Wydawca: Powergraph Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ad infinitum - Michał Protasiuk

Michał Protasiuk

Ad infinitum

Życie Tomasza stanęło na krawędzi. Jego małżeństwo przeżywa kryzys, a córeczka, chora na autyzm, została porwana. Kto za tym stoi i czego chce od rodziny Tomasza?

Akcja wielowątkowego thrillera Michała Protasiuka wiedzie od Warszawy, przez Lizbonę, siedzibę CIA w Langley, aż po Budapeszt, ten historyczny i ten współczesny. Kim jest wykorzystywana w eksperymentach tajnych służb Trójca Święta, zdolna zaburzać prawdopodobieństwo zdarzeń? Co łączy amerykańskiego profesora fizyki, węgierską policjantkę i byłego pracownika służby bezpieczeństwa, a teraz człowieka o tysiącu tożsamości i twarzy? I dlaczego w to wszystko został zamieszany Tomasz i jego autystyczne dziecko?

Ad infinitum czerpie zarówno z literackiej tradycji powieści szpiegowskich Johna Le Carre’a, jak i thrillerów Dana Browna. Tym razem jednak zagadka, która zafascynowała bohaterów, związana jest nie z historią, lecz z fizyką cząstek, budową świata i judaistyczną mistyką.

Opinie o ebooku Ad infinitum - Michał Protasiuk

Fragment ebooka Ad infinitum - Michał Protasiuk

Ad infinitum

Michał Protasiuk

Warszawa 2014
Michał Protasiuk Ad infinitum ISBN: 978-83-64384-10-3 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl COPYRIGHT © 2014 by Michał Protasiuk COPYRIGHT © 2014 by Powergraph COPYRIGHT © 2014 for the cover by Rafał Kosik COPYRIGHT © 2014 for the cover photo by Jan Kosik PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Jan Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Michał Cetnarowski KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

JEDEN

TOMASZ/ WAR­SZAWA

Ciem­ność, która zapa­dła po tym, jak Adrianna opu­ściła żalu­zje i zga­siła świa­tło, była ciem­no­ścią zupełną. Tomasz poru­szył się nie­spo­koj­nie; spa­dał w gładką czerń bez punk­tów pod­par­cia, bez moż­li­wo­ści zacze­pie­nia wzroku. Oddy­chał ciężko. Gorący mrok przy­kuc­nął na klatce pier­sio­wej, uci­skał płuca, poło­żył heba­nową dłoń na ustach. Tomasz dusił się, chciał krzy­czeć.

— Odsłoń okno — jęk­nął.

— Pada deszcz — odpo­wie­działa dziew­czyna.

— Co z tego? — Sto­czył się z łóżka i drżą­cymi dłońmi szarp­nął za sznu­rek rolety.

Na zewnątrz sza­lała wichura. Burzowe chmury wisiały nisko nad War­szawą, kłę­biły się na nie­bie po linię hory­zontu. Niczym mon­stru­alna, optyczna gąbka pochła­niały jasność sto­licy. Blask latarni ulicz­nych, wystawy skle­pów, reflek­tory samo­cho­dów – każde źró­dło świa­tła roz­pra­szało się, ginęło, pożarte przez kłę­bo­wi­ska cumu­lo­nim­bu­sów.

— Uwiel­biam ten widok — powie­działa Adrianna, się­ga­jąc po papie­rosa.

Odrzu­ciła prze­ście­ra­dło i usia­dła na łóżku, popra­wia­jąc poduszkę. Była naga. Wyma­cała sto­jącą na pod­ło­dze popiel­niczkę. Poma­rań­czowa koń­cówka papie­rosa zata­czała w pół­mroku epi­cy­kle.

— Zaraz zaczną walić pio­runy. Popa­trzymy? Zosta­niesz jesz­cze? — Zacią­gnęła się i wypu­ściła dym ustami. — Ni­gdy nie pyta­łam, ile kosz­tuje wyna­ję­cie kawa­lerki na ósmym pię­trze apar­ta­men­towca.

— I nie pytaj. — Tomasz nacią­gnął bok­serki, usiadł na pod­ło­dze, ple­cami opie­ra­jąc się o przy­jem­nie chłodną szybę. Był mokry od potu. Patrzył na Adriannę, jak strze­puje popiół z papie­rosa – cien­kiego men­to­lo­wego vogue’a – jak krzy­żuje nogi, popra­wia włosy, odchyla głowę i spo­koj­nie oddy­cha. Naga dziew­czyna zacho­wy­wała się natu­ral­nie, nie krę­po­wała się nago­ścią.

— Zawsze mnie śmie­szyło, że trzy­dzie­sto­ośmio­letni facet nosi gacie w sło­niki. Wiem, nie kończ, kupuje ci żona na wyprze­daży w hiper­mar­ke­to­wych koszach.

Tomasz uśmiech­nął się, nie zare­ago­wał na zaczepkę. Wciąż nie doszedł do sie­bie po nie­spo­dzie­wa­nym napa­dzie klau­stro­fo­bii. Antro­po­mor­ficzna czerń wokół niego jak topo­lo­giczna pułapka, która oddzie­liła go od rze­czy­wi­sto­ści i wypącz­ko­wała w innym wszech­świe­cie.

— Źle się czu­jesz? Boli cię serce? Może powi­nie­neś iść do leka­rza, zro­bić EKG? W twoim wieku wień­cówka już zabija.

— Zaraz mi przej­dzie. Jak stu­dia? — Zmie­nił temat.

— Jakoś. Raz lepiej, cza­sem gorzej. Nie jesteś moim ojcem. Nie musisz pytać. To moja sprawa.

— Nie jestem. Cie­kawe, co o nas myśli ochro­niarz na por­tierni? Zasta­na­wia­łaś się kie­dyś?

— Myśli, że jesteś moim tatą? Moim bra­tem? Kochan­kiem? Kto go tam wie.

Mrok roz­świe­tliła bły­ska­wica i w pokoju zro­biło się jasno jak w dzień. Adrianna oddy­chała coraz szyb­ciej, powie­trze pach­niało elek­trycz­no­ścią, sek­sem i tyto­niem. Wciąż pano­wała nie­zno­śna duchota i Tomasz myślał – chwy­cić krze­sło za opar­cie, zbić okno, niech do środka wtar­gnie wichura, kro­ple desz­czu zawi­rują na ostrych kra­wę­dziach szyb.

Się­gnął po pilota od kli­ma­ty­za­cji i obni­żył tem­pe­ra­turę.

— Znów będziemy sie­dzieć w lodówce?

— Nie mogę oddy­chać. Jest za gorąco.

Kolejny pio­run, tym razem bar­dzo bli­sko. Błysk i huk w tym samym momen­cie. Ada jęk­nęła i poło­żyła dłoń na pier­siach.

— Pod­nieca cię to? — rzu­cił roz­ba­wiony.

— Może. Może wła­śnie o tym marzę? Kocham się z dzi­kim face­tem na sawan­nie, leżymy w wyso­kiej tra­wie, leje deszcz, walą pio­runy. Trzęsę się z zimna pod jego umię­śnio­nym cia­łem. Skąd wiesz, jakie mam fan­ta­zje sek­su­alne? Znasz mnie? Może czy­tam histo­ryczne romanse Nory Roberts albo Sagę o Ludziach Lodu? — Uśmiech­nęła się i okryła prze­ście­ra­dłem. Wark­nęła kli­ma­ty­za­cja, pom­pu­jąc do pokoju zimne powie­trze. — Zaraz będę miała gęsią skórkę.

— Gęsia skórka jest pod­nie­ca­jąca. — Tomasz dźwi­gnął się z pod­łogi i sta­nął w oknie. Z wyso­ko­ści ósmego pię­tra patrzył na War­szawę tonącą w sta­ro­te­sta­men­to­wym poto­pie, na kule gradu bijące w dachy zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów, stu­dzienki kana­li­za­cyjne rzy­ga­jące spie­nioną wodą, prze­mok­nię­tych prze­chod­niów, wygięte wichurą para­sole. — A tak w ogóle, to chyba tro­chę cię znam.

— Tylko tak ci się wydaje.

Usiadł na łóżku i wygrze­bał spod prze­ście­ra­dła stopę Ady. Dziew­czyna malo­wała paznok­cie na nie­bie­sko, płytki miały kształt syme­trycz­nych tra­pe­zów.

— Masz łaskotki? — Deli­kat­nie prze­je­chał opusz­kiem palca po pod­bi­ciu. Po uro­dze­niu Ali­cji spraw­dzał w ten spo­sób odruch Babiń­skiego. Nowo naro­dzona córka prze­krzy­wiała wów­czas stopę do środka, wygi­na­jąc paluch ku górze. Ata­wi­styczna pozo­sta­łość po mał­pach, pro­wa­dzą­cych nadrzewny tryb życia.

— Zostaw! — Ada wyrwała się i prze­tur­lała pod ścianę. Prze­ście­ra­dło zsu­nęło się na pod­łogę i dziew­czyna znów była naga. — Nie lubię tego.

— Mam iść? Jesteś zmę­czona? Po dwóch latach masz mnie dość? Powiedz.

— No nie, coś ty, możesz zostać. Zostań, ile chcesz. Tylko daj mi kilka minut. — Zsu­nęła się z łóżka i poszła do łazienki.

Wiódł za nią wzro­kiem, patrzył na smu­kłe nogi kochanki, krzy­wi­znę poślad­ków, pro­fil linii ple­ców, opa­da­jące na ramiona jasne włosy. Dziew­czyna znik­nęła za drzwiami łazienki, szum prysz­nica był gło­śniej­szy niż war­cze­nie kli­ma­ty­za­tora. Tomasz zebrał poroz­rzu­cane po wykła­dzi­nie ubra­nie. Gar­ni­tu­rowe skar­petki do pół łydki, zapra­so­wane w kant spodnie, let­nia koszula z krót­kim ręka­wem. Z noc­nej szafki zdjął zega­rek. Spraw­dził godzinę.

Idzie pod prysz­nic nie póź­niej niż kwa­drans po sto­sunku, pomy­ślał mar­kot­nie, kła­dąc się na łóżku i opie­ra­jąc głowę na skrzy­żo­wa­nych z tyłu dło­niach. Patrzył w sufit. Cze­kał. Zasta­na­wiał się, czy Adrianna uważa go za starca. Jak to jest, kiedy się z nim kocha, o czym wtedy myśli?

Za drzwiami łazienki zakrę­cono prysz­nic. Szur­nęły roz­su­wane drzwi kabiny. Tomasz zamknął oczy. Na obrazku pod powie­kami: dziew­czyna stoi przed lustrem, wciera krem w dwu­dzie­sto­trzy­let­nie piersi. Chciałby to zoba­czyć i zapa­mię­tać, ale wie­dział, że w końcu i tak zapo­mni. Entro­pia życia wsy­sała nie­ubła­ga­nie.

Docho­dziła dzie­więt­na­sta. Za oknem wciąż trza­skały pio­runy, a on leżał w ubra­niu w skoł­tu­nio­nej pościeli, w któ­rej jesz­cze dwa­dzie­ścia minut temu upra­wiał inten­sywny seks. Atak dusz­no­ści minął i znów czuł się dobrze. Wiecz­nie napięte mię­śnie karku roz­luź­niały się, czemu towa­rzy­szyło przy­jemne pul­so­wa­nie w dole szyi. W takich chwi­lach nie myślał o niczym waż­nym: wyobra­żał sobie Adriannę, jak stoi pod prysz­ni­cem, kro­pelki wody na pier­siach dziew­czyny. Jaki ma wtedy wyraz twa­rzy? Nie pla­no­wał powrotu do domu, roz­mowy z żoną, kolej­nej bła­hej wymówki, dla­czego został dłu­żej w pracy. Nie tęsk­nił za córką i jej oso­bli­wym świa­tem, pogma­twa­nym kró­le­stwem archi­tek­tury nie­moż­li­wej, Esche­row­skim labi­ryn­tem śle­pych uli­czek, zdra­dli­wych zapadni, wstęg Möebiusa i pętli bez wyj­ścia.

Co będzie dalej z Adrianną i z nim?

Wolał się nie zasta­na­wiać. Dziew­czyna koń­czyła czwarty rok stu­diów, mię­dzy­na­ro­dowe sto­sunki gospo­dar­cze, w przy­szłym tygo­dniu miała ostatni egza­min w sesji let­niej. Zostało dwa­na­ście mie­sięcy. Co potem? Wypro­wa­dzi się z War­szawy, wróci do małego mia­steczka na ścia­nie wschod­niej? Może znaj­dzie pracę w sto­licy jako asy­stentka w mię­dzy­na­ro­dowej kor­po­ra­cji, zacznie wynaj­mo­wać kawa­lerkę z chło­pa­kiem, jeź­dzić do pracy metrem, odkła­dać pie­nią­dze na miesz­ka­nie? A on? Co zrobi? Znów ukrad­kiem (na służ­bo­wym lap­to­pie) zacznie prze­glą­dać inter­ne­towe strony w poszu­ki­wa­niu nowej, młod­szej kochanki?

Drzwi łazienki otwo­rzyły się i do pokoju weszła Adrianna. Miała na sobie czer­wony szla­frok frotté. Mokre włosy zwią­zała wysoko, pra­wie na czubku głowy.

— Masz chło­paka? — zagad­nął, nie rusza­jąc się z łóżka.

Zatrzy­mała się nie­spo­dzie­wa­nie pomię­dzy drzwiami łazien­ko­wymi a pano­ra­micz­nym oknem, zamie­rza­jąc opu­ścić roletę, odciąć dopływ natu­ral­nego świa­tła, aby płuca Toma­sza znów wypeł­niły się czarną farbą, lep­kim i śmier­dzą­cym pły­nem o kon­sy­sten­cji oleju.

— Co to za pyta­nie? — obru­szyła się. Pode­szła do barku i się­gnęła po butelkę żura­wi­no­wej fin­lan­dii. — Nie powi­nie­neś pytać. Uma­wia­li­śmy się ina­czej. Zro­bić ci drinka? Jesteś samo­cho­dem?

Ski­nął głową.

Ada była poiry­to­wana.

— Co ty o mnie wiesz? Tak naprawdę. Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś?

— Prze­stań — jęk­nął. To była ostat­nia rzecz, o jakiej chciał roz­ma­wiać. Wie­działa o tym, czy­tała emo­cje z jego twa­rzy, ale mimo wszystko brnęła z upo­rem w bagno nie­chcia­nych tema­tów. Dla­czego?

— Pie­przymy się śred­nio dwa razy w tygo­dniu, a ty…

— Hej!

Poskut­ko­wało. Dla­czego to powie­działa? Jaki efekt chciała uzy­skać? Za oknem znów łup­nął pio­run, pokój roz­świe­tlił tru­pio blady roz­błysk, który niczym foto­gra­ficzny flesz wypa­lił w pamięci Toma­sza stop-klatkę. Adrianna stoi przy barku i odkręca butelkę wódki. Szla­frok sięga nad kolana, poni­żej lśnią nakre­mo­wane łydki. Syl­wetka dziew­czyny lekko prze­krzy­wia się w prawą stronę, poprzez roz­chy­lone usta widać koń­cówkę języka. Spoj­rze­nie pło­nie.

— Mi też nalej — powie­dział. — Mało wódki, dużo soku. A zasta­na­wia­łaś się, co z nami będzie za rok? Skoń­czysz stu­dia, znaj­dziesz nor­malną pracę, sta­łego chło­paka. Zerwiemy wtedy?

Adrianna uśmiech­nęła się kąci­kiem ust – poza kon­trolą, w spo­sób cał­ko­wi­cie nie­uświa­do­miony. Wódka chlu­pała przez dozow­nik do szklanki z gru­bego szkła, gdzieś na zewnątrz toczył się świat, zmo­kłe psy pod­ku­lały ogony, wichura roz­grze­by­wała śmiet­niki i łamała gałę­zie drzew. Wyły samo­cho­dowe alarmy, ale wewnątrz miesz­ka­nia Ady pano­wała ide­alna cisza.

— A rzu­cisz dla mnie rodzinę? — zapy­tała.

Rzu­cisz dla mnie rodzinę? Tomasz znie­ru­cho­miał w poło­wie – ruchu, gestu, słowa. Zupeł­nie nowa myśl, nie­ocze­ki­wana per­spek­tywa. Jak szybki cios w splot sło­neczny; znów zaczął się dusić.

— Rzu­cisz dla mnie rodzinę? — powtó­rzyła. — Zro­bisz to? Pytam zupeł­nie serio.

Tomasz usiadł na łóżku i zgar­biony patrzył na wykła­dzinę pod­ło­gową, zanu­rzył stopy w dłu­gim wło­siu. Oddy­chał ciężko, a każdy oddech spra­wiał ból.

— I co wtedy z nami będzie?

Ada oparła szklankę o kra­wędź ust, upiła małego łyka i skrzy­wiła się.

— Za mało wódki. — Się­gnęła po butelkę. Wzru­szyła ramio­nami. — Wszystko zależy od cie­bie. Wytrzy­masz życie w jed­nym mie­ście z byłą żoną i córką? A może wynie­siemy się z tego zapy­zia­łego kraju?

— Dzie­sięć lat temu pra­co­wa­łem na kontr­ak­cie w Buda­pesz­cie. — Tomasz wstał z łóżka i pod­szedł do Adrianny. — Tam uro­dziła się Ali­cja. To były naj­pięk­niej­sze chwile mojego życia. Zanim Ewa zaszła w ciążę.

Chciał chwy­cić ją za rękę, ale dziew­czyna zro­biła krok do tyłu, wyswo­ba­dza­jąc się z uści­sku. Nie powie­działa nic, ale popa­trzyła mu uważ­nie w oczy, zmru­żyła powieki i zaci­snęła usta, aż zbie­lały wargi.

— Naprawdę tego chcesz? Nie myśla­łem… Bar­dzo tego chcia­łem, ale… Jesteś pewna?

— Gdy­bym nie była, tobym nie zapro­po­no­wała.

Kilka minut póź­niej sie­dzieli na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się ple­cami o łóżko. Palili papie­rosy, strze­pu­jąc popiół do posta­wio­nej pomię­dzy nimi popiel­niczki. Na zewnątrz wiatr roz­ga­niał burzowe chmury, które prze­ta­czały się jak pie­kielne wierz­chowce nad dachami domów, masz­tami tele­fo­nii komór­ko­wej, komi­nami i ante­nami sate­li­tar­nymi. Nie roz­ma­wiali. Tomasz porząd­ko­wał myśli.

* * *

Spo­ty­kał się z dziew­czyną ponad dwa lata. Poznali się przez Huberta – kolegę Toma­sza z biura. Hubert był lekko po czter­dzie­stce, pia­sto­wał sta­no­wi­sko dyrek­tora finan­so­wego, miał sporą nad­wagę i wiecz­nie kłó­cił się z żoną. Klu­czowa roz­mowa, wywra­ca­jąca na nice porzą­dek mał­żeń­skiej rutyny, miała miej­sce w syl­we­strowy wie­czór, który spę­dzili na fir­mo­wym balu.

Tomasz sie­dział za sto­łem, pró­bo­wał jeść, ale każda potrawa miała smak tek­tury; wle­wał w sie­bie morze alko­holu, jed­nak wódka jakby zmie­niła się w wodę i nie był pijany, choć despe­racko pra­gnął się upodlić, zwy­mio­to­wać w kiblu, obrzy­gać pan­to­fle, stra­cić przy­tom­ność i cały następny dzień nie wsta­wać z łóżka. Jego żona na samym początku imprezy zni­kła w tłu­mie, oto­czona towa­rzy­stwem podob­nych do sie­bie sfru­stro­wa­nych bab pod koniec czwar­tej dekady życia. Nawet nie pró­bo­wali ze sobą tań­czyć, nie było sensu uda­wać szczę­śli­wej pary. Nikt się nie nabie­rze.

Wtedy dosiadł się do niego Hubert. Wypili razem kilka kole­jek wódki, wymie­nili kolek­cję nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych zdań. Hubert spoj­rzał mu głę­boko w oczy, zoba­czył w nich pustkę, wes­tchnął, pokle­pał go po ramie­niu i powie­dział:

— Przejdźmy się. Poga­dajmy.

Ze szkla­necz­kami w dło­niach wyszli na prze­szklone patio. Po dru­giej stro­nie szyby pró­szył drobny śnieg, świat wyglą­dał baj­kowo i owa nie­rze­czy­wi­stość sce­ne­rii męczyła Toma­sza, który nie potra­fił prze­zwy­cię­żyć doj­mu­ją­cego poczu­cia uczest­nic­twa w sze­roko zakro­jo­nej mani­pu­la­cji. Hubert odsta­wił szklankę na sto­lik, zło­żył dło­nie na wyle­wa­ją­cym się zza paska brzu­chu.

— Odmie­ni­łem swoje życie — powie­dział. — Kar­dio­log stra­szył zawa­łem, a teraz… Wszyst­kie wyniki ide­alne. Współ­cze­sna medy­cyna stoi bez­radna w obli­czu cudu — zare­cho­tał.

Tomasz przy­su­nął nos do zapa­ro­wa­nej szyby, patrzył na płatki śniegu wiru­jące w świe­tle latarni ogro­do­wej, świeże ślady kro­ków odci­śnięte w bia­łym puchu. Nie odpo­wia­dał.

— Cud nazywa się Nata­lia i ma dwa­dzie­ścia jeden lat. Stu­diuje. Pozna­li­śmy się przez inter­net. Układ jest czy­sty jak łza nie­mow­laka. Wynaj­muję jej miesz­ka­nie i dorzu­cam kilka stó­wek tygo­dniowo. W zamian mam dziew­czynę na wyłącz­ność. Żebyś ją zoba­czył! Ni­gdy nie boli jej głowa, zawsze ma ochotę na seks. Mówi, że pierw­szy raz zara­bia w ten spo­sób, nie robi tego zawo­dowo, po pro­stu stu­diuje i potrze­buje miesz­ka­nia i forsy. A żadna kurwa z agen­cji, nawet naj­droż­sza, naj­bar­dziej luk­su­sowa call girl, się do niej nie umywa. I w dodatku można z nią poga­dać. Nie tylko o tip­sach i sola­rium.

— I reko­men­dują ją kar­dio­lo­dzy…

Roze­śmieli się.

— Naprawdę znacz­nie mi się popra­wiło. Seks z nią roz­ła­do­wuje cały stres. Do zera. Po sesjach z Nata­lią jestem zupeł­nie innym czło­wie­kiem, try­skam ener­gią, mam na wszystko siły, znów mi się chce…

— Jaki ma to zwią­zek ze mną? — Tomasz wszedł mu w słowo.

— Też powi­nie­neś spró­bo­wać cze­goś podob­nego. Męczysz się, czło­wieku. — Hubert pro­tek­cjo­nal­nie pokle­pał go po ramie­niu. — Widać na kilo­metr. Mam nadzieję, że się nie obra­zisz, ale wiesz, jak jest. Nie układa się z żoną, córka cho­ruje. Powi­nie­neś mieć coś z życia.

Tomasz zasta­no­wił się, czy może po pro­stu dać mu w mordę: niech grube ciel­sko dyrek­tora finan­so­wego runie na szklaną płasz­czy­znę, ostre kra­wę­dzie szyby poka­le­czą obwi­słe policzki, a czer­wona krew chlu­śnie na biały śnieg. Co w niego wstą­piło? Dla­czego opo­wia­dał takie rze­czy? Nie byli nawet bli­skimi kole­gami.

Z wyrazu twa­rzy Toma­sza Hubert wyczy­tał obawę.

— Speł­niam prośbę Nata­lii — jąkał się i tłu­ma­czył. — Jej kole­żanka, nazywa się Adrianna, rów­nież szuka spon­sora. Pomy­śla­łem o tobie, ale jeśli nie jesteś zain­te­re­so­wany, nie ma pro­blemu, prze­stanę ci zawra­cać głowę. Zapo­mnijmy o spra­wie, poga­dajmy o piłce noż­nej i samo­cho­dach.

Tomasz wyj­rzał przez okno na zaśnie­żony, nie­rze­czy­wi­sty świat. A potem spoj­rzał na Huberta i jego małe, czarne oczka zapad­nięte w tłu­stej twa­rzy. W źre­ni­cach dyrek­tora finan­so­wego pło­nęły gwiazdy, odbi­jała się w nich cała Droga Mleczna. Hubert był naj­szczę­śliw­szym face­tem na ziemi, gościem, który chwy­cił życie za rogi.

— Daj mi jej numer — Tomasz wypluł z sie­bie słowa szybko, nie­wy­raź­nie. — Daj mi numer do tej Adrianny.

— Nie poża­łu­jesz, stary, gwa­ran­tuję ci. Jesz­cze do mnie wró­cisz i podzię­ku­jesz. — Się­ga­jąc po komórkę, Hubert zano­sił się śmie­chem, a jego brzuch ska­kał niby potrzą­śnięty kisiel.

Tomasz zadzwo­nił dwa tygo­dnie póź­niej. Dwa bar­dzo cięż­kie tygo­dnie póź­niej. Były momenty, kiedy się­gał po tele­fon, zamie­rza­jąc wyka­so­wać numer dziew­czyny z karty SIM, ale w ostat­niej chwili zmie­niał zda­nie. Bił się z myślami każ­dego wie­czoru, gdy wra­cał po pracy do domu i patrzył na Ewę: jak krząta się po kuchni, robi kola­cję, sma­ruje masłem kromkę pszen­nego chleba, wyjada łyżeczką jogurt. Gdy spę­dzał czas z Ali­cją, budu­jącą z kloc­ków Lego asy­me­tryczne gma­chy, któ­rych archi­tek­tura gwał­ciła prawa gra­wi­ta­cji. Gdy patrzył w matowe, auty­styczne oczy córki, wyprute z empa­tii i emo­cji.

Nie pod­jął decy­zji pod wpły­wem impulsu. To był długi, nara­sta­jący pro­ces. Wcale nie pokłó­cił się z Ewą, niczego sobie nie wypo­mi­nali, nie szep­tali prze­kleństw (cicho, by nie sły­szała Ali­cja). Nic z tych rze­czy. Był wcze­sny, stycz­niowy wie­czór i Tomasz zaj­rzał do lodówki.

— Skoń­czyło się piwo — powie­dział. — Sko­czę do sklepu. Przy­nieść ci coś?

Ewa w mil­cze­niu pokrę­ciła głową. Do Adrianny zadzwo­nił, wra­ca­jąc z zaku­pami. Przy­ci­skał do ucha tele­fon, dłoń bez ręka­wiczki zgra­biała z mrozu. Dziew­czyna miała zestre­so­wany głos, jak począt­ku­jąca ope­ra­torka na ban­ko­wym call cen­ter. Dener­wo­wała się bar­dziej niż Tomasz. Usta­lili ter­min spo­tka­nia i szcze­góły pierw­szego kon­taktu. Nie spo­tkają się na mie­ście. Nikt nie powi­nien zoba­czyć ich razem. Przy­je­dzie do niej, do wyna­ję­tej kawa­lerki w wiel­ko­pły­to­wym, bloku, nie­da­leko sta­cji metra Nato­lin. Wtedy Tomasz zde­cy­duje, co dalej. Brnąć w temat, czy wyco­fać się rakiem.

Poje­chał następ­nego dnia, urwał się wcze­śniej z pracy. Adrianna otwo­rzyła drzwi. Miała pro­ste włosy do ramion, pach­niała egzo­tyczną przy­godą i nie­od­po­wie­dzial­no­ścią. Stała w progu i uśmie­chała się nie­śmiało.

— Cześć, jestem Ada — powie­działa na powi­ta­nie.

— Tomek — odrzekł. — Miło cię poznać.

Adrianna nie była piękna i nie oszo­ło­miła Toma­sza wyglą­dem. Wyglą­dała jak skromna stu­dentka dru­giego roku SGH, szara myszka w kolejce do punktu ksero, ści­ska­jąca w dło­niach poży­czone notatki z wykła­dów. Do jej urody dora­stał powoli, stop­niowo uczył się delek­to­wać szcze­gó­łami: wypu­kło­ścią kości policz­ko­wych, syme­trycz­no­ścią piersi, wcię­ciem w talii. Kiedy gła­dził jej jasną, lekko pie­go­watą skórę na przed­ra­mio­nach, zapo­mi­nał o wszyst­kich model­kach, aktor­kach i pro­sty­tut­kach. W takich chwi­lach Adrianna sta­wała się jedyną kobietą na świe­cie, punk­tem odnie­sie­nia defi­niu­ją­cym kanony kobie­cej urody.

Dziew­czyna zapa­rzyła her­batę mali­nową, usie­dli w cia­snej kuchni na tabo­re­tach z Ikei, zaczęli roz­ma­wiać. Znacz­nie wię­cej mówiła Adrianna. Nie szu­kała słów, nie jąkała się, nie pau­zo­wała, ale jed­no­cze­śnie uni­kała kon­taktu wzro­ko­wego.

Pocho­dziła z małej miej­sco­wo­ści nie­da­leko wschod­niej gra­nicy. Rodzi­com się nie prze­le­wało, ale posta­no­wili zain­we­sto­wać w córkę i wysłali ją na stu­dia do War­szawy. Na mar­ke­ting i zarzą­dza­nie. Zna­la­zła nie­dro­gie miesz­ka­nie, ale pół­tora roku póź­niej wła­ści­ciel wymó­wił umowę. Mogła miesz­kać do końca lutego, potem nie będzie miała gdzie się podziać. Rynek nie­ru­cho­mo­ści zwa­rio­wał, ceny wynajmu strasz­nie poszły w górę. Nie ma kasy, szuka moż­li­wo­ści doro­bie­nia.

Tomasz mil­czał. Drob­nymi łykami pił gorącą her­batę. Słu­chał. Rekon­stru­ował w myślach obraz Adrianny. Poukła­dana. Zor­ga­ni­zo­wana. Z silną potrzebą kon­troli nad oto­cze­niem. Tkwiła w niej nie­ludzka racjo­nal­ność, zapo­bie­gli­wość, wyklu­cza­jąca jaką­kol­wiek spon­ta­nicz­ność w ich – no wła­śnie, jak to nazwać, prze­cież nie „związku”; w ich „ukła­dzie”. Miała przy­go­to­wane odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia. Jej stawka na mie­siąc wynosi dwa i pół tysiąca plus wyna­ję­cie kawa­lerki. Naj­le­piej gdzieś przy metrze, w osta­tecz­no­ści przy tram­waju, ale aku­rat tutaj może nego­cjo­wać. Bia­ło­łęka i Ursus zde­cy­do­wa­nie odpa­dają, nie­chęt­nie Wola i gene­ral­nie prawa strona Wisły. W zamian może do niej przy­cho­dzić mak­sy­mal­nie trzy razy w tygo­dniu. Ter­miny spo­tkań wyzna­cza on, ale infor­muje ją z co naj­mniej tygo­dnio­wym wyprze­dze­niem. Upra­wiają seks wyłącz­nie w pre­zer­wa­ty­wie (ona kupuje). Spo­ty­kają się wyłącz­nie w wyna­ję­tym miesz­ka­niu. Nie poka­zują się razem na mie­ście, nie zabiera jej na waka­cje i wyjazdy służ­bowe, obo­jęt­nie, w kraju czy za gra­nicą. Tak brzmią warunki brze­gowe.

Adrianna mówiła i uśmie­chała się nie­śmiało, ale coś ją wyraź­nie gry­zło. Jakby miała wszyst­kiego dość i chciała jak naj­szyb­ciej spła­wić Toma­sza. Ten jed­nak spła­wić się łatwo nie dał, bo dziew­czyna zafa­scy­no­wała go – nie­do­stęp­no­ścią i dystan­sem, który pod­świa­do­mie budo­wała poprzez mowę ciała. Tykał kuchenny zegar, wysty­gła mali­nowa her­bata, a Adrianna zbli­żała się do puenty swo­jej opo­wie­ści.

— Pew­nie nie chcesz kupić kota w worku — powie­działa wresz­cie i spu­ściła spoj­rze­nie na pod­łogę.

— O czy mówisz? — wyją­kał.

— Wiesz.

Ski­nął głową.

— Kiedy?

— Nie dzi­siaj. Nie jestem gotowa. Może być jutro?

— Może.

Przy­je­chał następ­nego dnia, zde­ner­wo­wany jak gim­na­zja­li­sta na pierw­szej randce. Wcze­śniej sie­dząc za biur­kiem, nie potra­fił się sku­pić na pracy. Cały czas myślał o Adrian­nie – w co się ubie­rze, jak będzie wyglą­dał sam seks? Czy po pro­stu dziew­czyna na łóżku roz­łoży nogi, zamknie oczy i przy­gry­zie wargi, byle szyb­ciej, do finału…?

Drżała mu dłoń, gdy poło­żył palec na dzwonku do drzwi. Adrianna otwo­rzyła natych­miast, jakby cza­iła się w przed­po­koju. Ubrana była raczej skrom­nie – pro­sta, czarna sukienka nieco za kolana, czarne raj­stopy i buty na pła­skim obca­sie. A czego się spo­dzie­wał? Że założy latek­sowy kostium, chwyci w dłoń bicz i przy­szpili Toma­sza do pod­łogi szpi­cza­stym pan­to­flem?

Usie­dli w kuchni. Adrianna zapa­liła aro­ma­tyczną świeczkę i odgrzała lasa­gne. Pili czer­wone wino. Tomasz począt­kowo opo­no­wał: prze­cież przy­je­chał samo­cho­dem, jak wróci do domu? Wresz­cie mach­nął ręką i pomy­ślał, że jakoś to będzie.

Jadł lasa­gne, wide­lec śli­zgał się po tale­rzu, a powie­trze cią­żyło oło­wia­nym napię­ciem, i wcale nie miał pew­no­ści, czy spo­tka­nie skoń­czy się sek­sem. Okrop­nie się męczył, poły­kał kawałki gorą­cego maka­ronu, które parzyły pod­nie­bie­nie i prze­łyk. Roz­ma­wiali o bła­host­kach. W zacho­wa­niu Ady nie było nic, co zapo­wia­da­łoby przy­szłą intym­ność. Do czasu.

Po kola­cji dopeł­nili kie­liszki winem i prze­szli do pokoju. Usie­dli na kana­pie, dziew­czyna włą­czyła nastro­jową muzykę z kom­pu­tera, zga­siła górne oświe­tle­nie, zosta­wiła tylko lampkę przy biurku. Zni­kło napię­cie, poru­szali się spo­koj­nie, nie­spiesz­nie. Tomasz wresz­cie poczuł się odprę­żony. Mógł delek­to­wać się każdą sekundą, zamknął oczy i oddy­chał zapa­chem Adrianny: świe­żo­ścią, mor­ską bryzą, lasem po desz­czu.

Dzie­sięć minut póź­niej spo­cony Tomasz zsu­nął się z dziew­czyny i poszedł do łazienki. Czuł się dosko­nale. Wszedł po prysz­nic. Stru­mień gorą­cej wody spłu­kał z ciała pot i zapach dwu­dzie­sto­jed­no­latki. Wró­cił do pokoju. Adrianna leżała naga na łóżku i paliła papie­rosa. Zdzi­wił się, po raz kolejny tego wie­czoru. Dziew­czyna nie krę­po­wała się nago­ścią. Nie zakry­wała wsty­dli­wie piersi, a on patrzył łap­czy­wie na jej bro­dawki, na ster­czące, wciąż sztywne sutki.

— I jak? — zapy­tała.

Wzru­szył ramio­nami.

— Świet­nie. Chyba się domy­ślasz. A co u cie­bie?

— Bosko. — Strzą­snęła popiół na skra­wek gazety. — Doga­damy się?

— Chyba tak. Są fajne nowe bloki na Moko­to­wie, nie­da­leko SGH. Zorien­tuję się, po ile cho­dzi wyna­jem kawa­le­rek i dam znać.

— Brzmi genial­nie. — Uśmiech­nęła się.

— Będziemy w kon­tak­cie. Mogę do cie­bie zadzwo­nić? Na ten numer, który…

— Zadzwoń. — Ski­nęła głową. — Naj­szyb­ciej, jak będziesz coś wie­dział.

Adrianna zafa­scy­no­wała Toma­sza. Mógłby powie­dzieć: dziew­czyna stała się jego wła­sno­ścią, ale naprawdę ni­gdy jej nie posiadł. Coś jakby lizał cukie­rek przez złotko. Ada miała zawsze dobry humor, uśmie­chała się, chęt­nie słu­chała lita­nii uty­ski­wań i narze­kań, ni­gdy nie bolała jej głowa, nie wyma­wiała się okre­sem. Ale uda­wała – każde słowo, mowa ciała, gest, skrzy­wie­nie warg, unie­sie­nie brwi, zmarsz­cze­nie noska, wszystko było per­fek­cyj­nym fał­szem, wystu­dio­waną aktor­ską pozą, prze­ćwi­czoną przed lustrem pod­czas poran­nej toa­lety. Tomasz wie­dział, że dziew­czyna do niego nie należy, cho­ciaż ma ją na każde ski­nie­nie. Pod­trzy­my­wa­nie oso­bli­wej rela­cji, owego stanu posia­da­nia/nieposia­da­nia, wyda­wało się mu warte każ­dej zło­tówki. Niczym boha­ter kosz­mar­nego snu zdzie­rał kolejne zasłony odgra­dza­jące od prawdy i rze­czy­wi­sto­ści. Reak­cja na opo­wie­dziany dow­cip: przy­padł jej do gustu, czy uśmiech­nęła się z grzecz­no­ści? Nie­ocze­ki­wany poca­łu­nek w poli­czek na poże­gna­nie: gest spon­ta­niczny czy wyre­ży­se­ro­wany? Ile było w tym praw­dzi­wej Adrianny, a ile modelu Adrianny skon­stru­owa­nego na potrzeby Toma­sza?

Kim była praw­dziwa Adrianna?

Czy praw­dziwa Adrianna w ogóle ist­niała?

Na początku trak­to­wał to zagad­nie­nie jako cie­ka­wostkę, oso­bliwe inte­lek­tu­alne wyzwa­nie, rebus. Wkrótce stało się to jego obse­sją. Z Adą rze­czy poto­czyły się jak z każ­dym nało­giem. Przez długi czas myślał, że wszystko ma pod kon­trolą i może wyco­fać się w każ­dej chwili, powie­dzieć „stop”, prze­rwać trans­fer gotówki i poszu­kać innej utrzy­manki: młod­szej, ład­niej­szej, bar­dziej doświad­czo­nej w łóżku. Potrafi prze­rwać grę w każ­dej chwili, ale po co ma to robić, skoro teraz jest mu dobrze.

Jed­nak jak w każ­dym uza­leż­nie­niu – w pew­nym momen­cie prze­kro­czył nie­wi­dzialną linię, punkt prze­ło­mowy, zza któ­rego nie było powrotu do sta­rej rze­czy­wi­sto­ści. Kiedy to się stało? Tomasz nie potra­fił powie­dzieć, nie potra­fił wska­zać dokład­nego momentu, kon­kret­nego spo­tka­nia. Ale wresz­cie zro­zu­miał, że nie wyobraża już sobie innego życia. Że wizyta u kochanki jest kul­mi­na­cyj­nym momen­tem dnia, czeka na nią dłu­gie biu­rowe osiem godzin i myśli o dziew­czy­nie, kiedy prze­żywa codzienne katu­sze domo­wego ogni­ska. Stra­te­gia obrana przez niego na dłuż­szą metę była samo­bój­cza, ale z cho­ro­bliwą fascy­na­cją brnął w zwią­zek, obser­wu­jąc postę­pu­jący pro­ces auto­de­struk­cji.

Nie przy­wią­zuj się do niej zbyt mocno, szep­tał w nie­licz­nych momen­tach Tomasz racjo­nalny. Wkrótce skoń­czy stu­dia, wyj­dzie z War­szawy, i co wtedy zro­bisz? Wpad­niesz w depre­sję? Łyk­niesz tabletki nasenne i odwiozą cię na sygnale na płu­ka­nie żołądka? Nie zako­chuj się w niej, nie masz prze­cież sie­dem­na­stu lat. Ale było już za późno.

Zako­chał się, cho­ciaż nie wie­dział o niej prak­tycz­nie nic, znał tylko „Adriannę w oczach Toma­sza”, sztuczny twór, prze­fil­tro­wany przez wła­sne zachcianki i ocze­ki­wa­nia, pre­de­fi­nio­wany struk­turą ich zależ­no­ści: spon­sor–utrzy­manka.

— Jaka jesteś naprawdę? — pytał cza­sami dziew­czynę, kiedy wypili o jedną butelkę wina za dużo i sie­dzieli na pod­ło­dze, paląc papie­rosy. — Kto tam sie­dzi, w samym środku?

— Taka jestem — odpo­wia­dała wów­czas Adrianna. — Wła­śnie taka. A ty jaki jesteś?

— Taki. — Nie znaj­dy­wał lep­szej odpo­wie­dzi. — Taki.

A teraz ona pytała, czy rzuci dla niej rodzinę.

* * *

Jezus Maria, prze­cież to był wła­śnie znak, na który Tomasz cze­kał od zawsze. Jed­nak pierw­sza reak­cja była inna: zawrót głowy, nasi­la­jący się ból w pier­siach, wataha trwoż­nych myśli. Dla­tego zare­ago­wał spo­koj­nie, zadał badaw­cze pyta­nie i obser­wo­wał reak­cję.

— Naprawdę chcesz, abym rzu­cił dla cie­bie żonę? Chcesz ze mną być… na poważ­nie? Już nie będziesz uda­wać? — Zamie­rzał zacią­gnąć się papie­ro­sem, ale gdy zbli­żył palce do ust, zoba­czył, jak trzęsą się mu dło­nie. Zgniótł peta w popiel­niczce.

— Już pyta­łeś. A ja odpo­wie­dzia­łam. — Ada nie odwró­ciła się w jego stronę, wciąż wyglą­dała przez okno, na szarą War­szawę pod­bar­wioną poma­rań­czo­wymi smu­gami zacho­dzą­cego słońca. Dziew­czyna dźwi­gnęła się z pod­łogi i pode­szła znów do barku. — Mam ochotę na alko­hol — powie­działa. — Chcę dzi­siaj się skuć do nie­przy­tom­no­ści. Nalać ci jesz­cze?

— Naprawdę?

— Ni­gdy w życiu nie byłam bar­dziej poważna niż teraz.

Coś pękło. Nagle i nie­odwo­łal­nie. Tomasz udła­wił się wła­snym odde­chem. Po raz pierw­szy Adrianna stała przed nim naga i skrę­po­wana nago­ścią znacz­nie wsty­dliw­szą niż fizjo­lo­giczne detale. Wresz­cie nie było „kon­struktu Adrianny dla Toma­sza”, ale Adrianna odsło­nięta, naj­praw­dziw­sza w praw­dzie, Adrianna taka, jaką jest póź­nym wie­czo­rem, kiedy wycho­dzi z łazienki i kła­dzie się do łóżka, kiedy nie musi już uda­wać przed nikim, nawet przed sobą. Tomasz chciał powie­dzieć wszystko, ale nie potra­fił wykrztu­sić z sie­bie ani słowa.

— Będę wra­cał samo­cho­dem.

— Możesz tak­sówką.

— Ale dziś jest pią­tek.

Sys­tem samo­cho­dowo-tak­sów­kowy był jed­nym z ele­men­tów pira­midy kłamstw i wykrę­tów, jakie w ciągu minio­nych dwóch lat Tomasz zbu­do­wał przed żoną. Do Adrianny zwy­kle przy­jeż­dżał popo­łu­dniem, po pracy. W domu tłu­ma­czył się pil­nym pro­jek­tem, waż­nym spo­tka­niem, grą w squ­asha, wizytą w gale­rii han­dlo­wej. Bar­dzo czę­sto tłu­ma­czyć się nie musiał, gdyż Ewa prze­sia­dy­wała w biu­rze po godzi­nach i wra­cała do domu jesz­cze póź­niej niż on. Ali­cją zaj­mo­wała się wów­czas opie­kunka, a przed nią Tomasz nie musiał impro­wi­zo­wać wymó­wek. W miesz­ka­niu Ady czę­sto pili alko­hol – dziew­czyna miała dobrze zaopa­trzony barek, uwiel­biała robić drinki, eks­pe­ry­men­to­wać z nowymi sma­kami. Tomasz wra­cał wtedy do domu tak­sówką, zosta­wia­jąc samo­chód na par­kingu przed blo­kiem kochanki.

W tak­sówce od razu orga­ni­zo­wał sobie trans­port na następny dzień (aby rano unik­nąć krę­pu­ją­cych tele­fo­nów do kor­po­ra­cji tak­sów­kar­skiej i wścib­skich pytań żony). Jechał wów­czas pod miesz­ka­nie Ady i odbie­rał samo­chód, któ­rym final­nie docie­rał do pracy. Per­fek­cyjny sys­tem zawo­dził wyłącz­nie w piątki – w soboty do pracy nie jeź­dził i trudno byłoby zna­leźć przed Ewą wymówkę, dla­czego musi zry­wać się z samego rana i jechać po samo­chód porzu­cony na par­kingu na dru­gim krańcu War­szawy.

Dzi­siaj był pią­tek. I co z tego? Dzi­siaj mógł zmie­nić reguły gry. Miał ku temu szcze­gólną oka­zję. Zaczy­nał się kar­na­wał, pierw­sza odsłona nie­koń­czą­cej się fie­sty. Festi­walu nie­od­po­wie­dzial­no­ści.

Ski­nął głową.

— Nalej, koniecz­nie. Mam ochotę świę­to­wać. Wrócę tak­sówką, nie ma pro­blemu.

Adrianna uśmiech­nęła się, a w odpo­wie­dzi na jej uśmiech Tomasz poczuł uścisk w żołądku. Chciało mu się pła­kać, nie potra­fił powstrzy­mać wzru­sze­nia. Podobny stan odczu­wał tylko raz w życiu, kilka chwil po naro­dzi­nach Ali­cji, kiedy węgier­scy leka­rze wyszli z sali ope­ra­cyj­nej (Ewa rodziła przez cesar­skie cię­cie) i poka­zali mu owi­nięte w becik dziecko. Maluch był brzydki jak noc, uma­zany w mazi pło­do­wej, z nie­fo­remną główką, sze­ro­kim czo­łem i gęstymi wło­skami na ple­cach. Tomasz pła­kał i na szpi­talną pod­łogę kapały wiel­kie łzy mło­dego taty.

— Pła­czesz? Coś się stało?

Ada pode­szła do niego i kuc­nęła. Szla­frok roz­chy­lił się na pier­siach. Tomasz spoj­rzał dziew­czy­nie pro­sto w oczy – gdzie skrzyły się pło­mie­nie i eks­plo­do­wały super­nowe; gdzie prze­glą­dał się cały wszech­świat.

— Nie sądzi­łem, że kie­dy­kol­wiek to od cie­bie usły­szę… Cho­ler­nie się cie­szę… Po pro­stu.

— Co o tym myślisz? Nie powie­dzia­łeś. Zro­bisz to?

Tomasz wstał, zbli­żył się do dziew­czyny na tyle, by ode­brała to jako inge­ren­cję w prze­strzeń pry­watną.

— A czego się spo­dzie­wa­łaś? Po takim cza­sie? To nie jest oczy­wi­ste?

— Jest.

Ada uśmiech­nęła się, a jej uśmiech był zupeł­nie inny niż wszyst­kie dotych­cza­sowe uśmie­chy. Tomasz miał wra­że­nie, że dziew­czyna pierw­szy raz w jego obec­no­ści uśmiech­nęła się szcze­rze.

— Bar­dzo się bałam. Mimo wszystko nie wie­dzia­łam, jak zare­agu­jesz. Mogłeś się wku­rzyć, zblu­zgać, zerwać umowę… Zary­zy­ko­wa­łam.

Tomasz odsta­wił na wykła­dzinę pękatą szklankę z drin­kiem i oparł ręce na ramio­nach Ady. Przy­cią­gnął ją do sie­bie i przy­tu­lił. Przy­ci­skał twarz do mokrych wło­sów, chło­nął woń dziew­czyny i sztucz­nie owo­cowy zapach szam­ponu. Adrianna odwza­jem­niła uścisk i trwali tak, sple­ceni, niczym jedno zde­for­mo­wane ciało, syjam­ski potwór, oso­bli­wość natury, czło­wiek dwu­głowy, czwo­ro­nożny i czte­ro­oczny. Tomasz zaczął mówić cha­otycz­nie o świet­nym praw­niku spe­cja­li­zu­ją­cym się w spra­wach rodzin­nych, pole­ca­nym przez kolegę z pracy, nie można prze­cież zanie­dbać strony for­mal­nej roz­wodu, Ewa będzie strasz­nie zasko­czona, w sumie nieco jej żałuje, ale prze­cież nie mogą dalej żyć w taki spo­sób, coś się skoń­czyło dawno temu, cztery–pięć lat, nie pamięta kiedy dokład­nie.

A Adrianna gła­skała go po gło­wie i powta­rzała:

— Wszystko będzie dobrze… Niczym się nie przej­muj. Nie dzia­łajmy ner­wowo. Chcę jesz­cze skoń­czyć stu­dia. Potem stąd wyje­dziemy. Jesz­cze nie teraz… Za rok. Prze­mę­czysz się jesz­cze ten rok? Jesz­cze rok możemy żyć w ten spo­sób? Powiedz, że możemy…

Tomasz kiwał głową, gotowy zgo­dzić się na wszystko, byle owa chwila trwała wiecz­nie, a on nie musiał myśleć o powro­cie do domu, o wymów­kach przed Ewą i nie­ule­czal­nie cho­rej córce.

Potem wypili do dna drinki i zaczęli się kochać. Po wszyst­kim Ada wyśli­zgnęła się z lep­kiego uści­sku Toma­sza i znik­nęła za drzwiami łazienki. Jemu zaś nie chciało się ruszać z wykła­dziny, prze­to­czył się na plecy i leżał – zupeł­nie nagi, mokry i śmier­dzący – wpa­tru­jąc się w sufit. Znów zaczęło go boleć serce, kłuło w klatce pier­sio­wej. Bez wizyty u kar­dio­loga się nie obę­dzie, pomy­ślał, ale szybko o tym zapo­mniał, wyobra­ża­jąc sobie Adriannę pod prysz­ni­cem. Może wsko­czy do kabiny i będzie się kochać trzeci raz, roz­kręci gorącą wodę, aż zapa­ruje lustro, położy dłoń na bio­drach dziew­czyny i posa­dzi ją na pralce? Trzeci raz? W tym wieku? Zapo­mnij, zga­nił się w myślach. Z tru­dem się pod­niósł i zgięty wpół, usiadł na łóżku. Z łazienki wyszła Ada.

— Znów cię boli?

Ski­nął głową.

— Muszę wra­cać do domu — powta­rzał z upo­rem i sta­now­czo­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla osób pija­nych. — Do domu. Jak naj­szyb­ciej. Zamów mi tak­sówkę. Muszę być przed dwu­dzie­stą. Tylko… Jesz­cze rok uda­wa­nia. Ewa nie może się dowie­dzieć. Urzą­dzi mi pie­kło. Powiem jej za rok.

— Ni­gdy mi nie opo­wia­da­łeś o swo­jej żonie.

— Jeste­śmy orto­go­nalni. — Tomasz zatrzy­mał się przed drzwiami łazienki. — Orto­go­nalni jak dwa wek­tory spo­ty­ka­jące się w prze­strzeni. Prze­ci­namy się w jed­nym punk­cie, łączy nas jedna rzecz. Nasza córka. Oprócz tego funk­cjo­nu­jemy w odręb­nych świa­tach, i niech tak zosta­nie.

— Nie rozu­miem.

Wewnątrz łazienki nie dało się oddy­chać. Dusiła para wodna, na policz­kach kwi­tły czer­wone plamy, czło­wiek pocił się jak w fiń­skiej sau­nie. Tomasz oparł się o umy­walkę i zaci­snął zęby, a każdy oddech roz­sa­dzał klatkę pier­siową. Wdech i wydech, wdech i wydech, przed oczami czarne kleksy, serce zwal­niało i przy­spie­szało, chciało mu się rzy­gać, czuł par­cie na sto­lec. Odkrę­cił zimną wodę, prze­mył twarz. Pomo­gło. Zało­żył bok­serki, koszulę i skar­petki – nie lubił ubie­rać się przy Adzie. Umył zęby – a ile­kroć robił to w spon­so­ro­wa­nym miesz­ka­niu, czuł wstyd i zaże­no­wa­nie, jak alko­ho­lik, który po wypi­ciu pię­ciu piw siada za kie­row­nicą i łyka mię­tową pastylkę na wypa­dek poli­cyj­nej kon­troli. Z dzią­seł obfi­cie leciała krew, pluł do wnę­trza bia­łej umy­walki czer­wo­nawą mie­szanką pasty do zębów i śliny. Jak u den­ty­sty.

Dwa lata wcze­śniej, gdy nie odwie­dzał jesz­cze Adrianny, gabi­net sto­ma­to­lo­giczny był jedy­nym miej­scem, gdzie Tomasz doświad­czał fizycz­no­ści ist­nie­nia. Pozo­stałe dni, tygo­dnie, mie­siące – całe życie prze­la­ty­wało przed oczami jak nudny film oglą­dany w luk­su­so­wym kinie. Dopiero den­ty­sta przy­wra­cał na chwilę doświad­cze­nie praw­dzi­wego ist­nie­nia. Jesteś wor­kiem ciała, kości i krwi – sły­szał Tomasz w war­ko­cie nisko­obro­to­wego wier­tła. Popatrz, wystar­czy cię dotknąć, a krwa­wisz, poru­szyć odsło­nięty nerw, a zwi­jasz się z bólu. Z tego powodu ni­gdy nie brał znie­czu­le­nia.

Czy kie­dy­kol­wiek miał wyrzuty sumie­nia? Nim poja­wiła się Adrianna, nie był świę­tosz­kiem. Pierw­szy raz zdra­dził Ewę cztery lata wcze­śniej, na wyjeź­dzie służ­bo­wym. Dziew­czyna miała na imię Magda, była naj­zwy­klej­szą w świe­cie świeżo upie­czoną absol­wentką archi­tek­tury, która robiła staż w fir­mie i tra­fiła pod opiekę Toma­sza. Niska bru­netka w oku­la­rach, nieco zbyt pulchna, z brzydką cerą. Dla­czego poszli do łóżka? Bo tuż przed wyjaz­dem posprze­czał się z Ewą, mieli ciche dni i uwie­dze­nie zakom­plek­sio­nej sta­żystki sta­no­wiło formę odre­ago­wa­nia? Dziew­czyna nie opie­rała się, myślała, że w ten spo­sób zała­twi sobie prze­dłu­że­nie umowy o pracę. Nie zała­twiła. Wtedy – za pierw­szym razem – Tomasz czuł się źle.

Ran­kiem następ­nego dnia nie potra­fił dojść do sie­bie. Długo wymio­to­wał do hote­lo­wej umy­walki, cho­ciaż poprzed­niego wie­czoru wypił zale­d­wie trzy piwa.

Kolejne przy­pad­kowe kobiety przy­cho­dziły i odcho­dziły. Samotne wie­czory daleko od domu, ulotka agen­cji towa­rzy­skiej wycią­gnięta zza wycie­raczki samo­chodu zapar­ko­wa­nego przed hote­lem – wystar­czał impuls. O Ewie w takich momen­tach nie myślał pra­wie ni­gdy. Może cza­sem, kiedy trza­skały drzwi, on gasił świa­tło, leżał w ciem­no­ściach i wspo­mi­nał gorące lato w Buda­pesz­cie, kiedy samo­chody tonęły w płyn­nym asfal­cie, a z pej­sów orto­dok­syj­nych Żydów zmie­rza­ją­cych na modły do Nagy Zsi­na­góga kapały kro­ple potu.

Na zapa­ro­wa­nym lustrze napi­sał pal­cem „KOCHAM CIĘ, BUZIAKI”. Następ­nie ubrał się do końca i z kie­szeni mary­narki wycią­gnął kopertę. Prze­li­czył bank­noty i dorzu­cił jesz­cze dwie stówy. Nie­na­wi­dził tego robić, miał sko­ja­rze­nia z wizytą u pro­sty­tutki, dla­tego wolał zosta­wiać pie­nią­dze na pralce, niż wrę­czać je Adzie oso­bi­ście. Dziś w takim momen­cie nie potra­fiłby spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy.

Póź­niej przy­tu­lił się do niej na poże­gna­nie i puścił oczko.

— Kiedy się zoba­czymy? — zapy­tała.

— Wpadnę we wto­rek. Po pracy. Pasuje ci?

Ski­nęła głową.

Przed blo­kiem cze­kała tak­sówka. Wsiadł do samo­chodu, jechał uli­cami wylud­nio­nej War­szawy, alko­hol szu­miał w gło­wie. Tomasz wyglą­dał przez okno, widział mon­stru­alne kałuże, poła­mane gałę­zie drzew, kolo­rowe rekla­mówki, które wichura wygrze­bała ze śmiet­ni­ków. Nawał­nica wresz­cie odda­liła się od mia­sta i zapa­dła śmier­telna cisza. Sie­dział w kil­ku­na­sto­let­nim mer­ce­de­sie, szczel­nie odgro­dzony od dźwię­ków świata zewnętrz­nego. Kie­rowca włą­czył płytę z muzyką poważną, cicho jęczały skrzypki, ale Tomasz sły­szał wyłącz­nie bicie wła­snego serca.

Tak­sówka wbiła się do ruchu na Nie­pod­le­gło­ści. Tomasz mru­gał inten­syw­nie oczami i ledwo pozna­wał, gdzie się znaj­duje. Niby wszystko wyglą­dało tak samo, migały uliczne sygna­li­za­tory, samo­chody roz­jeż­dżały liście zerwane z drzew przez wichurę, piękne kobiety uśmie­chały się zalot­nie z bil­l­bo­ar­dów, a jed­nak Tomasz znaj­do­wał się już w innej rze­czy­wi­sto­ści niż jesz­cze kilka godzin temu. Tak­sówka jechała coraz szyb­ciej, a on zanu­rzał się w sobie, zatra­cał myśli w szem­ra­niu krwio­biegu. Dzi­waczny stan – zawie­sze­nie ponad pra­wami fizyki, wyję­cie poza nawias pozna­wal­nego wszech­świata – trwał dwa kwa­dranse, aż samo­chód wje­chał na osie­dle, kie­rowca odwró­cił się do nie­ru­cho­mego pasa­żera i obwie­ścił koniec kursu.

Tomasz ukło­nił się ochro­nia­rzowi, wje­chał windą na dru­gie pię­tro i długo szu­kał klu­cza w aktówce. Nie zdą­żył wło­żyć go do zamka. Ewa natych­miast otwo­rzyła drzwi, jakby cze­kała po dru­giej stro­nie. Może rze­czy­wi­ście tak było, kto ją wie?

Chciał odwró­cić spoj­rze­nie, uda­wać, że jej nie dostrzega, uni­kać kon­taktu wzro­ko­wego. Nie udało się. Ewa tara­so­wała wej­ście do miesz­ka­nia.

— Stało się coś? — zapy­tał.

Oczy kobiety były czer­wone, całe zapła­kane. Na gło­wie szopa potar­ga­nych wło­sów. Nawet się zdzi­wił. Jego żona ni­gdy tak nie wyglą­dała.

Coś się stało.

— Gdzie byłeś? Nie odbie­ra­łeś. Dzwo­ni­łam pięt­na­ście razy — wysy­czała.

Już chciał powie­dzieć, że wysko­czyli po robo­cie z kum­plami na bro­wara, knajpa w pod­zie­miach, nie było zasięgu – otwie­rał usta, ale nie ode­zwał się. Ewa nie dała mu dojść do słowa.

— Ktoś porwał Ali­cję — obwie­ściła i wybu­chła pła­czem.

Znany i upo­rząd­ko­wany świat Toma­sza Szym­ko­wiaka roz­sy­pał się po raz kolejny tego dnia.

DWA

DAVID/ LIZBONA

David Kat­zner i Mayer Hoch­baum.

Poznali się we wrze­śniu ubie­głego roku. Koń­czyło się lato, a oni przy­je­chali na roczne sty­pen­dium do Lizbony. David miał dwa­dzie­ścia sześć lat i opi­nię geniu­sza z pie­kiel­nie trud­nym cha­rak­te­rem. Do głowy przy­cho­dziły mu tysiące pomy­słów na sekundę. Szu­kał swo­jego miej­sca w życiu i nauce, potrze­bo­wał men­tora, inte­lek­tu­al­nego prze­wod­nika, osoby mądrzej­szej i doświad­czo­nej, która nauczy go pokory.

Mayer Hoch­baum miał lat sześć­dzie­siąt sie­dem, był pro­fe­so­rem, a jego pomarsz­czone dło­nie stra­szyły pla­mami wątro­bo­wymi, oddech cuch­nął cmen­ta­rzem, gni­ciem i ame­ry­kań­skimi papie­ro­sami. Nada­wał się do roli opie­kuna chło­paka lepiej niż kto­kol­wiek inny.

W tam­tym cza­sie David pra­co­wał jak sza­lony, dzie­ląc naukowe zain­te­re­so­wa­nia pomię­dzy trzy dzie­dziny. Zaj­mo­wał się fizyką teo­re­tyczną, jej naj­bar­dziej wyra­fi­no­waną odmianą, łączącą ein­ste­inow­ską kosmo­lo­gię z kwan­to­wym mikro­świa­tem. Jego roz­wa­ża­nia czę­sto jed­nak wska­ki­wały na wysoki poziom abs­trak­cji i wów­czas zamiast fizyki upra­wiał czy­stą mate­ma­tykę. Dużej czę­ści postu­lo­wa­nych przez niego modeli nie dało się zwe­ry­fi­ko­wać empi­rycz­nie – nie przy dzi­siej­szych pozio­mach ener­gii wyci­ska­nych z akce­le­ra­to­rów. Wów­czas jedy­nym i wystar­cza­ją­cym kry­te­rium „prawdy” była spój­ność i piękno rów­nań mate­ma­tycz­nych. Kiedy zatem David zdał sobie z tego sprawę, zain­te­re­so­wał się też moc­niej filo­zo­ficz­nymi aspek­tami swo­jej pracy. Dosko­nale pamię­tał prze­słu­cha­nie przed komi­sją rekru­ta­cyjną uni­wer­sy­tetu w Lizbo­nie.

— Pana dotych­cza­sowy doro­bek naukowy, panie Kat­zner, jest sza­le­nie inte­re­su­jący, jed­nak… Jakby to powie­dzieć… Bra­kuje mi wspól­nej myśli, która łączy­łaby pana roz­le­głe zain­te­re­so­wa­nia naukowe — jąkał się prze­wod­ni­czący komi­sji, siwy pro­fe­sor kosmo­lo­gii.

David już otwie­rał usta, przy­go­to­wany, aby skle­cić na pocze­ka­niu wytłu­ma­cze­nie, gdy w słowo wszedł mu czer­stwy czter­dzie­sto­la­tek, lokalny guru od M-teo­rii.

— Ależ skąd. Moim zda­niem prio­ry­tety badaw­cze pana Kat­znera są bar­dzo pre­cy­zyj­nie okre­ślone. Zaj­muje się on głów­nie nie­orto­dok­syj­nymi podej­ściami do Wiel­kiej Teo­rii Uni­fi­ka­cji. Zbiory kau­zalne, model wszech­świata frak­tal­nego, gra­wi­ta­cja pętlowa… Wszystko pasuje do sie­bie dosko­nale.

Prze­słu­chi­wany ski­nął pokor­nie głową. Por­tu­gal­ski skur­wy­sy­nek uży­wał słowa „nie­orto­dok­syjna” na wszyst­kie podej­ścia, które nie były starą, dobrą teo­rią strun.

— Tak, myślę, że można wła­śnie tak powie­dzieć. Naj­bar­dziej inte­re­sują mnie modele uni­fi­ka­cyjne i nimi chciał­bym się zaj­mo­wać w szcze­gól­no­ści — wybą­kał nie­wy­raź­nie pod nosem.

— Nie zga­dzam się — zapro­te­sto­wał kolejny z uczo­nych. Tym razem był to Ame­ry­ka­niec, spro­wa­dzony za grubą kasę na semestr z któ­re­goś z uni­wer­sy­te­tów Ivy League. — Dosko­nale widać, że pana Kat­znera naj­bar­dziej inte­re­suje wątek przy­czy­no­wo­ści, jego mate­ma­tyczna repre­zen­ta­cja oraz zna­cze­nie w mode­lach wszech­świata. Ten temat poja­wia się we wszyst­kich pana pra­cach.

— Prawda — przy­tak­nął chło­pak. — Przy­czy­no­wość inte­re­suje mnie ogrom­nie i chciał­bym się poświę­cić jej bada­niu.

— Pozwolę się z tym nie zgo­dzić — głos nie­ocze­ki­wa­nie zabrał trzy­dzie­sto­pię­cio­letni Rosja­nin, który w ubie­głym roku ode­brał medal Fieldsa za roz­wią­za­nie zagad­nie­nia NP-zupeł­no­ści, ponoć naj­wy­bit­niej­szy żyjący współ­cze­śnie mate­ma­tyk. Mówił twardą angielsz­czy­zną z wyraź­nym wschod­nim akcen­tem. — Pod­czas lek­tury prac pana Kat­znera zwra­cają uwagę przede wszyst­kim jego epi­ste­mo­lo­giczne zapędy i poszu­ki­wa­nie odpo­wie­dzi na odwieczne pyta­nie: czy i dla­czego wszech­świat jest pozna­walny? Jaka jest rola obser­wa­tora w kre­owa­niu rze­czy­wi­sto­ści pod­czas aktu pozna­nia?

David ponow­nie chciał przy­znać rację, czym mógłby nara­zić się na śmiesz­ność, ale nie zdą­żył. Decy­du­jące zda­nie nale­żało do hono­ro­wego prze­wod­ni­czą­cego pro­gramu nauko­wego, fizyka kwan­to­wego sta­rej daty, nobli­sty, który dawno już stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, a jego jedy­nym prze­ja­wem aktyw­no­ści inte­lek­tu­al­nej było opo­wia­da­nie aneg­dot, co też zda­rzało mu się wypra­wiać po pijaku z Feyn­ma­nem i Schwin­ge­rem.

— Pano­wie, czyż my nie wyma­gamy zbyt dużo od tego mło­dego czło­wieka? Davi­dzie, ile masz lat, dwa­dzie­ścia sześć? — Nobliwy sta­rzec zaj­rzał w papiery i popra­wił oku­lary na pomarsz­czo­nym nosie. — Zachłan­ność jest przy­wi­le­jem mło­do­ści i spró­bujmy rozu­mo­wać w ten spo­sób. Na zde­fi­nio­wa­nie pre­cy­zyj­nej ścieżki i wygro­dze­nie tery­to­rium badań przyj­dzie czas w przy­szło­ści. Jestem za. Jak reszta komi­sji?

Wszy­scy unie­śli dło­nie do góry.

I w ten spo­sób David Kat­zner zakwa­li­fi­ko­wał się na lizboń­skie sty­pen­dium. Była setna rocz­nica opu­bli­ko­wa­nia przez Ein­ste­ina szcze­gól­nej teo­rii względ­no­ści i Por­tu­gal­czycy szczy­cili się ambit­nym pla­nem ścią­gnię­cia do sie­bie na dwa seme­stry mło­dych gwiazd fizyki teo­re­tycz­nej, pra­cu­ją­cych nad róż­nymi aspek­tami Wiel­kiej Teo­rii Uni­fi­ka­cji. W pla­nach znaj­do­wał się cykl semi­na­riów, wykła­dów otwar­tych, paneli dys­ku­syj­nych, dosko­na­łych momen­tów do kon­fron­ta­cji.

Coś wiel­kiego wisiało w powie­trzu. Podobno chło­paki z Pekinu szy­ko­wały bombę, ale nie zamie­rzały chwa­lić się przed­wcze­śnie swo­imi wyni­kami i obec­nie wciąż spraw­dzały obli­cze­nia. W ten spo­sób miały się speł­nić senne fan­ta­zje dzie­ka­nów fizyki na całym świe­cie: w końcu napi­sane zostaną rów­na­nia Teo­rii Wszyst­kiego. Lizbona wła­śnie na to liczyła, była gotowa zain­we­sto­wać nie­złe pie­nią­dze, aby wizję urze­czy­wist­nić i roz­sła­wić uni­wer­sy­tet na cały świat.

Sze­fem Chiń­czy­ków był Kong Wen Huan – cho­ro­bli­wie ambitny trzy­dzie­sto­sze­ścio­la­tek, ikona kitaj­skiej nauki. Cudowny dzie­ciak, który zaczął mówić, gdy miał sześć mie­sięcy, rachu­nek róż­nicz­kowy opa­no­wał w wieku pię­ciu lat, a jako pięt­na­sto­la­tek dok­to­ry­zo­wał się z T-dual­no­ści rela­cji strun typu IIA z typem IIB. Kong w swoim kraju był hero­sem, boha­te­rem czy­ta­nek w ele­men­ta­rzach dla dzieci, tele­wi­zyj­nym eks­per­tem od wszyst­kiego, komen­ta­to­rem roz­chwy­ty­wa­nym przez gazety. Jeśli rze­czy­wi­ście on pierw­szy zro­zu­mie zło­żo­ność osta­tecz­nej teo­rii i znaj­dzie akcep­ta­cję mię­dzy­na­ro­do­wej spo­łecz­no­ści fizy­ków, w przy­szłym roku, na jesieni, poje­dzie do Sztok­holmu po Nobla, a pół­tora miliar­dów sko­śno­okich spuch­nie z dumy, że oto syn ich narodu doko­nał naj­więk­szego odkry­cia w histo­rii fizyki, tygry­sim sko­kiem wyprze­dza­jąc Gali­le­usza, New­tona i Ein­ste­ina. Było się o co bić.

Na czym pole­gało prze­ło­mowe zna­cze­nie prac Konga?

Wielka Teo­ria Uni­fi­ka­cji była świę­tym Gra­alem fizy­ków. We wszech­świe­cie wystę­pują cztery oddzia­ły­wa­nia: gra­wi­ta­cja, elek­tro­ma­gne­tyzm oraz dwie siły na pozio­mie jądra atomu – oddzia­ły­wa­nie słabe i silne. Gra­wi­ta­cja działa w wiel­kiej skali, doty­czy galak­tyk, gwiazd, czar­nych dziur; pozo­stałe – w mikro­świe­cie, na pozio­mie kwan­to­wym, gdzie jed­nostkę odle­gło­ści sta­nowi jądro atomu. Trzy siły z poziomu sub­a­to­mo­wego docze­kały się już uspój­nie­nia w postaci modelu mate­ma­tycz­nego. Do dziś jed­nak nie udało się do niego włą­czyć także gra­wi­ta­cji. Nikt nie potra­fił prze­rzu­cić mostu pomię­dzy świa­tem w skali mikro i skali makro. Złą­czyć w jedno fizyki kwan­to­wej i rela­ty­wi­stycz­nej mecha­niki Ein­ste­ina. Każda z dwu wiel­kich teo­rii była praw­dziwa, została prze­te­sto­wana w milio­nach eks­pe­ry­men­tów i nikt do tej pory nie wyka­zał jej błęd­no­ści. Tym­cza­sem przy pró­bie złą­cze­nia ich w jedną całość nic do sie­bie nie paso­wało. Poja­wiały się nie­moż­liwe do wyeli­mi­no­wa­nia nie­skoń­czo­no­ści. Prawda plus prawda dawała w rezul­ta­cie fałsz.

Napi­sać rów­na­nia Wiel­kiej Teo­rii Uni­fi­ka­cji, skwan­to­wać gra­wi­ta­cję, stwo­rzyć uni­tarną teo­rię pola… Zada­nie, na któ­rym poła­mał sobie zęby Ein­stein, nie dał rady Feyn­man, Dirac ani Schrödinger. A teraz podobno pora­dził sobie z tym trzy­dzie­sto­sze­ścio­letni Kong Wen Huan, który wyniki prze­ło­mo­wego odkry­cia miał ogło­sić spo­łecz­no­ści naukow­ców pod­czas zimo­wego seme­stru w Lizbo­nie.

Wielka Teo­ria Uni­fi­ka­cji nio­sła rów­nież potężne impli­ka­cje filo­zo­ficzne. Czy rów­na­nia napi­sane przez Konga pozo­staną jedy­nie tech­niczną cie­ka­wostką zro­zu­miałą dla garstki pasjo­na­tów wyż­szej mate­ma­tyki i fizyki teo­re­tycz­nej? Czy model Chiń­czyka powie coś wię­cej na temat fun­da­men­tów rze­czy­wi­sto­ści, tak jak wcze­śniej zro­biły to teo­rie New­tona, Ein­ste­ina i fizyka kwan­towa? Da jed­no­znaczne wyja­śnie­nie przy­czyn Wiel­kiego Wybu­chu, pora­dzi sobie z zasadą antro­piczną, wyja­śni dyle­mat przy­god­no­ści/koniecz­no­ści ist­nie­nia wszech­świata, powie, jak wyglą­dał świat, zanim zaczął pły­nąć czas, wyeli­mi­nuje lub uzna obec­ność istoty wyż­szej? Roz­en­tu­zja­zmo­wani Chiń­czycy, a od nie­dawna rów­nież dzien­ni­ka­rze w innych kra­jach, uwa­żali Konga za pierw­szego czło­wieka, który dotrze do myśli Boga. Bar­dzo zgrabna fraza, która prze­wi­jała się w mediach kie­dy­kol­wiek tylko ktoś wspo­mniał o eks­pe­ry­men­cie Uni­wer­sy­tetu Lizboń­skiego.

Tylko czy można było wie­rzyć plot­kom?

Jeśli ktoś zapy­tałby o to Davida na początku wrze­śnia, kiedy w rodzi­mym Tel Awi­wie pako­wał walizki do Lizbony – posta­wiłby każde pie­nią­dze na to, że Kong nie podoła. Za nic nie wie­rzył w obraną przez Chiń­czyka metodę i przy kuflu piwa był gotów spie­rać się o to do bia­łego rana.

Kong był wyznawcą teo­rii strun. „Wyznawcą” – David lubił wyzło­śli­wiać się, uży­wa­jąc tego słowa, gdyż nad stru­nami pra­co­wano prze­szło dwa­dzie­ścia lat, teo­ria zaś nie dostar­czyła nawet drob­nego ułamka rezul­ta­tów, które obie­cy­wała. Aby aktu­al­nie zaj­mo­wać się stru­nami, nale­żało odwie­sić na kołku racjo­nalne argu­menty i ślepo uwie­rzyć, że świat składa się z minio­biek­tów drga­ją­cych w dzie­się­ciu wymia­rach. Lub w jede­na­stu, jeśli wola­łeś M-teo­rię. Jeśli nato­miast pre­fe­ro­wa­łeś F-teo­rię, musia­łeś uwie­rzyć we wszech­świat dwu­na­sto­wy­mia­rowy. Praw­dzi­wym pasjo­na­tom zosta­wała jesz­cze S-teo­ria i jej trzy­na­ście wymia­rów.

I wła­śnie wtedy, na moment przed spo­dzie­wa­nym ogło­sze­niem osta­tecz­nej teo­rii wszyst­kiego, David Kat­zner poznał May­era Hoch­bauma.

* * *

Wcze­śniej sły­szał o nim piąte przez dzie­siąte – ponoć stary Hoch­baum pro­wa­dził wykłady z ele­men­tów pro­ba­bi­li­stycz­nych w fizyce kwan­to­wej. David gdzieś kie­dyś czy­tał jego prace na ten temat i miał nawet w pla­nach wybrać się do niego na kon­sul­ta­cje, ale zna­jąc sie­bie, pew­nie nie zro­biłby tego szyb­ciej niż w oko­li­cach stycz­nia.

Lecz stało się ina­czej. Tak jak Elo­him wybrał Abra­hama i kazał mu wyru­szyć w wędrówkę ku Ziemi Obie­ca­nej, tak Mayer odna­lazł Davida w sło­necz­nej Lizbo­nie i wska­zał mu cel.

David stał wła­śnie na scho­dach uni­wer­sy­tetu, ślę­cząc nad pla­nem Lizbony, zasta­na­wia­jąc się, jak dotrzeć do aka­de­mika, kiedy Mayer pod­szedł do niego i ode­zwał się po hebraj­sku. Mówił bar­dzo dobrze, ale w gło­sie pobrzmie­wał obcy akcent; dało się wyczuć, że nie jest to język, któ­rego nauczył się jako dziecko i w jego domu rodzin­nym mówiło się ina­czej. Cza­sami pau­zo­wał mini­mal­nie za długo, szu­kał w pamięci zapo­mnia­nego słowa.

— Nazy­wasz się David Kat­zner. Robisz dok­to­rat z fizyki teo­re­tycz­nej w Tel Awi­wie. Wspo­mi­nał mi o tobie pro­fe­sor Mar­shak. Jesteś bar­dzo uzdol­niony mate­ma­tycz­nie. Mar­shak ni­gdy nie miał rów­nie bystrego stu­denta. Nie­dawno roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. Zadzwo­nił spe­cjal­nie w tej spra­wie.

David podzię­ko­wał i już miał odejść.

— Wie­rzysz Kon­gowi? — Mayer poło­żył dłoń na ramie­niu chło­paka i go zatrzy­mał. — A może powi­nie­nem zapy­tać: wie­rzysz w Konga? Poświę­cisz mi chwilę? Chcia­łem z tobą poroz­ma­wiać. Strasz­nie dzi­siaj gorąco. Co powiesz na zimne piwo? Ja sta­wiam.

Stary pro­fe­sor szedł powoli, powłó­cząc lewą nogą. Wylą­do­wali w aka­de­mic­kim pubie, zała­pu­jąc się na koń­cówkę happy hours. W lokalu było parno i gło­śno. Buchały kłęby tyto­nio­wego dymu, śmier­działo roz­la­nym piwem, nie­prze­li­czony tłum kisił się przed barem. W życiu nie znaj­dziemy tutaj wol­nego sto­lika – chciał powie­dzieć David, ale nie zdą­żył otwo­rzyć ust, łyk­nąć hau­stu powie­trza zanie­czysz­czo­nego smro­dem papie­ro­so­wym, a kel­ner – ciemny Laty­nos z burzą krę­co­nych wło­sów – puścił May­erowi oczko i wyko­nał gest „za mną”.

— Mamy tutaj pokój dla VIP-ów — wyja­śnił pro­fe­sor.

Prze­szli przez kora­li­kową kotarę i wyło­żony boaze­rią kory­tarz. W sali stały dwie obite plu­szem kanapy. Kel­ner bez pyta­nia przy­niósł piwo i talerz owo­ców morza na prze­gryzkę. Mayer pocią­gnął ze szklanki solidny łyk, a na bro­dzie zostały mu strzępy piany.

— Kocham ten kraj — powie­dział. — Prze­pro­wa­dzę się tutaj na eme­ry­turę. Już się w życiu najeź­dzi­łem. Umrę w Por­tu­ga­lii.

Mylił się. Umarł w Sewa­sto­polu, na Kry­mie, dzie­więć mie­sięcy póź­niej. Był na waka­cjach, zwie­dzał oce­ana­rium, patrzył na bawiące się w wodzie del­finy, kiedy runął na zie­mię, a serce w klatce pier­sio­wej nie­mal pękło na pół, jak oce­nił pato­log pod­czas sek­cji zwłok.

Roz­ma­wiali kilka godzin. Rozu­mieli się dosko­nale; dzie­lili te same wąt­pli­wo­ści i rezerwę do teo­rii strun.

— Naj­więk­szym pro­ble­mem — pero­ro­wał Mayer przy dru­gim piwie — jest zna­cze­nie słowa „praw­dziwy” w kon­tek­ście fizyki teo­re­tycz­nej. Do kiedy fizycy badali realne obiekty, było pro­sto. Samo­chód, który wyru­sza z mia­sta A do mia­sta B, zrzu­cony z krzy­wej wieży kamień, rów­nia pochyła, stru­mień wody – każda ta rzecz była „praw­dziwa”. Na pozio­mie mikro­świata jest jed­nak coraz trud­niej: atom, elek­tron, kwark? A co dopiero drga­jąca struna w dzie­się­cio­wy­mia­ro­wej prze­strzeni, wstęga świata, brana Diri­chleta, soli­to­nowa 5-brana. Pytam o sta­tus onto­lo­giczny tych obiek­tów, czy są rze­czy­wi­ste, tak jak rze­czy­wi­sta jest kanapa, na któ­rej obec­nie sie­dzę, i rze­czy­wi­sty był bur­del w Alfa­mie, od któ­rego ta kanapa została odku­piona? A może to sztuczka mate­ma­tyczna, pochodna for­ma­li­zmu, ist­nie­jąca wyłącz­nie pod posta­cią sym­boli na papie­rze? Załóżmy, że Kong się nie myli i przed­stawi miaż­dżące argu­menty na popar­cie swo­ich teo­rii. Wszech­świat ma dzie­sięć wymia­rów. I co, kurwa, z tego? Nasz wszech­świat okaże się jed­nym z nie­skoń­czo­nej liczby innych wszech­światów, bąblu­ją­cych na powierzchni jakie­goś bez­kra­wę­dzio­wego, n-wymia­ro­wego mul­ti­wer­sum. Czy jed­nak inne wymiary są wtedy rze­czy­wi­ste? Czy mogę tam poje­chać i wyści­skać zie­loną mackę stwo­rowi z szó­stego wymiaru? Niech tam… Nie muszę wcale jechać. Niech doświad­czal­nicy z CERN-u zapro­jek­tują sprytny eks­pe­ry­ment i roz­grzeją tę swoją zabawkę do czer­wo­no­ści, zde­rza­jąc wiązki czą­stek. Czy będę w sta­nie w ten spo­sób empi­rycz­nie zwe­ry­fi­ko­wać rów­na­nia Chi­nola? Jeśli LHC ma za małą ener­gię, niech poli­tycy wyłożą na stół kolejne parę­na­ście miliar­dów euro i zbu­dują jesz­cze więk­szy akce­le­ra­tor. Czy nabie­rzemy w ten spo­sób pew­no­ści, że super M-teo­ria Konga Wen Huana jest praw­dziwa? Jeśli nie, w takim razie pier­dolę taką fizykę. O kant dupy potłuc real­ność strun.

Mayer zdo­mi­no­wał Davida w dys­ku­sji. Do tej pory potra­fiło to zro­bić naprawdę nie­wiele osób. Młody fizyk musiał w końcu dojść do słowa:

— W tym wszyst­kim nie rozu­miem jed­nej rze­czy. Coraz mniej fizy­ków wie­rzy w teo­rię strun. Idzie kolejna rewo­lu­cja ze strony alter­na­tyw­nych metod badaw­czych, całe mnó­stwo nie­orto­dok­syj­nych — powi­nien odgryźć sobie język za uży­cie tego słowa jako syno­nimu „nie­zaj­mu­jący się teo­rią strun” — spe­ców zostało zapro­szo­nych do Lizbony, ale wszy­scy srają w gacie ze względu na Konga. Z czego to wynika?

— Kong jest pewny zwy­cię­stwa. On rze­czy­wi­ście coś ma albo wydaje mu się, że ma. Patrzy na innych z góry. Napi­sał już rów­na­nia, spraw­dził je milion razy i nie widzi błędu. Spraw­dza je teraz milion pierw­szy raz. Będzie gotowy do końca seme­stru. Wygłosi wów­czas wykład, zor­ga­ni­zuje kon­fe­ren­cję pra­sową, wyśle arty­kuł do „Nature”, gdzie opu­bli­kują go w try­bie natych­mia­sto­wym z pomi­nię­ciem tra­dy­cyj­nych pro­ce­dur. To jed­nak będzie dziwna sytu­acja. Teo­ria strun nie jest praw­dziwą nauką. Nie jest roz­wi­jana na pod­sta­wie para­dyg­matu Bacona. Nie ma żad­nej pro­ce­dury eks­pe­ry­men­tal­nej, żad­nego kon­taktu z empi­rią — Mayer powta­rzał wcze­śniej­sze argu­menty. — Jedy­nym kry­te­rium praw­dzi­wo­ści jest tu mate­ma­tyczna spój­ność modelu. Jak u antycz­nych filo­zo­fów: Par­me­ni­des powie­dział, że pozna­nie zmy­słowe jest drogą głup­ców, i Kong teo­re­tyk zaska­ku­jąco się tego trzyma.

David chyba rozu­miał, do czego zmie­rza pro­fe­sor.

— Chcesz powie­dzieć, że jego prace niczego nie zmie­nią?

Stary Żyd ski­nął głową.

— Niczego. Będziesz miał zestaw rów­nań, wewnętrz­nie spój­nych i być może nawet pięk­nych, pomy­sło­wych i for­mal­nie zgrab­nych. Będzie wyni­kało z nich, że wszech­świat zbu­do­wany jest ze strun. Faj­nie, ale co z tego? Ktoś może zapro­po­no­wać zestaw zupeł­nie innych rów­nań, pro­wa­dzą­cych do zupeł­nie odmien­nych wnio­sków – tylko rów­nie spójny i może jesz­cze pięk­niej­szy. Który z nich wtedy wybie­rzemy? Jak jest naprawdę? Jakaś prawda prze­cież ist­nieje, wszech­świat jest obiek­tyw­nie pozna­walny i subiek­tywne pre­fe­ren­cje este­tyczne bada­czy mają się do tego nijak. To jest abso­lutne novum w histo­rii fizyki. Mecha­nika new­to­now­ska nie zdoła się wybro­nić w kon­fron­ta­cji z teo­rią względ­no­ści, nawet jeśli uzu­peł­nisz ją o kon­cep­cję eteru. Decy­dują o tym dane doświad­czalne. W teo­rii strun nic nie decy­duje.

David wzru­szył ramio­nami.

— Mnie nie musisz prze­ko­ny­wać. Myślę tak samo.

— Pozna­łeś go?

— Konga? Oso­bi­ście jesz­cze nie, ale byłem na jego wykła­dzie otwar­tym. Chcia­łem go zoba­czyć. Mówił oczy­wi­sto­ści, ale podo­bało mi się. Ma cha­ry­zmę.

— Wkrótce go poznasz.

David spoj­rzał na May­era scep­tycz­nie.

— Niby dla­czego?

— Ty też jesteś znany. Też opo­wia­dają o tobie legendy. Spo­sób, w jaki roz­wią­za­łeś pro­blem sta­łej kosmo­lo­gicz­nej, to maj­stersz­tyk. Mia­łeś wów­czas zale­d­wie dwa­dzie­ścia dwa lata.

— Stare dzieje. — David mach­nął ręką i ski­nął na kel­nera, zama­wia­jąc następną kolejkę.

— Kong będzie chciał mieć cię po swo­jej stro­nie. Z takim sprzy­mie­rzeń­cem łatwiej kru­szyć mury nie­do­wiar­stwa i scep­ty­cy­zmu.

— Prze­sa­dzasz.

Nie­ocze­ki­wa­nie Mayer zmie­nił temat roz­mowy.

— Spo­ty­kasz się z jakąś dziew­czyną, David? Niech zgadnę: wiel­bi­cielki sztur­mują drzwiami i oknami, ale wolisz zostać nie­za­leż­nym sin­glem i wyszu­mieć się za młodu…?

David znie­ru­cho­miał ze zdu­mie­nia. Zakła­dał, że będą gadać wyłącz­nie o fizyce. O czym innym miał zresztą roz­ma­wiać z May­erem Hoch­bau­mem? Jakim pra­wem ten pier­dziel, star­szy od niego o ponad cztery dekady, pako­wał się z bucio­rami w jego życie pry­watne?

Roz­stali się trzy godziny póź­niej, pijani i w dosko­na­łych humo­rach. Przy­rze­kli sobie, że w przy­szłym tygo­dniu muszą się znów umó­wić. David znał May­era od popo­łu­dnia, a miał wra­że­nie, że wie o nim wszystko. Mylił się dra­ma­tycz­nie. Jed­nak wów­czas, z per­spek­tywy wla­nych w sie­bie trzech litrów piwa, nawet pyta­nie o dziew­czynę nie wyda­wało się już nie­tak­tem.

Tym bar­dziej że odpo­wiedź zmy­ślił.

Na uni­wer­sy­te­cie była jed­nak pewna dziew­czyna, która wpa­dła mu w oko. Annette Fil­lion, Fran­cuzka spe­cja­li­zu­jąca się w filo­zo­fii przy­rody, a przede wszyst­kim w onto­lo­gicz­nych kon­se­kwen­cjach fizyki kwan­to­wej. Poznali się prze­lot­nie na powi­tal­nej impre­zie, zamie­nili kilka słów i na początku paź­dzier­nika wpa­dali na sie­bie w zapcha­nej tury­stami dziel­nicy Baixa. Poznała go.

Trzy­mała pod pachą trzy książki, a w uszach miała słu­chawki. Zatrzy­mała się i uśmiech­nęła. David zapro­po­no­wał kawę i ciastko w pobli­skim Star­buck­sie. Zgo­dziła się.

Roz­mowa musiała w końcu zejść na fizykę. Chło­pak nie chciał pytać wprost, ale Annette sama nawią­zała do Konga i rzu­ciła podobne pyta­nia, co potem Mayer Hoch­baum. David odbił piłeczkę i zamiast zdaw­ko­wej odpo­wie­dzi dostał mini­wy­kład o poglą­dach epi­ste­micz­nych dziew­czyny. Zadzi­wiały rady­ka­li­zmem i non­sza­lan­cją. W jej posta­wie była pew­ność sie­bie i prze­ko­na­nie o wła­snej war­to­ści, jed­nak bez pychy czy zaro­zu­mial­stwa. David pomy­ślał, że mógłby się od niej wiele nauczyć.

O teo­rii strun i – co za tym idzie – pra­cach Konga Wan Huana Annette wyra­żała się z nie­skry­waną pogardą. Pierw­sza część kry­tyki odtwa­rzała linię rozu­mo­wa­nia Davida. Dziew­czy­nie nie podo­bał się „filo­zo­ficzny” cha­rak­ter teo­rii i zupełny brak moż­li­wo­ści empi­rycz­nej wery­fi­ka­cji jej postu­la­tów. Druga część nega­cji miała zupeł­nie inny i nie­ocze­ki­wany cha­rak­ter.

— Teo­re­tycy strun, a wśród nich nasz chiń­ski fawo­ryt — filo­zofka przy­rody zatrze­po­tała rzę­sami i uśmiech­nęła się nie­śmiało, jakby lekko zawsty­dzona — zbyt łatwo prze­śli­zgują się ponad jed­nym zało­że­niem, które im wydaje się oczy­wi­ste, a wcale takie nie jest.

— O co cho­dzi?

— Mate­ma­tycz­ność przy­rody.

David ski­nął głową. Począw­szy od Gali­le­usza, cała ewo­lu­cja fizyki jed­no­znacz­nie wska­zy­wała, że prawa rzą­dzące zacho­wa­niem wszech­świata da się wyra­zić języ­kiem mate­ma­tyki. Poszło to już nawet na tyle daleko, że teo­re­ty­kom strun zaczęła wystar­czać sama mate­ma­tyka. Jeśli znaj­dziemy mate­ma­tyczny model zacho­wa­nia wszech­świata, dowo­dzili, musimy uznać, że mówi on prawdę na temat rze­czy­wi­sto­ści, skoro nie dys­po­nu­jemy inną metodą wery­fi­ka­cji. Ale to było prze­cież tylko kolejne zało­że­nie.

— To, że do tej pory każde prawo fizyki dało się wyra­zić wzo­rem mate­ma­tycz­nym, o niczym nie świad­czy. — Annette wydęła wargi, a potem chwy­ciła pla­sti­kowy kubek i upiła duży łyk latte. — Bar­dzo pro­sty psy­cho­lo­giczny błąd, cogni­tive bias. Coś jak pijak, który szuka zegarka pod latar­nią nie dla­tego, że go tam zgu­bił, lecz dla­tego, że pod latar­nią naj­ła­twiej go zna­leźć. Gali­le­usz two­rzył czte­ry­sta lat temu, od tam­tej pory zaj­mo­wa­li­śmy się wyłącz­nie fizyką moż­liwą do wyra­że­nia języ­kiem mate­ma­tyki, jak ognia uni­ka­jąc innego podej­ścia. A może nie wszyst­kie roz­działy księgi przy­rody napi­sane są języ­kiem mate­ma­tyki? Kto powie­dział, że tak musi być? Może Wielka Teo­ria Uni­fi­ka­cji będzie pierw­szym przy­kła­dem cze­goś innego? Jeśli przyj­miesz takie zało­że­nie, wów­czas wysiłki spe­cja­li­stów od teo­rii strun, w tym naszego ulu­bio­nego Chiń­czyka, wydają się po pro­stu żało­sne. Mate­ma­tyczna spój­ność modelu nie będzie żad­nym dowo­dem. Teo­ria kohe­ren­cyjna prawdy jest zbyt słaba, potrze­buję teo­rii kore­spon­den­cyj­nej, wybacz bran­żowy żar­gon — ugry­zła się w język i jakby wyco­fała. — Nie za dużo gadam?

— Daj spo­kój. To fascy­nu­jące. Ni­gdy nie pod­cho­dzi­łem do tego w ten spo­sób. Myśla­łaś o kon­se­kwen­cjach takiego zało­że­nia?

Myślała. Miała wszystko logicz­nie uło­żone i aż prze­bie­rała nogami, aby się podzie­lić spo­strze­że­niami.

— Fizyka kwan­towa i mecha­nika rela­ty­wi­styczna pozo­stają oddziel­nymi spo­so­bami patrze­nia na świat. Róż­nymi per­spek­ty­wami, które możesz przy­jąć. Jak dualizm kor­pu­sku­larno-falowy. Elek­tron jest cząstką albo falą, zależy od spo­sobu pomiaru. Tak wynika z mate­ma­tycz­nego for­ma­li­zmu, jest spójne z danymi obser­wa­cyj­nymi i oprócz garstki filo­zo­fów nikt się nie bul­wer­suje i nie sieje paniki z tego powodu. A jed­nak nie ist­nieje mate­ma­tyczna struk­tura, która łączy świat czą­stek ele­men­tar­nych i świat galak­tyk.

— Nie prze­sa­dzasz? — Z punktu widze­nia wykształ­ce­nia i back­gro­undu aka­de­mic­kiego Davida piękna Fran­cuzka plo­tła here­zje.

— Nie ma jej, i tyle. Ktoś powie­dział, że musi być? — Roze­śmiała się. — Kto? Może wła­śnie chwy­tasz Boga za rękę i wycią­gasz na świa­tło dnia nie­do­róbki i szwy w dziele Stwo­rze­nia… Chcesz jesz­cze wię­cej bluź­nierstw? Jeste­śmy z dala od uni­wer­sy­tetu, tutaj mi wolno. — Znów śmiech, jesz­cze ład­niej­szy od poprzed­niego.

Czy chciał? W towa­rzy­stwie Ann Fil­lion mógł obra­zić naj­więk­sze umy­sły ludz­ko­ści, nazy­wać Heisen­berga zezwie­rzę­co­nym nazio­lem, Turinga śmier­dzącą ciotą, a von Neu­mana alfon­sem. Dziew­czyna nie pro­po­no­wała total­nej destruk­cji wzo­rem lewi­cu­jąco-femi­ni­zu­ją­cych filo­zo­fów post­mo­der­ni­stycz­nych, któ­rzy w głę­bo­kiej pogar­dzie mieli oświe­ce­niową tra­dy­cję rozumu, wiarę w para­dyg­mat naukowy, a nawet ele­men­tarną logikę, i zamiast tego woleli pleść modne bzdury, kon­stru­ując queerową wykład­nię cza­so­prze­strzeni Min­kow­skiego w inter­pre­ta­cji Lacana, wyja­śnioną przez Žižka. Annette naj­pierw nisz­czyła, ale potem na gru­zach budo­wała nową kon­struk­cję, do bólu logiczną i poukła­daną.

— Pamię­taj o ogra­ni­cze­niach ludz­kiego mózgu. W końcu ten organ wyewo­lu­ował w pale­oli­cie zale­d­wie dwa miliony lat temu, zapew­nia­jąc prze­wagę pod­czas sawan­no­wych zma­gań z dra­pież­ni­kami. Od tam­tej pory nic a nic się nie zmie­nił, a potra­fimy roz­wią­zy­wać rów­na­nia róż­nicz­kowe, wymy­ślać kon­cep­cje czar­nych dziur i dywa­go­wać o Wiel­kim Wybu­chu. Czyli już w cza­sach sawanny mie­li­śmy sporo nad­wyżki obli­cze­nio­wej. Ale jeśli wolne zapasy się po pro­stu koń­czą? Może Wielka Teo­ria Uni­fi­ka­cji ist­nieje, lecz przy kon­struk­cji naszych mózgów i zdol­no­ściach poznaw­czych czło­wieka jej zro­zu­mie­nie pozo­staje poza naszym zasię­giem? Ni­gdy nie napi­szemy odpo­wied­nich rów­nań, bo jeste­śmy za głupi.

— Nie wie­rzę. Zresztą to unik — odpo­wie­dział, ale tak naprawdę nie zamie­rzał się spie­rać. Annette wpa­dała w lekko bel­fer­ski ton, raczej chciała się wyga­dać, niż wejść w aka­de­micką dys­putę. Na koniec wymie­nili się tele­fo­nami.

* * *

Konga poznał kilka dni póź­niej. David wybrał się na jego wykład na temat sta­bil­no­ści D0-bran – dużo skom­pli­ko­wa­nej mate­ma­tyki i roz­trzą­sa­nia tech­ni­ka­liów, David zro­zu­miał może połowę. Grono wyznaw­ców Chiń­czyka nie­mal do ostat­niego miej­sca wypeł­niało uni­wer­sy­tecką aulę. Nikt nie zada­wał pytań, wszy­scy kiwali ze zro­zu­mie­niem gło­wami, szep­tem powta­rzali co traf­niej­sze sfor­mu­ło­wa­nia. Ohydna atmos­fera pokle­py­wa­nia się po ple­cach.

David został po wykła­dzie. Zain­te­re­so­wał go pewien szcze­gół, mate­ma­tyczny detal z zakresu alge­bry nie­prze­mien­nej. Był w tym eks­per­tem i miał wra­że­nie, że Chiń­czyk popeł­nił błąd rachun­kowy. Słu­cha­cze wycho­dzili z sali, wielu z nich Kong znał oso­bi­ście, wymie­niali uści­ski dłoni i grzecz­no­ściowe uwagi. Chło­pak pocze­kał, aż zostaną sami, pod­szedł do tablicy i napi­sał kilka rów­nań.

— Moim zda­niem w tym miej­scu się pomy­li­łeś.

Chiń­czyk nie odniósł się do jego uwagi.

— Z kim mam przy­jem­ność?

Przed­sta­wił się.

— David Kat­zner! — Kong się roz­pro­mie­nił. — Nie­zmier­nie mi miło. Czy­ta­łem twoją pracę na temat sta­łej kosmo­lo­gicz­nej. Mistrzo­stwo świata. — Wycią­gnął rękę na powi­ta­nie. — Bar­dzo się cie­szę, że przy­sze­dłeś. Jak ci się podo­bało?

Sta­nęli twa­rzą w twarz. Kong Wen Huan nie był prze­sad­nie gruby, ale miał nalaną twarz. Pełne policzki i opie­ra­jące się na nich zbyt duże, źle dopa­so­wane szkła oku­la­rów. Na twa­rzy sze­roki uśmiech, pod­krą­żone oczy. Był zmę­czony i zmę­cze­nie z łatwo­ścią dało się wyczy­tać z jego zacho­wa­nia. Mówił powoli, cza­sami zasta­na­wiał się nad pro­stymi sło­wami, jakby rów­no­le­gle gdzieś wewnątrz czaszki toczył się inten­sywny pro­ces myślowy, a Kong utrzy­my­wał kon­takt ze świa­tem zewnętrz­nym jedy­nie z powo­dów grzecz­no­ścio­wych.

David rzu­cił ogólne uprzej­mo­ści. Kong wcale nie zamie­rzał zare­ago­wać na uwagę o pomyłce w obli­cze­niach. Pako­wał teczkę, zamy­kał lap­top, zbie­rał poroz­rzu­cane po biurku róż­no­ko­lo­rowe mar­kery. Oto­czył roz­mówcę ramie­niem i skie­ro­wał się w stronę wyj­ścia.

— Wydaje mi się, że popeł­ni­łeś w rachun­kach drobny błąd — powtó­rzył David. — Mogę się mylić, nie wiem. Chcesz o tym poga­dać?

— W któ­rym miej­scu? — Nauko­wiec w końcu pod­szedł do tablicy.

W tej samej chwili wyda­rzyły się dwie rze­czy. Drzwi do auli uchy­liły się i do środka zaj­rzał jakiś młody Chiń­czyk. Kong zaś prze­raź­li­wie ryk­nął:

— Tu nie ma żad­nego błędu!

David nie spo­dzie­wał się takiej reak­cji, aż się wzdry­gnął. Kong natych­miast się opa­no­wał i mach­nię­ciem dłoni ode­słał chiń­skiego stu­denta.

— Ach tutaj… — Spoj­rzał ponow­nie na tablicę. — Słu­chaj David, ogrom­nie cię prze­pra­szam, nieco mnie ponio­sło. Strasz­nie jestem teraz głodny, nor­mal­nie muszę coś zjeść, bo zaraz umrę. Ale chęt­nie o tym poga­dam. Możesz wpaść do mnie na dyżur w naj­bliż­szy pią­tek około czter­na­stej, pasuje ci?

Jeśli liczył, że tak łatwo go spławi, był w gru­bym błę­dzie.

— W takim razie do piątku.

Wcze­śniej jed­nak David spo­tkał się po raz kolejny z May­erem. Wpa­dli na sie­bie na dzie­dzińcu uni­wer­sy­tec­kim, David sie­dział na ławce, wygrze­wa­jąc twarz w jesien­nym słońcu, prze­glą­dał anglo­ję­zyczne dzien­niki i miał nadzieję, że może natknie się na Annette, która za dwa kwa­dranse powinna koń­czyć wykład w sąsied­nim budynku. Tym­cza­sem pod­szedł do niego Mayer Hoch­baum i zasło­nił mu całe słońce. David nie­chęt­nie wyj­rzał zza płachty „Inter­na­tio­nal Herald Tri­bune”.

— Jadłeś dzi­siaj lunch? — usły­szał pyta­nie.

Pokrę­cił głową.

— Znam świetną hin­du­ską knajpę nie­da­leko stąd. Lubisz ostre żar­cie?

I tak wylą­do­wali na kolej­nej dys­ku­sji, tym razem obże­ra­jąc się pakorą i kur­cza­kiem tikka masala. Wów­czas po raz kolejny David zadał sobie pyta­nie: o co w tym wszyst­kim cho­dzi? Dla­czego stary pryk za wszelką cenę pró­buje się z nim zaprzy­jaź­nić? Prze­sad­nie się tym jed­nak nie przej­mo­wał. Uwa­żał, że w każ­dej chwili może mu powie­dzieć, aby się od niego odpier­do­lił. Wtedy wszystko wyda­wało się pro­ste.

— Opo­wiedz mi wię­cej o swo­ich pra­cach na temat zbio­rów kau­zal­nych — popro­sił Mayer, napchaw­szy sobie usta sma­żo­nym ryżem pola­nym sosem saag.

— Co dokład­nie chciał­byś wie­dzieć?

Uśmiech­nął się.

— Wszystko.

Zbiory kau­zalne były kon­cep­cją, nad którą David pra­co­wał od kilku lat. Wycho­dziła ona z zało­że­nia, że ist­nieją dwie fun­da­men­talne zasady opi­su­jące prze­strzeń: nie­cią­głość oraz przy­czy­no­wość. Całą resztę fizyki, w tym mecha­nikę rela­ty­wi­styczną, da się zbu­do­wać z tych kloc­ków. Mało tego: przy­czy­no­wość jest konieczna do zbu­do­wa­nia kom­plet­nego modelu cza­so­prze­strzeni.

Szło to w poprzek domi­nu­ją­cych poglą­dów, pro­pa­go­wa­nych przede wszyst­kim przez Haw­kinga, który postu­lo­wał zanie­dba­nie struk­tury przy­czy­no­wej i trak­to­wa­nie czasu ana­lo­gicz­nie do wymia­rów prze­strzen­nych. Tym­cza­sem, roz­wi­ja­jąc kon­se­kwent­nie model wszech­świata oparty na zbio­rach przy­czy­no­wych, Davi­dowi udało się obli­czyć poziom sta­łej kosmo­lo­gicz­nej, a jego pomiar był zaska­ku­jąco zbieżny z danymi rze­czy­wi­stymi. Nikt inny przed nim tego nie osią­gnął, żaden wcze­śniej­szy model nie miał choćby zbli­żo­nego poziomu dokład­no­ści. I z tego powodu, w swoim cza­sie, zro­biło się o nim gło­śno w światku teo­re­ty­ków.

Mayer wytarł zatłusz­czone usta ser­wetką, się­gnął po szklankę z wodą i powie­dział:

— Moim zda­niem doty­kasz sedna, Davi­dzie. I dla­tego wie­rzę tobie, a nie Chiń­czy­kowi. Z Wielką Teo­rią Uni­fi­ka­cji zma­ga­łem się ponad ćwierć wieku. Zapi­sa­łem tony papieru, aby zro­zu­mieć jedną pro­stą rzecz. Jaka jest naj­pier­wot­niej­sza zasada, która leży w cen­trum całego wszech­świata? Która nie zmieni się ni­gdy, nie­za­leż­nie ilu i jakich prze­kształ­ceń doko­nasz? To przy­czy­no­wość. — Spoj­rzał na chło­paka z trium­fem, a oczy lśniły mu obłę­dem.

David z tru­dem powstrzy­mał śmiech. Nie chciał zacho­wać się nie­wła­ści­wie, ale widok napa­lo­nego dziadka, który prze­ma­wiał z egzal­ta­cją wła­ściwą nasto­lat­kowi, był dość absur­dalny.

— Przy­czy­no­wość? — wykrztu­sił.

— Żadne prawo fizyczne nie może pogwał­cić przy­czy­no­wo­ści: to ona jest fun­da­men­tem i na niej powinna zostać oparta Teo­ria Uni­fi­ka­cyjna, a nie na abs­trak­cyj­nych mode­lach strun drga­ją­cych w n-wymia­ro­wych prze­strze­niach, ist­nie­ją­cych wyłącz­nie w umy­słach mate­ma­ty­ków. Moja żona i syn zgi­nęli w kata­stro­fie lot­ni­czej. Wtedy uświa­do­mi­łem sobie wagę przy­czy­no­wo­ści. Ciąg wyda­rzeń, który dopro­wa­dził do ich śmierci, można wyobra­zić sobie jako nie­mal nie­skoń­czony łań­cuch przy­czy­nowo-skut­kowy. Zna­leźli się w samo­lo­cie, ponie­waż chcieli jechać na waka­cje. Mnie w samo­lo­cie nie było, ponie­waż mia­łem dużo pracy i zde­cy­do­wa­łem się zostać w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, a nie wyle­gi­wać na hisz­pań­skich wyspach. W momen­cie, kiedy sobie to uświa­do­mi­łem, prze­sta­łem się zamar­twiać. Nie było sensu roz­dzie­rać szat i roz­trzą­sać bez końca: czy dałoby się unik­nąć kata­strofy, dla­czego oni zna­leźli się na pokła­dzie tego cho­ler­nego samo­lotu, a ja nie, i tak dalej. Zna­la­złem na nie odpo­wiedź.

— Chyba nie mogłeś nic zro­bić.

Mayer jakby tego nie usły­szał. Kon­ty­nu­ował:

— Dla­tego ni­gdy nie uwie­rzę w Wielką Teo­rię Uni­fi­ka­cji, która nie uwzględni przy­czy­no­wo­ści. Kiedy usu­niesz to zało­że­nie, to jak­byś zde­mon­to­wał dolny poziom domku z kart. Wszystko, cała fizyka, runie z dnia na dzień.

David patrzył na May­era i mimo wszystko zaczy­nał coraz bar­dziej go lubić. Wów­czas wie­dział o nim nie­wiele. Po pierw­szym spo­tka­niu pogrze­bał w inter­ne­cie, gdzie zna­lazł kilka arty­ku­łów, w któ­rych Mayer podej­mo­wał sza­le­nie inte­re­su­jącą próbę roze­bra­nia na czę­ści pierw­sze i ponow­nego skon­stru­owa­nia fizyki kwan­to­wej, tyle że przy uży­ciu nie­mal wyłącz­nie pro­ba­bi­li­styki. Teo­ria nie zna­lazła jed­nak zwo­len­ni­ków i nie roz­wi­jał jej nikt inny. Jak chło­pak wyczy­tał z cv zamiesz­czo­nego na stro­nie uni­wer­sy­tetu, dzia­dek sporo lat spę­dził poza świa­tem aka­de­mic­kim, pra­cu­jąc w Sta­nach, w fir­mie Yoy­odyne, spe­cja­li­zu­ją­cej się w kon­struk­cji sil­ni­ków rakie­to­wych.

Ale o co mu teraz cho­dziło?

Meyer chciał zara­zić Davida swo­imi pomy­słami, szu­kał ucznia, któ­remu prze­każe swoje idee, jak zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać fizykę kwan­tową i zbu­do­wać teo­rię wszyst­kiego, opie­ra­jąc się wyłącz­nie na rachunku praw­do­po­do­bień­stwa. Lepiej nie mógł tra­fić, David chło­nął takie rze­czy jak gąbka. A może, jako Żyd (baal teszuwa – skru­szony, jak zdra­dził po kilku piwach), odczu­wa­jący mistyczną tęsk­notę do Izre­ala, w któ­rym spę­dził jed­no­ra­zowo naj­dłu­żej trzy tygo­dnie, Hoch­baum po pro­stu chciał sobie poga­dać z innym przed­sta­wi­cie­lem Narodu Wybra­nego?

— A jak tam Kong, mia­łeś oka­zję go poznać? — zagad­nął w końcu, kiedy kel­ner posta­wił na sto­liku gorące samosy.

Odpo­wie­dzią było wzru­sze­nie ramion i stresz­cze­nie ostat­nich wyda­rzeń. Krótka roz­mowa po wykła­dzie prze­ro­dziła się w odwie­dziny na dyżu­rze Chiń­czyka. Kong wyglą­dał wów­czas tra­gicz­nie, jakby nie spał trzy noce z rzędu. Miał jesz­cze więk­sze worki pod oczami, nie­obecne spoj­rze­nie. Trzę­sły mu się dło­nie, mówił powoli i cza­sami się zawie­szał na chwilę, ale w zupeł­nie inny spo­sób niż pod­czas pierw­szej roz­mowy. Tym razem w inter­wa­łach krę­pu­ją­cej ciszy Chiń­czyk gubił wątek, nie potra­fił się sku­pić, trudno było się pozbyć myśli, że marzy jedy­nie o ośmiu godzi­nach nie­prze­rwa­nego snu.

— Masz ochotę na kawę? A może na red bulla? — przy­wi­tał Davida, wska­zu­jąc na zasłany papie­rami stół, na któ­rym stał litrowy ter­mos i kil­ka­na­ście pustych puszek po napo­jach ener­ge­tycz­nych.

— Dużo stu­den­tów odwie­dza cię na dyżu­rach?

Pomimo nie­ludz­kiego zmę­cze­nia wyma­lo­wa­nego na twa­rzy Kong uśmiech­nął się i przez moment David pomy­ślał, że mógłby nawet tego kole­sia polu­bić, gdyby tylko ścią­gnął wresz­cie maskę nadę­tego pozera, zbawcy ludz­ko­ści i odno­wi­ciela współ­cze­snej fizyki.

— Za mało. Boją się mnie. Podobno mam nie naj­lep­szy PR.

— Że mówisz nie­wy­raź­nie po angiel­sku i dla­tego lepiej nie przy­cho­dzić do cie­bie na wykłady?

Kong zała­pał żart, ale się nie roze­śmiał, tylko uśmiech­nął oszczęd­nie, przez grzecz­ność.

— Spraw­dzi­łem te obli­cze­nia. — Sam prze­szedł do tematu spo­tka­nia. — I nie ma tam błędu. Chcesz prze­śle­dzić je wspól­nie? To jest kil­ka­dzie­siąt stron.

David mach­nął ręką. Jakiej innej odpo­wie­dzi ocze­ki­wał?

— Skoro spraw­dzi­łeś, na pewno nie ma w nich błędu. A możesz prze­słać mi to mej­lem? — Zosta­wił sobie ostat­nią deskę ratunku.

Kolejna kil­ku­se­kun­dowa pauza. Jakby rze­czy­wi­stość była nagra­niem na pory­so­wa­nym CD, które wciąż się zacina.

— Jasne, nie ma pro­blemu, prze­ślę ci jesz­cze dzi­siaj.

Potem zapy­tał go o to Mayer.

— Czy­ta­łeś je? Spraw­dza­łeś jego obli­cze­nia? — Pocią­gnął zachłan­nie łyk hin­du­skiego piwa Cobra, poda­wa­nego w małej, przy­jem­nie oszro­nio­nej butelce.

— Pró­bo­wa­łem. Coś tam popra­wił po moich uwa­gach. Wielu rze­czy po pro­stu nie rozu­miem. Nie jestem w sta­nie przejść przez całość obli­czeń.

— Możesz mi je pode­słać?

David zmie­rzył sta­rego Żyda wzro­kiem.

— No nie wiem, czy Kong nie będzie miał cze­goś…

— Daj spo­kój, pamię­taj o peer review.

Ten argu­ment prze­wa­żył i jesz­cze tego samego wie­czoru Hoch­baum miał na skrzynce wyci­nek prac Konga, które z wyso­kim praw­do­po­do­bień­stwem wkrótce miały stać się czę­ścią Wiel­kiej Teo­rii Uni­fi­ka­cji.

* * *

Z Annette Fil­lion Davi­dowi nie udało się spo­tkać w spo­sób nie­za­pla­no­wany, więc w agen­dzie wykła­dów otwar­tych zna­lazł jej wystą­pie­nie.

Mówiła o kry­zy­sie w filo­zo­fii nauki w kon­tek­ście wie­lo­let­niego zastoju w fizyce teo­re­tycz­nej, wyni­ka­ją­cego z utknię­cia w szu­fladce z napi­sem „teo­ria strun”. Prze­ko­ny­wała, że odkry­cie Wiel­kiej Teo­rii Uni­fi­ka­cji będzie sta­no­wiło sym­bo­liczne zamknię­cie pew­nego roz­działu w histo­rii fizyki, roz­po­czę­tego naro­dzi­nami nowo­żyt­nej nauki, pra­cami Gali­le­usza i New­tona. Należy liczyć się z ogrom­nym wpły­wem tego wyda­rze­nia na inne dzie­dziny życia, pozor­nie bar­dzo odle­głe od fizyki teo­re­tycz­nej, takie jak reli­gia czy kul­tura masowa.

W pierw­szej chwili jej wykład brzmiał niczym bred­nie spod znaku New Age i Ery Wod­nika, ale w ustach Annette Fil­lion wszystko, co mówiła, szybko uło­żyło się w nie­zwy­kle logiczną, uza­sad­nioną i spójną nar­ra­cję.

Po wykła­dzie David nie ruszył się z ławki, cze­ka­jąc, aż dobie­gną końca grzecz­no­ściowe wymiany uwag z wykła­dow­czy­nią i inni słu­cha­cze opusz­czą aulę. Spo­strze­gła go bar­dzo późno.

— Cześć — powie­działa, sta­jąc w przej­ściu pomię­dzy rzę­dami. — Prze­pra­szam, na wykła­dzie nie zało­ży­łam oku­la­rów. Nie widzia­łam cię.

David zasta­na­wiał się, czy pamięta choć jego imię.

— Chcia­łem tro­chę poga­dać. Masz ochotę na drinka, piwo, kola­cję, cokol­wiek…

— Jasne.

Pod­je­chali metrem na Praça de Don Pedro, a tam prze­sie­dli się w stary żółty tram­waj, któ­rym prze­mie­ścili się pod kate­drę, aby stro­mym zej­ściem zstą­pić w cha­otyczny labi­rynt cia­snych uli­czek. Od tego miej­sca roz­cią­gała się Alfama, dziel­nica bie­doty, naj­lep­szych knajp w mie­ście i fado. Annette znała dobry lokal, gdzie ser­wo­wali sze­roką gamę win i poda­wali nie­złe owoce morza.

Usie­dli przy wysta­wio­nym na zewnątrz sto­liku. Filo­zofka długo stu­dio­wała kartę i wresz­cie zamó­wiła coś po fran­cu­sku. David wziął to samo, choć miał cho­lerną ochotę na piwo. Po chwili kel­ner posta­wił przed nimi dwa wiel­kie kie­li­chy, w któ­rych było zale­d­wie kilka kro­pel bia­łego wina.

Zły wybór.

Począt­kowy stres szybko się ulot­nił. Gadali jak najęci, nie­mal się prze­krzy­ki­wali, każdy chciał jak naj­szyb­ciej dojść do głosu i wyło­żyć swoje poglądy na dane zagad­nie­nie. Świet­nie się czuli w swoim towa­rzy­stwie. Naj­cie­ka­wiej robiło się, kiedy scho­dzili na temat teo­rii uni­fi­ka­cyj­nych.

— Wiesz, co ci powiem? — Annette nachy­liła się ponad sto­łem. Kel­ne­rzy co rusz dole­wali wina i dziew­czyna była już pod wpły­wem alko­holu. Lek­kim, ale zawsze. Roz­kosz­nie plą­tał jej się język, mody­fi­ko­wała akcent, nie­świa­do­mie wci­skała fran­cu­skie słówka. — Wiesz, jakie warunki będzie musiała speł­nić teo­ria wszyst­kiego?

David pokrę­cił głową.

— Upo­rać się z rela­cją pomię­dzy mate­ma­tycz­nym for­ma­li­zmem a rze­czy­wi­sto­ścią. Tam sie­dzi mnó­stwo rze­czy, które spę­dzają sen z powiek filo­zo­fom. Choćby nie­pewna gra­nica podziału pomię­dzy obser­wa­to­rem i rze­czą obser­wo­waną. Obser­wa­cja stwa­rza ist­nie­nie, warun­kuje zacho­dze­nie pew­nych zja­wisk, tak wynika z for­ma­li­zmu, ale jak jest NAPRAWDĘ?

Odpo­wie­dzią był śmiech.

— Pierw­szą rze­czą, jakiej mnie nauczyli wykła­dowcy fizyki kwan­to­wej, to żeby ni­gdy nie pytać, jak jest „naprawdę”.

— No tak, ale final­nie jakoś „naprawdę” musi być. Gdzieś leży gra­nica pomię­dzy mode­lem rze­czy­wi­sto­ści a samą rze­czy­wi­sto­ścią. Teo­ria wszyst­kiego musi tę gra­nicę pre­cy­zyj­nie defi­nio­wać, a teo­ria strun tego nie robi. To jest kolejny model, jakich wiele.

Przy­znał jej rację.

— Chyba nie powin­nam tyle pić — wes­tchnęła. Na policz­kach wykwi­tły jej czer­wone plamy. — Mia­łam dzi­siaj wie­czo­rem jesz­cze tro­chę popra­co­wać, ale nici z tego. — Zło­żyła dło­nie na tor­bie od lap­topa, którą trzy­mała na stole, jakby w geście uspra­wie­dli­wie­nia.

Ski­nął na kel­nera.

— Daj spo­kój. Star­czy… — Chwilę się opie­rała, zasła­nia­jąc dłońmi kie­li­szek, ale szybko spa­so­wała i za chwilę znów moczyła usta w bia­łym winie. — W sumie dzi­siaj jest pią­tek, mogę sobie pozwo­lić na wię­cej niż zwy­kle.

Był cie­pły wie­czór, David chciał spę­dzić z Annette jak naj­wię­cej czasu, prze­sie­dzieć w knaj­pie nie do póź­niej nocy, ale do wcze­snego ranka.

— Opo­wiem ci coś o Kong Wen Huanie — zapro­po­no­wał.

Zgo­dziła się bar­dzo chęt­nie, a on stre­ścił jej histo­rię swo­ich spo­tkań z Chiń­czy­kiem. Annette słu­chała z uwagą, opo­wieść ją wcią­gnęła, zapo­mniała się­gać po wino.

— Nie­sa­mo­wite — pod­su­mo­wała. — On tam rze­czy­wi­ście miał błąd?

— Skąd mam wie­dzieć? Kong twier­dzi, że nie popeł­nił żad­nego błędu. To była moja pierw­sza intu­icja, ale kiedy pró­bo­wa­łem wejść głę­biej w obli­cze­nia, odbi­łem się od nich. Zbyt her­me­tyczne jak na moją spe­cja­li­za­cję. Muszę zaufać Kon­gowi, dla­czego miałby kła­mać? Na świe­cie jest kil­ka­na­ście osób, które zro­zu­mieją jego pracę. Jeśli w tej teo­rii jest błąd, wyj­dzie pod­czas peer review.

Ann opróż­niła kie­li­szek nie­mal jed­nym hau­stem.

— Muszę ci coś powie­dzieć… — ode­zwała się.

Davida zmro­ziło. Cóż takiego Annette miała mu do powie­dze­nia? Zde­ner­wo­wał się, musiał zająć czymś dło­nie, ści­snął nóżkę kie­liszka, bar­dzo sil­nie, dziwne, że nie pękło szkło.

— Konga pozna­łam dwa lata temu, pod­czas sty­pen­dium w Wied­niu.