44,99 zł
Agnes odpracowuje dług w Hotelu Limbo – najlepszym uzdrowisku dla bóstw, demonów i wszystkiego, co kreatywna księgowość zdoła pod to podciągnąć. Jej praca polega na rozwiązywaniu problemów: od wyciągania zaklinowanej gałęzi z paszczy boga rzeki po odessanie morza krwi przy pomocy kieszonkowego wampira.
Jej życie komplikuje się jeszcze bardziej, gdy przez pomyłkę zjada… cóż, święte bobki i zostaje pierwszą kapłanką Philipa. Problem w tym, że Philip jest upadłym bogiem wojny. Oraz bardzo poirytowanym chomikiem.
Teraz Agnes musi nie tylko przetrwać kolejny dzień w pracy, lecz także pomóc swojemu nowemu futrzastemu bóstwu odzyskać wiernych. A to wszystko zanim śladem Philipa dotrą tu mściwy chłopiec z żarłocznym mieczem i Zakon Kościoła, który planuje zmonopolizować rynek życia pośmiertnego.
Bogowie muszą być szaleni – to nie przypuszczenie, tylko wymóg stanowiskowy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 398
Data ważności licencji: 2/25/2031
Copyright © by Marek Maruszczak
Projekt okładkiWłodzimierz Chołostiakow
Ilustracje w książceWłodzimierz Chołostiakow
Redaktorka inicjującaEliza Kasprzak-Kozikowska
Redaktorka prowadzącaAgnieszka Narębska
Redakcja Magdalena Świerczek-Gryboś
AdiustacjaMagdalena Wołoszyn-Cępa
KorektaMagdalena Tytuła, Iwona Łaskawiec
Opieka redakcyjnaKarolina Wąsowska, Natalia Hipnarowicz-Kostyrka
Opieka promocyjnaPaulina SidykISBN 978-83-8427-704-1Flow Booksul. Kościuszki 37, 30-105 Krakówe-mail: [email protected]
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Agnes stęknęła cicho i poprawiła uchwyt na pokrytej szlamem i wodorostami gałęzi, która wystawała spomiędzy zębów krokodyla różańcowego. Jej drobne ciało wydawało się zupełnie nie na miejscu w paszczy potwora. Zielona chustka ciasno zawiązana na głowie była teraz cała mokra od potu i gadzich wydzielin. Smuga rzecznego mułu drugiej świeżości przecinała szczupłą, skupioną twarz, na której tu i ówdzie odznaczały się plamki bladych piegów. Agnes znajdowała się w pół drogi do kolejnych, dwudziestych drugich urodzin, ale wcale nie była pewna, czy zdoła tam dotrzeć.
– Jeszcze troszeczkę – powiedziała, nie wiadomo, czy do siebie, czy do chłopaka, który stał obok i z przerażoną miną trzymał tacę z narzędziami.
Zrobiło jej się go trochę żal. Jeżeli krokodyl nie wytrzyma, to jej koniec okaże się szybki. Chłopaka czeka natomiast sporo sprzątania. Klient zaczynał się niecierpliwić.
– Pophosiłem o najhephszą dhenthystkę! – zagrzmiał gad.
Sam pysk miał rozmiarów dorożki. Reszta ciała, spoczywająca na fotelu z dębowego drewna i stalowych płyt, również nie należała do małych. Zachowywał jednak z grubsza ludzkie proporcje. O ile nie liczyć ogona długości łódki wiosłowej i ogólnej łuskowatości.
Agnes sapnęła, wkładając wszystkie siły w desperacką próbę wyciągnięcia ciała obcego spomiędzy krokodylich zębisk. Tak naprawdę nie była nawet dentystką. Po prostu rozwiązywała problemy gości i dbała, żeby nie narobili ich innym.
– Myśl – rozkazała sobie cicho i zmarszczyła czoło w karkołomnej próbie połączenia wysiłku fizycznego z umysłowym.
– Cho mófiłhaś? – zapytał krokodyl, zezując jednym okiem w kierunku ust dziewczyny, które znajdowały się jednak zbyt głęboko wewnątrz jego własnej paszczy.
– Nic, czym mógłbyś być zainteresowany – odpowiedziała z wysiłkiem. – Boże – dodała po chwili, przypominając sobie o napiwkach.
W końcu pracowała w Limbo, najlepszym w okolicy hotelu lub uzdrowisku, zależy kogo pytać, dla bytów boskich oraz wszystkiego, co kreatywna księgowość potrafiła podciągnąć pod ten termin, a co mogło za siebie zapłacić. Trafiła tutaj, ponieważ…
Nie lubiła do tego wracać. W każdym razie została z długami do spłacenia i traumą do przepracowania. Jedno i drugie szło jej w tej chwili średnio. Zwłaszcza z zębami boga rzeki tuż przed nosem. Im mniej klientów obsłuży, tym mniej napiwków dostanie i tym później spłaci dług. Każda minuta między zębami krokodyla to stracony dzień na wolności.
– Dlaczego ta cholerna gałąź nie chce wyjść? – zastanawiała się na głos.
Krokodyl to bóg jakiejś rzeki o bardzo długiej nazwie, której nie da się poprawnie wymówić bez dodatkowego rzędu zębów i trzech języków. Ten stomatologiczny bałagan prowadzi nas do chwili obecnej i Agnes, która nie może znaleźć miejsca, gdzie zaklinowała się gałąź. Zanim posłano po dziewczynę, jej obecny pomocnik próbował odciąć wystającą część badyla. Nic z tego, dziwne drewno uparcie unikało ostrzy. Dziewczyna spojrzała na swoje ręce, a potem zamknęła oczy i spróbowała oczyścić umysł, żeby sięgnąć tam, gdzie wolała nie zaglądać.
Nie udało się.
Biała pościel nasiąkała szkarłatem. Ciepła i lepka ciecz rozlewała się coraz szerzej, jakby czerwień chciała pożreć wszystko, co dobre w jej życiu. I głośny krzyk mamy, kiedy Agnes wyciągnęła do niej drżącą rękę.
Potem był ogień.
Odpędziła wspomnienie. Czasami, kiedy próbowała wyczuć klientów, głowa płatała jej figle. Jakaś jej część wędrowała w miejsca, w które nie powinna się zapuszczać. Dziewczyna uspokoiła oddech. Od kiedy pamięta, miała w sobie… pustkę. Wiedziała jednak, że zawsze chciała być kimś innym, czymś ją zapełnić. W dodatku całkiem nieźle jej to wychodziło. Miała talent do wczuwania się w sytuację innych. Potrafiła stać się dokładnie tym, kogo potrzebowali. Przynajmniej na początku. Niestety w pewnym momencie wszystko zaczynało iść nie tak. Czasami wydawało jej się, że to nie talent, lecz klątwa. Teraz jednak nie miała innego wyjścia. Musiała go użyć, żeby nie stracić klienta. Mieszkańcy Limbo musieli płacić za swój pobyt. Różnica pomiędzy tym, co zarobiła, a opłatami pozwalała akurat wyjść lekko na plus i spłacić ułamek długu.
„Jeżeli przegapię dzień pracy, czeka mnie dodatkowe… czterdzieści lat w hotelu” – pomyślała.
I wtedy gałąź się poruszyła.
– Co… – zaczęła dziewczyna, po czym uderzyła się otwartą dłonią prosto w twarz. – Pilnuj go, żeby nie zamykał pyska! – krzyknęła do pomocnika i wybiegła na korytarz.
– Czhy onha sobhe poszhła? – zapytał krokodyl; omal nie przegryzł przy tym na pół chłopaka, który trzęsąc się, zajął miejsce Agnes.
– Eee… Proszę cierpliwie poczekać, za chwilę nastąpi dalszy ciąg zabiegu – odpowiedział drżącym głosem. Sam nie wiedział, po co ryzykuje życie pomiędzy krokodylimi szczękami. Dziewczyna wcale nie była taka ładna.
„I bardzo proszę mnie nie zjadać” – dodał w myślach, patrząc na potężne szczęki gada.
Ostatnio mieli w Limbo sporo dziwnych przypadków. Głównie pomniejszych bóstw szukających schronienia przed jakimiś „niepokojami”, cokolwiek to dokładnie znaczyło. Mówiono nawet o znikających wiernych. Chłopak odruchowo się wzdrygnął. Tacy klienci bywali nerwowi i zarażali swoim niepokojem innych.
– Ciekawe, czy po zjedzeniu przez boga trafia się od razu do jego raju – zastanowił się na głos.
– Na pewno najpierw trafia się do jego żołądka, a dalej… – odparła Agnes, która właśnie wróciła do pacjenta. Odepchnęła chłopaka na bok.
„Raz się żyje” – pomyślała całkowicie mylnie i wysypała zawartość niewielkiego worka wprost na trzy krokodyle języki.
– Czho hobisz? To łhaskocze! – wyseplenił gad, a jego szczęki niebezpiecznie zadrżały, zwiastując rychłe zatrzaśnięcie.
– No już… Zobacz, jakie pyszne żuczki – wyszeptała Agnes, zaglądając jeszcze głębiej do paszczy.
– Czho mnie obchodzą jakhieś żhuczki, dziewhczyno! – oburzył się krokodyl. – Zabhierz mi z physka tho rhobacztwo!
Ta jednak nie słuchała. Ryzykując śmierć nie tylko przez przegryzienie, ale również utopienie w potokach spienionej cieczy wypływającej z podrażnionych ślinianek, Agnes niemal cała weszła między szczęki gada.
– Halo? – zawołała, ale jedyną odpowiedzią było burczenie dobiegające z czeluści krokodylego przełyku. – Jest tam kto? – Nadal nic. – To żuki z wolnego wybiegu! – krzyknęła łamiącym się głosem, patrząc, jak zęby zbliżają się do jej talii.
– Och, na litość boską! Co to za hałasy? I kto tutaj smaży żuczynę? Proszę mi natychmiast podać te chrabąszcze! – rozległ się piskliwy głos spomiędzy zębów krokodyla. Wystająca z paszczy gałąź poruszyła się gwałtownie i zniknęła w głębi gardzieli. Po chwili wróciła, ale już bez wodorostów.
– To ptasia noga! – krzyknął chłopak, prawie upuszczając tacę.
Miał rację. Za chwilę do pierwszej kończyny dołączyła druga, a zaraz za nimi ukazała się bardzo mokra siewka. Ptak, nie tracąc czasu, zajął się wydziobywaniem owadów rozrzuconych przez Agnes. Dziewczyna przyjrzała się uważnie wymemłanemu amatorowi żuków. Poza śliną boga rzeki ptak miał na sobie nieco sfatygowany, ale wciąż możliwy do rozpoznania jasnoniebieski fartuch. Dokładnie taki, jakie noszą prawdziwi dentyści. Agnes westchnęła i pokręciła głową, po czym spojrzała w górę, na zęby opadające prosto na jej zdziwioną twarz.
Chaps!
Odgłos zatrzaskiwanych szczęk poniósł się echem po sali. Bóg rzeki dostał skurczu szczęki. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza zakłócana jedynie grzechotem narzędzi na blaszanej tacy.
– Wszystko w porządku, nic mi nie jest, wypadłam w ostatniej chwili – rozległ się przytłumiony głos gdzieś spod fotela, na którym siedział wyraźnie poirytowany krokodyl. Zaraz za słowami pojawiła się ich autorka. Wyczołgała się spod mebla i odruchowo poprawiła zieloną chustę, która w całości przykrywała jej włosy. – Czy ktoś widział dentystę? – zapytała Agnes, zaglądając ponownie pod fotel. Siewki jednak tam nie było. – No nie, znowu to samo? – Dziewczyna westchnęła i zaczęła się wspinać na oparcie fotela, żeby pomiędzy krokodylimi zębami poszukać ptaka. Lub tego, co z niego zostało.
– Przepraszam bardzo. Czy możecie pomóc mi stąd zejść? – zapytał ktoś nad gadzią głową.
Agnes i jej asystent spojrzeli w górę. Ptak wisiał pod sufitem, zaplątany resztkami niebieskiego fartucha w ramiona żyrandola.
Kilka minut później wszyscy zainteresowani znajdowali się już mniej więcej na tym samym poziomie.
– Zakładam, że zna pan tę siewkę? – zapytała Agnes krokodyla, który grzebał sobie językami w uzębieniu, mlaszcząc przy tym jak słoń idący przez bagno.
– Pierwszy raz widzę tego ptaka na oczy – odparował gad, nie spoglądając nawet na dentystę.
– Co za impertynencja! – oburzyła się siewka. – Nie tylko mnie znasz, ale w dodatku jesteś mi winien dwadzieścia funtów za rutynową kontrolę, zabieg wydziobywania i… Który dzisiaj mamy? – zapytał ptak, rozglądając się po sali w poszukiwaniu kalendarza.
– Jest pierwszy września – odpowiedziała uprzejmie Agnes.
– W takim razie: kontrola, wydziobywanie i czterdzieści pięć dniówek! – rzucił poirytowany ptak w stronę krokodyla.
Gad spojrzał w końcu na awanturującą się siewkę, po czym zmrużył oczy i zbliżył się jedną stroną pyska, aż niemal dotknął łuskami jej głowy. Ptak zamilkł i nieco zesztywniał, ale nie cofnął się pod uważnym spojrzeniem boga rzeki.
– Faktycznie, doktor Bajek! Tak się właśnie zastanawiałem, gdzie się pan podział. Proszę zgłosić się po opłatę do mojej świątyni. Pierwszy kapłan wynagrodzi panu… niewygody – odpowiedział krokodyl, po czym wyjął gdzieś spomiędzy łusek dziwną niebieskawą kulkę i rzucił ją w stronę Agnes. – To dla ciebie, kochana. Jak zwykle doskonała obsługa – zakończył i czmychnął z sali, podśpiewując pod nosem coś o drugim śniadaniu.
Zgromadzeni w gabinecie ludzie patrzyli przez chwilę na oddalający się gadzi grzbiet, po czym wrócili do swoich zwyczajowych zajęć, czyli sprzątania. A było co sprzątać. Rzeczne bóstwa potężnie się ślinią, do tego ocalałe żuki rozbiegły się po całej podłodze. Z tym drugim problemem pomógł obsłudze ptasi dentysta, który z zapałem wyszukiwał i zjadał owady.
– Wiesz – zagaiła siewka pomiędzy jednym a drugim chrupnięciem – to było całkiem sprytne z tymi owadami. Nie mówiąc już o tym, że smaczne. – Chaps, żuk dokonał żywota w gardzieli dentysty. – Ten łuskowaty drań zawsze gada podczas zabiegów. No i ostatnio w końcu kłapnął szczękami w taki sposób, że się całkiem zaklinowałem. Przez pierwsze kilka dni miałem co jeść, bo zęby czyścił ostatni raz chyba na zeszłoroczne święto rzeki. Potem musiałem stracić przytomność. Skąd wiedziałaś, że owady podziałają?
– Domyśliłam się, na czym polega problem, kiedy nie przestawał gadać nawet ze mną w paszczy. A owady… Wiem, jak to jest, kiedy człowiek… albo ptak – dodała szybko – jest tak zmęczony, że obudzić go może jedynie zapach śniadania.
Siewka spojrzała na Agnes z ostatnim żukiem w dziobie.
– To prawda. Niektórzy muszą ciężko pracować na każdy kawałek chrabąszcza – odpowiedział dentysta i kłapnął dziobem. – Ten drobiazg, który dostałaś od boga rzeki… nie chcesz go przypadkiem wymienić po dobrym kursie na lekko używane owady?
Dziewczyna otworzyła dłoń i spojrzała na kamienny „drobiazg”. Właściwie to nie była kulka, tylko niewielka figurka, a konkretniej skarabeusz. Linie pozostawione przez rzeźbiarza zatarły się z czasem, sprawiając, że trzeba się było dobrze przyjrzeć, żeby znaleźć podobieństwo do żuka. Figurka była nim jednak z całą pewnością.
– Nie, chyba zostawię go sobie w ramach przestrogi przed skutkami zaniedbań stomatologicznych – odpowiedziała dziewczyna.
Ptak kiwnął krótko głową, ale nie przestawał wpatrywać się w żuka, aż w końcu Agnes poczuła się dziwnie i schowała figurkę do kieszeni szaty.
– Muszę już iść. Czeka na mnie kolejny klient. Kiedy poczujesz się na siłach, zgłoś się do recepcji. Hotel opłaca zwykle jeden dzień rekonwalescencji ofiarom naszych klientów – powiedziała Agnes i ruszyła w stronę wyjścia.
Czuła się odrobinę nieswojo, zupełnie jakby ktoś gapił jej się na żuka.
Były właściciel skarabeusza przemierzał korytarz potężnymi krokami. Wiedział, że dokonał dobrego wyboru. Coraz mniej miejsc w Cesarstwie było bezpiecznych dla takich dinozaurów jak on. Na szczęście Limbo nadal do nich należało. Krokodyl spojrzał nerwowo przez ramię.
Miał nadzieję, że teraz, kiedy pozbył się figurki, czarni zostawią go w spokoju.
Philip zacisnął kły na karku niewiernego.
Chrup.
Są dźwięki, dla których warto żyć wiecznie, a w gromieniu wroga najlepsze są kruche fragmenty. Tym razem faktycznie było kogo gromić. Przewaga liczebna przeciwników to coś, co zawsze napełniało jego serce żarem. To, świeże ofiary… i placek z wiśniami.
Philip skoczył prosto w kłębiące się na polnej drodze postaci w czerni. Przypominały demony ze spiczastymi głowami. Ich szyje lśniły od dziwnych łańcuchów, a w rękach postaci trzymały kije, długie noże i pałki. Philip miał do dyspozycji tylko zęby oraz pazury, ale uważał, że prawdziwy samiec walczy tym, co dała mu matka natura. Trzeba przyznać, że pod tym względem był wyposażony dość hojnie. Miał siekacze długości własnej dłoni, a jego ciała broniły kolejno warstwy gęstego czarno-rudego futra, grubej skóry i tłuszczu. Tego ostatniego miał pod dostatkiem, bo lato, chociaż chyliło się już ku końcowi, dało obfite zbiory. Może to właśnie pełne spiżarnie przyciągnęły tę czarną zarazę?
Odskoczył od kolejnej wrogiej twarzy i tym razem nie wracał z pustymi zębami. Nie był to szczególnie apetyczny kąsek, nie widział jednak powodu, aby nawet takie jedzenie się marnowało. Philip mlasnął, a nos zniknął.
Stanął na tylnych łapach i zaryczał przeraźliwie. Chomiczy ryk bojowy to coś pomiędzy zgrzytem płyt tektonicznych a wizgiem niszczarek w głównej siedzibie wróżki zębuszki. To też sprawdzony sposób na wsączenie strachu w serca przeciwników. Faktycznie: część dziwnych dwunożnych istot przerwała natarcie, ale wciąż pojawiały się kolejne. Łącznie były ich setki albo… dziesięć. Szacunki przychodziłyby Philipowi łatwiej, gdyby potrafił liczyć. Do tej pory nigdy jednak nie było mu to potrzebne. Zawsze dostawał to, co chciał, od swoich poddanych, których również nie brakowało. Przynajmniej do teraz.
Spojrzał ponad głowami wrogów w kierunku wioski, gdzie mieszkali jego wyznawcy. Dym. Gęstszy niż zimą, gdy tylko ogień trzymał śmierć za progiem. Jakiś czas temu przestał słyszeć krzyki. Każdy, kto przynajmniej raz w życiu doświadczył prawdziwej wojny, wie, że najgorsza jest cisza. Dopóki wołają, znaczy, że żyją. Może nawet walczą. Teraz jednak nie słychać było nikogo. Philip czuł też coś, czego nigdy dotąd nie doświadczył.
Zaczynał słabnąć.
Jego kończyny z każdą chwilą stawały się cięższe, a w głowie panował zamęt. Miał ochotę odejść z tego miejsca. Zostawić walkę innym. W wiosce przecież nie było już nikogo, kogo znał. Tylko przybysze w czerni. Czarne kliny wbijające się w jego dom oraz wspomnienia. Zawył ponownie, z bólu i żałoby po tym, co bezpowrotnie utracił. Czy mógł jeszcze w ogóle nazywać się bogiem? Czy został ktokolwiek, kto wciąż się do niego modlił? Bóg karmi się wiarą w tym samym stopniu, co krwią i ziarnem. Cóż, na pewno kilka nowych osób musiało w niego uwierzyć, nawet jeżeli tylko na chwilę. Philip wstrząsnął grzywą i splunął krwią. Spojrzał jeszcze raz w kłęby czarnego dymu, obrócił się i zniknął w gęstej trawie, tak samo nagle, jak się wcześniej pojawił.
Czarne istoty jeszcze przez chwilę miotały się po polu bitwy, walcząc z cieniami, własnym strachem, a momentami również ze sobą nawzajem. Nie szło im wcale znacznie lepiej niż z Philipem i stracili dwóch kolejnych wojowników. W końcu jeden z przybyszów zorientował się, że walczą głównie ze sobą i trochę z krzakami, które porastały brzegi polnej drogi. Warknął i podniósł rękę, by uciszyć resztę drużyny, po czym przystąpił do metodycznego dźgania zarośli mieczem. Początkowo robił to energicznie, ale dosyć ostrożnie, osłaniając twarz i starając się nie eksponować przesadnie wlotu nogawek. Po chwili, najwidoczniej zadowolony z oględzin, zawrócił w stronę wioski i machnął ręką na resztę. Mieszkańcy byli co prawda już od jakiegoś czasu martwi, ale wciąż mogli się okazać przydatni.
Znacznie dalej i nie na polu, lecz w lesie bóg biegł przed siebie. Gnały go nowo nabyte uczucia: żal, współczucie dla siebie i swoich wiernych oraz… coś, czego nie doświadczył od bardzo dawna, a co kazało mu spoglądać za siebie.
Pogoń jednak nie nadchodziła.
Nie rozumiał dlaczego. On starał się zawsze dokończyć raz zaczęte sprawy. Czyżby był tak mało ważny? Pod jego łapami kruszyły się liście i trzaskały gałązki, a za nim zostawał trop z ciemnoczerwonych, niemal czarnych kropli. Bóg krwawił, co również było dla niego nowością. Nie ma nic złego w byciu pokrytym posoką, o ile należy ona do kogoś innego. Teraz niestety było inaczej. Rany okazały się całkiem głębokie. W normalnych warunkach, czyli mając do dyspozycji modlitwy wiernych, Philip mógłby je zaleczyć. Nie słyszał już jednak ani jednego głosu, choć jeszcze niedawno było ich tak wiele. To właśnie z ich powodu przybył pod samą wioskę, mimo że zwykle odwiedzał ją jedynie wczesną wiosną i późną jesienią. Jego dzieci czegoś się bały i wzywały pomocy.
Nie był to zresztą pierwszy taki przypadek. Zdarzało się już, że wiosce zagrażały szczególnie duży niedźwiedź, wataha wilków, a nawet bandyci. Wszyscy zawsze uciekali, gdy stawał im na drodze. Jeżeli tego nie zrobili, to stawał również na nich, i to wielokrotnie.
Tym razem było inaczej.
Z jakiegoś powodu przybysze nie czuli przed nim takiego respektu jak dawniej. Wrzask bojowy działał tylko przez chwilę. Bóg nie mógł też wyczuć, komu służyli. W ostateczności gdyby zostali przysłani przez inne bóstwo, demona lub ducha, rzuciłby wyzwanie ich panu i rozwiązał to tak, jak należy. Jeden na jednego albo i jeden na trzech w przypadku nowszych religii. Nie było potrzeby angażować w to wiernych. Bóg posmutniał. Przynajmniej teraz odpoczną. Na słonecznych polach wieczności. Gdzie ciężkie od kłosów zboże samo się zrywa, młóci, miele i piecze w złociste bochny. Ale aby do tego doszło, Philip musiał przeżyć i odzyskać przynajmniej część dawnej mocy. Nie da się przeprawić na drugą stronę takiej liczby dusz bez znacznego ubytku boskiej energii, a zostało mu jej bardzo niewiele. Co gorsza, krew, która powoli z niego uchodziła, pachniała dla wszystkich nadnaturalnych bytów jak zaproszenie na obiad. Kwestia czasu, aż ktoś lub coś uzna, że warto zaryzykować pogoń za rannym bóstwem.
Musiał się gdzieś ukryć. Nabrać nieco sił. Może znaleźć wyznawcę lub dwóch… Kiedyś już zaczynał przecież od zera. Musi dać radę. Choćby to był jego ostatni boski zryw, nim sam uda się na spoczynek. Istniało jedno miejsce, gdzie mógł znaleźć wytchnienie. O ile wieści, które czasami do niego docierały, okazałyby się prawdziwe. Bezpieczna przystań dla istot jemu podobnych, gdzie wzmocniłby ciało i ducha. No i mógłby spokojnie pomyśleć, co dalej. Tylko czy zdąży tam dotrzeć?
Jakby w odpowiedzi gdzieś z tyłu rozległo się wycie. Wilki. Z wilkami powinien sobie poradzić. Przeciągłe wycie przeszło jednak w urywane chichoty. Wilszczury! I to, sądząc po głosach, cała wataha. Niedobrze. Nawet gdy był zdrowy, wolał trzymać się od nich z daleka. Nic dziwnego, że to właśnie one pierwsze podjęły trop.
Wilszczury nie znały strachu. I to dosłownie. Nikt ich nigdy sobie nie przedstawił. Nie były bóstwami ani demonami. Właściwie nie wiadomo, skąd się wzięły na powierzchni Atlasu. Pewnie dotarły tu, ścigając jakiegoś nieszczęśnika; wydawało się, że to ich ulubione zajęcie. No, drugie ulubione. Zaraz po tym, co robiły, gdy już kogoś dopadły. Bóg miał jednak jeszcze trochę siły w łapach i rozumu w głowie. Choć zwykle wybierał przemoc, to jego mózg służył nie tylko do decydowania, w czym należy zatopić siekacze. Nieźle radził sobie również z fortelami. Musiał jedynie znaleźć…
– Jesteś, czerwona cholero! – sapnął i skoczył prosto w środek okazałego krzewu krwawej tarniny.
Jej kolce rdzawe od krwi i wspomnień dzierzb nabijających na nie ofiary1 tworzyły gęstą, czerwoną ścianę. Philip, skulony w samym środku, zbierał ostatki mocy, jak dziecko wygrzebujące słodką masę z zakamarków miseczki. Wyglądał wilszczurów, które nie kazały na siebie długo czekać. Można było na nich polegać, szczególnie w kwestii dopadania. Pożerania również, o ile to pierwsze zakończyło się sukcesem.
Z lasu na małą polanę wypadło pierwsze stworzenie. Nazwa pasowała doskonale. Wilszczur miał nogi i ciało wilka, a ogon i łeb gryzonia. Potężny stwór, porośnięty szczeciną nieco dłuższą na grzbiecie, podniósł łeb i zaczął intensywnie węszyć. Jego łuskowaty ogon długi na prawie dwa metry wił się po ziemi, jakby szukając czegoś, co można byłoby zadusić. Spomiędzy drzew wypadła reszta watahy. Łącznie na polanie znajdowało się teraz osiem wilszczurów. Stanowczo za wiele, żeby Philip mógł sobie z nimi w obecnym stanie poradzić. Wiedział jednak, że jest coś, czego bestie nie lubią nawet bardziej, niż wracać do domu z pustymi brzuchami.
Raptem po drugiej stronie polany rozległ się trzask, a potem jeden z krzewów porastających brzeg lasu zapłonął jasnym czerwonym płomieniem. Dowódca watahy zawył przeciągle. Tym razem bez charakterystycznego chichotu. Wilszczurom wcale nie było do śmiechu. Nienawidziły ognia, z wzajemnością. Ich gęste zgniłobrązowe futra były niezwykle łatwopalne. Być może z powodu tłuszczu ofiar, który zlepiał sierść bestii. A że wilszczury nie lubiły wody, to tłuszcz zalegał na nich jak smalcowy pancerz. Stwory rzecz jasna śmierdziały potwornie, ale taki dyskomfort schodzi zwykle na drugi plan, kiedy jest się zjadanym. Dlatego ten szczegół bywa pomijany w opisach nielicznych ofiar, które przeżyły spotkanie.
Wilszczury przypadły do ziemi i na ugiętych łapach krążyły po polanie, zachowując jednak rozsądną odległość od krzewu płonącej tarniny.
– SZCZUROGĘBEŁAJDAKI! – zadudnił głos, który błyskawicznie wypełnił całą polanę. – SUKSYNOWIE. OBŚLIZGŁEROBAKI. – Philip przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu. Nie było to łatwe, bo wszystkimi czterema kończynami trząsł tarniną. Dodał do tego sugestię blasku i ciepła, jedyne, co zdołał z siebie wykrzesać.
Największego stwora iluzja jednak nie przekonała. Przypadł jeszcze niżej do ziemi, tak że rył prawie pyskiem w gęstej trawie, i zaczął się zbliżać do gorejącego krzewu.
– SZYNSZYLATWOJAMAĆ, PARSZYWYPOMIOCIE!
Wilszczur odskoczył do tyłu i zaskomlał, najwyraźniej zraniony porównaniem.
– ŚMIERDZICIZPYSKAJAKZKUNIEGOZADU! – kontynuował Philip, desperacko łapiąc powietrze i machając gałęziami.
Jeden z wilszczurów stojących za przywódcą wydał z siebie chrumkliwy odgłos, który mógł być tylko parsknięciem śmiechem. Philip ponownie nabrał tchu.
– TWÓJTRUCHTJESTŚWIŃSKI, ASYLWETKAJAKUDŻDŻOWNICY!
Kolejne rechoty sprawiły, że dowódca watahy odwrócił się i kłapnął groźnie zębami.
– SIERŚĆTWOJARZADKAJAKPLWOCINAKOMARA, TYGNOJUPRZEKLĘTY, SZKARADNYKONUSIE, ZMAZIEPAJĘCZY, PRZEBRZYDŁYK…
Tyradę Philipa przerwała salwa rechotów, która przeszła w grupowe skomlenie, kiedy przywódca skoczył na wyśmiewających go kompanów. Mniejsze wilszczury rzuciły się do ucieczki i wkrótce cała grupa zniknęła w lesie. Philip trząsł jeszcze przez chwilę krzewem, trochę dla pewności, a częściowo dlatego, że mięśnie kurczyły mu się mimowolnie. W końcu opadł pomiędzy gałęzie, dysząc ciężko, i spojrzał na przeświecające przez liście popołudniowe słońce. Kto by pomyślał, że wystarczy skierować słowa do jednego z nich zamiast do wszystkich.
Philip czuł, że płynie z tego jakaś nauka. Prawdopodobnie o kierowaniu gniewu we właściwą stronę… albo o tym, że wilszczury są głupsze, niż na to wyglądają.
Siedem razy słońce zaszło i wzeszło, a Philip dalej biegł, przystając jedynie, by ugasić pragnienie, a potem pozbyć się zużytej wody pod krzaczkiem. Dopiero ósmego dnia podniósł zmęczoną wędrówką głowę i spojrzał na majaczący wśród szczytów drzew wierzchołek strzelistego drewnianego budynku.
Jeszcze kawałek.
Obiekt przypominał nadmorskie uzdrowisko. Ściany pokryto białymi deskami. Na parterze znajdował się przeszklony taras, na którym ktoś poustawiał meble z kremowego ratanu. Na krzesłach, stołkach i szezlongach o fantazyjnych kształtach siedziała przedziwna menażeria. Philip nie był jednak w nastroju na zawieranie nowych znajomości. Na pewno nie z kimś, kto miał pięć dziobów i żaden z nich nie wyglądał przyjaźnie. Resztką sił wpadł przez główne drzwi do środka i potoczył zamglonym wzrokiem po zatłoczonym wnętrzu. Wszędzie przechadzali się bogowie, a właściwie ich nogi, bo w tej chwili Philip nie miał nawet dość sił, by podnieść głowę i przyjrzeć się ich twarzom. Mimo to zaczął iść w stronę, z której napływało ciepło. To było inne ciepło niż w płonącej wiosce. Dobre ciepło. Wilgotne.
Chomik wspiął się na niewielkie białe wzniesienie, które tak ładnie pachniało i było zapraszająco miękkie. A potem zemdlał pomiędzy stertami świeżych ręczników, na jego szczęście do twarzy.
1 Dzierzba to gatunek ptaka, który stara się walczyć ze stereotypowym wizerunkiem uroczego latającego drobiazgu, nabijając swój obiad na kolce tarniny. Należy nadmienić, że całkowicie nieskutecznie. W kwestii walki z wizerunkiem, bo nabijanie idzie dzierzbie znakomicie.
Ile liści może zostawić po sobie jeden cholerny duch lasu? Cały przeklęty korytarz na trzecim piętrze był nimi zasłany. Choć w zasadzie liście nie były takie złe. Tydzień temu gościli w Limbo delegację krempar, wschodnich duchów trzody chlewnej, które zadbały, aby nikt o tym nie zapomniał. Przywoływało się je, wylewając piwo na ziemię, i jak się okazało, nie reagowały na żadne inne próby kontaktu. Zero reakcji, dopóki ktoś nie pofatygował się i nie przechylił dzbana z ozenberskim ciemno warzonym2.
Nie żeby to była strata. Paskudna lura z jeszcze gorszego miasta. Ale co Agnes mogła wiedzieć o scenie barowej największej aglomeracji Cesarstwa? Była jedynie pokojówką. Czasami kucharką. Albo dentystką. Nadal nie czuła zadowolenia ze swojego życia, ale przynajmniej nie zginęła w krokodylej paszczy. No i dostała napiwek. Przez chwilę wyobraziła sobie, że figurka staje się kluczem do jej wolności, po czym westchnęła. Ostatni raz znalazła się dalej niż godzinę drogi od Limbo pięć lat temu. Kiedy jest się nastoletnią sierotą w świecie, który nie słynie z miłości do zagubionych dzieciaków czy z miłości w ogóle, czasami jedyne, co człowiek może robić, to uchylać się, kiedy życie zadaje kolejne ciosy. Jeżeli ma się szczęście, bywa, że pomiędzy ciosami udaje się „pożyczyć” odrobinę sprawiedliwości.
Agnes ponownie spojrzała na figurkę i zastanowiła się, czy jest warta więcej niż garść owadów. Niektórzy klienci faktycznie bywali hojni. Nic dziwnego. Rekrutowali się z wierzeń, legend, panteonów i innych zbiorowych rojeń wystarczająco przekonujących, by stać się prawdą. Właściwie to dyrekcja nieoficjalnie kazała przyjmować wszystkie byty, których rodowód można było przy przygaszonych światłach uznać za choć odrobinę boski. Kiedyś wpuścili nawet kapłana, który twierdził, że wszyscy są dziećmi bożymi. Na poparcie swoich słów przedstawił dowody tak twarde, że aż brzęczały. Jak się potem okazało, były to naczynia liturgiczne wyniesione ze świątyni.
Agnes westchnęła i zaczęła zamiatać ze zdwojoną energią. Jeżeli się nie pospieszy, to przegapi wydawanie obiadu. Wprawdzie najczęściej dojadali resztki z boskich stołów, ale właśnie dlatego warto się spieszyć. Jeżeli się spóźni, do wyboru zostaną jak zwykle ludzkie serca po Quezonticodinie i reszcie tej ptasio-smoczej zgrai z Wyżyny Merkańskiej. Nikt nie lubi jeść podrobów czwarty dzień z rzędu. Nieważne, z jak dzielnego wojownika pochodziły.
– Znowu sprzątasz po Leszku? – rozległ się lekko drwiący głos zza pleców Agnes.
Dziewczyna nie spojrzała nawet za siebie, nie mówiąc o przerywaniu zamiatania. Dobrze znała ten ton. To Patrycja, jej „przyjaciółka” z pokoju.
– Mówiłam mu, żeby zaczął brać coś na wypadające liście, bo wyłysieje. Zobacz, całkiem pożółkły – oznajmiła Patrycja, obchodząc Agnes dookoła.
Podetknęła jej liście pod nos. Rozrzuciła przy okazji część już zebranej kupki. Tego było za wiele. Apsik! Agnes zdmuchnęła zawartość wyciągniętej dłoni dziewczyny prosto w jej pucołowatą twarz. Widok miny współlokatorki był wystarczającą nagrodą za odrobinę więcej sprzątania. Patrycja opuściła rękę, powoli kręcąc głową.
– I tak będziesz musiała to zamieść. Poza tym mogłabyś się trochę wysilić i chociaż udawać kichnięcie, a nie tylko mówić „apsik” i dmuchać mi w buzię.
Agnes uśmiechnęła się krzywo i wróciła do zamiatania. Zwykle nie była złośliwa, ale dla Patrycji potrafiła zrobić wyjątek. Dziewczyna stała jeszcze chwilę, patrząc na współlokatorkę, po czym zawróciła, kręcąc głową. Agnes zerknęła na nią kątem oka. Ostatnio nawet Patrycja była bardziej… Patrycją. Drobne złośliwości wydawały się podszyte odrobiną strachu. Cóż, w Limbo „przyjaciele” byli od tego, żeby człowiek przypadkiem nie zapomniał, w jak głębokim bagnie się znajduje.
W końcu Agnes zaczęła docierać z miotłą do śladów błota, które na jasnych dębowych deskach mieszało się z żółtymi liśćmi. No jasne, po co wycierać korzenie po wyjściu z gorących źródeł. W dodatku Leszek, który był chyba najbardziej zapominalskim duchem lasu, z jakim miała do czynienia, nie zamknął po sobie drzwi do skrzydła kąpielowego.
Chwileczkę. Leszek NIEZAMKNĄŁDRZWIDOSKRZYDŁAKĄPIELOWEGO!
Obsługa nie miała tam wstępu poza tymi niezbyt przyjemnymi przypadkami, kiedy trzeba było doszorować kogoś z grzechów świata czy czym tam się akurat klient upaprał. W części kąpielowej natomiast poza tym, że znajdowały się tam gorące źródła i bogowie w różnych, czasem dyskusyjnych stadiach czystości, było też jedzenie. I to lepsze niż deska wczorajszych organów wewnętrznych. Agnes rozejrzała się dyskretnie. Pusto, wszyscy są na obiedzie. Dziewczyna włożyła ostrożnie końcówkę miotły w szparę pomiędzy ciężkimi drzwiami z jasnego lakierowanego drewna a ozdobną żelazną framugą. Bum-bum. Serce Agnes starało się dać jej delikatnie do zrozumienia, że wolałoby nie brać udziału w tej eskapadzie.
– Cicho, bezużyteczna cholero – wyszeptała dziewczyna, przyciskając rękę do piersi. – Trzeba było protestować, zanim tutaj trafiłam. Co najgorszego może się stać? Przecież mnie nie wyleją.
Wsunęła się do korytarza, po czym ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. Na szczęście od tej strony miały klamkę.
Agnes wzięła głęboki wdech i ruszyła powoli holem, który pachniał szałwią, świerkami, czystością i zapowiedzią czegoś smacznego. Trzy pierwsze zapachy były przynajmniej po części jej zasługą. Czasami zdarzało jej się tu sprzątać. Nigdy jednak nie miała okazji samotnie zwiedzać spa. Podłoga w korytarzu była wyłożona tym samym jasnym drewnem co w innych, powleczono ją jednak dodatkową warstwą lakieru. Bywalcy tego skrzydła byli zwykle dosyć czyści, ale również całkiem mokrzy. No chyba że mowa o Leszku, który dobre maniery zostawił pod sosną czy z kim tam się akurat spotykał. Ale to nieważne, jeszcze tylko kilkanaście metrów, jeden zakręt i Agnes będzie na miejscu. Tuż za rogiem korytarz przechodził w rozległe, pełne pary pomieszczenie. W jego centralnej części znajdowała się duża marmurowa niecka wypełniona zachęcająco przejrzystą wodą. Agnes się rozejrzała – ani żywej duszy. Martwych, półżywych i zawieszonych pomiędzy światami też nie było. A to oznaczało tylko jedno – salę z przekąskami pozostawiono bez opieki.
Dziewczyna ruszyła szybko w kierunku dwuskrzydłowych drzwi. Z pozoru nie było w nich nic wyjątkowego. Jeśli wyciągnęłaby ręce na boki, z łatwością dotknęłaby framug po obu stronach przejścia. Wiedziała jednak, że gdyby stanął przed nimi hipopotam, zmieniłyby rozmiar. Limbo zostało zaprojektowane z myślą o wszystkich wielkościach i kształtach gości.
Agnes naparła na drzwi. Skrzydła rozchyliły się bezgłośnie, a w nozdrza uderzył ją słodki zapach obietnicy udanego wieczoru. „O ile nikt mnie tutaj nie nakryje” – pomyślała i zamarła, by wsłuchać się w odgłosy hotelu. Kiedy mieszka się w jakimś miejscu wystarczająco długo, można poznać godzinę po samym skrzypieniu podłogi. Szczególnie jeżeli miejsce, o którym mowa, przynajmniej stara się funkcjonować zgodnie z jakimś rozkładem dnia. W świecie bogów czas jest ważny. Gdyby go nie pilnowali, mogliby się spóźnić na wieczorną modlitwę. To prawda, że bogowie słuchają modłów wznoszonych przez wiernych. Robią to z głodu – żywią się wiarą. No i czasami ludźmi, ale to ostatnie robią głównie ci, którzy lubią się popisywać. Żeby wchłonąć energię modlitw, muszą się skupić na tej czynności. Dlatego bóg faktycznie słyszy głosy wiernych. Nie odpowiada, bo ma akurat pełne usta.
Agnes oceniła, że jest mniej więcej kwadrans po drugiej. Rozpoznawała odległe skrzypnięcia i odgłosy kroków, które były jeszcze nieliczne i lekkie. Kiedy klienci zaspokoją pierwszy głód, zaczną częściej kursować pomiędzy co lepszymi kąskami. Kulinarne pielgrzymki skończą się mniej więcej za godzinę, kiedy ociężali po obiedzie bogowie powleką się w kierunku swoich komnat na poobiednią drzemkę. Wtedy będą stąpać wyraźnie ciężej i być może nawet któraś klepka podłogowa z trzaskiem skapituluje pod boską potęgą.
Wynikało z tego, że Agnes miała całkiem sporo czasu, by nacieszyć się zawartością komnaty. Na kilku drewnianych stołach, które przykryto białymi obrusami, stały w rzędach srebrne tace i talerze, a na nich czekały różne owoce, sery, wędliny i miody. Tych ostatnich dziewczyna naliczyła przynajmniej czternaście rodzajów, w tym miód trzmieli jaskiniowych – pyszny i lepki jak sen po gorączce, choć barwą przypominał najczystszą wodę.
„Bardzo dobrze się składa – pomyślała. – Nikt nie zobaczy plam na ubraniu, nawet jeżeli coś mi skapnie”. Jak wtedy, kiedy tata przyniósł koszyk poziomek, a ona zjadła je tak szybko, że wyglądała, jakby ją pokąsało stado wściekłych chomików. Tak powiedziała mama. Ale mamy już nie było. Ani taty.
Agnes zamrugała szybko, żeby pozbyć się wspomnień, które zaczynały wyciekać jej na policzki. Przynajmniej teraz znowu miała owoce. I tym razem ich wybór mógłby onieśmielić rajskiego ptaka. Agnes rzadko miała okazję jadać świeże owoce. Zaskakujące, jak wielu jest roślinożernych bogów, biorąc pod uwagę ich zamiłowanie do krwi w różnych postaciach. Niestety w resztkach, które trafiały na półmiski obsługi, bardzo rzadko zaplątało się coś więcej niż zagubiona w kaszy jagoda. Z doświadczenia Agnes wynikało, że jagody rzadko występowały w liczbie mnogiej, a nawet jeżeli, to miały tyle samo zmarszczek co główna pokojówka pani Brambly, gdy próbowała się uśmiechać3.
Agnes wiedziała, że powinna się ograniczyć do znanych sobie produktów; nigdy nie wiadomo, co czeka na boskim półmisku. Pokusa sięgnięcia po coś nowego była jednak trudna do opanowania. Poza tym dziewczyna nie dostrzegała zbyt wielu znajomych owoców. Może poza nieszczęsnymi jagodami.
– Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż was wybiorę, wy pomarszczone diablęta – szepnęła.
Sięgnęła po talerz i zaczęła nakładać sobie niewielkie zielone kulki z brązowymi plamkami. Owoce przypominały nieco agrest, ale miały malutkie nóżki i rączki. Tymi ostatnimi machały zachęcająco w stronę Agnes, jakby same prosiły się o połknięcie. Sięgnęła jeszcze po złociste mango, które zaświeciło delikatnie w miejscach, gdzie dotknęły go jej palce. Na koniec polała wszystko trzmielim miodem, uciszając w ten sposób sumienie. Przecież nie wybrała samych nowości. Starczy, nie będzie zachłanna. Kiedy ostatni raz była, wylądowała w Limbo.
Wycofała się chyłkiem z komnaty i ostrożnie zamknęła za sobą drewniane wrota. Początkowo miała zamiar przycupnąć gdzieś pod ścianą lub za filarem, zjeść szybko owoce i wrócić do pracy. Parująca woda była jednak niemal równie kusząca co agrest z rączkami. Swoją drogą zielone kulki wydawały się kibicować śmiałym planom dziewczyny. Agnes spojrzała na wymachujące kończynami owoce, a potem na brzeg parującego zbiornika. Zamarła, nasłuchując, po czym ruszyła w stronę wody. Jeżeli uszy jej nie zawodziły, to miała przynajmniej dwa kwadranse. W sam raz, żeby zjeść złociste mango i agrest, który w tej chwili klepał się malutkimi dłońmi po tycich kolanach.
Agnes odłożyła ostrożnie talerz na brzeg zbiornika, po czym rozejrzała się po raz ostatni. Nadal pusto. Tylko kilka niewielkich wilgotnych śladów na posadzce. Zupełnie jakby jakiś gryzoń moczył tutaj stopy.
„No właśnie, stopy” – pomyślała i zdjęła znoszone sandały, których paski trzymały się tylko na słowo honoru. Zaraz po nich przyszła kolej na poszarzałe skarpetki. Spojrzała smutno na palce i poruszyła nimi na próbę. Bolały. Tak jak każdego dnia, tyle że w końcu nauczyła się nie zwracać na to uwagi.
– Za chwilę trochę odpoczniecie – szepnęła, po czym usiadła na brzegu zbiornika i powoli zanurzyła nogi w parującej wodzie. Stopy początkowo wydawały się zaskoczone nowym doznaniem i odruchowo zacisnęły wszystkie palce, jakby chciały ograniczyć dostęp czystej wody do skóry. Nic z tego, ta nie miała zamiaru dać się powstrzymać w tak trywialny sposób. Zawierała sporo dodatków. Sole mineralne z najgłębszych koboldzich sztolni, olejki wyciskane zwierzętom z dziwnych, choć pięknie pachnących miejsc, i tyle piany, ile tylko zdołasz zjeść. Nawet tak spięte kończyny jak te należące do Agnes musiały skapitulować przed połączonymi siłami składników boskiej kąpieli. Dziewczyna westchnęła cicho i rozluźniła palce u nóg, a potem powoli stopy, łydki, kolana i biodra. Wkrótce zachowywała pozycję siedzącą jedynie z przyzwyczajenia, no i trochę z głodu. No właśnie, owoce! Agnes spojrzała w stronę talerza. Antropomorficzny agrest przebierał nogami z niecierpliwości.
– Najwyższa pora was zjeść! – oznajmiła i sięgnęła po pierwszy zielony owoc.
Agrest wcale nie protestował. Rozłożył za to szeroko rączki, jakby chciał objąć wnętrze jej gardła.
Chrrmlask.
Zjadany owoc wydał odgłos, który był suchy i mokry jednocześnie. Kubki smakowe Agnes zalała fala rozkoszy. Trudno było jednoznacznie określić smak zielonej kulki. Zdawał się klepać kubki smakowe po plecach i mówić: „Mną się nie przejmujcie, po prostu połóżcie się wygodnie, wyciągnijcie nogi i dajcie mi pracować”, a one słuchały. Agnes zaczęła łapczywie wpychać sobie owoce do buzi. Niektórych nawyków trudno się pozbyć, a kiedy żyje się na ulicy, człowiek się uczy, że jedyny dobry schowek na smakołyki to wnętrze własnego brzucha.
Po ekstremalnie krótkiej chwili na talerzu zostały tylko złociste mango i mała kałuża po trzmielim miodzie. Dziewczyna pogratulowała sobie w myślach wyboru bezbarwnych słodkości, bo miód miała wszędzie, od brody aż po kolana.
W głowie wciąż jej trochę szumiało, a w brzuchu ktoś zdecydował się założyć niewielką hodowlę motyli. Po tym, co przeżyła, nie potrafiła jednak opanować ani łakomstwa, ani ciekawości. Wyciągnęła rękę w stronę owocu, dotknęła go delikatnie opuszkiem. Fala delikatnego światła rozlała się po skórce owocu jak zmarszczki po tafli płynnego złota. Szybko wyciągnęła drugą rękę, złapała mango w obie dłonie i wgryzła się w nie z pasją wyznawczyni Wielkiego Leniwca Awokado, która w nagrodę za cnotliwe życie dostała swój tygodniowy przydział tłustych owoców.
– I oni jedzą to wszystko codziennie – szepnęła Agnes i pomyślała, że nawet w najlepsze dni nie zdołałaby zwędzić ze straganu czegoś choćby w połowie tak smakowitego. Po czym osunęła się nieprzytomna najpierw na brzeg zbiornika, potem w głąb zapraszającej toni. Ostatnie, co poczuła, to zapach mango i… mokrej sierści?
Dalsza część w wersji pełnej
2 To prawdopodobnie jedyne piwo w Cesarstwie warzone w całkowitych ciemnościach. Jeżeli ufać hasłom reklamowym, to ciemność przyspiesza rozpad drożdży. Wtajemniczeni twierdzą jednak, że po ciemku nie widać po prostu zbyt dobrze składników i stanu kadzi.
3 O zmarszczkach przełożonej wszystkich pokojowych Limbo krążyły legendy. Jedna z nich głosiła, że głębokie bruzdy pomiędzy poszczególnymi zmarszczkami pełne są pokojówek, które nie dość solidnie przykładały się do pracy. Za jej rozpowszechnianie odpowiadała głównie sama pani Brambly.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Agnes
Philip
Przysmaki
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
