Aurora w mroku - Barbara Baraldi - ebook + książka

Aurora w mroku ebook

Barbara Baraldi

4,6
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Aurora w mroku to pierwsza z serii powieści o Aurorze Scalviati, błyskotliwej profilerce włoskiej policji. Barbara Baraldi błyskotliwie odmalowała portret lokalnej społeczności, która tylko pozornie jest nudna i przewidywalna. Wykorzystując elementy gatunku giallo, stylowego i nastrojowego włoskiego thrillera, Baraldi tworzy wciągającą od pierwszej strony opowieść, w której rzeczywistość kształtują demony przeszłości.

Sparvara to senne miasteczko zagubione w mgłach Niziny Padańskiej. Ludzie tutaj są uczciwi i pracowici. Kiedy Aurora Scalviati zostaje tutaj przeniesiona z Turynu, nic nie wygląda tak, jak sobie wyobrażała. W noc jej przyjazdu została zamordowana kobieta, jej mąż zniknął, a morderca porwał ich dziewięcioletnią córkę Aprile. Aurora jest pewna, że krwawy napis na ścianie jest wskazówką, która doprowadzi ją do dziewczynki. Musi działać szybko i niekoniecznie zgodnie z procedurami. Może ufać tylko własnej intuicji, bo lokalna społeczność nie chce wracać do trudnych wydarzeń sprzed lat. Aurora musi się także zmierzyć z demonami w swojej głowie – cierpi bowiem na zaburzenia psychiczne, które stara się zagłuszyć narkotykami i elektrowstrząsami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 527

Oceny
4,6 (78 ocen)
56
17
4
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KEmiliaM

Nie oderwiesz się od lektury

super polecam
00
mada306

Nie oderwiesz się od lektury

Super początek cyklu. Polecam
00
Kos12ad

Nie oderwiesz się od lektury

super,serdecznie polecam zaraz biore sie za druga powiesc
00
Zaczytana_1001

Nie oderwiesz się od lektury

Czasem mrok nie czai się tylko w zaułkach miasta… ale w nas samych. 🌑 Aurora Scalviati jest profilerką włoskiej policji nagle trafia do małego miasteczka Sparvara, by odzyskać równowagę po dramatycznych wydarzeniach. Zamiast spokoju, znajduje kolejną zbrodnię. Brutalne morderstwo, zaginione dziecko i społeczność, która milczy. A wraz z tym wszystkim swoje własne demony, których nie da się tak łatwo uciszyć. Barbara Baraldi stworzyła kryminał, który nie tylko trzyma w napięciu, ale też mocno uderza w emocje. To historia o winie, strachu i próbie ocalenia samej siebie w świecie, który nie daje drugich szans. Klimat? Mroczny, gęsty, pełen mgły i niedopowiedzeń. Bohaterka? Złamana, ale niezwykle prawdziwa. To nie jest lekka lektura to opowieść, która zostaje w głowie jeszcze długo po ostatniej stronie.
00
Mylus

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacyjna 🔥
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Au­rora nel buio
Co­py­ri­ght © 2017 by Giunti Edi­tore S.p.A., Fi­renze-Mi­lano www.giunti.it Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2024
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Zo­fia Anusz­kie­wicz
Re­dak­cja: Agnieszka Mu­zyk
Ko­rekta: Jo­anna Wa­sak
Pro­jekt okładki: Lit­tle Ro­bin Do­rota Mi­cha­lec
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5291-6
- Wy­da­nie I. - War­szawa : Le­Tra, 2024
CIP  Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Ba­raldi, Bar­bara
Au­rora w mroku / Bar­bara Ba­raldi
; prze­ło­żyła Zo­fia Anusz­kie­wicz.
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50/51 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Ar­kady, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two.ar­kady Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Le­tra, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two­_le­tra księ­gar­nia fir­mowa tel. 22 444 86 61 e-mail: ksie­gar­nia@ar­kady.eu księ­gar­nia wy­sył­kowa: tel. 22 444 86 97www.ar­kady.info
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Jest ja­kieś pęk­nię­cie,

pęk­nię­cie we wszyst­kim.

Tam­tędy do­staje się świa­tło.

LEONARD COHEN, ANTHEM

Pro­log

By­wają hi­sto­rie o miej­scach na­wie­dzo­nych, o do­mach, w któ­rych zło za­pu­ściło ko­rze­nie z po­wodu tra­ge­dii, które się tam ro­ze­grały, o miej­scach, które po­py­chały do czy­nie­nia zła. Krążą lu­dowe opo­wie­ści o dziw­nych ha­ła­sach do­bie­ga­ją­cych z opusz­czo­nych do­mów, o głu­chych od­gło­sach i ję­kach nie­sio­nych przez wiatr.

Dom Ra­nuz­ziego był jed­nym z ta­kich miejsc. Po­ło­żony na przed­mie­ściach, oto­czony nie­wiel­kim ogro­dem, z buj­nym drze­wem gra­natu na ty­łach. Od dawna nie było już ni­kogo, kto zbie­rałby z niego owoce. Dom ten był opusz­czony od po­nad dwu­dzie­stu lat. Miesz­kańcy mia­steczka trzy­mali się od niego z da­leka, a wielu wo­lało za­po­mnieć o tym, co się stało z jego wła­ści­cie­lem.

Jed­nak ina­czej niż w hi­sto­riach o na­wie­dzo­nych do­mach, z domu Ra­nuz­ziego nie do­cho­dziły żadne od­głosy. Pa­no­wała tam bez­u­stanna, ogłu­sza­jąca ci­sza. By­wały też noce, że gę­sta mgła po­ły­kała ten dom. Jak gdyby ni­gdy nie ist­niał.

Mówi się, że je­śli gdzieś ro­ze­gra się coś szcze­gól­nie okrut­nego, to zo­staje w tym miej­scu ślad. Du­chami domu Ra­nuz­ziego były na­pisy na ścia­nach po­ko­jów. Na­pisy, które były krzy­kiem ob­se­sji. Na­pisy, które wra­cały w kosz­ma­rach tych nie­licz­nych, któ­rzy nie po­tra­fili za­po­mnieć o hi­sto­rii Złego Wilka. Po­twora z sie­kierą, który po­rą­bał na ka­wałki całą ro­dzinę, wcie­le­nia zła, które zja­wiło się w mie­ście nie wia­domo skąd, ni­czym anioł śmierci.

By­wają miej­sca, w któ­rych zło za­gnież­dża się jak nie­chciany gość. Jak ci­chy dra­pieżca.

Jak pa­jąk snu­jący swą sieć, przez po­nad dwa­dzie­ścia lat zło gnież­dżące się w domu Ra­nuz­ziego cza­iło się na swoją ofiarę.

Aż do dziś.

1

TRZY MIE­SIĄCE PRZED PRZE­BU­DZE­NIEM

Sa­mo­chód wolno je­chał ścieżką wio­dącą do domu. Za­trzy­mał się obok czar­nej te­re­nówki, je­dy­nego po­jazdu sto­ją­cego na nie­wiel­kim par­kingu. Dziew­czyna roz­glą­dała się wo­kół przez kilka chwil, po­tem wło­żyła za ucho ko­smyk wło­sów, od­kry­wa­jąc długą bli­znę na skroni.

Znaj­do­wała się w od­osob­nio­nym miej­scu, ale nie to ją nie­po­ko­iło. Wzięła z sie­dze­nia pa­sa­żera wy­pchaną torbę i do­piero w tym mo­men­cie zdała so­bie sprawę, że ręce jej drżą. Bi­cie serca było przy­śpie­szone i nie­re­gu­larne.

Dziew­czyna z bli­zną po­czuła na czole lek­kie mro­wie­nie i do­tknęła tego miej­sca, bo­jąc się, że to owady. Wy­obra­ziła so­bie, że ob­łażą jej twarz, wcho­dzą do oczu i do uszu, do­stają się do ust i opa­no­wują gar­dło. Do­ty­kała ostroż­nie czoła, ale były to tylko kro­pelki potu zim­nego jak lód.

Kilka razy głę­boko wes­tchnęła, wcią­ga­jąc tyle po­wie­trza, ile tylko po­tra­fiła, ale miała wra­że­nie, że jej serce osza­lało. Wie­działa, co się za­raz wy­da­rzy. Czuła po­dobny ucisk już setki razy. To uczu­cie po­prze­dzało atak pa­niki.

Dziew­czyna miała po­kusę, by włą­czyć sil­nik i od­je­chać. Kil­ka­krot­nie od­kła­dała i brała po­now­nie torbę z są­sied­niego sie­dze­nia, wresz­cie znie­ru­cho­miała, opa­dła na opar­cie i ude­rzyła pię­ścią w kie­row­nicę.

Nie, nie da się po­ko­nać. Tym ra­zem za­re­aguje.

Drżą­cymi rę­kami mu­snęła scho­wany pod bluzką wi­sio­rek na łań­cuszku. Był to srebrny po­jem­ni­czek na ta­bletki. Otwo­rzyła go, wy­do­była małą białą pa­stylkę, wło­żyła ją do ust i prze­łknęła z tru­dem. Za­mknęła oczy, za­ci­ska­jąc mocno po­wieki. Ja­koś udało jej się opa­no­wać od­dech. Od­cze­kała dwie mi­nuty i wresz­cie zde­cy­do­wała się wy­siąść z sa­mo­chodu.

Do­tarła do drzwi wej­ścio­wych, omi­ja­jąc ka­łuże po nie­daw­nej ule­wie. Kil­ka­krot­nie prze­su­nęła glany po wy­cie­raczce, by usu­nąć z nich błoto. Na­ci­snęła gu­zik do­mo­fonu i cze­kała na od­po­wiedź, wpa­tru­jąc się nie­ru­chomo w ka­merkę wbu­do­waną w urzą­dze­nie, aż wresz­cie ja­kiś mę­ski głos po­wie­dział, żeby we­szła.

Dziew­czyna z bli­zną wkro­czyła do nie­wiel­kiej po­cze­kalni z łusz­czą­cym się tyn­kiem i dłu­gim rzę­dem krze­seł wzdłuż ściany. Na­prze­ciwko niej znaj­do­wały się po­ma­lo­wane na zie­lono za­mknięte drzwi.

– Pro­fe­so­rze Ma­sca­relli? – za­wo­łała.

Nie do­cze­kała się od­po­wie­dzi, więc chwy­ciła klamkę i otwo­rzyła drzwi. We­szła do du­żego, kwa­dra­to­wego po­koju z drew­nianą pod­łogą i wiel­kimi, peł­nymi ksią­żek re­ga­łami. Duże, pa­no­ra­miczne okno po­zwa­lało po­dzi­wiać bujną ro­ślin­ność lasu, który ota­czał dom. Po­środku po­miesz­cze­nia, na za­ku­rzo­nym dy­wa­nie, stało biurko.

Przez prze­su­wane drzwi z boku po­koju wszedł męż­czy­zna krę­pej bu­dowy. Miał koło sześć­dzie­siątki, prze­rze­dzone włosy i oczy tak wy­łu­pia­ste, że nada­wały mu wy­gląd wiel­kiego płaza. Ubrany był w ko­szulę w kratę i zno­szone, wy­pchane dżinsy.

– Ro­zu­miem, że Au­rora Sca­lviati? – rzekł, uśmie­cha­jąc się z nie­ja­sną sa­tys­fak­cją. – Pro­szę wy­ba­czyć ocze­ki­wa­nie, ale osoby, z któ­rymi mam do czy­nie­nia, za­zwy­czaj za mną nie tę­sk­nią.

– Wy­daje mi się, że przez te­le­fon wy­ra­zi­łam się ja­sno. Pro­szę ni­gdy nie mó­wić do mnie po na­zwi­sku – za­zna­czyła.

Męż­czy­zna po­tarł pod­bró­dek, za­my­ślony.

– Tak. Za­po­mnia­łem – bąk­nął. Po­tem od­chrząk­nął, chciał wy­glą­dać na osobę pro­fe­sjo­nalną i zdy­stan­so­waną. – Przy­nio­sła pani do­ku­men­ta­cję me­dyczną?

Dziew­czyna wrę­czyła mu torbę.

– W środku jest też wy­na­gro­dze­nie, ja­kie usta­li­li­śmy.

Męż­czy­zna po­grze­bał w tor­bie, prze­glą­da­jąc po­bież­nie jej za­war­tość. Gdy już wło­żył do kie­szeni plik bank­no­tów, wy­jął dwie za­dru­ko­wane, spięte spi­na­czem kartki.

– Czy pani... wy­ma­zała swoje na­zwi­sko z za­świad­czeń le­kar­skich? – spy­tał zdu­miony.

– Wy­daje mi się, że osta­tecz­nie jest to też w pana in­te­re­sie – od­parła dziew­czyna. – Gdyby co­kol­wiek po­szło nie tak, to nie są­dzę, żeby chciał pan, by moje na­zwi­sko łą­czono z pań­skim.

– A może jest od­wrot­nie – od­parł męż­czy­zna iro­nicz­nie.

– Nikt nie po­wi­nien się do­wie­dzieć, że tu by­łam – mó­wiła da­lej dziew­czyna, oka­zu­jąc dużą pew­ność sie­bie. Ale w jej spoj­rze­niu było wi­dać ja­kieś trudne do ukry­cia za­gu­bie­nie. Jej oczy były nie­spo­kojne, mocno pod­krą­żone i bez prze­rwy roz­glą­dała się po po­koju.

– Jest pani blada. Na pewno do­brze się pani czuje?

– Gdy­bym do­brze się czuła, to ra­czej bym się tu nie zna­la­zła, nie­praw­daż?

Męż­czy­zna bąk­nął coś do sie­bie, po­tem wziął z biurka oku­lary i za­ło­żył je. Prze­czy­tał do­ku­menty.

– Tego ro­dzaju za­bu­rze­nia le­czono u pani w szpi­talu spe­cja­li­stycz­nym – mruk­nął. – Skoro le­ka­rze nie umieli roz­wią­zać pani pro­blemu, skąd myśl, że ja będę po­tra­fił?

– Le­cze­nie far­ma­ko­lo­giczne, któ­remu mnie pod­dano, nie dało ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów. A le­ka­rze stwier­dzili, że te­ra­pia EW jest dla mnie zbyt ry­zy­kowna.

– Te­ra­pia elek­trow­strzą­sowa. W ta­kiej for­mie brzmi to bar­dziej krze­piąco niż elec­tro­shock, nie są­dzi pani?

– Uwa­żają, że to zbyt nie­bez­pieczne z po­wodu mo­jego... stanu ogól­nego.

– Zo­stała pani po­waż­nie zra­niona – po­wie­dział męż­czy­zna. – Czy mogę spy­tać, jak to się stało?

– Nie za­mie­rzam o tym roz­ma­wiać.

Na­stą­piła długa ci­sza, w trak­cie któ­rej męż­czy­zna przy­jął po­stawę obronną.

– Jest pani z po­li­cji, prawda?

– To skom­pli­ko­wane – od­parła krótko dziew­czyna.

– Czy mogę spy­tać, skąd do­stała pani kon­takt do mnie? – do­py­ty­wał.

Dziew­czyna lekko unio­sła jedno ra­mię.

– W moim za­wo­dzie po­zy­ski­wa­nie in­for­ma­cji nie jest ta­kie trudne.

Męż­czy­zna wes­tchnął.

– Ro­zu­miem, że jest pani świa­doma prze­ciw­wska­zań do ta­kiego le­cze­nia. Mó­wiono pani za­pewne o kom­pli­ka­cjach ser­cowo-na­czy­nio­wych, drgaw­kach, ostrych bó­lach głowy i moż­li­wych za­ni­kach pa­mięci?

– Utrata pa­mięci by­łaby naj­mniej­szym kło­po­tem – stwier­dziła gorzko dziew­czyna.

Męż­czy­zna roz­ło­żył ra­miona, jakby się pod­da­jąc.

– No do­brze – wes­tchnął. – Przy­go­to­wa­łem po­kój, w któ­rym bę­dzie pani mo­gła od­po­cząć po pierw­szej se­sji. Czy bę­dzie ktoś, kto pani po­tem po­może?

Dziew­czyna roz­glą­dała się przez chwilę, za­kło­po­tana.

– Co... co pan ma na my­śli?

Po jej re­ak­cji męż­czy­zna zro­zu­miał, jak bar­dzo nie na miej­scu było to py­ta­nie. To było oczy­wi­ste, wy­star­czyło na nią spoj­rzeć. Ta dziew­czyna była naj­bar­dziej sa­motną osobą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tkał.

– Rów­nież po usta­niu dzia­ła­nia środ­ków znie­czu­la­ją­cych nie bę­dzie pani wolno pod żad­nym po­zo­rem pro­wa­dzić sa­mo­chodu – wy­ja­śnił. – Jak za­mie­rza pani wró­cić do domu?

– Żad­nego znie­czu­le­nia – ucięła dziew­czyna.

– Stę­że­nie me­to­hek­si­talu jest bar­dzo małe, po­zwala na szyb­kie wy­bu­dze­nie po za­biegu.

– Żad­nego znie­czu­le­nia – po­wtó­rzyła. – Mu­szę być świa­doma przez cały czas.

– W po­rządku – stwier­dził męż­czy­zna, sia­da­jąc za biur­kiem. Jest prze­cież wielu ta­kich, któ­rzy twier­dzą, że lu­dzie w de­pre­sji mają po­czu­cie winy, a elek­trow­strząsy za­spo­ka­jają ich po­trzebę otrzy­ma­nia kary.

Wy­cią­gnął z szu­flady blo­czek za­dru­ko­wa­nych kar­tek.

– Mam jesz­cze pu­ste re­cepty z cza­sów, kiedy wy­ko­ny­wa­łem za­wód.

Wy­peł­nił trzy re­cepty, wy­rwał je i wrę­czył dziew­czy­nie.

– Po­mię­dzy se­sjami pani stan może się po­gor­szyć. Te leki po­zwolą kon­tro­lo­wać ataki lę­kowe.

– Sfał­szo­wane re­cepty – sko­men­to­wała dziew­czyna.

– Chyba ni­kogo pani nie po­wia­domi.

Dziew­czyna wzięła re­cepty i wsu­nęła je do we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki.

– Pro­szę za mną.

Męż­czy­zna po­pro­wa­dził ją słabo oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzem, na któ­rego ścia­nach wi­siały re­pro­duk­cje naj­słyn­niej­szych dzieł re­ne­sansu. Drew­niana pod­łoga skrzy­piała przy każ­dym kroku.

– Wie pani, że przy pierw­szych eks­pe­ry­men­tach ko­rzy­stano z pro­ce­dur przy­ję­tych w rzym­skich rzeź­niach w la­tach trzy­dzie­stych ubie­głego wieku? Po­dobno przed ubo­jem ogłu­szali tam świ­nie elek­trow­strzą­sami. Taki gest li­to­ści wo­bec bied­nego zwie­rzę­cia...

– Pro­fe­so­rze, nie przy­szłam tu na lek­cję hi­sto­rii.

– Pro­szę, od­pu­śćmy so­bie te ty­tuły – od­parł męż­czy­zna. – Od­kąd za­bro­niono mi wy­ko­ny­wa­nia za­wodu, nie mają żad­nego zna­cze­nia.

Otwo­rzył drzwi po spar­tań­sku urzą­dzo­nego ga­bi­netu: pod ścianą stała sza­feczka z le­kami, obok było okno z za­mknię­tymi okien­ni­cami. Po­środku stała ko­zetka, obok niej sto­jak na kro­plówkę i sto­lik na kół­kach z kom­pu­te­rem, apa­ra­turą do elek­trow­strzą­sów i roz­ma­itym sprzę­tem me­dycz­nym. Z bu­tli zwi­sała ma­seczka tle­nowa. Źró­dłem świa­tła była ża­rówka na su­fi­cie.

– Czy przed przyj­ściem tu­taj przyj­mo­wała pani ja­kieś leki?

– Nie – skła­mała dziew­czyna, wie­sza­jąc kurtkę przy wej­ściu.

Gdy uło­żyła się na ko­zetce, męż­czy­zna za­ło­żył jej ma­seczkę tle­nową i otwo­rzył za­wór bu­tli.

– Pro­szę od­dy­chać przez dwie mi­nuty, żeby do­tle­nić tkanki przed za­bie­giem.

Na prawe udo za­ło­żył jej pa­sek uci­skowy. Pod­wi­nął rę­kaw jej ko­szuli i wziął strzy­kawkę ze sto­lika.

– Co to jest? – za­py­tała z na­głą czuj­no­ścią. Słowa przy­tłu­miła ma­seczka.

– Suk­sa­me­to­nium – od­parł. – To śro­dek roz­luź­nia­jący. Używa się go do zwiot­cza­nia mię­śni, żeby osła­bić efekty skur­czów.

– Śro­dek pa­ra­li­żu­jący – spre­cy­zo­wała.

– Pro­szę się nie oba­wiać, przez cały czas bę­dzie pani świa­doma. Suk­sa­me­to­nium prze­sta­nie dzia­łać po kilku mi­nu­tach. Drga­nie mię­śni bę­dzie trwać od trzy­dzie­stu do dzie­więć­dzie­się­ciu se­kund, za­strzyk jest ko­nieczny, żeby unik­nąć zła­ma­nia że­ber albo krę­go­słupa. Pa­sek uci­skowy służy od­se­pa­ro­wa­niu reszty ciała, żeby nie na­stąpi za­wał – prze­rwał na chwilę. – Przed roz­po­czę­ciem na wszelki wy­pa­dek wstrzyknę pani roz­twór na ba­zie tlenu, bo nie bę­dzie pani w sta­nie sa­mo­dziel­nie od­dy­chać.

Zro­bił dwa za­strzyki i prze­tarł skro­nie dziew­czyny ba­weł­nia­nym wa­ci­kiem, po czym przy­piął elek­trody. Mię­dzy zęby wło­żył jej gu­mowy roz­wie­rak.

– To za­po­biega po­ła­ma­niu zę­bów i przy­gry­zie­niu ję­zyka.

Wresz­cie chwy­cił po­krę­tło.

– Jest pani go­towa?

Dziew­czyna z bli­zną mru­gnęła po­twier­dza­jąco.

Męż­czy­zna zde­cy­do­wa­nie po­ru­szył po­krę­tłem.

Cia­łem dziew­czyny wstrzą­sały ostre spa­zmy, pod­czas gdy przez jej mózg prze­cho­dziło wy­ła­do­wa­nie o na­pię­ciu 480 wol­tów. Wy­wró­ciła oczy do tyłu. W gło­wie wy­bu­chły frag­menty wspo­mnień, nie­zwią­zane ze sobą prze­bły­ski z in­nych cza­sów i in­nych miejsc.

Przez chwilę była gdzie in­dziej.

Z po­wro­tem w sta­rej ubojni, gdzie wszystko się za­częło.

Usły­szała krzyki, po­tem strzały.

I wszystko po­grą­żyło się w mroku.

2

BONO­NIA, 20 WRZE­ŚNIA 1349

Re­ietti.

To słowo nie prze­sta­wało brzę­czeć w gło­wie ojca Egi­dia Ga­luz­ziego, prze­ora do­mi­ni­ka­nów w Bo­lo­nii, gdy z ma­łego okna swo­jej celi przy­glą­dał się, jak blask wscho­dzą­cego słońca po­krywa czer­wie­nią całe mia­sto. Przez jego plecy prze­biegł dreszcz. To, co w in­nym mo­men­cie ży­cia in­ter­pre­to­wałby jako ob­ja­wie­nie się mocy Bo­żej, dziś wy­da­wało mu się zło­wro­gim ome­nem.

Od po­nad roku lud­ność była wy­ci­nana w pień sie­kierą strasz­nej, nie­da­ją­cej się za­trzy­mać za­razy, którą uczeni z uni­wer­sy­tetu na­zwali morbo peg­giore[1], od ła­ciń­skiego pe­stis[2].

Dżuma szybko roz­nio­sła się po ca­łej Eu­ro­pie, wy­bi­ja­jąc męż­czyzn, ko­biety i dzieci, do­ty­ka­jąc rów­nie mocno szlachtę, du­chow­nych, chło­pów i kup­ców, po­wo­du­jąc stop­niowe opu­sto­sze­nie pól, dzie­siąt­ku­jąc lud­ność miast i pro­wo­ku­jąc upa­dek oby­cza­jów.

Cho­roba ta za­bi­jała dwóch na pię­ciu lu­dzi, a po­wszechna była opi­nia, że wszystko za­częło się gdzieś na Da­le­kim Wscho­dzie, gdzie, jak mó­wiono, ca­łymi dniami spa­dały z nieba naj­pierw ro­baki, po­tem węże tak wiel­kie, że jed­nym kłap­nię­ciem szczęk po­tra­fi­łyby po­łknąć czło­wieka, aż wresz­cie kule ognia, roz­ta­cza­jące tak tru­jące opary, że kto je wdy­chał, ten umie­rał w ciągu dwu­na­stu go­dzin.

Wie­rząc w te po­gło­ski, Con­si­glio de­gli An­ziani[3], świecka in­sty­tu­cja rzą­dząca w Bo­no­nii, wy­dała na­kaz, by okna do­mów wy­cho­dzące na wschód po­zo­sta­wały za­mknięte: li­czono, że w ten spo­sób nie do­staną się do środka opary za­razy przy­no­szone przez wschod­nie wia­try.

Re­ietti to były osoby ode­pchnięte przez spo­łe­czeń­stwo. Krótko mó­wiąc, opusz­czone, zo­sta­wione sa­mym so­bie. Na przy­kład za­ra­żeni dżumą. Ale nie tylko.

We­dług nie­któ­rych za­raza była karą Wszech­moc­nego za to, że rzą­dzący zbyt­nio to­le­ro­wali Ży­dów i nie­wier­nych, a to wy­wo­łało na­si­le­nie prze­śla­do­wań mniej­szo­ści. Choć czę­sto był to tylko pre­tekst, by przy­własz­czyć so­bie ma­ją­tek ska­zań­ców.

Oj­ciec Egi­dio nie wie­rzył w te prze­sądy, a jako miej­scowy in­kwi­zy­tor czuł się w obo­wiązku chro­nić mia­sto przed wszyst­kim, co mo­gło od­da­lić lud od ła­ski Bo­żej. Był prze­ko­nany, że aby po­ko­nać tę za­razę, po­trzebny jest ja­kiś akt wiary, i przy­kła­dał się do tego, by za­ostrzyć kary wo­bec każ­dego, kogo uznano za win­nego he­re­zji lub cza­rów. Nie­pra­wo­wier­ność na­le­żało zdła­wić u pod­staw, a naj­lep­szym spo­so­bem, by to zro­bić, było wy­ta­cza­nie jed­nego pro­cesu za dru­gim. Eg­ze­ku­cje były na po­rządku dzien­nym i nie miały się za­koń­czyć do­póty, do­póki nie zo­sta­nie od­bu­do­wana wiara ludu w Boga i wzglę­dem lu­dzi Ko­ścioła.

Oj­ciec Egi­dio otrzą­snął się z roz­my­ślań i wło­żył na biały ha­bit czarny płaszcz: cha­rak­te­ry­styczny ubiór Za­konu Braci Ka­zno­dzie­jów. Jego wzrok, jesz­cze przy­tę­piony sen­no­ścią, błą­dził przez kilka chwil po wnę­trzu celi. Ume­blo­wana była skrom­nie, jak na­ka­zy­wała re­guła nadana przez Do­mi­nika Gu­zmàna: obok łóżka stała skrzy­nia, a po prze­ciw­nej stro­nie nie­wiel­kie skryp­to­rium. Oj­ciec Egi­dio klęk­nął przed za­wie­szo­nym na ścia­nie kru­cy­fik­sem i ci­cho od­mó­wił Pa­ter no­ster.

Po­tem wy­szedł z po­miesz­cze­nia i prze­mie­rzył długi ko­ry­tarz, wzdłuż któ­rego znaj­do­wały się cele; szyb­kim kro­kiem zbli­żał się do przed­niej czę­ści ba­zy­liki, w któ­rej li­tur­gia za­zwy­czaj była otwarta dla wszyst­kich, jed­nak w cza­sie jutrzni mo­gli tam być tylko za­kon­nicy. Do­łą­czył do współ­braci, żeby od­mó­wić po­ranne mo­dli­twy przy Arce Świę­tego Do­mi­nika, wy­staw­nym gro­bowcu za­ło­ży­ciela za­konu.

Na za­koń­cze­nie mo­dlitw zbli­żył się do niego stary przeor, oj­ciec Bal­das­sare Fey.

– Co was trapi, oj­cze Egi­dio?

Oj­ciec Egi­dio zmarsz­czył czoło, za­sko­czony taką tro­ską.

– Dla­czego o to py­ta­cie?

– Znam was, od­kąd by­li­ście bo­go­boj­nym ob­la­tem – od­parł oj­ciec Bal­das­sare. – Nie za­po­mi­naj­cie, że to ja wsta­wi­łem się u bi­skupa, by nadał wam god­ność in­kwi­zy­tora. Za­wsze oży­wiała was go­rąca wiara, nie tak czę­sta w dzi­siej­szych cza­sach. A jed­nak, od ja­kie­goś czasu mam wra­że­nie, że coś was bar­dzo nie­po­koi.

Oj­ciec Egi­dio roz­ło­żył ręce. To była prawda, stary przy­ja­ciel znał go le­piej niż kto­kol­wiek inny. Po­czuł się bar­dzo nie­swojo, znów ukłuła go bo­leść to­wa­rzy­sząca mu już od wielu dni. Znał do­brze ob­jawy za­razy i nie­opusz­cza­jąca go go­rączka na pewno do nich na­le­żała, po­dob­nie jak wy­brzu­sze­nie w kształ­cie jaja, które po­ja­wiło się w jed­nej z pa­chwin. Ale jesz­cze nie na­de­szła chwila, by na­le­żało wy­ja­wić współ­bratu prawdę o cho­ro­bie. Te­raz jedna pilna sprawa do­ma­gała się jego uwagi. A słowo re­ietti znów wy­brzmiało mu w gło­wie jak groźba.

– Je­dy­nym, co mnie nie­po­koi, jest zba­wie­nie tego ludu – po­sta­no­wił od­po­wie­dzieć.

Chy­try uśmie­szek po­ja­wił się pod gę­stą białą brodą ojca Bal­das­sare.

– Cza­sem za­sta­na­wiam się, czy tu­taj jesz­cze coś da się zba­wić – przy­znał gorzko. – Wśród lu­dzi za­czy­nają do­mi­no­wać roz­pacz i nę­dza. Wiara w Boga wy­sta­wiona jest na ciężką próbę, a wraz z nią nasz wła­sny au­to­ry­tet.

– Dla­tego po­trze­bu­jemy zde­cy­do­wa­nych dzia­łań, by zdu­sić u pod­staw obec­ność Złego – za­koń­czył oj­ciec Egi­dio, po czym po­że­gnał się ski­nie­niem głowy, na które tam­ten od­po­wie­dział lek­kim ukło­nem.

Kiedy oj­ciec Egi­dio wy­szedł z ba­zy­liki, jego twarz sma­gnął po­wiew go­rą­cego, na­brzmia­łego wil­go­cią po­wie­trza. Po­goda w ostat­nich dniach nie po­zwa­lała spo­dzie­wać się szyb­kiego na­dej­ścia je­sieni. Roz­pa­lony wiatr przy­cho­dzący od wy­brzeża wy­peł­niał ulice mia­sta za­pa­chem soli, który mie­szał się z ostrym, mdlą­cym odo­rem ulicz­nego błota, bez­u­stan­nie prze­no­szo­nego przez ko­łach prze­jeż­dża­ją­cych wo­zów.

Oj­ciec Egi­dio prze­sko­czył nad że­bra­kiem, drze­mią­cym na bruku przed ba­zy­liką. Szedł da­lej, rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nie na czło­wieka w po­strzę­pio­nym ubra­niu, który cią­gnął poza mia­sto wó­zek pe­łen ciał zmar­łych na dżumę: tam wy­zna­czono dla nich zbio­rowy grób.

Pro­ce­sja bi­czow­ni­ków szła ulicą, mo­dląc się gło­śno. Byli bosi, w bia­łych płasz­czach ozdo­bio­nych czer­wo­nymi krzy­żami, z kap­tu­rami spusz­czo­nymi na twa­rze i bi­czami w dło­niach.

Zbli­żyła się do nich ko­bieta o twa­rzy wy­krzy­wio­nej sza­leń­stwem, trzy­ma­jąca zwłoki dziecka w po­wi­ja­kach. Gdy prze­cho­dzili koło niej, pa­dła na ko­lana, pro­sząc o bło­go­sła­wień­stwo.

Pa­trząc na tę scenę, oj­ciec Egi­dio nie po­tra­fił po­wstrzy­mać gry­masu obrzy­dze­nia. Sprze­ci­wiał się sta­now­czo fa­na­ty­zmowi bi­czow­ni­ków, ale jego wy­siłki oka­zały się da­remne w ob­li­czu po­tęż­nego wspar­cia po­li­tycz­nego, ja­kim cie­szyło się brac­two. Bi­czow­nicy uwa­żali się za świę­tych i z po­gardą od­ma­wiali pod­po­rząd­ko­wa­nia się hie­rar­chii ko­ściel­nej. Byli bez­względ­nymi an­ty­se­mi­tami i choć pa­pież po­tę­pił prze­śla­do­wa­nie Ży­dów, oni nie wa­hali się gła­dzić ca­łych ro­dzin he­braj­skiego po­cho­dze­nia. Uwa­żali ich za re­ietti.

Oj­ciec Egi­dio do­tarł na główny plac w mie­ście, gdzie ko­lo­rowy, ha­ła­śliwy tłum tło­czył się przed pa­ła­cem po­de­sty, cze­ka­jąc na eg­ze­ku­cję kilku ska­zań­ców.

Trzy dni wcze­śniej pe­wien chłop, nie­jaki Mat­tia z Parmy, od­krył w trak­cie orki po­twor­nie oka­le­czone szczątki. Znaj­do­wały się w drew­nia­nych skrzy­niach, w nie­na­tu­ral­nych, ab­so­lut­nie ob­cych chrze­ści­jań­skim zwy­cza­jom po­zy­cjach. Kilka szkie­le­tów było w skło­nie, przy czym tors albo ra­miona były przy­bite do skrzyń gwoź­dziami; in­nym po­ła­mano ko­ści nóg i mied­nicy, a w nie­któ­rych przy­pad­kach dłu­gie, za­rdze­wiałe gwoź­dzie wbite były w czaszki.

Nikt nie wie­dział, do kogo na­leżą te szczątki. Ktoś na­zwał te groby cmen­ta­rzem re­iet­tich.

Kiedy po­wia­do­miono wła­dze, te szybko wtrą­ciły do wię­zie­nia chłopa i jego dzieci; na­tych­miast oskar­żono ich o czary. Pro­ces roz­po­częty szybko przez ojca Egi­dia, pro­wa­dzony był w wiel­kim po­śpie­chu: kara śmierci była nie­unik­niona. Po tym, jak na tor­tu­rach uzy­skano od chłopa i jego dzieci pełne przy­zna­nie się do winy, wy­rok stał się już ko­niecz­no­ścią. We­dług in­kwi­zy­tora szczątki re­iet­tich nie po­winny były ni­gdy uj­rzeć świa­tła dzien­nego. Był to oczy­wi­sty znak, że dia­beł rzu­cił klą­twę na mia­sto. Na­stęp­nie na­ka­zano, by szkie­lety po­cho­wano znów w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym je od­na­le­ziono, i wy­dano bez­względny za­kaz wstępu na to pole.

Oj­ciec Egi­dio prze­py­chał się przez tłum, aby do­trzeć do pod­wyż­sze­nia za­re­zer­wo­wa­nego dla dy­gni­ta­rzy, chro­nio­nego przed tłu­mem przez od­dział miej­skich pa­choł­ków. Kiedy prze­cho­dził, obecni lekko mu się kła­niali, a on od­po­wia­dał im ski­nie­niem głowy. W tym mo­men­cie bi­cie dzwonu na naj­wyż­szej wieży w mie­ście ogło­siło roz­po­czę­cie eg­ze­ku­cji.

Kiedy kat otwo­rzył wiel­kie okna pa­łacu, w tłu­mie wy­bu­chły krzyki i pod­bu­rza­nia.

Jako pierw­sze wy­rzu­cono przez okno z po­rząd­nymi pę­tlami na szy­jach dwoje dzieci chłopa: ma­łego Pie­tra, dzie­wię­cio­latka, i małą Ma­tilde, sied­mio­latkę. Rok wcze­śniej dżuma za­brała im matkę – może to i le­piej, bo te­raz nie mu­siała pa­trzeć na kaźń swo­ich uko­cha­nych dzieci. Kiedy ich ciała dyn­dały pod oknami pa­łacu, tłum, co­raz bar­dziej roz­sza­lały, wy­ra­żał swój en­tu­zjazm w plu­ga­wych okrzy­kach.

Mat­tia z Parmy był tak krą­gły i krzepki, że gdy kat ob­wią­zał mu już sznur wo­kół szyi, mu­siał się nieco na­tru­dzić, by pod­nieść go na pa­ra­pet okna. Po­tem zde­cy­do­wa­nym pchnię­ciem zrzu­cił Mat­tię w dół.

W mgnie­niu oka sznur, na któ­rym zwi­sał, na­piął się do osta­tecz­no­ści, a szarp­nię­cie było tak gwał­towne, jakby to nie­wi­dzialny to­pór za­dał śmier­telny cios. Głowa chłopa zo­stała od­cięta.

Ciało Mat­tii z Parmy roz­trza­skało się o zie­mię, a jego głowa po­to­czyła się po­mię­dzy tło­czą­cych się na placu lu­dzi. Wi­dząc to, wielu obec­nych od­wró­ciło wzrok, po­śpiesz­nie czy­niąc znak krzyża.

Oj­ciec Egi­dio da­lej pa­trzył na ciało ska­zańca, wstrzą­sane se­rią ostrych spa­zmów. Skie­ro­wał wzrok na krew wy­pły­wa­jącą z ciała i roz­le­wa­jącą się co­raz sze­rzej po bruku, ni­czym ja­kiś mroczny cień.

Ogar­nął go nie­wy­ja­śniony nie­po­kój, a słowo re­ietti wbi­jało się mię­dzy jego my­śli jak długi gwóźdź.

A we krwi ska­zańca do­strzegł tę samą czer­wień, jaką tego po­ranka przed jego oczami roz­ta­czał brzask.

3

PIĘĆ DNI PRZED PRZE­BU­DZE­NIEM

„Przez po­myłkę dziew­czyn parę...”, po­wta­rzała so­bie w my­ślach Au­rora Sca­lviati, ja­dąc drogą pro­win­cjalną nu­mer czter­dzie­ści trzy. Miała wra­że­nie, że jej sa­mo­chód jest za­wie­szony w ja­kimś miej­scu poza cza­sem, któ­rego re­flek­tory nie są w sta­nie oświe­tlić. Pola wo­kół były nie­wi­doczne, scho­wane we mgle i mroku nocy, który był osta­tecz­nym ce­lem nie­koń­czą­cej się, jak się zda­wało, po­dróży. Na­wi­ga­cja mó­wiła, że jesz­cze pół go­dziny dzieli ją od celu: Spa­rvary, mia­sta w Emi­lii, gdzie miała za­cząć służbę w miej­sco­wej jed­no­stce po­li­cji.

„Ci z Emi­lii to na­prawdę eks­pan­sywni lu­dzie”, po­wta­rzali jej ko­le­dzy z wy­działu kry­mi­nal­nego w Tu­ry­nie, gdy do­wie­dzieli się, że po osiem­na­stu mie­sią­cach ocze­ki­wa­nia wła­śnie tam ją skie­ro­wano.

Emi­lia jest jak jedno wiel­kie mia­sto: jej dziel­ni­cami są mia­steczka roz­rzu­cone po rów­ni­nie, kro­czące wzdłuż Padu od pod­nóży Ape­ni­nów w kie­runku Ad­ria­tyku.

„Tam się ni­gdy nic nie dzieje, po­trze­bu­jesz cze­goś ta­kiego, żeby wró­cić do sie­bie”, po­wie­dział jej wi­ce­kwe­stor, in­for­mu­jąc ją o prze­nie­sie­niu. Te słowa praw­do­po­dob­nie miały do­dać jej od­wagi, ale od­nio­sły zu­peł­nie od­wrotny sku­tek.

Au­rora ner­wowo od­su­nęła z czoła ko­smyk wło­sów, za­kła­da­jąc go za ucho. Palce de­li­kat­nie mu­snęły bli­znę na skroni. Szybko cof­nęła rękę.

Słowa ze sta­rej pio­senki wbiły się jej do głowy; znów za­częła nu­cić Te­achers Le­onarda Co­hena.

Some girls wan­der by mi­stake into the mess that scal­pels make. Are you the te­acher of my he­art?[4]

Od­ru­chowo chwy­ciła ko­mórkę i wy­brała nu­mer Fla­via. Przez chwilę wpa­try­wała się w ekran, nim roz­po­częła wy­bie­ra­nie nu­meru. Po­tem odło­żyła te­le­fon i po­now­nie wle­piła wzrok w przed­nią szybę. Zgod­nie z na­wi­ga­cją zje­chała w krętą drogę bie­gnącą przy brzegu rzeki. Prze­je­chała przez mały most z za­rdze­wiałą ba­lu­stradą i zna­la­zła się na dro­dze peł­nej dziur, wzdłuż któ­rej ro­sły drzewa przy­po­mi­na­jące szkie­lety.

Jej uwagę przy­kuły nie­bie­skie świa­tła mi­ga­jące w od­dali. Wi­docz­ność była tak słaba, że zda­wało się, że ra­dio­wozy i ka­retki są za­wie­szone w ni­co­ści.

Kiedy Au­rora znów spoj­rzała przed sie­bie, omal nie pod­sko­czyła. Zo­ba­czyła wy­ła­nia­jącą się z mgły syl­wetkę męż­czy­zny sto­ją­cego z boku drogi i mu­siała gwał­tow­nie za­ha­mo­wać, żeby go nie po­trą­cić. Opony prze­su­nęły się po śli­skim as­fal­cie, sa­mo­chód Au­rory za­trzy­mał się obok ozna­ko­wa­nego sa­mo­chodu ka­ra­bi­nie­rów, który z mi­ga­ją­cym sy­gna­łem był za­par­ko­wany w po­przek drogi. Droga była za­mknięta.

Męż­czy­zna w mun­du­rze zbli­żył się do okna i ge­stem ka­zał Au­ro­rze opu­ścić szybę.

– Nie wi­działa pani sy­gnału świetl­nego? – za­py­tał.

– Pro­szę wy­ba­czyć – od­parła Au­rora – ale przy tej mgle...

Ka­ra­bi­nier nie po­zwo­lił jej skoń­czyć zda­nia.

– Ka­wa­łek da­lej droga jest za­blo­ko­wana – rzekł. – Nie można je­chać da­lej.

Au­rora wy­ba­łu­szyła oczy.

– C-co? – bąk­nęła. – Ale ja mu­szę się do­stać do Spa­rvary, je­stem już spóź­niona.

– No, to jest pani pra­wie na miej­scu. Mia­sto za­czyna się za ja­kieś dwa ki­lo­me­try. Ale tędy pani nie prze­pusz­czę.

– Był ja­kiś wy­pa­dek?

Ka­ra­bi­nier od­wró­cił wzrok.

– Wię­cej nie mogę pani po­wie­dzieć.

– Je­stem funk­cjo­na­riu­szem po­li­cji kry­mi­nal­nej – wy­ja­śniła Au­rora, grze­biąc w to­rebce le­żą­cej na sie­dze­niu pa­sa­żera. Wy­cią­gnęła od­znakę i za­dru­ko­waną kartkę. – Pod­ko­mi­sarz Sca­lviati, na służ­bie w ko­mi­sa­ria­cie Spa­rvara.

Ka­ra­bi­nier rzu­cił okiem na do­ku­ment.

– Tu jest na­pi­sane, że służbę za­czyna pani ju­tro.

– Wiem, ale...

– Niech mi pani wie­rzy – po­wie­dział ka­ra­bi­nier spo­koj­nym gło­sem. – Bę­dzie dużo le­piej, je­śli wróci pani na stary Ksią­żęcy Dukt.

– Dużo le­piej dla kogo?

– Dla pani. To na­prawdę nie jest ładny wi­dok.

– Czy mogę się cho­ciaż do­wie­dzieć, co tam się stało?

– Nie wolno mi o tym mó­wić – stwier­dził ka­ra­bi­nier. – To po­le­ce­nie pro­ku­ra­tora.

– Jest tu­taj pro­ku­ra­tor? Miało miej­sce mor­der­stwo?

Ka­ra­bi­nier wzru­szył ra­mio­nami.

– No trudno! – wy­pa­liła Au­rora. – Ju­tro rano na pewno opo­wie­dzą mi o tym ko­le­dzy.

– Wła­śnie, niech pani o tym ju­tro po­roz­ma­wia z ko­le­gami. Ja nie mogę od­po­wie­dzieć na pani py­ta­nia. Je­stem pe­wien, że to pani zro­zu­mie.

– No do­bra – wes­tchnęła Au­rora, uśmie­cha­jąc się zdaw­kowo. Po­tem wrzu­ciła wsteczny, żeby za­wró­cić na dro­dze.

Od­da­la­jąc się, cały czas pa­trzyła na zni­ka­ją­cego w lu­sterku ka­ra­bi­niera, który po­woli gi­nął we mgle. Zga­siła świa­tła i za­trzy­mała sa­mo­chód przy dro­dze do­jaz­do­wej do sto­ją­cego sa­mot­nie domu. Wy­szła z sa­mo­chodu i za­mknęła ostroż­nie drzwi, żeby nie na­ro­bić ha­łasu.

– Ja­sne, Ksią­żęcy Dukt – mam­ro­tała do sie­bie, mi­ja­jąc za­ro­śla ro­snące przy dro­dze.

Au­rora szła da­lej szyb­kim kro­kiem przez za­ro­śnięty pas zie­leni dzie­lący ją od świa­teł. Jej glany mo­men­tal­nie ob­le­piły się bło­tem. Prze­sko­czyła przez rów i szła, do­póki nie zbli­żyła się do pla­cyku, na któ­rym stały za­par­ko­wane ra­dio­wozy, ja­kiś nie­bie­ski sa­mo­chód, wóz stra­żacki i ka­retka po­go­to­wia. Dziew­czyna była zbita z tropu. Co tu się mo­gło stać, że zmo­bi­li­zo­wano tak wiel­kie siły?

Jed­nego była już pewna: do­szło do mor­der­stwa. W jed­nej chwili za­po­mniała, że znaj­duje się setki ki­lo­me­trów od domu i swo­ich daw­nych ko­le­gów, że jest wy­czer­pana i że je­dyną roz­sądną rze­czą, jaką może zro­bić, jest pójść do ho­telu i od­po­cząć.

Po­nie­waż wła­śnie to spra­wiło, że mimo wszystko zo­stała w po­li­cji. Było tylko jedno miej­sce na świe­cie, od któ­rego ni­gdy nie po­tra­fiła trzy­mać się z da­leka. Miej­sce zbrodni.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1]morbo peg­giore – naj­gor­sza za­raza (przyp. tłum.)
[2]pe­stis – dżuma (przyp. tłum.)
[3] Con­si­glio de­gli An­ziani – Rada Star­szych (przyp. tłum.)
[4] „Przez po­myłkę dziew­czyn parę / we­szło w moją świeżą ranę. / – Czy je­ste­ście na­uczy­ciel­kami serca?” (Le­onard Co­hen, Te­achers, tłum. Ma­ciej Ze­mbaty).