A kto się w grudniu - Marlena Kozłowska - ebook

A kto się w grudniu ebook

Marlena Kozłowska

3,4

Opis

To miała być najgorsza sobota w życiu Tomasza.
A potem nadeszła śnieżyca, choinka, wesele ex… i pewna dziewczyna z grudnia.

Gdy jedziesz na ślub swojej byłej narzeczonej, liczysz na to, że przynajmniej pogoda będzie dla ciebie łaskawa.
Ale grudzień ma poczucie humoru — takie trochę złośliwe, trochę wzruszające — i tego dnia postanawia zrzucić na Tomasza wszystko naraz: wspomnienia, mróz, śnieg po kolana, absurdalne wybory życiowe oraz osobę, której absolutnie nie powinno tam być.

W zimowej scenerii, gdzie radio raczy hymnami zakochanych, a DJ krzyczy do mikrofonu jakby świat zależał od weselnej przyśpiewki, Tomasz odkrywa, że ten dzień wcale nie musi skończyć się katastrofą.
Bo czasem los podsuwana nam ludzi dokładnie wtedy, kiedy próbujemy od wszystkiego uciec.

 

Zimowa, pełna emocji i ironii opowieść o zbiegu okoliczności, który odmienia wieczór pełen ślubnych katastrof i świątecznego chaosu.
O tym, że grudzień potrafi przynieść nie tylko prezenty… ale także drugą szansę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 94

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (5 ocen)
3
0
0
0
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ksiazkadlaciebie

Nie oderwiesz się od lektury

Krótkie, ale sympatyczne opowiadanie o zimowych przypadkach i szansie od losu
00
alabomba

Nie oderwiesz się od lektury

Ok
00
2323aga

Nie polecam

Dla mnie strata czasu. A umieszczenie tej książki w katalogu Romanse to pomyłka.
00
MonikaRuc

Nie oderwiesz się od lektury

:)
00

Popularność




TYTUŁ: A kto się w grudniu…

Autor: Marlena Kozłowska

Redakcja i korekta: Joanna Nowak

Ilustracja na okładce: Sergiusz A.D.

Wydawcy: Enovia Books by Wojciech Nowak

Copyright © 2025 by Marlena Kozłowska

Copyright © 2025 Enovia Books

Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Reda 2025

Na zlecenie Enovia Books

plik przygotowała Joanna Nowak

Pierwsza zwrotka

Wiosna już przyszła, niebo jest błękitnePtaki będą śpiewać, jakby wiedziałyDziś jest ten dzień, w którym powiemy „tak”I nigdy więcej nie będziemy już samotni

Bo idziemy do kaplicyI zamierzamy się pobrać

Elton John, Chapel of love

Pomyślał, że dzisiejsze obfite opady śniegu i siarczysty mróz, które niemal uniemożliwiły mu otwarcie samochodu, to kolejny symboliczny chichot jakże przekornego losu. Właściwie los chichotał od samego rana. Najpierw ekspres do kawy uznał, że jego właściciel wcale kawy nie potrzebuje, i zwyczajnie się rozszczelnił, zalewając blat czymś, co wyglądało jak brudna woda po wylewie rzeki. Tomasz oparł się o szafkę i patrzył, jak resztki brązowego płynu przeciekają mu przez palce, jakby ekspres chciał mu przypomnieć o pewnym wydarzeniu, o którym Tomasz chciałby zapomnieć na zawsze. Tak, dokładnie to wydarzenie. Z Elwirą. W kuchni. Przy kawie. Paradoks boleśnie oczywisty.

Potem, jakby dla pełnego efektu, dowcipny głos spikera radiowego zapowiedział Chapel of Love w wykonaniu Eltona Johna. Tomasz aż parsknął — bo czy naprawdę, naprawdę w tę ostatnią sobotę przed Bożym Narodzeniem wszyscy obcy ludzie postanowili unieść brwi i powiedzieć mu: „A widzisz, stary. Dziś się życie dzieje”?

Kiedy tak stał, trzymając ręcznik papierowy i walcząc z resztkami piany na blacie, przeszyła go upiornie realna myśl: ten spiker chyba wcale nie jest obcy. Od lat zaczynali razem dzień: Tomasz — z kawą (no, zwykle), spiker — z miernymi dowcipami z anteny. Może była to dziwna przyjaźń, ale w jego przekonaniu mieli między sobą jakąś wątpliwą, lecz stabilną więź. Byli jak dwaj sąsiedzi mijający się na klatce schodowej — niby się nie znają, ale jednak wiedzą o sobie za dużo.

Dlatego puszczenie tego utworu o dziewiątej nad ranem nadszarpnęło zaufanie, jakie w ostatnich latach zbudował do śmiesznego pana z radia. Tomasz przez sekundę naprawdę pomyślał, że może ktoś w tym starym odbiorniku też go słyszy. Bo skąd człowiek oddalony od jego mieszkania o trzysta kilometrów miałby świadomość, że to właśnie dziś to nagranie uderzy? Że nie jest to zwykły dzień. Że piosenka o miłości brzmi jak kpina.

Niezależnie od fatalnego początku dnia i nieustępliwej ochoty pozostania w domu, nie mógł ulec pokusie. Sam nie wiedział, jaki czort go podkusił, żeby potwierdzić swoją obecność na dzisiejszej celebracji czegoś, czego absolutnie nie chciał celebrować. Ale Tomasz przyrzekł sobie kiedyś, że będzie słowny. A że słowność bywa największym wrogiem człowieka — to już inna historia.

Skoro więc odesłał przeklęte R.S.V.P. na dobrze znany mu adres zapyziałej uliczki w jeszcze bardziej zapyziałej wsi, należało nie słuchać Chapel of Love, nie analizować każdego słowa jak cierpiący idiota, wypić kawę na BP i pojechać na ślub miłości jego życia z… miłością jej życia.

Z cichą nadzieją, że zatrzyma go śnieżyca stulecia. Albo chociaż mała, niewinna zaspa. Albo dachówka spadająca w idealnym momencie. Cokolwiek.

Spiker znów uraczył odbiorców godnym politowania żartem, takim w stylu: „Co robi Mikołaj w pracy? – Śnieży!”, po czym zaśmiał się swoim mdłym, gumowatym chichotem, jakby właśnie powiedział coś, za co powinno mu się wręczyć Złotą Malinę Radia Publicznego. Tomasz przewrócił oczami tak mocno, że aż poczuł, że gdyby miał pecha, przewróciłyby się do tyłu i już by nie wróciły.

Spiker jednak nie dawał za wygraną — zaraz po tragicznym żarcie zapowiedział wielką świąteczną loterię. W radiu zabrzmiała charakterystyczna melodyjka, jak dzwoneczki po zjedzeniu czegoś ciężkostrawnego, a potem padły cyfry. Dokładnie te cyfry, które Tomasz słyszał każdego grudnia od dziesięciu lat. Ten sam numer. Ta sama gra. Ta sama obietnica:– Może właśnie ty dziś otrzymasz dziesięć tysięcy złotych na świąteczne zakupy i prezenty! – zaśpiewał spiker, jakby miał w studiu małą choinkę z ADHD.

Tomasz zamarł, trzymając telefon, jakby był to starożytny artefakt, który właśnie zaczął do niego przemawiać.

Dziesięć tysięcy.

Na zakupy.

Na prezenty.

Albo — jeszcze lepiej — jako wymówka.

Może to właśnie dziś los postanowi mu wysłać SMS-a zwrotnego? Może wygra i będzie mógł zadzwonić do Elwiry z pełną powagą i powiedzieć: „Przykro mi, Elu, ale jestem w szoku po wygranej i muszę natychmiast pojechać po odkurzacz za jedyne cztery tysiące, inaczej ta okazja przepadnie”.

Tak, to brzmiało rozsądnie. Rozsądniej niż to, że miałby stanąć na ślubnym kobiercu jako… kto? Gość? Statysta? Duch przeszłych świąt?

Tomasz zaczął gorączkowo układać w głowie scenariusze, w których loteria ratuje życie — a przynajmniej jego godność. Ale po chwili, gdy tak stał, w pół drogi między puszką kawy a kuchennym blatem, poczuł, że jego własne myśli zaczynają brzmieć jak kiepski kabaret. I skarcił się w duchu.

Był dorosłym mężczyzną. A bycie dorosłym mężczyzną oznaczało… no właśnie, co?Prawdopodobnie to, że nie ucieka się od problemów przez SMS-y premium.

Przez zęby powtórzył więc to, co mówił sobie od tygodni: ma po prostu pojechać. Obiecał Elwirze, że przyjedzie na jej ślub z uśmiechem, a na wesele z jeszcze większym. Chociaż w rzeczywistości największym uśmiechem, jaki jest w stanie z siebie wydusić, jest coś pomiędzy grymasem bólu a reakcją człowieka, który właśnie połknął za dużą pestkę.

Nie przyjedzie jednak z partnerką — jego rzekoma aktualna miłość życia miała być, jak zawsze, „w delegacji”. Tak, tak. W delegacji. Od kilku miesięcy. W kraju, do którego nie ma tanich lotów i nie ma zasięgu. Przypadek? Oczywiście, że nie.

Gówno prawda, mruknął w myślach.

Od ich ostatnich wspólnych świąt Tomasz nie był z nikim. No, chyba że zaliczyć te krótkie, przygodne, rozpaczliwe epizody z siostrami, matkami i babkami kolegów. A nawet z sąsiadkami babek — co było już wyraźnym sygnałem, że jego życie uczuciowe wymaga nie tyle odświeżenia, co generalnego remontu.

Spojrzał na ekran telefonu, jakby oczekiwał, że ten sam zadzwoni w akcie litości.Może jednak wysłać tego SMS-a? A może… być dorosłym?

Cholera. Dorosłość była przeceniana.

Ze zwątpieniem spojrzał w pustą filiżankę, jakby ta porcelanowa miseczka była winna absolutnie wszystkim jego życiowym porażkom. Zawahał się, czy zrobić sobie kawę sypaną — tę żałosną imitację espresso, którą pił tylko w sytuacjach ostatecznego kryzysu. Nie znosił pływających fusów, które później przyklejały się do zębów i udawały, że mają prawo tam mieszkać. Ale głód kofeinowy zaczynał pulsować mu w skroniach jak alarm przeciwpożarowy.

Odstawił filiżankę i sięgnął po puszkę z kawą. Metalowe wieczko zasyczało przy otwieraniu — jakby nawet ona miała mu coś do powiedzenia — a w powietrzu uniósł się zapach, który przypomniał mu dawne, dobre poranki… te, kiedy Elwira poprawiała mu kołnierz i mruczała, że wygląda jak człowiek, który faktycznie ogarnia życie.

Westchnął. A potem wydał z siebie drugie westchnienie, cięższe, gdy spiker radiowy przeciągłym tonem zaczął ostrzegać przed „wzmożonymi opadami śniegu, marznącym deszczem i ekstremalnie śliskimi drogami”.

– Mamy zimę, czego się spodziewałeś, panie mądraliński? – sapnął Tomasz, krzywiąc się w kierunku odbiornika, jakby ten mógł go usłyszeć i przeprosić za alarmistyczny ton.

I wtedy w jego głowie pojawił się ten głos. Ten cichy, złośliwy, podszeptywacz, który zwykle odzywał się wtedy, gdy Tomasz chciał być rozsądny. Wypadek samochodowy to jeszcze lepsza wymówka. Lepsza niż loteria. Lepsza niż mróz. Lepsza niż wszystko.

Tomasz wyobraził sobie siebie stojącego przy samochodzie z odgiętą tablicą rejestracyjną, dzwoniącego do Elwiry: „Tak mi przykro, ale auto wpadło w poślizg. Wiesz, zima bywa zdradliwa…” Właściwie brzmiało to niemal… logicznie. Strażak sam by mu przyznał rację.

Ale nie. Nie, nie, nie.

Bycie dorosłym mężczyzną było ciężkie. Potwornie ciężkie. Gdyby miał nadal dwadzieścia lat, nie miałby oporów — napisałby na Messengerze: „Sorry, taki mamy klimat, nie przyjadę”, po czym położyłby się spać, zawinął w koc i odpalił maraton świątecznych filmów, oceniając męskich bohaterów według kryterium: „znośny”, „idiota”, „nie ma co komentować”.

Ale Tomasz skończył niedawno trzydzieści lat, co w jego przypadku oznaczało dziwne, wyolbrzymione poczucie przyzwoitości moralnej, z którym nie wiedział, co zrobić. Czuł je jak nieprzyjemny ciężar na ramionach, taki w rodzaju: „Nie możesz być dupkiem, to już społecznie nieprzyjęte”.

I nawet jeśli się z Elwirą rozstali w niezgodzie; nawet jeśli jego mieszkanie nadal miało w szafce filiżanki ustawione losowo, bo nie potrafił odnaleźć sensu w ustawianiu uszek w jednym kierunku — co, swoją drogą, było symbolicznym dowodem na to, że wciąż nie pogodził się z jej odejściem — to moralność, dumna i nieznośna, wciąż wrzeszczała mu w uchu, że powinien jechać.

Bo obiecał. Bo ona prosiła. Bo tak trzeba.

Mówiła mu trzy razy, że zależy jej, żeby przyjechał. Trzy razy — dokładnie policzył. Bo ktoś taki jak Tomasz liczył. Liczył każde jej słowo, każde spojrzenie, każdy cień uśmiechu. Podkreślała, że nie wyobraża sobie swojego ślubu bez jego obecności, że jest dla niej jak brat.

A on? On nad tym wszystkim siedział jak idiota i analizował, czy dla niego Elwira faktycznie była „jak siostra”.

Jezu Chryste. Jeśli to prawda, to musi iść do psychiatry, bo w takim razie jego sny kwalifikowałyby go do podręcznika do psychopatologii. W snach Elwira nie była dla niego siostrą. W snach Elwira była wszystkim, tylko nie siostrą.

Tomasz przetarł twarz dłonią.

– No świetnie, teraz jeszcze fantazjuję o przyszłej mężatce – burknął do siebie. – Jeszcze trochę i zacznę mówić do swojego odbicia w lustrze, myśląc, że to ona.

Terapeuta byłby dumy.

W czasie tych galopujących, absurdalnych myśli czajnik zaczął gwizdać. Najpierw nieśmiało, jakby grzecznie prosił o uwagę za swój bohaterski wyczyn: „Patrz, zagotowałem wodę, pochwal mnie”. Potem już stanowczo, jak urażone dziecko: „Ej, halo, tu jestem!”, aż w końcu kuchnię przeszył ostry, przeciągły pisk pełen pretensji. Taki pisk, który mówił wprost: „Przestań myśleć o swojej egzystencjalnej tragedii i zdejmij mnie z tej cholernej płyty!”

Tomasz drgnął, jakby ktoś wyrwał go ze snu. Znów się zapomniał.

Elwira zawsze stała przy kuchence chwilę wcześniej niż czajnik zdążył wejść w tryb syreny alarmowej. Miała dziwny, uroczy rytuał — patrzyła na buchającą parę, uśmiechała się do siebie i zdejmowała czajnik dopiero po cichym, szeptanym odliczaniu.

Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć.

Do dziś słyszał to w głowie. Czasem tak wyraźnie, że aż obracał się odruchowo, jak idiota, licząc, że ona faktycznie stoi za jego plecami. Ale nie stała. Nie była tu już tyle zim, że mieszkanie zdążyło nauczyć się jej nieobecności, a on… wciąż nie potrafił.

Para buchająca z dziurki w dzióbku unosiła się w górę i skraplała pod szafką, tworząc na drewnie mokrą plamę przypominającą łzę. Symbolika tak idealna, aż chciało się ją zignorować. A Tomasz nadal stał oparty o blat, w tej swojej kuchni, która była kiedyś ich kuchnią, w tym miejscu, gdzie kiedyś odbywały się wszystkie ich rozmowy — te poważne, te głupie i te najważniejsze.

Nagle dotarło do niego coś brutalnie prostego: Elwira nigdy już nie zrobi kawy w tej kuchni.

Nigdy nie burknie pod nosem, że filiżanki są źle ustawione — no bo oczywiście, że źle, zawsze były źle. Nigdy nie skomentuje, że znów przesypał cukier do złej cukiernicy — tej „niewłaściwej”, jak mawiała, choć nikt poza nią nie rozróżniał cukiernic. Nigdy nie zaśmieje się z sąsiada, który przechodził piąty raz pod bramą i z powrotem tylko po to, by poglądać ludzi przez okna.

Zamiast tego… Będzie śmiać się gdzie indziej. Z kimś innym.

Będzie żyć szczęściem, jakiego on nie potrafił jej dać.

Śmiać się w innym domu, w innej kuchni, przy innym blacie.

Pić kawę przygotowaną przez kogoś, kogo Tomasz — w ramach pełnej dojrzałości emocjonalnej — określił w myślach jako „lalusiowaty wymoczek”.

Wspaniała definicja przyszłego męża byłej miłości życia. Psycholog byłby zachwycony.

Tomasz podszedł w końcu do kuchenki i wyłączył płytę. Czajnik zawył po raz ostatni, tym tonem, który brzmiał jak „Na litość boską, spóźnialski”.

A on stał i patrzył, jak para unosi się do góry, jak rozpływa się w powietrzu — i jak nic po niej nie zostaje.

Dokładnie tak jak po Elwirze.