywił usta w białym uśmiechu, tak podobnym do uśmiechu syna.
– Adaliah, drogie dziecko – wygłosił na powitanie.
Przez otwarte na oścież okno wleciał Harit.
– Ad!
Machnął skrzydłami, po czym je schował. Rozłożył ręce, gotowy porwać mnie w ramiona, jednak zwolnił, widząc moją zasłoniętą twarz i pełne żalu spojrzenia towarzyszy. Uśmiech księcia zbladł, ustępując lękowi. Zerknął na ojca, który teraz wyglądał na równie zaniepokojonego.
Herkurn zrobił krok w przód, zwracając na siebie uwagę.
Nerwowo zacisnął palce na rękojeści miecza, próbując panować nad sytuacją. Nie chciał, by emocje wzięły górę, ale czułam fale bólu płynące z jego duszy. Ledwo kontrolował oddech, a serce szybko biło mu w piersi. Spuścił oczy, nie mając siły utrzymać kontaktu wzrokowego z księciem Alatusa.
– Kilkanaście księżyców temu zostaliśmy napadnięci przez czarodziejów prowadzonych przez samego Donotreda – zaczął. Harit wstrzymał powietrze. – Wtargnęli do miasta i… zalali je krwią niewinnych mieszkańców. Nasz król zniknął bez śladu… porzucając nas w potrzebie i… – Herkurn mówił łamiącym się głosem, przez co przerywał co chwilę, ale kontynuował w poczuciu obowiązku przekazania tragicznych wieści. – I… książę Ernesh… stanął do walki… Oddał życie… broniąc poddanych, przez co… – urwał.
Elf wydał zdławiony szloch. Spuścił głowę, ramiona drżały mu z emocji.
Hartret opadł z powrotem na tron i przymknął powieki, przytłoczony informacją, natomiast Harit stał jak wryty, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Pokręcił głową, wypierając prawdę, jednak fakt pozostawał faktem: Ernesh, jego najlepszy przyjaciel, był martwy.
Owen położył rękę na ramieniu Herkurna, drugą musnął plecy dowódcy, gotowy złapać go, gdyby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Widok zalanego łzami elfa, który zawsze promieniał jak słońce, jeszcze bardziej pogłębił żal. Nerwowo wbiłam paznokcie w skórę.
Czy moje serce nie mogło się po prostu zatrzymać? O tak wiele prosiłam?
– Nie… Nie, nie… – Głos Harita zadrżał. – To… jakiś podstęp. Żart, który ostatecznie rozbawi nas wszystkich… Prawda?
– Ernesh nie żyje, chłopcze – powiedział Owen, rozwiewając wszelkie wątpliwości. – Donotred zabił go w walce. Przebił serce księcia Elsolis.
– Och, bogowie… – wyszeptał Hartret.
Stałam ze spuszczoną głową, w obawie, że gdybym otworzyła oczy i spojrzała na podchodzącego bliżej Harita, pękłaby z trudem utrzymywana maska.
Książę wsunął palce pod moją brodę i delikatnie ją uniósł. Ostrożnie odchylił welon, tę nikłą barierę przed światem, co zmusiło mnie do spojrzenia na niego. Oddech ugrzązł mu w gardle, krew odpłynęła z twarzy. Mogłabym przysiąc, że słyszałam pękające serce alisa. Drżącymi palcami musnął mój policzek.
Pragnęłam zapewnić, że przywrócę Ernesha do żywych, że odzyskamy najbliższą nam osobę, ale to byłaby obietnica, która brzmiałaby zbyt niepewnie w moich ustach. Dlatego milczałam. I ku mojemu zdziwieniu, nie uroniłam nawet łzy. Ból, jaki odczuwali wszyscy w pomieszczeniu, uderzył we mnie z taką siłą, że nagle przestałam czuć cokolwiek.
Została… pustka.
– Przyjęłam koronę. – Mój głos brzmiał nienaturalnie płasko jak na to, co działo się ze mną w środku. – Teraz to ja jestem królową.
Harit odruchowo zerknął na moje skronie. Skinął słabo głową, przyjmując to do wiadomości, choć w jego oczach rósł bunt przeciw Losowi. Delikatnie gładził kciukiem moją skórę, ale coś było nie w porządku. Dotyk księcia, mimo że tak znajomy, przynoszący ulgę w ciężkich chwilach, teraz wydawał się obcy, nienaturalny.
Przeniosłam wzrok na króla, który słysząc, że zostałam koronowana, odetchnął głęboko. Odrobinę rozluźnił palce zaciśnięte na podłokietnikach tronu. W oczach władcy alisów, mimo wieści o tragedii, zobaczyłam ulgę. Ale i nieufność.
– Erthan nie żyje? – zapytał cicho.
– Nie. – Owen pokręcił głową. – Ślad jednak po nim zaginął. Miejsce jego pobytu pozostaje dla nas nieznane. Prowadzimy poszukiwania, lecz wygląda na to, że nie chce zostać znaleziony. Na pewno nie w najbliższym czasie.
– Skąd możemy mieć pewność, że to nie podstęp? Kolejna gra, którą podejmuje Erthan? Już raz zaufałem, a w konsekwencji mój syn niemal zginął.
– Ojcze… – wtrącił Harit, jednak król nie dał mu dojść do słowa.
– Nie mogę ryzykować. Mam zbyt wiele do stracenia.
– Ernesh nie żyje. Przybyliśmy, aby przekazać tragiczne wieści i zaprosić was na biesiadę ku czci księcia. Nie ma tu miejsca na podstęp. Na tę chwilę nie myślimy o polityce. Przyjechaliśmy jako przyjaciele, nie potencjalni sojusznicy czy wrogowie.
– W politycznej grze rozgrywanej na Ismore zawsze jest na to miejsce.
– Ernesh nie żyje! – wykrzyczał Herkurn. – Straciliśmy nie tylko księcia, ale też przyjaciela! Brata… Kochanka. Jedną z ważniejszych osób. Dla niektórych z nas najważniejszą… Wy również. W obliczu tej tragedii polityka schodzi na drugi plan.
Harit opuścił rękę na moją talię, jakby prosząc o pozwolenie. Nie zareagowałam, kompletnie ślepa na wszystko, co działo się wokół. Czułam, jak ciemne łapska ciągnęły duszę w dół, a ja nie mogłam im stawić oporu.
Może zostanę zabrana do Śmierci. Może wysłuchają moich błagań.
Łzy błyszczały w oczach Harita, dłonie mu drżały. Powoli, uważnie badając, jak zareaguję, objął mnie i delikatnie przyciągnął do siebie. Gdy się nie poruszyłam, schował twarz na moim ramieniu i w końcu pozwolił, aby szloch opuścił jego gardło.
Cierpienie przyjaciela przerwało trans, w jakim trwałam.
Zamrugałam nieprzytomnie i dopiero wtedy pojęłam, że byliśmy naprawdę blisko. W strachu napięłam mięśnie, lecz szybko odzyskałam kontrolę, gdy zobaczyłam, jak desperacko potrzebuje tego Harit. Jakbym została jedynym, co miał… Bezradnie oparłam czoło o ramię księcia i drżąco wypuściłam oddech. Zerknęłam na Herkurna, a wtedy podszedł i objął nas ramionami, również szukając pocieszenia. Owen, obserwujący tę scenę z boku, zbliżył się o krok i płasko położył dłoń na moich plecach, dając znak, że jest w tym obecny.
Dla nas. Dla mnie.
– Przybędę na biesiadę – wyszeptał Harit, drżącymi palcami gładząc moje włosy. – Będę przy tobie… Na każdym kroku tej drogi. Nie zostawię cię samej, kochana.
Krążyłam po saloniku z księgą w rękach, szukając odpowiedzi, jednak te nadal pozostawały ukryte. Przypominały zagadki mające zbyt wiele niewiadomych. Błądziłam w labiryncie niewiedzy i mimo że wyjście zdawało się na wyciągnięcie ręki, cel wciąż umykał. Zaklęcia, tłumaczenia i zapiski od dawna martwych mieszały mi już w głowie. Wszystko traciło sens, uroki tworzyły chaos.
Ale nie mogłam odpuścić.
Nie, kiedy na szali leżało życie brata.
Tik-tak, czas ucieka, śpiewali zmarli. Tańczyli wokół, kpiąc z moich starań. Jego dusza nadziei już nie ma.
– Kahtaly8 – wycedziłam pod nosem.
Stanęłam w miejscu, gdy znalazłam zaklęcia umożliwiające użycie mrocznej magii pochodzącej bezpośrednio z Mortum. Były skomplikowane, wymagające wiary, a przede wszystkim siły. Coś, czego jeszcze nie próbowałam. Bałam się sięgnąć po magię z krainy umarłych. Nie wiedziałam, czy zdołałabym jej sprostać. Lecz gdybym spróbowała połączyć to z zaklęciami, które już testowałam…
Wróciłam na podłogę, gdzie w kręgu płonęły świece. Krzyżując nogi, usiadłam w środku i położyłam księgę przed sobą. Zmarli patrzyli, wyczekując kolejnej porażki, ale może tym razem nie dam im satysfakcji. Może w końcu coś osiągnę.
Zamknęłam oczy, prostując plecy. Weszłam w mrok zalegający w duszy – ciężar, który ledwo znosiłam, lecz nie mogłam go zrzucić. Musiałam z nim żyć, pozwolić mu przejąć kontrolę. Tego chcieli zmarli.
Powinnam wyciągnąć rękę do Śmierci jak godna towarzyszka. Zatańczyć z nią, jednak nie w tańcu ukojenia, ale w symbolu walki. Może wtedy udzieli pomocy. Jeśli nie… zmuszę ją do tego.
Czułam, jak chłód przepływa przez żyły. Serce przyspieszyło, opuszki palców drętwiały. Wzięłam kolejny wdech i zacisnęłam dłonie w pięści, aby powstrzymać ich drżenie. Szepty zmarłych przybrały na sile, ich dusze stały się wyraźniejsze, bardziej namacalne. Czułam je wszystkimi zmysłami. Pląsali wokół mnie ze śpiewem i rechotem. Pragnęłam to przerwać i uciec jak najdalej, lecz nie mogłam stchórzyć.
Mrok gęstniał, odcinając mi drogę ucieczki. Szeptał cicho. Zachęcał, bym podeszła bliżej. Był jak stary znajomy, którego w dzieciństwie odpychałam w strachu. Teraz jednak wszystko uległo zmianie. Nawet jeśli wzbudzał niepokój, mógł zaoferować znacznie więcej. Zrozumienie. Nadzieję.
Niestety nadzieja migotała jak ulotny cień, który za mną podążał, ale nigdy nie został częścią mnie. Nie potrafiłam jej ufać. Porównywałam to do unoszenia ostrza ku własnemu gardłu i przywarcia do ściany bez możliwości ucieczki. Albo znalazłabym ukojenie, albo doznała bolesnego rozczarowania.
Otwórz serce na mrok, Adaliah. Otwórz oczy.
Uniosłam powieki i zobaczyłam… pustkę. Otaczała mnie ciemność. Wstałam i obróciłam się wokół własnej osi, szukając czegokolwiek, jednak nie znalazłam niczego, na czym mogłabym zawiesić wzrok. Tylko mrok – głęboki, nieskończony, jakby wszystko inne zniknęło.
Nawet zmarli. Nie czułam ich obecności. Szepty, śpiewy, a także śmiechy ucichły. Zostałam sama, co pozwoliło mi złapać oddech, przypomnieć sobie, czym jest wolność. Przymknęłam powieki i chłonęłam otaczającą ciszę, dopóki mojej uwagi nie przykuł szelest za plecami. Spojrzałam tam i odruchowo cofnęłam się o krok, widząc cienie przybierające kształt istoty o smukłej, wysokiej sylwetce. Zarys był niedokładny, niestabilny, lecz mogłam dostrzec części ciała.
Jej ciche szmery przypominały szepty, jednak nie rozróżniałam konkretnych słów. Mimowolnie podeszłam bliżej.
Otwórz serce na mrok, usłyszałam znów. Ten cień… To on szeptał. Zaakceptuj mnie. Otwórz duszę na to, czego się boisz najbardziej. Wyzwolę cię…
– Jakim kosztem? – zapytałam niewiele głośniej od szeptu.
Do wyzwolenia prowadzi droga skąpana we krwi.
– Krwawię od ponad stu lat.
Więc co masz do stracenia?
Nic. Wiedziałam, że nic.
Straciłam brata, samą siebie, nadzieję. Serce biło z przymusu, dusza została zszargana, ciało okaleczone. Nie dostrzegałam piękna, wszystko było czarno-białe, pozbawione wyrazu i znaczenia. Nie potrafiłam się śmiać ani płakać.
Cienista forma przechyliła głowę na bok. Odnosiłam wrażenie, że słyszała moje myśli, czuła wewnętrzne zmagania. Powoli wyciągnęła do mnie rękę, co wzbudziło podejrzliwość, jednak się nie cofnęłam. Może to podstęp, ale mogłam tylko zyskać.
Chwyciłam cienistą dłoń, nim zmieniłam zdanie. Po ciele przeszedł mi dreszcz, gdy uderzył przenikliwy chłód. Magia zgęstniała w żyłach, dusza niemal pulsowała. Nagle wiązka cienia z piersi istoty oplotła nasze ręce. Tajemnicza postać zrobiła gwałtowny krok, pokonując dzielącą nas odległość, i wniknęła we mnie, zanim zdążyłam zareagować.
Zachłysnęłam się powietrzem i szeroko otworzyłam oczy. Rzuciłam wokół nerwowe spojrzenia, próbując pojąć, co zaszło. Znów byłam w swoich komnatach, siedziałam na środku kręgu, lecz wszystkie świece zgasły. Ciężko dysząc, zerknęłam na dłonie. Z niepokojem patrzyłam na czerń okalającą skórę. Znikała powoli, ustępując bladej karnacji.
Coś uległo zmianie. Gdzieś w głębi mojego jestestwa.
Widzę, że posłuchałaś rad.
Uniosłam wzrok na Dovertha, który obserwował sytuację z szerokim uśmiechem. Jak długo to robił? Ile zobaczył? Wyglądał na w pełni świadomego, co uczyniłam. Ruszył pewnie w moim kierunku, przez co się cofnęłam.
Czekałem na ten moment zbyt długo, odparł. Przez lata krzywdziłaś dusze. Teraz my możemy skrzywdzić ciebie.
Nim zdążyłam pojąć wagę jego słów, chwycił mnie za gardło i przyparł do ściany.
Serce mi załomotało, gdy poczułam zimny dotyk smukłych palców. Mój umysł nie był w stanie tego pojąć: mógł mnie dotknąć. Sięgnęłam po sztylet, jednak czarodziej drugą ręką zablokował mi nadgarstek. Jęknęłam z przerażeniem, co szczerze go rozbawiło. Pochylił się nade mną.
Teraz pojmiesz, czym jest mrok, wyszeptał. Przyjmując go, przyjęłaś również nas. Może nawet odzyskasz brata. Ale wyrywając duszę Ernesha z Mortum, oddasz własną. Czego dopilnuję osobiście.
Dotyk Dovertha był zbyt prawdziwy. Czułam, jak sięgał bezpośrednio do mojej duszy. Spojrzenie miał przeszywające i w pełni świadome. Nigdy wcześniej zmarły nie mógł dotknąć mnie fizycznie. Zadawali mi rany we śnie, atakowali od środka, lecz cieleśnie czułam względne bezpieczeństwo. Do teraz.
Co ja uczyniłam?
Nagle do komnaty wszedł Owen. Stanął jak wryty na widok zmarłego. Czarodziej postąpił krok w tył, zainteresowany namiestnikiem. Posłał mu usatysfakcjonowane spojrzenie, po czym umknął w cień. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza i zaniosłam się suchym kaszlem, co w końcu wyrwało Owena z osłupienia. W mgnieniu oka desperacko przyciągnął mnie do siebie. Nerwowo zacisnęłam palce na jego koszuli. Szeroko otwartymi oczami patrzyłam w jeden punkt. Nie mogłam się pozbierać.
Pragnęłam, aby to był sen, jednak fakt, że Owen widział Dovertha, mimo iż dotąd nikt nie ujrzał duszy, pozbawiał złudzeń. Przyjmując mrok, nieświadomie otworzyłam zmarłym drzwi.
Popełniłam błąd. Ogromny.
Zacisnęłam powieki, gdy do moich uszu dobiegł śmiech.
Najpiękniejsza z gwiazd, natychmiast rozpoznałam głos Dovertha. Zadbam o twoją duszę.
– Adaliah, co tu zaszło? – zapytał Owen z paniką w głosie.
– Otworzyłam drzwi, które na zawsze powinny zostać zamknięte.
– Qally?9 Co to oznacza?
– Jeszcze nie wiem – wyszeptałam.
Nagle poczułam silny, szarpiący ból w piersi. Zgięłam się wpół, nogi niemal odmówiły mi posłuszeństwa. Jak przez mgłę słyszałam krzyk Owena, który w przerażeniu próbował mi pomóc, ale odepchnęłam namiestnika z obawy, że przypadkiem go zranię. Przycisnęłam rękę do klatki piersiowej. Śmiech narastał, zagłuszając wszystko inne. Wypełnił mnie ból tak głęboki i paraliżujący, że nie mogłam oddychać, wokół świat zaczął wirować.
Przy kolejnej fali cierpienia upadłam, nim Owen zdążył zareagować. Zamknęłam oczy i znów powitałam ciemność. Tym razem w pełni straciłam świadomość.
8Kahtaly (z els.) – Milczcie
9Qally? (z els.) – Co?
Mrok. Głęboki, zalewający duszę jak trucizna, która miesza w głowie i pcha ku szaleństwu, którego śmiertelnie się bałem.
Zewsząd otaczała mnie ciemność. Z każdym krokiem głębsza, niemal dusząca. Szukałem ucieczki, lecz nie widziałem żadnej drogi wyzwolenia.
Czułem jej dotyk. Zimny jak liźnięcie samej Śmierci, z którą tańczyłem. To ona prowadziła, wybierała kolejne kroki. Byłem bezradny, stojąc przed jej obliczem, i choć nie widziałem wyraźnie, stanowiła część tej ciemności. Patrzyła, słuchała, wdychała kwaśny zapach mojego strachu.
Nie czułem bólu. Jedynie tępe kłucie. Uczucie nierealne, dręczące. Jak stara rana wciąż sprawiająca problemy przy gwałtownych ruchach. Śmierć nie okazała się wyzwoleniem. To bajka, w którą naiwnie uwierzyłem. Z trudem szedłem jednak dalej, wiedząc, że jeśli stanę, mrok pochłonie mnie bezpowrotnie.
Nie trać zmysłów, powtarzałem. Pamiętaj, kim jesteś, dla kogo walczysz.
Okrutne szepty… Te, które nigdy nie cichły. Nie rozumiałem większości słów, ponieważ chór głosów brzmiał kakofonią dźwięków. Kusiły, by wejść w ciemność, pozwolić sobie utonąć i nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. Usiłowałem stawiać opór, ale ile byłem w stanie wytrzymać?
Pamiętaj, kim jesteś…
Do tej pory mogłem tylko wyobrażać sobie, jak okrutnym miejscem było Mortum. Mroczne opowieści Adaliah odbierałem jak odległy, niemożliwy do pojęcia sen. Koszmar. Teraz go doświadczałem.
Nie miałem pewności, ile czasu minęło od śmierci. Trwał dzień? Noc? Ciemnego nieba nie rozjaśniały żadne znaki. Gęste, czarne chmury wisiały nad całą krainą, burza szalała bez przerwy, niczym zwiastun horroru, jakiego doznawały dusze po śmierci.
Zamiast raju tylko większe cierpienie. Strach.
Pamiętaj o bliskich. Pamiętaj, kim jesteś…
Śmierć prowadziła nieskończony taniec, intensywnymi, niedającymi chwili wytchnienia krokami. Nie mogłem zwolnić ani stanąć.
Jak rozległa była kraina umarłych? Pustkowia, które przemierzałem, ciągnęły się w nieskończoność, pokryte szarym jak popiół piachem. Żadnej roślinności, budowli. Nic, tylko pustka. Dlatego szedłem, desperacko pragnąc dotrzeć do czegoś, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że to nie sen.
Moje moce nie ucichły wraz ze śmiercią, wręcz przeciwnie – nabrały siły. Czułem obecność innych dusz, choć pozostawały ukryte. Słyszałem ich myśli jak własne, ich śmiech sprawiał, że zaciskałem szczęki z bólu. Natężenie bodźców było ciężkie do zniesienia, a kontrola nad tym znacznie trudniejsza niż na Ismore. Czułem się przytłoczony. Zbyt słaby, zbyt nieświadomy, by móc zamknąć umysł na fale uderzające we mnie jak tsunami. A zmarli o tym wiedzieli. Wykorzystywali przewagę, pragnąc, bym popadł w szaleństwo wraz z nimi.
Stanąłem jak wryty, nagle czując czyjąś obecność za plecami. Nie chciałem zderzenia z inną duszą. Nie byłem jeszcze gotowy! Nie wiedziałem, co mam zrobić. Uciekać? Walczyć?
Zmarły z cichym chichotem pochylił głowę. Stał tuż za mną, ciałem prawie przylegał do mojego. Spiąłem mięśnie, przełknąłem ślinę, po czym powoli sięgnąłem do rękojeści miecza przy pasie.
– Ulegnij ciemności, zabaw się tutaj z nami – wyszeptała dusza. Niepewnie zerknąłem na nią przez ramię. – Nie jesteśmy przecież twoimi katami.
Doznałem szoku na widok głębokich szram na twarzy umarlaka. Brakowało mu oczu, ubranie miał poszarpane, splamione krwią. Nie to było jednak najgorsze. Żyłem w przeświadczeniu, że nawet w Mortum zmarli wyglądają po prostu jak duchy, ale oni nie różnili się od żywych. W dodatku jego klatka piersiowa pracowała gwałtownie.
Oddychał, choć serce miał martwe.
Dopiero wtedy pojąłem, że sam też to robiłem. Szybko, płytko, w panice.
Ale jak to możliwe?
Zrobiłem kolejne dwa kroki do tyłu. Zaczynałem rozumieć, że jestem w pułapce. Omiotłem wzrokiem poszarpane spiczaste uszy zmarłego. To elf…
Dusza parsknęła, następnie podskoczyła w ekscytacji. Miałem pewność, że jest obłąkana.
– Śmierć daje drugie życie, książę! – krzyknęła, gwałtownie rozkładając ręce na boki. – Życie w bólu i cierpieniu i nikt ci nie pomoże!
– Przestań – zaprotestowałem słabo.
– Skosztujesz udręki, o jakiej nie śniłeś! Och! Po co Los drażniłeś?
Znowu zawisła nade mną, nasze twarze dzieliły centymetry. Zatracona w ciemności, jej umysł nie funkcjonował świadomie. By wyciągnąć go na powierzchnię, było zdecydowanie za późno.
Oddech ugrzązł mi w gardle, gdy elf wbił palec w moją pierś tuż na wysokości, gdzie powinno bić serce. Tu zostałem ugodzony mieczem. Skrzywiłem wargi, kiedy zobaczyłem, że skórę i ubranie zdobiła zaschnięta krew, lecz szybko skupiłem uwagę z powrotem na zmarłym. Mógł mnie dotknąć. A co za tym idzie, skrzywdzić.
– Twoje serce milczy, ale dusza błaga o litość. – Aż drżał z ekscytacji i drugą ręką chwycił mój nadgarstek. – To twoja nowa rzeczywistość. Musisz pojąć, że życie i śmierć niewiele mają różnic. Tutaj ciała również zalewamy krwią.
Wyrwałem się zmarłemu i wycofałem, zwiększając odległość między nami. Sprawnym ruchem wyciągnąłem miecz z pochwy i wycelowałem w niego, na co ten wybuchnął śmiechem. Zaczął klaskać, skakać wysoko.
– Łżesz – wycedziłem.
– Czyżby? Czyżby?! Elf z ciebie kapryśny!
Doskoczył i chwycił ostrze miecza w dłoń. Wydałem zdławiony dźwięk, gdy czarna krew strużkami spłynęła na piach pod naszymi nogami. Mówił prawdę. Spojrzałem w otchłanie, gdzie powinny lśnić oczy, próbując wyrwać broń z jego uścisku, ale trzymał ją mocno, głęboko raniąc dłoń. Coraz głośniej rozbrzmiewał jego śmiech, odbierałem myśli pełne chaosu i szaleństwa – lgnęły do mnie mimo prób ich odepchnięcia.
– Krew, krew! Słodka krew! Krew! Śmierć zszarganej duszy pokażę ci też!
Nim pojąłem, co miał na myśli, padł na miecz. Drgnąłem, gdy ostrze go przebiło. Posoka spłynęła mu z ust. Wyszarpnąłem broń, panicznie łapiąc płytkie wdechy. Ciało padło na ziemię, by po chwili rozwiać się w pył. Patrzyłem na zakrwawione ostrze, próbując zrozumieć, co tak właściwie tu zaszło.
Śmierć zsyłała dusze do Mortum, gdzie dostawały drugie życie, ale co czekało zmarłego, który zginął po raz drugi?
Jęknąłem cicho z desperacji i przerażenia. Chciałem ruszyć dalej, lecz wpadłem na kolejnego umarlaka. Odskoczyłem gwałtownie do tyłu. Tym razem ewidentnie był to czarodziej, w dodatku nie sam. Za nim stało kilku innych, zaraz też nadeszli następni. Otaczali mnie, odcinając drogę ucieczki.
– Czego chcecie? – zapytałem z desperacją, przeskakując wzrokiem z jednego na drugiego. – Czego?!
Nie uzyskałem odpowiedzi. Mój oddech przyspieszał, ucisk w piersi narastał. Ich śmiechy… Bogowie, przeszywały duszę w sposób, którego nie jestem w stanie opisać. Serce pozostawało milczące, jednak ból i przerażenie odczuwałem identyczne z tymi, których doznawałem podczas ataków przed śmiercią.
Pamiętaj, kim jesteś, Ernesh…
Nie mogłem oddychać. Uniosłem rękę do piersi. Poczułem pod palcami sztywne od zaschniętej krwi – mojej krwi – ubrania i coś we mnie pękło. Zachwiałem się nad krawędzią i nim zdołałem odzyskać równowagę, przepadłem. Zimno jak w lodowatej wodzie sparaliżowało ciało, macki ciemności zaczęły ciągnąć do siebie. Tonąłem. I nie było nikogo, kto podałby mi rękę.
Pamiętaj, kim…
Pamiętaj…
Pa…
Nagle poczułem dłoń na ramieniu. Ścisnąłem rękojeść miecza i obróciłem się gwałtownie, biorąc zamach. Wypuściłem drżący oddech, gdy ścięta głowa spadła pod nogi. Nim martwe ciało dotknęło ziemi, uleciało w postaci pyłu.
Ruszyłem pędem, wymijając zmarłych. Mimo rosnącej między nami odległości ich śmiech brzmiał jednostajnie głośno. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, nie byłem w stanie wziąć pełnego oddechu. Biegłem jednak dalej.
Nie mogę… Ja…
Nie umiałem zebrać myśli.
Łzy piekły pod powiekami, gdy wzrastał ból. Próbowałem zamknąć umysł na szepty zmarłych, jednak nie zdołałem. Nie. Nie, nie! Traciłem kontrolę. Potrzebowałem Adaliah. Albo Deny. Kogokolwiek! Samotność sprawiała, że czułem się bezradny, słaby.
Straciłem oddech i runąłem na kolana. Miecz wypadł mi z dłoni. Pochylony do przodu, przyciskałem rękę do piersi.
Musiałem odzyskać kontrolę. Ale jak? Sam?
Wspomnienia! Wciąż je miałem.
Sięgnąłem myślami do nocy lata temu, gdy wszystko wyglądało jaśniej. Byliśmy wolni i świadomi znaczenia słowa szczęście. Pamiętam, jak śmiałem się głośno, trzymając za brzuch.
„Uwierz mi, gdyby nie świadomość, że darzysz szczerą miłością naszą…”
***
– …księżniczkę, posłałbym do ciebie list z zaproszeniem do Elsolis – powiedział Herkurn, szturchając siedzącego obok Harita. – Do moich komnat.
– Czy powinienem odczuć zazdrość? – Uniosłem brew, udając głęboko zranionego, na co dowódca i alis zareagowali śmiechem. – Ranią mnie twoje fantazje. Królewski książę powinien w pełni zaspokajać potrzeby. Czego może ci brakować? – Wskazałem na samego siebie, maskując rozbawienie na twarzy.
Herkurn pokręcił pospiesznie głową, kładąc mi rękę na udzie. Przygryzłem dolną wargę, usiłując powstrzymać chęć zagrabienia jego ust w pocałunku.
Byliśmy pod silnym wpływem alkoholu. Wszyscy, nawet Adaliah. Nie wiem, jak długo siedzieliśmy na trawie przy Klifie Bezkresu, śmiejąc się i rozmawiając. Pragnąłem, by ta chwila trwała wiecznie.
Harit zajmował miejsce obok księżniczki. Obejmował ją w talii, a ona opierała głowę na ramieniu alisa. Szeptali ciche słówka, spoglądając na siebie błyszczącymi od uczuć oczami. Nie zamierzałem naruszać ich prywatności, jednak z powodu wypitego alkoholu nie potrafiłem zamknąć umysłu na to, co przelatywało przez ich głowy.
Najpiękniejsza z gwiazd, myślał Harit, słuchając opowieści Adaliah. Jak mam jej powiedzieć, że skradła mi serce i duszę? Należę do niej. Oddałbym życie za jeden uśmiech, pozwoliłbym wyrwać sobie skrzydła za możliwość czucia serca tej cudownej istoty przy swoim.
Westchnąłem cicho, lekko odwracając wzrok. Mogłem mieć pewność, że Ad była z nim bezpieczna. Harit nigdy by jej nie skrzywdził. Kochał ją bezgranicznie w czysty i boleśnie szczery sposób. Każdy oddech książę brał z myślą o niej. Siostra nie miała świadomości, jak bardzo przepadł.
Z zamyślenia wyrwał mnie Herkurn, który musnął palcami moją dłoń. Spojrzałem na niego pytająco, co wywołało uśmiech na jego twarzy.
– Biedny Harit utonie w tych dwukolorowych oczach naszej Ad – zażartował.
– To nieporozumienie. On już utonął.
Dowódca skinął głową, patrząc na parę. Niespodziewanie splótł palce z moimi, co przynosiło mi komfort, którego nie rozumiałem.
– Pragnę cię pocałować – powiedział.
– Tłumaczyłem ci, że…
– …to niebezpieczne. Isal10. Ale życie mamy jedno. I nie wiadomo, jak długie.
Odstawił kielich na kamień i przysunął się bliżej. Delikatnie dotknął mojego policzka. Był tak blisko, że czułem jego ciepły oddech. Serce mi przyspieszyło.
– Harit tonie w oczach Ad… Ja chyba robię to samo w twoich – powiedział cicho.
– Lanti givallio11. – Pokręciłem głową.
– Spytaj, czy mnie to martwi.
Sięgnął ustami do moich. Przymknąłem powieki, gdy miękkość warg dowódcy zawróciła mi w głowie. Wsunąłem palce w jedwabiste włosy i pogłębiłem pocałunek. Na chwilę zapomniałem o otaczającym nas świecie. Istniała tylko ta chwila, ta jedna bliskość. I on – ten, który sprawiał, że czułem się kochany, nawet jeśli nie miałem pewności, czy sam jestem zdolny kogoś pokochać.
Otworzyłem oczy ze zdziwieniem, gdy silna energia odsunęła nas od siebie. Adaliah i Harit wybuchnęli śmiechem. Przewróciłem oczami i opadłem na plecy, wzdychając z udawanym dramatyzmem.
– Żmija. – Spojrzałem na siostrę.
Na moment zapadła cisza, lecz zaraz potem powietrze wypełnił nasz śmiech. Byliśmy szczęśliwi. Szczęśliwsi niż kiedykolwiek.
***
Otworzyłem oczy, biorąc głęboki wdech. Ucisk zelżał, a ja bardziej świadomie poczułem otaczającą rzeczywistość. Wciąż klęczałem na piachu, nie mając pojęcia, w jakim kierunku iść, ale… zaraz, co to?
Zmrużyłem oczy, widząc w oddali ciemny dym i zarysy namiotów. Wioska? Daleko, przez co nie miałem pewności, jednak w końcu dostrzegłem coś poza piachem i ciemnością. Chwyciłem miecz i dźwignąłem się na nogi, wpatrując w nowy cel. Musiałem tam dotrzeć. Jak najszybciej.
***
Czujność mnie nie opuszczała, gdy brnąłem przez piasek. Wzrok utkwiłem w wiosce, do której dążyłem. Nie wiedziałem, co tam zastanę i jakie spotkam istoty, ale byłem zdesperowany. Nie miałem prawa wybrzydzać. Potrzebowałem pomocy, informacji. Kto mi ich udzieli, jak nie ci, którzy żyli w ciemnościach Mortum?
Uniosłem spojrzenie na niebo. Burza szalała, pioruny raz za razem uderzały w ziemię w różnych częściach Pustkowia. Grzmiały jak groźba nad głowami umarłych. Ostrzeżenie, by pamiętali, że teraz należeli do Śmierci. Ciekawiło mnie, czy raz na jakiś czas światło przebijało ciemność, czy nawałnica trwała wiecznie? A może to odzwierciedlenie samopoczucia Śmierci? Jeśli wszystko w tym miejscu zależało od niej, może pogoda również.
Jak zmarli docierali do Adaliah? Mówili do niej, atakowali duszę, jak gdyby mieli ją na wyciągnięcie ręki. Ja jednak nie wyczuwałem obecności siostry. Szukałem Ad, pragnąc usłyszeć jej myśli, poczuć fale przepływające między naszymi duszami, ale była poza zasięgiem. Zupełnie jakby nasza więź została brutalnie rozerwana w momencie, gdy miecz przeszył moje serce. Jakby Śmierć stanęła między nami, wiedząc, że tylko tak utrzyma moją duszę w Mortum. W innym wypadku Adaliah szybko znalazłaby sposób, by przywrócić mnie do żywych, i nic nie zdołałoby jej powstrzymać.
Powinienem traktować te myśli jak motywację. Poświęciłem życie, by pomóc bliźniaczce w odnalezieniu siebie, i choć pomysł wydawał się absurdalny, bliski szaleństwu – to jedyny sposób. Musiałem kontynuować, iść dalej.
Nie wiem, ile czasu minęło, nim doszedłem w pobliże wioski. Zwolniłem kroku, uważnie obserwując szarpane wiatrem namioty i ogniska, jedyne źródła światła. Płomienie ognia lśniły czernią, zapewne zaklęte. Wokół nich powolnie sunęły sylwetki zmarłych.
Przystanąłem w bezpiecznej odległości i zajrzałem do umysłu pierwszego z brzegu, by oszacować ich liczebność. Dziewięciu? Nie. Jedenastu. Sięgnąłem głębiej. Różne rasy, płci. W przeciwieństwie do dusz napotkanych wcześniej, myśli mieli bardziej wyraziste, przejrzyste. Poukładane, choć nacechowane przerażeniem. Podobnie jak moje. Nie stracili jeszcze pełni świadomości, wiedzieli, kim byli i co się działo wokół nich. Uspokoiło mnie to, choć nie rozluźniłem chwytu na rękojeści miecza.
Wziąłem głęboki wdech i wszedłem między namioty, myśląc nad możliwymi scenariuszami. W piersi czułem narastający ucisk, przypominający szybkie bicie serca. Podszedłem do jednego z ognisk, przy którym stało trzech zmarłych, uważnie śledząc każdy ich ruch. Unieśli zamglone spojrzenia i zastygli w bezruchu. Dostrzegli miecz w mojej dłoni i postąpili do tyłu, szemrząc prośby i modlitwy, jakby spodziewali się egzekucji. Zrozumiałem, że uznali mnie za jedną z obłąkanych dusz, wsunąłem więc miecz do pochwy i uniosłem ręce.
– Nie jestem tu, by wam zaszkodzić – powiedziałem pospiesznie.
Patrzyli podejrzliwie, nie tracąc czujności.
– Szukam tylko kogoś, kto pomógłby mi zrozumieć zasady tego miejsca. Jestem równie zdezorientowany.
Spojrzeli po sobie.
Co, jeśli to podstęp? Może chce nas skrzywdzić, myśleli. Byli zbyt przerażeni, by tak po prostu uwierzyć w moją prawdomówność. Nie możemy nikomu ufać.
– Kasisty?12
Odwróciłem głowę w stronę głosu.
Peterty. Elf, który zginął z ręki Donovana zaledwie dzień po biesiadzie w Carminie.
Nie mogłem uwierzyć, że spotkałem go tutaj, w Mortum. Wyglądał na w pełni świadomego, rozpoznał mnie.
Podszedł i od dołu do góry zlustrował moją sylwetkę, aż w końcu zatrzymał spojrzenie na piersi. Drżącymi palcami dotknął głębokiej rany. Wytrzeszczył oczy w przerażeniu i pokręcił głową.
– Valie… Jak…?
– Dałem się zabić – powiedziałem wprost. – To jedyny sposób, by Adaliah zyskała kontrolę nad zmarłymi.
– Postradałeś zmysły?! – Chwycił kołnierz mojej koszuli. – Jest sama z Erthanem? Elsolis upadnie. Bogowie, książę! Nie możesz…
– Król zniknął – przerwałem elfowi. Porwałem go za ramiona, patrząc mu w oczy. – Adaliah prawdopodobnie przejęła władzę. Widziałem przyszłość. Widziałem, co może się wydarzyć, jeśli nie zyska kontroli.
– Nic nie rozumiem…
– Nie sposób tego pojąć, przyjacielu. Ale potrzebuję pomocy.
Peterty wziął głęboki wdech, jednak nie ukoiło to jego nerwów. Odwrócił głowę w stronę zmarłych, którzy obserwowali nas z mieszanką lęku i zaciekawienia. Nie bardzo rozumieli, co się dzieje, jednak kiedy usłyszeli, jakich zwrotów używa elf, zaczęło docierać do nich, kim jestem. Prawdopodobnie większość z tych istot nie pochodziła z Ismore, lecz fakt, że mieli do czynienia z księciem, wzbudził w nich wiele sprzecznych emocji.
