Ogień. Opowieść o Janis Joplin - Barbara Baraldi - ebook + książka

Ogień. Opowieść o Janis Joplin ebook

Barbara Baraldi

4,1
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Powieść ukazuje burzliwe życie Janis Joplin. W tej wciągającej historii największej rockmanki wszech czasów splatają się wielki talent, desperacja, uzależnienie, trudne związki oraz ogromna miłość do muzyki. Barbara Baraldi w barwny sposób przedstawia postać niezwykłej Janis, którą na kartach powieści poznajemy jako zbuntowaną, pełną kompleksów nastolatkę. Niepewna siebie, tocząca nieustanną walkę z samą sobą i otoczeniem dziewczyna nade wszystko kocha muzykę i wie jedno – że jej największą siłą jest oryginalny głos. Wielowymiarowy portret Joplin, odmalowany na tle szalonych lat 60., dopełniają jej największe przeboje. To najbardziej przejmująca powieść Barbary Baraldi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 471

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (9 ocen)
5
2
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Alijaa

Dobrze spędzony czas

Autorka znana jest polskim czytelnikom z zupełnie innego gatunku książek, ale to jest moje pierwsze spotkanie z jej prozą. Muszę przyznać, że biografia fabularyzowana wyszła jej wspaniale. Fikcja literacka, ale jednak zawiera pewne fragmenty z życia piosenkarki, które są podobno udokumentowane - tego nie sprawdzałam. Polubiłam jej styl - jest lekki i przyjemny. Pozwala na to, by się rozsmakować w tym, co czytam. 📖✨ Janis Joplin - tej kobiety chyba nie muszę nikomu przedstawiać. 🎤❤️ Najpiękniejszy głos kobiecy. Niestety żyła za krótko, miała całe życie przed sobą, gdy odeszła. Tutaj poznajemy, wprawdzie fabularyzowane, ale jednak jej dzieje. Janis zawsze mi przypominała pięknego motyla, który żyje za krótko. 🦋 Tutaj razem z nią przeżywamy jej małe i duże dramaty. Miłość do muzyki, kompleksy, depresję, ale też uzależnienie. Tamte czasy nie były łatwe, zwłaszcza dla osób szukających wolności i ucieczki. „Seks, Drugs and Rock'n'Roll” świetnie się wpisuje w jej losy. 🎸 Tu mieszają się m...
00
Danuta2323

Nie polecam

Żenująco infantylny portret Joplin autorstwa egzaltowanej dyletantki. Janis przewraca się w grobie.
00



Ty­tuł ory­gi­nału: Il fu­oco den­tro. Ja­nis Jo­plin. Il ro­manzo
Co­py­ri­ght © 2023 by Giunti Edi­tore S.p.A., Fi­renze-Mi­lano www.giunti.it
Pro­jekt gra­ficzny: Ro­cío Isa­bel Gon­zález Fo­to­gra­fia na okładce: © Uni­ted Ar­chi­ves/Roba – www.age­fo­to­stock.com
Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2024
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Anna Ko­wa­lik
Re­dak­cja i ko­rekta: Ha­lina Sa­du­lak, Jo­anna Wa­sak
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5277-0
Wy­da­nie I, 2024. Sym­bol 5336/R
CIP  Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Ba­raldi, Bar­bara
Ogień : opo­wieść o Ja­nis Jo­plin / Bar­bara
Ba­raldi ; [tłu­ma­cze­nie: Anna Ko­wa­lik].
- Wy­da­nie I. - War­szawa : Le Tra, 2024
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50/51 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.euwww.fa­ce­book.com/Wy­daw­nic­two.Ar­kadywww.fa­ce­book.com/Wy­daw­nic­two.Le­Tra księ­gar­nia fir­mowa tel. 22 444 86 61, e-mail: ksie­gar­nia@ar­kady.eu
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ni­niej­sza po­wieść jest dzie­łem li­te­rac­kim. Cho­ciaż za­wiera wiele udo­ku­men­to­wa­nych ele­men­tów z ży­cia Ja­nis Jo­plin, a wiele po­staci nosi imiona i/lub ce­chy po­do­bień­stwa do osób, które żyły lub na­dal żyją, ich cha­rak­te­ry­styka oraz wy­da­rze­nia, w ja­kich biorą udział, są wy­łącz­nie wy­two­rem wy­ob­raźni au­torki. W związku z tym po­wieść na­leży trak­to­wać wy­łącz­nie jak fik­cję li­te­racką, a nie jak bio­gra­fię.

Pro­log

Do­kąd idziesz, Ja­nis?

Była przy­zwy­cza­jona do tro­pi­kal­nego upału, do ko­ma­rów, do wy­zie­wów z ra­fi­ne­rii, mie­sza­ją­cych się ze sło­na­wym za­pa­chem wód Za­toki Mek­sy­kań­skiej, ocię­ża­łych zgrzy­tów tan­kow­ców, wi­ją­cych się wzdłuż por­to­wych ka­na­łów, któ­rymi o każ­dej po­rze dnia i nocy od­bywa się trans­port ropy naf­to­wej.

A mimo to czuje, że coś jest nie tak. Wy­czuwa to w za­ła­ma­niach ci­szy, w cięż­ko­ści pół­mroku, tak jakby ni­kogo nie było w domu, jak gdyby z ja­kie­goś po­wodu ro­dzina wy­je­chała w wiel­kim po­śpie­chu, a ona zo­stała na po­ste­runku, żeby strzec mu­rów domu.

Po­trząsa głową. Mąż śpi obok niej, sku­lony na boku, z pod­ko­szul­kiem zro­lo­wa­nym aż po pa­chy oraz stopą wy­sta­jącą poza ob­ręb łóżka, być może w po­szu­ki­wa­niu de­li­kat­nego mu­śnię­cia po­wie­trza, które tym­cza­sem stoi nie­ru­chomo, po­mimo otwar­tego na oścież okna.

Do­ro­thy bie­rze kilka głęb­szych wde­chów, pró­bu­jąc za­ha­mo­wać sza­leń­cze bi­cie serca. Zbu­dził ją wrzesz­czący od­głos, coś jakby dłu­gie miauk­nię­cie. Gdy wy­pa­ro­wują wszel­kie ślady snu, jej wzrok za­czyna się wy­ostrzać. Oczy pe­ne­trują ściany sy­pialni, świ­drują w szcze­li­nach me­bli w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś nie­ty­po­wego de­talu.

Do­pada ją dziwne prze­czu­cie, wstaje więc i prze­mie­rza ko­ry­tarz kro­kiem tak szyb­kim, że de­ski pod­ło­gowe skrzy­pią pod jej sto­pami, a gdy w końcu staje w progu po­koju córki, od­krywa, że w środku ni­kogo nie ma.

Łóżko jest pu­ste, prze­ście­ra­dło leży koło drzwi, ni­czym spa­do­chron po­rzu­cony przez skoczka po wy­lą­do­wa­niu.

Po chwili nie­do­wie­rza­nia ogar­nia ją pa­nika. Od­dech więź­nie w piersi, ści­ska­jąc gar­dło i unie­moż­li­wia­jąc krzyk­nię­cie. Przez chwilę ir­ra­cjo­nal­ność prze­waża i w gło­wie ma­te­ria­li­zują się naj­gor­sze sce­na­riu­sze, ja­kie tylko matka może so­bie wy­obra­zić.

Wy­ko­nuje kilka kro­ków w tył, ude­rza o biurko. Spada ja­kaś lampka, do­okoła roz­bry­zgują się odłamki szkła.

Nie schyla się, by je pod­nieść. Jej spoj­rze­nie wy­biega za okno, przy­cią­gnięte przez ja­kiś ruch na ze­wnątrz. I wtedy ją za­uważa.

Mała jest w ogro­dzie. Z po­tar­ga­nymi wło­sami, boso, w ko­szuli noc­nej w ko­lo­rze zbli­żo­nym do barwy księ­życa. Stąpa nie­pew­nym kro­kiem po tra­wie, kie­ru­jąc się w stronę ulicy i chwie­jąc się, jakby po­trą­cana nie­wi­dzial­nymi fa­lami mor­skiej ki­pieli.

Do­ro­thy nie waha się ani chwili. Pę­dem wy­biega z po­koju, mija drzwi wej­ściowe do domu i w po­śpie­chu po­ko­nuje schodki ganku.

– Ja­nis! – krzy­czy.

Dziew­czynka na­wet się nie od­wraca, obo­jętna na wo­ła­nie matki. Kon­ty­nu­uje swój marsz, z po­chy­loną do przodu głową i rę­koma zwie­szo­nymi wzdłuż ciała.

Do­ro­thy zbliża się ostroż­nie. Jesz­cze raz woła córkę, jed­nak nie otrzy­muje żad­nej od­po­wie­dzi.

Robi więc jesz­cze kilka kro­ków i staje przed nią. Klęka na tra­wie, chwyta dziew­czynkę za ra­miona, aby zmu­sić ją do spoj­rze­nia jej w oczy.

– Święte nieba, Ja­nis, nic ci nie jest?

Jed­nak wzrok dziew­czynki omija ją, wpa­truje się w od­le­gły punkt, do­stępny jakby tylko jej oczom; poza ogro­dze­niem, poza sza­chow­nicą do­mów i ich jed­na­ko­wych ogród­ków, poza li­nią, w któ­rej zie­mia łą­czy się z mo­rzem, po­mię­dzy ho­ry­zon­tem a gwiaz­dami.

– Śmier­tel­nie mnie wy­stra­szy­łaś. Można wie­dzieć, do­kąd się wy­bie­rasz?

Czuje się głu­pio, że o to pyta, z po­stawy córki ja­sno wy­nika, że wciąż śni. Nie jest to pierw­szy epi­zod lu­na­ty­ko­wa­nia, jed­nak ni­gdy do­tąd nie wstała z łóżka.

– Do­kąd idziesz, Ja­nis?

Dziew­czynka od­po­wiada ze szczerą na­tu­ral­no­ścią. Jej ton jest pod­nio­sły, choć mówi tylko nie­znacz­nie gło­śniej od szeptu. – Wra­cam do domu. Wra­cam do domu.

W tym mo­men­cie chmura za­sło­niła księ­życ – jest to znak, który Do­ro­thy stara się zi­gno­ro­wać.

Ta uro­dzona trzy ty­go­dnie za wcze­śnie dziew­czynka, która za­częła cho­dzić, za­nim skoń­czyła ro­czek, bar­dzo prędko stąd uciek­nie. Po­nie­waż jej dom znaj­duje się poza gra­ni­cami tego dusz­nego mia­sta. Czy jej się to po­doba, czy nie.

1

Zwod­ni­cza apa­ry­cja

SAN FRAN­CI­SCO, CZER­WIEC 1966

Po­kój jest duży, opu­sto­szały, jego ściany kie­dyś z pew­no­ścią były białe, jed­nak z cza­sem przy­brały bru­na­tny ko­lor z pla­mami ple­śni w dzi­wacz­nych kształ­tach. Im­po­nu­jące ko­lumny dzielą prze­strzeń na geo­me­tryczne formy. Pod ścianą, na za­im­pro­wi­zo­wa­nej sce­nie, leżą in­stru­menty, wzmac­nia­cze i plą­ta­nina ka­bli strze­żo­nych przez ra­chi­tyczną per­ku­sję. Je­dyne ślady wska­zu­jące, że znaj­duje się we wła­ści­wym miej­scu. Ta stara re­miza stra­żacka przy Henry Street to sala prób Big Bro­ther & the Hol­ding Com­pany. To je­den z naj­bar­dziej zna­nych ze­spo­łów roc­ko­wych w San Fran­ci­sco.

Jej na­to­miast nie zna zu­peł­nie nikt. Na­zywa się Ja­nis Jo­plin, ma dwa­dzie­ścia trzy lata i ucieka przed ogrom­nym nie­bez­pie­czeń­stwem: sobą samą. A może zna­la­zła się tu­taj wła­śnie po to, żeby się od­na­leźć? Jesz­cze tego nie wie.

– Przy­szłaś na prze­słu­cha­nie? – pyta ja­kiś czło­wiek w żół­tych mo­ka­sy­nach, sie­dząc na ławce i skrę­ca­jąc pa­pie­rosa. Po spo­so­bie, w jaki od­wraca wzrok, można wy­wnio­sko­wać, że nie jest za­in­te­re­so­wany od­po­wie­dzią.

– Tak – od­po­wiada nie­śmiało.

Ja­nis wy­daje się za­gu­biona, w swo­ich po­dar­tych le­wi­sach i o dwa roz­miary za du­żej blu­zie. Ma po­tar­gane włosy, na twa­rzy ani grama ma­ki­jażu, który ukryłby trą­dzik, mę­czący ją, od­kąd skoń­czyła czter­na­ście lat, i znie­kształ­ca­jący jej rysy.

Jej małe, nie­bie­skie oczy do­kład­nie i bez ustanku ob­ser­wują oto­cze­nie. Ja­kieś dwie dziew­czyny w po­miesz­cze­niu obok zmie­niają pie­lu­chę no­wo­rod­kowi. Po prze­ciw­nej stro­nie stoi kil­koro hi­pi­sów w krzy­kli­wych ko­szu­lach, dru­kują psy­cho­de­liczne pla­katy na drew­nia­nej ma­szy­nie do si­to­druku. Od czasu do czasu z ich ust wy­rywa się ja­kieś prze­kleń­stwo, ale Ja­nis ich nie słu­cha, roz­pro­szona nie­ustan­nym dzwo­nie­niem w uszach. Od­gło­sem swo­jego stra­chu.

Po­winna być pod­eks­cy­to­wana taką szansą, a za­miast tego tar­gają nią sprzeczne emo­cje.

A je­śli jej się nie uda? Do­brze zna mroczną stronę swo­ich ma­rzeń: mogą za­pro­wa­dzić ją na szczyt, z któ­rego upa­dek tym bar­dziej za­boli.

„Po­tra­fi­ła­byś się pod­nieść po ko­lej­nym upadku, Ja­nis?”

Za­nim udaje jej się wy­my­ślić ja­kąś od­po­wiedź, do po­koju wcho­dzi czte­rech chło­pa­ków, któ­rzy za­trzy­mują się o krok przed nią.

Naj­wyż­szy i naj­bar­dziej ob­szar­pany z nich wy­ciąga rękę w jej kie­runku. – Sam An­drew – przed­sta­wia się. Ma ła­godne spoj­rze­nie, w któ­rym kryje się otu­la­jąca ser­decz­ność. – Ty pew­nie je­steś Ja­nis. Chet opo­wia­dał nam o to­bie wiele do­brego.

Ja­nis od­wza­jem­nia uścisk bez więk­szego prze­ko­na­nia. Ma spo­coną dłoń i nie­od­parte wra­że­nie, że zna­la­zła się w nie­wła­ści­wym miej­scu. Spusz­cza więc głowę. Do­strzega plamę na swo­ich je­an­sach. Za­czyna ją dra­pać pal­cem wska­zu­ją­cym, jakby miało jej to po­móc po­zbyć się rów­nież skrę­po­wa­nia.

Dave Getz ma ciemne, opa­da­jące na ra­miona włosy i nieco chwiejny chód.

Włosy Pe­tera Al­bina są jesz­cze dłuż­sze, a jego ko­szula zdaje się krzy­czeć: „spójrz­cie na mnie!”.

Jed­nak to Gur­ley coś­tam przy­kuwa jej uwagę. Nie zro­zu­miała imie­nia, po­nie­waż wy­mam­ro­tał je, gdy mi­jał ją, by do­stać się do swo­jej gi­tary. Te­raz ją stroi i na­wet nie ra­czy spoj­rzeć na Ja­nis. Jego ja­sne, spły­wa­jące na ra­miona krę­cone pu­kle spra­wiają, że wy­gląda jak sza­man. Ma nie­bie­skie oczy i po­rytą bruz­dami twarz czło­wieka, który już za­sma­ko­wał ży­cia i jest go­towy na jego ko­lejną de­gu­sta­cję.

– Mam na­dzieję, że dam radę – mam­ro­cze Ja­nis i od razu tego ża­łuje.

Sam przy­ta­kuje.

– Jesz­cze tylko jedna rzecz – mówi Dave. – Je­śli na­prawdę chcesz zo­stać pio­sen­karką, po­win­naś się tro­chę ogar­nąć. Nie wiem, zro­bić ja­kiś ma­ki­jaż lub jedną z tych rze­czy, które wy, dziew­czyny, ro­bi­cie.

Za­nim udaje jej się coś od­po­wie­dzieć, chło­pak od­wraca się do niej ple­cami.

„Brzmi zna­jomo, Ja­nis?”

Dziew­czyna ob­lewa się ru­mień­cem, a na­stęp­nie za­czyna ob­gry­zać pa­znok­cie, cze­ka­jąc, aż człon­ko­wie ze­społu usa­do­wią się na swo­ich sta­no­wi­skach. Dave siada za per­ku­sją, bie­rze pa­łeczki i ob­raca je w pal­cach, Pe­ter za­kłada na ra­mię gi­tarę ba­sową.

Wy­glą­dają na zgrany ze­spół. Można to roz­po­znać po spo­so­bie, w jaki usta­wiają się obok sie­bie, tak że w któ­rymś mo­men­cie wy­dają się być ko­rze­niami tego sa­mego drzewa, albo po spon­ta­nicz­no­ści, z jaką roz­po­czy­nają pio­senkę, po prze­lot­nych uśmie­chach, które wy­mie­niają, aby po­ro­zu­mieć się co do akordu lub tempa gry. Po na­tu­ral­no­ści, z jaką ze sobą roz­ma­wiają, ni­czym grupa na­sto­lat­ków opo­wia­da­ją­cych so­bie różne hi­sto­rie przy wie­czor­nym ogni­sku na let­nim obo­zie.

Two­rzą taki ro­dzaj grupy, z ja­kich ona za­wsze czuła się wy­klu­czona. Dla­czego tym ra­zem mia­łoby być ina­czej?

„Spójrz rze­czy­wi­sto­ści w oczy”.

Wi­dać jak na dłoni, że ta czwórka spo­dzie­wała się uj­rzeć na prze­słu­cha­niu zu­peł­nie inną dziew­czynę. Aspi­ru­jącą pio­sen­karkę o smu­kłej syl­we­tce, pro­mien­nym uśmie­chu, która po­mo­głaby im zjed­nać na­wet naj­bar­dziej nie­prze­ko­naną pu­blicz­ność. Z pew­no­ścią nie cho­dziło im o nie­zgrabną, nie­ma­jącą w so­bie nic atrak­cyj­nego istotę za­mo­taną w ciu­chy, które na­wet nie wy­glą­dają jak jej wła­sne.

Wzrok Ja­nis błą­dzi po po­miesz­cze­niu, które na­gle spra­wia wra­że­nie, jakby się skur­czyło. Wy­daje się jej, czy dziew­czyny z no­wo­rod­kiem się na nią ga­pią? Ko­leś w żół­tych mo­ka­sy­nach wy­pusz­cza kłąb dymu z po­błaż­li­wym uśmiesz­kiem. Także hi­pisi, jesz­cze przed chwilą za­jęci wy­dru­kiem, te­raz pa­trzą na nią z po­li­to­wa­niem.

Ja­nis opu­ściła Port Ar­thur, aby speł­nić swoje ma­rze­nie. Nie ma jed­nak zna­cze­nia, jak da­leko udało jej się uciec od ro­dzin­nego wię­zie­nia. Wła­śnie uzmy­sła­wia so­bie, że to Port Ar­thur ni­gdy jej nie opu­ściło.

„Co ty so­bie wy­obra­ża­łaś? Na­prawdę my­śla­łaś, że wy­star­czy prze­je­chać 1700 mil, aby wszystko zmie­nić?”

Czuje, jak w brzu­chu wzbie­rają jej mdło­ści. – Wy­bacz­cie – beł­ko­cze, rzu­ca­jąc się bie­giem do ła­zienki. Przy każ­dym kroku wy­daje się jej, że prze­strzeń się de­for­muje. Wszy­scy zni­kają: mu­zycy, hi­pisi, gość w żół­tych mo­ka­sy­nach, dziew­czyny, no­wo­ro­dek. Ściany roz­pły­wają się jak mgła na wie­trze, prze­kształ­ca­jąc prze­strzeń w znane jej miej­sce: ciemną ot­chłań, do któ­rej umysł pro­wa­dzi ją za każ­dym ra­zem, gdy traci pew­ność sie­bie.

„Dzio­bata gęba. Beat-czu­pi­ra­dło. Świ­nio­oka. Dziwka.

Czar­no­dajka. Freak”.

Znowu znaj­duje się na ko­ry­ta­rzach Tho­mas Jef­fer­son High School, li­ceum w Port Ar­thur. Kan­cia­sty tu­nel sza­fek i przy­mknię­tych drzwi, za któ­rymi czają się jej de­mony.

Ja­nis zdy­szana prze­kra­cza próg ła­zienki. Jej zdol­ność po­strze­ga­nia jest tak przy­tłu­miona, że czuje się jak ob­ser­wa­torka wła­snych kro­ków: z im­pe­tem za­myka za­suwę, która rów­nie do­brze mo­gła za­mknąć się sama. Drzwi są pełne ja­kichś na­pi­sów, blizn ukła­da­ją­cych się w słowa, któ­rych jed­nak nie udaje jej się od­czy­tać, gdyż na­wet jej wzrok jest za­mglony. Opiera się ple­cami o ścianę, po­ły­ka­jąc po­wie­trze, jak gdyby zna­la­zła się w środku wiru na otwar­tym mo­rzu, bli­ska uto­nię­cia.

Chcia­łaby od­na­leźć spo­kój, ale echa prze­szło­ści mocno trzy­mają ją w szpo­nach. Ja­nis wie, że za nic jej nie pusz­czą.

2

Za­mknij się, Ja­nis

PORT ARTHUR, LUTY 1958

Ja­nis sie­dzi w cie­niu ko­rony da­gle­zji gó­ru­ją­cej nad szkol­nym po­dwó­rzem. Na­zwała ją Ar­wena, imie­niem naj­pięk­niej­szej bo­ha­terki Śród­zie­mia z try­lo­gii Tol­kiena. Ni­gdy nie bę­dzie tak piękna jak ona.

Co­dzien­nie rano przed lek­cjami Ja­nis chowa się pod da­chem z igli­wia, aby od­dać się cze­muś zu­peł­nie wy­wro­to­wemu w oczach jej ró­wie­śni­ków – lek­tu­rze.

Dźwięk dzwonka prze­rywa jej, gdy po­chła­nia po­wieść W dro­dze. Ke­ro­uac był jej od­kry­ciem, gro­mem z ja­snego nieba. Pew­nie dla­tego, że bo­ha­ter po­rzuca swoje mia­sto, aby wy­ru­szyć w da­leką po­dróż, spra­gniony od­kry­wa­nia no­wych ho­ry­zon­tów i no­wych do­świad­czeń. A może dla­tego, że zdo­bywa te do­świad­cze­nia na mię­dzy­sta­no­wych dro­gach, chod­ni­kach No­wego Jorku czy San Fran­ci­sco, lub w naj­słyn­niej­szych klu­bach, całe noce odu­rza­jąc się al­ko­ho­lem i po­chod­nymi am­fe­ta­miny w rytm jaz­zo­wej mu­zyki? To pra­gnie­nie, które Ja­nis do­brze zna: z po­wo­ła­nia, z ko­niecz­no­ści lub dla­tego, że wszystko by­łoby lep­sze niż dal­sze co­dzienne przy­du­sza­nie przez łań­cu­chy oby­cza­jo­wo­ści Port Ar­thur.

To dla­tego Ja­nis za­częła się na­zy­wać się be­at­niczką i zu­peł­nie zmie­niła swój spo­sób ubie­ra­nia. Odło­żyła na bok strój grzecz­nej dziew­czynki z ka­fta­ni­kami i wy­kra­wa­nymi z koła spód­ni­cami, które szyła jej matka, oraz krót­kie skar­petki. Te­raz nosi fio­le­towe raj­stopy, ob­ci­słe spód­nice i czarne bluzki. Włosy ma roz­pusz­czone, nie­sforne, tak inne od ide­al­nie ufry­zo­wa­nych przy po­mocy tony la­kieru heł­mów czy na­krę­co­nych na pa­pi­loty lo­ków jej ró­wie­śni­czek.

Nikt inny w szkole nie ubiera się tak jak ona.

Za­myka książkę, wstaje i wcho­dzi do bu­dynku. Wła­śnie za­czyna się lek­cja so­cjo­lo­gii, Ja­nis siada więc w ławce obok Kar­leen, swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. A ra­czej swo­jej je­dy­nej przy­ja­ciółki.

Po­znały się trzy lata wcze­śniej w szkol­nym klu­bie Girl’s Glee, gdzie Kar­leen gra na sak­so­fo­nie, i od tej pory stały się nie­roz­łączne. Po­łą­czyła je nie tyle mi­łość do mu­zyki, co nie­na­wiść do lek­cji wy­cho­wa­nia fi­zycz­nego, a zwłasz­cza ko­niecz­no­ści prze­bie­ra­nia się przed przed­wcze­śnie doj­rze­wa­ją­cymi ko­le­żan­kami.

– Dzień do­bry pań­stwu – roz­po­czyna pani Vic­kers, wcho­dząc do sali. Nosi oku­lary w po­dłuż­nych opraw­kach, które jed­nak nie dają rady oży­wić jej zga­szo­nego spoj­rze­nia. – Dzi­siaj po­dy­sku­tu­jemy na bar­dzo ak­tu­alny te­mat. – Robi efek­towną pauzę, aby wzbu­dzić cie­ka­wość zgro­ma­dzo­nych. Bez skutku. Je­dyną re­ak­cją jest ta Jimmy’ego John­sona, który ziewa sze­roko w trze­ciej ławce, zgar­nia­jąc po­nure spoj­rze­nie na­uczy­cielki i wy­wo­łu­jąc stłu­miony śmiech są­siada z ławki.

– Po­roz­ma­wiamy o in­te­gra­cji – cią­gnie pani Vic­kers. – Nie wiem, ilu z was o tym sły­szało, ale ostat­nio Sąd Naj­wyż­szy uznał za nie­kon­sty­tu­cyjną se­gre­ga­cję ra­sową w au­to­bu­sach. Tu­taj, w Tek­sa­sie, se­pa­ra­cja ra­sowa za­wsze po­zwa­lała wszyst­kim oby­wa­te­lom żyć w har­mo­nii, ale pew­nie sły­sze­li­ście o Mar­ti­nie Lu­the­rze Kingu i jego po­stę­po­wych ide­ach. Za­tem za­daję wam py­ta­nie: co o tym są­dzi­cie?

Na­stę­puje ci­sza. Ktoś pa­trzy w pod­łogę, ktoś inny stra­te­gicz­nie prze­suwa się, aby scho­wać się za ple­cami ko­legi w przed­nim rzę­dzie.

Wresz­cie Nick Stu­art pod­nosi rękę, aby za­brać głos.

– Są­dzę, że czar­nu­chy po­winny zo­stać tam, gdzie są. Oni są... hmm, inni. Są z na­tury le­niwi, śmier­dzą ni­czym małpy i roz­no­szą cho­roby.

– Zga­dzam się – wtó­ruje mu Betty Camp­bell. – Ja ba­ła­bym się prze­by­wać z któ­rymś z nich w cen­trum han­dlo­wym albo w ki­nie. – Pa­trząc na jej minę, można by po­my­śleć, że ten po­mysł prze­raża ją do tego stop­nia, że w każ­dej chwili go­towa jest wy­buch­nąć pła­czem.

Na­gle Ja­nis zrywa się na równe nogi, ma za­czer­wie­nioną twarz i zmru­żone oczy.

– Se­gre­ga­cja jest nie­spra­wie­dliwa!

Kar­leen wzdryga się i szar­pie ją za ra­mię, pró­bu­jąc skło­nić, by sia­dła. Na próżno.

Ja­nis za­ci­ska pię­ści.

– Mój oj­ciec opo­wia­dał mi, że Ku Klux Klan umie­ścił za mia­stem ta­blicę, która miała wy­per­swa­do­wać Afro­ame­ry­ka­nom opusz­cza­nie ich dziel­nic po go­dzi­nie po­li­cyj­nej. Nie cho­dzi tylko o groźby, bo wła­śnie tu, w Port Ar­thur, ist­nieją zor­ga­ni­zo­wane grupy, które spe­cjal­nie cho­dzą do dziel­nic mu­rzyń­skich, żeby po­grać w okropną grę. Na­zy­wają ją „ubij czar­nu­cha”. Wie­cie, o co cho­dzi?

– Tak, o miej­ską le­gendę, panno Jo­plin – od­po­wiada na­uczy­cielka, po­pra­wia­jąc oku­lary.

– Wła­śnie, że nie! To prawda. Wy­chy­lają się z okien sa­mo­cho­dów i biją na­po­tka­nych Mu­rzy­nów drew­nia­nymi pa­łami. Wy­gra ten, który trafi ich naj­wię­cej. To bar­ba­rzyń­stwo, nie­ak­cep­to­walne. To... gów­niana za­bawa!

– Pro­szę uwa­żać na słowa, pa­nienko! Po­zna­li­śmy twój punkt wi­dze­nia, te­raz po­zwól się wy­po­wie­dzieć in­nym.

– Czar­no­skó­rzy to tacy sami lu­dzie jak ja. Tacy jak wy. Oczy Ja­nis świ­drują ko­le­gów. Nie­któ­rzy mó­wią coś do są­sia­dów z ławki, inni pa­trzą na nią pro­tek­cjo­nal­nie, a jesz­cze inni z wro­go­ścią.

– Można się do­wie­dzieć, co się z tobą dzieje? – Ton głosu Kar­leen brzmi jak bła­ga­nie ko­goś, kto boi się o dal­szy bieg wy­pad­ków.

I rze­czy­wi­ście, po za­koń­cze­niu za­jęć, na ko­ry­ta­rzu, gdy Ja­nis wkłada książki do szafki, sły­szy, jak ktoś woła za jej ple­cami:

– Ej, Świ­nio­oka!

To głos Jimmy’ego John­sona. Ja­nis chcia­łaby go zi­gno­ro­wać, chcia­łaby udać, że nie ist­nieje.

Czy to wy­star­czy­łoby, żeby znik­nął?

Czuje, jak w żo­łądku wzbiera po­nura fala uczuć, jak pod­cho­dzi do góry, go­towa, by się prze­lać. Mogą to być złość, wstyd, strach lub suma tych wszyst­kich emo­cji. Za­gryza bo­le­śnie wargę, żeby ze­pchnąć tę falę jak naj­głę­biej.

– Więc je­steś mi­ło­śniczką czar­nu­chów.

Drzwiczki szafki za­my­kają się z im­pe­tem, jak gdyby zo­stały oży­wione wła­sną wolą. Zde­rze­nie z me­ta­lową ramą wy­wo­łuje ogłu­sza­jący brzdęk, po czym Ja­nis pod­ska­kuje z prze­ra­że­niem, in­stynk­tow­nie przy­cią­ga­jąc ręce do klatki pier­sio­wej. John­son opiera rękę na drzwicz­kach od szafki i po­chyla się w jej stronę, uważ­nie ją ob­ser­wu­jąc, jakby chciał prze­świe­tlić ją wzro­kiem.

– To prawda, że po szkole pusz­czasz się z czar­nu­chami? – Na­śla­duje akt sek­su­alny, po­ru­sza­jąc mied­nicą w przód i w tył, ro­biąc przy tym gry­mas imi­tu­jący unie­sie­nie. Stu­art wy­bu­cha śmie­chem, po czym sy­mu­luje, że ude­rza John­sona z pię­ści w że­bra, by na­stęp­nie go ob­jąć.

„Je­stem dzie­wicą, idioto”, pra­gnie od­po­wie­dzieć Ja­nis, ale głos więź­nie jej w gar­dle. Chcia­łaby tylko, aby zo­sta­wili ją w spo­koju, chcia­łaby nie mu­sieć czuć się już tak słaba, tak brzydka, tak głu­pia. Tak, po­nie­waż tylko głu­piec mówi wtedy, kiedy trzeba mil­czeć, i mil­czy, kiedy trzeba mó­wić.

Chcia­łaby te­raz znik­nąć, za­to­pić się w so­bie, stać się nie­wi­dzialną i umknąć ci­cho jak kot, z dala od tej za­grody dzi­kich be­stii, która na­zywa się szkołą, a na­stęp­nie z Port Ar­thur. Po­biec wzdłuż drogi, do­póki nie roz­bolą jej nogi i wsiąść nie­zau­wa­żona do ja­dą­cego na pół­noc au­to­busu, za­snąć na sie­dze­niu wraz z na­sta­niem świtu i po­dró­żo­wać bez prze­rwy i bez celu aż do zmierz­chu, do­póki nie zo­ba­czy przed sobą bla­sku świa­teł nie­zna­nego mia­sta.

– Nie masz nic lep­szego do ro­boty, Jimmy? – in­ter­we­niuje Kar­leen bez więk­szego prze­ko­na­nia. Pró­buje wziąć Ja­nis pod rękę i wy­pro­wa­dzić ją.

– Suń się – na­ka­zuje John­son, gwał­tow­nie ją po­py­cha­jąc.

Kar­leen chwieje się, na jej twa­rzy po­ja­wia się gry­mas, a po chwili nie­pew­no­ści cofa się, po­zwa­la­jąc się mi­nąć Betty Camp­bell.

Ja­nis chcia­łaby uciec, ale nogi od­ma­wiają jej po­słu­szeń­stwa. Wciąż ma w ręce książki i je­dyną rze­czą, jaką udaje jej się zro­bić, jest przy­ci­ska­nie ich do piersi jako ostat­niej li­nii obrony.

Fala wstydu roz­pala jej po­liczki, spusz­cza więc głowę i z nie­wy­sło­wio­nym wy­sił­kiem prze­suwa spoj­rze­nie w głąb ko­ry­ta­rza. „Ktoś mnie pew­nie wi­dział” – my­śli. Może ja­kiś pro­fe­sor, który za­sie­dział się po lek­cjach, lub woźny cze­ka­jący na wyj­ście z bu­dynku ostat­nich uczniów, aby za­cząć sprzą­tać sale. Lecz nie ma ni­kogo, kto by sta­nął w jej obro­nie albo ją za­uwa­żył. Może na­prawdę stała się nie­wi­dzialna?

Gdzieś w polu jej wi­dze­nia po­ja­wiają się Brian An­der­son i Steve Mul­li­gan. Są bli­sko, zbyt bli­sko. Te­raz jest oto­czona, bez drogi ucieczki. Wszel­kie moż­li­wo­ści wy­do­sta­nia się z tej sy­tu­acji prze­pa­dły.

John­son bie­rze roz­bieg i ude­rza ją bar­kiem, wy­trą­ca­jąc jej książki z rąk.

– Prze­pra­szam, czar­no­dajko – sły­szy. Ktoś tłumi śmiech.

Po­ko­nu­jąc opór sta­wów, Ja­nis po­chyla się, aby się pod­nieść, choć wy­daje się, że po­trwa to wieki.

– Czar­no­dajka, czar­no­dajka. – Słowa wy­li­czanki szybko roz­cho­dzą się w po­wie­trzu, głosy na­kła­dają się na sie­bie, two­rząc mo­no­tonny, ogłu­sza­jący chór.

„To tylko słowa” – po­wta­rza so­bie w my­ślach Ja­nis. „Jaką krzywdę mogą wy­rzą­dzić słowa?”

Szuka kon­taktu wzro­ko­wego z Kar­leen, która ni­czym za­klęta w ka­mień ob­ser­wuje całe zda­rze­nie z wy­trzesz­czo­nymi oczami i otwartą bu­zią.

Wtedy czuje, że ude­rza w nią coś ma­łego. Chwilę póź­niej roz­brzmiewa echem me­ta­liczny brzdęk. Jed­no­pen­sowa mo­neta mi­go­cze, to­cząc się po pod­ło­dze, a na­stęp­nie znika pod szaf­kami.

Ja­nis za­uważa szpe­ra­jące po kie­sze­niach dło­nie, wy­cią­gane i prze­ci­na­jące po­wie­trze ręce, czuje na skó­rze ude­rze­nia mo­net rzu­ca­nych w nią z co­raz więk­szą siłą, jedna po dru­giej, jak grad me­ta­lo­wego ryżu, który chłosz­cze ją nie­ustan­nie, aż w końcu musi za­kryć się rę­kami, aby nie do­stać w twarz.

Mimo to ude­rze­nia mo­net bolą mniej niż słowa. Po­wstrzy­muje jed­nak łzy, aby nie dać to­wa­rzy­szom z klasy sa­tys­fak­cji z tego, że się pod­dała.

Po­nie­waż wie, że pew­nego dnia uwolni się ze swo­jego ro­dzin­nego wię­zie­nia i tak jak Sal Pa­ra­dise, bo­ha­ter W dro­dze, wy­ru­szy w po­dróż w nie­znane. I wię­cej nie obej­rzy się za sie­bie.

3

Za­sy­pia, śpie­wa­jąc

„Wy­star­czy!”

Krzyk­nęła na­prawdę, czy to echo wspo­mnie­nia? Ja­nis nie jest w sta­nie tego stwier­dzić. Naj­waż­niej­sze, że wy­do­stała się z tej ma­szynki do mie­le­nia wspo­mnień. Gdyby nie fakt, że za­mknęła się w ła­zience, pod­czas gdy chło­paki z naj­lep­szego ze­społu w San Fran­ci­sco mu­szą na nią cze­kać, mo­głaby na­wet po­wie­dzieć, że wszystko jest w po­rządku. Chet opo­wia­dał nam o to­bie wiele do­brego. Słowa Sama An­drew dźwię­czą jej w gło­wie.

Chet Helms może otwo­rzyć wiele drzwi na mu­zycz­nej sce­nie San Fran­ci­sco. Po­cho­dzi z Tek­sasu, przy­był do mia­sta w ’62 bez gro­sza przy du­szy, po­cząt­kowo imał się róż­nych za­jęć, w za­le­d­wie kilka lat prze­szedł od han­dlu ma­ri­hu­aną do by­cia jed­nym z naj­więk­szych or­ga­ni­za­to­rów wy­da­rzeń w mie­ście. Ale na tym nie ko­niec: za­ło­żył Fa­mily Dog, wy­twór­nię, która opie­kuje się ar­ty­stami od etapu kom­po­no­wa­nia po na­gry­wa­nie pio­se­nek, od pro­mo­cji po kon­certy. To po­li­czek dla tych, któ­rzy twier­dzą, że hi­pisi są nie­zor­ga­ni­zo­wani i nie po­tra­fią do­pro­wa­dzać pro­jek­tów do końca.

Mu­zycy za­sta­na­wiają się te­raz pew­nie, czy Chet osza­lał, czy prze­sa­dził z kwa­sem. Skąd po­mysł, żeby za­pro­po­no­wać na wo­ka­listkę tę ob­szar­paną, prysz­czatą dzie­wu­chę z nad­wagą? Le­dwo dała radę wy­du­sić z sie­bie dwa słowa, za­nim ucie­kła; jak można było wpaść na po­mysł, że mo­głaby za­śpie­wać przed pu­blicz­no­ścią?

„Prze­cież za­wsze tak ro­bisz. Gdy coś za­czyna się dziać na se­rio, ty ucie­kasz”.

Ja­nis stara się od­zy­skać kon­trolę nad cia­łem. Od­dy­cha głę­boko, wy­dłu­ża­jąc prze­rwy po­mię­dzy ko­lej­nymi wde­chami i wy­de­chami. Na­stęp­nie od­kręca kran, po­lewa twarz zimną wodą i pod­nosi wzrok. W lu­strza­nym od­bi­ciu wi­dzi dziew­czynę, któ­rej nie­na­wi­dzi naj­bar­dziej na świe­cie. Dziew­czynę, która była skoń­czona, za­nim jesz­cze co­kol­wiek za­częła.

Nie lubi swo­ich oczu, tak ma­łych i za­gu­bio­nych gdzieś w owalu twa­rzy. Nie lubi swo­ich ust, cien­kich jak rą­bek źle ob­szy­tej su­kienki. Nos jest zbyt duży, a trą­dzik to pew­nie kara za to, że jest ate­istką. Jej twarz to istne pole bi­twy, a ona jest już zbyt zmę­czona, by wal­czyć.

Jed­nak jest coś, co po­doba jej się w niej sa­mej. To jej głos. Po­trafi stać się ni­ski i chra­pliwy, po­dą­ża­jąc za głę­boko scho­wa­nymi my­ślami aż do pod­ziem­nych la­bi­ryn­tów skry­wa­ją­cych szla­chetne ka­mie­nie, które od­bi­jają świa­tło pół­mroku, albo bez wy­siłku wznieść się na za­wrotną wy­so­kość i nie­mal do­tknąć gwiazd. Może być mętny ni­czym ba­gna Bayou w Lu­izja­nie lub czy­sty jak nie­które gór­skie stru­mie­nie, wi­dy­wane tylko na pocz­tów­kach. Jej głos jest do­kład­nym od­zwier­cie­dle­niem ko­biety, którą chcia­łaby być.

Jej my­śli wę­drują te­raz do sta­rej fo­to­gra­fii, na któ­rej, choć ma za­le­d­wie trzy lata, ma ta­kie samo spoj­rze­nie jak dziś. Jej matka na skraju zdję­cia do­dała pod­pis: za­sy­pia, śpie­wa­jąc.

Wła­śnie to chce ro­bić Ja­nis – śpie­wać. Nic na świe­cie nie jest dla niej waż­niej­sze, bar­dziej de­ter­mi­nu­jące. Wy­cho­dzi z ła­zienki i wraca, by sku­pić się na te­raź­niej­szo­ści, tej nie­po­wta­rzal­nej chwili, która ma miej­sce tu i te­raz, i w któ­rej wciąż można jesz­cze kształ­to­wać prze­zna­cze­nie.

Chłopcy urzą­dzili so­bie jam ses­sion, har­mo­ni­zu­jąc im­pro­wi­zo­wane frazy z ryt­mem per­ku­sji wy­bi­ja­nym przez pa­łeczki Dave’a. Obaj gi­ta­rzy­ści prze­ści­gają się wza­jem­nie, po­dą­ża­jąc za pul­sem wy­zna­cza­nym przez bas oraz spo­wal­nia­jąc i przy­śpie­sza­jąc me­lo­dię ni­czym fala.

Są gło­śni, bez dwóch zdań. I szybcy jak cho­lera. Szybsi niż wszyst­kie inne ze­społy, któ­rych Ja­nis kie­dy­kol­wiek słu­chała. Jed­nak cze­goś tu bra­kuje.

– Prze­pra­szam, że mu­sie­li­ście cze­kać – mówi, nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. Staje na­prze­ciwko nich, wy­suwa mi­kro­fon ze sta­tywu. Na wzmac­nia­czu leży kartka z trans­kryp­cją Down On Me, za­pi­sana nie­spo­koj­nym cha­rak­te­rem pi­sma.

Ja­nis nie musi jej czy­tać. Do­brze zna tekst tego me­lan­cho­lij­nego utworu go­spel z lat dwu­dzie­stych, pro­test songu prze­ciw wa­run­kom pracy czar­no­skó­rych, roz­sła­wio­nego przez ar­ty­stów ta­kich jak Ed­die Head, Mary Pick­ney i Ja­nie Hun­ter. Big Bro­ther wy­brali go na swoją sztan­da­rową pio­senkę.

Ja­nis od­chrzą­kuje i wszy­scy czte­rej mu­zycy prze­stają grać. Krótka chwila ci­szy wy­star­cza na wy­mianę ski­nięć głową, po czym Dave ude­rza pa­łecz­kami o sie­bie, aby wy­zna­czyć rytm. Sam roz­po­czyna in­tro utworu, bas Pe­tera oraz gi­tara Gur­leya znów za­czy­nają grać. Na­gle głos Ja­nis roz­cina po­wie­trze. Czy­sty a za­ra­zem brudny, silny i jed­no­cze­śnie bar­dzo de­li­katny. Gór­ski po­tok, pły­nący wart­kim nur­tem aż do gwiazd.

Down on me, lo­oks like eve­ry­body in this whole ro­und world they’re down on me[1].

Wszy­scy w po­miesz­cze­niu prze­ry­wają swoje czyn­no­ści ni­czym za­cza­ro­wani. Jedna z dziew­czyn pod­nosi no­wo­rodka i przy­ci­ska­jąc go do piersi, za­czyna się ko­ły­sać na boki do rytmu pio­senki. Hi­pisi opie­rają się o ma­szynę do si­to­druku, wy­bi­ja­jąc rytm pal­cami, chło­pak w żół­tych mo­ka­sy­nach staje w roz­kroku, opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę, tak jakby przy­go­to­wy­wał się na kul­mi­na­cyjną scenę w fil­mie.

Love in this world is so hard to find, when you’ve got yours and I got mine[2].

Ja­nis na bie­żąco zmie­nia tekst utworu, aby uczy­nić go bar­dziej swoim. Robi to za po­mocą słów opi­su­ją­cych przy­kre, skrajne emo­cje, ze­brane na wy­sy­pi­sku wła­snych do­świad­czeń.

Po­cząt­kowo fa­li­sty i kon­tro­lo­wany głos Ja­nis, z każ­dym wer­sem co­raz bar­dziej roz­wija się w po­tężną ka­skadę wy­so­kich dźwię­ków, które po­ko­nują skrzek prze­ste­rów, przy­po­mi­na­jąc la­ment ban­shee. Trzyma się me­lo­dii ni­czym mkną­cego przez noc po­ciągu to­wa­ro­wego, prze­ra­żona, że może roz­luź­nić chwyt, który jed­no­cze­śnie jest tak mocny jak u ko­goś, kto za wszelką cenę chce uciec prze­zna­cze­niu.

Ja­nis śpiewa, a wszystko do­okoła zdaje się być stwo­rzone dla niej. Śpiewa tak, jakby nie mo­gła ro­bić nic in­nego.

W pew­nym mo­men­cie ob­niża ton głosu, a pio­senka przy­biera formę zmy­sło­wego, na­mięt­nego blu­esa. Na­gle, bez ostrze­że­nia, jej głos wy­bu­cha i jest tak po­tężny, że gó­ruje nad dźwię­kami wy­plu­wa­nymi przez wzmac­nia­cze. Przy każ­dym pa­sażu spra­wia wra­że­nie, że za­raz się roz­pad­nie, a mimo to wciąż trzyma się w so­bie.

Ja­nis śpiewa tak mocno, że przy­ćmiewa Big Bro­ther – naj­gło­śniej­szy ze­spół w ca­łym San Fran­ci­sco – w spo­sób, który roz­wiewa miesz­ka­jącą zwy­kle w jej spoj­rze­niu me­lan­cho­lię.

Gdyby Ja­nis nie była tak po­chło­nięta śpie­wa­niem, za­uwa­ży­łaby, że Gur­ley pa­trzy na nią z nie­do­wie­rza­niem. Dziew­czyna przy mi­kro­fo­nie w ża­den spo­sób nie przy­po­mina osoby, którą po­znali przed chwilą. Gdyby nie miała na so­bie tych sa­mych ubrań, w ogóle by jej nie roz­po­znał. Twarz się zmie­niła, włosy ni­czym pło­mie­nie świec mu­skają jej ko­ści po­licz­kowe i ko­ły­szą się przy po­dmu­chach po­wie­trza. Ja­nis pod­ska­kuje do przodu i do tyłu, po­chyla się, prze­chyla głowę, ma­gne­tycz­nie prze­kła­da­jąc mi­kro­fon z jed­nej ręki do dru­giej.

Wy­stęp jed­nak nie trwa do końca.

Gur­ley na­gle prze­staje grać, jakby w przy­pły­wie gniewu. Zsuwa pa­sek od gi­tary, na­stęp­nie schyla się, aby odło­żyć ją na pod­łogę.

Ja­nis prze­rywa. Roz­gląda się do­okoła zdez­o­rien­to­wana, ale wciąż na­ła­do­wana ad­re­na­liną. Drobne kro­ple potu zra­szają jej czoło. Po­zo­stali człon­ko­wie ze­społu wciąż trzy­mają w dło­niach swoje in­stru­menty i z osłu­pie­niem wpa­trują się w Gur­leya, który zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zbliża się do Ja­nis. Wy­rywa jej mi­kro­fon z ręki, pod­nosi go trium­fal­nym ge­stem i po­ka­zuje wszyst­kim, że nie był włą­czony. Na­stęp­nie kie­ruje się z im­pe­tem do wyj­ścia, jak ktoś, kto nie ma za­miaru po­zo­stać w po­miesz­cze­niu ani mi­nuty dłu­żej.

– Hej, Ja­mes! – do­biega do niego głos Sama. – Można wie­dzieć, do­kąd, u li­cha, się wy­bie­rasz?

– Żeby zdjąć kartkę z drzwi – od­po­wiada, nie od­wra­ca­jąc się.

– Za­koń­czy­li­śmy prze­słu­cha­nia. My­ślę, że wszy­scy je­ste­śmy zgodni co do tego, że zna­leź­li­śmy wo­ka­listkę, któ­rej szu­ka­li­śmy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1] Nie mogą mnie znieść, zdaje się, że wszy­scy na ca­łym świe­cie nie mogą mnie znieść.
[2] Ciężko zna­leźć mi­łość na tym świe­cie, gdy ty masz swoją, a ja mam swoją.