Dziedzictwo Smoczego Tronu - Marlena Kozłowska - ebook

Dziedzictwo Smoczego Tronu ebook

Marlena Kozłowska

4,0

Opis

Miała być jego wrogiem.
Złodziejką, która zabierze mu wszystko, co pozostało po utraconym królestwie.
Zamiast tego ukradła coś, czego nie planowała — jego spokój. I własne serce.

Layla dorastała w cieniu nienawiści. Jej ród przysiągł zgładzić każdego, w kim płynie smocza krew.
Dlatego gdy los stawia na jej drodze wygnanego księcia, nie waha się ani chwili.
Ma jeden cel: zdobyć artefakt, który zakończy jego ród na zawsze.

Lougier jest ostatnim dziedzicem smoczego tronu — mężczyzną, który stracił wszystko, prócz honoru.
Kiedy tajemnicza złodziejka wkracza w jego życie, przynosi ze sobą więcej niż groźbę zdrady.
Przynosi ogień, który może spalić cały świat… lub rozpalić go na nowo.

 

W świecie, gdzie każda lojalność można kupić, a każda miłość ma swoją cenę, jedno staje się pewne:
nie każda kradzież kończy się zyskiem. Niektóre – sercem na dłoni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Arassa

Dobrze spędzony czas

Książka za krótka … dobrze napisana ale wszystko za szybko się działo, słabe zakończenie z bohaterką.
00

Popularność




Dziedzictwo Smoczej Krwi

© Marlena Kozłowska 2023

© Enovia Books by Wojciech Nowak 2025

Wszystkie prawa zastrzeżone, All rights reserved

Wydanie drugie

Redaktor prowadząca: Joanna Nowak

Redakcja i korekta I wydania: Kamila Śliwińska

Redakcja II wydania: Anna D. Bojan

Korekta II wydania: Katarzyna Błaszczyk

Projekt okładki: Kasix

Konwersja elektroniczna: Joanna Nowak

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

I

– Panie Lougierze, już czas – oznajmił smukły i kraśny sługa tuż po tym, jak bezszelestnie wślizgnął się do komnaty księcia.

Z niemal namacalnym napięciem wyczekiwał odpowiedzi, przytaknięcia lub chociażby westchnienia. Salazar, bo tak zwał się ten sługa, najbardziej w świecie pragnął, aby jego pan się rozmyślił i postanowił zostać na dworze w Milinthari, ale – jak do tej pory doświadczył – książę Lougier z rzadka w swych poczynaniach stronił od zaniechania. Ot, przypadłość niecodzienna w królewskich rodach, zwyczajem bowiem było, iż młodzi książęta równie szybko zapalali się do przygód, co zaraz z nich rezygnowali. Tymczasem Lougier jak coś sobie postanowił, tak tkwił w tym dążeniu, jakby go kto komendą jakąś zmuszał.

W końcu w rogu komnaty coś się poruszyło, zachrzęściło i książę Lougier zwlókł się z karła. Jego sylwetka przyćmiewała wnętrze; czasem Salazarowi się wydawało, że jego pan zupełnie nie pasuje do tej komnaty. Izba była niska i ciemna, w dodatku panował w niej toporny wystrój, zgoła inny od elfiej mody. I tu Salazar sobie przypominał, że wszak wszyscy oni już od lat zamieszkują miejsce zbyt odległe od rodzimych stron, by liczyć, że będą się z nim komponować.

– No tak, jakby wpuścić białe pawie do chlewu ze świniami – burczał wtedy pod nosem, za co nie raz oberwał po głowie od Lougiera.

A mimo to Salazar nie chciał opuszczać Milinthari. Bo gdzie miałoby być im lepiej, jak nie w pałacu potężnej czarodziejki, kiedy ze wszystkich stron świata napływały wieści o zbliżającej się wojnie? Pukał się w głowę, pukał też w głowę księcia (uprzednio przeprosiwszy), ale za każdym razem wzdychał i orzekał:

– Dobrze, mój książę, jak się waść pchasz w ogień, to i tak idę z tobą.

– I czynisz to z dobroci serca i własnej woli? – pytał wtedy Lougier z uśmiechem.

– Nie, bynajmniej, toć z przymusu nie pójdę. Mnie po prostu w brzuchu ściska, jak sobie pomyślę, że mój jaśnie pan mógłby gdzie w lesie nogę przebić i umrzeć z gangreny.

– Jak cię w brzuchu ściska, to ziół sobie zaparz – odpowiadał zazwyczaj książę, ale w istocie cieszył się wielce, że ma tak wiernego sługę.

Chwilę temu ten wierny sługa skończył wszelkie przygotowania do wyjazdu; konie stały już zaprzęgnięte, tobołki zostały przywiązane, a sakiewka przy pasie Salazara pękała w szwach od nazbieranych ziół na dolegliwości wszelkiej maści. Nawet na to ściskanie w brzuchu.

– Już wszystko gotowe, mój panie, można jechać. Już czas – powtórzył sługa i skłonił głowę.

A cóż ten czas, kiedy jest się długowiecznym, przeszło przez myśl Lougierowi. Czas w jego przypadku zdawał się mieć drugorzędne znaczenie, a podróż, którą to sobie zaplanował, czekała na niego już tak wiele lat. Nie kilka, nie dziesiątki. Setkę. A może i kilka setek lat, jakby sięgnąć pamięcią (pamięcią bóstw, zaznaczmy, kilku światłych elfów i druidów, bo nie było wszak prócz nich nikogo z żywych, nawet wśród długowiecznych, kto by pamiętał ostatni dzień istnienia Samum Adamin) do czasów, kiedy Pierwsze Elfy wykuły Antalisy.

Na głos jednak odpowiedział:

– Już idę, Salazarze.

Był gotów. Możliwe, że był gotów od urodzenia, a może nawet jeszcze od czasów, kiedy jego matka oznajmiła królowi Lorethowi, że spodziewa się dziecka. Przepraszam, Czytelniku, obalonemu królowi – wszak Loreth III nie panował już w Sandu od przeszło stulecia. I może właśnie dlatego Lougierowi los przeznaczył tę wędrówkę, obdarował go Antalisem i wręcz nakazał mu odzyskać, co utracone.

Lougier rozejrzał się raz jeszcze po komnacie, jakby próbował zapamiętać każdy jej szczegół, choć i tak niewiele ich było. Nigdy nie należała ani do niego, ani do innych jego pobratymców. Niemniej ona i wiele jej podobnych stały się schronieniem. To dobre słowo, pomyślał Lougier. To schronienie w wygnaniu. Dach nad głową na czas, kiedy przyszłość niepewna. Bezpieczna ostoja, gdyby nikomu ze Starych Rodów nie udało się wypełnić przeznaczenia. Z tymi murami wiązało się również wiele wspomnień i one poniekąd mogły przyczynić się do tego, że decyzja o wyjeździe przyszła do Lougiera dużo później, niż życzył sobie tego los.

Na sekretarzyku leżały pozapisywane papiery. Te najważniejsze, związane z jego misją, już dawno spakował do tobołka. Te mniej istotne, jednakże nieprzeznaczone dla oka kogoś postronnego, pochował skrzętnie w komnacie. Część notatek zwyczajnie spalił – nie miały najmniejszego znaczenia. Skutkiem tego zostały zapiski, z którymi nie wiedział, cóż uczynić, bo tyczyły się sprawy natury zbyt delikatnej, ale równocześnie zbyt palącej w sercu. To, co napisał, nie miało już najmniejszego znaczenia. Przestało mieć zaledwie kilka tygodni temu – kiedy ogłoszono zaręczyny królewny Arissy z następcą tronu Deangoru.

– A może by tak zostać do wesela? – odważył się zapytać Salazar, gdy zrozumiał, co na chwilę zaprzątnęło myśli jego pana.

Lougier nabrał powietrza (a że postawy był on potężnej, co już znasz, to i haust brał duży), nosem pokręcił i dłoń położył na kartkach.

– Już i tak zbyt długo odkładałem swą powinność, mamiąc się tym, co mi niepisane – wymamrotał ni to do siebie, ni to do sługi; orzec trudno, bo głos mu zmarkotniał i przycichł.

Czas. A właściwie przekleństwo nadmiernej ilości czasu, gdy żyje się ponad nim i jemu na przekór. Sto lat Lougier nie znał uczucia zawodu i tęsknoty, aż przyszła kolejna setka, a wraz z nią coś zupełnie niezrozumiałego. Aż do dnia ogłoszenia zaręczyn. Wtedy właśnie Lougier postanowił wyruszyć w głąb kontynentu, by zmierzyć się z przeznaczeniem. A może z naiwną wiarą w legendy o magicznych mieczach, nadzieją na odzyskanie tronu, choć nie sądził wcześniej, iż on mu się należy. Czymkolwiek ten nagły poryw serca był, nie dało się go zatrzymać.

– Zatem w drogę, mój panie – rzekł Salazar dobrotliwie i drzwi szeroko otworzył.

Lougier nie odpowiedział. Zgniótł jedynie kartki; czaiło się w tym ruchu coś nieuchwytnie dziwnego i niepodobnego do tego, co panu i słudze znane.

Po chwili obaj kroczyli w kierunku dziedzińca.

Była ostatnia noc sierpnia, zwana też Nocą Luriell.

***

Lougier i Salazar zatrzymali się przy strumieniu, by napoić konie i nabrać wody w bukłaki. Od trzech nocy byli w podróży. Świt przyniósł im bezwietrzną i słoneczną pogodę, zatem step zdawał się równym zielonym kobiercem, kończącym się het pod lasem, staję lub może dwie od miejsca, gdzie spoczęli.

– Jaśnie panie, droga przez bór zajmie nam dzień i noc całą – sapnął ponuro sługa i wyprostował się, aby wypatrzyć wśród traw wydeptany trakt. – Jeśli jednak będziemy się trzymać szlaku, to w połowie drogi jest Lisi Jar. Wąwóz taki, da się obóz rozbić i przenocować. Dalej już skrótem do Północnego Gościńca.

– I do Koll? – Lougier zmrużył brwi. – Z Koll prowadzi szlak handlowy do Osambali. To tam musimy dotrzeć, Salazarze.

Wyciągnął niewielki bukłak i zanurzył w strumieniu. Przyjemny chłód przeszył jego przedramię.

Salazar zgodził się ze swoim panem, po czym, podawszy kolejny bukłak, obrócił się i sprawdził zapięcia siodeł. Nie mógł przecież dopuścić, by książę z jego winy spadł z konia, kiedy misja czekała ich tak ważna.

Wreszcie książę skończył napełniać łagiewki, oddał je Salazarowi i wskoczył ponownie na konia, spoglądając raz jeszcze na horyzont, gdzie w oddali iskrzyły się dachy Kryształowego Pałacu. Widok był to tęskny, ale nadzieją jakąś nową napawał.

Przyszło Lougierowi na myśl, że oto opuszczają schronienie, by odnaleźć klucz do ich prawdziwego domu. Tego, którego pozbawiono ich setki lat temu.

– Ruszajmy, Salazarze! – rozkazał i szybko odwrócił głowę ku ścianie lasu, dokąd właśnie mieli się udać.

Ścieżka przez bór wiła się pomiędzy starymi, omszałymi drzewami. Elfowie nieraz musieli pilnie baczyć na krzewy, zdarzało się bowiem, że wąski kamienny trakt gubił się w gęstwinie. Las pachniał wilgotnym mchem, pod kopytami chrzęściły drobne gałązki i szyszki. Słyszeli, jak ptactwo ćwierka i jak dzięcioły wystukują swą drzewiastą melodię. Salazar z uśmiechem jął wyśpiewywać pieśń poznaną w czasie odwiedzin w Puszczy Południowej i jego dźwięczny głos niósł się wśród szczytów sosen. Pieśń była smutna; głosiła o elfie, co tęsknił do utraconej miłości. I choć w Korreadanie mówiono, że elf ten śpiewa za panną, Sandujczycy wiedzieli, że wyraża ona nostalgię za zagubionym domem – za Samum Adamin.

Lougier podążał w ciszy, a jego czujny słuch wyłapywał gwar dochodzący z głębi lasu. Zdawało mu się, że niekiedy słyszy tętent konnicy i nawoływania w mowie brzmiącej mrocznie i zatrważająco.

– Cichaj! – sapnął po dłuższej chwili do Salazara, uciszając go jeszcze ręką.

Jego druh zamilkł. Przystanęli. Dookoła panowała cisza, mącona chwilami przez wiatr. Wraz z jego powiewami w ich stronę dochodziły wyraźne dźwięki zmierzającej im z naprzeciwka gromady, która przedzierała się przez las, nie mając baczenia na piękno natury. Lougier wskazał słudze pobliskie zarośla i zaraz obaj za nimi się schowali. Ledwie to uczynili, to w miejscu, gdzie wcześniej stali, pojawił się zastęp konny pięciu zbrojnych.

– Nieumarli? – wymamrotał niepewnie Salazar, a jego pan pokręcił głową.

– Nie sądzę. Ale takiej drużyny jeszczem nie widział.

Przyglądali się im z żywym zainteresowaniem. Przybyli nosili się w czerni; długie płaszcze osłaniały też końskie cielska, które prócz ciężaru swych jeźdźców dźwigały jeszcze stalowe pancerze, z karku zaś zwisały im łańcuchy na krańcach spięte herbem, co go elfowie również pierwszy raz widzieli. Dziwny był to herb. Przedstawiał czarnego ptaka o rozpostartych czerwonych skrzydłach, ze złotą koroną na głowie. Kim zatem byli intruzi i czego szukali po lasach tak bliskich czarodziejskim dziedzinom? Nieprzyjemny chłód musnął ramiona Lougiera. Głaskał jeno swego konia, by ten stał spokojnie, i pilnie obserwował wędrowców.

– Chyba zabłądziliśmy – ozwał się jeden z nich. – Las jest gęsty, a ta cholerna ścieżka co chwilę niknie w gąszczu traw i mchów. – Jego głos zdawał się ochrypły i ciężki. – Tamta banda najemników znała okolicę lepiej niż my.

– I zamiast przemykać niezauważenie jak my, zaatakowali wioskę kmiotów i dali się wyrżnąć grupie wojowników – burknął drugi. – Od początku mówiłem, że te zakute łby nam nie pomogą. Zmarnowaliśmy tylko przez tę hałastrę czas.

Lougier cicho syknął. O rzezi w karczmie nieopodal Milinthari usłyszał tuż przed wyprawą, kiedy w czasie śniadania książę wojowników chwalił się liczbą zabitych.

– Wracajmy, na nic się tu nie zdamy– mówił dalej ten pierwszy.

Drugi tymczasem wysunął z pochwy miecz.

– Nie buntuj się, łachudro. Nasza pani kazała mieć baczenie na czarodziejski kraj. A jakbyśmy teraz wrócili, i to jeszcze z pustymi rękoma, to gniew jej byłby srogi.

Narzekający czarny rycerz nic nie odpowiedział, tylko popędził konia w przód, by wypatrzyć, jak prowadzi droga.

Skryci w zaroślach elfowie wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Cokolwiek tamci mieli na myśli, znaczyło jedno – źle się mogło dziać w kraju, który książę właśnie pragnął opuścić.

– Perć ciągnie się dalej tędy! – rozległo się na ścieżce, po czym jeźdźcy pędem puścili się we wskazanym kierunku.

Lougier i Salazar, odczekawszy, aż stukot kopyt zupełnie przycichnie, wyszli z ukrycia.

– Panie Lougierze. Myślę, że pozostanie w Lisim Jarze na noc, mając na względzie towarzystwo, które snuje się po kniei, jest nie najlepszym zamysłem. Idźmy, póki mamy siłę, a zatrzymamy się na Północnym Gościńcu w gospodzie.

– Masz rację, mój drogi druhu – przyznał Lougier, coś jednak spokoju mu wciąż nie dawało. – Czekaj, Salazarze. Czemu tak dziwna kompania interesuje się krajem czarodziejów?

Salazar wiele słyszał i wiele wiedział – zwłaszcza to, że wiedzą czasem dzielić się nie powinno.

– Może o wesele chodzi? – orzekł ostrożnie, rozumiejąc doskonale, że wystarczy jedno poświadczenie, że zło jakieś dybie na czarodziejską krainę, by książę zaraz konia popędził i wrócił do Milinthari. Salazar radośnie pognałby za nim, bo całą tę podróż od początku miał za ideę niemądrą. Ale konkluzję tę opierał głównie na wierze, że wysunięte na daleki wschód Milinthari nie nęciłoby Mroku, którego tak się na kontynencie obawiano i przed którym się zbrojono. Teraz zaś zrozumiał, jak mylne było jego przekonanie. I jak tu pozwolić swemu panu wracać, i to niechybnie prosto w ramiona śmierci? Nie, trzeba iść naprzód, skończyć misję i wieść dostanie życie w chwale. Westchnął przeciągle i dokończył: – Na pewno sprawa tyczy się wesela, mój panie. Córka jednej z najpotężniejszych królowych wychodzi za mąż za następcę tronu krainy wojowników. Łączą się dwa Stare Rody; tak znamienite, tak niezrównane, że nie znam nikogo, kto mógłby się sprzeciwić tej opinii. Takie wydarzenie to jak światło świecy dla ciem, wasza książęca mość. Przyciąga zbirów i niecnoty, bo i gości dostojnych wielu przybędzie, a zatem okazji sporo do rabunków, szemranych interesów i cielesnych swawoli. – Zmarszczył nos, głową pokręcił, żeby podkreślić, co o tym sądzi.

– Mądrze prawisz, Salazarze. – Lougier z ulgą przyznał mu rację. Robił to już zresztą coraz częściej. – Popiją łachudry, rabanu narobią, może szkód jakichś. Ale tak się dzieje w czasie każdego królewskiego ślubu. – Znów się zasępił, bo myśl o tym, kto będzie ślubował, jakoś mu smutek w sercu wielki sprawiała. Podrapał się po gładkim licu. – Istotnie, ciągną na wesele.

Zmierzali więc dalej. Podróż przez puszczę nie nastręczyła już tym dwóm więcej problemów, za to serca i umysły ich wypełniły się różnymi myślami. Gdy wyszli z lasu i weszli na gościniec, powitało ich wrześniowe słońce. Czule pieściło ciepłem wielokolorowy korowód wędrowców zmierzających w obu kierunkach. Ci, co udawali się na wschód, najpewniej chcieli dotrzeć na królewski ślub. Tych zaś, co zmierzali na zachód, przywoływały kontynent i niezliczone jarmarki – począwszy od tego w Koll, skończywszy nawet na tym w Ponte, znanym z tego, że można było tam kupić niewolnika. Jedni poruszali się konno, inni w powozach, spore zaś grono pokonywało drogę piechotą. Znalazł się nawet jeden chłop, który dosiadał poczciwego osiołka. Dookoła zaś rozlegał się dźwięk wspólnej mowy Korreadanu. Salazar, jak zawsze, nadstawiał uszu, by się czego ciekawego dowiedzieć. I trochę liczył, że może ktoś będzie opowiadał o mrocznych rycerzach, których widzieli w lesie. Większość rozmów tyczyła się jednak wesela i przygotowań do zbliżającego się jarmarku w Koll. Z rzadka kto wspomniał, że się nieliczne księstwa zbroją na wieść o możliwej wojnie z Mrokiem.

Lougier i Salazar podążali dalej Północnym Gościńcem. Pogoda dopisywała, zmęczenie nadal ich nie nużyło, uznali zatem, że do wieczora zjawią się w Koll i tam przenocują. A że karczmy w Koll były pełne gości, Lougier i Salazar zawarli kilka znajomości przy kuflach pitnego miodu. Gdy pytali, czy kto widział jeźdźców w czerni, dowiedzieli się, że żadnemu z podróżnych nikt taki się nie przytrafił. Ze spokojem więc opuścili miasto, które żyło zbliżającym się jarmarkiem, i udali się w dalszą drogę.

II

Przez drzwi Młyna Handiego przeszedł zakapturzony, postawny mężczyzna, który ledwie rąbka uchyliwszy swego płaszcza, gdy się prostował, głową uderzył o wiszący kandelabr ze świecami. Rozległ się tępy brzdęk i wywołał zainteresowanie kmieci, co mimo późnej godziny wieczornej, tłumnie siedzieli przy stołach, spijając z kufli złoty pienisty napitek. Baczyli na niego spode łba, rzucając spojrzenia pełne podejrzeń i nienawiści. Wszak wszyscy znali, że u Handiego gościć mógł każdy, począwszy od czcigodnego kapłana z ludzkich krain, przez zdrajców, kończąc nawet na mordercach, co chętnie raczyli się nieswoimi monetami. A przybyły nie wyglądał na kogoś, z kim chętnie by miód wypili ani to za swoje złoto, ani też za wędrowca.

Zaraz ktoś drugiego zapytał, czy wie, kogo tu wiatry zachodnie przygnały. Tamten jednak w pierś bić się począł, że po pierwsze nie wie, czy to wiatr zachodni, czy azaliż północny i na bogów miłych, nie widział on nigdy takiego wyrostka.

— A może to jakiś watażka od wojowników, z Deangoru — orzekł nagle szubrawy mężczyzna, o oczach ciemnych jak smoła, które oprawiały grube czarne rzęsy. Chłód w nich dziwny panował i zaraz przelękli się jego rozmówcy, choć pojęcia nie mieli, czym groziłaby wizyta wspomnianego watażki. — Oni są rośli niczym korony dębowe i lat dożywają dłuższych, niż wasze życie będzie miało.

— Może tak być! — zgodził się ten, który pierwszy pytał i ochoczo wypił resztkę piwa.

Przybyły jeno spojrzał na nich, w duchu myśląc sobie, że jeszcze nikt go nie porównał do wojownika (a to, przyznajmy, była dla niego obelga) i przeszedł przez zaciemnioną izbę, przepełnioną gwarem biesiadników i zapachem palonych liści tytoniu. Rozglądał się cierpliwie, jakby szukał kogo podobnego do niego. Dojrzał wreszcie inną zakapturzoną postać, siedząccą w kącie. I choć skrzętnie ukrywała twarz, nie schowała długiego warkocza, co łan pszeniczny przypominał.

— Ciekawszego miejsca nie mogłeś wybrać na nasze spotkanie — rzekła, kiedy przybyły zbliżył się i zasiadł na ławie drewnianej naprzeciwko.

— To najlepsze miejsce, gdy nie chcesz, by ktoś słuchał, co chcesz powiedzieć — odpowiedział i zsunął kaptur.

Towarzyszka rozejrzała się i dopiero wtedy uczyniła to samo.

Zdziwiłbyś się czytelniku, jak wiele różniło tych rozmówców. Spojrzenie mężczyzny było zimne, wrogie i przywodziło na myśl obraz nieumarłych, wystawających z rzadka w tych stronach w czasie mglistych poranków. Grube brwi jegomościa odznaczały się na bladym licu i dodawały jeszcze większego mroku biesiadnikowi, aż sam byś się czytelniku wzdrygnął. Tymczasem towarzysząca mu dama przypominała dopiero co rozkwitły kwiat peonii. Usteczka miała drobne, różane, a oczy błękitne jako niebo tuż po świtaniu. Gdzieniegdzie jej lico zdobiły jasne piegi. I mimo podróżnego stroju, niekoniecznie pierwszego gatunku, biła od niej dostojność znacznie większa niż od tego, co się do niej przysiadł. Może powodem tego był fakt, iż niezaprzeczalnie była elfką.

– W takim razie słuchaj, panie namiestniku – odezwała się i pochyliła nad stołem, nie spuszczając wzroku z twarzy współbiesiadnika. – Król Thallas z Rimari przesyła wieści.

– Mam nadzieję, że takie, które dla nas wszystkich okażą się wyczekiwane.

– Nie obiecuję – odparła z grymasem.

Namiestnik potarł brodę, zapukał swymi kościstymi palcami o stół. Twarz mu spochmurniała, kruczoczarny kosmyk włosów opadł niepokornie na czoło, wzrok wbity miał w stół, jakby badał w myślach burzliwie, co mu zaraz dziewczyna powie.

– Spójrz na mnie, Winterhedzie – poleciła. Kiedy uczynił wedle jej woli, kontynuowała: – Król Thallas pragnie ci przekazać, że poprze sukcesję twojego mocodawcy. Jeśli twój książę przejmie władzę, elfowie z Rimari oddadzą mu hołd. Nie będą mieli żadnych pretensji do ręki królewny Arissy, choć król Thallas wspomniał, że gdyby jednak pojawiła się potrzeba wydać ją za mąż, może podesłać jednego ze swych synów.

– Nie będzie takiej potrzeby – wtrącił złowrogo namiestnik. – Niech twój król za dużo nie konkluduje, Laylo.

Dziewczyna przekrzywiła głowę.

– Nie tak głośno – upomniała go. – Za moją głowę też i listy łowieckie jakieś się znajdą.

– W to nie wątpie – mruknął Winterhed i wąs pociągnął. – Czyli mam pełne poparcie? A co, jeśli kto przeżyje i ucieknie?

– W Rimari schronienia nie znajdzie.

Namiestnik przywołał skinieniem ręki gospodynię. Zamówił dwa kufle pienistego piwa i po dwa bażanty.