Adored. Heartlines - Śmiech Paulina - ebook
NOWOŚĆ

Adored. Heartlines ebook

Śmiech Paulina

3,8

233 osoby interesują się tą książką

Opis

Osiemnastoletnia Corinne Moretti pochodzi z wpływowej rodziny, a jej zimna i surowa matka stara się kontrolować każdy aspekt życia dziewczyny. Bez skutku. Od czasu zaginięcia swojej siostry bliźniaczki Corinne robi wszystko, żeby jak najczęściej pojawiać się w rubrykach towarzyskich i kompromitować rodzinę, a w szczególności Charlotte, swoją matkę. 

W końcu kobieta postanawia znaleźć córce odpowiedniego partnera, który ociepli wizerunek Morettich. Corinne, wiedziona pragnieniem buntu, stawia na swoim i na udawanego chłopaka wybiera znienawidzonego przez siebie Aslana Velleriego – gwiazdę futbolu i syna odwiecznego wroga rodziny.

Ich udawany związek ma być tylko prowokacją, ale szybko zaczyna przeradzać się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                               Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 481

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (24 oceny)
11
6
1
4
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zuzia85099

Z braku laku…

Jestem zmęczona po czytaniu tego. Słodko pierdząca młodzieżówka z klimatem takim se. Było trochę niedociągnięć i niejasności. Relacja bohaterów jest całkowicie z dupy. Cori niby tak bardzo nie lubiła Aslana na początku, ale była pierwsza do chodzenia z nim na randki. Bohaterowie mało o sobie wiedzieli, a cały czas gadali jak to oni się "kochają". Styl pisania również średni, a dialogi sztywne i nienaturalne. Brakowało mi takiej płynności w tym wszystkim. Parę wątków mogło by zostać bardziej rozwiniętych, ale ogólnie git. Nie było toksycznie. Dram na szczęście nie było, co uważam za plus. Serię jednak na tym tomie zakończę.
41
Ampi27

Z braku laku…

Brak naturalnych dialogów i przede wszystkim nie czuć tej relacji. Książka pisana pod schemat : nienawiść - nagła chęć do randkowania niewiadomo skąd, slodkopierdzace teksty - na siłę wciśnięty wątek tragiczny , żeby nie było jednak aż tak słodko . Mam wrażenie że autorka pisze trochę bez zamysłu, wzorując się na czyichś schematach, Aslan był zbyt wykoloryzowany, bez charakteru. Napisanie , że bohaterowie kochają siebie bez pamięci nie sprawi, że czytelnik w to uwierzy, to trzeba stopniowo pokazywać te zmiany, a nie tak nagle przeskoczyć z jakiejś niechęci do aż tak silnego uczucia. Bardzo męczące to było, za słodko za idealnie za sztucznie, gubienie klimatu, zmiany, jakby każdy rozdział był pisany od myśli : dobra, co im na dziś wymyślić , bez namysłu. Tu trzeba ładnego planu, więcej czasu może na obmyślenie historii. Może w zbyt szybkim tempie ta książka została napisana? Moznaby ją było bardziej dopracować. Poprawić naturalność, te dialogi są naprawdę bardzo wattpadowe, nikt tak w ...
31
katarinadeuch

Dobrze spędzony czas

Całkiem przyjemna, umiliła mi sobotnie popołudnie :)
21
BGAnna

Nie oderwiesz się od lektury

Pełna miłości i czułości. Cudownie się czyta. Piękna opowieść. Polecam ❤️❤️❤️❤️❤️
10
egrambor

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, urocza, wzruszająca.
10



Copyright © for the text by Paulina Śmiech

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Zapotoczna

Korekta: Karina Przybylik, Martyna Góralewska, Emilia Ziarnik

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-591-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Ostrzeżenie

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Epilog

Dodatek

Posłowie

Podziękowania

Playlista

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla tych, którzy znają przemoc domową z własnego doświadczenia lub byli jej świadkami. Odwaga to nie brak strachu, lecz decyzja, by mimo niego zrobić pierwszy krok ku wsparciu.Masz prawo do bezpieczeństwa i życia wolnego od strachu. Pozwól sobie na zmianę – zasługujesz na to.

OSTRZEŻENIE

W książce poruszany jest temat przemocy domowej – psychicznej i fizycznej. Sceny nie są drastyczne, ale mogą wzbudzić emocje i poruszyć osoby wrażliwsze. Jeśli spotyka to Ciebie lub jesteś tego świadkiem, pamiętaj, że Twoje uczucia są ważne i mają znaczenie. Nie musisz przez to przechodzić w pojedynkę – są ludzie gotowi Cię wysłuchać i pomóc Ci odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Sięganie po wsparcie nie jest oznaką słabości, lecz aktem odwagi i troski o siebie.

Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111 – darmowy, czynny 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

PROLOG

Dziś zapomniałam, jak pachniały twoje włosy.

Zapisuję: przypominały jaśmin.

Jutro zapomnę twojego głosu.

Zapiszę: ciepły, niski, miękki.

I tak będę pisać, aż znikniesz cały.

ROZDZIAŁ 1

Zgoda?

Corinne

– Aslan! – krzyknęłam jeszcze raz głośniej, prawie desperacko.

I znowu nic. Jakby moje słowa rozpływały się w powietrzu, nie docierały do niego. Ignorował mnie bezwzględnie, aż nagle się odwrócił, rzucił mi jedno chłodne spojrzenie… i po prostu wbiegł do szatni. Zostawił mnie tam, stojącą samotnie na środku korytarza.

Czekałam chwilę przed drzwiami, ściskając dłonie w pięści. Miałam nadzieję, że wyjdzie za minutę lub dwie. Że może musiał coś załatwić i wróci. Ale mijały kolejne sekundy, a jego nie było. Słyszałam tylko śmiechy i przytłumione rozmowy chłopaków z drużyny.

Po kilkunastu minutach doszłam do wniosku, że nie mam już nic do stracenia. Jeśli nie zamierza wyjść, to ja wejdę. I w tym momencie naprawdę odniosłam wrażenie, że Bóg mnie opuścił, bo tylko ktoś pozbawiony zdrowego rozsądku przekroczyłby próg szatni pełnej zawodników drużyny Atlantis.

Otworzyłam drzwi i uderzył mnie nieprzyjemny, ciężki zapach potu, dezodorantu i wilgoci. Ściany odbijały echo rozmów, metalowe szafki brzęczały, ktoś rzucił ręcznik, który trafił na podłogę tuż obok mojej stopy. Na szczęście większość obecnych była już przynajmniej częściowo ubrana – chociaż to i tak wystarczyło, żeby policzki zaczęły mi płonąć.

– Corinne? – odezwał się jeden z zawodników, kiedy mijał mnie w drzwiach.

Posłał mi lekko zdziwiony wzrok, ale się nie zatrzymał. Musiałam wyglądać groteskowo: zastygła na chwilę w progu i zaciskająca palce na pasku torby, jakby to miało mnie ochronić.

Przepychałam się przez spocony tłum, z trudem łapiąc oddech. Z każdym krokiem coraz bliżej niego. I w końcu go zobaczyłam. Aslan Velleri stał oparty o szafkę i rozmawiał z Jamesem i Lionem.

– Udajesz, że nie słyszysz? Mówiłam do ciebie coś na hali, kretynie – wyrzuciłam z siebie od razu, zanim odwaga zdążyła mi umknąć.

Dopiero wtedy spojrzał w moim kierunku i przerwał swoją wymianę słów, choć wcale nie wyglądał na zakłopotanego czy winnego. Raczej jakby oceniał, czy warto w ogóle odpowiadać.

– Poczekamy na ciebie przed szkołą – rzucił James, spoglądając znacząco to na mnie, to na Aslana.

– Corinne, nie pobij naszego przyjaciela! – krzyknął jeszcze Lion, wychodząc z gromkim śmiechem.

Tymczasem wszyscy zawodnicy zdążyli już opuścić szatnię. Chyba trochę się pospieszyli, jakby chcieli dać nam szansę na rozmowę w cztery oczy. Zostałam sama z Aslanem, z moim gniewem i z poczuciem, że znów udało mu się sprowadzić mnie do roli tła.

Cisza była tak gęsta, że słyszałam tylko przelewanie się wody w rurach i szelest foliowego opakowania, gdy otwierał swoją sałatkę. Usiadł na ławce i pochylił się lekko do przodu, oparty łokciami o kolana. Nie popatrzył na mnie od razu, jakby musiał najpierw uspokoić własne myśli.

– Słyszałem cię, Moretti – odezwał się wreszcie głosem spokojnym, ale zmęczonym. – Od samego początku. Tylko… serio, nie chciałem się z tobą kłócić. Mam dzisiaj naprawdę fatalny dzień i ostatnie, czego potrzebuję, to kolejna wojna z tobą.

Podniósł na mnie wzrok, a jego oczy, choć wciąż zimne, nie miały w sobie jak zwykle drwiny. Bardziej rezygnację.

Te słowa na moment uciszyły moje emocje, ale zaraz poczułam, że złość znowu narasta.

– Gdyby chodziło o mnie, to bym ci dała spokój, Aslanie. Ale chodzi o Nell. Złamałeś jej serce, tak że nie była w stanie dzisiaj wyjść z domu. Wiesz, jak wyglądał trening bez niej? Jak katastrofa. A ja od tygodni przygotowuję choreografię, której dzisiaj nie mogłam dopiąć, bo jej zabrakło. Przez ciebie.

Aslan westchnął i opuścił widelec na pojemnik, choć nie na długo.

– Nell… – powtórzył, przeciągając jej imię. – Ja nic jej nie obiecywałem. To ona sobie coś wyobraziła, a to już nie jest moja wina. Nie jestem odpowiedzialny za każde złamane serce w tej szkole.

– Ale jesteś odpowiedzialny za to jedno – wcięłam się ostro. – Za jej.

Na jego twarzy pojawił się cień irytacji, ale stłumił go szybko, wracając do jedzenia. Wolno nabierał sałatkę.

– Wiesz, że nie zrobiłem tego specjalnie. Nie gram w takie gierki. Jeśli Nell naprawdę przeze mnie cierpi, to jest mi przykro. Ale ja też mam swoje życie. I nie zamierzam składać ci raportów, z kim się spotykam albo kogo odrzucam. Nawet jeśli te dziewczyny należą do tej twojej śmiesznej grupy cheerleaderek.

Zacisnęłam usta. Wiedziałam, że nigdy nie usłyszę od niego tego, co chciałam. Żadnego „przepraszam”, żadnego „masz rację”. Tylko ta jego chłodna logika i udawany spokój.

Podniosłam dłoń, powoli i świadomie.

– Przyszłam w pokojowych zamiarach – powiedziałam, z każdym słowem starając się brzmieć twardo i rzeczowo. – Proponuję taki układ: ty nie dotykasz moich cheerleaderek, a ja nie wchodzę ci w drogę.

Wyciągnęłam rękę przed siebie. Prosty, uczciwy gest, jasny jak zawarcie paktu. On spojrzał na nią krótko, uniósł brew… i wrócił do swojej sałatki.

Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Stałam z ręką w powietrzu, czując, jak moje policzki płoną, lecz w końcu opuściłam ją z ciężkim westchnieniem.

Aslan skończył jeść. Odłożył widelec, wyrzucił pudełko do śmietnika obok ławki, wytarł dłonie w papierowy ręcznik. Wstał powoli, rozciągając ramiona.

– Do zobaczenia na imprezie – rzucił lekko i skierował się już ku drzwiom. Zatrzymał się jednak na sekundę, odwrócił głowę i dodał tonem, w którym było coś z kpiny, ale i coś niepokojąco ciepłego: – A, i ubierz się cieplej. To nie lato, Cori.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi zatrzasnęły się za nim, a ja zostałam sama – z umową, która nie została zawarta, i z poczuciem, że on znowu wyszedł z tego silniejszy, a ja… czułam się tylko bardziej zdenerwowana na niego.

– Nie cierpię go – wyszeptałam do siebie.

Lista rzeczy, których nie znosiłam, była niedługa: porzeczki, masło orzechowe, matematyka, cholerna chemia (za zmuszanie nas do zapamiętywania wzorów). I on – Aslan Velleri – zawsze zajmował na niej miejsce pierwsze lub drugie, w zależności od dnia. Dzisiaj zdecydowanie pierwsze.

– I co, udało się? – Usłyszałam głos.

Nancy stanęła w progu z kurtką zarzuconą na ramię, włosy o kolorze ciemnej czekolady miała spięte w niefrasobliwy koczek, oczy błyszczące ciekawością. Jej pojawienie się zawsze powodowało, że adrenalina we mnie opadała – czasem tylko trochę, ale zawsze. Pokazałam jej kciuka w dół. Pokręciła głową, ale uśmiech nie zniknął z jej twarzy. Jej energia była zaraźliwa – nawet gdy świat walił mi się na głowę, Nancy potrafiła znaleźć jakiś promyk nadziei.

– Dlaczego mnie do tego namówiłaś? – wyrwało mi się, chociaż w głosie pobrzmiewała bardziej ciekawość niż pretensja.

– Nie sądziłam, że się odważysz – odparła. Za to dostała kuksańca w ramię. – Jesteś okrutna.

– Ten dupek nawet dłoni mi nie podał! Zignorował mnie całkowicie i jeszcze powiedział coś całkiem abstrakcyjnego – wybuchnęłam, gestykulując przy tym.

Nancy uniosła brwi, kompletnie zaskoczona.

– Co? – zapytała powoli, jakby powtarzała słowa, które ledwo mogła pojąć.

– Żebym się ubrała cieplej, bo to nie lato – wyszeptałam, choć absurd tej rady wydawał się bardziej zabawny niż irytujący.

Nancy zmarszczyła brwi, próbując podejść do mojej wypowiedzi logicznie.

– No dobra… nie chcę nic mówić, ale on się o ciebie martwi. Można powiedzieć, że jednak „podał ci dłoń”, choć nie fizycznie. W sensie… rozumiesz? – próbowała wyjaśnić, jakby usiłowała wcisnąć mi w ręce złotą zasadę subtelnej troski Aslana.

Zamrugałam powoli, patrząc na nią z niedowierzaniem.

– Nie rozumiem – wyszeptałam, choć w moim głosie było zarówno rozbawienie, jak i zniecierpliwienie. – Proszę, zmieńmy temat – dodałam stanowczo.

Nancy się uśmiechnęła, ponieważ zawsze potrafiła znaleźć jasną stronę nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach.

– Porozmawiajmy o Noahu. Widziałaś się z Liv? – zagaiła, zręcznie zmieniając temat, jak zawsze, kiedy chciała odciągnąć mnie od gniewu na Aslana. Popatrzyła na mnie uważnie, badając moją twarz. – I jak rodzice?

– A co z rodzicami ma być nie tak? – zapytałam, marszcząc brwi. – I nie, nie widziałam się z Liv. Ale pewnie pojawi się na imprezie u Liona.

Nancy nagle złapała mnie za rękę i spojrzała błagalnie.

– To idziemy na imprezę do Liona? – zapytała. – Zrób to dla mnie. Proszę. Ostatnio poszłam z tobą.

– Dobra, pójdę. Przy okazji zapytam, czy udało mi się jej pomóc i będzie mogła odpuścić sobie małżeństwo z tym idiotą – zgodziłam się, bo w głębi wiedziałam, że to dobry plan.

Nancy wybuchnęła entuzjazmem i natychmiast mnie objęła, zamykając w uścisku.

– Jesteś najlepszą przyjaciółką! – krzyknęła, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie, chwytając ją za rękę i ciągnąc w stronę wyjścia ze szkoły.

Kiedy już znalazłyśmy się na zewnątrz, Nancy podała mi telefon z artykułem – ktoś obsmarowywał mnie na forum i w gazecie. Widniało tam zdjęcie, na którym trzymałam Noaha za rękę. Normalnie mogłabym się zdenerwować, ale ja… uśmiechnęłam się złośliwie. Uwielbiałam wnerwiać swoją matkę i nic, absolutnie nic w tym artykule nie mogło mnie dziś powstrzymać. Charlotte nie miała kontroli nade mną – i to było najlepsze uczucie.

– Pewnie jeszcze dzisiaj tego nie widzieli – powiedziałam, nie odrywając wzroku od ekranu. – Już wiem, dlaczego zjedliśmy w spokoju śniadanie. Poczuli, że odzyskali nade mną władzę.

Nancy zmarszczyła brwi.

– Charlotte cię zabije, Corinne.

– Pewnie tak. Ale to żadna nowość – odparłam chłodno, pewna, że nic mnie nie ruszy.

Nancy westchnęła, ale zaraz dodała z uśmiechem:

– Tylko że tym razem wzięłaś się za Noaha Dasha. To osoba, o której jest głośno, a to nie zmieni się tak szybko. Wisienką na torcie jest fakt, że dopiero się zaręczył. – Lekko prychnęła, a ja tylko uśmiechnęłam się szelmowsko.

– No to Charlotte przeze mnie szybciej się zestarzeje – odparłam.

Ten dzień był jednym wielkim chaosem: Aslan, zrujnowana choreografia, artykuł w gazecie… i tak, śmiałam się w duchu, bo wiedziałam, że się tym nie będę przejmować. Ja przecież uwielbiałam drażnić swoją matkę, więc wyobrażenie sobie jej gniewu przez ten artykuł było jak deser.

– Nienawidzę czwartków – westchnęła Nancy.

– Myślałam, że poniedziałków – odparłam, a ona objęła mnie ramieniem i przyciągnęła bliżej.

– Czas polubić czwartki! – krzyknęła, a ja nie mogłam powstrzymać śmiechu.

Nancy była moim promykiem słońca, nawet w najbardziej zwariowane dni. Gdy jej życie się sypało, ona i tak znajdowała powód do radości. Zazdrościłam jej tej siły, bo ja nigdy nie potrafiłam być tak odporna psychicznie – szczególnie po zaginięciu mojej siostry bliźniaczki. Zdarzały się dni, że nie miałam siły wstać z łóżka, a myśl, że sobie poradzę, wydawała się nierealna. Wtedy się dowiedziałam, kto jest moją prawdziwą przyjaciółką: Nancy Carrez. Rok później dołączyła Blair Wellson, scalając naszą paczkę.

ROZDZIAŁ 2

Dwie krople wody

Corinne

Na ekranie telefonu mignął mi nagłówek artykułu:

Piękna dziedziczka fortuny, Corinne Moretti, znów wywołuje skandal – widziana z Noahem Dashem. Czy Corinne ma słabość do zajętych mężczyzn?

Parsknęłam cicho, bardziej z irytacji niż rozbawienia, i oparłam brodę na dłoni. No proszę. Tym razem przynajmniej nazwali mnie „piękną”. Mały cud w świecie, w którym zwykle pod moim adresem padają inne słowa: „kapryśna”, „zimna”, „niestabilna”.

Prawda była taka, że już dawno przestało mnie obchodzić, co piszą na mój temat. Przynajmniej tak lubiłam sobie wmawiać. W rzeczywistości każdy nagłówek stanowił kolejne ukłucie, ale nie dlatego, że obchodziła mnie opinia publiczna. Przypominał mi, jak szybko ludzie uczynili z mojego życia widowisko. Wszystko zaczęło się w roku, kiedy tabloidy żerowały na naszej tragedii – gdy Selena zaginęła, nie minęły nawet dwa dni i już pojawiły się te porównania: Selena i Corinne – dwie krople wody, a jednak tak różne.

Najgorszy był jednak pewien artykuł, do którego wracałam czasami w pamięci, jakby wbił się w mój umysł na stałe. Wypuszczono go kilka tygodni po jej zaginięciu, kiedy wciąż próbowałam zrozumieć, co się stało. Tytuł krzyczał z okładki:

Dlaczego Corinne Moretti przeżyła, a Selena nie wróciła?

Pamiętam tylko niewielki fragment tamtych wydarzeń. Wyszłyśmy razem. Miałyśmy spędzić wieczór jak zawsze – trochę śmiechu, bunt i życie poza złotą klatką. A jednak to była noc, która odebrała mi siostrę i zniszczyła rodzinę. Wróciłam sama, z pustką w głowie i amnezją, która połknęła całe ostatnie godziny. Lekarze powtarzali, że to szok i że kiedyś pamięć może wróci, ale ona do dziś jest jak dziura w podłodze: wiem, że coś się wydarzyło, ale nie mogę tego odtworzyć.

Rodzice nigdy mi tego nie wybaczyli. W ich spojrzeniach zawsze czaiło się pytanie: „Dlaczego ona, a nie ty?”. Mama próbowała to maskować obsesyjną kontrolą – swataniem, planowaniem, podsuwaniem nazwisk mężczyzn, którzy mieli mnie uratować od własnego cienia. Ale ja wiedziałam, że pod tą troską kryje się oskarżenie. Tata nie mówił wiele, ale cisza między nami była bardziej wymowna niż słowa.

Przesunęłam palcem po ekranie, zamknęłam artykuł i odrzuciłam telefon na koc. W pokoju zrobiło się duszno, jakby powietrze nagle zgęstniało. Czułam, że nie są to gniew ani oburzenie, tylko zmęczenie, ciężar wspomnień, których nie mogę złożyć w całość. „Piękna dziedziczka” – może i brzmi dobrze, może i nadaje się na nagłówek. Ale pod tymi słowami kryła się prawda, której w gazetach nigdy nie napiszą: dziewczyna, która straciła siostrę i samą siebie w czasie jednej zapomnianej nocy.

Moje myśli zostały przerwane z hukiem. Drzwi pokoju otworzyły się tak gwałtownie, że powietrze zadrżało, a za nimi pojawiła się postać, która zawsze robiła wrażenie jak premiera głośnego filmu – Charlotte Moretti. Jak zwykle nienaganna – elegancja w najczystszej postaci. Miała na sobie suknię Diora w głębokim odcieniu szampana, której jedwab miękko opływał sylwetkę, podkreślając każdy gest z naturalną gracją. Włosy, w kolorze jasnego, ciepłego blondu, były upięte w idealny, gładki kok, odsłaniały przy tym smukłą szyję i wyraziste rysy twarzy. Delikatny makijaż tylko podkreślał to, co natura dała tej kobiecie w darze – wysokie kości policzkowe, błękitne oczy o chłodnym blasku i uśmiech, w którym odbijała się pewność siebie.

– Corinne – rzuciła, nie podnosząc głosu, ale jej ton był lodowaty, przesiąknięty spokojem, który zawsze poprzedzał wyrok. – Czy możesz mi wytłumaczyć, co to znowu za historia?

Nie spojrzałam na nią od razu.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – odpowiedziałam spokojnie, choć już czułam znajome ukłucie w żołądku.

Charlotte podeszła bliżej, jej obcasy stukały o podłogę z wyraźnym rytmem. W dłoni trzymała kartkę – wydrukowany artykuł z gazety, który cisnęła na łóżko.

– Wiesz doskonale – syknęła, wskazując palcem na zdjęcie. – Wczoraj widziano cię z synem Lily Dash.

– I co z tego? – zapytałam, unosząc brew i udając obojętność.

– I co z tego?! – powtórzyła. W jej głosie pobrzmiewała złość, ale nie ta spontaniczna, raczej zimna, skalkulowana, jakby nawet gniew musiał się mieścić w ramach dobrego wychowania. – On ma narzeczoną! Naprawdę nie rozumiesz, że wszystko, co robisz, odbija się na naszej rodzinie?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w drzwiach pojawił się ojciec. Spojrzał na mamę, potem na mnie, jakby próbował ocenić, którą z nas powinien wysłuchać, by uniknąć wybuchu.

– Co się dzieje? – zapytał tonem człowieka, który wolałby niczego nie wiedzieć.

Charlotte natychmiast przejęła inicjatywę.

– Nasza córka znowu wystawiła nas na pośmiewisko. – Podała mu artykuł, jakby wręczała dowód zbrodni. – Wczoraj widziano ją z Noahem, a dziś miałam telefon od Lily Dash!

Ojciec rzucił okiem na artykuł, westchnął ciężko i lekko uniósł brew. A później po prostu otworzył śmietnik w moim pokoju i wyrzucił do niego kartkę z wydrukiem.

– To tylko prasa, Charlotte. Wymyślają, co się da. Nie ma potrzeby dramatyzować.

Ale Charlotte już była w swoim żywiole. Nie miała zamiaru odpuścić.

– On ma narzeczoną, John! – powiedziała z napięciem, jakby chciała, żeby jej słowa odcisnęły ślad w powietrzu. Potem nagle jej ton się zmienił: z ostrego w pełny chłodnej kalkulacji, z rozemocjonowanego w rysujący wyraźny plan. – Ale… mam pewien pomysł.

Zamrugałam. To słowo – pomysł – w ustach mojej matki zawsze znaczyło to samo: decyzję, którą już podjęła, tylko jeszcze jej nie zakomunikowała.

– Jaki? – zapytałam, choć przeczucie już ścisnęło mi gardło.

Charlotte poprawiła mankiet sukienki, jakby potrzebowała chwili, by nadać swoim myślom odpowiednią formę.

– Skoro tak dobrze się dogadujecie – zaczęła powoli – moglibyśmy to zalegalizować. Umowa z jego rodziną, oficjalny związek. To poprawiłoby twój wizerunek. I nasz.

– Chyba żartujesz. – Spojrzałam na nią jak na kogoś, kto postradał rozum.

– Wcale nie – odparła bez mrugnięcia. Jej głos był równy, spokojny, jakby czytała wyrok, który sama napisała. – Odkąd Selena zaginęła, robisz wszystko, żeby zepsuć naszą reputację. – Zatrzymała się, dając mi sekundę, by jej słowa do mnie dotarły. – Moja córka nie powinna się tak zachowywać. Selena nigdy by tak nie zrobiła.

To imię przecięło mnie jak ostrze. Siostra. Zawsze ona.

W tym domu wciąż czułam jej obecność – na każdym zdjęciu, w każdym wspomnieniu, w każdym „dlaczego nie możesz być jak ona”.

Selena wydawała się doskonała – grzeczna, błyskotliwa, nienaganna. Idealna córka, której obraz matka pielęgnowała jak święty relikwiarz, wciąż lśniący w jej oczach.

Byłyśmy niemal identyczne: ten sam odcień włosów, ta sama linia ust, to samo spojrzenie. Czasem, przelotnie, matka patrzyła na mnie tak, jak kiedyś na nią – i przez ułamek sekundy odnosiłam wrażenie, że widzi we mnie Selenę. Ale zaraz potem coś w jej oczach gasło. Bo choć wyglądałyśmy tak samo, to w środku różniłyśmy się wszystkim.

Selena potrafiła oddać kontrolę – pozwalała, by rodzice kierowali jej życiem jak starannie zaplanowanym przedstawieniem. Wiedziała, kiedy się uśmiechnąć, kiedy przytaknąć, kiedy milczeć. Ja tak nie umiałam. Każda próba narzucenia mi czyjejś woli kończyła się oporem, każde „musisz” brzmiało jak łańcuch, który chciałam rozerwać. O niej mówiono z dumą, o mnie – tylko wtedy, gdy trzeba było coś naprawić, coś ukryć, coś wyciszyć. Czasem myślałam, że gdybym to ja zniknęła zamiast niej, wszystkim byłoby łatwiej.

– Dajemy ci z ojcem wszystko – ciągnęła Charlotte, nie zauważając, że moje dłonie zaciskają się w pięści. – Ty odwdzięczasz się nam kłopotami i kolejnymi sytuacjami, które musimy zamiatać pod dywan.

– Może gdybyście czasem zapytali, czego ja chcę… – zaczęłam, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Wiedziałam, że w tym domu to nie miało znaczenia.

– Selena wiedziała, jak się zachowywać – dodała, jakby musiała to powtórzyć, żeby upewnić się, że o tym wiem. – Rozumiała, że reprezentuje coś większego niż tylko siebie. Ty nawet nie próbujesz.

Jej oczy błyszczały tą szczególną iskrą, którą widziałam u niej tylko wtedy, gdy miała już plan. Nie czekała na odpowiedź, bo w jej świecie moja zgoda była nieistotna.

– Więc teraz to się skończy – oświadczyła. – Teraz ty nam dasz powód, byśmy znów w ciebie uwierzyli. Zostaniesz partnerką Noaha.

Popatrzyłam na ojca z nadzieją w oczach. Może on w końcu się odezwie i tego nie zatwierdzi.

– Charlotte, serio? Noah? Ten chłopak ledwo potrafi zachować dyskrecję. To nie jest stabilny wybór.

Matka westchnęła i już bez tremy zaczęła analizować alternatywy.

– Może masz rację – powiedziała z tym swoim chłodnym spokojem. – Corinne potrzebuje kogoś bardziej… rokującego. Lepszy byłby Ethan Rosett. Erica mówiła, że chce dostać się na Harvard, to by dobrze wyglądało.

Czułam, jak powietrze staje się cięższe. Ethan. Harvard. Kolejna wizytówka do pokazania na rodzinnych przyjęciach, kolejny „dowód” na to, że jednak nie jestem na straconej pozycji. Mój sprzeciw wyskoczył, zanim zdążyłam pomyśleć, czy to dobry pomysł krzyczeć na własną matkę.

– Nie. – Słowo zabrzmiało twardo, nieodwołalnie. – Nie Ethan ani Noah. Nie będę się z nikim „ustawiać”.

Serce waliło mi jak młotem. Czułam, że policzki mam gorące, jakby ktoś oblał mnie wrzątkiem.

Ojciec milczał ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Znałam to aż za dobrze – jego sposób na wszystkie problemy: nie patrzeć, nie mówić, przeczekać. Może dlatego mama zawsze wygrywała. Charlotte tylko skinęła głową, jakby mój wybuch był przewidywalny i kompletnie nieistotny. Zamiast się obrazić, przeszła do następnego etapu.

– Najpierw porozmawiam z Christiną. Zobaczymy, czy jej syn okaże zainteresowanie.

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jej słowa były rzucone lekko, jakby od niechcenia, a przecież rozgrywała w głowie całą strategię, która miała wprowadzić mnie w czyjeś życie bez mojej zgody. Dla niej to było jak zaplanowanie popołudniowej kawy, a nie przyszłości córki.

W tym momencie do pokoju weszła Alice, niosąc matczyną kopertówkę.

– Mamo! – krzyknęłam, bo ta jej spokojna, chłodna euforia zaczynała już dusić.

Charlotte nawet na mnie nie spojrzała.

– Szybko, mów, bo się spieszę – rzuciła.

Ojciec, jak zawsze w takich chwilach, po prostu wyszedł, zostawiając mnie na polu bitwy samą. Ponieważ tak było łatwiej.

Wzięłam głęboki oddech i usłyszałam w głowie głos, który szeptał: Powiedz cokolwiek, byle ją zatrzymać. Więc powiedziałam.

– Ja się ustatkuję – skłamałam i poczułam gorzki smak tego kłamstwa na języku. – Ale sama. Bez twojej pomocy. Mam już kogoś na oku.

Spłynęła na mnie ulga, jakby to wystarczyło, by zamknąć tę rozmowę. Najwyżej kogoś wynajmę, pomyślałam. Kogoś, kto przez kilka dni będzie udawał zakochanego. Zrobimy zdjęcia, opublikujemy je w sieci, a mama wreszcie poczuje, że wygrała.

Charlotte uniosła wzrok i spojrzała na mnie tak przenikliwie, że aż przeszły mnie ciarki.

– Jeśli go nie zobaczę do końca przyszłego tygodnia, to… – powiedziała cicho, lecz jej słowa były ostrzejsze niż wcześniej. – Zgodzisz się, bym sama znalazła ci kogoś z dobrego domu. Kogoś, kto poprawi twój wizerunek.

Odniosłam wrażenie, że w środku coś we mnie pęka. Z jednej strony opanował mnie gniew, z drugiej – strach. Wiedziałam, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę, ta kobieta naprawdę zorganizuje mi życie. I może po raz pierwszy nie będzie odwrotu.

Nie chciałam oddawać jej zwycięstwa. Ale w głowie huczała mi pustka. Nie miałam nikogo na oku. Nawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio naprawdę byłam zakochana, tak bez pamięci.

Z każdym ułamkiem sekundy ciężar ciszy narastał. A ja wiedziałam, że dla matki brak odpowiedzi oznaczał kapitulację. Noah Dash był gorszy niż ktokolwiek, kogo mogłaby wybrać. A już na pewno gorszy od kandydatów, których Charlotte trzymała w zanadrzu niczym kolekcję porcelany: młodych, majętnych, przewidywalnych.

– Zgoda – wyrzuciłam z siebie wreszcie. Głos miałam suchy, prawie obcy. – Obiecuję, że jeśli nie zobaczysz tej osoby do końca tygodnia, zgodzę się, żebyś znalazła mi Kena Deluxe.

Słowa ledwo przeszły przez moje gardło. Miałam wrażenie, że są zbyt przytłaczające, że zostaną we mnie na zawsze i będą mi przypominały o tej chwili słabości.

Charlotte rozpromieniła się natychmiast. Jej oczy zabłysły tym dziwnym triumfem, który zawsze towarzyszył sytuacjom, gdy zyskiwała nade mną przewagę.

– Cudownie – zaświergotała lekko, jakby mówiła o nowym naszyjniku, a nie o moim życiu. Zatrzymała się na progu, odwróciła głowę i dodała jeszcze jedno zdanie, które uderzyło we mnie mocniej niż cała ta rozmowa: – Selena byłaby dumna z twojego wyboru.

I wyszła.

Oczywiście, musiała o niej wspomnieć.

Za drzwiami rozległ się stukot obcasów, a chwilę później metaliczny dźwięk zamka od samochodu. Usłyszałam charakterystyczne mruczenie silnika. Auto odpaliło gładko, a potem odgłos poruszającego się pojazdu stawał się coraz mniej słyszalny, aż wreszcie całkowicie ucichł, ginąc w oddali.

Pokój znów spowiła cisza.

Sięgnęłam po telefon i przewinęłam dalej artykuły.

Corinne Moretti znowu w centrum plotek: Skandal, który nie milknie

Corinne Moretti nie może się powstrzymać: Zajęty mężczyzna na jej radarze

Moretti – rodzina pełna skandali. Jak wychowali córkę, która nie boi się łamać zasad?

Każdy tytuł brzmiał prawie identycznie, więc postanowiłam nie zaprzątać sobie tym głowy. Zamknęłam przeglądarkę i otworzyłam grupę z przyjaciółkami.

Czat grupowy: plotkara 2.0

Ja:

Dziewczyny, ratunku!

Nancy:

Co się stało?

Ja:

Moja matka kompletnie zwariowała.

Nancy:

To znaczy?

Ja:

Chce zaaranżować mój związek z Ethanem Rosettem.

(Tak, TYM Ethanem).

Blair:

Ooo, to brzmi jak fabuła taniego romansu. „Dziewczyna kontra zaaranżowana miłość”.

Nancy:

Blair!

Ja:

Bardzo zabawne.

Nancy:

Ale ona mówiła serio, prawda?

Ja:

Niestety. Jest jeszcze lepiej: przez przypadek powiedziałam jej, że mam kogoś na oku. I że pozna go w przyszłym tygodniu.

Nancy:

Nieee. Corinne! Skąd ty niby weźmiesz chłopaka w tydzień?!

Ja:

Nie wiem. Może wynajmę jakiegoś, żeby tylko udawał.

Blair:

Albo zrób casting.

Nancy:

Blair! To nie jest śmieszne!

Blair:

Wiem.

Blair:

Corinne, matka nie może Ci tak układać życia. Wiem, że to trudne, ale jeśli zaczniesz udawać, tylko się w to bardziej wplączesz.

Ja:

Myślisz, że nie wiem? Ale to jedyny sposób, żeby się od niej na chwilę uwolnić.

Blair:

W takim razie… dobrze. Uda się nam.

Nancy:

Czyli?

Blair:

Czyli znajdziemy kogoś, kto nie tylko zagra jej chłopaka, ale także sprawi, że Charlotte Moretti po raz pierwszy w życiu nie będzie wiedziała, co powiedzieć.

Nancy:

Zaraz u Ciebie będę!

Odłożyłam telefon na marmurowy stolik. Powiadomienia wciąż migotały, ale ja wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę garderoby, myślami już przy planie awaryjnym. Musiałam coś wykombinować – nawet drobny szczegół miał znaczenie. Zacznę od stroju, pomyślałam. Bo jeśli los się do mnie uśmiechnie, może uda mi się znaleźć kogoś, kto zgodzi się udawać mojego chłopaka na tej domówce u Liona Zanetti. Kogoś, kto będzie wyglądał przekonująco, uśmiechał się w odpowiednich momentach i sprawiał wrażenie, że jestem zakochana.

***

Od samego progu wiedziałam, że przyjazd tutaj to zły pomysł. Już w samochodzie miałam przeczucie, że powinnam była zostać w domu, zrobić sobie herbatę i włączyć jakiś ckliwy film, który skończyłby się przewidywalnym happy endem. Zamiast tego stałam teraz pośród tłumu, w dusznym salonie pełnym śmiechu, głośnej muzyki i obcych ludzi.

Nancy, jak zwykle pełna energii, uznała, że to idealna okazja, by znaleźć mi chłopaka. Od pół godziny traktowała tę misję jak projekt życia. Krążyła wokół mnie, rozglądała się po pokojach i przy każdej okazji szturchała mnie w bok ze słowami: „A ten?”.

– No a na przykład Lukas? – zapytała teraz, kiwając głową w stronę chłopaka, który właśnie stał na rękach i pił piwo prosto z beczki, podczas gdy jego koledzy odliczali głośno do dziesięciu.

– Nie – odpowiedziałam krótko. Kolejny raz.

Nancy przewróciła oczami i natychmiast znalazła następny „cel”.

– A Wesley? – Wskazała na wysokiego blondyna przy kanapie, który w tym samym czasie obejmował dwie dziewczyny i całował je na zmianę, jakby prowadził jakiś dziwaczny konkurs.

– Nie chcę złapać opryszczki – mruknęłam, a Nancy wybuchnęła śmiechem, kręcąc głową.

– No to może Levi? – Tym razem jej palec powędrował w stronę chłopaka w koszuli od projektanta, który stał przy barze i, zamiast rozmawiać z kimkolwiek, robił selfie w lustrze, starannie poprawiając włosy.

– Wygląda, jakby był bardziej zakochany w swoim odbiciu, niż kiedykolwiek mógłby być w kimkolwiek innym – parsknęłam.

Nancy westchnęła teatralnie.

– Ty chyba nikogo nie lubisz.

– Bo tu nie ma nikogo, kogo mogłabym polubić – odparłam sucho.

W większości wydawali się w porządku, może nawet atrakcyjni – ale o to nie chodziło. Wyobrażałam sobie ich przy moim boku, w tych wszystkich sytuacjach, które były dla mojej matki tak ważne: kolacje, zdjęcia, przyjęcia. I wszyscy wyglądali jak katastrofa wizerunkowa, jak pułapka, z której później musiałabym się tłumaczyć.

Chłopcy z Harwood High Schoolmieli tę specyficzną aurę bogactwa i pewności siebie, która bardziej odpychała, niż przyciągała.

Wolałabym sto razy siedzieć sama w swoim pokoju, niż udawać, że weszłam z którymś w związek.

– Idziemy się czegoś napić? – zapytała Nancy. W jej oczach był ten błysk, który oznaczał, że ma już jakiś plan. – Wiesz co, ja chyba jednak przyjdę do ciebie później – dodała, wpatrując się gdzieś w tłum. Zatrzymała wzrok na blondasku, Lionie Zanettim.

– Jesteś pewna? – spytałam, czując nagły przypływ opiekuńczości. – Mogę ci dotrzymać towarzystwa.

– Nie, nie. – Zaśmiała się cicho. – Wiem, co robię.

– Okej, jak chcesz. Ale gdyby coś się działo, to mnie znajdź. Będę w kuchni.

– Jasne – rzuciła jeszcze przez ramię, a potem zniknęła w tłumie, zostawiając mnie samą wśród nieznanych twarzy, gwaru i basów, które drażniły moje uszy.

Idealny wieczór, pomyślałam z lekkim sarkazmem, kierując się w stronę kuchni. Tam przynajmniej dostrzegłam mniej ludzi, a przy okazji suszyło mnie gardło – miałam ochotę na coś gazowanego. Alkohol omijałam szerokim łukiem. Moja głowa nie była zbyt odporna, a bez Nancy u boku nie miałam zamiaru ryzykować testowania swojej wytrzymałości.

Gdy stanęłam w progu kuchni, drogę zablokowała mi Livia – narzeczona Noaha, która najwyraźniej albo przyszła po coś do picia, albo po prostu czekała, aż zamienimy kilka słów.

Miała dziewiętnaście lat. Tylko o rok starsza ode mnie, a już zdążyła przywdziać etykietkę „narzeczonej Noaha Dasha” – tytuł, który w naszym świecie znaczył o wiele więcej, niż się wydawało. Poznali się ledwo dwa miesiące temu, a już byli po „zaręczynach”. Ich relacja przypominała bardziej podpisany kontrakt niż romantyczną historię – układ zawarty przez ich rodziny, mający na celu umocnienie władzy, wpływów, nazwisk. Livia nie została wybrana przypadkowo. Była córką znanej modelki, miała odpowiedni wizerunek i twarz, która pojawiała się w branżowych magazynach częściej niż niektóre reklamy.

– Corinne – zaczęła spokojnie, gdy stanęła tuż przede mną.

Podniosłam wzrok i nie spuszczałam go z jej twarzy. Ta dziewczyna była naprawdę piękna. Jej porcelanowa skóra lśniła, jakby została stworzona z czystego alabastru, a ciemne, lśniące włosy delikatnie opadały na ramiona.

– Livio, jak się masz? – zapytałam, nie odrywając od niej oczu.

– Dziękuję, że go sprawdziłaś – powiedziała opanowanym głosem.

Oczywiście chodziło jej o Noaha. Spotkanie w klubie, cała ta inscenizacja – Livia wszystko zaplanowała. Nie dotknęłabym tego chłopaka nawet za miliard dolarów, gdyby nie to, że mogłam jej tym pomóc. Zależało jej na tym, by mieć podstawy do oskarżenia go o zdradę, by móc wyrwać się z układu, który ich łączył.

– I co teraz? – zapytałam, unosząc lekko brew.

– Teraz mam powód, by zerwać umowę – odpowiedziała z chłodnym spokojem.

– Wspaniale. W takim razie wznieśmy toast za to, że wreszcie pozbędziesz się Noaha Dasha – rzekłam, nalewając sobie do kubka Coca-Colę, a jej wódkę do kieliszka.

– Chętnie – mruknęła cicho i uniosła szkło w geście toastu.

Livia wypiła zawartość kieliszka za jednym razem, a jej twarz pozostała niezmieniona – maska niewzruszonego spokoju. Odstawiła szkło na blat i odgarnęła włosy za ucho.

– Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować. Na pewno nie chcesz żadnej zapłaty? – zapytała Liv, unosząc brew z lekkim niedowierzaniem. – Serio, jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować, po prostu daj znać. Jestem ci naprawdę wdzięczna.

– Spokojnie, Liv. Nie musisz się odwdzięczać – odparłam, wzruszając ramionami i pozwalając sobie na lekki uśmiech. – Po prostu nie znoszę facetów, którzy myślą, że mogą bezkarnie traktować innych jak śmieci. A jeśli przy okazji mogę wywołać mały skandal… cóż, nie zamierzam narzekać – dodałam z nutą rozbawienia w głosie.

To wszystko wyszło zupełnie spontanicznie. Plan zrodził się gdzieś między trzecią piosenką w klubie a spojrzeniem, które Noah rzucił Livii – spojrzeniem pełnym lekceważenia, jakby była jego weekendową rozrywką, nie człowiekiem. Widziałam, jak Liv coraz częściej opuszczała wzrok, jak z każdym kolejnym spotkaniem z nim stawała się coraz bardziej wycofana. A on? Zachowywał się tak, jakby traktował ją tylko jako dodatek do swojego ego.

Wczoraj wszystko się zgrało w tym klubie. Poprosiłam ją, żeby na chwilę zniknęła w łazience. Resztą zajęłam się sama – z klasą, precyzją i odrobiną skandalu, jak przystało na Moretti. Zależało mi, żeby Liv w końcu mogła odetchnąć. Żeby miała szansę wyrwać się z tej układanki, zanim zupełnie ją pochłonie.

Do kuchni wszedł Chase. Trzymał w dłoni butelkę whiskey.

– Coś mnie ominęło? – zapytał, zerkając na mnie i Livię.

– Właściwie nie – odpowiedziałam, odwracając się w jego stronę. – Po prostu celebrujemy koniec pewnej… umowy.

Chase uniósł brew, ale nie drążył tematu.

Uśmiechnęłam się, unosząc kubek ze swoją Coca-Colą.

Livia popatrzyła na nas przez chwilę, a potem odeszła bez słowa w stronę salonu. Zostaliśmy sami – ja i Chase.

– Zapijasz smutki? – zapytałam, nawiązując do zakończenia jego związku z dziewczyną.

– Ona radzi sobie doskonale, więc ja również – odpowiedział, rzucając mi lekki, ledwo zauważalny uśmiech. – Prawda?

Jego słowa odnosiły się do Zoe, członkini mojej drużyny cheerleaderek. Zdecydowanie przechylił kieliszek whiskey, opróżniając go w całości.

Postanowiłam udać się w kierunku innych, szukając przestrzeni, by odpocząć. Wyszłam na taras, gdzie wszyscy bawili się w kolorowym świetle lamp. Usiadłam na jednym z ogrodowych krzeseł. W tle leciała muzyka, a ja, trochę nieobecna, myślałam o Nancy. Zazwyczaj nie zostawiałam jej samej na imprezach, ale od jakiegoś czasu bardzo jej zależało, żeby pogadać z Lionem.

Wyciągnęłam telefon i zaczęłam przeglądać Instagram, odpisując na wiadomości. W międzyczasie cała grupa ludzi przeniosła się do jakiejś gry – chyba w butelkę. Kompletnie nie moje klimaty, więc nie czułam się zobowiązana, żeby tam iść.

Po cichu nuciłam refren piosenki Lady Gagi, kiedy zauważyłam, że na podjeździe zaparkował samochód. Drzwi się otworzyły, a z auta wysiadł Aslan. Po chwili pojawił się kolejny samochód, z którego wyszła kobieta. Aslan pocałował ją w policzek na powitanie. Miałam to zignorować, ale po sekundzie zorientowałam się, że to Molly – ta sama Molly, która publicznie krytykowała poglądy jego rodziny.

Od razu się skupiłam. To mogło być coś wartego uwagi. Wyjęłam telefon i spróbowałam ukradkiem zrobić zdjęcie, zwłaszcza gdy Molly wręczała Aslanowi jakieś dokumenty. W głowie pojawił mi się plan – to może się przydać w razie jakiejkolwiek kłótni.

Tymczasem Molly i Aslan oddalili się od podjazdu i przeszli bliżej tarasu, obok którego stał basen. Chciałam się szybko i cicho wycofać z tarasu, tak żeby Aslan mnie nie zauważył. Ale nie spostrzegłam rozlanego napoju i się poślizgnęłam. Wszystko wydarzyło się w krótkiej chwili – chwiejny krok, krzyk i plusk. Wpadłam prosto do basenu, natychmiast otoczyła mnie zimna woda.

Aslan, który oczywiście wszystko słyszał, podszedł do brzegu basenu. Chyba było mu za ciepło, bo zdjął bluzę i rzucił ją na krzesło. W jego oczach zauważyłam coś pomiędzy rozbawieniem a ironią. Nie miałam jak wyjść – byłam cała mokra, a strój średnio nadawał się do pokazywania przy tylu ludziach.

– Idealna pora na kąpiel, co? – rzucił tym swoim typowym, trochę zadziornym tonem.

Spróbowałam odpowiedzieć, ale zaczęłam kaszleć – trochę wody chyba dostało mi się do płuc. W końcu podpłynęłam do brzegu.

– Bardzo zabawne, Aslanie. Może zamiast się śmiać, pomożesz mi wyjść? – powiedziałam, z trudem powstrzymując irytację.

Wyciągnęłam do niego rękę. Odłożył telefon i jakąś teczkę na stolik, po czym się pochylił, żeby mi pomóc – i wtedy go zaskoczyłam. Mocno pociągnęłam jego dłoń i z pluskiem wpadł do wody.

– Myślisz, że to idealna pora na kąpiel? – sparodiowałam go zadowolona, zerkając na niego kątem oka.

Przez chwilę patrzył na mnie, po czym uśmiechnął się szeroko, zupełnie jakby go to bawiło, a nie wkurzało.

– Corinne Moretti i Aslan Velleri w basenie – powiedział z rozbawieniem. – Świetny temat dla mediów. Zwłaszcza dla tego gościa z aparatem, który czaił się przy bramie.

Zerknęłam w tamtym kierunku i rzeczywiście – między krzewami kręcił się jakiś typ z aparatem. Paparazzi pojawiali się wszędzie, ale tu pewnie chodziło głównie o niego – syna senatora.

– No dalej. – Uśmiechnął się, cały czas z tym pewnym siebie grymasem. – Chcesz podgrzać atmosferę i jeszcze bardziej wkurzyć naszych rodziców?

Dla nas to była zabawa.

Robiliśmy to celowo – nigdy nie brakowało powodów, by ich zdenerwować. Czasem chwytaliśmy się za ręce, czasem obejmowaliśmy przy świadkach. Nasze rodziny od lat żyły w niechęci – stara sprzeczka, która nie umiała umrzeć.

Westchnęłam i lekko zmarszczyłam brwi, dając mu znak, że idę w to.

– A ty, Aslanie? – zapytałam. – Co powie na to twój wewnętrzny buntownik?

Jego uśmiech się powiększył, ale w spojrzeniu dostrzegłam ostry błysk.

– Dzisiaj nie jestem w nastroju przez ojca – odparł spokojnie. – Nic mi tak nie poprawi humoru jak wyprowadzenie go z równowagi.

Podpłynęłam bliżej. Byliśmy tak blisko, że pamięć sama podsunęła obraz tamtego dnia, gdy uratował mnie od potrącenia samochodem przed meczem z Easton. Pociągnął mnie w ostatnim momencie i razem wylądowaliśmy na trawie. Od tamtej chwili przestał być tylko irytującym rywalem. Nadal się kłóciliśmy – czasem ze złością, czasem dla zabawy – ale coś się zmieniło.

Wpatrywałam się w niego i poczułam, że rodzi się we mnie szalony pomysł. Głupi, genialny i idealnie dopasowany do tej pogmatwanej sytuacji.

Nie pozwolę, żeby moja matka urządziła mi „dobraną” parę z jakimś hokeistą w wersji Ken Deluxe tylko dlatego, że ładnie wychodzi na zdjęciach i jego ojciec ma sklepy w Tokio.

A gdyby tak zagrać na jej warunkach, tylko po swojemu? Pokazać, że nie jestem porcelanową lalką wystawioną w witrynie. Pojawić się z kimś, kogo ona by nigdy nie zatwierdziła. Z kimś, kto byłby wszystkim, czego ona nie zaakceptuje.

Z kimś takim jak on.

Spojrzałam mu prosto w oczy i nagle poczułam, że odzyskuję kontrolę.

– Proponuję układ – rzuciłam, nie odrywając od niego wzroku.

Zaskoczyło go to, ale nie wyglądał na zdenerwowanego.

W tle błysk flesza przeciął półmrok.

– Układ? – zapytał z ciekawością. – I na czym on miałby polegać, Moretti?

– Udawana para. Publicznie. Na wszystkich rodzinnych wydarzeniach. Na przyjęciach. Na zdjęciach. Będziemy robili to perfekcyjnie.

Na chwilę zastygł, zaskoczony precyzją mojej propozycji, ale bez cienia niepokoju. Jego dłoń niespodziewanie spoczęła przy mojej szyi – delikatnie, a jednak z tym charakterystycznym zdecydowaniem. Jakby chciał zatrzymać tę sekundę w kadrze pamięci, jakby sam wyczuwał jej wagę.

Znowu błysk flesza w oddali.

Uśmiechnęłam się, zbierając myśli. Nie miałam zamiaru improwizować – każde dobre przedstawienie wymagało scenariusza.

– Proste zasady – zaczęłam powoli, żeby każde słowo ułożyło się w plan. – Po pierwsze: publiczne uściski, pocałunki „dla show”, czułe gesty na przyjęciach, zdjęcia, które trafią tam, gdzie trzeba. Po drugie: granice prywatności, czyli na razie tylko odgrywanie. Nie wplączemy w to nikogo poza rodziną i swoimi przyjaciółmi. Po trzecie: czas trwania do końca roku szkolnego. To wystarczająco długo, żeby zamieszać, ale nie na zawsze. Sprawiedliwie?

– Corinne, nie wiem, czy wszystko z tobą w porządku, ale… – zbliżył się do mnie – wchodzę w to.

Powiedział to tak szybko, że aż mnie zaskoczył. Myślałam, że się zawaha. Ale nie. Zgodził się od razu.

– A co z Dashem? – zapytał podejrzliwie. – Nie chcę być z dziewczyną, która mnie zdradza.

– Czyli zgadzasz się na ten „związek”? – rzuciłam. – Noah to nic poważnego. Miałam go tylko sprawdzić dla Livi.

Powietrze zrobiło się gęste. Już nie tylko gadaliśmy – coś się między nami naprawdę zmieniało. Patrzył na mnie długo, a potem jego wyraz twarzy zrobił się bardziej zdecydowany.

– Na nasz związek – powiedział z tą swoją typową pewnością siebie. – Ale mam jedno pytanie. Czy to znaczy, że mogę pocałować Corinne Moretti? Tak, żeby przypieczętować naszą umowę?

W jego oczach zobaczyłam znajomą iskrę. To znowu była gra. Ale tym razem oboje wiedzieliśmy, że nie chodzi już tylko o zabawę. Staliśmy na tej samej linii startu. I oboje wiedzieliśmy, że kto pierwszy się wycofa, przegrywa.

Zrobił krok w moją stronę. Zatrzymałam go, kładąc rękę na jego klatce piersiowej.

– Nie tak szybko, gwiazdorze. Na to trzeba zasłużyć – powiedziałam spokojnie, choć w środku aż mnie nosiło.

Zrobiłam zwrot i wyszłam z basenu, czując, jak zimne powietrze natychmiast uderza w mokrą skórę. Drobne ciarki przemknęły po ramionach, a krople spływały po mnie jak sznurki pereł, zostawiając ślady na kafelkach. Po drodze schyliłam się i podniosłam telefon. Ekran miał kilka smug po wodzie, ale na szczęście nie był pęknięty. Cudem nie rozbił się o podłogę.

– Jak niby mam zasłużyć?! – zawołał za mną Aslan, tonem bardziej rozbawionym niż urażonym. W jego głosie zabrzmiało to typowe dla niego wyzwanie, jakby już się szykował na kolejną rundę gry, w której oboje braliśmy udział.

Zatrzymałam się na chwilę i spojrzałam w bok, nie do końca w jego stronę, raczej gdzieś w przestrzeń. I wtedy przyszło mi do głowy coś kompletnie absurdalnego. Totalnie głupiego. Ale w dziwny sposób pasującego do tej sytuacji.

Odwróciłam głowę i z uśmiechem rzuciłam przez ramię:

– Jutro chcę od ciebie dostać kartkę z komplementem. Ręcznie napisaną. Wiesz, coś w stylu tego, jak Peter Kavinsky pisał do Lary Jean.

Aslan zmarszczył brwi, a na jego twarzy pojawiło się autentyczne zdziwienie. Wyglądał, jakby próbował rozszyfrować, czy właśnie wymyśliłam jakieś nowe przekleństwo.

– Kto to, do cholery, ten Peter?! – zawołał z wody.

Nie zatrzymując się, sięgnęłam po jego bluzę, która wisiała niedbale na krześle. Materiał był miękki, jeszcze ciepły od słońca, i pachniał jego perfumami – mieszanką czegoś świeżego. Narzuciłam ją na ramiona i idąc w stronę drzwi, rzuciłam jeszcze:

– Obejrzyj Do wszystkich chłopców, których kochałam. Mój chłopak musi znać mój ulubiony film. A potem pogadamy. Może wtedy zasłużysz na „nagrodę”.

Nie czekałam na jego odpowiedź. Oddaliłam się, zanim zdążył wyjść z wody albo rzucić kolejną zaczepką. Drzwi na taras zamknęły się za mną cicho, a ja od razu poczułam, jak telefon wibruje w dłoni. Na ekranie czekała wiadomość.

Lion:

Odwiozłem Nancy do domu.

Poczułam ulgę. Ona była bezpieczna, więc mogłam spokojnie wracać. Odetchnęłam i szybko wystukałam wiadomość do Simona.

Ja:

Możesz po mnie podjechać?

Palce wahały się nad klawiaturą, zanim napisałam jeszcze jedną krótką wiadomość do dziewczyny z gazetki szkolnej. Nie mogłam teraz sobie pozwolić, żeby plotka uciekła w niekontrolowany sposób – lepiej, żebym miała kogoś po swojej stronie, kto poda historię tak, jak ja tego chcę.

Mocniej otuliłam się bluzą, wsuwając w nią dłonie. Pachniała nim, intensywnie, niemal przytłaczająco, jakby chciała mi przypomnieć, że wciąż tu był, nawet jeśli zostawiłam go kilka kroków za sobą. I przez moment, mimo całego chaosu wokół, poczułam dziwną ekscytację.

ROZDZIAŁ 3

Poeta romantyczny

Aslan

Spojrzałem na ekran telefonu. W tytule wspomniano o „nowej parze z Harwood High School”, a na blogu jednej z uczennic pojawiło się już nawet specjalne „śledztwo” w tej sprawie. Przewinąłem niżej, a uśmiech sam wypłynął mi na twarz. No proszę, wystarczył jeden wieczór i już mieliśmy swoją małą sensację.

Oczywiście moi przyjaciele wiedzieli o wszystkim, jeszcze zanim pojawiłem się w szkole. Uprzedziłem ich, że wchodzę w udawany związek z Corinne Moretti, i jak można się było spodziewać, nikt nie zrobił z tego wielkiej sprawy.

Czy miałem odmówić, skoro pojawiła się szansa, by znaleźć się bliżej Cori? Dziewczyny, która od dawna siedziała mi w głowie jak jakiś niewyraźny sen – uparty, intrygujący, pełen sprzeczności. Marzyłem o tym, żeby się do niej zbliżyć. Nawet jeśli mieliśmy tylko podjąć grę. Nawet jeśli to wszystko było tylko tymczasowe.

– Romeo i Julia, wersja druga – mruknął James, zadowolony z tej romantycznej farsy. Popijał sok przez różową słomkę, jakby występował w jakimś amerykańskim filmie.

Lion tylko uniósł brwi, ale na jego twarzy zagościł cień uśmiechu.

– A ja tam się cieszę – rzucił, zerkając na mnie. – Łatwiej poznam Nancy.

– Aslan Velleri widziany w intymnej chwili z dziedziczką fortuny, Corinne Moretti – przeczytał James z udawaną powagą, przewijając ekran. – Dziennikarska robota na medal.

– Spisali się – skwitował Lion, po czym otworzył mój zeszyt i bez cienia wstydu zaczął przepisywać zadania z matematyki.

Z tym przedmiotem nigdy nie miałem problemu, ponieważ większość materiału znałem z poprzedniej szkoły. To był mój język.

– Aż za dobrze – powiedział James, wpatrzony w ekran. – Stary, jedno z tych zdjęć wygląda, jakbyście się mieli zaraz pocałować. Internet już szaleje. Corinne zrobiła to, żeby dopiec Charlotte. A ty?

– Bo tak się złożyło, że ona wraca – odpowiedziałem spokojnie, ale poczułem, że głos mi lekko drży.

– Layla? – zdziwił się James, unosząc brew.

– Tak – przytaknąłem.

– Ta twoja psychopatyczna była? – zapytał Lion i schował telefon do kieszeni.

– Cholera, Aslanie… – powiedział Lion, marszcząc czoło. – To wcale nie brzmi dobrze. Ta wariatka zaraz okręci sobie wokół palca ciebie i twoich rodziców.

– Mnie już nie – odpowiedziałem. – Ale rodziców owszem. Przeszedłem przez humorki Layli, jej szantaże, manipulacje. Nie dałaby rady ponownie mnie w sobie rozkochać. To minęło. Ale wiem, że Margaret oszaleje, gdy się dowie, że Layla niedługo znów się tutaj pojawi.

– Po co ona w ogóle przyjeżdża? – zapytał Lion, kręcąc głową, jakby nie mógł pojąć całej sytuacji.

– Napisała mi tylko w SMS-ie, że musimy zamienić kilka słów – odparłem z namysłem, starając się nie ujawniać zbyt wielu emocji. – Chociaż szczerze mówiąc, niezbyt mam ochotę z nią rozmawiać. Nie wiem, co by mogła wymyślić, a nie chcę dać się wciągnąć w kolejną jej grę.

– Dobrze się złożyło z tym twoim udawanym związkiem z Corinne – powiedział Lion, wymieniając spojrzenia z Jamesem. – Ale serio, myślisz, że to dobry pomysł: wciągnąć w to dziewczynę, która naprawdę cię interesuje, i jednocześnie stawiać ją w sytuacji, gdzie musi poznać twoją psychopatyczną byłą?

James siedział obok, milcząco słuchając naszej rozmowy, jakby chłonął każdy szczegół i każdą napiętą nić między słowami.

– Za późno już na myślenie – odparłem pewnie. – Corinne potrzebuje mojej pomocy i zrobię to bez wahania.

W duchu dodałem jeszcze coś, czego nie mówiłem na głos: dla Corinne Moretti byłbym gotów zrobić naprawdę wszystko.

James spojrzał na zegarek, westchnął cicho, po czym poderwał się z krzesła, otrzepując z koszuli okruszki po kanapce.

– Dobra, panowie, muszę iść zmazać tablicę – rzucił.

– Od kiedy ty taki pilny uczeń? – zapytał Lion, patrząc na Jamesa, który zarzucał torbę na ramię.

– Od kiedy poznał Blair – odpowiedziałem za Jamesa, nim ten zdążył się odezwać.

Lion wybuchnął śmiechem i zrobił głupkowatą minę, unosząc brwi w udawanym podziwie.

Prawda była taka, że James Vancheva całkiem stracił głowę dla Blair – dziewczyny o rok młodszej, która niedawno dołączyła do szkoły, przyjaciółki Corinne.

– Skoro zostało nam jeszcze trzydzieści minut do kolejnej lekcji, to chociaż zdążę pogadać z Blair.

Przerwy zazwyczaj trwały równe dwadzieścia minut, ale dzisiaj mieliśmy odwołaną jedną lekcję.

Odprowadziłem go wzrokiem, po czym zerknąłem na Liona spod przymrużonych powiek. Dzisiejsze zmęczenie naprawdę dawało mi się we znaki.

– Mam do ciebie pytanie – powiedział w tym samym momencie, patrząc na mnie uważniej. – Dlaczego nie spałeś w nocy? Szybko się zmyłeś z imprezy, więc pomyślałem, że pewnie szybciej zapadniesz w sen. Ale ty nie zmrużyłeś oka, prawda? Te twoje podkowy pod oczami mówią wszystko.

– Corinne kazała mi obejrzeć jej ulubiony film – odpowiedziałem zupełnie poważnie.

– Serio? Spędziłeś noc na oglądaniu jej ulubionego filmu? Powiedz, że to nie skończy się tak, jak z Laylą – odparł Lion z troską.

– Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą. Po prostu mnie wciągnął. Nawet obejrzałem drugą część.

– Jaki to film? – zapytał Lion z lekkim niedowierzaniem.

– Do wszystkich chłopców, których kochałam – rzuciłem bez emocji.

W tej samej chwili Lion wybuchnął śmiechem. Kilka dziewczyn z rogu stołówki odwróciło się w naszą stronę i posłało nam pogodne spojrzenia.

Nie byliśmy może najprzystojniejsi, ale na pewno rozpoznawalni. Ja – kapitan drużyny i syn senatora, Lion – mistrz imprez, James – facet z tysiącem pomysłów na minutę i z tą charyzmą, która sprawiała, że wszyscy chcieli się z nim kolegować.

W Harwood High School uczyły się głównie dzieci zamożnych i wpływowych rodzin. Uczniowie z mniej uprzywilejowanym zapleczem stanowili mniejszość.

– Oglądałeś ckliwe romansidło dla Corinne Moretti?

– Nie tylko oglądałem – westchnąłem. – Ona też chciała, żebym… – Zawahałem się, zanim dokończyłem, bo wiedziałem, jak to zabrzmi. – Żebym napisał jej karteczkę, taką jak Peter pisał Larze Jean.

Lion uniósł brwi, marszcząc czoło, jakby usiłował połączyć kropki.

– Peter… Lara Jean… – mruknął pod nosem, po czym jego twarz rozjaśniła się w nagłym olśnieniu. – Aaa, czekaj, chyba kojarzę. Lydia szalała na punkcie tego filmu – westchnął teatralnie. – No ale Lydia to Lydia. Ona ogląda wszystko, w czym są więcej niż dwa pocałunki.

– A ja dałem się w to wciągnąć – powiedziałem z udawanym dramatyzmem.

– Brzmisz jak ktoś, kto właśnie zaczyna mieć przesrane.

– Dzięki – rzuciłem z przekąsem. – To jest dokładnie to, co potrzebowałem usłyszeć.

– Zawsze do usług. No ale dobrze, pokaż mi jedno ze swoich „arcydzieł”. Co tam jej napisałeś?

Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem różową karteczkę złożoną na pół – ledwo zdążyłem ją rano dokończyć. Podałem Lionowi, a on od razu ją rozłożył i zaczął czytać na głos, trochę się przy tym naśmiewając:

– „Twój uśmiech to mój ulubiony widok”.

– No co, nie jest źle, prawda? – rzuciłem z udawaną pewnością siebie, choć w środku czułem lekki chaos.

Lion parsknął śmiechem.

– Aslanie, serio: to jest takie przesłodzone, że aż boli.

– Ale działa, co nie? – Próbowałem wyglądać na pewnego siebie.

– Nie wiem, czy na nią, ale na mnie zrobiłeś wrażenie, że ci całkiem odbiło – odparł, ledwo powstrzymując kolejny śmiech.

Przewróciłem oczami i schowałem karteczkę z powrotem do kieszeni.

– Śmiej się, ile chcesz. Ale wiesz co? Jeszcze zobaczysz, że zacznie mnie lubić.

– Wiesz, w co ja bym prędzej uwierzył?

– No w co? – zapytałem zaciekawiony.

– Że James wyrwie Blair, rysując na tablicy sinusoidę i deklarując, że „ta fala to jego uczucia”.

Wywróciłem oczami.

– Ale skoro już jesteśmy w krainie fantazji, to… czemu nie? Aslan Velleri. Poeta. Romantyk. Ambasador serduszek na karteczkach.

Parsknąłem śmiechem.

Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz zarwałem noc dla czyjegoś ulubionego filmu. A już na pewno nie po to, żeby pisać liściki. Miłosne. Ręcznie. Na różowych karteczkach. Nawet dla Layli nigdy się w to nie bawiłem.

Lion znowu skwitował moją wypowiedź śmiechem. Ten jego śmiech – głośny, szczery i trochę zaprawiony złośliwością – był zaraźliwy. Mimowolnie zacząłem się czuć rozbawiony.

Wtedy w kieszeni poczułem znajome wibracje. Wyciągnąłem telefon i zerknąłem na ekran. Zobaczyłem wiadomość na Messengerze.

Corinne:

I jak tam seans filmowy? Zadanie wykonane? xoxo

– Co tam? – zagadnął Lion, unosząc brew.

Wzruszyłem ramionami, próbując udawać, jakby to nic nie znaczyło.

– To tylko moja dziewczyna – rzuciłem z obojętnością, której zupełnie nie czułem. W środku coś mi drgnęło. Jakieś ciche, przyznane przed samym sobą „o cholera”.

Lion spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek, z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.

– Stary, zaczynam się o ciebie martwić.

Odpisałem szybko.

Aslan:

Mhm, wykonane.

W tym samym momencie Lion szturchnął mnie lekko łokciem i spojrzał znacząco w stronę drzwi.

Podniosłem wzrok.

Stała tam.

Corinne.

Opierała się nonszalancko o framugę drzwi. Uśmiechała się lekko, z tą swoją rozbrajającą pewnością siebie.

Czarny, krótki sweterek z dekoltem w łódkę odsłaniał jedno ramię. Włożyła plisowaną spódnicę w ciemną kratę, teoretycznie część mundurka. Do tego czarne podkolanówki i ciężkie loafersy, które kontrastowały z jej drobną sylwetką. Włosy miała zebrane w niedbałego koka, kilka pasm opadało swobodnie na twarz.

Telefon zawibrował drugi raz. Spojrzałem na ekran – kolejna wiadomość.

Corinne:

Podejdź do mnie na moment. Mamy do odegrania scenkę.

Zmarszczyłem brwi. Scenkę?

Pochyliłem się i pokazałem wiadomość Lionowi. Rzucił okiem, a potem tylko westchnął z rozbawieniem i poklepał mnie po ramieniu.

– Powodzenia, stary.

W poszukiwaniu intymności i spokoju przeszliśmy na korytarz, gdzie wręczyłem jej różową karteczkę. Staliśmy naprzeciw siebie, a cisza zrobiła się dziwnie gęsta, jakby ten drobny gest przesunął granicę, której nie sposób było teraz cofnąć. Spojrzałem na nią – wpatrywała się w kartkę.

– Więc… – zaczęła tym swoim typowym kąśliwym tonem – obejrzałeś ten film do końca czy tylko udawałeś, żeby nie wyglądać jak totalny mięczak?

– Obejrzałem. Drugą część też. I nie zasnąłem ani razu, więc chyba nie taki ze mnie mięczak – rzuciłem z udawanym triumfem.

Corinne uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona, jakby się nie spodziewała, że dam radę. Karteczkę schowała do zeszytu, a ja poczułem się trochę tak, jakbym właśnie zdał trudny egzamin.

– Wow, prawie jak wyznanie miłości – mruknęła z sarkazmem. – Ale nie mów mi, że teraz masz zamiar przejść do kolejnego etapu: „Aslan pisze wiersze”?

– Jeszcze nie, ale wiesz… nigdy nie mów nigdy. A poza tym, czy to nie ty mnie do tego nakłoniłaś? – odpowiedziałem z udawaną skruchą.

– O tak, właśnie dlatego jesteś moim osobistym poetą z przymusu. – Parsknęła śmiechem. – Co będzie następne? Może nauczysz się robić koktajle i staniesz się moim barmanem na żądanie?

– Już masz swoje zamówienie? – zapytałem złośliwie.

– Na razie tylko jedno: przestań udawać, że nie masz do mnie słabości.

– O, proszę, a tobie coś się w oczach świeci czy to tylko odbicie tego twojego wielkiego ego?

– To ego świeci jaśniej niż twoje marne próby bycia romantycznym – odparła, podeszła bliżej i złapała mnie lekko za ramię.

Zatrzymaliśmy się przy jej szafce. Ludzie mijający nas rzucali spojrzenia, które mogłyby oznaczać zazdrość, ciekawość albo po prostu rozbawienie naszą scenką.

– Wyglądasz dziś wyjątkowo przytomnie – rzuciła z ironicznym uśmiechem. – To chyba jakiś cud, skoro zarwałeś noc dla filmu.

– Przypominam, że to ty mnie zmusiłaś, a nie ja sam się na to zdecydowałem. Więc jeśli coś tu jest „cudem”, to moja wytrzymałość – odparłem, udając obrażonego.

– Jasne, cudak – powiedziała i… celowo nadepnęła mi na stopę.

– Co to było? – syknąłem przez zaciśnięte zęby.

– Kara za lekceważenie klasyków.

– Następnym razem zrobię ci maraton horrorów. To naprawdę będzie test odwagi – odpowiedziałem z uśmiechem.

– Horrory? Twoje życie uczuciowe to horror, Aslanie – rzuciła bez zawahania, a jej uśmiech był jak triumf. – W końcu odkąd zamieszkałeś w Waszyngtonie, nie widziałam cię z żadną inną dziewczyną.

Miałem na końcu języka stwierdzenie: „To przez ciebie, Corinne Moretti, bo to ty nie umiesz mi wyjść z głowy, odkąd cię poznałem”.

Obok nas przechodziła grupa uczniów, rzucając spojrzenia, które mogłyby znaczyć: „Czy to się dzieje naprawdę?”.

– Myślisz, że ktoś kupi ten nasz teatrzyk? – szepnąłem, rzucając jej szybkie spojrzenie.

– Oczywiście, że tak – odparła z rozbrajającym uśmiechem. – W końcu wyglądasz jak chłopak, który już dawno stracił dla mnie głowę.

– Nie wyglądam, jestem profesjonalnym aktorem. Najlepszym, jakiego znasz – odpowiedziałem z udawaną dumą.

– Jasne, Aslanie. Oscar za najlepszą rolę w kategorii „Złapana na haczyk blondynka z własnym scenariuszem”. – Przewróciła oczami.

Nagle chwyciła mnie za rękę – zaskakująco pewnie i bez żadnego wahania – i pociągnęła w stronę schodów.

– Chodź, zaprowadzę cię do mojego królestwa – rzuciła przez ramię.

– Co? Gdzie? – zdążyłem zapytać, zanim drzwi się za nami zamknęły.

– Do radiowęzła. Do Eden Hill.

Eden Hill była dumą Harwood High School – stanowiła centrum plotek, szkolnych gazetek i dramatów na poziomie małej opery mydlanej.

***

Radiowęzeł pachniał kurzem, przeterminowaną kawą z automatu i… podejrzliwością. Eden Hill siedziała przy stole z notesem i mikrofonem, przygotowana jak reporterka z ambicjami większymi niż szkolna gazetka.

Tuż obok mnie siedziała Corinne.

– Gotowi? – zapytała Eden z dziennikarskim zapałem. – „Miłość między dzwonkami” to nasz szkolny hit. A wy jesteście teraz naszą parą numer jeden. Dajcie mi coś słodkiego.

Corinne ścisnęła moją dłoń pod stołem, jakby mówiła: „Graj dobrze, Velleri”. A na głos powiedziała cukierkowo:

– Oczywiście, jesteśmy gotowi. Prawda, Aslanku?

Aslanku. Świetnie. Uśmiechnąłem się jak książę z taniego romansu.

– Zawsze, kochanie – odparłem tym samym tonem, udając, że nie czuję kopniaka w kostkę.

Eden coś zanotowała.

– To lecimy: jak się poznaliście? Kiedy pojawiły się iskry?

– Och, to przyszło samo – zaczęła Corinne. – Los po prostu… połączył nas na zajęciach z chemii. Tydzień temu.

– Iskrzyło już wtedy, gdy wylała mi kwas na zeszyt – dodałem z teatralnym uśmiechem. – Ale jak tu się gniewać, gdy patrzy się w takie oczy?

Szturchnęła mnie znowu, tym razem łokciem.

– Co was najbardziej w sobie urzekło? – zapytała Eden.

– Aslan to artysta – odpowiedziała Corinne, zanim zdążyłem się odezwać. – Pisze urocze liściki. Dziś nawet przyniósł…

– A Corinne? Ma dar. Sarkazm tak precyzyjny, że zostają po nim blizny – wciąłem się. – Czysta magia.

Uśmiechnęła się promiennie.

– Plany na przyszłość? – Eden zbliżyła mikrofon.

– Jeszcze nie rozmawialiśmy – odpowiedziałem, rzucając spojrzenie Corinne.

– Na pewno coś z moim cudownym chłopakiem – dodała słodko. – Ale nie wybiegamy aż tak daleko.

– Czyli… to coś więcej niż na tydzień? A co z tobą i Noahem Dashem, Corinne?

– Spotkali się raz – rzuciłem szybko. – Żeby odwrócić uwagę. Ukrywaliśmy rodzące się uczucie, ale byłem zbyt zazdrosny. Musiałem działać.

Wyszło mi to tak wiarygodnie, że prawie sam uwierzyłem. Prawie.

– Dokładnie tak, kotku – przytaknęła Corinne. Słodko jak z lukrem na torcie.

– Ostatnie pytanie. – Eden posłała nam uśmiech. – Co najbardziej pociąga was fizycznie w sobie nawzajem?

Corinne spojrzała na mnie, jakby szukała odpowiedzi w mojej twarzy.

– Mnie podobają się jego oczy – powiedziała cicho. – Przypominają mi landrynki Ice. Mają przepiękny kolor.

I… to zabrzmiało szczerze. A moje serce, niestety, zareagowało. Cholera.

– A co się tobie podoba w Corinne, Aslanie?

Nie musiałem się zastanawiać.

– Jej uśmiech – odpowiedziałem. – I te dwa kąciki, które pojawiają się przy ustach, kiedy się śmieje. Są urocze.

Corinne spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem. Nie była pewna, czy to żart. A może się domyśliła, że mówię prawdę.

– Jesteś przesłodki – rzuciła z nutą ironii, ale… nie aż taką, jak zwykle.

Eden klasnęła w dłonie.

– Cudowne! To będzie hit numeru. Chcecie coś dodać na koniec?

Spojrzałem na Corinne, potem rzuciłem do mikrofonu:

– Jesteśmy jak czekolada z chili. Słodcy… ale z pazurem.

– To była nasza złota para – zakończyła Eden. – Corinne Moretti i Aslan Velleri!

Po chwili wyłączyła mikrofon, wzięła notes i zerwała się na równe nogi.

– Jesteście wspaniali! Ale muszę lecieć na fizykę. Ciao, zakochańce!

Nie zdążyliśmy odpowiedzieć. Już była za drzwiami.

– Czekolada z chili? – Corinne uniosła brwi, krzyżując ramiona. – Serio?

– Lepsze to niż „Aslanek” – rzuciłem, zerkając na nią z ukosa. – Mam nadzieję, że to nie będzie się teraz za mną ciągnąć.

– A ja mam nadzieję, że nie powiesz nikomu, że naprawdę lubię twoje oczy – odpowiedziała szybko, niby lekkim tonem, ale spojrzenie miała inne. Jakby sama siebie zaskoczyła tym, co właśnie przyznała.

Przez sekundę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Więc… chyba jesteśmy oficjalnie parą – powiedziałem, opierając się o stół. – W oczach całej szkoły. Gratulacje, panno Moretti. Matka będzie zachwycona.

– O tak. Na pewno wpadnie w ekstazę, kiedy się dowie, że zamiast grzecznego, zaprogramowanego Ethana Rosetta wybrałam Aslanka z artystyczną duszą i reputacją playboya, a dodatkowo syna jej wroga numer jeden – prychnęła.

– Dobrze, że dodałaś „artystyczną duszę”. To łagodzi obraz.

– Może trochę – dodała z lekkim uśmiechem, tym swoim półuśmiechem, który znałem już na pamięć.

– Wkurzymy nasze matki. To już coś – dodałem.

– Dzisiaj zagrałeś to naprawdę dobrze.

– A ty naprawdę pięknie kłamałaś.

– Dzięki. – Skinęła głową. – Ale kiedy mówiłam o twoich oczach, to… nie do końca było kłamstwo.

Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, już wstała i sięgnęła po swoją torbę.

– No to co, Aslanie? Idziemy udawać parę?

– Z tobą? Zawsze.

Corinne uśmiechnęła się szeroko i pokręciła głową, po czym ruszyła w stronę drzwi, ciągnąc mnie za sobą za rękę.

– Więc dlatego byłaś taka… miła? – zapytałem, gdy tylko wyszliśmy z radiowęzła.

– Eden to idealna droga, aby każdy uczeń o nas usłyszał – rzuciła rozbawiona. – Teraz wszyscy będą o nas gadać.

Zerknąłem na nią. Jeden kosmyk włosów przykleił się do jej ust. Zanim zdążyłem to przemyśleć, zrobiłem krok bliżej i delikatnie odsunąłem go kciukiem.

Spojrzałem na jej usta. Jasne, miękkie. Trochę rozchylone.

– Wiśniowy? – zapytałem cicho.

Zamarła na ułamek sekundy, na moment chyba zapomniała, co się dzieje.

– Co? – szepnęła lekko zdziwiona.

– Twój błyszczyk. Ma smak wiśni, prawda?

Zmarszczyła brwi, jakby próbowała sobie przypomnieć, czy w ogóle o tym wspominała.

– Skąd wiesz? – zapytała, nie patrząc mi w oczy. Otworzyła swoją szafkę i zaczęła z niej wyciągać zeszyty.

Nie odpowiedziałem. I tak by nie uwierzyła, że zapamiętałem, jak często sięgała po ten sam błyszczyk. Że kiedyś, z czystej ciekawości, sprawdziłem, jaki ma smak.

Bo tak miałem. Zauważałem drobiazgi.

I właśnie przez ten głupi błyszczyk, ten kosmyk na ustach i sposób, w jaki na mnie patrzyła, znów zakołatało mi w głowie pytanie: Jak smakują jej usta?